Tomasz Gabiś
NIEMCY W KLESZCZACH UNII WALUTOWEJ (CZĘŚĆ 1)
WSTĘP
„WIECZNI” MISTRZOWIE EKSPORTU
NIECH ŻYJE SŁABE EURO !
PASKUDNE „SZWABY” KRADNĄ INNYM KONKURENCYJNOŚĆ
TEORIA ZALEŻNOŚCI” PO POLSKU, CZYLI KTO BENEFICJENT TEN PŁACI
„MADE IN GERMANY”, CZYLI DLACZEGO LUDZIE NA CAŁYM ŚWIECIE TAK CHĘTNIE KUPUJĄ NIEMIECKIE WYROBY
EUROPEJSKA UNIA WALUTOWA JAKO SYSTEM SOCJALISTYCZNEJ REDYSTRYBUCJI KOSZTEM NIEMIEC
FATALNE SKUTKI UNII MONETARNEJ DLA KRAJÓW EUROPY B
WSTĘP
W wywiadzie udzielonym w grudniu 1995 roku tygodnikowi „Der Spiegel” brytyjsko-niemiecki socjolog Ralf Dahrendorf powiedział: ”Unia walutowa jest wielkim błędem, celem awanturniczym, ryzykownym i chybionym, który nie jednoczy Europy, lecz ją rozbija”. Po 18 latach, w momencie kryzysu europejskiej unii monetarnej, przepowiednia Dahrendorfa spełnia się także i w tym sensie, że odżywa tradycyjna niechęć do Niemiec i Niemców, wobec których wysuwa się najrozmaitsze oskarżenia, uaktywniając stereotyp „brzydkiego Niemca”, tuczącego się kosztem innych Europejczyków. W lawinie artykułów i komentarzy dotyczących kryzysu wspólnej waluty europejskiej niczym refren powtarza się opinia, że na euro najbardziej skorzystali Niemcy, że to oni są największymi beneficjentami europejskiej unii monetarnej etc. etc. Pogląd ten głosi niemal cała polska klasa polityczno-ideologiczno-publicystyczna, od „Krytyki Politycznej” przez „Rzeczpospolitą” „Gazetę Wyborczą”, „Do Rzeczy” i „Gazetę Polską” do „Naszego Dziennika”; wszyscy jak jeden mąż powtarzają, że dla Niemiec euro to istne dobrodziejstwo, za które powinni być wdzięczni europejskim przyjaciołom. Nie pokazują, jaki jest mechanizm odnoszenia tych korzyści; nie tłumaczą związków przyczynowo-skutkowych, a jedynie powtarzają w kółko te same slogany, co najwyżej wskazują na korelację pewnych zjawisk, błędnie biorąc ją za związek przyczynowo-skutkowy. Co ciekawe ich opinie są idealnie zbieżne z oficjalną propagandą Berlina – kanclerz Merkel i wszyscy inni niemieccy politycy oraz główne media przekonują naród niemiecki, że euro zwiększyło eksport, dało wzrost gospodarczy i dobrobyt, że bez euro Niemcy byliby biedniejsi etc. etc. .„Żaden inny kraj w Europie nie skorzystał tak mocno na euro jak Niemcy” – powtarza kanclerz Angela Merkel przy byle okazji. Wtóruje jej minister finansów Schäuble: „My Niemcy nie powinniśmy nie doceniać, jak wielkie korzyści odnosimy ze wspólnej waluty; nasze osiągnięcia gospodarcze, nasz dobry rynek pracy nie byłby tak dobry”. Gdybyśmy chcieli być złośliwi, powiedzielibyśmy, że polska klasa polityczno-ideologiczno-publicystyczna, przedstawiając euro jako błogosławieństwo dla Niemiec po prostu powtarza slogany oficjalnej niemieckiej propagandy.
Rzecz prosta, dyskusja z poglądem, że Niemcy odnoszą specjalne korzyści z uczestnictwa w unii walutowej, jest już od samego początku bardzo trudna, jego zwolennicy wychodzą bowiem z dziwacznego założenia, że dobrobyt narodu i siła gospodarki zależą od tego, jakie nadruki widnieją na kolorowych papierkach nazywanych pieniądzem. Wobec kompletnej irracjonalności takiego założenia, zdradzającej propagandowo-perswazyjny, a nie merytoryczny charakter poglądu o dobrodziejstwach euro dla Niemców, racjonalne argumenty są raczej bezsilne. Niemniej jednak należy się nim zająć, ponieważ jego upowszechnianie jest ze wszech miar szkodliwe zarówno na płaszczyźnie czysto intelektualnej, jak i, by tak rzec, pedagogiczno-psychologicznej, fałszuje bowiem i błędnie identyfikuje prawdziwe warunki i przyczyny sukcesów gospodarczych. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na zdumiewający i zagadkowy fakt, że w Polsce ukazały się tylko dwie książki analizujące historię wprowadzenia i funkcjonowanie wspólnej waluty, mianowicie świetna praca Philippa Bagusa Tragedia euro (przeł. J. Wozinski, Instytut Misesa, Warszawa 2011), oraz, utrzymana w bardziej publicystycznym stylu, Ostatnie lata euro Bruno Banduleta (przeł. T.Gabiś, Wektory Wrocław 2011).
Mimo iż problematyka unii walutowej jest niezwykle ważna dla przyszłości Europy, a zatem i Polski, nie opublikowano w naszym kraju – a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, choć od kilku lat staram się śledzić tę problematykę – tekstów na temat unii walutowej i pokrewnych problemów autorstwa takich naukowców i publicystów jak Hans-Werner Sinn, Charles Wyplosz, Wilhelm Hankel, Thorsten Polleit, Ambrose Evans-Pritchard, David Marsh, Thilo Sarrazin, Walter Eichelburg, Dieter Spaethmann, Hans-Olaf Henkel, Götz Zeddies, Bernd-Thomas Ramb, Max Otte, Peter Bohley, Philip Plickert, Markus C. Kerber, Aaron Tornell, Frank Westermann, Fritz Wilhelm Scharpf, Winand von Petersdorff, Dirk Meyer, Matthias Elbers, Michael Grandt, Michael Brueckner, Renate Ohr, Michael von Prollius, Gunnar Beck, Werner Plumpe, Gary North, Stefan Homburg, Wolfgang Münchau, Karl Albrecht Schachtschneider, Nial Fergusson, Gerhard Radnitzky, Holger Görg, Gérard Bökenkamp, Kenneth Dyson, Kevin Featherstone, Joachim Starbatty, Günter Hanich, Wilhelm Nölling, Matthias Kullas, Charles Hugh Smith, Gabriel Felbermayr, Ansgar Belke, Otto Steiger, Gunnar Heinsohn i inni.
Poniższy tekst jest szerokim rozwinięciem tez zaprezentowanych po raz pierwszy w prelekcji wygłoszonej na X Sympozjonie Europejskim w Długopolu-Zdrój w październiku 2011 roku, a następnie przedstawionych w kwartalniku „Rzeczy Wspólne” (2012 nr 2). Przy jego pisaniu korzystałem z prac i artykułów wielu z wymienionych wyżej autorów. Nie muszę dodawać, że wszystkie błędy i mylne opinie, jakie się doń wkradły, obciążają wyłącznie autora.
Większość danych statystycznych na temat gospodarki Niemiec zaczerpnąłem z strony Federalnego Urzędu Statystycznego (Statistisches Bundesamt) oraz z innych źródeł.
************
W ostatnich dwóch latach strefa euro podlegała procesowi coraz silniejszej fragmentacji, jeśli chodzi o zadłużenie, poziom oszczędności, funkcjonowanie rynków kapitałowych, rynków obligacji, sektora bankowego i ubezpieczeniowego; pod powierzchnią wspólnej polityki monetarnej prowadzonej przez Europejski Bank Centralny coraz mocniej ujawniają się dawne różnice i linie podziału biegnące wzdłuż granic narodowych i pokrywające się z liniami podziału na realnej gospodarczej mapie Europy. Powstrzymanie tego procesu nie wydaje się możliwe, ponieważ kryzys w strefie euro ma swoje źródło w samej konstrukcji unii monetarnej, konstrukcji, która –jak się wydaje – inna być nie mogła. Dzisiaj ratuje się wspólną walutę wydając kolejne dziesiątki a w przyszłości setki miliardów, ale waluta, która zamiast przynosić korzyści, wymaga stałego ponoszenia wydatków, jest już tylko walutą-zombie.
Przypomnieć najpierw należy, że owa rzekomo tak korzystna dla narodu niemieckiego wspólna europejska waluta była przez ten naród zdecydowanie odrzucana; każde referendum (gdyby w Niemczech wolno było przeprowadzać ogólnokrajowe referenda) zorganizowane w tej kwestii zakończyłoby się zwycięstwem zwolenników pozostania przy marce. Wprowadzenie wspólnej waluty dokonało się wbrew wyraźnej i jednoznacznej woli narodu niemieckiego. „Zwyczajni Niemcy” za żadną cenę nie chcieli się rozstawać z marką – do dzisiaj zresztą kilkanaście miliardów marek w banknotach i monetach nadal jest w obiegu. Do krytyków wspólnej waluty (a co najmniej jej przedwczesnego wprowadzenia) należała grupa czołowych ekonomistów niemieckich, wielu wybitnych przedstawicieli niemieckiego życia finansowego i gospodarczego, publicyści i dziennikarze zajmujący się kwestiami ekonomicznymi. Unii monetarnej sprzeciwiali się prezesi Bundesbanku – BB blokował ją jawnie i skrycie, pośrednio i bezpośrednio, a potem sabotował decyzje podjęte przez rząd niemiecki. Przed fiaskiem unii walutowej ostrzegał prezes Bundesbanku w latach 1993-99 Hans Tietmeyer, który widział niebezpieczeństwo, polegające na tym, że: „zjednoczone Niemcy mogą w nadchodzącej unii walutowej wiele stracić, a mianowicie jeden z najbardziej skutecznych i najlepszych ustrojów pieniężnych”. Do nieprzyjmowania wspólnej waluty nawoływały wszystkie środowiska prawicy niemieckiej od gospodarczych i konserwatywnych liberałów przez narodowych konserwatystów po narodowców, czyli niemiecki „obóz patriotyczno-niepodległościowy”.
Dzisiaj okazuje się, że unia monetarna, przed którą „zwyczajni Niemcy” bronili się rękami i nogami, którą krytykowali wybitni ekonomiści niemieccy, którą zgodnie odrzucały wszystkie środowiska niezależnej opozycji, przynosi Niemcom jakieś nadzwyczajne korzyści. Gdybyż ci Niemcy mieli możliwość udania się wehikułem czasu do roku 2013 i poczytania artykułów polskich publicystów, którzy zgodnie piszą o tych korzyściach, to od razu zrozumieliby jak bardzo się mylili, i oczy otworzyłyby się im na dobrodziejstwa wspólnej waluty. Gdyby z kolei polscy publicyści i politycy mogli wehikułem czasu udać się w przeszłość, to z pewnością przekonaliby naiwnych Francuzów, prących do wspólnego pieniądza, że w ten sposób tylko działają na korzyść Niemców, którzy dzięki euro będą mogli „zalewać Europę swoim eksportem”, uczynią euro „dźwignią eksportowego imperium”, i w rezultacie okażą się największymi wygranymi unii walutowej. „Ludzie” – mogliby zakrzyknąć polscy publicyści do Francuzów , a także Hiszpanów, Greków, Włochów i Portugalczyków– „cóż wy najlepszego robicie, czyście poszaleli, przecież dzięki euro Niemcy zdominują gospodarczo Europę!” Nie wiadomo jednak, czy by ich przekonali, bo przecież ci mieli jak najlepsze intencje i chcieli tylko pomóc Niemcom : „jakże jest nam was żal biedni Niemcy, że się tak musicie męczyć z silną marką, ale my wam pomożemy, zlikwidujemy markę , wprowadzimy euro, żebyście mogli zalewać Europę swoimi towarami, stworzymy wam jak najlepsze warunki , żebyście mogli zarobić kupę pieniędzy na unii walutowej i stać się «liberalnym hegemonem» Europy”.
Przypomnijmy więc, jakie miały być korzyści z wprowadzenia wspólnej waluty? Chciano dzięki temu wyeliminować pewne czynniki utrudniające handel pomiędzy krajami o różnej walucie, ułatwić rozliczenia handlowe, osiągnąć większą przejrzystość cen na całym obszarze strefy euro. Wspólna waluta oznaczała zniknięcie ryzyka kursowego wynikającego z fluktuacji kursów walutowych (zlikwidowano różne waluty, to i ryzyko znikło), stąd przedsiębiorcy nie musieli już ubezpieczać się od wahań kursowych. Czyli nastąpiło obniżenie tzw. kosztów transakcyjnych, co ma dodatni wpływ na obroty handlowe. Niezależnie od tego jak znaczący jest ten wpływ – naukowcy spierają się co do tego ( niektórzy uważają, że dość niewielki ) – to dotyczy to wszystkich stron uczestniczących w wymianie, a zatem żadnej specjalnej korzyści dla Niemiec tu nie ma. Kraje strefy euro handlują zarówno z Niemcami, jak i pomiędzy sobą, przeto korzyść ze spadku kosztów transakcyjnych odnoszą wszyscy uczestnicy unii monetarnej. Niemcy największą w tym sensie, że proporcjonalną do wielkości swojej gospodarki i udziału w wymianie handlowej, ale przecież to jest oczywiste. Dodajmy, że są ekonomiści, którzy uważają, że zamiast znosić narodowe waluty po to, żeby obniżyć koszty transakcyjne, wystarczyło zmniejszyć ciężary podatkowe nakładane na produkcję i handel – efekt byłby taki sam.
Zauważmy na marginesie, że zniesienie systemu zmiennych kursów walutowych (poprzez zniesienie walut) w ramach unii monetarnej eliminowało wprawdzie ryzyko kursowe, ale jednocześnie likwidowało bardzo istotny mechanizm ekonomiczny. Zaletą systemu zmiennych kursów walutowych było szybkie wyłapywanie różnic w kondycji gospodarczej poszczególnych krajów i w polityce gospodarczo-finansowej prowadzonej przez rządy. Zmienne kursy walutowe są niezbędnym czynnikiem stabilizującym oraz wskaźnikiem reagującym na sytuację gospodarczo-finansową poszczególnych krajów. Po odejściu od waluty kruszcowej i od parytetu złota jedyne realne pokrycie papierowych walut to produktywność i siła gospodarcza a ta jest różna w różnych krajach, stąd kursy walut do tych różnic się dopasowują. W systemie pieniądza papierowego nie mającego żadnego powiązania ze złotem, system zmiennych kursów walutowych jest najlepszym z możliwych. Zniesienie tego systemu w strefie euro zafałszowało rzeczywistą sytuację finansowo-gospodarczą części krajów, założono bowiem, że odpadnięcie ryzyka zmiany kursu waluty (jej dewaluacji) oznacza m.in. wyrównanie wiarygodności kredytowej w strefie euro, co oczywiście było założeniem błędnym i miało fatalne skutki.
„WIECZNI” MISTRZOWIE EKSPORTU
W marcu 2011 roku Angela Merkel powiedziała w wywiadzie dla „Die Welt am Sonntag“:„Niemcy jak żaden inny kraj odnoszą korzyści z euro. Korzystamy na stabilności cen. Korzystamy z tego, że podróżując nie musimy już płacić uciążliwych opłat przy wymianie na inną walutę. Przedsiębiorcy odnoszą korzyść z eksportu do innych krajów strefy euro”. (Względna) stabilność cen istniała już za marki niemieckiej, ponadto korzystają z niej wszystkie kraje strefy, więc i żadnej specjalnej korzyści dla Niemiec w tym nie ma. Niemcy nie muszą płacić opłat przy wymianie walut, kiedy podróżują po Europie, dokładnie tak samo tak samo jak Grek, który jedzie do Hiszpanii, Francuz do Holandii, Belg do Niemiec itd. I tutaj żadnej wyjątkowej korzyści dla Niemiec nie widać. „Przedsiębiorcy niemieccy odnoszą korzyść z eksportu do innych krajów strefy euro” – tak twierdzi pani kanclerz Merkel a za nią jak za panią matką powtarzają to polscy publicyści i politycy. To jest najważniejszy i właściwie jedyny argument, jaki wysuwają zwolennicy tezy, że dzięki euro Niemcy się wzbogacili i odnieśli z niego jakieś ponadproporcjonalne korzyści. Powtarzają go stale i głośno jak tylko potrafią, a co najlepsze nie wyjaśniając dokładniej, w jaki sposób euro pomogło niemieckiemu eksportowi.
Pomijamy tutaj fakt, że u wielu komentatorów widać stare merkantylistyczne błędy myślowe – eksport jako cel sam w sobie. Eksport, czyli po prostu sprzedaż produktów nabywcom geograficznie zlokalizowanym poza granicami danego kraju, nie jest wartością samą w sobie. Nie należy mylić wzrostu eksportu z zamożnością kraju – to są błędne merkantylistyczne teorie. Eksport staje się zyskowny tylko wtedy, kiedy wymienia się go na taką samą wartość. Abstrahujemy też od tego, że takie kategorie jak import i eksport to sztuczne wielkości stworzone na użytek statystyki, a ich używanie w kontekście strefy euro, gdzie zniesione są cła dla towarów i ludzi, a granice praktycznie nie istnieją jest w pewnej mierze anachronizmem. Ponadto warto mieć na uwadze, że to nie kraje eksportują tzn. produkują i sprzedają, ale konkretne przedsiębiorstwa.
Przytoczmy typowe opinie upowszechniane w Polsce:
„Niemcy czerpią też wielkie korzyści ze wspólnego rynku europejskiego. Można nawet powiedzieć, że zalewają go swoim eksportem. Wszystko dzięki unii walutowej”.
„Wcześniej marka miała tak wielką wartość, że hamowała niemiecki eksport. Po wprowadzeniu euro Niemcy zaczęły hulać po całym Eurolandzie (i nie tylko) ze swoimi produktami”.
„Wprowadzenie euro dało silny impuls eksportowy niemieckiej gospodarce i doprowadziło do ogromnego wzrostu niemieckich aktywów w Europie”.
Przypomnijmy więc elementarne fakty: już w osiem lat po zakończeniu wojny, w 1953 roku, Niemcy znaleźli pod względem wartości wyeksportowanych towarów na trzecim miejscu na świecie, po USA i Wielkiej Brytanii, w 1960 wyprzedzili Wielką Brytanię, i do 1971 roku byli na drugim miejscu przed Japonią. Do 1985 roku pierwsza trójka wyglądała następująco: USA, Niemcy, Japonia. W latach 1986-88 Niemcy przesuwają się na pierwsze miejsce, w 1989 roku wyprzedzają je Stany Zjednoczone, które palmę pierwszeństwa dzierżą do 2002 roku. Niemcy są w tym czasie na drugim miejscu, ale w 2003 roku wysuwają się ponownie na pierwsze miejsce, które utracą w 2009 roku na rzecz Chin; w 2009 roku pierwsza trójka w to Chiny, Niemcy, USA , w 2010 Chiny, USA, Niemcy. Zatem od 1953 roku do dziś Niemcy zajmowali zawsze miejsce w pierwszej trójce narodów o największym udziale w handlu światowym – rzecz jasna, inaczej to wygląda, kiedy liczymy eksport na głowę mieszkańca, wtedy Niemcy są pod koniec światowej dwudziestki (Chiny są na 120 miejscu). W strefie euro największymi eksporterami są Luksemburg, Holandia i Belgia. Inne europejskie państwo Szwajcaria z silnym frankiem ma ponad 50% większy eksport na głowę niż Niemcy. Inny przykład to Szwecja będąca poza strefą euro, a jednak odnotowała wzrost eksportu , który liczony jako udział w PKB był wyższy niż wzrost niemieckiego eksportu.
Niemcy zajmowali pierwsze miejsce na świecie (lub należeli do pierwszej trójki) pod względem wartości wyeksportowanych towarów zarówno w okresie marki, jak i w okresie euro. W okresie marki wymiana handlowa Niemiec z zagranicą rozwijała się równie dobrze. W latach 1980-2000 roku handel Niemiec z USA rozwijał się bardzo dynamicznie, a nawet bardziej dynamicznie niż niemiecki handel zagraniczny w ogóle, choć jedni mieli markę, a drudzy dolara. Jak to było możliwe, żeby bez euro, pod reżimem silnej marki niemieckiej Niemcy „hulali eksportowo”, „zalewali inne kraje swoimi towarami” ? Na to pytanie polscy publicyści i politycy jakoś nie starają się odpowiedzieć. Oni są w stanie na poważnie twierdzić, że Niemcy stali się pierwszym eksporterem świata po wprowadzeniu euro! I to dlatego, że Grecy, Portugalczycy, Irlandczycy, Włosi i Hiszpanie kupowali ich towary i usługi!
10 największych partnerów handlowych Niemiec to dziś w kolejności Francja, USA, Holandia, Wlk. Brytania, Włochy, Chiny, Austria, Belgia, Szwajcaria, Polska. 8 z tych krajów to kraje europejskie, 7 – członkowie Unii Europejskiej, 5, czyli połowa ma ta samą walutę co Niemcy. Czy wprowadzenie euro przyniosło jakieś istotne zmiany w handlu Niemiec z krajami europejskimi? Oczywiście, nie. Nasi publicyści co i rusz odkrywają Amerykę, że niemiecki eksport idzie do krajów strefy euro i do całej Unii Europejskiej, tak jak gdyby cała Europa nie była „od zawsze” obszarem intensywnych stosunków gospodarczych i gęstych więzi handlowych. Handel Niemiec z takimi krajami jak Francja, Holandia, Austria, Włochy, Hiszpania, był zawsze ożywiony, to są tradycyjni partnerzy handlowi Niemiec. Kraje europejskie zawsze należały do ważnych partnerów handlowych Niemiec (oczywiście proporcjonalnie do wielkości gospodarki) i na odwrót, dla wielu krajów europejskich Niemcy były najważniejszym partnerem handlowym – nawet wtedy, kiedy nikomu nawet nie śniło się powstanie unii monetarnej. I to już wtedy, kiedy Rzeszą Niemiecką rządził cesarz Wilhelm II Hohenzollern.
Faktem jest, że handel pomiędzy krajami unii walutowej, a właściwie całej Unii Europejskiej w ciągu ostatnich 20 lat zintensyfikował się; podczas gdy w latach 1988-1998 wymiana towarowa pomiędzy krajami dzisiejszej strefy euro wynosiła 12% wspólnego PKB, to w 10 latach po wprowadzeniu euro przeciętnie ponad 15%. Jednakże część ekonomistów uważa, że najsilniejszy impuls nadało temu procesowi nie euro, lecz wprowadzenie rynku wewnętrznego, który od 1993 roku uwolnił przepływ towarów od ceł i innych barier handlowych w ramach Unii Europejskiej. Udział wewnątrzeuropejskiego handlu we wspólnym PKB wzrósł w latach 1993-1999 o 10 punktów procentowych, po wprowadzeniu euro do kryzysu finansowego tylko o 2 punkty procentowe.
Jest prawdą, że niemiecki eksport do krajów strefy euro (czy to zwiększenie, które rzeczywiście nastąpiło, było w każdym przypadku takie korzystne dla nich, „zwyczajni Niemcy” przekonują się teraz i przekonają w przyszłości), ale jego udział w całym eksporcie niemieckim zmalał z czterdziestu kilku do czterdziestu procent. 10 lat temu 73,4 % niemieckiego eksportu szło do całej Europy, w 2010 – 71,1 %. Do krajów Unii Europejskiej szło 10 lat temu 64%, a w roku 2011 59% niemieckiego eksportu, co było najniższą wartością od 20 lat (niektórzy niemieccy ekonomiści przewidują że do końca dekady będzie to poniżej 50%). W 1998 roku do krajów strefy euro szło 45% niemieckiego eksportu , w 2011 – ok. 39 % . Trzeba też pamiętać, ze strefa euro się rozszerzyła – na początku liczyła 11 krajów, dziś tworzy ją 17 krajów. Mimo rozszerzenia o kolejnych członków, co oznacza większą liczbę konsumentów i klientów, relatywnie spada tam sprzedaż niemieckich towarów.
Należy widzieć niemiecki eksport do strefy euro we właściwych proporcjach, zwłaszcza, że przecenia się znaczenie dla niemieckiego wywozu grupy państw zaliczanych do Europy B, które dzisiaj przeżywają kryzys. W 2008 roku do Portugalii szło 0,8%, eksportu niemieckiego, tyle samo do Grecji, do Irlandii – 0,5 %, do Hiszpanii – 4,4%. Tradycyjnym ważnym partnerem handlowym Niemiec są Włochy, zaś Niemcy są najważniejszym partnerem handlowym Włoch, ale o ile w 1995 roku 7,5 % niemieckiego eksportu szło do Włoch, to w 2010 – 6,1%, Znaczenie krajów Europy B dla niemieckiej wymiany handlowej, które – prócz Włoch – nigdy nie było wielkie – stale maleje.
Bezustanne powtarzanie jak katarynka, że Niemcy to by tylko eksportowali i eksportowali, sprowadzanie wieloaspektowej kwestii niemieckiego eksportu do propagandowego sloganu prowadzi do powstawania najdziwaczniejszych poglądów. Zacytujmy amerykańskiego politologa z aprobatą przytaczanego przez polskiego publicystę: „UE to strefa wolnego handlu, w której jedno państwo – Niemcy – jest drugim największym eksporterem na świecie, przez co zalewa pozostałe kraje swoimi produktami. To oznacza, że państwa wokół Niemiec nie mogą rozwijać się normalnie, bo zawsze będą miały negatywny bilans handlowy z nimi”. „Być zalewanym” przez towary produkowane przez innych to sama radość, bo kto by nie chciał konsumować tego, co dostarczą mu inni. Rzecz jasna, tak świat nie funkcjonuje, ale co szkodzi obciążyć Niemców winą za to, że jakiś kraj się nie rozwija, bo „zalewany” jest niemieckimi towarami.
Niemcy „zalewają” (produkują i sprzedają) Europę i świat swoim eksportem , a Europa i świat „zalewa” (produkuje i sprzedaje) Niemcy swoim eksportem. Od połowy lat 80. XX wieku do 2010 rocznie import niemiecki rósł rocznie o 5,9%. W 2010 Niemcy importowały towary i usługi o wartości 806,2 miliarda euro. Czytając polskich autorów można natomiast odnieść wrażenie, że ich zdaniem Niemcy eksportują a inni tylko importują niemieckie produkty. Na własne uszy słyszałem w polskiej telewizji publicznej pewnego profesora ekonomii, który przekonywał, że Niemcy eksportują a inni importują to, co Niemcy eksportują – innymi słowy jedni produkują, a drudzy konsumują to, co tamci wyprodukowali! Tak jakby ci, którzy konsumują, nie musieli wcześniej czegoś wyprodukować, żeby tym, co wyprodukowali, zapłacić za konsumpcje, a ci, którzy produkują, nie kupowali czegoś, żeby konsumować. Pomijając absurdalność takiego założenia, przypomnijmy fakty: Niemcy są drugim na świecie (po USA) importerem dóbr i towarów.
Jeden z amerykańskich kolegów po fachu wspomnianego wyżej profesora, cytowany z aprobatą przez polskiego publicystę, wyraził podobną opinię: „Niemiecki model gospodarczy funkcjonuje tylko tak długo, jak długo inni go nie naśladują. Jeśli wszyscy postawią na eksport, nie będzie komu kupować tych wszystkich rzeczy”. Gdy przychodzi nam wysłuchiwać takich opinii, budzi się w nas podejrzenie, że ludzie je wyrażający nie są „w pełni władz umysłowych”. Wedle tej (absurdalnej) logiki jeden „stawia na eksport” (sprzedaż), ale „nie stawia na import” (zakup), natomiast drugi „stawia na import” (zakup), ale „nie stawia na eksport” (sprzedaż). To jest możliwe tylko w bajkach. W rzeczywistości ten pierwszy jeśli chce, może więcej sprzedawać niż kupować, co najwyżej na tym straci, natomiast ten, kto mniej eksportuje (sprzedaje) niż importuje (kupuje), musi w ostatecznym rozrachunku pokryć jakoś różnicę pomiędzy niższą wartością tego co sprzedał a wyższą wartością tego co kupił. Jeśli jej nie pokryje, to znaczy, że część zakupów otrzymał za darmo.
Eksport Niemiec do strefy euro – wynosił w 2001 roku 275 mld euro, w 2005 – 340 mld, w 2008 – 418 mld euro, paralelnie niemiecki import ze strefy euro wynosił w 2001 – 221mld euro , 2005 – 249 mld, 2008 – 318 mld. Rynek niemiecki był i jest wielkim odbiorcą towarów z innych krajów europejskich. Francja np. sprzedawała do Niemiec w 2002 roku -15% swojego eksportu, w 2010 – 16,4%. Niemcy są największym odbiorcą eksportu z Grecji i Włoch, i drugim (po Francji) – z Hiszpanii, drugim (po Hiszpanii) – z Portugalii. Grecja eksportowała do Niemiec towary o wartości 1,8 mld euro w 2005, 1,9 mld – 2008 rok. W tych samych latach Portugalia eksportowała do Niemiec towary za 4,0 mld euro i 4, 2 mld euro. Ale, przypomnijmy, relatywnie udział krajów Europy B w imporcie niemieckim maleje. Udział Grecji w całym imporcie niemieckim spadł w latach 2000-2010 z 0,3 na 0,2%, Portugalii – z 0,9 na 0,5%, Irlandii z 2,9 na 1,4%, Hiszpanii z 2,8 na 2,5%, w 1995 udział włoskich towarów w niemieckim imporcie wynosił 8,3%, w 2010 – 5,4% importu niemieckiego pochodziło z Włoch. Potwierdza to relatywnie malejące znaczenie tych krajów dla wymiany handlowej Niemiec. Inną natomiast sprawą są stale rosnące nadwyżki importowe tych krajów w wymianie z Niemcami i rosnąca nierównowaga handlowa czy szerzej nierównowaga na rachunku obrotów wzajemnych ( o tym zjawisku, jego przyczynach i skutkach zob. niżej ).
NIECH ŻYJE SŁABE EURO !
Zwolennicy tezy o dobrodziejstwie euro dla niemieckiego eksportu do krajów strefy euro muszą wyjaśnić jakoś niezrozumiały, zagadkowy fakt zwiększenia niemieckiej wymiany handlowej z krajami spoza strefy euro. Jak pisałem wyżej, jeszcze bardziej dynamicznie niż z krajami strefy euro rozwijała się bowiem wymiana handlowa Niemiec z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, z Azją, głównie z Chinami, z innymi tzw. gospodarkami wschodzącymi. Udział Brazylii, Rosji, Indii i Chin w eksporcie niemieckim wzrósł z 4% w 2000 roku do prawie 10 % w 2009. 60% niemieckiego eksportu idzie do krajów, które mają inną walutę niż Niemcy, zatem odpadają oszczędności na kosztach transakcyjnych i nie znikło ryzyko wahań kursowych. Od 1999 roku niemieckie eksporty do strefy euro rozwijały się poniżej przeciętnej, zaś wywóz do Europy Wschodniej i Azji powyżej. Miedzy rokiem 1998 a 2011 niemiecki eksport wzrósł o 117%, eksport do reszty świata – o 154%, do krajów Unii Europejskiej spoza strefy euro – o 116% do krajów i najmniej, bo 89%, do krajów strefy euro
Chcąc wyjaśnić to zagadkowe zjawisko, którego nie można wytłumaczyć rzekomym dobroczynnym wpływem przyjęcia euro, nasi publicyści ubzdurali sobie, że niemieckiemu eksportowi pomaga niższa w stosunku do marki niemieckiej wartość euro. Inaczej więc niż w przypadku handlu z krajami strefy euro posługującymi się tą samą walutą, co uniemożliwia manipulowanie kursem walutowym w celu jego obniżenia, które ma „wspomóc” eksport, źródłem wzrost eksportu niemieckiego poza strefę euro – do Chin, Rosji czy Polski, ma być właśnie słabość wspólnej waluty w stosunku do mocnej marki. Na marginesie dodajmy, że kurs euro podlegał wahaniom, co nakazuje pamiętać o tym, iż kurs wymiany waluty jest tylko jednym z wielu czynników wpływających na wymianę handlową pomiędzy krajami o różnych walutach. Ponadto przez większy okres swojego istnienia euro pozostawało mocne wobec dolara amerykańskiego, a to dolar jest najważniejszą walutą w handlu międzynarodowym.
Twierdzi się niekiedy, że przed przyjęciem euro, Włosi mogli dewaluować lira a Grecy drachmę, żeby pomóc swojemu eksportowi. Niemcom też podobno przeszkadzała w eksporcie supertwarda marka, ale zamiast ją zdewaluować jak Grecy drachmę czy Włosi lira, woleli się jej pozbyć po prostu ją likwidując i zyskując w ten sposób słabe euro. Dzięki tej sprytnej sztuczce zdewaluowali swoją supertwardą markę i natychmiast zaczęli szaleć z eksportem na całym świecie. Po prostu genialne zagranie. Innymi słowy Niemcom mało było tego, że począwszy od 1953 roku prawie pół wieku sprzedawali z sukcesem swoje produkty w Europie i na całym świecie, więc postanowili zlikwidować mocną markę i wprowadzić słabsze od niej euro, co niesamowicie pomogło niemieckiemu eksportowi, który stał się dzięki temu bardziej konkurencyjny! Podobnie, dzięki bardzo słabemu dolarowi zimbabweńskiemu Zimbabwe stało się eksportową potęgą.
W dawnych czasach wyrażano podziw , że siła nabywcza marki – twardej, mocnej, stabilnej waluty – jest wysoka, teraz okazuje się, że kiedy siła nabywcza waluty spada, należy się cieszyć, gdyż nasze produkty lepiej się sprzedają (co zresztą jest zupełnie logiczne, bo zmniejszając naszą siłę nabywczą powiększamy relatywnie siłę nabywczą innych). Wychodzi na to, że szatańsko sprytni Niemcy, chociaż mieli solidną, twardą walutę w postaci marki, odnosili w tym czasie sukcesy w handlu światowym, jakich nie odnosili ani Francuzi, ani Anglicy ani Włosi i Hiszpanie, od pół wieku byli zawsze w pierwszej trójce największych eksporterów na świecie (a w niektórych latach nawet na pierwszym miejscu), to jednak postanowili ją zlikwidować i zamienić na słabsze euro, żeby teraz dopiero móc „hulać po świecie” i „zalewać go eksportem”.
Teraz uwaga! Swój wzrost eksportu do Chin, Rosji, Brazylii czy Polski Niemcy zawdzięczają Grecji, Portugalii i innym krajom. Zacytujmy polską opiniotwórczą gazetę: „Jednak jak wskazuje Nicolas Veron, główny ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla, taki wynik nie byłby możliwy gdyby nie obecność w strefie euro Grecji, Portugalii i innych krajów, postrzeganych przez inwestorów jako niepewne. To bowiem dzięki nim kurs euro do dolara, funta, jena i innych walut międzynarodowych był stosunkowo słaby. Bez tego jego wartość mogłaby osiągnąć być może nawet dwa dolary niwecząc niemiecką maszynę eksportową”. Teraz już wszystko jasne: Niemcy sprzedawali coraz więcej swoich towarów, ponieważ Grecy ze swoja słabą drachmą, Portugalczycy ze słabym eskudo osłabili euro! Nie wiadomo tylko , czy Niemcy tak to sobie sprytnie zaplanowali i wbrew wszystkim koniecznie chcieli, aby do unii walutowej weszły Grecja, Portugalia i inne kraje o słabych walutach (może to one same chciały w ten sposób pomóc niemieckiemu eksportowi?), czy też tak jakoś wyszło na ich korzyść. A jak się odniosło korzyść, no to teraz trzeba się jakoś odwdzięczyć swoim dobroczyńcom, czyż nie?
Inny publicysta stwierdza: „Strefa euro przynosiła korzyści głównie samym Niemcom: nikt już nie zagrażał ich eksportowej potędze” Zwróćmy uwagę na to sformułowanie „nikt już nie zagrażał ich eksportowej potędze”? Kiedy Niemcy mieli markę, różni konkurenci zagrażali ich potędze eksportowej, więc ci spryciarze wprowadzili euro i teraz już nikt im nie zagraża. A czemu nie zagraża? Ponieważ – brnie dalej w absurd publicysta – „nikt nie mógł sobie pozwolić na dewaluację własnej waluty, by dogonić w rozwoju europejskiego hegemona”. Mamy niezły mętlik w głowie. Czy o to chodzi, że Francja, Włochy, Grecja, Portugalia czy Hiszpania dlatego nie zdołały „dogonić w rozwoju europejskiego hegemona”, ponieważ nie mogły zdewaluować swojej waluty? Zatem gdyby mogły dewaluować, jak wówczas, kiedy miały drachmę czy pesetę, to by go dogoniły? Czy dewaluacja waluty to czynnik rozwoju gospodarczego czy może rodzaj opodatkowania i zagarnięcie wyrażonych w tej walucie wartości majątkowych należących do zwykłych obywateli? Zdewaluuj sobie walutę a twoja konkurencyjność wzrośnie, wygrasz na rynkach europejskich oraz światowych i zagrozisz eksportowej potędze Niemiec! Genialnie proste!
Pisze publicysta opiniotwórczej gazety:
„To przecież właśnie kiepsko sobie radzący unijny pieniądz jest dziś lokomotywą niemieckiego eksportu, którego sukcesy napędzają całą niemiecką gospodarkę i leżą u podstaw niezwykle szybkiego wzrostu w ostatnich latach. Tak szybkiego, że nienotowanego przez niemiecką gospodarkę – hamowaną wcześniej przez bardzo silną markę – od kilku dekad”. Wniosek z tego prosty: im gorszy pieniądz, tym lepiej dla Niemców. Oni tego przez wiele lat nie rozumieli (durni jacyś czy co?) i dumni byli ze swojej silnej marki. Ale w końcu frajerzy poszli po rozum do głowy, silną markę zastąpili kiepskim euro i niemiecka lokomotywa eksportowa wreszcie ruszyła do przodu. Brawo!
Ten sam publicysta pisze:
„Nie sposób też od nich [Niemców] wymagać, żeby byli uprzejmi wreszcie policzyć, ileż to razy więcej (a niemało, oj, niemało!) zarobili na słabym euro w stosunku do tego, ile wydali na wsparcie tych krajów, które z kolei na sytuacji w eurolandzie straciły i nadal potężnie tracą”. Może niech nasz publicysta będzie uprzejmy policzyć, ile zarabia się na słabej walucie. Niechaj też szybko zacznie nawoływać inne kraje, aby poszły po rozum do głowy i czym prędzej wystąpiły z unii monetarnej, skoro na niej „traciły i nadal potężnie tracą”.
Obecnie podnoszą się głosy, że – aby pomóc pogrążonym w kryzysie krajom Europy B – należy osłabić ciągle zbyt mocne euro. Wszak wszystkie kraje strefy euro wywożą towary do krajów o innych walutach. Np. Grecja 6,5% swojego eksportu wysyła do Bułgarii, 6,1% do Wielkiej Brytanii , 5,2% do Turcji. 6,7% eksportu portugalskiego idzie do Wielkiej Brytanii, 6,1% do USA. Hiszpania wysyła do Wielkiej Brytanii 8% swojego eksportu, do USA – 4,4%. Zatem osłabiajmy euro (najlepiej „nadrukować” biliony euro), żeby pomóc eksportowi tych krajów; słabiutkie euro stanie się lokomotywą greckiego, portugalskiego i hiszpańskiego eksportu, którego sukcesy napędzą całą ich gospodarkę i legną u podstaw szybkiego wzrostu. Zaraz, zaraz, przecież na to Niemcy tylko czekają! Kiedy euro będzie tak słabe jak w latach 90. XX wieku drachma czy peseta (w 1999 roku za jedną markę płacono 166 drachm, 900 lirów, 102 escudo, 86 pesetów), to tyle dzięki niemu wyeksportują, że nastąpi istny potop niemieckich towarów i produktów, który zaleje cały świat! A wtedy nikt nic nie będzie już produkował, a jedynie konsumował towary przysyłane przez Niemców. Całkowita hegemonia gospodarcza Niemiec stanie się faktem. Biada nam wszystkim, biada, Niemiec znowu sięga po władzę nad światem! Nowy Hitler czai się za rogiem!
Publicysta nie ustaje w wyliczaniu tych niesłychanych dobrodziejstw, jakie przynosi Niemcom euro: „Ale za to Niemcy zapewne dobrze wiedzą, może nie wszyscy, ale ci nieprzeciętni z całą pewnością, co by się stało z rozpędzonym eksportem ich kraju, a za jego sprawą – z całą szybko rozwijającą się gospodarką Niemiec, gdyby słabe euro na powrót zastąpiła mocna marka. O ile wolniej rósłby PKB, a więc poziom życia Niemców, i jak znacznie wzrosłoby bezrobocie”. Ach to przekleństwo mocnej marki! Jakże Niemcy powinni się cieszyć , że ich mocna marka nie pociągnie – jak to się zapewne działo do 1999 roku – w dół, w recesję, w bezrobocie, w słaby eksport. Powinni Panu Bogu na kolanach dziękować (a może raczej prezydentowi Mitterandowi, który ich do tego usilnie namawiał?), że pozbyli się przeklętej marki, która tak szkodziła ich eksportowi a tym samym całej gospodarce.
Takich propagandowych idiotyzmów, jak te cytowane wyżej (i tych, które jeszcze przytoczymy niżej), pełno jest w naszych opiniotwórczych mediach. Jeszcze raz przypomnijmy elementarne fakty. Weźmy dla zilustrowania niemiecki eksport w dwóch ostatnich dekadach przed ustanowieniem unii monetarnej; jego wartość wynosiła (w przeliczeniu na euro): 1980 rok – 179 mld euro, 1985-274 mld, 1990-348, 1995 – 383 mld euro, 2000 –597 mld euro. Zatem niezależnie od kilku wahnięć eksport niemiecki przed wprowadzeniem „słabego” euro”, w warunkach istnienia mocnej marki niemieckiej cały czas rósł. Żadna „supertwarda” marka mu nie przeszkadzała.
Mamy tu do czynienia z upowszechnianiem błędnej i szkodliwej opinii, że to monetarne manipulacje pozwalają odnieść prawdziwy sukces na rynkach światowych. Tymczasem, co oczywiste, po każdej takiej manipulacji, po pewnym czasie sytuacja powraca do stanu poprzedniego. Silna waluta oznacza niższe koszty dóbr kupowanych na rynkach światowych), czyli oszczędności na kosztach produkcji, które wyrównują nacisk na ceny po stronie sprzedaży. Jak obliczają ekonomiści udział importowanych składników w produkcji na eksport wzrósł w Niemczech, pomiędzy rokiem 1995 a 2005, z 31 do 42 %, czyli żeby coś wyprodukować i sprzedać trzeba najpierw prawie połowę z tego importować (twierdzenie, że „gospodarka niemiecka jest zależna od eksportu” jest tak samo prawdziwe jak „gospodarka niemiecka jest zależna od importu”).
Słabe euro automatycznie podraża import towarów i usług z innych obszarów walutowych, w tym energii, surowców i innych materiałów służących do wyprodukowania tego, co chcemy sprzedać za granicę, a tym samym podwyższa koszty produkcji a tym samym hamuje eksport. Niski kurs euro np. wobec dolara powoduje, że drożeją ropa, gaz, stal i inne surowce sprowadzane przez Niemcy ze świata, którymi handluje się w dolarach. Zatem po pewnym czasie sytuacja wraca do stanu poprzedniego, no i koniec z „eksportowym hulaniem”! Ale tych zależności nasi publicyści nie chcą dostrzegać, ponieważ zajęci są wyłącznie poszukiwaniem kija, którym mogliby okładać „szkopów”.
Oczywiście, celowe (lub nie) osłabianie walut przyniesie pewne korzyści eksporterom, zwłaszcza największym, ale uderzy w inne grupy. Za manipulacje walutowe ktoś musi zapłacić, są one zawsze przeprowadzane na czyjś koszt. Kto traci? Tracą przedsiębiorstwa nastawione na import i konsumenci zagranicznych towarów. Dla „zwyczajnych Niemców” mocna waluta, jaką była marka, stanowiła socjalną dywidendą, taniej mogli kupować importowane dobra konsumpcyjne, taniej spędzać wakacje zagranicą, taniej podróżować po świecie etc. Silna waluta przyciąga kapitały i inwestycje, towarzyszą jej niskie stopy procentowe i niższe koszty finansowania przedsiębiorstw. To, co zaoszczędzi się na imporcie, można inwestować w kraju itd. Zatem jeśli „proeksportowym” lobbystom uda się skłonić rządy do pośredniego (poprzez dewaluację waluty) subwencjonowania eksportu to koszty tych manipulacji poniosą zwyczajni obywatele i gospodarka jako całość.
Niektórzy ekonomiści uważają, iż osłabianie waluty w celu sztucznego podwyższania wielkości eksportu i wypracowywania nadwyżek eksportowych powoduje, że przedsiębiorstwa swoje kapitały nadmiernie zużytkowuj na produkcję na eksport, i może się na końcu okazać, że eksportuje się poniżej realnej wartości – za sprawą słabej waluty owoce pracy i przedsiębiorczości są de facto trwonione. Zaniżanie wartości waluty oznacza w rzeczywistości subwencjonowanie własnego eksportu; można wówczas eksportować nawet wbrew zasadzie kosztów komparatywnych: eksport wprawdzie rośnie, ale dobrobyt kraju się obniża.
Dodajmy jeszcze, że akurat eksport niemiecki jest mniej zależny od wahań kursowych (kursu euro) niż eksport takich krajów Portugalia, Irlandia, Hiszpania a nawet Francja, i nie jest tak wrażliwy na ceny, co bierze się z jego innej struktury. Bowiem podczas gdy w Niemczech produkuje się i sprzedaje za granicę wyroby droższe i najwyższej jakości a Niemcy na rynkach światowych plasują się w czołówce wyspecjalizowanych producentów dóbr inwestycyjnych , to kraje Europy B wykazują większą zależność od kursu euro i są wrażliwsze na wzrost cen, ponieważ oferują głównie zestandaryzowane masowe dobra konsumpcyjne z segmentu niższych cen i o większej ich rozpiętości. Ich produkty są bardziej wrażliwe na zmiany kursów walut, ponieważ łatwiej – jeśli zaczynają drożeć – zastąpić je produktami z innych źródeł. Dlatego cena jest tu zasadniczym czynnikiem determinującym popyt. Natomiast niemieckie produkty klienci kupują także przy wyższym kursie marki (euro), ponieważ są to produkty z zakresu wysokiej technologii sprzedawane w rynkowych niszach, dzięki czemu są mniej zależne od wahań kursów walutowych; ich producenci mogą swobodniej ustalać ceny. Jako liderzy technologiczni, oferujący produkty trudno zastępowalne są w stanie swoje ceny przeforsować na rynku światowym podobnie jak za czasów marki. Podsumowując, można powiedzieć, że niemieckiemu eksportowi euro ani w niczym nie pomogło, ani specjalnie nie zaszkodziło. Sukcesy niemieckich przedsiębiorców na rynkach europejskich i światowych mają inne źródła, i nie ma w tym nic tajemniczego.
Przytaczane głosy publicystów można by potraktować jako slogany głoszone na użytek politycznej propagandy i machnąć na nie ręką, gdyby nie to, że – jak pisaliśmy wcześniej – mają one wybitnie niekorzystny wpływ na, by tak rzec, morale obywatelskie, ponieważ uczą Polaków fałszywego rozumienia gospodarki i polityki i wprowadzają ich w błąd co do źródeł gospodarczego sukcesu Niemców a tym samym gospodarczego sukcesu w ogóle (fałszywa ekonomia zawsze jest fałszywą mistrzynią życia). Blokują odpowiedź na pytanie, dlaczego na długo przed tym zanim powstała Unia Europejska i strefa euro, produkty niemieckich przedsiębiorstw opatrzone napisem „Made in Germany” cenione i kupowane były na całym świecie.
PASKUDNE „SZWABY” KRADNĄ INNYM KONKURENCYJNOŚĆ
W kampanii propagandowej mającej na celu upowszechnienie fałszywej opinii, że to Niemcy są największym beneficjentem wspólnej waluty, wprost lub pośrednio oskarża się ich również o to, że odnoszą te korzyści kosztem innych. Jest to strategiczna teza polityczno-propagandowa głoszona dziś przez kraje Europy B i przewodzącą im Francję. Mamy do czynienia ze swoistym moralnym „okrążeniem” Niemiec („bogacicie się naszym kosztem”), w którym uczestniczy wielu polskich publicystów. Czytamy w polskich gazetach np., że Niemcy dostali „premię za likwidację tanich walut narodowych np. hiszpańskiej i zamianę ich na euro”, że „drenują peryferie” a „niemiecki eksport mógł wzrosnąć o 400% dzięki wypchnięciu produkcji południowoeuropejskiej”. Dowiadujemy się, że „centrum (czyt. Niemcy) jest obsługiwane przez peryferie”, „niemiecka gospodarka w skali eurolandu zawiodła; okazało się, że zaspokaja kosztem innych tylko własne potrzeby” itd. itp.
Pisze publicysta: „Gdyby istniała marka, jej wartość by rosła, a niemiecki eksport byłby mniej konkurencyjny. Tak zaś wypchnął np. hiszpański”. Ale skąd wypchnął? Dokąd wypchnął? Jak wypchnął? Hiszpania na przykład jest wielkim eksporterem szynki. Czy niemiecka szynka dzięki euro wypchnęła szynkę hiszpańską z rynków światowych? Chyba nie, bo w 2011 roku Hiszpanie sprzedali za granicę 25 tys. ton szynki, czyli więcej niż w poprzednich latach, co więcej, to Niemcy po Francji są najważniejszym odbiorcą tejże szynki. Przypuszczalnie wiec uzbrojeni w euro Niemcy, choć bardzo się starali, nie zdołali wypchnąć Hiszpanów z rynku szynki.
Na łamach opiniotwórczej polskiej gazety wypowiada się jeden z brytyjskich polityków: „Niemcy najzwyczajniej w świecie przejęli część konkurencyjności krajów południa Europy”. Patrzcie Państwo, „przejęli”! Powiedzmy bez ogródek, przejęli, czyli po prostu ukradli. Złodzieje Niemcy okradli Grecję, Portugalię i Hiszpanię! Łapaj „Szwaba” złodzieja!
Na rynkach światowych Niemcy są w czołówce producentów dóbr inwestycyjnych, takie produkty o zbliżonej jakości nie są produkowane przez kraje Europy B, zatem kraje te nie mogą utracić udziałów w rynku światowym na rzecz Niemiec, ponieważ wcześniej ich nie posiadały. Niemieccy przedsiębiorcy sprzedają do Chin maszyny i urządzenia techniczne, produkty elektrotechniczne, specjalistyczne przyrządy, samochody ciężarowe. etc. Czy Niemcy wypchnęli Hiszpanię z rynku chińskiego, a może Grecję, Włochy, Portugalię, Irlandię? Niemcy produkują na eksport to, czego nie produkują Grecy czy Hiszpanie, zatem wyroby niemieckie nie konkurują na rynkach trzecich z wyrobami greckimi czy hiszpańskimi.
Czy Niemcy konkurowały z Grecją na rynku oliwy lub tekstyliów? A może na rynku turystyki śródziemnomorskiej? Jest prawdą, że Grecja – i miało w tym swój udział jej uczestnictwo w unii walutowej – traciła konkurencyjność np. w branży hotelarskiej, ale nie na rzecz Niemiec, lecz Turcji, ponieważ Grecja i Turcja mają podobne struktury gospodarcze i konkurują w tych samych branżach.
Czytamy: „Siła Niemiec jako kraju eksportującego szkodzi partnerom handlowym, ponieważ one importują niemieckie towary, ale Niemcy za mało importują ich towarów. Co powoduje, że kraje importujące zadłużają się”. No proszę, Niemcy są winni temu, że ktoś się zadłużył, aby kupić ich towary. Na końcu okaże się, że niemieckie przedsiębiorstwa zmuszały do kupowania swoich produktów: klienci musieli brać kredyty i kupować towary, których tak naprawdę w ogóle nie chcieli. To jeden z wielu przykładów, kiedy propagandyści nie tylko korelacje podają za związki przyczynowo-skutkowe, ale wręcz te związki odwracają , byleby tylko za czyjeś problemy obarczyć winą Niemców. Okazuje się, że to niemieccy producenci odpowiadają za deficyty i długi powstałe z pragnienia posiadania produktów, które oferują, że niemieckie nadwyżki eksportowe są przyczyną nadwyżek importowych w innych krajach itp.
Oczywiście nie znaczy to, że nie ma tu rzeczywistego problemu. Kiedyś jeśli w handlu np. między Grecją i Niemcami po stronie Grecji nadmiernie rósł deficyt handlowy, czyli Grecja importowała z Niemiec więcej niż do Niemiec eksportowała, rosła wartość marki wobec drachmy. W rezultacie Niemcy mogli więcej u Greków kupować, zaś Grecy byli zmuszeni ograniczyć swoje zakupy w Niemczech. Deficyt handlowy Grecji ulegał automatycznej redukcji. Ponieważ w strefie euro ten mechanizm przestał funkcjonować, musiało to wpłynąć na stosunki handlowe pomiędzy Grecją a Niemcami. Jednak publicyści nie dociekają istoty problemu, wolą chwytać się każdego pseudoargumentu, aby tylko móc „dowalić szwabom”.
Przytoczmy na koniec taki „kwiatek”: „Niemcy wolą oszczędzać i eksportować, zamiast konsumować. Nota bene ze szkodą dla całej Unii”. Czyli ci, którzy oszczędzają, a więc tworzą kapitały, produkują i sprzedają z sukcesem swoje produkty, robią to ze szkodą dla innych, zaś ci, którzy oszczędzać, produkować i eksportować nie mają zamiaru, za to lubią tylko konsumować, są dobroczyńcami Europy! Trudno pójść dalej w absurdzie.
„TEORIA ZALEŻNOŚCI” PO POLSKU, CZYLI KTO BENEFICJENT TEN PŁACI
Struktura argumentacji o Niemcach jako „największym beneficjencie”, bogacącym się kosztem innych, to – przeniesiona na stosunki europejskie– marksistowska „teoria zależności”; tak jak według marksistów Stany Zjednoczone stały się bogate, ponieważ wyzyskiwały Amerykę Południową, a cały Zachód swoje bogactwo zdobył kosztem kolonii i Trzeciego Świata, tak teraz, w myśl tej niedorzecznej teorii, Niemcy wzbogaciły się „bezprawnie” lub „nieuczciwie” kosztem niektórych krajów strefy euro. Nauka jaką ma z tego wyciągnąć naród jest prosta: warunkiem gospodarczego sukcesu i bogactwa jednych jest ubóstwo drugich. Bogactwo jednych musi pochodzić z wyzyskiwania drugich, zysk jednego musi być stratą drugiego – oto typowa prymitywna wersja marksistowskiej demagogii socjalnej przeniesiona na stosunki pomiędzy narodami. Nie oznacza to, że nie ma wyzyskiwanych, oczywiście są – to „zwyczajni Niemcy”, którzy za wszystko mają zapłacić.
Polscy publicyści, nawet ci prawicowi, którzy żegnają się słysząc nazwisko Marksa, są gotowi zaakceptować najbardziej niedorzeczną teorię autorstwa niechby marksistów i komunistów, jeśli tylko można jej użyć jako kija „na szkopa”. Wulgarna antyniemiecka propaganda harmonijnie łączy się z wulgarną marksistowską demagogią. Można powiedzieć, że marksizm staje się naturalną formą myślenia polskiego publicysty, kiedy przychodzi do analizowania niemieckich sukcesów gospodarczych. Psychologiczną glebą tego myślenia jest najzwyczajniejsza w świecie zawiść.
Zacytujmy publicystę pisma uchodzącego za „prawicowe”. Najpierw powtarza on po raz nie wiadomo który brednię, że „Niemcy dzięki słabemu i słabnącemu euro bardzo dużo zyskują”. Po czym pisze dalej: „Gdy w latach 2008–2011 gospodarki grecka, irlandzka i portugalska straciły po ponad 300 tys. miejsc pracy, gdy gospodarka włoska pozbyła się ich ponad 450 tys., a hiszpańska – ponad 2 mln, gospodarka niemiecka wzbogaciła się – w tym samym czasie – o ponad 1,2 mln miejsc pracy. A w ślad za tymi nowymi miejscami pracy szerokim strumieniem płynie do Niemiec bogactwo, wysysane między innymi z pozostałych państw strefy euro, choć nie tylko z nich. Niemcy się więc na potęgę bogacą, a peryferia eurolandu: Irlandia, Portugalia, Grecja, Hiszpania – też na potęgę – biednieją”. Zwróćmy uwagę na język prawicowego publicysty: Niemcy wysysają (!) bogactwo greckie, hiszpańskie, portugalskie. Niemieccy (kiedyś „kapitalistyczni”) krwiopijcy „bogacą się na potęgę” wyzyskując inne narody pozbawiając jej „wartości dodatkowej”.
I dalej ciągnie ten sam (kryptomarksistowski?) publicysta uchodzący za „liberała”: „Niemcy nie dostrzegają – albo za żadne skarby świata nie chcą przyznać, że dostrzegają – ścisłego związku między ich nadzwyczaj ostatnio szybkim tempem bogacenia się a nadzwyczaj ostatnio szybkim tempem ubożenia narodów peryferii euro landu”. Ale czy którykolwiek z kapitalistycznych wyzyskiwaczy dostrzegał kiedykolwiek ścisły związek pomiędzy szybkim tempem bogacenia się a nadzwyczaj szybkim tempem ubożenia jego pracowników? Nigdy! Nic dziwnego, że niemieccy wyzyskiwacze też są ślepi na los wyzyskiwanych.
Inny publicysta wywodzi: „Nie trzeba mieć doktoratu z ekonomii, by wiedzieć, że w systemie gospodarczych naczyń połączonych strefy euro tak świetne wyniki jednego uczestnika integracji i głęboka mizeria pozostałych muszą być ze sobą ściśle skorelowane”. Publicysta pisze „skorelowane”, ale w rzeczywistości chodzi mu o to, że warunkiem świetnych wyników jednych jest „głęboka mizeria” innych. Jeszcze jeden kryptomarksistowski demagog i zawistnik.
Pisze publicysta: „Niemcy były od początku największym beneficjentem wspólnej waluty – zarówno pod względem politycznym, jak i gospodarczym. Dlatego tak zaciekle walczą o to, aby utrzymać ją przy życiu”. Skoro Niemcom euro przynosi tak wiele przynosi korzyści a innym tak wiele strat, to czy nie należałoby wyzwać, nalegać, naciskać na Niemców, żeby się poświęcili dla dobra Europy jak najszybciej występując z unii monetarnej? Niechaj powrócą do marki i przestaną rujnować kraje strefy euro. Tymczasem dzieje się odwrotnie, wszyscy nawołują Niemców, żeby „ratowali euro”, które dla nich jest tak korzystne a innych doprowadza do ruiny! Dlaczego Grecja, Hiszpania czy Portugalia się nie ratują i same nie wystąpią z unii monetarnej, aby w ten sposób uniemożliwić Niemcom ich wyzyskiwanie?
Powielana do znudzenia teza, że Niemcy są największym beneficjentem wspólnej waluty, że to dzięki euro – naprawdę to nie żart, taka opinię spotkałem w polskiej prasie – stały się potęgą przemysłową i eksportową, że odnoszą jakieś ponadproporcjonalne korzyści kosztem innych krajów strefy euro, nie znajduje żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, mówiąc prostu z mostu – jest fundamentalnie błędna. „Prawdziwa” może być tylko w sensie politycznym tzn. jako polemiczny cios wymierzony w przeciwnika politycznego.
Przytaczane wyżej cytaty z artykułów polskich publicystów dowodzą, że sięgną oni po każdą, choćby najbardziej niedorzeczną, tezę, byleby tylko móc „walić w szkopów”, pomniejszać ich osiągnięcia gospodarcze, oskarżać o wyzysk i rujnowanie innych. Tylko kompletny kretyn może na serio napisać, że Niemcy produkując i oszczędzając, szkodzą Europie. Jednak trudno przypuszczać – znając jego całkiem rozsądne przekonania i trafne analizy w innych sprawach – że publicysta ten faktycznie jest kretynem. Po prostu, gdy chodzi o „kwestię niemiecką” ogromna większość polskich publicystów przestaje analizować rzeczywistość. Jednym emocjonalna antyniemieckość („choroba na Szwaba”) uniemożliwia racjonalne myślenie, drudzy zaczynają pełnić rolę politycznych propagandystów.A jak wiadomo, w propagandzie politycznej nie chodzi o słuszność i prawdę , ale o siłę i interesy – w tym przypadku o stworzenie podstawy moralnego, a zarazem na pozór racjonalnie uzasadnionego (eksport, eksport, eksport!!!), nacisku na Niemcy: ci, którzy (rzekomo) na euro zarobili najwięcej i to kosztem innych, powinni pomóc tym, którzy popadli w finansowe tarapaty. Ekonomiczna argumentacja służy jako uzasadnienie wyznaczonego wcześniej celu ekonomiczno-finansowego, dlatego nie posiada żadnej merytorycznej wartości. Mówiąc prosto z mostu: „Niemcy się wzbogacili”, „Niemcy wyzyskują innych” „Niemcy są winni” ergo „Niemcy muszą zapłacić”. Rzecz prosta, zapłacić mają „zwyczajni Niemcy”, którzy cenili i lubili swoją markę i którzy na jej likwidacji stracili a nie zyskali. Po dziesięciu latach ich zasoby i oszczędności mają „uratować” unię walutową. Jest jednak wielce prawdopodobne , że zasoby i oszczędności „zwyczajnych Niemców” zostaną zmarnotrawione a unia walutowa i tak nie przetrwa.
„MADE IN GERMANY”, CZYLI DLACZEGO LUDZIE NA CAŁYM ŚWIECIE TAK CHĘTNIE KUPUJĄ NIEMIECKIE WYROBY
Jeden z polskich publicysta wyraził opinię, że dzięki euro „na Starym Kontynencie powstała wielomilionowa rzesza klientów konsumujących niemieckie towary i usługi”. Jest to, rzecz jasna, kompletny nonsens; równie dobrze można by napisać, że gdyby w Polsce i Czechach, na Litwie, Węgrzech i Ukrainie wprowadzono wspólną walutę – np. talara, to nagle, ni stąd ni zowąd „powstałaby wielomilionowa rzesza klientów konsumujących polskie towary i usługi”. A gdyby Meksyk przyjął amerykańskiego dolara, to czy nie powstałaby wielomilionowa rzesza meksykańskich klientów konsumujących amerykańskie towary i usługi?
Cytowany publicysta zdaje się wierzyć, że zmiana nadruku na papierze nazywanym pieniądzem w czarodziejski sposób czyni z ludzi, którzy do tej pory nie kwapili się do konsumowania niemieckich towarów i usług, konsumentów tychże towarów i usług! Prawda, jakie to proste? Jednak nawet gdyby twierdzenie owego publicysty było prawdziwe – a jest kompletnym nonsensem – że euro ma coś wspólnego z powstaniem owej „wielomilionowej rzeszy klientów”, to i tak nie zawiera ono odpowiedzi na podstawowe pytanie, dlaczego konsumują oni akurat niemieckie towary i usługi. Istnienie klientów jest, co oczywiste, warunkiem niezbędnym każdego zakupu towarów i usług, ale niewystarczającym, gdy chodzi o zakup konkretnych towarów i usług. Wszak klienci dokonują wyboru pomiędzy różnymi wyrobami i różnymi producentami. Jeśli koniunktura gospodarcza i wzrost zamożności klientów, a więc wzrost ich siły nabywczej, skutkują zwiększeniem zakupów, to nie oznacza to przecież automatycznego zakupu właśnie wyrobów niemieckich.
Jak to możliwe, że choć udział Niemców w ludności świata wynosi 1,14%, to ich udział w światowych eksportach – 9-10%, natomiast udział Francji w ludności świata tylko nieco mniej (niecały 1%), ale jej udział w światowych eksportach – 3,8%? Dlaczego w 2009 roku Niemcy sprzedały za granicę prawie tyle samo, co Wielka Brytania, Francja i Włochy razem wzięte? Dlaczego dla Republiki Południowej Afryki Niemcy są drugim (po Chinach) dostawcą towarów a Francja dziewiątym? Zamiast zastanawiać się nad tym, jakie są tego prawdziwe przyczyny tego stanu rzeczy, bajdurzy się o cudownym wpływie euro na sprzedaż niemieckich towarów w innych krajach. Aby raz na zawsze zakończyć te jałowe dyskusje, odsyłam do artykułu Götza Zeddiesa z Instytutu Badań Gospodarczych w Halle, Der Euro als Triebfeder des deutschen Exports? (Euro jako sprężyna niemieckiego eksportu?) zamieszczonym w Discussion Papers, listopad 2001 (www.uni-goettingen.de/de/document/download/…/130_Zeddies.pdf) wydawanych przez Center for European Governance and Economic Development Research Uniwersytetu Georga Augusta w Getyndze, w którym ten powielany uparcie nonsens został za pomocą niepodważalnych – logicznych i empirycznych – ostatecznie argumentów obalony.
Propagowanie (i akceptowanie!) tego nonsensu zwalnia z konieczności poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytanie, dlaczegóż to mianowicie niemieckie przedsiębiorstwa znajdują tylu nabywców na swoje towary także poza granicami kraju tzn. mają większy niż przedsiębiorstwa innych krajów promień sprzedaży. Dlaczego Niemcom udaje się sprzedać swoje wyroby tak wielu wymagającym klientom na całym świecie? Dlaczego kupują oni akurat wyroby niemieckie a nie inne? Dlaczego tak je sobie upodobali? Skąd bierze się tak wielki popyt na niemieckie produkty? To są pytania, na które należałoby odpowiedzieć, zamiast pleść banialuki o cudownym wpływie euro na niemiecki eksport. A przecież odpowiedź na nie jest banalnie prosta: ponieważ sprzedający potrafią coś wartościowego i pożądanego przez innych wyprodukować.
Pisze polski publicysta: „Wysoka wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej Niemiec okazała się nie do pobicia na rynkach południa Europy. Ale tylko dlatego, że kraje te nie mogły doprowadzić do dewaluacji swoich walut (jak to robiły w przeszłości), aby móc konkurować przynajmniej ceną”. Pierwsze zdanie jest całkowicie słuszne, rzeczywiście, wysoka wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej Niemiec okazała się nie do pobicia na rynkach w Europie i na świecie. Natomiast drugie zdanie jest nonsensem, mającym na celu zneutralizowanie tego, co napisano w zdaniu pierwszym: „Wysoka wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej Niemiec tylko dlatego okazała się nie do pobicia, że kraje te nie mogły doprowadzić do dewaluacji swoich walut”. Zauważmy, że wysoka wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej jest nie do pobicia „tylko dlatego”, że inne kraje nie mogły dewaluować swoich walut. Gdybyż tylko mogły je dewaluować, to na nic by się zdała wydajność i znakomita jakość niemieckiej oferty eksportowej! Dzięki dewaluowaniu waluty kraje południa Europy pobiłyby Niemców na rynkach! No, chyba, że sami Niemcy, aby nie dać się pobić na rynkach, też zaczęliby dewaluować własną walutę. Wtedy tamte kraje, żeby pobić Niemców, jeszcze bardziej by zdewaluowały swoją walutę. W odpowiedzi, zagrożeni pobiciem Niemcy, dewaluują swoją, na co konkurenci odpowiadają jeszcze mocniejszą dewaluacją, a wtedy Niemcy…
Opuśćmy jednak czym prędzej Absurdystan, w którym żyją nasi publicyści, i zastanówmy się, jak należałoby przeformułować jego twierdzenie, aby odpowiadało prawdzie. Otóż powinno ono brzmieć następująco: „wysoka wydajność i znakomita jakość oferty eksportowej Niemiec okazała się nie do pobicia, ponieważ inne kraje nie są tak wydajne i nie mają tak znakomitej oferty eksportowej jak Niemcy”. No, ale coś takiego polskiemu publicyście nie przejdzie przez gardło, bo musiałby przyznać, że niemieccy producenci są po prostu lepsi od producentów z innych krajów. Ponieważ nie chce tego przyznać, musi wymyślać pseudo-wyjaśnienia o dewaluacji waluty jako czynniku umożliwiającym „pobicie” innych na rynku, nie zastanawiając się nad tym, jakimi produktami, z kim, na jakich rynkach kraje dewaluujące walutę mogłyby konkurować niższą ceną eksportowanych towarów, będącą rezultatem obniżenia wartości własnej waluty. Niemniej jednak, jego opinia, że Niemcy biją konkurentów na rynkach europejskich i światowych dzięki swojej wydajności i znakomitej ofercie eksportowej, jest jak najbardziej słuszna i wymaga jedynie rozwinięcia.
Na początek uprzytomnić sobie trzeba podstawowy fakt, że Niemcy były i są krajem wysoko uprzemysłowionym, udział przemysłu w wytworzeniu produktu krajowego brutto wynosi tu ok. 25% i jest wyższy niż średnia w Europie, prawie dwukrotnie wyższy niż udział przemysłu francuskiego w wytworzeniu PKB Francji. Pozycja Niemiec jest pod tym względem wyjątkowa w Europie. Niemcy zajmują w produkcji przemysłowej czwarte miejsce na świecie po Chinach, USA i Japonii, ich udział w globalnej produkcji przemysłowej zawsze był na wysokim stałym poziomie, około 8%. Czyli 1,14 % ludności świata wytwarza ok. 8% produkcji przemysłowej świata!
Ważna jest również struktura niemieckiego przemysłu. Niemcy są potęgą w produkcji dóbr wysoko przetworzonych, zarówno dóbr inwestycyjnych i produkcyjnych, jak i dóbr użytkowych i konsumpcyjnych najwyższej jakości np. luksusowych samochodów. Oferują nie masowe, tanie, nietrwałe towary, lecz produkty, w których wytworzenie włożono najwięcej badań naukowych i myśli technicznej, reprezentujące najwyższy poziom technologiczny. Są to klasyczne, a jednocześnie najnowocześniejsze produkty przemysłowe, często trudno zastępowalne lub wręcz niezastępowalne, innymi słowy – prawie bezkonkurencyjne.
Niemiecki przemysł zawsze produkował rzeczy cieszące się wysokim popytem na świecie, a w ostatnich 25 latach popyt na nie jeszcze wzrósł. Miało to związek z dobrą koniunkturą w innych krajach, z otwarciem nowych rynków, z wysiłkami wielu krajów na rzecz rozwoju, modernizacji i uprzemysłowienia, co idealnie komponowało się z ofertą niemieckiego przemysłu. Chiny, Indie, Brazylia, Rosja, Europa pokomunistyczna i inne tzw. gospodarki wschodzące z tej oferty skorzystały. W tym sensie rzeczywiście powstała rzesza nowych klientów, którzy upodobali sobie właśnie towary niemieckie a nie inne.
Jeśli kogoś nurtuje pytanie, dlaczego Niemcy sprzedawali kiedyś i sprzedają dziś swoje produkty na całym świecie, to najprostsza odpowiedź brzmi: ponieważ ludzie w różnych krajach pragną tych produktów, z których wiele wyrobiło sobie markę przez kilka dziesięcioleci, i gotowi są za nie zapłacić. I to zapłacić mimo wysokich cen – sprzedaż niemieckich towarów jest mnie zależna od ceny niż sprzedaż towarów z innych krajów, ponieważ niemieckie wyroby mają szerszą rozpiętość marży i są – ze względu na swój charakter – bardziej zależne od dochodów potencjalnych klientów. O niemieckich produktach nie mówi się, że są drogie czy tanie lecz, że są „warte swojej ceny” (preiswert) czyli, że relacja ceny do jakości wyrobu jest korzystna dla klienta także wówczas, kiedy cena jest wysoka.
Nie od papierków z napisem euro, dolar, rubel czy złotówka zależy to, czy ktoś jest pożądanym partnerem handlowym, ale od tego, co ma innym do zaoferowania. Niemcy są takim partnerem, ponieważ ich przedsiębiorstwa działające w wielu ważnych branżach mają na sprzedaż produkty najwyższej jakości: maszyny, samochody osobowe i ciężarowe oraz części do nich, urządzenia techniczne i pomiarowe, narzędzia elektryczne i optyczne, wyroby chemiczne i papiernicze, wyroby dla przemysłu lotniczego, urządzenia do przetwarzania danych itd.
Jeśli – usunąwszy z głów banialuki o cudownym wpływie euro na niemiecki eksport – przyswoimy sobie te prostą, ale łatwo zapominaną prawdę, że jeśli chce się sprzedawać (eksportować) jakiś towar, to trzeba go najpierw wyprodukować, to zapytać możemy, jak to się dzieje, że Niemcy produkują towary poszukiwane na świecie. Cała „tajemnica” tkwi w strukturze i właściwościach systemu przemysłowego Niemiec.
Pierwszym filarem przemysłu niemieckiego (i eksportu) są wielkie, notowane na giełdzie, przedsiębiorstwa jak Siemens, BASF, Bayer, Thyssen-Krupp, koncerny samochodowe, wszystkie znakomicie zorganizowane, dysponujące zarówno świetnymi menedżerami, jak i wysoko wykwalifikowanymi pracownikami, stale rozwijające swoje produkty. Sztandarową branżą gospodarki niemieckiej jest przemysł samochodowy, mający swoją długą historię: samochód z silnikiem benzynowy wynaleziono w Niemczech w 1885; pionierami niemieckiego przemysłu samochodowego byli wynalazcy, konstruktorzy, inżynierowie i przemysłowcy jak Carl Benz, Gottlieb Daimler, Nicolaus August Otto czy Wilhelm Maybach. Mercedes ma ponad 100 lat, Porsche 80, miały, więc dostatecznie dużo czasu, aby dorobić się marki i klientów.
Jeśli za kryterium brać obroty to przemysł samochodowy jest najważniejszą gałęzią przemysłową Niemiec. Jego nadwyżki eksportowe dają ponad połowę wszystkich niemieckich nadwyżek eksportowych. Liczba wyprodukowanych samochodów w Niemczech i ich wywóz za granicę rosną od kilku dekad. Wspomnijmy tu choćby Volkswagena „Chrabąszcza”, który do 2003 roku, kiedy zaprzestano jego produkcji, był, z prawie 22 milionami sprzedanych sztuk, najlepiej sprzedawanym samochodem na świecie. Volkswagen nie potrzebował euro, żeby cieszyć się popytem w innych krajach. Już w sierpniu 1947 roku pierwsze volkswageny trafiły do Holandii, w następnym roku do Danii, Luksemburga, Szwecji, Belgii i Szwajcarii, a potem popularne „garbusy” spotkać można było na drogach i szosach całego świata.
Niemcy są dziś trzecim producentem aut osobowych na świecie, ok. 65% produkcji idzie na eksport, rośnie eksport aut zwłaszcza do Chin i USA. Chiny są dziś na piątym miejscu wśród odbiorców niemieckich samochodów – najwięcej kupują Brytyjczycy, potem Amerykanie, Włosi i Francuzi. Francja produkowała w 2001 roku dwa miliony samochodów, czyli tyle co przed 10 laty, natomiast niemieccy producenci zwiększyli w tym okresie produkcję o 50% do 5,5 miliona sztuk. W liczbie eksportowanych aut Niemcy zajmują bądź pierwsze bądź drugie miejsce za Japonią, ale ich obroty są wyższe, ponieważ sprzedają najwięcej aut luksusowych – ponad 80% samochodów na tym rynku to limuzyny niemieckie. To, czy w Niemczech walutą jest marka czy euro nie miało i nie najmniejszego znaczenia dla sprzedaży niemieckich samochodów. Co więc miało znaczenie? Znakomita oferta, jakość wykończenia i materiałów, precyzja detalu i powierzchni, dobre wyposażenie, solidność wykonania, dobrze zorganizowany serwis, bezproblemowe dostawy części zamiennych. No i oczywiście stałe ulepszanie pojazdów pod względem technologicznym, co nie powinno dziwić, gdyż koncerny samochodowe wydały w 2009 roku 22,1 mld euro na badania i rozwój – sumę stanowiącą 40% wszystkich takich wydatków w całej niemieckiej gospodarce.
Weźmy inny przemysł – maszynowy, drugą po samochodowej największą niemiecką branżę eksportową. Żaden inny kraj nie sprzedaje na świecie tylu maszyn co Niemcy. 75% niemieckiej produkcji branży maszynowej kupują odbiorcy zagraniczni. Co piąty niemiecki budowniczy maszyn jest w swoim segmencie sprzedaży czołową marką na świecie. Z pewną przesadą można by powiedzieć, że bez niemieckich maszyn produkcja w wielu istotnych sektorach gospodarki byłaby na świecie niemożliwa. Choć w branży maszynowej działają też wielkie i duże firmy, to charakterystyczne są dla niej przedsiębiorstwa średniej wielkości (niem. Mittelstand), spośród których część wysyła swoje produkty na cały świat. Dotyczy to także średnich firm w innych dziedzinach przemysłu. Oczywiście, takie przedsiębiorstwa istnieją również w innych krajach Europy i Ameryki, ale nigdzie na świecie nie ma ich tyle co w Niemczech. Nie ma świecie innego kraju poza Niemcami, w którym istniałoby tyle małych i średnich zakładów produkujących na rynek światowy. Mittelstand stanowi kręgosłup niemieckiej gospodarki, podczas gdy w innych krajach przeważają duże koncerny i – o wiele mniej dynamiczne – firmy małe (poniżej 10 pracowników).
W tych średnich firmach najwyraźniej dostrzec można cechy i właściwości przemysłu niemieckiego stanowiące o sukcesie niemieckich produktów na całym świecie. Najbardziej aktywny, twórczy i produktywny segment niemieckiego Mittelstandu tworzy 1000-1500 firm należących do liderów rynku światowego (Weltmarktführer) czyli tych, które to zajmują na rynku światowym 1, 2 lub 3 miejsce lub są numerem 1 w Europie – w 2008 roku było ponad 1100 takich niemieckich przedsiębiorstw (ich strukturę i sposób funkcjonowania opisali najpełniej niemieccy ekonomiści Hermann Simon i Bernd Venohr).
Specjalizują się one w pewnym małym segmencie rynkowym, koncentrując się na produkcji wyrobów najwyższej jakości, o określonym specyficznym profilu, co umożliwia im zdominowanie wysoko wyspecjalizowanych globalnych nisz rynkowych – przy specyficznym, wyjątkowym profilu produkcji rynek krajowy jest dla nich za mały. Często same te nisze tworzą planując, projektując, konstruując i wyrabiając w całości – aż po najmniejsze części i detale – unikalne produkty, które same wprowadziły na rynek jako własne wynalazki, innowacje i udoskonalenia techniczne. Kierują swój produkt do określonych grup nabywców, wykonują specjalne zamówienia, produkują „na miarę”. 90% z nich to zakłady przemysłowe, a nie handlowe czy czysto usługowe, aczkolwiek często oferują usługi odnoszące się do produktów przez siebie wyrabianych (planowanie, doradzanie, sprzedaż, obsługa, serwis, konserwacja itd.) Cechuje je ponadprzeciętna zdolność przetrwania na rynku, średnio ok. 60 procent ich zysków pochodzi z eksportu. Są aktywne w wielu krajach, często na wszystkich kontynentach, posiadają filie zagranicą, tworzą sieci serwisowe na świecie. Ich udział w niemieckim eksporcie wynosi 30%, podczas gdy udział koncernów to 60%, zaś małych firm – 10%.
Liczą średnio 680 pracowników, często mają siedziby na prowincji, w małych miastach i miasteczkach lub na wsi – nazywa się je czasami hidden champions, ponieważ są relatywnie mało znane i nie szukają publicity. Na przykład fabryka maszyn Berthold Hermle AG, znajdująca się w absolutnej czołówce światowej w produkcji superprecyzyjnych frezarek dla różnych gałęzi przemysłu, ma swoja siedzibę w liczącej 4 tysiące mieszkańców miejscowości Gosenheim, Beckhoff Industrie Elektronik (technika automatyzacyjna, technika sterowania, elektronika) w Verl (25 000 mieszkańców), Sennheiser Electronic (mikrofony i słuchawki) w Wennebostel – wsi w gminie Wedemark koło Hanoweru; siedziba Mobotix AG, pierwszej na świecie w systemach wideo i kamerach przemysłowych o najwyższej rozdzielczości, mieści się w małej wiosce Langmeil.
Są to przeważnie, choć nie tylko, firmy rodzinne, w niektórych przypadkach przez kilka pokoleń należące do jednej rodziny, przy czym rodzinna własność łączy się najczęściej z zatrudnieniem wysokiej klasy menedżerów pochodzących spoza rodziny. Założycielami, właścicielami i menedżerami są, w ponadprzeciętnej liczbie, inżynierowie i naukowcy z nauk przyrodniczych i ścisłych. Na czele ponad połowy niemieckich firm z Mittelstandu przodujących na rynkach światowych stoi inżynier. Na badania i rozwój przeznaczają one średnio 5% zysków, czyli więcej niż wielkie koncerny. Wiele z nich opiera swoją działalność na własnych patentach i pionierskich wynalazkach, które stale, by tak rzec, codziennie, są ulepszane i rozwijane; trwa w nich ciągła praca nad produktem, usługą i serwisem, nad wprowadzeniem nowych procedur i metod, nad optymalizacją procesów produkcyjnych.
Mająca swoją siedzibę w liczącej 27 000 mieszkańców miejscowości Winneden, firma Kärcher, światowy lider w produkcji urządzeń czyszczących (obecnie jest to już duża firma zatrudniająca 7000 pracowników, ale będąca typową firmą Mittelstandu) zaczęła od skonstruowania w 1950 roku wysokociśnieniowego urządzenia czyszczącego przy użyciu gorącej wody. Założyciel firmy Alfred Kärcher był przedsiębiorcą, wynalazcą, konstruktorem, wiecznym „majsterkowiczem” stale pracującym nad udoskonaleniem i rozwinięciem swoich produktów. Od chwili swojego założenia firma Kärcher zgłosiła 1200 patentów.
Kto rzeczywiście chciałby dociec, skąd biorą się sukcesy niemieckich przedsiębiorstw Mittelstandu, dlaczego ich produkty kupowane na całym świecie, ten zamiast doszukiwać się przyczyn w zmianie koloru banknotów, powinien postarać się dostrzec inne czynniki takie jak: sztuka inżynierska na najwyższym poziomie, techniczna wyobraźnia, duch wynalazczości, wysoka innowacyjność, stały postęp technologiczny, efektywność operacyjna na niezwykle wysokim poziomie, najwyższa klasa światowa w kluczowych procesach produkcyjnych, pełna identyfikacja właściciela z firmą i jej losem, głębokie duchowe zaangażowanie we własne przedsiębiorstwo jako stworzone przez siebie dzieło (nie tyle „miłość do pieniądza”, co „miłość do przedsiębiorstwa”, której ubocznym skutkiem są pieniądze), nieustanna aktywność, koncentracja wysiłku i pracy na osiągnięciu jak najlepszego rezultatu, kierowanie się zasadą „wartość i jakość a nie cena zwyciężają”, wola zwycięstwa w konkurencji poprzez wytworzenie najlepszego produktu, kult jakości, perfekcjonizm. Do tego dochodzi specyficznie niemieckie zamiłowanie do budowy systemów.
Wymieńmy inne czynniki: wysoka kultura przedsiębiorczości, dobra komunikacja, współpraca i organizacja pracy wewnątrz przedsiębiorstwa (niektórzy badacze mówią nawet o unikalnym niemieckim modelu kierowania firmą). Właściciel (i menedżer) uważnie przypatruje się temu, co się dzieje w przedsiębiorstwie, wsłuchuje się w to, co na temat funkcjonowania i organizacji firmy mają do powiedzenia pracownicy, sam jest nich wzorem pracowitości i poświęcenia dla przedsiębiorstwa, wyznacza cele i cały czas, osobiście, troszczy się, aby nie zbaczać z drogi do wyznaczonego celu, dba o„kapitał ludzki”, o kwalifikacje i kompetencje załogi (wiele firm kształci własnych uczniów). Celem jest wytworzenie u pracowników wszystkich szczebli wzajemnego zaufania, identyfikacji z firmą i poczucia odpowiedzialności za jej los.
I wreszcie nie należy zapominać o (stereo)typowych cnotach niemieckich, których praktykowanie , w większym lub mniejszym zakresie, obowiązuje całą załogę od właściciela i menedżera przez średni personel techniczny po robotników – dyscyplina, wydajność, zamiłowanie do porządku, punktualność, pilność, zmysł organizacji, obowiązkowość, dokładność (wręcz pedantyzm), solidność, oszczędność. Są one wprawdzie dzisiaj rzadsze niż kiedyś, ale nadal pozostają (relatywnie) bardziej rozpowszechnione niż gdzie indziej w Europie.
Podsumowując: kluczem do niemieckiego sukcesu, do przewagi konkurencyjnej na rynkach światowych nie są triki z walutą, lecz wydajny, produktywny, efektywny, wyspecjalizowany sektorowo, znakomicie zorganizowany, prężny system przemysłowy, który cechuje wysoka innowacyjność, stały postęp techniczny, bardzo wysoki wkład badań naukowych w produkt, wysokie (wyższe niż gdzie indziej) morale pracy, przemysł produkujący wyroby high-tech przewyższające produkty z innych krajów jakością i niezawodnością. W ostatecznej instancji zawsze decyduje to, czy dany wyrób jest „preiswert”. Uwzględnić trzeba również fakt, że Niemcy należą do najbardziej kapitałotwórczych krajów na świecie, poziom oszczędności jest bardzo wysoki – Niemcy odkładają ok. 17% swoich dochodów oddawanych do dyspozycji przemysłowi.
Miejmy też na uwadze, iż Niemcy są – historycznie rzecz biorąc – od końca XIX wieku czołową siła gospodarczą i technologiczną Europy i świata, dziś wprawdzie osłabioną dwoma przegranymi wojnami światowymi, zwłaszcza drugą, ale nadal zachowującymi ten status. Dlatego to Niemcy wypracowują dziś jedną czwartą PKB całej Europy i dlatego od dziesięcioleci znakomicie sobie radzą na rynkach światowych. Przypomnijmy tutaj, że w 1887 roku parlament angielski przyjął ustawę o znakach handlowych (Merchandise Marks Act), która przewidywała, że na towarach powinna być umieszczona informacja o tym, z jakiego kraju pochodzą. Było to posunięcie wymierzone przede wszystkim przeciwko rosnącej konkurencji wyrobów z Rzeszy Niemieckiej. Angielski nabywca miał wiedzieć, że kupuje towar importowany, czyli z założenia gorszy niż angielski. Znak „Made in Germany“ miał informować nabywcę, że towar jest wprawdzie tańszy, ale gorszej jakości. Jednak z czasem to, co miało w intencji pomysłodawców wskazywać na lichy towar i wywoływać negatywne reakcje u klientów, nabrało przeciwnego znaczenia. „Made in Germany” stało się znakiem wysokiej, jakości i takim pozostaje do dziś.
Wielu ludzi w Polsce nie potrafi sobie psychologicznie poradzić z faktem, że Niemcy – ci „źli, brzydcy Niemcy”, którzy przegrali dwie wojny światowe, dokonali różnych złych rzeczy, skrzywdzili inne narody – odbudowali się, wysforowali na czoło, wygrywają konkurencję z prawie wszystkimi krajami na świecie i mają najsilniejszą gospodarkę w Europie. W ich oczach jest to krzycząca dziejowa niesprawiedliwość i zarazem coś racjonalnie niewyjaśnialnego; zarówno ich poczucie moralne, jak i rozum faktu tego nie chcą zaakceptować. Dlatego, aby zracjonalizować jakoś to, co niesprawiedliwe i niepojmowalne, usilnie starają się wykryć jakiś „brudny trik”, którym posługują się Niemcy wygrywający z innymi na polu gospodarczym. Powtarza się przeto bajkę, że ludzie w na całym świecie tak chętnie kupują niemieckie wyroby, ponieważ istnieje… waluta wspólna dla 17 europejskich krajów (pomijam tu pojawiające się czasami w tekstach naszych publicystów horrendalne brednie, że swoją pozycję gospodarczą Niemcy zawdzięczają „Planowi Marshalla” albo gastarbeiterom). Swoich sukcesów gospodarczych Niemcy nie mogą tak po prostu zawdzięczać temu, kim są i jak działają, muszą one mieć źródło w „nieuczciwej konkurencji”, „machinacjach walutowych”, „drenowaniu” innych, czyli, mówiąc wprost, muszą pochodzić z jakiejś formy „wyzysku”, „oszustwa”, „kradzieży”, których ofiarą padają inni. Psychologicznym źródłem tego typu myślenia jest zawiść, stymulująca niechęć lub wręcz nienawiść do „perfidnych szwabów”, winnych temu, że innym gorzej się wiedzie. Jak zawsze jest to błędne koło: zawiść wobec tych, którzy lepiej sobie radzą dzięki swoim talentom i wysiłkom, hamuje i osłabia twórcze ambicje zawistników, przez co radzą sobie oni jeszcze gorzej, więc ich zawiść wobec wygrywających konkurencję rośnie itd.
Zamiast propagandy bazującej na błędnych założeniach i odwołującej się do niskich emocji, wprowadzającej w błąd co do prawdziwych przyczyn procesów i zjawisk gospodarczych, spychającej nasze myślenie na poziom ludów prymitywnych: „mam niższe zbiory, ponieważ sąsiad ma wyższe” albo „mam niższe zbiory, bo sąsiad rzucił na nie urok”, należy wydobyć z zapomnienia stare prawdy, że źródłem powodzenia w produkcji i handlu oraz wzrostu zamożności są przemyślność, praca i oszczędność a nie emitowanie niebieskich zamiast czerwonych papierków. Czas powrócić do kultu produkcji i „dobrej roboty”, promować produktywizm i dobrą organizację pracy, punktualność i dokładność, położyć nacisk na szkolnictwo zawodowe i techniczne, rozbudzać od dziecka zainteresowanie dla nauk ścisłych, przyrodniczych i technicznych. Pod tym względem Niemcy są wzorem godnym naśladowania, powinniśmy się od nich uczyć i próbować dorównać, zamiast pogrążać się w „bezsilnych złorzeczeniach”, które nie tylko kierują nasze myślenie na intelektualne manowce i wypaczają obraz świata wokół nas, ale także niszczą nas duchowo.
EUROPEJSKA UNIA WALUTOWA JAKO SYSTEM SOCJALISTYCZNEJ REDYSTRYBUCJI KOSZTEM NIEMIEC
Utworzenie wspólnej waluty dla kilkunastu krajów Europy było podjętym na wielką, de facto kontynentalną, skalę eksperymentem polityczno-ekonomicznym, formą interwencji państwowej o zakresie i głębokości skłaniających od początku wielu ludzi – ekonomistów, publicystów ekonomicznych i dziennikarzy – do pytania, kto i jakie koszty tego eksperymentu poniesie. Zawsze bowiem, kiedy takie interwencje się podejmuje, ktoś na nich zyskuje a ktoś traci. Rzecz prosta, zidentyfikowanie beneficjentów i przegranych nie jest łatwe, zwłaszcza na początku eksperymentu. Zdarza się i tak, że początkowi beneficjenci z czasem okazują się przegranymi. Ponadto należy mieć na uwadze, że podział na beneficjentów i przegranych nie przebiega wzdłuż granic narodowych. Istnieją wszak mechanizmy powodujące, że w tym samym kraju jedni znajdą się w grupie beneficjentów, zaś drudzy trafią do grupy przegranych. Mówiąc więc, że coś dzieje się „kosztem Niemców”, mamy na myśli nie członków elity rządzącej, bankierów, szefów wielkich korporacji cieszących się specjalnymi względami polityków, lecz „zwyczajnych Niemców”, przedsiębiorców, robotników, przedstawicieli wolnych zawodów, rzemieślników, kupców, rolników itd. Ci „zwyczajni Niemcy”, ludzie pracy realnej, swoim codziennym wysiłkiem i działalnością gospodarczą wypracowują środki i wartości ekonomiczne, ściągane od nich w postaci podatków przeznaczonych potem na finansowanie ekonomicznych eksperymentów. To na nich spadają negatywne konsekwencje unii monetarnej, która jako interwencja zmieniająca cały europejski ład walutowy, a zatem i gospodarczo-finansowy, takie konsekwencje ze sobą niesie. Twórcy unii monetarnej ich nie przewidywali lub je bagatelizowali przedstawiając i reklamując swoje działanie jako wyłącznie dobroczynne, nie kłopocząc się o ewentualne mniej dobroczynne skutki dla „zwyczajnych Europejczyków”.
Europejska unia monetarna polega na scentralizowaniu polityki pieniężnej i kursowej dla kilkunastu krajów o zróżnicowanym poziomie rozwoju gospodarczego; w jej wyniku nastąpiła walutowa integracja strukturalnie odmiennych gospodarek narodowych i rynków finansowych. Pieczę nad nią objął Europejski Bank Centralny będący w istocie spółką banków centralnych krajów strefy euro.Dla powstania i istnienia europejskiej unii walutowej niezbędna była w niej obecność, najsilniejszych finansowo i ekonomicznie Niemcom. Natomiast Niemcom nie była ona do niczego potrzebna – w systemie marki niemieckiej przez kilka dziesięcioleci odnosili sukcesy w sferze gospodarcze zajmując pozycję w ścisłej czołówce największych producentów i eksporterów świata. Bez Niemiec nie można sobie wyobrazić istnienia i funkcjonowania unii monetarnej. To marka niemiecka, najsilniejsza i najstabilniejsza waluta Europy stanowiła fundament, na którym zbudowano euro. Ci, którzy bez ustanku głoszą, że Niemcy są największymi beneficjentami unii walutowej, powinni sobie odpowiedzieć na dwa proste pytania. Czy jeśli dobrze prosperująca firma mająca jednego właściciela (czyli Niemców z ich marką i Bundesbankiem) wejdzie do spółki razem z gorzej prosperującymi, często zadłużonymi wspólnikami, to kto odniesie z tego korzyść? Czy jeśli biedniejsi współwłaściciele spółki przejmą takie same udziały, uzyskają równe prawo głosu i decyzji na posiedzeniach zebrania wspólników czy zarządu spółki, będą kontrolować zasoby spółki i określać jej politykę ekonomiczną i finansową, to kto odniesie większą korzyść: ten, który wniósł najwięcej zasobów do majątku spółki czy jego wspólnicy? Są to pytania czysto retoryczne.
Wspólna waluta mogła powstać tylko dlatego, że Niemcy wnieśli masę stabilizacyjną swojej marki do systemu euro i przyjęli na siebie ciężar utrzymania jego siły nabywczej wobec wierzycieli z innych państw. W momencie utworzenia unii walutowej Niemcy niejako podarowały innym jej uczestnikom swoje niskie stopy procentowe, swoją niską rentowność obligacji. Podzieliły się z krajami Europy B swoją wiarygodnością kredytową. Kredyty w pesetach czy drachmach były droższe ze względu na ryzyko deprecjacji czy dewaluacji waluty: kredytodawcy żądali dodatkowej premii za to ryzyko. Wraz z wprowadzeniem jednolitej waluty europejskiej dla krajów Europy B odpadło ryzyko kursowe i wraz z nim zniknął narzut – dodatkowa opłata w oprocentowaniu. Kredyty staniały, choć na płaszczyźnie realnej gospodarki wszystko pozostało po staremu. Poprzez wprowadzenie euro i zniesienie płynnych kursów wymiany walut wyrażających różnice pomiędzy gospodarkami Niemiec i krajami Europy B, sztucznie „utwardzono” miękkie, w przeszłości często podlegające deprecjacjom i dewaluacjom waluty. Zaufanie, jakie świat miał do marki niemieckiej, przeniesiono na całe euro, także euro znajdujące się w rękach Greków czy Portugalczyków.
Wspólna waluta wprowadzała mechanizm redystrybucji na rzecz Europy B poprzez przekazanie jej wiarygodności kredytowej Niemiec, sztuczne obniżenie podstawowych stóp procentowych, sztuczne obniżenie kosztów zaciągania długów rządowych w formie obligacji; był to transfer niesformalizowany, niewidoczny, ukryty w samym mechanizmie i samej strukturze wspólnej waluty i wspólnej polityki pieniężnej. Mówi się dzisiaj, że jedną z przyczyn kryzysu w strefie euro jest fakt, iż w unii monetarnej znalazły się kraje o różnych poziomach gospodarczych. Tymczasem chodziło właśnie o to, żeby dzięki euro podciągnąć w górę biedniejsze kraje kosztem bogatszych. Było to pomyślane jako szczególnego rodzaju program redystrybucji bogactwa, głównie bogactwa Niemiec, najbogatszego i najbardziej gospodarczo rozwiniętego kraju w Europie. Cała strefa euro była od początku zakamuflowaną „unią przelewów”, metodą na wyrównanie poziomu gospodarczego w jej krajach członkowskich. Rzecz prosta, skutki tego eksperymentu realizującego ideały równości na kontynentalną skalę okazały się odwrotne do zamierzonych.
Wprowadzenie wspólnej waluty oznaczało ustanowienie jednolitych stóp procentowych dla całej strefy, co mogło się dokonać tylko poprzez uśrednienie – niższe stopy procentowe w Niemczech ze wszystkimi tego dobroczynnymi konsekwencjami dla gospodarki, dla inwestycji itd., musiały wzrosnąć, kiedy połączyły się z wyższymi stopami procentowymi w Hiszpanii, Grecji, Włoszech etc. Jest nieistotne, że wzrost ten mógł być tylko relatywny, istotne jest to, że w okresie marki Niemcy miały przewagę dzięki niższym kosztom refinansowania. Wraz z ustanowieniem unii monetarnej ta korzyść dla Niemców przepadła. Nastąpiła standaryzacja na niższy niemiecki poziom, także w tych krajach, gdzie stopy powinny być wyższe ze względu na niższą stopę oszczędności, wyższą inflację, deficyty w handlu zagranicznym czy szerzej na rachunku obrotów bieżących, mniejsze oszczędności, mniejszą produktywność, wyższe koszty pracy itd.
W strefie euro powstał system zafałszowanej konkurencji na rynku kapitałowym, uprzywilejowujący państwa o niższej efektywności gospodarczej (Europę B). Niższe stopy procentowe nie miały żadnego uzasadnienia w fundamentach ekonomicznych i wynikały jedynie z arbitralnej decyzji Europejskiego Banku Centralnego. Inflacja była w Europie B wyższa niż w Niemczech, dlatego realne stopy procentowe były tam odpowiednio niższe, częściowo nawet negatywne (spadły poniżej zera). W latach 1999-2008 realne stopy procentowe w krajach Europy B były niższe niż w Niemczech.
Jak przedstawił to Phillip Bagus w swojej znakomitej książce Tragedia euro, unia walutowa stała się odpowiednikiem wspólnego pastwiska, gdzie koszty nadmiernego wypasania jakie za pomocą wyższej inflacji, wyższego zadłużenia, wyższego deficytu budżetowego, wyższego deficytu handlowego, wyższego deficytu na rachunku obrotów bieżących prowadzą kraje o słabszej efektywności gospodarczej, były i będą przerzucane na kraje Europy A (przede wszystkim Niemcy), czyli kraje o niższej inflacji, niższym zadłużeniu, niższym deficycie budżetowym, z nadwyżkami w handlu międzynarodowym i na rachunku obrotów bieżących.
W strukturę unii walutowej wpisany jest mechanizm redystrybucji zasobów z Europy A (głównie Niemiec) do Europy B, czyli drenowane ma być centrum na rzecz peryferii: wspólna scentralizowana polityka pieniężna była potężnym programem stymulowania koniunktury w krajach, które wcześniej miały wyższe stopy procentowe. Ustanowienie jednolitej stopy procentowej dla całej strefy spowodowało, że stopy procentowe w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji spadły, mimo iż nie nastąpił tam ani wzrost produktywności, ani zasobów oszczędności. Wiarygodność kredytową Niemiec przeniesiono na kraje Europy B, dzięki czemu spadła tam stopa przychodu z obligacji emitowanych przez rządy. Już w 1998 roku, kiedy zbliżał się moment wprowadzenia euro, rentowność 10- letnich obligacji Włoch, Portugalii, Hiszpanii, Irlandii (od 2001 roku Grecji), których oprocentowanie wcześniej były znacznie wyższe niż niemieckie, spadła na poziom niemiecki. Tym samym rządy tych państw mogły zaciągać długi na niższy procent niż ten, jaki musiały płacić wtedy, kiedy miały swoje własne waluty.
W strefie euro przyjęto zasadę, że obligacje państw całej strefy nie mogą nie zostać spłacone, potraktowano je wszystkie jako absolutnie pewne, dlatego banki nie musiały wykazywać odpowiedniego poziomu kapitału własnego jako bufora ryzyka. Europejski Bank Centralny nie czynił różnicy w traktowaniu obligacji rządowych państw strefy, które banki komercyjne wkładały jako zabezpieczenie przy pożyczaniu pieniądza. To uczyniło obligacje słabszych państw strefy euro tak samo atrakcyjnymi dla nabywców jak obligacje niemieckie, ponieważ banki i inni inwestorzy zakładali, że obligacje greckie czy hiszpańskie są tak samo bezpieczne jak niemieckie. Innymi słowy przez 10 lat istniały, nie formalne wprawdzie, lecz realne euroobligacje, ponieważ dla inwestorów wszystkie obligacje emitowane w euro były pewne, ich rentowność od Grecji po Finlandię była na tym samym poziomie. Wprawdzie nadal w strefie euro pewną rolę odgrywała „zdolność kredytowa” kraju emitującego obligacje, jednakże odpadło specyficzne ryzyko powiązane z danym krajem, ponieważ znajdował się on teraz w strefie euro, której istnienie gwarantują Niemcy, więc traktuje się go jak pozostałych (czyt. Niemcy).
W przeszłości, jeśli dany kraj prowadził złą politykę finansową i ekonomiczną, żądano od niego wyższych odsetek od obligacji, ponieważ ryzyko, że nie zostaną wykupione, rosło. W unii walutowej ta dyscyplinująca funkcja nabywców, którzy reagowali odpowiednio rosnących do obaw o swoje pieniądze, podrażająca obligacje i sprowadzająca rząd na właściwy kurs, rozwodniła się, rozmiękczyła, rozmyła w całej strefie, ponieważ oceniano całość strefy a nie pojedyncze kraje. Przed powstaniem unii walutowej ryzyko, że pojedyncze rządy staną się niewypłacalne lub nie będą chciały spłacić swoich długów, odzwierciedlało się w wysokości oprocentowania rządowych obligacji; po wprowadzeniu euro różnice zanikły. Chociaż unia walutowa sama w sobie nie powinna zmienić (podwyższyć) wiarygodności dłużników, gdyż przyjęto (na papierze) zasadę, że w unii żaden rząd nie odpowiada za długi innych rządów, to jednak inwestorzy wychodzili z założenia, że de facto powstał związek państw solidarnie odpowiadających za długi. I nie pomylili się. Słusznie bowiem przewidywali, że ktoś będzie musiał utrzymać stabilność wspólnej waluty i być gwarantem wypłacalności całej unii. Tym kimś były oczywiście Niemcy, najsilniejszy gospodarczo i finansowo kraj Europy,
Jak dzisiaj wiemy, a przed czym od dawna ostrzegali niezależni ekonomiści, wspólna, scentralizowana polityka pieniężna (jednolite stopy procentowe dla wszystkich krajów, zniesienie płynności kursów walutowych, równa stopa przychodu z obligacji) stała się pułapką zadłużeniową dla krajów Europy B, które dzięki przyjęciu euro zyskały międzynarodową wiarygodność kredytową (co zawdzięczały międzynarodowej wiarygodności kredytowej Niemiec), a więc łatwy dostęp do taniego kredytu. Spadło tam ryzyko inwestycji dla inwestorów kapitału, popłynęły więc tam strumienie kapitału z Niemiec i z innych krajów. Kraje Europy B były beneficjentami unii jako importerzy kapitałów, ale w rzeczywistości tworzyła się tam inflacyjna bańka kredytowa, która w końcu pękła, pogrążając je w kryzysie.
Efektem wprowadzenia euro, a właściwie wprowadzenia jednolitej, scentralizowanej polityki pieniężnej, było sztuczne zaniżenie stóp procentowych i wyrównanie stopy przychodu obligacji. Unia walutowa pełniła rolę lewara, za pomocą którego podniesiono kraje Europy B do poziomu niemieckiego, umożliwiając im ekspansywną politykę budżetową i gospodarczą. Kredyty w krajach o dawnej słabej walucie stały się nagle tanie jak nigdy dotąd, więc zarówno rządy, jak banki, przedsiębiorstwa i pojedynczy ludzie sięgnęli po nie. Duże importy kapitału wywołały w tych krajach kredytowy boom i „papierową” koniunkturę – boom ekonomiczny (inwestycyjny, budowlany, konsumpcyjny) bez wzrostu produktywności, wzrost gospodarczy bez realnego rozwoju; na narkotyku taniego pieniądza, wzrastały płace i zatrudnienie, rozbudowywano państwo socjalne i biurokrację, inwestowano w infrastrukturę.
Kraje Europy B, gdzie przy pomocy instrumentów polityki pieniężnej zwiększono sztucznie siłę nabywczą obywateli, przedsiębiorstw, banków i rządów, wywołując napędzany kredytem wzrost popytu, mogły się dzięki temu „rozhulać z importem”, ba, „zalać swoje rynki importowanymi towarami”, w dużej mierze niemieckimi, na co wcześniej nie mogłyby sobie pozwolić. Rządy krajów Europy B bez najmniejszego wysiłku, nie zmieniając niczego w systemie gospodarczym mogły zaoszczędzić na odsetkach, które byłyby wyższe gdyby pozostały przy lirze czy drachmie. Euro otwarło rządom Europy B dogodną drogę finansowania wydatków.
Zauważmy tutaj, że wielokrotnie podczas dyskusji o wspólnej walucie wielokrotnie wysuwa się argument, iż np. Grecja nie może, niestety, zdewaluować euro tak jak czyniła to z drachmą, ponieważ obecnie nie sprawuje samodzielnej kontroli nad swoim pieniądzem. Gdyby mogła, to by zdewaluowała, aby „podnieść konkurencyjność” swoich towarów. Jak pisaliśmy wyżej, dewaluacja drachmy jest konieczna po prostu z tego względu, że jej wysoki kurs (w postaci euro) nie odpowiada realiom ekonomicznym Grecji i jej stosunkom handlowym z innymi krajami (sama dewaluacja spowoduje, jak wiadomo, podrożenie importu, więc jej rola jako „wzmocnienie konkurencyjności” jest iluzoryczna). Nie można mieć wszystkiego naraz: kraje Europy B chciały euro a więc niskich stóp procentowych i niskiej rentowności obligacji, aby móc się tanio zadłużać, ale jednocześnie musiały zaakceptować, że nie od nich zależy dewaluowanie swojej waluty; kiedyś mogły sobie dewaluować walutę co tydzień, ale dlatego też ich wiarygodność kredytowa była niska, stopy procentowe – wysokie, rentowność obligacji – wysoka, dostęp do kapitału – utrudniony. Czasami ma się wrażenie, jakby nasi publicyści zakładali (teoretycznie), że problem dałoby się rozwiązać metodą, której porzucenie było warunkiem tego, aby można było korzystać z taniego kredytu i zaciągać długi na niski procent.
Mechanizmy monetarne funkcjonujące w strefie euro umożliwiły boom importowy, ponieważ takie państwa jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia, mimo iż realnie niewiele się w nich pod względem gospodarczym zmieniło, mogły sobie teraz pozwolić na zwiększony zakup towarów zagranicą. Wzrósł więc także import z Niemiec. Tu leżą źródła wzrostu importu niemieckiego do krajów Europy B, w których dzięki wspólnej walucie nastąpił relatywny (finansowany kredytem) wzrost dobrobytu tzn. zwiększono sztucznie siłę nabywczą obywateli i przedsiębiorstw. Otrzymały one swoistą dywidendę z tytułu przynależności do strefy euro, tyle tylko, że dywidenda nie bierze się – jak wiadomo – z powietrza, tylko ktoś musi ja wypracować. Wypracowali ją „zwyczajni Niemcy” (jak również Holendrzy, Austriacy, Finowie).
W roku 2000 Grecja importowała z Niemiec towary za 6,5 mld, a w 2009 za ok. 8 mld euro. W tym samym czasie grecki eksport do Niemiec pozostawał na poziomie mniej więcej 2 mld euro, czyli stale rosła nadwyżka zakupów Grecji nad sprzedażą. Podobna sytuacja była w Portugalii i w innych krajach Europy B, które „zalewały swoje rynki importowanymi towarami z Niemiec”, ale jednocześnie same „nie zalewały Niemiec swoimi towarami” w odpowiedniej ilości. W rezultacie miały duże, kumulujące się z roku na rok, nadwyżki importowe. Zatem zasadnicze pytanie, które należy zadać to nie, dlaczego Niemcy mieli nadwyżki eksportowe, dlaczego rósł eksport (sprzedaż) ich towarów do Grecji, gdzie cieszyły się zawsze dobrą sławą, ale jak doszło do tego, że nagle, nie wiadomo jak i skąd, Grecy wzięli pieniądze na zwiększony import (kupno) niemieckich towarów. Jak to było możliwe, że „rozhulali się z importem” i zaczęli „zalewać swój kraj importowanymi towarami”? Jak to jest możliwe, że ktoś kupuje więcej niż sam sprzedaje? Fakt, że ktoś sprzedaje więcej niż kupuje, nie jest niczym tajemniczym, natomiast wyjaśnienia wymaga sytuacja, kiedy ktoś może kupować więcej niż sam sprzedaje
Wyjaśnienia szukać należy w tym, o czym co pisaliśmy wyżej: dzięki wspólnej polityce monetarnej Grecy mogli przez kilka lat zaciągać tanio kredyty, finansując w ten sposób lukę pomiędzy wartością swojej sprzedaży (eksportu) a wartością zakupów (importu). Nie istnieje żaden inny czarodziejski sposób pozwalający na to, żeby ktoś mógł kupować (importować) jakieś towary jednocześnie nie sprzedając (eksportując) odpowiednio wielu własnych towarów. Przedsiębiorstwa, konsumenci, rządy, banki w krajach Europy B mogły się zadłużać; wcześniej nie mogłyby tego robić w takim zakresie, teraz zaciągały kredyty i zalewały swój rynek towarami niemieckim, zaś kredytów na zakup niemieckich towarów udziały hojnie miliardami euro m.in. niemieckie banki i instytucje finansowe, towarzystwa emerytalne, ubezpieczeniowe etc. Innymi słowy wysokie nadwyżki importowe krajów Europy B były możliwe m.in. dlatego, że również Niemcy pożyczali im pieniądze, za które te kraje finansowały swój import. Strumienie kapitałów z Niemiec finansowały deficyty w handlu zagranicznym krajów Europy B. Upraszczając rzecz całą , można powiedzieć, że Niemcy sami opłacali (częściowo) swój eksport . Do krajów Europy B, dokąd płynęły niemieckie realne towary i produkty, a skąd do Niemiec płynął „papier”: papiery wartościowe, obligacje, gwarancje hipoteczne itp.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby kredyty zaciągnięte na pokrycie zwiększonego importu zostały spłacone. Tymczasem okazuje się dziś, że nabywcy towarów i produktów są niewypłacalni, towary zostały już skonsumowane, ale wierzytelności pozostały do spłacenia. Jeśli dłużnicy nie spłacą swoich długów, to zagrożone bankructwem mogą być niemieckie banki i inne instytucje finansowe. Żeby do tego nie dopuścić rząd Niemiec chce przekazać dłużnikom pieniądze na spłacenie długów. A skąd rząd niemiecki weźmie na to miliardy euro? Oczywiście z budżetu. Na końcu okaże się, że niemieccy – głównie wielcy – eksporterzy wprawdzie zapłatę za swoje wyeksportowane towary już skasowali, ale rachunek zapłacą ostatecznie „zwykli Niemcy” – podatnicy, czyli „pożyczkodawcy ostatniej instancji”, czy też raczej „dawcy ostatniej instancji”.
Powtarza się dzisiaj, że strefa euro przeżywa kłopoty, ponieważ połączono w niej kraje o różnym poziomie gospodarczym. Przypomnieć należy, że to połączenie nie było jakimś niezamierzonym błędem, wprost przeciwnie, wynikało z przyjętego planu. Głównym celem unii walutowej było wszak obniżenie kosztów pozyskiwania kapitału w krajach zadłużonych, o słabszej gospodarce i niższej produktywności poprzez obniżenie podstawowych stóp procentowych i obniżenie kosztów zaciągania długów rządowych w formie obligacji, aby w ten sposób pomóc im „dogonić” Europę A. Jednakże w ostatecznym rozrachunku to subwencjonowanie Europy B okazało się czystym transferem siły nabywczej do tych, którzy mieli mniej towarów na wymianę, i umożliwiło w krajach subwencjonowanych wzrost konsumpcji bez wzrostu produkcji, wzrost importu bez odpowiadającego mu wzrostu eksportu.
Powołanie do życia wspólnej waluty i prowadzenie jednolitej polityki pieniężnej było więc w istocie rodzajem „walutowo-kredytowego socjalizmu”, wielkim programem redystrybucji i sposobem subwencjonowania krajów Europy B, rodzajem „pomocy rozwojowej” mającej – zgodnie z socjalistycznymi koncepcjami równości ekonomicznej – wyrównać poziom gospodarczy i socjalny Europy A i Europy B. Za ten socjalistyczny (nieudany) eksperyment na kontynentalną skalę, ktoś musi zapłacić. Niemcy, a ściślej rzecz biorąc „zwyczajni Niemcy”, należą do tych, którzy go sfinansowali, finansują i mają finansować nadal.
FATALNE SKUTKI UNII MONETARNEJ DLA KRAJÓW EUROPY B
W eksperymencie unii walutowej wzięło udział kilkanaście państw, między którymi istniały bardzo głębokie strukturalne różnice gospodarcze. Jak pisaliśmy w poprzednim odcinku, celem tego eksperymentu było zbliżenie poziomu gospodarczego krajów Europy B do poziomu krajów Europy A. Polegał on na zniesieniu zmiennych kursów walutowych poprzez stworzenie jednej waluty (przyjęcie euro oznaczało rewaluację słabszych walut krajów Europy B), wprowadzenie jednolitych stóp procentowych (dla krajów Europy B oznaczało to obniżenie stóp w porównaniu z sytuacją, gdy posiadały własne waluty narodowe), wyrównanie rentowności obligacji rządowych (dla krajów Europy B oznaczało to korzystne obniżenie rentowności). Dzięki członkostwu w unii walutowej kraje Europy B otrzymały dostęp do tańszego kredytu i napłynęły do nich kapitały zagraniczne.
Nie minęło nawet dziesięć lat, kiedy okazało się, że wyrównanie poziomu stóp procentowych krajów o innym poziomie oszczędności i poziomie rozwoju gospodarczego, wyrównanie stopy zwrotu z obligacji, sztuczne „utwardzenie” dawnych miękkich walut, które teraz jako euro nie reagują obniżeniem wartości na stan warunków gospodarczych w kraju i poziom wymiany handlowej z zagranicą, to dla krajów Europy B finansowo-gospodarcza pułapka. Nieodpowiadające produktywności, wydajności i sile ich gospodarek stopy procentowe i kurs waluty musiały w ostatecznym rezultacie przynieść destruktywne skutki dla ich gospodarek i ich konkurencyjności. Pozorne ożywienie gospodarcze i oparty na kredycie wzrost, zwiększona konsumpcja, zadłużenie rządów i gospodarki jako całości – to były dla krajów Europy B fatalne skutki unii monetarnej. W krajach tych produktywność pozostała na dawnym poziomie, za to wzrosły płace. Ponieważ wzrost płac realnych był powyżej produktywności ich gospodarek, cały czas rosły tam jednostkowe koszty pracy, wzrastały ceny i pogarszała się konkurencyjność (głównie cenowa) tych krajów na korzyść krajów spoza strefy euro np. grecki sektor turystyczny i tekstylny stracił mocno na rzecz tureckiego.
Decydujące było to, że jednolite stopy procentowe, brak mechanizmu zmiennych kursów walutowych, sztuczne utwardzenie słabych walut stało się przyczyną błędnego kierunku przepływu kapitałów wewnątrz strefy euro. Do konsumentów, do podmiotów gospodarczych i rządów wysyłane były fałszywe sygnały cenowe skłaniające do, brzemiennych w negatywne skutki, błędnych decyzji ekonomicznych i finansowych. Przed przystąpieniem do unii walutowej kraje Europy B miały dość niską produktywność, niewysoki poziom oszczędności, słabą walutę, wysokie stopy procentowe, ale ich gospodarki, choć na niższym poziomie rozwoju, były względnie stabilne, jakoś dawały sobie radę, aczkolwiek polityka ich rządów pozostawiała wiele do życzenia. Przystąpienie do unii walutowej miało im zapewnić „skok cywilizacyjny”. Jak dziś wiadomo, tak się nie stało. Wcześniej różne polityki gospodarcze, różne stopnie rozwoju, różne poziomy produktywności wyrażały się poprzez stopy procentowe, kursy wymiany walut, rentowność obligacji. W unii walutowej zniesiono mechanizmy samoregulujące, które przy walutach narodowych i ustalaniu stóp na poziomie poszczególnych krajów nie były wprawdzie doskonale, ale jednak jako tako działały. Unia walutowa była równoznaczna z wyrzuceniem termostatu, który wcześniej wyłączał dopływ energii – hamował zaciąganie kredytów, nie pozwalał na nadmierne deficyty w bilansie handlowym itd. Wyeliminowano system, który pozwalał w miarę zharmonizować stosunki wymiany pomiędzy krajami o różnym stopniu rozwoju gospodarczego, stworzono zaś mechanizm umożliwiający państwom Europy B posiadanie rosnącego deficytu w handlu zagranicznym i ogólnie na rachunku obrotów bieżących.
Kiedy kredytowy boom dobiegł końca i przyszedł „bust”, jaskrawo ujawniły się skutki likwidacji konkurencji pomiędzy walutami, wprowadzenia „fałszywego” oprocentowania kredytów i „fałszywej” rentowności obligacji rządowych; teraz strumień dopływu kapitału zaczął wysychać, zakończyło się subwencjonowanie zaciągania kredytów w krajach o niższej wiarygodności przez kraje o wyższej wiarygodności, głównie Niemcy. Nie mogą one już dalej finansować (pseudo)wzrostu gospodarczego tanim kredytem, pokrywać tanim kredytem rosnącego deficytu handlowego, finansować deficytów budżetowych etc.Unia walutowa, tworząc system fałszywych bodźców ekonomiczno-finansowych, doprowadziła do rozchwiania, i tak niezbyt prężnych, struktur gospodarczo-finansowych w krajach Europy B. Fałszywe sygnały skierowały ruch kapitałów na błędne tory. Zaburzeniu uległa wzajemna grę gospodarcza pomiędzy ekonomicznymi i walutowymi aktorami. Podejmowano rozmaite nierentowne inwestycje, ponieważ warunki kredytu zostały sztucznie obniżone, innymi słowy podejmowano je na podstawie zafałszowanej kalkulacji. Następowała błędna alokacja środków i zasobów w często mało produktywne przedsięwzięcia, powstały rozdęte struktury – bankowość, budownictwo, aparat urzędniczy, sektor publiczny, państwo socjalne, kosztowne projekty infrastrukturalne i inwestycje, na które brakuje realnych oszczędności (kapitału jest mniej, niżby na to wskazywała sztucznie zaniżona stopa procentowa), a które stają się obciążeniem na przyszłość. W krajach Europy B słabo rozwijał się sektor eksportowy i sektor substytutów importu, natomiast sektor importowy rozrastał się nadmiernie.
Należy tutaj zwrócić uwagę, że istotą kryzysu w unii walutowej jest kryzys bilansu płatniczego, korygowanym w okresie istnienia walut narodowych, przez spadające kursy wymiany walut i wyższe oprocentowanie od ryzyka. Chyba jako pierwszy kryzys w strefie euro zdiagnozował w ten sposób niemiecki ekonomista prof. Hans-Werner Sinn z Instytutu Badań nad Gospodarką Uniwersytetu w Monachium (zob. Hans-Werner Sinn, Die europäische Zahlungsbilanzkrise. Eine Einführung, ifo.Schnelldienst.16/2011http://www.cesifo-group.de/portal/pls/portal/docs/1/1209833.PDF).
Coraz wyższe zadłużenie rządów i kryzys bankowy są cząstkowymi aspektami kryzysu bilansu płatniczego. Idzie o nadmierne, pogłębione przez udział w unii monetarnej, zadłużenie całej gospodarki, zarówno osób prywatnych jak i przedsiębiorstw oraz rządów. Trafnie nazwano kryzys euro „ukrytym kryzysem bilansu płatniczego” części krajów unii walutowej. Wysychanie strumienia kapitałów i odpływ kapitałów z krajów Europy B zaostrza ten kryzys. Jedyna realna możliwość wyjścia z niego to zwiększenie podaży – zwiększenie produktywności, eksportu, udziału w rynku światowym, zwiększenie konkurencyjności, zwiększenie wolumenu kapitałów. Tego nie da się obejść za pomocą żadnych „księgowych czarów”.
Ekonomiści i politycy zalecają krajom Europy B „politykę oszczędności”, ale w rzeczywistości nie chodzi o „oszczędzanie”; nastąpiła tu semantyczna zmiana: oszczędzanie znaczyło kiedyś, że ktoś zamiast wydawać wszystkie swoje dochody, część z nich odkładał, natomiast w tym wypadku chodzi o niemożność życia ponad stan, kres życia na kredyt, ponieważ trzeba spłacać dawne kredyty, a nowych nikt nie chce udzielać. Zalecanie bankrutowi „polityki oszczędzania” jest dość absurdalne, ponieważ zakłada, że, gdyby tylko chciał, to mógłby nie oszczędzać. Tymczasem on nie może już nie oszczędzać, z tego najoczywistszego powodu, że nie ma nic do wydawania. Nie chodzi więc o oszczędności, ale o niezwykle bolesne urealnienie cen i płac.
Unia walutowa umożliwiła krajom Europy B życie powyżej realnych stosunków gospodarczych. W pierwszej fazie istnienia unii korzystały one z niskich stóp procentowych i silnej waluty, ich siła nabywcza została sztucznie zawyżone, w drugie fazie te „zalety” znikły. Teraz przychodzi moment, kiedy trzeba zapłacić za to, co zostało skonsumowane na kredyt. Kończy się ekspansywna polityka budżetowa i finansowa. Brakuje środków na inwestycje i konsumpcję, rośnie bezrobocie, wzrost gospodarczy spada do dawnego poziomu. Kraje Europy B słabną strukturalnie i będą powracać do sytuacji sprzed przystąpienia do unii walutowej, ba, ich sytuacja jeszcze się pogorszy; według czarnych przepowiedni niektórych ekonomistów Grecja pod względem gospodarczym spadnie do poziomu z roku 1982, Hiszpania – z 1991.
Podkreślić tu trzeba bardzo mocno, że winne powstaniu tej sytuacji są mechanizmy systemowe, a nie takie czy inne „cechy charakteru narodowego” (vide: „leniwi Grecy”). Ta sama konstrukcja unii walutowej odpowiada za ten stan rzeczy. Ze stworzonego mechanizmu systemowego korzysta się po prostu dlatego, że istnieje – Grecy i inne narody z niego korzystały, i w tym sensie są ofiarą unii monetarnej. Dla nich euro było podarunkiem, który na pewien czas pozwolił żyć złudzeniami, ale ostatecznie, umożliwiając im konsumpcję na kredyt i inwestowanie na kredyt, okazało się darem Danaów. Dzisiaj i w kolejnych latach (pozornym) beneficjentom unii monetarnej będzie się wiodło gorzej niż przed przystąpieniem do euro.
Jak pisaliśmy wyżej , unia monetarna jest systemem socjalistycznej redystrybucji. Można ją też rozpatrywać jako wewnątrzeuropejską „pomoc rozwojową” znaną od lat 60. zeszłego wieku przede wszystkim w kontekście krajów tzw. Trzeciego Świata. [1] Przypomnijmy, że w chwili, kiedy kraje Europy B wstępowały do Wspólnot Europejskich, charakteryzował je niższy poziom życia niż w krajach Europy A. Zaczęto wówczas rozwijać „społeczny wymiar” integracji europejskiej, aby „pomóc” tym krajom. Pojawiły się transfery w ramach „polityki spójności”, fundusze strukturalne itd. W latach 90. XX wieku kraje Europy B były głównymi odbiorcami netto środków z Unii Europejskiej. Stały się też – do czasu –beneficjentami unii monetarnej, która po planowanym przekierowaniu części funduszy do nowych członków Unii Europejskiej, miała zapewnić im utrzymanie „wzrostu” poprzez dostęp do taniego kredytu. Kiedy i ta forma pomocy rozwojowej załamała się, próbuje się nadać jej nową postać – funduszy ratunkowych, kredytów Europejskiego Banku Centralnego, w przyszłości wspólnych euroobligacji itd. Chce się kontynuować transferu środków, poprzez ponowne, tym razem już bezpośrednie, skierowanie kapitałów do krajów Europy B, tak aby mogły utrzymać się (przede wszystkim ich elity) na jakim takim poziomie, ponieważ bolesny proces dostosowania się do realnych warunków ekonomicznych, mógłby się okazać zbyt kosztowny politycznie i społecznie, a w konsekwencji zagrozić istnieniu całej unii walutowej. Unia walutowa, wbrew początkowym założeniom, musi stać się unią bezpośrednich transferów finansowych, gdyż inaczej się rozpadnie.
Stworzenie jednolitego obszaru walutowego poprzez stworzenie europejskiej unii monetarnej niektórzy ekonomiści niemieccy porównują do niemieckiej unii monetarnej czyli połączenia marki erefenowskiej i marki enerdowskiej. W tej unii połączono jedną z najsilniejszych walut świata i jedną z najsilniejszych gospodarek świata ze słabiutką walutą słabego gospodarczo kraju, innymi słowy połączono Niemcy A z Niemcami B, czyli mercedesa z trabantem. Ekstremalnie wysoka zwyżka wartości marki enerdowskiej poprzez zastąpienie jej marką erefenowską przy wymianie jeden do jednego było zabójcze dla Niemiec B, i, jak przewidywali co bardziej przenikliwi ekonomiści, zakończyło się unią transferową czyli stałym przekazywaniem środków wypracowanych w Niemczech A do Niemiec B.
Jeśli unia monetarna, jak i cała Unia Europejska, jest formą „pomocy rozwojowej”, warto przypomnieć, co wiemy na temat, trwającej już pół wieku, „pomocy rozwojowej” dla „Trzeciego Świata”. Istnieje na ten temat obszerna literatura przedmiotu [2], która może być przydatna także przy analizie sytuacji w Unii Europejskiej. Niezależnie od oczywistych różnic pomiędzy formami pomocy i jej odbiorcami, poczynione na przestrzeni wielu lat ogólne ustalenia i empiryczne obserwacje o funkcjonowaniu „pomocy rozwojowej” w „Trzecim Świecie” i jej skutkach można spokojnie odnieść do „pomocy rozwojowej” w ramach Unii Europejskiej i unii monetarnej.
Sięgnijmy po artykuł z 1990 roku autorstwa amerykańskiego politologa Davida Osterfelda pt. The Failures and Fallacies of Foreign Aid (http://www.fee.org/the_freeman/detail/the-failures-and-fallacies-of-foreign-aid#axzz2RwXyx6zc). Osterfeld podsumowuje 30 lat „pomocy rozwojowej” i pokazuje, że nie da się znaleźć ani jednego przykładu, który by dowodził, że pomoc rzeczywiście stymulowała rozwój gospodarczy, natomiast dowieść można bez problemu, iż skutki wszystkich programów „pomocy rozwojowej” są zawsze odwrotne od zamierzonych, czyli w ostatecznym rozrachunku prowadzą do „niedorozwoju”. Poszukiwanie przyczyn tego stanu rzeczy w kulturze odbiorców „pomocy” lub w błędach popełnianych przy wcielaniu programów w życie prowadzi na intelektualne manowce. Mają one bowiem charakter systemowy. Źródłem klęski programów „pomocy rozwojowej” nie jest ani „złe wykonanie” dobrego planu, ani „brak należytej kontroli nad wydawanymi środkami”; ich klęska nie zależy od tego, czy ci, do których „środki pomocowe” trafiają, są „leniwi” czy „pracowici”, „uczciwi” czy „nieuczciwi”, nie ma znaczenia kultura, religia, etyka, cechy „charakteru narodowego” tych, do których płynie pomoc: odbiorcy wybierają zawsze podobne lub identyczne sposoby działania, które są racjonalne w danym kontekście i w ramach danego systemu, aczkolwiek ostatecznie prowadzą do skutków ekonomicznie, społecznie i moralnie szkodliwych. Niepowodzenie programów „pomocy rozwojowej” leży w samej ich naturze, a nie w „nieracjonalnym” zachowaniu ich uczestników.
Osterfeld wykazuje, że zagraniczna „pomoc rozwojowa”:
•stwarza system bodźców ekonomicznych hamujących rozwój gospodarczy,
•subsydiuje błędną politykę gospodarczo-finansową rządów,
•prowadzi – ze względu na niemożność kalkulacji ekonomicznej – do błędnej alokacji środków,
•deformuje koszty inwestycji,
•powoduje marnowanie zasobów na kosztowne prestiżowe projekty, które stają się nie źródłem dochodów, lecz finansowym obciążeniem na przyszłość,
•drenuje zasoby lokalne,
•niszczy lokalne gospodarki i lokalne rynki,
•nie pomaga najuboższym, ale przyczynia się do jeszcze większej pauperyzacji,
•wykształca nie te cechy intelektualne, wolicjonalne, moralne, które są potrzebne dla pomyślności i siły gospodarczej.
Jak dowodzi Osterfeld, podstawowym skutkiem zagranicznej „pomocy rozwojowej” jest coraz większe uzależnienie od…. zagranicznej „pomocy rozwojowej” „Pomoc rozwojowa” praktycznie w każdym przypadku przynosi: rozrost biurokracji, centralizację władzy państwowej, coraz większy zakres dystrybucji zasobów według układów politycznych, transfer bogactwa od grup politycznie słabych do grup politycznie potężnych, wzrost korupcji, powstanie warstwy uprzywilejowanych beneficjentów. Jak zwykle bywa z tego typu programami, na końcu okazuje się, że transfer środków przebiega od biednych do bogatych, z dołu do góry. Środki przepływają nie do biednych, ale do tych, którzy nimi rządzą, a którzy uzależniają się pomocy zewnętrznej, dlatego zainteresowani są biedą, by móc nią zarządzać i przechwytywać dla własnych celów gros środków przeznaczonych na jej zwalczanie.
„Pomoc rozwojowa” to opodatkowanie ludzi niezamożnych w krajach bogatych, aby te pieniądze przekazać bogatszym ludziom w biednych krajach. Jest to więc system niesprawiedliwy także z punktu widzenia „zwyczajnych obywateli” z państw-donatorów, finansujących kosztowne programy, inwestycje i projekty realizowane częstokroć przez firmy i banki, których właścicielami i akcjonariuszami są ich bogaci rodacy. W ten sposób „pomoc rozwojowa” pozwala bogatym w krajach bogatych bogacić się jeszcze bardziej kosztem biedniejszych.
Dziś, po dziesięcioleciach udzielania „pomocy rozwojowej” widać jasno, że wszędzie na świecie niszczy ona szanse na trwały rozwój gospodarczy; nie jest pomocą, lecz przeszkodą w rozwoju i osiągnięciu pomyślności ekonomicznej. Sztandarowym przykładem sukcesu pomocy zagranicznej, przytaczanym nieustannie przez jej zwolenników, jest Tajwan. To, że USA z przyczyn geopolitycznych pomagały finansowo Tajwanowi, nie znaczy jeszcze, że pomoc ta była rzeczywistym czynnikiem rozwoju gospodarczego wyspy. Pamiętać należy, że duża część pomocy amerykańskiej szła na cele wojskowe, więc być może elita tajwańska nie musiała obciążać wydatkami na wojsko swoich własnych obywateli, co sprzyjało rozwojowi gospodarczemu – tym sensie pomoc mogła być korzystna. Jednakże, jak twierdzi wielu badaczy, najistotniejsze znaczenie dla rozwoju Tajwanu miały inwestycje prywatnego kapitału chińskiego (z emigracji) i japońskiego. Uwzględnić należy również fakt, że największy skok w rozwoju gospodarczym Tajwan uczynił już po ustaniu pomocy. Być może więc, powiedzieliby zapewne Peter Bauer czy David Osterfeld, Tajwan rozwinął się nie dzięki „pomocy zagranicznej”, ale pomimo niej. Także Korea Południowa największy rozwój odnotowała po zakończeniu pomocy amerykańskiej. Wszystkie państwa najbardziej rozwinięte: Europa Zachodnia, USA i Japonia rozwinęły się bez jakiejkolwiek „pomocy rozwojowej”, podobnie Hong-Kong i Singapur.
Na temat sławetnego “Planu Marshalla” przytaczanego często jako przykład udanej „pomocy zagranicznej” nie ma sensu tutaj się rozwodzić. Jego „zasługi” są propagandową fikcją, do której rozpowszechnienia bardzo przyczynił się współpracujący z amerykańskim sojusznikiem establishment niemiecki: na każdym kroku musi on gorąco i szczerze dziękować przyjaciołom zza oceanu za „wyzwolenie” i „odbudowanie kraju” (na temat „Planu Marshalla” zob. na tej stronie w dziale Archiwum „Stańczyka”: Tyler Cowen Plan Marshalla – wielka mistyfikacja).
W obliczu tych negatywnych doświadczeń z „pomocą rozwojową” nie może dziwić, że wśród jej „beneficjentów” coraz więcej jest głosów domagających się jej zaprzestania. Należy do nich np. Dambisa Moyo z Zambii autorka znanej książki Dead Aid (2009), która dowodzi, że „pomoc rozwojowa” „była i jest nadal polityczną, gospodarczą i humanitarną katastrofą dla większości krajów rozwijających się”. Podobnie uważa kenijski ekonomista James Shikwati, założyciel i dyrektor think-tanku Inter Region Economic Network ( zob. http://www.irenkenya.com) oraz redaktor magazynu The African Executive (http://www.africanexecutive.com). W wywiadzie udzielonym w 2005 roku tygodnikowi „Der Spiegel” http://www.spiegel.de/international/spiegel/spiegel-interview-with-african-economics-expert-for-god-s-sake-please-stop-the-aid-a-363663.html Shikwati powiedział, że „pomoc rozwojowa” uczy Afrykańczyków być żebrakami, niszczy ich poczucie niezależności, osłabia rynki lokalne i tłumi ducha przedsiębiorczości, którego tak rozpaczliwie potrzebuje Afryka. Musi – zdaniem Shikwatiego – nastąpić zmiana w mentalności, Afrykańczycy muszą przestać postrzegać samych siebie jako żebraków i jako ofiary. Jeśli chce się rzeczywiście pomóc Afryce, należy całkowicie wstrzymać „pomoc rozwojową”, i pozwolić jej na to, aby sama zapewniła sobie własne przetrwanie. Obecnie Afryka jest jak dziecko, które krzyczy po niańkę zaraz, kiedy coś złego się dzieje się. Afryka musi stanąć na własnych nogach, nawołuje Shikwati. Słowo „Afryka” można zastąpić dowolną inną nazwą; może to być Grecja, Hiszpania, Portugalia, Irlandia, Cypr, jak również Polska, Czechy, Bułgaria, Rumunia, Węgry, którym „pomocy rozwojowej” udziela Europa A za pośrednictwem urzędów Unii Europejskiej.
W wywiadzie dla tygodnika “Die Zeit” w 2012 roku (http://www.zeit.de/2012/14/P-Interview-Shikwati) Shikwati podtrzymał swoje tezy, wskazując na jeszcze jeden destruktywny skutek „pomocy rozwojowej”, a dokładniej „pomocy żywnościowej”. Mówi się dziś wiele o tzw. land grabs, czyli wykupywaniu „leżącej odłogiem” żyznej ziemi rolnej w Afryce przez zagranicznych inwestorów. Shikwati wyjaśnia, że ziemia jest niewykorzystana, ponieważ z zewnątrz przychodzi pomoc żywnościowa, która dosłownie wypędza rolników ze wsi. Innymi słowy to „pomoc żywnościowa” odpowiedzialna jest, zdaniem Shikwatiego, za to, że coraz więcej ziemi leży odłogiem i czeka, aż ktoś przyjdzie, by ją produktywnie wykorzystać. Ten schemat destrukcji lokalnej gospodarki powtarza się w różnych wariantach we wszystkich krajach otrzymujących „pomoc rozwojową”. Można tu zadać pytanie czy zwolennicy „pomocy rozwojowej” są szlachetnymi idealistami czyli „pożytecznymi idiotami” nieświadomie działającymi na rzecz potężnych grup interesów, czy też są po prostu cynikami pozostającymi na ich usługach. Jak ktoś trafnie zauważył, współcześni Al Caponowie lubią zakładać maskę w kształcie dobrotliwej twarzy Alberta Schweitzera.
Wybitny znawca problematyki „pomocy rozwojowej” i jej wnikliwy krytyk Peter Bauer pisał już 40 lat temu – jego słowa nie utraciły nic ze swej aktualności – że jeśli wszystkie warunki dla tworzenia i rozwoju kapitału są obecne, wówczas kapitał albo zostanie wytworzony w kraju, albo sam przyjdzie z zagranicy, natomiast jeśli nie ma warunków dla tworzenia i rozwoju kapitału, wówczas każda zewnętrzna pomoc udzielana na mocy decyzji politycznych, będzie z konieczności nieproduktywna i nieefektywna. Jeśli w danym narodzie biją źródła rozwoju gospodarczego, materialny postęp dokona się bez zewnętrznej pomocy, zaś jeśli źródła te nie biją lub biją ledwo, ledwo, to nie dokona się to nigdy, nawet z „pomocą rozwojową” i niezależnie od form, jakie ta pomoc przybierze. Odnosi się to w całej rozciągłości do krajów Europy B ze strefy euro, jak i pozostałych krajów Unii Europejskiej otrzymujących dzisiaj „pomoc rozwojową” („wybudowano ze środków Unii Europejskiej”). Muszą one znaleźć w sobie energię, wolę i umiejętności, żeby o własnych siłach znaleźć drogę rozwoju. Innej drogi nie ma, zaś uzależnienie się od „pomocy rozwojowej” to nie droga ku rozwojowi, ale ślepy zaułek.
Tomasz Gabiś
Przypisy:
[1] Peter Bauer wysunął tezę, że „Trzeci Świat” jako koncepcja polityczna jest wytworem zagranicznej „pomocy rozwojowej”. Zob. Peter Bauer, Creating theThird World: Foreign Aid and Its Offspring (https://docs.google.com/viewer?url=http://64.62.200.70/PERIODICAL/PDF/Encounter-1988apr/68-78/).
[2] Wymieńmy kilka najważniejszych pozycji: Peter Bauer, Dissent on Development (1972), tenże, Western Guilt and Third World Poverty (1978), tenże , Equality, the Third World, and Economic Delusion (1981), tenże , Reality and Rhetoric: Studies in the Economics of Development (1984), Graham Hancock, Lords of Poverty: The Power, Prestige, and Corruption of the International Aid Business (1989), James Bovard, The Continuing Failure of Foreign Aid, (1986, http://www.cato.org/sites/cato.org/files/pubs/pdf/pa065.pdf), Michael Maren, The Road to Hell: The Ravaging Effects of Foreign Aid and International Charity (1997), Thomas P. Sheehy, Beyond Dependence and Poverty: Rethinking U.S. Aid to Africa (1993), Nick Eberstadt, The Perversion of Foreign Aid (1984).
