«
»

Przegląd niemiecki

GŁOSY ZZA ODRY – XXXVII

02.08.14 | brak komentarzy

Tomasz Gabiś

NIEMIECKIE PAŃSTWO IDEOLOGICZNE

Polityka  ideologicznego  konsensusu

„Poprawność polityczno-ideologiczna” ma w Niemczech szeroki zakres i posiada pewne cechy specyficzne dla tego kraju. Jej przestrzegania pilnuje cały system instytucji państwowych i politycznych oraz siły społeczno-kulturalne tworzące tzw. społeczeństwo obywatelskie. Są to centralne i krajowe instytucje państwowe, władze samorządowe, aparat policyjny i aparat wymiaru sprawiedliwości, dysponujący odpowiednimi paragrafami kodeksu karnego, oraz „społeczeństwo obywatelskie”, czyli media, partie, stowarzyszenia, organizacje społeczne, fundacje, zrzeszenia, instytucje kulturalne, naukowe i edukacyjne, rozmaite lokalne inicjatywy. „Społeczeństwo obywatelskie” prowadzi lobbing ideologiczny zarówno wobec instancji polityczno-państwowych, jak i podmiotów prywatnych, aby ujednolicić opinie w pożądanym kierunku. Temu ujednoliceniu poglądów w duchu „poprawności polityczno-ideologicznej” sprzyja ponadto generalna tendencja ku „polityce ideologicznego konsensusu”, którą charakteryzuje zacieranie się wszelkich wyrazistych konturów ideowych, zanik kultury sporu, homogenizacja dyskursu.  Wolnościowy publicysta André Lichtschlag napisał, że nie zwróciłoby to niczyjej uwagi, gdyby Cem Özdemir (Zieloni) przeszedł do CDU, Sigmar Gabriel (SPD) do FDP, Angela Merkel (CDU) i Rainer Brüderle (FDP) do SPD. W tym kontekście warto przypomnieć wyniki badań wśród młodzieży niemieckiej przeprowadzone przez naukowców z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Okazało się m.in., że młodzi Niemcy nie widzą różnic pomiędzy posłem do Bundestagu a posłem do (zwykle jednomyślnej) Izby Ludowej NRD, co nie może dziwić, gdyż byli tacy co najpierw zasiadali w Izbie Ludowej NRD, a po zjednoczeniu przenieśli się do Bundestagu i nikt nie zauważył, żeby czymkolwiek różnili się od kolegów z Niemiec Zachodnich. Lichtschlag wskazuje na intelektualną, retoryczną i erudycyjną przepaść ziejącą pomiędzy generacją Adenauera, Schumachera, Brandta, czy Wehnera a współczesną klasą polityczną RFN.

„Polityka konsensusu” ma ewidentny związek ze stałym obniżaniem się poziomu umysłowego (przy coraz większej liczbie osób z doktoratami), a co za tym idzie językowo-retorycznego,  parlamentarzystów, ministrów i w ogóle całej klasy politycznej. To stanowi podglebie „poprawności polityczno-ideologicznej” rozumianej jako prymitywizacja języka, posługiwanie się wyłącznie prostymi dychotomiami, skłonność do upraszczania bardziej złożonych problemów, schematyczność myślenia etc. W rezultacie następuje ujednolicenie opinii na niskim, wspólnym całej klasie politycznej, poziomie.

Podobne procesy ujednolicania opinii zachodzą w systemie mediów: badania preferencji partyjnych wśród dziennikarzy pokazują, że ok. 60% z nich identyfikuje się z lewym skrzydłem niemieckiej socjaldemokracji (DPD, Zieloni), a niecałe 16% z prawym skrzydłem niemieckiej socjaldemokracji (CDU, FDP), reszta nie czuje się bliska żadnej partii, ale ma, rzecz prosta, poglądy bliskie pozostałym kolegom i koleżankom. Nie istnieje już prawie w ogóle dziennikarstwo krytyczne, a coraz bardziej pleni się tzw. dziennikarstwo dziennikarskie (Journalismusjournalismus): dziennikarze swoją podstawową wiedzę czerpią z…. prasy; cały system mediów staje się w coraz większym stopniu układem samoodniesienia, tzn. płaszczyzną odniesienia dla dziennikarzy stają się poglądy innych dziennikarzy. Oderwani całkowicie od rzeczywistych problemów nurtujących społeczeństwo dziennikarze kiszą się we własnym biotopie. Coraz niższy poziom umysłowy, coraz gorsze wykształcenie i oczytanie sprawia, że idą na łatwiznę – łatwiej jest osądzać, moralizować, potępiać, oskarżać, oburzać się niż zrozumieć rzeczywiste mechanizmy polityczne i gospodarcze i krytycznie prześwietlić fakty; dyskusje zamieniają się w wymianę słusznych politycznie, ale pozbawionych treści banałów i sto razy przeżutych frazesów; mało komu chce się różnicować, niuansować opinie, poręczniej jest sięgać po schematy „poprawności polityczno-ideologicznej” będącej formą myślenia i mówienia dostosowaną do ludzi o niższym poziomie umysłowym. Jest to odmiana nowo-mowy, którą wprowadza się, aby zredukować różnorodność myśli, ale i na odwrót: kiedy zmniejsza się różnorodność i bogactwo myśli, mówienie spada do poziomu „poprawnej” nowo-mowy.

Krytycy „poprawności polityczno-ideologicznej”

Nie jest oczywiście tak, żeby w Niemczech, kraju o bogatych tradycjach intelektualnego i ideowego pluralizmu, nie było krytyków aktualnego stanu rzeczy, także wśród ludzi z medialno-kulturalnego establishmentu. I tak np. badacz komunikacji społecznej Wolfgang Bok uważa, że coraz większą rolę w niemieckich mediach odgrywa pokolenie trzech G – Greenpeace, Gender, Gerechtigkeit, czyli sprawiedliwość, a w istocie sprawiedliwość społeczna utożsamiana z równością społeczną. Według Boka wolność prasy niemieckiej jest dziś „wydrążana od wewnątrz”, zanika pluralizm opinii, coraz większy jest zakres regulacji językowych. Dziennikarze są zawsze po stronie Dobra, stale zwalczają Zło, wciąż prowadzą kampanie przeciwko wszystkiemu co „prawicowe”. Obserwujące i diagnozujące rzeczywistość dziennikarstwo ustąpiło miejsca dziennikarstwu „współczującemu”, które na początku stawia „słuszną” tezę, a potem szuka tylko argumentów na jej potwierdzenie. Rezultatem jest konformizm, który „paraliżuje i nudzi”.

Redaktor „Focus-Money” Thomas Wolf ubolewa nad szerzącymi się w Niemczech zakazami mówienia i tabuizacją zasadniczych problemów. Obojętnie o jaki temat chodzi: Unię Europejską, euro, klimat, kwestie socjalne, islam, imigrację, kwestie energetyczne etc., coraz trudniej o rzeczowe dyskusje. Pod wpływem politycznej poprawności i tabu powstał w RFN klimat intelektualny i polityczny, który nie zna alternatyw. Zakazy mówienia i quasi-cenzura zatruwają duchową atmosferę i paraliżują debatę zorientowaną na poszukiwanie praktycznych rozwiązań. Społeczeństwo wpada w spiralę milczenia.

Redaktor naczelny „Wirtschaftswoche” Roland Tichy oświadczył, że zbyt wiele niemieckich mediów spsiało do roli „czerwono-zielonych obozów reedukacyjnych”. Z kolei znany filozof Peter Sloterdijk skonstatował: „Pod kostiumem wolności wypowiedzi i nieskrępowanej ekspresji poglądów dostosowaliśmy się do systemu służalczości, systemu zorganizowanego językowego i myślowego tchórzostwa, który paraliżuje praktycznie całe pole społeczne od góry do dołu”. I jeszcze Sloterdijk: „To, czy ktoś przyznaje się do socjaldemokracji czy też nie, już od dawna nie ma żadnego znaczenia, ponieważ nie-socjaldemokraci nie mogą u nas w ogóle istnieć, społeczeństwo jest per se strukturalnie socjaldemokratyczne, i kto nie jest socjaldemokratą ląduje albo w szpitalu psychiatrycznym albo za granicą”. Teoretyk mediów Norbert Bolz stwierdził, że od dziesięcioleci lewicowi intelektualiści dominują dyskurs publiczny i to oni stworzyli to, co nazywamy „polityczną poprawnością”. Według Bolza, nędza niemieckiej sytuacji polega na tym, że właśnie lewica, która wcześniej pragnęła „oświecać” i rozszerzać zakres wolności wypowiedzi, czy wolności w ogóle, stała się dzisiaj największymi regulatorem języka, dawne tabu zastępując swoimi, jeszcze liczniejszymi. Dodajmy tu, że zjawisko to nie jest niczym dziwnym – obecne polityczno-ideologiczne stosunki w Niemczech są klasycznym przykładem sytuacji, jaka następuje po zwycięskiej rewolucji (1968 rok): jej promotorzy, kiedy już osiągnęli swój cel, to znaczy opanowali instytucje polityczne, kulturalne i edukacyjne, porzucają dawne ideały wolności i stają się, jako nowy establishment, siłą ograniczającą wolność, narzucającą nowe tabu, wprowadzającą „poprawną” nowo-mowę. Jak to sformułował jeden z publicystów, przy obecnym klimacie umysłowym w Niemczech, ów „zaduch” lat 50. i 60., którego tak nienawidzili młodzi rewolucjoniści, zdaje się być świeżym, rześkim powietrzem. Będąc w opozycji walczyli o swobodę ekspresji i pluralizm poglądów, a kończą jako ich wrogowie – ta sytuacja powtarzała się już w historii niezliczoną ilość razy.

Między Hindenburgiem a Thälmannem

Niemieckie „społeczeństwo obywatelskie” podejmuje liczne akcje, aby skłonić obywateli do przestrzegania zasad „polityczno-ideologicznej poprawności”, ostatnio taka akcja podjęta przez zaangażowanych obywateli i media  zakończyła się sukcesem: wydawnictwo publikujące książki najbardziej znanego niemieckiego autora literatury dziecięcej, zmarłego w tym roku,  Otfrieda Preußlera, poprawi scenę z jego książki Mała czarownica (1958), w której dzieci przebierają się za Murzyna, Turka i Chinkę – postanowiono, że od tej pory dzieci będą się przebierać za kogoś innego. Wydawnictwo poszło śladem innego, które z powieści o Pippi Langstrumpf usunęło króla Murzynów zastępując go królem mórz południowych. Już od dawna zresztą klasyka literatury dziecięcej i młodzieżowej, komiksy oczyszczane są w Niemczech z akcentów sprzecznych z „demokratycznymi wartościami współczesnego społeczeństwa”. Trwają też naciski „obywatelskiej milicji językowej” na producentów, aby zmieniali tradycyjne nazwy słodyczy w rodzaju „Pocałunek Murzyna”. Niedawno wiceprezes Centralnej Rady Niemieckich Sinti i Romów wezwał firmę produkującą artykuły spożywcze do porzucenia – liczącej sobie sto lat – nazwy „sos cygański ”.

Inny przykład działania „społeczeństwa obywatelskiego” podejmowanego we współpracy, a niekiedy z inicjatywy, władz lokalnych to prowadzona w całym kraju (m.in. Münster, Freiburg, Mönchengladbach, Essen, Garmisch-Partenkirchen, Bonn, Landau) akcja zmiany historycznych nazw ulic i placów noszących imię marszałka polnego i prezydenta Paula von Hindeburga, który jako monarchista, reakcjonista, i w ogóle antydemokrata zaszpeca demokratyczny krajobraz (w landach wschodnich taka akcja nie jest potrzebna, ponieważ tam komunistyczne władze NRD już oczyściły kraj z Hindenburga). W tym roku rada miejska Düsseldorfu, gdzie już w 1949 roku wyrzucono ulicę Hindenburga, chciała mu odebrać honorowe obywatelstwo nadane w 1917 roku, albo przynajmniej – gdyż według prawa wygasa ono wraz ze śmiercią osoby – uroczyście zdystansować się od marszałka. Dodać tu należy, że od końca wojny wiele szkół noszących imię Paula Hindenburga pozbawiono patrona np. w 1988 roku w Oldenburgu, w 2006 roku w Nienburgu, w 2009 roku w Trewirze. Nie wiadomo, czy pod topór pójdą sadzone kiedyś w Niemczech „dęby Hindenburga”, nie wspominając nawet o straszących tu i ówdzie „faszystowskich” dębach Adolfa Hitlera (ekolodzy będą mieli dylemat).

Kilka lat temu w Berlinie zmieniono nazwę ulicy noszącej imię pioniera kolonializmu i podróżnika Otto Friedricha von der Gröbena. W Hamburgu przedstawiciele „społeczeństwa obywatelskiego” skrupulatnie wyliczyli, że w mieście nadal jest 110 ulic noszących nazwiska osób (podróżników, badaczy, polityków) związanych z niesławną historią niemieckiego kolonializmu. Głos zabrali w tej sprawie krytyczni historycy, którzy wskazali na wysoce problematyczny charakter posiadania przez ulice takich skompromitowanych patronów. Rada jednej z dzielnic już zapowiedziała zmianę nazw odnośnych ulic.

W zeszłym roku w Essen radni miejscy usunęli z nazw ulic wybitnych wojskowych – generałów Karla von Einema (1853-1934) i Hansa von Seeckta (1866-1936), ale obrońcy starych nazw doprowadzili do referendum, w którym mieszkańcy opowiedzieli się przeciwko zmianom (głównie ze względu na koszty). W Heidelbergu i w Berlinie zmieniono niedawno nazwę ulicy noszącej imię historyka Heinricha von Treitschkego (1834-1896). W Oldenburgu 130 historycznych patronów ulic ma zostać zweryfikowanych pod kątem zgodności ich poglądów i działań z „wartościami demokratycznymi”. Niekiedy, zamiast usuwać dawnych patronów stawia się dodatkowe tablice, mające informować o ich ideologiczno-politycznych przewinieniach.

Jak na razie nie powiodły się próby usunięcia Ernsta Moritza Arndta (1769-1860) jako patrona uniwersytetu w Greiswaldzie, którego pewne wypowiedzi uznano za „niepoprawne politycznie”. Inaczej stało się z gimnazjum w Kreuztal, noszącym od 1968 roku imię jego fundatora, przemysłowca Friedricha Flicka – rada miasta usunęła nazwisko patrona. Od roku trwają też naciski „społeczeństwa obywatelskiego” (media, politycy, związki nauczycielskie, osobistości życia publicznego), aby usunąć patrona gimnazjum we Friedbergu koło Augsburga, noszącego od 1979 roku imię Wernhera von Brauna. Przykładów można by wymieniać więcej; generalnie obserwować można w Niemczech nasilające się dążenia do oczyszczania sfery publicznej z wszelkich historycznych znaków i nazw niezgodnych z ideologią antyfaszyzmu, antysemityzmu, antynacjonalizmu, antykolonializmu, antyrasizmu, antymilitaryzmu, antyfeminizmu i wszystkimi pozostałymi anty, oprócz, rzecz jasna antykomunizmu np. Ernst „Teddy” Thälmann, przewodniczący Komunistycznej Partii Niemiec, czczony w NRD jako bohater i męczennik, jest wszechobecny w pejzażu wschodnich landów Republiki Federalnej i części Berlina, której należała do NRD, ma swoje place i ulice, a w berlińskiej dzielnicy Prenzlauer Berg stoi jego potężny pomnik.

Precz z cesarzem, precz z wojakiem!

W tym roku pewien zamożny obywatel zadeklarował chęć ofiarowania 200.000 euro na odrestaurowanie czterech postaci królów i cesarzy zdobiących niegdyś fasadę historycznego ratusza w Elberfeldzie (część Wuppertalu), które uległy zniszczeniu w okresie wojny. Wśród czterech monarchów (wszyscy mający związki z Wuppertalem) był ostatni cesarz Rzeszy Niemieckiej Wilhelm II. Jednak „społeczeństwo obywatelskie” (dziennikarze, samorządowcy etc.) sprzeciwiło się restauracji figur monarchów, przede wszystkim ze względu na osobę „militarysty” Wilhelma II, ale też z ogólniejszych względów ideologicznych: „monarchistyczne idee” z okresu budowy ratusza zostały dziś „szczęśliwie przezwyciężone” i nie ma co do nich wracać. W efekcie burmistrz z CDU postanowił nie przyjmować darowizny i nie restaurować historycznej fasady. Tak w przypadku Hindenburga, jak i Wilhelma II (a także Hansa von Seeckta, Heinricha von Treitschkego, Ernsta Moritza Arndta) orędownicy „poprawności polityczno-ideologicznej” chcą usunąć z przestrzeni publicznej osobistości kojarzące się z wielkością i dumą narodową.

„Społeczeństwo obywatelskie” w osobach dziennikarzy i politologów od dawna domagało się wstrzymania publikacji, wydawanej od połowy lat 50. zeszłego wieku, serii tanich zeszytów „Der Landser” (Wojak) prezentującej, utrzymane w konwencji literatury przygodowej, relacje i przeżycia niemieckich żołnierzy w okresie II wojny światowej. „Społeczeństwo obywatelskie” zarzucało serii „gloryfikowanie wojny”. W tym roku krytyczny historyk niemiecki Stefan Klemp, w ekspertyzie wykonanej na zlecenie amerykańskiego „społeczeństwa obywatelskiego” (Centrum Szymona Wiesenthala), uznał, że seria gloryfikuje narodowy socjalizm, czym narusza paragraf 86 kodeksu karnego, który w tym punkcie przewiduje ograniczenie zagwarantowanej konstytucyjnie wolności wypowiedzi. CSW wysłało następnie do Ministerstwa Sprawiedliwości i MSW prośby o zbadanie „Landsera” pod kątem zgodności jego treści z prawem karnym. Wydawca nie czekając na ewentualny zakaz, wstrzymał wydawanie serii. Zeszyty „Landsera” były chyba ostatnim, dostępnym szerszej publiczności (kilkadziesiąt tysięcy nakładu) nie objętym „pedagogiką wstydu”, reliktem afirmatywnej i heroicznej wersji historii Niemiec.

Wikipedyści i bojówkarze

Innym obszarem zaangażowania niemieckiego „społeczeństwa obywatelskiego” jest niemieckojęzyczna wikipedia, gdzie układ lewicowych administratorów i autorów narzuca propagandowo-agitacyjne wersje artykułów dotyczących nie-lewicowych polityków, mediów, autorów, instytucji; kryjąc się za parawanem anonimowości usiłuje stygmatyzować i zniesławiać mniejszości polityczne i ideologiczne oraz osoby o odmiennych przekonaniach, przerabia hasła dotyczące polityki, spraw społecznych i historii w duchu „poprawności polityczno-ideologicznej”, usuwa nie-lewicowe wpisy, blokuje nie-lewicowych autorów a jako źródła podaje niejednokrotnie teksty stronniczych lewicowych dziennikarzy, neomarksistowskich politologów i genderystów. Coraz więcej poszlak wskazuje na to, że pod jednym pseudonimem kryje się często grupa autorów prowadząca na dwie zmiany polityczno-ideologiczną agitację albo też jedna osoba przyjmuje wiele pseudonimów. Wiele wskazuje na to, że może to być robota wykonywana na zlecenie i finansowana przez organizacje polityczne i fundacje. Zdarzało się już, że najpierw w niemieckiej wikipedii w odpowiednim świetle przedstawiano jakieś czasopismo, a potem w realu przedstawiciele „społeczeństwa obywatelskiego” wysyłali listy do hurtowników i, powołując się na wikipedię, wzywali, aby nie oferowali go w sprzedaży.

Wymieńmy przykładowo jeszcze inne przejawy działań „społeczeństwa obywatelskiego”: w Berlinie, Lubece, Kolonii i Regensburgu zainicjowano akcję „Piwo nie dla prawicy”, której celem jest uniemożliwienie „prawicowcom” wypicie tego napoju u restauratorów biorących udział w inicjatywie. Z kolei związki branżowe hotelarzy apelują do swoich członków, aby nie udostępniały sal na „prawicowe” prelekcje i spotkania. Związki rolników i ogrodników stosujących uprawy ekologiczne chcą wykluczać „prawicowych” członków, a także przy przyjmowaniu nowych członków weryfikować ich poglądy pod kątem „polityczno-ideologicznej” poprawności. Lewicowa fundacja Heinrich-Böll-Stiftung zaleca, aby sprawdzać, czy ogórki lub jabłka nie pochodzą z „prawicowej” działki.

Ale nie chodzi tylko o „zalecenia” i „apele”. Zdaniem konserwatywnego publicysty Michaela Paulwitza erefenowska klasa polityczna w histerycznych rytuałach celebruje „walkę przeciwko prawicy”, a tymczasem antyfaszystowskie  bojówki blokują legalne demonstracje legalnych ugrupowań politycznych, atakują korporacje studenckie, zastraszają – grożąc im materialnymi stratami – kioskarzy sprzedających „prawicowe” czasopisma, właścicieli restauracji i hoteli wynajmujących pomieszczenia środowiskom „prawicowym” etc. W wielu miastach antyfaszyści przejmują kontrolę nad przestrzenią publiczną i skutecznie ingerują w sferę prywatną, tworzą obszary, gdzie prawo nie obowiązuje, staje się to już niemal codziennością. Według Paulwitza antyfaszyści terroryzując inaczej myślących i przywłaszczając sobie część monopolu państwa na przemoc, niszczą fundamenty niemieckiego państwa prawa. Antyfaszystowskie bojówki – tolerowane a nawet niekiedy wręcz (pośrednio) subwencjonowane przez państwo i samorządy – robią czarną robotę na ulicach umacniając hegemonię ideologiczną lewicy. Widać tu – na co należy zwrócić szczególną uwagę – symbiozę struktur władzy i „społeczeństwa obywatelskiego” w zwalczaniu „dysydentów” np. kanclerz Angela Merkel wezwała niedawno obywateli, żeby w życiu prywatnym, w rozmowach w kręgu znajomych uważali na fałszowanie historii i na fałszywe hasła. W Badenii-Wirtembergii już wprowadzono możliwość anonimowego donoszenia o podejrzanych („prawicowych”) zachowaniach lub wypowiedziach sąsiadów. Chce się rozbudowywać i umacniać system społecznej kontroli nad nieprawomyślnymi obywatelami.

Zbrodnia słów

Niedawno w Monachium sądy zajmowały się sprawą 74-letniej emerytki, którą prokuratura oskarżyła o „podżeganie do nienawiści narodowościowej”, ponieważ niosła transparent z napisem zawierającym słowa o „aroganckich Turkach”. Sąd skazał emerytkę na 1000 euro grzywny na rzecz Amnesty International. Podstawą prawną wyroku był jeden z kilku paragrafów niemieckiego kodeksu karnego, które grożą karami więzienia i grzywny za: wyrażanie pewnych opinii na temat wydarzeń historycznych i grup rasowych i narodowościowych, rozpowszechnianie pewnego typu materiałów propagandowych, publiczne demonstrowanie znaków, odznak, haseł (a nawet znaków, które są do nich na tyle podobne, że można je z nimi pomylić), lżenie parlamentu, rządu, Trybunału Konstytucyjnego lub członków tych organów, znieważanie pamięci zmarłych z powodu dawnych prześladowań, podżeganie do nienawiści. Zdarzyło się już kiedyś, że na mocy jednego z tych paragrafów skazano pewnego politycznego aktywistę za to, że znieważał czyjąś pamięć „robiąc prześmiewcze miny”. Na podstawie tych paragrafów konfiskuje się książki, czasopisma, płyty.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na książkę austriackiego filozofa i prawnika Wilfrieda Grießera, Skazany język. O dialektyce politycznego prawa karnego w Europie (Verurteilte Sprache – Zur Dialektik des politischen Strafrechts in Europa, Peter Lang Verlag, Frankfurt am Main 2012, str. 830) będącą wyczerpującym studium prawno-filozoficznym analizującym – na przykładzie Austrii i Niemiec – wzbierającą w Europie falę karania za „zbrodnie słów”. Grießer opisuje renesans ideologicznych niejasnych i „gumowych” paragrafów kodeksu karnego skierowanych przeciwko wolności wypowiedzi; karze podlega coraz więcej czynów językowych, czyli popełnianych w sferze przed praktycznymi działaniami i czynami. Coraz większy jest obszar zakazanych tematów, słów, pojęć, znaków, coraz silniejsza tendencja do dławienia wolności myśli i wypowiedzi. Grießer wskazuje na straszliwe konsekwencje duchowe tego zjawiska, skoro bowiem człowiek jest istotą mówiącą, to współczesny atak na wolność mówienia jest w istocie atakiem na jego człowieczeństwo.

Nowa niemiecka demokracja

Josef Schüßlburner znany zapewne czytelnikom „Opcji” ze swojej, wydanej przez Wektory, arcyciekawej książki Czerwony, brunatny i zielony socjalizm zawierającej kapitalną analizę ideologii narodowego socjalizmu, od ćwierć wieku bada realne, a nie te prezentowane w państwowej propagandzie i oficjalnej politologii, struktury ideologiczno-politycznego panowania w Niemczech, ze szczególnym uwzględnieniem roli tajnych służb, czyli Urzędu Ochrony Konstytucji. Jak wygląda ta struktura w oczach przedstawiciela konserwatywno-narodowo-liberalnej prawicy? W jej skład wchodzi aparat policyjno-prokuratorsko-sądowy ścigający tych, co popełnili zbrodnie słów; w jej ramach funkcjonują, niespotykane w innych krajach, instytucje np. podległa MSW Federalna Centrala Edukacji Obywatelskiej, której zadaniem jest „umacnianie wartości demokratycznych” i „pomaganie obywatelom w zrozumieniu politycznych treści”, oraz, również podległy MSW, Federalny Departament ds. Mediów Szkodliwych dla Małoletnich, który może wciągać na indeks książek zakazanych także pozycje o treści politycznej, historycznej i ideologicznej, które mogłyby „etycznie dezorientować młodzież”. Stanowi to formę cenzury represyjnej.

Według Schüßlburnera sklepieniem i zwornikiem całego systemu władzy ideologicznej w Niemczech są tajne służby (Urząd Ochrony Konstytucji), których najważniejszym zadaniem jest zwalczanie opinii i poglądów, uznawanych przez rządzących za niebezpieczne (dla siebie). W Niemczech UOK sprawuje najwyższy państwowy nadzór ideologiczny. Co roku zarówno UOK federalny, jak i UOK-i krajowe ogłaszają raport adresowany do urzędów, reprezentantów „społeczeństwa obywatelskiego”, mediów, wymiaru sprawiedliwości, systemu edukacyjnego itd. Tajne służby informują w nim, które z legalnie działających ugrupowań, organizacji, wydawnictw, czasopism etc. podejrzewają o „wrogość wobec  konstytucji” i „ekstremizm”. UOK zwalcza „ekstremistów” i „wrogów konstytucji”, czyli wszystkich, którzy nie uznają polityczno-ideologicznego konsensusu ustanawianego przez rządzący establishment. UOK, tzn. współpracujący z nim politolodzy, tworzy nadrzędną siatkę kategorii ideologiczno-politycznych, które następnie przejmowane są przez oficjalną politologię i państwową propagandę, w tym także przez prywatne media głównego nurtu. Podstawą działalności UOK jest założenie, że porządek konstytucyjny zagrożony jest poprzez słowa, symbole, znaki, wypowiedzi czyli przez głoszenie takich czy innych poglądów polityczno-ideologicznych np. pewien kominiarz z Saksonii-Anhaltu zagrażał mu poprzez udział w pewnej politycznej imprezie, w związku z czym został pozbawiony prawa do wykonywania zawodu.

„Wrogość wobec konstytucji” jest – w przeciwieństwie do pojęć „niezgodność z konstytucją” i „łamanie konstytucji”, które są pojęciami prawnymi – terminem czysto ideologicznym i przejawem ideologizacji prawa konstytucyjnego. Wprawdzie dana osoba, organizacja czy czasopismo nie „łamią konstytucji” (to czynić mogą wszak tylko ci, którzy mają władzę), ale są jej „wrogie”, co jest określeniem tak samo mętnym, dowolnie rozciągliwym i dającym taką samą możliwość manipulacji co określenia typu „wróg ludu”, „wróg narodu”, „wróg klasowy” itp. Jeśli – wywodzi Schüßlburner – legalne wypowiedzi i poglądy objęte są podejrzeniem „wrogości wobec konstytucji”, to następuje zatarcie granic pomiędzy legalnością i stanem wyjątkowym, uzasadnianym wyższą ideologiczną koniecznością i faktycznie obowiązującym bezterminowo. RFN jest w tym sensie „państwem ideologicznego stanu wyjątkowego”.

Tajne służby ustalając w swoim raporcie jakie poglądy są „ekstremistyczne” i „wrogie konstytucji”, konstruują system ideologiczny w taki sposób, że rządzące siły polityczno-ideologiczne są ex definitione „nie-skrajne”, zatem  umiarkowane, obiektywne, neutralne wyłączone spod podejrzenia, że mogłyby kiedykolwiek łamać konstytucje. Poglądy i działania rządzącego establishmentu są zawsze w stu procentach zgodne z konstytucyjnym ideałem.

Jawne raporty tajnych służb to de facto instrument ideologicznej propagandy państwowej, swego rodzaju ideologiczno-polityczne urzędowe listy proskrypcyjne ugrupowań, środowisk, wydawnictw, czasopism, organizacji, publikacji, wprawdzie nie zakazanych prawem, ale wykazujących „ekstremizm” i „wrogość wobec konstytucji”. Jest to rodzaj nieformalnej cenzury prewencyjnej i surogat delegalizacji ugrupowań. Chodzi o to, aby nazbyt otwarcie i w zbyt dużym zakresie nie delegalizować organizacji politycznych,  nie cenzurować i ograniczać wolności słowa, i w ten sposób zachować pozory konstytucyjnych wolności politycznych w „ładzie demokratyczno-wolnościowym”, którym szczyci się RFN. Ale tak czy inaczej to tajne służby określają, który światopogląd ideologiczno-polityczny jest nieprawowity. Ich raport jest ewidentnie sprzeczny z konstytucją, ponieważ jest państwową indoktrynacją i narusza wolności polityczne części obywateli. Innymi słowy tajne służby jako strażnicy konstytucji łamią konstytucję, na której straży stoją, co potwierdza przeświadczenie, że strażnicy konstytucji z natury rzeczy muszą stać ponad nią.

Raporty tajnych służ podają też zestawienia statystyczne czynów karalnych np. aktów przemocy kwalifikowanych na podstawie kryteriów polityczno-ideologicznych, co już samo w sobie stanowi ideologizację prawa karnego sprzeczną z europejską i niemiecką tradycją prawną. Okazuje się ponadto, że wśród czynów karalnych przypisywanych „ekstremistycznej prawicy” czy „prawicowym wrogom konstytucji” ok. 80% to przestępstwa ideologiczne czy polityczno-propagandowe (używanie zakazanych znaków, publikowanie niedozwolonych treści w czasopismach, niedozwolone wypowiedzi itd.), natomiast takie czyny nie występują po stronie „ekstremistycznej lewicy”.  Innymi słowy w Niemczech nie występują lewicowe delikty ideologiczne, a wyłącznie te, definiowane jako „prawicowe”. Żadna propaganda lewicowa nie jest uznawana za przestępstwo, np. żadne komunistyczne znaki nie są zakazane, nie jest karana pochwała komunizmu, karze nie podlega zaprzeczanie czy bagatelizowanie zbrodni komunizmu. Oznacza to, że co prawda antykomunizm mieści się w praktyce politycznej czy ideologicznej, ale nie mieści się w „strukturze teoretycznej” ideologii państwowej, która wynika stąd, że Republika Federalna Niemiec jako projekt ideologiczno-polityczny jest kontrprojektem wobec panowania i ideologii narodowego socjalizmu, definiowanego jako „prawicowy”. Dlatego ¬– niezależnie od ideologicznych niuansów i praktyki politycznej odbiegającej niekiedy od ideologicznego ideału – RFN jest w sensie systemowym, by tak rzec, substancjalnie, „antyprawicowa”.

Oficjalna ideologia, na straży której stoją tajne służby, opiera się, zdaniem Schüßlburnera, na dwóch filarach: nacjonalizmie i rasizmie. „Antyniemiecki nacjonalizm” zakłada, że jak najbardziej istnieje niemiecka wspólnota narodowa, ale jest ona ex definitione niebezpieczna i potencjalnie „faszystowska”, dlatego musi być ideologicznie nadzorowana. Podobnie „antyaryjski rasizm”, który zakłada, że jak najbardziej istnieje „aryjska wspólnota rasowa”, tyle tylko, że jest ona z natury podejrzana jako mordercza i potencjalnie „faszystowska” i dlatego musi podlegać nadzorowi ideologicznemu. Z tych ideologicznych przed-założeń wynika, że tajne służby mają zapobiegać np. podżeganiu do nienawiści na tle narodowościowym, ale z wyłączeniem podżegania do nienawiści wobec narodu niemieckiego, a także zapobiegać podżeganiu do nienawiści rasowej z wyłączeniem nienawiści do „rasy aryjskiej”. Z tych założeń wynika również, że dopuszczalny jest jedynie „nacjonalizm konstytucyjny” – to znaczy Niemiec powinien kochać konstytucję (na straży której stoją tajne służby – Urząd Ochrony Konstytucji), natomiast miłość do narodu i ojczyzny jest niebezpiecznym „niemieckim nacjonalizmem”. Na mocy nieubłaganej logiki ideologicznej „prawicowy ekstremista” (zawiera się w tym także kategoria „podejrzanego o prawicowy ekstremizm”) i „wróg konstytucji” to rodzaj kategorii „rasowej”, i ten kto pod nią podpada jest dyskryminowany jako swego rodzaju „ideologiczny podczłowiek”.

Tajne służby jako suweren

Zarówno z analiz Schüßlburnera, jak i z wcześniej podawanych przykładów prawnej i pozaprawnej ekspansji „poprawności polityczno-ideologicznej”, w trakcie której „społeczeństwo obywatelskie” i aparat państwowy zlewają się ze sobą w jeden system, wynika niedwuznacznie, że RFN jest najnormalniejszym w świecie państwem ideologicznym z aparatem bezpieczeństwa czuwającym nad tym, co myślą, mówią i piszą obywatele, jakie poglądy wyznają i głoszą – politolog Klaus Hornung nazwał ustrój ideologiczny panujący w Niemczech „antyfaszystowską dyktaturą światopoglądową”. Można go też określić jako „państwo wyznaniowe” nowego typu, z oficjalną religijnością konstytucyjno-obywatelską jako religią panującą. RFN jako państwo ideologiczne jest – co do zasady – nieodróżnialne od innych form państwa ideologicznego w Niemczech – narodowosocjalistycznego i komunistycznego. W tym państwie faktycznym suwerenem są tajne służby – bo to one – choć formalnie nie wprowadzają stanu wyjątkowego – określają, kto jest „wrogiem konstytucji”, czyli tworzą ideologiczno-polityczne podstawy stanu wyjątkowego.

Schüßlburner podsumowuje zasadnicze cechy zachodnioniemieckiej „nowej demokracji”, jedynej w swoim rodzaju ustrojowej formy polityczno-ideologicznej, na którą nie ma jeszcze określenia: cenzura represyjna wobec publikacji sprzecznych z panującą ideologią, kryminalizacja wyrażanych poglądów, posługiwanie się pozaprawnymi kategoriami „ekstremizmu” i „wrogości wobec konstytucji”; możliwość delegalizacji partii, ugrupowań i organizacji nie z powodu czynów podlegających ocenie prawnej np. stosowania przemocy, lecz z powodu głoszenia idei i światopoglądów, uznanych przez tajne służby i aparat państwowy za fałszywe i niebezpieczne, możliwość ograniczenia pluralizmu polityczno-ideologicznego. Oznacza to, że Republika Federalna Niemiec podąża „odrębną drogą” (Sonderweg), porzucając zasady klasycznej zachodniej demokracji liberalnej. Musi to napawać niepokojem wszystkich mieszkańców Europy, w której – w sytuacji rosnących wpływów Niemiec – ustroje i praktyka polityczna mogą upodobnić się do niemieckich. W związku z tym należałoby pomóc Niemcom w powrocie na drogę ku „wolnościowemu państwu prawa”, z której zeszły na manowce państwa ideologicznego. Ponadto należy je bacznie obserwować, aby nie stały się rozsadnikiem „poprawności polityczno-ideologicznej”, aby, ich,  zdominowany przez lewicę, dyskurs publiczny nie rozprzestrzeniał  się na całą Europę.
Tomasz Gabiś

PS
Nadzorcom ideologicznego dyskursu solą w oku były spotkania w knajpach, (Stammtisch), gdzie „zwyczajni Niemcy” mogli w nieskrępowany sposób wymieniać opinie i dyskutować, bez żadnego nadzoru i nacisku propagandy politycznej. Ta niekontrolowana sfera została zniszczona poprzez wprowadzenie zakazu palenia w knajpach. Obywatele zamiast toczyć swobodne debaty przy piwie, ćmiąc papierosy i cygara, mają siedzieć w domach i oglądać telewizję.

Pierwodruk: „Opcja na prawo”, 2013 nr 4



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»