«
»

Przegląd niemiecki

NIEMCY W KLESZCZACH UNII WALUTOWEJ (CZĘŚĆ 1)

10.24.13 | brak komentarzy

 Tomasz Gabiś

                     NIEMCY W KLESZCZACH UNII WALUTOWEJ (CZĘŚĆ 1)

 WSTĘP

 „WIECZNI” MISTRZOWIE EKSPORTU

 NIECH ŻYJE SŁABE EURO !

 PASKUDNE „SZWABY” KRADNĄ INNYM KONKURENCYJNOŚĆ

 TEORIA ZALEŻNOŚCI” PO POLSKU, CZYLI KTO BENEFICJENT TEN PŁACI

 „MADE IN GERMANY”, CZYLI DLACZEGO LUDZIE NA CAŁYM ŚWIECIE TAK CHĘTNIE KUPUJĄ NIEMIECKIE WYROBY

 EUROPEJSKA UNIA WALUTOWA JAKO SYSTEM SOCJALISTYCZNEJ REDYSTRYBUCJI KOSZTEM NIEMIEC

 FATALNE SKUTKI UNII MONETARNEJ DLA KRAJÓW EUROPY B

   WSTĘP

 W wywiadzie udzielonym w grudniu 1995 roku  tygodnikowi „Der Spiegel” brytyjsko-niemiecki  socjolog Ralf Dahrendorf powiedział: ”Unia walutowa jest wielkim błędem, celem awanturniczym, ryzykownym i chybionym, który nie jednoczy Europy, lecz ją rozbija”. Po 18 latach, w momencie kryzysu europejskiej unii monetarnej,  przepowiednia Dahrendorfa spełnia  się także i w tym sensie, że odżywa tradycyjna niechęć do Niemiec i Niemców, wobec których   wysuwa się najrozmaitsze oskarżenia, uaktywniając stereotyp  „brzydkiego Niemca”,  tuczącego  się kosztem innych Europejczyków. W lawinie artykułów i komentarzy dotyczących kryzysu wspólnej waluty europejskiej niczym  refren powtarza się  opinia, że na euro najbardziej skorzystali Niemcy,  że to oni są   największymi beneficjentami europejskiej unii monetarnej  etc. etc. Pogląd ten głosi niemal  cała polska klasa polityczno-ideologiczno-publicystyczna, od „Krytyki Politycznej” przez  „Rzeczpospolitą” „Gazetę Wyborczą”, „Do Rzeczy” i „Gazetę Polską” do „Naszego Dziennika”; wszyscy jak   jeden mąż powtarzają, że dla Niemiec euro to istne dobrodziejstwo, za które powinni być  wdzięczni europejskim przyjaciołom. Nie pokazują, jaki jest mechanizm odnoszenia tych  korzyści; nie tłumaczą związków przyczynowo-skutkowych, a jedynie powtarzają w kółko te same   slogany, co najwyżej wskazują na korelację pewnych zjawisk, błędnie biorąc ją za związek  przyczynowo-skutkowy. Co ciekawe ich opinie są idealnie zbieżne z oficjalną propagandą Berlina –  kanclerz Merkel i  wszyscy inni  niemieccy politycy oraz  główne media przekonują naród niemiecki, że  euro zwiększyło eksport, dało wzrost gospodarczy i dobrobyt, że bez euro Niemcy byliby biedniejsi etc. etc. .„Żaden inny kraj w Europie nie skorzystał tak mocno na euro jak Niemcy” – powtarza kanclerz Angela Merkel przy byle okazji. Wtóruje jej minister finansów  Schäuble: „My Niemcy nie powinniśmy nie doceniać, jak wielkie korzyści odnosimy ze wspólnej waluty; nasze osiągnięcia gospodarcze, nasz dobry rynek pracy nie byłby tak dobry”. Gdybyśmy chcieli być złośliwi, powiedzielibyśmy, że polska klasa polityczno-ideologiczno-publicystyczna,  przedstawiając euro jako błogosławieństwo dla Niemiec  po prostu powtarza slogany oficjalnej niemieckiej propagandy.

 Rzecz prosta,  dyskusja z  poglądem, że Niemcy odnoszą specjalne korzyści z uczestnictwa w unii walutowej, jest już od samego początku bardzo trudna,  jego zwolennicy  wychodzą bowiem  z dziwacznego założenia, że dobrobyt narodu  i siła gospodarki zależą od tego, jakie nadruki  widnieją na kolorowych papierkach nazywanych pieniądzem. Wobec kompletnej irracjonalności takiego założenia, zdradzającej propagandowo-perswazyjny, a nie merytoryczny charakter  poglądu o dobrodziejstwach euro dla Niemców, racjonalne argumenty są raczej bezsilne.   Niemniej jednak należy się nim zająć, ponieważ jego upowszechnianie jest ze wszech miar  szkodliwe zarówno na płaszczyźnie czysto intelektualnej, jak i, by tak rzec,  pedagogiczno-psychologicznej, fałszuje bowiem i błędnie identyfikuje prawdziwe warunki i  przyczyny sukcesów gospodarczych. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na zdumiewający i  zagadkowy fakt, że w Polsce ukazały się tylko dwie książki analizujące historię wprowadzenia  i funkcjonowanie wspólnej waluty, mianowicie świetna praca Philippa Bagusa Tragedia euro  (przeł. J. Wozinski, Instytut Misesa, Warszawa 2011), oraz, utrzymana w bardziej   publicystycznym stylu, Ostatnie lata euro Bruno Banduleta (przeł. T.Gabiś, Wektory Wrocław  2011).

 Mimo iż problematyka unii walutowej jest niezwykle ważna dla przyszłości Europy, a zatem i Polski, nie opublikowano w naszym kraju – a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, choć od  kilku lat staram się śledzić tę problematykę – tekstów na temat unii walutowej i pokrewnych problemów autorstwa takich naukowców i publicystów jak Hans-Werner Sinn, Charles Wyplosz,  Wilhelm Hankel, Thorsten Polleit, Ambrose Evans-Pritchard, David  Marsh, Thilo Sarrazin,  Walter Eichelburg, Dieter Spaethmann, Hans-Olaf Henkel, Götz Zeddies,  Bernd-Thomas Ramb,  Max Otte, Peter Bohley, Philip Plickert,  Markus C. Kerber,  Aaron Tornell, Frank Westermann,  Fritz Wilhelm Scharpf, Winand von Petersdorff, Dirk Meyer, Matthias Elbers, Michael Grandt,  Michael Brueckner, Renate Ohr,   Michael von Prollius, Gunnar Beck, Werner Plumpe, Gary  North, Stefan Homburg, Wolfgang Münchau, Karl Albrecht Schachtschneider, Nial Fergusson,  Gerhard Radnitzky, Holger  Görg,  Gérard Bökenkamp, Kenneth Dyson, Kevin Featherstone,   Joachim Starbatty, Günter Hanich, Wilhelm Nölling, Matthias Kullas,  Charles Hugh Smith, Gabriel Felbermayr, Ansgar Belke, Otto Steiger, Gunnar Heinsohn i inni.

 Poniższy tekst jest szerokim rozwinięciem tez zaprezentowanych po raz pierwszy w prelekcji  wygłoszonej na X Sympozjonie Europejskim w Długopolu-Zdrój w październiku 2011 roku, a następnie przedstawionych w kwartalniku „Rzeczy Wspólne” (2012 nr 2). Przy jego pisaniu  korzystałem z prac i artykułów wielu z wymienionych wyżej autorów. Nie muszę  dodawać, że wszystkie błędy i mylne opinie, jakie się doń wkradły, obciążają wyłącznie  autora.

 Większość danych statystycznych na temat gospodarki Niemiec zaczerpnąłem z strony Federalnego Urzędu Statystycznego (Statistisches Bundesamt) oraz z innych źródeł.

************

W ostatnich dwóch latach strefa euro podlegała procesowi coraz silniejszej fragmentacji,  jeśli chodzi o zadłużenie, poziom oszczędności, funkcjonowanie rynków kapitałowych, rynków  obligacji, sektora bankowego i ubezpieczeniowego; pod powierzchnią wspólnej polityki  monetarnej prowadzonej przez Europejski Bank Centralny coraz mocniej ujawniają się dawne  różnice i linie podziału biegnące wzdłuż granic narodowych i pokrywające się z liniami  podziału na realnej gospodarczej mapie Europy. Powstrzymanie tego procesu nie wydaje się  możliwe, ponieważ kryzys w strefie euro ma swoje źródło w samej konstrukcji unii monetarnej,  konstrukcji, która –jak się wydaje – inna być nie mogła. Dzisiaj ratuje się wspólną walutę  wydając kolejne dziesiątki a w przyszłości  setki miliardów, ale waluta, która zamiast  przynosić korzyści,  wymaga stałego ponoszenia wydatków, jest już tylko walutą-zombie.

 Przypomnieć najpierw należy, że owa rzekomo tak korzystna dla narodu niemieckiego wspólna  europejska waluta była przez ten naród zdecydowanie odrzucana;  każde referendum (gdyby w  Niemczech wolno było przeprowadzać ogólnokrajowe referenda) zorganizowane w tej kwestii zakończyłoby się zwycięstwem  zwolenników  pozostania przy marce.  Wprowadzenie  wspólnej   waluty dokonało się wbrew wyraźnej i jednoznacznej woli narodu niemieckiego. „Zwyczajni  Niemcy” za żadną cenę nie chcieli się rozstawać z marką  – do dzisiaj zresztą kilkanaście  miliardów marek w banknotach i monetach nadal jest w obiegu. Do krytyków wspólnej waluty (a  co najmniej jej przedwczesnego wprowadzenia)  należała grupa czołowych ekonomistów   niemieckich, wielu  wybitnych przedstawicieli niemieckiego życia finansowego i  gospodarczego, publicyści i dziennikarze zajmujący się kwestiami ekonomicznymi. Unii  monetarnej sprzeciwiali się prezesi Bundesbanku – BB blokował ją jawnie i skrycie, pośrednio  i bezpośrednio, a potem sabotował decyzje podjęte przez rząd niemiecki. Przed fiaskiem unii  walutowej ostrzegał prezes Bundesbanku w latach 1993-99 Hans Tietmeyer, który widział  niebezpieczeństwo, polegające na tym, że: „zjednoczone Niemcy mogą w nadchodzącej unii  walutowej wiele stracić, a mianowicie jeden z najbardziej skutecznych i najlepszych ustrojów  pieniężnych”. Do nieprzyjmowania wspólnej waluty nawoływały wszystkie środowiska prawicy niemieckiej od gospodarczych i konserwatywnych liberałów przez narodowych konserwatystów po narodowców, czyli niemiecki „obóz patriotyczno-niepodległościowy”.

 Dzisiaj okazuje się, że  unia monetarna, przed którą „zwyczajni Niemcy” bronili się  rękami i nogami, którą krytykowali wybitni ekonomiści niemieccy, którą zgodnie odrzucały wszystkie środowiska niezależnej opozycji, przynosi Niemcom jakieś nadzwyczajne korzyści. Gdybyż ci Niemcy mieli możliwość udania się wehikułem czasu do roku 2013  i poczytania  artykułów polskich publicystów, którzy zgodnie piszą o tych korzyściach, to od razu  zrozumieliby jak bardzo się mylili, i  oczy  otworzyłyby się im na dobrodziejstwa wspólnej waluty.  Gdyby z kolei polscy publicyści i politycy mogli wehikułem czasu udać się w przeszłość, to z pewnością przekonaliby  naiwnych   Francuzów,  prących  do wspólnego pieniądza,  że w ten sposób tylko działają na korzyść   Niemców, którzy  dzięki euro będą  mogli „zalewać Europę swoim eksportem”, uczynią euro „dźwignią eksportowego imperium”, i w rezultacie  okażą się największymi wygranymi unii  walutowej. „Ludzie” – mogliby zakrzyknąć polscy publicyści do Francuzów , a także Hiszpanów, Greków, Włochów i Portugalczyków–  „cóż wy najlepszego robicie,  czyście poszaleli, przecież dzięki euro Niemcy zdominują gospodarczo Europę!”  Nie wiadomo  jednak, czy by ich przekonali, bo przecież ci mieli jak najlepsze intencje i chcieli   tylko pomóc Niemcom :  „jakże jest  nam  was żal biedni Niemcy, że  się tak   musicie męczyć z  silną marką, ale  my wam pomożemy, zlikwidujemy markę , wprowadzimy euro,   żebyście mogli zalewać Europę swoimi towarami, stworzymy wam jak najlepsze   warunki ,   żebyście mogli zarobić kupę pieniędzy na unii walutowej i stać się «liberalnym hegemonem»  Europy”.

 Przypomnijmy więc, jakie miały być korzyści z wprowadzenia wspólnej waluty? Chciano dzięki   temu wyeliminować pewne  czynniki  utrudniające handel pomiędzy krajami o różnej walucie,  ułatwić rozliczenia handlowe, osiągnąć większą przejrzystość cen na całym obszarze strefy  euro. Wspólna waluta oznaczała zniknięcie ryzyka kursowego wynikającego z fluktuacji kursów  walutowych (zlikwidowano różne waluty, to i ryzyko znikło), stąd przedsiębiorcy nie musieli   już ubezpieczać się od  wahań kursowych.  Czyli nastąpiło obniżenie tzw. kosztów  transakcyjnych, co ma dodatni wpływ na obroty handlowe. Niezależnie od tego jak znaczący   jest ten wpływ  – naukowcy spierają się co do tego ( niektórzy uważają, że dość niewielki )   – to dotyczy to wszystkich stron uczestniczących w wymianie, a zatem żadnej specjalnej   korzyści dla Niemiec tu nie ma.  Kraje strefy euro handlują zarówno z Niemcami, jak i  pomiędzy sobą, przeto korzyść ze spadku kosztów transakcyjnych odnoszą wszyscy uczestnicy   unii monetarnej. Niemcy największą w tym sensie, że  proporcjonalną do wielkości swojej   gospodarki i udziału w wymianie handlowej, ale przecież to jest oczywiste. Dodajmy, że są  ekonomiści, którzy uważają, że zamiast znosić  narodowe waluty po to, żeby obniżyć koszty   transakcyjne, wystarczyło zmniejszyć ciężary podatkowe nakładane na produkcję i handel –   efekt byłby taki sam.

 Zauważmy na marginesie, że zniesienie systemu zmiennych kursów walutowych (poprzez  zniesienie walut) w ramach unii monetarnej eliminowało wprawdzie ryzyko kursowe, ale  jednocześnie likwidowało bardzo istotny mechanizm ekonomiczny. Zaletą systemu zmiennych  kursów walutowych było szybkie wyłapywanie różnic w kondycji gospodarczej poszczególnych   krajów i w polityce gospodarczo-finansowej prowadzonej przez rządy. Zmienne kursy walutowe  są niezbędnym czynnikiem stabilizującym oraz wskaźnikiem reagującym na sytuację  gospodarczo-finansową poszczególnych krajów.  Po odejściu od  waluty  kruszcowej  i od  parytetu złota jedyne realne pokrycie papierowych walut to produktywność i siła gospodarcza  a ta jest różna w różnych krajach, stąd kursy walut do tych różnic się dopasowują. W  systemie pieniądza papierowego nie mającego żadnego powiązania ze złotem, system zmiennych  kursów walutowych jest najlepszym z możliwych. Zniesienie tego systemu w strefie euro  zafałszowało rzeczywistą sytuację finansowo-gospodarczą części krajów, założono bowiem, że  odpadnięcie ryzyka zmiany kursu waluty (jej dewaluacji) oznacza m.in. wyrównanie  wiarygodności kredytowej w strefie euro, co oczywiście było założeniem błędnym i miało  fatalne skutki.

 „WIECZNI” MISTRZOWIE EKSPORTU

 W marcu 2011 roku Angela Merkel powiedziała w wywiadzie dla „Die Welt am Sonntag“:„Niemcy jak żaden inny kraj odnoszą korzyści z euro. Korzystamy na stabilności cen.  Korzystamy z tego, że podróżując nie musimy już płacić uciążliwych opłat przy wymianie na inną walutę. Przedsiębiorcy odnoszą korzyść z eksportu do innych krajów strefy euro”. (Względna) stabilność cen istniała już za marki niemieckiej, ponadto korzystają z niej  wszystkie kraje strefy, więc i żadnej specjalnej korzyści dla Niemiec w tym nie ma. Niemcy  nie muszą płacić opłat przy wymianie walut,  kiedy podróżują po Europie, dokładnie tak samo  tak samo jak Grek, który jedzie do Hiszpanii, Francuz do Holandii, Belg do Niemiec itd. I  tutaj żadnej wyjątkowej korzyści dla Niemiec nie widać. „Przedsiębiorcy niemieccy odnoszą korzyść z eksportu do innych krajów strefy euro” – tak  twierdzi pani kanclerz Merkel a za nią jak za panią matką powtarzają to polscy publicyści i politycy. To jest  najważniejszy i właściwie jedyny argument,  jaki wysuwają zwolennicy tezy, że dzięki euro Niemcy się wzbogacili i odnieśli z niego jakieś ponadproporcjonalne korzyści. Powtarzają go stale i głośno jak tylko potrafią, a co najlepsze nie wyjaśniając dokładniej, w jaki sposób euro pomogło niemieckiemu eksportowi.

 Pomijamy tutaj fakt, że u wielu komentatorów widać stare merkantylistyczne błędy myślowe –  eksport jako cel sam w sobie. Eksport, czyli po prostu sprzedaż produktów nabywcom  geograficznie zlokalizowanym poza granicami danego kraju, nie jest wartością samą w sobie.  Nie należy mylić wzrostu eksportu z zamożnością kraju  –   to są błędne merkantylistyczne  teorie. Eksport  staje się  zyskowny tylko wtedy, kiedy wymienia się go na taką samą  wartość.  Abstrahujemy też od tego, że takie kategorie jak import i eksport to sztuczne  wielkości stworzone  na użytek statystyki, a ich używanie w kontekście strefy euro, gdzie  zniesione są cła  dla towarów i ludzi,  a granice praktycznie nie istnieją  jest w pewnej  mierze anachronizmem.  Ponadto warto mieć na uwadze, że to nie kraje eksportują tzn.  produkują i sprzedają, ale konkretne przedsiębiorstwa.

 Przytoczmy  typowe opinie upowszechniane w Polsce:

 „Niemcy czerpią też wielkie korzyści ze wspólnego rynku europejskiego. Można nawet  powiedzieć, że zalewają go swoim eksportem. Wszystko dzięki unii walutowej”.

 „Wcześniej marka miała tak wielką wartość, że hamowała niemiecki eksport. Po wprowadzeniu  euro Niemcy zaczęły hulać po całym Eurolandzie (i nie tylko) ze swoimi produktami”.

 „Wprowadzenie euro dało silny impuls eksportowy niemieckiej gospodarce i doprowadziło do  ogromnego wzrostu niemieckich aktywów w Europie”.

 Przypomnijmy więc elementarne fakty: już w osiem lat po zakończeniu wojny, w 1953 roku, Niemcy znaleźli pod względem wartości wyeksportowanych towarów na trzecim miejscu na świecie, po USA i Wielkiej Brytanii, w 1960  wyprzedzili Wielką Brytanię, i  do 1971 roku byli na drugim miejscu przed Japonią.  Do 1985 roku pierwsza trójka wyglądała następująco:  USA, Niemcy, Japonia.  W latach 1986-88 Niemcy przesuwają się  na pierwsze miejsce, w 1989  roku wyprzedzają je Stany Zjednoczone, które palmę pierwszeństwa dzierżą do 2002 roku.    Niemcy są w tym czasie na drugim miejscu,  ale w 2003 roku wysuwają się ponownie na pierwsze  miejsce, które utracą w 2009 roku na rzecz Chin;  w 2009 roku pierwsza trójka w to Chiny,  Niemcy, USA , w 2010 Chiny, USA,  Niemcy. Zatem od 1953 roku do dziś Niemcy zajmowali zawsze miejsce w pierwszej trójce narodów o największym udziale w handlu światowym – rzecz jasna, inaczej to wygląda, kiedy liczymy  eksport na głowę mieszkańca, wtedy Niemcy są pod koniec światowej dwudziestki (Chiny są na  120 miejscu).  W strefie euro  największymi eksporterami są Luksemburg, Holandia i Belgia.    Inne europejskie państwo Szwajcaria z silnym frankiem ma ponad 50% większy eksport na głowę  niż Niemcy. Inny przykład to Szwecja będąca poza strefą euro, a jednak odnotowała wzrost  eksportu , który liczony jako udział w  PKB był wyższy niż wzrost niemieckiego eksportu.

 Niemcy zajmowali pierwsze miejsce na świecie (lub należeli do pierwszej trójki) pod względem  wartości wyeksportowanych towarów zarówno w okresie marki, jak i w okresie euro.  W okresie  marki wymiana handlowa Niemiec z zagranicą rozwijała się równie dobrze. W latach 1980-2000  roku handel Niemiec z USA rozwijał się bardzo dynamicznie, a nawet bardziej dynamicznie  niż  niemiecki handel zagraniczny w ogóle, choć jedni mieli markę, a drudzy dolara. Jak to było  możliwe, żeby bez euro, pod reżimem silnej marki niemieckiej Niemcy „hulali eksportowo”,  „zalewali inne kraje swoimi towarami” ? Na to pytanie  polscy publicyści i politycy jakoś  nie starają się odpowiedzieć.  Oni są w stanie na poważnie twierdzić, że Niemcy stali się  pierwszym eksporterem świata po wprowadzeniu euro! I to dlatego, że Grecy, Portugalczycy,  Irlandczycy, Włosi  i Hiszpanie  kupowali ich towary i usługi!

 10 największych partnerów handlowych Niemiec to dziś w kolejności Francja, USA, Holandia,  Wlk.  Brytania, Włochy, Chiny, Austria, Belgia, Szwajcaria, Polska. 8 z tych krajów to kraje  europejskie, 7 – członkowie Unii Europejskiej, 5, czyli połowa ma ta samą walutę co Niemcy. Czy wprowadzenie euro przyniosło jakieś istotne zmiany w handlu Niemiec z krajami  europejskimi? Oczywiście, nie. Nasi publicyści co i rusz odkrywają Amerykę, że niemiecki  eksport idzie do krajów strefy euro i do całej Unii Europejskiej, tak jak gdyby cała Europa   nie była „od zawsze” obszarem intensywnych stosunków gospodarczych i gęstych więzi  handlowych. Handel Niemiec z takimi krajami jak Francja, Holandia,  Austria, Włochy,   Hiszpania, był zawsze ożywiony, to są tradycyjni  partnerzy handlowi Niemiec. Kraje  europejskie zawsze należały do ważnych partnerów handlowych Niemiec (oczywiście  proporcjonalnie do wielkości gospodarki) i na odwrót,  dla wielu krajów europejskich Niemcy  były najważniejszym partnerem handlowym  – nawet wtedy,  kiedy nikomu  nawet nie śniło się  powstanie  unii monetarnej. I to już wtedy, kiedy Rzeszą Niemiecką rządził cesarz Wilhelm  II Hohenzollern.

 Faktem jest, że handel pomiędzy krajami unii walutowej, a właściwie całej Unii Europejskiej w ciągu ostatnich 20 lat zintensyfikował się;  podczas gdy w latach 1988-1998 wymiana  towarowa pomiędzy krajami dzisiejszej strefy euro wynosiła 12% wspólnego PKB, to w 10 latach  po wprowadzeniu euro przeciętnie  ponad 15%.   Jednakże  część ekonomistów uważa, że  najsilniejszy impuls nadało temu procesowi nie  euro, lecz wprowadzenie rynku wewnętrznego,  który od 1993 roku uwolnił przepływ towarów od ceł i innych barier handlowych w ramach Unii  Europejskiej. Udział wewnątrzeuropejskiego  handlu we wspólnym  PKB wzrósł w latach  1993-1999 o 10 punktów procentowych, po wprowadzeniu euro do kryzysu finansowego tylko o 2  punkty procentowe.

 Jest prawdą, że niemiecki eksport do krajów strefy euro (czy to zwiększenie, które  rzeczywiście nastąpiło, było w każdym przypadku takie korzystne dla nich, „zwyczajni Niemcy”  przekonują się teraz i przekonają w przyszłości), ale jego udział w całym eksporcie niemieckim zmalał z czterdziestu kilku do czterdziestu procent.  10 lat temu  73,4 %  niemieckiego eksportu szło do całej Europy, w 2010 – 71,1 %.  Do krajów Unii Europejskiej szło 10 lat temu 64%, a w roku 2011  59%  niemieckiego eksportu, co było  najniższą  wartością od 20 lat (niektórzy niemieccy ekonomiści przewidują że do końca dekady będzie to  poniżej 50%). W 1998 roku do krajów strefy euro szło 45%  niemieckiego eksportu , w 2011 –   ok. 39 % . Trzeba też pamiętać, ze strefa euro się rozszerzyła – na początku liczyła 11  krajów,  dziś tworzy ją 17 krajów. Mimo rozszerzenia o kolejnych członków, co oznacza większą liczbę konsumentów i klientów, relatywnie spada tam sprzedaż niemieckich towarów.

 Należy widzieć niemiecki eksport do strefy euro we właściwych proporcjach, zwłaszcza, że  przecenia się znaczenie dla niemieckiego wywozu grupy państw zaliczanych do Europy B, które  dzisiaj przeżywają kryzys. W 2008 roku do Portugalii szło 0,8%, eksportu niemieckiego, tyle  samo do Grecji, do Irlandii – 0,5 %, do Hiszpanii – 4,4%. Tradycyjnym ważnym partnerem  handlowym  Niemiec są Włochy, zaś Niemcy są najważniejszym partnerem handlowym Włoch,  ale o  ile  w 1995 roku  7,5 % niemieckiego eksportu szło do Włoch, to w 2010 – 6,1%,  Znaczenie  krajów Europy B dla niemieckiej wymiany handlowej, które – prócz Włoch –  nigdy nie było  wielkie – stale maleje.

 Bezustanne powtarzanie jak katarynka, że Niemcy to by tylko eksportowali i eksportowali,  sprowadzanie  wieloaspektowej kwestii niemieckiego eksportu do propagandowego sloganu  prowadzi do powstawania najdziwaczniejszych poglądów.  Zacytujmy amerykańskiego politologa z  aprobatą przytaczanego przez polskiego publicystę: „UE to strefa wolnego handlu, w której  jedno państwo – Niemcy – jest drugim największym eksporterem na świecie, przez co zalewa  pozostałe kraje swoimi produktami. To oznacza, że państwa wokół Niemiec nie mogą rozwijać  się normalnie, bo zawsze będą miały negatywny bilans handlowy z nimi”. „Być zalewanym” przez  towary produkowane przez innych to sama radość, bo kto by nie chciał konsumować tego, co  dostarczą mu inni.  Rzecz jasna,  tak  świat nie funkcjonuje, ale co szkodzi obciążyć  Niemców winą za to, że jakiś kraj się nie rozwija, bo „zalewany” jest niemieckimi towarami.

 Niemcy „zalewają” (produkują i sprzedają) Europę i świat swoim eksportem , a Europa i świat  „zalewa” (produkuje i sprzedaje)  Niemcy swoim eksportem. Od połowy lat 80. XX wieku  do  2010 rocznie import niemiecki rósł rocznie  o 5,9%.  W 2010 Niemcy importowały towary i  usługi o wartości 806,2 miliarda euro. Czytając polskich autorów można natomiast odnieść  wrażenie, że ich zdaniem Niemcy eksportują a inni tylko importują niemieckie produkty. Na  własne uszy słyszałem w polskiej telewizji publicznej pewnego profesora ekonomii, który  przekonywał, że Niemcy eksportują a inni importują to, co Niemcy eksportują – innymi słowy  jedni produkują, a drudzy konsumują to, co tamci  wyprodukowali! Tak jakby ci, którzy konsumują, nie musieli wcześniej czegoś wyprodukować, żeby tym, co wyprodukowali, zapłacić  za konsumpcje, a ci, którzy produkują, nie kupowali czegoś, żeby konsumować. Pomijając absurdalność takiego założenia, przypomnijmy fakty: Niemcy są drugim   na świecie (po USA) importerem dóbr i towarów.

 Jeden z amerykańskich kolegów  po fachu wspomnianego wyżej profesora,  cytowany z aprobatą   przez polskiego publicystę, wyraził podobną opinię:  „Niemiecki model gospodarczy   funkcjonuje tylko tak długo, jak długo inni go nie naśladują. Jeśli wszyscy postawią na  eksport, nie będzie komu kupować tych wszystkich rzeczy”.  Gdy przychodzi nam wysłuchiwać  takich opinii,  budzi się w nas podejrzenie, że ludzie je wyrażający nie są „w pełni władz  umysłowych”. Wedle tej  (absurdalnej) logiki jeden „stawia na eksport” (sprzedaż), ale „nie stawia na  import” (zakup), natomiast drugi „stawia na import” (zakup),  ale „nie stawia na eksport”  (sprzedaż).  To jest możliwe tylko w bajkach. W rzeczywistości ten pierwszy jeśli chce, może  więcej sprzedawać niż kupować, co najwyżej na tym straci,  natomiast  ten, kto mniej  eksportuje (sprzedaje) niż importuje (kupuje), musi w ostatecznym rozrachunku  pokryć jakoś różnicę pomiędzy niższą wartością tego co sprzedał a wyższą wartością tego co kupił. Jeśli  jej nie pokryje, to znaczy, że część zakupów otrzymał za darmo.

 Eksport  Niemiec do strefy euro – wynosił w 2001 roku 275 mld euro, w 2005 – 340 mld, w 2008  – 418 mld euro, paralelnie  niemiecki import ze strefy euro wynosił  w 2001 – 221mld euro ,  2005 – 249 mld, 2008 – 318 mld.  Rynek  niemiecki był i jest wielkim odbiorcą towarów z  innych krajów europejskich. Francja np. sprzedawała  do Niemiec w 2002 roku -15% swojego  eksportu,  w 2010  – 16,4%. Niemcy są największym odbiorcą eksportu z Grecji i Włoch, i  drugim (po Francji) –   z Hiszpanii, drugim (po Hiszpanii) – z Portugalii.  Grecja  eksportowała do Niemiec towary o wartości  1,8 mld euro w 2005,  1,9 mld – 2008 rok. W tych  samych latach Portugalia eksportowała do Niemiec towary za  4,0 mld euro i 4, 2 mld euro.  Ale, przypomnijmy,  relatywnie udział krajów Europy B w imporcie niemieckim maleje. Udział  Grecji w całym imporcie niemieckim  spadł w latach 2000-2010 z  0,3 na 0,2%, Portugalii – z  0,9 na 0,5%, Irlandii z 2,9 na 1,4%, Hiszpanii z 2,8 na 2,5%, w 1995 udział  włoskich  towarów  w niemieckim imporcie wynosił 8,3%,  w 2010 – 5,4%  importu niemieckiego pochodziło  z Włoch.  Potwierdza to  relatywnie malejące znaczenie tych krajów dla wymiany handlowej  Niemiec. Inną natomiast sprawą są stale rosnące nadwyżki importowe tych krajów w wymianie z  Niemcami i rosnąca nierównowaga handlowa czy szerzej nierównowaga na rachunku obrotów  wzajemnych ( o tym zjawisku, jego przyczynach i skutkach zob. niżej ).

 NIECH ŻYJE SŁABE EURO !

 Zwolennicy tezy o dobrodziejstwie euro dla niemieckiego eksportu  do krajów strefy euro  muszą  wyjaśnić jakoś niezrozumiały, zagadkowy fakt zwiększenia niemieckiej wymiany  handlowej  z krajami spoza strefy euro. Jak pisałem wyżej, jeszcze bardziej  dynamicznie   niż z krajami strefy euro rozwijała się bowiem wymiana handlowa  Niemiec z  krajami Europy  Środkowo-Wschodniej, z Azją, głównie z Chinami, z innymi tzw. gospodarkami wschodzącymi.  Udział Brazylii, Rosji, Indii i Chin w eksporcie niemieckim wzrósł z  4%  w  2000 roku  do  prawie 10 % w 2009.  60% niemieckiego eksportu idzie do krajów, które mają inną walutę niż  Niemcy, zatem odpadają  oszczędności na kosztach transakcyjnych i nie znikło  ryzyko wahań  kursowych. Od 1999 roku niemieckie eksporty do strefy euro rozwijały się poniżej  przeciętnej, zaś wywóz do Europy Wschodniej i Azji powyżej.  Miedzy rokiem 1998 a 2011  niemiecki eksport wzrósł o 117%, eksport do reszty świata –  o 154%,  do krajów Unii  Europejskiej spoza strefy euro – o 116% do krajów i najmniej, bo 89%,  do  krajów strefy  euro

 Chcąc wyjaśnić to zagadkowe zjawisko, którego nie można wytłumaczyć rzekomym dobroczynnym  wpływem przyjęcia euro, nasi publicyści ubzdurali  sobie, że niemieckiemu eksportowi pomaga   niższa w stosunku do marki niemieckiej wartość euro. Inaczej więc niż w przypadku handlu z  krajami strefy euro posługującymi się tą samą walutą, co uniemożliwia manipulowanie kursem  walutowym w celu jego obniżenia, które ma „wspomóc” eksport,  źródłem wzrost eksportu  niemieckiego poza strefę euro – do Chin, Rosji czy Polski,  ma być właśnie słabość wspólnej  waluty w stosunku do mocnej marki. Na marginesie dodajmy, że kurs euro podlegał   wahaniom,  co nakazuje pamiętać o tym, iż kurs wymiany waluty jest tylko jednym z wielu  czynników  wpływających na wymianę handlową pomiędzy  krajami o różnych walutach. Ponadto przez większy  okres swojego istnienia euro pozostawało  mocne wobec dolara amerykańskiego, a to dolar jest  najważniejszą walutą w handlu międzynarodowym.

 Twierdzi się niekiedy, że przed przyjęciem  euro, Włosi mogli dewaluować lira a Grecy  drachmę, żeby pomóc swojemu eksportowi. Niemcom też podobno przeszkadzała w eksporcie  supertwarda marka, ale zamiast ją zdewaluować jak Grecy drachmę czy Włosi lira, woleli się  jej pozbyć po prostu ją likwidując i zyskując w ten sposób słabe euro. Dzięki tej sprytnej  sztuczce zdewaluowali swoją supertwardą markę i natychmiast zaczęli szaleć z eksportem na   całym świecie. Po prostu genialne zagranie. Innymi słowy Niemcom mało było tego, że począwszy od 1953 roku prawie pół wieku  sprzedawali  z sukcesem  swoje produkty w Europie i na całym świecie, więc  postanowili zlikwidować mocną  markę i wprowadzić słabsze od niej euro, co niesamowicie pomogło niemieckiemu eksportowi,  który stał się dzięki temu bardziej konkurencyjny! Podobnie, dzięki bardzo słabemu dolarowi  zimbabweńskiemu Zimbabwe stało się eksportową potęgą.

 W dawnych czasach wyrażano podziw , że siła nabywcza marki  – twardej, mocnej, stabilnej  waluty – jest wysoka, teraz okazuje się, że kiedy  siła nabywcza waluty spada, należy się  cieszyć, gdyż nasze produkty lepiej się sprzedają (co zresztą  jest zupełnie logiczne, bo  zmniejszając naszą siłę nabywczą powiększamy relatywnie siłę nabywczą innych).  Wychodzi na  to, że szatańsko sprytni Niemcy, chociaż mieli solidną, twardą walutę w postaci marki,  odnosili w tym czasie sukcesy w handlu światowym, jakich nie odnosili ani Francuzi, ani  Anglicy ani Włosi i Hiszpanie,  od pół wieku  byli zawsze w pierwszej trójce największych  eksporterów na świecie (a w niektórych latach nawet na pierwszym miejscu), to jednak  postanowili  ją zlikwidować i zamienić na słabsze euro, żeby teraz dopiero móc „hulać po  świecie” i „zalewać go eksportem”.

 Teraz uwaga! Swój wzrost eksportu do Chin, Rosji, Brazylii czy Polski Niemcy zawdzięczają  Grecji, Portugalii i innym krajom. Zacytujmy polską opiniotwórczą gazetę: „Jednak jak  wskazuje Nicolas Veron, główny ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla, taki wynik nie  byłby możliwy gdyby nie obecność w strefie euro Grecji, Portugalii i innych krajów,  postrzeganych przez inwestorów jako niepewne. To bowiem dzięki nim kurs euro do dolara, funta, jena i innych walut międzynarodowych był stosunkowo słaby. Bez tego jego wartość  mogłaby osiągnąć być może nawet dwa dolary niwecząc niemiecką maszynę eksportową”.  Teraz  już wszystko jasne: Niemcy sprzedawali coraz więcej swoich towarów, ponieważ Grecy ze swoja  słabą drachmą, Portugalczycy ze słabym eskudo osłabili euro! Nie wiadomo tylko , czy Niemcy  tak to sobie sprytnie zaplanowali i wbrew wszystkim koniecznie chcieli,  aby do unii  walutowej weszły Grecja, Portugalia i inne kraje o słabych walutach (może to one same chciały w  ten sposób pomóc niemieckiemu eksportowi?), czy też tak jakoś wyszło na ich korzyść. A jak   się odniosło korzyść, no to teraz trzeba się jakoś odwdzięczyć swoim dobroczyńcom, czyż nie?

 Inny publicysta stwierdza: „Strefa euro przynosiła korzyści głównie samym Niemcom: nikt już  nie zagrażał ich eksportowej potędze” Zwróćmy uwagę na to sformułowanie „nikt już nie zagrażał ich eksportowej potędze”?  Kiedy Niemcy   mieli markę, różni konkurenci  zagrażali  ich potędze eksportowej, więc  ci spryciarze wprowadzili euro i teraz już nikt im nie  zagraża. A czemu nie zagraża? Ponieważ – brnie dalej w absurd publicysta –  „nikt nie mógł  sobie pozwolić na dewaluację własnej waluty, by dogonić w rozwoju europejskiego hegemona”.  Mamy niezły mętlik w głowie. Czy o to chodzi, że Francja, Włochy, Grecja, Portugalia czy  Hiszpania dlatego nie zdołały „dogonić w rozwoju europejskiego hegemona”, ponieważ nie mogły  zdewaluować swojej waluty?  Zatem gdyby mogły dewaluować,  jak wówczas,  kiedy miały drachmę  czy pesetę, to by go dogoniły? Czy dewaluacja waluty to czynnik rozwoju gospodarczego czy  może rodzaj opodatkowania i zagarnięcie wyrażonych w tej walucie wartości majątkowych  należących do zwykłych obywateli? Zdewaluuj sobie walutę a twoja konkurencyjność wzrośnie,  wygrasz na rynkach europejskich oraz światowych i zagrozisz eksportowej potędze Niemiec!   Genialnie proste!

 Pisze publicysta opiniotwórczej gazety:

 „To przecież właśnie kiepsko sobie radzący unijny pieniądz jest dziś lokomotywą niemieckiego  eksportu, którego sukcesy napędzają całą niemiecką gospodarkę i leżą u podstaw niezwykle  szybkiego wzrostu w ostatnich latach. Tak szybkiego, że nienotowanego przez niemiecką  gospodarkę – hamowaną wcześniej przez bardzo silną markę – od kilku dekad”. Wniosek z tego prosty: im gorszy pieniądz, tym lepiej dla Niemców. Oni tego przez wiele lat   nie rozumieli (durni jacyś  czy co?) i  dumni byli ze swojej silnej marki. Ale w końcu   frajerzy poszli po rozum do głowy, silną markę zastąpili kiepskim euro i niemiecka   lokomotywa eksportowa wreszcie ruszyła do przodu. Brawo!

 Ten sam publicysta pisze:

 „Nie sposób też od nich [Niemców] wymagać, żeby byli uprzejmi wreszcie policzyć, ileż to razy  więcej (a niemało, oj, niemało!) zarobili na słabym euro w stosunku do tego, ile wydali na  wsparcie tych krajów, które z kolei na sytuacji w eurolandzie straciły i nadal potężnie  tracą”. Może  niech nasz publicysta będzie  uprzejmy policzyć, ile zarabia się na słabej walucie.   Niechaj też szybko zacznie nawoływać inne kraje,  aby poszły po rozum do głowy i czym  prędzej wystąpiły z unii monetarnej, skoro na niej „traciły i nadal potężnie tracą”.

 Obecnie podnoszą się głosy, że – aby pomóc pogrążonym w kryzysie krajom Europy B – należy  osłabić ciągle zbyt mocne euro. Wszak wszystkie kraje strefy euro wywożą towary do krajów o   innych walutach. Np. Grecja 6,5% swojego eksportu wysyła do Bułgarii, 6,1% do Wielkiej   Brytanii , 5,2% do Turcji.  6,7%  eksportu portugalskiego idzie do Wielkiej Brytanii,  6,1%   do USA.  Hiszpania wysyła do Wielkiej  Brytanii 8% swojego eksportu, do USA – 4,4%.  Zatem   osłabiajmy euro (najlepiej „nadrukować” biliony euro), żeby pomóc eksportowi tych krajów;   słabiutkie euro stanie się  lokomotywą greckiego, portugalskiego i hiszpańskiego eksportu,  którego sukcesy napędzą całą ich gospodarkę i legną u podstaw szybkiego wzrostu.  Zaraz,  zaraz, przecież na to Niemcy tylko czekają!  Kiedy euro będzie tak słabe jak w latach 90. XX  wieku drachma czy peseta (w 1999 roku za jedną markę płacono 166 drachm, 900 lirów, 102  escudo, 86 pesetów), to tyle dzięki niemu wyeksportują, że nastąpi istny potop niemieckich  towarów i produktów, który zaleje cały świat! A wtedy nikt nic nie będzie już produkował, a  jedynie konsumował towary przysyłane przez Niemców. Całkowita hegemonia gospodarcza Niemiec  stanie się faktem. Biada nam wszystkim, biada, Niemiec znowu sięga po władzę nad światem!  Nowy Hitler czai się za rogiem!

 Publicysta nie ustaje w wyliczaniu tych niesłychanych  dobrodziejstw, jakie przynosi Niemcom  euro:  „Ale za to Niemcy zapewne dobrze wiedzą, może nie wszyscy, ale ci nieprzeciętni z całą  pewnością, co by się stało z rozpędzonym eksportem ich kraju, a za jego sprawą – z całą  szybko rozwijającą się gospodarką Niemiec, gdyby słabe euro na powrót zastąpiła mocna marka.  O ile wolniej rósłby PKB, a więc poziom życia Niemców, i jak znacznie wzrosłoby bezrobocie”. Ach to przekleństwo mocnej marki! Jakże Niemcy powinni się cieszyć , że ich mocna marka nie  pociągnie – jak to się zapewne działo do 1999  roku – w dół, w recesję, w bezrobocie, w słaby  eksport. Powinni Panu Bogu na kolanach dziękować (a może raczej prezydentowi Mitterandowi,  który ich do tego usilnie namawiał?), że pozbyli się przeklętej marki, która tak szkodziła  ich eksportowi a tym samym całej gospodarce.

 Takich propagandowych idiotyzmów, jak te cytowane wyżej (i tych, które jeszcze przytoczymy  niżej),  pełno jest w naszych opiniotwórczych mediach. Jeszcze raz przypomnijmy elementarne  fakty. Weźmy dla zilustrowania niemiecki eksport w dwóch ostatnich dekadach przed  ustanowieniem unii monetarnej; jego wartość wynosiła (w przeliczeniu na euro):  1980 rok –  179  mld euro, 1985-274 mld, 1990-348, 1995 – 383 mld euro, 2000 –597 mld euro. Zatem  niezależnie od kilku wahnięć eksport niemiecki przed wprowadzeniem „słabego” euro”, w  warunkach istnienia mocnej marki niemieckiej cały czas rósł. Żadna „supertwarda” marka mu  nie przeszkadzała.

 Mamy tu do czynienia z upowszechnianiem  błędnej i szkodliwej  opinii, że to monetarne  manipulacje pozwalają odnieść prawdziwy sukces na rynkach światowych. Tymczasem, co  oczywiste,  po każdej takiej manipulacji,  po pewnym czasie sytuacja powraca do stanu  poprzedniego. Silna waluta oznacza niższe koszty dóbr  kupowanych na rynkach światowych),  czyli oszczędności na kosztach produkcji, które wyrównują  nacisk na ceny po stronie  sprzedaży. Jak obliczają ekonomiści udział importowanych składników w produkcji na eksport  wzrósł w Niemczech, pomiędzy rokiem 1995 a 2005,  z 31 do  42 %,  czyli żeby coś  wyprodukować i sprzedać  trzeba najpierw prawie połowę z tego importować (twierdzenie, że  „gospodarka niemiecka jest zależna od eksportu” jest tak samo prawdziwe jak „gospodarka  niemiecka jest zależna od importu”).

 Słabe euro automatycznie podraża import  towarów  i usług z innych obszarów walutowych,  w  tym energii, surowców i innych materiałów służących do wyprodukowania tego, co chcemy  sprzedać za granicę,  a tym samym podwyższa koszty produkcji a tym samym hamuje eksport.    Niski kurs euro np. wobec dolara powoduje, że drożeją ropa, gaz, stal i inne surowce  sprowadzane przez Niemcy ze świata, którymi handluje się w dolarach. Zatem po pewnym czasie  sytuacja wraca do stanu poprzedniego, no i koniec z „eksportowym hulaniem”!  Ale tych  zależności nasi publicyści nie chcą dostrzegać, ponieważ zajęci są wyłącznie poszukiwaniem  kija, którym mogliby okładać „szkopów”.

 Oczywiście, celowe (lub nie) osłabianie walut przyniesie pewne korzyści eksporterom,  zwłaszcza  największym, ale uderzy w inne grupy. Za manipulacje walutowe ktoś musi zapłacić, są one  zawsze przeprowadzane na czyjś koszt. Kto traci? Tracą przedsiębiorstwa nastawione na import  i konsumenci zagranicznych towarów. Dla „zwyczajnych Niemców” mocna waluta, jaką była marka,   stanowiła socjalną dywidendą, taniej mogli kupować importowane dobra konsumpcyjne,  taniej  spędzać  wakacje zagranicą, taniej podróżować po świecie etc.  Silna waluta przyciąga  kapitały i inwestycje, towarzyszą jej niskie stopy procentowe i niższe koszty finansowania  przedsiębiorstw. To, co zaoszczędzi się na imporcie, można inwestować w kraju itd. Zatem  jeśli „proeksportowym” lobbystom uda się skłonić rządy do pośredniego (poprzez dewaluację  waluty) subwencjonowania eksportu to koszty tych manipulacji poniosą zwyczajni obywatele i  gospodarka jako całość.

 Niektórzy ekonomiści uważają, iż osłabianie waluty w celu sztucznego podwyższania  wielkości  eksportu i wypracowywania nadwyżek eksportowych powoduje, że przedsiębiorstwa swoje kapitały  nadmiernie zużytkowuj na produkcję  na eksport, i  może się na końcu okazać,  że eksportuje  się poniżej realnej wartości – za sprawą słabej waluty owoce pracy i przedsiębiorczości są  de facto trwonione.  Zaniżanie wartości waluty oznacza w rzeczywistości subwencjonowanie  własnego eksportu; można wówczas eksportować nawet wbrew zasadzie kosztów komparatywnych:  eksport wprawdzie rośnie, ale dobrobyt  kraju się obniża.

 Dodajmy jeszcze, że akurat eksport niemiecki jest mniej zależny od wahań kursowych (kursu euro) niż eksport takich krajów Portugalia, Irlandia, Hiszpania a nawet Francja, i  nie jest  tak wrażliwy na ceny,  co bierze się z jego innej struktury.  Bowiem podczas gdy w Niemczech  produkuje się i sprzedaje za granicę wyroby droższe i najwyższej jakości a Niemcy na rynkach   światowych  plasują się w czołówce wyspecjalizowanych producentów dóbr inwestycyjnych , to  kraje Europy B wykazują większą zależność od kursu euro i są wrażliwsze na wzrost cen,  ponieważ oferują głównie zestandaryzowane masowe dobra konsumpcyjne z segmentu niższych cen  i o większej ich rozpiętości.  Ich  produkty są bardziej wrażliwe na zmiany kursów walut,  ponieważ łatwiej – jeśli zaczynają drożeć – zastąpić je produktami  z innych źródeł. Dlatego  cena jest tu zasadniczym czynnikiem determinującym popyt. Natomiast niemieckie produkty  klienci kupują  także przy wyższym kursie marki (euro), ponieważ są to produkty z zakresu  wysokiej technologii sprzedawane w rynkowych niszach, dzięki czemu są mniej zależne od wahań  kursów walutowych;  ich producenci mogą swobodniej ustalać ceny. Jako liderzy  technologiczni, oferujący produkty trudno zastępowalne są w stanie swoje ceny przeforsować  na rynku światowym podobnie jak za czasów marki. Podsumowując, można powiedzieć, że niemieckiemu eksportowi euro ani w niczym nie pomogło,  ani specjalnie nie zaszkodziło.  Sukcesy niemieckich przedsiębiorców na rynkach europejskich  i światowych mają inne źródła, i nie ma w tym nic  tajemniczego.

 Przytaczane  głosy publicystów można by potraktować jako slogany głoszone na użytek  politycznej propagandy i machnąć na nie ręką, gdyby nie to, że – jak pisaliśmy wcześniej –  mają one wybitnie  niekorzystny  wpływ na, by tak rzec, morale obywatelskie, ponieważ uczą  Polaków fałszywego rozumienia gospodarki i polityki i wprowadzają ich w błąd co do źródeł  gospodarczego sukcesu Niemców a tym samym gospodarczego sukcesu w ogóle (fałszywa ekonomia   zawsze  jest fałszywą  mistrzynią życia).  Blokują odpowiedź na pytanie, dlaczego na długo  przed tym zanim  powstała Unia Europejska i strefa euro, produkty niemieckich  przedsiębiorstw opatrzone napisem „Made in Germany” cenione i kupowane były na całym  świecie.

PASKUDNE „SZWABY” KRADNĄ INNYM KONKURENCYJNOŚĆ

 W kampanii propagandowej mającej na celu upowszechnienie fałszywej opinii, że to Niemcy są  największym beneficjentem wspólnej waluty, wprost lub pośrednio oskarża się ich również o  to, że odnoszą te korzyści kosztem innych.  Jest to strategiczna teza  polityczno-propagandowa głoszona dziś przez kraje Europy B i przewodzącą im Francję.  Mamy  do czynienia ze swoistym moralnym  „okrążeniem” Niemiec  („bogacicie się naszym kosztem”), w   którym uczestniczy wielu polskich publicystów.  Czytamy w polskich  gazetach np., że Niemcy dostali „premię za likwidację tanich walut narodowych np.  hiszpańskiej  i zamianę ich na euro”, że „drenują peryferie”  a  „niemiecki eksport mógł  wzrosnąć o 400% dzięki wypchnięciu produkcji południowoeuropejskiej”.  Dowiadujemy się, że  „centrum (czyt. Niemcy) jest obsługiwane przez peryferie”, „niemiecka gospodarka w skali  eurolandu zawiodła; okazało się, że zaspokaja kosztem innych tylko własne potrzeby” itd.   itp.

 Pisze publicysta: „Gdyby istniała marka, jej wartość by rosła, a niemiecki eksport byłby  mniej konkurencyjny. Tak zaś wypchnął np. hiszpański”. Ale skąd wypchnął? Dokąd wypchnął?   Jak wypchnął? Hiszpania na przykład jest wielkim eksporterem szynki. Czy niemiecka szynka  dzięki euro wypchnęła szynkę hiszpańską z rynków światowych? Chyba nie, bo w 2011 roku  Hiszpanie sprzedali za granicę 25 tys. ton szynki, czyli więcej niż w poprzednich latach, co  więcej, to Niemcy po Francji są najważniejszym odbiorcą tejże szynki. Przypuszczalnie wiec  uzbrojeni w euro Niemcy, choć bardzo się starali, nie zdołali wypchnąć Hiszpanów z rynku  szynki.

 Na łamach opiniotwórczej polskiej gazety wypowiada się jeden z brytyjskich polityków:  „Niemcy najzwyczajniej w świecie przejęli część konkurencyjności krajów południa Europy”.  Patrzcie Państwo, „przejęli”! Powiedzmy bez ogródek, przejęli, czyli po prostu ukradli.   Złodzieje Niemcy okradli Grecję, Portugalię  i Hiszpanię! Łapaj  „Szwaba” złodzieja!

 Na rynkach światowych Niemcy są w czołówce producentów dóbr inwestycyjnych, takie  produkty  o zbliżonej  jakości nie są produkowane przez kraje Europy B, zatem kraje te nie mogą   utracić udziałów w rynku światowym na rzecz Niemiec, ponieważ wcześniej ich nie posiadały.   Niemieccy przedsiębiorcy sprzedają do Chin maszyny i urządzenia techniczne, produkty  elektrotechniczne, specjalistyczne przyrządy, samochody ciężarowe. etc. Czy  Niemcy  wypchnęli Hiszpanię z rynku chińskiego, a może Grecję, Włochy, Portugalię, Irlandię? Niemcy   produkują na eksport to, czego nie produkują Grecy czy Hiszpanie, zatem wyroby niemieckie  nie konkurują na rynkach trzecich  z wyrobami greckimi czy hiszpańskimi.

 Czy Niemcy konkurowały z Grecją na rynku oliwy lub tekstyliów? A może na rynku turystyki  śródziemnomorskiej? Jest prawdą, że Grecja – i miało w tym swój udział jej uczestnictwo w  unii walutowej – traciła konkurencyjność np. w branży hotelarskiej, ale nie na rzecz  Niemiec, lecz Turcji, ponieważ Grecja i Turcja mają podobne struktury gospodarcze i  konkurują w tych samych branżach.

 Czytamy: „Siła Niemiec jako kraju eksportującego szkodzi partnerom handlowym, ponieważ one  importują niemieckie towary, ale Niemcy za mało importują ich towarów. Co powoduje, że kraje  importujące zadłużają się”. No proszę, Niemcy są winni temu, że ktoś się zadłużył, aby kupić  ich towary. Na końcu okaże się, że niemieckie przedsiębiorstwa zmuszały do kupowania swoich  produktów: klienci musieli  brać  kredyty i kupować towary, których tak naprawdę w ogóle nie  chcieli. To jeden z wielu przykładów, kiedy propagandyści nie tylko korelacje podają za  związki przyczynowo-skutkowe, ale wręcz te związki odwracają , byleby tylko za czyjeś  problemy obarczyć winą Niemców. Okazuje się, że to niemieccy producenci  odpowiadają za  deficyty i długi powstałe z pragnienia posiadania  produktów, które oferują, że niemieckie  nadwyżki eksportowe są przyczyną nadwyżek importowych w innych krajach itp.

 Oczywiście nie znaczy to, że nie ma tu rzeczywistego problemu. Kiedyś jeśli w handlu np.  między Grecją i Niemcami  po stronie Grecji nadmiernie rósł deficyt handlowy, czyli Grecja  importowała z Niemiec więcej niż do Niemiec eksportowała, rosła wartość marki wobec drachmy.  W rezultacie Niemcy mogli więcej u Greków kupować, zaś Grecy byli zmuszeni ograniczyć swoje  zakupy w Niemczech. Deficyt handlowy Grecji ulegał automatycznej redukcji. Ponieważ w  strefie euro ten mechanizm przestał funkcjonować, musiało to wpłynąć na stosunki handlowe   pomiędzy Grecją a Niemcami. Jednak publicyści nie dociekają istoty problemu, wolą  chwytać    się każdego pseudoargumentu, aby tylko móc „dowalić szwabom”.

 Przytoczmy na koniec taki „kwiatek”: „Niemcy wolą oszczędzać i eksportować, zamiast  konsumować. Nota bene ze szkodą dla całej Unii”. Czyli ci, którzy oszczędzają, a więc tworzą  kapitały, produkują i sprzedają z sukcesem swoje produkty,  robią to ze szkodą dla innych,  zaś ci, którzy oszczędzać, produkować i eksportować nie mają zamiaru, za to lubią tylko konsumować, są dobroczyńcami Europy! Trudno pójść dalej w absurdzie.

„TEORIA ZALEŻNOŚCI” PO POLSKU, CZYLI KTO BENEFICJENT TEN PŁACI

 Struktura  argumentacji o Niemcach  jako „największym beneficjencie”, bogacącym się kosztem  innych,  to  – przeniesiona na stosunki europejskie–  marksistowska „teoria zależności”; tak   jak według marksistów Stany Zjednoczone stały się bogate, ponieważ wyzyskiwały Amerykę  Południową, a cały Zachód swoje bogactwo zdobył kosztem kolonii i Trzeciego Świata, tak  teraz, w myśl tej niedorzecznej teorii,  Niemcy wzbogaciły się „bezprawnie” lub  „nieuczciwie” kosztem niektórych krajów strefy euro. Nauka jaką ma z tego wyciągnąć naród  jest prosta: warunkiem gospodarczego sukcesu i bogactwa jednych jest ubóstwo drugich.  Bogactwo jednych musi pochodzić z wyzyskiwania drugich, zysk jednego musi być stratą  drugiego – oto typowa prymitywna wersja marksistowskiej demagogii socjalnej przeniesiona na  stosunki pomiędzy narodami. Nie oznacza to, że nie ma wyzyskiwanych, oczywiście są – to  „zwyczajni Niemcy”, którzy  za wszystko mają zapłacić.

 Polscy publicyści, nawet ci prawicowi, którzy żegnają się słysząc nazwisko Marksa, są gotowi  zaakceptować najbardziej niedorzeczną teorię autorstwa niechby  marksistów i komunistów,  jeśli tylko można jej użyć jako kija „na szkopa”.  Wulgarna antyniemiecka propaganda  harmonijnie łączy się z wulgarną marksistowską demagogią.  Można powiedzieć, że  marksizm  staje się naturalną formą myślenia polskiego publicysty, kiedy przychodzi do analizowania  niemieckich sukcesów gospodarczych. Psychologiczną glebą tego myślenia jest najzwyczajniejsza w świecie zawiść.

 Zacytujmy publicystę pisma uchodzącego za „prawicowe”.  Najpierw powtarza on po raz nie  wiadomo który brednię,  że „Niemcy dzięki słabemu i słabnącemu euro bardzo dużo zyskują”.  Po czym pisze dalej: „Gdy w latach 2008–2011 gospodarki grecka, irlandzka i portugalska  straciły po ponad 300 tys. miejsc pracy, gdy gospodarka włoska pozbyła się ich ponad 450  tys., a hiszpańska – ponad 2 mln, gospodarka niemiecka wzbogaciła się – w tym samym czasie –  o ponad 1,2 mln miejsc pracy. A w ślad za tymi nowymi miejscami pracy szerokim strumieniem  płynie do Niemiec bogactwo, wysysane między innymi z pozostałych państw strefy euro, choć  nie tylko z nich. Niemcy się więc na potęgę bogacą, a peryferia eurolandu: Irlandia,  Portugalia, Grecja, Hiszpania – też na potęgę – biednieją”. Zwróćmy uwagę na język prawicowego publicysty: Niemcy wysysają (!) bogactwo greckie, hiszpańskie, portugalskie. Niemieccy (kiedyś „kapitalistyczni”) krwiopijcy „bogacą się na potęgę” wyzyskując inne narody pozbawiając jej „wartości dodatkowej”.

 I dalej ciągnie ten sam (kryptomarksistowski?) publicysta uchodzący za „liberała”: „Niemcy  nie dostrzegają – albo za żadne skarby świata nie chcą przyznać, że dostrzegają – ścisłego  związku między ich nadzwyczaj ostatnio szybkim tempem bogacenia się a nadzwyczaj ostatnio  szybkim tempem ubożenia narodów peryferii euro landu”. Ale czy którykolwiek z kapitalistycznych  wyzyskiwaczy dostrzegał kiedykolwiek ścisły związek pomiędzy szybkim tempem bogacenia się a  nadzwyczaj szybkim tempem ubożenia jego pracowników? Nigdy! Nic dziwnego, że niemieccy wyzyskiwacze też są ślepi na los wyzyskiwanych.

 Inny publicysta wywodzi: „Nie trzeba mieć doktoratu z ekonomii, by wiedzieć, że w systemie gospodarczych naczyń połączonych strefy euro tak świetne wyniki jednego uczestnika  integracji i głęboka mizeria pozostałych muszą być ze sobą ściśle skorelowane”. Publicysta  pisze „skorelowane”, ale w rzeczywistości chodzi mu o to, że warunkiem świetnych wyników   jednych   jest „głęboka mizeria” innych. Jeszcze jeden kryptomarksistowski demagog i  zawistnik.

 Pisze publicysta: „Niemcy były od początku największym beneficjentem wspólnej waluty –  zarówno pod względem politycznym, jak i gospodarczym. Dlatego tak zaciekle walczą o to, aby  utrzymać ją przy życiu”. Skoro Niemcom euro przynosi tak wiele przynosi korzyści a innym tak  wiele strat, to czy nie należałoby wyzwać, nalegać, naciskać na  Niemców, żeby się  poświęcili dla dobra Europy   jak najszybciej występując  z unii monetarnej? Niechaj powrócą  do marki i przestaną  rujnować kraje strefy euro. Tymczasem dzieje się odwrotnie, wszyscy  nawołują Niemców, żeby „ratowali euro”, które dla nich jest tak korzystne a innych doprowadza do ruiny! Dlaczego Grecja, Hiszpania czy Portugalia się nie ratują i same nie  wystąpią z unii monetarnej, aby w ten sposób uniemożliwić Niemcom ich wyzyskiwanie?

 Powielana do znudzenia teza, że Niemcy są największym beneficjentem wspólnej waluty, że to  dzięki euro – naprawdę to nie żart, taka opinię spotkałem w polskiej prasie ­– stały się  potęgą przemysłową i eksportową, że  odnoszą jakieś ponadproporcjonalne korzyści kosztem innych krajów strefy euro, nie znajduje żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, mówiąc  prostu z mostu – jest fundamentalnie błędna. „Prawdziwa” może być tylko w sensie politycznym  tzn. jako polemiczny cios wymierzony w przeciwnika politycznego.

 Przytaczane wyżej cytaty z artykułów polskich publicystów dowodzą, że sięgną oni po każdą, choćby najbardziej niedorzeczną, tezę, byleby tylko móc „walić w szkopów”, pomniejszać ich osiągnięcia gospodarcze, oskarżać o wyzysk i rujnowanie innych.  Tylko kompletny kretyn może  na serio napisać, że Niemcy produkując i oszczędzając, szkodzą Europie. Jednak trudno  przypuszczać – znając jego całkiem rozsądne przekonania i trafne analizy w innych sprawach –  że publicysta ten faktycznie jest kretynem. Po prostu, gdy chodzi o „kwestię niemiecką”  ogromna większość polskich publicystów przestaje analizować rzeczywistość. Jednym  emocjonalna antyniemieckość („choroba na Szwaba”) uniemożliwia racjonalne myślenie,  drudzy  zaczynają pełnić rolę politycznych propagandystów.A jak wiadomo, w propagandzie politycznej  nie chodzi o słuszność i prawdę , ale o siłę i  interesy – w tym przypadku o stworzenie podstawy moralnego, a zarazem na pozór racjonalnie  uzasadnionego (eksport, eksport, eksport!!!),  nacisku na Niemcy: ci, którzy (rzekomo) na  euro zarobili najwięcej i to kosztem innych, powinni pomóc tym, którzy popadli w finansowe  tarapaty.  Ekonomiczna argumentacja służy jako uzasadnienie wyznaczonego wcześniej celu  ekonomiczno-finansowego, dlatego nie posiada żadnej merytorycznej wartości. Mówiąc prosto z  mostu: „Niemcy się wzbogacili”, „Niemcy wyzyskują innych” „Niemcy są winni” ergo „Niemcy  muszą zapłacić”. Rzecz prosta, zapłacić mają „zwyczajni Niemcy”, którzy cenili i lubili  swoją markę i którzy na jej likwidacji stracili a nie zyskali. Po dziesięciu latach ich  zasoby i oszczędności mają „uratować” unię walutową. Jest jednak wielce prawdopodobne , że  zasoby i oszczędności „zwyczajnych Niemców” zostaną zmarnotrawione a unia walutowa i tak nie  przetrwa.

 „MADE IN GERMANY”, CZYLI DLACZEGO LUDZIE NA CAŁYM ŚWIECIE TAK CHĘTNIE KUPUJĄ NIEMIECKIE WYROBY

 Jeden z polskich publicysta wyraził opinię, że dzięki euro „na Starym Kontynencie powstała wielomilionowa rzesza klientów konsumujących niemieckie towary i usługi”. Jest to, rzecz  jasna, kompletny nonsens; równie dobrze można by napisać, że gdyby w Polsce i Czechach, na  Litwie, Węgrzech i Ukrainie wprowadzono wspólną walutę – np. talara, to nagle, ni stąd ni  zowąd „powstałaby wielomilionowa rzesza klientów konsumujących polskie towary i usługi”.  A gdyby Meksyk przyjął amerykańskiego dolara, to czy nie powstałaby wielomilionowa rzesza meksykańskich klientów konsumujących amerykańskie towary i usługi?

 Cytowany publicysta zdaje się wierzyć, że zmiana nadruku na papierze nazywanym pieniądzem w  czarodziejski sposób czyni z ludzi, którzy do tej pory nie kwapili się do konsumowania  niemieckich towarów i usług, konsumentów tychże towarów i usług! Prawda, jakie to proste? Jednak nawet gdyby twierdzenie owego publicysty było prawdziwe – a jest kompletnym nonsensem – że euro ma coś  wspólnego z powstaniem owej „wielomilionowej rzeszy klientów”, to i tak nie zawiera ono  odpowiedzi na podstawowe pytanie, dlaczego konsumują oni akurat niemieckie towary i usługi.  Istnienie klientów jest, co oczywiste, warunkiem niezbędnym każdego zakupu towarów i usług,  ale niewystarczającym, gdy chodzi o zakup konkretnych towarów i usług. Wszak klienci  dokonują wyboru pomiędzy różnymi wyrobami i różnymi producentami. Jeśli koniunktura  gospodarcza i wzrost zamożności klientów, a więc wzrost ich siły nabywczej, skutkują  zwiększeniem zakupów, to nie oznacza to przecież automatycznego zakupu właśnie wyrobów  niemieckich.

Jak to możliwe, że choć udział Niemców w ludności świata wynosi 1,14%, to ich udział w  światowych eksportach – 9-10%, natomiast udział Francji w ludności świata tylko nieco mniej  (niecały 1%), ale jej udział w światowych eksportach – 3,8%? Dlaczego w 2009 roku Niemcy  sprzedały za granicę prawie tyle samo, co Wielka Brytania, Francja i Włochy razem wzięte?  Dlaczego dla Republiki Południowej Afryki Niemcy są drugim (po Chinach) dostawcą towarów a  Francja dziewiątym? Zamiast zastanawiać się nad tym, jakie są tego prawdziwe przyczyny tego  stanu rzeczy, bajdurzy się o cudownym wpływie euro na sprzedaż niemieckich towarów w innych  krajach. Aby raz na zawsze zakończyć te jałowe dyskusje, odsyłam do artykułu Götza Zeddiesa  z Instytutu Badań Gospodarczych w Halle, Der Euro als Triebfeder des deutschen Exports? (Euro jako sprężyna niemieckiego eksportu?) zamieszczonym w Discussion Papers, listopad 2001 (www.uni-goettingen.de/de/document/download/…/130_Zeddies.pdf)  wydawanych przez Center for European Governance and Economic Development Research  Uniwersytetu Georga Augusta w Getyndze, w którym ten powielany uparcie nonsens został za  pomocą niepodważalnych – logicznych i empirycznych – ostatecznie argumentów obalony.

 Propagowanie (i akceptowanie!) tego nonsensu zwalnia z konieczności poszukiwania odpowiedzi na  podstawowe pytanie, dlaczegóż to mianowicie niemieckie przedsiębiorstwa znajdują tylu  nabywców na swoje towary także poza granicami kraju tzn. mają większy niż przedsiębiorstwa  innych krajów promień sprzedaży. Dlaczego Niemcom udaje się sprzedać swoje wyroby tak wielu  wymagającym klientom na całym świecie? Dlaczego kupują oni akurat wyroby niemieckie a nie  inne? Dlaczego tak je sobie upodobali? Skąd bierze się tak wielki popyt na niemieckie  produkty? To są pytania, na które należałoby odpowiedzieć, zamiast pleść banialuki o  cudownym wpływie euro na niemiecki eksport. A przecież odpowiedź na nie jest banalnie  prosta: ponieważ sprzedający potrafią coś wartościowego i pożądanego przez innych  wyprodukować.

 Pisze polski publicysta: „Wysoka wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej Niemiec okazała się nie do pobicia na rynkach południa Europy. Ale tylko dlatego, że kraje te nie  mogły doprowadzić do dewaluacji swoich walut (jak to robiły w przeszłości), aby móc  konkurować przynajmniej ceną”. Pierwsze zdanie jest całkowicie słuszne, rzeczywiście, wysoka  wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej Niemiec okazała się nie do pobicia na  rynkach w Europie i na świecie. Natomiast drugie zdanie jest nonsensem, mającym na celu  zneutralizowanie tego, co napisano w zdaniu pierwszym: „Wysoka wydajność i znakomita jakość   oferty eksportowej Niemiec tylko dlatego okazała się nie do pobicia, że kraje te nie mogły  doprowadzić do dewaluacji swoich walut”. Zauważmy, że wysoka wydajność i znakomita jakość  oferty eksportowej jest nie do pobicia „tylko dlatego”, że inne kraje nie mogły dewaluować  swoich walut. Gdybyż tylko mogły je dewaluować, to na nic by się zdała wydajność i znakomita  jakość niemieckiej oferty eksportowej! Dzięki dewaluowaniu waluty kraje południa Europy  pobiłyby Niemców na rynkach! No, chyba, że sami Niemcy, aby nie dać się pobić na rynkach,  też zaczęliby dewaluować własną walutę. Wtedy tamte kraje, żeby pobić Niemców, jeszcze  bardziej by zdewaluowały swoją walutę. W odpowiedzi, zagrożeni pobiciem Niemcy, dewaluują  swoją, na co konkurenci odpowiadają jeszcze mocniejszą dewaluacją, a wtedy Niemcy…

Opuśćmy jednak czym prędzej Absurdystan, w którym żyją nasi publicyści, i zastanówmy się, jak należałoby przeformułować jego twierdzenie, aby odpowiadało prawdzie. Otóż powinno ono  brzmieć następująco: „wysoka wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej Niemiec okazała  się nie do pobicia, ponieważ inne kraje nie są tak wydajne i nie mają tak znakomitej oferty  eksportowej jak Niemcy”. No, ale coś takiego polskiemu publicyście nie przejdzie przez  gardło, bo musiałby przyznać, że niemieccy producenci są po prostu lepsi od producentów z  innych krajów. Ponieważ nie chce tego przyznać, musi wymyślać pseudo-wyjaśnienia o  dewaluacji waluty jako czynniku umożliwiającym „pobicie” innych na rynku, nie zastanawiając  się nad tym, jakimi produktami, z kim, na jakich rynkach kraje dewaluujące walutę mogłyby  konkurować niższą ceną eksportowanych towarów, będącą rezultatem obniżenia wartości własnej  waluty. Niemniej jednak, jego opinia, że Niemcy biją konkurentów na rynkach europejskich i  światowych dzięki swojej wydajności i znakomitej ofercie eksportowej, jest jak najbardziej  słuszna i wymaga jedynie rozwinięcia.

 Na początek uprzytomnić sobie trzeba podstawowy fakt, że Niemcy były i są krajem wysoko uprzemysłowionym, udział przemysłu w wytworzeniu produktu krajowego brutto wynosi tu ok. 25%  i jest wyższy niż średnia w Europie, prawie dwukrotnie wyższy niż udział przemysłu  francuskiego w wytworzeniu PKB Francji. Pozycja Niemiec jest pod tym względem wyjątkowa w  Europie. Niemcy zajmują w produkcji przemysłowej czwarte miejsce na świecie po Chinach, USA  i Japonii, ich udział w globalnej produkcji przemysłowej zawsze był na wysokim stałym  poziomie, około 8%. Czyli 1,14 % ludności świata wytwarza ok. 8% produkcji przemysłowej  świata!

 Ważna jest również struktura niemieckiego przemysłu. Niemcy są potęgą w produkcji dóbr  wysoko przetworzonych, zarówno dóbr inwestycyjnych i produkcyjnych, jak i dóbr użytkowych i  konsumpcyjnych najwyższej jakości np. luksusowych samochodów. Oferują nie masowe, tanie,  nietrwałe towary, lecz produkty, w których wytworzenie włożono najwięcej badań naukowych i  myśli technicznej, reprezentujące najwyższy poziom technologiczny. Są to klasyczne, a  jednocześnie najnowocześniejsze produkty przemysłowe, często trudno zastępowalne lub wręcz  niezastępowalne, innymi słowy – prawie bezkonkurencyjne.

 Niemiecki przemysł zawsze produkował rzeczy cieszące się wysokim popytem na świecie, a w  ostatnich 25 latach popyt na nie jeszcze wzrósł. Miało to związek z dobrą koniunkturą w  innych krajach, z otwarciem nowych rynków, z wysiłkami wielu krajów na rzecz rozwoju,  modernizacji i uprzemysłowienia, co idealnie komponowało się z ofertą niemieckiego  przemysłu. Chiny, Indie, Brazylia, Rosja, Europa pokomunistyczna i inne tzw. gospodarki  wschodzące z tej oferty skorzystały. W tym sensie rzeczywiście powstała rzesza nowych  klientów, którzy upodobali sobie właśnie towary niemieckie a nie inne.

 Jeśli kogoś nurtuje pytanie, dlaczego Niemcy sprzedawali kiedyś i sprzedają dziś swoje  produkty na całym świecie, to najprostsza odpowiedź brzmi: ponieważ ludzie w różnych krajach  pragną tych produktów, z których wiele wyrobiło sobie markę przez kilka dziesięcioleci, i  gotowi są za nie zapłacić. I to zapłacić mimo wysokich cen – sprzedaż niemieckich towarów  jest mnie zależna od ceny niż sprzedaż towarów z innych krajów, ponieważ niemieckie wyroby  mają szerszą rozpiętość marży i są – ze względu na swój charakter – bardziej zależne od  dochodów potencjalnych klientów. O niemieckich produktach nie mówi się, że są drogie czy  tanie lecz, że są „warte swojej ceny” (preiswert) czyli, że relacja ceny do jakości wyrobu  jest korzystna dla klienta także wówczas, kiedy cena jest wysoka.

 Nie od papierków z napisem euro, dolar, rubel czy złotówka zależy to, czy ktoś jest  pożądanym partnerem handlowym, ale od tego, co ma innym do zaoferowania. Niemcy są takim  partnerem, ponieważ ich przedsiębiorstwa działające w wielu ważnych branżach mają na  sprzedaż produkty najwyższej jakości: maszyny, samochody osobowe i ciężarowe oraz części do  nich, urządzenia techniczne i pomiarowe, narzędzia elektryczne i optyczne, wyroby chemiczne  i papiernicze, wyroby dla przemysłu lotniczego, urządzenia do przetwarzania danych itd.

 Jeśli – usunąwszy z głów banialuki o cudownym wpływie euro na niemiecki eksport – przyswoimy  sobie te prostą, ale łatwo zapominaną prawdę, że jeśli chce się sprzedawać (eksportować)  jakiś towar, to trzeba go najpierw wyprodukować, to zapytać możemy, jak to się dzieje, że  Niemcy produkują towary poszukiwane na świecie. Cała „tajemnica” tkwi w strukturze i  właściwościach systemu przemysłowego Niemiec.

 Pierwszym filarem przemysłu niemieckiego (i eksportu) są wielkie, notowane na giełdzie,  przedsiębiorstwa jak Siemens, BASF, Bayer, Thyssen-Krupp, koncerny samochodowe, wszystkie  znakomicie zorganizowane, dysponujące zarówno świetnymi menedżerami, jak i wysoko  wykwalifikowanymi pracownikami, stale rozwijające swoje produkty. Sztandarową branżą  gospodarki niemieckiej jest przemysł samochodowy, mający swoją długą historię: samochód z  silnikiem benzynowy wynaleziono w Niemczech w 1885; pionierami niemieckiego przemysłu  samochodowego byli wynalazcy, konstruktorzy, inżynierowie i przemysłowcy jak Carl Benz,  Gottlieb Daimler, Nicolaus August Otto czy Wilhelm Maybach. Mercedes ma ponad 100 lat,  Porsche 80, miały, więc dostatecznie dużo czasu, aby dorobić się marki i klientów.

 Jeśli za kryterium brać obroty to przemysł samochodowy jest najważniejszą gałęzią  przemysłową Niemiec. Jego nadwyżki eksportowe dają ponad połowę wszystkich niemieckich  nadwyżek eksportowych. Liczba wyprodukowanych samochodów w Niemczech i ich wywóz za granicę  rosną od kilku dekad. Wspomnijmy tu choćby Volkswagena „Chrabąszcza”, który do 2003 roku,  kiedy zaprzestano jego produkcji, był, z prawie 22 milionami sprzedanych sztuk, najlepiej  sprzedawanym samochodem na świecie. Volkswagen nie potrzebował euro, żeby cieszyć się  popytem w innych krajach. Już w sierpniu 1947 roku pierwsze volkswageny trafiły do Holandii,  w następnym roku do Danii, Luksemburga, Szwecji, Belgii i Szwajcarii, a potem popularne  „garbusy” spotkać można było na drogach i szosach całego świata.

 Niemcy są dziś trzecim producentem aut osobowych na świecie, ok. 65% produkcji idzie na eksport, rośnie eksport aut zwłaszcza do Chin i USA. Chiny są dziś na piątym miejscu wśród odbiorców niemieckich samochodów – najwięcej kupują Brytyjczycy, potem Amerykanie, Włosi i  Francuzi. Francja produkowała w 2001 roku dwa miliony samochodów, czyli tyle co przed 10  laty, natomiast niemieccy producenci zwiększyli w tym okresie produkcję o 50% do 5,5 miliona  sztuk. W liczbie eksportowanych aut Niemcy zajmują bądź pierwsze bądź drugie miejsce za  Japonią, ale ich obroty są wyższe, ponieważ sprzedają najwięcej aut luksusowych – ponad 80%  samochodów na tym rynku to limuzyny niemieckie. To, czy w Niemczech walutą jest marka czy  euro nie miało i nie najmniejszego znaczenia dla sprzedaży niemieckich samochodów. Co więc  miało znaczenie? Znakomita oferta, jakość wykończenia i materiałów, precyzja detalu i  powierzchni, dobre wyposażenie, solidność wykonania, dobrze zorganizowany serwis,  bezproblemowe dostawy części zamiennych. No i oczywiście stałe ulepszanie pojazdów pod  względem technologicznym, co nie powinno dziwić, gdyż koncerny samochodowe wydały w 2009  roku 22,1 mld euro na badania i rozwój – sumę stanowiącą 40% wszystkich takich wydatków w  całej niemieckiej gospodarce.

 Weźmy inny przemysł – maszynowy, drugą po samochodowej największą niemiecką branżę eksportową. Żaden inny kraj nie sprzedaje na świecie tylu maszyn co Niemcy. 75% niemieckiej  produkcji branży maszynowej kupują odbiorcy zagraniczni. Co piąty niemiecki budowniczy  maszyn jest w swoim segmencie sprzedaży czołową marką na świecie. Z pewną przesadą można by  powiedzieć, że bez niemieckich maszyn produkcja w wielu istotnych sektorach gospodarki  byłaby na świecie niemożliwa. Choć w branży maszynowej działają też wielkie i duże firmy, to charakterystyczne są dla niej przedsiębiorstwa średniej wielkości (niem. Mittelstand), spośród których część wysyła swoje produkty na cały świat. Dotyczy to także średnich firm w innych dziedzinach przemysłu.  Oczywiście, takie przedsiębiorstwa istnieją również w innych krajach Europy i Ameryki, ale  nigdzie na świecie nie ma ich tyle co w Niemczech. Nie ma świecie innego kraju poza  Niemcami, w którym istniałoby tyle małych i średnich zakładów produkujących na rynek  światowy. Mittelstand stanowi kręgosłup niemieckiej gospodarki, podczas gdy w innych krajach  przeważają duże koncerny i – o wiele mniej dynamiczne – firmy małe (poniżej 10 pracowników).

 W tych średnich firmach najwyraźniej dostrzec można cechy i właściwości przemysłu  niemieckiego stanowiące o sukcesie niemieckich produktów na całym świecie. Najbardziej  aktywny, twórczy i produktywny segment niemieckiego Mittelstandu tworzy 1000-1500 firm należących do liderów rynku światowego (Weltmarktführer) czyli tych, które to zajmują na rynku światowym 1, 2 lub 3 miejsce lub są numerem 1 w Europie – w 2008 roku było ponad 1100  takich niemieckich przedsiębiorstw (ich strukturę i sposób funkcjonowania opisali najpełniej  niemieccy ekonomiści Hermann Simon i Bernd Venohr).

 Specjalizują się one w pewnym małym segmencie rynkowym, koncentrując się na produkcji  wyrobów najwyższej jakości, o określonym specyficznym profilu, co umożliwia im zdominowanie  wysoko wyspecjalizowanych globalnych nisz rynkowych – przy specyficznym, wyjątkowym profilu  produkcji rynek krajowy jest dla nich za mały. Często same te nisze tworzą planując,  projektując, konstruując i wyrabiając w całości – aż po najmniejsze części i detale –  unikalne produkty, które same wprowadziły na rynek jako własne wynalazki, innowacje i  udoskonalenia techniczne. Kierują swój produkt do określonych grup nabywców, wykonują specjalne zamówienia, produkują  „na miarę”. 90% z nich to zakłady przemysłowe, a nie handlowe czy czysto usługowe,  aczkolwiek często oferują usługi odnoszące się do produktów przez siebie wyrabianych  (planowanie, doradzanie, sprzedaż, obsługa, serwis, konserwacja itd.) Cechuje je  ponadprzeciętna zdolność przetrwania na rynku, średnio ok. 60 procent ich zysków pochodzi z  eksportu. Są aktywne w wielu krajach, często na wszystkich kontynentach, posiadają filie  zagranicą, tworzą sieci serwisowe na świecie. Ich udział w niemieckim eksporcie wynosi 30%,  podczas gdy udział koncernów to 60%, zaś małych firm – 10%.

 Liczą średnio 680 pracowników, często mają siedziby na prowincji, w małych miastach i  miasteczkach lub na wsi – nazywa się je czasami hidden champions, ponieważ są relatywnie  mało znane i nie szukają publicity. Na przykład fabryka maszyn Berthold Hermle AG,  znajdująca się w absolutnej czołówce światowej w produkcji superprecyzyjnych frezarek dla  różnych gałęzi przemysłu, ma swoja siedzibę w liczącej 4 tysiące mieszkańców miejscowości  Gosenheim, Beckhoff Industrie Elektronik (technika automatyzacyjna, technika sterowania,  elektronika) w Verl (25 000 mieszkańców), Sennheiser Electronic (mikrofony i słuchawki) w  Wennebostel – wsi w gminie Wedemark koło Hanoweru; siedziba Mobotix AG, pierwszej na świecie  w systemach wideo i kamerach przemysłowych o najwyższej rozdzielczości, mieści się w małej  wiosce Langmeil.

 Są to przeważnie, choć nie tylko, firmy rodzinne, w niektórych przypadkach przez kilka  pokoleń należące do jednej rodziny, przy czym rodzinna własność łączy się najczęściej z  zatrudnieniem wysokiej klasy menedżerów pochodzących spoza rodziny. Założycielami,  właścicielami i menedżerami są, w ponadprzeciętnej liczbie, inżynierowie i naukowcy z nauk przyrodniczych i ścisłych. Na czele ponad połowy niemieckich firm z Mittelstandu  przodujących na rynkach światowych stoi inżynier. Na badania i rozwój przeznaczają one  średnio 5% zysków, czyli więcej niż wielkie koncerny. Wiele z nich opiera swoją działalność na własnych patentach i pionierskich wynalazkach, które stale, by tak rzec, codziennie, są  ulepszane i rozwijane; trwa w nich ciągła praca nad produktem, usługą i serwisem, nad  wprowadzeniem nowych procedur i metod, nad optymalizacją procesów produkcyjnych.

 Mająca swoją siedzibę w liczącej 27 000 mieszkańców miejscowości Winneden, firma Kärcher,  światowy lider w produkcji urządzeń czyszczących (obecnie jest to już duża firma zatrudniająca 7000 pracowników, ale będąca typową firmą Mittelstandu) zaczęła od  skonstruowania w 1950 roku wysokociśnieniowego urządzenia czyszczącego przy użyciu gorącej wody. Założyciel firmy Alfred Kärcher był przedsiębiorcą, wynalazcą, konstruktorem, wiecznym  „majsterkowiczem” stale pracującym nad udoskonaleniem i rozwinięciem swoich produktów. Od  chwili swojego założenia firma Kärcher zgłosiła 1200 patentów.

 Kto rzeczywiście chciałby dociec, skąd biorą się sukcesy niemieckich przedsiębiorstw  Mittelstandu, dlaczego ich produkty kupowane na całym świecie, ten zamiast doszukiwać się przyczyn w zmianie koloru banknotów, powinien postarać się dostrzec inne czynniki takie jak: sztuka inżynierska na najwyższym poziomie, techniczna wyobraźnia, duch wynalazczości, wysoka  innowacyjność, stały postęp technologiczny, efektywność operacyjna na niezwykle wysokim  poziomie, najwyższa klasa światowa w kluczowych procesach produkcyjnych, pełna identyfikacja  właściciela z firmą i jej losem, głębokie duchowe zaangażowanie we własne przedsiębiorstwo  jako stworzone przez siebie dzieło (nie tyle „miłość do pieniądza”, co „miłość do  przedsiębiorstwa”, której ubocznym skutkiem są pieniądze), nieustanna aktywność,  koncentracja wysiłku i pracy na osiągnięciu jak najlepszego rezultatu, kierowanie się zasadą  „wartość i jakość a nie cena zwyciężają”, wola zwycięstwa w konkurencji poprzez wytworzenie najlepszego produktu, kult jakości, perfekcjonizm. Do tego dochodzi specyficznie niemieckie  zamiłowanie do budowy systemów.

 Wymieńmy inne czynniki: wysoka kultura przedsiębiorczości, dobra komunikacja, współpraca i  organizacja pracy wewnątrz przedsiębiorstwa (niektórzy badacze mówią nawet o unikalnym  niemieckim modelu kierowania firmą). Właściciel (i menedżer) uważnie przypatruje się temu,  co się dzieje w przedsiębiorstwie, wsłuchuje się w to, co na temat funkcjonowania i  organizacji firmy mają do powiedzenia pracownicy, sam jest nich wzorem pracowitości i  poświęcenia dla przedsiębiorstwa, wyznacza cele i cały czas, osobiście, troszczy się, aby  nie zbaczać z drogi do wyznaczonego celu, dba o„kapitał ludzki”, o kwalifikacje i  kompetencje załogi (wiele firm kształci własnych uczniów). Celem jest wytworzenie u  pracowników wszystkich szczebli wzajemnego zaufania, identyfikacji z firmą i poczucia  odpowiedzialności za jej los.

 I wreszcie nie należy zapominać o (stereo)typowych cnotach niemieckich, których  praktykowanie , w większym lub mniejszym zakresie, obowiązuje całą załogę od właściciela i  menedżera przez średni personel techniczny po robotników – dyscyplina, wydajność,  zamiłowanie do porządku, punktualność, pilność, zmysł organizacji, obowiązkowość, dokładność  (wręcz pedantyzm), solidność, oszczędność. Są one wprawdzie dzisiaj rzadsze niż kiedyś, ale  nadal pozostają (relatywnie) bardziej rozpowszechnione niż gdzie indziej w Europie.

 Podsumowując: kluczem do niemieckiego sukcesu, do przewagi konkurencyjnej na rynkach światowych nie są triki z walutą, lecz wydajny, produktywny, efektywny, wyspecjalizowany sektorowo, znakomicie zorganizowany, prężny system przemysłowy, który cechuje wysoka innowacyjność, stały postęp techniczny, bardzo wysoki wkład badań naukowych w produkt, wysokie (wyższe niż gdzie indziej) morale pracy, przemysł produkujący wyroby high-tech  przewyższające produkty z innych krajów jakością i niezawodnością. W ostatecznej instancji zawsze decyduje to, czy dany wyrób jest „preiswert”. Uwzględnić trzeba również fakt, że  Niemcy należą do najbardziej kapitałotwórczych krajów na świecie, poziom oszczędności jest bardzo wysoki – Niemcy odkładają ok. 17% swoich dochodów oddawanych do dyspozycji  przemysłowi.

 Miejmy też na uwadze, iż Niemcy są – historycznie rzecz biorąc – od końca XIX wieku czołową  siła gospodarczą i technologiczną Europy i świata, dziś wprawdzie osłabioną dwoma  przegranymi wojnami światowymi, zwłaszcza drugą, ale nadal zachowującymi ten status. Dlatego  to Niemcy wypracowują dziś jedną czwartą  PKB całej Europy i dlatego od dziesięcioleci znakomicie sobie  radzą na rynkach światowych. Przypomnijmy tutaj, że w 1887 roku parlament angielski przyjął  ustawę o znakach handlowych (Merchandise Marks Act), która przewidywała, że na towarach  powinna być umieszczona informacja o tym, z jakiego kraju pochodzą. Było to posunięcie  wymierzone przede wszystkim przeciwko rosnącej konkurencji wyrobów z Rzeszy Niemieckiej.  Angielski nabywca miał wiedzieć, że kupuje towar importowany, czyli z założenia gorszy niż  angielski. Znak „Made in Germany“ miał informować nabywcę, że towar jest wprawdzie tańszy,  ale gorszej jakości. Jednak z czasem to, co miało w intencji pomysłodawców wskazywać na  lichy towar i wywoływać negatywne reakcje u klientów, nabrało przeciwnego znaczenia. „Made  in Germany” stało się znakiem wysokiej, jakości i takim pozostaje do dziś.

 Wielu ludzi w Polsce nie potrafi sobie psychologicznie poradzić z faktem, że Niemcy – ci  „źli, brzydcy Niemcy”, którzy przegrali dwie wojny światowe, dokonali różnych złych rzeczy,  skrzywdzili inne narody – odbudowali się, wysforowali na czoło, wygrywają konkurencję z  prawie wszystkimi krajami na świecie i mają najsilniejszą gospodarkę w Europie. W ich oczach  jest to krzycząca dziejowa niesprawiedliwość i zarazem coś racjonalnie niewyjaśnialnego;  zarówno ich poczucie moralne, jak i rozum faktu tego nie chcą zaakceptować. Dlatego, aby  zracjonalizować jakoś to, co niesprawiedliwe i niepojmowalne, usilnie starają się wykryć   jakiś „brudny trik”, którym posługują się Niemcy wygrywający z innymi na polu gospodarczym.  Powtarza się przeto bajkę, że ludzie w na całym świecie tak chętnie kupują niemieckie  wyroby, ponieważ istnieje… waluta wspólna dla 17 europejskich krajów (pomijam tu pojawiające  się czasami w tekstach naszych publicystów horrendalne brednie, że swoją pozycję gospodarczą  Niemcy zawdzięczają „Planowi Marshalla” albo gastarbeiterom). Swoich sukcesów gospodarczych  Niemcy nie mogą tak po prostu zawdzięczać temu, kim są i jak działają, muszą one mieć źródło  w „nieuczciwej konkurencji”, „machinacjach walutowych”, „drenowaniu” innych, czyli, mówiąc  wprost, muszą pochodzić z jakiejś formy „wyzysku”, „oszustwa”, „kradzieży”, których ofiarą  padają inni. Psychologicznym źródłem tego typu myślenia jest zawiść, stymulująca niechęć lub  wręcz nienawiść do „perfidnych szwabów”, winnych temu, że innym gorzej się wiedzie. Jak  zawsze jest to błędne koło: zawiść wobec tych, którzy lepiej sobie radzą dzięki swoim  talentom i wysiłkom, hamuje i osłabia twórcze ambicje zawistników, przez co radzą sobie oni jeszcze gorzej, więc ich zawiść wobec wygrywających konkurencję rośnie itd.

 Zamiast propagandy bazującej na błędnych założeniach i odwołującej się do niskich emocji,  wprowadzającej w błąd co do prawdziwych przyczyn procesów i zjawisk gospodarczych,  spychającej nasze myślenie na poziom ludów prymitywnych: „mam niższe zbiory, ponieważ sąsiad  ma wyższe” albo „mam niższe zbiory, bo sąsiad rzucił na nie urok”, należy wydobyć z zapomnienia stare prawdy, że źródłem powodzenia w produkcji i handlu oraz wzrostu zamożności  są przemyślność, praca i oszczędność a nie emitowanie niebieskich zamiast czerwonych  papierków. Czas powrócić do kultu produkcji i „dobrej roboty”, promować produktywizm i dobrą  organizację pracy, punktualność i dokładność, położyć nacisk na szkolnictwo zawodowe i  techniczne, rozbudzać od dziecka zainteresowanie dla nauk ścisłych, przyrodniczych i  technicznych. Pod tym względem Niemcy są wzorem godnym naśladowania, powinniśmy się od nich  uczyć i próbować dorównać, zamiast pogrążać się w „bezsilnych złorzeczeniach”, które nie  tylko kierują nasze myślenie na intelektualne manowce i wypaczają obraz świata wokół nas,  ale także niszczą nas duchowo.

EUROPEJSKA UNIA WALUTOWA JAKO SYSTEM SOCJALISTYCZNEJ REDYSTRYBUCJI KOSZTEM NIEMIEC

Utworzenie wspólnej waluty dla kilkunastu krajów Europy było podjętym na wielką, de facto kontynentalną, skalę eksperymentem polityczno-ekonomicznym, formą interwencji państwowej o  zakresie i głębokości skłaniających od początku wielu ludzi – ekonomistów, publicystów ekonomicznych i dziennikarzy – do pytania, kto i jakie koszty tego eksperymentu poniesie.   Zawsze bowiem, kiedy takie interwencje się podejmuje, ktoś na nich zyskuje a ktoś traci.  Rzecz prosta, zidentyfikowanie beneficjentów i przegranych nie jest łatwe, zwłaszcza na  początku eksperymentu. Zdarza się i tak, że początkowi beneficjenci z czasem okazują się przegranymi. Ponadto należy mieć na uwadze, że podział na beneficjentów i przegranych nie przebiega wzdłuż granic narodowych. Istnieją wszak mechanizmy powodujące, że w tym samym   kraju jedni znajdą się w grupie beneficjentów, zaś drudzy trafią do grupy przegranych.  Mówiąc więc, że coś dzieje się „kosztem Niemców”, mamy na myśli nie członków elity  rządzącej, bankierów, szefów wielkich korporacji cieszących się specjalnymi względami  polityków, lecz „zwyczajnych Niemców”, przedsiębiorców, robotników, przedstawicieli wolnych  zawodów, rzemieślników, kupców, rolników itd. Ci „zwyczajni Niemcy”, ludzie pracy realnej, swoim  codziennym wysiłkiem i działalnością gospodarczą wypracowują środki i wartości ekonomiczne,  ściągane od nich w postaci podatków przeznaczonych potem na finansowanie ekonomicznych  eksperymentów. To na nich spadają negatywne konsekwencje unii monetarnej, która jako  interwencja zmieniająca cały europejski ład walutowy, a zatem i gospodarczo-finansowy, takie  konsekwencje ze sobą niesie. Twórcy unii monetarnej ich nie przewidywali lub je  bagatelizowali przedstawiając i reklamując swoje działanie jako wyłącznie dobroczynne, nie  kłopocząc się o ewentualne mniej dobroczynne skutki dla „zwyczajnych Europejczyków”.

Europejska unia monetarna polega na scentralizowaniu polityki pieniężnej i kursowej dla  kilkunastu krajów o zróżnicowanym poziomie rozwoju gospodarczego; w jej wyniku nastąpiła  walutowa integracja strukturalnie odmiennych gospodarek narodowych i rynków finansowych.  Pieczę nad nią objął Europejski Bank Centralny będący w istocie spółką banków centralnych  krajów strefy euro.Dla powstania i istnienia europejskiej unii walutowej niezbędna była w niej obecność,  najsilniejszych finansowo i ekonomicznie Niemcom. Natomiast Niemcom nie była ona do niczego  potrzebna – w systemie marki niemieckiej przez kilka dziesięcioleci odnosili sukcesy w  sferze gospodarcze zajmując pozycję w ścisłej czołówce największych producentów i  eksporterów świata.  Bez Niemiec nie można sobie wyobrazić istnienia i funkcjonowania unii monetarnej. To marka niemiecka, najsilniejsza i najstabilniejsza waluta Europy stanowiła  fundament, na którym zbudowano euro. Ci, którzy bez ustanku głoszą, że Niemcy są  największymi beneficjentami unii walutowej, powinni sobie odpowiedzieć na dwa proste  pytania.  Czy jeśli dobrze prosperująca firma mająca jednego właściciela (czyli Niemców z ich  marką i Bundesbankiem) wejdzie do spółki razem z gorzej prosperującymi, często zadłużonymi  wspólnikami, to kto odniesie z tego korzyść? Czy jeśli biedniejsi współwłaściciele spółki  przejmą takie same udziały, uzyskają równe prawo głosu i decyzji na posiedzeniach zebrania  wspólników czy zarządu spółki, będą kontrolować zasoby spółki i określać jej politykę  ekonomiczną i finansową, to kto odniesie większą korzyść: ten, który wniósł najwięcej zasobów do  majątku spółki czy jego wspólnicy? Są to pytania czysto retoryczne.

 Wspólna waluta mogła powstać tylko dlatego, że Niemcy wnieśli masę stabilizacyjną swojej marki do systemu euro i przyjęli na siebie ciężar utrzymania jego siły nabywczej wobec  wierzycieli z innych państw. W momencie utworzenia unii walutowej Niemcy niejako podarowały  innym jej uczestnikom swoje niskie stopy procentowe, swoją niską rentowność obligacji.  Podzieliły się z krajami Europy B swoją wiarygodnością kredytową. Kredyty w pesetach czy drachmach były droższe ze względu na ryzyko deprecjacji czy  dewaluacji waluty: kredytodawcy żądali dodatkowej premii za to ryzyko. Wraz z wprowadzeniem  jednolitej waluty europejskiej dla krajów Europy B odpadło ryzyko kursowe i wraz z nim  zniknął narzut – dodatkowa opłata w oprocentowaniu. Kredyty staniały, choć na płaszczyźnie  realnej gospodarki wszystko pozostało po staremu. Poprzez wprowadzenie euro i zniesienie  płynnych kursów wymiany walut wyrażających różnice pomiędzy gospodarkami Niemiec i krajami  Europy B, sztucznie „utwardzono” miękkie, w przeszłości często podlegające deprecjacjom i  dewaluacjom waluty. Zaufanie, jakie świat miał do marki niemieckiej, przeniesiono na całe  euro, także euro znajdujące się w rękach Greków czy Portugalczyków.

 Wspólna waluta wprowadzała mechanizm redystrybucji na rzecz Europy B poprzez przekazanie jej  wiarygodności kredytowej Niemiec, sztuczne obniżenie podstawowych stóp procentowych,  sztuczne obniżenie kosztów zaciągania długów rządowych w formie obligacji; był to transfer  niesformalizowany, niewidoczny, ukryty w samym mechanizmie i samej strukturze wspólnej  waluty i wspólnej polityki pieniężnej. Mówi się dzisiaj, że jedną z przyczyn kryzysu w  strefie euro jest fakt, iż w unii monetarnej znalazły się kraje o różnych poziomach  gospodarczych. Tymczasem chodziło właśnie o to, żeby dzięki euro podciągnąć w górę  biedniejsze kraje kosztem bogatszych. Było to pomyślane jako szczególnego rodzaju program  redystrybucji bogactwa, głównie bogactwa Niemiec, najbogatszego i najbardziej gospodarczo  rozwiniętego kraju w Europie. Cała strefa euro była od początku zakamuflowaną „unią  przelewów”, metodą na wyrównanie poziomu gospodarczego w jej krajach członkowskich. Rzecz  prosta, skutki tego eksperymentu realizującego ideały równości na kontynentalną skalę  okazały się odwrotne do zamierzonych.

 Wprowadzenie wspólnej waluty oznaczało ustanowienie jednolitych stóp procentowych dla całej  strefy, co mogło się dokonać tylko poprzez uśrednienie – niższe stopy procentowe w Niemczech  ze wszystkimi tego dobroczynnymi konsekwencjami dla gospodarki, dla inwestycji itd., musiały  wzrosnąć, kiedy połączyły się z wyższymi stopami procentowymi w Hiszpanii, Grecji, Włoszech  etc. Jest nieistotne, że wzrost ten mógł być tylko relatywny, istotne jest to, że w okresie  marki Niemcy miały przewagę dzięki niższym kosztom refinansowania. Wraz z ustanowieniem unii  monetarnej ta korzyść dla Niemców przepadła.  Nastąpiła standaryzacja na niższy niemiecki  poziom, także w tych krajach, gdzie stopy powinny być wyższe ze względu na niższą stopę  oszczędności, wyższą inflację, deficyty w handlu zagranicznym czy szerzej na rachunku  obrotów bieżących, mniejsze oszczędności, mniejszą produktywność, wyższe koszty pracy itd.

 W strefie euro powstał system zafałszowanej konkurencji na rynku kapitałowym,  uprzywilejowujący państwa o niższej efektywności gospodarczej (Europę B). Niższe stopy  procentowe nie miały żadnego uzasadnienia w fundamentach ekonomicznych i wynikały jedynie z  arbitralnej decyzji Europejskiego Banku Centralnego. Inflacja była w Europie B wyższa niż w  Niemczech, dlatego realne stopy procentowe były tam odpowiednio niższe, częściowo nawet  negatywne (spadły poniżej zera). W latach 1999-2008 realne stopy procentowe w krajach Europy  B były niższe niż w Niemczech.

 Jak przedstawił to Phillip Bagus w swojej znakomitej książce Tragedia euro, unia walutowa  stała się odpowiednikiem wspólnego pastwiska, gdzie koszty nadmiernego wypasania jakie za pomocą wyższej inflacji, wyższego zadłużenia, wyższego deficytu budżetowego, wyższego  deficytu handlowego, wyższego deficytu na rachunku obrotów bieżących prowadzą kraje o  słabszej efektywności gospodarczej, były i będą przerzucane na kraje Europy A (przede  wszystkim Niemcy), czyli kraje o niższej inflacji, niższym zadłużeniu, niższym deficycie  budżetowym, z nadwyżkami w handlu międzynarodowym i na rachunku obrotów bieżących.

 W strukturę unii walutowej wpisany jest mechanizm redystrybucji zasobów z Europy A (głównie  Niemiec) do Europy B, czyli drenowane ma być centrum na rzecz peryferii: wspólna  scentralizowana polityka pieniężna była potężnym programem stymulowania koniunktury w  krajach, które wcześniej miały wyższe stopy procentowe. Ustanowienie jednolitej stopy  procentowej dla całej strefy spowodowało, że stopy procentowe w Hiszpanii, Portugalii czy  Grecji spadły, mimo iż nie nastąpił tam ani wzrost produktywności, ani zasobów oszczędności. Wiarygodność kredytową Niemiec przeniesiono na kraje Europy B, dzięki czemu spadła tam stopa  przychodu z obligacji emitowanych przez rządy.  Już w 1998 roku, kiedy zbliżał się moment  wprowadzenia euro, rentowność 10- letnich obligacji Włoch, Portugalii, Hiszpanii, Irlandii  (od 2001 roku Grecji), których oprocentowanie wcześniej były znacznie wyższe niż niemieckie,  spadła na poziom niemiecki. Tym samym rządy tych państw mogły zaciągać długi na niższy  procent niż ten, jaki musiały płacić wtedy, kiedy miały swoje własne waluty.

 W strefie euro przyjęto zasadę, że obligacje państw całej strefy nie mogą nie zostać  spłacone, potraktowano je wszystkie jako absolutnie pewne, dlatego banki nie musiały  wykazywać odpowiedniego poziomu kapitału własnego jako bufora ryzyka. Europejski Bank  Centralny nie czynił różnicy w traktowaniu obligacji rządowych państw strefy, które banki  komercyjne wkładały jako zabezpieczenie przy pożyczaniu pieniądza.  To uczyniło obligacje  słabszych państw strefy euro tak samo atrakcyjnymi dla nabywców jak obligacje niemieckie,  ponieważ banki i inni inwestorzy zakładali, że obligacje greckie czy hiszpańskie są tak samo bezpieczne jak  niemieckie. Innymi słowy przez 10 lat istniały, nie formalne wprawdzie, lecz realne euroobligacje, ponieważ dla inwestorów wszystkie obligacje emitowane w euro były pewne, ich  rentowność od Grecji po Finlandię była na tym samym poziomie. Wprawdzie nadal w strefie euro  pewną rolę odgrywała „zdolność kredytowa” kraju emitującego obligacje, jednakże odpadło  specyficzne ryzyko powiązane z danym krajem, ponieważ znajdował się on teraz w strefie euro,  której istnienie gwarantują Niemcy, więc traktuje się go jak pozostałych (czyt. Niemcy).

 W przeszłości, jeśli dany kraj prowadził złą politykę finansową i ekonomiczną, żądano od  niego wyższych odsetek od obligacji, ponieważ ryzyko, że nie zostaną wykupione, rosło. W  unii walutowej ta dyscyplinująca funkcja nabywców, którzy reagowali odpowiednio rosnących do  obaw o swoje pieniądze, podrażająca obligacje i sprowadzająca rząd na właściwy kurs,  rozwodniła się, rozmiękczyła, rozmyła w całej strefie, ponieważ oceniano całość strefy a nie  pojedyncze kraje. Przed powstaniem unii walutowej ryzyko, że pojedyncze rządy staną się niewypłacalne lub nie  będą chciały spłacić swoich długów, odzwierciedlało się w wysokości oprocentowania rządowych  obligacji; po wprowadzeniu euro różnice zanikły. Chociaż unia walutowa sama w sobie nie  powinna zmienić (podwyższyć) wiarygodności dłużników, gdyż przyjęto (na papierze) zasadę, że  w unii żaden rząd nie odpowiada za długi innych rządów, to jednak inwestorzy wychodzili z  założenia, że de facto powstał związek państw solidarnie odpowiadających za długi. I nie  pomylili się. Słusznie bowiem przewidywali, że ktoś będzie musiał utrzymać stabilność  wspólnej waluty i być gwarantem wypłacalności całej unii. Tym kimś były oczywiście Niemcy,  najsilniejszy gospodarczo i finansowo kraj Europy,

 Jak dzisiaj wiemy, a przed czym od dawna ostrzegali niezależni ekonomiści, wspólna,  scentralizowana polityka pieniężna (jednolite stopy procentowe dla wszystkich krajów,  zniesienie płynności kursów walutowych, równa stopa przychodu z obligacji) stała się pułapką  zadłużeniową dla krajów Europy B, które dzięki przyjęciu euro zyskały międzynarodową  wiarygodność kredytową (co zawdzięczały międzynarodowej wiarygodności kredytowej Niemiec),  a więc łatwy dostęp do taniego kredytu. Spadło tam ryzyko inwestycji dla inwestorów  kapitału, popłynęły więc tam strumienie kapitału z Niemiec i z innych krajów. Kraje Europy B były beneficjentami unii jako importerzy kapitałów, ale w rzeczywistości tworzyła się tam  inflacyjna bańka kredytowa, która w końcu pękła, pogrążając je w kryzysie.

 Efektem wprowadzenia euro, a właściwie wprowadzenia jednolitej, scentralizowanej polityki pieniężnej, było sztuczne zaniżenie stóp procentowych i wyrównanie stopy przychodu  obligacji.  Unia walutowa pełniła rolę lewara, za pomocą którego podniesiono kraje Europy B do poziomu niemieckiego, umożliwiając im ekspansywną politykę budżetową i gospodarczą.  Kredyty w krajach o dawnej słabej walucie stały się nagle tanie jak nigdy dotąd, więc  zarówno rządy, jak banki, przedsiębiorstwa i pojedynczy ludzie sięgnęli po nie. Duże importy kapitału wywołały w tych krajach kredytowy boom i „papierową” koniunkturę – boom ekonomiczny  (inwestycyjny, budowlany, konsumpcyjny) bez wzrostu produktywności, wzrost gospodarczy bez  realnego rozwoju; na narkotyku taniego pieniądza, wzrastały płace i zatrudnienie,  rozbudowywano państwo socjalne i biurokrację, inwestowano w infrastrukturę.

 Kraje Europy B, gdzie przy pomocy instrumentów polityki pieniężnej zwiększono sztucznie siłę  nabywczą obywateli, przedsiębiorstw, banków i rządów, wywołując napędzany kredytem wzrost  popytu, mogły się dzięki temu „rozhulać z importem”, ba, „zalać swoje rynki importowanymi  towarami”, w dużej mierze niemieckimi, na co wcześniej nie mogłyby sobie pozwolić. Rządy  krajów Europy B bez najmniejszego wysiłku, nie zmieniając niczego w systemie gospodarczym  mogły zaoszczędzić na odsetkach, które byłyby wyższe gdyby pozostały przy lirze czy  drachmie. Euro otwarło rządom Europy B dogodną drogę finansowania wydatków.

 Zauważmy tutaj, że wielokrotnie podczas dyskusji o wspólnej walucie wielokrotnie wysuwa się  argument, iż np. Grecja nie może, niestety, zdewaluować euro tak jak czyniła to z drachmą,  ponieważ obecnie nie sprawuje samodzielnej kontroli nad swoim pieniądzem. Gdyby mogła, to by  zdewaluowała, aby „podnieść konkurencyjność” swoich towarów. Jak pisaliśmy wyżej, dewaluacja  drachmy jest konieczna po prostu z tego względu, że jej wysoki kurs (w postaci euro) nie  odpowiada realiom ekonomicznym Grecji i jej stosunkom handlowym z innymi krajami (sama  dewaluacja spowoduje, jak wiadomo, podrożenie importu, więc jej rola jako „wzmocnienie  konkurencyjności” jest iluzoryczna). Nie można mieć wszystkiego naraz: kraje Europy B  chciały euro a więc niskich stóp procentowych i niskiej rentowności obligacji, aby móc się  tanio zadłużać, ale jednocześnie musiały zaakceptować, że nie od nich zależy dewaluowanie  swojej waluty; kiedyś mogły sobie dewaluować walutę co tydzień, ale dlatego też ich  wiarygodność kredytowa była niska, stopy procentowe – wysokie, rentowność obligacji –  wysoka, dostęp do kapitału – utrudniony. Czasami ma się wrażenie, jakby nasi publicyści  zakładali (teoretycznie), że problem dałoby się rozwiązać metodą, której porzucenie było  warunkiem tego, aby można było korzystać z taniego kredytu i zaciągać długi na niski  procent.

 Mechanizmy monetarne funkcjonujące w strefie euro umożliwiły boom importowy, ponieważ takie  państwa jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia, mimo iż realnie niewiele się w nich pod  względem gospodarczym zmieniło, mogły sobie teraz pozwolić na zwiększony zakup towarów  zagranicą. Wzrósł więc także import z Niemiec. Tu leżą źródła wzrostu importu niemieckiego  do krajów Europy B, w których dzięki wspólnej walucie nastąpił relatywny (finansowany  kredytem) wzrost dobrobytu tzn. zwiększono sztucznie siłę nabywczą obywateli i  przedsiębiorstw.  Otrzymały one swoistą dywidendę z tytułu przynależności do strefy euro,  tyle tylko, że dywidenda nie bierze się – jak wiadomo – z powietrza, tylko ktoś musi ja  wypracować. Wypracowali ją „zwyczajni Niemcy” (jak również Holendrzy, Austriacy, Finowie).

 W roku 2000 Grecja importowała z Niemiec towary za 6,5 mld, a w 2009 za ok. 8 mld euro. W  tym samym czasie grecki eksport do Niemiec pozostawał na poziomie mniej więcej 2 mld euro,  czyli stale rosła nadwyżka zakupów Grecji nad sprzedażą. Podobna sytuacja była w Portugalii  i w innych krajach Europy B, które „zalewały swoje rynki importowanymi towarami z Niemiec”,  ale jednocześnie same „nie zalewały Niemiec swoimi towarami” w odpowiedniej ilości. W  rezultacie miały duże, kumulujące się z roku na rok, nadwyżki importowe.  Zatem zasadnicze pytanie, które należy zadać to nie, dlaczego Niemcy mieli nadwyżki  eksportowe, dlaczego rósł eksport (sprzedaż) ich towarów do Grecji, gdzie cieszyły się  zawsze dobrą sławą, ale jak doszło do tego, że nagle, nie wiadomo jak i skąd, Grecy wzięli  pieniądze na zwiększony import (kupno) niemieckich towarów.  Jak to było możliwe, że  „rozhulali się z importem” i zaczęli „zalewać swój kraj importowanymi towarami”? Jak to jest  możliwe, że ktoś kupuje więcej niż sam sprzedaje? Fakt, że ktoś sprzedaje więcej niż kupuje,  nie jest niczym tajemniczym, natomiast wyjaśnienia wymaga sytuacja, kiedy ktoś może kupować  więcej niż sam sprzedaje

 Wyjaśnienia szukać należy w tym, o czym co pisaliśmy wyżej: dzięki wspólnej polityce  monetarnej Grecy mogli przez kilka lat zaciągać tanio kredyty, finansując w ten sposób lukę  pomiędzy wartością swojej sprzedaży (eksportu) a wartością zakupów (importu).  Nie istnieje żaden inny czarodziejski sposób pozwalający na to, żeby ktoś mógł kupować (importować)  jakieś towary jednocześnie nie sprzedając (eksportując) odpowiednio wielu własnych towarów. Przedsiębiorstwa, konsumenci, rządy, banki w krajach Europy B mogły się zadłużać; wcześniej  nie mogłyby tego robić w takim zakresie, teraz zaciągały kredyty i zalewały swój rynek  towarami niemieckim, zaś kredytów na zakup niemieckich towarów udziały hojnie miliardami  euro m.in. niemieckie banki i instytucje finansowe, towarzystwa emerytalne, ubezpieczeniowe  etc. Innymi słowy wysokie nadwyżki importowe krajów Europy B były możliwe m.in. dlatego, że  również Niemcy pożyczali im pieniądze, za które te kraje finansowały swój import.   Strumienie kapitałów z Niemiec finansowały deficyty w handlu zagranicznym krajów Europy B.  Upraszczając rzecz całą , można powiedzieć, że Niemcy sami opłacali (częściowo) swój eksport . Do krajów Europy B, dokąd płynęły niemieckie realne towary i produkty, a skąd do Niemiec  płynął „papier”: papiery wartościowe, obligacje, gwarancje hipoteczne itp.

 Wszystko byłoby dobrze, gdyby kredyty zaciągnięte na pokrycie zwiększonego importu zostały  spłacone. Tymczasem okazuje się dziś, że nabywcy towarów i produktów są niewypłacalni,  towary zostały już skonsumowane, ale wierzytelności pozostały do spłacenia. Jeśli dłużnicy  nie spłacą swoich długów, to zagrożone bankructwem mogą być niemieckie banki i inne  instytucje finansowe.  Żeby do tego nie dopuścić rząd Niemiec chce przekazać dłużnikom  pieniądze na spłacenie długów. A skąd rząd niemiecki weźmie na to miliardy euro? Oczywiście  z budżetu.  Na końcu okaże się, że niemieccy – głównie wielcy – eksporterzy wprawdzie  zapłatę za swoje wyeksportowane towary już skasowali, ale rachunek zapłacą ostatecznie  „zwykli Niemcy” – podatnicy, czyli „pożyczkodawcy ostatniej instancji”, czy też raczej  „dawcy ostatniej instancji”.

 Powtarza się dzisiaj, że strefa euro przeżywa kłopoty, ponieważ połączono w niej kraje o  różnym poziomie gospodarczym. Przypomnieć należy, że to połączenie nie było jakimś niezamierzonym błędem, wprost przeciwnie, wynikało z przyjętego planu. Głównym celem unii  walutowej było wszak obniżenie kosztów pozyskiwania kapitału w krajach zadłużonych, o  słabszej gospodarce i niższej produktywności poprzez obniżenie podstawowych stóp  procentowych i obniżenie kosztów zaciągania długów rządowych w formie obligacji, aby w ten  sposób pomóc im „dogonić” Europę A. Jednakże w ostatecznym rozrachunku to subwencjonowanie  Europy B okazało się czystym transferem siły nabywczej do tych, którzy mieli mniej towarów  na wymianę, i umożliwiło w krajach subwencjonowanych wzrost konsumpcji bez wzrostu  produkcji, wzrost importu bez odpowiadającego mu wzrostu eksportu.

 Powołanie do życia wspólnej waluty i prowadzenie jednolitej polityki pieniężnej było więc w istocie rodzajem „walutowo-kredytowego socjalizmu”, wielkim programem redystrybucji i  sposobem subwencjonowania krajów Europy B, rodzajem „pomocy rozwojowej” mającej – zgodnie z  socjalistycznymi koncepcjami równości ekonomicznej – wyrównać poziom gospodarczy i socjalny  Europy A i Europy B. Za ten socjalistyczny (nieudany) eksperyment na kontynentalną skalę,  ktoś musi zapłacić. Niemcy, a ściślej rzecz biorąc „zwyczajni Niemcy”, należą do tych,  którzy go sfinansowali, finansują i mają finansować nadal.

FATALNE SKUTKI UNII MONETARNEJ DLA KRAJÓW EUROPY B

 W eksperymencie unii walutowej wzięło udział kilkanaście państw, między którymi istniały bardzo głębokie strukturalne różnice gospodarcze. Jak pisaliśmy w poprzednim odcinku, celem  tego eksperymentu było zbliżenie poziomu gospodarczego krajów Europy B do poziomu krajów  Europy A. Polegał on na zniesieniu zmiennych kursów walutowych poprzez stworzenie jednej  waluty (przyjęcie euro oznaczało rewaluację słabszych walut krajów Europy B), wprowadzenie  jednolitych stóp procentowych (dla krajów Europy B oznaczało to obniżenie stóp w porównaniu  z sytuacją, gdy posiadały własne waluty narodowe), wyrównanie rentowności obligacji  rządowych (dla krajów Europy B oznaczało to korzystne obniżenie rentowności). Dzięki  członkostwu w unii walutowej kraje Europy B otrzymały dostęp do tańszego kredytu i napłynęły  do nich kapitały zagraniczne.

 Nie minęło nawet dziesięć lat, kiedy okazało się, że wyrównanie poziomu stóp procentowych krajów o innym poziomie oszczędności i poziomie rozwoju gospodarczego, wyrównanie stopy  zwrotu z obligacji, sztuczne „utwardzenie” dawnych miękkich walut, które teraz jako euro nie  reagują obniżeniem wartości na stan warunków gospodarczych w kraju i poziom wymiany  handlowej z zagranicą, to dla krajów Europy B finansowo-gospodarcza pułapka.  Nieodpowiadające produktywności, wydajności i sile ich gospodarek stopy procentowe i kurs waluty musiały w ostatecznym rezultacie przynieść destruktywne skutki dla ich gospodarek i ich konkurencyjności. Pozorne ożywienie gospodarcze i oparty na kredycie wzrost, zwiększona  konsumpcja, zadłużenie rządów i gospodarki jako całości – to były dla krajów Europy B  fatalne skutki unii monetarnej. W krajach tych produktywność pozostała na dawnym poziomie,  za to wzrosły płace. Ponieważ wzrost płac realnych był powyżej produktywności ich  gospodarek, cały czas rosły tam jednostkowe koszty pracy, wzrastały ceny i pogarszała się  konkurencyjność (głównie cenowa) tych krajów na korzyść krajów spoza strefy euro np. grecki  sektor turystyczny i tekstylny stracił mocno na rzecz tureckiego.

 Decydujące było to, że jednolite stopy procentowe, brak mechanizmu zmiennych kursów  walutowych, sztuczne utwardzenie słabych walut stało się przyczyną błędnego kierunku  przepływu kapitałów wewnątrz strefy euro. Do konsumentów, do podmiotów gospodarczych i  rządów wysyłane były fałszywe sygnały cenowe skłaniające do, brzemiennych w negatywne skutki, błędnych decyzji ekonomicznych i finansowych. Przed przystąpieniem do unii walutowej kraje Europy B miały dość niską produktywność,  niewysoki poziom oszczędności, słabą walutę, wysokie stopy procentowe, ale ich gospodarki,  choć na niższym poziomie rozwoju, były względnie stabilne, jakoś dawały sobie radę,  aczkolwiek polityka ich rządów pozostawiała wiele do życzenia. Przystąpienie do unii  walutowej miało im zapewnić „skok cywilizacyjny”. Jak dziś wiadomo, tak się nie stało.  Wcześniej różne polityki gospodarcze, różne stopnie rozwoju, różne poziomy produktywności wyrażały się poprzez stopy procentowe, kursy wymiany walut, rentowność obligacji. W unii  walutowej zniesiono mechanizmy samoregulujące, które przy walutach narodowych i ustalaniu  stóp na poziomie poszczególnych krajów nie były wprawdzie doskonale, ale jednak jako tako  działały. Unia walutowa była równoznaczna z wyrzuceniem termostatu, który wcześniej wyłączał  dopływ energii – hamował zaciąganie kredytów, nie pozwalał na nadmierne deficyty w bilansie  handlowym itd. Wyeliminowano system, który pozwalał w miarę zharmonizować stosunki wymiany  pomiędzy krajami o różnym stopniu rozwoju gospodarczego, stworzono zaś mechanizm  umożliwiający państwom Europy B posiadanie rosnącego deficytu w handlu zagranicznym i  ogólnie na rachunku obrotów bieżących.

 Kiedy kredytowy boom dobiegł końca i przyszedł „bust”, jaskrawo ujawniły się skutki  likwidacji konkurencji pomiędzy walutami, wprowadzenia „fałszywego” oprocentowania kredytów  i „fałszywej” rentowności obligacji rządowych; teraz strumień dopływu kapitału zaczął  wysychać, zakończyło się subwencjonowanie zaciągania kredytów w krajach o niższej wiarygodności przez kraje o wyższej wiarygodności, głównie Niemcy. Nie mogą one już dalej  finansować (pseudo)wzrostu gospodarczego tanim kredytem, pokrywać tanim kredytem rosnącego  deficytu handlowego, finansować deficytów budżetowych etc.Unia walutowa, tworząc system fałszywych bodźców ekonomiczno-finansowych, doprowadziła do  rozchwiania, i tak niezbyt prężnych, struktur gospodarczo-finansowych w krajach Europy B.  Fałszywe sygnały skierowały ruch kapitałów na błędne tory. Zaburzeniu uległa wzajemna grę  gospodarcza pomiędzy ekonomicznymi i walutowymi aktorami. Podejmowano rozmaite nierentowne  inwestycje, ponieważ warunki kredytu zostały sztucznie obniżone, innymi słowy podejmowano je  na podstawie zafałszowanej kalkulacji. Następowała błędna alokacja środków i zasobów w  często mało produktywne przedsięwzięcia, powstały rozdęte struktury – bankowość,  budownictwo, aparat urzędniczy, sektor publiczny, państwo socjalne, kosztowne projekty  infrastrukturalne i inwestycje, na które brakuje realnych oszczędności (kapitału jest mniej,  niżby na to wskazywała sztucznie zaniżona stopa procentowa), a które stają się obciążeniem  na przyszłość. W krajach Europy B słabo rozwijał się sektor eksportowy i sektor substytutów  importu, natomiast sektor importowy rozrastał się nadmiernie.

 Należy tutaj zwrócić uwagę, że istotą kryzysu w unii walutowej jest kryzys bilansu  płatniczego, korygowanym w okresie istnienia walut narodowych, przez spadające kursy wymiany  walut i wyższe oprocentowanie od ryzyka. Chyba jako pierwszy kryzys w strefie euro  zdiagnozował w ten sposób niemiecki ekonomista prof. Hans-Werner Sinn z Instytutu Badań nad  Gospodarką Uniwersytetu w Monachium (zob. Hans-Werner Sinn, Die europäische Zahlungsbilanzkrise. Eine Einführung, ifo.Schnelldienst.16/2011http://www.cesifo-group.de/portal/pls/portal/docs/1/1209833.PDF).

Coraz wyższe zadłużenie  rządów i kryzys bankowy są cząstkowymi aspektami kryzysu bilansu płatniczego. Idzie o  nadmierne, pogłębione przez udział w unii monetarnej, zadłużenie całej gospodarki, zarówno  osób prywatnych jak i przedsiębiorstw oraz rządów. Trafnie nazwano kryzys euro „ukrytym  kryzysem bilansu płatniczego” części krajów unii walutowej. Wysychanie strumienia kapitałów  i odpływ kapitałów z krajów Europy B zaostrza ten kryzys. Jedyna realna możliwość wyjścia z  niego to zwiększenie podaży – zwiększenie produktywności, eksportu, udziału w rynku  światowym, zwiększenie konkurencyjności, zwiększenie wolumenu kapitałów. Tego nie da się  obejść za pomocą żadnych „księgowych czarów”.

 Ekonomiści i politycy zalecają krajom Europy B „politykę oszczędności”, ale w rzeczywistości  nie chodzi o „oszczędzanie”; nastąpiła tu semantyczna zmiana: oszczędzanie znaczyło kiedyś,  że ktoś zamiast wydawać wszystkie swoje dochody, część z nich odkładał, natomiast w tym  wypadku chodzi o niemożność życia ponad stan, kres życia na kredyt, ponieważ trzeba spłacać  dawne kredyty, a nowych nikt nie chce udzielać. Zalecanie bankrutowi „polityki oszczędzania”  jest dość absurdalne, ponieważ zakłada, że, gdyby tylko chciał, to mógłby nie oszczędzać.  Tymczasem on nie może już nie oszczędzać, z tego najoczywistszego powodu, że nie ma nic do  wydawania. Nie chodzi więc o oszczędności, ale o niezwykle bolesne urealnienie cen i płac.

 Unia walutowa umożliwiła krajom Europy B życie powyżej realnych stosunków gospodarczych. W  pierwszej fazie istnienia unii korzystały one z niskich stóp procentowych i silnej waluty,  ich siła nabywcza została sztucznie zawyżone, w drugie fazie te „zalety” znikły. Teraz  przychodzi moment, kiedy trzeba zapłacić za to, co zostało skonsumowane na kredyt. Kończy  się ekspansywna polityka budżetowa i finansowa. Brakuje środków na inwestycje i konsumpcję,  rośnie bezrobocie, wzrost gospodarczy spada do dawnego poziomu. Kraje Europy B słabną  strukturalnie i będą powracać do sytuacji sprzed przystąpienia do unii walutowej, ba, ich  sytuacja jeszcze się pogorszy; według czarnych przepowiedni niektórych ekonomistów Grecja  pod względem gospodarczym spadnie do poziomu z roku 1982, Hiszpania – z 1991.

 Podkreślić tu trzeba bardzo mocno, że winne powstaniu tej sytuacji są mechanizmy systemowe,  a nie takie czy inne „cechy charakteru narodowego” (vide: „leniwi Grecy”). Ta sama  konstrukcja unii walutowej odpowiada za ten stan rzeczy. Ze stworzonego mechanizmu systemowego korzysta się po prostu dlatego, że istnieje – Grecy i inne narody z niego  korzystały, i w tym sensie są ofiarą unii monetarnej. Dla nich euro było podarunkiem, który  na pewien czas pozwolił żyć złudzeniami, ale ostatecznie, umożliwiając im konsumpcję na  kredyt i inwestowanie na kredyt, okazało się darem Danaów. Dzisiaj i w kolejnych latach  (pozornym) beneficjentom unii monetarnej będzie się wiodło gorzej niż przed przystąpieniem do euro.

 Jak pisaliśmy wyżej , unia monetarna jest systemem socjalistycznej  redystrybucji. Można ją też rozpatrywać jako wewnątrzeuropejską „pomoc rozwojową” znaną od   lat 60. zeszłego wieku przede wszystkim w kontekście krajów tzw. Trzeciego Świata. [1]  Przypomnijmy, że w chwili, kiedy kraje Europy B wstępowały do Wspólnot Europejskich,  charakteryzował je niższy poziom życia niż w krajach Europy A. Zaczęto wówczas rozwijać  „społeczny wymiar” integracji europejskiej, aby „pomóc” tym krajom.  Pojawiły się transfery w ramach „polityki spójności”, fundusze strukturalne itd. W latach 90. XX wieku kraje Europy  B były głównymi odbiorcami netto środków z Unii Europejskiej. Stały się też – do czasu –beneficjentami unii monetarnej, która po planowanym przekierowaniu części funduszy do  nowych członków Unii Europejskiej, miała zapewnić im utrzymanie „wzrostu” poprzez dostęp do  taniego kredytu. Kiedy i ta forma pomocy rozwojowej załamała się, próbuje się nadać jej nową  postać – funduszy ratunkowych, kredytów Europejskiego Banku Centralnego, w przyszłości  wspólnych euroobligacji itd. Chce się kontynuować transferu środków, poprzez ponowne, tym  razem już bezpośrednie, skierowanie kapitałów do krajów Europy B, tak aby mogły utrzymać się  (przede wszystkim ich elity) na jakim takim poziomie, ponieważ bolesny proces dostosowania  się do realnych warunków ekonomicznych, mógłby się okazać zbyt kosztowny politycznie i  społecznie, a w konsekwencji zagrozić istnieniu całej unii walutowej. Unia walutowa, wbrew  początkowym założeniom, musi stać się unią bezpośrednich transferów finansowych, gdyż  inaczej się rozpadnie.

 Stworzenie jednolitego obszaru walutowego poprzez stworzenie europejskiej unii  monetarnej niektórzy ekonomiści niemieccy porównują do niemieckiej unii monetarnej czyli  połączenia marki erefenowskiej i marki enerdowskiej. W tej unii połączono jedną z  najsilniejszych walut świata i jedną z najsilniejszych gospodarek świata ze słabiutką walutą  słabego gospodarczo kraju, innymi słowy połączono Niemcy A z Niemcami B, czyli mercedesa z  trabantem. Ekstremalnie wysoka zwyżka wartości marki enerdowskiej poprzez zastąpienie jej  marką erefenowską przy wymianie jeden do jednego było zabójcze dla Niemiec B, i, jak  przewidywali co bardziej przenikliwi ekonomiści, zakończyło się unią transferową czyli  stałym przekazywaniem środków wypracowanych w Niemczech A do Niemiec B.

 Jeśli unia monetarna, jak i cała Unia Europejska, jest formą „pomocy rozwojowej”, warto  przypomnieć, co wiemy na temat, trwającej już pół wieku, „pomocy rozwojowej” dla „Trzeciego  Świata”. Istnieje na ten temat obszerna literatura przedmiotu [2], która może być przydatna  także przy analizie sytuacji w Unii Europejskiej. Niezależnie od oczywistych różnic pomiędzy  formami pomocy i jej odbiorcami, poczynione na przestrzeni wielu lat ogólne ustalenia i  empiryczne obserwacje o funkcjonowaniu „pomocy rozwojowej” w „Trzecim Świecie” i jej  skutkach można spokojnie odnieść do „pomocy rozwojowej” w ramach Unii Europejskiej i unii  monetarnej.

 Sięgnijmy po artykuł z 1990 roku autorstwa amerykańskiego politologa Davida Osterfelda pt.  The Failures and Fallacies of Foreign Aid (http://www.fee.org/the_freeman/detail/the-failures-and-fallacies-of-foreign-aid#axzz2RwXyx6zc). Osterfeld podsumowuje 30 lat „pomocy  rozwojowej” i pokazuje, że nie da się znaleźć ani jednego przykładu, który by dowodził, że  pomoc rzeczywiście stymulowała rozwój gospodarczy, natomiast dowieść można bez problemu, iż  skutki wszystkich programów „pomocy rozwojowej” są zawsze odwrotne od zamierzonych, czyli w  ostatecznym rozrachunku prowadzą do „niedorozwoju”. Poszukiwanie przyczyn tego stanu rzeczy  w kulturze odbiorców „pomocy” lub w błędach popełnianych przy wcielaniu programów w życie  prowadzi na intelektualne manowce. Mają one bowiem charakter systemowy. Źródłem klęski  programów „pomocy rozwojowej” nie jest ani „złe wykonanie” dobrego planu, ani „brak  należytej kontroli nad wydawanymi środkami”; ich klęska nie zależy od tego, czy ci, do  których „środki pomocowe” trafiają, są „leniwi” czy „pracowici”, „uczciwi” czy „nieuczciwi”,  nie ma znaczenia kultura, religia, etyka, cechy „charakteru narodowego” tych, do których  płynie pomoc: odbiorcy wybierają zawsze podobne lub identyczne sposoby działania, które są  racjonalne w danym kontekście i w ramach danego systemu, aczkolwiek ostatecznie prowadzą do  skutków ekonomicznie, społecznie i moralnie szkodliwych. Niepowodzenie programów „pomocy  rozwojowej” leży w samej ich naturze, a nie w „nieracjonalnym” zachowaniu ich uczestników.

 Osterfeld wykazuje, że zagraniczna „pomoc rozwojowa”:

•stwarza system bodźców ekonomicznych hamujących rozwój gospodarczy,

•subsydiuje błędną politykę gospodarczo-finansową rządów,

•prowadzi – ze względu na niemożność kalkulacji ekonomicznej – do błędnej alokacji środków,

•deformuje koszty inwestycji,

•powoduje marnowanie zasobów na kosztowne prestiżowe projekty, które stają się nie źródłem   dochodów, lecz finansowym obciążeniem na przyszłość,

•drenuje zasoby lokalne,

•niszczy lokalne gospodarki i lokalne rynki,

•nie pomaga najuboższym, ale przyczynia się do jeszcze większej pauperyzacji,

•wykształca nie te cechy intelektualne, wolicjonalne, moralne, które są potrzebne dla  pomyślności i siły gospodarczej.

 Jak dowodzi Osterfeld, podstawowym skutkiem zagranicznej „pomocy rozwojowej” jest coraz  większe uzależnienie od…. zagranicznej „pomocy rozwojowej” „Pomoc rozwojowa” praktycznie w każdym przypadku przynosi: rozrost biurokracji,  centralizację władzy państwowej, coraz większy zakres dystrybucji zasobów według układów politycznych, transfer bogactwa od grup politycznie słabych do grup politycznie potężnych,  wzrost korupcji, powstanie warstwy uprzywilejowanych beneficjentów. Jak zwykle bywa z tego  typu programami, na końcu okazuje się, że transfer środków przebiega od biednych do  bogatych, z dołu do góry. Środki przepływają nie do biednych, ale do tych, którzy nimi  rządzą, a którzy uzależniają się pomocy zewnętrznej, dlatego zainteresowani są biedą, by móc nią zarządzać i przechwytywać dla własnych celów gros środków przeznaczonych na jej  zwalczanie.

 „Pomoc rozwojowa” to opodatkowanie ludzi niezamożnych w krajach bogatych, aby te pieniądze  przekazać bogatszym ludziom w biednych krajach. Jest to więc system niesprawiedliwy także z  punktu widzenia „zwyczajnych obywateli” z państw-donatorów, finansujących kosztowne  programy, inwestycje i projekty realizowane częstokroć przez firmy i banki, których  właścicielami i akcjonariuszami są ich bogaci rodacy. W ten sposób „pomoc rozwojowa” pozwala  bogatym w krajach bogatych bogacić się jeszcze bardziej kosztem biedniejszych.

 Dziś, po dziesięcioleciach udzielania „pomocy rozwojowej” widać jasno, że wszędzie na  świecie niszczy ona szanse na trwały rozwój gospodarczy; nie jest pomocą, lecz przeszkodą w rozwoju i osiągnięciu pomyślności ekonomicznej. Sztandarowym przykładem sukcesu pomocy zagranicznej, przytaczanym nieustannie przez jej  zwolenników, jest Tajwan. To, że USA z przyczyn geopolitycznych pomagały finansowo  Tajwanowi, nie znaczy jeszcze, że pomoc ta była rzeczywistym czynnikiem rozwoju  gospodarczego wyspy. Pamiętać należy, że duża część pomocy amerykańskiej szła na cele  wojskowe, więc być może elita tajwańska nie musiała obciążać wydatkami na wojsko swoich  własnych obywateli, co sprzyjało rozwojowi gospodarczemu – tym sensie pomoc mogła być  korzystna.  Jednakże, jak twierdzi wielu badaczy, najistotniejsze znaczenie dla rozwoju  Tajwanu miały inwestycje prywatnego kapitału chińskiego (z emigracji) i japońskiego.  Uwzględnić należy również fakt, że największy skok w rozwoju gospodarczym Tajwan uczynił już  po ustaniu pomocy. Być może więc, powiedzieliby zapewne Peter Bauer czy David Osterfeld,  Tajwan rozwinął się nie dzięki „pomocy zagranicznej”, ale pomimo niej. Także Korea  Południowa największy rozwój odnotowała po zakończeniu pomocy amerykańskiej. Wszystkie  państwa najbardziej rozwinięte: Europa Zachodnia, USA i Japonia rozwinęły się bez  jakiejkolwiek „pomocy rozwojowej”, podobnie Hong-Kong i Singapur.

 Na temat sławetnego “Planu Marshalla” przytaczanego często jako przykład udanej „pomocy zagranicznej” nie ma sensu tutaj się rozwodzić. Jego „zasługi” są propagandową fikcją, do  której rozpowszechnienia bardzo przyczynił się współpracujący z amerykańskim sojusznikiem  establishment niemiecki: na każdym kroku musi on gorąco i szczerze dziękować przyjaciołom  zza oceanu za „wyzwolenie” i „odbudowanie kraju” (na temat „Planu Marshalla” zob. na tej stronie  w dziale Archiwum „Stańczyka”: Tyler  Cowen Plan Marshalla – wielka mistyfikacja).

 W obliczu tych negatywnych doświadczeń z „pomocą rozwojową” nie może dziwić, że wśród jej „beneficjentów”  coraz więcej jest głosów domagających się jej zaprzestania. Należy do nich np.  Dambisa Moyo z Zambii autorka znanej książki Dead Aid (2009), która dowodzi, że „pomoc  rozwojowa” „była i jest nadal polityczną, gospodarczą i humanitarną katastrofą dla  większości krajów rozwijających się”. Podobnie uważa kenijski ekonomista James Shikwati,  założyciel i dyrektor think-tanku Inter Region Economic Network ( zob. http://www.irenkenya.com) oraz redaktor magazynu The African Executive  (http://www.africanexecutive.com). W wywiadzie udzielonym w 2005 roku tygodnikowi „Der Spiegel” http://www.spiegel.de/international/spiegel/spiegel-interview-with-african-economics-expert-for-god-s-sake-please-stop-the-aid-a-363663.html Shikwati powiedział, że „pomoc  rozwojowa” uczy Afrykańczyków być żebrakami, niszczy ich poczucie niezależności, osłabia  rynki lokalne i tłumi ducha przedsiębiorczości, którego tak rozpaczliwie potrzebuje Afryka.  Musi – zdaniem Shikwatiego – nastąpić zmiana w mentalności, Afrykańczycy muszą przestać  postrzegać samych siebie jako żebraków i jako ofiary. Jeśli chce się rzeczywiście pomóc  Afryce, należy całkowicie wstrzymać „pomoc rozwojową”, i pozwolić jej na to, aby sama  zapewniła sobie własne przetrwanie. Obecnie Afryka jest jak dziecko, które krzyczy po niańkę  zaraz, kiedy coś złego się dzieje się. Afryka musi stanąć na własnych nogach, nawołuje  Shikwati. Słowo „Afryka” można zastąpić dowolną inną nazwą; może to być Grecja,  Hiszpania, Portugalia, Irlandia, Cypr, jak również Polska, Czechy, Bułgaria, Rumunia, Węgry,  którym „pomocy rozwojowej” udziela Europa A za pośrednictwem urzędów Unii Europejskiej.

 W wywiadzie dla tygodnika “Die Zeit” w 2012 roku (http://www.zeit.de/2012/14/P-Interview-Shikwati)  Shikwati podtrzymał swoje tezy,  wskazując na jeszcze jeden destruktywny skutek „pomocy rozwojowej”, a dokładniej „pomocy  żywnościowej”. Mówi się dziś wiele o tzw. land grabs, czyli wykupywaniu „leżącej odłogiem”  żyznej ziemi rolnej w Afryce przez zagranicznych inwestorów. Shikwati wyjaśnia, że ziemia jest niewykorzystana, ponieważ z zewnątrz przychodzi pomoc żywnościowa, która dosłownie  wypędza rolników ze wsi. Innymi słowy to „pomoc żywnościowa” odpowiedzialna jest, zdaniem  Shikwatiego, za to, że coraz więcej ziemi leży odłogiem i czeka, aż ktoś przyjdzie, by ją  produktywnie wykorzystać. Ten schemat destrukcji lokalnej gospodarki powtarza się w różnych  wariantach we wszystkich krajach otrzymujących „pomoc rozwojową”. Można tu zadać pytanie czy  zwolennicy „pomocy rozwojowej” są szlachetnymi idealistami czyli „pożytecznymi idiotami”  nieświadomie działającymi na rzecz potężnych grup interesów, czy też są po prostu cynikami  pozostającymi na ich usługach. Jak ktoś trafnie zauważył, współcześni Al Caponowie lubią  zakładać maskę w kształcie dobrotliwej twarzy Alberta Schweitzera.

 Wybitny znawca problematyki „pomocy rozwojowej” i jej wnikliwy krytyk Peter Bauer pisał już  40 lat temu – jego słowa nie utraciły nic ze swej aktualności – że jeśli wszystkie warunki  dla tworzenia i rozwoju kapitału są obecne, wówczas kapitał albo zostanie wytworzony w  kraju, albo sam przyjdzie z zagranicy, natomiast jeśli nie ma warunków dla tworzenia i  rozwoju kapitału, wówczas każda zewnętrzna pomoc udzielana na mocy decyzji politycznych,  będzie z konieczności nieproduktywna i nieefektywna. Jeśli w danym narodzie biją źródła  rozwoju gospodarczego, materialny postęp dokona się bez zewnętrznej pomocy, zaś jeśli źródła  te nie biją lub biją ledwo, ledwo, to nie dokona się to nigdy, nawet z „pomocą rozwojową” i  niezależnie od form, jakie ta pomoc przybierze. Odnosi się to w całej rozciągłości do krajów  Europy B ze strefy euro, jak i pozostałych krajów Unii Europejskiej otrzymujących dzisiaj  „pomoc rozwojową” („wybudowano ze środków Unii Europejskiej”). Muszą one znaleźć w sobie  energię, wolę i umiejętności, żeby o własnych siłach znaleźć drogę rozwoju. Innej drogi nie  ma, zaś uzależnienie się od „pomocy rozwojowej” to nie droga ku rozwojowi, ale ślepy zaułek.

Tomasz Gabiś

Przypisy:

 [1] Peter Bauer wysunął tezę, że „Trzeci Świat” jako koncepcja polityczna jest wytworem  zagranicznej „pomocy rozwojowej”.  Zob.  Peter Bauer, Creating theThird World: Foreign Aid  and Its Offspring (https://docs.google.com/viewer?url=http://64.62.200.70/PERIODICAL/PDF/Encounter-1988apr/68-78/).

 [2] Wymieńmy kilka najważniejszych pozycji: Peter Bauer, Dissent  on Development (1972), tenże, Western Guilt and Third World Poverty (1978), tenże , Equality, the Third World, and Economic Delusion (1981), tenże , Reality and Rhetoric: Studies in the Economics of  Development (1984),  Graham Hancock, Lords of Poverty: The Power, Prestige, and Corruption  of the International Aid Business (1989),  James Bovard, The Continuing Failure of Foreign  Aid,  (1986, http://www.cato.org/sites/cato.org/files/pubs/pdf/pa065.pdf),   Michael Maren, The Road to Hell: The Ravaging Effects of Foreign Aid and  International Charity (1997), Thomas P. Sheehy, Beyond Dependence and Poverty: Rethinking  U.S. Aid to Africa (1993), Nick Eberstadt, The Perversion of Foreign Aid (1984).



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»