Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW”, NR 17 (1992)
ROSJA
GOŁOS ZARUBIEŻJA
Nr 59 zawiera dalszy ciąg analizy sowieckiej gospodarki, a raczej jej kompletnego upadku (artykuły D. Szturman i A. Fiedosiejewa). A. Rodin przestrzega przed próbami budowania w Rosji gospodarki rynkowej bez równoległego stworzenia koniecznych instytucji, takich jak niezależne sądy i wolne od dyktatu państwowych urzędników szkoły oraz legislacja oparta na prawie naturalnym. „Rynek”, który powstanie bez spełnienia powyższych warunków będzie kolejną formą uwłaszczenia nomenklatury, pozwalającą jej zachować władzę. W dziale listów do redakcji opublikowano list, którego autorka Issa Panina zarzuca Sołżenicynowi swojego rodzaju plagiat ideologiczny. Według niej gros propozycji, które autor „Archipelagu Gułag” zawarł w swoim manifeście „Jak odbudować Rosję” zostały znacznie wcześniej opracowane przez zmarłego niedawno prof. Daniela Panina (twórcę teorii wahadłowego rozwoju cywilizacji i współpracownika „G. Z.”). „Szkoda, że Sołżenicyn nie wymienił nazwiska Panina” – konkluduje autorka listu. Na marginesie zauważmy, że istnieją pewne wspólne dla prawicy idee, których nie można wymyślić, tak więc spór o pierwszeństwo nie wydaje się uzasadniony.
W numerze 60 bogactwem wątków i tematów wyróżnia się artykuł W. Pirożkowej „Miniona przyszłość i zagmatwana przeszłość”, będący polemiką z inną emigracyjną publicystką W. Wu- licz. Tekstu tego, ze względu na jego różnorodność, nie sposób streścić w pełni w tak krótkim przeglądzie. Dowiadujemy się zeń chociażby o działalności niejakiego Lyndona LaRouche‘a. twórcy teorii „wschodniego fundamentalizmu”, zgodnie z którą ekspansywność sowieckiego imperium ma swoje korzenie w mesjanizmie Cerkwi Prawosławnej, dążącej do ustanowienia „bizantyjskiego” porządku w wolnym świecie zachodnim. La Roche przepowiedział nawet datę rosyjskiej inwazji na Europę Zachodnią na rok 1988 – milenium chrztu Rusi. W końcu swego artykułu Pirożkowa snuje refleksje nad historią Rosji, proponując nieco inne spojrzenie na postać Stołypina. Według niej stołypinowskie reformy skazane były na klęskę, gdyż przyszło mu działać w okresie gdy cała Europa staczała się w przepaść ludowej wojny. Wiadomo też, że car szykował dymisję tego polityka. Tak więc zabójstwo Stołypina nie wpłynęło w gruncie rzeczy na późniejsze losy Rosji, zdeterminowane przez ówczesną sytuację polityczną na świecie. Znacznie większym nieszczęściem było zabójstwo Aleksandra II, władcy zamierzającego zmodernizować system polityczny Rosji, co pozbawiłoby kontestującą inteligencję jej demagogicznych argumentów o „carskiej despocji”.
W innym obszernym artykule P. Gajdenko zastanawia się nad duchowym klimatem panującym wśród rosyjskiej inteligencji w początkach obecnego stulecia. Autorka kończy swe rozważania następującą konkluzją: „Duch rewolucjonizmu, atmosfera «niechęci wobec rzeczywistości)) oraz typowa dla wszelkich grup rosyjskiej inteligencji nienawiść do kapitalizmu pozbawiła ją możliwości obrony przed radykalną ideologią i frazeologią. Dlatego też nie tylko partia bolszewicka, ale wszyscy lewicowo-radykalni intelektualiści Rosji (i nie tylko Rosji) ponoszą winę za to, co wydarzyło się w 1917 roku.” D. Szturman analizuje treść opublikowanych niedawno dzienników Romaina Rollanda, zawierających między innymi relacje ze spotkania ze Stalinem, jakie ów postępowy pisarz odbył w 1935 roku. Przyszły noblista stwierdził w czasie pogawędki z sowieckim przywódcą, iż rozumie motywy wprowadzenia w Związku Sowieckim kary śmierci dla nieletnich za działalność antyrewolucyjną, uznał także logikę komunizmu za „sprawiedliwą i bezlitosną”, żałując, że pozbawieni umiejętności dialektycznego milczenia Francuzi nie mogą jej w pełni zrozumieć. W numerze także ciekawostka. Znany ekonomista A. Fiedosiejew krytykuje prawo do posiadania ziemi jako sprzeczne z Prawem Bożym oraz generujące problem bezdomności. Wyjściem jest przekazanie ziemi samorządom lokalnym, które oddawałyby ją obywatelom dożywotnio i z prawem dziedziczenia w zamian za uiszczanie „społecznego podatku”. Tak uzyskanej ziemi nie wolno byłoby jednak sprzedawać. Czyżby więc Rosja Nową Ziemską Utopią?
NASZA STRANA
„Nasza Strana” to inny emigracyjny periodyk – wydawany w Buenos Aires tygodnik, który również poświęca dużo miejsca refleksjom na temat historii Rosji. Połowę numeru 2136 zajmują ciekawe wspomnienia S. S. Fabrickiego, fligiel-adiutanta cara Mikołaja II. Okazuje się, że ostatni rosyjski monarcha jak ognia bał się etatyzmu oraz licznie podówczas powstających (szczególnie w szeregach armii) nadzwyczajnych i specjalnych komisji. W świetle późniejszej historii kraju była to niewątpliwie wizja prorocza. Numer 2151 przynosi rozważania J. Mejera o przyszłości Rosji. Kraj ten nie może długo pozostawać politycznym karłem, mimo obecnego gospodarczego upadku, zaś odrodzenie Imperium w nowej formie jest tylko kwestią czasu. Stanie się tak gdyż, według Mejera, Imperium Rosyjskie nigdy nie przestało istnieć, zmieniła się tylko ideologiczna otoczka, tj. prawosławie zostało zastąpione marksizmem. W chwili obecnej, gdy marksistowska doktryna poniosła klęskę na całym świecie, Rosja będzie ponownie dążyć do dominacji w geopolitycznym obszarze obejmującym terytorium byłego ZSRR. Także secesje niektórych republik nie wydają się mieć szans powodzenia. Mejer twierdzi, że przykłady Zakaukazia czy krajów nadbałtyckich, to po prostu powtórka z historii, z lat 1919-20. Po upływie pewnego czasu wszystkie te terytoria zostały ponownie włączone do Imperium, tyle że już komunistycznego. Podobnie rzecz ma się z Azją Środkową, zamieszkałą przez sunnitów i obawiającą się uzależnienia od szyickiego Iranu. Jeśli zaś wszyscy obecni secesjoniści zdołaliby w jakiś sposób uniezależnić się od Rosji, to czeka ich nowa zależność – od Turcji, Iranu czy Niemiec. Tak więc, parafrazując Jüngera, wola polityków nowych „suwerennych” państw nie zdoła przeniknąć w sferę najwyższych decyzji.
W numerze 2153 z listopada 1991 znajdujemy szereg artykułów i wspomnień o I. Sołoniewiczu, założycielu pisma i patronie rosyjskiego monarchizmu na emigracji. Znaczenie takich jego dzieł jak Monarchia narodowa, Rosja w obozie koncentracyjnym czy Dyktatura impotentów wzrasta właśnie obecnie, gdy w Europie tworzy się nowy, post-wersalski i post-jałtański porządek polityczny. Z kolei w numerze 2154 I. A. opisuje jak „robi się” historię na przykładzie stopniowego uszczuplania terytorium Białorusi na rzecz Litwy. Ów montaż rozpoczął się jeszcze za Lenina (szereg dekretów o nowych granicach wewnętrznych). Celem Lenina (czy, jak chce I.A. – celem jego zagranicznych mocodawców) było bowiem „zredukowanie pojęcia Rosji do RSFRS”. W chwili obecnej znacząca część ziem należących niegdyś do Białorusi (a więc do Rosji) znajduje się na Litwie i dokonywana jest tam przymusowa „litwinizacja” ludności. Jest to więc nic innego, jak etap operacji mającej na celu rozczłonkowanie Rosji i wyeliminowanie jej ze świata polityki. Kiedy realizacja owej operacji dobiegnie końca (do czego konieczne jest stworzenie odpowiedniego klimatu w psychologii mas oraz reorganizacja administracyjnych struktur państwa), zostanie ona „legitymizowana” poprzez jakąś demokratyczną procedurę formalną. „Tak robi się historię” – konkluduje I. A. W tym samym numerze warto też zwrócić uwagę na krótki artykuł E. Wiedieniejewej „Wielka triada”, wyjaśniający istotę znanej formuły „Za Wiarę, Cara i Ojczyznę”.
NIEMCY
CRITICÓN
W numerze majowo-czerwcowym baron Caspar von Schrenck-Notzing analizuje krajobraz polityczny Niemiec po zjednoczeniu zauważając, że o ile CSU pod kierownictwem F. J. Straussa była dla konserwatystów do zaakceptowania, to dzisiaj nie mogą oni wiązać z bawarską partią żadnych nadziei, gdyż przekształciła się ona po zjednoczeniu w krajową organizację CDU. Autor zwraca uwagę na nieujawniane do tej pory badania opinii publicznej, zgodnie z którymi względna większość Niemców lokuje się „raczej na prawicy”. Gdyby więc niemiecka polityka zależała od wyborców, to prawica musiałaby odgrywać dominującą rolę. Ponieważ jednak jest odwrotnie: to wyborcy zależą od polityki, to można było wszystko, co jest na prawicy zepchnąć na margines i pozbawić możliwości działania. Najbardziej dosadnie wyraził to burmistrz Stuttgartu Rommel: „Na prawo jest już tylko cmentarz”. Amputacja po 1945 roku tradycyjnego prawego skrzydła partyjnego spektrum (konserwatyści, narodowi liberałowie) była wynikiem zwycięstwa aliantów i globalnej sytuacji politycznej. Dzisiaj, pisze Schrenck-Notzing, status quo ustalony w Jałcie i Poczdamie tworzący ramy ideologiczne dla życia partyjnego w Niemczech został rozsadzony. Dlatego nieuchronną konsekwencją zjednoczenia Niemiec będzie powrót niemieckiej prawicy na scenę polityczną.
W tym samym numerze Gerhard Löwenthal w artykule „CDU od klęski do klęski” podkreśla negatywny wpływ, jaki FDP wywarł na chadecję. To właśnie pozbawiona jakiegokolwiek profilu ideowego FDP szantażując CDU odejściem z koalicji mogła w rzeczywistości określać linię polityczną rządu. Poza tym J. Weber i Walter Post zajmują się wojną niemiecko-radziecką z okazji pięćdziesiątej rocznicy jej wybuchu, Fryderyk Romig wychodząc od encykliki „Rerum nova- rum” ukazuje ciągłość i zmianę w nauce społecznej Kościoła, Natomiast Dankwart Kluge omawia wydane w ostatnich latach książki na temat przyczyn wybuchu II Wojny Światowej. Z jego artykułu wynika, że właśnie ostatnie lata przyniosły zarówno w Niemczech jak i innych krajach zachodnich szereg publikacji, których autorzy porzucili dominujące wcześniej nastawienie moralistyczno-wartościujące na rzecz podejścia naukowo-analitycznego. Kluge wymienia tu takich historyków jak A. J. P. Taylor, S. Possony, A. Kubek, Dawid Calleo (USA), S. Newman, P. Kennedy, H. W. Koch (Anglia), Gordon (Kanada), Fabre-Luce, J. de Launay (Francja), Dietrich Aigner, Alfred Schickel, Oswald Hauser, Dirk Bavendamm, W. Fabry (Niemcy), Ernest Topitsch (Austria) i wielu innych. Ukazuje się również wiele książek opartych na nieznanych do tej pory dokumentach pochodzących z otwieranych powoli archiwów różnych państw. Źle byłoby, gdyby polscy historycy przegapili tę narastającą falę publikacji o II Wojnie Światowej, szczególnie, że w wielu przypadkach ich autorzy dokonują rewizji tez uznawanych do tej pory za niepodważalne.
W lipcowo-sierpniowym wydaniu „Criticónu” znaleźć możemy bardzo ciekawy artykuł autorstwa Thomasa Molnara, profesora filozofii z Nowego Jorku, z pochodzenia Węgra. Molnar zastanawia się, czego Europa Środkowa oczekuje od Niemiec. Pisze m.in., że Francja wyłączyła się ze spraw Europy Środkowej, Londyn nie jest nią zainteresowany, a Waszyngton zajmuje się czymś innym (Filipiny, Panama, Bliski Wschód). Do krajów Europy Środkowej nie przyjdzie dana pomoc z Zachodu, a „kierunek atlantycki” nie wchodzi w rachubę. W tym kontekście rozpatruje Molnar przyszłą rolę RFN. Pisze m.in., że przyszłość Niemiec ma najbardziej wyraziste kontury w porównaniu do innych części Europy. Marzenia pojawiające się w Brukseli i Strasburgu pozostaną marzeniami. Jedynie Niemcy mają wolę, środki i powołanie, aby odbudować Europę Środkową. Nie chodzi tu o „szczęśliwą wspólnotę” czy „Nowy Europejski Porządek” istniejące jedynie w wyobraźni ideologów, ale realny i nie pozbawiony cech hegemonialności obszar, który może powstać jedynie wówczas, gdy Niemcy będą jego jądrem.
Okres pojałtański skończył się. Jałta była drugim Kongresem Wiedeńskim. Pierwszy kongres skonsolidował i uświęcił rozstrzygnięcia czterech mocarstw i przetrwał ponad jedno pokolenie, co jest właściwą miarą dla światowego porządku. Święte Przymierze dało monarchiom „z Bożej łaski” sakralny „polor”, Święta Demokracja usakralizowała suwerenność ludu. Różnica polegała na tym, że tym razem nie ponapoleońska Francja, ale pohitlerowskie Niemcy były przedmiotem nadzoru. Po 1815 roku Francja została poskromiona, jej pęd ku ekspansji skierował się w stronę Algierii i Tonkinu. A jak wyglądają dzisiaj niemieckie ambicje? – pyta Molnar. W latach 90. posiadają Niemcy na wschodzie i południu wielki potencjał dla swojej energii, obszar, który znali z wcześniejszych okresów, który zaludniali, uprawiali, chrzcili i bronili, lecz także wyzyskiwali, niszczyli i okupowali. Ale historia nie zna dwóch takich samych sytuacji, szans i metod. To, czego oczekuje się od Niemiec, to aby swoje „usprawiedliwione, imperialne ambicje” twórczo przetworzyły i odnowiły – stwierdza Molnar. Powinny przejąć dziedzictwo monarchii habsburskiej i stworzyć wokół siebie środkowo- i wschodnioeuropejską wspólnotę interesów. Ten „model habsburski” nie oznacza czegoś bardzo konkretnego pod względem politycznym, nie jest to żadna imperialna konstrukcja. Ale jedno spojrzenie na mapę pozwala zauważyć stare (nowe) kontury. „Zdrowienie” Rosji potrwa dziesięciolecia i nie będzie ona przez ten czas stanowić niebezpieczeństwa. Nawet jeśli władzę przejmie wojskowa junta, zainteresowanie Rosji przyjaznymi stosunkami z Niemcami pozostanie. Takimi stosunkami w jeszcze większym stopniu będą zainteresowane republiki wyłamujące się spod kurateli Moskwy: Ukraina, Gruzja, kraje bałtyckie. Budzące się między Morzem Bałtyckim, Donem i Morzem Egejskim narody będą się najprawdopodobniej orientować na Niemcy, czyli na dawne „państwa centralne”. Odtworzenie „modelu habsburskiego” pod egidą Niemiec nie jest utopią i nie ma nic wspólnego z kazaniami wygłaszanymi w Brukseli i Waszyngtonie. Nie jest to nierealistyczny projekt technokraty Delorosa ani superbankiera Attali. Ale właśnie dlatego, że nie jest to utopia trzeba założyć, że urzeczywistnienie tego projektu wymaga siły połączonej z prestiżem. Niemcy mają jedno i drugie. A co na to my, Polacy?
STAATSBRIEFE
Monachijski miesięcznik wszedł w trzeci rok istnienia. Przypomnijmy, co w pierwszym numerze pisma pisał jego redaktor naczelny H. D. Sander: „Niemcy upadli bardzo nisko. Po klęsce i rozkawałkowaniu III Rzeszy poddali się obcym mocarstwom we wszystkich sprawach. Oćwiczeni najpierw przez okupantów, biczują się sami po dziś dzień. Zrezygnowali ze swej odrębności, swojego narodowego ducha, swoich obyczajów, swojego poczucia prawa, swoich cnót żołnierskich, swoich muzycznych i filozoficznych predyspozycji, swej religijnej subiektywności. Forma polityczna, która zawsze była im właściwa, jest dla nich dzisiaj przedmiotem drwin. Nie chcą również nic słyszeć swojej historycznej roli, którą zawsze odgrywali w centrum Europy i którą z powodu swego geopolitycznego położenia i swoich talentów zawsze musieli odgrywać. Po godzinie 0.00 oportunizm stał się ich naczelnym przykazaniem”.
„Staatsbriefe” mają Niemcom wskazać drogę wyjścia z upadku poprzez powrót do korzeni, do idei Rzeszy, którą w najczystszej, gibelińskiej formie uosabiał cesarz Fryderyk II. Widniejący na okładce pisma oktagonalny plan zamku cesarza – Castel del Monte symbolizuje ideę imperialną zrodzoną z ducha najwyższej odpowiedzialności. Dziś, pisze dalej Sander, rozpadające się status quo w Europie, który poprzez utworzenie amerykańsko-rosyjskiej hegemonii miało uczynić Rzeszę Niemiecką zbędną, otwiera wolną przestrzeń. Powraca dawny układ. Jedyną odpowiedzią na tę sytuację może być Rzesza. Stare problemy powracają z impetem historycznej logiki. Koniec status quo przypieczętowuje, według Sandera, niepowodzenie związanych z dwiema wojnami światowymi próbami aliantów, aby wyeliminować Niemcy z polityki światowej. „Staatsbriefe” powstały właśnie w zamiarze, aby intelektualnie uczestniczyć w procesie przezwyciężania status quo i aby uświadomić Niemcom, że Republika Bońska musi ustąpić miejsca Rzeszy.
W numerze 3/1991 H.D. Sander zastanawia się, czy zamierzone przez aliantów pozbawienie Niemców ich narodowej tożsamości jest faktem odpowiada, że mimo programu reedukacji, narodowa tożsamość nie zanikła, a zjednoczenie Niemiec przyniosło nowe, ozdrowieńcze dla niej impulsy. Carsten Kiesswetter omawia układ 2 + 4 z punktu widzenia prawa międzynarodowego i państwowego. Konkluzja artykułu: Rzesza Niemiecka istnieje nadal; nie ma żadnego aktu prawnego aliantów, który oznaczałby jej koniec. Kiesswetter kończy swój artykuł wymownym cytatem z Oswalda Spenglera: „Klęski i traktaty pokojowe nigdy nie mają takich skutków, jakie zamierzyli zwycięzcy. Wszystkie układy są nietrwałe, ponieważ zmieniają się podstawy, okoliczności i poglądy, na których zostały zbudowane i ponieważ oblicze historii zmienia się ze stulecia na stulecie. Także zwycięstwa przemijają, a dla zwycięzców mogą stać się przyczyną zguby”.
W swoich wariacjach na temat demokracji H. Domizlaff pisze m. in., że wbrew idealistycznym wyobrażeniom demokratów, lud, choć może okazywać swe niezadowolenie z panujących stosunków, nigdy sam z siebie nie wysuwa roszczeń do kierowania państwem. Jest raczej odwrotnie: masy są zawsze gotowe poddać się bez sprzeciwu jakiemuś przywódcy, jeśli uwierzą, że będą przez niego dobrze rządzone. Demokratyczni idealiści sądzą, że ludzi można wychować, aby brali na siebie ciężar rządzenia. Ale prowadzi to wyłącznie do rozczarowań, gdyż ludowy instynkt odmawia podjęcia współodpowiedzialności za rządzenie i odrzuca obowiązek samodzielnego myślenia.
W numerze 4/1991 najbardziej godny uwagi jest artykuł „Długi marsz z Casablanki do Berlina”. Jego autor Thor von Waldstein stara się nakreślić duchowy i polityczny obraz Republiki Federalnej na tle skrótowo ujętej historii Niemiec w drugiej połowie dwudziestego wieku. Pisze m. in. tak: „Na końcu wojny trzydziestoletniej przeciw Niemcom prowadzonej pod pozorem likwidacji narodowego socjalizmu, ale w rzeczywistości w celu rozbicia Rzeszy Niemieckiej jako wcieleniu europejskiej wielkości i władzy, spotkali się w latach 1943-1945 zwycięzcy tej wojny, aby nie dopuścić do konferencji pokojowej i podzielić łupy. Zgodnie ze starożytną zasadą „divide et impera” podzielono obszar Rzeszy na strefy panowania, którym, przekręcając ideologicznie dawną koncepcję „czyja władza tego religia” narzucono dwa opresywne systemy – liberalistyczny i marksistowski. Osadzono u władzy posłusznych niemieckich polityków, koncesjonowano partie polityczne i mass media, stworzono ramy prawne w taki sposób, że każdy opór przeciw zniewoleniu Niemiec musiał prowadzić w ślepą uliczkę”.
Von Waldstein pisze dalej: „Zaopatrzywszy się samemu w etykietę demokratyczny, każdego, kto choćby trochę zagrażał partyjnemu kartelowi nazwano „wrogiem konstytucji” i traktowano jak trędowatego. 5% klauzula wyborcza, finansowanie partyj (z kasy państwowej), partyjne kumoterstwo, zakaz wykonywania zawodu dla niepokornych, tłumienie ducha krytyki – oto środki, przy pomocy których bońskie partie okupują państwo. Z punktu widzenia prawa państwowego jest to legalny, partyjny zamach stanu”. W Niemczech, uważa von Waldstein, nie ma żadnej prawdziwej opozycji. Wybory niczego nie zmieniają, bo „gdyby wybory coś zmieniały już dawno byłyby zakazane”. Pluralistyczne państwo bońskie charakteryzujące się prymatem gospodarki nad polityką, jest tylko sługą grup interesów walczących o przywileje. Jakość personelu partyjnego, by nie używać słowa „elita”, jest odpowiednia do tego stanu. Czyż np. Volker Rühe w swych wieczornych wywiadach telewizyjnych nie jest podobny do członka włoskiej camorry, który w dzień ściąga haracz z właścicieli pizzerii? Republika Bońska jest tym samym, co Republika Weimarska, według słów Spenglera: nie formą państwa ale firmą, gdzie nie mówi się o narodzie, władzy, honorze, wielkości, prawach, celu i przyszłości, ale wyłącznie o partiach i ich interesach. Panujący w RFN partyjny pluralizm zniszczył etykę dawnej sztuki państwowej i uczynił parlament bazarem kłótliwych interesów. Ludzie w aparacie państwowym, administracji i wymiarze sprawiedliwości dobierani są nie według kompetencji, ale według przynależności partyjnej. Czyni to farsę z konstytucyjnego podziału władz.
Niemcy, po zjednoczeniu nadal nie są państwem suwerennym, pisze dalej von Waldstein. Ale upadek muru berlińskiego to również upadek muru w głowach wielu Niemców. Zjednoczenie wyzwoli polityczną dynamikę, która wzmocniona zostanie przez rozpad ZSRR i wszystkie burzliwe wydarzenia we Wschodniej Europie. Jeszcze raz okazało się, że historia to coś więcej niż statystyka + badania opinii publicznej + dochód narodowy brutto, historia to obszar wyższych przeznaczeń, które wiodą narody przez upadki i wzloty. Niemcy, pisze von Waldstein, muszą przezwyciężyć w sobie niewolnika, dogłębnie odgenscherowić politykę zagraniczną i powrócić do sfery politycznej, by móc suwerennie określać swoich wrogów i przyjaciół.
Von Waldstein w swojej podróży przez „niemiecką nędzę” od Casablanki przez Jałtę, Poczdam, Moskwę dociera do Berlina i pisze w zakończeniu swego artykułu: „Berlin jest posłaniem niemieckiego ducha, wcieleniem pruskiej wielkości, soczewką europejskiej kultury, dlatego jest szansą dla Niemców, aby sami wyciągnęli się za włosy z bońskiego bagienka. Berlin czeka na podjęcie tej misji przez Niemców (…) nie na darmo Berlina tak bardzo boją się ci, którzy swój codzienny trud zaczynają modlitwą „Chleba naszego atlantyckiego daj nam Panie”(…) Z Berlinem wiążą swoje nadzieje ci, którzy pożegnali się Wielkimi (Zachodnimi) Niemcami. To czego potrzebuje kraj to 9 listopada dla Bonn. Nie wiemy, co uczyni z nas Berlin. Ale wiemy, że tylko niemieckie odrodzenie na brandenburskiej ziemi może nas uratować przed tym, co chce z nas zrobić Bonn”. Poza tym w numerze Rudolf Sauer kreśli wizję konfederacji niemiecko-austriackiej, mającej polegać na unii celnej, walutowej i socjalnej, gwarantującej te same prawa polityczne (z wyjątkiem wyborczych) obywatelom obu państw, z Wiedniem obdarzonym niektórymi funkcjami miasta stołecznego, terytorialnie obejmującej również Płd. Tyrol.
H.D. Sander zastanawia się, czy dokonywane w ostatnich latach zamachy są rzeczywiście dziełem RAF i czy nie jest ta organizacja tylko fikcją, pod osłoną której sterowani z daleka komanda zabójców prowadzą swoją robotę, K. Salm (autor książki o prezydencie Weizsäckerze zatytułowanej Dezercja jako światopogląd polityczny) polemizuje z generałem Günterem Kieslingiem na temat armii pisząc m. in., że RFN jest państwem niezdolnym do prowadzenia wojny, żołnierze Bundeswehry to nawet nie „Obywatele w mundurach”, ale „Cywile w mundurach”, że nie istnieje w Niemczech żadna myśl wojskowa. Do tej krytyki obecnej polityki wobec armii przyłącza się Carsten Kiesswetter, który w artykule „Fenomenologia dezertera” wzywa do przezwyciężania duchowego kryzysu armii. Żołnierze muszą wiedzieć, że mają walczyć nie w imię „wspólnych wartości Zachodu”, ale w obronie konkretnego państwa i narodu. Trzeba również przeciwstawić się uprawianemu przez wiele kręgów opiniotwórczych w Niemczech kultowi dezertera, gdyż może on doprowadzić do zaniku wszystkich tradycyjnych cnót żołnierskich i spowodować całkowity rozkład wewnętrzny armii.
ETAPPE
to jedno z najciekawszych czasopism niemieckiej prawicy, które w Bonn wydają Heinz-Theo Homann i Andreas Raithel. Siódmy numer (październik 1991) zaczyna się cytatem z książki francuskiego filozofa J. Baudrillarda: „Proces jest w pełnym toku. Cały świat zajęty jest sprzątaniem. Od Chile do RPA, od Europy Wschodniej do Komorów, od Panamy do KPF, na całym świecie stawia się w stan likwidacji wszystkie dyktatury, wszystkie reżimy wrogie Prawom Człowieka. Wszystkie one muszą zniknąć najlepiej jeszcze przed końcem stulecia. Niesłychany wyścig, nie mniej zdumiewający niż łatwość, z jaką to wszystko tak długo tolerowano”. Ale, pisze dalej Baudrillard, nie można oczywiście ufać ani tej demokratycznej koniunkturze, ani orkiestracji całego scenariusza. Nie żeby stała za tym jakaś diaboliczna strategia kapitału (albo komunizmu), byłoby to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Ten nagły konsensus – pisze Baudrillard – jest podejrzany. Coś mówi nam, że nie chodzi tu o historyczną ewolucję, ale o epidemię konsensusu, o epidemię wartości demokratycznych, czyli o efekt podobny do efektu działania wirusa. To, że wartości demokratyczne tak dobrze się rozprzestrzeniają niby poprzez system naczyń połączonych, bierze się stąd, że wartości te zostały postawione w stan likwidacji, że nic już nie są warte. Przez cały czas moderny były one czymś cennym i drogo trzeba było za nie płacić. Dziś wyprzedaje się je za bezcen. Jesteśmy świadkami gigantycznej wyprzedaży wartości demokratycznych, która podobna jest do „przegrzanej” spekulacji. Dlatego jest prawdopodobne, że tak jak przy spekulacji na giełdzie, dojdzie do załamania tych wartości”.
„Etappe”, oprócz listu Carla Schmitta do Alfonsa Otero i impresji Axela Matthesa „Kant – filozoficzna martwa natura”, przynosi interesujący artykuł Bruno Banduleta „Wenecki potencjał”. Autor stwierdza, że Niemcy choć zjednoczone, nie mają szansy stać się światowym mocarstwem. Posiadają wprawdzie znaczny „wenecki potencjał” (czyt. pieniądze), ale nie mogą nimi swobodnie dysponować. Bandulet uważa, że Niemcy nie są właściwie państwem, lecz gospodarką rynkową, która pozwala sobie na luksus posiadania państwa. Czasami to państwo może być nawet konieczne, ale nie ma ono własnego etosu, stąd wysoki i ciągle rosnący poziom korupcji, który byłby nie do pomyślenia za czasów cesarstwa. Przy czym, zauważa Bandulet, skorumpowani politycy nie są niebezpieczni tylko kosztowni. Skorumpowane są również związki zawodowe, które przekształciły się przy tym w coś na kształt kapitalistycznych koncernów. Dwie wielkie partie są jedynie reprezentantami grup interesów. Bandulet przypomina zdarzenie najlepiej ilustrujące rolę polityki: szef zarządu jednej z wielkich firm samochodowych dzwoni do premiera landu i wzywa go do siebie. Nie daje mu nawet kilku terminów do wyboru. Po prostu informuje, że chce go u siebie widzieć. Premier spieszy co prędzej.
Państwo w Niemczech, pisze Bandulet, to wielki, tłusty wykastrowany kocur. Zajmuje się głównie rozdzielaniem środków z budżetu. Natomiast polityka zagraniczna właściwie nie istnieje i jest zredukowana do operowania dostępną częścią „weneckiego potencjału”: pomoc dla krajów Trzeciego Świata służąca do przekupywania władców tych krajów i skłaniania ich do kupna niemieckich towarów, finansowe zadośćuczynienie dla Izraela, finansowanie EWG, pieniądze na wykupienie się od Rosjan. Ale, pisze Bandulet, Niemcy choćby chciały rzeczywiście użyć swego „weneckiego potencjału” w grze międzynarodowej to nie mogą tego uczynić, gdyż pozostają pod amerykańską kuratelą i to Amerykanie określają finansowe reguły gry. Np. Niemcy mają duże rezerwy złota. W 1945 roku były one równe zeru, gdyż zwycięzcy skonfiskowali złoto III Rzeszy jako mienie wroga. Nie było tego dużo, gdyż reżim Hitlera za import zbrojeniowy płacił złotem, także tym zrabowanym Żydom w krajach okupowanych. Podczas wojny to złoto zostało zakupione przez Szwajcarię i do dziś należy do oficjalnych rezerw złota tego kraju. Już na początku lat 60-ych Bank Federalny i Min. Finansów poważnie zastanawiały się czy nie zażądać od Amerykanów, aby regulowali swe zobowiązania w złocie zamiast w dolarach, które traciły na wartości. Jednakże Amerykanie postawili Bonn przed alternatywą: albo nadal przyjmować będzie zielone papierki albo oni wycofają swoje oddziały z Berlina. Obecne niemieckie zasoby złota są drugie co do wielkości w świecie (ok. 3000 ton). Ale prawie 90% tych zasobów znajduje się w piwnicach… Federal Reserve Bank w Nowym Jorku. Przedtem Amerykanie twierdzili, że w ten sposób chronią to złoto przed Rosjanami. Teraz nic już nie twierdzą, ale złota nadal nie oddają. Sprowadzenie go do Niemiec równałoby się ogłoszeniu finansowej suwerenności, a do tego Amerykanie nie chcą dopuścić. Podobną sytuację mają Japończycy. Choć są potęgą finansową nr 1 na świecie mają tylko 754 tony złota, więcej nie wolno im zakupić. Waszyngton ciągle jest w stanie dyktować światową politykę złota. Tajwan chciał w 1989 roku wymienić swoje gigantyczne rezerwy dolarów na złoto, Amerykanie po prostu powiedzieli „nie”. Niemcy w sytuacji ograniczonej suwerenności powinny stawiać przede wszystkim na kartę zachodnioeuropejską, pisze w zakończeniu swego artykułu Bandulet, i dążyć do ścisłej współpracy z Francją i Anglią. Kto wie, czy za kulisami nie jest już przygotowywany europejski superdeal, zgodnie z którym Francja byłaby odpowiedzialna za politykę zagraniczną, Anglia za sprawy wojskowe, Niemcy za gospodarkę. Byłoby to trójprzymierze opierające się na francuskim cynizmie, brytyjskiej zimnej krwi i niemieckich talentach organizacyjnych. Powstałoby mocarstwo, w którym nacjonalizmy nawzajem by się ograniczały.
Najdłuższym i najciekawszym a zarazem najbardziej chyba znaczącym tekstem, który ukazał się na łamach prawicowych pism niemieckich w zeszłym roku, jest artykuł Günthera Maschke „Frank B. Kellog zwycięża nad Zatoką Perską. Spojrzenie na historię prawa międzynarodowego z okazji pierwszej wojny pacyfizmu” Maschke, rocznik 1943, jako młody człowiek był ultralewicowcem, dezerterem z Budneswehry. Przebywał na emigracji w Wiedniu, Zurychu i Paryżu, a później na Kubie, gdzie służył w armii Fidela Castro. Dziś należy do najwnikliwszych interpretatorów i kontynuatorów myśli Carla Schmitta w Niemczech i jest bez wątpienia jednym z najlepszych umysłów na prawicy niemieckiej. Swój artykuł zaczyna Maschke tak: „Światowy policjant uderzył swoją interwencją zwiększył światowy nieporządek”. Aneksja Kuwejtu przez Irak kosztowała życie 5000 ludzi, realna odpowiedź na tę akcję podjętą w imię prawa narodów i „społeczności międzynarodowej” przyniosła 125 000 ofiar. I to ma być wojna sprawiedliwa, o której pisał Tomasz z Akwinu? Jakże demoniczna siła tkwi w pojęciach teologicznych, pisze Maschke, gdy dostaną się w ręce bluźnierczych sprawców i ich rzeczników z mass mediów.
Wynikiem amerykańskiej propagandy nienawiści i obietnic pomocy, izraelskich dostaw broni i polityki wielkich kurdyjskich klanów jest ucieczka Kurdów –całkowicie bezsensowna. Gdyby miało powstać państwo kurdyjskie to powstałoby równocześnie jeszcze jedno wielkie ognisko zapalne ze wszystkimi tego konsekwencjami: dyplomatycznymi powikłaniami, debatami w ONZ, protestami obrońców praw człowieka, akcjami policyjnymi i wojskowymi, ofiarami. Konsekwencje takie staną się również czymś zwyczajnym, gdyby rezolucja 688 ONZ, przy pomocy której skonstruowano prawo do interwencji w wewnętrzne sprawy Iraku, miałaby stać się podstawą prawa międzynarodowego. Jeśli łamanie Praw Człowieka miałoby uzasadniać interwencję, to nie tylko wzrosłaby konfliktowość w świecie, ale prawo międzynarodowe de facto przestałoby istnieć. Interwencja w imię Praw Człowieka byłaby doprowadzoną do ostatecznych konsekwencji „humanizacją” prawa międzynarodowego, która w istocie dawałaby najsilniejszemu, wobec którego nie można zastosować sankcji, prawo do definiowania sytuacji ideologicznej i używania swoich pleins pouvoirs. Byłoby to zwieńczenie procesu, który według Maschkego zaczął się w Wersalu, był kontynuowany w Genewie a w Norymberdze znalazł swoją pierwszą kulminację. Jest rzeczą paradoksalną i zawstydzającą, że takie kraje jak Kuba, Zimbabwe i Jemen krytykując rezolucję 688 ratowały te resztki prawa międzynarodowego, które na miano to zasługują. Natomiast nie dziwi, że niemiecki globtroter od spraw zagranicznych chełpi się swoim udziałem w opracowaniu tej rezolucji (od Ligi Genewskiej do Ligi Genscherskiej). I na dodatek zażądał dla Saddama Husseina „procesu norymberskiego”! To już wręcz niebywały skandal – pisze Maschke – Niemiec żąda procesu norymberskiego! Tak próbuje się przepełznąć na stronę zwycięzców.
Czy z powodu akcji nad Zatoką Perską można mówić o klęsce polityki amerykańskiej, pyta Maschke. Tak, ale tylko wówczas, gdy potraktujemy poważnie zapewnienia prez. Busha, że chodziło o pokój i ład w regionie. W rzeczywistości Amerykanie osiągnęli to, co chcieli, doprowadzili do jeszcze większej libanizacji regionu arabskiego, aby w myśl zasady „dziel i rządź” móc odgrywać rolę arbitra i manipulować chaosem. Bazy, które powstają wokół Bahrajnu pozwolą Amerykanom spokojnie przyglądać się konfliktom „pożytecznym” i uśmierzać „szkodliwe” za pomocą policyjnego bombardowania: „air-power will clear the way of the acceptance of the new order of ideas”. Rzeczą decydującą jest to, że w wyniku zwycięstwa nad Irakiem, USA mają w ręku klucze do Półwyspu Arabskiego. Ale region ten jest o wiele ważniejszy dla Niemiec czy Japonii niż dla USA. W przypadku jakiegoś konfliktu z tymi krajami, Amerykanie będą mogli szantażować obu swoich największych rywali gospodarczych, którzy musieli sfinansować wojnę, czyli w rzeczywistości sfinansować przedłużenie hegemonii nad sobą. Trzeba przyznać, pisze Maschke, że było to mistrzowskie posunięcie USA.
W dalszej części swojego artykułu śledzi Maschke rozpoczęty w Wersalu – stolicy XX wieku i prawdziwym miejscu narodzin Hitlera – proces niszczenia klasycznego prawa międzynarodowego. ONZ jest według Maschkego kwintesencją Wersalu, Ligi Narodów, Paktu Kelloga i Norymbergi, czyli etapów niszczenia klasycznego prawa międzynarodowego z jego jasnym rozróżnieniem między wojną a pokojem, jego uznaniem wojny jako legalnego i usprawiedliwionego środka polityki, jego zdolnością ograniczenia zasięgu wojny, uznaniu wroga za iustus hostis i w efekcie do zawarcia pokoju. W 1919 roku zainaugurowana została era po-klasycznego prawa międzynarodowego, która przyniosła i przynosić będzie w przyszłości masakry światowej wojny domowej. Zaczęło się od haseł pacyfistycznych w rodzaju „Nigdy więcej wojny” i „Wojna wojnie” z okresu I wojny światowej. Uznanie cesarza Wilhelma II za przestępcę wojennego oznaczało zerwanie z tradycją, że wojna jest relacją między dwoma państwami i prowadzona jest przez państwa, a nie przez pojedynczych ludzi, także nie osobiście przez głowy państw. Uznaniu cesarza za przestępcę towarzyszyło uznanie zwyciężonego za wyłącznego winowajcę wojny. Odgrzano w ten sposób ideę „wojny sprawiedliwej”, którą w 1758 roku przezwyciężył Emerich de Vattel. Przyjęcie przez zwycięzców z 1918 roku idei „wojny sprawiedliwej” było nawiązaniem do tradycji Rewolucji Francuskiej i zniszczyło klasyczne pojęcie wojny jako obustronnie usprawiedliwionego i wynikającego z suwerenności państwowej pojedynku wraz z jego ograniczeniami i prawem innych do neutralności.
W po-klasycznym prawie międzynarodowym następuje coraz silniejsza tendencja do kryminalizacji wroga, nie jest już on iustus hostis, ale staje się „wrogiem ludzkości”. W ten sposób zanika wojna w klasycznym sensie, istnieje tylko po jednej stronie przestępstwo agresji a po drugiej słuszne wymierzenie kary za to przestępstwo, najlepiej przy pomocy światowej policji. Ta tendencja znajduje swoje rozwinięcie w ideologii Ligi Narodów, gdzie chciano (nieomal) znieść wojnę, a w rzeczywistości stworzono nowe, nieznane przedtem możliwości i powody do interwencji, zniesiono de facto prawo do neutralności (w przypadku „wojny sprawiedliwej” nieprzyłączenie się do niej jest godne moralnego potępienia). Już wówczas chciano, aby historia się zakończyła, świat został podzielony na zawsze, wojna (prawie) zabroniona, status quo tożsame z pokojem.
Oczywiście ta pacyfistyczna utopia doskonale współgrała z realnymi interesami mocarstw. Jednak najważniejszą innowacją Ligi Narodów było przygotowanie gruntu pod przyszłą wojnę totalną poprzez uznanie sankcji gospodarczych za właściwy i usprawiedliwiony środek polityczny. Wojna gospodarcza miała być bardziej „humanitarna” niż wojna przy użyciu środków militarnych. W rzeczywistości wojna gospodarcza oznaczała zintesyfikowanie wojny, gdyż wrogiem nie było już państwo reprezentowane przez armię, ale cała ludność, którą np. należało pozbawić żywności. Wojna między państwami przekształciła się w wojnę pomiędzy narodami. Wrogiem nie był tylko żołnierz, ale każdy obywatel, którego można było internować, skonfiskować jego majątek itd. Wszystkiemu musiała z konieczności towarzyszyć propaganda nienawiści zatruwająca również okres powojenny. Wojny przybierają charakter krucjat ideologicznych i prowadzone są w imię obrony demokracji, wolności, cywilizacji przed barbarzyństwem itp. Przy takim poczuciu misji nie wystarcza pokonanie wroga, trzeba jeszcze zażądać jego bezwarunkowej kapitulacji i postawić go przed sądem. Wszystko to prowadzi do przedłużenia i brutalizacji wojny, co z kolei jest potwierdzeniem „winy” pokonanego. Wróg musi zostać zniszczony lub należy go „nawrócić” i reedukować, czyli zniszczyć duchowo. Trzeba jeszcze zniszczyć system polityczny wrogiego państwa, aby dostosować go do jedynie słusznego modelu, czyli tego, który obowiązuje w państwie zwycięskim. Ideologia genewskiej Ligi Narodów nie tylko zniosła de facto rozróżnienia między żołnierzem a cywilem, ale zatarła również różnicę pomiędzy wojną a pokojem. Powstał jakiś stan pośredni: ani wojna ani pokój, czy też – wedle ujęcia Carla Schmitta – zarówno wojna, jak i pokój .
Genewski pacyfizm zamienił pokój w kłamliwą fikcję niszcząc tym sposobem pierwsze i najbardziej fundamentalne pojęcie prawa międzynarodowego i każdego ładu międzynarodowego. Kulminacją całej tej ewolucji prawa międzynarodowego był według Maschkego tzw. Pakt Kelloga podpisany 27 VIII 1928 roku w Paryżu i ratyfikowany w Waszyngtonie 24 VII 1929 roku przez 15 państw. Do 1938 roku przystąpiło do niego dalsze 48 państw. W pakcie tym zadekretowano potępienie każdej wojny i rezygnację z wojny jako środka polityki. Niedługo potem jak ogłoszono uniwersalne i globalne obowiązywanie pokoju wybuchła uniwersalna i rzeczywiście globalna wojna. Ciąg dalszy wywodów Günthera Maschke w następnym numerze „Etappe”. Na pewno nie omieszkamy ich omówić.
MUT
Miesięcznik, którego wydawcą i redaktorem jest Bernhard C. Wintzek, należy do wyjątkowych zjawisk wśród niemieckich czasopism konserwatywnych. Niezwykle starannie wydawany, zawsze bogato ilustrowany barwnymi reprodukcjami niemieckiego i światowego malarstwa z różnych epok reprezentuje konserwatyzm bardziej delikatny i uspokojony, nie wojujący i atakujący, ale raczej pielęgnujący i zachowujący. Nie stroni od polityki, ale wiele miejsca poświęca sferze kulturalnej – prepolitycznej, widzianej i opisywanej z konserwatywnej perspektywy. W numerze 1/1991 redaktor naczelny zwracając się do czytelników pisze: „Cisza nie jest tylko nieobecnością hałasu, cisza jest milczeniem, które otwiera człowiekowi oczy i uszy na inny świat. Szukajmy ciszy! Ona jest dla nas, jest wielkim objawieniem jak pisał Lao-tse (…) Powróćmy do siebie, musimy na nowo odkryć ciszę, potrzebujemy jej jak powietrza do oddychania, gdyż huczący hałas spotęgował się w świecie aż do wywołującego chorobę stresu. Zniszczymy sami siebie, jeśli nie powrócimy do ożywczego źródła ciszy, jeśli nie odnajdziemy roztropnego namysłu nad osobistą gotowością do ponoszenia odpowiedzialności”.
Do stałych współpracowników pisma obok takich znanych osobistości życia intelektualnego Niemiec jak Klaus Hornung, Heinz-Dietrich Ortlieb, Herbert Krejći, Günther Rohrmoser, Alfred Schickel, Karlheinz Weissman należy wybitny historyk idei, filozof i biograf Gerd-Klaus Kaltenbrunner, autor wydanej w ostatnich latach wspaniałej księgi O duchu Europy (t. 1 – „Krajobrazy postacie – idee”, t. 2 „Matczyny kraj – Zachód”). W tym numerze pisma publikuje on piękny esej „Czy niebo ma alternatywę? Świat baroku – wskazówka błogiego unoszenia się i wszechobejmująca wielość sfer”. Dla Kaltenbrunnera barok jest ostatnim europejskim stylem w pełnym tego słowa znaczeniu, czyli jednością wszystkich przejawów kultury, której podstawowym doświadczeniem była pełnia złożona z napiętych sił, pełnia nie zadowalająca się jednym światem, ale potrzebująca wielości światów, a ostatecznie nieskończoności. Rzeczywistość barokowa to hierarchiczny system systemów rządzony przez rozgałęziający się w nieskończoność strumień sił, to pełne napięcia, wielostopniowe, pozostające we wszechzwiązku czasoprzestrzenne dzianie się, gdzie każda rzecz wskazuje na inną, każda istota odbija się w innej jak w zwierciadle, przez każdy porządek prześwituje porządek wyższy. Taka jest barokowa ontologia, którą formułowali, niezależnie od dzielących ich przepastnych różnic, Böhme i Spinoza, Kartezjusz i Leibniz. Doskonały barokowy kościół jest wcieleniem takiego odczucia świata: jako przestrzeń złożona z przestrzeni, jako reprezentacja wielości sfer w postaci całościowego dzieła sztuki. Przestrzeń nie jest tutaj tworzona przez mury i sklepienia, ale to one są zawęźleniami dynamicznego dziania się przestrzennego, które staje się w ten sposób kosmicznym organizmem.
Świat baroku –pisze dalej Kaltenbrunner – nie jest światem zniwelowanym, ale wręcz przeciwnie, światem wielości i różnorodności. Wiedza jest wiedzą, polityka polityką, sztuka sztuką, religia religią – samodzielność sfer zostaje uznana. Istnieją zarówno wymogi towarzyskie, dworskie, jak i nakazy Ewangelii. Człowiek barokowy może być równocześnie światowcem, przyrodnikiem, inżynierem, wynalazcą, filozofem, ascetą a nawet świętym. Każda forma życia ma swe uzasadnienie, żadna w sposób konieczny nie wyklucza drugiej, choć istnieją między nimi nieuchronne napięcia. Ale właśnie te napięcia trzeba znosić i godzić. Idzie o to, aby osiągnąć punkt, gdzie doskonały kawaler jest równocześnie przenikliwym wynalazcą, dalekowzrocznym uczonym, zanurzonym w obrazach poetą i pożądającym Boga mistykiem. Barok jest wyobrażeniem świata jako „Boskiego teatru”, w którym każdy gra swoją rolę. My wszyscy nie jesteśmy tylko widzami, ale przede wszystkim współaktorami, a w tym sensie również artystami, jedni mniej, inni bardziej. Artysta najlepiej spełnia „ludzki paradygmat”, jest najbardziej podobny Bogu. Wszystko jest sztuką – także liturgia, polityka, miłość, wojna. Można to też ująć inaczej: wszystko jest w większym lub w mniejszym stopniu grą, wszystko, co przemija jest parabolą nieprzemijalnego. Jeśli ten fakt uznamy i to uznamy czynnie, zdobywamy udział w tym, co wieczne.
Człowiek baroku nie był naiwny, pisze Kaltenbrunner, swoich heroiczno-idyllicznych ogrodów i krajobrazów nie uznawał nawet za ersatz rzeczywistości, jakże często pełnej okrucieństwa, cierpienia i grozy. Człowiek baroku odczuwał napięcie pomiędzy światem rzeczywistym a artystycznym pozorem o wiele głębiej, silniej i namiętniej niż współczesny drobnomieszczanin, którego zmysły stępiały pod nieustanną mżawką telewizyjnych obrazów. Całkiem zasadnie możemy założyć, że dla człowieka baroku odczuwane napięcia są wezwaniem i impulsem unoszenia się, unoszenia się w zagadkowo-cudownym świecie, w którym nic nie jest pewne, ale wszystko możliwe. Jest to na poły bojaźliwe, na poły radosne unoszenie się istot, które nigdzie na ziemi nie czują pewnego gruntu pod nogami. Jest to wznoszenie się zbawionych dusz do wiecznej ojczyzny i opadanie cherubinów, serafinów i Aniołów Stróżów ze światłości Bożego Królestwa ku poszukującym, cierpiącym i walczącym Dzieciom Bożym. Od naszej siły wiary, zdolności do entuzjazmu i ufności zależy, czy namalowane, wymyślone lub zbudowane z dźwięków barokowe niebo będzie dla nas tylko spektaklem i spekulacją czy też zawsze aktualnym i nigdy nieprzedawnionym wyrazem harmonii będącej celem, do którego trzeba ciągle na nowo dążyć, ciągle na nowo się wznosić.
MITTEILUNGSBLATT DER PRIESTERBRUDERSCHAFT ST. PIUS X
Na czele tego niewielkiego, ale bogatego w treści czasopisma wydawanego przez Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X stoi o. Franz Josef Maeßen z opactwa Św. Atanazego. W numerze 145/1991 o. Maeßen zwraca się do przyjaciół i do dobroczyńców przypominając, że Bractwo Kapłańskie Św. Piusa X powołane zostało do życia przez arcybiskupa Lefebvre’a, aby walczyć z upadkiem wiary i obyczajów, walczyć o czystość i integralność wiary katolickiej zagrożonej przez wtargnięcie w obręb Kościoła i teologii, modernistycznych sposobów myślenia, o całkowitą rehabilitację tradycyjnej Mszy św. i o przezwyciężenie modernistycznych nowinek w liturgii, o rozbudzenie prawdziwych, zorientowanych na tradycyjną naukę Kościoła powołań kapłańskich, o prawdziwie katolickie wychowanie dzieci i młodzieży, o odbudowę małżeństwa i rodziny.
O. Maeßen zwraca uwagę na przeszkody, które są stawiane Bractwu przez tych właśnie, których pierwszym i najświętszym obowiązkiem płynącym ze stanowiska w hierarchii kościelnej powinno być wspieranie wszystkich wysiłków na rzecz ratowania naszego świętego Kościoła i poszerzanie drogi dla katolickiego renesansu objawiającego się wokół ośrodków Bractwa w zatrutym przez modernistycznego wirusa organizmie Kościoła. Np. machinacje archidiecezji Fryburskiej wokół Sióstr od Krwi Najcenniejszej z Hausen (Schwarzwald) wyraźnie pokazują, jak bezlitosne prześladowania spotykają tych, którzy trwają niezłomnie przy Tradycji Kościoła i dystansują się od modernistycznych błędów jego obecnej hierarchii. Każdy głosiciel fałszywych nauk jest dziś w Kościele tolerowany, jeśli nie wielbiony. Wszystkie religie, nawet te stojące w najbardziej jaskrawej sprzeczności z nauką Kościoła, są zapraszane do rozpowszechniania swych błędów wewnątrz Kościoła. Natomiast sześć pobożnych sióstr mieszkających w małym, położonym na skraju lasu klasztorze wywołuje oburzenie i złość nie tylko hierarchii kościelnej, ale także władz państwowych. I to dlaczego? Dlatego, że modlą się tak jak Kościół zawsze się modlił i uczestniczą we Mszy św. takiej, jaką Kościół ustanowił na wsze czasy.
Odmawia się nam prawa, pisze o. Maeßen, prawa do określania się jako „rzymscy katolicy”, mobilizuje się przeciw nam świeckie rządy, po tym jak latami na próżno usiłowano publicznie dyskryminować wiernych tradycji katolików, grozić im karami kościelnymi, aby ich zastraszyć i nakłonić do porzucenia wierności przekazanej przez Tradycję wierze katolickiej. Wszystko to były środki świadczące o niechrześcijańskiej, pozbawionej miłości postawie u tych, którzy są powołani do tego, aby praktykować chrześcijańską miłość bliźniego i którzy od trzech dziesięcioleci niosą na swych sztandarach hasła tolerancji i wolności religijnej. Ale, pisze o. Maeßen, prawda i wiara nie dadzą się stłumić a niesprawiedliwe prześladowania są wyraźnym znakiem, że obrana droga jest właściwa.
Poza tym w numerze Walter Hoeres udowadnia, że wałkowany w nieskończoność przez kościelnych teologów problem „kryzysu tożsamości” u księży to w rzeczywistości problem kryzysu całego posoborowego systemu kształcenia księży. Po Soborze Watykańskim II porzucono w seminariach tradycyjne zasady intensywnego życia duchowego: medytację, nabożeństwa, modlitwę, pobożność, samotność, które stanowiły rynsztunek duchowy pozwalający przyszłym kapłanom „wytrwać aż do końca”. Powołanie do służby Bożej to również lata duchowych ćwiczeń. Dzisiaj w seminariach uczestnictwo w nabożeństwach zależy od chęci seminarzysty. Brak jest zdecydowanego, duchowego kierunku ku życiu uświęconemu i pobożnemu. Całe bogactwo ćwiczeń duchowych, które przedtem były uważane za rzecz całkowicie oczywistą w przygotowaniu do stanu kapłańskiego, prawie całkowicie zanikło. Do tego dochodzi atmosfera kontestacji, kwestionowania wszystkiego, krytyki dla krytyki zamiast ducha pokory, posłuszeństwa i religijnej żarliwości. Profesorowie teologii tak długo „interpretują wszystko na nowo”, że u kandydatów znikają resztki pewności wiary. Eliminacja łaciny i greki sprawiła, że seminarzyści nie są w stanie czerpać ze źródeł i skazani są na współczesne przekłady, w których również wszystko poddaje się w wątpliwość. Biskupi zamiast rozprawiać bez końca o kryzysie powołań powinni starać się, aby do powierzonych ich pieczy seminariów powrócił duch modlitwy i medytacji.
Pismo drukuje również kazanie, jakie z okazji 20-lecia istnienia Bractwa w dniu Wszystkich Świętych 1990 roku wygłosił w Écône arcybiskup Lefebvre. W kazaniu tym arcybiskup mówił m. in. o rewolucji zapoczątkowanej na Soborze Watykańskim II, która kapłanom wyrwała z ręki zarówno Mszę św., jak i katechizm. Katechizm będący echem Jezusa Chrystusa sfałszowano i zażądano od kapłanów, aby uczyli innej wiary, która nie jest już wiarą katolicką. Mszę św., która jest ofiarą zamieniono w protestancką wieczerzę. To wszystko sprawiło ból wielu kapłanom, wielu odeszło na emeryturę a co najmniej dwóch biskupów zmarło ze zgryzoty spowodowanej tą obrzydliwą reformą, która zmieniła naturę kapłaństwa. Ta straszna reforma była w istocie rewolucją, która jeszcze się nie skończyła. Dziś w Rzymie, mówił arcybiskup Lefebvre, panuje rzeczywista apostazja. Nasz Pan Jezus Chrystus nie jest już czczony tak jak powinien być czczony. Jest to apostazja ducha przez odmienienie cnoty wiary, która nie jest już prawdziwą wiarą. Arcybiskup Lefebvre w swoim kazaniu poświęconym kapłaństwu i świętości zwrócił się do przyszłych księży mówiąc, że muszą iść drogą wyznaczoną przez Boga i pokazać, że Prawo Boże musi zastąpić konstytucje oparte na Prawach Człowieka, konstytucje, które są obrazą Boską. Jest was niewielu, ale nieście odważnie pochodnię, mówił arcybiskup Lefebvre. Nie bójcie się pokazać tej pochodni, bez lęku pokazujcie, że jesteście kapłanami wiernymi Tradycji, kapłanami, jakich zawsze chciał mieć Kościół, kapłanami Prawdy, kapłanami dla świętości.
Poza tym w numerze biskup Bernard de Mallerais odkrywa prawdziwą twarz eutanazji, Józef Wilhelm pisze o wolności religijnej i katolickim ładzie społecznym a Maurycy de Nessy o ukraińskim Kościele katolickim obrządku bizantyjskiego.
DEUTSCHLAND IN GESCHICHTE UND GEGENWART
Na czele kwartalnika wydawanego od 40 lat w Tybindze stoi Wigbert Grabert a pomaga mu Rolf Kosiek. W numerze 4/1991 Rudolf Künast porównuje upadek narodowego socjalizmu i komunizmu wskazując na istotne różnice. Narodowy socjalizm został zniszczony po 12 latach rządów, po wojnie jaką prowadził przeciw niemu prawie cały świat, podczas gdy w Związku Radzieckim ideologia Lenina i Stalina mogła panować 70 lat nie niepokojona żadną interwencją z zewnątrz i sama uległa rozkładowi. W Niemczech ku zdumieniu ówczesnego świata i dzisiejszych politologów praktycznie cały naród do końca wojny popierał rząd a po zwycięstwie aliantów nie doszło do żadnych wystąpień przeciw ex-rządzącym. Komunizmu w ZSRR nikt nie bronił, po prostu rozpłynął się, podczas gdy koniec narodowego socjalizmu w 1945 roku nastąpił w prawdziwym infernie obleganego Berlina i porównywany był często do „zmierzchu bożyszcz”. Bolszewizm był pupilkiem zachodnich mass mediów i pozyskał dla swych idei wielu zachodnich intelektualistów, narodowy socjalizm z powodu swej volkistowskiej i antyżydowskiej polityki bardzo szybko spotkał się z wrogością prasy zachodniej i tzw. światowej opinii publicznej. Künast twierdzi również, że w przeciwieństwie do planowej gospodarki radzieckiej, gospodarka w Niemczech zachowała wiele cech gospodarki wolnorynkowej, a przedsiębiorcy mieli dużą swobodę. W ZSRR własność prywatna została zniesiona, a chłopstwo wyniszczono, w Niemczech własność prywatna została zachowana, a chłopów starano się pozyskać.
Rolf Kosiek w artykule „Układ o zrzeczeniu się (Śląska, Pomorza, itd. — red. „Stańczyka”) spowoduje nowe wypędzenie” twierdzi, że polsko-niemiecki układ sankcjonujący przymusowe wysiedlenie Niemców w 1945/46 roku owocuje dziś wypędzeniem Chorwatów przez Serbów. Frederic Lebel w artykule „Europa umarła ze wstydu” ostro potępia państwa europejskie za to, że nie interweniowały w obronie Chorwacji. Tomislav Sunič w artykule „Jugosławia: krwawy nekrolog” pisze, że nadszedł kres iluzji o wspólnej Europie i Jednym Świecie. Historia, której koniec przepowiadali niedawno eurokraci i ich sprzymierzeńcy zza Atlantyku powraca galopem. Koniec Jugosławii jest równocześnie końcem Europy powersalskiej – stwierdza Sunič. Carl Haidn w artykule „Wojna nad Zatoką Perską” omawia rozmaite aspekty tej wojny krytykując jednocześnie przy okazji niektóre zasady, na których opiera się ONZ, takie np. jak istnienie stałych i niestałych członków Rady Bezpieczeństwa. Z tego właśnie powodu Szwajcaria nie przystąpiła do ONZ uważając, że proklamowana przez ONZ równość wszystkich państw członkowskich jest przy prawie weta zarezerwowanego dla pięciu mocarstw czymś całkowicie iluzorycznym. Haidn uważa, że ONZ jest tym samym co genewska Liga Narodów – koalicją zwycięzców, pragnacych obronić owoce zwycięstwa. Ostro potępia również niemiecką dyplomację książeczki czekowej a także zgodę polityków w Bonn na zmianę konstytucji, która zobowiązuje Niemcy do brania udziału w przyszłych wojnach prowadzonych przez ONZ niezależnie od tego, gdzie będę się one toczyć. Oznacza to, twierdzi Haidn, że żołnierze niemieccy będą musieli się wykrwawiać w imię obcych interesów gdzieś w odległym zakątku świata. Właściwym posunięciem byłoby, według, Haidna wystąpienie Niemiec z NATO.
Hans-Uwe Stoppert krytykuje najnowsze tendencje w Bundeswehrze, której niektórzy dowódcy postulują odcięcie się od tradycji Wehrmachtu. Stoppert uważa, że bez żołnierzy i oficerów Wehrmachtu Bundeswehra w ogóle nie mogłaby powstać i nawołuje do przeciwstawienia się kampanii zmierzającej do zdyskredytowania tradycji Wehrmachtu i Waffen-SS, albowiem jest ona częścią całego wojskowego dziedzictwa Niemiec. Nie wolno zdaniem Stopperta niszczyć żołnierskich tradycji Bundeswehry, gdyż prowadzi to do wewnętrznego osłabienia armii. Trzeba również przeciwstawić się atakom lewicy na wojsko w ogóle i protestować przeciw sloganom w rodzaju „żołnierze to potencjalni mordercy”. Źródłem obecnej akcji przeciw tradycjom Bundeswehry jest według Stopperta ideologia Szkoły Frankfurckiej. To ideologowie tej Szkoły – Horkheimer, Marcuse, Adorno i inni postawili sobie za cel wyrugowanie wszystkich tradycyjnych cnót żołnierskich takich jak gotowość do poświęceń, odwaga, dyscyplina, poczucie odpowiedzialności, świadomość narodowa. Armii proponowała Szkoła Frankfurcka bierny opór, demokratyzację, bunt, dezercję a w końcu samolikwidację. Trudno się dziwić, że w tej atmosferze mnożą się nawoływania do dezercji i stawia się pomniki dezerterom, a żołnierze Bundeswehry prawie nie pokazują się publicznie w mundurach.
Poza tym w numerze Ulrich Schmiedel powraca do przyczyn II wojny światowej analizując korespondencję i książkę Moja gdańska misja C.J. Burckardta, komisarza Ligi Narodów w Gdańsku w latach 1937-1939, a Gerard Radnitzky omawia ostatnio wydane publikacje na temat niemieckiego ataku na ZSRR (Topitsch, Suworow) i zawartą w nich tezę, że atak Hitlera był w rzeczywistości wojną prewencyjną. Dyskusja między zwolennikami tezy o „napadzie” i zwolennikami tezy o „wojnie prewencyjnej” dopiero się rozpoczyna, twierdzi Radnitzky. Hans Rustemeyer pyta, czy „Niemcy są wrodzy wobec cudzoziemców” i odpowiada, że nie. Ale staną się, jeśli „wielokulturowe społeczeństwo” rzeczywiście powstanie. Jak twierdzą badacze ze szkoły Konrada Lorenza np. Eibl-Eibesfeldt, jeśli imigranci pochodzą z pokrewnego kręgu kulturowego, to potencjał konfliktu jest niewielki, natomiast w przypadku przybyszów z całkiem obcych kultur konflikt pojawi się na pewno, szczególnie gdy liczba tych przybyszów przekroczy pewną masę krytyczną. Przy czym zauważa Rustemeyer rosnąć będzie niechęć tubylców do obcych jak i obcych do tubylców. Poza tym, jak uważają przedstawiciele nauki o zachowaniu, człowiek jest istotą terytorialną. Ma on swoje ojczyste miejsce, swój rewir łowiecki, swój obszar mieszkalny, swoją okolicę, swój krajobraz, swoją gminę, swoją dzielnicę, które tworzą jego ojczyznę. Ma również swój naród i swój kręg kulturalny. Są to sprawy uniwersalne. Do tego dochodzi naturalny lęk przed obcymi, lęk, który człowiekowi z epoki kamiennej pomógł przetrwać i który nie zniknął u współczesnych ludzi. Nie wynika z tego prawo do pogardy wobec cudzoziemców lub ich szykanowania. Ale polityka musi również respektować sposoby ludzkiego zachowania, właściwe wszystkim ludziom i przynajmniej częściowo uwarunkowane genetycznie. Politykom w ich willowych, izolowanych od codziennego życia dzielnicach trudno zaakceptować naukowe twierdzenia niszczące podstawy ich ideologii. Zaakceptowaliby je szybciej, gdyby mieli za sąsiadów ludzi szlachtujących barany w wannie. Tak czy inaczej nieludzka utopia „wielokulturowego społeczeństwa” tak jak inne utopie powędruje na śmietnik historii – twierdzi Rustemeyer. H. W. Woltersdorf pokazuje jak pomoc dla krajów Trzeciego Świata oparta na „etosie współczucia” uczyniła w rzeczywistości te kraje jeszcze biedniejszymi i jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Polityka mająca swe źródło w „etosie współczucia” jest niezawodnym świadectwem duchowej i moralnej degeneracji narodów Zachodu i doprowadzić może do ich wewnętrznego rozkładu.
H. T. Hansen poświęca swój artykuł „Myśliciel przeciw modernie” Juliuszowi Evoli (1898- 1974) nieco ekscentrycznemu i tajemniczemu włoskiemu arystokracie, określanemu niekiedy jako „Marcuse prawicy”. Kim był Evola? Filozofem, artystą, krytykiem kultury, myślicielem politycznym? Szarą eminencją Mussoliniego i Himmlera? A może alchemikiem i magiem? Jako filozof stworzył własny kierunek, który nazwał „magicznym realizmem” i krytykował „dworskich filozofów” – Crocego i Gentilego, którym mecenasował sam Mussolini. Przełożył Zmierzch Zachodu Spenglera a w swoim dziele Rewolta przeciw współczesnemu światu wskazywał na upadek duchowego ładu w Europie. Jego ideałem było państwo antyczne i chrześcijańskie średniowiecze, gdzie dominowały takie pojęcia jak honor, odwaga, wewnętrzna siła, hierarchia, prawdziwy autorytet. W swoim głównym dziele politycznym Ludzie wśród ruin pisał: wolna gospodarka? tak, ale jako element organicznego społeczeństwa podporządkowana ładowi politycznemu, etycznemu i duchowemu. Evola przypomina, że we wszystkich wielkich kulturach kupcy byli na trzecim miejscu – za przywódcami religijno-duchowo-politycznymi i za wojownikami.
Evola chciał państwa organicznego, opartego na wspólnej idei duchowej, na naturalnej hierarchii, państwa, w którym różnorodność zadań, praw i obowiązków jest rękojmią wolności. Był wrogiem państwa totalnego opartego na idei równości. Był również sceptyczny wobec pojęcia narodu, ponieważ uważał, że nacjonalizm może szybko nabrać cech totalitarnych. Wyżej cenił pojęcie Rzeszy (cesarstwo rzymskie, Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, monarchia Habsburgów). Określał się czasami jako „kshatrya”, czyli wojownik, który nie boi się walczyć o swoje idee i dla którego pochwały lub potępienia innych ludzi nie mają znaczenia, bo czyni to, co należy czynić niezależnie od sukcesu czy klęski. Evola zachował krytyczny stosunek do włoskiego faszyzmu, ale usiłował nań wpływać. Jednak i to nie podobało się działaczom partyjnym i zmusili go do zamknięcia założonego przez niego pisma „Wieża”, bo było zbyt krytyczne wobec reżimu. Evola zarzucał faszyzmowi m. in. brak duchowych korzeni, rozdęty biurokratyzm, wywoływanie masowych histerii i żałosną demagogię. Także w narodowosocjalistycznych Niemczech uniemożliwiono Evoli działalność polityczną. Evola był według Hansena myślicielem twardym i konsekwentnym. Jego twórczość może być dla wielu ludzi, jak to określił w „Die Welt” Gerd-Klaus Kaltenbrunner, zgorszeniem w biblijnym sensie tego słowa. Ale jego myśl tak jak nóż chirurga tnie w głąb.
JUNGE FREIHEIT
Numer 7-8 (1991) organu młodych konserwatystów przynosi wywiad z prof. Giinteren Rohrmoserem, znanym filozofem, politologiem i socjologiem. Na pytanie, czy czasami CDU i SDP to nie dwie konkurencyjne partie socjaldemokratyczne, prof. Rohrmoser odpowiada: „Tak. Kurs, jaki CDU obrała w czasie swoich rządów, odpowiada całkowicie wyobrażeniom Geisslera, który chciał z CDU zrobić umiarkowaną SPD. Z drugiej strony po upadku socjalizmu SDP zbliżyła się do poglądów CDU tak bardzo, że obie partie są w istocie wymienne. Jest to najważniejszy powód, dla którego coraz mniej ludzi bierze udział w wyborach. Po prostu wyborcy nie robi różnicy, czy krajem rządzi SPD czy CDU”. Rohrmoser przepowiada również klęskę lewicowego liberalizmu i renesans konserwatyzmu w Niemczech.
Wolfgang Venohr w artykule „Uczcić poległych” nawołuje, aby Niemcy nie wyrzekali się swoich żołnierzy, którzy zginęli na wojnie, gdyż nawet zbrodnicze aspekty wojny nie unieważniają heroizmu, odwagi, gotowości do poświęceń dla ojczyzny. Żołnierzy Wermachtu nie należy zrównywać z komandami Himmlera, pisze Vehohr. Naród, który nie czci swoich poległych, niewiele jest wart. Klaus Kunze, adwokat z Hanoweru, pisze o procesach wytaczanych w Niemczech tym ludziom, którzy kwestionują otwarcie uchodzące za niepodważalne opinie na temat niektórych wydarzeń z historii. Kunze uważa, że sądy nie są od tego, aby rozstrzygać o prawdziwości lub fałszywości tez stawianych przez historyków. Jest też rzeczą niedopuszczalną, aby w państwie prawa ludzie byli karani za swoje poglądy. Takie przekonanie zdobywa sobie coraz więcej zwolenników wśród prawników niemieckich.
W numerze 9 możemy przeczytać wywiad, jakiego pismu udzielił Jörg Haider (rocznik 1950) przewodniczący Wolnościowej Partii Austrii. Komentując kampanię propagandową prowadzoną przeciw niemu przez austriackie massmedia Haider stwierdza, że działania „starych partii” otworzyły ludziom oczy na to, że każdego, kto tak jak on nie uczestniczy w podziale zawartości koryta, przedstawia się jako wroga państwa, któremu trzeba zamknąć usta. Haider uważa, że „stare partie” (Austriacka Partia Ludowa i Socjalistyczna Partia Austrii) chcą za wszelką cenę zniszczyć obóz narodowo-liberalny, czując, że zagraża on ich władzy. Jest to odczucie całkiem słuszne, gdyż Haider nie kryje, że celem politycznym narodowych liberałów jest odsunięcie od władzy tej, jak ją określa, „czerwono-czarnej monopartii”. Haider za podstawowe zadanie swej partii uważa zmniejszenie biurokracji, wskazując przy tym na fakt, że w Austrii jest 600 000 robotników przemysłowych, ale łącznie z pocztą i koleją – 900 tysięcy urzędników państwowych. Nic dziwnego, że partia Haidera jest tak silnie w Austrii zwalczana. Partyjno-państwowa nomenklatura boi się, że może stracić wiele stołków.
Poza tym w numerze Christhard Ullman pisze o „stylu politycznym i estetyce państwowej” na marginesie sporu o pruskiego orla i pruski Krzyż Żelazny. Ullman podkreśla ważność symboli państwowych i symbolicznych aktów, które unaoczniają sens polityki państwowej. Symbole i znaki państwowe zawierają w sobie skrótową, symboliczną historię państwa i należy je pielęgnować – uważa Ullman.
CODE
„Code” to miesięcznik deklarujący podejmowanie tematów, które w prasie establishmentu są przemilczane lub przedstawiane tendencyjnie i jednostronnie. Pismo określa się jako narodowe, konserwatywne i patriotyczne, otwarte szczególnie na sprawy i problemy niemieckie. Współpracuje ściśle z organami populistycznej prawicy amerykańskiej i z amerykańskimi historykami-rewizjonistami. Redaktorem naczelnym jest Ekkehard Franke-Gricksch. W numerze 7 z zeszłego roku Alfred König analizuje kryzys CDU, zarzucając chadekom, że trwonią pieniądze podatników, Hans Werner Bracht omawia położenie zjednoczonych Niemiec z punktu widzenia prawa międzynarodowego stwierdzając, że Republika Federalna nie może decydować o losie ziem na wschód od Odry i Nysy, gdyż w momencie ich aneksji przez Polskę w ogóle nie istniała. Natomiast Rzesza Niemiecka istnieje nadal, jest tylko niezdolna do działania. Heindrich Regnis-Selb krytykuje stanowisko kościołów w Niemczech wobec obcokrajowców zarzucając mi, że dopasowują swoją naukę do panujących współcześnie ideologii i boją się wejść w kolizję z marksizmem-socjalizmem. Warren Hough i Martin Mann w artykule na temat wojny z Irakiem piszą, że Rosjanie oszukali Irakijczyków sprzedając im tysiące czołgów T-72 całkowicie bezbronnych wobec nowych broni amerykańskich (pociski artyleryjskie zawierające wzbogacony uran zamieniały czołgi w płonące kule). Rosjanie przekazali również Amerykanom informacje na temat sprzętu wojskowego sprzedanego Irakowi.
P. Blackwood mówi „nie” Nowemu Porządkowi Światowemu a J. P. Tucker omawia działalność komisji Trilateralnej, zwracając uwagę na plany wprowadzenia ogólnoświatowego podatku od ropy naftowej mającego finansować ONZ i jej akcje, James Traficant – członek amerykańskiego Kongresu twierdzi, że skazany na śmierć w Izraelu Jan Demjaniuk nie jest w rzeczywistości „Iwanem Groźnym” z Treblinki. Cała sprawa, pisze Traficant, została zmontowana przez fanatyków z OSI (Office of Special Investigation)– wydziału Ministerstwa Sprawiedliwości i podchwycona przez wielu nie bezstronnych prawników izraelskich. Walter Wright oznajmia, że we Francji została zniesiona wolność słowa. Na mocy ustawy przeciw „rasizmowi” i „antysemityzmowi” każdy obywatel Francji może zostać skazany na wysoką grzywnę lub karę więzienia, jeśli powie coś, co nie spodoba się klice rządzącej Francją. Pod panowaniem ustaw „antyrasistowskich” Francja pogrąża się w dusznej atmosferze podejrzliwości i strachu. Bojówki jakobińskich inkwizytorów, policja polityczna, donosiciele i szantażyści przeczesują kraj w poszukiwaniu „heretyków” i „wątpiących”. Mitterand powołał do życia policję specjalną w typie KGB, która ma prawo zakładać podsłuch w mieszkaniach i samochodach oraz podsłuch telefoniczny. Do tej „policji myśli” powołuje się policjantów ze służb kryminalnych, a ulice pozostawia się przestępcom. Ale reżimowi politycy nie boją się włamań będących plagą Francji, gdyż ich mieszkania są przez całą dobę pilnowane przez policję opłaconą z pieniędzy podatników.
Wright twierdzi, że to sukcesy Le Pena wprawiają w panikę francuski establishment, który prowadzi z Frontem Narodowym już nie „zimną”, ale „letnią” wojnę domową. Poza tym w numerze Ivor Benson w artykule „Scenariusz wojny” odsłania kulisy wojny z Irakiem, Mike Blaire porównuje amerykańskie bombardowanie Iraku z taktyką II wojny światowej np. bombardowaniem Drezna. W stałym cyklu „Rewizjonizm” Samuel P. Foner przypomina „zbrodnie alianckie na Niemcach w 1945 roku”, a K. Keith Thompson publikuje obszerny artykuł poświęca sylwetce ostatniego prezydenta Rzeszy Niemieckiej admirała Dönitza. Thompson uważa, że przyjmując kapitulację od rządu Dönitza alianci tym samym uznali jego prawowitość. Nie przeszkodziło im to aresztować członków tego rządu. Thompson krytykuje również sposób przeprowadzenia procesu norymberskiego porównując ten proces do pokazowych procesów moskiewskich z lat 30-tych. W numerze 8 Alfred König prorokuje, że droga Niemiec do „wielokulturowego społeczeństwa” zakończy się tym, że naród niemiecki po prostu zniknie, a przy okazji omawiania sporu o stolicę nazywa RFN „republiką bananową”.
Rudolf Seufert przestrzega przed skutkami „eksplozji ilości pieniądza” w Niemczech, C. Gordon Tether każe bronić państwom finansowej suwerenności zalecając jako środek przed niebezpieczeństwem internacjonalizacji waluty powrót do standardu złota, Beat Christoph Bäschlin snuje okolicznościową refleksję z okazji 700-lecia istnienia Szwajcarii i zastanawia się, czy Szwajcarzy zdobędą się na tyle zdecydowania, aby obronić swoją suwerenność przed brukselską mafią technokratów. Walter Wright pisze, że we Francji, podobnie jak przed 200 laty, bojówkarze terroryzują obywateli. Wynajęci przez reżim Mitteranda chuligani zakłócają obrady rad miejskich napadają na radnych. W 1990 Mitterand wypuścił swoich bojówkarzy na ulice tych dzielnic, gdzie głosowano przeciw socjalistycznemu reżimowi, aby dali nauczkę ich mieszkańcom. Chuligani nazywani przez posłuszne reżimowi media „studentami” tłukli szyby wystawowe i plądrowali sklepy. Policja przyglądała się bezczynnie. Po całodziennym plądrowaniu i niszczeniu, zaopatrzeni w alkohol i narkotyki „studenci” zostali zaproszeni przez Mitteranda do Pałacu Elizejskiego, co reżimowe media określiły jako „konstruktywny dialog”. Wright przypomina o pobiciu w biały dzień, przy pełnej akceptacji reżimu, znanego francuskiego historyka „rewizjonisty” – Roberta Faurissona, a także o tym, że arcybiskup Lefebvre został przez chuliganów ściągnięty z ambony, gdyż krytykował antychrześcijańskie nastawienie reżimu i piętnował francuskich biskupów za przynależność do „Wielkiego Orientu”.
S. Koczak w artykule „Naprzód, ku Nowemu Porządkowi Światowemu” powraca do sprawy ogólnoświatowego podatku od ropy prorokując, że jego konsekwencją będzie przeniesienie takich amerykańskich instytucji jak Bank Rezerw Federalnych i IRS (siatka poborców podatkowych) na płaszczyznę międzynarodową, Mike Blaire protestuje przeciw rozbrojeniu obywateli amerykańskich i wzywa do respektowania prawa do noszenia broni, wskazując na rosnący zakres kontroli rządowej. P. Blackwood analizuje historię rozporządzeń prezydenckich, czyli „executive orders”. To one umożliwiły prezydentowi Tylerowi w 1842 roku internowanie Indian Seminoli, a prezydentowi Clevelandowi w 1886 internowanie Apaczy. Posługiwał się nimi Lincoln w czasie wojny domowej, aby wprowadzić powszechny pobór wojskowy i znieść rozmaite prawa obywatelskie. Na podstawie tych rozporządzeń internowano w czasie I wojny światowej pewną liczbę obywateli amerykańskich pochodzenia niemieckiego i wbrew pierwszej poprawce do konstytucji gwarantującej wolność słowa zakazano rozpowszechniania gazet niemieckojęzycznych w skupiskach ludności niemieckiego pochodzenia. Po ataku japońskim na Pearl Harbour prez. Roosvelt rozkazał internować i osadzić w obozach koncentracyjnych strzeżonych przez uzbrojonych żołnierzy dziesiątki tysięcy Amerykanów pochodzenia japońskiego . Internowano również 8000 Amerykanów pochodzenia niemieckiego, z których wielu zostało zwolnionych dopiero w dwa lata po zakończeniu wojny, co było jaskrawym pogwałceniem Konwencji Genewskich.
Blackwood pisze, że w czasie przygotowań do wojny z Irakiem szykowano obozy internowania dla Amerykanów arabskiego pochodzenia. Uważa również, że w USA biurokracja planuje rozszerzenie zakresu działania prezydenckich rozporządzeń, chce stworzyć Federal Emergency Management Agency (coś w rodzaju Biura Stanu Wyjątkowego), które mogłoby organizować obławy na dysydentów i ich internować, kontrolować media, łączność i gospodarkę. Blackwood uważa, że USA są na najlepszej drodze do przekształcenia się w „państwo stanu wyjątkowego”. Poza tym w numerze artykuł Mike Blair’a na temat przerzutu w latach 1976-1977 kokainy z Kolumbii na Florydę. Operacja „Watch Tower” miała być zorganizowana przez CIA (jej szefem był wówczas obecny prez. Bush), Mossad i płk. Noriegę. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży narkotyków miały służyć do finansowania tajnych operacji CIA. Martin Mann i Lawrence Wilmot analizują przyznanie przez prez. Busha klauzuli najwyższego uprzywilejowania Chinom w świetle rodzinnych interesów prezydenta.
Na uwagę zasługuje również artykuł „Filozofia wolności”, którego autorem jest założyciel „Liberty Lobby” Wills A. Carto. Omawia on ideowe i polityczne zasady prawicowego populizmu, który jest, według niego, wiernością wobec najczystszych wartości amerykańskiego dziedzictwa. Carto uważa, że monopolistyczny międzynarodowy kapitalizm i międzynarodowy komunizm to zjawiska paralelne. Ich prawdziwym przeciwieństwem jest system wolnej przedsiębiorczości. Carto opowiada się przeciw globalizmowi, a za izolacjonizmem wysuwając znane hasło „America first”. Pokazuje, jak udział USA w dwóch wojnach światowych doprowadził do rozrostu rządu i zmniejszenia jego autorytetu, do zwiększenia zadłużenia wewnętrznego, zwiększenia podatków i obniżenia wartości pieniądza. Prawicowy populizm odwołuje się do tych, którzy płacą podatki, a nie do tych, którzy z nich korzystają – super-bogaczy i beneficjentów opieki socjalnej. Hasłami prawicowego populizmu są: święte prawo własności, system wolnej przedsiębiorczości, sprzeciw wobec grup specjalnych interesów, odrzucenie materialistycznej ideologii, zniesienie Systemu Rezerwy Federalnej, zdrowy pieniądz, zatrzymanie inflacji, patriotyczny, szanujący odrębności narodowe, nacjonalizm. Prawicowi populiści prowadzą polityczną walkę ze skorumpowaną klasą rządzącą i jej ideowymi ekspozyturami: konserwatystami, socliberałami, libertarianami. Swojej klienteli szuka populistyczna prawica wśród tych, których rządzący wyzyskują każąc im płacić wielkie podatki. Carto uważa, że tylko prawicowy populizm jest w stanie stawić czoła dyktaturze internacjonalistów i pozostaje jedyną nadzieją ludzkości.
NATION UND EUROPA
W nr 2 z zeszłego roku Gustav Sichelschmidt wieści koniec amerykańskiego stulecia, H. W. Woltersdorf zaś zastanawia się jak będzie wyglądać Nowy Porządek Światowy po wojnie nad Zatoką Perską, Hans von Blank przypomina postać Clausewitza, P. Martin opisuje RPA po zniesieniu apartheidu wspominając, że zdarzyło się, iż obrady aktualnie rządzącej Partii Narodowej odbyły się na wyspie-więzieniu Robben Island koło Kapsztadu, co dało konserwatystom asumpt do złośliwych uwag, że gabinet de Klerka chciał z bliska przyjrzeć się miejscu, do którego trafi po objęciu rządów w RPA przez Afrykański Kongres Narodowy i Partię Komunistyczną. Martin wspomina, że niektóre ugrupowania Czarnych porzuciły hasło „Jeden człowiek – jeden głos” zastępując je bardziej odważnym „Jeden biały – jedna kula”. Rudolf Seuffert przepowiada, że „społeczeństwo wielokulturowe”, które w Niemczech „buduje” lewica, szybko przekształci się w „społeczeństwo wielokryminalne”, Werner Norden wykrywa u Zielonych tradycje narodowego socjalizmu. W numerze 3-4 P. Gottsching wzywa do odrzucenia dyktatu mocarstw, którego przejawem był układ 2 + 4 i stwierdza, że nie istnieje dziś żadna polityka niemiecka, gdyż Niemcy od końca wojny znajdują się w stanie debellatio. Nadchodzi dziś czas politycznego działania dla prawicy, którego celem powinna być restytucja Niemiec.
W tym samym numerze Rüdiger Schrembs analizuje jedność Niemiec kiedyś i dziś, S. Wolrat omawia przyczyny, dla których nie doszło do kongresu historyków – rewizjonistów w Monachium, a Dieter Walz przypomina czołową postać niemieckiej konserwatywnej rewolucji Moellera van den Brucka. W numerze 5 sporo rozważań na temat wiecznego problemu niemieckiej prawicy narodowej – jedności politycznego działania. Poza tym Thorsten Thaler analizuje sytuację na Słowacji, E. Maier pyta, dlaczego Burowie się nie bronią wspominając przy okazji fakt, że wśród ludności murzyńskiej RPA szaleje AIDS, Rüdiger Schrembs kontynuuje rozważania na temat Rzeszy Bismarcka a Rüdiger Weckherlin omawia poglądy Wernera Sombarta. Na uwagę zasługuje bulwersujący artykuł H. W. Woltersdorfa na temat poczynań Amerykanów w okupowanych Niemczech: zorganizowaną i metodycznie przeprowadzoną „rekwizycję” dzieł sztuki, patentów, tajemnic wojskowych i przemysłowych, odkryć naukowych itd. No cóż takie to są dwudziestowieczne obyczaje polityczne.
W numerze 6 Rüdiger Burger w artykule „Suwerenne Niemcy i USA” pisze, że czas najwyższy, aby doktrynie Monroego, 14 punktom Wilsona, Karcie Atlantyckiej Roosvelta, Sojuszowi dla Postępu Kennedy’ego, Wielkiemu Społeczeństwu Johnsona, Nowemu Porządkowi Światowemu Busha przeciwstawić Europejską Doktrynę Wolności, która pomoże Europejczykom wyzwolić się spod amerykańskiej kurateli. Emil Schlee (członek Parlamentu Europejskiego) przestrzega Niemców, że droga do „Europejskiej Wspólnoty” może się okazać drogą do „Europejskiej Niewoli”. Schlee uważa, że Niemcy nie powinni wierzyć żadnym zapewnieniom swoich partnerów z EWG czy NATO, dopóki nie zostaną zwrócone akta i archiwa Rzeszy, dopóki wszystkie wojska okupacyjne nie opuszczą terytorium Niemiec i nie zostaną zniesione „klauzule o wrogich państwach” zawarte w Karcie ONZ umożliwiające zwycięzcom z 1945 roku interwencje w Niemczech. W tym samym numerze Jan Maria Le Pen wzywa do przeciwstawienia się brukselskiemu wirusowi socjalizmu. Delors i inni eurokraci chcą socjalistycznej Europy, chcą etatyzmu, centralizmu i gospodarki kierowanej. Ale stwierdza Le Pen, skoro kraje Europy Wschodniej przeżyły socjalizm komunistyczny, to i Europa Ojczyzn przeżyje technokratyczny socjalizm Komisji Brukselskiej.
Thorsten Thaler w artykule „Korsyka: kupiona wyspa” przypomina, że król Francji Ludwik XV kupił w 1768 roku Korsykę od Genui – wbrew woli Korsykanów , którzy etnograficznie należą do Włoch i pod żadnym pozorem nie chcieli zostać Francuzami. Także i dziś chcą być najpierw Korsykanami, a dopiero później Francuzami i żądają większej autonomii dla swojej wyspy. Poza tym w numerze możemy znaleźć bardzo interesującą informację z Dortmundu, gdzie organizacja o nazwie „Inicjatywa Antyfaszystowska-Północ” skontrolowała wszystkie biblioteki miejskie w poszukiwaniu literatury „faszystowskiej i gloryfikującej wojnę”. Dzielni antyfaszystowscy policjanci myśli podali z dumą w komunikacie prasowym, że zakwestionowali ponad 200 „podejrzanych” tytułów. Na liście przyszłych prohibitów (a może po prostu się je spali?) znalazły się książki takich autorów jak Carell, Kurowsky, H. W. Siemens, Helmut Diwald, Armin Mohler, David Irving, Bernard Wilłms.
NATION
W numerze 4-5/1991 znaleźć możemy dwa ciekawe teksty. Pierwszy to przemówienie, jakie na imprezie zorganizowanej przez Niemiecką Unię Ludową (DVU) w Passau wygłosił znany brytyjski historyk Dawid Irving. Powiedział on m. in.: „W tym roku znowu otrzymałem zakaz mówienia o pewnych sprawach. Chętnie powiedziałbym Państwu o jakich sprawach nie wolno mi mówić, ale tego mi również nie wolno Prawdopodobnie i Państwu w ogóle nie wolno zastanawiać się, jakie to są sprawy (…) Przewiduję, że: w ciągu pięciu lat główną walutą Austrii będzie marka niemiecka. Nie mogę powiedzieć, czy do tego czasu nastąpi również unia polityczna, ale marka zwycięży w Austrii z korzyścią dla ludności niemiecko-austriackiej. W ciągu następnych dziesięciu lat dawne niemieckie ziemie wschodnie powrócą do Niemiec (…) Za piętnaście lub być może dopiero za 20 lat Prusy Wschodnie powrócą do Niemiec (…) Ale jeszcze długo Niemcy będą okupowanym obszarem – także po wycofaniu się wszystkich obcych wojsk, gdyż także dusza niemiecka jest okupowanym terytorium, okupowanym przez amerykańskich bossów telewizyjnych, angielskich magnatów prasowych, przez ducha okupacji. Ten duch musi zostać bezwzględnie wypędzony z duszy niemieckiej. Wtedy Niemcy odkryją swoje imperium na Wschodzie. Taka jest moja przepowiednia: Dzięki marce naród niemiecki osiągnie wreszcie to, co kiedyś w 1941 roku usiłowano osiągnąć przy pomocy całkowicie fałszywych metod (…). Nadchodzi nowe stulecie i nowe tysiąclecie. W dwudziestym pierwszym wieku Niemcy będą zwycięskim mocarstwem (…) I dwadzieścia milionów Niemców, którzy zginęli w dwudziestym stuleciu, nie umarło daremnie. Jestem o tym przekonany, że XXI wiek będzie wiekiem narodu niemieckiego”. Pożyjemy, zobaczymy.
W artykule „Żałoba po arcybiskupie Lefebvre” Wolfgang Bendel pisze, że śmierć arcybiskupa zasmuciła nie tylko kręgi katolików-tradycjonalistów, ale ludzi wszystkich innych wyznań, którzy nie są obojętni na upadek wszelkich wartości. Arcybiskup i jego współpracownicy potrafili do tej pory skutecznie walczyć z wrogami wiary. Mimo szykan ze strony hierarchii i państwowych biurokracji, które pragną Kościoła przytakującego i bez zasad, mimo infiltracji i prowokacji dzieło arcybiskupa rozkwitało. Swój spór z duchem czasu rozpoczął abp Lefebvre po Soborze Watykańskim Drugim, który był dla niego zorganizowanym przez progresistów puczem przeciwko wszystkiemu, czego Kościół nauczał od wieków. Zamiast troszczyć się o zbawienie duszy wiernych, Kościół zaczął po Soborze interesować się wyłącznie sprawami doczesnego świata takimi jak nędza w Trzecim Świecie, ekologia, walka z rasizmem, walka o pokój i o raj na Ziemi. Kościół przestał odpowiadać na pytania o sens ludzkiej egzystencji. Nauka społeczna Kościoła stała się nieudolną kopią lewicowych utopii socjalnych. Skutki takiego stanu rzeczy to malejąca liczba wiernych, coraz mniej powołań kapłańskich, pustoszejące klasztory, dziwaczne sekty mnożące się jak grzyby po deszczu. Oto owoce Soboru! Oto skutki kolaboracji z duchem czasu! Skutki zastąpienia granitowego fundamentu dwa tysiąclecia liczącej tradycji Kościoła przez prymitywną wiarę w postęp, egalitarną ideologię, na której opiera się „filozofia dialogu” i „absurd ekumenizmu”. Bendel uważa, że dzieło arcybiskupa – Bractwo św. Piusa X przetrwa swojego założyciela, będzie rozwijać się i rosnąć, a On sam przejdzie kiedyś do historii jako wielki moralny i duchowy odnowiciel Kościoła. Był dla wielu ludzi, nie tylko katolików jak światło latami morskiej. Był również, twierdzi Bendel, jedynym katolickim świętym XX wieku.
EUROPA VORN
W numerze 16/1991 m. in. Stefan Schüter informuje o tym, jak USA zbroiły Irak, Alfred Schickel pokazuje, jaki obraz Hitlera miał Roosevelt, Marcus Bauer optuje za właściwym antyamerykanizmem, H. Rustemeyer dokonuje ostrej krytyki niemieckiej prawicy narodowej zarzucając jej niekompetencję, brak programu i wiele innych grzechów. W tym numerze również dwa interesujące artykuły na temat Republikanów i przyczyn ich klęsk politycznych. Rainer Vogel pisze m.in., że prezes Schönhuber po uzyskaniu fotela w Parlamencie Europejskim coraz częściej i dłużej przebywał w Brukseli zamiast zajmować się budową i organizowaniem partii, której działalność podporządkowana była potrzebie popularności u prezesa, zainteresowanego wyłącznie tym, jak dobrze wypaść w massmediach. Pojęcie prezesa o kierowaniu ludźmi, o polityce personalnej, wychowaniu narybku politycznego itd. było bardzo niewielkie. Partia nakierowana była na prezesa – to miało uczynić ją silną. Efekt: nieco ponad dwa procent głosów w wyborach parlamentarnych.
Osobą Schönhubera zajmuje się również Thorsten Thaler w artykule „Prezes partii bez partii” stwierdzając m. in. że Republikanie mają obecnie trzy problemy: pierwszy problem to Schönhuber, drugi problem do Schönhuber trzeci problem to Schönhuber. Kimkolwiek byłby Schönhuber, to jednym nie jest na pewno – politykiem, pisze Thaler. Brakuje mu wszystkiego, czego potrzebuje polityk, o mężu stanu nie wspominając: politycznego instynktu, wyczucia taktyki, myślenia koncepcyjnego. Całe życie był dziennikarzem: zaczynał jako reporter sportowy w finansowanej przez komunistów gazecie „Deutsche Woche”, potem był redaktorem naczelnym monachijskiej bulwarówki „tzn”, pisał dla liberalnej „Abendzeitung”, by w końcu zostać zastępcą szefa radia bawarskiego, które zbliżone jest do CSU. Jego zasługi w pierwszych sukcesach Republikanów są bezsprzeczne, ale najpóźniej po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 1989 roku, kiedy był u szczytu popularności powinien był dobrowolnie ustąpić ze stanowiska prezesa partii. To swojej próżności, miłości własnej, pogoni za popularnością, dążności do ciągłej obecności w mass-mediach zawdzięcza Schönhuber, że jest na najlepszej drodze, aby zostać prezesem partii bez partii. Jedyne co może jeszcze uratować Republikanów przed całkowitą katastrofą polityczną to zdjęcie Schönhuber ze stanowiska prezesa partii, pisze Thaler.
KOMM-MIT. EINE ZEITSCHRIFT FÜR AKTIVE CHRISTEN
Wydawany w Moguncji i bardzo dynamicznie redagowany miesięcznik dla młodzieży zajmujący się nie tylko tematyką religijną, ale również społeczną i polityczną. Ma nastawienie umiarkowanie konserwatywne. Redaktorem naczelnym jest Felizitas Küble. W numerze 7/1991 obok wypowiedzi brytyjskiego historyka i politologa, autora Historii współczesnego świata Paula Johnsona „Dlaczego wierzę w Boga” znaleźć można historię znanego powszechnie znaku pacyfistów. Znak ten (bez okręgu) jest dawnym germańskim runem śmierci. W czasie prześladowań pierwszych chrześcijan nazywany był krzyżem Nerona. Ten odwrócony krzyż wziął się stąd, że według przekazów, cesarz Neron kazał ukrzyżować św. Piotra głową w dół. Znaku tego używali zarówno wojownicy islamscy w czasie podboju Półwyspu Iberyjskiego, jak Saraceni walczący z Krzyżowcami. W średniowieczu był symbole kultów tajemnych, czarnych mszy, bluźnierstw itd. W czasie tych ceremonii używano wyryte w drzewie twarzy diabła mającej właśnie kształt krzyża Nerona. Szkocki reformator Jan Knox nazywał krzyż Nerona znakiem bestii. Symbol ten przez wieki pozostał ulubionym symbolem zwolenników okultyzmu. Komuniści w Związku Radzieckim malowali go na drzwiach zamkniętych lub splądrowanych kościołów. Członkowie niektórych grup palestyńskich walczących z Izraelem noszą na ramieniu czerwone opaski z krzyżem Nerona będącym znakiem „pokonanego Żyda”. Symbol ten przejęli pacyfiści w 1958, kiedy to organizatorom pokojowych marszów wielkanocnych podsunął go wybitny logik i matematyk, wróg chrześcijaństwa i sympatyk komunizmu, Bertrand Russel.
AUFTRAG UND ERBE
Dwumiesięcznik niemieckich monarchistów wiernych dynastii Hohenzollernów skupionych w istniejącej od 1955 roku organizacji Tradition und Leben. Numer 1/1991 przynosi programowy artykuł „Kim są niemieccy monarchiści?”, którego autorem jest Wolfgang Stribrny. Autor przypomina krótko historię niemieckich ugrupowań monarchistycznych po 1918 roku. Działalność niektórych z nich została zakazana przez władze Republiki Weimarskiej. Szansa na restaurację monarchii pojawiła się w 1932 roku – za takim rozwiązaniem opowiadał się kanclerz Brünning. Jednak sprzeciwił się temu prezydent Hindenburg. Po uroczystych obchodach 75-lecia urodzin cesarza Wilhelma II w 1934 roku działalność wszystkich grup monarchistycznych w Niemczech została zakazana przez rząd narodowosocjalistyczny. Hitler nigdy nie myślał o restauracji monarchii. Ruch monarchistyczny odrodził się w 1949 roku, kiedy to baron Henry von Massenbach założył czasopismo „Briefe für Tradition und Leben”, którego czytelnicy powołali do życia organizację Tradition und Leben. Pod koniec lat 60-ych z inspiracji pretendenta do tronu niemieckiego księcia Ludwika Ferdynanda Pruskiego powstało stowarzyszenie o nazwie „Zollernkreis”, które wraz z założonym w 1975 roku Instytutem Pruskim ma zadanie pielęgnować pruskie tradycje państwowe oraz niemiecką świadomość kulturalną i historyczną. Niemieccy monarchiści, wśród których jest dziś sporo młodych ludzi, działają i mają nadzieję, że przemiany polityczne w Niemczech i Europie otworzą drogę na tron niemiecki dynastii Hohenzollernów, a także innym lokalnym dynastiom – Welfów, Wettynów, Wittelsbachów.
W tym samym numerze relacja Knuta Wissenbacha z uroczystości koronacyjnej w Japonii w 1990 roku. Samuraje i gwardia wystąpili w tradycyjnych uniformach, z lancami i mieczami. Cesarz w specjalnym żółto-brązowym, jedwabnym kimonie, z drewnianym berłem w prawej ręce siedział na liczącym 6 metrów wysokości tronie symbolizującym górę, na którą 2600 lat temu jego boscy przodkowie zeszli na ziemię. Żona cesarza Michiko Shoda siedziała obok niego na niższym tronie. Zasłony okrywające tron zostały rozsunięte i Akihito ogłosił swoją intronizację. Wtedy podszedł do niego premier Toshiki Kaifu i wzniósł okrzyk: „Tenno heikabanzai!” co znaczy „Cesarz niech żyje 10000 lat!”. W osiem dni później, w nocy z 22 na 23 listopada odbyła się druga część ceremonii. Jej datę ustalili wróżbici na podstawie pancerzy żółwi. W tę noc cesarz dokonuje aktu zjednoczenia z należącą do jego przodków boginią Słońca Amaterasu, stając się w ten sposób żyjącym na ziemi bogiem. Chociaż poprzedni cesarz Hirohito pod naciskiem Amerykanów musiał zrezygnować po wojnie z oficjalnego występowania jako bóg, to religijne rytuały szintoizmu praktykowane były nadal. Rytuał zjednoczenia z boginią Słońca jest otoczony tajemnicą i nie ma żadnych jego opisów. Wiedzę o nim cesarz przekazuje ustnie swojemu następcy. W czasie tej ceremonii, podobnie jak w czasie wielu innych, cesarz jest sam.
W numerze 2 redakcja przedrukowuje pochodzący z 1934 roku artykuł z czasopisma SS „Das Schwarze Korps” na temat działalności charytatywnej cesarzowej Irminy. Organ SS złośliwie krytykuje „monarchiczne przeżytki” i postuluje: „Byłby wreszcie czas skończyć z tym całym feudalnym kramem”. Czy ktoś może jeszcze wątpić, że SS skupiała ludzi o bardzo postępowych poglądach?
STANY ZJEDNOCZONE
CHRONICLES. A MAGAZINE OF AMERICAN CULTURE.
Thomas Fleming prowadzi ten znakomity miesięcznik po wyraźnie wytyczonej linii w kierunku coraz silniejszej opozycji wobec całego, także konserwatywnego, establishmentu sprawującego obecnie polityczną i kulturalną władzę w USA. Pismo jest bezkompromisowe: „Nowy Porządek Światowy” prezydenta Busha to ulubiony cel ataków i szyderstw publicystów z „Chronicles”. W pierwszym zeszłorocznym numerze Fleming stwierdza, że do pierwszych owoców polityki rządu Busha na Bliskim Wschodzie należy podbój Libanu przez Syrię. Pod protektoratem Waszyngtonu Syryjczycy dokonali masakry libańskich chrześcijan praktycznie dokonując nieformalnej aneksji Libanu. Okazało się, że prezydent Assad to „skurwysyn, ale nasz skurwysyn”. Stanley D. Edwards opisuje rozrost artystycznego establishmentu w USA. Był to proces przebiegający paralelnie do stałej ekspansji „Ministerstwa Sztuki” (NEA). Powstała potężna maszyneria kulturalna zatrudniająca tysiące dobrze płatnych biurokratów od sztuki, mająca za zadanie „upowszechnianie kultury”. Edwards ukazuje wzajemne powiązania między menedżerami sztuki, biurokracją i artystami, których egzystencja w coraz większym stopniu zależy od „przyssania się” do funduszy państwowych.
Samuel Francis analizuje wyniki wyborów do senatu w Luizjanie, gdzie były Klansman Dawid Duke uzyskał 44% głosów. Republikanie i Demokraci porozumieli się łatwo, aby zagrodzić drogę Duke’owi. Zwalczające się na co dzień frakcje rządzącej oligarchii szybko znalazły wspólny język, gdy pojawiła się realna możliwość, że wygra ktoś spoza układu. Jeszcze raz słuszna okazała się opinia G. Wallace’a, że nie ma żadnej różnicy między Republikanami a Demokratami. Niezależnie od tego, jak ktoś ocenia osobę Duke’a i jego program, to duże poparcie jakie uzyskał wskazuje na to, że rośnie niezadowolenie wśród ludzi reprezentujących tzw. Middle America. Elity polityczne rządzące dziś w USA są zużyte pod każdym względem, kongres i prezydent zajmują się wyłącznie jedną sprawą: jak uchwalić budżet, żeby móc utrzymać wszystkich pasożytów nie doprowadzając równocześnie kraju do bankructwa. Wzajemnie powiązane ze sobą grupy zdominowały biurokrację polityczną, gospodarczą i kulturalną używając władzy do niszczenia tych nie-biurokratycznych instytucji społecznych, które stawiają opór ich hegemonii i ją ograniczają. Obecna elita używa jako ideologicznego instrumentu progresywistycznych i uniwersalistycznych ideologii, które usprawiedliwiać mają istnienie i trwanie całego aparatu władzy dokonującego redystrybucji bogactwa, „budującego” Nowy Porządek Światowy i zmieniającego tradycyjny ład społeczny poprzez oferowanie „terapii” dla każdego „problemu”.
Struktura władzy stworzona przez elitę jest równocześnie dogodnym żerowiskiem dla rozmaitych gangów i różnego rodzaju klik, których nie interesuje żadna ideologia, ale wyłącznie napychanie sobie kieszeni, utrzymanie posad i wpływanie na politykę w celu realizacji własnych interesów. Struktura ta, twierdzi Francis, jest skorumpowana i tyrańska, eksploatująca ład społeczny i zarazem niszcząca go. Normalnie wszyscy, którzy nie należą do elity, to „lud”, ale pisze dalej Francis, dziś w Ameryce nie ma już „ludu” w dawnym tego słowa znaczeniu, są tylko jego szczątki i fragmenty. Potrzebni są, zdaniem Francisa, ludzie, którzy zaczną zlepiać te fragmenty, aby mogła powstać nowa, radykalna siła polityczna, która rzuci wyzwanie aparatowi władzy i dokona demontażu systemu. Dzisiejsi konserwatyści z ex-redaktorem naczelnym „National Review” W. Buckley`em na czele wtopili się całkowicie w waszyngtońską nomenklaturę, ich język jest całkowicie anachroniczny i niezdolny jest stać się językiem ruchu politycznego, który wyłoni z siebie niezadowoloną i milczącą na razie „Middle America”. Thomas Fleming w artykule „Rozwód po włosku” omawia działalność Ligi Lombardzkiej będącej ruchem tych, którzy odrzucają obecny włoski system polityczny uznając go za skorumpowaną biurokrację spenetrowaną przez mafię.
Poza tym w numerze Tomisław Sunič pyta „Globalna wioska czy prawa narodów?”, T. Pappas analizuje pracę doktorską Marcina Lutera Kinga, która okazała się plagiatem, i pokazuje, jak zwolennicy Kinga usiłowali zatuszować całą sprawę; Thomas Molnar pisze list z Europy Wschodniej a Curtis Cate z Paryża, Allan C. Brownfeld snuje rozważania na temat antysemityzmu. Pisze on m. in., że niektóre środowiska dziennikarsko-polityczne np. redaktor naczelny pisma „Commentary” Norman Podhoretz pragną wprowadzić nową definicję antysemityzmu. Antysemitą miałby być każdy, kto w jakikolwiek sposób krytykuje politykę Izraela. Celem tych semantycznych zabiegów jest, według Bronfelda, uniemożliwienie dyskusji o problemach Bliskiego Wschodu. O antysemityzm, właśnie z powodu krytycznych uwag na temat polityki izraelskiej, oskarżony został Patrick Buchanan. On też dał cytowaną w artykule bardzo trafną definicję antysemityzmu. W pierwszym znaczeniu tego słowa jest to nienawiść do Żydów, co jest chorobą serca. Natomiast w drugim znaczeniu jest to: „rozpalone żelazo, przy pomocy którego wąska klika piętnuje heretyków nie uznających wyznawanej przez nią politycznej ortodoksji. Używa się go, aby zastraszać, cenzurować, zamykać usta, aby przeciąć dyskusję, niszczyć reputację ludzi i napiętnować ich tak, żeby każdy, kto na nich spojrzy zapytał: „Czy on czasami nie jest antysemitą?”. Nie będzie przesadą ocena, że „Chronicles” są obecnie najlepszym i najbardziej niezależnym pismem konserwatywnej prawicy w USA. Miejmy nadzieję, że nadal takim pozostanie.
THE FREEMAN. IDEAS ON LIBERTY
Miesięcznik wydawany przez zasłużoną dla wolnego rynku Fundację na Rzecz Kształcenia Ekonomicznego stoi niezłomnie przy zasadach klasycznego liberalizmu. W numerze 4/1991 w artykule G. Friedmana „Nauczyć się nie kochać rewolucji” znajdziemy opinię, którą powinni przemyśleć mieszkańcy Europy Wschodniej: „Rewolucja się skończyła. Jest czas, aby pójść do domu, zakochać się, wychowywać dzieci, robić pieniądze i umieć dostrzec świętość w banalności codziennego życia”. Problem w tym, żeby zrozumieli to rewolucjoniści, którzy zdobyli władzę. Poza tym w numerze Ronald G. Smith udowadnia, że prawa własności są kamieniem węgielnym praw człowieka, H. Lapp broni prawa do uczenia dzieci w domu, Dianne L. Durante i Savatore J. Durante krytykują państwową służbę zdrowia w artykule pod wymownym tytułem „Państwowa służba zdrowia – przepis na raj dla głupców”, Tibor R. Machan i Marek Thornton domagają się relegalizacji narkotyków stwierdzając, że Wojna z Narkotykami zainicjowana przez rząd prez. Busha zakończyła się całkowitą klęską: narkotyki można dziś swobodnie nabyć w więzieniach (w których liczba więźniów wzrosła w latach 1984-1988 o 35%), w Pentagonie, przed budynkiem Urzędu d/s Zwalczania Narkotyków. Spożycie narkotyków zwiększyło się (z wyjątkiem marihuany), wzrosła ilość zgonów związanych z narkotykami, pojawiły się nowe typy narkotyków takie jak kokaina do palenia czy syntetyczne opium.
Machan i Thornton uważają, że zaostrzenie prohibicji zmusza czarny rynek do większej ostrożności i zredukowania ryzyka, ale w taki sposób, by zyski nie uległy zmniejszeniu. Stąd produkowane są jedynie najsilniejsze wersje danego narkotyku, następuje porzucenie słabszych narkotyków np. marihuany na rzecz silnych jak kokaina i heroina, wymyśla się i produkuje narkotyki jeszcze silniejsze np. syntetyczne opium, które jest tysiące razy silniejsze niż zwykłe opium. Autorzy artykułu omawiają również dobroczynne skutki relegalizacji handlu narkotykami. W numerze 5/1991 m.in. J. Hood pokazuje niekorzystne efekty rządowych przepisów o „bezpieczeństwie i higienie pracy”, C. F. Horowitz przedstawia na wielu przykładach działalność organizacji homoseksualistów dążących do opanowania prawa i zdobycia takich przywilejów, które w rzeczywistości oznaczają ograniczenie wolności heteroseksualistów. Po raz kolejny okazuje się, pisze Horowitz, że grupy polityczne, które na swych sztandarach wypisują hasła wolności, tolerancji, praw człowieka itp., to w rzeczywistości żądni władzy totaliści. W tym samym numerze J. A. Maccaro na przykładzie budowy wodociągów miejskich w Filadelfii w 1797 roku ukazuje skalę marnotrawstwa i nieudolności organów państwowych, kiedy zajmują się one działalnością gospodarczą.
LIBERTY
Nr 4/1991 dwumiesięcznika libertarianów i klasycznych liberałów, którego naczelnym redaktorem jest R. W. Bradford, przynosi m. in. dalsze dyskusje na temat wojny nad Zatoką Perską. Ale na ten temat wszystko już zostało właściwie powiedziane, nikt nikogo nie przekonał, więc zagłębianie się w subtelne argumenty przeciwników i zwolenników amerykańskiej interwencji niewiele przyniesie szczególnie, że dziś wszyscy już o tej nieszczęsnej wojnie prawie zapomnieli. Poza tym Robert Higgs obala mit jakoby II wojna światowa przyniosła Ameryce prosperity, wręcz przeciwnie, twierdzi Higgs – pogłębiła i przedłużyła depresję gospodarczą; R. Weaver porównuje libertarianizm i konserwatyzm (ten klasyczny esej ukazał się po raz pierwszy w 1960 roku) dochodząc do wniosku, że między oboma nurtami istnieje silny i nierozerwalny związek; R. W. Bradford udowadnia, że wiele panik ekologicznych organizowanych jest przez mass-media po to, aby dostarczyć argumentów zwolennikom zwiększania interwencji rządowej i zmniejszenia zakresu wolności indywidualnych; W. Holtz przypomina postać jednej z libertariańskich świętych Róży Wilder Lane, autorki książki Odkrycie wolności, zacieklej przeciwniczki roosveltowskiego Nowego Ładu, która w czasie wojny na znak protestu przeciw wprowadzeniu racjonowania, nie odbierała z odpowiedniego urzędu kartek żywnościowych.
Uważała ona, że wojna prowadzona w imię likwidacji narodowego socjalizmu jest bezsensowna, skoro rząd amerykański przejął w istocie hitlerowską filozofię polityczną. Ostrzegała Amerykanów przed pełzającym socjalizmem, przed New-Dealowską tajną policją, krytykowała używanie w amerykańskich szkołach książek inspirowanych ideologią komunistyczną, odmawiała płacenia podatku dochodowego uważając, że jest to zwyczajny rabunek, do końca życia nie przyjęła numeru identyfikacyjnego Social Security i nie przyjmowała wypłacanej jej emerytury. Do legendy przeszła jej słynna rozmowa z policjantem, którego przysłano do niej w związku z jej „działalnością wywrotową”, czyli publicznym krytykowaniem systemu ubezpieczeń społecznych i nazywanie go „hitlerowskim”, jako że Hitler twórczo rozwinął według niej bismarckowski system ubezpieczeń społecznych. Kiedy policjant powiedział do niej: „Nie podoba mi się pani postawa”, Róża Wilder Lane wykrzyknęła z furią: „Panu się nie podoba moja postawa! Jestem obywatelką amerykańską. Wynajmuję pana i płacę panu. A pan ma czelność kwestionować moją postawę. To mnie nie podoba się pańska postawa. Co to jest – Gestapo?” Dzielna ta kobieta, nękana przez FBI i urząd podatkowy do końca pozostała nieugięta. Może zostanie kiedyś bohaterką szkolnych czytanek w Ameryce. Z poloników wymieńmy recenzję Krzysztofa Ostaszewskiego z książki Stanisława Tymińskiego Święte psy i program, z jakim Tymiński startował w wyborach prezydenckich.
RELIGION AND LIBERTY
Od pewnego czasu w Stanach Zjednoczonych rozwija się ruch chrześcijańskich libertarianów, usiłujący, nie bez powodzenia, łączyć wartości religijne z liberalizmem gospodarczym. Jednym z najprężniejszych ośrodków ruchu jest The Acton Institute wydający biuletyn „Religion and Liberty”. Numer 5 biuletynu zawiera m.in. ciekawy wywiad z W. Simonem, niegdyś sekretarzem skarbu w rządzie Nixona, a obecnie znanym biznesmanem. Simon – nota bene praktykując katolik – podkreśla, że jedną z przyczyn „wojny przeciwko bogatym” jest niemal całkowita ignorancja amerykańskiego kleru w kwestiach gospodarczych. Wielu hierarchów zdaje się nie rozumieć, że system prywatnej przedsiębiorczości, oparty jest na chrześcijańskich naukach moralnych, i że zanik tych cech wśród wielu przedsiębiorców jest skutkiem interwencji rządowych urzędników w sferę biznesu. Simon krytykuje także rządowe programy eliminacji ubóstwa jako niemoralne i uzależniające biednych od armii urzędników socjalnych. „Nawet gdyby programy rządowe mogły rozwiązać wszystkie nasze problemy, nie byłby to przykład postępowania zgodnego z duchem Ewangelii, która wymaga osobistego zaangażowania w pomoc dla innych ludzi. Wydawanie cudzych pieniędzy poprzez rządowe programy to coś zupełnie innego niż własna ofiara” – twierdzi. Skutkiem postępowych eksperymentów typu Food Stamps czy Medicare nie jest zmniejszenie się liczby biednych, ale zanik powszechnej niegdyś wśród Amerykanów cnoty dobroczynności. „Stańczyk” poleca wywiad z Simonem jako lekturę działaczom ZChN-u.
W tym samym numerze biuletynu artykuł o. Roberta A. Sirico o „wewnętrznych banitach” w Kościele, czyli o przedsiębiorcach potępianych przez swoich księży za uprawianie biznesu, a także przypomnienie postaci jednego z patronów Instytutu Actona Fryderyka Bastiata oraz omówienie jednego z mniej znanych dzieł autora Prawa, wydanego niedawno zbioru esejów pt. Opatrzność i wolność.
REASON
Miesięcznik wydawany przez Reason Foundation, która swoją siedzibę ma w Santa Monica (Kalifornia). Na czele pisma stoją Robert W. Poole, Jr i Virginia Postrel, a do stałych współpracowników należą W. Tucker, Walter E. Williams, Tom Bethel, Dawid Brudnoy, Tomasz Szasz, Karol Zinsmeister. „Reason” to czasopismo poświęcone głównie problemom politycznym, kulturalnym i ekonomicznym widzianym z perspektywy umiarkowanego i odpowiedzialnego libertarianizmu. Numer 7/1991 jest prawie w całości poświęcony sytuacji w Związku Radzieckim. M. in. P. Craig Roberts pisze o prywatyzacji w tym kraju. Jest to prywatyzacja przebiegająca poza prawem i odbywa się, zdaniem Craiga, ponieważ rząd jest bezsilny i sparaliżowany. W numerze znaleźć można również ciekawy artykuł o J. Hinckley’u – sprawcy zamachu na prezydenta Reagana przed dziesięciu laty. Autor artykułu znany libertariański psychiatra, czy raczej antypsychiatra, Tomasz Szasz pragnie na przykładzie Hinckley’a udowodnić, że psychiatria w USA jest wykorzystywana jako narzędzie kary, Hinckley został bowiem uznany za schizofrenika i umieszczony w szpitalu psychiatrycznym. Jego czyn nie jest więc przestępstwem, lecz symptomem choroby. Innymi słowy tak jak kaszel i gorączka są symptomami gruźlicy, tak symptomami schizofrenii są w przypadku Hinckley’a: kupienie broni, załadowanie jej, wycelowanie w prezydenta i strzelenie doń. Dziwne jest to, pisze Szasz, że „choroba” Hinckley’a jest jednak trudna do uleczenia, gdyż mimo wieloletniej terapii nie wykazuje on żadnych symptomów poprawy. Szasz uważa, że Hinckley jest winny jednego z najcięższych przestępstw – próby zamordowania głowy państwa. Dlatego powinien zostać osądzony, skazany na śmierć i stracony. Co więcej, sam Hinckley tego właśnie chciał. Kiedy to się nie udało, próbował popełnić samobójstwo, co zostało również uznane za symptom schizofrenii. Przypadek Hinckley’a to według Szasza przykład psychiatrycznej szarlatanerii na bezprecedensową skalę, szarlatanerii, której udało się zyskać dziennikarską, sądową i medyczną sankcję. Biada krajowi, pisze Szasz, który swoich przestępców uznaje za chorych, szpitale zamienia w więzienia, a strażników więziennych nazywa lekarzami.
ZJEDNOCZONE KRÓLESTWO
FREEDOM TODAY
Dwumiesięcznik wydawany przez The Freedom Association – stowarzyszenie związane z Partią Konserwatywną, na którego czele stoją lord De L`isle, Włodzimierz Bukowski, M. Ivens, prof. R. V. Jones. Pismo redagują Norris McWhirter i Filip Vander Elst. Można tu znaleźć obok wielu informacji, komentarzy i recenzji także większe programowe artykuły. I tak w numerze 3/1991 Filip Vander Elst zamieszcza tekst „Przyszłość konserwatyzmu”. Autor uważa, że w erze masowej demokracji zadaniem konserwatystów jest zarówno obrona autorytetu państwa przed wchłonięciem go przez prawa i roszczenia jednostek, a równocześnie obrona własności prywatnej i wolności indywidualnej. Rosnąca potęga rządu i rozszerzający się zakres interwencji rządowej skłaniały konserwatystów do walki z socjalizmem, co czynili nawiązując do tradycji klasycznego liberalizmu. Konserwatystom brytyjskim udało się uchronić kraj przed socjalizmem, który chcieli „zbudować” la- bourzyści. Ale niebezpieczeństwo wcale nie zniknęło na zawsze. Chociaż udało się zmniejszyć państwo, ograniczyć podatki to nadal niewiele zrobiono „w temacie” – państwo opiekuńcze. Nadal służba zdrowia i szkolnictwo oparte są na socjalistycznych zasadach. Konserwatyści powinni w tych dziedzinach tak daleko przesunąć granice wolności, aby żaden socjalistyczny rząd nie mógł ich już cofnąć. Ale konserwatyzm, pisze Filip Vander Elst, to coś więcej niż opór wobec socjalizmu i poparcie dla ekonomicznej wolności i gospodarki rynkowej.
Konserwatyzm to zachowanie i odnowienie naszej tradycyjnej zachodniej kultury, czyli zachowanie i odnowienie norm kulturalnych i społecznych instytucji, będących integralną częścią naszego cywilizacyjnego dziedzictwa, włączając w to dziedzictwo wolności. Religia, małżeństwo i rodzina, poszukiwanie moralnej doskonałości i kulturalnej znakomitości są niezbędne dla przetrwania wolnego i cywilizowanego społeczeństwa. Wolność tak, ale nie moralny i kulturalny relatywizm, zagrażający zarówno wolności, jak i tkance społecznej. Wolność nie powinna być traktowana jako cel sam w sobie, ale jako środek osiągania prawdy, możliwość osobistego i moralnego rozwoju człowieka. Jeśli mówimy, że wolność jest czymś dobrym, to dokonujemy wyboru wartości. Oznacza to, że ponad wolnością stoi obiektywny porządek moralny. Konserwatyzm musi nadal akcentować to, co akcentował zawsze, a mianowicie, że trzeba zachować równowagę pomiędzy różnymi wolnościami, między ładem a wolnością, wolnością a cnotą.
Misją konserwatyzmu, zarówno dzisiaj, jak i w przyszłości jest obrona patriotyzmu i poczucia narodowego przed wzbierającą falą europejskiego federalizmu i zachłannością ponadnarodowych struktur (tu autor nawiązuje do swojej książki Odeprzeć Lewiatana. Przeciwko państwu europejskiemu). To właśnie państwa narodowe i związane z nimi tradycje i uczucia są przeszkodą dla powstawania bloków totalitarnej władzy i utrudniają rozprzestrzenianie się ideologii totalitarnej. Powstanie państwa europejskiego niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw i „europejscy” idealiści przeżyją jeszcze niejedną przykrą niespodziankę, kończy swój artykuł Filip Vander Elst. W piśmie znaleźć można również godny zacytowania fragment przemówienia p. Małgorzaty Thatcher: „W epoce materializmu, opowiadamy się za wartościami. W epoce egoizmu opowiadamy się za służbą. W epoce grupowych interesów podnosimy flagę patriotyzmu, honoru, rodziny, odwagi, uczciwości i zdolności do poświęceń. Cywilizowane obyczaje to nie permisywizm. Nie pozwalamy sobie ani nie zachęcamy innych do przekraczania granic sumienia, moralności i prawa. Dzieje się tak dlatego, że jesteśmy partią wolności, a więc partią prawa”.
PERSPECTIVES
Pismo jest wydawane nieregularnie przez wydawnictwo Transeuropa, mające siedzibę w Londynie. Redaktorem naczelnym jest Peter Drew. O charakterze pisma najlepiej świadczy jego podtytuł: „European identities, autonomies and initiatives”. „Perspectives były powiązane z nieistniejącą już grupą IONA (Islands of North Atlantic). W numerze 2, wydanym latem 1991 r. możemy przeczytać tekst Artura Branda, „Time to «balkanise» Yugoslavia?”. Autor twierdzi, że termin „bałkanizacja” jest nadużywany. Konflikty na Bałkanach mają swoją przyczynę nie w ich różnorodności, ale w próbach narzucania im nieodpowiednich struktur. Taką nieadekwatną strukturą była również komunistyczna Jugosławia. W momencie jej rozpadu sytuację dodatkowo komplikuje fakt istnienia mniejszości w łonie usamodzielniających się republik np. Węgrzy i Albańczycy w Serbii albo Serbowie w Chorwacji.
Robert Steuckers, wydawca belgijskich czasopism „Vouloir” i „Orientations”, w artykule „Europa to nie Zachód” pisze o Nowej Prawicy Alaina de Benoist i Guy Faye`a. Stara Prawica posługiwała się raczej hasłem „Obrony Zachodu”, „Nouvelle Droite”, związana z niemieckimi konserwatywnymi rewolucjonistami i myślicielami narodowo-rewolucyjnymi, występuje raczej w imieniu Europy. Nowa Prawica występuje przeciwko amerykańskim wpływom kulturalnym, przeciw chrześcijaństwu i modernistycznym sektom. Steuckers opowiada się za „kulturą ludową”, przeciw „kulturze elit”, wyrażającej się w chrześcijaństwie karoliniańskim albo chrześcijańskim autorytaryzmie, klerykalizmie i monarchizmie. Wysoko ocenia niemieckie i skandynawskie osiągnięcia w ciągu ostatnich dwóch stuleci, osiągnięcia wynikające ze społecznej harmonii i ograniczenia zachodniego indywidualizmu. Według autora zarówno amerykańscy liberałowie, jak i pseudoradykałowie produkują wyłącznie doktryny o manipulanckiej naturze. Natomiast nasza Europa nie jest doktryną, ale ojczystą ziemią, na której powstało tak wiele wspaniałych rzeczy.
Peter Drew tekście „Organic identity, the living reality” twierdzi, że nacjonalizm odradza się na Wschodzie, a ginie na Zachodzie. Uważa to jednak za zjawisko przejściowe, gdyż człowiek żyje w różnych wymiarach, nie tylko w narodowym. Wyróżnia następujące poziomy: jednostka – rodzina – społeczność pracownicza – miasto – dystrykt – region – naród – kontynent – rasa – gatunek – planeta. Każdy z tych szczebli musi być traktowany jako niezbędny. Nie dostrzega tego dominujący współcześnie liberalny kapitalizm. Skupia się on na jednostce, choć dostrzega również rodzinę, co prawda raczej w jej nuklearnej wersji. P. Drew twierdzi, że należy myśleć bardziej globalnie i traktować nie tylko ziemię, ale również galaktykę i kosmos w kategoriach kolektywnych organizmów.
AUSTRIA
DIE WEISSE ROSE. ZEITSCHRIFT GEGEN DEN ZEITGEIST
Ukazujące się od ponad roku nieregularne czasopismo austriackich katolickich konserwatystów, które redagują Matthäus Thun-Hohenstein i Albert Pethö. W numerze 1 w słowie od redakcji czytamy: „To pismo jest eksperymentem. Będzie ono próbować stać się organem austriackiego konserwatyzmu. Wszyscy wiemy zarówno o trudnościach, jak i o konieczności takiego przedsięwzięcia. Rewolucja Francuska wywarła tak trwały, co fatalny wpływ na duchową historię Europy. Nacjonalizm, liberalizm i socjalizm w ich najgorszych formach są dziećmi tej rewolucji. Podobnie jak konserwatyzm tworzył się poprzez wrogość wobec niej, tak i my pragniemy wpisać się w tę tradycję zwalczając światopoglądy, pragnące Boga zastąpić przez naród, emancypację i kolektywizm”.
Ronald Schwarzer w eseju „Mit Austrii” stara się zrekonstruować dawny, królewski wymiar Austrii przywołując dawnych władców i ich dzieła, przypominając religijne i państwowe symbole wyrażające religijno-polityczną jedność Rzeszy, której Austria jest spadkobierczynią. Austria to nie tyle „lepsze” niemieckie państwo, ale idea lepszego państwa. Nie można mówić narodzie austriackim, gdyż Austria była zawsze ponadnarodowa, stojąca ponad narodami, była pozostałością uniwersalnej Rzeszy, w której wszystkie narody mogły żyć w pokoju. Narodowościowe walki w 1848 i 1918 roku są przykładem destrukcji tego ładu na korzyść narodowych egoizmów.
Dzisiaj, pisze Schwarzer, powracają dawne symbole: korona Stefana na Węgrzech, orzeł z koroną w Polsce, czeski lew z koroną. Pojawia się dążenie do odbudowy jedności Europy Środkowej wyrażające tęsknotę za Rzeszą, będącej wyrazem każdej wyższej kultury. Także Austria musi powrócić do swych korzeni, do dawnej, właściwej, metafizycznej Austrii, do katolicyzmu, do monarchii, do dwugłowego orła symbolizującego prawdziwą misję Austrii i uzasadniającego jej istnienie. W artykule „O monarchii” ten sam autor przedstawia swoje monarchistyczne credo odrzucając sentymentalno-kiczowato-nostalgiczno-muzealny monarchizm na rzecz bojowego ruchu konserwatywno-monarchistycznego, którego celem byłaby zmiana formy państwa i konstytucji. Wzór dla monarchii widzi Schwarzer w Kościele katolickim, którego monarchiczną strukturę ustalił Chrystus. Chrześcijański władca sprawuje rządy z Bożej łaski. W tradycji Rzymskiego Imperium od Augusta do Franciszka II trwa instytucja uniwersalnego cesarstwa. Od Konstantyna – z wyjątkiem kilku apostatów – cesarz był chrześcijaninem. Kościół i Rzesza są ze sobą ściśle związane. Stąd wymiar sakralny godności cesarskiej. Cesarz jest rzecznikiem Chrystusa w sprawach ziemskich i jako quasi-episcopus rządzi chrześcijaństwem. Koronał Rudolfa II w wiedeńskim skarbcu symbolizuje tę jedność korony i mitry.
Poza tym w numerze Walter Tancsits pisze o „Obchodzeniu się z historią” oskarżając tzw. obóz mieszczański, czyli przede wszystkim Austriacką Partię Ludową, że nie przeciwstawiła się przeprowadzonej przez lewicę reformie oświatowej, która zniszczyła humanistyczne wychowanie, a wraz z nim wiedzę o historii, co pozwala lewicy bezkarnie manipulować historią, zniekształcać ją i taką zniekształconą wersję wtłaczać w głowy najmłodszego pokolenia. Ksiądz Reinhard Knittel w artykule „Quo vadis Ecclesia” zastanawia się nad przyczynami głębokiego kryzysu Kościoła w Austrii. Ksiądz Knittel jest inicjatorem Mszy św. w rycie trydenckim, która odbywa się w każdą niedzielę w wiedeńskim kościele sióstr salezjanek. Był za to wściekle atakowany w prasie, otrzymywał listy i telefony z pogróżkami itp. Najważniejszym politycznym artykułem numeru jest „Mieszczańska tragedia” Alberta Pethö. Dokonuje on zasadniczej krytyki Austriackiej Partii Ludowej, która stała się papierowym tygrysem, dawną odwagę i bezkompromisowość zastępując chęcią posiadania najlepszego miejsca przy korycie. Nie jest już ona partią chrześcijańsko-konserwatywną, ale partią pluralistycznego braku zasad i poglądów. Zamiast spróbować przynajmniej sojuszu z narodowymi liberałami stworzyła wielką koalicję z Partią Socjalistyczną, partią, która zalegalizowała zabijanie nienarodzonych dzieci, upaństwowiła gospodarkę, przykręca maksymalnie śrubę podatkową, prowadzi sprzeczną z interesami kraju politykę zagraniczną, demontuje armię, wspiera skrajnie lewicową politykę w kulturze i oświacie.
Partia Ludowa stała się młodszym partnerem socjalistycznego reżimu porzucając swoje chrześcijańsko-konserwatywne korzenie i wrogość wobec socjalizmu, dostosowała się do ducha czasu, stając się partią bez zasad i ideałów. Dlaczego, pyta Pethö, konserwatysta miałby nadal głosować na Partię Ludową? Przecież ta partia już dawno przestała go reprezentować. Nadchodzi czas na prawdziwy zwrot w polityce państwa. Ten zwrot już się rozpoczął. Spowodowały go: wewnętrzny kryzys austriackiego socjalizmu, polityczny i moralny rozkład partii socjalistycznej, który rozpoczął się już pod koniec ery Kreisky’ego. Najwyższy czas, pisze Pethö, aby gnijący austriacki socjalizm przeznaczyć na kompost a funkcjonariuszy pozbawić posad rządowych i wysłać na emerytury lub postawić przed sądem. Jeśli Partia Ludowa nie oczyści się wewnętrznie, jeśli nie powróci do chrześcijańsko-konserwatywnych korzeni, to konserwatyści, którzy nie chcą głosować na narodowych liberałów, będą musieli zbudować własną partię, w której będą się czuli u siebie. „Die Weisse Rose” atakuje również bardzo ostro państwowy monopol w radiu i telewizji (ORF), opanowanych przez lewicę, zakłamanych i prowadzących indoktrynację w duchu socjalistycznym.
Oprócz tego w numerze Mateusz Thun-Hohenstein omawia sytuację w krajach dawnego bloku radzieckiego, Walter Koschatzky krytykuje plany przekształcenia zamku i parku Schönbrunn w rodzaj Disneylandu a Robert Chlad kreśli sylwetkę św. Klemensa Marii Hofbauera (1751-1820), jednego z wybitnych przedstawicieli austriackiego życia duchowego. Miejmy nadzieję, że „Die Weisse Rose” utrzyma wysoki poziom, i stanie się ważnym pismem wyrażającym poglądy młodej, bezkompromisowej prawicy konserwatywnej w Austrii; jedno z haseł tej prawicy brzmi „101 lat socjalizmu to za wiele” (w 1990 roku minęło 101 lat od założenia Socjalistycznej Partii Austrii). I z pewnością wniesie znaczący wkład w położenie kresu dominacji socjalistów w życiu politycznym i kulturalnym Austrii.
KOMMENTARE ZUM ZEITGESCHEHEN
Założone w 1963 roku niewielkie pismo wydawane jest przez prawicę narodową określaną w Austrii jako „deutsch-national”. Na czele pisma stoją A. i M. Wolf oraz Konrad Windisch. W każdym numerze zamieszczone są krótkie komentarze i informacje przeplatane ostrymi atakami na polityczny i mass-medialny establishment Austrii. W numerze listopadowym z 1991 roku znaleźć można artykuł na temat manii przepraszania w polityce, informację o odnalezieniu akt KGB rzucających nowe światło na słynny lot Rudolfa Hessa do Anglii (archiwa brytyjskie obejmujące tę sprawę mają zostać udostępnione w roku 2017), o tym jak FDP-owska Fundacja Naumanna w Niemczech zatrudnia na luksusowych lukratywnych posadach „liberałów” z Liberalno-Demokratycznej Partii Niemiec, czyli dawnej sojuszniczki SED, o tym, że bliska Willy`emu Brandtowi Greczynka Margarita Mathiopoulos (Brandt forsował nawet jej kandydaturę na rzecznika zarządu SPD) „zapomniała” zaznaczyć w swojej pracy doktorskiej, że wiele fragmentów tej pracy to cytaty z prac innych autorów.
W numerze grudniowo-styczniowym (1991/92) ciekawa informacja o tym, jak to wicekanclerz Busek i minister oświaty Scholten (pierwszy socjalista, drugi chadek) interweniowali u nuncjusza papieskiego chcąc przeszkodzić objęciu biskupstwa St. Polten przez księdza Krenna, znienawidzonego przez całą lewicę austriacką. Zagrozili nawet, że rząd zajmie się tą sprawą. Pismo przytacza również wypowiedź rzecznika rządu japońskiego Nobuo Ishihary z okazji 46 rocznicy kapitulacji Japonii: „Nie sama Japonia, ale również USA i cały świat ponoszą winę za ostatnią wojnę światową. Japonia nie ma zamiaru ryczałtem się kajać. Za kilkadziesiąt, a może za sto lat, będzie można sprawiedliwie osądzić, kto przede wszystkim jest odpowiedzialny za tę wojnę”. W Japonii czci się dziś oficjalnie pamięć siedmiu generałów (wśród nich generała Hideki Tojo), którzy zostali po wojnie straceni przez Amerykanów. Wzniesiono pomniki ku ich czci, które stały się miejscem prawdziwych pielgrzymek. Napisy na pomnikach mówią o „siedmiu godnych, prawych samurajach i męczennikach”. W Japonii nie prowadzi się żadnych publicznych debat nad współwiną cesarza w wybuchu II wojny światowej. Również w podręcznikach szkolnych do historii nie ma na ten temat ani słowa. General Tojo jest w nich określany jako wybitny dowódca wojskowy.
WŁOCHY
ELEMENTI
Wydawany we Florencji miesięcznik Nowej Prawicy. Redaktorem naczelnym i wydawcą jest Marco Tarchi. W marcowym numerze z 1991 r. pisze o wojnie w Kuwejcie. Twierdzi, że była ona poprzedzona ofensywą propagandową Zachodu nie mającą precedensu w dotychczasowej historii. Przekroczono w niej bariery zdrowego rozsądku i umiarkowania. Saddama Husseina nazwano „złodziejem z Bagdadu”, został on określony mianem „doskonałego przykładu zachodniego nihilizmu i faszyzmu”. W ideologii partii Baas dopatrzono się elementów Wille zur Macht Nietzschego, poglądów Houstona Chamberlaina i Alfreda Rosenberga; ktoś nawet usłyszał w niej fruwające Walkirie. Przeciwnik musi być ośmieszony i poniżony za wszelką cenę. Mario Sanesi przybliża nam sylwetkę Renzo de Felice w tekście „Mussolini e il professore”. Profesor traktował swoją wielką biografię duce jako pogłębienie historii Włoch tego stulecia. Biografia ta potwierdza tezę, że włoski faszyzm nie sprowadzał się do Mussoliniego, lecz było to złożone zjawisko społeczne.
Mario Bernard Guardi twierdzi, że dla Kundery Zachód jest niepotrzebny, a Józef del Ninno zastanawia się, jaki jest związek między końcem historii Fukuyamy a marksistowskim Królestwem Utopii. Numer kwietniowy to przede wszystkim „Planetarny żandarm” Alana de Benoist. Autor przypuszcza, że operacja „Pustynna burza” stanowi początek nowego okresu polityki kanonierek. Administracja waszyngtońska jest przekonana, że opinia publiczna akceptuje tego typu operacje „chirurgiczne” w odróżnieniu od długotrwałej wojny typu wietnamskiego. Po upadku ZSRR miażdżąca różnica potencjałów między USA a potencjalnymi przeciwnikami uprawdopodobnia multiplikację wariantu kuwejckiego. Przecież aktualnie Stany Zjednoczone są jedynym krajem, który łączy potęgę ekonomiczną z finansową, militarną z kosmiczną, naukową z technologiczną, agrarną z przemysłową, posiada duże zasoby nacjonalizmu i znaczące bogactwa naturalne. W przyszłości będzie postępowało zbliżenie USA z Kanadą i Meksykiem, jak również z Izraelem i Chinami. W drugim obozie znajdą się: Europa, ZSRR, Japonia, kraje arabskie, Ameryka Łacińska i Indie. Rząd amerykański powoli dochodzi do przekonania, że taki układ będzie mniej kosztowny i wygodniejszy. Ale jest to kwestia dalekiej przyszłości. Aktualnie Stany Zjednoczone będą odgrywać rolę światowego żandarma, bo nie mają innego wyjścia. W tej chwili nikt ich nie może w tej roli zastąpić.
Łukasz L. Rimbotti zastanawia się nad fenomenem wielkomiejskiego neopoganizmu. Religia ta jest wyznawana przez metalowców – ostatnie białe plemię XX wieku. W 60-ych latach hard-rock uprawiały takie grupy jak Deep Purple, Led Zeppelin i Black Sabbath. Nowszy heavy metal reprezentują np. angielski Iron Maiden, niemieccy Scorpions czy amerykański Queensryche. Ich muzyka została nazwana bluesem dla (białych). Black Sabbath swój ostatni longplay zadedykował Tyrowi, „najwyższemu niebiańskiemu bogu północnych ludzi”. Koncert jest rodzajem mszy. Solista spełnia rolę głównego kapłana. Kimś takim był Jim Morrison, charyzmatyczny lider zespołu The Doors. Interesował się kultem peyotlu u północnoamerykańskich Indian, podziwiał Aldousa Huxleya i Williama Blake’a. Koncert rockowy jest wielkim zbiorowym przeżyciem, czymś na kształt starożytnych bachanaliów. Antyczność splata się tu ze współczesnością – jest to wielkomiejski neopoganizm.
W majowym numerze zwraca uwagę artykuł Łukasza L. Rimbottiego „Prussia addio”. Autor jest przekonany, że NRD miała niewiele wspólnego z dyktaturą proletariatu, natomiast była w dużym stopniu ucieleśnieniem idei Volksstaat, sformułowanej onegdaj przez Fichtego. Według historyka Wincentego Collottiego Izba Ludowa wyrażała „zorganizowany konsensus, oparty na platformie akceptowanej przez wszystkie siły polityczne”. Jest to forma zbliżona do demokracji plebiscytarnej, opracowanej w swoim czasie teoretycznie w Niemczech. NRD uznała za swoją sporą część niemieckiej historii. Na przykład w dziedzinie wojskowości odwoływano się do chłopskich oddziałów z XVI wieku, zaakceptowano legion rosyjsko-niemiecki walczący przeciw Napoleonowi, później również wielkich generałów Scharnhorsta, Clausewitza, Blüchera i Gneisenau`a. Również w odniesieniu do nowszej historii występowały tendencje rewindykacyjne, początek dała SED, proponując już w 1949 r. generalną amnestię dla wszystkich narodowych socjalistów. Wykorzystywano naukowców i technokratów pracujących dla Hitlera. W elitarnym Klubie Drezdeńskim spotykali się wysocy dygnitarze, intelektualiści i byli baronowie. Socjalistyczna Arbeitsfreude niewiele różniła się od narodowosocjalistycznej Kraft durch Freude. Radość tworzenia i poświęcania się, ta stara utopia germańska, cały czas była obecna w sposób bardzo wyrazisty. Przyznawano się do Fryderyka Wielkiego, podkreślając jego zasługi architektoniczne, doceniano Lutra jako patrona ojczyzny, chwalono Tomasza Muentzera za to, że odkrył znaczenie jednoczące kolektywnego kultu.
W Weimarze bardzo pieczołowicie troszczono się o literacką sławę niemiecką, upostaciowioną w Goethem i Schillerze. Pierwiastek nacjonalistyczny zawsze był silniejszy od marksistowskiego, było to ewidentne nawet w przypadku takich uroczystości jak świecka konfirmacja, w trakcie której pionierzy przysięgali pracować i walczyć dla narodu niemieckiego. Niewątpliwie NRD w mniej lub bardziej udany sposób kontynuowała tradycje pruskiego socjalizmu. Krystyna Wolf pyta, co pozostanie z NRD. Pozostanie duch pruski, opisywany kiedyś w książkach Teodora Fontane, pozostanie typ człowieka, reprezentowany przez Kanta i Winckelmanna, milczących twórców niezmiennej głębi, nazwanych „Grekami w duszy”. Aktualnie mało kto o tym myśli – zjednoczenie z Europą oznacza, że na jakiś czas gmach giełdy we Frankfurcie staje się ważniejszy od pruskich sentymentów.
Lucjan Pignatelli w artykule „La fabbrica dei mostri” ocenia politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Przypomina zapomnianą już obecnie operację „Słuszna sprawa” w Panamie. Panama została oderwana od Kolumbii w 1903 r. po to, aby łatwiej można było wybudować na korzystnych warunkach transoceaniczny kanał. Przez dziesiątki lat obywatele Panamy czuli się dyskryminowani przez aroganckich gringos. W 1963 r. w mieście Colon odbył się „marsz głodowy”, w następnym roku podobna demonstracja miała miejsce w stolicy, gdzie żołnierze USA strzelali do tłumu. Rozpoczęły się rozmowy w kwestii renegocjacji warunków traktatu dotyczącego wykorzystania kanału. W 1977 r. Carter i Torrijos podpisują traktat, przewidujący oddanie kanału Panamie w 2000 r. Po śmierci Torrijosa w Panamie faktycznie rządzi były agent CIA Manuel Noriega, który wymyka się spod północnoamerykańskiej kurateli – nie zwalcza sandinistów i handluje z Kubą. W północnoamerykańskich mediach zaczyna się kampania oczerniania Noriegi, analogiczna do późniejszej kampanii zniesławiania Saddama Husajna. Następnie ma miejsce interwencja, powodując śmierć trzech do czterech tysięcy osób. Trudno przypuszczać, aby interwencja w Panamie pozostawała bez związku ze zbliżającym się terminem wykonania układu Carter-Torrijos. Aktualne kierownictwo Panamy jest o wiele posłuszniejsze niż „potwór z ananasową twarzą”.
W numerze 6 z października 1991 r. rozważania Tomisława Suniča zatytułowane: „Czerwone cienie nad Bałkanami”. Emigracyjny publicysta jugosłowiański stwierdza, że nie ma końca historii. O nowej konfiguracji Europy nie decyduje teologia rynku, ale historyczne racje narodów. Liberalna utopia ekumenicznej demokracji, opracowana w Waszyngtonie i Paryżu, przegrała z mistyką krwi i ziemi. Eksplozja na Bałkanach oznacza wielki historyczny powrót, przewidziany przez Ernsta Jüngera. Powstanie Jugosławii oznaczało częściową realizację mesjanistycznych rojeń panslawistów. Poparła je jakobińska Francja, a wykonawcą była prawosławna i mroczna Serbia. Ojcem chrzestnym Jugosławii był jednakże Woodrow Wilson, głoszący demokrację globalną i samostanowienie narodów. W gruncie rzeczy chodziło o stworzenie lepszych warunków dla koncernu „Biblia i biznes”. W efekcie powstało państwo-dinozaur, będące diaboliczną kombinacją jakobińskiego etatyzmu i bizantyjskiego despotyzmu. Dla Słoweńców i Chorwatów Jugosławia oznaczała marsz bez powrotu w stronę azjatyckiego opóźnienia, dla Serbów była trampoliną, pozwalającą marzyć o europejskim dynamizmie.
W 1941 r. Jugosławia rozpadła się, ponieważ katolicy nie chcieli walczyć za „Serbosławię”. Po 1945 r., „błogosławionym roku” europejskiej historii, władzę przejął Tito i utrzymał ją przez kilkadziesiąt lat dzięki brutalnemu tłumieniu opozycji i dwustronnej pomocy USA i ZSRR. Państwo wieloetniczne typu SFRJ nie może być demokratyczne – twierdzi Carl Schmidt, jest to semantyczny nonsens, polityczny oksymoron. Dlatego też powstanie minipaństw na Bałkanach jest czynnikiem pokoju, powinno zmniejszyć napięcia nieuchronne w ramach wielonarodowej Jugosławii. „Naród bez państwa jest jak g… na deszczu” – głosi przysłowie chorwackie. Dla wszystkich nacjonalizmów jakobińska wersja demokracji polegająca na wprowadzaniu zasady „jeden człowiek, jeden głos” w państwach wielonarodowych pod kuratelą eurokratów z Brukseli jest nie do przyjęcia. Rządzący Wielką Brytanią i Francją lansują ją we własnym interesie, ponieważ obawiają się reakcji łańcuchowej i rozpadu własnych wielonarodowych państw. W kolejce do niepodległości czekają Szkoci, Irlandczycy, Lombardczycy, Baskowie e tutti quanti. Podnoszą głos Niemcy sudeccy. Ponownie staje na porządku dziennym problem dziesięciu milionów Niemców, wypędzonych ze Śląska i Pomorza. Koniec Jugosławii oznacza koniec Europy wersalskiej i początek nowego etapu historii europejskiej. Granice na obszarze od Bałkanów po kraje bałtyckie z pewnością ulegną zmianie.
Michał del Vecchio w artykule „Pazury smoka” pisze o Tybecie. Od 1951 r. jest on po prostu regionem Wielkiego Imperium, zaanektowanym po krótkiej „wojnie wyzwoleńczej”. Po odejściu Anglików z Indii ekspansja chińska mogła rozwijać się bez przeszkód. Świat pozostał obojętny wobec likwidacji starożytnych klasztorów i brutalnego zwalczania feudalnych i plemiennych zwyczajów. W 1959 r. wybucha bunt – w Lhasie mają miejsce potężne manifestacje. Po pacyfikacji Dalaj Lama ucieka do Indii. Lata 1965-76 to okres „Wielkiego Terroru”. Żadna relacja nie jest w stanie opisać okrucieństwa Czerwonej Gwardii, większego w Tybecie niż gdziekolwiek indziej w Chinach. Tworzono obozy pracy, rozpędzano wspólnoty monastyczne, niszczono święte pisma. Straty są nieobliczalne. Postęp odniósł kolejne zwycięstwo nad religianckim Ciemnogrodem.
BELGIA
VOLUOIR
W numerze 63/64 Eryk De Lobe lansuje model niemiecki jako jedyny realny dla jednoczącej się Europy. Sposób integracji NRD poprzez jej federalizację miałby być wzorcowy. Zwycięstwa regionalnych lig we Włoszech, federalizacja Hiszpanii i dokonująca się w Wielkiej Brytanii ewolucja służą sprawie europejskiej. Nie służy jej natomiast postawa Francji i Polski, krytycznych wobec idei regionalizacji. W zróżnicowanej etnicznie wschodniej Europie nie ma dla niej alternatywy. Brytyjskim problemem zajmuje się Gwyn Davies w swoim wystąpieniu, które miało miejsce 24 II 1990 r. w Londynie na posiedzeniu nieistniejącego już stowarzyszenia IONA (Islands of North Atlantic). P. Davies przypomina, że od zakończenia wojny stuletniej Anglia nie miała możliwości odgrywania większej roli na kontynencie europejskim. Wraz z Elżbietą I zaczyna się era imperialna. Dynastia hanowerska jeszcze bardziej odwraca się od Europy w stronę morza, ale kosztuje to utratę 13 kolonii, popartych przez państwa europejskie. Wojny napoleońskie to powrót Anglików na scenę europejską, na której pozostają, posługując się systemem zmiennych koalicji („Anglia nie ma stałych przyjaciół ani wrogów, Anglia ma interesy”).
Nikomu niepotrzebna I wojna światowa osłabia całą Europę, również Anglię. Nieudolna polityka Chamberlaina doprowadza do następnej wielkiej wojny, po której Wielka Brytania jest już tylko swoim cieniem. Stany Zjednoczone stają się globalnym przywódcą i skarbnikiem. Operacja sueska z 1956 r. była ostatnią, rozpaczliwą próbą realizacji własnej polityki zagranicznej. Po podpisaniu przez „szóstkę” Traktatu Rzymskiego Anglia znalazła się znowu na marginesie polityki europejskiej. Po spóźnionym przystąpieniu do EWG w Londynie w dalszym ciągu słychać głosy, przeciwstawiające się zbyt daleko idącej integracji. Davies w imieniu ludów brytyjskich domaga się zdecydowanego powrotu do Europy i odzyskania europejskiego dziedzictwa, gdyż inna postawa stanowi zagrożenie dla pokoju.
W numerze 68/69/70 Robert Steuckers wypowiada się na temat imperializmu. Twierdzi on, że interwencja w Zatoce jest dalszym ciągiem anglosaskiej walki o Ocean Indyjski. M. in. z tego powodu wybuchła I wojna światowa. Wyzwanie w postaci kolei Berlin-Bagdad nie mogło pozostać bez odpowiedzi. Po rozczłonkowaniu Turcji Anglicy nie dopuścili do powstania zjednoczonego państwa arabskiego, choć obiecali to „Lawrence`owi z Arabii”. Obawiali się nawet takiego państwa jak Irak i aby je osłabić doprowadzili do oderwania Kuwejtu. Następnie do akcji „na wschód od Suezu”, i nie tylko, wkroczyli Jankesi. Prezydent Roosevelt oświadczył, że XX wiek będzie wiekiem amerykańskim i amerykanizacja ta dokonuje się poprzez imperializm ekonomiczny, laicki mesjanizm, uniwersalizm i jingoizm. Ameryka jest wcieleniem Dobra i jej instytucje powinny być eksportowane we wszystkie strony świata. Dzięki dolarowi dokonuje się absolutna unifikacja. Temu również służyć miał Plan Marshalla. Dlatego zrzucano bomby fosforowe na Hamburg i Drezno, pogrążono w atomowym ogniu Hiroszimę i Nagasaki, zniszczono napalmem i defoliantami Wietnam, zrzucono dywan bomb na Panamę. Potem przyszła kolej na Saddama Husajna. Doktryna Monroe została rozwinięta w 1932 r. przez niejakiego Stimsona: nikt nie może interweniować w Ameryce, ale Ameryka może interweniować wszędzie.
Przedstawicielom redakcji udzielił wywiadu Jakub Marlaud – przewodniczący GRECE (Groupe de Recherches et d’Etudes pour la Civilisation Europeenne), metapolitycznej grupy założonej w 1968 r. P. Marlaud woli używać terminu „Nowa Kultura” niż „Nowa Prawica”. Nie wszyscy członkowie grupy sytuują się na politycznej prawicy, ale konserwatywna szkoła myślenia jest jej wspólnym mianownikiem. Grupa bierze udział w „Rewolucji Konserwatywnej”, korzystając z dorobku m. in. takich myślicieli jak Ernst Jünger czy Oswald Spengler. Zdecydowanie krytykowany jest liberalizm. P. Marlaud chętnie sięga do pogańskiej spuścizny antyku. Nie jest to poganizm w rodzaju tego, który uprawiał Wolter, główny akcent kładzie się na obcość judeochrześcijanizmu względem tradycji europejskiej. Chociaż trzeba zaznaczyć, że w tradycyjnym katolicyzmie Średniowiecza i Renesansu było dużo elementów pogańskich, poganami z ducha byli chociażby Mistrz Eckhardt i Jakub Böhme. Poganizm nie jest powrotem, jak twierdzi Alain de Benoist, jest raczej schronieniem przed zamętem świata. Jest również inspiracją dla wielkiej twórczości, chociażby Szekspira, Rabelais`ego, Goethego.
Numer 71/72 zawiera ciekawy tekst Roberta Steuckersa „Od świata globalnego do świata – archipelagu. Czy ta zmiana jest korzystna dla Europy?”. Świat według Steuckersa rozpada się aktualnie na trzy strefy częściowo otwarte, częściowo zamknięte. Są to: Ameryka, region Pacyfiku z dynamicznym, japońskim centrum i Europa zdominowana przez Niemcy. Dzisiejsi Europejczycy nie są zdolni sprostać wyzwaniom współczesności. Interwencja na Bliskim Wschodzie nie leży w interesie Europy. Mieszanie się Ameryki do spraw europejskich i arabskich jest niedopuszczalne. Atlantyzm oznacza irrealizm historyczny i dyplomatyczną śmierć Europy. Powinien być zastąpiony przez koncert europejsko-arabski. Bardzo groźny jest także pomysł „wspólnego domu” europejskiego. Kryje się za nim jakobinizm, zamerykanizowana kultura zredukowana do basic english i centralizatorski bolszewizm.
Fabrycy Goethals ma nadzieję, że zapoczątkowany został proces przekształcenia się „jednej i niepodzielnej” Francji w republikę federalną narodów Francji. Inne problemy ma Kuba. Ferdynand Arrabal w swoim „Liście do Fidela Castro” opisuje prywatne plaże i jacht kubańskiego dyktatora. Informacji o nich nie znajdziemy na łamach poczytnej „Bochemii” (taka kubańska „Polityka”), której redaktorzy zajmują się brakiem sztućców na wyspie permanentnego racjonowania żywności. Walka z analfabetyzmem doprowadziła do zmniejszenia nakładów na oświatę i spadku o połowę liczby studentów. W „robotniczym raju” 1/5 zgonów jest spowodowana samobójstwem. Jedną z przyczyn tak wysokiego odsetka jest być może surowa „ustawa o niebezpiecznych osobnikach”, skierowana przeciw homoseksualistom, chorym na AIDS, prostytutkom, rockmanom i narkomanom. Fidel Castro jest Dadą Aminem Karaibów, lecz w swoim zaciekłym antyamerykanizmie jest podobny również do ostatnich władców Dahomeju, przeciwstawiających się z rozpaczliwą zawziętością imperializmowi kolonizatorów.
W wiosennym numerze 73/74/75 z 1991 r. wyróżnia się esej Roberta Steuckersa o typologii nacjonalizmów. Autor dostrzega pewne przejawy nacjonalizmu u Żydów, w poczuciu kulturowej wspólnoty Greków, w imperializmie Rzymian, u Makiawela, u Ulryka von Huttena, w ruchu husyckim, w angielskim Kościele narodowym XVII wieku. Rewolucja Francuska uwalnia nacjonalizm z tradycyjnych form religijnych. Baron von Stein bardzo silnie przeżywa „zdradę niemieckich książąt”. W XIX w. krzewią nacjonalizm niemieckie Burschenschaften, rosyjscy narodnicy, Petöfi na Węgrzech, Mickiewicz w Polsce, Mazzini w całej Europie. W 1919 r. Zachód przekształca „Zwischeneuropę” w oparciu o zasadę samostanowienia, uznając prawo Polaków i Czechów do tego, czego odmówiono Bretonom, Alzatczykom, Korsykanom czy Flamandom. Tak więc nacjonalizm przejawia się w różnych formach. Carlton Hayes wyróżnia nacjonalizmy: humanitarny, jakobiński, tradycjonalistyczny, liberalny i integralny. Jan Kohn wyodrębnia dwa podstawowe typy: nacjonalizm wyrażający się w Narodzie-Państwie i nacjonalizm, wybierający formę Narodu-Kultury. Ta druga koncepcja jest wschodnia, slavo-germańska. Klasyfikacja ta jest ułomna, gdyż siłą rzeczy nacjonalizm irlandzki czy kataloński nie mieściły się w grupie nacjonalizmów państwowych, typowych według Kohna dla Zachodu. Z kolei nacjonalizm rosyjski XIX w. był dziwną mieszaniną wschodnio-zachodniego etatyzmu, „zachodniego” panslawizmu kulturowego i „zachodniego” narodnictwa.
Teodor Schieder udowadniał, że nacjonalizm rozwijał się w trzech etapach w trzech częściach Europy. Najpierw w Europie zachodniej, głównie we Francji i Anglii, później w Europie Środkowej, zdominowanej przez Niemcy, wreszcie we wschodniej Europie, rozbitej po Wersalu i wstrząsanej irredentą. Mirosław Hroch zajmował się głównie nacjonalizmem „małych narodów”. Uznał on, iż nacjonalizm ten rozwijał się w trzech etapach. Pierwsza była faza intelektualna, „filologiczna”, polegająca np. na odkryciu przez erudytów fińskiej Kalewali. Później erudyci zarażają intelektualistów i studentów. Udało się tego dokonać Františkowi Palacký`emu w połowie XIX wieku. W trzecim okresie nacjonalizm staje się „ruchem masowym”, animowanym przez literaturę piękną. Jest to ułatwione przez okoliczność, że „budziciele” często wywodzą się ze środowiska chłopskiego. Szczególny jest przypadek Ameryki Łacińskiej, gdzie można wyróżnić cztery typy nacjonalizmu: 1) integracyjny nacjonalizm w heterogenicznych społecznościach (Brazylia, Meksyk), 2) kontynentalny nacjonalizm antyamerykański (Chile przed Pinochetem, Boliwia), 3) nacjonalizm czerpiący siłę ze źródeł przedkolonialnych, opracowany teoretycznie przez Peruwiańczyka Mariategui i 4) miejski populizm, reprezentowany głównie przez Perona.
HOLANDIA
TEKSTEN, KOMMENTAREN EN STUDIES. Kwartalnik Nowej Kultury, wydawany przez L. Pauwelsa. Numer 63, który ukazał się w drugim trymestrze 1991 r. jest poświęcony mistyce. Konrad Logghe w artykule „w poszukiwaniu Graala” przybliża na starą, przedchrześcijańską legendę o królu pijącym ze świętej czary, przybraną w chrześcijańskie szaty. Autor ukazuje zbieżność motywów, występujących w cyklu arturiańskim z wątkami typowymi dla podań różnych ludów indoeuropejskich. „Wszechpotężni różokrzyżowcy? Spojrzenie za kulisy współczesnego okultyzmu” to problem, którym zajmuje się Gerd- Klaus Kaltenbrunner. Okazuje się, że rośnie zainteresowanie tą problematyką, o czym świadczy powódź książek, opisujących rzeczy tajemne, np.: „Podręcznik tarota”, „ABC antropozofii”, „Nasza dusza może latać”, „Czarodziejskie zioła”, „Druidowie”, „Indyjscy święci” itp. Coraz więcej możemy dowiedzieć się o wyznaniowo-obyczajowym „podziemiu”, łącznie z „diabolizmem”, w ciągu wieków spychanym przez chrześcijaństwo na daleki margines cywilizacji. Zresztą adepci hermetyzmu również nie pałali wielką żądzą odkrycia swoich tajemnic. Uczniowie egipskiego Hermesa Trismegistosa zostawili pewne wzmianki o sobie w poemacie „Parsifal” Wolframa von Eschenbacha i w legendzie o Fauście. Coś do powiedzenia na ten temat mieliby także Jan Amos Komeński, Herder czy Wieland. Niektóre poszlaki wskazują, że również Hegel mógł być różokrzyżowcem. Hermetyczne motywy występują w twórczości Williama Butlera Yeatsa. Spotykał się on przypuszczalnie w czytelni Muzeum Brytyjskiego z samym Karolem Marksem.
Mistyczne wątki odnajdziemy w dziełach Bergsona, Schellinga, Schopenhauera. W kabalistykę Różanego Krzyża wtajemniczony był Maurycy Barres, który bardzo silnie wpłynął na twórczość Andrzeja Gide’a, Pawła Claudela, Franciszka Mauriaca i Henryka de Montherlanta. Kontakty z francuskimi różokrzyżowcami miał August Strindberger. Na Hitlera silnie oddziałał niejaki Adolf Lanz, który porzucił cysterski habit na rzecz „teozoologii” (napisał m. in. dziełko Der Weltkrieg als Rassenkampf der Dunklen gegen die Blonden). Współcześnie sporo alchemików i różokrzyżowców należy do francuskiej Wielkiej Loży. W Ameryce działa Ancient Mystical Order of the Rosy Cross (AMORC) z siedzibą w kalifornijskim San Jose. Również w Kalifornii znajduje się centrala założonego pod wpływem Rudolfa Steinera Rosicrucian Fellowship. Można ją odnaleźć w miejscowości Oceanside. Natomiast Jan van Rijckenborgh (którego książki można kupić w Polsce) założył w holenderskim Haarlem Międzynarodową Szkołę Wspólnoty Różanego Krzyża – Lectorium Rosicrucianum. Kalifornijscy i niderlandzcy bracia kontynuują wysiłki katarów i albigensów, marząc o nadejściu „New Age” – Ery Wodnika, kiedy upadnie cywilizacja nie mająca zrozumienia dla cudów i magii.
PORTUGALIA
FUTURO PRESENTE
Kwartalnik portugalskiej Nowej Prawicy , który niedawno przestał się ukazywać zamieszcza w numerze 9-10 duży artykuł Alaina de Benoist „Władza polityczna i władza kulturowa”. Przywódca francuskiej Nowej Prawicy pisze o wszechobecności polityki. Współcześnie władza polityczna pojmowana w kategoriach XIX-wiecznych przekształciła się we „władzę metapolityczną” czy też „władzę kulturową”. Ideologizacja życia jest konsekwencją rewolucji francuskiej, która zastąpiła naturalny porządek, kiedy to wszystko „was going without saying”, przez porządek tworzony umysłem ludzkim. Odkryto „nową prawdę” i natychmiast były potrzebne środki, aby ją zabezpieczyć, i władza, aby wcielać ją w życie. Antoni Gramsci twierdził, iż wielkim błędem komunistów było to, że traktowali państwo wyłącznie jako instrument polityczny. W rzeczywistości państwo jest również instrumentem metapolitycznym w zakresie kultury, idei, moralności i tradycji. Ponieważ Lenin tego nie rozumiał, w Związku Radzieckim nie powstało społeczeństwo obywatelskie.
W tym samym numerze wydawca czasopisma Jakub Noguerira Pinto (wydawca „Futuro Presente”) zastanawia się, czy w Portugalii jest miejsce dla prawicy. Twierdzi, że tak i że szlak został wytyczony przez takich filozofów prawicy jak Cabral Moncada i konserwatywnych myślicieli Mirandę Barbosa oraz Bragę da Cruz. Nuno Rogeiro pisze o państwie i prawie w wersji socjalistycznej i uważa, że zamiast końca państwa socjalizm stworzył państwo końca. Przyrównuje państwo socjalistyczne do Proteusza – nie ma w nim pewników, wszystko zależy od aktualnej linii. Z kolei Karol Gomes Bessa zastanawia się nad znaczeniem narodów w aspekcie strategicznym. Według niego świat jest podzielony na dwie strefy geostrategiczne: Świat Morski Oparty na Handlu, którego jądrem jest Wieniec Portów Północnoamerykańskich oraz Kontynentalny Świat Euroazjatycki z sercem znajdującym się w Rosyjskim Trójkącie Przemysłowym. Pierwsza strefa dzieli się na: Amerykę Północną z Karaibami, Europę Morską z Maghrebem, Wyspiarską Azję z Oceanią i Ameryką Południową. Strefę drugą można podzielić na Ziemię Rdzennie Rosyjską z Europą Wschodnią i Wschodnią Azją Kontynentalną. Pomiędzy globalnymi strefami znajdują się: Azja Południowa, Bliski Wschód, Azja Południowo-Wschodnia i Afryka Subsaharyjska. Los każdego narodu zależy w bardzo dużym stopniu od tego, w której z tych stref się znajduje. Poza tym w numerze m. in. artykuł Klemensa Szymona Costy o „nacjonal-bolszewiku” Erneście Niekischu, umiejscowionym na peryferiach „narodowej rewolucji” niemieckiej. Nie można również pominąć milczeniem publikacji znanego przedstawiciela Nowej Prawicy włoskiej Marco Tarchi`ego o faszystowskiej pokusie. Autor przypomina, że ulegli jej m. in. Mussolini, d’Annunzio, futurystyczny malarz Tato, Drieu la Rochelle, Céline, Brasillach, Hamsun, Pound, Rebatet, Benn, Evola, Chateaubriant.
W numerze 19/20 Karol Blanco de Moraes pisze o partiach politycznych. Przypomina on, że partie we współczesnym znaczeniu tego słowa są tworzone około 1830 r. w USA przez Adamsa (federaliści) i Jeffersona (republikanie). Po reformie wyborczej 1832 r. w Wielkiej Brytanii krzepną organizacje wigów i torysów. Jednak ojczyzną nowoczesnej partii politycznej jest Francja – Francja III Republiki, tzw. „Republiki Książąt”. Aktualna tendencja jest taka, że wyjątek stanowią partie, organizujące się na bazie parlamentarnej (Alianca Popular w Hiszpanii, A. S. D. I. w Portugalii, SDP w Anglii). Większość partii ma swoją bazę organizacyjną gdzie indziej. Może ją stanowić Kościół katolicki (np. Partia Demokratyczno-Chrześcijańska w Kanadzie) albo związki zawodowe (brytyjska Partia Pracy). O „stowarzyszeniach mścicieli” i rewolucji francuskiej pisze Jan-Joel Bregeon. Dużo miejsca poświęca on masonerii. Impulsem dla jej rozwoju we Francji było opublikowanie w 1749 r. francuskiego tłumaczenia konstytucji Andersona. W 1773 r. powstaje Wielki Wschód Francji. Aktywnie działają w nim książę Orleanu (przyszły Filip Egalité) i książę Luksemburga. Masonem jest również markiz La Fayette. Wielkim wydarzeniem była uroczysta inicjacja Woltera w obecności najpopularniejszego masona amerykańskiego Beniamina Franklina. Było to wydarzenie o wymiarze symbolicznym: „patriarcha ateizmu spotkał się z patriarchą demokracji”. Uroczystość w loży Nowe Braterstwo miała miejsce 8 kwietnia 1778 r. 21 stycznia 1793 r. rewolucjoniści dokonali egzekucji Ludwika XVI. Był to „point of no return”. Odtąd nic już nie było takie jak przedtem.
Inny charakter ma numer specjalny 21/22. Poświęcony jest on europejskim myślicielom ery nowożytnej. I tak Lucjan Tirenne opisuje postać Juana Donoso Cortésa, XIX-wiecznego hiszpańskiego tradycjonalisty katolickiego i kontrrewolucjonisty. Cortés potępia filozofię, oskarżając ją o separowanie się od Boga, negowanie jego istnienia i przygotowanie Rewolucji Francuskiej, będącej krwawą emancypacją rozumu ludzkiego. Podobnie jak w przypadku Jana Chrzciciela Vico, filozofia Cortésa jest bliźniaczym bratem historii. Z tej perspektywy ocenia on socjalizm jako satanistyczną teologię, wywodzącą się z liberalizmu. Socjalizm to „pół-katolicyzm i nic więcej”. Hiszpański filozof przewidywał, że komunizm i technokratyzm będą kroczyć ręka w rękę, ponieważ opierają się na tej samej koncepcji progresizmu połączonego z materializmem. Przetwarzają one świat w „wielką fabrykę” Maksa Webera. Cortés przewidywał, że socjalizm może być wprowadzony przez despotyczny rząd rosyjski.
AUSTRALIA
QUADRANT
Miesięcznik, który redagują Robert Mann, Les Murray, Robin Mardsen i Teresa Pagliaro ukazuje się od dwudziestu pięciu lat i jest najważniejszym organem australijskiego konserwatyzmu broniącym wolnorynkowej gospodarki, tradycyjnej moralności i społeczeństwa bogatego w autonomiczne instytucje społeczne. „Quadrant” to pismo bardzo solenne publikujące, obok artykułów o tematyce politycznej i ekonomicznej, obszerne recenzje książkowe, także artykuły o sztuce, literaturze i architekturze. Znajdziemy w nim również krótkie opowiadania i sporo poezji. W numerze 9 (1991) J. Hirst opowiada się za pełnym uznaniem republikańskiego ustroju Australii, podczas gdy J. B. Paul jest za tym, aby głową państwa australijskiego pozostała nadal królowa brytyjska.
Hugh Crago zajmuje się bezdomną młodzieżą stwierdzając m. in. że bezdomni, włóczący się po kraju młodociani istnieli zawsze. Dopiero jednak, gdy mass media i rząd rozpoznały tę sytuację jako „problem”, dla którego trzeba znaleźć „rozwiązanie” nastąpiło nagłe zwiększenie zainteresowania tym zjawiskiem i zaczęto informować o coraz większej ilości przypadków bezdomności wśród młodzieży. Jeśli rzeczywiście taki wzrost nastąpił, pisze Crago, to główną jego przyczyną jest erozja tradycyjnych powinności i lojalności ludzkich pod wpływem nowej ideologii „niezależności”, „praw”, „wolności” i „samorealizacji”. Odrzucono patriarchalny model rodziny, „prawa dzieci” są dziś ustanawiane na poziomie ONZ, wprowadzono feministyczne ustawodawstwo – wszystko to naruszyło wewnętrzną spoistość rodziny. Cargo uważa również, że nadopiekuńczość rodziców, ich lęk, żeby „nie zrobić krzywdy” dzieciom, ograniczając ich nadmierne żądania lub karząc ich złe zachowanie, niezdolność do sprawowania kontroli nad dzieckiem, wiara w „prawo dziecka do wolności” sprawiają często, że dzieci wyrastają na socjopatów. Cargo krytykuje również rządową opiekę nad młodymi bezdomnymi w postaci budowania schronisk itp. Po prostu schroniska te są wykorzystywane przez młodocianych włóczęgów jako „meta”, gdzie można się przespać i pożywić za darmo, natomiast w żaden sposób nie przyczyniają się do zmniejszenia bezdomności i włóczęgostwa – przeciwnie wzrasta ilość „okresowych bezdomnych”, którym schroniska dają możliwość spędzenia wakacji na koszt podatnika. Cargo nawołuje również do porzucenia wiary, zapoczątkowanej przez Rousseau i podjętej przez Wordswortha i innych romantyków, w to, że dzieci są „niewinne” i „dobre”. Ta wiara powoduje ślepotę przy rozpatrywaniu spraw dzieci i młodzieży.
Temat rodziny podejmuje również R. Gaita w artykule „Prawa i obowiązki rodziców”, zauważając niebezpieczeństwa grożące rodzinie ze strony „racjonalistycznej i moralistycznej ideologii kompetentnego rodzicielstwa”. Będący zwolennikami tej ideologii sędziowie, psychologowie, psychiatrzy i social workers podważają zasadę, że to rodzina wie najlepiej, co dobre a co złe dla dzieci starając się zastąpić ją „naukowymi ekspertyzami”. Ci „eksperci”, pisze Gaita, uważają rodzicielstwo za rodzaj rzemiosła, na uprawianie którego oni będą wydawać koncesję. Ale pisze Gaita, ci wszyscy, którzy tak rozprawiają o tym, jakie powinno być „właściwe” rodzicielstwo i jakie kryteria musi spełniać „dobry” rodzic, w rzeczywistości niszczą źródła bezwarunkowej miłości będącej poza rozumem i poza zasługą i stanowiącej najgłębszy sens rodzicielstwa. Poza tym w numerze P. McCullagh zajmuje się używaniem do transplantacji organów dzieci urodzonych bez mózgu pokazując nadużycia związane z tym procederem. Cytuje m. in. kalifornijskiego chirurga, pioniera transplantacji serca doktora Bailey’a, który powiedział, że dziecko anacefaliczne to „nieosobowy ludzki derywat, bogactwo, które musimy umieć skapitalizować”. Można założyć, że sam doktor Bailey zamierza również co nieco skapitalizować na swoim koncie bankowym. McCullagh sądzi, że rosnący popyt na organy dziecięce do transplantacji skłania niektórych lekarzy do rozszerzania grupy potencjalnych dawców. Czynione są już próby np. w USA, aby usankcjonować prawnie możliwość pobierania organów od dzieci anacefalicznych. Następną kategorią dawców – prorokuje McCullagh staną się pacjenci, u których jedyną funkcjonującą częścią mózgu jest rdzeń przedłużony.
I na zakończenie przyjrzyjmy się pięknemu esejowi o werandzie autorstwa Philipa Drew. Weranda jest pauzą, miejscem odnowienia energii, gdzie ludzie odpoczywają, rozmyślają, wspominają zanim wyruszą w drogę. Tradycyjna weranda była miejscem dziecięcych zabaw, a więc całkiem dosłownie miejscem nowego życia i nowego początku. Drew opisuje werandę i jej odpowiedniki w różnych krajach, kulturach i klimatach. Weranda to przestrzenny interwał, głębokie obramowanie filtrujące to, co przychodzi z zewnątrz. Jest miękką krawędzią budynku, przestrzenią „przystosowania się”, a w krajach gorących „aklimatyzacji”. Weranda zaspokaja istotną potrzebę człowieka – bycia w zgodzie z otoczeniem. Daje poczucie bezpieczeństwa nie izolując go od tego, co go otacza. Weranda jest otwarta na otaczającą dom przestrzeń i krajobraz, a równocześnie jest „zabezpieczona” od tyłu. Człowiek jest tu bezpieczny, ale nie izolowany, można powiedzieć, że obozuje pod dachem. Czuje się dobrze na werandzie, bo daje mu ona poczucie bezpiecznej otwartości, jest żywą przestrzenią, skąd duch ludzki może swobodnie wędrować po krajobrazie. Ma się wizualny kontakt z horyzontem reprezentującym nieskończoność. Intymna prywatność zachowana w bezmiarze przestrzeni – oto najgłębsza istota werandy.
CHILE
ESTUDIOS PUBLICOS
W jesiennym, 42 numerze „Estudios publicos” z 1991 roku znajdujemy między innymi artykuł, w którym Manuel Antoni Garreton ocenia polityczną redemokratyzację Chile. Reżim Pinocheta charakteryzował się trzema właściwościami: personalizacją, dzięki której Pinochet łączył podwójną legitymizację: hierarchiczno-instytucjonalną i polityczno-państwową ze zdolnością transformacyjną i wizją instytucjonalizacji politycznej, zawartą w konstytucji z 1980 r. Rozstrzygającą rolę odegrał plebiscyt z 5 października 1988 r. Jego znaczenie można przyrównać do śmierci Franco albo porażki Galtieriego na Malwinach. Junta z własnej woli dała szansę opozycji i uszanowała wolę ludu. W marcu 1990 r. rozpoczęły działalność demokratycznie legitymizowane rząd i parlament. Gdyby w wyborach koalicja opozycyjna przegrała, mielibyśmy do czynienia z kontynuacją sytuacji przejściowej z dużym udziałem armii w życiu publicznym. Jednak opozycja uzyskała większość zarówno w Izbie Deputowanych, jak i w Senacie. Teraz musi stawiać czoła wszystkim zagrożeniom demokracji, które już raz spowodował tragiczny epizod Allende. Chile jest znowu na początku drogi, ale początek ten jest obiecujący, zdaniem autora.
Trochę inna sytuacja wytworzyła się w Peru po wyborach prezydenckich w 1990 r. Pisze o nich Henryk Ghersi. W pierwszej turze kandydatowi Frontu Demokratycznego (skupiającego Acción Popular byłego prezydenta Ferdynanda Belaunde, Patrido Popular Cristiano Ludwika Bedoya i Movimiento Liberal samego kandydata), znanemu pisarzowi Mario Vargasowi Llosie nie udało się przeskoczyć bariery 50% głosów. W drugiej turze przeciwnikiem był już tylko Albert Fujimori. Fujimori – socjalistyczny agronom pochodzenia japońskiego. Llosa reprezentował raczej peruwiańską prawicę, choć w młodości związany był z komunistami, z którymi zerwał związki po tym jak Fidel Castro uwięził pisarza Padillę. Vargasa Llosę popierali ci wszyscy, którzy byli oburzeni nacjonalizacją banków i agencji ubezpieczeniowych, dokonaną przez prezydenta Alana Garcię w 1986 r. Jednak kandydat prawicy nie potrafił dotrzeć do milionów ludzi w interiorze, którzy odbierali go jako reprezentanta skorumpowanej elity. Jego kampania była zbyt europejska, za bardzo oświeceniowa i sztywna. Fujimori wykorzystał elementy religijne. Tłumy krzyczały „el chino es la voz”, będąc przekonane, że przez „Chińczyka” przemawia Chrystus.
Fujimori uzyskał poparcie mnożących się w Peru sekt ewangelickich, powtarzając, szczególnie za świadkami Jehowy, oskarżenia pod adresem Kościoła katolickiego. Pozycja Kościoła w Peru jest coraz słabsza, podzielony jest sporem między zwolennikami i przeciwnikami teologii wyzwolenia i m. in. z tego powodu Peru jest obok Gwatemali krajem, w którym „ewangelizacja” poczyniła największe postępy. W tej sytuacji nie można się dziwić, że poparcie hierarchii katolickiej dla liberała i agnostyka Vargasa Llosy przeciw socjaliście i katolikowi Fujimori było bezskuteczne. Fujimori popierany przez ewangelickich obrońców kapitalizmu, zwyciężył. Niewątpliwie do jego sukcesu przyczyniło się również to, że spore kręgi ludności opacznie zrozumiały apele kleru, sądząc, iż występuje on przeciw „ateiście” Vargasowi Llosie. Odniósł on jednak (Vargas Llosa) zwycięstwo ideologiczne. Fujimori realizuje jego program. Nikt już nie mówi w Peru o etatyzacji, nasileniu kontroli, ekspropriacji. Nikt nie broni biurokracji ani państwowych przedsiębiorstw. Nawet marksiści są dzisiaj „liberałami” i życzliwie mówią o rynku. Tylko Sendero Luminoso kontynuuje bezpardonową walkę z kapitalizmem. Na pewno nie utrudnia mu zadania to, że stosunki między prezydentem a katolickim episkopatem są najgorsze w historii kraju.
BRAZYLIA
CĄRA E COROA
We wrześniu 1993 r. w Brazylii odbędzie się referendum, dotyczące przywrócenia monarchii. W związku z tym działają już tam ugrupowania, optujące za ideą restauracji. Jedno z nich skupione jest wokół księcia Ludwika de Orleanse Braganęa i jest popierane przez polski Klub Zachowawczo-Monarchistyczny. Natomiast „Cara e coroa” jest organem Parlamentarnego Ruchu Monarchistycznego (Movimento Parlamentarista Monarąuico – MPM), którego przywódcą jest inny pretendent do tronu – Piotr Gastan, książę Petropolis. Na pierwszej stronie omawianego miesięcznika zawsze widnieje hasło: „A cara da democracia, a coroa de uma naçao moderna” (Twarzą do demokracji, korona dla nowoczesnego narodu). Redaktorzy pisma mają ambicję przekonania czytelników, że monarchia wcale nie kłóci się z demokracją, a wręcz przeciwnie. Książę Piotr Gastan w wywiadzie opublikowanym w 8 numerze z listopada 1991 powołuje się na przykłady takich krajów jak Anglia, państwa skandynawskie, Japonia, Holandia, Belgia, Kanada, Australia, Nowa Zelandia czy Hiszpania, aby udowodnić, że monarchia jest synonimem demokracji i łączy się ze społeczeństwem egalitarnym i liberalnym. Podkreśla, że w Hiszpanii i Szwecji monarchie są bez większych problemów rządzone przez socjalistów. W tym samym numerze członkowie rodziny Orleans e Bragança oświadczają, że każda władza wywodzi się z ludu i deklarują niezachwianą wiarę w permanentne wartości demokratyczne, do których zaliczają m. in. zdecydowaną obronę interesu publicznego i prymat władzy cywilnej (świeckiej). Numer 9 jest poświęcony w całości ostatniemu cesarzowi Brazylii Piotrowi II, odsuniętemu od władzy w 1889 r. przez wojskowy przewrót. Dowiadujemy się, że w okresie jego rządów Brazylia była drugim państwem w świecie pod względem długości linii kolejowych, zajmowała drugie miejsce w produkcji statków, cesarz podarował Brazylii telefony, pocztę, światło elektryczne, podmorski kabel do Europy, równowagę monetarną, szeroką i niepodważalną wolność prasy oraz wiele innych dobrodziejstw, które uczyniły z Brazylii kraj Pierwszego Świata. Wszystko to zostało zaprzepaszczone w ciągu stu lat republiki i ciągłego chaosu.
REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI
THE SOUTH AFRICAN OBSERVER. A JOURNAL FOR REALISTS
Numer 3 (1991) przynosi programowy artykuł wyrażający poglądy kół prawicowych w RPA zatytułowany „De Klerk musi odejść”, w którym czytamy m. in., że fetowany i chwalony za granicą de Klerk jest zdrajcą interesów narodu burskiego, że zdradził wszystko, co drogie temu narodowi. Jego nazwisko będzie wspominane przez przyszłe pokolenia jako symbol hańby. Pod jego rządami naród burski nękany jest przez inflację, zagrożony przez psychopatologicznych kryminalistów, traci swój język, swoje szkoły, nie jest już panem swego losu. Nie ma dnia bez brutalnych rabunków i morderstw, bez porwań samochodów i autobusów, bez kolejnych rewelacji o korupcji rządzących. Równocześnie tysiące skazanych prawomocnym wyrokiem sądu terrorystów i innych przestępców zwalniane są z więzień jako „więźniowie polityczni”, inni wracają do kraju jako „emigranci polityczni”, którym wybaczono ich przestępstwa. Wszyscy ci ludzie przynoszą ze sobą przemoc, nienawiść i chaos. Nasuwa się nieodparcie porównanie z działaniami rządu Kiereńskiego w Rosji w 1917 roku, które umożliwiły rewolucję komunistyczną. Poza tym w numerze możemy przeczytać o coraz silniejszym niezadowoleniu białych związków zawodowych z polityki rządu, o planach ONZ, aby w imię „praw dzieci” pozbawić praw ich rodziców, o spisku międzynarodowych bankierów przeciwko RPA, o klęsce wielorasowego szkolnictwa w Zambii, o przedstawicielach prawicy wtrąconych przez reżim de Klerka do więzienia.
W numerze 4 anonimowy autor dowodzi, że Nowa Rosja Lenina, Nowa Południowa Afryka de Klerka i Nowy Porządek Busha to wcielenia ciągle tej samej „oświeceniowej religii rozumu”, która po raz pierwszy przed 200 laty we Francji przyniosła morze przelanej krwi. Dziś rewolucja przyszła do RPA. Mamy już Nową Południową Afrykę. Już nie tylko w Etiopii czy w Nigerii murzyńskie plemiona masakrują się nawzajem, ale w Natalu i Vaal Triangle. Już nie tylko w Kongo czy Kenii nafaszerowani narkotykami kryminaliści palą żywcem i siekają na kawałki białych, ale w Cape Town. Już nie tylko w Meksyku czy krajach Czarnej Afryki panuje powszechna korupcja i biurokratyczny chaos, ale w RPA. Już nie tylko w Chinach czy na Kubie przemoc rządowa kieruje się przeciw obywatelom, ale także w RPA. Nasz kraj stał się równoprawnym członkiem „wspólnoty międzynarodowej” – kończy swój artykuł anonimowy autor.
W tym samym numerze P. Koenig w artykule „Koniec pewnej partii” (chodzi oczywiście o Partię Narodową de Klerka) pisze: „Nasz kraj jest dziś kontrolowany przez rząd, który ze względu na metody i cele: używanie sił bezpieczeństwa, masowa propaganda, chęć zniszczenia Białej Afryki Południowej, czynią go nieodróżnialnym od komunistycznej dyktatury. Obecny rząd RPA otrzymał mandat dla swoich działań od rozmaitych międzynarodowych instytucji, od wywrotowców i dyktatorów z całego świata, od Organizacji Jedności Afrykańskiej, od ONZ, od Busha, Gorbaczowa i Małgorzaty Thatcher. Ale nie ma on mandatu od swych wyborców, którzy ponoszą straszliwe skutki i konsekwencje tych działań”. Odnotujmy jeszcze z tego numeru polonicum – list z Polski, którego autor wyraża głęboki żal z powodu śmierci wieloletniego redaktora pisma S. E. D. Browna.
Pierwodruk: „Stańczyk.Pismo konserwatystów i liberałów:, nr 17 (1992)
