Z CZASOPISM, „STAŃCZYK” NR 14 (1991)
STANY ZJEDNOCZONE
W majowym numerze bardzo interesującego miesięcznika „The American Spectator”, którego redaktorem naczelnym jest R. Emmet Tyrrell jr znaleźć można ciekawy artykuł „Droga do Jerozolimy”. Jego autor T. Bethell opisuje sytuację w Izraelu. Od samego początku istnienia tego państwa gospodarka poddana była centralnej kontroli. „Budowa społeczeństwa socjalistycznego” nie tylko zahamowała tworzenie bogactwa, ale i odstraszyła wielu Żydów od osiedlania się w Izraelu. Co więcej, trudna do oszacowania ich liczba wyemigrowała z Izraela. System panujący w Izraelu można określić jako „kulturalny, bezkrwawy bolszewizm”. Jeden z rozmówców Bethella wyraził obawę, że Izrael zostanie ostatnim na tej półkuli krajem posiadającym socjalistyczną gospodarkę. Właśnie socjalizm, dowodzi Bethell, jest w dużej mierze przyczyną coraz ostrzejszych konfliktów między Żydami i Arabami.
Jeszcze w 1969 roku Milton Friedman po odwiedzeniu zachodniego brzegu Jordanu pisał o „niewidzialnej okupacji”, gdyż właśnie na terenach okupowanych minister obrony Mosze Dajan zastosował politykę laissez-faire. To wojskowi są w Izraelu największymi zwolennikami wolnego rynku i przeciwnikami państwowego interwencjonizmu, gdyż wiedzą, że wolny rynek redukuje konflikty i ułatwia pokojowe współżycie. Ale Mosze Dajana zastąpił Ariel Sharon, a leseferystyczny kapitalizm ziem okupowanych zastąpiony został gospodarką kierowaną, taką jak w całym Izraelu. Poziom państwowego interwencjonizmu stale się podnosił. W połowie lat sześćdziesiątych wydatki rządowe wynosiły 35% dochodu narodowego brutto, w połowie lat osiemdziesiątych 72% – przy czym wzrost ten nie był rezultatem wydatków na wojsko, lecz na dynamicznie rozwijający się sektor publiczny. W tym miejscu należy powtórzyć za „National Review” (1990 nr 7), że ostatnio podatek dochodowy wzrósł w Izraelu z 48% do 51%, kontrola cen obejmuje połowę wszystkich towarów, wzrosły subwencje rządowe zarówno dla deficytowych wielkich firm jak i dla równie deficytowych kibuców. Potężny związek zawodowy Histadrut (czyżby wzór dla „Solidarności”?), do którego należy większość robotników, upiera się przy indeksacji płac (czyżby…? ).
W systemie panującym w Izraelu obywatele (zarówno Żydzi, jak i Arabowie) zostali sprowadzeni do statusu petentów, którzy muszą zabiegać o licencje, koncesje, zezwolenia, zwolnienia, podwyżki, ulgi i przywileje. W takim systemie nieuniknione są grupowe konflikty. Trzeba też wiedzieć, że odbycie trzyletniej przymusowej służby wojskowej uprawnia do wielu socjalnych przywilejów, których pozbawieni są Arabowie nie podlegający przymusowemu wcieleniu do wojska. Arabowie nie pracują w sektorze publicznym, są w większości robotnikami nie należącymi do związków zawodowych lub drobnymi kupcami czy przedsiębiorcami. I to oni też muszą pokrywać koszty socjalistycznych eksperymentów opartych na fiskalnym bolszewizmie. Arabowie buntują się i walczą o władzę, bo życie w Izraelu nauczyło ich, że trzeba mieć udział we władzy, żeby mieć prawo do dzielenia budżetu państwowego. Jeden z publicystów „Jerusalem Post” napisał, że zasadniczą przyczyną rozgoryczenia i frustracji Arabów jest represyjny system gospodarczy. To ten system i związane z nim wielkie obciążenia podatkowe sprawiają, że przywódcy intifady nie muszą się martwić brakiem zwolenników.
W czerwcowym numerze „The American Spectator” B. Kristol opisuje szybko rozprzestrzeniający się w USA tzw. „codependency movement”. Ktoś bardzo mądry odkrył, że ludzie są zależni – zależni od Boga, innych ludzi, od rodziców, od dzieci, od sposobu życia, od miłości, od własnej przeszłości itd. Źródeł tej zależności należy szukać, zdaniem teoretyków ruchu, w „dysfunkcyjnych” rodzinach, które czynią z dzieci emocjonalnych inwalidów. Te dzieci, chociaż są już dorosłe, nadal pozostają dziećmi, czyli są dorosłymi dziećmi (adult children). Jeden z teoretyków stwierdził, że „codependency” oznacza emocjonalną, mentalną i fizyczną chorobę, która jest bardziej zaraźliwa niż AIDS. Inny uznał, że „codependency” jest filozoficzną chorobą mózgu i może być uwarunkowana genetycznie. Jeszcze inny ocenił, że liczba „chorych” może wynosić 230 milionów. Mielibyśmy więc w USA 230 mln dorosłych dzieci! Problem jest i trzeba mu zaradzić. Teoretycy uznali, że chorzy na „zależność” muszą pójść drogą uzdrowienia, odnowy, odrodzenia (recovery), muszą odnaleźć utraconą tożsamość, wypełnić „dziurę w duszy”. A pomogą im w tym oczywiście zawodowi psychoterapeuci, specjaliści od duchowego doradztwa, eksperci od psychicznych kłopotów, rozmaici „social workers”, psychologowie-inżynierowie dusz.
Powstał już potężny rynek (230 mln potencjalnych klientów!) na wszystko, co związane z codependency i recovery. Mnożą się konferencje i seminaria, psychoterapeuci zakładają specjalistyczne ośrodki, gdzie leczy się „zależnych”, pisze się i wydaje książki, powstają czasopisma związane z „ruchem”, organizowane są kursy, treningi, sprzedawane są taśmy, wideokasety. Wszystko odbywa się zgodnie ze starym scenariuszem wypracowanym przez ojców chrzestnych psychoterapeutycznej mafii. Scenariusz ten obejmuje ciągłą „psychologizację” życia, uznanie trudności za problemy, zaalarmowanie tzw. opinii publicznej, przekonanie ludzi, że dobrze jest mieć problemy i że nie można ich samemu rozwiązać i wreszcie zaoferowanie rozwiązania czyli… swoich usług. W ten właśnie sposób umacnia się dyktatura psychoterapeutów oparta na niezwykle brutalnej inwazji w najbardziej intymne zakątki ludzkiej duszy. Psychoterapeutyczny Wielki Brat będzie opiekował się „dorosłymi dziećmi” po to, by je uczynić marionetkami, którymi można bezkarnie manipulować. Powinniśmy i my o tym pamiętać, gdy do Polski dotrą misjonarze „nowej religii psychologicznej”.
Bardzo interesujący i pomocny szczególnie dla kręgów uniwersyteckich jest kwartalnik amerykański „The University Bookman”, którego wydawcą jest najwybitniejszy amerykański konserwatysta Russell Kirk. Czasopismo to zamieszcza głównie omówienia i recenzje książek, zwłaszcza konserwatywnych autorów, jak również artykuły poświęcone problemom kształcenia humanistycznego na uniwersytetach. Pismo chce przeciwdziałać dominacji lewicy na wyższych uczelniach, która doprowadziła do upadku nauk humanistycznych, do zastąpienia dawnych norm i kryteriów przez socjalistyczny bełkot oraz podniosła do rangi obowiązującego kanonu marksistowsko-feministyczny żargon. Korzenie tego zjawiska opisuje prof. T. H. Pickett w artykule „Rola plebeizmu w zniszczeniu humanistycznej edukacji w Ameryce” (1989 nr 4). „The University Bookman” to ważne zjawisko w krajobrazie konserwatywnych instytucji w USA i należy mieć nadzieję, że pismo przyczyni się, chociaż w pewnym stopniu, do zmiany duchowego klimatu na amerykańskich uniwersytetach, na których zwyciężyła ideologia równości.
W 5 numerze „National Review” D. Horowitz dokonuje analizy radykalnego ekosocjalizmu, którego ideologowie i aktywiści dążą do gruntownego „przemodelowania” społeczeństwa. Ekosocjalizm to kolejny manewr lewicy chcącej zdystansować się od umierającego marksizmu. Zielone partie Europy podkreślają, a jakże, że nie są ani prawicą, ani lewicą. W rzeczywistości, uważa Horowitz, korzenie ruchu tkwią w wymyślonym przez narodowych socjalistów naturyzmie i kulcie ziemi będącym pogańskim odrzuceniem chrześcijaństwa. Ekosocjalizm to nic innego jak gnostycka idea wyobcowania człowieka od prawdziwego, naturalnego „ja” i chęć przezwyciężenia tego „wyobcowania” za pomocą środków politycznych. Ideologia ekosocjalizmu opiera się na nienawiści do człowieka i prowadzi do barbarzyństwa. W tym samym numerze J. Wauck pisze o pokrewnym ruchu. Chodzi o pogański ruch „New Age”, który wbrew deklaracjom jego ideologów nie jest odkrywaniem rzeczywistości, ale jej tworzeniem, nie jest dążeniem do prawdy – ale do władzy.
Na zakończenie ciekawostka – w numerze z 6 sierpnia pytanie „Którędy do Europy” stawia i odpowiada na nie, whip OKP p. prof. Bronisław Geremek (przypomnijmy, że whip to człowiek mający dwa zadania
–pilnować, aby w czasie ważnego głosowania posłowie nie zawieruszyli się w bufecie,
– uważać, aby nikt z obecnych na sali posłów nie spał w momencie, gdy chodzi o przepchnięcie jakiejś istotnej ustawy).
To, co pisze p. prof. Geremek w „National Review”, jest doskonale znane w Polsce z jego niezliczonych wyznań i innych publicznych wystąpień. Nie ma więc potrzeby tego omawiać. Wypada jedynie odnotować, że prof. Geremek opowiada się za integracją europejską i za „budową” paneuropejskiego parlamentu. Oto co się marzy parlamentarzyście – jeszcze większy, jeszcze liczniejszy, obdarzony jeszcze większymi kompetencjami parlament, parlament do potęgi, superparlament, który może wszystko, nawet zamienić kobietę w mężczyznę lub odwrotnie. Biada ci Europo! Europejczycy nadchodzą!
Ukazujący się w San Francisco miesięcznik „Laissez Faire Books” jest, jak głosi podtytuł, najobszerniejszym na świecie przeglądem literatury wolnościowej. Redaguje go Roy A. Childs jr. W numerze marcowym znajdziemy omówienia takich książek jak Prawo, wolność, psychiatria T. Szasza, Nasz wróg – państwo Alberta J. Nocka, Maszyneria wolności D. Friedmana i wielu innych. W numerze kwietniowym możemy poczytać omówienie Dziennika H. Menckena, Dlaczego socjalizm zawsze przegrywa Ludwika von Misesa, książek Ayn Rand i książek o niej. Dziesiątki recenzji, dziesiątki tytułów i dziesiątki nazwisk sławnych, mniej sławnych i dopiero dobrze się zapowiadających klasycznych liberałów, libertarianów, wolnorynkowych konserwatystów, konserwatywnych anarchistów i wielu, wielu innych najbardziej radykalnych obrońców wolności. Nic tylko wybierać, kupować i czytać.
Jak zwykle znakomity miesięcznik „The Freeman. Ideas on Liberty” (red. naczelny Bruce M. Evans) przynosi m. in. artykuł B. Bien Greaves na temat suwerenności konsumenta. Kiedy jako konsumenci kupujemy lub odmawiamy kupna, wysyłamy sygnał do przedsiębiorców, kierujących produkcją. Przedsiębiorcy, jak zauważył prof. Mises, stoją za kołem sterowniczym statku, ale nie mogą całkiem swobodnie określać kursu, gdyż słuchać muszą poleceń kapitana. Tym kapitanem jest konsument. W artykule „Geneza polityki przemysłowej” T. J. Lorenzo porównuje programy „współpracy rządu i biznesu” opracowywane w USA przez takich ludzi jak Leontieff, Rohatyn, Solow, Thurow z tymi, które propagowali włoscy faszyści i narodowi socjaliści w Niemczech. I wykrywa uderzające podobieństwa. P. Frumkin w artykule „Bogactwo, wolność i filantropia” podaje, że w 1988 roku na prywatną działalność charytatywną przeznaczono w USA ponad 106 mld dolarów. Prywatna filantropia jest w porównaniu z rządową „filantropią” bardziej twórcza, nie ulega naciskom tzw. opinii publicznej. Co ciekawe wiele programów rządowych to nieudolne i bardziej kosztowne naśladownictwo programów prywatnych. Frumkin krytykuje egalitarystów, zwolenników „sprawiedliwości społecznej” i innych propagatorów przymusowej redystrybucji bogactwa, nie rozumiejących, że to właśnie swoboda gromadzenia bogactwa prowadzi do zwiększenia zakresu prywatnej filantropii, o ile oczywiście w danej kulturze miłosierdzie i szczodrobliwość są utrwalonymi wartościami.
„Kwasny Economics. A Twice Monthly Report on the Market and Economy” (wrzesień 1990) przynosi m. in. polityczną i ekonomiczną analizę sytuacji na Bliskim Wschodzie. Ciekawe jak długo wytrzymają żołnierze amerykańscy na rozpalonych słońcem piaskach pustyni, którzy wszak muszą się nudzić w kraju, gdzie obowiązuje zakaz picia alkoholu i wyświetlania filmów pokazujących seks i przemoc. Pan prezydent Bush nie będzie mógł więc zbyt długo trzymać bezczynnie swych żołnierzy, będzie musiał się zdecydować, czy wydać rozkaz do ataku, czy też wycofać się. Najlepiej na zamieszaniu na Bliskim Wschodzie wyszedł Związek Sowiecki, gdyż wzrost ceny złota i ropy oznacza dla niego przypływ twardej waluty, której tak bardzo potrzebuje. Im dłużej trwa kryzys, im większe prawdopodobieństwo wojny, tym przypływ gotówki większy. Być może też uda się przekonać Stany Zjednoczone, żeby nie przeszkadzały, tak jak to zrobiły w latach siedemdziesiątych, w zbudowaniu przez Europę Zachodnią infrastruktury technicznej służącej wydobywaniu gazu ziemnego na Syberii. Wysokie ceny ropy mogą również skłonić międzynarodowe koncerny naftowe do inwestycji na Dalekiej Północy, do czego Moskwa je namawia. Wojnę i zniszczenie pól naftowych przyjęto by w Sowietach z nieskrywaną radością.
NIEMCY
118 numer (marzec-kwiecień 1990) monachijskiego dwumiesięcznika „Criticón” przynosi bardzo interesujący artykuł „Na drodze ku totalnej terapii”, autorstwa R Eilinka. Stwierdza on, że już od dłuższego czasu nauki psychologiczne (i rzecz jasna psychologowie) podbijają coraz rozleglejsze obszary ludzkiego życia. Coraz więcej ludzi uważa, że potrzebują terapii, gdyż są wewnętrznie rozbici i cierpiący. Ten stan rzeczy wywołuje natychmiast zwiększoną podaż psychoterapeutów gotowych nieść duchową pomoc. Psychologowie wdzierają się również do sądów, stają się ekspertami nieodzownymi w każdym gremium – politycznym, kościelnym czy gospodarczym. „Terapizm” atakuje coraz to nowe dziedziny życia społecznego. Czyżby nadchodziło psychologiczne stulecie, pyta autor. Psychologowie i terapeuci analizują, obserwują i wydają diagnozy zajmując w ten sposób pozycję tych, którzy wiedzą lepiej i widzą głębiej niż ich pacjenci pozbawieni tych umiejętności. Rośnie ich przekonanie o własnej moralnej wyższości nad tymi, którzy nie potrafią zrozumieć, rozpoznać i zdiagnozować. Tak tworzy się nowa psychologiczna elita władzy (będąca częścią nowej klasy intelektualistów, tak znakomicie opisaną przez Helmuta Schelsky`ego w jego słynnej książce), przyjazna, współczująca, chcąca jak najlepiej dla pacjentów, a w rzeczywistości cierpiąca na schorzenie, które tak często diagnozuje u innych: marzenie o wszechmocy. Dążenie psychologów i psychoterapeutów do totalnej władzy nad ludzką psyche jest ułatwione, gdyż już od dziesięcioleci zarówno literatura, jak i piosenkarskie przeboje nie mówią o niczym innym jak o problemach, lękach, napięciach i frustracjach. W kulturze dominuje zsubiektywizowany obraz świata, prywatny konglomerat uczuć wysuwa się na plan pierwszy, to, co wewnętrzne, wychodzi na wierzch, by szybko ulec uniformizacji, bezbronne i lękliwe „ja” mówi ciągle: ja czuję, ja przeżywam, ja sądzę itd. Ale tym, którzy pogrążają się w subiektywności i dla których najważniejsze jest wylewanie swej wewnętrzności na zewnątrz, grozi niebezpieczeństwo, że staną się marionetkami całkiem niesubiektywnych sił, potrafiących zręcznie i fachowo posługiwać się psychologiczną klawiaturą i manipulować ludzkimi uczuciami.
W tym samym numerze J. Schüsslburner w artykule „Wojna Ameryki przeciwko Japonii” kreśli obraz tej wojny jakże odmienny od tego, który znamy z oficjalnej historiografii i z filmów wojennych. Choćby taki szczegół jak ta fotografia z magazynu „Life”, przedstawiająca dziewczynę trzymającą czaszkę Japończyka przysłaną jej przez chłopaka walczącego na Pacyfiku. Albo inna fotografia z tego samego czasopisma pokazująca amerykańskie pojazdy wojskowe przyozdobione czaszkami japońskich żołnierzy. Bardzo wiele faktów i wydarzeń przedstawionych w artykule mogłoby wywołać taki dysonans poznawczy u polskiego czytelnika, że lepiej zrezygnować z ich przytaczania. W artykule „Fukayama, czyli końca nie będzie” A. Mohler powraca do artykułu Fukayamy „Koniec historii” stwierdzając, że nie jest to nic innego jak wulgaryzacja idei znanego francuskiego (z pochodzenia Rosjanina) interpretatora Hegla – Aleksandra Kojeve (1902-1968). Liberałów może zainteresować fakt, że to właśnie Kojeve był twórcą projektu systemu ceł przyjętego po wojnie przez eurobiurokrację.
Odnotujmy wreszcie tekst, który powinien ucieszyć monarchistów. Mladen Schwartz pyta: „Czy powrócą królowie?”. Autor pisze: „U schyłku moderny powrót monarchii lub przynajmniej powrót przybierającego nowe formy pryncypium monarchicznego stał się realną możliwością”. Konkluzja artykułu brzmi: „Monarchia jest głęboko zakorzeniona w ludzkich sercach. Jest archetypem, leitmotivem historii świata. (…) Uroczyste królewskie symbole, rodzinne związki i organiczny ojcowski autorytet lepiej odpowiadają ludzkiej naturze niż arytmetyczna anonimowość demokratycznych procedur (…). Nawet jeśli dawne królewskie rody nie powrócą, to w burzliwych czasach postmoderny prędzej czy później powstaną nowe elity, które przypuszczalnie położą kres demokratycznej epoce”. Oby.
W numerze 119 „Criticónu” (maj-czerwiec 1990) red. nacz. C. von Schrenck-Notzing portretuje sylwetkę Chateubrianda (1768-1848), który w 1818 roku założył czasopismo „Le Conservateur”. To właśnie temu pismu konserwatyści zawdzięczają swe miano. S.T.G. Wolfram zastanawia się, czy pieriestrojka to wymysł KGB. Polskiego czytelnika może zainteresować fakt, że eksperci Andropowa swoje plany reformowania Związku Sowieckiego nazwali „uskorenie”, czyli po polsku „przyśpieszenie”. W artykule „Europa na progu najlepszego ze światów” P. Robejsek ostrzega przed zbytnim optymizmem, jaki wywołany został przez upadek komunizmu i marksizmu w Europie Wschodniej. Państwa tego regionu weszły w okres ostrej konkurencji o dostęp do Zachodu (czyli pieniędzy, technologii, kapitału itd.). Po rozpadzie dwóch wielkich bloków konflikty przeniosą się na płaszczyznę międzypaństwową. Robejsek przypomina, że nie zniknął ani potencjał agresywności ludzkiej, ani irracjonalne lęki, ani walka o władzę. Zmniejszenie zagrożenia ze strony Sowietów przyniesie zmiany w Europie Zachodniej, właśnie temu zagrożeniu zawdzięczającej moralną i polityczną trwałość. Za kilka lat, prorokuje autor, znowu wybuchną w Europie socjalne utopie i pojawią się nowi głosiciele „lepszego społeczeństwa”, którzy będą mieli ułatwione zadanie, bo z ludzkiej świadomości zniknie oczywisty obraz bankructwa realnego socjalizmu. Powrót do Europy, o którym tyle mówi się na Wschodzie, to tylko tęsknota za symetryczną harmonią świata, odgrywane misterium sugerujące możliwości, jakie nie istnieją. Najbliższe lata, konkluduje Robejsek, przyniosą Europie destabilizację i nowe ryzyka. Być może z pewną nostalgią będziemy wspominać oczywistość i przejrzystość czasów, kiedy istniał jedynie zwykły konflikt Wschód-Zachód.
W numerze 120 (lipiec-sierpień) znajdziemy portret (szkicuje go Y. Blot) człowieka, od którego śmierci minęło 17 lipca 200 lat. Tym człowiekiem, jednym z gigantów ludzkiej myśli jest Adam Smith i „Stańczyk” bije się skruszony w piersi, że o tej rocznicy zapomniał. A. K. Winterberger w artykule „Adam Smith dzisiaj” uważa, że właśnie poglądy i idee ludzi takich jak Smith, Mandeville, Hume, Ferguson i Burke mogą stanowić podstawę duchowej współpracy konserwatystów i zwolenników klasycznego liberalizmu. Winterberger stwierdza, że krytyka merkantylizmu dokonana przez Smitha jest aktualna także i dziś. Dzieło Smitha, jego zaangażowanie na rzecz wolnościowego, porządku a przeciw merkantylizmowi, jego sceptycyzm w obliczu wielu przedsiębiorców pozwalających się korumpować przez państwo, jeśli tylko mają w tym interes – wszystko to ma ponadczasową wartość. Winterberger wzywa, aby w obliczu całkowitej klęski socjalizmu na Wschodzie także na Zachodzie podjąć walkę o prawdziwą gospodarkę wolnorynkową.
H. Ch. Kraus w artykule „Eric Voegelin – w poszukiwaniu utraconego porządku” zajmuje się filozofią polityczną E. Voegelina, wielkiego krytyka moderny, którą szczególnie od XVIII wieku cechuje scotosis (zaciemnienie) prawdy. Dzieło VoegeIina wyrasta z przekonania, że źródłem zła i upadku kultury jest utrata dostępu do transcendencji i metafizycznej prawdy, zastąpioną przez doczesne apokalipsy Kanta, Condorceta, Comte’a i Marksa. Kraus twierdzi, że Voegelin nie był naprawdę filozofem i że z jego filozofii niewiele zostanie. Był natomiast teologiem i myślicielem religijnym w bezreligijnej epoce. W tym samym numerze znajdziemy refleksję J. G. Görlicha, po jego pierwszej po 31 latach podróży na Śląsk. Przeczytać możemy o spotkaniach z mniejszością niemiecką na Opolszczyźnie i z konserwatystami we Wrocławiu. Natomiast Tomasz Mianowicz przedstawia „prawicę w świetle warszawskiego kongresu”. Autor dokonuje prezentacji polskiej prawicy krytykując narodowców, wspominając Unię Polityki Realnej i Janusza Korwin-Mikke, a poświęcając najwięcej miejsca Liberalno-Demokratycznej Partii „Niepodległość”, którą określa mianem „nowoczesnej prawicy” nawiązującej do amerykańskiego neokonserwatyzmu i zachodnioeuropejskiego liberalizmu gospodarczego. Jej duchowym patronem jest Józef Mackiewicz.
I na koniec coś dla monarchistów. Mendo Castro Henriques przedstawia ruch monarchistyczny w Portugalii. Główną siłą polityczną ruchu jest PPM, czyli Monarchistyczna Partia Ludowa. Powstała ona w 1975 roku i jest kontynuatorką Konwergencji Monarchistycznej, którą w 1971 roku utworzyły: Monarchistyczna Liga Ludowa, Portugalskie Odrodzenie i Monarchistyczny Front Wyborczy. Oprócz znaczących monarchistów – wśród których najbardziej znany jest Ribeiro Teles – nadspodziewanie wielka liczba ludzi w partiach politycznych, administracji, w ministerstwie spraw zagranicznych, wśród menedżerów, na uniwersytetach, w Kościele i w armii optuje za monarchią. Jedna trzecia księży i jedna czwarta profesorów i studentów może być zaliczona do zwolenników monarchii. Jak stwierdził ostatnio tygodnik „Independente”, którego wydawca M. Esteves Cardoso jest ważną osobą w PPM, monarchia cieszy się również rosnącą popularnością wśród klasy średniej. „Stańczyk” życzy sukcesów portugalskim monarchistom.
„Etappe” to pismo wydawane w Bonn przez H.-T. Homanna i A. Raithela. W ciągu roku ukazują się trzy numery. „Etappe” nr 5 zawiera m. in. pochwałę E. Jüngera wygłoszoną przez G. Maschke. Na temat politycznej teologii średniowiecza pisze W. Seitter. Znajdziemy ponadto pochodzący z 1848 r. artykuł „Niemcy na wschodzie Niemiec” autorstwa Maxa Stirnera. Niewątpliwie najlepszym tekstem politycznym tego numeru jest „Czterdzieści przeminęło. Puentylistyczna inspekcja Niemiec”. Autor, A. Raithel, wnikliwie opisuje duchowo-polityczną sytuację w Niemczech po 40 latach istnienia Bundesrepubliki. Raithel uważa, że ideologiczną bazą lewicy niemieckiej, wszystkich sił rewolucyjnych prowadzących zimną wojnę domową przeciw normalnej „mieszczańskiej” części społeczeństwa, stał się tzw. antyfaszyzm. Cała RFN została przez lewicę zdegradowana do roli kina, w którym non stop puszcza się ogromną retrospektywę Trzeciej Rzeszy. Tzw. antyfaszyzm nie służy wcale moralnemu rozrachunkowi z narodowym socjalizmem, lecz stał się w rękach lewicy wyłącznie instrumentem walki politycznej. Ale być może, sądzi Raithel, po delirium Trzeciej Rzeszy i nieodległym końcu dziwacznej, antyfaszystowskiej IV Rzeszy, zaistnieje szansa powrotu do normalności i rzeczywistości.
Analizując obecną sytuację polityczną w Europie Raithel dochodzi do wniosku, że chociaż Francuzi i Brytyjczycy mówią o „balance of power”, to chodzi im w rzeczywistości o „phalanx of power” skierowaną przeciwko Niemcom. Powstanie „nowego systemu bezpieczeństwa” jest, Raithel cytuje w tym miejscu p. min. Skubiszewskiego, próbą zneutralizowania tak dużej potęgi (czyli Niemiec) powstającej w „sercu Europy”. Jeśli „wspólny europejski dom” ma polegać na tym, że czterech z pięciu Europejczyków myśli jedynie o tym, jak najlepiej zorganizować oblężenie „serca Europy”, to Niemcy winny przede wszystkim rozwijać specjalne stosunki z dwoma swymi prawdziwymi pogromcami – Ameryką i Rosją. Analizując stosunki polsko-niemieckie Raithel pisze, że międzynarodowy wymiar tych stosunków określany jest przez obecność trzeciej zainteresowanej strony tzn. Francji. Autor twierdzi, że dla Francji Polacy zawsze pełnili taką rolę, jak indiańskie plemię Huronów w czasie walki z Anglią o władanie Ameryką Płn. (analogiczną politykę prowadziła Anglia wobec niekomunistycznych partyzantów jugosłowiańskich w czasie wojny). Także i dzisiaj Francja traktuje Polskę wyłącznie instrumentalnie. Co do obecnej granicy polsko-niemieckiej, to Raithel optuje za jej uznaniem. Jeśli ktoś nie chce pogodzić się z utratą wschodnich terytoriów Niemiec powołując się przy tym na prawo międzynarodowe, ten powinien pamiętać, że każde prawo ma nieprawe korzenie, jeśli tylko wystarczająco cofniemy się w przeszłość.
I jeszcze coś z artykułu wstępnego. Mowa w nim m. in. o tym, że Niemcy wygrały stuletnią konkurencję gospodarczą. Utracone terytoria na wschodzie mogą stać się zapleczem dla wysokiej technologii, rezerwuarem sezonowej siły roboczej: „Wiązał kiedyś Jerzy Burliński snopki, to jego wnuki dbać będą o to, żeby dywidendy zgadzały się również w innym Frankfurcie, tym nad Odrą”.
Ukazujący się od 40 lat miesięcznik „Nation Europa” (niedawno połączył się z innym pismem „Deutsche Monatshefte”) jest reprezentatywnym organem niemieckiej prawicy narodowej. Kieruje nim P. Dehoust. Nation Europa skupia swoją uwagę przede wszystkim na problematyce niemieckiej, ale poświęca też uwagę sprawom europejskim, śledząc skrupulatnie działalność europrawicy w różnych krajach europejskich. W numerze lipcowym odnotowuje też powstanie w Polsce organizacji „Przełom Narodowy”. Najciekawszym artykułem tego numeru jest „Szturm na Europę”, którego autorem jest znany konserwatywny publicysta prof. K Hornung . W RFN cudzoziemcy stanowią już 7,4% (4,5mln) całej ludności. Hornung przytacza prognozę biskupa Stimpfle, który uważa, że w najbliższych 20-30 latach liczba cudzoziemców, przybywających na obszar EWG może dojść do 120 mln. Stoimy, pisze Hornung, przed procesami o epokowym wymiarze, przed nową wędrówką ludów, której celem są „miękkie i bogate wyspy dobrobytu” krajów uprzemysłowionych. Obecny ruch azylancki w RFN to szpica gigantycznej, globalnej wędrówki ludów, będącej wynikiem zabójczej spirali eksplozji demograficznej i głodu na południowej półkuli. Może ona w XXI wieku pogrzebać Europę.
Hornung odwołuje się w swym artykule do książki Szturm na Europę Manfreda Rittera, analizującego w niej m. in. potężne lobby azylowe w RFN zainteresowane w podtrzymywaniu imigracji. Należą do niego rozmaite instytucje i organizacje opiekujące się azylantami, oczywiście za pieniądze z budżetu państwowego, specjaliści od „pedagogiki dla cudzoziemców” i jej realizatorzy w szkołach publicznych, właściciele hoteli, pensjonatów i mieszkań przeznaczonych dla azylantów opłacani z kasy państwowej itd. Rosnące wydatki na „socjal” dla azylantów mogą już niedługo doprowadzić do ruiny system opieki społecznej w RFN. Zwolennikiem masowej imigracji jest również skrajna lewica, pragnąca tutaj upiec swoją polityczną pieczeń. Trzeba też wymienić sędziów sądów administracyjnych, którzy zajmują się przyznawaniem azylu. Dobry interes połączony z humanitarnie upiększonym internacjonalizmem leży u podstaw szaleńczej idei stworzenia w RFN urzędu socjalnego dla całego świata. Rada „Stańczyka” brzmi: zlikwidować zarówno urzędy socjalne, jak i prawo azylowe.
W tym samym numerze znajdziemy deklarację Towarzystwa Niemiecko-Rosyjskiego, podpisaną przez honorowego przewodniczącego Towarzystwa S. Keilinga. W deklaracji zatytułowanej „Polsce pod rozwagę” stwierdza się m. in.: „Polacy powinni mieć bezpieczne granice, ale nie na Odrze-Nysie. Kto z nich będzie optował za Niemcami może zostać. Wielu Polaków opowie się za takim rozwiązaniem (…)Wszystko jest w ruchu. Naszych największych partnerów widzimy w ludziach Rosji, gdyż od stosunków między Niemcami a Rosją zależy przyszłość Europy. To również winno dawać Polakom do zastanowienia. Nasze nadzieje nie są nieuzasadnione, jeśli pomyślimy o wypowiedziach Borysa Jelcyna dotyczących zarówno krajów nadbałtyckich jak i Prus Wschodnich”. No to zastanawiajmy się Polacy!
Na niemieckiej prawicy narodowej coraz silniejsza krytyka polityki Bonn. W miesięczniku „Europa vorn” (maj 1990) Stefan Raber pisze, że konferencja „Dwa + cztery” to powtórzenie Kongresu Wiedeńskiego, na którym pogrzebano niemiecką jedność. Dziś znowu, pisze Raber, pragnie się ubezwłasnowolnić środek Europy, czyli Niemcy. Rolę księcia Metternicha odgrywają dzisiaj Helmut Kohl, Richard von Weizsäcker, Hans-Jochen Vogel i Otto Graf Lambsdorff. Natomiast doradcę Metternicha Fryderyka Gentza zastępują dziś Marion Dönhoff, Kurt Sontheimer, Eberhard Jäckel, Rudolf Augstein. Ale, ostrzega Raber, po dwunastu latach od śmierci Metternicha, w Wersalu proklamowano powstanie Rzeszy. Nie wiadomo, jak długo jeszcze żyć będą Metternichowie powstającej dziś BRDDR. Powinni pamiętać o losie małżeństwa Honecker.
W tym samym numerze „Europa vorn” na temat zjednoczenia i neutralności Niemiec pisze T.Singer. Po czterdziestoletniej stagnacji politycznej w Europie ostatnie dziesięciolecie drugiego tysiąclecia przyniesie wiele zmian i niespodziewanych wydarzeń. Wszystko jest w ruchu i trudno cokolwiek przewidzieć. W obu największych narodach Europy, u Rosjan i u Niemców, stosunki wewnętrzne stają się coraz bardziej zawikłane, jeśli nie wręcz chaotyczne. Polityka Niemiec powinna być według Singera nakierowana na opuszczenie zarówno NATO, jak i Układu Warszawskiego. Tego życzy sobie Rosja i jest to zgodne z interesem politycznym Niemiec. Z perspektywy historycznej, twierdzi Singer, obie wojny światowe, w których Niemcy i Rosjanie walczyli ze sobą, były jedynie „wypadkiem przy pracy”. Nie wolno dopuścić, aby jakieś zobowiązania wynikające z paktów militarnych skierowały Rosjan i Niemców przeciwko sobie.
W lipcowym numerze Manfred Rouhs (wydawca Europa vorn) stwierdza, że byłoby czymś absurdalnym sądzić, że pewnego pięknego dnia niemiecki Wermacht z łopoczącymi sztandarami wejdzie do Wrocławia, Gdańska czy Królewca. Chodzi, tak jak w przypadku połączenia RFN i NRD, o wzmocnienie politycznej pozycji Niemiec w Europie Środkowej i Wschodniej i o zwiększenie roli Niemiec w handlu ze Wschodem. Inaczej nieco widzi przyszłość Ziem Zachodnich J. Grund, deputowana do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Republikańskiej. W artykule „Niemcy Wschodnie jako drugi etap zjednoczenia” pisze ona, że rezygnacja z dawnych obszarów wschodnich Rzeszy to nic innego jak drugi „dyktat wersalski”. Stwierdza też, że dobrobyt i porządek, które prędzej czy później zapanują nad Odrą i Nysą, przekona wielu ludzi po drugiej stronie, że lepiej będzie im się żyło w autonomii, razem z niemiecką wiedzą, techniką i z niemieckimi inwestycjami. Ludzie będą woleli żyć w kwitnącej ojczyźnie Niemców i Polaków niż pod chaotycznymi rządami Jaruzelskiego i Mazowieckiego konkluduje J. Grund.
We wrześniowym numerze „Europa vorn” znajdziemy informację o przekazaniu Władysławowi Bartoszewskiemu przez przedstawicieli organizacji Młode Niemcy listu otwartego do Lecha Wałęsy. Rzecz działa się w Münster, gdzie Władysław Bartoszewski miał wykład. Młodzi Niemcy piszą w swym liście : „Niech Pan jedzie do domu i powie swym rodakom, że tutaj rośnie nowa generacja, która kiedyś zapuka do Pana drzwi i upomni się o swoje prawa. Jak długo choćby jedno serce będzie biło dla Niemiec, nie będzie Pan mógł się czuć bezpiecznie na niemieckim wschodzie”. No cóż, jak oni zapukają, to my będziemy musieli odpukać.
Dwa razy do roku ukazuje się w Kassel czasopismo „Elemente”, czołowy organ Nowej Prawicy w Niemczech – na czele pisma stoi Pierre Krebs. Pismo jest częścią kulturalnej infrastruktury Nowej Prawicy w Europie. Tę infrastrukturę tworzą takie pisma jak „Nouvelle Ecole”, „Elements” i „Le Partisan Europeen” we Francji, „L’uomo libero” i „Trasgressioni” we Włoszech, „Punto y coma” w Hiszpanii, „Orientations” i „Teksten, kommentaren en studies” w Belgii. „Elemente”, podobnie jak pozostałe wymienione wyżej pisma, pragnie działać na rzecz prawicowej rewolucji kulturalnej. Przyznając rację tezie, głoszonej przez Gramsciego, że zwycięstwo lewicy w kulturze pociągnie za sobą zwycięstwo także i w innych dziedzinach, Nowa Prawica właśnie likwidację dominacji lewicy w kulturze uczyniła swym naczelnym celem. Pozostawmy na boku antychrześcijański afekt, który zapewne ów cel uczyni nieosiągalnym. Wiele z idei Nowej Prawicy godnych jest przemyślenia i przyswojenia – jej sprzeciw wobec wszelkich form egalitaryzmu, jej krytyka współczesnej masowej cywilizacji, jej przenikliwa analiza mitów moderny. Również zasługą Nowej Prawicy jest zwrócenie uwagi na odkrycia współczesnej anrtopologii, socjobiologii, nauki o zachowaniu, które w sposób całkiem jednoznaczny obaliły lewicowe teorie człowieka i społeczeństwa.
W „Elemente” znajdziemy wiele wątków typowych dla Nowej Prawicy: krytyka „American way of life”, dążenie do wyzwolenia Europy spod amerykańsko-sowieckiej dominacji, obrona tożsamości narodów Europy zagrożonej przez ideologię „One World” i ogólnoludzki patriotyzm. Drugi tegoroczny numer „Elemente” poświęcony jest w dużej mierze sztuce. Wyróżnia się tutaj artykuł „Narodziny sztuki z mitu”, autorstwa R. Eichlera. Ponadto o istocie kultury, sensie techniki i filozofii Kolbenheyera pisze K. Hein, o malarstwie Beranna M. Hansmann, o dziele Nietzschego Tako rzekł Zaratustra B. Weecke, o pionierze badań indoeuropejskich Dumezilu J. Varenne. Odnotujmy wreszcie niezwykły wywiad, jaki przeprowadził G. Faye, mianowicie wywiad z wirusem HIV. Godny pozazdroszczenia jest graficzny poziom pisma: wielka liczba reprodukcji, fotografii, rysunków.
„Junges Forum” to ukazujące się od 26 lat w Hamburgu zeszyty – zwykle monotematyczne. Redaktorem jest Heinz-Dieter Hansen. Armin Mohler uznał „Junges Forum” za najinteligentniejszy organ młodej prawicy niemieckiej. „Junges Forum” jest niezależne od jakiejkolwiek partii czy organizacji. Światopoglądową podstawę pisma tworzy „nowy nacjonalizm” o europejskim obliczu, nie stroniący od „społecznej krytyki”. Główne tematy poruszane w „Junges Forum” to etnopluralizm, metapolityczne koncepcje Nowej Prawicy, ekologia, regionalizm i federalizm, mniejszości narodowe, przyszłość Europy i ruchy narodowe w różnych częściach świata. W ostatnim letnim numerze „Junges Forum” znaleźć można arcyciekawy artykuł „Wewnętrzna dekolonizacja” Y. J. D. Peetersa. Pisze on między innymi o sterowaniu przez rządy procesami językowymi. Państwowa polityka językowa zaczyna się wraz ze słabnięciem łaciny, a od Rewolucji Francuskiej obejmuje już nie tylko sferę publiczną, ale także prywatną. Peeters cytuje dekret z 1794 r., stanowiący, że żaden dokument, także prywatna umowa, nie będzie uznawany, jeśli nie został napisany w języku francuskim. Peeters występuje przeciwko językowo-kulturowo-narodowemu zglajchszaltowaniu, co ściśle wyraża polityczno-intelektualną linię „Junges Forum”.
Drugi tegoroczny numer kwartalnika „Europa” (redaktor naczelny – Harald Thomas) poświęcony jest niemieckim rewolucjom. Piszą o nich znani autorzy obozu konserwatywno-narodowego i „narodowo-rewolucyjnego”: M. Pabst, A. Mölzer, R. Oberlecher, R. Schlierer, W. Strauss, A. Graw i inni. Poziom pisma dość wysoki, choć sporo artykułów przypadkowych, na których znać lewicową przeszłość ich autorów. „Europa” poświęca zwykle każde wydanie jednemu tematowi, np. Europa narodów i regionów, rodzina, Niemcy i supermocarstwa, kwestia sudecka, mit, tożsamość narodowa.
Bardzo pożyteczny, szczególnie dla telewidzów, jest wydawany w Erlangen miesięcznik „Trans Media” (redaktor naczelny – M. Schwilk). Poświęcony jest krytyce mass mediów i pragnie, jak to określił jeden z czytelników w liście do redakcji, patrzeć na ręce lewicowej mafii, która opanowała radio i telewizję. „Trans Media” niesłychanie skrupulatnie wychwytuje i komentuje wszystkie kłamstwa i półprawdy rozpowszechniane przez niemieckie mass media. Przydałoby się coś takiego i u nas.
W piątym tegorocznym numerze „Junge Freiheit” krytyki Nowej Prawicy dokonuje Werner Olles. Krytykuje ją za antychrześcijańskie nastawienie, za myślenie w kategoriach „volkistowskich”, a nie państwowych, za arogancję, za niechęć do organizowania się, za konszachty z lewicą, za pogardę dla „starej prawicy”, za unikanie jasnego samookreślenia. Stąd, zdaniem autora, jej notoryczny brak sukcesów. W tym samym numerze redaktor naczelny Dieter Stein przeprowadza wywiad z Hartmutem Koschykiem, lat 31, kapitanem rezerwy, w latach 1982-88 przewodniczącym Młodzieży Śląskiej, od 1987 roku sekretarzem generalnym Związku Wypędzonych i od 1989 roku członkiem zarządu Unii Paneuropejskiej w Niemczech. H. Koschyk proponuje plebiscyt w sprawie granicy na Odrze i Nysie. W plebiscycie mieliby wziąć udział zarówno obecni mieszkańcy polskich Ziem Zachodnich i Północnych, jak i wypędzeni i wysiedleni Niemcy oraz ich dzieci. Poza tym w numerze m. in. nieprzekonujące czy wręcz błędne opinie na temat wojny polsko-bolszewickiej i bitwy warszawskiej, jakie głosi dr A. Schickel. Zwycięstwo nad Sowietami przypisuje on francuskim doradcom(!).
Kwartalnik „Na klar!” wydawany przez Bund Heimattreuer Jugend-Der Freibund to pismo reprezentujące narodowy nurt wśród ruchów młodzieżowych w Niemczech, czyli swego rodzaju prawicowe harcerstwo łączące wędrowno-obozową romantykę, kształtowanie sprawności fizycznej z wiernością niemieckim tradycjom narodowym. Widać w piśmie pewne, zrozumiałe u młodzieży, lekkie nastawienie lewicowe, np. w sprawach gospodarczych wyrażające się w snuciu marzeń o socjalekologicznym, opartym na solidarności systemie ekonomicznym. Trochę polityki i historii, reklama książek z obozu konserwatywno-młodzieżowego. W sumie pismo na przyzwoitym poziomie, w sam raz dla młodzieży.
ROSJA
W 56 numerze kwartalnika „Gołos Zarubieżija” W. Pirożkowa pisze, iż 1989 r. był przełomowy. Rozpoczął się rozpad tzw. wspólnoty socjalistycznej. Od tego momentu decydującego znaczenia nabierają wydarzenia rozgrywające się w samej Rosji. Autorka stwierdza: „Nawet jeśli republikom bałtyckim uda się zdobyć niepodległość – czego im szczerze życzymy – to nie rozwiąże to problemów kraju. Rozstrzygnąć sprawę może w pierwszej kolejności rosyjski naród i inne narody, liczniejsze niż te, zamieszkujące republiki bałtyckie”. Dwa wywiady zamieszczone w tymże GZ wzmacniają powyższą tezę. Dymitr Bałaszow, pisarz z Leningradu, na pytanie, jak rozwiązać problemy kraju, odpowiada: „Bieg wydarzeń nie jest jeszcze całkowicie jasny. Nienawiść do komunizmu, niestety, coraz częściej przekształca się w nienawiść do Rosjan. Dlatego też nierzadko rodzą się tendencje do pełnego oddzielenia od Rosji. Z drugiej strony wiadomo, że żaden naród oprócz rosyjskiego nie potrafiłby utrzymać tej federacji, jaką jest wielka Rosja. Uważam, że Rosjanie w pierwszej kolejności powinni pozbyć się komunizmu, który zabija i wyniszcza Rosję. Despocje, gdziekolwiek powstawały na przestrzeni wieków: w państwie Inków, na Środkowym Wschodzie, w ZSRR, czy też w maoistowskich Chinach, wszędzie prowadziły do zastoju i śmierci wielu ludzi. Jeśli Rosjanie odbudują rolnictwo, odrzucą marksizm, powrócą na łono Cerkwi Prawosławnej z jej głęboko ludzkimi ideałami, tolerancją w kwestiach wiary i kultury (…), wtedy zmienią stosunki z narodami bałtyckimi, środkowoazjatyckimi i kaukaskimi. Tylko w tym przypadku wielonarodowa federacja utrzyma się, a naród rosyjski będzie mógł zająć należne mu miejsce: primus inter pares”.
Gdyby jednak stało się inaczej, może dojść do konfliktów na tle narodowościowym. Mówi o tym Igor Ogurcow, jeden z przywódców rosyjskiego Związku Chrześcijańskie Odrodzenie w 57 numerze GZ: „W Rosji i , do jakiegoś stopnia, również w Jugosławii i w innych państwach narodowych – w sytuacji rozpadu grozi zderzenie z niebezpieczeństwem walk narodowościowych, które mogą przerodzić się w wojnę. (…). Jest to ostrzeżenie, wskazujące na to, co stanie się w przyszłości, jeżeli cały kraj nie będzie potrafił szybko i zdecydowanie odnowić się. W krwawej walce nikt nie wygra, będą jedynie przegrani”. W innym miejscu pisarz rosyjski Włodzimierz Sołouchin domaga się natychmiastowego wydania dwóch postanowień: przywrócenia historycznych nazw w Rosji i wstrzymania pomocy materialnej dla komunistów rządzących Etiopii, Angoli i na Kubie. Trzeba skończyć z altruizmem, przynoszącym obu stronom same straty.
W wydawanym w Buenos Aires tygodniku „Nasza Strona” (red. nacz. M. Kiriejew) z czerwca tego roku, znaleźliśmy przegląd prasy autorstwa W. R. W przeglądzie krótka prezentacja „Pro Fide, Rege et Lege” ze szczególnym uwzględnieniem przekładu fragmentu Monarchii narodowej J. Sołoniewicza dokonanego przez Adama Gwiazdę, oraz „Stańczyka”. W, R. uważa, że redaktorzy „Stańczyka” w swoim stosunku do dawnej Rosji idą śladami Sołżenicyna i Józefa Mackiewicza. I ma rację.
FRANCJA
W „Le Figaro Magazine” z lipca br. w artykule wstępnym dyrektor generalny wydawnictwa L. Pauwels atakuje nowe prawo „komunistyczne” traktujące każdą wypowiedź ocenioną jako rasistowska (również antysemicka) jako przestępstwo, a jej autora skazujące na odpowiednie kary, do pozbawienia praw publicznych włącznie. Już projekt tego prawa był ostro krytykowany przez ugrupowania prawicowe i wszystkich ludzi zdrowego rozsądku. Bynajmniej nie z pobudek rasistowskich. Chodzi o pewne formy – jak pisze L. Pauwels. Po pierwsze o tym, czy wypowiedź ma charakter rasistowski czy nie, decydować będą kluby antyrasistowskie. Czyżby nawiązanie do słynnych Klubów z 1793 roku? Drugi zarzut dotyczy prasy lewicowej i brukowej. Problem imigrantów (chodzi przede wszystkim o nie-Europejczyków) istnieje we Francji od dawna i zadaniem prasy było i jest ukazywać jego prawdziwe oblicze. Prasa lewicowa rozpętała od jakiegoś czasu histerię antyrasistowską, atakując Francuzów, słusznie i niesłusznie, w ich własnym bądź co bądź kraju, za ksenofobię, rasizm, faszyzm etc. W ten sposób wysyła się ludzi w objęcia Frontu Narodowego Le Pena, przeciwko któremu – nie ma co do tego złudzeń – owe prawo zostało skierowane.
W majowym numerze „Lectures Françaises – Revue de la politique française” znajdujemy również echo powyższego prawa. W nocie od redakcji czytamy, że nie chodzi wcale o samych imigrantów, lecz o tych, którzy do Francji ich sprowadzili i nie potrafią poradzić sobie z tym problemem. Nie-Europejczycy asymilują się z trudnością, stanowią element kryminogenny, a wykorzystując biurokratyczne struktury opieki społecznej – kosztują podatników francuskich fortunę. Po drugie – dlaczegóż to w wolnym kraju nie wolno wyrazić opinii, że fala emigracji pozaeuropejskiej stanowi zagrożenie dla tożsamości narodowej?
Również w tym numerze znajdujemy ciekawy przykład metod walki z opozycją – w tym wypadku raz jeszcze z Frontem Narodowym Le Pena. Zgodnie z przepisem z 11.03.1988 r. każda organizacja polityczna we Francji otrzymuje dotacje z budżetu, odpowiednio do deklaracji przynależności bądź poparcia dla niej przez członków parlamentu. W bieżącym roku było do podziału (?) 260.267.857 FF. Na czele listy rzecz jasna Partia Socjalistyczna – 95.530.134 FF, dalej idą republikanie, centryści, komuniści (na 6 miejscu z sumą 12.216.116 FF). Na ostatnim 30 miejscu, z sumą 295.759 FF Unia na Rzecz Odnowy w NMP. Na liście brak Frontu Narodowego, który otrzymał ponad 2 mln głosów w wyborach parlamentarnych i ponad 4. 500. 000 w wyborach prezydenckich. Posiada również swojego deputowanego w Parlamencie. Zdecydowana większość obdarowanych (a są tam partie komunistyczne z Gujany Francuskiej, Gwadelupy i Reunionu) może tylko marzyć o takim poparciu (nie mówiąc o przedstawicielu w Parlamencie). Zaiste dziwnymi drogami chadza szczodrobliwość republikańska.
Pierwszy tegoroczny numer kwartalnika liberalnego Club de L’Horloge (red. nacz. H. de Lesquen) zawiera materiały z jesiennego seminarium zorganizowanego przez Klub Zegarowy pod tytułem „Liberalizm w służbie ludu”. O randze i poziomie seminarium świadczyć mogą nazwiska zaproszonych prelegentów: Maurice Allais – francuski ekonomista laureat Nagrody Nobla, William A. Rusher – były wydawca „National Review”, profesorowie renomowanych wyższych uczelni francuskich, senatorowie i politycy. Myślą przewodnią seminarium było: liberalizm, aby służyć, musi posiadać wymiar moralny. Jest nim koncepcja człowieka oparta na tradycjach zachodnich, chrześcijańskich. Człowiek nie jest odbiciem społeczeństwa – jest wolny i odpowiedzialny. Jego tożsamość określana jest przez przynależność do rodziny, narodu. Według Williama Rushera amerykańską prawicę, która wyniosła Reagana i Busha, charakteryzują dwie tendencje: economic conservatism, przywiązanie do wartości tradycyjnych (rodzina, religia, moralność, ojczyzna). Aby służyć ludowi, liberalizm francuski (i nie tylko) nie powinien zamykać się w „okopach ekonomizmu”. Winien stać się „konserwatyzmem” w znaczeniu jakie nadali temu słowu Edmund Burkę i Adam Smith. Liberałowie wiedzą, że więcej jest mądrości w społecznym porządku opartym na wolności, niż w najbardziej uczonych, filozoficznych dywagacjach. Trzeba więc wsłuchiwać się w lud.
We wstępniaku do powyższego numeru przewodniczący Klubu Zegarowego de Lesquen atakuje wspomniane już prawo, zwane “antyrasistowskim”. Prawo to, zdaniem autora skierowane jest nie tylko przeciw Frontowi Narodowemu, lecz przeciwko wszystkim przeciwnikom obecnego prawa imigracyjnego, bez względu na ich preferencje wyborcze. Kluby antyrasistowskie, mające decydować o przestępstwie, do złudzenia przypominać będą orwellowską „policję prawdy”, narzucając oficjalną wersję historii. Fakt nie mniej istotny to bezprecedensowe ograniczanie wolności słowa, świadczące o radykalizacji obecnego rządu francuskiego i mogące mieć nieobliczalne następstwa dla przyszłego prawodawstwa.
ZJEDNOCZONE KRÓLESTWO
Sierpniowo-wrześniowy numer „Economic Affairs” (red. naczelny R. Miller) – dwumiesięcznika wydawanego przez The Institute of Economic Affairs – poświęcony jest w głównej mierze ekonomicznej pierestrojce w Rosji. A. Zabielin pisze o problemach prywatyzacji. Również S. Glaziew, W. Maszicz i A. Wawilow z Centralnego Instytutu Ekonomicznego i Matematycznego w Moskwie zastanawiają się, jak prywatyzować przedsiębiorstwa państwowe. Oprócz Rosjan problematykę tę porusza polski ekonomista J. Winiecki. Natomiast Kevin Dowd proponuje całkowitą deregulację systemu monetarnego i zniesienie banków centralnych. Należy, twierdzi Dowd, sprywatyzować system monetarny i wprowadzić wolny rynek w dziedzinie emisji pieniądza. Autor opisuje, jak działa system, w którym emisją pieniądza zajmują się prywatne instytucje finansowe działające według zasad wolnej konkurencji. W przeszłości zlikwidowano wolny system bankowy i powstały banki centralne obdarzone przez rząd monopolem emisji pieniądza. Później ograniczono lub zniesiono wymienialność waluty na złoto. Ostatecznie odstąpiono od standardu złota i już można było spokojnie rozpocząć drukowanie inflacyjnego pieniądza na skalę, o jakiej nie śniło się ludziom we wcześniejszym okresie. Dowd uważa, iż nie istnieją żadne powody, aby nie powrócić do prywatnego rynku finansowego. Czas, aby wartość pieniądza przestała być na łasce banków centralnych i ich politycznych mocodawców.
A. Flew w artykule „Bieda, sprawiedliwość i sprawiedliwość społeczna” dokonuje miażdżącej krytyki poglądu, że socjalistyczne państwo opiekuńcze opiera się na wartościach zaczerpniętych z chrześcijaństwa. Wszystkie rady i propozycje wysuwane przez teologów i dostojników kościoła anglikańskiego oznaczają ciągle wzrastające wydatki na rządową opiekę medyczną, edukację, opiekę socjalną finansowane z podatków. Gdzie w Piśmie Świętym, pyta Flew, znajdziemy projekt państwa opiekuńczego, zajmującego się obywatelem od kołyski aż po grób. Propagujący przymusowe miłosierdzie uprawiane przez rząd, mylą Dobrego Samarytanina z Robin Hoodem, będącym właściwym patronem welfare state. Wniosek z artykułu jest jeden: z moralnej nauki chrześcijaństwa nie można w żaden sposób wywieść jakichkolwiek programów przymusowej redystrybucji bogactwa.
AUSTRIA
Wydawany w Grazu miesięcznik „Aula. Stimmen zur Zeit” to pismo silnie podkreślające narodową wspólnotę Austrii i Niemiec. W numerze majowym główny komentator i redaktor pisma A. Mölzer pisze w artykule wstępnym o grożącym Niemcom „Super-Wersalu”. Uważa, że nowe zobowiązania i ograniczenia narzucone Niemcom przez traktat pokojowy mogą być jeszcze gorsze niż te z 1919 roku, które, jak uważa, pchnęły Rzeszę Niemiecką na skraj moralnej i gospodarczej przepaści i zaowocowały później narodowosocjalistycznym totalitaryzmem. Mölzer wspomina również o wywiadzie, jakiego Lech Wałęsa udzielił jednemu z pism holenderskich. Później wywiad przedrukował „Le Monde”, a za nim prasa w RFN. Lech Wałęsa, nazywany przez Mölzera bohaterem zachodnich mediów, miał się wyrazić, że gdyby Niemcy chciały zdestabilizować sytuację w Europie, należy je wymazać (ausradieren) z mapy Europy. Mölzer uważa, że Wałęsa powiedział głośno to, co po cichu myślą prezydent Mitterand lub premier Thatcher.
„Aula” nr 3 przynosi „10 tez na temat jedności”. Tezy sformułował znany „narodowy dysydent” i wydawca pisma „Staatsbriefe” Hans Dietrich Sander. Stwierdza on, że naród niemiecki żyje od 1945 roku w trzech kadłubowych państwach (to trzecie to Austria). Podział ten nastąpił zgodnie z planem opracowanym w 1942 roku przez amerykański Departament Stanu i to ten podział stanowił fundament amerykańsko-rosyjskiej hegemonii w Europie. Różne układy, zawarte przez RFN po 1945 roku, miały, pisze Sander, przypieczętować powojenny porządek. Ale o ile układy mogą utrwalić pewien stan rzeczy, o tyle nie mogą go utrzymać, jeśli znika konstelacja polityczna, która ten stan rzeczy stworzyła. Wydarzenia w Europie Wschodniej, a później w NRD, sprawiły, że plan Waszyngtonu rozpadł się jak domek z kart. Celem niemieckiej polityki po upadku muru nie może być układ pokojowy, który, jak twierdzi Sander, byłby ponownym zwasalizowaniem Niemiec, ale metodyczna likwidacja wszystkich dotychczas zawartych układów podtrzymujących status quo. Trzeba również wystąpić zarówno z NATO, jak i EWG. W dziesiątej tezie Sander pisze: „Trzeba odbudować Rzeszę Niemiecką. Urlop się skończył. Stare problemy powracają i wszystkie krążą wokół Rzeszy Niemieckiej jako twórczej siły porządkującej w środku Europy. Wygląda na to, że alianci na próżno prowadzili dwie wojny światowe. Kartagińskie lęki są nie na miejscu. Wycofujące się mocarstwa nie są zdolne do prowadzenia trzeciej wojny światowej”.
W tym samym numerze już nie dziesięć, ale 6 tez o rekonstrukcji Europy Środkowej stawia A. Mölzer. W tezie szóstej stwierdza on, że Austria będzie odgrywać ważną rolę w tej rekonstrukcji. „Wieczna neutralność” nie jest pojęciem politycznym i nie ma realnej politycznej wartości. Austria będzie czynna zarówno w kręgu wschodnio- i środkowoeuropejskim, czyli dawnej Monarchii Habsburskiej, jak i środkowoeuropejsko-niemieckim czyli tej wspólnoty językowo-kulturalnej, do której należy większość Austriaków. Kto wie, czy Austria nie zajmie jakiegoś miejsca w niemieckiej konfederacji czy w nowym niemieckim związku (Bund). W każdym razie czasy, kiedy w Austrii prokuratura wszczynała postępowanie z powodu „propagandy na rzecz Anschlussu”, należą do przeszłości, twierdzi Mölzer.
PERU
Wiele ciekawych informacji znaleźć można w „Ild-Newsletter”, biuletynie wydawanym przez Instituto Libertad y Democracia w Limie. Idee propagowane instytut, zawarł w swej słynnej już książce Inna droga (ma się ukazać polskie tłumaczenie) jego prezes Hernando de Soto. Chodzi rzecz jasna o przekształcenie socjalistycznej gospodarki krajów Trzeciego Świata w gospodarkę wolnorynkową. Jak bardzo jest to potrzebne, widać jasno z informacji, które można znaleźć w kwietniowym i lipcowym „Ild-Newsletter”. W Peru uchwala się w ciągu pięcioletniej kadencji prezydenckiej 134 000 rozmaitych ustaw, zarządzeń, przepisów itd. Oznacza to, że na jeden dzień roboczy przypada ich ponad 100 (!). Wszystkie one określają, jak Peruwiańczycy mają prawo pracować, produkować i jak należy dzielić bogactwo – jednym słowem określają, jak Peruwiańczycy mają żyć. Tzw. gospodarka równoległa w Peru produkuje prawie 40% dochodu narodowego, ponad 60% „roboczogodzin” z całej gospodarki przypada na sektor prywatny działający nielegalnie. Wartość ziemi i domów znajdujących się w obrębie „drugiej gospodarki” jest oceniana na 16 mld dolarów. W Limie mniej niż 45% domów jest oficjalnie zarejestrowanych jako czyjaś własność. Mniej niż 10 procent właścicieli ziemi na wsi ma oficjalny tytuł własności. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli zważymy, że czas rejestracji domu czy posiadłości ziemskiej wynosił do niedawna 48 miesięcy, kosztowało to wiele pieniędzy i wymagało olbrzymiej liczby rozmaitych dokumentów, zaświadczeń itp. W Peru, według wyliczeń „Ild” potrzeba 289 dni, aby zarejestrować nowy biznes, a formalności załatwia się w 10 różnych agendach administracji państwowej. „Ild” chce ten czas skrócić do jednej godziny. Miejmy nadzieję, że się to uda, tak jak udało się zmniejszyć liczbę dokumentów i zdjęć potrzebnych do otrzymania paszportu z 10 do 2. Takie sukcesy powinny dodać otuchy wszystkim wrogom socjalizmu także i w Polsce.
ISLANDIA
„Stefnir” (red. naczelny D. Stefanson) to organ młodych konserwatywnych liberałów z SUS, czyli młodzieżowej przybudówki Partii Niezawisłości. Chcą oni, aby partia, która w latach czterdziestych wzięła ostry kurs na lewo, powróciła do swych ideowych korzeni tzn. do polityki laissez-faire w gospodarce, minimalnego opodatkowania i ograniczenia wydatków rządowych – jednym słowem, aby porzuciła socjalizm państwowy i interwencjonizm. Nic dziwnego, że jeden z ostatnich numerów „Stefnira” prawie w całości poświęcony jest upadkowi komunizmu w Europie Wschodniej. Pewnie młodzi liberałowie z Islandii mają nadzieję, że i u nich niedługo upadnie socjalizm. Niechaj starają się ten upadek przyśpieszyć. A że wiedzą, u kogo szukać dobrych rad, świadczy zamieszczona w „Stefnirze” recenzja książki Memoirs of an Unregulated Economist. Autorem wspomnień jest G. J. Stigler przedstawiciel słynnej Chicago School. „Stańczyk” życzy samych sukcesów obrońcom wolności w Islandii.
WŁOCHY
„Trasgressioni” to jedno z czołowych pism włoskiej Nowej Prawicy. Na jego czele stoi M. Tarchi. W numerze pierwszym z tego roku znajdziemy m. in. artykuł „Prawica między kryzysem a transformacją”. Jego autorem jest właśnie M. Tarchi. Analizuje on sytuację polityczną we Włoszech stwierdzając, że według niepisanego prawa polityki spadkowi poparcia dla tradycyjnych silnych ugrupowań opozycyjnych, usytuowanych na ekstremach (w tym przypadku PCI na lewicy, i MSI na prawicy) towarzyszy wzrost siły ugrupowań rządzących, większa identyfikacja obywateli z instytucjami państwowymi etc. Tymczasem ostatnie wybory do władz lokalnych przyniosły osłabienie ugrupowań opozycyjnych nie wzmacniając równocześnie ugrupowań rządzących. Odnotowano spadek frekwencji wyborczej spowodowany, zdaniem autora, raczej nieufnością i niezadowoleniem niż obojętnością. M. Tarchi sądzi, że we Włoszech zainicjowany został proces powolnych, ale głębokich zmian politycznych, których efektem może być nowy porządek mający swe korzenie w latach tużpowojennych. W artykule „Hayek: prawo dżungli” jeden z najbardziej znanych przedstawicieli europejskiej Nowej Prawicy – Francuz Alain de Benoist dokonuje krytyki niektórych koncepcji Hayeka. Z kolei włoski dyplomata F. Fransoni omawia „Dylematy amerykańskiej polityki zagranicznej” w kontekście olbrzymiego deficytu budżetowego USA. Zadłużony po uszy rząd USA będzie musiał zdefiniować przyszłą rolę Ameryki w polityce międzynarodowej. To budżet rozstrzygnie w ostatecznym rachunku o tym, czy USA wybiorą hegemonię, consensual leadership czy też neoizolacjonizm.
Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 14 , 1991.
