Tomasz Gabiś
W listopadzie zeszłego roku prokuratura wniosła do sądu akt oskarżenia przeciwko Beate Zschäpe, domniemanej członkini terrorystycznego związku o nazwie Narodowosocjalistyczne Podziemie (NSP). Została oskarżona o współsprawstwo w zamachach i napadach rabunkowych.
Przez cały rok media niemieckie zajmowały się intensywnie tematem NSP, niemal każdego dnia wypowiadali się na ten temat politycy wszystkich partii. Z wielką uwagą śledzą sprawę niemieckie środowiska niezależne, np. znany lewicowy dysydent Jürgen Elsässer, poświęcający NSP wiele miejsca w kolejnych numerach swojego miesięcznika „Compact”.
23 lutego 2012 roku kanclerz Angela Merkel oświadczyła: „Mordy są hańbą dla naszego kraju. Jako kanclerz Republiki Federalnej Niemiec obiecuję Państwu: uczynimy wszystko, aby wyjaśnić mordy, wykryć wspólników i tych którzy za nimi stali, i wymierzyć sprawiedliwą karę wszystkim sprawcom. Z najwyższym zaangażowaniem pracują nad tym wszystkie właściwe organy federalne i krajowe”. Jednakże nadal wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. W ciągu 12 miesięcy pojawiło się za to mnóstwo spekulacji i domysłów, plotek i pogłosek, kontrolowanych przecieków do mediów, wypowiedzi członków parlamentarnych komisji śledczych, zamierzone niedyskrecje, informacje i dezinformacje. Okazało się również, że Urząd Ochrony Konstytucji (UOK) zniszczył więcej akt niż wcześniej sądzono, nie tylko 26 segregatorów z podsłuchów, ale 94 akta personalne, 8 akt rzeczowych, 137 akt rozpoznania i werbunku, 45 akt dotyczących informatorów UOK.
Podstawowe pytanie, jakie zadają sobie wszystkie środowiska polityczne w Niemczech, brzmi: jak to możliwe, żeby trzyosobowa grupa mogła w 1998 roku uciec przed policją, a następnie przez 12 lat działać na terytorium całych Niemiec, dokonując, nie mającej precedensu w historii RFN, serii morderstw oraz kilkunastu napadów rabunkowych. Popełnili 10 zbrodni w różnych miastach Niemiec, co wymagało rozbudowanej logistyki, ponadto kilkanaście napadów rabunkowych (plus dwa zamachy bombowe) – i nikt nie wpadł na ich trop, nigdy nie znaleźli się nawet w odległym kręgu podejrzanych. Nie pozostawili najmniejszego śladu, najmniejszej wskazówki, która mogłaby naprowadzić na ich trop. Jak w niemieckim „państwie nadzoru” było możliwe popełnienie tego typu „przestępstw doskonałych”, nikt nie wie.
Należy pamiętać o tym, że wszyscy troje byli przed 1998 rokiem dobrze znani policji, zatrzymywani, aresztowani i skazywani przez sądy za przestępstwa na tle polityczno-ideologicznym. W 1998 roku wydano nakaz ich aresztowania w związku z posiadaniem materiałów wybuchowych (dostarczonych przez tajnego współpracownika UOK); byli poszukiwani do 2003, a Uwe Böhnhardt, za którym wystawiono list gończy, do 2007 roku. Policja i tajne służby wiedziały o nich wszystko; posiadały odciski palców, DNA, próbki pisma, profile psychologiczne, znano ich rodziny, przyjaciół i znajomych, środowisko, w którym się poruszali, kontakty, adresy itd. Można być pewnym, że ich sylwetki znajdowały się w niejednej bazie danych.
Tymczasem przez 12 lat nie natrafiono na żaden ślad członków NSP, mimo iż morderstwami zajmowały się wszystkie tajne służby, siedem specjalnych policyjnych grup dochodzeniowych, 200 funkcjonariuszy, użyto najnowocześniejszych technik kryminalistycznych, przebadano 20,5 miliona danych od operatorów sieci komórkowych i 14.000 posiadaczy połączeń, 13 milionów danych z kart kredytowych i bankomatowych, 300.000 noclegów w hotelach, milion danych dotyczących wynajmu samochodów, przejrzano kilometry nagrań z kamer, przesłuchano tysiące świadków i osób mogących cokolwiek wiedzieć na temat zbrodni, ustanowiono 300.000 euro nagrody za informacje.
Segregatory śledczych, techników kryminalistycznych i profilerów zajmowały najpierw szafy, potem całe pokoje, ale sprawcy pozostali nieuchwytnym fantomem. Po zastrzeleniu w 2007 roku policjantki Michèle Kiesewetter setki policjantów i specjalistów z Federalnego Urzędu Kryminalnego poszukiwało sprawców. Do tego dochodzą śledztwa w sprawie kilkunastu napadów na filie bankowe i kasy oszczędnościowe, w których także przez 12 lat nigdy nie pojawiły się nazwiska Uwe Mundlosa, Uwe Böhnhardta i Beate Zschäpe. To nawet dla zawodowych przestępców byłoby niezwykłe osiągnięcie.
Ponadto, jak wiemy z poprzedniego numeru „Arcanów”, środowisko narodowo-radykalnej opozycji, w dzień i w nocy monitorowanej, obserwowanej i kontrolowanej, naszpikowane jest agentami i informatorami. Według nowych informacji w Turyńskiej Straży Ojczyźnianej (TSO), w której działała trójka z NSP, UOK miał jeszcze więcej tajnych współpracowników niż przypuszczano. Według gazety „Thüringer Allgemeine” w TSO prawie 1/3 członków to, współpracujący krócej lub dłużej, informatorzy służb. W jednej z grup koleżeńskich związanych z TSO połowa członków była informatorami UOK – Julia Jüttner z tygodnika „Der Spiegel” swój artykuł na ten temat zatytułowała trafnie „Szpicle szpiclują szpiclów”.
Przywódca TSO Tino Brandt jako tajny współpracownik UOK-u działał jeszcze ponad dwa lata po zejściu trójki do „podziemia” – abstrahujemy od faktu, że środowisko narodowo-radykalnej antysystemowej opozycji ma po części charakter subkultury, w której wszyscy o wszystkich i wszystkim gadają przy piwie. Tymczasem tajni współpracownicy, informatorzy i agenci UOK przez 13 lat nie przekazali służbom czy policji najmniejszej choćby informacji na temat spektakularnej, zbrodniczej i rabunkowej działalności trójki z NSP, do której najbliższego otoczenia należało co najmniej czterech tajnych współpracowników UOK-u. Jest to tym bardziej zdumiewające, że w 1998 Mundlos, Böhnhardt i Zschäpe nie uciekli gdzieś daleko na koniec świata, nie skryli się w anonimowości wielkiego miasta, ale z rodzinnej Jeny przeprowadzili się najpierw do odległego o godzinę drogi Chemnitz a następnie, w 2001 roku, do położonego od Jeny o pół godziny drogi Zwickau (93 tys. mieszkańców), gdzie mieszkali przez 10 lat i gdzie mieściła się centrala operacji terrorystycznych zakrojonych na ogólnokrajową skalę.
Innymi słowy pozostali w sensie geograficznym na obszarze, gdzie żyli i działali politycznie w latach 90. De facto więc wcale nie opuścili środowiska, z którym byli wcześniej związani. Przez 13 lat żyli nierozpoznani, pod fałszywymi nazwiskami na terenie Saksonii, pozostając w kontakcie – potrzebowali wszak pomocy – z ludźmi ze środowiska narodowo-radykalnej opozycji, z których jedni byli informatorami służb, a inni przez służby byli obserwowani i podsłuchiwani.
Jeśli wszystkie wyżej opisane elementy zbierzemy razem, to możliwy jest tylko jeden wniosek: terrorystyczna działalność NSP musiała zostać odkryta. A jednak tak się nie stało. Jedyne racjonalne wyjaśnienie to takie, że posiadali „czapki niewidki”, dzięki którym dokonali „zbrodni doskonałych”. Przez 13 lat wodzili za nos najlepszych specjalistów z policji i tajnych służb; pozostali niezidentyfikowani i nieuchwytni. Oficjalna wersja, mająca wyjaśnić ten zdumiewający fakt, brzmi: fatalnie zawiedli ludzie i instytucje, zawiodły procedury, policja i Urząd Ochrony Konstytucji popełniły wiele ciężkich błędów i pomyłek, brak było koordynacji pomiędzy różnymi służbami etc. etc. Kręgi radykalnej lewicy w te wyjaśnienia nie wierzą, podejrzewając, że służby nie szukały morderców w środowiskach narodowo-radykalnych, ponieważ z nimi sympatyzują albo nie brały ich pod uwagę z góry wykluczając motywy polityczno-ideologiczne; inni sugerują, że służby świadomie kryły terrorystów lub wręcz ich inspirowały. Kołom lewicowym byłoby bardziej na rękę, gdyby mogły atakować CDU, ale w latach 1998-2005 rządziła akurat koalicja SPD z Zielonymi, ministrem spraw wewnętrznych był Otto Schilly (kiedyś Zielony), który z determinacją dążył do delegalizacji NPD; to za jego rządów powołano do życia Centrum Ochrony przez Terroryzmem. W latach 1996-2000 szefem Federalnego UOK był Peter Frisch z SPD, a w latach 2000-2012 Heinz Fromm także z SPD. Oczywiście to, czy szefem tajnych służb lub ministrem spraw wewnętrznych jest człowiek z SPD czy z CDU (jak Wolfgang Schäuble w latach 2005-2009) nie ma niemniejszego znaczenia, wielu polityków chadeckich przebija centrolewicę w gorliwości w zwalczaniu „prawicowego zagrożenia”, np. Günter Beckstein (CSU), minister spraw wewnętrznych Bawarii w latach 1993-2007 powiedział w „Münchener Merkur” (15 listopada 2011): „W przypadku prawicowych ekstremistów działaliśmy ostrzej niż w przypadku ekstremistów lewicowych, ponieważ aprobata ludności jest tutaj większa. Niekiedy szliśmy dalej niż zezwala na to państwo prawa”.
Nie tylko policji i tajnym służbom, nie tylko ekspertom od terroryzmu nie udało się rozpoznać politycznego tła zamachów, także lewicowe media i organizacje bezustannie ostrzegające przed zagrożeniem ze strony rasizmu i nacjonalizmu, przez te wszystkie lata nie zauważyły ideologiczno-politycznego tła morderstw. Ani publicyści radykalnej lewicy, ani dziennikarze śledczy z lewicowo-liberalnych mediów typu „Spiegel”, „Süddeutsche Zeitung”, „Die Zeit” niezwykle czujni w tropieniu najdrobniejszych przejawów „faszyzmu”, pisząc o sprawie morderstw nie wyrażali podejrzeń, że chodzi o zamachy terrorystyczne.
Zagadka, dlaczego terroryści nie zostali wykryci, jest tak dręcząca, że nawet publicyści głównego nurtu usiłują ją rozwiązać sugerując jakieś formy symbiozy pomiędzy nimi i tajnymi służbami. Np. Nils Minkmar z „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (19. 11. 2011) na pytanie, dlaczego nie złapano trójki z Zwickau odpowiada: ponieważ ich nie szukano. Według Minkmara zasada jest taka: jeśli ktoś tak długo wymyka się intensywnym poszukiwaniom, to znaczy, że ma państwową ochronę. Powtarza się zawsze ta sama historia: „Jeśli podąża się dostatecznie długo śladem terroru, ląduje się w końcu przed tajnym budynkiem służb”; „dostajemy do trzymania nitkę, za którą nie mamy odwagi ciągnąć, ponieważ przeczuwamy, że nie spodoba się nam to, co wisi na drugim końcu”. Dodajmy, że pożywki dla tego typu „teorii spiskowych” dostarczył rzeczywiście zadziwiający fakt: kiedy w 2006 roku w Kassel w kafejce internetowej zastrzelony został – jak się domniemywa – przez NSP jej właściciel Halit Yozgat, na miejscu zbrodni w tym samym czasie przebywał funkcjonariusz heskiego Urzędu Ochrony Konstytucji Andreas Temme, który jednak był tam prywatnie (!) i niczego nie zauważył.
Niemieckie środowiska niezależne zwracają uwagę na liczne anomalie i niewyjaśnione okoliczności zarówno samych działań terrorystycznych NSP, jak i przebiegu wydarzeń, jakie rozegrały się na początku listopada 2011 roku. Wskazują na to, że mamy do czynienia z trzema typami przestępstw, połączonych osobami sprawców. Pierwszy kompleks przestępstw to seria 9 zamachów, których ofiarą padli drobni sklepikarze, rzemieślnicy, drobni przedsiębiorcy tureccy i jeden grecki (kwiaciarz, krawiec, właściciel warzywniaka, sprzedawcy kebabów). Dokonano ich – oprócz jednego w Rostocku – na terytorium starych landów: 3 w Norymberdze, 2 w Monachium, 1 w Dortmundzie, 1 w Kassel, 1 w Hamburgu. Miały one dwie fazy: pierwsza w latach 2000-2001, potem dwa i pół roku przerwy, i druga faza 2004-2006. Wszystkie ofiary zostały zastrzelone w biały dzień, z pistoletu Ceska 83 kaliber 7,65 mm wyposażonego w tłumik, podczas wykonywania swoich codziennych zajęć; strzelano z bliskiej odległości w głowę (twarz), morderstwa sprawiały wrażenie egzekucji, sprawcy ani razu nie byli zamaskowani.
Do tej grupy przestępstw można ewentualnie zaliczyć dwa zamachy w Kolonii, aczkolwiek przeprowadzono je bez użycia broni palnej (czarny proch i bomba z gwoździami).
Drugi kompleks przestępstw to kilkanaście napadów rabunkowych na filie bankowe i kasy oszczędnościowe. Wszystkich dokonano na terytorium dawnego NRD, na obszarze gdzie urodzili się i mieszkali członkowie NSU: 7 napadów w Chemnitz, 3 w Zwickau, 2 w Stralsundzie, 1 w Arnstadt i 1 w Eisenach (październik 1999-listopad 2011).
Trzeci typ przestępstwa to zamach na dwoje członków policyjnego patrolu na parkingu w Heilbronn (kwiecień 2007). Policjantka Michèle Kiesewetter zginęła, jej kolega został ciężko ranny. Sprawcy użyli innej broni – teteki i visa, a ofiarami byli tym razem Niemcy.
Według oficjalnej wersji terroryści z NSP dokonywali napadów rabunkowych, by zdobyć pieniądze na własne utrzymanie i na przeprowadzenie zamachów terrorystycznych, co rzeczywiście wymagało sporo pieniędzy ze względu na problemy logistyczne: chcąc dojechać na miejsca zamachu i z powrotem musieli pokonać ponad pięćset do 1000 km, wynajmowali samochody lub kampery, musieli przybyć wcześniej na miejsca planowanego zamachu, gdzieś mieszkać i nocować, zrobić rozpoznanie w miastach, obserwować ofiary, poznać trasę dojazdu do miejsca zbrodni i trasę ucieczki z danego miasta, którego topografii przecież nie znali. Wszystko musiało być perfekcyjnie przygotowane, zorganizowane i przeprowadzone, trzeba było przemknąć się przez blokady i policyjne kontrole, aby wrócić bezpiecznie z Norymbergii, Hamburga, Dortmundu czy Monachium do Zwickau. Niektóre zamachy były przeprowadzane zaraz po sobie – 09. 06. 2005 w Norymberdze i sześć dni później w Monachium; 04. 04. 2006 w Dortmundzie i dwa dni później w Kassel, co musiało się wiązać z poważnymi problemami logistycznymi i wydatkami.
Sprawa kosztów to kolejna niewyjaśniona zagadka – według śledczych łup ze wszystkich napadów NSP wniósł ok. 600.000 euro. Jednak nie wszystkie wydali. Po ujawnieniu sprawy w listopadzie 2011 znaleziono przy nich w sumie ok. 110.000 euro. Zostaje więc 490.000 euro, przy rozłożeniu na ponad 12 lat daje po ok. 1000-1200 euro na osobę na miesiąc – z czego się więc utrzymywali, jak pokrywali wysokie koszty organizacyjne działalności terrorystycznej? Według śledczych wystarczało im nawet na sponsorowanie narodowo-radykalnych fanzinów. W 2008 roku przeprowadzili się do większego mieszkania w lepszej dzielnicy z domami jednorodzinnymi i zadbanymi ogródkami. Regularnie jeździli razem na trzytygodniowe urlopy nad Bałtyk wynajmowanym kamperem, zabierając ze sobą deski surfingowe, rowery górskie, motorowy ponton. Dodajmy na marginesie, że nawiązywali znajomości z innymi urlopowiczami, wymieniali z nimi adresy i fotografie, a w co najmniej jednym przypadku wysłali poznanym znajomym wideo z urlopu. Pieniędzy im więc nie brakowało. Czyżby pracowali na czarno? Kolejna zagadka.
Inna dziwna sprawa, to fakt, że choć motywowani mieli być ogólną nienawiścią do obcokrajowców, to zabijali obcokrajowców tylko z jednej grupy etnicznej i jednej grupy zawodowej. Dlaczego mieliby stosować takie kryteria? Dlaczego nie Nigeryjczyk, Arab czy Hindus? Dlaczego sami Turcy i jeden Grek? Dlaczego tylko drobni przedsiębiorcy? Przecież równie dobrze na ofiary mogliby wybrać bezrobotnego, studenta, pielęgniarkę czy listonosza? Dlaczego wreszcie nie zabierali ofiarom – choć mogli – pieniędzy?
Lecz najbardziej zagadkowa ze wszystkich jest inna sprawa. Zakłada się bowiem, że Beate Zschäpe, Uwe Mundlos i Uwe Böhnhardt, uciekając przed policją ulegli politycznej radykalizacji; przed 1998 rokiem brali udział w spotkaniach, wykładach, szkoleniach politycznych, demonstracjach, manifestacjach, wiecach i happeningach ale to im nie wystarczało i postanowili przejść do czynów; uznali, że działalność wcześniejsza była zbyt umiarkowana, postanowili zatem utworzyć coś na kształt narodowo-radykalnego odpowiednika RAF-u (zasadnicza różnica pomiędzy RAF-em a NSP polega na tym, że pierwsi uderzali w ludzi z elity politycznej zaś drudzy w „szarego człowieka”).
Warunkiem psychologicznym dla politycznych mordów jest silna ideologiczno-polityczna motywacja. Stąd naturalną konsekwencją ich ewolucji powinno być nadanie swoim czynom politycznego i ideologicznego sensu, że oto toczą walkę zbrojną przeciwko wszystkim obcokrajowcom jako wrogom na froncie wojny domowej; zamach na policjantów w Heilbronn byłby z tej perspektywy atakiem na tych, którzy służą „alianckim kolaborantom” z Berlina. Tymczasem nie wysuwali żadnych żądań i postulatów politycznych, nie interpretowali zadawanej przemocy w kategoriach polityczno-ideologicznych, nie ogłaszali światu swoich czynów jako czynów NSP. Siali terror zachowując o nim absolutne milczenie. W ciągu 12 lat nie ogłosili jako NSP żadnego manifestu, żadnego listu czy oświadczenia z przyznaniem się do zamachów i wyjaśnieniem ich politycznego sensu. Z niewyjaśnionych powodów utajnili całkowicie cele i motywy swojego działania; ich czynom brakowało nagłośnienia, będącego wszak istotą politycznego terroryzmu; zabijają nieznanych, zwyczajnych ludzi z ulicy, a potem nagle w 2006 roku przestają. Popełnili mordy polityczne w taki sposób, że nikt nie zwrócił na nie uwagi, nie rozpoznał ich jako mordów politycznych. Uważa się, że chcieli prowadzić propagandę czynu, jednakże czyn także potrzebuje politycznej propagandy, tymczasem oni zachowywali absolutne milczenie. Ba, same czyny także nie mogły być traktowane jako forma propagandy politycznej, ponieważ ich nie rozpropagowali i nikt się nie domyślił, że chodzi o akty terroryzmu. Trudno znaleźć bardziej nietypową, silniej wprawiającą w zdumienie ekspertów od terroryzmu, grupę terrorystyczną niż Narodowosocjalistyczne Podziemie.
Mówi się, że NSP chciało morderstwami wywołać strach i przerażenie wśród obcokrajowców. Jak jednak osiągnąć taki cel, jeśli grupa, przeciwko której skierowany jest terror, w ogóle o tym nie wie! Ani policja, ani politycy, ani media nie mówiły nic o terroryzmie wymierzonym w obcokrajowców, zaś sami terroryści nie zadbali o wzbudzenie zainteresowania swoimi akcjami, które tym samym nie miały szansy wywołania „klimatu strachu” wśród imigrantów.
O tym, że w latach 2001-2007 działała w Niemczech narodowo-radykalna grupa terrorystyczna o nazwie Narodowosocjalistyczne Podziemie niemiecka opinia publiczna dowiedziała się dopiero po 4 listopada 2011 roku. Dopiero po tej dacie policja, UOK, media, politycy, eksperci dokonują wstecznej reinterpretacji tego co się wydarzyło w przeszłości, i dopiero dziś okazuje się, że w latach 2000-2007 szalał w RFN „prawicowy terroryzm”, którego wcześniej nikt, dosłownie nikt, nie zauważył.
Jeśli terroryści nie wykorzystywali swoich zamachów na płaszczyźnie polityczno-propagandowej, jeśli zamachy nie były przez media ani polityków przedstawiane jako przejaw terroryzmu, to błędne być muszą „teorie spiskowe”, wysuwane głównie przez radykalną lewicę, że tajne służby tolerowały, kryły terrorystów lub wręcz inspirowały i podżegały do zamachów w ramach tzw. strategii napięcia. Mylna jest zarówno hipoteza, że władzy chodziło o napełnienie strachem imigrantów i skłonienie ich do opuszczenia kraju, jak i druga, że celem było zastraszenie ludności i uzasadnienie dla wprowadzenia nowych środków bezpieczeństwa.
Przejdźmy teraz do analizy wydarzeń z 4 listopada 2011 roku. Według wersji policji i prokuratury tego dnia o 9.30 w Eisenach Uwe Böhnhardt i Uwe Mundlos dokonują napadu rabunkowego na kasę oszczędnościową, nierozpoznani uciekają na rowerach z łupem 70.000 euro i ukrywają się w swoim kamperze, aby przeczekać blokadę. Ktoś zawiadamia policję o podejrzanych mężczyznach, o godz. 11.30 pojawia się w pobliżu dwuosobowy patrol policyjny. Ponieważ z samochodu wydobywa się dym, policjanci zawiadamiają straż pożarną; po ugaszeniu niewielkiego ognia strażacy odkrywają w kamperze zwłoki Mundlosa i Böhnhardta. Początkowo śledczy podali, że na widok policjantów przestępcy przestraszyli się, podpalili kamper a następnie obaj popełnili samobójstwo. Potem pojawiła się druga wersja: Mundlos zabił Böhnhardta strzelając mu w głowę, podłożył ogień, po czym tą samą bronią popełnił samobójstwo. Policjanci podają, że słyszeli dwa dźwięki „jakby strzały”, okoliczni mieszkańcy niczego nie słyszeli.
Oficjalna wersja budzi szereg wątpliwości. Dlaczego ludzie, którzy przez wiele lat wymykali się policji, twardziele zaprawieni w mordowaniu i rabunkach, zimnokrwiści zabójcy 10 ludzi, w tym policjantki, wiele razy ryzykujący życiem, teraz, ledwo na horyzoncie pojawił się policyjny patrol, reagują w taki sposób. W wozie znaleziono cały arsenał (cztery pistolety, pistolet maszynowy, trzy strzelby półautomatyczne, granat ręczny), ale Mundlos i Böhnhardt nie strzelają do policjantów, aby utorować sobie drogę ucieczki, nie próbują uciekać, obojętnie, pieszo, na rowerach czy samochodem, nie wpadają na pomysł, by wziąć zakładników. Jeśli nie podjęli próby ucieczki, to dlaczego się nie poddali, aby potem wykorzystać proces dla propagowania swojej ideologii politycznej, czynów i motywów. Mogli w końcu, gdy nadciągną posiłki policyjne i zaczną oblężenie, ostrzeliwać się i umrzeć od policyjnych kul jako „męczennicy polegli w imię niepodległej Rzeszy”.
Mieli tyle możliwości a wybrali postępowanie najbardziej bezsensowne z każdego punktu widzenia: obaj popełnili samobójstwo albo jeden z nich zabił przyjaciela i towarzysza walki, a potem sam siebie (podkładając wcześniej ogień w kamperze, co jest zupełnie niewytłumaczalne, skoro za chwilę miał się zabić).
Jeszcze bardziej zagadkowy jest fakt, że w kamperze znaleziono służbową broń zastrzelonej w Heilbronn policjantki Michèle Kiesewetter i jej kolegi, oraz inne należące do nich przedmioty: służbowe kajdanki, pojemnik z gazem łzawiącym, scyzoryk wielofunkcyjny. Dlaczego przestępcy przechowywali te obciążające ich przedmioty przez cztery i pół roku i dlaczego wyruszając na napad zabrali je do wynajętego tydzień wcześniej samochodu, zwiększając tym samym ryzyko – gdyby zostali zatrzymani – powiązania ich z morderstwem sprzed lat? Mało tego, załadowali kamper innymi obciążającymi dowodami. Znaleziono w nim kilkadziesiąt tysięcy euro z poprzednich napadów, część jeszcze w ostemplowanych banderolach z nazwami obrabowanych instytucji, szkice wcześniejszych napadów oraz kilka płyt DVD z filmem, w którym NSP przyznaje się do zamachów terrorystycznych. Superwyrafinowani i supersprytni przestępcy, którzy na zimno i precyzyjnie dokonali serii mordów i napadów nie zostawiając żadnych śladów (w kilku przypadkach strzelali przez plastikową torbę, żeby nie zostawiać łusek), latami przechowują w mieszkaniu obciążające ich dowody i na dodatek zabierają je ze sobą udając się na kolejny napad. Sprawcy zbrodni doskonałych czy kretyni?
Co, w czasie kiedy jej kompani umierają w Eisenach, robi Beate Zschäpe przebywająca w Zwickau? Według wersji policji w jakiś sposób (kiedy i jak nie wiadomo) dowiaduje się o ich śmierci i zdaje sobie sprawę, że wpadli. Ok. godz. 15 rozlewa w mieszkaniu benzynę i podpala je (o 15.37 dochodzi tam do eksplozji). Zostawia sąsiadce swoje dwa koty i ucieka. Po czterech dniach zgłasza się na policję i zostaje aresztowana. W zgliszczach domu w Zwickau śledczy znajdują m.in. pistolet Ceska 83 kaliber 7,65 mm, ten sam (lub taki sam), który posłużył do zamachów na 9 osób w latach 2000-2006.
Według śledczych Zschäpe podpaliła mieszkanie, aby zniszczyć dowody terrorystycznych zamachów i napadów. Jednak to właśnie podpalenie natychmiast zwróciło uwagę na mieszkanie i jego lokatorów. Dlaczego po prostu nie opuściła mieszkania, zabierając ze sobą najważniejsze obciążające dowody, aby później się ich pozbyć? Dlaczego nie wzięła narzędzia zbrodni, by wrzucić je gdzieś dalej do kanału ściekowego albo zakopać? Wszak najważniejszą rzeczą dla przestępcy jest, aby narzędzia zbrodni nie znaleziono ani przy nim, ani w jego mieszkaniu czy samochodzie, i nie można go było personalnie powiązać z morderstwem. Tymczasem długoletnia członkini grupy terrorystycznej, doświadczona kryminalistka, współsprawczyni 10 morderstw, z niewyjaśnionych powodów zamiast spakować do torby narzędzie zbrodni (oraz inne materiały) zostawia je w mieszkaniu i ucieka.
Z punktu widzenia przestępczej logiki sensowne jest wywołanie pożaru na miejscu przestępstwa w celu zatarcia śladów, ale podpalanie mieszkania w celu zniszczenia pojedynczych dowodów jest absurdalne i – co się potwierdziło – ryzykowne. Czyżby Zschäpe zapomniała, że pistolety się nie palą? Tak czy inaczej dyletanctwo Zschäpe jest doprawdy zdumiewające; mimo iż pożar gaszą 4 wozy strażackie przez 10 godzin (do tego dochodzą zniszczenia w wyniku eksplozji), to po dwóch dniach policjanci znajdują w zgliszczach nie tylko narzędzie zbrodni, ale szereg innych obciążających przedmiotów i papierów, które chyba tylko cudem przetrwały pożar: kilka zapakowanych do kopert i zaadresowanych płyt DVD z filmem o działalności NSP, 75.000 euro w gotówce pochodzące z napadów, plany miast z odręcznymi notatkami, laptop, pendrive z nazwiskami i adresami 88 osób, w tym dwóch posłów oraz inny nośnik z tysiącami adresów osobistości życia publicznego, sfałszowane dokumenty itp. Ponadto kilkanaście sztuk różnej broni i 1600 nabojów, które jakoś nie wybuchły. Ocalało również 2,5 kilograma czarnego prochu i aparat strzelniczy zamaskowany jako drewniana skrzynka. A poza tym wydruki komputerowe, prywatne fotografie, umowy o wynajem samochodów z poprzednich lat, zniżkowe karty kolejowe, karty stałego klienta, książeczki szczepień kotów, stare rachunki od lekarza, zdjęcia z autografem, talon na bielenie zębów, czapka św. Mikołaja, gra nitendo, karty członkowskie dwóch klubów tenisowych w Bawarii i Dolnej Saksonii. Jak to wszystko przetrwało pożar, nie wiadomo. A ponieważ ogień nie działa selektywnie, to co przetrwało z obciążających materiałów, musiało stanowić tylko ich część, reszta uległa spaleniu. Znaczyłoby to jednak, że terroryści zamienili mieszkanie w magazyn dowodów świadczących o ich związku z zamachami. Przez cztery-pięć lat, bo tyle czasu minęło od ostatnich morderstw, jak gdyby nigdy nic przechowują w swoim mieszkaniu narzędzie zbrodni i inne obciążające ich materiały, ba, zabierają je ze sobą do nowego mieszkania (czy zabierali je też na letnie urlopy czy raczej zostawiali pod opieką sąsiadów?). Ponownie pojawia się pytanie: supersprytni terroryści czy kretyni?
Jeśli uważniej przyjrzeć się efektom działań Beate Zschäpe, widać wyraźnie, że stało się coś wręcz odwrotnego niż zamierzała: w ogóle nie zniszczyła najważniejszych dowodów, przede wszystkim narzędzia zbrodni, ale tak naprawdę udostępniła je policji! Do tych dowodów należały wspomniane płyty DVD o działalności terrorystycznej NSP interpretowane jako „przyznanie się do zamachów”. Zschäpe postępuje zupełnie niezrozumiale: z jednej strony pragnie zniszczyć dowody, aby ukryć przed światem terrorystyczną działalność NSP, a z drugiej wszem i wobec rozgłasza ową, zakończoną kilka lat wcześniej, działalność. Albowiem – jak twierdzą śledczy – opuszczając mieszkanie zabiera ze sobą 12 płyt z filmem i rozsyła je następnie pocztą do redakcji gazet i organizacji politycznych, kulturalnych i religijnych (do redakcji „Nürnberger Nachrichten” ktoś wrzucił nieofrankowaną kopertę z filmem). Dlaczego podejmuje tak sprzeczne ze sobą działania, nie wiadomo.
Według śledczych film na DVD stanowi „ostatni akt propagandowy NSP” (dokładniej rzecz biorąc pierwszy i ostatni). Przypomnijmy, że seria zamachów zakończyła się w 2006 roku, atak na policjantów w Heilbronn miał miejsce w 2007 roku. W okresie 2000-2007 nie pojawił się żaden tekst lub inny materiał dotyczący akcji NSP. NSP zrezygnowało z jakiegokolwiek propagandowo-politycznego ich wykorzystania. Czyżby po kilku latach trzyosobowa organizacja zdecydowała się jednak przyznać do dokonania zamachów? A może film powstał kilka lat temu, a oni zachowali go sobie na pamiątkę? W każdym razie nie wiadomo, kto i kiedy wyprodukował wideo – z mediów znamy tylko trwające kilka minut niektóre sekwencje piętnastominutowego filmu zrobionego techniką kolażu, zmontowanego ze zdjęć i wycinków prasowych, rysunków, fragmentów programów telewizyjnych, fotografii zamordowanych oraz kilku zdań politycznego tekstu, utrzymanych w dość umiarkowanym tonie, ogólnikowo zapowiadających, że jeśli nie nastąpią zmiany w polityce, w mediach, w zakresie wolności słowa to działania będą kontynuowane. Takim językiem, zauważmy, nie przemawiają, sięgający po przemoc, radykalni opozycjoniści wypowiadający wojnę „Systemowi”.
Główną rolę w filmie gra znana z filmów rysunkowych Różowa Pantera, która wykonuje różne gesty i czynności, detonuje bombę, strzela w głowę policjantowi i „przyznaje się” do zamachów przewracając kartki z zapisanymi datami i nazwiskami ofiar zamachów. Trudno interpretować film jako przyznanie się do zamachów, ponieważ zmontowano go z publicznie dostępnych materiałów, którymi mógł dysponować każdy – nie widać żadnej specyficznej wiedzy dostępnej tylko sprawcom (jedno ze zdjęć miało być zrobione na miejscu zbrodni, ale nie wiadomo przez kogo). W tym sensie autorzy filmu są całkowicie anonimowi, mógł go zrobić ktokolwiek. Gdyby nie to, że znaleziono go w mieszkaniu ludzi, o których wiemy skądinąd, że tworzyli NSP, to nie można by na jego podstawie wnioskować, iż jest to wytwór ludzi z NSP. Film ma dynamiczny montaż, podłożoną muzykę i tekst, zrobiono go bardzo profesjonalnie, z dużym technicznym nakładem pracy.
Uwagę zwraca również estetyka filmu. Wykorzystywanie postaci z komiksów i filmów rysunkowych jest typowe raczej dla propagandy politycznej uprawianej przez radykalną lewicę. Mamy do czynienia ze swego rodzaju „czarnym humorem”, jakby ktoś bawił się zestawieniem zdjęć ofiar, zniszczonego bombą sklepu, pogrzebu zamordowanej policjantki z postacią ze śmiesznych filmów rysunkowych. Charakterystyczne jest też logo NSP w kształcie połączonych w znak graficzny liter. Estetyka filmu zupełnie nie przystaje do powagi, z jaką o „wolność i niepodległość Wielkich Niemiec” walczy narodowo-radykalna opozycja. Całość sprawia wrażenie raczej filmowego żartu niż poważnego przesłania polityczno-ideologicznego autorstwa gotowych na wszystko terrorystów. Oficjalna interpretacja brzmi, że wprowadzając postać Różowej Pantery terroryści chcieli wydrwić, znieważyć i poniżyć ofiary.
Michael Sontheimer, autor książek o RAF-ie, przypomniał w tym kontekście, że w czerwcu 1970 roku na łamach anarchistyczno-neomarksistowskiego pisma Agit 883 ukazało się oświadczenie grupy lewicowych radykałów, którzy uwolnili Andreasa Baadera, stanowiące pierwsze programowe pismo RAF-u. Nad tekstem widniała szczerząca zęby pantera a na jej korpusie napis: „Zbudować Armię Czerwoną”. W filmie NSP zobaczyć też można logo RAF-u – czerwoną, pięcioramienną gwiazdę z pistoletem maszynowym MP5 Heckler und Koch. W latach 70. zeszłego wieku działała w Niemczech lewicowa (maoistowska) organizacja młodzieżowa o nazwie „Czerwone Pantery”, nawiązującej oczywiście do amerykańskich Czarnych Panter, których logo była czarna pantera. Współcześnie działa w Niemczech partia emerytów Siwe Pantery, posługująca się rysunkiem pantery jako partyjnym znakiem. Różowa Pantera w filmie NSP wydaje się być swego rodzaju parodią tych „poważnych” panter.
Do tej pory przedstawiono raczej poszlaki wiążące trójkę z zamachami i napadami rabunkowymi, a nie ewidentne, bezsporne dowody tego, że byli na miejscu zbrodni i jej dokonali. Wszak nawet posiadanie narzędzia zbrodni nie oznacza, że to na pewno posiadacz jej użył. Niektóre dowody przedstawiane przez śledczych są dość wątłe. Twierdzą oni na przykład, że pożar w mieszkaniu w Zwickau (cudem) przetrwały wycinki z gazet na temat zamachów bombowych w Kolonii i o zamordowaniu imigranta w Monachium, na których znaleziono odciski palców Beate Zschäpe. A przecież czytanie w gazecie o przestępstwie nie jest dowodem na to, że to czytający je popełnił. Z płomieni ocalały także plany kilku miast, pośród nich również tych, w których dokonano zamachów, jednak posiadanie planu Monachium, nie jest żadnym dowodem, że jego właściciel dokonał w Monachium morderstwa.
Po kilku miesiącach od wydarzeń w Zwickau i Eisenach wypłynął jeszcze jeden dowód, który przetrwał akcję niszczenia dowodów przez Beate Zschäpe, mianowicie w pogorzelisku śledczy znaleźli spodnie do joggingu, na których były ślady krwi policjantki zabitej w Heilbronn. W kieszeniach spodni znajdowały się zużyte chusteczki higieniczne – badania DNA wydzieliny z nosa zachowanej na chusteczkach wykazały, iż była to wydzielina Uwe Mundlosa ergo spodnie należały do niego ergo brał on udział w zamordowaniu policjantki. Pytanie tylko, dlaczego Mundlos, przez tyle lat starający się nie pozostawiać żadnych śladów swojej terrorystycznej działalności, ponad cztery lata przechowywał w mieszkaniu swoje, poplamione krwią ofiary, spodnie, ba, przez cztery lata ich nie prał! Z jednej strony nieuchwytni przez kilkanaście lat, perfekcyjni seryjni mordercy i rabusie a z drugiej dowody zbrodni walające się po mieszkaniu. Supersprytni terroryści czy kretyni?
Podsumowując: nietypowy charakter działalności NSP, niewiarygodna nieudolność tajnych służb i policji, dziwna indolencja całego rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa państwa, który nie tylko nie zapobiegł zamachom i nie schwytał terrorystów, ale przez ponad 12 lat nawet nie potrafił ich choćby w przybliżeniu zidentyfikować, niewytłumaczalne zachowania trójki z Zwickau 4 listopada 2011 roku, dziwaczna treść i estetyka filmu „z przyznaniem się do winy”, na którym żadnego przyznania się de facto nie ma jak również inne anomalie, niejasności i sprzeczności w oficjalnej wersji wydarzeń sprawiają, że niemieckie środowiska niezależne jak wspomniany na początku lewicowy publicysta Jürgen Elsässer, wątpią, czy jest ona zgodna z faktami. Czy zatem istnieje alternatywna wersja wydarzeń, pozwalająca wyjaśnić wszystkie zagadki? Jaka była prawdziwa rola Beate Zschäpe, którą nawet media głównego nurtu podejrzewają o to, że była tajną współpracowniczką Urzędu Ochrony Konstytucji? Jeśli tajne służby nie wykorzystywały zamachów dla swoich ciemnych spraw, to czy łączyło je coś z terrorystami? Czy roztoczyły nad nimi parasol ochronny jak przypuszczają liczni publicyści w Niemczech, zwłaszcza na radykalnej lewicy? Tylko po co? Na czym mogła polegać w przypadku NSP „symbioza pomiędzy wrogami konstytucji i strażnikami konstytucji” (Rolf Goessner)?
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana” nr 109, 2013.
