Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW”, NR 15-16 (1991)
NIEMCY
CRITICÓN
W numerze 121 (wrzesień—październik 1990) baron Caspar von Schrenck-Notzing portretuje, na przykładzie Rolfa Hochhutha, współczesnego moralistę: „Moralista nadużywa rozróżnienia między dobrem a złem obowiązującego w sferze moralnej, aby przydać sobie aureoli dobrego człowieka i dobroczyńcy, aby swoje poglądy immunizować wobec zarzutów, wykluczyć rzeczowe argumenty i móc dyskryminować inaczej myślących”. W dziale „Portrety autorów” Klaus Motschmann przedstawia sylwetkę Otto Dibeliusa (1880 -1967), teologa i duchownego Kościoła ewangelickiego, Joachim G. Görlich wieści nadejście ery postsolidarnościowej w Polsce, Helena Wanina prezentuje lewicę i prawicę w Rosji zwracając m.in. uwagę na renesans monarchizmu, C. G. Ströhm powraca do sprawy Waldheima, Wolfgang Stribrny przypomina, że również w Niemczech istnieją i działają monarchiści, F. Romig stara się (bez rezultatu) dopracować konserwatywnej koncepcji gospodarki, Wolfgang Berner omawia aktualną sytuację polityczną w Rosji.
W numerze 122 (listopad-grudzień 1990) znajdziemy wiele bardzo interesujących artykułów. W editorialu baron von Schrenck-Notzing konstatuje melancholijnie, że niemieccy konserwatyści, choć odnieśli znaczące sukcesy w wyparciu lewicy z niektórych obszarów kultury, nie potrafią wyjść z politycznej izolacji. Czystka w CDU/CSU dotknęła ostatnich konserwatystów, którzy do tej pory potrafili się w tej partii utrzymać. Dla takich ludzi jak Abelein, hrabia Huyn, Todenhöfer czy Windelen zabrakło miejsca na listach kandydatów do Bundestagu podczas ostatnich wyborów. Czy jest szansa, że konserwatywna prawica zdobędzie się na utworzenie własnej organizacji politycznej? Czas pokaże. W stałej kolumnie „Portrety autorów” Andreas Winterberger zajmuje się biografią i ideami Bernarda Mandeville’a, uznając go za jednego z najwybitniejszych myślicieli XVIII wieku.
Carl Gustav Stroehm tak zaczyna swój artykuł „Niemcy – byle tak dalej?”: „Zjednoczonym Niemcom przypadną w nadchodzących latach i dziesięcioleciach wielkie zadania”. I dalej pisze: „Możemy tylko mieć nadzieję, że przyszłe Niemcy będą gospodarczym olbrzymem. Ale już choćby ze względu na liczbę mieszkańców i położenie geopolityczne, nie mogą pozostawać politycznym karłem. Niemcy przysunęły się do Wschodu i via facti oddaliły się od Zachodu. Proces ten nie ma nic wspólnego z instytucjami, lecz z psychologią i geografią. O tej ostatniej mówił Bismarck, że jest jedynym stałym czynnikiem polityki zagranicznej państwa. Wraz ze zjednoczeniem Niemcy wyemancypowały się w pewnej mierze od Zachodu. (…) Na własnych nogach i pozbawione wygodnej protekcji zachodnich aliantów idą Niemcy na spotkanie ze Wschodem: najpierw z „małym” Wschodem na środkowo- i wschodnioeuropejskim przedpolu (od krajów bałtyckich po Bałkany) a później z „wielkim” Wschodem (Związek Radziecki, Rosja, Euro-Azja) — ze wszystkimi jego nieobliczalnościami i irracjonalizmami”. Stroehm stawia pytanie, czy niemiecka klasa polityczna jest w stanie podołać czekającym ją zadaniom. Wraz z dniem niemieckiej jedności rozpoczął się dla narodu niemieckiego „galop przez jezioro Bodeńskie”, kończy swój artykuł Stroehm.
Günter Rohrmoser stara się opisać „sytuację chrześcijaństwa w postmodernie” z perspektywy chrześcijańskiego publicysty, Jan van Houten przypomina postać zmarłego w zeszłym roku konserwatywnego publicysty angielskiego Malcolma Muggerigde`a, Armin Mohler ogłasza „koniec sporu historyków”, konstatując, że rozluźnia się moralny nacisk, jakiemu poddani byli Niemcy po 1945 roku. Zjednoczenie Niemiec podważyło lansowaną szczególnie przez środowiska żydowskie tezę, że podział Niemiec będzie trwał wiecznie jako kara za Holocaust. Dla tych Żydów, którzy porzucili religię, wspomnienie Holocaustu wraz z obarczonymi na wieczność kainowym piętnem Niemcami stało się podstawą ich grupowej tożsamości. Zjednoczenie Niemiec kończy ich „karę” i siłą rzeczy zdejmuje z nich kainowe piętno. Podkreślanie „wiecznej winy” Niemców straciło swój funkcjonalny sens. Poza tym, zauważa Mohler, w ostatnim czasie ucierpiał nieco moralny prestiż anglosaskich zwycięzców. Szokiem była dla wielu Niemców przetłumaczona na niemiecki książka kanadyjskiego autora J. Bacque pt. Zaplanowana śmierć opisująca warunki panujące w obozach jenieckich założonych po 1945 przez Amerykanów. W 1990 roku nastąpił kolejny szok – publikacje prasowe na temat zorganizowanego rabunku dzieł sztuki przez Amerykanów w niemieckich kościołach i zamkach. Rabunku dokonywali specjaliści według przygotowanych wcześniej list. Mohler wymienia poza tym dwie książki ważne według niego dla zmiany w podejściu do najnowszej historii: Zamordowanie ludzkości — ludobójstwo w pamięci narodów, której autorem jest Alfred Grosser, mieszkający we Francji politolog żydowskiego pochodzenia oraz Cienie przeszłości. Impulsy do historyzacji narodowego socjalizmu – książka zbiorowa, której redaktorami są Uwe Backes, Eckhardt Jesse i Rainer Zittelman. Obie te książki są, według Mohlera, początkiem końca uproszczonego i politycznie instrumentalizowanego „przezwyciężania przeszłości” (Vergangenheitsbewältigung). Nadchodzi też czas, sądzi Mohler – żeby uniwersyteccy historycy wzięli na warsztat metody dezinformacji stosowane przeciw Niemcom w okresie II wojny światowej i aby otwarcie i rzeczowo zajęli się najważniejszymi tezami „rewizjonistycznych” historyków.
W artykule „Większość i moralność” Eryk von Kuehnelt-Leddihn odsłania niszczące dla moralności skutki panowania egalitarnej demokracji. Partyjna demokracja to system zorganizowanej zdrady, gdyż każda partia chce namówić wyborców, aby zdradzili swój dotychczasowy obóz polityczny. Idealnym wyborcą jest człowiek zawsze gotowy zmienić swoje poglądy. Demokracja to także system zorganizowanej korupcji, gdyż każda partia stara się przekupić wyborcę różnymi kosztownymi podarunkami. Demokracja stała się nową religią. Mandatariusze ludu są całkowicie nieodpowiedzialni: niewybrani po raz drugi znikają w anonimowości. Nie istnieje poczucie odpowiedzialności przed Bogiem, historią, ojczyzną, dziećmi i wnukami. Pozostaje jedynie troska o głosy wyborców. Demokracja oparta na całkowicie irracjonalnym kryterium większości i równości (mającej źródło w zawiści) automatycznie dryfuje na lewo. Demokracja jest antywertykalna, antyelitarna, wroga wobec każdego autorytetu i wszelkiego hierarchicznego porządku. Dlatego niszczy również hierarchie moralne. Takie cnoty jak wierność, honor, prawdomówność, odwaga, sprawiedliwość, pobożność, gotowość do poświęceń, pilność i rzetelność, obowiązkowość, asceza stają się w demokracji śmiesznym przeżytkiem. Moralność odcięta od metafizycznych i teologicznych źródeł zostaje zredukowana do „życiowej mądrości”: „moralne jest to, co robią inni”. Ale, kończy swój artykuł Eryk von Kuehnelt-Leddihn, choć irracjonalizm i demoralizacja mocno siedzą w siodle, to nie wolno zaniedbywać pracy nad tworzeniem konstruktywnych alternatyw. Status quo nie będzie wszak trwać wiecznie i należy kierować wzrok ku przyszłości, którą należy lepiej ukształtować.
Najciekawszym chyba artykułem w numerze jest „Kultura atlantycka. Czy można przed nią uciec?”, autorstwa amerykańskiego konserwatysty węgierskiego pochodzenia Thomasa Molnara (jego tekst „Zakamuflowana władza” drukowaliśmy w „Stańczyku” nr 9), autora m in. takich książek jak Autorytet i jego wrogowie, Kontrrewolucja, Pogańska pokusa, Socjalizm bez maski. Molnar pisze, że obserwujemy dzisiaj całkowitą desakralizację życia publicznego (także religii), tanie produkty kulturalne rozpowszechniane są na całym świecie, telewizja wytwarza nieustającą lawinę obrazów, propaganda i rozrywka wulgaryzują język. Wszystko to tworzy tzw. „kulturę światową”, którą inni za Eliotem nazywają „Ziemią Jałową”. Obecnie przeżywamy następny przełom w kierunku kultury tworzonej przez technologicznych ekspertów produkujących figury, kształty, dźwięki, kolory i fabuły przy pomocy maszyn. Już same nazwy: video, hi-fi, rock, metal music podkreślają maszynowy i mechaniczny charakter tej nowej kultury. Ideologia przemysłowej demokracji („wszystko mi się należy, także prawo do kultury”) w połączeniu z ekspansją mediów, daje w efekcie „kulturę atlantycką”, która narodziwszy się w Stanach Zjednoczonych podbija powoli świat. Ta kultura jest spadkobierczynią kultury radzieckiej i realizmu socjalistycznego. Obie te formy kulturalne są ideologicznymi kuzynami. Wystarczy przypomnieć sobie „Maisons de la Culture” budowane na polecenie ministra kultury A. Malraux we francuskich miastach, będące odpowiednikiem pałaców kultury wznoszonych w stolicach państw satelickich Moskwy. Malraux i Żdanow wychodzili z tego samego założenia, że kulturę można produkować i normować. Znane z socjalizmu Domy Kultury nazywają się we Francji „Centre Beauborg”, a w USA „culture centers”. Świątynią atlantyckiej kultury jest „videoshop” wypełniony monotonnym szumem japońskich maszyn. Szkoły, lotniska, autobusy i ulice pełne są ludzi, którym z głów wyrastają anteny i którzy kręcą gałkami nowej estetyki. Tych ludzi można zobaczyć dziś zarówno w Los Angeles, jak i w Kijowie czy Marakeszu.
Kultura atlantycka jest czysto kwantytatywna. Prestiżem obdarza techników produkujących nowe kolory, figury, tony, ruchy i wibracje. Drugorzędne talenty wśród artystów, pisarzy, architektów, filmowców, producentów telewizyjnych, kompozytorów lubią kryteria ilościowe, gdyż mogą wówczas powiększać i powielać swoje produkty. Tam gdzie Grecy lub Rzymianie stawiali stopę, tam powstawały świątynie, teatry, fora i publiczne łaźnie. Tam, dokąd dociera kultura atlantycka, powstają szare i zuniformizowane Megalopolis, hałaśliwe weekendy „mas pracujących”, identyczny styl dla szkół, kościołów, muzeów, domów mieszkalnych i parków. Po atlantyckiej kulturze pozostaną jedynie skomputeryzowane relacje z audiowizualnych festiwali, ulotne albumy z ulotnych koncertów rockowych. Mimo typowego dla Ameryki gigantyzmu, mimo pseudowspólnoty wielkich festiwali (Woodstock, Asyż, Place de Concorde) jest kultura atlantycka w gruncie rzeczy niepewna siebie, jest nie tyle indywidualistyczna co masturbacyjna. Jej wielcy reprezentanci: Presley, M. Jackson, David Bowie, Madonna są zamknięci w sobie, wystawiają się na pokaz wijąc się jak żaby pod prądem w symulowanym orgazmie. W rzymskim cyrku było więcej odpowiedzialności etycznej niż na współczesnych koncertach rockowych.
Kultura atlantycka nie zna żadnych tradycyjnych celów kulturowych, estetycznych, religijnych, symbolicznych, mitycznych. Służy jedynie celom komercyjnym i permanentnej rozrywce. Straszliwi uniformizatorzy przekształcają Amerykę, Europę (także wschodnią) w kontynentalne supermarkety wypełnione kulturą manipulowaną przez atlantyckich agentów i menedżerów. Atlantycka kultura znarkotyzuje Europejczyków i telewizyjny smak zapanuje wszędzie. Trzeba bronić narodowych kultur i narodowych tradycji przed euroatlantyckimi bankierami, przed guru nowej kultury, przed Wielkimi Mogołami z mass mediów i technokratami dążącymi do planetarnej uniformizacji. Kultury atlantyckiej nie ma sensu zwalczać wprost, byłoby to zadanie beznadziejne. Trzeba tworzyć kulturalne zakony, małe, na poły tajne kółka, które tylko z rzadka kontaktują się z kulturą atlantycką. Te podziemne elity są ciągle w stanie zaskoczyć nas znakomitą książką, swym oddaniem poezji i sztuce, pogłębioną duchowością i poczuciem sensu historii. Ci ludzie są czasami młodzi, czasami starzy, są wszędzie i nigdzie, obywatele niewidzialnej republiki.
STAATSBRIEFE
„Staatsbriefe” to miesięcznik, który wydaje w Monachium Hans-Dietrich Sander. W lutowym tegorocznym numerze Sander analizuje politykę Bonn wobec wojny w Zatoce Perskiej. Pisze on m.in., że bez miliardów z Bonn i z Tokio Waszyngton nie mógłby prowadzić wojny z Irakiem. Dlatego Niemcy i Japończycy musieli zapłacić trybut jak przystoi pokonanym. Niemcy nie potrzebują już Amerykanów jako ochrony przed agresywnym blokiem wschodnim, nie muszą więc się poniżać i ulegać Amerykanom. W jakim celu, pyta Sander, mają Niemcy wspierać amerykańskie dążenia do władzy nad światem (Griff nach der Weltmacht). Czy po to dajemy im pieniądze, żeby niszczyli bombami inny kraj jeszcze bardziej niż niszczyli Niemcy? – pyta Sander. Dawanie pieniędzy Waszyngtonowi przez Bonn, to dla Sandera rekord świata w dyscyplinie zwanej perwersją polityczną. Zadania Niemiec nie leżą nad Zatoką Perską, ale na wschód od Łaby. Tymczasem gdy chodzi o dawne NRD, Bonn zawiodło, gdyż trwoni po świecie narodowe bogactwo. Brak poczucia odpowiedzialności i zaślepienie – oto co kazało politykom z Bonn angażować się finansowo nad Zatoką Perską. Między tymi politykami a narodem rozwiera się coraz większa przepaść. Miliardy, które trwoni Bonn, muszą wszak być wypracowywane przez coraz bardziej niezadowolonych obywateli. Pozytywna konsekwencja wojny nad Zatoką to ta, że widać już wyraźnie: marionetkowy reżim jest nagi. Można dostrzec sznurki, za które jest pociągany. Druga pozytywna konsekwencja to rosnący dystans Niemców do „amerykańskich przyjaciół”. Amerykańska wojna z Irakiem przywołuje wyparte ze świadomości wspomnienie sposobu prowadzenia wojny i propagandy wojennej przeciw Niemcom w czasie II wojny światowej. Trzecią wreszcie pozytywną konsekwencją wojny jest negatywne stanowisko zarówno lewicy, jak i prawicy wobec wojny. Może stać się to zapalającą iskrą wówczas, gdy naród zacznie mieć dość polityki juste millieu.
Heinrich Jordis von Lohausen analizuje „Przechył w polityce światowej” będący skutkiem słabości Rosji. Jest jasne, że kryzys na Kremlu i kryzys w Zatoce Perskiej to naczynia połączone. Kto tam wiąże swe siły, robi tutaj wolne miejsce dla innych sił. Rosyjski niedźwiedź jest chory i Gorbaczow musi robić dobrą minę do złej gry, przyglądając się jak Bush dokonuje ataku w samo serce islamskiego świata. Dla Rosjan jest to „Bliskie Południe”, wysoce czułe podbrzusze. Gorbaczow może teraz tylko liczyć na błędy Amerykanów, którzy wdepnęli w wielkie gniazdo os. Lohausen pragnie pokazać wojnę nad Zatoką Perską w szerszym kontekście historycznym. W tym celu wychodzi od źródeł polityki zagranicznej USA, czyli od ogłoszonej w 1823 roku doktryny Monroego, która była realizacją hasła „Ameryka dla Amerykanów” i miała za zadanie trzymać Europejczyków z dala od Ameryki. Miało się jednak później okazać, że doktryna Monroego nie utrzymała Amerykanów z dala od Europy, gdzie nie było siły zdolnej się im przeciwstawić. Anglia, jako że była potęgą morską, nie czuła się przywiązana do żadnego kontynentu. Kiedy Stany Zjednoczone wzmocniły się, wyszły poza strefę wyznaczoną przez doktrynę Monroego. Imperialną ekspansję rozpoczęły w 1848 roku anektując północne prowincje Meksyku. W 1854 zmusiły Japonię do otwarcia portów.
W roku 1898, 30 lat po złamaniu i zniewoleniu własnych stanów południowych, Waszyngton skierował swą uwagę na kolonialne posiadłości hiszpańskie – Kubę i Filipiny. Następny krok ponad oceanem, tym razem nie Pacyfikiem, ale Atlantykiem, dokonał się poprzez interwencję w I wojnie światowej. Przeszkodą dla amerykańskiego panowania nad światem była Wielka Brytania. Jak w 1942 roku powiedział prezydent Roosvelt: „Głównym celem tej wojny jest rozbicie imperium brytyjskiego”. Lohausen pisze, że Amerykanie w przypadku wszystkich swoich interwencji i wojen potrzebnych im do zbudowania światowego imperium nigdy nie zostali zaatakowani, także w Pearl Harbour jedynie pozornie, gdyż prez. Roosvelt tak długo przypierał Japończyków do muru różnymi politycznymi i gospodarczymi posunięciami, aż ci wyświadczyli mu przysługę, uderzając militarnie jako pierwsi. Również Saddam Hussein wyświadczył im przysługę. Nie jest wykluczone, że Amerykanie zastawili na niego pułapkę. Znana jest rozmowa, jaką 25 lipca 1990 roku, czyli na niewiele dni przed aneksją Kuwejtu przez Irak, przeprowadziła z Saddamem Husseinem ambasador USA w Iraku, pani April Glaspie. Powiedziała ona: „Panie prezydencie, chcę pana zapewnić, że prezydent Bush pragnie tylko utrzymać dobre i ścisłe stosunki z Irakiem, ale chce także, żeby Irak przyczynił się do dobrobytu i pokoju na Bliskim Wschodzie. Prezydent Bush jest inteligentnym człowiekiem. Nie chce gospodarczej wojny z Irakiem. (…) Nie mamy zdania w sprawie konfliktów arabsko-arabskich takich jak pański konflikt z Kuwejtem. Pod koniec lat 60-ych pracowałam w amerykańskiej ambasadzie w Kuwejcie. Uczono nas wówczas, że nie powinniśmy wypowiadać się w tej kwestii i że nie jest to sprawa Ameryki”. Lohausen uważa, że Amerykanie znaleźliby się w bardzo niewygodnej sytuacji, gdyby Irak wycofał się z Kuwejtu. Dni przed 15 stycznia musiały być dla Busha dniami wielkiego napięcia: cały czas mówić o pokoju a równocześnie niezachwianie dążyć do wojny, martwiąc się przy tym, że przeciwnik zmięknie przed czasem. Lohausen pisze dalej, że w „Starym Świecie” nie ma dziś siły zdolnej przeciwstawić się Amerykanom. Europa to tylko zbiorowisko rozmiękczonych satelitów. Trzeba poczekać aż odrodzi się Rosja, która razem z Niemcami zdolna będzie stworzyć przeciwwagę dla Ameryki. W każdym razie kończy swój artykuł Lohausen, wojna nad Zatoką Perską wyzwala lawinę, której biegu nikt nie jest w stanie przewidzieć.
Poza tym w numerze U.Lehmkühler omawia dokładnie toczący się w Niemczech spór o Berlin, czyli o to, gdzie ma się znajdować stolica zjednoczonych Niemiec, Wolfgang Strauss opisuje sytuację w dawnej NRD, Rudolf Sauer polemizuje z Hansem-Magnusem Enzensbergerem, a ściślej mówiąc z jego opublikowanym w tygodniku ,.Der Spiegel” artykułem „Następca Hitlera” (chodzi o prezydenta Iraku Saddama Husseina), H.-D. Sander publikuje „Aktualne wytyczne w sprawie klasyfikowania działań wojennych”, z których jedna brzmi tak: „Powzięte większością głosów uchwały ONZ są tylko wówczas wiążące, jeśli harmonizują z politycznymi zamiarami pokój miłujących mocarstw”. Ponadto w numerze znajdziemy fragment książki Dusza państwa, którą w 1957 opublikował Hans Domitzlaff – zatytułowany „Związek Wiernych Rzeszy”. Domitzlaff pisze m.in., że w sercu narodu niemieckiego – nawet jeśli rozsiana po świecie – żyje mała grupa rozważnych i myślących ludzi, których uskrzydla wewnętrzne pragnienie odnowienia, odczuwanej przez nich jako świętej idei Rzeszy. Z tych ludzi wyłoni się przyszła elita, którą cechować będą: służba wspólnocie narodowej, miłość do ojczyzny, duma, gdy ojczyzna cieszy się u innych poważaniem, smutek, gdy prestiż ojczyzny jest narażony na szwank, nienawiść do powszechnej korupcji, partyjnych egoizmów i partyjnych przetargów, do kłamliwej propagandy. Dla tej elity oczywistością są mieszczańskie cnoty takie jak dotrzymywanie słowa, odpowiedzialność za podjęte zadania, gotowość do ponoszenia ofiar. Ta nowa elita wyrosnąć może tylko z rozpoznania ponadczasowych wartości. Ci, którzy pozostaną wierni idei Rzeszy muszą wypracować nowy styl państwowej etyki.
W lutowym numerze „Staatsbriefe” znajdziemy również niepublikowany dotąd drukiem wykład, jaki w 1923 roku wygłosił religioznawca i historyk filozofii Otfried Eberz „Kabalizm i bizantyński platonizm – dwa ruchy narodowo-rewolucyjne”. Poza tym kilka wierszy, recenzje i krótkie polemiki. Pismo wyraża poglądy tej części niemieckiej prawicy konserwatywnej, która kładzie silny nacisk na problematykę narodową, podkreśla ciągłość niemieckiej historii i tradycji oraz jasno formułuje cele polityki niemieckiej: silne państwo w środku Europy zajmujące samodzielną i równorzędną pozycję w koncercie mocarstw.
ETAPPE
„Etappe” nr 6 zredagowali, jak i wszystkie poprzednie, Heinz-Theo Homann i Andreas Raithel. W numerze jak zwykle sporo artykułów mogących usatysfakcjonować najbardziej wyrafinowane gusty intelektualne: C.M. Wolfschlag „Niemieckie rabaty. Ogród narodu”, M.Großheim „Krytyka kultury między ekologią a technokracją”, Walter Seitter „O właściwym użyciu Francuzów”, A.Eideneier „Poète du cœur i homo politicus. W dwusetną rocznicę urodzin Alfonsa de Lamartine’a”, Hans Lipinsky-Gottersdorf „Hiob nazwiskiem Biberkopf. Przeoczone w Berlin-Alexanderplatz Alfreda Döblina”, H.Hamacher „Generał Salan: patriota hors-la-loi. Dystynkcja pojęć politycznych”. Szczególną uwagę należy zwrócić na artykuł „Wojna jako agon – Ernsta Jüngera obraz wojny” autorstwa polskiego tłumacza Jüngera i znawcy jego twórczości Wojciecha Kunickiego. Jest to tekst tak bardzo skondensowany i nasycony treścią, że trudno go tutaj omawiać. Ale obiecujemy, że i w „Stańczyku” wątek jüngerowski pojawi się nie raz.
„Etappe” drukuje również pochodzący z 1923 roku „Testament polityczny” jednego z najwybitniejszych europejskich myślicieli politycznych Vilfredo Pareto zatytułowany „Krytyczne uwagi na temat przyszłego porządku konstytucyjnego”. Zacytujmy kilka zdań: „Odrzućcie wszystkie błahostki, choćby procesy przeciw «amoralnej», wywrotowej literaturze, których skutkiem jest nienawiść i pogarda dla rządu. Pozwólcie krukom krakać, ale bądźcie bezlitośni w represjonowaniu czynów. Kto czynów tych chce dokonać, musi wiedzieć, że władza uderzy w niego bez miłosierdzia… i jest rzeczą najbardziej prawdopodobną, że już nigdy nie spróbuje on zrobić tego jeszcze raz”. W numerze znajdziemy również zatytułowane „Heraklitejski Savanarola” omówienie, pióra H. T. Homanna, pierwszego tomu dzieł Donoso Cortésa –wielkiego hiszpańskiego, katolickiego filozofa politycznego. Tę nową edycję przygotował Günter Maschke. „Stańczyk” jest bardzo, ale to bardzo ciekaw, kiedy to wreszcie w Polsce, kraju katolickim przecież, ukaże się Esej o katolicyzmie, liberalizmie i socjalizmie Donoso Cortésa – jedno z podstawowych dzieł katolickiej teologii politycznej.
NATION UND EUROPA
„Nation und Europa” jest pismem „starej” prawicy narodowej ukazującym się od 41 lat. Numery z ostatnich miesięcy przynoszą przede wszystkim dyskusje na temat szans prawicy w zjednoczonych Niemczech. Różne glosy, sprzeczne opcje, nawoływanie do jedności, wzajemne pretensje i kłótnie – oto krajobraz prawicy narodowej w nowych Niemczech. Ale redaktor naczelny pisma Peter Dehoust stwierdza pełen nadziei: „Czas dojrzał, aby powstała partia prawicy”. Winifrid Kraub w artykule „Szansa prawicy. Dokąd prowadzi droga” (1990 nr 11) pisze, że potrzebny jest sojusz narodowców i konserwatystów. W partii prawicy powinni znaleźć swoje miejsce zarówno nie-konserwatywni narodowcy, jak i nie-nacjonalistyczni konserwatyści. Pismo śledzi również poczynania ruchów prawicowych w innych krajach europejskich sądząc zapewne słusznie, że sukces prawicy w jednym kraju może wpłynąć korzystnie na szanse prawicy w innych krajach. Stałym tematem na łamach pisma jest problematyka napływu do Niemiec mas imigrantów z krajów Trzeciego Świata. Rudolf Seuffert w artykule „Multikryminalna różnorodność” (1991 nr 2) uważa, że tak wielka ilość imigrantów to społeczny materiał wybuchowy. Wzorem dla Niemiec nie może być Liban. Już dziś na murach wielu miast niemieckich pojawiają się napisy „Deutsche raus!”. W Berlinie gangi złożone z cudzoziemców wznoszą okrzyki „Tod den Deutschen!”. Z numeru 11 odnotować wypada wywiad z przewodniczącym Ukraińskiej Partii Republikańskiej Lewko Łukanienko, który wita z zadowoleniem zjednoczenie Niemiec. Poza tym warto przeczytać, co pisze H. Willke na temat współpracy Stasi i Urzędu ds. Ochrony Konstytucji przy zwalczaniu niemieckiej prawicy: prowokacje, infiltracja itd.
Oczywiście pismo nie przeszło obojętnie wobec wojny amerykańsko-irackiej zamieszczając wiele artykułów bardzo ostro atakujących politykę amerykańską. W numerze styczniowym z tego roku w artykule „My, tchórzliwe świnie” pisze P. Dehoust: „Od 45 lat zarzuca się Niemcom, że w swej historii byli największymi militarystami świata. I za to płacimy całemu światu. Dziś znowu jesteśmy ci źli, ponieważ nie chcemy brać udziału w cudzej wojnie. (…) Przypomnijmy sobie: w czasie I wojny światowej wkroczyły Stany Zjednoczone na pola bitew pod hasłem «hang the kaiser!», aby przynieść nam demokrację. Dziś ich celem jest uratowanie feudalnego reżimu w Kuwejcie”. Gerhard Buerer w artykule „O wojnie w Zatoce Perskiej” pisze: „Nie należy zapominać, że ta wojna jest być może gigantycznym, przeprowadzonym bez skrupułów, manewrem odwracającym uwagę, w którego cieniu mogą rozegrać się o wiele bardziej dramatyczne wydarzenia”.
Ch. Mattausch odsłania korzenie „Nowego Porządku Światowego”, tkwiące według niego w ruchu Paneuropejskim lat 20-tych. W 1951 roku UNESCO wypowiedziało się za utworzeniem jednolitego systemu prawnego dla całego świata po to, by ujednolicić tym sposobem kulturę i filozofię. W 1955 roku dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia G. Brock Chrisholm wysunął postulat genetycznego zmieszania narodów mającego prowadzić do powstania jednej i jednolitej rasy pozostającej pod rządami światowej centrali. Wszystkie te projekty, jak i lansowana obecnie utopia „multikulturalnego społeczeństwa” nie są niczym innym jak drogą do neokomunizmu. Eckart Stieglitz piętnuje „Likwidację różnorodności” wskazując na zagrażające człowiekowi globalne procesy niwelacyjne dokonywane pod hasłem równości. W tym nudnym, monotonnym, jednolitym i jednowymiarowym świecie rzeczywistość traci swój blask, swój sens i ludzki wymiar. Człowiek zaczyna żyć pomiędzy ekranami komputerów i wideomaszyn, izolowany i oderwany od realnego świata. Sport staje się łechtaniem nerwów. Przygoda, piękno, spełnienie, rzeczywiste życie są dostępne jedynie przez mające je ucieleśniać towary reklamowane w telewizji. Ludzie tracą kontakt z rzeczywistością. Ich językiem staje się nowo-mowa z reklam Coca-Coli. Rudi Roland w artykule „Julius Evola — prorok naszego czasu” przedstawia skrótowo poglądy autora słynnej książki Rewolta przeciw współczesnemu światu. Evola (1898–1974) odrzucał wszystkie ideologie, systemy i doktryny współczesnego świata. Dekadencja świata zaczęła się według niego w 8 i 6 stuleciu przed Chrystusem. Najwyższym tworem chrześcijaństwa był okres Średniowiecza, kiedy Kościół opierał się na instytucjach i etosie Imperium Rzymskiego. Humanizm i reformacja, rewolucja francuska, demokracja, kapitalizm, liberalizm, socjalizm, komunizm to przejawy coraz głębszej dekadencji, która zakończy się nadejściem ery stanu czwartego, ery panowania człowieka masowego, pariasa nowoczesnego społeczeństwa. Zaczęło się już „ciemne stulecie”, Ragna-rök, „epoka wilka”.
DEUTSCHLAND -MAGAZIN
„Deutschland-Magazin” jest miesięcznikiem wyrażającym poglądy prawego skrzydła CDU, która to partia, jak twierdzi wielu prawicowców niemieckich, jest prawym skrzydłem SPD. Na czele pisma stoi Kurt Ziesel. Współpracują z nim m.in.: Gerhard Löwenthal, Otto von Habsburg, Hans Georg Studnitz, Christa Meves, C. G. Ströhm. „Deutschland-Magazin” jest pismem całkowicie lojalnym wobec kanclerza Kohla i z pełnym oddaniem popiera wszystkie jego posunięcia polityczne. W tegorocznym kwietniowym numerze znaleźć można m.in. takie artykuły: „Niemcy między euforią a rezygnacją”, „Kanclerz w mediach – kozioł ofiarny za całe zło tego świata”, „Aborcja – atak na koalicję”, „Tryumf demagogów”, „Der Spiegel – przegrany w wojnie mediów” (hamburski tygodnik został pięknie określony w artykule jako „wilk – przewodnik lewicowego stada mediów”). Poza tym jest jeszcze krytyka G. Grassa, pochwała (!) służby kobiet w Bundeswehrze i ocena polskiej telewizji pt. „Wiadomości z życia dworu zamiast pluralizmu”. W sumie pismo takie sobie.
EUROPA VORN
„Europa vorn” jest miesięcznikiem łączącym ideowe wątki Nowej Prawicy, „starej” prawicy narodowej i tzw. narodowo-rewolucyjnych ruchów okresu Republiki Weimarskiej. Stoi w ostrej opozycji do obecnej elity politycznej Niemiec. W tegorocznym styczniowym numerze redaktor naczelny Manfred Rouhs pisze: „Politycy bońscy podpisują kapitulanckie deklaracje, wspierają amerykańską awanturę w Zatoce Perskiej, chcą wczorajsze rozwiązania typu EWG zastosować do obecnych i przyszłych problemów Europy. Nie zauważają oni, że sami stali się częścią problemu, z którym my Europejczycy musimy sobie poradzić”. W tym samym numerze Wolfgang Strauss w artykule „Tryumf Stefana Bandery” omawia sytuację polityczną na Ukrainie, podkreślając szczególnie dążenia i projekty tych grup politycznych, które chcą utworzenia państwa ukraińskiego. Z artykułu dowiadujemy się, że dzięki staraniom działaczy Ukraińskiej Partii Narodowo-Demokratycznej położono w Drohobyczu pamiątkowy kamień ku czci, jak głosi wyryty napis, „ukraińskiego bohatera narodowego Stefana Bandery”. „Stefan Bandera żyje nadal w sercu ukraińskiego ludu. Jego idea, «idea narodowej wolności, jedności i demokracji we własnym państwie» zwyciężyła”, kończy swój przepełniony miłością do Ukrainy artykuł Wolfgang Strauss.
W numerze lutowym publikuje „Europa vorn” „List kijowskiego studenta Andrzeja Sotnika do niemieckiego przyjaciela”. List wyraża poglądy tych Ukraińców, którzy nie chcą w jakikolwiek sposób wiązać się z Rosją. Odrzucają więc także propozycje Aleksandra Sołżenicyna zawarte w jego manifeście. Andrzej Sotnik kończy swój list następującymi słowami: „Nasze zwycięstwa są waszymi zwycięstwami – nasze klęski są waszymi klęskami. Ale kto dziś mówi o klęskach?”. W tym samym numerze Manfred Rouhs ogłasza koniec amerykańskiego stulecia, M. Bauer omawia koncepcję „Europy regionów”, pisząc m.in., że państwo stworzone przez narodowych socjalistów, mimo że określane było mianem III Rzeszy, posiadało typową dla współczesności tendencję do wewnętrznej urawniłowki. Także budowa autostrad i program motoryzacji były uzasadniane m.in. koniecznością przezwyciężenia regionalnych partykularyzmów i stworzenia jednolitego „narodu”. Trzecia Rzesza była więc bardziej podobna do typowego dla Zachodu jakobińskiego państwa narodowego niż do oryginalnie niemieckiej tradycji zdecentralizowanej, wielokształtnej i ponadnarodowej Rzeszy. Reinhold Oberlercher odpowiadając na pytania jednego z czytelników w sprawie przyszłości Europy pisze m.in., że we Francji nastąpi pierestrojka, dzięki której jakobinizm zostanie zlikwidowany tak jak bolszewizm w Rosji. Oberlercher twierdzi również, że obecne reżimy w Europie nie są w stanie powstrzymać zajmowania Europy przez ludy pozaeuropejskie i stanie się to przyczyną ich upadku, który zakończy prawno-państwowy eksperyment pod nazwą EWG.
W numerze marcowym „Europa vorn” powołując się na Londyński Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych twierdzi, że w przeciwieństwie do Rosjan Amerykanie mają zamiar jeszcze długo stacjonować swoje wojska w zjednoczonych Niemczech. Amerykanie uzasadniają to tym, że w Związku Radzieckim następuje konsolidacja sił marksistowsko-leninowskich. W numerze kwietniowym Stefan Raber analizując politykę Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego ostatnich lat dochodzi do wniosku, że oba państwa wzajemnie się wspierają chcąc utrzymać światową hegemonię. Kruk amerykański krukowi radzieckiemu oka nie wykolę – sentencjonalnie stwierdza Raber. W numerze majowym Manfred Rouhs pisze o szansach obozu narodowego w Niemczech, dr P. Bulke zwraca uwagę na fakt, że Niemcy przyjmują ponad 50% imigrantów przybywających do Europy. W roku 1990 przybyło do Niemiec 193.000 ludzi, ubiegających się o azyl. W tym samym numerze Manfred Rouhs twierdzi, że sekretarz stanu USA Baker zastawił pułapkę na Saddama Husseina „zachęcając” go do aneksji Kuwejtu. Wolfgang Strauss zastanawia się, jakie nauki mogą Niemcy wyciągnąć z idei zawartych we wrześniowym manifeście Sołżenicyna wydrukowanym jako dodatek do „Literaturnoj Gaziety” i „Komsomolskiej Prawdy” w ponad 25 mln egzemplarzy. Sołżenicyn pisze m.in., że monopartyjna dyktatura i system wielopartyjny są tylko dwoma stronami tego samego medalu, że koniec komunistycznego państwa partyjnego sygnalizuje również koniec państwa wielopartyjnego, że zużycie demokratycznych partyj jako jedynej formy organizacji politycznej ma swe przyczyny nie tylko w arogancji i negatywnej selekcji elit, ale w samej zasadzie władzy partyj.
„Europa vorn” ujawnia również sensacyjną sprawę poparcia udzielonego przez Stasi Brandtowi. W marcu 1972 roku nie udało się CDU obalić ówczesnego kanclerza Brandta przy pomocy wotum nieufności, gdyż Julius Steiner deputowany z ramienia CDU oddał w tajnym głosowaniu swój głos na Brandta. Za tę usługę otrzymał od Stasi 50 000 marek. Odnotujmy wreszcie wywiad, jaki „Europa vorn” udzielił generał brygady w stanie spoczynku Hansgeorg Model – syn marszałka Modela (popełnił samobójstwo w kwietniu 1945 roku). Na pytanie, jaki był stosunek ojca do zamachu z 22 lipca syn odpowiada: „Zdystansował się od zamachu i powiedział, że nie ma nic gorszego dla żołnierza na wojnie, jak próba obalenia dowództwa w celu zawieszenia broni lub czegoś podobnego. (…) Postawę mojego ojca można też wyjaśnić tym, że pucz Kappa z początków Republiki Weimarskiej uważał za dyletancki. Zamach na Adolfa Hitlera był jeszcze gorzej zaplanowany niż pucz Kappa.”
NATION
„Nation” to miesięcznik, którego redaktorem jest Adrian Preißinger. Pismo określa się jako niezależne i ponadpartyjne i jest organem zdecydowanej i bojowej prawicy narodowej. „Nation” prowadzi nieustanny obstrzał bońskiego establishmentu. Inni wrogowie to lewicowi liberałowie, czerwoni literaci, antyautorytaryści, „wyzwoleni”, spece od pojednania, polityczni kapitulanci. Genscher to dla „Nation” mistrz nowo-mowy, prezydent Richard von Weizsacker dezerter (z 1945 roku) zamieszany w niejasne machinacje finansowe firmy Bremer Vulkan AG, a szef Republikanów Schönhuber człowiek mający bardzo dobre stosunki z Urzędem ds. Ochrony Konstytucji. Pismo występuje ostro przeciw Nowemu Porządkowi Światowemu kontrolowanemu przez wpływowe kręgi Wschodniego Wybrzeża. W styczniowym tegorocznym numerze znaleźliśmy wypowiedź szefa KGB Kriuczkowa o CIA: „We coexist. They work, and we work”.
W numerze lutowym znajdziemy duży artykuł o „królu świata”, „wielkim mistrzu”, „nowym Adamie”, głowie „Kościoła Zjednoczenia” (właściwa nazwa: „Holy Spirit Association for the Unification of World Christianity”), twórcy „Boskich zasad”, którym jest rzecz jasna San Myung Mun. Autor artykułu P. Scroll pisze, że Mun spędził sporo czasu w północno-koreańskim więzieniu z przyczyn, które nie są całkiem jasne (muniści mówią o prześladowaniu na tle religijnym). Po zwolnieniu (muniści mówią o „legendarnej ucieczce”) rozpoczął swoją wielką karierę zakładając w Korei Południowej „Kościół Zjednoczenia”, liczący dziś 3 min wyznawców i mający swoją główną siedzibę w Nowym Jorku. Stworzył również całkiem spore imperium finansowe, na które składają się przedsiębiorstwa produkujące broń, farby i maszyny. Scroll uważa, że mimo konserwatywnej fasady jest sekta Muna koreańskim koniem w obozie prawicy, dąży bowiem do urzeczywistnienia wielokulturowej utopii w skali globalnej. W 1982 roku Mun zaproponował budowę sieci międzynarodowych autostrad (InterNational Highway-Project). Japonię i Koreę miałby połączyć podmorski tunel, transkontynentalna trasa przez Chiny, Azję Południową, Związek Radziecki, Środkowy Wschód, całą Europę, miałaby jednoczyć ludzi i służyć całkiem realnym interesom handlowo-finansowym. Mun utrzymuje bardzo rozległe kontakty z kołami gospodarczymi, politycznymi i opiniotwórczymi mającymi opinię prawicowych. Scroll wymienia m.in. francuski Front Narodowy i niemieckich Republikanów. Do czasopism finansowanych przez niego należy konserwatywna gazeta „Washington Times”. Ale Mun organizuje też kongresy, na których tłoczą się socjaldemokraci, liberałowie, chadecy, generałowie NATO, dziennikarze i profesorowie uniwersytetów. Dla tych ostatnich stworzył Mun World Peace Academy. Dla teologów ma Nową Ekumeniczną Wspólnotę Badawczą. Mimo krótkiej przerwy w roku 1982, kiedy to za oszustwo podatkowe został przez sąd amerykański skazany na 18 miesięcy więzienia i 25 tysięcy dolarów grzywny, Mun dalej prowadzi swoją działalność i tylko patrzeć jak pojawi się w Polsce.
W numerze marcowym przeczytać można krótki artykuł zatytułowany „Związek Wypędzonych jako Murzyn”, z którego dowiadujemy się, że bońscy politycy chcą zaprzestać finansowania Związku Wypędzonych. Taka jest zaplata, pisze „Nation”, za to, że w ciągu 40 lat Związek Wypędzonych zdegradował swoich członków i zwolenników do wyborczego bydła CDU/CSU i za to, że pozwalał się finansować, by nie powiedzieć korumpować przez Bonn. Murzyn robił, co do niego należało: zbierał głosy dla CDU/CSU – Murzyn może odejść.
ZEITENWENDE. DEUTSCHE BAUSTEINE
„Zeitenwende” to kwartalnik wychodzący wcześniej pod tytułem „Europa”. Redaktorem naczelnym jest nadal Harald Thomas a wydawcą organizacja o nazwie Nationaleuropäisches Jugendwerk. Pierwszy numer z tego roku poświęcony jest klasykom myśli politycznej: Pierre Chassard „Krytyka metafizyki i teologii” (o Nietzschem), C.M. Wolfschlag „Oswald Spengler i «Lata rozstrzygnięć»”, W. Fenske „Moeller van den Bruck i konserwatywna rewolucja”, G. Franz-Willing „Juan Donoso Cortés, markiz de Valdegamas”, K.Hornung „Lorenz von Stein”, G. Maschke „Brat Makiawela i Nietschego” (o Pareto), L. Ulsamer „Aleksy de Tocqueville”, M. Pabst „Sir Oswald Mosley”. Poza tym Hans Rustemeyer przedstawia politycznego realistę, jakim był minister spraw zagranicznych Anglii z okresu Kongresu Wiedeńskiego – Castlereagh, A. Jebens pisze o chrześcijańskim odrodzeniu w Rosji, a K. Riester o muzułmańskich fundamentalistach.
ELEMENTE
„Elemente” to czołowy organ Nowej Prawicy w Niemczech. W poprzednim „Stańczyku” omawialiśmy jeden z zeszłorocznych numerów tego pisma. Ponieważ Nowa Prawica to w Polsce zjawisko mało, znane sięgnijmy do pierwszego numeru. Pierre Krebs (redaktor naczelny) w artykule „Nasza wewnętrzna Rzesza” wskazuje na syntezę tradycji helleńskiej i filozofii, nauki i sztuki niemieckiej jako na możliwość europejskiego odrodzenia wymieniając przy tym takie nazwiska jak: Schmitt, Gehlen, Lorenz, Heisenberg, Hans Albert, Benn, W. Otto, Scheler, H. J. Syberberg, Jünger, Heidegger. Guillaume Faye stara się odpowiedzieć na pytanie „O co walczymy?” nawołując, aby „antykosmopolici” i „antymondialiści” zwierali szeregi, Alain de Benoist broni organicznej demokracji cytując z aprobatą definicję demokracji sformułowaną przez Moellera van der Brucka: „Demokracja jest udziałem narodu w swoim losie”, prof. dr Julien Freund omawia „Naukę Karola Schmitta i jej konsekwencje”. Prof. Freund pisze mi m.in.: „Osobiście nie wierzę w moralną politykę, ponieważ polityka musi być w pierwszym rzędzie polityczna a nie moralna. Wierzę natomiast w moralność polityki, która polega na urzeczywistnieniu właściwego celu polityki: ochrony obywateli i bezpieczeństwa państwa. Człowiek polityczny jest moralny nie dzięki swemu programowi, ale przez sposób, w jaki realizuje cele polityczne”.
Detlev Prompt w artykule „Człowiek odkrywa swoje tajemnice” zajmuje się osiągnięciami i odkryciami antropologii biologicznej, dr Giorgio Locchi analizuje pojęcie czasu u Heideggera, prof. dr Jean Haudry odkrywa „Świat Indoeuropejczyka” a Pascal Junod wieści nadejścia nowej kultury. Zajmijmy się nieco bliżej artykułem „W poszukiwaniu utraconej Ameryki” autorstwa Michaela Walkera. Znajdziemy tu typowe dla Nowej Prawicy przeświadczenie, że Europa musi bronić się przed politycznymi, gospodarczymi i przede wszystkim kulturalnymi wpływami Ameryki. Walker pisze, że konserwatyści amerykańscy nawołują do powrotu do źródeł, do pierwotnych wartości Republiki Amerykańskiej. Nie uwzględniają oni jednak dwóch rzeczy. Po pierwsze nie-białe wspólnoty etniczne zamieszkujące Stany Zjednoczone nie wykazują żadnego zainteresowania tym, co mówili i pisali Ojcowie Założyciele. Po drugie, pierwotne wartości nie mogą być lekarstwem, gdyż to właśnie one spowodowały chorobę. Rewolucja Amerykańska tak samo jak Rewolucja Francuska ma swe źródła w ideologii oświeceniowej: uniwersalizmie praw człowieka, egalitaryzmie, utylitaryzmie. Stany Zjednoczone to projekt oświeconego rozumu, to nowa utopia, w której rząd ma zapewnić szczęście obywatelom, w której nie istnieje żadna hierarchia i panuje uniwersalne braterstwo. Uwolnione od ciężaru historii są USA przesiąknięte mesjańskim zapałem, aby nie-amerykańskie narody wyrwać z barbarzyństwa, w którym marnieją, i wprowadzić je w demokratyczną, oświeconą, posthistoryczną epokę. Amerykańska totalna demokracja jest antyautorytarna, antyhierarchiczna, wroga wobec idei przyrodzonej nierówności. Między ludźmi nie ma różnic („all men can make it”). W jednej z najwykwintniejszych restauracji okręgu Columbia cały personel od chłopca stajennego do dyrektora je hamburgery od Mac Donalda. Jeden z dziennikarzy skomentował to tak: „Być może jest to dziwne, ale za to demokratyczne”. Wszyscy są równi przed hamburgerem.
Walker wskazuje również na dziedzictwo purytańskie, widoczne nawet w tzw. rewolucji seksualnej prowadzącej nie do „wyzwolenia”, ale do całkowitej trywializacji erotyki. Zarzuca Amerykanom myślenie w kategoriach kwantytatywnych (najważniejsze są liczby i dane na temat zasobów, osiągnięć, wzrostu gospodarczego itp.). W USA polityka i marketing są tym samym, język pełen jest sloganów i skrótów, dominuje styl infantylnej młodzieńczości. Nie udało się w Stanach Zjednoczonych stworzyć nowego, uniwersalnego człowieka. Stanowozjednoczeniowi obywatele (podobnie jak obywatele radzieccy) zaczną szukać swoich korzeni w swoich etnicznych wspólnotach, poza ulegającą rozkładowi oficjalną ideologią. Wielu z nich widzi już, że chorobą Stanów Zjednoczonych są same Stany Zjednoczone. Walker zauważa na zakończenie, że Stany Zjednoczone są już skazane i mogą się rozpaść szybciej niż możemy przypuszczać,
JUNGE FREIHEIT
Numer z kwietnia 1991 roku zawiera jak zwykle szereg informacji i komentarzy na temat wewnętrznej sytuacji w Niemczech. Przewiduje się, że w 1991 roku z terenów dawnej NRD przeniesie się do dawnej RFN 180.000 ludzi. 29 stycznia w programie „Panorama” pokazano występy narodowych neosocjalistów. Szef policji z Frankfurtu Gemmer uważa, że za swój występ otrzymali oni od dziennikarzy telewizyjnych od 4 do 5 tysięcy marek. Jürgen Hatzenbichler twierdzi, że zezwolenie przez rząd austriacki na przelot transportowców nad terytorium Austrii w czasie wojny z Irakiem kończy jej erę neutralności. Roland Bubik pyta, kiedy odejdzie Genscher. Pismo informuje, że podległa SPD fundacja Eberta ratuje wydanie dzieł zbiorowych Marksa i Engelsa. Dieter Stein konstatuje, że coraz większa staje się zależność od telewizji, która jest pierwszą władzą w państwie. Podczas dawniejszych zamachów stanu najpierw zajmowano pałac prezydencki lub parlament – dziś studia telewizyjne. Coś wydarza się rzeczywiście dopiero wtedy, gdy telewizja o tym poinformuje. Elektroniczna ucieczka od rzeczywistości przybiera coraz bardziej wyrafinowane formy. Na targach komputerowych CeBIT dzięki czarodziejskiemu słowu „Virtual Reality” konsumenci mogli przenosić się w komputerowo sterowany trójwymiarowy świat marzeń, w którym można latać, chodzić i nurkować. Jeśli ta technologia rozprzestrzeni się, to i tak już dalece rozpowszechniony, brak poczucia rzeczywistości osiągnie nowe, nieprzeczuwane dziś rozmiary. Rzeczywiste życie, przyroda będą jedynie złym snem, o którym można spokojnie zapomnieć.
JUNGES FORUM
„Junges Forum” (jesień 1990) przynosi dwie rozprawy dr Hrvoje Lorkowica: „Etyka genów” i „Czy przy pomocy technologii genetycznej można stworzyć nadczłowieka?”. „Junges Forum” jest wydawane przez mającą swoją siedzibę w Hamburgu organizację Deutsch-Europäische Studiengesellschaft, na której czele stoi Heinz-Dieter Hansen. Wydaje ona również biuletyn informacyjny „DESG-inform” przydatny dla każdego, kto interesuje się niemiecką i europejską prawicą.
WIR SELBST
„Wir selbst” to dwumiesięcznik wydawany w Koblencji, Wydawcą jest Siegfried Bublies, redaktorem naczelnym Gerhard Quast. Pismo łączy różne wątki ideowo-kulturalno-polityczne i różne tradycje: konserwatywne, narodowo-rewolucyjne, nawiązując również do ideologii młodzieżowych ruchów II Rzeszy i Republiki Weimarskiej (Bündische Jugendbewegung, Wandervogel). Pismo występuje również przeciw zbyt silnemu związaniu z Zachodem, optując za neutralnością Niemiec. Główne problemy poruszane w piśmie to: niemiecka tożsamość narodowa, etnopluralizm, regionalizm, ochrona środowiska. Pismo ma charakter forum, na którym wypowiadają się przedstawiciele różnych nurtów intelektualnych.
DER TIROLER
„Der Tiroler” to wydawane w Norymberdze, ukazujące się od 11 lat, pismo zwolenników jednolitego, niemieckiego Tyrolu od Kufsteinu do Salurn. W roku 1918 zwycięska w wojnie Italia zajęła zamieszkany przeważnie przez Niemców (Austriaków?) południowy Tyrol. Od tego czasu nie ma spokoju pod Alpami. Byli to jedyni Niemcy, o których nie upominał się Hitler, poświęcając ich na ołtarzu przyjaźni z Mussolinim. Problem był podnoszony w ONZ, ale granica dalej biegnie na Brennerze. O aktualności zagadnienia świadczy fakt, iż z powodu Południowego Tyrolu (czyli Trydentu-Górnej Adygi w nomenklaturze włoskiej, poszerzonego zresztą o tę Adygę po to, aby osiągnąć włoską przewagę demograficzną) doszło do rozłamu wśród prawicowców w Europejskim Parlamencie.
Pismo jest oczywiście wielkoniemieckie, atakujące rząd austriacki za oportunizm w kwestii tyrolskiej. Zresztą centrum tyrolskiego separatyzmu znajduje się w RFN, gdzie jest bardziej sprzyjający grunt dla tego typu działań, przeciwnie niż na południe od Alp, gdzie rząd włoski nie spogląda specjalnie życzliwym wzrokiem na ubranych w lederhosen górali (nota bene pogromca Himalajów Reinhold Messner pochodzi właśnie stamtąd). W czasopiśmie znajduje się mnóstwo opisów prześladowań tyrolskich irredentystów przez włoskie władze. Lektura „Tyrolczyka” niewątpliwie kłóci się z polską wizją sielankowej Europy za Łabą. Przypuszczalnie problem Tyrolu będzie gnębił również zjednoczoną Paneuropę, nawet jeśli takowa powstanie, bo cismountańscy Niemcy chcą być właśnie Niemcami, a nie Europejczykami (podobnie zresztą jak mieszkańcy b. NRD).
ZJEDNOCZONE KRÓLESTWO
THE SCORPION
„The Scorpion” to pismo związane z Nową Prawicą. Redaktorem naczelnym jest mieszkający w Kolonii Michael Walker. Każdy numer ma zwykle jakiś temat przewodni: problem rasizmu, nihilizm i współczesne miasto, czym jest nacjonalizm, dokąd odeszli bohaterowie, w poszukiwaniu Ameryki, wizja romantyczna, kiedy zbudzi się Europa, przeciwko wszystkim totalitaryzmom, ekologia, o Europę stu flag. W numerze 13 (zima 1989/90) w artykule zatytułowanym „W środku życia” Guillaume Faye pisze na temat stosunku Heideggera do chrześcijaństwa, August Vogl o Parsach – wyznawcach zaratusztranizmu. W artykule „René Guenon i znaki czasu” Artur Versluis przedstawia życie i dzieło francuskiego teozofa, jednego z patronów ezoterycznego odłamu prawicy, zaciekłego wroga „ewolucjonizmu” i wszelkich form „postępu”. Tomislav Sunic w artykule z serii „Ludy Europy” opisuje Chorwatów, Frank Goovaerts kreśli sylwetkę „samotnego wilka konserwatywnej rewolucji” – Oswalda Spenglera, a S. Brady zajmuje się osobą i ideami Konrada Lorenza. W numerze znajdziemy też recenzję wydanej we Francji książki Bronię Barbiego. Autor książki Jacques Verges jest lewicowym adwokatem i był obrońcą w procesie Klausa Barbiego, zwanego „rzeźnikiem z Lyonu”. Verges utrzymuje, że zarzuty stawiane Barbiemu nie znajdują potwierdzenia w faktach. M.in. dokument mający stanowić niepodważalny dowód jego winy został przedstawiony sądowi tylko w formie fotokopii. Verges uważa, że proces Barbiego był procesem pokazowym, takim samym jak kiedyś procesy moskiewskie.
Numer 14 (zima 1991) poświęcony jest socjalizmowi. M. Walker zastanawia się, czy istnieje socjalizm poza Marksem, Alain de Benoist odsłania „drugą twarz socjalizmu” śledząc historię sporów między internacjonalistami i nacjonalistami w ruchu socjalistycznym. W artykule „Sorel – społeczeństwo i mit” Padraig Cullen omawia główne idee Jerzego Sorela, który uważał, że człowiek jest tak naprawdę istotą irracjonalną, kierującą się instynktami, impulsywną, skłonną do przemocy. Ludzie pchani są, według Sorela, ku zbiorowym działaniom nie poprzez racjonalnie wyznaczane cele, ale przez mity – mity przeszłości i przyszłości. W artykule z serii „Ludy Europy” J. Jewell zajmuje się francuskimi separatystami z kanadyjskiej prowincji Quebec. Poza. tym znajdziemy kilka wypowiedzi na temat tzw. sprawy Rushdiego i jego Szatańskich wersetów.
BELGIA
VOULOIR
Czytelnik polski nie ma możliwości bezpośredniego zapoznania się z ukazującym się w Brukseli dziesięć razy w roku i redagowanym przez Roberta Steuckersa czasopismem „Vouloir”, a szkoda. Jest to typowe, robione na dobrym poziomie, pismo neoprawicy, z charakterystyczną dla tego nurtu dominacją problematyki kulturalno-historycznej (obok licznych tekstów stricte politycznych). Ulubionym zajęciem redaktora z Brukseli jest szukanie głębokich, indoeuropejskich korzeni, jak to ma miejsce choćby w trakcie wywiadu z członkami reaktywowanej, pogańskiej grupy „Zadruga”, do której ponoć zbliżony jest sam Zbigniew Nienacki. Zadrugowcy pragną poprzez rewolucję kulturalną stworzyć nowy typ humanizmu, opozycyjny wobec chrześcijaństwa, hinduizmu, buddyzmu, komunizmu i „innych dekadenckich ideologii”. Czerpią inspirację z Nietzschego, Herdera, Brzozowskiego, ale przede wszystkim z Jana Stachniuka. Dotychczas wydali jeden numer czasopisma „Kołomir”(nr 65/66/67). Bardziej znany w Europie niż zadrugowcy jest niewątpliwie Jean Haudry, profesor na Uniwersytecie Lyon III i dyrektor Instytutu Studiów Indoeuropejskich. W rozszerzonym numerze 68-70 podtrzymuje on tezę, dotychczas jeszcze należycie nie udokumentowaną, o wspólnej praojczyźnie indoeuropejskiej gdzieś na Ukrainie. Wspólną cechą Indoeuropejczyków ma być eksponowanie znaczenia honoru i wstydu. Podstawą organizacji społecznej jest podział na sferę kosmiczno-magiczną, wojenną i produkcyjną, podział zamazany nieco przez rewolucję francuską, ale Napoleon odtworzył tradycyjny układ.
W numerze 56-58 dwa, egzotyczne poniekąd dla Polaków, teksty Freiceadana van Gaidheala i Gwyn Davies o celtyckiej Wielkiej Brytanii. Podstawą społeczeństwa szkockiego była solidarność klanowa i wybieralność królów. Chrześcijaństwo osłabiło system klanowy, który najdłużej utrzymał się w górach, skąd ostatecznie wyparły go owce, przerywając po ponad tysiącu latach magiczny związek Szkotów z ziemią. W Walii wielką rolę odegrał w XVI wieku przekład Biblii na język gaelicki, co uratowało ten język od zguby. Po powstaniu czartystowskim Anglicy próbowali „ostatecznie rozwiązać” problem gaelicki, ale budząca się świadomość celtycka stanęła temu na przeszkodzie. Aktualnie działają dwie organizacje nacjonalistyczne, część inteligencji utwierdziła się w swojej galeickości po, odebranej jako pełna pogardy dla Walijczyków, inwestyturze Karola na księcia Walii, a grupa Meibion Gwyndr przeprowadziła nawet akcję podpalania siedzib anglosaskich posiadaczy na celtyckojęzycznej Północy i takimże Zachodzie.
Artykuł Józefa Augustyna Vasqueza Marqueza z numeru 61-62, poświęcony jest iberoamerykańskiej tożsamości. Rodzi się ona w XVI wieku wraz z konkwistą, następnie po dekolonizacji dochodzi do konfliktu między kontynentalną wspólnotą kulturową a tworzącymi się w bólach wartościami lub pseudowartościami, kreowanymi w poszczególnych, młodych państwach. Reszta XIX wieku to bierne w zasadzie uleganie przez białe elity kulturalnym wpływom Europy, a szczególnie Francji, przy braku zainteresowania własnym interiorem. Rewolucja meksykańska odwołująca się, w przeciwieństwie do rosyjskiej, do własnych korzeni, oznaczała zatem nową jakość i stanowiła pewien psychologiczny przełom. Od jej zakończenia narasta na południe od Rio Bravo antyimperialistyczny nacjonalizm, którego najbardziej reprezentatywnymi przedstawicielami są aktualnie Fidel Castro i, niezbyt fortunny, były prezydent Peru Alan Garcia. W konkluzji autor stwierdza, że w Afganistanie, Palestynie, Armenii czy Estonii i w ogóle w całym świecie narody bronią swego prawa do odrębności i różnorodności. Okres imperialistycznej dominacji ma dobiegać do końca, w związku z czym niedługo wybije również godzina Ameryki Łacińskiej. Cóż, qui vivra verra. Tych kilka tekstów, wybranych częściowo przypadkowo z powodzi innych, zapełniających łamy „Vouloir”, daje skromne tylko wyobrażenie o wysokiej jakości i oryginalności pisma.
ORIENTATIONS
„Vouloir” pozostają w unii personalnej, a mówiąc dokładniej stanowią uzupełnienie czasopisma „Orientations”, czyli wielodyscyplinarnego przeglądu kulturalnego, redagowanego również przez Roberta Steuckersa. „Orientations” to typowy „tołstyj żurnał”, zdominowany przez zagadnienia kulturalne, historyczne i geopolityczne. I tak, chociażby w 7-ym numerze Steuckers przedstawia ewolucję idei ekonomicznego zjednoczenia Europy, począwszy od Napoleona i jego antyangielskiej blokady kontynentalnej. Następnie mamy zdominowany przez Prusy Zollverein, skąd już blisko do sformułowanej w 1915 r. przez Fryderyka Naumanna koncepcji Mitteleuropy. W okresie międzywojennym pewne próby szerszej współpracy zainaugurowali Stresemann i Briand. Przygotowali oni grunt pod Wspólny Rynek, który ma wielu ojców, podobnie jak każde inne przedsięwzięcie uznawane powszechnie za udane. Niemniej interesujący jest tekst Ange Sampieru z 5-go numeru, poświęcony nacjonalizmowi i demokracji w XIX wieku. Autor obnaża wspólne korzenie tych dwóch plebejskich zjawisk, wywodzących się, w swej nowożytnej postaci, z rewolucji francuskiej. Rewolucja francuska pierwsza uzbroiła naród do walki z wrogami i gwałtownie pobudziła jego świadomość. W genialny sposób potrafił wykorzystać rewolucyjną falę nacjonalizmu Napoleon. Skutki były nieodwracalne – wojna francusko-pruska w 1870 r. była pierwszą wojną między Narodami-Państwami i tak już zostało. Upodmiotowienie narodu, dokonane w dużej mierze wskutek duchowego oddziaływania Jana Jakuba Rousseau na potomnych, wprowadziło masy na arenę historii, co doprowadziło w efekcie do dwóch wojen światowych, w trakcie których koncepcja masowo-demokratycznego umierania za ojczyznę idealnie połączyła się z nacjonalistyczną zaciekłością.
Wyżej omówione teksty należą do najkrótszych na łamach „Orientations”. Większość pozostałych to całe rozprawy, zgrupowane niejednokrotnie w bloki tematyczne. I tak np. numer 9-ty poświęcony jest w większości Fryderykowi Nietzschemu, którego myśl przeżywa obecnie renesans, zatruwając wątpliwościami któreś już z kolei pokolenie. Numer 6-ty składa się z artykułów bardzo krytycznie analizujących historię i teraźniejszość Stanów Zjednoczonych. Znajdziemy tu również kasandryczną wizję przyszłości tego państwa, które ma się rozpaść w 2084 r. na Nową Anglię, Nowe Jeruzalem, Oklahomę, Ekotopię, Nową Republikę Afrykańską, Północną Kubę, szczątkową Amerykę, a resztę weźmie Meksyk. Teksty panów Walkera, Steuckersa, Nannensa i Faye’a stanowią teoretyczne wyjaśnienie takiej możliwości. W innych numerach równie kontrowersyjne i poruszające najistotniejsze problemy współczesności teksty.
BACKPAGE
W 1989 r. libertarianie mieszkający w Belgii zaczęli wydawać kwartalnik „Backpage”. W lutym 1991 r. ukazał się 16 numer tego pisma. W redakcji są m.in.: Boudewijn Bockaert, Ivo Cerckel, Fred Dekkers, Frank van Dun. „Backpage” związany jest z kilkoma organizacjami. Trzeba więc wymienić w tym miejscu Centrum Studiów Libertariańskich, którego prezesem jest Ivo Cerckel oraz Instytut Ludwika Misesa z siedzibą w Brukseli. W 16 numerze znajdujemy wiele materiałów związanych ze Zjednoczoną Europą. Możemy zapoznać się z poglądami na tę kwestię wyrażanymi przez grono naukowców z całej Europy: Neumanna z Bonn, Martino z Rzymu, Congdona z Londynu i Salina z Paryża. Rozważania te podsumowuje Cerckel w obszernym artykule na temat niebezpieczeństw, które grożą Europie po 1992 r. Każdy rząd powinien szanować prawa jednostki. Dotyczy to w równej mierze jednoczącej się Europy. O fundamentalnych zasadach wolności przypomina na łamach „Backpage” Jarret Wollstein z ISIL-u w tekście „W dążeniu do wolności”. Wynotowaliśmy z niego dwa interesujące fragmenty.
„Wolne społeczeństwo to takie, w którym:
1/ szanowane są prawa jednostki i wolności obywatelskie,
2/ chroni się własność prywatną,
3/ stowarzyszanie się jest dobrowolne (…).
Demokracja nie jest równoznaczna z wolnością. Demokracja oznacza tylko, że pewni urzędnicy państwowi wybierani są przez uprawnionych do tego obywateli. Głosowanie w demokracjach wcale nie gwarantuje, że wybrani urzędnicy (najliczniejsza grupa biurokratów pozostaje niewybieralna) będą chronić wolność. Demokracja pozbawiona hamulca w postaci praw jednostki staje się z czasem panowaniem motłochu”. Rodzi się pytanie, czy eurokraci wezmą pod uwagę te spostrzeżenia? W numerze są także polonica: „Backpage” zajmuje się wnikliwie osobą Stanisława Tymińskiego i drukuje tekst poświęcony „Stańczykowi”.
WŁOCHY
DIORAMA LETTERARIO
W numerze 142 (1990) redagowanego przez Marco Tarchiego „Diorama Letterario”, obecne są trzy tematy: wojna w Zatoce Perskiej, Wspólnota Europejska i Komunistyczna Partia Włoch. Z rozważań na tematy europejskie warto wynotować jeden z faktów świadczących o związkach idei paneuropejskich z narodowym socjalizmem. Karol Champetier przypomina o książce o Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej wydanej w Berlinie w… 1942 roku. Warto by więc porównać plan dla Europy z 1942 r. z „Euro-92”. „Diorama Letterario”, przynosi również pokaźną ilość recenzji i solidny przegląd czasopism „Nowej Prawicy”.
DANIA
LIBERTAS
Studiom nad myślą polityczną poświęcony jest „Libertas” wychodzący w Kopenhadze. Numer 11 z 1990 r. przynosi szereg rozpraw, m.in. o Locke’u i Millu. Duńczycy nie stronią również od współczesności, czego dowodem jest tekst o pierestrojce. Wśród autorów są Mikołaj Foss, Mogens Blegvad, Henryk Gade Jensen. Na uwagę zasługuje również osoba prof. Waltera Blocka publikującego w „Libertasie” o pieniądzu. Profesor Block z kanadyjskiego Instytutu Frasera (kieruje w nim Centrum Studiów nad Ekonomią i Religią), wespół z prof. Hayekiem i profesorami Liggio oraz Pirie patronują radzie redakcyjnej „Libertasu”. Ten zestaw autorów obliguje do szczególnej dbałości o poziom pisma, któremu wytknąć można jedynie niewielkie usterki techniczne.
FRANCJA
NOUVELLE ÉCOLE
Na firmamencie francuskiej Nowej Prawicy gwiazdą pierwszej wielkości jest niewątpliwie Alain de Benoist. Wprawdzie na razie nie można o nim powiedzieć, że znacząco wpływa na bieg wydarzeń politycznych we Francji, ale jeżeli chodzi o kształtowanie obrazu świata u czytających i myślących Francuzów z „górnych dziesięciu tysięcy”, to zakres jego oddziaływania jest już znaczący i rośnie. Dokonuje się to dzięki trzem poważnym czasopismom, wydawanym właśnie przez Alaina de Benoist – „Nouvelle École”, „Krisis” i „Eléments” warte są nie tylko wzmianki, ale również systematycznej lektury. W komitecie patronackim „Nouvelle École” znajdują się między innymi: Mircea Eliade, znany filozof i psycholog z londyńskiego uniwersytetu Hans Eysenck, Julian Freund – politolog ze Strasburga, śp. Piotr Gaxotte – pisarz, członek Akademii, historyk David Irving, amerykański psycholog Artur Jensen, śp. Artur Koestler — autor Ciemności w południe, Jakub Mahieu – dyrektor Instytutu Nauk Humanistycznych w Buenos Aires, śp. Thierry Maulnier — pisarz, dziennikarz i akademik, czołowy niemiecki konserwatysta Armin Mohler, Ludwik Pauwels – naczelny redaktor „Figaro¬-Magazine”, śp. Ludwik Rougier – epistemolog i historyk religii.
Jeżeli otworzymy na przykład „Nouvelle École” z lutego 1989 r., zobaczymy cały blok poświęcony ekonomii z dwoma artykułami (w tym jeden Alaina de Benoist), poświęconymi Fryderykowi Listowi, mało znanemu w Polsce twórcy interesującego, choć kontrowersyjnego z liberalnego punktu widzenia, narodowego systemu ekonomii politycznej. Poza tym możemy się dowiedzieć, w jaki sposób poganizm wpłynął na muzykę Ryszarda Straussa (tekst Ludwika Vdrina), co hiszpańska falanga miała wspólnego z faszyzmem (Arnaud Imatz), jakie były podstawy antropologii filozoficznej Arnolda Gehlena (Jan Monastra). Julian Freund dokonuje krytycznej analizy poglądów Saint-Simona, Marksa, Webera, Pareto, Lenina, Marcuse`go i Schmitta na temat konfliktów w społeczeństwie industrialnym. Stwierdza, że utopiści pragnęli likwidacji konfliktów w przyszłej, idealnej republice, natomiast myśliciele o nastawieniu konserwatywnym traktowali napięcia społeczne jako niezbędny element tkanki społecznej. Skutki przewagi jednej lub drugiej opcji są dalekosiężne, gdyż determinuje to sposób patrzenia na świat polityków, a od „decyzji politycznych zależy, czy panuje system własności kolektywnej, czy prywatnej, czy rozwinie się system zapewniający obfitość, czy zupełnie inny”.
Wreszcie należy wspomnieć o artykule Jana Haudry „Lingwistyka i tradycja indoeuropejska”, w którym autor przedstawia bogaty świat wierzeń przedchrześcijańskich, wywodzących się z praindoeuropejskiej kolebki. Nie oznacza to jednak, że należy podważać autentyczność tradycji germańskiej. Według autora Edda stanowi samoistny wyraz nordyckiej mentalności, a Snorri Sturluson to samodzielny geniusz Północy. Byłoby to dowodem na to, że nie wszystko, co wartościowe w kulturze hiperborejskiej Europy musi wywodzić się z chrześcijaństwa.
KRISIS
7-my numer czasopisma poświęcony jest moralności, którą ciągle próbują zrelatywizować komuniści i technokraci. Alain de Benoist podkreśla potrzebę funkcjonowania w świadomości społecznej pewnych minimalnych wymogów moralnych. Natomiast Michał Jobert wypowiada wiele gorzkich słów pod adresem mocarstw, szermujących moralną retoryką, choćby z okazji wojny nad Zatoką, zapominając jednocześnie o tragedii Libanu. Jobert szczególnie ostro krytykuje rząd francuski, określając jego próby wyjaśnienia linii polityki zagranicznej jako absolutnie cyniczne. Poprzedni numer „Krisis” poświęcony jest z kolei w całości mitom i mitologii. Możemy więc zapoznać się z klasycznym tekstem Jerzego Sorela o roli mitów społecznych w rewolucji. Powtarza on za Renanem: „Socjaliści po każdym nieudanym doświadczeniu zaczynają od nowa, nigdy nie przestają wierzyć, że w końcu się uda. Nie przyjdzie im nigdy do głowy, że mogą się mylić i na tym polega ich siła”. W podobnym tonie wypowiada się o żarliwych katolikach, niezdolnych do intelektualnej dyskusji na racjonalnej płaszczyźnie. Mit wciela się w różne formy, ale jako zjawisko społeczno-psychologiczne jest nieśmiertelny i potężny.
„Marksizm umiera na wschodzie, ponieważ realizuje się na zachodzie” – stwierdza prowokacyjnie Augusto Del Noce. Dostrzega on w masowej Kontestacji 1968 r. początek nowej fazy historycznej, odrzucającej tradycję, uczucia religijne, poczucie zakorzenienia, poczucie autentyczności, tajemniczość i negującej istnienie organicznych więzi między wspólnotami ludzkimi a wartościami. Kontestatorzy błędnie identyfikują system burżuazyjny z tradycyjnymi wartościami, ginącymi w kapitalistycznej machinie. Szkoła Frankfurcka rzuciła wyzwanie społeczeństwu naukowo-technicznemu i podkopała kapitalistyczny porządek. W ten sposób przygotowała grunt dla komunizmu, odwołującego się do wartości, choć są one fałszywe lub wypaczone. Przyszłość należy więc do wielkiego mitu, jakim jest marksizm.
ELÉMENTS
Trzecie czasopismo A. de Benoist ma kolorową okładkę, dużo zdjęć w środku i przeznaczone jest dla bardziej masowego czytelnika, co nie znaczy, że rezygnuje z wysokiego poziomu. W 67-ym numerze możemy zapoznać się z interesującą postacią prawicowego reżysera filmowego i posła w Parlamencie Europejskim w Strasburgu Claude`a Autant-Lary, będącego obiektem wściekłej nagonki wszystkich lewicowych mass-mediów po zaatakowaniu Szymony Weil (b. przewodniczącej Parlamentu Europejskiego) w wywiadzie, który, jak się okazuje, został sfabrykowany. No, ale przecież wiadomo nie od dziś, że wobec „antysemitów” wszystkie chwyty są dozwolone.
W tym samym numerze bardzo ciekawy tekst francuskiego historyka Dominika Vennera o I wojnie światowej. Określa on ją jako samobójstwo Europy, wyrażające się w prowadzeniu działań wojennych wbrew cywilizowanym normom i bezwzględności wobec pokonanych. Włączenie się Stanów Zjednoczonych i ich wpływ na powojenny kształt Europy spowodowały katastrofalne skutki z powodu absolutnej ignorancji prezydenta Wilsona w zakresie historii i geografii Starego Kontynentu oraz jego naiwnej wiary w to, że merkantylny purytanizm uszczęśliwi Europejczyków. Karol II, Europejczyk z krwi i kości, a na dodatek cesarz Austrii i król Węgier, proponował w 1917 r. rozsądny pokój, nie chciał uszczęśliwiać kontynentu, chodziło mu bowiem jedynie o pokój dla poddanych i uratowanie imperium – niezbędnego filaru równowagi europejskiej. Clemenceau i Poincare odrzucili jego ofertę i Woodrow Wilson mógł rozpocząć swoją misję. Skutki odczuwamy do dzisiaj.
W 68-ym numerze frontalny atak na liberalizm. Dostało się przede wszystkim Fryderykowi Hayekowi, odrzucającemu, w przeciwieństwie do klasycznych liberałów, ideę sprawiedliwości społecznej, zasadę równości szans, solidarność międzyludzką, redystrybucję dochodu narodowego i zasadę suwerenności narodowej. Według Hayeka wszystko to jest dobre, ale w społeczeństwie prymitywnym, natomiast rozwinięte organizmy społeczne kierują się wyłącznie prawem dżungli. Tak przynajmniej odbiera poglądy Hayeka Alain de Benoist, przestrzegający narody Europy przed niszczącą siłą myśli noblisty. W tym samym numerze pochwała Japonii, negującej coraz silniej północnoamerykański model liberalny, utrzymującej swoją średniowieczną hierarchię i coraz silniej nawiązującą do samurajskich tradycji (tekst Piotra Viala). Do liberalnego kapitalizmu krytycznie odnosi się również przywódca prawicowo-nacjonalistycznego włoskiego MSI Pino Rauti, według którego zabija on (kapitalizm) duszę narodów. Rauti twierdzi też, że imigranci są ofiarą systemu kapitalistycznego i to nie oni zagrażają poczuciu tożsamości narodowej, albowiem zagrożenie stanowi System, nastawiony wyłącznie na zysk. Rauti bardzo duże nadzieje wiąże ze Wschodnią Europą, gdzie poczucie przynależności narodowej jest wciąż bardzo silne.
Kolejny, 69-ty numer jest wybitnie antyamerykański. W artykule pod znamiennym tytułem „Umierać za petrodolary?” Piotr Vial upatruje w wojnie iracko-amerykańskiej aktu zemsty za babilońską niewolę Żydów. Bush występuje w roli Jahwe napędzanego „ideologią Walta Disneya” i niszczącego wieże Babilonu. Według autora takie same wieże znajdują się w Kuwejcie, a przede wszystkim w Arabii Saudyjskiej, którą określa zaszczytnym mianem królestwa ojczulka Ubu. Jeżeli chodzi o Francję, to przekreśliła ona dorobek gaullistowskiej dyplomacji na Bliskim Wschodzie, ponieważ polityczne gierki Mitteranda okazały sie ważniejsze niż narodowy interes. Z kolei Ludwik Montgremier („Od mesjanizmu do wojny totalnej”) uważa, że bezwzględny północnoamerykański mesjanizm pozbawił islam monopolu na świętą wojnę. Wojna przeciwko Irakowi miała pewne rysy totalne, bo przecież absolutne zło nie może być zwalczone w inny sposób. Ameryka chce za wszelką cenę upodobnić świat do siebie i jest to dążenie niebezpieczne nie tylko dla Saddama Husajna, ale również dla wszystkich narodów. Przekonała się już o tym Panama, zaatakowana bezwzględnie, z pogwałceniem wszelkich norm prawa międzynarodowego, w tym również traktatu Panama – USA, przez mocarstwo realizujące per fas et nefas Pax Americana. I każdy, kto spróbuje przeciwstawić się, zostanie pokonany jak Noriega lub iracki dyktator. Drżyjcie narody!
W tym samym numerze kolejny atak, tym razem Jana Jakuba Mourreau na porządek wersalski. Autor ubolewa nad powojennym upadkiem moralności, wyrażającym się np. w radosnym aprobowaniu przez Daudeta głodu w Niemczech. Poza tym przedstawia rolę Masaryka i Benesza w tragedii rozczłonkowania Austro-Węgier i tego rozczłonkowania skutki, czyli zwielokrotnione problemy narodowościowe w państwach sukcesyjnych i powojenny chaos, który zrodził Hitlera. A wszystko to dokonało się w złowrogim cieniu prezydenta Wilsona, który obiecał przedstawicielom Niemiec i Austro-Węgier, że osiągnięty zostanie „pokój bez zwycięstwa”, aby następnie przeforsować traktat wersalski, będący parodią głoszonych przez siebie zasad. Swoją rolę odegrało oczywiście też zaślepienie polityków europejskich, jak chociażby Clemenceau`a, irracjonalnie nienawidzącego Habsburgów. Traktat pokojowy, który narodził się w takiej atmosferze, przypieczętował upadek Europy i był zapowiedzią Jałty i Poczdamu, bo historia potrafi być konsekwentna, gdy się ją bardzo o to prosi.
ROSJA
GOŁOS ZARUBIEŻIJA
W 58 numerze kwartalnika „Gołos zarubieżija” duża porcja refleksji na tematy rosyjskie. Na początku Wiera Pirożkowa pisze o niebezpieczeństwie tzw. sowpatriotyzmu: „Odczuwa się istnienie skłonności do odłożenia przekształceń kraju i wewnętrznego odrodzenia, aby tymczasem zawrzeć sojusz z władzą radziecką dla ocalenia państwa wielonarodowego. Jednakże, aby zachować jedność państwa, należałoby zastosować inne środki. Gdyby Rosjanie sami zrzucili dyktaturę i zlikwidowali socjalizm, a w to miejsce zaczęli budować państwo prawa i wolną, społeczną gospodarkę rynkową, byłoby bardzo dużo szans na utrzymanie większości republik w dobrowolnym związku z Rosjanami, w jednym państwie”. Obok — jakby na potwierdzenie powyższych tez — D. Szturman i A. Fiedosiejew ukazują w swoich artykułach ogrom bankructwa socjalistycznej gospodarki. Protojerej Konstantinow zaś, w tekście „Mówi Irkuck”, omawia marcowe wydanie (z 1990 r.) pisma „Literaturnyj Irkutsk” zawierającego sporo materiałów odnoszących się do kultury rosyjskiej emigracji. Periodyk ten redaguje Walentyn Rasputin i wśród tekstów, które przeznaczył on do druku, znalazł się „Program dla Rosji” przygotowany przed laty w środowisku „Naszej Strany”. W „Gołosie zarubieżija” znalazł się również głos na tematy polskie. Włodzimierz Rudinskij omawia Bunt rojstów Józefa Mackiewicza. W zakończeniu Rudinskij pisze: „Chciałoby się uwierzyć, że rosyjska publiczność będzie mogła kiedyś czytać Mackiewicza i Toporską w rosyjskim przekładzie. Stanowią oni bowiem zjawisko o szczególnym znaczeniu w polskiej literaturze naszego wieku”.
NASZA STRANA
W „Naszej stranie” od pewnego czasu duże zmiany. Rozszerzono „Kronikę polityczną” – obrazującą postępy w politycznym odrodzeniu Rosji, wprowadzono nową rubrykę „Listy z Rosji” – rejestrującą sygnały od czytelników z kraju. Coraz więcej miejsca w piśmie zajmują publicyści i pisarze mieszkający w ZSRR. Najczęściej spotykamy na tych łamach: Włodzimierza Osipowa, Igora Szafarewicza, Włodzimierza Sołouchina. W „Naszej stranie” z wiosny 1990 r. znajdziemy także deklaracje ideowe organizacji monarchistycznych z Moskwy i Petersburga. „Stańczyk” zwraca uwagę na odezwę noworoczną Wlk. Ks. Włodzimierza Cyrylowicza. Pośród wielu dokumentów, wyróżnia się ona znaczną kulturą i racjonalnym programem politycznym. Dużo zalet posiada „Kalejdoskop polityczny” wyrażający stosunek „Naszej strany” do wydarzeń międzynarodowych. W związku z inauguracyjnym expose prezydenta RP, czytamy następujący komentarz („NS” nr 2109 z 5.01.1991): „Nowy prezydent Polski, Lech Wałęsa, oświadczył, że chce, aby Polska posiadała dobrosąsiedzkie stosunki z Litwą, Ukrainą i Białorusią. Jak widać nie życzy on sobie jakichkolwiek stosunków z Rosją. Chciałby ponadto widzieć ją ograniczoną do rozmiarów Wielkorosji (podobnie zresztą jak niektórzy radykalni lewicowi demokraci stawiający znak równania między RSFRR i Rosją). Tym samym Wałęsa rozszerza plan swojego rodaka Brzezińskiego, proponującego włączyć do «Centralnej Europy» obok Polski, Czechosłowacji i Węgier (zgodnie z planem Kissingera), także Litwę oraz byłe Prusy Wschodnie. Aktualnie Wałęsa do Litwy dołącza Ukrainę i Białoruś”.
Profesor Kennedy określił warunki, w których mocarstwa zaczynają chylić się ku upadkowi. Piszemy o nich w „Stańczyku”. Podupadają Stany Zjednoczone (piękna śmierć!), zwija się w śmiertelnych bólach ZSRR. Pierestrojka proklamowana przez Michała Gorbaczowa nie powstrzymała narastającego rozpadu Imperium. Główny element pierestrojki – demokratyzacja władzy, przyspieszyła procesy rozkładowe. F.Siergiejew w „Naszej stranie” (nr 2124 z 20.04.1991) daje odpowiedź na pytanie o przyczyny załamania się fenomenu pierestrojki. Siergiejew stawia dość kontrowersyjną tezę, że w ZSRR nie było pierestrojki! Rozstrój machiny państwowej, który się dokonał w czasach gorbaczowowskich zasługuje raczej na miano żywiołowej destrojki. Destrojka systemu powiodła się średnio, gdyż po zburzeniu części radzieckiego systemu zapomniano o uprzątnięciu gruzów. Socjalistyczny gruz nadal zanieczyszcza rosyjską ziemię i w tym sensie destrojka jest częściowa. Wady destrojki biorą się stąd, iż przebiega ona pod demokratycznym szyldem, w związku z tym idzie całkiem bez planu. Siergiejew sądzi, że demo-destrojka może stworzyć na dalszą metę sytuację bez wyjścia. Będzie coraz więcej nieuprzątniętego gruzu! Dlatego też, jego zdaniem, na miano autentycznej destrojki zasługują tylko takie posunięcia, które układają się w jakiś logiczny ciąg. Siergiejew przedkłada w tym miejscu swój plan. Jego destrojka polegać ma na uporządkowanym usuwaniu partyjno-ideologicznych przybudówek, z życia państwowego. „Na złom powinna pójść w pierwszej kolejności cała ideologiczna symbolika, zaczynając od socjalistycznego nazewnictwa, a kończąc na czerwonych flagach i gwiazdach. (…) Poza tym na złom powinny trafić wszystkie sztuczne przeszkody dla wolnej twórczości naszego narodu, w pierwszej kolejności dla pracy na roli. Nie może być żadnych wątpliwości, że nasz naród jest w stanie – nie bacząc na dokonane ludobójstwo – wyprodukować niezbędną ilość produktów dla przetrwania. Do tego potrzeba tylko, żeby ludzie stali się właścicielami swoich zagonów”. Dopiero po dokonaniu destrojki (desocjalizacji) będzie można przystąpić do przebudowy politycznej Imperium albo jak pisze Siergiejew – rekonstrukcji Rosji. Obserwując bieżącą sytuację widać, że destrojka wkroczyła dopiero w swoją początkową fazę. Tymczasem Imperium znajduje się w stanie załamania. Porównując schyłek USA i ZSRR dostrzegamy zasadnicze różnice w przebiegu choroby tych imperiów. Wspólna jest im niezdolność do szybkiego przestawienia się na nową sytuację.
STANY ZJEDNOCZONE
NATIONAL REVIEW
36 lat temu 19 listopada 1955 roku ukazał się pierwszy numer dwutygodnika. W tamtych heroicznych czasach to konserwatywne pismo stało samotnie wobec dominującej w życiu kulturalnym i politycznym lewicy. A czekało je jeszcze przejście przez Czerwone Morze lewackiej rewolucji lat sześćdziesiątych. Bez „National Review” nie byłoby ruchu konserwatywnego lat siedemdziesiątych, nie byłoby koalicji, która wyniosła do władzy Reagana. Nowojorski dwutygodnik skupiał różne nurty prawicy: tradycjonalistów (Russell Kirk, Ryszard Weaver, Eryk von Kuehnelt-Leddihn), libertarianów i klasycznych liberałów (Frank Chodorov, Henryk Hazlitt, J. Chamberlain, Wilhelm Roepke) i dawnych lewicowców, częściowo komunistów (Wilhelm Schlamm, Wilmoore Kendall, Freda Utley, Frank Meyer , Max Eastman), którzy przeszli na prawicę. Do tej ostatniej grupy należał też ex-trockista James Burnham – autor znanych też polskiemu czytelnikowi książek: Rewolucja menadżerska, Walka o świat, Bierny opór czy wyzwolenie. Jego idee wywarły decydujący wpływ na linię pisma, choć, chciałoby się z żalem dodać, jego wydana w 1941 roku książka Makiaweliści — obrońcy wolności uczyniła to tylko w pewnej mierze. Ale na pewno jego Samobójstwo Zachodu to książka wyrażająca w pełni poglądy redaktorów „National Review”.
W 1955 roku pismo ukazywało się w nakładzie 7500, dziś w 150.000 egzemplarzy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nad ruchem konserwatywnym w USA pojawiają się czarne chmury. Od czasu jak Reagana zastąpił bezbarwny pragmatyk George Herbert Walker Bush, ruch konserwatywny znajduje się w odwrocie. Wzrasta rozczarowanie rządami Busha, zapowiadana podwyżka podatków – najwyższa w historii Stanów Zjednoczonych, stawia pod znakiem zapytania ostatnie dziesięć lat rządów Republikanów, wśród których trwa walka frakcyjna, w której prez. Bush skłania się raczej ku kompromisowej i dryfującej na lewo frakcji „Republikanów od Rockefellera” będących pod względem ideologicznym epigonami New Dealu, niż ku bardziej zdecydowanej i trzymającej się zasad (przynajmniej niektórych) frakcji młodoturków pod wodzą Newta Gingricha. Podwyżka podatków oznacza złamanie wyborczych przyrzeczeń Busha i jest przez liderów ruchu konserwatywnego uważana za zdradę. Słabnie ich poparcie dla prezydenta, który ze swej strony w coraz mniejszym stopniu przejmuje się ich radami. Przestali być potrzebni w Białym Domu. Potwierdza to tezę, którą sformułował niegdyś Stanton Evans; „Gdy ktoś z naszych ludzi osiągnie pozycję, przy której mógłby nam pomóc, przestaje być wówczas jednym z naszych ludzi”.
Do tej pory centralną ideą spajającą różnorodne nurty prawicy był antykomunizm. Dziś wróg jest w odwrocie i prawicy grozi bałkanizacja. Tendencję tę wzmocniła wojna w Zatoce Perskiej. Ostro zaatakowali rząd libertarianie, którym wtórowali czołowi publicyści konserwatywni: Tom Bethell, Patrick Buchanan, Thomas Fleming. Nawet w redakcji „National Review” doszło do ostrych kontrowersji i choć pismo poparło interwencję w Zatoce, to długoletni członek redakcji i znany publicysta Jo Sobran odciął się od stanowiska zajętego przez kolegów w artykule „Dlaczego «National Review» nie ma racji”, w czym poparł go inny długoletni pracownik pisma N. Freeman. Widać już jasno, że coraz bardziej zwątpienie, dezorientacja i bezradność wkraczają w szeregi konserwatystów. Gdzie się podział ten zapał i ta wola walki, tak dobitnie wyrażoną przez Pata Buchanana: „Teraz jest czas, by wziąć więcej, aby potem zażądać wszystkiego i dostać wszystko. To jest właściwy sens naszej konserwatywnej kontrrewolucji”. Niestety, zdaje się, że kontrrewolucja pogubiła się w labiryncie waszyngtońskich biur. Nic dziwnego, że na łamach „National Review” napotkać można czasami idee, które delikatnie mówiąc, świadczą o intelektualnym zagubieniu. I tak na przykład P. Weyrich w artykule „Konserwatyzm dla ludu” (1990 nr 17) pisze, iż Kongres powinien rozważyć formalne wypowiedzenie wojny narkotykom. Wówczas każdy Amerykanin posiadający narkotyki mógłby być traktowany jak jeniec wojenny i przysługiwałyby mu jedynie te prawa, które gwarantuje jeńcom wojennym Konwencja Genewska. Przestałaby obowiązywać zasada habeas corpus, jeńcy mogliby być przetrzymywani w więzieniu bezterminowo i zwalniani w momencie zakończenia wojny. Doprawdy włos się jeży na głowie przy czytaniu takich bredni. Ciekawe tylko jakby się zakończyła ta wojna władzy z narodem. Do tej samej kategorii co pomysły Weyricha należy idea tzw. służby publicznej (National Service) dla młodzieży w celu wyrobienia u niej poczucia obywatelskiego. Jednym ze zwolenników tej szalonej idei jest sam Bill Buckley – do niedawna szef „National Review”. Już rzucili się na niego libertarianie a przyjaciel z jego własnego obozu M. Anderson stwierdził, że idea National Service to instrument w rękach zwolenników równości chcących przekształcić USA w państwo totalitarne. Nie ulega wątpliwości, że jednolity front konserwatywny rozpada się.
Dodajmy do tego wszystkiego, że interwencja w Zatoce Perskiej natchnęła obecnego red. naczelnego „National Review”J. O’Sullivana do wysunięcia propozycji, aby USA wraz z Wielką Brytanią, Nigerią i ZSRR interweniowały w RPA w celu zagwarantowania bezpieczeństwa wewnętrznego i demokracji. Jest to pomysł dość zabawny, jeśli zważymy na panującą w Waszyngtonie mandelomanię i na to, że Kongres przyznał 10 min dolarów dla organizacji, które wspierają proces przechodzenia RPA do rzeczywistej demokracji. Oczywiście ta organizacja to posługujący się terrorem Afrykański Kongres Narodowy. Czego to nie robi jeden Kongres dla drugiego Kongresu. Przypatrując się zamieszaniu w szeregach konserwatystów nie sposób oprzeć się wrażeniu, że sami są sobie winni. Kto im kazał wierzyć, że prez. Bush dotrzyma wyborczych obietnic? Poza tym nie może być dobrze, jeśli W. Buckley w kwietniu broni, całkiem słusznie, prawa podboju w artykule o Izraelu, aby po aneksji Kuwejtu przez Irak dokładnie o prawie tym zapomnieć. Jeśli ktoś broni pewnej zasady to musi być konsekwentny i nie może stosować jej tak, jak mu wygodnie. Konserwatyści amerykańscy powinni o tym pamiętać.
Choć widoczne jest pewne obniżenie poziomu „National Review”, to nie znaczy to, że nie można w nim znaleźć ciekawych artykułów i informacji. D. Brooks w artykule „Uchronić Ziemię przed jej przyjaciółmi” (nr 6) pokazuje ścisłe związki istniejące pomiędzy ruchem ekologicznym a wielkim kapitałem. Okazuje się, że wiele dużych, już istniejących firm domaga się od rządu ustawodawstwa w dziedzinie ochrony przyrody po to, aby stworzyć przeszkody dla mniejszych lub potencjalnych konkurentów. W RFN producenci butelek wraz z Zielonymi walczą o zakaz produkcji aluminiowych puszek. Ciekawe dlaczego? D. Brooks pisze ponadto, że wywołana przez mass media panika na temat tzw. globalnego ocieplenia ma służyć temu, aby łatwiej było przekonać ludzi, że potrzebna jest globalna polityka i globalna gospodarka planowa kierowana przez globalnych menadżerów stojących na czele globalnych organizacji.
W numerze 7 R. Ryan omawia książkę, którą powinien koniecznie przeczytać p. Jerzy Urban, który wszedł do historii politycznej Polski jako inicjator wysyłki koców dla bezdomnych z Nowego Jorku. Ta książka to Wykluczeni Amerykanie autorstwa W. Tuckera. Autor udowadnia, że w pierwszej połowie naszego wieku bezdomność była w USA zjawiskiem całkowicie marginalnym, które rozprzestrzeniło się dopiero po wprowadzeniu kontroli czynszów, tzw. stref i innych tego typu zabiegów. W numerze 10 Susan Mandel opisuje „Teda Kennedy’ego drogę do niewolnictwa”. Według Mandel senator Kennedy – inicjator ustaw o Sprawiedliwości Rasowej i Prawach Obywatelskich jest reprezentantem czarnego rasizmu. Poza tym w numerze specjalny suplement zatytułowany „Przebudowa Ameryki”. W. Allison, R. Brookhiser, T. Bethell, W. Mc Gurn, Newt Gringrich nawołują do pieriestrojki w USA: pobiwszy socjalizm za morzem, trzeba się zabrać za socjalizm na własnym podwórku. W Nowym Jorku np. zrealizowano wszystkie możliwe postępowe reformy socjalne. Oświeceni reformatorzy rządzący miastem (wśród nich Republikanie) przez ostatnie pięćdziesiąt lat byli wyznawcami egalitarnego ideału socjalnej harmonii i doprowadzili miasto do upadku. Nowy Jork umiera dusząc się w żelaznym uścisku miejskiej nomenklatury i związkowych oligopoli. W mieście panuje fiskalny terroryzm, na żyznej glebie welfaryzmu kwitnie demoralizacja i pleni się przestępczość. W 1951 roku popełniono w Nowym Jorku 244 morderstwa, 904 gwałty i 7004 rabunków. W 1986, gdy liczba mieszkańców zmniejszyła się (m.in. z powodu emigracji z miasta) z 8,5 min do 7,3 min, popełniono 1896 morderstw, 3912 gwałtów i 86578 rabunków. To tylko jeden z efektów działalności socjalnych inżynierów, którzy chcieli dostosować ludzi do swoich „naukowych utopii”. W numerze 2 Richard Brookhiser pisze o prof. M Lewinie – wykładowcy filozofii w City College. Wypowiedział się on publicznie przeciwko uprzywilejowaniu Murzynów w przyjmowaniu do szkól średnich i wyższych. Miał również czelność powoływać się na wyniki badań Artura Jensena dotyczące różnic, także intelektualnych, między rasami. Na drzwiach jego gabinetu „nieznani sprawcy” namalowali swastykę i napisali „Ty pier…y Żydzie”. Czyżby na uczelniach amerykańskich panował antysemityzm?
Z artykułu T. Wheelera „Reformowanie akademii” (nr 13) utkwiło nam w pamięci takie zdanie: „Najlepszą analogią dla amerykańskiego systemu edukacyjnego jest rozpadający się Związek Sowiecki: upolitycznienie zasobów, rozrastająca się biurokracja, chroniczna nierównowaga między podażą a popytem, ilościowy i jakościowy kolaps”. W tym samym numerze Florencja King w artykule „Raczej palę niż całuję” szydzi z bojowników antytytoniowego frontu, chcących narzucić palaczom coraz to nowe ustawy i ograniczenia. Są to według niej sadyści i zawistnicy pragnący pozbawić ludzi przyjemności, Kozacy antytoniowej krucjaty, nienawistnicy walczący o demokratyczną czystość, antytytoniowi Purytanie wpychający się wszędzie ze swoim agitpropem, pogromcy palaczy obnoszący się ze swoją mizantropią, narodowi socjaliści od zdrowia, pragnący wytępić wszystkich brudnych i śmierdzących ludzi, aby zbudować szczęśliwy kraj zdrowia i radości, w którym wszyscy mieszkańcy będą wydzielać jednakowy, dezodorantowy zapach. Jedyny argument mogący trafić do przekonania Nowym Prohibicjonistom to ten, że palacze żyją krócej dzięki czemu Social Security zaoszczędzić może miliardy dolarów.
W numerze 14 zwraca uwagę artykuł „Antysocjaliści”, którego autorem jest John Gray. Stwierdza on, że nagle wielu ludzi odkryło, iż socjalizm nie funkcjonuje. Ale już w XIX wieku żyli mądrzy i przenikliwie ludzie, którzy wiedzieli, że socjalizm działać nie może. Ale mało kto ich słuchał, czego skutki odczuwamy dziś. Gray wymienia takich myślicieli jak: H. Maine, H. Spencer, W. G. Sumner (zob. jego tekst w „Stańczyku” nr 8), A. V. Dicey, W. Bagehot, W. H. Mallock. Ten ostatni wskazywał na to, że demokracja i kapitalizm mogą być w konflikcie, gdyż demokratyczny egalitaryzm działa niszcząco na kapitalistyczne instytucje. Również Dicey i Bagehot widzieli w rozwoju masowej demokracji zagrożenie dla wolności ekonomicznej i wolności jednostki. Te tezy są wyzwaniem, pisze Gray, dla tych konserwatystów, którzy w demokratycznym kapitalizmie widzą harmonijny system instytucji niejako automatycznie sprzyjający wolności. W tym samym numerze ciekawa opinia o Lincolnie zaczerpnięta z książki prof. M. E. Bradforda Reakcyjny imperatyw; według prof. Bradforda Lincoln był nacjonalistycznym mistykiem, mesjanistą i centralistą, który zmienił na gorsze pierwotną koncepcję Republiki Amerykańskiej.
Numer 20 przynosi wywiad z prezydentem RPA F. W. de Klerkiem. Określa on siebie jako „praktyczny idealista”. Już niedługo przekonamy się, dokąd go ten „praktyczny idealizm” zaprowadzi. Z numeru 19 utkwiła nam w pamięci taka opinia: „W ZSRR myśli się o usunięciu z nazwy państwa słowa «socjalistyczny»- idea socjalistyczna ma już wszędzie złą reputację z wyjątkiem starych dobrych Stanów Zjednoczonych”. W tym samym numerze E. Ehrmann w artykule „Inna droga do kapitalizmu” pisze, że paralelnie do upadku komunizmu w Europie Wschodniej przebiega finansowy upadek biurokratyczno-korporacyjnych państw Ameryki Łacińskiej. Także i te kraje będą musiały odejść od socjalizmu. Pojawiają się, nieśmiałe na razie, próby prywatyzacyjne. Trzeba jednak pamiętać, że potężne grupy interesów blokują przemiany w kierunku wolnego rynku. Niestety, zauważa Ehrmann, także Kościół katolicki nie udziela wsparcia tym reformom. I tak na przykład papież Jan Paweł II powiedział w Meksyku, że kapitalizm jest moralnie niższym sposobem organizowania spraw ludzkich. Papieża w jego ataku na kapitalizm wsparła znana organizacja Opus Dei, co, dodajmy, potwierdza informacje jej skręcie w lewo.
W. McGurn w artykule „Niepraktyczny pragmatyzm Busha” pisze, że pogłębia się przepaść między „my” a „oni” (w Waszyngtonie). Nie ma co, Partia Republikańska oderwała się od mas. Numer 21 to numer rocznicowy, którego najważniejszym artykułem (nieco przydługim) jest „James Burnham i nowy porządek światowy” autorstwa J. O’Sullivana. Jest to wizja przyszłego porządku światowego opartego na podziale świata, na trzy strefy zdominowane przez trzy scentralizowane protekcjonistyczne superpaństwa. Pierwsza strefa to blok europejski zdominowany przez Niemcy, druga strefa to blok japoński, trzecia strefa to blok amerykański oparty na ekonomicznej wersji doktryny Monroego. W numerze 24 Ch. Davies proponuje Polsce, aby oddała Niemcom ich dawne tereny wschodnie w zamian za umorzenie polskich długów. W imieniu wszystkich Polaków „Stańczyk” dziękuje p. Daviesowi za tą radę.
W tym samym numerze ciekawostka historyczna: w czasie wojny domowej Północy z Południem zginęło 1,7% populacji zamieszkującej wówczas Stany Zjednoczone. Dzisiaj byłoby to 4,25 mln ludzi. To nie Bismarck, ale Lincoln dokonywał zjednoczenia przy pomocy „krwi i żelaza”. W numerze 25 A. Evans-Pritchard omawia książkę D. Martina Języki ognia. Eksplozja protestantyzmu w Ameryce Łacińskiej. Na kontynencie południowo-amerykańskim dokonuje się Druga Reformacja. Protestancka konwersja sprawiła, że w Brazylii jest już 20% a w Gwatemali 30% protestantów. Najsilniejszy przyrost notują przede wszystkim Zielonoświątkowcy. Kościół katolicki traci wiernych m.in. dlatego, że dominująca w nim teologia wyzwolenia jest całkowicie obca niższym warstwom społeczeństwa. Trudno przewidzieć, jakie polityczno-ideologiczne następstwa będzie miała ekspansja protestantyzmu. Być może przesuwanie się Kościoła katolickiego coraz bardziej na lewo skłoni protestantów do poparcia prawicy. Zielonoświątkowcy są zresztą raczej niechętni polityce i dość odporni na hegemonistyczne zapędy lewicy. Ale ich „etos” jest egalitarny i „braterski”. Przed laty w Chile 80% Zielonoświątkowców głosowało na S. Allende. Ostatnio w Peru głosowali przeciwko konserwatywnej koalicji.
W numerze 25 A. Lejeune w artykule „Większa zmiana” (Major Change) przedstawia kulisy obalenia p. Thatcher. Przypomnijmy, że wewnętrzna walka o władzę w łonie Partii Konserwatywnej trwała kilka miesięcy. Lewe skrzydło partii skupiło się pod hasłami proeuropejskimi. Ci eurofile działający zresztą ręka w rękę z Partią Pracy obawiali się, że twarda opozycja p. Thatcher wobec Zjednoczonej, kontrolowanej przez bankierów i biurokratów, Europy pozbawi ich należnych im stołków w euronomenklaturze. Pani Thatcher została obalona nie przez swoich politycznych przeciwników z innych partii, nie przez głosy Brytyjczyków, ale przez zamach stanu w jej własnej Partii Konserwatywnej, dla której trzykrotnie wygrała wybory. Zamachowcy otrzymali wsparcie od mass mediów, przede wszystkim BBC, tradycyjnie opanowanych przez lewicę.
Szybkość i bezwzględność, z jaką obalono p. Thatcher i zastąpiono nieznanym Johnem Majorem wywołała zdziwienie w Wlk. Brytanii. Spiskowców poparł sir G. Howe i był to niewątpliwie cios nożem w plecy dla p. Thatcher. Po jej ustąpieniu Heseltine, Hurd i Major błyskawicznie weszli do akcji, co świadczy, że całą operację przygotowywano od dawna. Ogłosili poparcie swoich kandydatur przez członków parlamentu – w sumie więcej niż jest wszystkich konserwatywnych parlamentarzystów. W końcu zwyciężył Major będący typowym kandydatem kompromisu. Jest to reprezentant thatcheryzmu z ludzką twarzą, a w rzeczywistości socliberał, szczególnie w dziedzinie polityki socjalnej i zagranicznej, człowiek podobny do urzędnika bankowego i pozbawiony cienia politycznej charyzmy, bezbarwna postać (wojna w Zatoce Perskiej dała mu okazję do bezustannego pokazywania się w telewizji) bez idei i woli. Będzie bezwolną marionetką w rękach aparatu partyjnego, trzymanego przez p. Thatcher żelazną ręką. Jeden z działaczy Partii Pracy powiedział: „Pozbycie się tej kobiety, po tym wszystkim, co zrobiła temu krajowi – to po prostu cudowne”. Rzeczywiście jest się z czego cieszyć: to czego nie potrafiła zrobić Partia Pracy, zrobili aparatczycy z Partii Konserwatywnej. Lewe skrzydło partii kierowane przez internacjonalistów umocniło się znacznie. Niewątpliwym socliberałem jest też szef MSW w obecnym gabinecie. Także pozostali są bardziej na lewo od poprzednich ministrów w rządzie p. Thatcher. Tak jak w USA po Reaganie przyszedł Bush, tak w Wielkiej Brytanii po Thatcher przyszedł Major. To bez wątpienia „major change”. M. Thatcher była bez wątpienia jednym z najwybitniejszych polityków europejskich ostatnich dziesięcioleci. Zdradzona przez najbliższych współpracowników, obalona w pałacowej intrydze przez tchórzostwo i zawiść, przez karierowiczostwo i żądzę władzy ubrane w europejskie slogany pozostanie w naszej dobrej pamięci.
Enoch Powell powiedział : „Walka, jaką p. Thatcher prowadziła dla Wielkiej Brytanii nie może zakończyć się klęską”. Pamiętajmy, że ta walka była prowadzona również dla Polski, ponieważ była prowadzona przeciwko klice euromaniaków będących w rzeczywistości zaciekłymi wrogami wszystkich tych idei, które czyniły Europę wielką. Ludzie prawicy powinni toczyć dalej walkę o Europę wolnych i suwerennych państw, nie narażoną na totalistyczne rządy sprawowane przez pozbawionych serca i rozumu, niezakorzenionych w żadnej narodowej tradycji eurokacyków o mentalności średniego szczebla urzędników z Ministerstwa Finansów. Strasbursko-brukselska mafia tylko czeka, aby wziąć nas pod swe opiekuńcze skrzydła. Jeśli jej na to pozwolimy, to ta opieka okaże się bardzo kosztowna. Tak zresztą jak każda opieka sprawowana przez mafię. Niechaj nas nie myli dobrotliwy uśmiech Ojca Chrzestnego – p. Delors. On się uśmiecha do swoich myśli. A o czym myśli powie nam, gdy będzie już miał nas w garści.
THE AMERICAN SPECTATOR
W zeszłorocznym numerze lipcowym tego miesięcznika jego redaktor naczelny R. Emmett Tyrrell jr w komentarzu zatytułowanym „Dlaczego Nowy Jork” pisze, że od 50 lat Nowy Jork jest stolicą wszelkich postępowych idei. W ostatnich latach miasto wykonało wielki krok naprzód w kierunku Bejrutu Ameryki. Nowy Jork jest od dziesiątków lat miastem jednopartyjnym. Rządząca monopartia opiera swą władzę na ideologii socliberalizmu. Nic dziwnego, że system prawny jest w stanie rozkładu a policja sparaliżowana. Do głosu dochodzi motłoch organizujący się według kryteriów rasowych: biały motłoch napada na czarnych, czarny motłoch na czarnych, białych i Wietnamczyków. Jest to naturalny efekt rządów lewicy i jeszcze jeden dowód, że nie umie i nie powinna ona rządzić. W tym samym numerze T. Bethell w artykule „Zejść z zasiłku” udowadnia po raz kolejny, że gospodarcza pomoc zagraniczna jest szkodliwa dla krajów, które taką pomoc otrzymują. Na przykład Egipt będący od lat na amerykańskim zasiłku spada do poziomu Bangladeszu. Bethell skupia swą uwagę na Izraelu ujawniając przy okazji, że w rzeczywistości od dawna już znaczna część pieniędzy przeznaczona dla Izraela w ogóle nie opuszcza USA, lecz jest przeznaczana na spłatę odsetek od dawnych długów.
A. Rabushka nawoływał w „Jerusalem Post” Żydów amerykańskich, żeby przeciwstawiali się żądaniom dalszej pomocy dla Izraela, gdyż służy ona podtrzymaniu socjalizmu w tym kraju. Stef Wertheimer – znany pro-wolnorynkowy biznesmen z Izraela powiedział niedawno: „Drodzy amerykańscy przyjaciele, jeśli chcecie nam pomóc, to przestańcie nam pomagać”. Bethell wątpi w to, żeby kongresmeni (zarówno Demokraci, jak i Republikanie) okazali się na tyle wielkoduszni, aby przestać pomagać innym. Nauczono ich bowiem, i głęboko w to wierzą, że można kupować przyjaciół na całym świecie rozdając im pieniądze podatników. Temat izraelski podejmuje również Edward Norden w artykule „Izrael i Wielki Exodus” rozpatrując problem napływu Żydów radzieckich do Izraela poprzez pryzmat najważniejszej zasady organizującej życie polityczne w demokratycznym państwie wielopartyjnym, czyli maksymalizacji głosów. Główne partie polityczne Izraela otwierają nawet swoje biura w Moskwie, Leningradzie i innych miastach, aby na miejscu prowadzić agitację wśród przyszłych wyborców i wyławiać ludzi przydatnych dla partii. W numerze wrześniowym T. Bethell zdaje relację z pogrzebu Mitcha Snydera znanego w USA obrońcy i wyraziciela interesów bezdomnych. Być może to z nim ustalał p. Jerzy Urban sprawę wysyłki koców dla bezdomnych w Nowym Jorku.
W numerze październikowym w artykule Saula Lewisa „Idź do Hegla” znaleźliśmy historyjkę obrazującą bardzo dobrze politykę amerykańską wobec Polski. Tuż po zakończeniu II wojny światowej ambasador amerykański w ZSRR Averell Harriman radził Sekretarzowi Stanu – był nim wówczas Cordell Hull – aby wpłynął na ZSRR w sprawie Polski. Hull odpowiedział: „Nie będę zajmował się głupstwami. Musimy zajmować się sprawami istotnymi”. Te istotne sprawy to były dla Hulla, podejrzewa Lewis, procedury głosowania w ONZ.
W numerze listopadowym miażdżącą krytykę polityki prez. Busha przeprowadza w artykule „Rodzi się nowy świat” T. Bethell. Przypomina on, że z USA do Iraku płynęła pomoc gospodarcza i technologiczna oraz kredyty z Banku Eksportowo-Importowego. Saddam Hussein był pupilkiem rządu amerykańskiego, ponieważ nie był „fanatykiem”, używał dość umiarkowanej socjalistycznej retoryki i ubierał się „po świecku”. Jego zadaniem było powstrzymanie fundamentalistów islamskich z Iranu. Jeszcze 27 lipca zeszłego roku rząd naciskał na Kongres, żeby nie oponował w sprawie przyznania Irakowi 500 mln dolarów pomocy żywnościowej. W tydzień później Hussein zajął Kuwejt i okazało się, że jest cierpiącym na manię wielkości kłamcą, chcącym zagarnąć całą ropę, nowym Hitlerem gazującym Kurdów i szaleńcem żądnym posiadania broni nuklearnej. Ch. Krauthammer pisał, że prez. Bush ma szczęście, gdyż jest człowiekiem niezdolnym do posiadania jakiejkolwiek wizji politycznej w czasach, gdy ludzie żadnych wizji nie chcą i nie potrzebują. Okazuje się jednak, że prez. Bush ma wizję. Jest to ONZ-owska wizja Nowego Porządku Światowego. Prez. Bush powiedział w jednym z przemówień: „Rodzi się nowy świat, świat całkiem różny od tego, który znaliśmy”. Jest to lewicowy internacjonalizm w amoku, komentuje Bethell. Nic dodać, nic ująć.
Na zakończenie przedstawiamy niektóre pozycje z Nowej Listy Wrogów im. Joe McCarthy’ego sporządzonej, na podstawie listów od czytelników, przez P.J. O’Rourke`go:
Kobiety z dwoma nazwiskami.
Małżonki i dzieci prezydentów.
Phil Donahue.
Wszyscy dziennikarze, komentatorzy lub inni głupcy, którzy starą gwardię w Moskwie i Pekinie nazywają „konserwatystami”.
Ludzie, którzy alkoholizm, narkomanię lub nędzę nazywają chorobą.
Wszyscy ludzie, którzy na swoich samochodach mają nalepki typu: Myśl globalnie, działaj lokalnie; Testuj pokój a nie broń atomową; Chcesz pokoju, pracuj dla sprawiedliwości; Kochaj zwierzęta, nie jedz ich.
„The New York Times Sunday Magazine”.
Biali piosenkarze z podrabianym akcentem jamajskim.
Każdy, kto wierzy w dekonstrukcję, semiotykę oraz tzw. krytyczne myślenie i nie jest w stanie zdefiniować tych terminów przy pomocy mniej niż 50 słów.
Jean Ziegler, socjalistyczny członek parlamentu szwajcarskiego, który oskarżył firmę Nestle, że spiskowała z CIA, aby obalić Salvadora Allende.
Wszyscy laureaci Pokojowej Nagrody Nobla.
Większość laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii.
Każdy, kto błotne zielsko nazywa zdrową żywnością.
Każdy, kto był wystarczająco głupi, aby być lub chcieć być w Woodstock.
Eddie Murphy, za udowodnienie, że wolny rynek nie zawsze wytwarza najlepsze produkty.
Mężczyźni z długimi włosami i kolczykami w uchu.
Nelson Mandela, z którego zrobiono świętego Mandelę i jego jeszcze nie kanonizowana żona.
Demokraci z University of Florida, którzy okazali swe niezłomne przywiązanie do zasady wolności słowa usiłując zakrzyczeć płk. Olivera Northa, kiedy tam przemawiał.
Każdy związany w jakikolwiek sposób z filmem, który jest określany mianem najlepszego filmu, jaki zrobiono na temat Wietnamu.
Wszyscy członkowie Kongresu o imieniu Barbara.
Każdy, kto występuje w spektaklu Boba Hope’a.
Wojna z narkotykami.
Ludzie, którzy stoją na zboczu wzgórza unosząc ręce i śpiewając song o Coca-Coli.
I jeszcze ważna informacja, którą znaleźliśmy w „The American Spectator” na temat pewnej książki. Otóż Judyta A. Reisman i Edmund W. Eichel opublikowali niedawno książkę Kinsey–seks i oszustwo będącą niezwykle ostrą krytyką opublikowanego po raz pierwszy w 1948 roku tzw. raportu Kinsey’a, który stał się później podstawowym narzędziem seksualnej indoktrynacji w amerykańskich szkołach wszystkich szczebli. Autorzy udowadniają, że Kinsey przeprowadzał nielegalne eksperymenty seksualne na kilkuset dzieciach podobne do eksperymentów przeprowadzanych przez narodowych socjalistów. Okazuje się ponadto, że Kinsey badał bardzo niereprezentatywną grupę Amerykanów łącznie z pedofilami, prostytutkami, więźniami, ekshibicjonistami. No cóż, jeszcze jeden XX-wieczny Łysenko został zdemaskowany.
CHRONICLES. A MAGAZINE OF AMERICAN CULTURE.
Miesięcznik wydawany jest przez The Rockford Institute, który został założony przed laty przez nieodżałowanego Leopolda Tyrmanda. Naczelnym redaktorem jest Thomas Fleming wspomagany przez czołówkę konserwatywnych publicystów USA takich jak Russell Kirk, Chilton Williamson, jr, G. Garett, Samuel Francis i wielu innych. „Chronicles” to rzadki w USA przykład konserwatywnego czasopisma prawie w całości poświęconego kulturze. Niewiele się tu pisze o podatkowo-budżetowych manipulacjach, a więcej o ideach, literaturze, sztuce i filozofii. Przyjrzyjmy się numerowi z grudnia 1990 roku. Samuel Francis pisze o finansowaniu sztuki przez Krajową Fundację na rzecz Sztuki (The National Endowment for the Arts). Ta założona w 1965 roku rządowa agencja wolała dotąd kryć się w anonimowości, którą lubi zarówno biurokracja, jak i artystyczne podziemie. Ale ostatnio nieco więcej światła padło na działalność biura do tej pory kryjącego się w ciemnościach i pełniącego, według Francisa, funkcję federalnego gestapo stojącego na straży dominującej kultury. Pierwszy skandal wybuchł, kiedy okazało się, że NEA finansowała wystawę Roberta Mapplethorpe’a, który zamiast realizować swoje własne powołanie jako fryzjer damski, kwiaciarz czy sprzedawca antyków, zajął się robieniem fotografii, których opis nie nadaje się do drukowania na lamach poważnego czasopisma.
Drugim kontestatorem kontestującym za pieniądze podatników był Andres Serrano, który wyspecjalizował się m.in. w zanurzaniu przedmiotów kultu religijnego w urynie. Niektórzy kongresmeni usiłowali spowodować wstrzymanie rządowych subwencji dla tego rodzaju „sztuki”, ale im się to nie udało, co w dużej mierze jest zasługą „konserwatywnego” prezydenta G. Busha. Francis uważa, że konserwatyści zamiast zastanawiać się, jaką sztukę ma finansować rząd, powinni zaatakować samą koncepcję finansowania sztuki przez rząd. Francis przypomina, że żądania takiego wsparcia dla sztuki i nauk humanistycznych wyrażają interesy intelektualnych elit lewicowych w USA. Po drugiej wojnie światowej i po wystrzeleniu sputnika przez Sowiety wzrosły apetyty humanistów i artystów, którzy obawiali się, że wszystko zagarną ich koledzy uprawiający nauki ścisłe. Zarówno niezbyt rozgarnięty J. F. Kennedy, jak i bardziej od niego skuteczny Budowniczy „Wielkiego Społeczeństwa” L. B. Johnson postanowili stworzyć agencję, która miała tuczyć i obłaskawiać literatów i artystów (NEA powstała w 1965 roku). Rządowa opieka i rządowe karmienie inteligencji, szczególnie tej jej części, która usadowiła się w takich masowych i zbiurokratyzowanych instytucjach jak uniwersytety i fundacje, są czymś całkowicie zasadniczym dla dwudziestowiecznego socliberalizmu. W latach sześćdziesiątych kulturalna i intelektualna elita amerykańska odgrywała kluczową rolę w budowaniu „Nowych Granic” i „Wielkiego Społeczeństwa”. Wówczas to intelektualna elita rezydująca na Wschodnim Wybrzeżu, szczególnie w Nowym Jorku i Cambridge (Massachusets) stworzyła silną strukturę w samym centrum społecznego komunikowania się i wywarła wielki wpływ na klimat polityczny tego okresu.
NEA i Krajowa Fundacja na rzecz Nauk Humanistycznych (NEH) były nie tylko odpłatą dla jajogłowych za ich poparcie dla Demokratów, ale miały również za zadanie na stałe „ożenić” intelektualne i kulturalne elity z menedżerami waszyngtońskiego Lewiatana. Oczywiście nie były to pierwsze tego rodzaju zaślubiny. Już w latach tzw. Ery Postępowej, czyli na przełomie XIX i XX wieku, nowe, rozbudowane instytucje kulturalne, wraz z przebiegającą paralelnie ekspansją rządu i biznesu (wielkie uniwersytety z wielkimi bibliotekami i laboratoriami, wielkie fundacje i… coraz wyższe pensje) były istotą całego projektu państwa realizowanego przez Progresistów. Nastąpiło wówczas rozbudowanie ustawodawstwa regulującego życie społeczne, czego wynikiem był zwiększony popyt na prawników, ekonomistów, socjologów i politologów. Potrzebni byli ludzie umiejący konstruować ustawy i nadający się na personel ciał administracyjnych i biurokratycznych. Powstał rynek książek, czasopism i artykułów pisanych i wydawanych przez ekspertów, doradców itp. To właśnie wówczas zaczął się kult ekspertów i pojawiły się „trusty mózgów” będące na usługach socjalnych reformatorów z Partii Postępowej.
Później F. D. Roosevelt dzięki powołaniu Works Progress Administration dokonał formalnych zaręczyn inteligencji i państwa, co bardzo się opłaciło obu stronom, gdyż całe pokolenie artystów było niańczone przez rząd i równocześnie całym sercem popierało idee „Nowego Ładu”. Jeśli więc rzeczywistym, choć otwarcie niedeklarowanym, celem fuzji państwa i kultury było ułatwienie „przebudowy społeczeństwa” przez socjalnych inżynierów, to nie powinno nikogo dziwić „nadużywanie” finansów NEA przez ludzi typu Mapplethorpe’a i Serrano w celu zniszczenia „europocentrycznych”, „białych”, „męskich”, „homofobicznych” instytucji i przekonań. Jest to bowiem najnowsza faza w niekończącej się walce o pozbawienie Amerykanów amerykańskich korzeni i zastąpienie ich „wyemancypowanym” i bojowym kosmopolityzmem nazywanym dziś otwarcie Nowym Porządkiem Światowym (New World Order). Na drodze do stworzenia przez ponadnarodowe, technokratyczne i biurokratyczne elity tego „nowego porządku” stają takie przeszkody jak integralność amerykańskiej tradycji kulturalnej i trwałość instytucji, które ją wspierają. Dlatego muszą one ulec „dekonstrukcji”, jeśli te elity mają ugruntować swoją władzę i udoskonalić swoją kulturalną hegemonię. Francis kończy swój artykuł konkluzją: Mapplethorpe, Serrano i różni inni specjaliści od sztuki performance nie nadużywają wcale funduszy dostarczanych im przez NEA. Wręcz przeciwnie, ich estetyka i ideologia jest prawowitym potomstwem od początku zakładanym przez mariaż państwa i inteligencji. Jeśli konserwatyści chcą stawić opór wykorzenieniu symbolizowanemu przez NEA, to zamiast biadolić nad „złym używaniem” pieniędzy podatników, winni podjąć wyzwanie i uczynić dwie rzeczy: jasno powiedzieć Amerykanom, w jakim celu prowadzony jest ten podstępny, finansowany przez rząd, atak na tradycyjne normy i instytucje oraz wystąpić przeciwko samej koncepcji takiego finansowania.
Piękny esej Thomasa Fleminga „Przegrany człowiek na leżaku” jest pochwalą stoicyzmu w czasach naturalnej dekadencji, które tak jak przed wiekami są czasami biurokracji i kosmopolitycznych imperiów. Stoicyzm jest dobrą postawą wobec życia, gdy kolegia elektorskie w USA są taką samą fikcją, jaką stały się zgromadzenie, rynek i rada w czasach, gdy greckie polis chyliło się ku upadkowi. Stoicyzm to, według Fleminga, nie postawa rozpaczy i rezygnacji, ale spokojna akceptacja rzeczy dobrych i znoszenie złych, jeśli już nie bez skargi, to w każdym razie bez oskarżenia świata o to, że ponosi winę za nasz los. To, czego powinniśmy uczyć się od stoików, to przyjęcie na siebie konkretnych obowiązków i odpowiedzialności niezależnie od miejsca, w którym się znajdujemy. Potrzebna jest nam gotowość przyjęcia rzeczy takimi, jakie są. Każdy z nas powinien nauczyć się jak najlepiej robić to, na co pozwala mu jego życiowa sytuacja, nawet gdyby przyszło mu wziąć na siebie odpowiedzialność tak jak cesarz Marek Aureliusz – za imperium. Cóż bowiem innego może być alternatywą? Czy mamy spędzić życie rozmyślając nad kryminalnymi rządami amerykańskiego Kongresu. Nie mamy kontroli nad tymi rzeczami. Polityka to zajęcie dla wolnych ludzi.
Poddani imperium są szczęśliwi, bardzo szczęśliwi, gdy mogą wyrąbać sobie niszę, w której ich decyzje coś znaczą. Wychowuj dzieci, wypełniaj swoje obowiązki i zostaw imperium, by troszczyło się samo o siebie. Bądź zadowolony: choć brudna piana unosi się na grzbiecie fali, w końcu opadnie i zostanie odrzucona na bok. Spokój duszy nie jest naturalnym stanem, w którym żyje człowiek i dla większości z nas takie chwile są rzadsze niż bezchmurny dzień. Ów spokój duszy jest inną nazwą dla krainy, której pragnie nasze serce; jest byciem w domu, nie w obcym uniwersum sił i rzeczy, ale w tym innym świecie, którego przebłyski dostrzegamy od czasu do czasu w snach, mitach i poematach będących jak miraże oaz i miast. Są one nierealne tam, gdzie się zjawiają: na pustyni, na której jedyną rzeczywistością są piasek i upał. Lecz gdzieś, dokąd może nigdy nie dojdziemy, leży realne miasto i rzeczywista oaza, gdzie utrudzeni wędrowcy mogą się orzeźwić i pokrzepić czystą, przezroczystą wodą. A tymczasem jest to „pokój Boga, którego nasz rozum nie ogarnia”.
Catherine Palton w artykule „Życie w Szczęśliwej Alei” pisze: „Ci z nas, którzy są na tyle mądrzy, aby uprawiać własny ogród, znajdą wiele rzeczy do zrobienia. Rada Woltera to jedna z niewielu dobrych rad udzielonych przez filozofa, gdyż filozofowie mają zwykle skłonność do uciekania od konkretu w abstrakcje. Uprawianie własnego ogrodu jest nie tylko konieczne – bardziej istotne jest to, że można to zrobić – zapominają o tym ci z nas, którzy na własną zgubę chcą odbudować Rajski Ogród”. G. Garrett w artykule „Blues dobrych wieści” pisze, że nasz wiek jest brutalnym, krwawym, napędzanym fałszerstwami stuleciem, oświetlonym zniekształcającą iluminacją nieludzkich abstrakcji. A jednak znajdujemy coś pocieszającego w tym, że niektórzy prorocy mówiący i myślący wbrew temu, co jest, mieli rację, podczas gdy oficjalni wieszczkowie umarli nie mając jej. Jestem skłonny, pisze Garrett, założyć się o wszystko, że właśnie dziś są głosy warte słuchania, mówiące do nas i słyszalne dla tych niewielu wartościowych ludzi, którzy chcą słuchać i uczyć się.
E. Ch. Kopff zaczyna swój artykuł „Czcząc chmury” od nawiązania do sztuki Sofoklesa Król Edyp. Tragedia zakończy się grozą i wstydem, ale pośród tej grozy odnajdujemy Boski porządek, zgodnie z którym ludzie odgrywają o wiele mniejszą rolę niżby chcieli. I dalej pisze: „Dobra wiadomość dla ludzi żyjących w USA i ich dzieci to ta, iż rzeczywistość gospodarcza, polityczna i moralna – nadal istnieje. Pozwoliliśmy cudzoziemcom, żeby nas wykupili, dopuściliśmy do tego, żeby nasze dzieci wyrastały na jednojęzycznych nieuków niezdolnych do planowania przyszłości i konkurowania w teraźniejszości. Mamy najbardziej skorumpowanych i zdemoralizowanych polityków w historii: defraudantów, morderców, gwałcicieli. Zatrudniamy i zwalniamy w oparciu o rasę, płeć i nieudowodnioną niekompetencję, a nie obiektywne umiejętności i osiągnięcia. Jesteśmy winni więcej niż możemy spłacić i nie mamy zamiaru spłacić tego, co jesteśmy winni. Chcemy żyć na pożyczkach”. Ale, kontynuuje Kopff, już niedługo, tak jak Edyp, zrozumiemy, że jesteśmy tylko ludźmi, poddanymi prawom natury i prawom Boskim. Zbankrutujemy. Nasze przedsiębiorstwa i nasze uniwersytety zostaną zamknięte. Nasze dzieci będą niezdolne do konkurencji. Bogactwo i władza nad światem odejdą od nas i powędrują gdzie indziej, do Europy albo do Japonii. Przeminie bogactwo i sława. Zakończy się amerykańskie stulecie.
Ale będą z tego także korzyści. Pasożyty przestaną nami rządzić i nas osądzać i pójdą gdzie indziej szukać dla siebie żeru. Nieudacznicy z innych narodów opuszczą nas. Nasze dzieci nie będą wiedziały mniej niż dziś, gdyż zaoszczędzone im będą łatwe piątki, którymi obsypywali je Wielcy Nauczyciele. Te z nich, które będą chciały się uczyć, zaczną na nowo. Gdy poznają, że mądrość rodzi się w nocy przy naftowej lampie. Znowu będziemy żyli w realnym świecie z jego ograniczeniami i granicami, gdzie znowu będzie możliwe to, co tragiczne i twórcze. Poznamy wolę Stwórcy, który stworzył świat w takim a nie innym kształcie. Zbyt długo żyliśmy czcząc chmury ze sztuki Arystofanesa, które przyjmują takie kształty, jakich sobie życzymy. Są to boginie perswazji, retoryki, reklamy. Są tylko tworami naszej wyobraźni. To one dają piątki studentom, którzy nic nie umieją. To one pocieszają tych „skrzywdzonych” przez hormony, niską inteligencję czy lenistwo mówiąc im, że są „ofiarami” niesprawiedliwego świata. Tak jak Strepsiades w Chmurach myśleliśmy, że nie będziemy płacić naszych długów i że naszym synom będzie się dobrze powodzić bez religii i obyczajów naszego narodu. Bankructwo, kiedy przyjdzie, uczyni nas biednymi, ale przyniesie nam wiedzę, że istnieje Bóg i że jest On sprawiedliwy. Widok Edypa, kiedy odkrył, kim jest naprawdę, może nas przerażać, gdy patrzymy na jego zakrwawioną twarz, ale mówi nam także, że przepowiednie są prawdziwe. Sprawiedliwość Zeusa to nie dobre życie, które sobie obiecywaliśmy; rządzi ona światem nadając mu moralny sens, którego nie możemy zmieniać tak, aby pasował do naszego egoizmu i naszych sentymentów. A kiedy powoli zaczniemy na nowo odbudowywać nasze życie, życie naszych dzieci i naszego narodu, może usłyszymy muzykę. To chór, który rozpoczyna taniec”.
Poza tym w numerze ostrą krytykę ostatniej książki Thomasa Sowella przeprowadza Murray N. Rothbard, Chilton Williamson, jr stwierdza, że lata osiemdziesiąte przyniosły zgon marksizmu-leninizmu i, być może, trwająca zapaść Nowego Jorku przyniesienie w latach dziewięćdziesiątych Ameryce koniec ideologii Global Melting Pot inaczej nazywanego Wieżą Babel, Odie B. Palk w artykule „Wyrzucić łajdaków” opisuje próby podejmowane w Oklahomie mające uniemożliwić kongresmenom pozostawanie w nieskończoność na stanowiskach. Okazuje się bowiem, że w kolebce światowej demokracji powstała najzwyczajniejsza w świecie nomenklatura, której nie mogą ruszyć z posad żadne wybory, gdyż jest ona w stanie wykorzystywać pieniądze podatników na finansowanie swoich własnych kampanii wyborczych. Czy ograniczenie czasu okresu piastowania stanowisk do 12 lat uda się, jeszcze nie wiadomo. Podsumowując można stwierdzić bez żadnej przesady: „Chronicles” to pismo znakomite a jego redaktorzy dobrze wiedzą, że nie wolno pozostawić kultury na pastwę lewicy. Niech duch Leopolda Tyrmanda nadal patronuje pismu.
CONSERVATIVE CHRONICLES
Ten wydawany w Hampton (Iowa) tygodnik to pismo przedrukowujące felietony i artykuły czołowych publicystów konserwatywnych z USA. Wymieńmy choćby takie nazwiska jak P. Buchanan, J. Kirkpatrick, J. Sobran, W Rusher, R. Emmett Tryrell. jr, W. Buckley, T. Sowell, Jeffrey Hart, Evans i Novak, G. Will. Niewątpliwie wśród innych autorów na czoło wysuwa się Pat Buchanan. Jego polityczny realizm, jasne, zdecydowane opinie i sądy wyróżniają go korzystnie pośród innych kolegów po piórze. Zacytujmy kilka myśli Buchanana: „Wojna przeciwko Irakowi to ostatnia wojna prez. Busha o Nowy Porządek Światowy”, „W Ameryce mało kto zdaje sobie sprawę z prawdziwej sytuacji kraju. Wiele się mówi o Ameryce jako o jedynym supermocarstwie, i o globalnej krucjacie na rzecz demokracji. Z czym? Spiżarnia jest pusta. Jedyny sposób, aby uzyskać pieniądze na utrzymanie wojskowego establishmentu i na kontynuowanie pomocy rząd-rząd poprzez MFW i Bank Światowy, to zaciąganie pożyczek, czyli nakładanie na przyszłe pokolenie Ameryki jeszcze większego ciężaru długów. Czas, w którym Ameryka mogła grać rolę Atlasa i podtrzymywać świat – militarnie, politycznie i finansowo – już minął. Nie jesteśmy w stanie dłużej finansować awantur naszych globalistów i programów naszych rodzimych socjalistów. Góra długów rośnie zbyt szybko”.
W innym artykule wskazuje Buchanan na to, że w latach 90-ych prawdopodobnie coraz to nowe państwa będą wchodzić w posiadanie broni atomowej. Północna Korea jest na pewno bliżej broni atomowej niż Irak. Niewątpliwie nie próżnują w Korei Płd., szczególnie, że wycofanie oddziałów amerykańskich nastąpi wcześniej czy później. Także Tajwan już wie, że nie będzie mógł liczyć na USA i również tam myśli się o własnej broni atomowej. Niewątpliwie Japonia nie będzie przyglądać się z założonymi rękami, jak jej dawne kolonie budują arsenały broni atomowej. Indie już prawdopodobnie mają broń atomową, Pakistan również się śpieszy. Nie wiadomo, jak sprawy w tej dziedzinie potoczą się w Iraku. Co wtedy zrobią Turcja, Iran, Syria i Egipt, pyta Buchanan. Nie zapominajmy też, że w Izraelu pracuje się intensywnie nad rozwojem potencjału atomowego. Przypomnijmy, że w „Stańczyku” (nr 10, 1989) w artykule „Na prawo patrz! Prezentuj broń!” pisał Tomasz G.: „Rzeczą godną rozważenia przez polskie czynniki polityczne i wojskowe winno być wyposażenie armii w broń atomową”. Jest też sprawą ciekawą, czy Niemcy po wycofaniu się Amerykanów będą chciały pozostać jedynym dużym krajem w Europie bez broni atomowej. I na koniec cytat z artykułu Edwarda Grimsley’a: „Przeciętny wyborca więcej myśli przy wyborze używanego samochodu niż przy wyborze kongresmena”.
THE FREEMAN. IDEAS ON LIBERTY
W jednym z zeszłorocznych numerów tego miesięcznika związanego z The Foundation on Economic Education i redagowanego przez Bettinę Bien Greaves znaleźliśmy dwie godne zacytowania myśli: „To co uczyniło Amerykę wielką to nie prawo do głosowania, ale prawa chroniące nas przed tymi, których wybraliśmy”; „Zadaniem konstytucji jest obrona wolności przed demokracją i jednostki przed większością”. W numerze lipcowym Jorge Amador omawia książkę Konspiracja Holocaustu. Międzynarodowa polityka ludobójstwa, której autorem jest Wilhelm R. Perl, żydowski uchodźca i oficer wywiadu amerykańskiego w czasie wojny. Analizuje on politykę imigracyjną kilkunastu państw przed i w czasie wojny. Wbrew popularnej opinii narodowi socjaliści nie zamierzali – przynajmniej początkowo – dokonywać eksterminacji Żydów. Byliby szczęśliwi, gdyby Żydzi wyemigrowali z Niemiec. Z wyjątkiem ostatnich lat reżimu narodowosocjalistycznego kwestią nie było, jak wyjechać, ale dokąd. Jeszcze w kwietniu 1944 roku H. Himmler wystąpił z ofertą wymiany Żydów z obozów koncentracyjnych na niektóre towary. W zamian za milion Żydów żądał dwóch milionów lasek mydła, 800 ton kawy, 200 ton herbaty, 10 000 ciężarówek, które nie miały być użyte do celów wojskowych. Alianci odrzucili tę propozycję. Brytyjczycy aresztowali żydowskiego pośrednika. Jeden z wyższych urzędników brytyjskich powiedział: „Ocalić milion Żydów? Co mielibyśmy z nimi zrobić? Gdzie ich umieścić?”. Władze kanadyjskie w latach 1933–1945 zezwalały na imigrację przeciętnie 385 Żydom rocznie. Na konferencji w sprawie uchodźców w 1938 roku jedynie Dominikana zdecydowała się przyjąć więcej imigrantów żydowskich. Amador twierdzi, że nie był to spisek, ale naturalny rezultat ówczesnej polityki imigracyjnej.
W numerze sierpniowym Robert Higgs pokazuje „Rozrost rządu w Stanach Zjednoczonych”. Na początku XX wieku ciężary podatkowe wynosiły 6-7% dochodu narodowego, w 1990 – 32%. W takim samym stopniu wzrosły wydatki rządowe. Przed 90 laty 4% zatrudnionych stanowili urzędnicy, dziś 14% (bez żołnierzy). Liczba ta jest w rzeczywistości większa, gdyż należałoby również uwzględnić ludzi pracujących dla rządu przy realizowaniu zamówień rządowych itd. Higgs tak kończy swój artykuł: „Gdy patrzymy w przyszłość na Stany Zjednoczone, to tak daleko, jak sięga nasz wzrok widzimy jedynie wielki rząd i jeszcze większy rząd”. W numerze grudniowym W. H. Peterson odsłania „Korzenie korupcji” na przykładzie starożytnego Rzymu (snując ciekawe paralele z „Nowym Ładem” Roosevelta). Tam, gdzie istnieje interwencjonizm państwowy, panowanie większości i inflacja, tam nieuchronnie pojawia się korupcja, twierdzi Higgs. S. Yates dokonuje zasadniczej krytyki szalejącej w USA tzw. affirmative action (to mniej więcej to samo, co u nas kiedyś przyznawanie punktów za pochodzenie niektórym kandydatom na wyższe studia) nazywając te metody socjalnej inżynierii „nową drogą do niewolnictwa”.
W numerze styczniowym (1991) Robert Higgs zajmuje się sprawą deficytu budżetowego w USA. Deficyt budżetowy jest odbiciem systemu politycznego uległego wobec grup specjalnych interesów. Interesy te są zaspokajane kosztem obecnych i przyszłych pokoleń. Jest to system idealny dla polityków. W czasie wyborów 1986 i 1988 roku, kiedy zainteresowanie wyborców deficytem było bardzo duże, ponad 98% członków Kongresu, którzy pragnęli ponownego wyboru, powróciło na urzędy. W ten sposób obywatele obarczeni są nie tylko wielkim i trwałym deficytem budżetowym, ale także cyniczną, samoodtwarzającą się elitą rządzącą. W tym samym numerze T. Franklin Harris protestuje przeciw rządowej kontroli nad telewizją dla dzieci oskarżając rodziców, że nie chcą lub nie potrafią brać odpowiedzialności za swe dzieci i pragną, aby to rząd wyręczył ich w mówieniu dzieciom „nie”. W numerze lutowym M. L. Coulter twierdzi, że wydane w kilku stanach ustawy żądające od gazet, aby używały ponownie przerobionego papieru są podstępnym atakiem na wolność prasy. Wykorzystując te ustawy będzie można sprawować kontrolę nad prasą.
W tym samym numerze S. M. Szasz wzywa Amerykanów, aby bronili praw własności, Gary Anderson przypomina bunt obywateli przeciw interwencjonizmowi rządowemu w 1946 roku, a N. Elliot przedstawia rozwijający się intensywnie w ostatnich latach prywatny sektor usług policyjnych. W Wlk. Brytanii, USA i Kanadzie jest dziś więcej prywatnych ochroniarzy niż policjantów. Wreszcie Dawid L. Prychitko opisuje klęskę samorządowego socjalizmu w Jugosławii, a Ridgway K. Foley, jr, demaskuje rzeczywiste cele amerykańskich zwolenników tzw. demokracji uczestniczącej (participatory democracy). Skrótowo mówiąc chodzi o to, aby obywatele własnoręcznie (choć pod dyskretnym nadzorem planiaków i socjalnych inżynierów) wbijali gwoździe do trumny, w której spoczywa ich wolność. W numerze marcowym J. R. Patrick pisze, że szkoły wyznaniowe bardzo mądrze postępowały unikając dotacji rządowych. Tak długo, jak to robiły, mogły zachować wolność i niezależność. Ale sytuacja się zmieniła i dziś ponad połowa tych szkół zaczyna się interesować marchewką w postaci rządowych subsydiów. Patrick pisze, że jest głupotą sądzić, iż można igrać z ogniem i się nie poparzyć. Podobny temat porusza J. Chodes w artykule „Subsydia państwowe dla szkól prywatnych – historia przypadku destrukcji”. W tym samym numerze Tibor Machan w artykule „Ekologia, socjalizm i kapitalizm” pisze, że jedynie wolny rynek i działający na nim ludzie są w stanie poradzić sobie z problemami ochrony środowiska. Ekologowie powinni mieć więcej zaufania do wolnych ludzi niż do rządu i jego projektów. W artykule „Związki zawodowe zrzucają maskę” Ch. W. Baird opisuje strajk w gazecie „New York Daily News” z października 1990 roku. Baird uważa, że lata 90-te mogą przynieść kolejny nawrót do krwawych bitew związkowych typowych dla przełomu XIX i XX wieku. Strajk w Daily News przyniósł pełny repertuar środków przemocy zastosowanych przez związki zawodowe. Przemoc wyszła na ulice w stopniu nie spotykanym od lat. Sprzedawcy gazet byli zastraszani i bici, podpalano kioski i rozbijano stoiska z gazetami, bito, strzelano i podkładano bomby zapalające, napadano na kierowców samochodów rozwożących prasę, samochody podpalano a kierowców bito. A wszystko to odbywało się przy bierności policji i z błogosławieństwem nowojorskich polityków.
FREEDOM DAILY
W tegorocznym majowym numerze Jacob G. Hornberger publikuje godny uwagi artykuł „Kontrola broni, patriotyzm i obywatelskie nieposłuszeństwo”. Dowiadujemy się z niego m.in., że w stanie Kalifornia wydano niedawno ustawę, zgodnie z którą posiadacze broni półautomatycznej muszą ją rejestrować. Lecz kiedy ustawa weszła w życie, tysiące kalifornijskich posiadaczy broni, ryzykując oskarżenie o przestępstwo, odmówiło zastosowania się do wymagań ustawy. Hornberger uważa, że był to akt obywatelskiego nieposłuszeństwa całkowicie usprawiedliwiony w sytuacji, gdy rząd gwałci zasady wolności i własności prywatnej. Hornberger stwierdza, że posiadacze broni z Kalifornii przejdą do historii jako jedni z największych i najodważniejszych patriotów naszych czasów. Z artykułu Hornbergera zacytujemy jeszcze jeden fragment: „Są oczywiście i tacy, którzy utrzymują, że demokratycznie wybrani władcy nie mogą uczynić nic takiego, co byłoby szkodliwe dla Amerykanów. Ale spójrzmy na kilka przykładów ich działań w dwudziestym wieku. Ci demokratycznie wybrani przedstawiciele społeczeństwa skonfiskowali złoto należące do obywateli i anulowali klauzulę dotyczącą złota przy spłacie rządowych długów. Sprowokowali Japończyków do ataku na Pearl Harbour, a potem udawali zaskoczonych. Uwięzili Amerykanów japońskiego pochodzenia, chociaż ci nie popełnili żadnego przestępstwa. Aplikowali amerykańskim żołnierzom bez ich wiedzy niebezpieczne, zmieniające psychikę, środki. Napromieniowali obywateli amerykańskich na północno-zachodnim Pacyfiku i świadomie zataili to przed nimi. Stworzyli System Rezerw Federalnych, by cichaczem konfiskować i grabić oszczędności obywateli. Zastraszali ludzi przez systemem elektronicznej kontroli danych. I wreszcie ostatnio wysłali amerykańskich obywateli, by ginęli tysiące mil od kraju dla mało znaczącej sprawy”.
THE VOLUNTARYIST
Ukazał się 48 numer (luty 1991) pisma „The Voluntaryist” redagowanego przez Carla Watnera. Zawiera on artykuł o systemie szkolnictwa państwowego w USA, widzianym z perspektyw edukacyjnego woluntaryzmu. Woluntaryzm oznacza oparcie się w stosunkach społecznych na dobrowolnych umowach. Zgodnie z tym szkoły powinny być finansowane funduszami pochodzącymi z dobrowolnych wpłat. Stąd też Watner ostro krytykuje amerykański etatyzm szkolny. Autor zważa, że eksplozja etatyzmu szkolnego ma związek z ideą edukacjonalizmu, która w XX w. zatoczyła szerokie kręgi. Edukacjonaliści zapomnieli, że „dziecko wychowane tylko w szkole pozostaje niewyedukowane”– o czym pisał Santayana. Obce jest im również spostrzeżenie przypisywane Spencerowi o tym, że, jedna dobra matka jest lepsza od setki nauczycieli szkolnych, ponieważ może ona własnym przykładem najlepiej wpoić dziecku właściwe obyczaje, zachowanie i język”. Niestety, nawiedzeni edukacjonaliści uważają, że dzieci nie tylko powinny podlegać permanentnej edukacji, ale również są święcie przekonani, że najlepszym miejscem dla nauki są mury państwowych szkół. Ameryka wzięta w krzyżowy ogień edukacjonalistów stała się w XX w. w efekcie krajem wtórnego analfabetyzmu.
Drugim tematem zajmującym dużo miejsca w „The Voluntaryist”, jest amerykańskie zdzierstwo podatkowe. Watner cytuje wypowiedź Dawida Burnhama na temat IRS (Internal Revenue Service: urząd podatkowy) — postrachu wszystkich uczciwych Amerykanów: „IRS jest dwukrotnie większa niż CIA i pięciokrotnie większa niż FBI. IRS posiada więcej informacji na temat obywateli amerykańskich niż jakakolwiek inna instytucja rządowa w Stanach”. Jeśli się weźmie pod uwagę wielkość majątku narodowego, skonfiskowanego przez IRS w XX w. i zmarnotrawionego później przez rząd federalny – pojawia się natychmiast skojarzenie z ponurej sławy instytucjami z Niemiec i ZSRR. Watner nie ma złudzeń: dalsze utrzymywanie IRS (w dotychczasowych rozmiarach) doprowadzi do załamania dolara. Po zniesieniu w 1971 r. wymienialności na złoto, destrukcja dolara za sprawą IRS przebiega w bardzo szybkim tempie. W dalszej perspektywie czeka Amerykanów, według Watnera, los „finansowych” niewolników IRS, którzy zmuszeni będą informować IRS o każdej, nawet najmniejszej, transakcji, aby później została ona obłożona odpowiednio wysokim podatkiem.
COMMON SENSE
Wychodzący od 19 lat w Miami „Common Sense” redaguje Claude Pinsonneault. Pismo zajmuje się głównie sprzeczną z Konstytucją USA, a w szczególności z Deklaracją Praw (10 pierwszych poprawek do Konstytucji), działalnością rządu federalnego i jego agend. Jedną z takich agend jest telewizja publiczna. „Common Sense” rejestruje proces z 1990 r. Chandler versus Georgia Public Telecommunications, dotyczący sponsorowania przez rząd debat politycznych między przedstawicielami Partii Demokratycznej i Partii Republikańskiej, z pominięciem wszystkich innych organizacji. Sprawa jest w toku i bardzo przypomina boje prowadzone przez nasze partie o „wejście” do telewizji państwowej.
FREEDOM NETWORK NEWS
„Freedom Network News” to pismo wydawane przez Międzynarodowe Towarzystwo na rzecz Indywidualnej Wolności (ISIL), skupiające najbardziej nieprzejednanych przeciwników ingerencji rządu w życie obywateli. Do czołowych osobistości ISIL-u należą m.in.: R. Poole, jr, D. Bergland, Barbara Branden, E. Clark, K. Hess, Tibor Machan, T. Szasz (wszyscy USA), Walter Block (Kanada), F. Kendall (RPA), H. Lepage (Francja), Jan Sommerfelt Pettersen (Norwegia), Stefan Blankertz (Niemcy), Chris R. Tame (Anglia). Pismo redagują Vincent Miller i Jim Ellwood. Znaleźć w nim można informacje o działalności ISIL-u a także o wszelkich wydarzeniach mających związek z walką o wolność. Bardzo bogaty jest dział omówień i reklam książek zwolenników wolności – zarówno klasyków (Bastiat, Ludwik von Mises) jak i libertarianów młodszego pokolenia.
W numerze 28 (listopad 1990 r.) znajduje się obszerna relacja ze Światowej Konferencji ISIL-u, w której wzięło udział 400 libertarianów z 17 krajów. Konferencja miała miejsce w San Francisco, od 10 do 14 sierpnia 1990 r. Zaszczycił ją swoją obecnością prof. Friedman. Wezwał on libertarianów do większej tolerancji we własnych szeregach. Specjalny nacisk położył na rolę Partii Libertariańskiej jako Partii Zasad. Powołał się na przykład amerykańskiej Partii Socjalistycznej, z początków naszego wieku, kiedy to miała ona nieliczny elektorat, ale której program został w pełni przejęty przez Partię Demokratyczną w czasach New Dealu.
W numerze 29 (kwiecień 1991) przeczytać możemy obszerny komentarz na temat ex-przewodniczącego Kanadyjskiej Partii Libertariańskiej Stanisława Tymińskiego. Na konferencji ISIL-u w Rotterdamie (4 marca b. r.) Tymiński stwierdził, że program libertariański nie nadaje się do realizacji w Polsce i że należy utrzymać protekcjonizm, państwowe subwencje, monopol rządu w „kluczowych” przemysłach, państwowy system oświatowy itd. W związku z tym, przedstawiciel ISIL-u ze Szwajcarii Christian Michel oświadczył, że Tymiński nie należy już do ruchu libertańskiego ani go nie reprezentuje, gdyż okazał się socjaldemokratą. W tym samym numerze znajdziemy również ciekawy artykuł na temat sytuacji Indian kanadyjskich. Okazuje się, że podlegają oni totalnej kontroli ze strony rządu. Mieszkają w „homelandach”, i poddani są specjalnym prawom paszportowym. Nie ma dziedziny ich życia, której rząd kanadyjski by nie kontrolował: muszą mieć zezwolenia na posiadanie ziemi, na podpisywanie umów handlowych i finansowych. Nie wolno im nawet podjąć pieniędzy z konta bankowego bez zezwolenia pełnomocnika rządu. W artykule czytamy m.in.: „Można wątpić, czy ludzie żyjący w komunizmie znajdowali się w gorszym położeniu niż obecnie Indianie w Kanadzie”.
LIBERTY
„Liberty” wychodzi od sierpnia 1987 r. pod redakcją Raymonda W. Bradforda. Pismo zamieszcza teksty autorów takich jak: Murray Rothbard, Karl Hess, David Friedman, Thomas Szasz. W styczniowym numerze z 1991 r. znajdujemy tekst Bradforda o Stanisławie Tymińskim. Artykuł napisany jest ze znawstwem i dobrym wyczuciem naszej sytuacji. Bradford pisze: „wszyscy są zjednoczeni w nienawiści do Tymińskiego. Na dzień przed wyborami zaatakowano go. To było zdumiewające. Polskie media skoncentrowały się na jego osobie. W ten sposób komuniści prowadzili nagonkę na opozycję w dawnych czasach. Tak potraktowano Wałęsę w 1984 r. i w podobny sposób komuniści obchodzili się z Kuroniem i Michnikiem w 1977 r.” Histeria dotknęła nie tylko polskich dziennikarzy, ale i media w Stanach. Dawid Boaz pisze o niespodziance, z jaką spotkał się w trakcie pobytu w Moskwie. „Wielu intelektualistów i polityków radzieckich zdaje sobie sprawę z faktu, że tylko radykalne, wolnorynkowe rozwiązania mogą uchronić ich kraj od chaosu.” Znamy ten nastrój z Polski, z czasów, gdy Leszek Balcerowicz wziął tekę wicepremiera w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Niestety polscy „wolnorynkowcy” lewicowego chowu, niewiele dokonali. A w Rosji? Boaz dodaje: „Zaoferowałem pewien sposób prywatyzacji, później kilka innych, ale oni zawsze mówili, że lud odrzuci każdy projekt”. Dlaczego? „Ludzie obawiają się nierówności społecznych, z niechęcią odnoszą się do myśli, że ich sąsiedzi staną się zamożnymi ludźmi”. Jednym słowem „reformatorzy” ponad ideały wolnorynkowe przedkładają socjalistyczną maksymę „vox populi vox dei”.
Ponadto w numerze: Sciabarra o Murrayu Rothbardzie, Robbins o Gorbaczowie, Friedman (David) o wolnym społeczeństwie i Arthur o wyborach stanowych w USA w 1990 r. „Liberty” posiada także rozbudowany dział komentarzy. Z tego działu pozwoliliśmy sobie na zakończenie wynotować jedną ciekawostkę. Michał Holmes zastanawia się, czy kolektywizatory zastąpią demokratyzatory. Jak wiadomo niektórym, pałki policyjne są w Moskwie oznaczone fachowym symbolem PR-73. Otrzymały one ironiczne określenie „demokratyzatorów”. W erze demokratyzacji ustroju komunistycznego potrzebne są rzecz jasna także demokratyzatory. Jednakże od czasu, gdy zaczęli napływać doradcy z Zachodu, zdaje się, że nadszedł czas na „urynkowienie”. W procesie „urynkowienia” niezbędne okaże się wkrótce wprowadzenie tych instytucji świata zachodniego (welfare state), które nie istnieją w socjalistycznym raju. Holmes ma w tym miejscu na myśli znakomity amerykański wynalazek pod nazwą IRS. Holmes uważa, że zamiast tworzyć radziecki IRS, wystarczy w tym celu przekształcić KGB. Zamiast ścigania wrogów ustroju socjalistycznego KGB powinien zająć się przyszłymi ,,tax evaders”, czyli ludźmi unikającymi płacenia podatków. W związku z tym wyposażenie radzieckiego collectora (poborcy podatkowego) z KGB powinno zawierać obok demokratyzatorów podręczne kolektywizatory do ściągania należności. „Stańczyk” obawia się, że ten ponury żart ma niestety pewne szanse realizacji.
KANADA
FRASER FORUM
„Fraser Forum” z listopada 1990 r. przynosi dużo informacji o perspektywach biznesu kanadyjskiego – w warunkach układu o wolnym handlu między Kanadą i Stanami Zjednoczonymi. Roger Phillips wskazuje, że w okolicznościach, jakie stworzył układ, nie powinno mieć miejsca dalsze subsydiowanie własnej produkcji przez rząd. Problem wysunięty przez Phillipsa ma szersze znaczenie, gdyż jego istnienie nie ogranicza się jedynie do Ameryki Północnej. Subsydiowanie własnego rolnictwa przez EWG utrudnia dzisiaj funkcjonowanie wolnego handlu towarami rolnymi między wschodem i zachodem Europy. W artykule „Reformując Związek Radziecki” Michael Walker dostrzega w Borysie Jelcynie odpowiednika Prestona Manninga, szefa Partii Reform z Zachodniej Kanady. Jelcyn, według Walkera, proponuje przekształcenie gospodarki radzieckiej w system wolnorynkowy. Walter Block natomiast przypomina sylwetkę Henryka George’a, amerykańskiego ekonomisty, którego prace są cenione w środowiskach wolnorynkowców. Dzieło George’a Protekcja czy wolny handel z 1886 r. jest nadal wymieniane wśród najlepszych prac napisanych w obronie wolnego handlu. Jednakże George miał jedną skazę: chciał wyjąć spod działania praw rynkowych handel ziemią. W swojej książce zatytułowanej Postęp i ubóstwo George zaprezentował się jako zwolennik uspołecznienia ziemi. Od czasów George’a aż po dzień dzisiejszy mnożą się ekonomiści i politycy uparcie domagający się kontroli państwa nad ziemią. Dla Waltera Blocka negatywnym bohaterem jest aktualnie prof. P. Pearse z Uniwersytetu Columbii Brytyjskiej. Nowe wcielenie Henryka George’a – Pearse, widząc nieudolną gospodarkę lasami w Kanadzie domaga się ich prywatyzacji. Jednakże „domagając się prywatyzacji lasów, odrzuca jednocześnie prywatyzację ziemi, na której one rosną”. Ta postawa rozpowszechniła się ostatnio w Europie Wschodniej, a w szczególności w ZSRR, gdzie jakoby uwłaszczenie sprzeczne jest nawet z tradycją rosyjską.
Pisząc o „Fraser Forum”, nie sposób nie wspomnieć o Instytucie Frasera, założonym w 1974 r. kanadyjskim, prokapitalistycznym „think-tanku”. Oprócz „Fraser Forum”, Instytut wydaje również pismo „On Balance” zajmujące się ukierunkowaniem politycznym kanadyjskich mediów. Instytut regularnie drukuje książki dostarczające liberalnych rozwiązań palących kwestii. Książki od Frasera proponują wolny rynek w ubezpieczeniach, usługach, finansach, środowisku naturalnym itd. Jeśli ktoś jest zainteresowany sprawami zasadniczymi ma do wyboru: o. Jamesa Schalla „Religia, bogactwo i ubóstwo”, Jamesa Ahiakpora „Ekonomiczne konsekwencje niezależności politycznej–przypadek Bermudów”, Michaela Walkera „Prywatyzacja: taktyka i techniki prywatyzacyjne”. Szeroki horyzont w pracach Instytutu widać na przykładzie „Fraser Forum”z grudnia 1990 r. , w którym głos zabiera prof. Walter Williams z George Mason University. W artykule „Kolejne oszustwo” prostuje on stare i nowe fałsze kreowane przez media na temat RPA. Profesor pisze, że:
–według ocen konserwatystów prawie wszystkie (około 1000 osób) ofiary terroru politycznego w roku 1990 to czarni,
–spośród czarnych wywodzi się około 100% zabójców,
–główny konflikt rozgrywa się między ugrupowaniami murzyńskimi: Kongresem Mandeli i Inkathą Butheleziego,
–mówienie o „czarnych” w RPA ma podobny sens co pisanie o „białych” w Europie,
–zwycięstwo Kongresu Nelsona Mandeli, którego tak wielu oczekuje, zmieni jedynie Afrykę Południową w miejsce masowych rzezi i klęski głodu.
Na miejsce apartheidu Williams zaleca nową konstytucję dla RPA, która zagwarantuje obywatelom tego kraju prawo do życia, wolności i własności prywatnej. Wzorcem dla Williamsa jest Konstytucja USA ułożona przez Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych (bez poprawek dokonanych w XX w.). Czy idea prof. Williamsa zdobędzie uznanie mediów? „Stańczyk” ma w tym względzie wątpliwości. Na marginesie warto dodać, że czarnoskóry Walter Williams jest przewidywany przez libertarianów jako kandydat na prezydenta USA w nadchodzących wyborach.
ARGENTYNA
LIBERTAS
Stali czytelnicy „Stańczyka” pamiętają zapewne zamieszczony w 6 numerze (1987 ) esej Alberta Benegas-Lyncha, jr, na temat feminizmu. Był to przedruk rozdziału jego książki Liberalismo para liberales. Dziś chcemy w „Stańczyku” zaprezentować półrocznik „Libertas” redagowany przez Lyncha, którego 13 numer ukazał się w Buenos Aires. Liczący około 300 stron periodyk ukazuje się dzięki staraniom Szkoły Ekonomii i Administracji. Redakcja postawiła sobie za zadanie ukazanie filozoficznych i społecznych korzeni liberalizmu. W argentyńskim „Libertasie” ”Anthony Flew pisze zatem o „volonté general” Rousseau, Murray Rothbard dzieli się refleksjami na temat założeń „szkoły austriackiej”, Albert Lynch przypomina sylwetkę Adama Smitha jako filozofa i moralisty, Gabriel Zanotti rozpatruje epistemologiczne podstawy prakseologii, zaś Ryszard M. Rojas zajmuje się ideą ładu spontanicznego. W dziale „Dokumenty” redakcja przedstawia dwie rozprawy Fryderyka Haeyka – na temat nauk społecznych i konkurencji. Wśród redaktorów „Libertas” jest Aleksander Chafuen, autor cennej pracy o liberalnych wątkach w dziełach scholastyków.
Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 15-16 (1991).
