Tomasz Gabiś
Jak pisaliśmy w poprzednim numerze, 4 listopada 2011 roku w kamperze w Eisenach znaleziono zwłoki Uwe Böhnhardta i Uwe Mundlosa oraz służbową broń policjantki zabitej w Heilbronn w 2007 roku. W tym samym dniu przy ulicy Frühlingsstraße 26 w Zwickau wybucha pożar i dochodzi do detonacji – w spalonym mieszkaniu znaleziono pistolet typu Ceska, z którego, jak podano, zastrzelono ośmiu Turków i jednego Greka w latach 2000-2006, w serii tzw. kebabowych morderstw. Mieszkanie wynajmowali Uwe Böhnhardt, Uwe Mundlos oraz Beate Zschäpe. Ponadto pokazano film wideo, na którym „skrajnie prawicowa” organizacja o nazwie Narodowosocjalistyczne Podziemie (NSP) przyznaje się do morderstw. Według policji to trójka z Zwickau tworzyła NSP .
W tym momencie stało się tak, jakby ktoś „przekręcił wajchę”: z dnia na dzień utraciły ważność setki segregatorów zajmujących cale regały i pokoje, niezliczone pliki zgromadzone na twardych dyskach policyjnych komputerów. Wszystkie raporty, sprawozdania, ekspertyzy, wyniki śledztw prowadzonych przez kilka specjalnych grup dochodzeniowych, ustalenia śledztw dziennikarskich znikły w dziurze niepamięci. W jednej chwili powstała nowa wersja wydarzeń i nowa ich interpretacja. Kiedy zidentyfikowano domniemanych sprawców jako narodowych radykałów, nikt, żadna dziennikarz, żaden ekspert, żaden policjant nie powrócił do zebranych w ciągu 10 lat tropów. Wszyscy natychmiast przyjęli nową wersję, mimo iż przez 10 lat nikt nie napomknął o takiej możliwości.
Pisaliśmy w poprzednim numerze o wielu wątpliwościach wyrażanych na temat tej nowej wersji przez niemieckie środowiska niezależne. Nie oznacza to, że nie ma ona na swoje poparcie żadnych innych dowodów oprócz narzędzia zbrodni i służbowej broni służbowej policjantki znalezionych u podejrzanych. Na przykład pewna kobieta z Norymbergi przypomniała sobie, że sześć lat temu w dniu morderstwa widziała kobietę stojącą w kolejce przy kasie w supermarkecie Edeka, a w pobliżu supermarketu znajdował się bar, którego właściciel został zastrzelony. Świadek pomyślała wówczas, że kobieta podobna jest do amerykańskiej aktorki Sary Gilbert, grającej w popularnym serialu „Roseanne”, do której podobna jest Beate Zschäpe. Okazało się również, że w 2005 roku z budki telefonicznej w Zwickau położonej niedaleko mieszkania trójki, dzwoniono na telefon komórkowy zalogowany w dniu morderstwa w Monachium w pobliżu miejsca zbrodni. Co więcej, w zgliszczach spalonego mieszkania znaleziono – pieczołowicie przechowywaną przez Beate Zschäpe przez sześć lat i cudem ocalałą z płomieni – kartkę z numerem tej komórki i dopiskiem „akcja”, co wprawdzie wiele mówi, jednak nie rozwiewa wątpliwości, jakie wzbudzał fakt, że przez 10 lat akty politycznego terroru nie zostały rozpoznane jako akty politycznego terroru, że politycznych terrorystów nie zidentyfikowano jako politycznych terrorystów, i co za tym idzie, mimo zaangażowania wielkich sił i środków nie udało się członków NSP zidentyfikować i schwytać. Z drugiej jednak strony zachowanie organów ściągania było właściwie racjonalne, ponieważ terroryści polityczni z NSP nie zachowywali się jak polityczni terroryści, dokonywali aktów terroru politycznego nie noszących znamion aktów terroru politycznego.
Gdyby zadać standardowe pytanie „cui bono?” a więc komu korzyść polityczną i propagandową miały przynieść zamachy, to należałoby na nie odpowiedzieć, że nikomu, ponieważ nikt o nich nie wiedział. Byłby to chyba pierwszy w historii przypadek politycznego terroryzmu, który w zamierzeniu terrorystów nie miał przynieść żadnych korzyści, skutków, reakcji politycznych. Nic więc dziwnego , że w niemieckich środowiskach niezależnych pojawiło się wiele spekulacji zarówno na temat przebiegu wydarzeń z 4 listopada 2011, jak i samych zamachów. Warto się im przyjrzeć, zastrzegając jednak bardzo mocno, że idzie o konkurencyjną, alternatywą wersję wydarzeń, będącą wyłącznie hipotetyczną konstrukcją, myślową nie popartą dowodami, gdyż tymi jej autorzy nie dysponują. Nie można jej jednak odmówić spójności i wewnętrznej logiki, nie mniejszej niż wersja lansowana przez prokuraturę, polityków i media.
Na początek zajmijmy się innym morderstwem przypisywanym NSP. Jak wiemy, w 2006 roku seria morderstw tureckich sklepikarzy urwała się, ale w następnym roku NSP miało dokonać zamachu na dwójkę policjantów w Heilbronn, w wyniku którego policjantka Michèle Kiesewetter zginęła, zaś jej kolega Martin Arnold został ciężko ranny w głowę. To morderstwo zupełnie nie pasuje do schematu „kebabowych morderstw”. Użyto innej broni (visa i tetetki), ofiary były Niemcami i policjantami, a nie sklepikarzami.
Mordercy nie zamierzali zabić akurat tych policjantów, ponieważ nie mogli wiedzieć, że dwuosobowy patrol znajdzie się na parkingu na Theresienwiese podczas przerwy obiadowej. Nie mogli znać, zmieniającej się, trasy patrolu, ponadto w tym dniu Michèle Kiesewetter, zastępując kolegę, objęła służbę poza grafikiem i została telefonicznie wysłana na trasę . Nie zdołano ustalić tła zbrodni, ani jej motywów. Wysuwano najróżniejsze, niezbyt prawdopodobne hipotezy, na przykład, że mordercy chcieli zabić policjantów, żeby zabrać broń., a przecież mieli już pistolet Ceska , dysponowali visem i teteką (skąd je mieli, nie wiadomo), dlaczego więc mieliby zabijać w celu zdobycia broń policjantów, którą zabrali chyba tylko jako trofeum i przez cztery lata trzymali w mieszkaniu ani jej nie używając, ani się nie pozbywając. Jedyne wyjaśnienie to takie, że pewnego dnia postanowili zabić jakichkolwiek policjantów, pojechali więc 600 km do Heilbronn, aby tam zaczaić się policyjny patrol i w biały dzień, w porze obiadowej, zabić tych, na których akurat się natkną.
Zbrodnia nie miała żadnego dalszego ciągu, nie stanowiła początku jakiejś serii zamachów, pozostała jednorazowym wydarzeniem. Żaden element tej układanki nie pasuje do pozostałych, brak jest jakiegokolwiek logicznego powiązania. Terroryści z NSP mieli zmienić rodzaj ofiar, z tureckich sklepikarzy na niemieckich policjantów, bez manifestacyjnego przyznania się do czynu, bez wyjaśnienia motywów; tak samo jak wcześniej ten akt politycznego terroru pokryli absolutnym milczeniem. Żadnemu z członków specjalnej grupy dochodzeniowej „Parkplatz” nie przyszło do głowy, że chodziło o akt politycznego terroryzmu, z tej prostej przyczyny że atak na policjantów, zakończony śmiercią Michèle Kiesewetter, nie nosił jakichkolwiek znamion zamachu terrorystycznego. Tła politycznego „prawicowego terroryzmu” nie rozpoznano, ponieważ było ono nierozpoznawalne.
Przez ponad cztery lata śledztwa policjanci nie posunęli się ani krok naprzód w wyjaśnieniu ataku na policjantów, dopiero w listopadzie 2011 roku, kiedy w kamperze w Eisenach oprócz trupów Uwe Böhnhardta i Uwe Mundlosa, którzy się „samozabili”, znaleziono broń służbową policjantów, wszystko stało się jasne: broń była w kamperze, który wynajęli Böhnhardt i Mundlos ergo broń należała do nich, ergo oni zabrali ją zabitej policjantce, ergo oni strzelali do policjantów i zabili Michèle Kiesewetter. Case closed.
Jednak w kilka tygodni po znalezieniu broni w kamperrze i odkryciu działalności NSP stała się rzecz dość dziwna, mianowicie tygodnik „Stern” zamieścił materiał dotyczący tego co działo się w Heilbronn w dniu, w którym zginęła policjantka. Tygodnik powołał się m.in. na raport tajnych amerykańskich służb wojskowych Defense Intelligence Agency (DIA), z którego wynikało, że dwaj agenci DIA ze Special Investigation Team (SIT) ze Stuttgartu prowadzili obserwację dwóch osób uczestniczących w operacji wpłaty bardzo dużej kwoty pieniędzy do jednego z banków. Według raportu sytuację te obserwowało dwóch funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Konstytucji Badenii-Wirtembergii lub Bawarii. DIA obserwowała „kontakt” „M.K”, oraz dwóch Arabów. Po opuszczeniu banku pojechali na Theresienwiese, gdzie znajduje się m.in. parking, na którym zginęła policjantka. Według raportu doszło tam do strzelaniny z udziałem funkcjonariuszy UOK, patrolu policyjnego oraz „right wing operatives”: „Shooting incident involving BW OPS Officer with right wing operatives and regular police patrol on the scene“. Stern” przetłumaczył „right wing operatives” jako „prawicowi ekstremiści“ zamiast „prawicowi agenci“ czy „prawicowi detektywi“. Jaki sens mają te określenia, trudno dociec. Po czym agenci DIA poznali, że są to „prawicowcy”? Niektórzy podejrzewają, że byli nimi Uwe Böhnhardt i Uwe Mundlos; to niewykluczone, ale dlaczego w takim razie występowali jako „funkcjonariusze” lub „detektywi”? Czy ktoś chce zasugerować, że byli tajnymi współpracownikami UOK i zostali w jakimś celu wysłani do Heilbronn? Ale co to miało wspólnego z działalnością NSP?
Wyjaśnijmy tu, że ów „M.K” , który miał tego dnia przebywać w Heilbronn i brać udział we wspomnianej wyżej operacji finansowej, to przebywający w Niemczech Turek, Mevlüt Kar alias „Abu Obeida” alias „Sut” alias „Ubeyde”. W latach 90. w świat islamskiego terroryzmu wprowadził go działacz Al-Kaidy w Niemczech Yahya Yusuf, informator Urzędu Ochrony Konstytucji Badenii-Wirtembergii. Mevlüt Kar założył własną organizację o nazwie Beyyiat El-Imam, a potem terrorystyczną komórkę Sauerland-Gruppe, rozbitą następnie przez niemieckie służby. Oprócz tego był agentem tureckich tajnych służb MIT (Millî stihbarat Tekilât) i informatorem CIA. Niektórzy podejrzewają, że pracował również dla Federalnej Służby Wywiadu (BND), ale są to tylko domysły.
Oczywiście wszyscy zdementowali informacje zawarte w raporcie DIA, nie wiadomo też, kto ten dokument, opatrzony klauzulą najwyższej tajności, „podegrał” „Sternowi”. Niemniej jednak rzuca on nowe światło na atak na policjantów i zastrzelenia Michèle Kieseveter. Jego tło musiało być inne niż zamach terrorystyczny motywowany „nienawiścią do policjantów”.
Dwaj tajni agenci służb amerykańskich, dwaj funkcjonariusze Urzędu Ochrony Konstytucji, dwaj „prawicowi agenci“ (?), dwaj Arabowie, w tym członek Hamasu, turecki, podwójny lub potrójny, agent oraz zwyczajny patrol policyjny – wszyscy tego samego dnia, w tym samym czasie znaleźli się na scenie w pobliżu Theresienwiese, gdzie doszło do strzelaniny, w której zginęła policjantka . Czyż śledztwo nie powinno tego wyjaśnić?
Co ciekawe, DNA zabezpieczone na miejscu zbrodni w Heilbronn znaleziono rok później w samochodzie należącym do Irakijczyka Taliba O., który, wraz z Somalijczykiem Ahmedem Mani Hamudem, zabił trzech gruzińskich handlarzy aut. Talib O. był od 2001 roku informatorem policyjnym w Ludwigshafen, w dwa lata później zwerbowało go Krajowe Biuro Kryminalne Nadrenii- Palatynatu. Samochód, Ford Escort Kombi, którym razem z Ahmedem Mani Hamudem wywozili ciała zabitych Gruzinów, otrzymał Talib O. z policji. Ahmed Mani Hamud i Mevlüt Kar przez pewien czas współpracowali ze sobą. Policja i prokuratora oświadczyły, że doszło do pomyłki z winy laborantki, która zanieczyściła próbki. W ten sposób znikł ewentualny związek pomiędzy wydarzeniami w Heilbronn a morderstwem popełnionym przez Taliba O. i Ahmeda Mani Hamuda.
I jeszcze jeden trop: tygodnik „Stern“ napisał we wrześniu 2010 roku , że Mevlüt Kar robił interesy z grupą groźnych przestępców serbskich parających się m.in. handlem bronią. Policja podejrzewała, że „gorący ślad“ prowadzi z Heilbronn właśnie do Serbii. W pół godziny po strzelaninie na Theresienwiese świadkowie widzieli zakrwawionego mężczyznę, który wołał po rosyjsku do kolegi czekającego w samochodzie, być może był to serbski . Czyżby więc chodziło o jakiś deal związany z handlem bronią? Istnieje możliwość, że patrol policyjny znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie i został ostrzelany przez zdenerwowanych przestępców.
Ponieważ morderstwa na tureckich sklepikarzach nie nosiły znamion aktów politycznego terroru, dochodzenia szły w innych kierunkach. Śledczy wychodzili z absolutnie logicznego założenia, że jeśli wszyscy zabici prowadzili w różnych miastach sklepy, stoiska handlowe czy knajpki, to musi to mieć jakieś znaczenie. Polityczni terroryści motywowani „nienawiścią do innej grupy narodowościowej lub rasowej” nie według takich kryteriów wybierają ofiary. Tu musi być inny klucz. Jeśli w kafejce internetowej zabili wyłącznie jedną osobę – jej właściciela, a nie innych obecnych tam Turków, to znaczy, że nie chodziło im o Turków jako takich, ale o tego konkretnego Turka, właściciela kafejki. Zabójcy najwidoczniej nie mieli nic przeciwko Turkom w o ogóle, uderzali w konkretne osoby z konkretnego środowiska, co oznacza, że morderstwa mają coś wspólnego, z tym czym się zajmują ofiary. W grę wchodzić więc mogły rozmaite motywy np. ofiary były same zamieszane w jakieś nielegalne interesy i zostały zlikwidowane przez konkurencję, albo nie chciały brać udziału w nielegalnych interesach i dlatego je zabito, co miało być zarazem sygnałem ostrzegawczym dla innych. Mogło chodzić o ściąganie haraczu, o przepuszczanie przez sklepy i firmy „brudnych pieniędzy”, lub używanie ich dla innych nielegalnych celów. Trzej z zamordowanych mieli kontakty z środowiskiem handlarzy narkotyków i półświatka; w trzech przypadkach policja wiedziała, że grożono im śmiercią. W 2009 roku tygodnik „Focus” podał, że niektórzy z nich mieli kłopoty finansowe. Raport grupy dochodzeniowej „Ceska“ Federalnego Biura Kryminalnego z kwietnia 2006 roku stwierdzał, że prawie wszystkie poszlaki wskazują na to, iż ofiary „w różnej funkcji były włączone w handel narkotykami” i że morderstw dokonano przypuszczalnie na zlecenie, zorganizowanej na skalę międzynarodową, grupy handlarzy narkotyków.
Mogli więc być zamieszani w nielegalne interesy, może chcieli się z nich wycofać, albo nie chcieli udostępnić swoich sklepów dla nielegalnej działalności, może nie mogli spłacili długów albo nie chcieli płacić haraczu – obojętnie jakie były motywy, są one o wiele bardziej prawdopodobne niż „nienawiść prawicowych terrorystów”. Wskazywał na to również sposób zabijania. Raport grupy dochodzeniowej „Ceska“ mówił, że dokonane na zlecenie morderstwa , mają charakter kary, zostały „profesjonalnie przeprowadzone”; wynajęci wyszkoleni w swoim fachu mordercy wchodzą niezamaskowani, w biały dzień, do sklepu czy kafejki, czasami przy świadkach z zimną krwią strzelają z tej samej broni z tłumikiem ,z najbliższej odległości, raz lub kilka razy w głowę, najczęściej w twarz; działają z najwyższą brutalnością, nie czekają, aż ofiara na pewno będzie sama, podejmują ryzyko, że zostaną odkryci. Po zabiciu ofiary znikają nie zostawiając śladów. W kilku przypadkach strzelają przez torbę, aby nie zostawić łusek. Morderstwa mają ewidentnie charakter egzekucji na zlecenie. Żadne tropy nie prowadziły w kierunku polityczno-ideologicznego terroryzmu.
Czy jednak w ogóle nie doszukiwano się tła politycznego? Owszem, doszukiwano się. Na przykład w lutym 2011 roku, na 9 miesięcy przed zdemaskowaniem NSP, tygodnik „Der Spiegel” opublikował kilkustronicowy artykuł Conny Neumanna i Andreasa Ulricha zatytułowany „Mroczny świat równoległy“. Autorzy pisali, że wielu śledczych ze specjalnej grupy dochodzeniowej jest przekonanych (a potwierdzają to informatorzy „Spiegla”), iż tropy prowadzą do mrocznego świata równoległego, w którym rządzi sojusz tureckiej mafii , tureckich tajnych służb i tureckich nacjonalistów z Szarych Wilków, czyli do tureckiego „deep state”. W tym świecie np. handel narkotykami ma swój wymiar polityczny: służby tureckie organizowały w ten sposób pieniądze na opłacanie swojej agentury wśród Kurdów, przeprowadzającej zamachy i prowokacje, aby dać Turkom pretekst do akcji odwetowych przeciwko Kurdom. Z poruczenia służb Szare Wilki razem z turecką mafią budowały narkotykowe syndykaty w Niemczech, ściągały haracze, etc. a kto się opierał kończył z kulą w głowie. Należy przyznać, że te wyjaśnienia są bardziej przekonujące niż przypisywanie morderstw „prawicowym terrorystom”.
W tym kontekście warto wspomnieć o jeszcze jednym wątku, mianowicie 21 sierpnia 2011 roku , to znaczy na trzy miesiące przed odkryciem broni typu Ceska 83 w mieszkaniu w Zwickau, portal „spiegel-online” podał, że norymberska specjalna grupa dochodzeniowa „Bosporus“ była o krok od wyjaśnienia tzw. mordów kebabowych: według informacji uzyskanych przez „Spiegla” informator policji niemieckiej oraz służb tureckich o pseudonimie „Mehmet” działający w mafijnej organizacji tureckich nacjonalistów, którzy mają być odpowiedzialni za morderstwa, był gotów zaprowadzić śledczych do narzędzia zbrodni. Pistolet Ceska 83 znajdował się rzekomo w pewnej willi w Szwajcarii w pobliżu Jeziora Bodeńskiego. Prokuratura w Norymberdze potwierdziła negocjacje z informatorem, który za swoją pomoc w wyjaśnieniu morderstw żądał pieniędzy i złagodzenia kary za inne przestępstwo; śledczy chcieli nakłonić go, aby sam przywiózł broń do Niemiec. Negocjacje zakończyły się fiaskiem, co „spiegel-online” komentował krytycznie, że wyjaśnienie „kebabowych mordów“ nie powiodło się z powodu postawy wymiaru sprawiedliwości . Rzecz jasna, wyjaśnienie to nie mogło z natury rzeczy mieć nic wspólnego z NSP. Wydaje się więc, że należy poważnie potraktować inne wersje wydarzeń, proponowane przez niemieckie środowiska niezależne, zastrzegając oczywiście, że pozostają one wyłącznie hipotezami o pewnym tylko stopniu prawdopodobieństwa.
Morderstwa na tureckich sklepikarzach miały charakter kryminalny z pewnymi elementami politycznymi (tureckie „deep state”), zaczęły się w 2000 a zakończyły po sześciu latach. Kiedy w 2006 roku w Kassel zastrzelony został właściciel kafejki internetowej, ostatnia ofiara serii „kebabowych morderstw“, na miejscu zbrodni przebywał, jak podała „FAZ“, funkcjonariusz Urzędu Ochrony Konstytucji. Ta informacja mogła być sygnałem ostrzegawczym wysłanym przez służby niemieckie: „jesteśmy w pobliżu”, „wiemy o wszystkim”. Seria morderstw kończy się, zabójcy zostają ewakuowani za granicę.
Cytowany w poprzednim numerze publicysta „FAZ” Nils Minkmar napisał, że jeśli sprawcy tak długo nie zostają wykryci, to muszą mieć państwową ochronę. I tak zapewne było, mieli ochronę tureckiego „głębokiego państwa”, zaś niemieckie tajne służby najprawdopodobniej od pewnego momentu wiedziały o nich i tolerowały ich działalność.
Morderstwa ustały, ale sprawa nie została przecież zamknięta, dochodzenia policyjne ciągle trwały, mordercy pozostawali niewykryci. Artykuł w „Spieglu” z lutego 2011 roku, sprawa informatora „Mehmeta” z sierpnia tego samego roku mogły wzbudzić u pewnych ludzi zaniepokojenie, że na jaw mogą wyjść fakty o działaniach kryminalno-politycznych grup powiązanych z tureckimi tajnymi służbami, czyli o aktywności tureckiego „deep state” na terytorium Niemiec, a w konsekwencji o tolerowaniu przez pewien czas tej aktywności przez tajne służby niemieckie.
Dlatego w pewnym momencie podjęta zostaje decyzja o przeprowadzeniu operacji „Narodowosocjalistyczne Podziemie”, której najważniejszym celem ma być ostateczne zamknięcie niewyjaśnionych spraw, których wyjaśnienie nie jest pożądane z przyczyn politycznych, przede wszystkim morderstw z lat 2001-2006, do których doczepiono zabicie policjantki w Heilbronn i dwa inne zamachy.
Böhnhardt i Mundlos zostają zlikwidowani i po śmierci wrobieni w morderstwa, pistolet Ceska 83 w mieszkaniu w Zwickau i broń policjantki w kamperze to klasyczne „drop weapons” (wiadomo, że pistolety Ceska z tej serii zakupiła niegdyś Stasi, a po jej rozwiązaniu zapewne kilka sztuk przejęły służby zachodnioniemieckie). Reszta to inscenizacja, część „dowodów” bez problemów sfabrykowano, inne wyciągnięto z policyjnych magazynów, nakręcono i rozpowszechniono filmik z „przyznaniem się” przez „NSP” do popełnienia morderstw. Co ciekawe, mimo iż dom przy Frühlingsstraße 26 w Zwickau tylko w mniejszej części uległ zniszczeniu , to – po wykupieniu nieruchomości przez miasto – został kompletnie wyburzony. Dzisiaj na jego miejscu znajduje się park. Nikt już nigdy nie zamieszka w domu, gdzie mieściła się centrala „prawicowego terroryzmu”. Wszelkie ślady „operacji NSP” w Zwickau zostały zatarte tak gruntownie, jak tylko to było możliwe.
Nieżywi „prawicowi terroryści”, którzy już niczego nie powiedzą, pasują wszystkim. Tajna informatorka służb Beate Zschäpe ma na procesie potwierdzić przyjętą wersję wydarzeń, w której wyznaczono dla niej mniej ważna rolę, albowiem – zdaniem policji i prokuratury – nie uczestniczyła ona bezpośrednio w zamachach terrorystycznych. To jest dla reżyserów całego „montażu” bezpieczniejsze i wygodniejsze. W zamian za potwierdzenie przyjętej wersji dostanie może łagodniejszy wyrok a potem wcześniejsze zwolnienie z więzienia.
Kwestią niewyjaśnioną pozostaje, co naprawdę działo się z trójką od 1998 roku. Wiadomo, że ich kryjówka w Chemnitz była obserwowana; krótko po ucieczce mieli zostać zatrzymani, , ale Krajowe Biuro Kryminalne w Turyngii w ostatniej chwili odwołało jednostkę mająca przeprowadzić aresztowanie. Pozwolono im „zniknąć”, a potem kontrolowano ich ruchy. Być może, jak podejrzewa Jürgen Elsässer, trzymano ich w rezerwie do wykorzystania w jakiejś innej prowokacji. Nie można wyjaśnić na razie, jaki był ich udział w 14 napadach rabunkowych w latach 1999-2011. Na pewno nie wszystkie są ich dziełem, ale nie jest wykluczone, że chcieli dorobić skokami na małe banki i kasy oszczędnościowe. Tajne służby oczywiście wiedziały o wszystkim, ostrzegły ich raz i drugi, żeby z tym skończyli, ci nie posłuchali. W końcu zapada decyzja, żeby rozwiązać sprawę i zlikwidować nieposłusznych a jednocześnie pojawia się pomysł, aby „niewyjaśnione” zabójstwa tureckich sklepikarzy ogłosić czynami „prawicowych ekstremistów” i zamknąć policyjne śledztwa.
Być może Böhnhardt i Mundlos rzeczywiście napadali na kasy oszczędnościowe rabując niewielkie sumy, ale to kwestia drugorzędna. Najważniejsze było to, że dochodzenia w kierunku tureckiej mafii i tureckich służb, czy ogólnie tureckiego „deep state”, mogące zaszkodzić niemieckim służbom, zostają zamknięte a rzeczywiste okoliczności i kulisy serii morderstw – zatuszowane. Kto wie, być może służby niemieckie zawarły z tureckimi układ : my zrobimy show z „nazistami”, zamykamy sprawy a wy zaprzestajecie wszelkich operacji na terytorium Niemiec, bierzecie na krótszą smycz żyjących w Niemczech ludzi z Szarych Wilków.
„NSP” jest więc rzeczywiście dzieckiem tajnych służb, ale urodzonym nie pod koniec lat 90. XX wieku, lecz w drugiej połowie 2011 roku; morderstwa są instrumentalizowane w sensie polityczno-ideologiczno-propagandowym dopiero po 4 listopada 2011 . Prowokacja rozpoczyna się tego dnia zabiciem Uwe Böhnhardta i Uwe Mundlosa, nadaniem im post mortem nazwy „NSP”, przemianowaniem ofiar tureckiego „deep state” na ofiary „prawicowego terroryzmu”. To nic, że Böhnhardt i Mundlos nie mordowali naprawdę, wystarczy, że prawdziwe morderstwa zostały zinterpretowane jako „prawicowy terroryzm” – to jest prawda polityczna, i tylko ona się liczy. Nie ma znaczenia, że prostu wymyślono „prawicowe zamachy”, efekt propagandowo-ideologiczny jest dokładnie taki sam, jaki byłby w przypadku, gdyby naprawdę się wydarzyły.
Zagadki powoli się wyjaśniają. Dlaczego nie zidentyfikowano i nie złapano „prawicowych terrorystów”? Odpowiedź : ponieważ Uwe Böhnhardt, Uwe Mundlos i Betae Zschäpe nimi nie byli. Dlaczego nie rozpoznano, że morderstwa są dziełem politycznych terrorystów? Odpowiedź: ponieważ nie nosiły znamion terroryzmu, takie znamiona nadano im po 4 listopada 2011 roku. Niemieckie służby zastosowały „strategię napięcia” kreując ex post fikcyjny „prawicowy terroryzm”, którego jedynymi ofiarami są zastrzeleni przez agentów tajnych służb Uwe Böhnhardt i Uwe Mundlos. Zauważmy na marginesie, że kilka miesięcy przed odkryciem „NSP”, w lipcu 2011 roku w Norwegii zamachu terrorystycznego dokonał, zabijając kilkadziesiąt osób, Anders Brevik. „Operacja NSP” idealnie wpisywała się w atmosferę, jaka powstała po tym wydarzeniu.
„Strategia napięcia” posłuży służbom bezpieczeństwa – mimo przejściowych strat wizerunkowych – do poszerzenia kompetencji, reformy i reorganizacji w kierunku większej centralizacji na szczeblu federalnym, ponieważ zbytnia samodzielność służb na szczeblu krajów związkowych okazała się przeszkodą w ujęciu „prawicowych wrogów konstytucji” (UOK będzie bardziej przypominał FBI) . Powstaną nowe centralne rejestry i centralne bazy danych „antyterrorystycznych” i centralne kartoteki „wrogów konstytucji”. Służby otrzymają nowe uprawnienia w stosunkach z policją i innymi instancjami państwowymi („brak koordynacji nie pozwolił schwytać terrorystów”), zwiększona zostanie kontrola i nadzór nad obywatelami.
Fakt, że ofiary były pochodzenia tureckiego pozwolił nadać morderstwom charakter ideologiczny – morderstw motywowanych „nienawiścią etniczną”, „ksenofobią” „rasizmem”, które są definiowane przez ideologów i ekspertów pozostających na usługach tajnych służb jako „prawicowe”. „Operacja NSP” stworzyła okazję do kolejnej propagandowej kampanii medialnej przeciwko „prawicy” czyli w istocie przeciwko wszystkim prawicowym, narodowo-konserwatywnym inicjatywom i nurtom pozaparlamentarnej opozycji, która może urosnąć w siłę w sytuacji zaostrzającego się wewnętrznego kryzysu w strefie euro i w Unii Europejskiej, a w dalszej perspektywie także w Niemczech. Zagrożenie dla establishmentu może pochodzić realnie tylko „z prawa”, ponieważ cała lewica, od umiarkowanej do radykalnej, została zintegrowana z establishmentem politycznym i stała się niegroźna. Potrzebne jest utrzymywanie przy życiu „nazistowskiego straszaka”, aby móc obsmarować „brunatnym g….m” wszystkich krytyków klasy rządzącej i kryć właściwych wrogów konstytucji. Dlatego też zostawiono przy życiu Beate Zschäpe: chodzi o to, żeby temat „NSP” był aktualny jak najdłużej; jej pokazowy proces , który ma się rozpocząć niedługo, może nawet potrwać 2 lata.
Wśród niezależnych komentatorów można też spotkać – odosobnioną– opinię – że „operację NSP” widzieć należy w kontekście walk wewnętrznych w erefenowskiej elicie władzy i pomiędzy różnymi frakcjami w tajnych służbach. Jej celem było, ich zdaniem, dostarczenie mocnych argumentów na rzecz delegalizacji NPD poprzez jej skojarzenie z terroryzmem. W obliczu fiaska unii walutowej i Unii Europejskiej w establishmencie mógł zrodzić się pomysł, aby umożliwić powstanie poważnej partii prawicowo-konserwatywnej, potrzebnej na czas kryzysu dla utrzymania stabilności systemu . Ta nowa partia mogłaby jednak zostać powołana do życia dopiero wtedy, kiedy sterowana przez UOK NPD i jej poprzebierani za „nazistów” towarzysze znikną ze sceny i przestaną być używani jako straszak na wyborców.
Rozpatrywana w kategoriach ideologicznych „operacja NSP” i jej instrumentalizacja ma stabilizować przesunięcie na lewo całego spektrum ideologiczno-politycznego w Niemczech – w erefenowskim systemie polityczno-partyjnym nie ma prawicy, jest tylko lewica i centrum, które jak każde centrum zawsze otwiera się na lewo. Prawicę konserwatywną i narodową zdelegitymizowano, przesuwając ją na pozycje radykalnej prawicy, zaś radykalną prawicę skryminalizowano – jej poglądy nie są poglądami, lecz przestępstwami.
Z ideologicznego punktu widzenia ważna jest jeszcze kwestia lewicowego terroryzmu. Terrorystyczna działalność RAF-u, grupy Baader-Meinhoff była zawsze dla lewicy moralnym obciążeniem, stanowiąc atut moralny dla ludzi o nie-lewicowych poglądach, dając im możliwość instrumentalizowania krwawej przeszłości przeciwko lewicowemu establishmentowi i „dziedzictwu 68 roku”. „Operacja NSP” powołała do życia Braune Armee Fraktion (BAF) – jak niekiedy określa się „NSP” się w mediach. Czyli po czterdziestu latach padła wyrównująca bramka; w meczu politycznych terroryzmów wynik ma być jeden do jednego, ba, na tle działalności Frakcji Armii Brunatnej lewicowy terroryzm zyskuje wręcz moralną przewagę, ponieważ uderzał we „właściwych” ludzi , cieszących się wysoką pozycją polityczną, w podpory „faszystoidalnego” Systemu, podczas gdy ofiarami BAF-u byli drobni przedsiębiorcy i sklepikarze, prości ludzie, niczemu niewinni, nikomu nie wadzący obcokrajowcy. To ich tchórzliwie i po cichu zabijała BAF, która w przeciwieństwie do RAF-u nie miała nawet odwagi przyznać się do swoich czynów. Ponadto ci z RAF-u pisali doskonale sformułowane manifesty i proklamacje, potrafili uzasadnić swoje czyny w języku polityczno-ideologicznym natomiast „prawicowi debile” byli w stanie jedynie nakręcić jakieś infantylny filmik.
Gdyby raz jeszcze zadać pytanie „cui bono?”, to odpowiedź może być tylko jedna: mordy na tureckich sklepikarzach z lat 2000-2007 przemianowane post factum przez Urząd Ochrony Konstytucji na mordy popełnione przez „prawicowych terrorystów”, przyniosły ideologiczne korzyści wyłącznie politycznemu establishmentowi.
Jak wiadomo, UOK zwalcza „ekstremistów” i „wrogów konstytucji” czyli wszystkich, którzy nie uznają konsensusu ideologicznego stanowiącego podstawę ideologiczną władzy rządzącego establishmentu. Całą swoją siłę i uwagę UOK kieruje na ugrupowania i środowiska, nie będące w stanie zagrozić ładowi konstytucyjnemu, natomiast nie zajmują go ci, którzy mają realną siłę i władzę, aby to skutecznie robić. Wielkie partie polityczne, potężne organy władzy, wielkie organizmy gospodarczo-politycznym, wielkie media – tam są ludzie mający w ręku realne instrumenty do łamania konstytucji. Jeśli to nie przed nimi chce się „chronić konstytucję”, to znaczy, że w rzeczywistości oni podlegają ochronie. Tajne służby w rodzaju UOK-u są instrumentem władzy, są na jej usługach, chronią aktualną klasę rządzącą i pilnują jej interesów politycznych, ideologicznych i materialnych. Zagrożenie dla porządku konstytucyjnego wychodzi raczej ze strony Urzędu Ochrony Konstytucji niż od tych, których tenże Urząd zwalcza. Nazwa „Urząd Ochrony Konstytucji” jest nazwą w typie orwellowskim , dokładnie taką samą jak Ministerstwo Miłości czy Ministerstwo Prawdy.
Po 1989 roku uwaga tajnych służb koncentruje się wokół ugrupowań i środowisk narodowo- radykalnych, co ma związek z nowym ustawieniem ideologicznym po zjednoczeniu Niemiec. Do lat 70. XX w. w Niemczech obwiązywał tzw. antytotalitarny konsensus, polegający na zachowaniu równego dystansu zarówno wobec „faszyzmu” (narodowego socjalizmu), jak i komunizmu. Później zaczął on słabnąć, przekształcając się w konsensus antyfaszystowski, w którym nie było już miejsca na antykomunizm, tracący po 1989 roku funkcjonalność, którą posiadał w warunkach istnienia bloku komunistycznego a zwłaszcza drugiego (komunistycznego) państwa niemieckiego. Zresztą w latach 80. SPD zaczęła przechodzić na pozycje życzliwsze dla komunizmu i towarzyszy z SED. Po drugie w establishmencie polityczno-kulturalno-naukowym coraz większą rolę zaczęli odgrywać przedstawiciele „pokolenia 68”, dawni marksiści, radykalni lewicowcy, niedogmatyczni komuniści, maoiści, trockiści, którzy pięknych wspomnień o swojej „durnej” „komunistycznej” młodości nie zamierzali sobie psuć w imię „zoologicznego antykomunizmu”. I to oni stworzyli coraz bardziej wpływową Partię Zielonych, jak na razie, jedyną założoną po 1949 roku partią polityczną, która weszła – oczywiście z lewej strony – na stałe do parlamentu; poza tym system polityczny w Niemczech trwa do dziś tak, jak został ustawiony przez tajne służby zwycięskich mocarstw.
Po trzecie wreszcie po 1989 roku antykomunizm byłby balastem w procesie integrowania w systemie RFN byłych towarzyszy z systemu enerdowskiego.
Zatroskanie erefenowskiego establishmentu i, rzecz prosta, tajnych służb budził ewentualny antykomunistyczny backlash w NRD, obawiano się, że antykomunizm może się tutaj stać mocnym elementem tożsamości politycznej, co mogłoby grozić naruszeniem antyfaszystowskiego konsensusu obowiązującego w całym systemie erefenowskim. Ponieważ komunistyczna NRD była oficjalnie antyfaszystowska, przeto antykomunizm rozumiany jako pełne i głębokie rozliczenie z komunistyczną przeszłością i jako ważny element świadomości historyczno-politycznej mógł wręcz nabrać zabarwienia „faszystowskiego” („zoologiczny antykomunizm” jest ipso facto faszyzmem). Na stłumieniu ewentualnego antykomunistycznego backlashu zależało też, co oczywiste, dawnym elitom enerdowskim z funkcjonariuszami Stasi na czele. Postkomuniści chcieli zachować swój status antyfaszystów, by móc bezkolizyjnie wpasować się w system polityczno-ideologiczny RFN, czyli system zinstytucjonalizowanego antyfaszyzmu.
Działania ideologiczne przebiegały dwutorowo: należało zachować wiele z oficjalnego enerdowskiego antyfaszyzmu i włączyć go do antyfaszyzmu ogólnoniemieckiego ( z propagandy NRD przejęto już wcześniej tezę o „wyzwoleniu” Niemiec w 1945 roku). Jednocześnie chciano zapobiec antykomunistycznemu backlashowi, autentycznemu rozliczeniu z komunizmem i antykomunistycznej polityce historycznej poprzez „faszyzację” b.NRD. Nie enerdowski i sowiecki komunizm, lecz „odradzający się” w b. NRD „faszyzm” miał być odniesieniem dla zabiegów ideologicznych i edukacyjnych (przy czym dodać należy, że niektórzy próbowali samą NRD „sfaszyzować” – wątki narodowo-patriotyczne obecne w enerdowskim realnym socjalizmie dawały się interpretować jako „nacjonalistyczne”, dzięki czemu można było, do pewnego stopnia, nawet rozliczenie z komunizmem zwekslować na tor rozliczenia z „prawicowym nacjonalizmem”).
Już Stasi, przygotowując grunt pod antyfaszyzm jako ideologiczną bazę zjednoczenia, zaczęła pod koniec istnienia NRD tworzyć scenę narodowo-radykalną, potem zadanie to przejęły służby zachodnioniemieckie. W latach 90. jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać w nowych landach różne „grupy neonazistowskie” zakładane przez tajne służby. Także w ówczesnych atakach na domy dla azylantów wyczuwa się rękę prowokatorów, o których nie było trudno zważywszy, że wielu dawnych bezpieczniaków, byłych oficerów i podoficerów armii enerdowskiej, byłych tajnych współpracowników Stasi nie miało zajęcia i chętnie podjęło się nowych zadań.
Do największych grup narodowo-radykalnych założonych w połowie lat 90. przez Urząd Ochrony Konstytucji w ramach „faszyzacji” b.NRD, należała Turyńska Straż Ojczyźniana – jej członkami byli późniejsi „członkowie NSP” Uwe Böhnhardt, Uwe Mundlos i Beate Zschäpe. Po 20 latach zamknął się ideologiczny krąg, antyfaszystowski konsensus potwierdził swoją dominację. W sposób egzemplaryczny pokazują ją losy wybitnego historyka Ernsta Noltego, który w latach 80. XX wieku próbował ratować konsensus antytotalitarny wraz z jego antykomunistyczną komponentą, czy też deputowanego CDU Martina Hohmanna, który w 2003 roku ośmielił się przypomnieć udział żydowskich bolszewików w zbrodniach komunistycznych, co stanowiło najbardziej ekstremalny przejaw „zoologicznego antykomunizmu”. Pierwszy został zepchnięty na margines życia naukowego, drugiego błyskawicznie usunięto z partii i z politycznego establishmentu.
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana” nr 110, 2013.
