«
»

Przekłady

ROBERT HEPP „NOWI NIEMCY. O EUTANAZJI NARODU”

03.26.13 | brak komentarzy

 Przełożył Tomasz Gabiś. Przejrzana i poprawiona wersja przekładu, jaki ukazał się [w:] „Arcana” nr 31, 2000. Oryginalny tekst  opublikowany został na łamach monachijskiego dwumiesięcznika  „Criticón” nr 60/61, 1980.

Prof. dr Robert Hepp (ur.1938) studiował historię i nauki polityczne w Tybindze, Paryżu i Erlangen. Doktoryzował się w 1967 roku na uniwersytecie w Erlangen u „prusko-żydowskiego” religioznawcy i historyka idei prof. Hansa-Joachima Schoepsa pracą  Politische Theologie und theologische Politik. Studien zur Säkularisierung des Protestantismus im Weltkrieg und in der Weimarer Republik (Polityczna teologia i polityka teologiczna. Studia o sekularyzacji protestantyzmu podczas wojny światowej i w Republice Weimarskiej).  Od 1966 do 1968 roku pracował na uniwersytecie Kraju Saary,  następnie od 1968 do 1971  roku na uniwersytecie w Salzburgu, i ponownie do 1977 roku na Uniwersytecie Kraju Saary. W latach 1977-1994 jako profesor zwyczajny wykładał na uniwersytecie w Osnabrück, gdzie kierował Centrum Badawczym Socjologii Fenomenologicznej i Demografii, a od 1995 roku do emerytury w 2006 roku nauczał w Wyższej Szkole w Vechta.  Swoje analizy i prognozy socjologiczno-demograficzne zawarł  w pracach  Das deutsche Volk in der Todesspirale (Naród niemiecki w spirali śmierci , 1984) oraz Der Aufstieg in die Dekadenz. Bevölkerungsrückgang als politisches Problem (Wzlot ku dekadencji. Spadek liczby ludności jako problem polityczny, 1986).  Ich rozwinięciem i podsumowaniem była jego najbardziej znana książka Die Endlösung der deutschen Frage. Grundlinien einer politischen Demographie in der Bundesrepublik Deutschland (Ostateczne rozwiązanie kwestii niemieckiej. Podstawy demografii politycznej Republiki Federalnej Niemiec, 1988). W 1994 roku opublikował artykuł, w którym przeprowadził zasadniczą  krytykę koncepcji „społeczeństwa wielokulturowego”: Multa non multum: Kulturkritische Anmerkungen zur „multikulturellen Gesellschaft” .

ROBERT HEPP „NOWI NIEMCY. O EUTANAZJI NARODU”

I. Prawdziwa legenda?

Dystansowanie się od wszystkiego, co przez przyjaciół i wrogów uważane jest za „typowo niemieckie’”, przybrało u powojennych Niemców takie rozmiary, iż należy poważnie się zastanowić, czy w przypadku tych ludzi w ogóle jeszcze chodzi o Niemców. Tak długo jak długo drąży się kwestię,  „dlaczego Niemcy nie identyfikują się ze swoją historią”, właściwy problem „niemieckiej tożsamości” nawet nie pojawia się w polu widzenia. Zakłada się bowiem naiwnie, że ludność określana dzisiaj jako „niemiecka” z tego powodu, że zamieszkuje szczątkowe terytoria Rzeszy Niemieckiej, posiada etykietę „niemieckiego obywatelstwa”, posługuje się niemieckim idiomem jako językiem urzędowym i potocznym oraz zarządza niemieckim gruzowiskiem kulturalnym w muzeach i bibliotekach, zakłada się więc, że ta ludność tożsama jest z Niemcami, którzy zrobili i przecierpieli „niemiecką historię”. To założenie wcale nie jest oczywiste!

Skąd wiadomo, że niemiecka historia, którą powojenni Niemcy traktują jak historię obcego narodu, jest w istocie ich własną historią? Być może dzisiejsi Niemcy są w rzeczywistości całkiem innym narodem niż Niemcy wczorajsi? Być może mają oni ważne powody, aby bronić się przed „utożsamianiem” ich z narodem żyjącym w przeszłości, z którym nie tylko nie chcą mieć nic wspólnego, ale faktycznie  nic wspólnego nie mają?

Jeśli wyjdziemy –  jak  czyni to nowsza socjologia i reklama proszków do prania – od tego, że „rzeczywistość” jest zawsze tylko tym, co skutecznie za rzeczywistość się podaje – to naród jest tym, z czym się „utożsamia”. Jego historia jest sumą mitów, legend oraz takich interpretacji minionych wydarzeń, które uważa on za słuszne.  Z okazji 30-lecia narodzin Republiki Federalnej rząd sprezentował nam okolicznościową broszurę zatytułowaną „Demokracja jako misja – trzy dziesięciolecia Republiki Federalnej Niemiec”. Zawiera ona jak w pigułce zbiór powojennych legend historycznych, przedstawiając z godną pochwały jasnością „tożsamość” (w typie tożsamości proszków do prania) większości obywateli Republiki Federalnej. Z broszury możemy się dowiedzieć, że powojennym Niemcom nie brak obiektów, do których mogliby przytwierdzić własną „tożsamość”. Przede wszystkim identyfikują się oni z „ludzkością”, tym razem zresztą bez okrężnej drogi poprzez „niemieckość”. Republika Federalna Niemiec bez ceregieli wywiedziona jest bezpośrednio z „Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela” ogłoszonej w roku 1789, która  ma wszak swoje źródło w „Virginia Bill of Rights” z roku 1776.

Jako pierwszy wybitny antenat „naszego państwa” wymieniony jest niejaki Beniamin Franklin, który zdobył sławę jako wynalazca piorunochronu. Jest całkiem zrozumiałe, że z tej globalnej perspektywy domniemane bohaterskie czyny z naszej narodowej historii wypadają dość żałośnie: można je – tak samo jak wydarzenia sprzed decydującego przełomu epok, z roku 1798 – spokojnie pominąć. Nawet w XIX wieku nie zdarzyło się w Niemczech nic chwalebnego, co warte byłoby odnotowania. Żyło wówczas kilku wybitnych obywateli świata, których i dzisiaj można polecić młodzieży jako wzory do naśladowania: Büchner,  Heine i Börne. Ale nie bez przyczyny zmuszono ich do emigracji. Zdarzyły się nawet – w następstwie wydarzeń we Francji – „bunty mieszczańskiego stanu średniego i drobnomieszczaństwa”, wybuchła „niemiecka rewolucja”, której kulminacją była „ustawa dotycząca podstawowych praw narodu niemieckiego”. Jej „idee przewodnie” mieściły się w „tradycji amerykańskiej i francuskiej konstytucji’” i „pojawiły się potem w naszej ustawie zasadniczej”. Gdyby przed berlińskim zamkiem „kawaleria” nie zaatakowała „ludu”, gdyby książę pruski wzięciem twierdzy Rastatt – tego „ostatniego bastionu niemieckiej rewolucji” – nic przypieczętował „losu niemieckiego ruchu wolnościowego”, to już sto lat wcześniej osiągnięty by został w Niemczech cel historii świata.

Niestety, tak się nie stało! Zamiast wytęsknionej konstytucji naród niemiecki otrzymał po przegranej rewolucji „cesarską Rzeszę wykutą z krwi i żelaza”, a na dodatek owego księcia z Rastatt jako cesarza! Ta Rzesza, związek książąt, w którym uprawnienia przedstawicielstwa ludu „ograniczone były do minimum”, prześladuje katolików i socjaldemokratów cofając „niemiecki ruch wolnościowy” o pół wieku wstecz. Dopiero klęska w I wojnie światowej przynosi uciskanym, przynajmniej tymczasowo, długo wyczekiwane wyzwolenie. Teraz „władza polityczna” przypada tym, „którzy w najmniejszym stopniu odpowiedzialni są za wojskową klęskę Niemiec: partiom demokratycznym, w szczególności Katolickiemu Centrum i SPD”. Matthias Erzberger z Centrum podpisuje kapitulację i w Berlinie przez krótki okres rządzi socjaldemokratyczna „rada pełnomocników ludowych”, która nawet inicjuje „wielkie reformy”. Zawierane są „zbiorowe układy płacowe”. Rośnie poziom życia. Nigdy przedtem nie konsumowano w Niemczech tyle kawy i herbaty. „Pierwszej niemieckiej demokracji” udaje się nawet podnieść średnią długość życia o 20%! To, co miało później rozkwitnąć w Niemieckiej Republice Federalnej, istnieje już wówczas in nuce. Niestety, ponownie dochodzi do cofnięcia Weltgeistu: reakcjoniści w typie Hindenburga oraz szereg nieszczęśliwych okoliczności umożliwiają „karierę niszczycielowi narodu”, który likwiduje mozolnie wywalczoną wolność, by w końcu „przejść do mordu na milionach”. Dopiero ponowna klęska Rzeszy Niemieckiej w II wojnie światowej przynosi ostatecznie wolność narodowi niemieckiemu. „Jesteśmy republiką”, „jesteśmy demokracją”, „jesteśmy państwem prawa”, „jesteśmy państwem socjalnym”. Wraz z uchwaleniem ustawy zasadniczej, czyniącą prawa człowieka i obywatela z lat 1776/1789 „bezpośrednio obowiązującym prawem”, także i w Niemczech historia świata osiągnęła swój cel. Krąg się zamyka: Wirginia ma nas znowu!

Prawa Człowieka i Obywatela jako źródło i cel niemieckiej historii! Czy ktoś tu się śmieje? Czy ktoś sobie z nas żarty stroi? Czy ktoś usiłuje nas rozśmieszyć? Zwyciężeni w wojnie światowej jako wyzwoleni! Czy można wymyślić śmieszniejszy dowcip? Ale zaraz,  zaraz, może oni to wszystko traktują  poważnie? Czyżby rzeczywiście wierzyli w zwycięstwo światła nad ciemnością? Czyżby mieli powody, aby wierzyć w tę legendę? Czyżby ta legenda była prawdziwa?

II. Prawdziwa legenda

Jakkolwiek szalona wydawałaby się ta myśl na pierwszy rzut oka: legenda jest prawdziwa. Żyje w tym kraju gatunek ludzi – i oni tutaj rządzą– którzy upadek Rzeszy Niemieckiej odczuwają jako wyzwolenie, nie tylko jako wyzwolenie od dwunastoletniej dyktatury narodowosocjalistycznego państwa, lecz jako wyzwolenie od stuletniego ucisku. Przyjrzyjmy sie tym naszym współczesnym, tak dumnym z tego,  że żyją w „najbardziej wolnościowym ładzie”, jaki „kiedykolwiek istniał na niemieckiej ziemi”! Czyż nie wyglądają na wybawionych?  Nie robią żadnej tajemnicy, od czego czują się wybawieni: od „autorytarnego państwa”, od „mentalności poddanych”, od „manii porządku”, od „metafizyki państwa”, od „militaryzmu”, od „przeklętej rzetelności i skrupulatności Niemców”. Wszystkie gnomy i potwory, z których składa się heterostereotyp „typowego Niemca” musiały niczym nocna zmora przygniatać im piersi. Mówią oni o „Niemcach” z „przeszłości” jak by był to jakiś obcy naród, który nawarstwił się nad nimi.

Trzeba ich wreszcie złapać za słowo. Zamiast czynić beznadziejne wysiłki, aby tych ludzi pojednać z historią narodu, która nie jest ich historią, należy tym wątpiącym spośród nich, pomóc w zrozumieniu faktu, że z „Niemcami z przeszłości” mają oni tyle samo wspólnego co Chorwaci i Czesi, i dlatego wcale nie potrzebują już dystansować się od własnej przeszłości poprzez stałe jej  „przezwyciężanie”. Ponieważ ci wyzwoleni nie ponoszą żadnej winy za to wszystko, „co strasznego dokonało się w imię narodu niemieckiego” — ani na chwilę nie przestają zaklinać się, że tak właśnie jest! – to świat powinien ich również uwolnić od winy, którą jako „prawni sukcesorzy” Niemców wzięli dobrowolnie na swoje barki. Po trzydziestoletnim okresie próbnym także wrogowie Niemiec powinni wreszcie dać się przekonać, że w Europie Środkowej  u władzy jest teraz inny naród.

Przede wszystkim z punktu widzenia „narodowej pedagogiki” byłoby pożądane przeprowadzenie jeszcze głębszych studiów nad historią stłumionego niemieckiego „ruchu wolnościowego” niż te, jakie już i tak prowadzi się pod wpływem zachęty prezydenta Gustava Heinemanna. Wprawdzie lojalnej wobec rządzących historiografii udało się już udowodnić istnienie w Niemczech godnej szacunku tradycji rewolucyjnej i kontrkulturowej, która „nie musi się obawiać porównań z krajami zachodniej Europy”, ale ciągle jeszcze brakuje mocnego dowodu na słuszność tezy, że Nowe Niemcy rzeczywiście wywodzą się z tego podziemnego ruchu oporu. Ponieważ, wedle Nietzschego, nie jest rzeczą bezpieczną, „nadawać sobie a posteriori przeszłość, z której chciałoby się pochodzić, będącą przeciwieństwem tej, z której się pochodzi”, to naród Nowych Niemców nie powinien poprzestawać na identyfikowaniu się z uczestnikami wojen chłopskich, anabaptystami, iluminatami, jakobinami, anarchistami i spartakusowcami „innych Niemiec”, ale powinien na serio starać się o dowody, że naprawdę pochodzi od tych przodków. Przynajmniej dla okresu po „epokowym przełomie” 1789 roku dostarczenie takiego dowodu na podstawie ksiąg parafialnych nie powinno nastręczać większych trudności. Może się przy tym niekiedy okazać, że nie każdy Nowy Niemiec ma w swojej genealogii poległych w marcu 1848 roku w Wiedniu i Berlinie czy też pierwszych socjalistów. Ten i ów natknie się na irytujący fakt, że jego pradziadek, dziadek czy ojciec zginął  za Rzeszę pod Gravelotte, pod Verdun czy pod Stalingradem. Ale w sumie da się chyba udowodnić, że panująca mniejszość — a to ona jest wszak istotna — nie pochodzi z warstw, które można uczynić odpowiedzialnymi za „niemiecką historię”.

„Elita polityczna”  Republiki Federalnej Niemiec – wolno to dzisiaj stwierdzić na podstawie  ustaleń  specjalistów od „badania elit” – nie tylko „utożsamia się” duchowo z ideologiami uczestników rewolucji 1848 roku i „wrogów Rzeszy” z XIX wieku,  ale ze względu na swoje socjalne pochodzenie może zostać przyporządkowana do „warstw socjalnych”, które, według oficjalnej legendy historycznej Republiki Federalnej Niemiec, reprezentują „inne Niemcy”, a mianowicie do „niższej klasy średniej” i do „społecznych nizin”. Wolfgang Zapf potrafił wprawdzie – w odniesieniu do pochodzenia socjalnego ojców — wykazać jednoznacznie tylko dla nieco ponad połowy „elity politycznej” roku 1955 pochodzenie z tych właśnie warstw społecznych, ale inne badania pozwalają przypuszczać, że procent ten jest znacznie wyższy. Według  (niecałkiem reprezentatywnej) próbki z lat 1967/68 , którą  przeanalizował Edo Enke  92% ministrów,  84% parlamentarzystów SPD i 100% partyjnych funkcjonariuszy SPD miało dziadków ze strony ojca wywodzących się z tych warstw społecznych. Jeśli chodzi o „partie mieszczańskie” i menedżerów gospodarki procent ten jest wprawdzie nieco niższy, ale i tutaj w większości przypadków nie można mówić o „mieszczańskim pochodzeniu”.

Naturalnie pochodzenie społeczne z warstw niższych niewiele mówi o „nastawieniu politycznym” w sensie „preferencji partyjnych” lub „zasadniczej orientacji” w ramach „psychologii politycznej”. Z tego, co wiemy o korelacji pomiędzy „pochodzeniem socjalnym” a „nastawieniem politycznym”, „dowód proletaryjskości” nie wystarcza jako dowód nieskazitelnych „demokratycznych przekonań”. Także elita narodowosocjalistyczna miała wszak w większości pochodzenie drobnomieszczańskie i proletariackie. Ale pomijając drażliwą kwestię, czy aby narodowy socjalizm nie reprezentował w pewnej mierze linii legendarnego „ruchu wyzwoleńczego” – powoływał się wszak na anabaptystów i zrewoltowanych chłopów – dałoby się być może zinterpretować politykę Trzeciej Rzeszy jako rezultat procesu, w  trakcie którego „warstwy niższe”  korumpowane były przez „warstwy wyższe” i asymilowały się z nimi etnicznie.

Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że w porównaniu do tamtego okresu rok 1945  stworzył  dla „elit z nizin społecznych” o wiele korzystniejszą sytuację wyjściową. Zwycięskie mocarstwa, dokonując  czystek i prowadząc przemyślaną politykę personalną, zatroszczyły się o to, żeby wszystkie  „reakcyjne elementy” były trzymane z dala od polityki. Wprawdzie nie wymagano od razu „dowodu proletaryjskości”, ale ze względu na to, że w decydującej „fazie odbudowy” wszyscy, którzy w państwie narodowosocjalistycznym mieli pozycję i nazwisko – choćby tylko w wojsku – zostali wygnani z aktywnej polityki, to jako rekrutacyjny rezerwuar nowej politycznej elity wchodziły w grę tylko szumowiny pozostałe ze zdolnej do pracy, zdziesiątkowanej przez dwie wojny światowe męskiej części ludności, ta żałosna resztka umiejących pisać mężczyzn,  którzy nie odznaczyli się niczym podczas wojny, ani nawet nie byli specjalnie narażeni na niebezpieczeństwo, a którzy także i po wojnie nie mieli stałego zawodu, ani też nie przebywali w niewoli. Taka konstelacja sprawiła bez wątpienia, że po wojnie przy selekcji do elity politycznej faworyzowane były grupy ludności należące według oficjalnej legendy do „uciskanych Niemiec”. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że kryteria obowiązujące przy selekcji do elity politycznej po II wojnie światowej („brak obciążenia nazistowską przeszłością w rozumieniu dyrektyw denazyfikacyjnych”, brak sukcesów zawodowych itp.) uprzywilejowywały reprezentantów „warstw niższych”.  Spośród zajmujących eksponowaną pozycję społeczną przedstawicieli „warstw wyższych” większość właśnie ze względu na tę pozycję naraziła się politycznie i „obciążyła” w szerokim tego słowa znaczeniu.

Z tych warstw jako potencjalni kandydaci do elity – abstrahując od pojedynczych wyjątków jak członkowie rodzin antyhitlerowskiej opozycji – w rachubę wchodzili jedynie przedstawiciele starej socjalistycznej, liberalnej lub klerykalnej „arystokracji’” partyjnej oraz „arystokracji” ze związków zawodowych. To oni tworzyli czołówkę polityczną  „pierwszej godziny”. Resztę stanowili  anonimowi – i dlatego właśnie nieobciążeni politycznie – parweniusze, wśród nich  życiowi bankruci  i awanturnicy, nierzadko bez ukończonych szkół i bez zawodu (późniejszy zawód: „dziennikarz”!), ale za to z bujną osobistą przeszłością. Nietrudno było zauważyć, że wszyscy oni dorastali z dala od wszelkiej „polityki”. W większości pochodzili  ze „środowisk”, w których, jak wykazują nowsze wyniki badań nad socjalizacją, nie jest możliwe wyćwiczenie się w „politycznych cnotach”. W świecie, w którym żyli i który ich ukształtował dominowały „podstawowe potrzeby”, problemy codziennej egzystencji, „socjalnego zabezpieczenia”  (gdy udało im się stanąć na nogi) i „socjalnego awansu”. Można to dzisiaj pięknie wyczytać w biografiach „ludzi pierwszej godziny”.

Nawet jeśli tylko bardzo niewielu członków nowej elity mogło w swoim drzewie genealogicznym wykazać „umiarkowanego liberała” z okresu po 1848 roku  lub wczesnego socjalistę, to i tak wolno chyba stwierdzić, że wywodziła się ona z „innych Niemiec” niż „warstwy przodujące” starej Rzeszy Niemieckiej. Rzecz oczywista, pochodzenie z określonej warstwy społecznej nie jest samo w sobie wystarczającym wyjaśnieniem politycznych postaw i politycznego „stylu” nowej elity. W niemieckiej historii znajdziemy wystarczającą ilość przykładów ludzi, którzy wyszli z „warstw niższych” i wznieśli się ku najwyższym stanowiskom politycznym, udowadniając w ten sposób, że człowiek może stać się kimś innym niż  „jest z domu”. Ale w warunkach bezwarunkowej kapitulacji nie istniała dla dzieci z „warstw niższych” możliwość wrośnięcia w arkana niemieckiej polityki. Dyrektywy dla niemieckiej polityki ustaliły zwycięskie mocarstwa. Miały one na celu „demokratyzację” (czytaj: depolityzację) Niemiec. W takich okolicznościach neofita  z „warstw niższych” miał niewielkie szanse wyuczenia się „politycznego rzemiosła”. Referencje polityczne dawało mu właśnie to, że nie miał pojęcia o polityce. Najlepszą wizytówką były mocne przekonania demokratyczne, nieco wiary w „bardziej ludzki świat”, wierność konstytucji, no i przede wszystkim „humanitaryzm”. Któryż „dobry człowiek”, dorastający w zacisznych miejscach, dokąd nie docierał wicher niemieckiej historii, nie mógłby pochwalić się takimi poglądami? Czyż można się więc dziwić, że „politykami” zostali wówczas ludzie należący do najbardziej niepolitycznego gatunku, jaki kiedykolwiek żył w Niemczech?

Jeśli od tamtej pory „podejmowanie popularnych decyzji” nazywa się polityką, jeśli mizerabilizm „polityki łychy i michy”, czyli tzw. polityki socjalnej zachwaszcza całą politykę (pożądane politycznie jest to, co zapewnia miejsca pracy – a zakazane to, co zagraża miejscom pracy, i być może jedynym miejscem, jakiego Bundeswehra broniłaby w przypadku wojny, byłoby miejsce pracy żołnierza), jeśli mamy ministrów, którzy udzielają nam matczynych porad na temat wychowania dzieci (polityka rodzinna!) i naszego jadłospisu (polityka konsumencka), jeśli partie walczą o emancypację kobiet (polityka kobieca) i „maksymalizują szanse życiowe” (polityka oświatowa), jeśli propaguje się „uczestnictwo” jako „cel sam w sobie” (realizowany tak samo przy wspólnym,  knajpianym stole), jeśli w parlamencie czuć zapach kiszonej kapusty (niczym  w garkuchni), jeśli księgowy może zostać premierem a „dziennikarz”  kanclerzem, to czyż nie wolno powiedzieć, że ci, co byli poniżeni zostali teraz wywyższeni? Czy nie jest to coś więcej niż zwykła „cyrkulacja elit”? Czyż nie dokonała się, za pozwoleniem, (autentyczna) emancypacja? Czyż do głosu nie doszli wreszcie zniewoleni i uciskani z niemieckiego „ruchu wyzwoleńczego”?

Jeśli chce się zrozumieć, dlaczego, mimo ewidentnego zerwania ciągłości niemieckiej historii, Nowe Niemcy nie mają „problemów z tożsamością”, dlaczego nie tylko to zerwanie akceptują, ale nawet usprawiedliwiają i gloryfikują, dlaczego tak starannie rozróżniają dobre i złe Niemcy, „zbrodniarzy i innych Niemców” (Brandt), jeśli więc chce się to zrozumieć, to należy mieć na uwadze fakt, że po klęsce wojennej w 1945 roku nie nastąpiła w Niemczech zwykła wymiana elit w obrębie  homogenicznej pod względem socjalnym warstwy kierowniczej – tak jak stało się to w przypadku innych zwyciężonych narodów ¬– ale prawdziwy, nawet jeśli „bezkrwawy” – socjalny przewrót, w wyniku którego w państwach-sukcesorach Rzeszy Niemieckiej na „szczyt” wspięła się nowa elita. Nie tylko pragnęła ona być w każdym calu inna od swoich poprzedniczek, lecz naprawdę reprezentowała inne Niemcy.

III.  Ale naród jest mimo wszystko  niemiecki!

„Pięknie” – zaprotestuje w tym miejscu uważny czytelnik – „przyjmijmy, że teza jest słuszna i możliwa do udowodnienia (co niestety nie zostało zrobione): elity przychodzą i odchodzą, ale naród pozostaje”. Naród, drogi Czytelniku, naród? No więc dobrze, zajmijmy się krótko narodem.

W konstytucji wiele mówi się o narodzie. Na początku jako o suwerenie w demokracji, będącym źródłem całej władzy w państwie (art. 20). Demokracja qua „władza narodu, który jest posłuszny decyzjom podejmowanym przez większość a ustalanym przez mniejszości” (R. Haller), to jedyna definicja użyteczna w socjologii, opierająca się w rzeczywistości na fikcji narodu, który – mówiąc słowami Schillerowskiego Kajetana – jest posłuszny, lecz trwa na miejscu, podczas gdy „obcy najeźdźcy przychodzą i odchodzą”. Jednak  co począć, jeśli ten naród, jak przypuszcza Hegel (Filozofia prawa par. 301), „nie wie, czego chce”? Wówczas na niewiele zda się to, że jest nieśmiertelny. Będzie posłuszny rozkazom, które wydaje sam sobie za pośrednictwem elit rządzących w danym momencie. W  diagnozowanym przez nas przypadku, naród wczoraj wolał „Hosanna!”,  a dzisiaj „Ukrzyżujcie go”, i nikomu nie przychodzi do głowy, aby pociągnąć go za to  do odpowiedzialności, czy wręcz zlikwidować demokrację. Tutaj więc z trudem dałoby się znaleźć „niemiecką tożsamość”.

Ustawa zasadnicza  zna ponadto naród jako „naród niemiecki” (przede wszystkim w preambule). Jeśli przymiotnik „niemiecki” nie jest  tutaj wyłącznie  epitheton ornans,  to mowa być może tylko o narodzie w sensie „wspólnoty krwi” – mimo iż stoi to  w sprzeczności z obowiązującą doktryną  –  co daje się wywnioskować zwłaszcza z art. 116, mówiącego o przynależności do narodu niemieckiego. Także temu narodowi twórcy ustawy zasadniczej przypisują wieczny żywot np. gdy stwierdzają, że jest on wezwany (!), aby „doprowadzić Niemcy do pełnej jedności i wolności”. Przy tym właśnie ten naród, jak powszechnie wiadomo, jest rozczłonkowany i podzielony na kilka państw. Naturalnie mógłby on mimo to pozostać tak samo niemiecki jak dawniej. Ale co jest „niemieckie”? Niemieccy filozofowie – od Johanna Gottlieba Fichtego po Arnolda Gehlena – łamali sobie głowę nad tym pytaniem. I wygląda na to, że nie zdołali znaleźć na nie odpowiedzi. Należy chyba zadowolić się postawieniem tego pytania w prostszy sposób.

Wychodząc od etnograficznego pojęcia narodu,  sformułowanego przez Wilhelma Heinricha Riehla, należałoby scharakteryzować naród niemiecki jako „wspólnotę pochodzenia, języka, obyczaju i formy osiedlenia”. Aby zatem przy pomocy metod etnograficznych ustalić, czy ludność Republiki Federalnej Niemiec może być nadal określana jako „niemiecka”, należałoby zbadać, czy pozostała ona w swej istocie (what`s that?) niezmieniona, gdy idzie o pochodzenie, język, obyczaj i formę osiedlenia. Otwiera się tu rozległe pole badań dla całej gałęzi nauki. Faktu, że ludność RFN mniej lub bardziej zmieniła się pod wszystkimi tymi czterema względami, nie da się zignorować. Najbardziej widoczne są zmiany w strukturze osiedlenia, z której, abstrahując od tego, że nigdy nie istniała jedna „typowo niemiecka” forma osiedleńcza, niewiele dziś pozostało. Zapewne znaleźć jeszcze można różnorakie typy zagród, domostw, wsi i osiedli,  dominujących niegdyś w pejzażu nad dolnym Renem, w Bawarii nad Dunajem,  Frankonii czy Saksonii a obecnie podlegających ochronie jako dobra kultury. Podczas zimowej podróży przez Niemcy można się tu i ówdzie natknąć się na plac targowy, wyglądający  jakby wyrzeźbiony w drewnie przez Dürera. Ale niemiecka forma osiedlenia? Gdzie? Na Manhattanie frankfurckiego City? W króliczych klatkach mannheimskich blokowisk? W przypominających igloo własnościowych domkach zagubionych w śniegu pokrywającym przedmieścia? W tropikalnych bungalowach o płaskich dachach z eleganckich dzielnic? W wypucowanych kołchozach miejsko-wiejskich obszarów?  W imitacji bazarów w strefach dla pieszych? Nie,  to, co oszczędziły dywanowe naloty Anglosasów,  padło ofiarą „woli odbudowy” obecnej u powojennych Niemców. Zapewne odegrała tu swoją rolę „industrializacja”. Również tużpowojenna bieda może w pewnej mierze służyć jako usprawiedliwienie. Jednak największe spustoszenia „modernizacji” przypadają na fazę dobrobytu osiągniętego w Republice Federalnej i nie były one wcale wynikiem „konieczności” wymuszonych  „industrializacją”. Dotknęły bowiem także obszary nie mające nic wspólnego z przemysłem.

Jakaż to  konieczność zmuszała tę czy inną radę miejską do wyburzania całych ulic,  gdzie zachowała się dawna niemiecka substancja budowlana, i zastępowania starych domów „nowoczesnymi” betonowymi klocami? Jaki zły duch wstępował w skromnego  burmistrza wsi, kiedy kazał zabetonować staw dla kaczek i pokryć swój przysiółek  chodnikami? Znamy dobrze  te absurdalne pomysły realizowane przy „odbudowie” i „modernizacji”  miast i wsi. Dziś,  kiedy jest już za późno, piszą o tym gazety. Ale właściwie niewiele wiemy, jaka „motywacja” leżała u podstaw tego modernizacyjnego ruchu. Co mogło pchać Nowych Niemców ku temu, by z tak ślepą furią demolować „dziedzictwo ich ojców”? Czy było to odwrócenie wojennego popędu destrukcji do wewnątrz, przeciwko samym sobie? A może wojenna generacja jeszcze po klęsce chciała „maszerować dalej aż wszystko rozpadnie się na kawałki”. A może Nowi Niemcy naiwnie wierzyli w Nowe Niemcy, Nowego Człowieka i Nowe Czasy? Wolno domniemywać, że motywacją „Nowej Elity” – w tym zakresie w jakim ponosi ona odpowiedzialność za ten kulturalny wyrąb – była właśnie ta wiara. Po dziełach „Nowych Niemców”  poznać można,  że „nowoczesne” znaczyło dla nich nie tyle „nowe”, co „inne”. A z kolei owo „inne” oznaczało nobilitowaną teraz „kulturę” warstw niższych, inspirowaną ideałem prostoty i funkcjonalności. „Nowe” miejskie parki tworzone w socjaldemokratycznych miastach po to, by obywatele mieli gdzie wypoczywać, były odbiciem idyllicznych ogródków działkowych, które tak lubili przodkowie „Nowych Niemców”. Do gmachów publicznych wtargnęła „przytulność” ich kuchni. Tam gdzie odważyli się wyjść poza czystą funkcjonalność, tam natychmiast  popadali w łagodną miękkość. Mimo iż tak gorliwie „odbudowywali”,  nie pozostawili ani jednej budowli zasługującej na uwagę, nie mówiąc już o pomnikach. Dziś nie czas na pomniki, mówili. Czas? Zawsze jest czas, aby mierzyć się z tym, co ponadczasowe. To tkwi raczej w nich samych, w tych Nowych Niemcach, których przeraża wszystko co monumentalne i wielkie, co nie służy bezpośrednim praktycznym celom. Czyż w niszczycielskim szale erefenowskiej „odbudowy” nie skrywa się ich pragnienie usunięcia resztek kultury stworzonej przez wielki naród, z którym nie chcą mieć już nic wspólnego?

To Nowa Elita jest odpowiedzialna za zniszczenie niemieckiej formy osiedlenia, bo to ona podejmowała fatalne decyzje w dziedzinie architektury i urbanistyki, to ona za pomocą przepisów budowlanych narzuciła swoją linię również prywatnemu budownictwu. Trudno byłoby natomiast czynić „polityków” odpowiedzialnymi za zmiany, jakie zaszły w języku i obyczajach. W nich właśnie zdaje się żyć „tradycja”. Wspólny język i obyczaj tworzą rdzeń tego, co liberalni historycy określają mianem niemieckiego „narodu jako wspólnoty kulturalnej”  (Kulturnation) i co zdaniem erefenowskich polityków ciągle jeszcze łączy ze sobą oddzielone murem i drutem kolczastym państwa niemieckie. Dlaczegóż więc język i obyczaj nie miałyby również gwarantować ciągłości starych i nowych Niemiec? Nawet Arnold Gehlen, z pewnością nie żywiący żadnych złudzeń, gdy chodzi o upadek obyczajów i splugawienie języka,  jeszcze w 1971 roku widział w języku i w „rzetelności cechującej podstawową masę narodu” (w pewnym sensie był to obyczaj zredukowany do postawy) ostatnie bastiony broniące Niemców przed grożącą im „utratą tożsamości”.

Nikt jednak dziś nie może zaprzeczyć, że obyczaje i zwyczaje jako mechanizmy „społecznej kontroli” nie odgrywają już w społeczeństwie Republiki Federalnej Niemiec żadnej większej roli. Wyrafinowane systemy „wewnętrznego” i „zewnętrznego sterowania” sprawiły, że stały się one w dużej mierze zbędne. Nawet antropolog kultury miałby kłopot z ustaleniem, gdzie, poza folklorem, istnieje ciągłość niemieckich folkways. Co się zaś tyczy języka, to zapewne słownictwo i gramatyka nie uległy żadnym znaczącym zmianom. Ale nawet gdyby sądzić, jak Humboldt , że nigdy dosyć podkreślania identyczności „ducha narodu” i języka, to czy wspólne słownictwo i wspólna gramatyka tworzą od razu „naród”? Czy Anglosasi i Angloamerykanie są rzeczywiście jednym „narodem”?

Pozostaje „wspólnota pochodzenia”. Któż chciałby kwestionować fakt, że większość erefenowców jest pochodzenia niemieckiego. Ale jeśli „wspólnota rozmnażania i  cech dziedzicznych” wpływa jakoś na „charakter narodowy”, to czyż nie musiałaby się ona wyrazić również w niemieckim „fenotypie”? Zróbmy sobie raz przegląd przedstawicieli narodu Rzeszy Niemieckiej i narodu Republiki Federalnej Niemiec utrwalonych na filmach czy fotografiach! Nie potrzeba mieć szczególnego „fizjognomicznego wyczucia” lub „wyszkolonego ikonograficznie oka”, aby skonstatować  „typologiczną zmianę” przypominającą „zmianę rasową”. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że zaszła taka typologiczna zmiana .

Gdyby naiwnie wyjść od opinii antropologów starszego pokolenia, że system naturalnej i społecznej selekcji powoduje, iż w każdym narodzie „dzielniejsi” i „ambitniejsi” mają większe „szanse rozmnażania”, w grę wchodziłaby stała zmiana na lepsze. Tymczasem coraz częściej usłyszeć można pogląd, że w warunkach brzegowych cywilizacji zachodniej dzieje się raczej na odwrót. Dzięki postępowi w medycynie i „postępowi” socjalnemu udaje się uratować coraz więcej „niepełnosprawnych”, którzy w innych warunkach nie przetrwaliby, i umożliwia się im posiadanie potomstwa. Abstrahując całkowicie od oceny, jaką wartość mają uratowane w ten sposób dziedziczne cechy, trzeba przyznać, że zmienia się przez to rozłożenie owych cech w danym narodzie. To wyjaśnia, dlaczego w Republice Federalnej Niemiec, gdzie liczba niepełnosprawnych stale rośnie – poważne statystyki mówią o 7-10% ludności — niepełnosprawny może w warunkach rosnącego „dobrobytu” przejąć rolę proletariusza. O tym jak mocno te, pozornie niewielkie, przesunięcia proporcji oddziałują na ducha narodu, świadczy imponujące rozpętanie uczuć miłosierdzia i gotowości do niesienia pomocy, jakiego jesteśmy świadkami. Ten szlachetny idealizm łatwo dociera do granicy, po przekroczeniu której  „to  co negatywne staje się ideałem a najniższa klasa ludzi budzi najwyższe duchowe zainteresowanie” (K. Hildebrandt). Wówczas troska nie tylko o tych, którzy bez własnej winy są niepełnosprawni, lecz o wszystko, co „niższe” i „mierniejsze” może awansować do rangi „głównego celu państwa”.

Dla dystrybucji cech dziedzicznych w obrębie ludności Niemiec ważniejszy byłby wszakże inny proces mający „kontrselekcyjne” konsekwencje: tzw. zróżnicowana płodność. W Niemczech przynajmniej od trzech pokoleń rodziny z warstw „niższych” mają wyraźnie więcej dzieci niż rodziny z warstw „wyższych”. Fakt ten skłaniał eugeników starej daty do stwierdzenia, „że w warunkach nowoczesnego społeczeństwa socjalna selekcja jest przyczyną biologicznej selekcji negatywnej w wielkim stylu” (F. Lenz). Rzeczywiście, ludzie dążący do awansu i zdolni do wspięcia się na górne szczeble hierarchii społecznej, mogli polepszyć swoje szanse poprzez redukcję liczby dzieci, zaś ci, którzy znaleźli się już na górze mogli dzięki temu zmniejszyć prawdopodobieństwo socjalnej degradacji. Próbowano interpretować ten proces jako „samoeliminację uzdolnionych”, jako „proletaryzację” i „zgłupienie narodu”.  Np. K.V.Müller usiłował udowodnić, że proletariat przemysłowy staje się coraz bardziej proletariacki, gdyż „robotnicza arystokracja” (czyli wykwalifikowani fachowcy i przywódcy związków zawodowych) dziesiątkuje się sama ograniczając liczbę swoich dzieci. Wilhelm Hartnacke szacował – zakładając milcząco ścisłe dziedziczenie inteligencji i jej koncentrację w „warstwach wyższych”–  że przy utrzymywaniu się zróżnicowanej płodności z roku 1913 liczba uzdolnionych, którzy się nie urodzili, wyniesie w 1973 roku 15-20 milionów. Obecnie, kiedy uczeni tacy jak Eysenck, którzy nie wątpią w dziedziczenie inteligencji   i jej kumulację w „warstwach wyższych”, wskazują na zjawisko „regresji”, teza o „samoeliminacji uzdolnionych” jest nie do utrzymania. To jednak, co dotyczy inteligencji, nie musi odnosić sie do innych cech.

Jest całkowicie możliwe, a nawet prawdopodobne, że w wyniku zróżnicowanej płodności „pula genetyczna” narodu niemieckiego stała się w 1973 roku, jeśli nie „gorsza”, to w każdym razie całkiem inna. O tyle, o ile cechy charakteru są dziedziczne i nie podlegają „regresji”, mogłoby do Republiki Federalnej Niemiec odnosić się wyjaśnienie, które podał Vacher de Lapouge  opisując „starzenie” się narodów. Uważał on, że w „starych narodach” selekcja „eliminuje żywioły etniczne, które posiadają mocny charakter”, co sprawia, że pozostają tylko ludzie „sprytni”. Dla socjoantropologa takiego jak Vacher de Lapouge nie ulegało wątpliwości, że los narodu zależy od jakości elementów, z których ten naród się składa, i że po to, aby przeżyć konieczna jest nie tylko inteligencja, ale przede wszystkim charakter, albowiem „wszystko upada, gdy nikt nie rozkazuje”. Krytykował on historyków za to, że nie mają w zwyczaju uwzględniać zmian w jakości elementów, z których składa się ludność: „postępują oni tak, jak gdyby dany naród od swojej pierwszej do ostatniej godziny był zawsze tym samym narodem”. W rzeczywistości naród tylko w chwilach najwyższych wzlotów swojej historii dysponuje „etnicznymi żywiołami”, umożliwiającymi mu robienie wielkiej polityki: „sto lat wcześniej naród jeszcze nimi nie dysponował, a sto lat później już nimi nie dysponuje”. Czyżby w Niemczech – po stu latach prawdziwie szaleńczej  „wertykalnej mobilności” i po dwóch wojnach światowych, w  których bez wątpienia utraciliśmy właśnie te żywioły, będące, zdaniem Vachera de Lapouge,  najważniejsze dla narodu – czyżby więc w tym kraju przeminął  czas wielkiej polityki? Czy wraz z zanikaniem „narodu niemieckiego” stopniowo znikać będzie z powierzchni ziemi także „państwo narodu niemieckiego”? I czy obeznani z socjoantropologią historycy opisujący „zmierzch świata niemieckiego” skonstatują kiedyś, że to nie z powodu „kryzysu energetycznego” lub „katastrof ekologicznych”, a nawet nie jako ofiary wojen światowych lub „prania charakterów”, ale w wyniku „socjalnego awansu” wstąpiliśmy – z uśmiechem na ustach – w historyczną nirwanę?

IV. Requiem i vivat

Zaznacza się dziś początek końca narodu niemieckiego. Od chwili, kiedy Federalny Urząd Statystyczny zakomunikował, że w Niemczech więcej ludzi umiera niż się rodzi, kiedy opublikowano całkiem realistyczne wyliczenia, zgodnie z którymi niemiecka ludność Niemieckiej Republiki Federalnej w roku 2030 skurczy się do 39 milionów, a w roku 2070 do 22 milionów, pojawia się, w ramach „konkretnej eschatologii”, realna możliwość przyjścia na świat „ostatniego Niemca”. W uniwersytetach ludowych i na łamach ilustrowanych magazynów  pyta się, raczej retorycznie, „czy Niemcy wymierają?” Nie, moi panowie ironiści, Niemcy – jeśli pozory nie mylą – są już od trzydziestu lat martwi, przynajmniej jako naród będący podmiotem historii.

To, co nadchodzi, jest zwykłą eutanazją, sybarycką wegetacją epigonów wypatrujących narodu, który przejąłby ich „dziedzictwo kulturalne”. Włoski demograf Corrado Gini, wnikliwie studiujący ten rodzaj „śmierci narodu”, w modelowy sposób opisał fazę dekadencji i starzenia się,  w którą weszli Niemcy: po tym jak najbardziej energiczne i przedsiębiorcze żywioły danego narodu zostały wyeliminowane, zmienia się również duch narodu: w miejsce żądnych czynu „żołnierzy” i „pionierów”, wchodzi „pacyfistyczny egoizm małych kapitalistów i urzędników państwowych”. Biurokracja rozrasta się do niebywałych rozmiarów, wielkie obszary ulegają „umiastowieniu”. W statystykach kryminalnych spada liczba aktów przemocy, a zwiększa się liczba oszustw. Stały awans socjalny hamuje selekcję i wynosi w górę elementy, które nie potrafią się dopasować i nie są przygotowane do pełnienia swojej roli. Nagle pojawia się niebezpieczeństwo „depopulacji”.

Zaczyna się poszukiwanie środków zaradczych. Daremnie: jeśli naród żyje z dnia na dzień pozostając w izolacji od innych narodów, iść musi przeznaczoną mu drogą aż do gorzkiego końca. Zwykle jednak narody nie żyją w kwarantannie. Gini pisze: „dekadenckie narody mają zawsze bardziej witalnych sąsiadów, którzy na swoim biednym terytorium nie znajdują dostatecznych środków utrzymania”. Młodzi, silni imigranci przekraczają więc granice i oferują się jako siła robocza. Krok za krokiem infiltrują  oni warstwy niższe kraju, udzielającego im gościny, zdobywają przewagę dzięki posiadaniu większej ilości dzieci a w końcu – z mniejszym lub większym wysiłkiem – przezwyciężają bariery stojące na drodze  socjalnego awansu. Końcowym rezultatem tego procesu jest zajęcie przez obcy naród miejsca narodu tubylczego.

Jeszcze nie jest tak źle z narodem niemieckim. Mamy w Niemieckiej Republice Federalnej dopiero 4,14  milionów „legalnych” imigrantów. Stanową oni 6,8% ludności zamieszkującej terytorium RFN, 9,4 % ludności pracującej i 10,6 % bezrobotnych. Wśród dzieci poniżej 16 lat jest ich 8,3%. W sumie do niemieckich szkół uczęszcza 1,1 miliona obcokrajowców. W Berlinie Zachodnim sytuacja wygląda nieco inaczej. Tam już 13% wszystkich uczniów w szkołach ogólnokształcących to dzieci obcokrajowców. W Berlinie są szkoły, w których tylko co czwarty uczeń jest Niemcem! Z prasy można się było dowiedzieć, że Senat Berlina wyciągnął z tego jedynie słuszny wniosek: w przyszłym roku szkolnym niemieccy uczniowie – na początek 150 – mają jako pierwszego obcego języka uczyć się języka tureckiego, przez sześć lat,  pięć godzin tygodniowo. Nietrudno przewidzieć, że ta konsekwentna polityka „integracji”, mająca zapobiec powstawaniu „problemów społecznych” i „zagwarantować pokój socjalny”, przyniesie dokładnie takie skutki, jakie przepowiada Gini.

Zapewne,  Berlin to jeszcze nie całe Niemcy. Gdzie indziej nasza struktura wiekowa wygląda jeszcze nieco inaczej. Ale kiedy spełnią się teoretyczne wyliczenia – a są one bardziej wiarygodne niż prognozy o „eksplozji demograficznej” – to wszędzie zapanują berlińskie stosunki. Być może nasze wnuki zobaczą, jak turecka armia Republiki Federalnej Niemiec maszeruje przez Bramę Brandenburską i wyrzuca Rosjan. Niech żyją Wieczne Niemcy!

Przełożył Tomasz Gabiś



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»