«
»

Zapiski manarchisty

DO WYBORU, DO KOLORU…PARADYGMATÓW

08.10.13 | 1 komentarz

Tomasz Gabiś

DO WYBORU, DO KOLORU…PARADYGMATÓW

Bardzo często stajemy przed trudnym wyborem pomiędzy teoriami, koncepcjami, wyjaśnieniami różnych fragmentów otaczającego nas świata, a że  jest ich tyle i zwykle  ze sobą sprzecznych ,  przeto  mętlik w głowie to dziś w gruncie rzeczy naturalny stan naszego umysłu.  Możemy się go pozbyć  po prostu porzucając próby intelektualnego poznania i uchwycenia rzeczywistości,  zdając się na doświadczenie, tradycję, potoczną obserwację,  tzw. zdrowy rozsądek itd. Jeśli jednak nie rezygnujemy z refleksji nad tym „jak działa świat”,  to musimy  poszukiwać innych dróg, które  są wszak takie jakimi były  zawsze  –  musimy zgłębiać problem, pytać, czytać, dociekać, szukać,  docierać do różnych źródeł, konfrontować ze sobą przeciwstawne  opinie etc.  Na te dociekania musimy poświęcić energię umysłową i czas, którego przecież nie mamy  zbyt wiele,  a ponieważ wszystkich, interesujących nas,  kwestii i tak nie rozstrzygniemy, to dobrze byłoby dysponować jakimiś  kryteriami  selekcji, które pozwoliłyby nam nieco szybciej podjąć  decyzję, odrzucić już na wstępie  pewne wyjaśnienia,  koncepcje, teorie nie tyle z tego powodu, że są nieprawdziwe, bo tego przecież z góry wiedzieć nie możemy, ale dlatego, że przeczuwamy, iż zabiorą nam  czas, a w ostatecznym rozrachunku nie przyniosą intelektualnej satysfakcji, zamkną nas w jakimś systemie bez wyjścia. I odwrotnie, wygodnie byłoby przyjąć, że pewne wyjaśnienia,  koncepcje, teorie są dlatego warte zachodu, godne tego, by poświęcić im uwagę , czas, intelektualny  wysiłek,  ponieważ przeczuwamy, iż będą dla nas (subiektywnie) bardziej płodne poznawczo, odświeżające intelektualnie, otwierające nowe horyzonty  duchowe;  że będą miały  lepszy wpływ na nasze życie umysłowe, poprowadzą ku nowym, kolejnym pytaniom, tworząc  jeszcze jeden, nowy „tunel realności”, pozwalający  w nowym świetle ujrzeć rzeczywistość.

Musielibyśmy więc – już choćby z braku czasu na   pobieżne tylko przyjrzenie się wszystkim alternatywom – najpierw dokonać wyboru pewnej,  by tak rzec, „prateorii”, przyjąć pewne fundamentalne przed-założenia (presupozycje), wybrać najogólniejszą  ramę interpretacyjną,  konceptualną matrycę, generalny paradygmat myślenia o świecie i człowieku, przyjąć je  w gruncie rzeczy  a priori –  można podejrzewać, że  jest to wybór pewnego obrazu świata, w istocie więc wybór światopoglądowy, epistemologiczny, ontologiczny, ba, być może metafizyczny. Takimi dwoma najogólniejszymi paradygmatami myślenia o świecie są „paradygmat jedności” i „paradygmat rozproszenia”, które, rzecz prosta, nie są ostro oddzielone od siebie, wyznaczają raczej pewien kierunek myślenia, pewną intelektualną skłonność a wybór pomiędzy nimi nie ma charakteru jednoznacznego i absolutnego rozstrzygnięcia na rzecz tego a nie innego członu wyrazistej alternatywy – samo takie definitywne rozstrzygnięcie byłoby zresztą równoznaczne z opowiedzeniem się po stronie paradygmatu jedności,  a przeciwko paradygmatowi rozproszenia. Niemniej jednak podział taki wydaje się istnieć, i wybór – przy wszystkich zastrzeżeniach i ze świadomością jego nieostateczności –  jednego z paradygmatów może okazać się pomocny w naszych wędrówkach po intelektualnych bezdrożach i manowcach.

Weźmy na przykład  książkę niemieckiej autorki  Cornelii Stolze Zapomnij o Alzheimerze! Skąd mamy wiedzieć, czy teoria Stolze jest lepsza od innych? Czy jest sens zagłębiać się w nią, zastanawiać nad nią, czytać, weryfikować? Może lepiej byłoby pójść wyjeżdżonym śladem jej oponenta prof. Konrada Beyreuthera?  Przysłuchując się sporowi pomiędzy nimi mamy niezły mętlik w głowie, nie wiemy za kim  mamy podążyć za Beyreutherem,  czy raczej za Stolze? Na które wyjaśnienie poświęcić czas, czyją  teorię zgłębiać?

Jeśli na fundamentalnym poziomie poznawczym uznajemy paradygmat rozproszenia za lepiej opisujący rzeczywistość, bliższy naszemu odczuwaniu świata, to łatwo zauważymy, iż teoria Cornelii Stolze  bardziej do niego pasuje; nie wiemy czy jest prawdziwa,  czy nie,  wiemy jedynie, że  zgodna jest z naszym postrzeganiem świata. Jeśli natomiast u podstaw czyjegoś myślenia leży paradygmat jedności,  ten zapewne  uzna za słuszne tezy prof. Konrada Beyreuthera, gdyż teoria o Jednej Wielkiej Chorobie Alzheimera doskonale do niego pasuje.  Prof. Beyreuther nosi na plecach wielki worek z nalepką „Alzheimer”, Cornelia Stolze rozwiązała worek, i nagle  wszystkie zjawiska, symptomy, diagnozy, przyczyny, syndromy, etc. rozleciały  się na wszystkie strony świata, uległy rozproszeniu.  Stanęliśmy w obliczu  złożonego,  wieloczynnikowego  zjawiska, mającego  wiele różnych form, wiele różnych przyczyn.  I to już nas – mających większą sympatię do modelu świata rozproszonego –  do tej teorii, o której prawdziwości lub fałszywości  możemy wszak przekonać się dopiero wówczas, kiedy dojdziemy do końca wszystkich argumentacji i dowodzeń,  jakoś życzliwiej nastawia, zachęca do jej zgłębiania.

Inny przykład to historia powstania i funkcjonowania chińskiego Wielkiego Muru; wszyscy mogą dziś podziwiać ten mur:  widzimy, że jest, stoi, ogromny, monumentalny, wzniesiony tysiąc lat temu czy może wcześniej (jego początki giną w pomroce dziejów), nienaruszony, gigantyczny jeden Wielki Mur. Jednak byli  i są ludzie, którzy uważają, że Mur „odbudowano” stosunkowo niedawno, że jest to rekonstrukcja czegoś,  co w tej formie nigdy nie istniało, istniały natomiast rozmaite typy umocnień, niskie wały ziemne, wieże sygnalizacyjne, wieże strażnicze, palisady z drzew i krzewów, mury obronne w strategicznych punktach, głównie na przełęczach etc.

Czy kiedy konfrontujemy ze sobą dwie koncepcje, dwa wyjaśnienia, dwie teorie, dwie historie dotyczące powstania i funkcjonowania chińskiego Wielkiego Muru, bliższa  nam będzie wizja gigantycznego jednego Wielkiego Muru, czy też koncepcja wielu mniejszych i niższych murów i murków, palisad, umocnień, budowanych w różnych miejscach, przebiegających w różnych kierunkach, bez jakiegoś jednolitego  planu.  Chaotyczność,  kłączowatość małych chińskich murków, plątanina linii, zamazane kontury i niedokończone kształty – murki zaczęte i niedoprowadzone do końca, urywające się gdzieś w  połowie – a naprzeciwko nich Jeden Wielki Mur? Paradygmat rozproszenia kontra paradygmat jedności, Jeden Mur kontra wielość murków – co wybieramy?

Podobnie rzecz się ma z innym największym cudem świata – starożytną latarnią morską na Faros w porcie Aleksandrii. Iluż to ludzi  łamało sobie głowę nad tą dziwaczną, fantastyczną wystrzeliwującą w niebo budowlą, zbudowaną ponad 2200 lat temu, licząca rzekomo 115-130 metrów. Rysuje się przed nami  jakby wzięta wprost  z jakiegoś malowidła lub opowieści bajarza  i umiejscowiona  w konkretnej historycznej i geograficznej rzeczywistości, jawi się jako  projekt autorstwa  architekta rzucającego na papier  swoje wizje wstawiony w realny krajobraz.

Ta Jedna  Wielka Wieża, co miała niby rzucać  na wiele kilometrów światło uzyskiwane z ogniska rozpalanego na jej szczycie,  zaciemnia nam  realną historię latarni morskich od średniowiecza do dziś, historię latarni rozproszonych po wybrzeżach Europy a potem Ameryki, w różnych miejscach i okolicach. Zaczyna się od ognisk rozpalanych na nadmorskich wzgórzach, potem buduje się  budynki  niczym duże lampy olejowe z knotem, wreszcie wysokie i coraz wyższe z płomieniem uzyskanym z węgla, ze światłem za soczewkami, które je zwielokrotniają, elektryczne z wykorzystaniem lamp łukowych.  Ta historia  toczy się z mozołem, powoli, z trudem pokonuje  opór materii;   wysokość i typ źródła światła i jego zasięg dopasowują się  do siebie,  widzimy wiele kształtów, wiele materiałów budowlanych, wiele kolorów, różne typy architektury, budynki przysadziste, wysmukłe, niskie, wyższe i wyższe, okrągłe, prostokątne, surowe, proste, czysto funkcjonalne, skromne, fantazyjne, z ozdobami i ornamentami,

Po jednej stronie stoi gigantyczna, w pewnym sensie  monstrualna budowla, monument ponadludzkiego w istocie Rozumu, można wręcz odnieść wrażenie, że wznieśli go bogowie ( może kosmici?) a  nie ludzie,  wyższy niż najwyższa latarnia świata, czyli wieża morska w Jokohamie wzniesiona w 1961 roku  licząca  106 metrów (najstarsza japońska latarnia morska Kannonzaki, zbudowana na półwyspie Miura w  1869 roku miała 19 metrów), po drugiej  stronie zachodzi organiczny proces, bez planu, chaotyczny, wielokierunkowy.  Być może  nie ma w nim nic atrakcyjnego, jest jakaś zgrzebność i przyziemność, ale za to jest materialny, namacalny, konkretny, rzeczywisty. Światło tych latarni też jest rozproszone, chybotliwe, migotliwe, pełgające,  dopiero na końcu tego procesu pojawiają się wysokie lampy emitujące mocne, jednolite, światło, wynik wielu wieków rozwoju,  pracy, myśli, wysiłków, doświadczeń, prób. Prawdziwa latarnia na Faros, czyli wieża morska w Jokohamie, jest zwieńczeniem tego procesu, a nie budowlą stojącą u jego początków.  To trudno wyjaśnialne odwrócenie naturalnego procesu wywołuje u niektórych ludzi podejrzenie, że aleksandryjska latarnia jest wyłącznie literacką fikcją – zwolennicy paradygmatu jedności zapewne się z taką opinią nie zgodzą, ale zwolennicy paradygmatu rozproszenia uznają ją za godną zastanowienia, rozważenia, przemyślenia i zweryfikowania.

Weźmy inną dziedzinę – geopolitykę. Tradycyjna geopolityka operuje w paradygmacie jedności, nasyconym wielkimi  geopolitycznymi  absolutami, geograficznymi i geopolitycznymi metaforami typu demokracje/autokracje, wolny świat/komunizm, Wschód/Zachód, Ziemia/Morze, Centrum/Peryferie, talassokracja/tellurokracja, Heartland/Rimland, landpower/seapower, My/Oni. Do paradygmatu  rozproszenia idealnie natomiast  pasuje geopolityka krytyczna, która  drze na strzępy przejrzyste, czytelne, logocentryczne mapy o jasnych konturach i prostych dystynkcjach mające być obiektywną wizualizacją przestrzenną świata, odsłania fikcyjność geograficznych bloków z ich rzekomo ponadczasową geopolityczno-cywilizacyjną esencją.

Idąc poniekąd śladem Jacquesa  Derridy, który pisał o fotologii, o metaforze światła i ciemności jako metaforze fundamentalnej dla zachodniej filozofii (metafizyki), krytyczna geopolityka wykrywa i dekonstruuje „metafizykę geopolityki”, zamienia rzekomo obiektywne prawa „geostrategii” w skomplikowane, uwarunkowane, niejasne przebiegi i sekwencje działań i wydarzeń, w labiryntową sieć powiązań i zależności, eliminuje ideologiczno-geopolityczne propagandowe symplifikacje prokurowane dla celów walki państw, bloków i imperiów, zamazuje manichejskie widzenie rzeczywistości, przekształcając abstrakcyjny, globalny,  przestrzenny dramat z rozpisanymi na stałe rolami i klasycznymi jednościami w improwizowaną „awangardową” sztukę teatralną, a binarne opozycje tak ukochane przez prezydentów, marszałków i generałów w chaotyczną mozaikę barw, skomplikowaną grę półcieni, szarości, niejednoznacznych tonacji i nakładających się na siebie kolorów.

Geopolityka tradycyjna jest niezwykle  poręcznym instrumentem  propagandy politycznej, czego wizualnym wyrazem  były kiedyś wielokolorowe mapy, a  dziś – komputerowe wizualizacje i symulacje,   natomiast geopolityka krytyczna do propagandy słabo się  nadaje, nie przemawia do umysłów prostymi blokami obrazów i haseł, nie buduje prostej konstrukcji z ideologicznych żelazobetonowych prefabrykatów, przez co – intuicyjnie to wyczuwamy – bliższa jest wielokształtnej,  pozbawionej wyrazistych konturów rzeczywistości.

To samo odnieść można do  wydanej w Polsce książki Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski (Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2011), której autor, profesor historii na uniwersytecie w Tel-Avivie, Shlomo Sand,  podłożył intelektualne ładunki  wybuchowe w newralgicznych wiązaniach  mitu Jednego Wielkiego Narodu Żydowskiego, po czym je zdetonował, zamieniając imponującą, wznoszoną przez pokolenia żydowskich inteligentów  konstrukcję polityczno-historyczną w kupę gruzów.  Dopiero po odgruzowaniu będzie można zobaczyć poplątane linie historii, bez jasnych dystynkcji i binarnych dychotomii, prostych dualistycznych antagonizmów.  Tkanina historii narodu żydowskiego była mocna i solidna, jej osnowa Jedna i Cała, każda nić tkwiła na swoim miejscu,  wędrować można było raźnym krokiem wzdłuż Wielkiej Narracji. A tu przyszedł Shlomo Sand i ją zdekonstruował, teraz zamiast linearnej  Big Story wszystko jest  jakieś  poprzerywane, pozlepiane, pozszywane, pogmatwane, pełne dziur i zaplątań, kłączowate, niestabilne. Były jasno zarysowane kontury i kształty, jest plama Rorschacha.  Paradygmat rozproszenia  bezapelacyjnie zatryumfował nad paradygmatem jedności.

Odpowiednikiem Wielkiego Alzheimera, Wielkiego Muru, Wielkiej Wieży  Aleksandryjskiej, Jednego  Wielkiego Narodu Żydowskiego,  Wielkiej  Mapy  Geopolityki jest w dziedzinie dietetyki Wielka Piramida Żywieniowa, będąca instytucjonalno-biurokratycznym konstruktem, przytłaczającym i krepującym swobodne analizowanie wielości alternatyw. Nie chodzi tu więc o to, że koncepcja tej piramidy jest fałszywa, co prawdopodobnie udowodnił  Gary Taubes i wielu innych badacze, a czego my, biedni laicy, żałośni dyletanci przywaleni wielością informacji, teorii i koncepcji  zweryfikować nie zdołamy,  ale o to, że blokuje  nam ona dostęp do rzeczywistości.  Kiedy ją zburzymy , albo po prostu obejdziemy, zostawiając za sobą, otworzy się przed nami wspaniały widok na wielość sposobów jedzenia, picia i życia,  na obyczaje kulinarne epok, regionów, kultur i narodów, na różne obyczaje i style  bytowania, na wielobarwny świat rozciągający się od weganów przez normalnych zjadaczy chleba i szynki  do paleomanów, gdzie współistnieją obok  siebie i konkurują  o zwolenników szkoły, tradycje, mody, filozofie ciała i żołądka, a żadna z nich nie jest  uprzywilejowana przez aparaty państwowo-medyczne.

Ponieważ teoria Wielkiej Piramidy Żywieniowej sprzeczna jest z paradygmatem rozproszenia, ponieważ nie odpowiada widzeniu świata  w jego splątaniu i zagmatwaniu, w jego wielowymiarowości i  wielowarstwowości,  wielorakości i  różnorodności, a w praktyce politycznej prowadzi do zniszczenia kulinarnego pluralizmu i ustanowienia systemu prohibicjonistyczno-terapeutycznego, można spokojnie ją odrzucić i zająć się poważniejszymi problemami. Ale niech sobie istnieje, także  dla małej piramidki żywieniowej zbudowanej na węglowodanach znajdzie się miejsce w świecie  „heterogeniczności rzeczy i istnień”. A gdyby tak np.  paleomanom czy niskowęglowodanowcom, którym jakimś cudem udałoby się dorwać do władzy,  strzeliło do głowy, żeby zdelegalizować niskotłuszczowców i wegetarianów, to  pierwsi powinniśmy stanąć w ich obronie.

Tomasz Gabiś



1 komentarz


«
»