Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 18 (1993)
ROSJA
GOŁOS ZARUBIEŻJA
Ozdobą 66 numeru monachijskiego czasopisma z września 1992 r. jest artykuł pani Pirożkowej, w którym opisuje swoje wrażenia z wizyty w Rosji po półwiecznej nieobecności. Moskwę znajduje obszarpaną, ale rozkwitają w niej prywatne banki. Bankierów stać nawet na gest w postaci ufundowania pomnika Cyryla i Metodego. Plac Dzierżyńskiego znowu nazywa się Łubianką, a na osieroconym cokole po pomniku „rycerza Rewolucji” stanie krzyż upamiętniający ofiary polskiego szlachcica. Mauzoleum Lenina jakby zmalało, przytłoczone wielkimi reklamami towarów. Można już podejść do ścian Kremla, co w okresie stalinowskim byłoby równoznaczne z samobójstwem. Metro jest bardzo głębokie i szybkie, a młodzi ludzie ustępują miejsca starszym, co w Monachium w ogóle się nie zdarza. W katolickim kościele 90% to młodzież, okazuje się, że dla niektórych młodych Rosjan msza katolicka jest bardziej zrozumiała. Podobnie jak w Polsce najbardziej narzekają ludzie, którym powodzi się nienajgorzej. Gorbaczow jest powszechnie nielubiany. Na pograniczu estońsko-rosyjskim występuje pewne napięcie. Estońska Narwa w 90% jest zamieszkana przez Rosjan. Rząd estoński domaga się przyłączenia do republiki Iwanogrodu i Peczory, które przed wojną należały do Estonii. Niewątpliwie Jelcyn ma mnóstwo problemów, a w telewizji histerycznym tonem obrzucają go błotem. Ale Wiera Pirożkowa nie obawia się rozwoju wydarzeń w Rosji. Myślała, że będzie znacznie gorzej.
NASZA STRANA.
Od pewnego czasu redakcja tygodnika argentyńskiej białej emigracji wydaje się być zdezorientowana tempem przemian zachodzących w dawnym Związku Sowieckim, o czym świadczy szereg artykułów przestrzegających przed niebezpieczeństwem „katolizacji Rusi”. Nadal jednak w piśmie poruszane są tematy ważne i ciekawe. W numerze 2175 I. Andruszkiewicz pisze o parlamencie niż jest on instytucją w swej istocie typowo monarchiczną, zaś bez obecności „czynnika hamującego”, jakim jest monarchia, staje się źródłem politycznej anarchii. Wypowiadając się na temat przyszłej konstytucji Rosji stwierdza, że „konstytucja nie jest dokumentem, lecz odzwierciedleniem ustroju politycznego, piątym elementem państwa, określającym wzajemny stosunek pozostałych czterech: władzy, terytorium, obywateli i religii”. Technokratyczne, bezduszne dokumenty wzorowane na oenzetowskiej karcie Praw Człowieka, przygotowywane w Moskwie i nie biorące pod uwagę historycznych i geopolitycznych uwarunkowań państwa rosyjskiego mogą więc spowodować tylko szkody. Autor postuluje powrót do monarchii oraz powołanie parlamentu wzorowanego na dawnym Soborze Ziemskim. W tym samym numerze można przeczytać o zjeździe rosyjskich monarchistów, który odbył się latem w Buenos Aires.
E. Karmazin w artykule „O błędach” z numeru 2177 snuje rozważania na temat błędów polityki zagranicznej USA. w okresie międzywojennym. Zdaniem Karmazina pierwszym błędem była odmowa ratyfikacji Traktatu Wersalskiego, wynikła w następstwie konfliktu między prezydentem Wilsonem a Senatem. Następstwem tego kroku było osłabienie Anglii i Francji, które bez po parcia Ameryki (oraz sowieckiej Rosji) nie były w stanie przeciwstawić się rosnącej potędze narodowo-socjalistycznych Niemiec. Drugim błędem Ameryki była niezgoda na umorzenie długów państw Ententy, co było jedną z przyczyn za-chwiania gospodarek tych państw i wybuchu Wielkiego Kryzysu w 1929 roku. Jednakże największą pomyłką Stanów Zjednoczonych było narzucenie pokonanym Niemcom demokratycznej republiki, mimo przestróg Churchilla, który jeszcze w 1920 roku postulował osadzenie na tronie niemieckim wnuka cesarza Wilhelma. Amerykanie sprzeciwili się także zamiarom gen. Schleichera, który w 1932 roku planował rozwiązanie parlamentu i wprowadzenie tymczasowych rządów wojskowo-prezydenckich. Zdaniem Karmazina obecna polityka Stanów Zjednoczonych wobec Rosji niebezpiecznie przypomina doświadczenia międzywojenne. W numerze warto też zwrócić uwagę na cytowane stwierdzenie Henryka Kissingera: „powstanie Wspólnoty Niepodległych Państw równa się dwu rewolucjom. Pierwsza z nich kończy 74-letni okres władzy sowieckiej, druga — 400 letnia historię imperialnej Rosji”.
Numer 2178, prawie w całości poświęcony osobie zmarłego następcy tronu rosyjskiego Wielkiego Księcia Włodzimierza Cyrylowicza zawiera także ciekawy artykuł „Masoneria na emigracji” pióra znanego prawicowego historyka Walentyna Zarubina. Autor opisuje działalność organizacji wolnomularskich w środowisku emigracji lat 20-ych. Jako ciekawostkę należy wymienić przytaczany przez Zarubina fakt, że patriarcha Eulogiusz – głowa Kościoła Prawosławnego na emigracji – dopuszczał do spowiedzi i Komunii Św. osoby, które nie kryły się ze swoją przynależnością do lóż masońskich.
NASZI WIESTI
„Naszi Wiesti” to kwartalnik, wydawany przez Związek Oficerów Rosyjskiego Korpusu w kalifornijskiej Santa Rosa. Czytając zimowy numer 91/92 możemy się dowiedzieć „jak niszczą Cerkiew, jednocząc ją, czyli ekumenizm przygotowuje kościół dla Antychrysta”. Autor krytycznie podchodzi do uczestnictwa Patriarchatu Moskiewskiego w pracach Światowej Rady Kościołów, grupującej 175 (przeważnie protestanckich) denominacji. Jak najszybciej Rosyjska Cerkiew powinna wrócić na tysiącletni szlak, nie splamiony żadną herezją. Właściwą postawę zajmuje arcybiskup Jakub z Greckiej Prawosławnej Cerkwi Północnej i Południowej Ameryki, krytykujący amerykańską Narodową Radę Kościołów, stanowiącą trzon rady światowej. Arcybiskup uważa, że chrześcijaństwo nie jest zabawką, a Chrystus to nie playboy. Nic można się godzić na legalizację abortów i małżeństw homoseksualistów i lesbijek. Pomimo zmian w Rosji tamtejsza cerkiew wskutek intryg „abbatów”, „adamantów”, antonowców i innych kontynuuje współpracę ze ŚRK i odwraca się wciąż plecami do prawosławnych w Ameryce. Siewierski przybliża istotę idei monarchicznej. Uważa on, że monarchia ochrania biednych przed bogatymi. Powoduje to sprzeciw uprzywilejowanych warstw narodu, np. baronetów w Anglii, burżuazji we Francji czy inteligencji w Rosji. Ustanowienie republiki oznacza upadek. Przykładem są Włochy po II wojnie światowej, podczas gdy cesarska Japonia z godnością zniosła klęskę i okupację. Po przywróceniu monarchii należy wystrzegać się błędów okresu petersburskiego, a tym bardziej francuskiej Restauracji. Carska Rosja nie była państwem szczególnie represywnym – w 1913 r. było zaledwie 32 tysiące więźniów, z tego zaledwie 5 tysięcy politycznych. Rewolucja zwyciężyła, bo biurokracja i inteligencja utraciły poczucie historycznej odpowiedzialności. N. N. Protopopow relacjonuje obchody 50 rocznicy Rosyjskiego Korpusu i cytuje wypowiedź dziennikarza Czutjupanowa, według którego opowiedzenie się za III Rzeszą przeciw III Międzynarodówce było jedynie słusznym wyborem.
W wiosennym numerze z 1992 r. Siewierski w dalszym ciągu pisze o monarchii. Podkreśla, że w odróżnieniu od „Pięknej Francji”, „Starej Anglii”, „Wielkich Niemiec” czy „Wolnej Ameryki” tylko na wschodzie znajdziemy „Świętą Ruś”, co dobitnie świadczy o braku imperializmu i szowinizmu w Rosji. Przyszła rosyjska monarchia powinna być historyczna, miłująca Boga, praworządna i wolna. Każdy wielki naród ma swoją historyczną misję. I tak Izrael krzewił ideę Jedynego Boga, Grecja pokazała ludzkości piękno sztuki, Egipt kultywował tajemniczą mądrość a Rzym harmonijny system państwowości i prawa. Misja Rosji spoczywa w maksymalnym zbliżeniu do ideału „Świętej Rusi”, w ochronie i pogłębieniu prawosławia oraz w pogodzeniu Wschodu z Zachodem (niewątpliwie wbrew Kiplingowi). Jeśli nie będzie Rosyjskiego Imperium (a jednak), będącego syntezą Europy i Azji, to żółte hufce zaleją Europę.
Z kolei Andrzej Głazów w imię monarchicznych tradycji krytykuje nowy herb Rosji. Umieszczony na nim orzeł jest pozbawiony dużej i małej korony, tarczy z herbem Moskwy i innych miast, berła oraz jabłka. Orieł – nie kurica. Oskubany orzeł jest symbolem podzielonej, obrabowanej i wyprzedawanej Zachodowi Rosji. Z tekstem tym koresponduje skarga hieromnicha Pajsija z jedynego prawosławnego klasztoru w Polsce, znajdującego się w podlaskiej Jabłecznej. Denuncjuje on siedleckiego biskupa, który odbiera prawosławnym cmentarz. Prawosławny hierarcha obawia się powtórzenia wydarzeń z lat 1938-39, kiedy to na Chełmszczyźnie katolicy niszczyli albo zabierali cerkwie, pozbawiali prawosławnych własności i wtrącali popów do więzienia. Prześladowania spotykają też Rosjan na Ukrainie. Na Zachodniej Ukrainie zlikwidowano rosyjskie grupy w przedszkolach i zamknięto jedyną w tej części państwa rosyjskojęzyczną szkołę z internatem. Najlepszą szkołę we Lwowie przekształcono w mieszaną, rosyjsko-ukraińską. Ukraińska prasa kwestionuje istnienie narodu rosyjskiego, stawiając tezę, że jest to mieszanka Tatarów z Mordwą, leniwa, agresywna, ciemna itd.
NIEMCY
CRITICÓN
W swoim 128 numerze monachijski dwumiesięcznik – okręt flagowy niemieckiego konserwatyzmu – przynosi m. in. portret Gerda Gaisera, autora znanej i u nas powieści Bal pożegnalny, pióra Franka Lilie, krytyczną analizę ideologii i działalności Międzynarodówki Liberalnej A. Winterbergera, świetny artykuł Armina Mohlera o wydanych ostatnio zapiskach Carla Schmitta z lat 1947-1951. Jednak trzon numeru stanowią teksty historyczne. I tak Dirk Bavendamm w artykule „Mieć wojnę nie robiąc jej” snuje „krytyczną refleksję o amerykańskiej potędze z okazji 50-lecia Pearl Harbor”. Bevendamm analizuje wojny prowadzone przez USA w XX wieku łącznie z wojną nad Zatoką Perską, która w pewnym sensie była „wojną światową”, gdyż Amerykanom udało się skupić za sobą przeważającą większość państw łącznie ze Związkiem Radzieckim, przekonać je o moralnej konieczności karnej ekspedycji i ruszyć w pole przeciw wystylizowanemu na „drugiego Hitlera” przywódcy narodu uznanego za przestępczy. Takie postępowanie Amerykanów wynikało z lekcji wietnamskiej. Wojna w indochińskiej dżungli była bowiem amerykańską wojną narodową, toczona była przez Amerykanów samotnie i nie wytworzyła konsensusu ani wewnętrznego, ani międzynarodowego. Dlatego Bush uznał, że wojskowa interwencja USA musi być „kryta” przez taki właśnie konsensus polityczny.
W czasie drugiej wojny światowej w latach 1939-41 Roosevelt prowadził niewypowiedzianą i naruszającą deklaracje o neutralności wojnę morską z Niemcami. Prowadził również wojnę ekonomiczno-dyplomatyczną z Japonią na długo przed Pearl Harbor. Atak japoński i wypowiedzenie wojny przez Niemcy pozwoliło zrealizować zasadę, praktykowaną również po 1945 roku, aby nigdy nie wypowiadać jednostronnie wojny i nie rozpoczynać jej jaskrawym naruszeniem prawa międzynarodowego (wyjątkiem są interwencje w Ameryce Środkowej, które jednak zaakceptowane były przez tzw. światową opinię publiczną jako akcje policyjne). Taktyka amerykańska polegała w przeszłości i polega nadal na poprzedzaniu wojny fazą przygotowawczą, w której każdorazowe „państwo-agresor” jest politycznie izolowane i moralnie napiętnowane dzięki wpływom posiadanym przez USA w gospodarce światowej, światowych finansach i światowej opinii publicznej. Dopiero później „wspólnota międzynarodowa” pod przywództwem USA rozpoczyna „akcję ofensywną”. W dwóch przypadkach (Korea, Irak) nastąpiło to nawet pod bezpiecznym parasolem ONZ. Bavendamm uważa, że i ten typ polityki jest realizacją „otwartej dyplomacji”, którą Wilson i jego uczeń Roosevelt przeciwstawili tajnej dyplomacji europejskich gabinetów. Odnotować również należy opinię Bavendamma na temat lansowanego obecnie światowego rozbrojenia. Rozbrojenie to jest w rękach USA instrumentem dalszego osłabienia Rosji. Rozbrojenie bowiem jest dla Rosji o wiele bardziej niekorzystne niż dla Ameryki. USA bez jednej rakiety z głowicą atomową nadal zachowują wszystkie możliwości wojskowo-polityczne wynikające z potęgi morskiej, podczas gdy Rosja tracąc broń atomową traci jedyny środek wygrania rosyjskiej potęgi lądowej przeciw USA.
Walter Post zajmuje się okolicznościami japońskiego ataku na Pearl Harbor. Jego tezy bogato udokumentowane pokrywają się praktycznie z tymi, które na łamach „Stańczyka” (nr 17) przedstawił Sheldon Richman. Post przypomina, że już w czasie wojny i potem katastrofą amerykańskiej Floty Pacyfiku w Pearl Harbor zajmowało się aż 9 oficjalnych komisji. W komisji powołanej przez Kongres demokratyczna większość usilnie starała się zaciemniać przebieg wydarzeń i ukryć fakty niekorzystne dla Roosevelta. Ale już w 1947 roku George Morgenstern opublikował książkę Pearl Harbor. Historia tajnej wojny a w 1948 wysoko ceniony historyk Charles A. Beard wydał pracę Prezydent Roosevelt i nadejście wojny. Z początkiem lat pięćdziesiątych pojawiły się dalsze prace renomowanych historyków: Tylne drzwi do wojny Ch. C. Tansilla i Wieczna wojna dla wiecznego pokoju pod red. H. E. Barnesa. Dworskim historykom z Waszyngtonu udało się przez szereg lat zagłuszyć głosy „rewizjonistów” i narzucić oficjalną wykładnię wydarzeń. Dopiero po wojnie wietnamskiej tezy niezależnych historyków zaczęły przebijać się do opinii publicznej.
Jürgen Hoffmann w artykule „Wypowiedzenie przez Hitlera wojny Stanom Zjednoczonym” docieka, dlaczego Rzesza Niemiecka określiła jako swego wroga najpotężniejsze państwo świata akurat wówczas, kiedy po japońskim ataku na Pearl Harbor uwaga USA musiała skierować się w rejon Pacyfiku. Hoffmann rozważa różnorodne aspekty militarno-polityczne decyzji kierownictwa Rzeszy zwracając uwagę m. in. na fakt, że USA pod pozorem neutralności toczyły wojnę morską z Niemcami, podczas gdy Hitler przez długi czas nie chciał ulec naciskom dowództwa marynarki nalegającemu na rozpoczęcie otwartej akcji przeciw flocie amerykańskiej, bo nie chciał dawać Rooseveltowi argumentu do ręki w jego walce politycznej z izolacjonistami. Po Pearl Harbor Roosevelt miał rozwiązane ręce a tzw. opinia publiczna stała się przychylniejsza wobec wojny. W sumie wypowiedzenie wojny Ameryce nie było jakimś aktem szaleństwa, ale (i takie stanowisko podziela coraz większa liczba historyków) przemyślanym, dobrze skalkulowanym i racjonalnym posunięciem w ramach polityki siły.
W numerze 130 znaleźć możemy m. in. portret Ernesta von Salomona pióra Markusa Kleina. Von Salomon (1902-1972), pisarz w Polsce nietłumaczony i chyba nieznany poza wąskim kręgiem wtajemniczonych to pisarz znakomity. Jego powieści: Potępieni (1930), Kadeci (1933), Kwestionariusz (1951) weszły na trwałe do literatury niemieckiej. Pisarzem stał się w więzieniu, gdzie w latach 1922-27 odsiadywał wyrok za współudział w zamachu na ministra spraw w zagranicznych Republiki Weimarskiej Waltera Rathenaua. Tam pozbył się wielu ideologicznych złudzeń, ale pozostał wierny wyniesionej z walki we freikorpsach postawie heroicznego pesymizmu. Był „bezdomnym prawicowcem” do końca życia określającym się jako Prusak. Ten nawiązujący do schillerowskiego idealizmu samotnik z jego radykalnym odrzuceniem panowania mas, z pochwałą indywidualnej wolności (dowód osobisty uważał za list gończy, który każdy nosi przy sobie) i nienawiścią wobec politycznych mieszczan powinien być przez nas dziś na nowo odczytywany. Już przed laty odkryła go francuska Nowa Prawica, znowu zaczynają się nim interesować jego rodacy. Może kiedyś jego książki dotrą do polskiego czytelnika.
Poza tym w numerze uwagę zwracają dwa artykuły: „Kilka zwykłych prawd. O koniecznym renesansie myślenia konserwatywnego” Karlheinza Weißmana i „Nowa Zimna Wojna (USA-Japonia)” Roberta Steuckersa. Karlheinz Weißmann jest luterańskim teologiem młodszej generacji i autorem znaczących książek takich jak Znaki Rzeszy. Symbole Niemców, Czarne sztandary. Runiczne znaki. Symbolika niemieckiej prawicy między 1890 a 1945. Przed kilkoma miesiącami Ullstein Verlag wydał jego Przywołanie do historii: niemieckie wyzwanie. W swoim artykule pisze on, że po upadku wielu dwudziestowiecznych utopii i rozpadzie dwubiegunowego świata centryfugalne siły przemieniają naszą planetę w stare-nowe pluriversum politycznych jednostek. Nadchodzi czas nowego realizmu. W miejsce ideologicznych przyporządkowań powracają tradycyjne rozważania geopolityczne, wojskowe i dyplomatyczne uzupełniane, ale nie zastępowane, przez ekonomię i ekologię. W miejsce konfliktu między „komunizmem” a „wolnym światem” pojawiają się nowe regionalne (rasowe, narodowe, religijne) konflikty, które mogą mieć bardzo stare źródła, ale których przebieg może określić przyszłość ludzkości. Nie będzie „światowej polityki wewnętrznej”, planetarne rozprzestrzenianie się demokracji parlamentarnej w stylu westminsterskim jest dziś mniej prawdopodobne niż kiedykolwiek. Na nowo powraca pojęcie narodu i pytania o „narodową tożsamość”. Jeśli panujący do tej pory w Europie „negatywny nacjonalizm” nie zostanie porzucony na rzecz normalnego traktowania narodu jako historycznie ukształtowanej organicznej całości, to wahadło może wychylić się w stronę agresywnego nacjonalizmu czy nawet rasizmu.
Trzeba na nowo przemyśleć kwestię prawidłowego porządku państwowego. Nie czas dziś na zrodzone z ducha „antypolityki” iluzje na temat „społeczeństwa obywatelskiego” mającego być bezhierarchicznym, permanentnie obradującym „okrągłym stołem”. Trzeba powrócić do wartości męskich i żołnierskich, ład państwowy oparty na wartościach kobiecych nie przetrwa czasu twardej próby. Zamiary przekształcenia Lewiatana w opiekuńczą matkę są bezskuteczne i niebezpieczne zarazem. Trzeba przeciwstawić się również tendencji do niwelacji społecznej. Społeczne rozczłonkowanie, hierarchia i autorytet – tym pojęciom musi zostać przywrócona właściwa im treść. Dawne polityczne środowiska są w stanie rozkładu. Padły one ofiarą wielkiego rewolucyjnego procesu w XX wieku z jego wojnami, przewrotami społecznymi, powszechną technicyzacją i modernizacją. Dotyczy to również dominującego dziś środowiska, czyli lewicy, która doszła do kresu swoich możliwości. Nie potrafi ona odpowiedzieć na żadne z pytań pojawiających się w momencie, gdy proces historyczny „rusza na nowo”. Adekwatna może być tylko odpowiedź konserwatywna. Możliwa jest regeneracja, która jest konserwatywna o tyle o ile konserwatyzm jest neutralną postawą „zdrowego człowieka”.
Robert Steuckers jeden z czołowych intelektualistów zachodniej Nowej Prawicy publikuje artykuł pt. „Nowa Zimna Wojna (USA-Japonia)”. Pisze m. in., że Japonia mogła (musiała) wybierać między dwoma wielkimi strategiami politycznymi: między dążeniem do panowania nad morzem, do stania się potęgą morską a izolowaniem się na swoim archipelagu. Po klęsce pierwszej opcji w 1945 roku Japonia (pod naciskiem USA) wybrała izolację i pacyfizm. Dziś sytuacja zdaje się ulegać zmianie. Nie wiadomo jak długo Ameryka przeżywająca kłopoty finansowe będzie mogła utrzymać swoją militarno-polityczną obecność w tym regionie świata w takim zakresie jak w przeszłości. Steuckers przewiduje, że Ameryka będzie zmuszona pozostawić Japonii troskę o własne bezpieczeństwo i obdarzyć ją zadaniem ochrony dróg morskich prowadzących z Zatoki Perskiej do portów japońskich. To oznaczałoby jednak powrót Japonii do imperialnej polityki morskiej, którą porzuciła w 1945 roku. Powstałaby paradoksalna sytuacja: powróciłaby konstelacja z lat trzydziestych, która wywołała wrogość Ameryki! Byłoby to jednoznaczne z przyznaniem się do klęski. Druga wojna światowa, atomowe zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki okazałyby się pozbawione sensu.
Nic dziwnego, że USA nie bardzo mogą się zdecydować jaką strategię przyjąć. Równocześnie Japonia zdając sobie sprawę, jak wielkie koszty musiałaby ponieść, aby odbudować potęgę imperialną wykazuje wielką ostrożność wietrząc jakąś pułapkę. W 1980 roku premier Suzuki zaproponował rozwiązanie kompromisowe a mianowicie przejęcie przez Japonię kontroli nad obszarem w promieniu 1000 mil wokół Japonii. Ale takie rozwiązanie niewiele by zmieniło, twierdzi Steuckers, gdyż i tak prowadziłoby automatycznie do zwiększenia ekspansywnej dynamiki politycznej. 100-milowa strefa zawierałaby ważne pozycje strategiczne (Tajwan, północny kraniec Filipin, Okinawa, Iwo Jima, płn.-wsch. część pierwszych Wysp Aleuckich). Dlatego jeśli Japonia wzięłaby na siebie kontrolę tysiącmilowej strefy to geopolityczne i strategiczne konieczności zmusiłyby ją do prowadzenia dalekosiężnej polityki imperialnej, która na dłuższą metę wywołałaby konfrontację z USA.
Istotne jest tu uświadomienie sobie faktu, że strefa nie rozciągałaby się tylko na obszar morski. Aby kontrolować Morze Japońskie i cieśniny musiałaby Japonia bronić Płw. Koreańskiego – tego „bagnetu wymierzonego w serce Japonii”. Do tej pory, aby powstrzymać potęgi kontynentalne – Chiny i ZSRR, ryglowały je Stany Zjednoczone Koreą. Gdyby wojska amerykańskie opuściły Koreę Japonia musiałaby ją zastąpić. Do tego wszystkiego dochodzą zawikłane relacje ekonomiczne – szczególnie całkowita zależność Japonii od importu ropy naftowej. Steuckers przewiduje, że Japonia porzuci izolację, ale nie podejmie ryzyka i ciężaru prowadzenia samotnej polityki imperialnej. Będzie natomiast dążyć do utworzenia osi Tokio-Delhi (obejmującą m. in. pomoc techniczną dla modernizacji floty indyjskiej), aby wspólnie kontrolować drogi morskie między cieśniną Ormuz a japońskim archipelagiem. Równocześnie starać się będzie do „odbudowania” osi poprzez sojusze z Indonezją, Singapurem, Papuą-Nową Gwineą, Filipinami, Malezją, Birmą i ewentualnie Chinami. Natomiast Stany Zjednoczone będą próbować utrzymać swoją dotychczasową kontrolę nad Oceanem Indyjskim i Spokojnym, niejako z oddali, poprzez Koreę (być może zjednoczoną), Tajwan, Chiny, Indonezję, Australię, Filipiny i Singapur.
STAATSBRIEFE
W rocznikach 1991/1992 monachijskiego miesięcznika znajdziemy wiele interesujących artykułów. M. in. znany geopolityk Heinrich Jordis Lohausen analizuje wojnę nad Zatoką Perską jako wojnę Stanów Zjednoczonych z Europą, głównie z Niemcami. Interwencja amerykańska nie była czymś przypadkowym: Bliski Wschód tworzy środek Starego Świata, a środkiem tego środka jest właśnie obszar nad Zatoką Perską – najbardziej czułe miejsce Euroafryki i pięta achillesowa Starego Świata. Kto się usadowi nad Zatoką, ten może kontrolować nie tylko Bliski Wschód, ale również Europę, Indie, Azję Wschodnią. Jest to również zalążek trzeciego frontu przeciwko ciągle nieujarzmionej jeszcze potędze wojskowej Rosji. Następnym krokiem Ameryki będzie interwencja w RPA. Ale po drodze, czego Lohausen nie przewidział była Somalia. Na interwencję w RPA w celu „obrony demokracji” (czyt. osadzenie Mandeli w Pretorii) przyjdzie czas, gdy będą gotowe bazy lotnicze w Botswanie.
Reinhold Oberlercher w artykule „Nomadologia albo prawo moderny” opisuje duchowy podbój Europy przez nomadów, ludzi bez miejsca i korzeni. Osiadłe kultury chłopskie zostały zdominowane przez nomadów a kulturowy krajobraz Europy uległ spustynnieniu i zestepowieniu. Oświeceniowy racjonalizm to ideologie inteligenckich nomadów, dla których wszystko jest ruchome łącznie z zasadami etycznymi. Ulrich Lehmkühler dokonuje ostrej krytyki Związku Wypędzonych. Wypędzeni stoją dziś (po podpisaniu układu z Polską) nad ruiną swojej czterdziestoletniej konformistycznej polityki wobec Bonn. Ich wpływ jest zerowy. Związek Wypędzonych i jego młodzieżowe organizacje straciły ostatecznie rację politycznego bytu i mogą się zająć kultywowaniem kulturalnej tożsamości. Andreas Mölzer opisuje „zimną wojnę domową w Austrii”, czyli ataki partii rządzących na szefa narodowych liberałów Jörga Haidera. Wilhelm Cronenberg stawia „Pytania o niemiecką prawicę” i konstatuje główne cechy niemieckiej prawicy narodowej: dyletantyzm, śmieszność, utrata poczucia rzeczywistości, itd.
Godne uwagi są obszerne reportaże Wolfganga Straussa z Rosji, i jak zwykle publicystyka polityczna redaktora i wydawcy „Staatsbriefe” H.-D. Sandera. Autor Narodowego imperatywu tak komentował podpisanie układu polsko-niemieckiego: Polacy powinni zrozumieć, że uznanie linii Odry-Nysy jako ostatecznej granicy zachodniej Polski nie jest jednym z pierwszych kroków na drodze ku nowemu porządkowi europejskiemu, lecz przeciwnie, jednym z ostatnich działań w ramach rozpadającego się i niemożliwego do utrzymania status quo w Europie. Granice nie stały się trwalsze przez złożone w Bonn podpisy. Z końcem status quo, z końcem rosyjsko-amerykańskiej hegemonii nad Europą, do podziemnej krainy umarłych schodzi nie tylko Europa Jałty i Poczdamu, ale także Europa Wersalu, St. Germaine, Trianon, Neuilly i Sevres, po której nie pozostanie kamień graniczny na kamieniu. Koniec status quo pcha w kierunku odbudowy Rzeszy Niemieckiej. Terytorialne przyłączenie dawnego niemieckiego Wschodu stanie się pewnego dnia przedmiotem rokowań pomiędzy Rosją a Niemcami. Ale klucze nie leżą w Moskwie. Wszystkie atuty są w rękach Niemców. Oczywiście nie w rękach takich ludzi jak Kohl i jego ekipa. Kohl w 1991 roku podczas wizyty w Brazylii oświadczył, że nie zna już Niemiec, lecz tylko Stany Zjednoczone Europy. A więc kanclerz zjednoczenia to w rzeczywistości kanclerz likwidacji Niemiec. Jeśli ktoś tak jak on względnie silną markę składa na brukselskim ołtarzu jako niemiecką ofiarę postępuje gorzej niż zdrajca czy defraudant: prowadzi swój naród poprzez wywłaszczenie do niewoli. Eurowaluta doprowadzi do gospodarczego osłabienia Niemiec i obniżenia poziomu życia a kapitulacja przed szturmem azylantów odbierze Niemcom prawo do swej ziemi. Traktat z Maastricht, ten jako go nazywa „potworek z błota i ognia” kierowany jest według Sandera przeciw Niemcom. Starzy wrogowie Niemiec zdjęli po zjednoczeniu maski przyjaciół. Prawdziwe stanowisko Francji wobec zjednoczenia Niemiec wyraziło się w rozlokowaniu rakiet z głowicami jądrowymi nad granicą francusko-niemiecką i w sięgnięciu po niemiecką markę.
Droga Kohla do Maastricht była czymś gorszym niż droga do Canossy. Po kapitulacji militarnej 1945 roku podpisał on bez konieczności i bez przymusu kapitulację polityczną. Cały ten traktat z Maastricht likwidujący Europę poprzez niwelację i fellachizację nie przetrwa długo. Gorączkowy pośpiech, z jakim w Maastricht wkroczono na drogę ku przepaści ma w sobie coś satanicznego. Terytorialna pieczęć nieodwołalności, którą Mitterrand, Andreotti i Kohl przyłożyli do traktatu ma ornament diabelskiego kopyta. Ale europejska euforia to euforia, jaką lekarze stwierdzają czasami tuż przed śmiercią chorego. Istnieje w historii naturalna siła, która zmiata w proch wszystkie sztuczne konstrukcje. Obecna elita niemiecka jest zbyt tchórzliwa, by uchwycić szansę, którą daje Niemcom koniec status quo. Z zaciekłością pijawki przyssała się do Europy, zamiast dążyć do odbudowy Rzeszy. Ale zbliża się dies irae. Naturalna siła historii kijami zapędzi Niemców do Rzeszy. Sprawą decydującą jest dziś dla Niemiec to, czy znajdą się siły zdolne przeciwstawić się Unii Europejskiej i odbudować Rzeszę Niemiecką. Republika Federalna jest i tak nie do utrzymania. Jeśli znajdą się te siły, RFN może w sposób względnie bezpieczny przejść do nowego politycznego porządku. Jeśli nie, to RFN wraz z innymi krajami europejskimi łącznie ze starymi wrogami Niemiec, upadnie. Nie jest pewne, czy z popiołów podniesie się feniks. Pewne jest, że jeśli się podniesie to będzie to feniks niemiecki. Wtedy odbudowana zostanie Rzesza Niemiecka i zacznie się nowa kolonizacja Wschodu taka jak w końcu pierwszego tysiąclecia.
W kolejnych numerach „Staatsbriefe” ukazywały się „Wariacje na temat demokracji”, których autorem jest zmarły w 1971 roku Hans Domizlaff. Oto niektóre jest tezy: demokracja charakteryzuje się całkowitym brakiem wyczucia dla tego, co symboliczne i nieracjonalne, żyje ona teorią pozbawioną życia; demokracja to władza opłacanych funkcjonariuszy; w demokracji wykonawczy aparat biurokratyczny zdobywa przewagę nad ciągle zmieniającym się kierownictwem państwa; brak rzeczywistej głowy państwa powoduje, że stan urzędniczy pogrąża się w intrygach i walkach; wszystkie demokratyczne eksperymenty przynoszą niesłychany wzrost liczby przepisów prawnych, gdyż demokracja niszczy moralne konwencje i wewnętrzne poczucie przyzwoitości – zastępując je paragrafami, zanik dyscypliny moralnej powoduje rozrost instytucji policyjnych, których nie ma w harmonijnie ukształtowanych strukturach państwowych; demokratyczne eksperymenty mogą trwać tak długo, jak długo karmić się mogą pojęciami moralnymi z poprzedniego porządku państwowego; demokratyczne eksperymenty niszczą związek wspólnoty ze sferą religijną powodując powstanie metafizycznej próżni; wraz z osłabieniem religijności w demokracjach zwiększa się upolitycznienie kościołów, rośnie wpływ zabobonów i trudnych do opanowania szaleńczych idei; ponieważ w państwie demokratycznym najdalszym horyzontem czasowym w polityce są cztery lata, to ludzie także i w życiu prywatnym nie czynią hardziej dalekosiężnych planów; niepewność pozycji polityka w demokracji sprawia, że ponad 90% swych sił poświęca on obronie swojego stanowiska; demokracja pozbawiona nadrzędnej idei państwowej jest zbiorowiskiem klik, grup interesów, związków i organizacji; totalne upartyjnienie i uzwiązkowienie życia społecznego zabija myślenie na własną odpowiedzialność, obiektywizm i dążenie do prawdy klasyfikowane jest jako zdrada interesów partii czy organizacji; ponieważ w demokracji panuje anonimowość decyzji i nieodpowiedzialność, taka sama nieodpowiedzialność rozciąga się na całe życie społeczne, zanika niezależne sądownictwo.
Państwo demokratyczne głosząc przejęcie odpowiedzialności za byt materialny obywateli niszczy w nich etykę odpowiedzialności za samych siebie i rozwija ich złe skłonności, upaństwowione zostaje współczucie, znika zmysł samopomocy, tworzy się klasa pasożytów-beneficjentów welfare state, następuje wzrost podatków, eliminacja prywatnej dobroczynności i międzyludzkich relacji opartych na dawaniu i wdzięczności; demokracja przynosi wzrost liczby rozwodów i rozszerzenie się perwersji seksualnych, im głębsza demokratyzacja, tym więcej pojawia się homoseksualistów i lesbijek; demokratyczna równość prowadzi do stagnacji, tępi się inteligentnych, którzy potrafią dostrzec pustkę demokratycznych frazesów, masowy człowiek demokracji potrafi jedynie „oczerniać, to co błyszczy i ściągać w błoto to, co wyniesione”, Goethe nigdy by nie napisał swych dzieł, gdyby żył w demokracji, gdzie dominują przeciętność i duchowy prymitywizm masy; idealne państwo demokratyczne nie daje przestrzeni dla ludzi wybitnych i wyjątkowych, gdyż stosowany przez nie ucisk podatkowy prowadzi do niwelacji społecznej i zaniku mecenasów; demokracja niszczy pojęcie autorytetu, stąd trudności we właściwym wychowaniu młodzieży; jeśli demokracja nie wpadnie w ręce ludzi pieniądza i nie przekształci się plutokrację rządzoną przez lobbystów, jeśli nie spada do poziomu społeczeństwa termitów nadzorowanego przez surowych funkcjonariuszy, jeśli nie staje się łupem demagogów, którzy pod płaszczykiem dobra ludu upajają się krwawym sprawowaniem władzy, to upada z powodu samobójczego wyniszczania najdzielniejszych i najinteligentniejszych.
ETAPPE
W numerze z 1992 roku ukazującego się w Bonn pisma, które redaguje Heinz-Theo Homann, a pomaga w tym Andreas Raithel znajdziemy jak zwykle wiele istotnych i bardzo interesujących artykułów. Esej Ulricha Fröschle „W strefach nicości. Ciorana sylogizmy goryczy” próbuje odpowiedzieć na pytanie kim jest Cioran: metafizycznym zrzędą? Złodziejem idei na skraju otchłani? Bluźnierczym Epimeteuszem? Niewierzącym poszukującym rozpaczliwie modlitwy? Piewcą reakcyjnego myślenia? Epigonem Nietzschego? Sceptycznym pozerem? Modnym pisarzem czy sojusznikiem w ruchu pod prąd? Fröschle po analizie aforyzmów Ciorana dochodzi do wniosku, że jego twórczość jest krystalizacją duchowej sytuacji naszych czasów a on sam organicznym i egzystencjonalnym myślicielem, nie-ortodoksyjnym, niewygodnym, nie-akademickim, którego zwykło się odkrywać od czasu do czasu. Poza tym w numerze Axel Matthes szkicuje „filozoficzną sylwetkę Georga Simmela”, Jeef Yandergucht w eseju „Nihilizm – podwyższenie normy – punki zerowy” analizuje – na tle epoki – ideowo-polityczną biografię Ernesta von Salomona, autora słynnej powieści Kwestionariusz, Vilmos Holczhauser dociera do „podstaw teologii politycznej” wychodząc od idei Juana Donoso Cortésa, zaś Jefto Peric (artykuł po raz pierwszy opublikowany w 1923 roku) udowadnia, że lansowane przez prezydenta Wilsona prawo do samostanowienia jest w rzeczywistości czynnikiem rozkładu, gdyż nie ma granic jego stosowania. Wilsonowskie prawo do samostanowienia to racjonalistyczna abstrakcja rodem z XVIII-wiecznej szkoły prawa naturalnego prowadząca do chaosu i anarchii. Peric pisze, że Wilson postępował w Europie jak rewolucjonista lub raczej jak rosyjski nihilista, który sądzi, że trzeba całkowicie zniszczyć obecne społeczeństwo, aby na jego gruzach zbudować nowe. Wilson chciał zburzyć dawną Europę, uczynić z niej tabula rasa, aby stworzyć nowe społeczeństwo, nową Europę w postaci Ligi Narodów. Jedynym realnym efektem tych działań było to, że Europa utraciła przodującą rolę w świecie na korzyść Ameryki.
W stałej rubryce „Pozycje i pojęcia” znajdziemy tym razem arcyciekawą analizę arianizmu–herezji powstałej w 4 wieku po Chrystusie. Cechowało ją między innymi naturalistyczne psychologizowanie Chrystusa, odrzucenie hierarchicznie zbudowanej instytucji Kościoła, wolny wybór biskupów przez lud, odrzucenie łaciny, liturgia w językach narodowych. Arianizm odżył później jako Reformacja, by osiągnąć dominację dziś. Współczesny neoarianizm tak samo jak pierwotny dokonuje humanistycznej stylizacji Chrystusa: Jezus z Nazaretu, syn cieśli itd. oderwanej od kosmologicznej nauki o Stworzeniu. W neoarianizmie podejście do rzeczywistości jest „psychologiczne” i „emancypatorskie”. Stosunki społeczne zdiagnozowane zostają jako „chore” i wymagające terapii, która opiera się z jednej strony na destruktywistycznej krytyce religii Freuda i na religijnej gnozie C. G. Junga z drugiej. Subiektywna jaźń „Zachodnioeuropejczyka” staje się naczelną instancją oceny świata – wszystkie instytucje, hierarchie i autorytety są jedynie przyczyną „alienacji”, przeciwko której należy protestować. Główna postać neoarianizmu „Jezus-jakim – był – naprawdę – i czego rzeczywiście chciał” ulega stylizacji na rebelianta przeciwko żydowsko-rzymskiej zwierzchności, pacyfistycznego partyzanta, wielkiego nauczyciela mądrości, buntownika przeciw mamonie, wyzwoliciela kobiet, przyjaciela zwierząt i przyrody, socjalnego wywrotowca, wielkiego przewodnika duchowego, religijnego wirtuoza.
Neoariańscy zeloci (E. Fromm, H. von Ditfurth, E. Bloch, E. Drewermann, C. F. von Weizsäcker e tutti quanti) prowadzili i prowadzą zaciekły atak przeciwko wszelkim instytucjonalno-prawnym formom trwania tradycji wszędzie tam, gdzie stawiają one opór efemerycznym grupom interesów i gromadom moralniaków. Drugi Sobór Watykański padł na kolana przed Ariuszem, Lutrem, Kalwinem eliminując Sacra lingua latina i liturgię trydencką, teologię czyniąc jedną z nauk społecznych i przyspieszając ruchy odśrodkowe prowadzące do powstania kościołów narodowych. Neoarianizm jako opcja teologiczno-polityczna jest dziś powszechny na Zachodzie Europy. Od pewnego czasu jego zwolennicy szykują się do zadania ostatecznego ciosu, do wtargnięcia do samego centrum – do teologicznego arcanum. Zakamuflowany jako „teologia feministyczna” neoarianizm dociera już do seminariów, kościelnych instytutów, do konferencji biskupów i kardynalskich sympozjów: Bóg ulega skobieceniu, Jego miejsce zajmuje Bogini Dea, następuje totalna feminizacja rzeczywistości inspirowana przez Diabolusa – potężnego siewcę nieładu. Historia najbardziej niebezpiecznej ze wszystkich herezji trwa: Ariusz żyje.
Günter Maschke kontynuuje swoje rozważania z poprzedniego numeru zatytułowane „Frank B. Kellog zwycięża nad Zatoką Perską”. Pakt Kelloga mający wykluczyć wojnę ze stosunków międzypaństwowych w rzeczywistości przywrócił pojęcie „wojny sprawiedliwej”. Ponieważ „zakazywał” wojny, likwidował też prawo wojenne. Każdy, kto uznany został za napastnika łamiącego pakt stawał się wyjętym spod prawa piratem i wrogiem ludzkości (to właśnie przytrafiło się Saddamowi Hussejnowi). W momencie, gdy wydawało się, że po tym jak Japonia – sygnatariuszka paktu uderzyła na Chiny uzasadniając swoją akcję oczywiście wymogami samoobrony a potem opuściła Ligę Narodów, pakt Kelloga umarł śmiercią naturalną, otrzymał on zęby w postaci doktryny Stimsona (amerykański minister wojny), która dostarczyła Stanom Zjednoczonym instrument decydowania o prawie czy bezprawiu zmian terytorialnych na całej kuli ziemskiej, czyli w istocie o przestrzennym ładzie świata. Doktryna Stimsona stała się podstawą amerykańskiego paninterwencjonizmu, źródłem polityki popierania tej czy innej strony w wojnach domowych, emigrantów, ruchu oporu, „demokratów”, bojowników o prawa człowieka.
Maschke poddaje analizie rozkład klasycznego pojęcia neutralności. Wojna, w której jedna strona uznana zostaje za „wroga ludzkości” wyklucza de facto neutralność, gdyż nikt nie może się uchylić od zajęcia stanowiska, gdy chodzi o walkę „dobra” ze „złem”. Maschke pokazuje również, jak Stany Zjednoczone deklarując cały czas neutralność w rzeczywistości prowadziły wojnę z Niemcami. Roosevelt (według Maschkego osobnik o cechach psychopaty) dostarczył Anglii 50 niszczycieli w zamian za bazy na Nowej Funlandii, Bermudach i Karaibach, co było ze strony Brytyjczyków początkiem wyprzedaży imperium. Maschke zwraca uwagę na fakt, że USA pomagały Anglii, choć to Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom, była więc „agresorem”.
Maschke uważa, że pakt Kelloga mający zlikwidować wojnę w rzeczywistości zniszczył ostatnie bariery, które wojnę ograniczały. Chciano raz na zawsze spętać Marsa, a jedynie zerwano wszelkie więzy, które go jeszcze krępowały. Główne przesłanie tekstu Maschkego jest takie: wyrosłe z ducha pacyfizmu układy, pakty i deklaracje prowadzą do powrotu do stanu natury, do wojny wszystkich ze wszystkimi, do paninterwencjonizmu kamuflując realne interesy polityczne mocarstw, do zaostrzenia i zintensyfikowania konfliktów wojennych i do zwiększenia prawdopodobieństwa ich wybuchu. Tradycja paktu Kelloga i Ligi Narodów trwa do dziś w postaci ONZ. Wojna z Irakiem była pierwszą wojną światowego pacyfizmu. Jeśli zrealizowana zostanie idea utworzenia międzynarodowych sił zbrojnych, jeśli zwycięży doktryna praw człowieka, to wojny nazywane interwencjami w obronie pokoju i praw człowieka staną się regułą. Doktryna ta oznacza powrót do stanu natury w stosunkach międzypaństwowych i posłuży temu czy innemu mocarstwu do rozbijania innych państw. Dlatego, pisze Maschke, należy, w tym zakresie w jakim to jest możliwe, powrócić do dawnego jus publicum europeum, które uległo rozbiciu przez „imperializm Anglosasów”. Wojna musi zostać uznana za prawowity sposób rozwiązywania konfliktów pomiędzy suwerennymi państwami, należy powrócić do dawnego pojęcia neutralności, wróg musi być uważany z równorzędnego pod względem moralnym a nie wroga „ludzkości” czyli za pod-człowieka lub wręcz nie-człowieka (Saddam Hussein – bestia z Bagdadu!). Trzeba odrzucić destrukcyjną wizję wiecznego pokoju, której pokłosiem są krwawe konflikty i przywołać raz jeszcze klasyczne monteskiuszowskie pytanie: W jaki sposób różne narody mogą zadawać sobie jak najmniej zła.
W tym numerze „Etappe” znajdziemy jeszcze znakomity artykuł Daga Krienena „Długa broda Barbarossy. Niedokończona historia pewnej historycznej kontrowersji”, poświęcony oczywiście okolicznościom ataku Niemiec na Rosję Sowiecką w 1941 roku. Ponieważ nasi historycy, mimo ukazania się książki Suworowa Lodołamacz poświęconej tej sprawie, nabrali wody w usta, tezy Krienena przedstawimy w następnym numerze „Stańczyka”.
JIJNGE FREIHEIT
Miesięcznik młodej konserwatywnej prawicy utrzymuje pod kierownictwem Dietera Steina zdecydowanie opozycyjny kurs wobec obecnej ideowo-politycznej linii bońskiego establishmentu. Pismo redagowane jest bardzo dynamicznie, przynosi wiele różnorodnych artykułów, ciekawych wywiadów i informacji zwykle przemilczanych przez zlewicowane mass media. W numerze 1/2/1992 Klaus Kunze w artykule „Totalne państwo partyjne” pisze, że obecne państwo niemieckie rządzone jest przez całkowicie zreedukowanych Niemców będących ofiarami „przezwyciężania przeszłości”, którzy nienawidzą wszystkiego, co niemieckie. W patologicznej nienawiści do siebie jako Niemców niszczą oni kulturalną, polityczną a wreszcie biologiczną egzystencję narodu niemieckiego. Są oni reprezentantami rasizmu à rebours z radością dokonującymi zniszczenia własnego narodu – co jest przeciwną naturze perwersją. Planowane pod pretekstem „zbudowania wielokulturowego społeczeństwa” kulturalne ludobójstwo dokonane na narodzie idzie na płaszczyźnie politycznej w parze z podporządkowaniem się brukselskiej biurokracji, czyli likwidacją państwa niemieckiego. Tak jak miliony cudzoziemców z różnych kultur i ras mają zostać przeniesione w kulturalne i polityczne centra Niemiec, mają stworzyć fakty dokonane, tak pan Kohl chce w drodze do Brukseli spalić za sobą wszystkie mosty, aby w ten sposób uniknąć raz na zawsze prowadzenia niemieckiej polityki.
Kohl i jego koledzy chcą zlikwidować państwo i naród niemiecki w miażdżącym uścisku Brukseli i „multikulturalnej utopii”. Towarzyszy temu agitacja polityczna i ideologiczna o natężeniu większym niż za czasów Goebbelsa czy panowania SED. Jest to pranie mózgów mające za zadanie zdusić wszelki publicznie wyrażony opór przy pomocy wszystkich instrumentów władzy dostępnej totalnemu państwu partyjnemu. Telewizja, z której czerpie swe opinie 1/3 wyborców została całkowicie opanowana przez partie. Totalne państwo partyjne jest wszechobecne – czy to w Bundestagu, we władzach lokalnych i sądach czy wreszcie w telewizji podczas „2 minut nienawiści do ludzi wrogo nastawionych do obcokrajowców”. Jedyna możliwość rozbicia totalnego państwa partyjnego to całkowita zmiana konstytucji. Ale zmiana taka jest mało prawdopodobna, bo bońskie partie na wszelki wypadek same utworzyły „komisję konstytucyjną”, której zadaniem jest nie dopuścić do żadnych zmian, wyeliminować konkurencję i umożliwić bońskiej nomenklaturze partyjno-państwowej pasienie się na podatkowej łączce.
W numerze 3 Kunze kontynuuje swoje rozważania w artykule „System jest poza kontrolą” powołując się na wydaną pracę kolońskiego socjologa prof. Erwina Scheucha, który stwierdził, że cała demokratyczna retoryka kamufluje fakt, iż Niemcami rządzi w istocie krąg 600 osób (40% polityków, 12% z ministerialnej biurokracji, 8% z aparatu związków zawodowych, 20% z gospodarki). Równocześnie na wszystkich szczeblach władzy i we wszystkich jej strukturach dominują kliki tworzące swego rodzaju system feudalny, w którym wierność opłacana jest przywilejami. Koalicja zurzędniczałych polityków i spolityzowanych urzędników tworzy wraz z dziennikarzami publicznych mass mediów zamknięty, nastawiony na siebie i sam siebie obsługujący układ całkowicie oderwany od spraw, którymi żyją obywatele. Wielkie partie przekształciły się w polityczny kartel, którego jedynym zadaniem jest utrzymanie się przy władzy.
W tym samym numerze wywiad z politologiem prof. Klausem Hornungiem. Stwierdza on m. in., że jesteśmy świadkami załamywania się systemu politycznego stworzonego w Wersalu i St. Germaine. Oś historii świata przesuwa się od anglosasko-atlantyckich potęg morskich do Starego Świata, do obszarów między Atlasem a Hindukuszem zamieszkałych przez miliardy ludzi. Upadają dziś ponadnarodowe twory takie jak ZSRR czy Jugosławia, chwieją się Indie, w USA, gdzie biali anglosascy protestanci utracili kontrolę nad melting pot, nie ma pogody dla Unii. I właśnie teraz europejska nomenklatura próbuje stworzyć jakąś sztuczną konstrukcję – ponadnarodową, „multikulturalną”, scentralizowaną i biurokratyczną. Równocześnie napływ milionów Afrykanów i Azjatów do Europy może sprawić, że Europa – jeden z niewielu produktywnych regionów świata objęta zostanie procesem libanizacji.
Komentując obchodzoną w mass mediach 50 rocznicę tzw. konferencji w Wannsee, gdzie postanowić miano fizyczną likwidację wszystkich Żydów na obszarach znajdujących się pod kontrolą Niemiec, pismo przypomina, że tzw. protokół z Wannsee istnieje w dwóch wersjach, rzecz niespotykana w praktyce [fragment opuszczony z uwagi na aktualną sytuację prawną i geopolityczną].
Nr 7/8 pisma przynosi m. in. wywiad z Karin Struck, niegdyś radykalną działaczką feministyczną, członkinią lewackiej organizacji Studenci na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa i Niemieckiej Partii Komunistycznej, autorką kilkunastu książek, w tym ostatnio wydanej Widzę swoje dziecko we śnie – mowa przeciw aborcji, i laureatką kilku nagród literackich. Oto główne wątki wywiadu:
–rewolucjoniści z 1968 chcieli po prostu władzy, dziś ją sprawują, to z nich złożone jest w większości lobby proaborcyjne,
–proaborcyjne lobby posługuje się orwellowską nowo-mową tworząc całą sieć zmanipulowanych i fałszywych pojęć, które mają ukryć okrutną rzeczywistość zabijania nienarodzonych; w mass mediach prowadzona jest nieustanna kampania propagandowa mająca na wzór eksperymentów Pawłowa odpowiednio uwarunkować odbiorcę,
–macierzyństwo jest podstawową kobiecą właściwością, kulturalną i biologiczną kompetencją nieodzowną dla przeżycia ludzkości. Tzw. emancypacja kobiet przynosi stały spadek liczby urodzeń. Naród wymiera. Przyczyną takiego rozwoju sytuacji jest socjalistyczno-ateistyczna koncepcja człowieka. Celem emancypacji kobiet jest unicestwienie macierzyństwa,
–należy porzucić emancypacyjny egoizm, bo nie ma wolności bez więzi i bez obowiązków wobec innych. Wszystkie emancypacyjne koncepty poniosły klęskę. Matki muszą na powrót odnaleźć swoje dzieci – nie można oddzielić bycia kobietą i bycia matką, gdyż w przeciwnym razie kobiety będą matkami jedynie w okresie od poczęcia dziecka do momentu jego unicestwienia przy pomocy aborcji,
–kiedy uświadomić sobie, że w trakcie trwania tego wywiadu zabito w Niemczech poprzez aborcję 200 dzieci, to można dojść do wniosku, że walka została przegrana. To jest niepojęte. To jest horror. Ale trzeba powtarzać za Hölderlinem: „Tam gdzie niebezpieczeństwo, tam także wzrasta ratunek”. Nie powinniśmy wątpić ani rezygnować.
I na koniec kilka słów o wybitnym francuskim pisarzu faszystowskim Pierre Drieu La Rochelle, którego sylwetkę w eseju „Zdradzony Europejczyk”’ przypomina Jürgen Hatzenbichler. Drieu La Rochelle, którego przyjaciółmi byli Aldous Huxley, L. Aragon i surrealista J. Rigout popełnił samobójstwo w marcu 1945 roku, kiedy dowiedział się, że ma zostać aresztowany jako kolaborant. Choć mógł uciec do Szwajcarii, wybrał samobójczą śmierć, aby nie dostać się w „niegodne ręce sędziów z Résistance”. W 1931 roku odmówił przyjęcia Legii Honorowej: „Skrajnie wolnościowe wyobrażenie o sztuce, które posiadam nie pozwala mi szukać oficjalnych godności i dlatego także ich przyjmować”. Był wiecznym wędrowcem błądzącym od prawicy do lewicy: „Urodziłem się jako prawicowiec i dzięki wychowaniu zachowałem zmysł autorytetu, a także niezniszczalne uczucie więzi z ojczyzną. Ale musiałem iść na lewo, aby zyskać dogłębną świadomość społecznego nieładu spowodowanego przez dekadencki liberalizm, przez kapitalizm odarty z wszelkiej cnoty”.
Nigdy nie był tak naprawdę wierny żadnej ideologii. Szukał możliwości bezwarunkowej i wciągającej do końca akcji tak jak bohater jednej z jego powieści, który zgłasza się dobrowolnie do oddziału Falangi w okresie hiszpańskiej domowej: „Był sam, odnalazł samego siebie. Kim był przez dwadzieścia lat. Niczym. Teraz mógł być na nowo”. W Europie zaludnionej przez dekadentów, dla których rzeczy są „ekskrementami”, wokół których budują oni swój „koprofagiczny kult”, sens ludzkiemu życiu nadać może jedynie walka: „Nie bijemy się ani o dyktaturę proletariatu, ani o prawicową dyktaturę. Nie walczymy o to lub owo. Bijemy się ze wszystkimi. Oto sens faszyzmu”. Jeden z bohaterów jego powieści na wieść o rozruchach mówi: „Stwórzcie natychmiast biuro, aby formować oddziały bojowe. Żadnych manifestów, żadnych programów, żadnej nowej partii. Tylko oddziały bojowe nazywające się oddziały bojowe. Zajmijcie po kolei najpierw jakąś gazetę prawicową a potem lewicową. Dajcie w kość temu i owemu w jego domu. Przede wszystkim odrzućcie rutynę starych partyj, manifestów, zebrań, artykułów w gazetach i przemówień. Bariery pomiędzy lewicą i prawicą zostaną na zawsze złamane i strumienie życia wyleją się we wszystkich kierunkach. Czy nie czujesz jak pulsuje nurt?”.
Był zwolennikiem jedności Europy, ideologiem i artystą, który „tak jak kapitan na pokładzie pozostaje w swej wieży z kości słoniowej”. W swoim „Tajnym raporcie” pisał: „Należę do intelektualistów, których rola polega na tym, by być w mniejszości. Jestem dumny, że do nich należę. Później będą się pochylać nad nami z ciekawością, aby usłyszeć inny niezwyczajny ton. I ten słaby ton będzie coraz silniejszy. (…) Pozostańcie wierni ideałom Ruchu Oporu, tak jak ja pozostaję wierny ideałowi kolaboracji. Nie oszukujcie, tak jak ja nie oszukuję. Skażcie mnie na karę śmierci. (…) Tak, jestem zdrajcą. Byłem w porozumieniu z wrogiem. Przyniosłem wrogowi francuski rozum. To nie moja wina, że ten wróg nie był mądry. Nie jestem zwyczajnym patriotą, nie jestem zakutym nacjonalistą. Jestem internacjonalistą. Nie jestem tylko Francuzem, jestem Europejczykiem. Także i wy jesteście, świadomie lub nie. Ale prowadziliśmy grę i ja przegrałem. Wnoszę o śmierć”. Jego gospodyni znalazła go martwego w kuchni, siedział z głową w ramionach, które złożył na umywalce. Kurek od gazu był odkręcony. Przedtem pisarz zażył trzy kapsułki gardenalu. Tak zakończył życie ten jak sam siebie określał „pantoflarski filozof przemocy”.
MITTEILUNGSBLATT DER PRIESTERBRUDERSCHAFT ST. PIUS X.
Numer majowy z 1992 roku przynosi tekst wykładu jaki o. Stefan Maeßen wygłosił w Pradze. Wykład zatytułowany „Samozniszczenie Kościoła i jego odbudowa” poświęcony był niebezpieczeństwu, które inaczej niż komunizm zwalczający Kościół od zewnątrz zagraża Kościołowi od wewnątrz: „Jesteśmy świadkami, jak ludzie Kościoła palą dziś to, co wczoraj czcili i czczą dziś to, co wczoraj palili; jak Kościół po Soborze Watykańskim II nie jest już pewien własnej wiary. (…) Obecny papież chwali teologów, których jeszcze papież Pius XII potępiał, jako ludzi, przed którymi chyli głowy. Kardynał Henri de Lubac został pozbawiony przez papieża Piusa XII katedry a w 1983 roku został kardynałem. Dzieła Karla Rahnera były przed Soborem na indeksie ksiąg zakazanych. Na Soborze święcił on prawdziwe tryumfy i otrzymał od ówczesnego papieża gratulacje”. Jak to wszystko wyjaśnić? Jak to wszystko jest możliwe? O. Maeßen odpowiada, że Sobór Watykański II przyniósł zerwanie z tym wszystkim, czego papieże nauczali przez stulecia. Zadekretowany przez Sobór ekumenizm to herezja, to odpadnięcie od Boga i Jego Kościoła, to samozniszczenie Kościoła. Nowa liturgia zlikwidowała wszystko, co we Mszy św. było specyficznie katolickie. Nie jest to już msza katolicka. Zmieniła ona wiarę katolików. Również przyjęta przez Sobór doktryna tzw. wolności religijnej jest całkowicie fałszywa i przyczynia się do chaosu w Kościele.
O. Maeßen zastanawia się również w swoim wykładzie, czy arcybiskup Lefebvre i Bractwo Kapłańskie św. Piusa X. powinni byli okazać posłuszeństwo Rzymowi. Aby lepiej tę sprawę wyjaśnić przywołuje przykład ojca, który nakłania swoich synów do pijaństwa. Jeden z jego synów sprzeciwia się mu i napomina go uważając, że ojciec nakłania go do grzechu. Być może ojciec powie mu, że nie jest on już jego synem i wyrzuci go z domu. Ale to nie zmienia w niczym faktu, że syn nadal uznaje go za ojca i jako jedyny on właśnie spełnił swoją synowską powinność nie słuchając ojca w złej sprawie, a nawet napominając go. Ten syn jest jedynym, który naprawdę kocha ojca. To właśnie jest ta bolesna sytuacja, w której znajdują się wierni swojej wierze katolicy. Albo jest się nieposłusznym naukom wszystkich wcześniejszych papieży a posłusznym reformom, które rujnują Kościół i dusze wiernych, albo też pozostaje się wiernym niezmiennej nauce Kościoła i jako posłuszne dziecko Kościoła napomina w duchu miłości bliźniego tych, którzy winni odpowiedzialnie wypełniać dane im od Boga powinności. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X. opowiada się za tą drugą możliwością. Dlatego uznaje obecnego papieża za prawowitego najwyższego pasterza Kościoła, ale nie zmierza być Mu posłuszne w kwestiach ekumenizmu i nowej liturgii, które rujnują Kościół. Wzorem może tu być np. św. Atanazy, który został ekskomunikowany przez papieża Liberiusza, ponieważ pozostał wierny nauce o boskości Chrystusa.
W numerze lipcowym znajdziemy ciekawy wywiad z dr. Davidem White’m na temat muzyki rockowej. Oto główne jego tezy: rock jest doskonale przewidywalną, pozbawioną fantazji i pustą muzyką; jest czystą emocjonalnością, jego przesłanie brzmi: „To, co czujesz jest najważniejsze we wszechświecie”, stąd jego destruktywna siła; rock wywodzi się z prymatu rytmu charakterystycznego dla muzyki murzyńskiej amerykańskiego Południa. To uczyniło go popularnym wśród wielu intelektualistów, którzy nienawidzą wszystkiego, co zachodnie. Ci intelektualiści wiedzą, że zachodnia sztuka i muzyka wyrasta z mszy katolickiej. Muzyka murzyńska mało ma z katolicyzmem wspólnego, dlatego popierana jest przez tych intelektualistów; muzyka rockowa jest demoniczna, obecnie odsłania swoje prawdziwe oblicze, które jest obliczem śmierci; rock zabija duszę, ludzie, którzy go słuchają, stają się niezdolni do słuchania czegoś innego, świat zewnętrzny przestaje być dla nich interesujący, izolują się od niego (walkmany!), wszystko staje się dla nich nudne i puste, dlatego muszą sięgać po coraz to silniejsze bodźce: seks, narkotyki, przemoc; kto dłużej niż rok słuchał grupy Bon Jovi, ten nie wyjdzie już na dwór, aby posłuchać śpiewu ptaków, po prostu nie będzie ich słyszał, nie jest również w stanie wysłuchać do końca prostej sonaty Mozarta; ludzie słuchają rocka, bo nie mogą znieść ciszy, która konfrontuje ich z samymi sobą, z ich wewnętrzną pustką; muzyka rockowa czyni młodych ludzi słabymi, wytwarza wewnętrzną martwotę.
NATION UND EUROPA
W numerze 2/1992 organu prawicy narodowej, kierowanego przez P. Dehousta, Haralda Neubauera, Adolfa von Thaddena, R. Heim w artykule „Przeciw bolszewizmowi jutra!” snuje refleksję po upadku Związku Sowieckiego i pyta: Kto jest odpowiedzialny za tak długie trwanie systemu bolszewickiego? Dlaczego pewne koła w USA czyniły wszystko by wprowadzić bolszewizm na salony, otworzyć mu drogę do Ligi Narodów wtedy, kiedy w Związku Sowieckim umierały miliony ludzi? Dlaczego prezydent Roosevelt wystał do Moskwy Josepha Daviesa jako swojego osobistego ambasadora wtedy, kiedy w Moskwie odbywały się pokazowe procesy? Dlaczego ambasador Davies – doświadczony dyplomata i znawca ludzi – poinformował zdumionych rodaków po swoim powrocie z Moskwy, że Stalin jest człowiekiem, któremu bez wahania powierzyłby swoje dzieci? Współpraca pewnych amerykańskich kół politycznych i finansowych z systemem bolszewickim trwała cały czas: ukryta przed wojną, jawna w czasie wojny a potem w okresie tzw. Zimnej Wojny znowu ukryta. Dziś po upadku systemu bolszewickiego nie należy o tych faktach zapominać i być czujnym w przyszłości.
Manfred Müller analizuje błędy katolickiej nauki społecznej: przymilanie się do „liberalizmu” i socjalizmu, nadmierny akcent położony na osobowość jednostki przy zaniedbaniu problematyki narodowej, zwrot w kierunku utopijnego internacjonalizmu (państwo światowe, rząd światowy, „Jeden Świat”), niejasne stanowisko w sprawach pomocy zagranicznej i zmasowanego napływu cudzoziemców. Nie taka była katolicka nauka społeczna w swych początkach. Należy porzucić błędy i przestać dopasowywać się do ducha czasów. Na nowo należy podkreślać wartości narodowe i miłość ojczyzny, aby nie było tak jak w dniu zjednoczenia Niemiec, kiedy to duża część parafii katolickich zrezygnowała z uroczystego bicia w dzwon i nie odprawiła nabożeństw dziękczynnych.
Beat Chr. Baschlin w artykule „Mahomet ante portas” informuje, że w Wlk. Brytanii żyje już około 3 mln muzułmanów. Ilu żyje we Francji nie wiadomo, bo przynależność wyznaniowa nie jest objęta statystykami. Ale ocenia się ich liczbę na ponad 4 mln. Zachód znajduje się według autora w stanie duchowego i obyczajowego upadku. Naiwna wiara, że religia to sprawa prywatna, powoduje totalny paraliż wszelkich odruchów obronnych. Retoryka praw człowieka i światowego braterstwa czyni ślepym na rzeczywistość. To dlatego stało się możliwe, że w Wielkiej Brytanii powstał „Parlament” Islamski, który oficjalnie oświadczył, że wspólnota religijna, którą reprezentuje, wypowie posłuszeństwo władzom, jeśli prawa brytyjskie będą sprzeczne z jej interesami. Tak więc po latach gadaniny o „asymilacji” i „integracji” imigrantów, ci imigranci właśnie zaczynają planować i wytrwale dążyć do asymilacji tubylców do islamskich reguł życia. Imigranci pierwszej generacji są szczęśliwi i wdzięczni, że w Europie znaleźli lepsze warunki egzystencji. Ale w drugiej i trzeciej generacji wdzięczność ustępuje woli władzy. Tak samo będzie we Francji i Niemczech.
Sprawę obecności islamu w Europie porusza również Werner Olles, który pisze, że ideologiczną podstawą islamu jest wyobrażenie historycznej przewagi nad Zachodem i idea nieuniknionej klęski Zachodu. Ta kulturalna matryca określa politykę islamu (nie tylko w jego fundamentalistycznej wersji) na wszystkich płaszczyznach. W swoim artykule Olles twierdzi, że lansowany przez polityczno-intelektualny establishment RFN projekt wielokulturowego społeczeństwa jest najpotężniejszym atakiem na państwo prawa i tożsamość narodową. „Wielokulturowa mafia”, sojusz wykorzenionych, niemieccy kolaboranci, samozwańczy funkcjonariusze ds. obcokrajowców , pro-azylanccy milionerzy wyznawcy szaleńczych idei kolektywizmu i egalitaryzmu chcą naród niemiecki przekształcić w wielokulturową (właściwie bezkulturową) breję. Trzeba z całych sił przeciwstawić się tym destrukcyjnym planom, gdyż inaczej przegramy i jako Niemcy, i jako Europejczycy.
W numerze 3/1992 Wulf Dieter Burwitz ogłasza: „Lewica jest out – nowe szanse dla prawicy”. Po klęsce lewicowych utopii przychodzi czas prawicy, której celem jest nie powrót do stanu sprzed epoki industrialnej, sprzed wielkich wojen i rewolucji, ale powrót do realistycznego, zakorzenionego w antropologii obrazu człowieka. Trzeba uznać nieracjonalny wymiar ludzkich zachowań, pokazać, że istnieją stałe niezależne od środowiska i warunków społecznych czynniki określające człowieka i że istnieją trwałe i niemożliwe do przezwyciężenia różnice pomiędzy ludźmi. Karel Dilen przedstawia cele Bloku Flamandzkiego: niezależne państwo flamandzkie z siedzibą w Brukseli, odrzucenie amerykańskiej pomocy i kurateli, popieranie tradycyjnych wartości moralnych, zatrzymanie nieograniczonego napływu Azjatów i Afrykanów do Europy. Hartmut Hesse przepowiada „koniec przezwyciężania przeszłości” i sukces historycznego rewizjonizmu, który spowoduje totalne załamanie ideologicznych podstaw Republiki Federalnej i zburzy legitymizację obcej władzy. Odnotujmy jeszcze artykuł Adolfa von Thaddena, w którym sprzeciwia się on powołaniu trybunału dla sądzenia byłych przywódców NRD, a także ciekawy tekst Gerwina Steinbergera „Gabriel d’Annunzio – książę poetów jako władca”, w którym przypomina on epizod z życia słynnego włoskiego pisarza.
12 września 1919 roku d’Annunzio – bohater I wojny światowej, na czele kilkuset żołnierzy zajmuje Fiume (dziś Rijeka) i rządzi tym portowym miastem przez rok – na jakiejś ziemi niczyjej, pomiędzy państwami i czasami. Benito Mussolini wspiera go moralnie. We Fiume trwa nieustający festyn, który co prawda zrujnował miasto gospodarczo, ale z autora powieści Ogień (pomnik, który postawił swej kochance Eleonorze Duse) i jego żołnierzy uczynił nieomal mitycznych bohaterów Italii. W trakcie całorocznego świętowania tworzy się nowy styl, który w głównych zarysach przyjęty zostanie przez faszystów: czarne koszule, płomienne mowy wygłaszane na wiecach przez d’Annunzia – ludowego trybuna, pozdrowienie – uniesiona prawa ręka ze sztyletem, bojowy okrzyk „eia-eia-alala”. Równocześnie powstaje niezwykła ideologia – przedziwny melanż elementów narodowych, syndykalistycznych, socjalistycznych, arystokratycznych i mitycznych niewiele mających jednak wspólnego z tworzącym się faszyzmem Mussoliniego, choć wielu żołnierzy z Fiume obejmie później ważne funkcje w partii faszystowskiej. Poeta d’Annuzio panuje rok jako książę polityczno-estetycznego eksperymentu.
W Rappalo Fiume zostaje przyznane Jugosławii. Jednoroczny władca wraz ze swą drużyną musi je opuścić. Państwo faszystowskie nadskakuje mu, a on pozwala na to, ale wycofuje się z polityki by pędzić spokojne życie w swej willi „II Vittoriale”. Dla faszyzmu nie miał żadnego dobrego słowa (faszyści czuli to i nie mieli do niego zaufania), tym bardziej dla narodowego socjalizmu, przed którym ostrzegał Mussoliniego. Tylko raz pochwalił Duce, kiedy ten rozpoczął wojnę w Etiopii. Zmarł 1 marca 1938 roku na apopleksję. Jego bujne życie bogate w romanse i kokainę dobiegło końca. Wielu już dawno o nim zapomniało. Był „poeta di vita totale” – poetą życia totalnego, wielkim literatem i wielkim aktywistą. Był konserwatywnym rewolucjonistą, który napisał: „Życie jest szybsze, potężniejsze i bardziej prawe niż polityka. Czyn nie jest siostrą marzenia ani nawet myśli. Działać to akceptować niższość sytuacji wobec ideału”.
W numerze 4/1992 Werner Olles w artykule „Życie pod gruzami” stwierdza, że „wielokulturowa” i „antyfaszystowska” lewica w Niemczech jest właściwie trupem, ale i tak zdolna jest pociągnąć za sobą naród w przepaść nienawiści, przemocy, podłości i rozpaczy. Z aprobatą natomiast cytuje Ernesta von Salomona: „Naród nie ma żadnych innych granic jak tylko siła jego mężczyzn”. Natomiast Thorsten Thaler ubolewa nad upadkiem moralnym Niemców obwiniając za ten fakt boński establishment i lewicową inteligencję. W numerze 5/1992 Werner Volkmann na marginesie ataków na schroniska dla azylantów pisze, że każdy człowiek przywiązany jest do swego rewiru, który umożliwia mu egzystencję i daje poczucie bezpieczeństwa. Jest to składnik natury ludzkiej potwierdzony przez antropologów i badaczy ludzkiego zachowania. Ta skłonność człowieka do obrony własnego terytorium nic może być na dłuższy czas stłumiona tak jak nie da się stłumić równie naturalnego lęku przed obcymi ścieśniającymi przestrzeń życiową człowieka. Jeśli próbuje się tego dokonać czy to przy pomocy dyktatu czy też moralizatorskiej perswazji, a ten kogo to dotyczy napiętnowany zostaje jako ktoś moralnie groszy, granica odporności obniża się, tak że w końcu nagromadzone emocje wyładowują się eksplozywnie przyjmując najbardziej agresywne i destrukcyjne formy. Wniosek: nieodpowiedzialna i bezrozumna polityka imigracyjna władz niemieckich przyniesie w najbliższej przyszłości wojnę domową.
W tym samym numerze Wolfgang Strauss zajmuje się odrodzeniem rosyjskiej prawicy, która mówi: „Celem Rosji jest Rosja”, sprzeciwia się przekształceniu Rosji w „drugą Amerykę”, broni rosyjskiej tożsamości narodowej i uważa, że każda forma demokracji zostanie w Rosji odrzucona jako obca i narzucona przez Zachód. Z kolei Max Klüver pisze o wizycie p. prezydenta Lecha Wałęsy w Bonn, i krytykuje Kohla i Weizsäckera za gotowość topienia kolejnych miliardów marek w „polskiej beczce bez dna”. Tygodnik „Die Zeit” poinformował, że prezydent Wałęsa prawie przebiegł przed frontem kampanii honorowej i nie oddał honorów sztandarowi. To było chamstwo, komentuje Klüver: „trudno oczekiwać od Wałęsy, że będzie zachowywał się jak petent – choć był nim w istocie, ale chyba można od niego wymagać, żeby szanował międzynarodowe obyczaje”. Jak zareagowaliby Polacy, pyta Klüver, gdyby ktoś w ten sposób odnosił się do ich flagi narodowej? Poza tym w numerze Tim Hankel wyśmiewa bajkę o nienawiści do obcokrajowców, Artur Kemp pyta, czy RPA pogrąża się w rewolucyjnym chaosie a Götz Gisult w artykule „Nie dajcie szansy nazistom” pisze o daleko idącej tolerancji sądów niemieckich wobec sprawców mordów i napadów na członków prawicowych partii i na skinheadów.
W numerze 7/8 Harald Neubauer przytacza artykuł 21 konstytucji, który mówi że partie zagrażające istnieniu RFN są wrogami konstytucyjnego porządku. Jeśli więc celem CDU, CSU, SPD, FPD i Zielonych jest „utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy jako państwa federalnego” (z programu CDU) to są one wrogami konstytucji, gdyż pragną likwidacji Republiki Federalnej Niemiec. Nie ma dziś nikogo, kto postawiłby wniosek o delegalizację tych partii, jak stało się to z partią komunistyczną w latach 50-tych. Pozostaje więc tylko artykuł 20 ustęp 4 tej samej tylekroć już pohańbionej konstytucji, który daje Niemcom prawo do oporu wobec wrogów porządku konstytucyjnego. Wolfgang Strauss przeprowadza wywiad z Włodzimierzem Żyrynowskim – przewodniczącym Partii Liberalno-Demokratycznej w Rosji. Oto główne opinie Żyrynowskiego: należy trwać przy granicach z 1917 roku; Europie grozi utrata duszy i oblicza; Azja i Afryka dokonują inwazji na nasz kontynent; islam podbija chrześcijańską Europę; w walce o obronę Europy przed inwazją ludów kolorowych główną rolę muszą odegrać Niemcy i Rosjanie; degeneracja demokratów jest zaproszeniem dla najeźdźców; parlamentaryzm jest w Rosji utopią; powstanie partyjnej demokracji oznacza koniec Rosji; Rosję może uratować tylko dyktatura; Rosja powinna utrzymywać dobre stosunki z Niemcami; nie byłoby źle gdyby Niemcy i Rosja miały wspólną granicę; odrodzenie narodowe Rosji pomoże w odrodzeniu narodowym Niemiec; wrogowie Rosji chcą, aby była ona podzielona, pokawałkowana i sprzedana, ale Rosja broni się i walczy; jeszcze żyje bojowy duch ożywiający Rosjan pod Stalingradem, ale czy żyje on wśród Niemców, którzy likwidują swoją tożsamość narodową i państwowość, co jest oznaką pogrążenia się dekadencji?
Ten numer „Nation und Europa” poświęcony jest w dużej mierze tzw. historycznemu rewizjonizmowi rozwijającemu się szczególnie w ostatnich latach w USA i Europie Zachodniej. W Niemczech rewizjonizm historyczny tępiony jest rozmaitymi metodami: konfiskuje się książki i czasopisma, na wiele osób nakłada zakaz publicznego występowania (Redeverbot), cudzoziemcom nie zezwala się na wjazd do terytorium Niemiec, zakazuje się organizowania kongresów i sympozjów, wytacza procesy kończące się zwykle wysokimi grzywnami pieniężnymi a nawet więzieniem, toleruje się rozbijanie rewizjonistycznych imprez przez lewicowe bojówki. H. Schaber pisze o tzw. konferencji w Wannsee powołując się na artykuł należącego do przedstawicieli oficjalnej historiografii prof. Kurta Pätzolda. Artykuł ukazał się w tygodniku „Das Parlament” wydawanym przez Federalną Centralę Edukacji Obywatelskiej. Według Schabera prof. Pätzold ostatecznie potwierdził, że na konferencji [fragment opuszczony z uwagi na aktualną sytuację prawną i geopolityczną]. „Nation und Europa” podaje również nazwiska żołnierzy Wehrmachtu oskarżonych o dokonanie zbrodni katyńskiej i straconych w 1945 roku po procesie, który odbył się Leningradzie. Byli to: Ernest Boehm, Ernest Gehrer, Herbert Kanike, Heinrich Remmlinger, Erwin Stocki, Eduard Sonnenfeld, K H. Strumann. Na kary długoletniego więzienia skazani zostali: Arno Dreil, E.P. Vogel, Franz Wiese.
Poza tym Lothar Greil „rewiduje” przebieg wydarzeń w Lidicach i Oradour – miejscach masakry ludności cywilnej przez żołnierzy niemieckich. Jeśli chodzi o Lidice, to wersja wydarzeń według Greila wygląda następująco: [fragment opuszczony z uwagi na aktualną sytuację prawną i geopolityczną]. We francuskiej miejscowości Oradour żołnierze z dywizji SS „Das Reich” rozstrzelali mężczyzn, kobiety i dzieci zagnali do kościoła i po czym go podpalili. Zginęły 642 osoby. Greil twierdzi, że [fragment opuszczony z uwagi na aktualną sytuację prawną i geopolityczną]. Greil pisze również, że gen. de Gaulle w 1944 roku zakazał udostępniania akt związanych z Oradour przez 50 lat. W 1953 roku odbył się w Bordeaux proces żołnierzy z dywizji „Das Reich” oskarżonych o masakrę w Oradour. Wyroki śmierci nie zostały wykonane. Wszyscy skazani zostali amnestionowani i wyszli na wolność. Zakaz udostępniania akt przedłużono do 2039 roku. Tak wygląda więc rewizjonizm historyczny w praktyce w swojej dość łagodnej formie. Poruszanie innych bardziej drażliwych kwestii z pewnością naraziłoby redakcję na policyjno-sądowe represje.
ZEITENWENDE. DEUTSCHE BAUSTEINE
Po zeszycie poświęconym klasykom myśli politycznej, dawnemu niemieckiemu Wschodowi kolejne wydanie „Zeitenwende” poświęcone jest głównie mass mediom. Harald Thomas (redaktor naczelny) pisze, że we współczesnym społeczeństwie człowiek coraz bardziej wyobcowuje się z wszelkich instytucji zamieniając się w „stadne zwierzę” zależne od podawanych mu, przefiltrowanych informacji. O ile w systemach komunistycznych prasa była drukowanym wcieleniem reżimu i łatwo ją było przyłapać na kłamstwie, o tyle na Zachodzie mamy do czynienie z dezinformacją uniemożliwiającą odróżnienie prawdy od kłamstwa. We współczesnym społeczeństwie medialnym prawdziwa wiedza staje się niepotrzebna, bo to media dostarczają orientacji i określają punkt widzenia obywateli. Nasi ukryci elektroniczni wychowawcy robią z nas piłki unoszone bezwładnie z prądem mód, trendów itd. Człowiek zostaje zdegradowany do obiektu poddawanego informacyjnej obróbce. Massmedia poprzez powtarzanie stereotypowych opinii, bezustanne recytowanie oficjalnych haseł i tzw. publicznych prawd tworzą specyficzny ideologiczny system z jego własnymi mechanizmami władzy i sterowania.
Claus M. Wolfschlag zajmuje się szkodliwym wpływem telewizji. Zanika świadomość historyczna i odczucie przeszłości zastąpione wyłącznie perspektywą aktualnie przeżywanej chwili. Obraz świata zredukowany zostaje do migawkowych udramatyzowanych efektów. Media likwidują bezpośrednie odczucie rzeczywistości dostarczając doświadczeń pośrednich, z drugiej ręki. Poza tym w erze telewizyjnej wszystko – idee, polityka, kultura – staje się show-biznesem. Żyjemy w świecie totalnej rozrywki, gdzie można zabawić się na śmierć. Polityka zredukowana zostaje do tego, co można pokazać. A pokazać nie można kulisów wydarzeń, zależności i związków umożliwiających umiejscowienie i zrozumienie tego, co pokazywane.
Jürgen Hatzenbichler w artykule „Cała władza pochodzi od mediów” dochodzi do podobnych wniosków co Wolfschlag: nie percepcja rzeczywistości, ale medialnej rzeczywistości-instant staje się jądrem przeżywania świata przez współczesnego człowieka. Hatzenbichler przypomina wojnę nad Zatoką Perską, która stała się telewizyjnym show, pełnym napięcia serialem rozrywkowym. Jednym z mass mediów stał się dziś komputer. Nie chodzi o „normalny” komputer, który jest tylko ulepszoną maszyną do pisania, ale o totalne „usieciowienie”, o powszechny interfejs, które eliminują intelektualne wyzwanie, namiętność w poszukiwaniu prawdy, rywalizację idei. Komputeryzacja społeczeństwa jest medialną rewolucją, która powoduje równocześnie indywidualizację (prywatne użycie medium) i umasowienie poprzez powszechną dostępność informacji (choć i tutaj obserwować można powstawanie nowych elit). Komputeryzacja powoduje, że w sferze prywatnej ekran zastępuje rzeczywistość, satysfakcję przynoszą działania zastępcze. W społeczeństwie medialnym wszystko staje się publiczne, zanikają mity i tabu. Totalnie otwarte społeczeństwo informacyjne wytwarza kulturę pornograficzną, bo niszczy wszystkie tajemnice.
W polityce wzrost znaczenia mass mediów powoduje przejście od demokracji do mediakracji. Nieistotne stają się wybory, konstytucja, partie polityczne ale zasadnicze nastawienie mas tworzone przez media. To one określają rzeczywistość w głowach, co z kolei określa rzeczywistość polityczną państwa. Społeczeństwo polityczne wtapia się w media. Każdy polityk skazany jest na symbiozę z mediami. Musi być obecny w mediach za wszelką cenę nawet jeśli informowano by o nim jedynie w negatywnym kontekście. Najważniejsza jest obecność w mediach. Życie parlamentarne jest show-down dla mediów, obowiązkowym retorycznym ćwiczeniem, które umożliwia politykom zaistnienie w mediach. Kontakt z mediami staje się najważniejszym celem polityków. Zadaniem polityków jest dostarczanie mediom dobrej „story”, a one w zamian za to informują o nim. Klasa polityczna służy mediom by mogła egzystować. O wiele ważniejsza od półtoragodzinnej manifestacji politycznej jest dwuminutowa obecność w wiadomościach wieczornych lub trzyszpaltowy artykuł w prasie porannej.
Mediakracja umocniła się do tego stopnia, że nie jest już tylko czwartą władzą, ale sięga po władzę totalną. Nieprzypadkowo już w III Rzeszy, która trafnie rozpoznała znaczenie mediów, minister propagandy Józef Goebbels stwierdził, że chętniej wziąłby gazetę niż ministerstwo. Od mediakracji nie da się dziś uciec, chyba że do pustelni. Trzeba więc robić dobrą minę do złej gry starając przeciwstawić się jej środkami, którymi ona sama się posługuje i własną obecnością w mediach. Ponieważ nie da się złamać władzy mediów, trzeba starać się przynajmniej rozerwać ich monotonne spektrum poprzez treściową odmienność. Jeśli nie chce się zrezygnować z wywierania wpływu na ludzi trzeba tworzyć przeciw-media i media alternatywne. Jedynie do czego można dążyć, to powstrzymać tendencję do koncentracji medialnej władzy i grać po prostu w tę grę.
Hans Wahls przedstawia na konkretnych przykładach sprzed lat sposoby organizowania nagonki telewizyjnej. W pierwszym przykładzie chodziło o pewnego bankiera, którego przedstawiono jako oszusta i krwiopijcę, w drugim o Hansa Martina Schleyera, którego znany kiedyś (a dziś już zapomniany) literat Böll określił w pewnym programie telewizyjnym jako „nazistę”. Wtórował mu inny znany literat Grass. Schleyer został później zamordowany przez bandę Baader-Meinhof. Albert K. Riester pisze o dezinformacji uprawianej przez niemieckie gazety przy okazji informowania o wydarzeniach politycznych w innych krajach. Obojętnie czy chodzi o Chile, Iran, Rodezję czy RPA gazety zawsze posługują się lewicowymi interpretacjami rzeczywistości. Poza tym w numerze Emil Schlee opisuje Niemców w przemianach dwudziestego wieku, Martin Pabst pisze o Łotwie a Albrecht Jebens o Słowenii.
NATION
Organ bojowej prawicy narodowej, na którego czele stoi Adrian Preißinger w swoim szóstym numerze z zeszłego roku piętnuje fałszerstwa na temat Niemiec, jakie ukazały się w amerykańskim czasopiśmie „Response. Wiesenthal Center World Report”. Na łamach „Response” redaktor naczelny rabbi Abraham Cooper ogłosił wstępniak zatytułowany „Niemieckie firmy produkują cyklon B w Iraku”, w którym utrzymywał, że odpowiednie instancje władz irackich wraz z niemieckimi inżynierami i technikami testowały na jeńcach irańskich działanie śmiercionośnego gazu, którego składnikiem był cyklon B. Testy przeprowadzono w komorach gazowych wyprodukowanych przez heską firmę Rhema- Labortechnik-RHG. „Response” opublikowało zdjęcia oszklonego urządzenia laboratoryjnego heskiej firmy i opatrzyło je podpisem: „irackie komory gazowe wykonane przez Niemców”.
W numerze siódmym znajdziemy dane na temat zarobków niektórych bawarskich polityków. Są to zarobki zaiste imponujące. Bliższych szczegółów nie podajemy z obawy, że zaraz ktoś w Polsce zacznie dla naszych ministrów i posłów żądać zarobków takich jak w „demokratycznych krajach Europy Zachodniej”. Zacytujmy „Nation”: „Każdy widzi, jak męczą się przedstawiciele ludu. Pędzą z przyjęcia na bankiet, z bankietu na odsłonięcie czy otwarcie czegoś tam i muszą się zadawalać ciągle takim samym kawiorem. A zwykły lud gniewa się z powodu śmiesznie niskich podwyżek podatków zamiast odpowiednio docenić ofiarność polityków. Niewdzięczność, po prostu czarna niewdzięczność”.
W tym samym numerze omówienie książki Niemcy jako płatnik. Tak marnotrawią nasze pieniądze Paula C. Martina. Zacytujmy fragment książki na temat zjednoczenia Niemiec: „Zachodniacy zdjęli ze Wschodniaków wszystkie rodzaje ryzyka. Wszystkie. Ryzyko, że ich waluta to bezwartościowe świstki papieru. Ryzyko niedostatku. Ryzyko utraty mieszkania. Ryzyko migracji. Ryzyko, że nie otrzymają emerytury, ponieważ państwowy płatnik emerytur zbankrutował. Logiczna konsekwencja: gospodarka b. NRD nie «rozkwitnie»! Łąka została stratowana. Buldożer «państwa socjalistycznego» ją wyrównał. Zachodniacy wykrwawiają się, ponieważ Wschodniacy nie mogą się nauczyć, aby troszczyć się sami o siebie. Wschodniacy wpadli z socjalistycznego państwa opiekuńczego do rynkowego państwa opiekuńczego. Zjednoczenie było zmianą hamaka , i niczego więcej”. Poza tym Martin przytacza niezliczoną ilość przykładów marnotrawstwa uprawianego na wielką skalę przez rząd w Bonn. W 1970 roku zadłużenie rządu wynosiło 126 mld marek, dziś ponad bilion. Martin ocenia, że w roku 2004 zadłużenie rządu wyniesie 4 biliony marek.
W numerze 8 P. Gerifenstein analizuje kryzys CSU. Według autora CSU przestała się liczyć jako partner koalicyjny i odpowiednio do tego jest traktowana przez pozostałych rządowych koalicjantów. Wcześniej to CSU w dużej mierze określała politykę niemiecką. Dziś nikt nie pyta jej o zdanie. Straciła kierunek i brak jej sił na wytyczenie nowej atrakcyjnej dla innych perspektywy. Z tego samego numeru można dowiedzieć się, że pierwszym politykiem przed prez. Bushem roztaczającym wizję „Nowego Porządku Światowego” był nie kto inny jak …Adolf Hitler i to już w 1941 roku. „Nation” informuje również, że francuska lewica osłupiała, gdy Brigitte Bardot w wywiadzie udzielonym organowi Frontu Narodowego „National Hebdo” wyraziła się krytycznie o muzułmanach „podbijających Francję” (od siebie dodajmy że Bardotka wyszła niedawno za mąż za jednego z najbliższych współpracowników Le Pena). Dowiadujemy się również, że b. prezydent USA Nixon oskarżony został przez znanego publicystę Alana M. Dershowitza o antysemityzm. Wygrzebana z waszyngtońskich archiwów taśma magnetofonowa pozwoliła rozpoznać Nixona rozmawiającego w pocz. lat siedemdziesiątych ze swoim doradcą Heldemanem. W czasie tej rozmowy Nixon miał coś wspomnieć o pewnym chicagoskim gangsterze i jego żydowskim pochodzeniu. To wystarczyło. O wiele poważniejsza była sprawa z Patrickiem Buchananem, który naraził się pewnym środowiskom w USA za nakłonienie prez. Reagana do odwiedzenia cmentarza wojskowego w Bitburgu, gdzie pochowani są również żołnierze Waffen-SS. A już na stałe został Buchanan antysemitą, kiedy publicznie wyraził wątpliwość, czy w Treblince rzeczywiście [fragment opuszczony z uwagi na aktualną sytuację prawną i geopolityczną].
W numerze 11 Gustav Sichelschmidt kpi z niemieckich polityków, którzy zmęczeni problemami własnego kraju podróżują po świecie pełniąc rolę misjonarzy braterstwa, postępu itd. Jadą do Korei Płd., Chile, Brazylii, RPA i mieszają się w wewnętrzne sprawy tych krajów prawiąc tamtejszym politykom kazania o prawach człowieka. Ale są też kraje, do których jadą nie żeby pouczać, ale żeby okazywać internacjonalistyczne braterstwo: „Nation” publikuje zdjęcia prezydenta Weizsäckera – tego uosobienia wszelkich cnót demokratycznych – jak podczas wizyty w „Zimbabwe” spaceruje wraz z b. terrorystą p. Mugabe trzymając go czule za rączkę! W tym samym numerze Dirk Barthelmos stara się odpowiedzieć na pytanie, „czego chce Jörg Haider?”. I zarzuca szefowi austriackich narodowych liberałów, że 1. popiera regionalizację Europy będącą w rzeczywistości rozbijaniem naturalnych, organicznie wzrastających przez stulecia lub nawet tysiąclecia grup narodowościowych i stanowiącą forpocztę mondializmu, 2. pcha Austrię w żelazny uścisk EWG, 3. przyczynił się do złamania neutralności Austrii. Neutralność wymuszona przez aliantów, dziś w czasach Nowego Porządku Światowego, mogłaby się okazać dla Austrii darem Bożym.
EUROPA VORN
W zeszłorocznym lipcowym numerze pisma kolońskich narodowych rewolucjonistów, którym przewodzi Manfred Rouhs, Alfred Schickel zastanawia się czy układ monachijski nadal zachowuje ważność i daje odpowiedź twierdzącą, Hans Rustemeyer omawia twórczość Anny Seghers w artykule „Antyfaszyzm jako namiastka talentu” a Gustaw Sichelschmidt utrzymuje, że po skręcie CDU na lewo powstała w Niemczech próżnia polityczna, którą może wypełnić nowa partia prawicowa. Powinna ona zająć się następującymi problemami: upadek kultury i obyczajów, przerywanie ciąży, spadek liczby urodzeń, wrogość wobec rodziny, wzrost przestępczości, narkomania, terroryzm. Powinna ona również przeciwstawić się zalewowi Niemiec przez masy cudzoziemców, porzucić narodowy masochizm i opowiedzieć się za rewizją totalnie zniekształconej historii Niemiec.
Numer sierpniowy poświęcony jest prawie w całości wydarzeniom na Bałkanach interpretowanym w typowym dla „Europa vorn” duchu „wyzwoleńczego nacjonalizmu”. Znajdziemy w nim również informację na temat politycznej rehabilitacji Iona Antonescu, który mianowany został przez rumuńskiego króla Karola II premierem z nieograniczonymi uprawnieniami. Już w dwa dni później Antonescu zmusił króla do ustąpienia i jako conducator sprawował autorytarne, aideologiczne rządy. Początkowo opierał się na nacjonalistach z Żelaznej Gwardii. W 1941 roku z poparciem Niemiec stłumił skierowany przeciw sobie bunt Żelaznej Gwardii. W czerwcu 1941 roku przystąpił do wojny ze Związkiem Radzieckim u boku Hitlera. Opierał się żądaniom Niemiec w sprawie deportacji rumuńskich Żydów.
W numerze 19 znajdziemy dwa dłuższe teksty Wolfganga Straussa w latach 1950-1956 więźnia Workuty i NRD-owskiego więzienia w Bautzen. Pierwszy artykuł dotyczy wojny na Bałkanach. Strauss pisze, że Serbowie są wcieleniem Wschodu i żyją zrodzonym 600 lat temu po bitwie na Kosowym Polu micie Wielkiej Serbii (w czasie tej bitwy Turcy zniszczyli rycersko-chłopską armię Serbów). Strauss cofa się do czasów II Wojny Światowej, kiedy to na Bałkanach w anarchicznym chaosie ścierały się rozmaite armie: niemiecki Wehrmacht, rodzime formacje Waffen SS, albańsko-muzułmańskie oddziały ochotników noszących runy SS (dywizja górska „Handszar”, dywizja górska „Skanderberg”, dywizja kawalerii „Maria Teresa”) armia chorwacka i gwardia ustaszy, wojska włoskie i czarne koszule Mussoliniego, partyzanci proniemieckiego serbskiego rządu Milana Nedića, słoweńska milicja i lokalne milicje wszystkich kierunków politycznych i narodów, komunistyczni partyzanci, wierni królowi czetnicy – leśni ludzie z długimi brodami. Wewnątrz wojny przeciw Niemcom i Włochom trwała wojna domowa. Wszyscy walczyli ze wszystkimi, torturowali się i mordowali. Dziś znowu na Bałkanach brodzi się we krwi, zdobywa dom po domu, walczy o każdą wioskę – rzucanie granatów, ostrzał z pancerfaustów i karabinów maszynowych, bombardowania, podpalenia, porywania są na porządku dziennym. Nie oszczędza się ani kobiet ani dzieci. Ta wojna to wojna podobna do wojen husyckich, wojen chłopskich w Niemczech, wojny trzydziestoletniej. Historia się powtarza.
Drugi artykuł Straussa zatytułowany jest „Operacja Barbarossa: Ciągle białe plamy”. Porusza niektóre aspekty wojny niemiecko-sowieckiej. Trudno o większy paradoks: chociaż Hitler ogłosił wojnę z Rosją Sowiecką ideologiczno-rasową wojną z „bolszewikami” i „azjatyckimi podludźmi” to przy końcu tej wojny po niemieckiej stronie walczyło 1,1 min tych „podludzi” – i to ochotników – Słowian, przedstawicieli ludów Azji Centralnej, Kaukazu, muzułmanów, Kozaków, Bałtów. Mimo, że Hitler już 16 lipca 1941 roku, oświadczył, że tylko Niemcy mogą nosić broń to jednak przy końcu Tysiącletniej Rzeszy siły zbrojne Hitlera były internacjonalistyczne w stopniu nieznanym światu od czasów Kserksesa. Strauss pisze również, że choć tak wielu czerwonoarmistów poddało się Niemcom, to nie można kwestionować ich odwagi i poświęcenia. Np. elitarne oddziały strzelców syberyjskich z Władywostoku wykrwawiające się na wzgórzach Borodino; tam nie było białych flag – Sybiracy stawali w boju, bili się i ginęli. To samo dotyczy bohaterskich obrońców Sewastopola broniących się do ostatniego naboju czy strzelców gwardyjskich pod Stalingradem.
W tym samym numerze czołowy przedstawiciel brytyjskiej Nowej Prawicy Michael Walker opisuje bardzo krytycznie losy powojennego nacjonalizmu brytyjskiego. Zanotujmy ciekawą uwagę na temat brytyjskich skinheadów: „Są oni plemienną wspólnotą, fenomenem miasta i nie różnią się wiele od innych miejskich plemion: punków, rockersów, modsów, tedsów czy zwolenników reggae. Ich kult siły i męskości sprawia, że podatni są na idee faszystowskie, czym straszą liberalną klasę średnią, na którą spoglądają z pogardą i zawiścią”. Skinheadzi to największy sukces eksportowy brytyjskiego nacjonalizmu. Niektórzy aktywiści nacjonalistycznej prawicy brytyjskiej lansowali ideę sojuszu ze skinheadami, co przyczyniło się do klęski zorganizowanego ruchu opozycji narodowej, gdyż ludzie, którzy byli zawsze fanatycznymi zwolennikami prawa i porządku stali się rzecznikami antypolicyjnych wystąpień skinheadów, których wiele zwyczajów: oddawanie moczu w miejscach publicznych, pijatyki, wulgarność języka, niszczenie publicznej własności itd. były i są potępiane przez większość Brytyjczyków. Dziś nacjonaliści brytyjscy są całkowicie na marginesie życia politycznego i swoją publiczną egzystencję zawdzięczają mass mediom, które od czasu do czasu używają ich jako straszaka.
Michael Walker dostarczył również zasadniczego tekstu dla specjalnego wydania „Europa vorn” poświęconego socjalizmowi. W artykule „Dwie twarze socjalizmu” przeprowadza Walker analizę różnych znaczeń słowa socjalizm i opisuje dzisiejszą sytuację socjalizmu. W artykule można znaleźć sporo interesujących spostrzeżeń. I tak Walker uważa, że socjalizm przegrał tam, gdzie chciał być alternatywą dla kapitalizmu, ale nie przegrał tam, gdzie stał się częścią kapitalizmu np. w postaci podatku dochodowego. Dlatego jeśli mówimy o kryzysie socjalizmu, to mniej nas powinien interesować upadek marksizmu, a bardziej pogarda z jaką ludzie traktują dziś rzetelne wypełnianie deklaracji podatkowych. Walker pisze o socjalizmie etycznym Londona i Orwella, socjalizmie naukowym Marksa a także o faszystowskich wariantach socjalizmu. Interesujące spostrzeżenie czyni Walker na temat Marksa, który miał bardzo złą opinię o rasie czarnej, którą uważał za stojącą niżej od białej i skazaną przez rozwój historyczny i postęp na zniknięcie z areny historii. Walker przytacza również opinię, według której socjalizm jest zakamuflowanym antysemityzmem widzącym w Żydach siłę napędową kapitalizmu.
Pisze również o symbolice czerwieni w ruchach socjalistycznych:
Socjalistyczna flaga jest czerwona – jest flagą krwi, symbolem poległych towarzyszy, symbolem braterstwa krwi i symbolem równości: pod skórą wszyscy jesteśmy czerwoni. Czerwień to kolor niebezpieczeństwa: niebezpieczeństwa dla wyzyskiwaczy i pasożytów, dla „krwiopijców”. Socjaliści rożnych odcieni często odwoływali się do symboliki krwi, będącej symbolem braterstwa. Wrogowie są bezkrwiści lub mają zatrutą krew i boją się mężczyzn „krwi i potu.
W zakończeniu swego artykułu Walker pisze, iż ironia historii sprawiła, że zarówno bolszewizm, jak i faszyzm skazane były na branie pieniędzy od ludzi o „białych rękach”. Komuniści byli wrogami przemysłowców, ale aby móc sfinansować swoją rewolucję i utrzymać się przy władzy, dobrze żyli z finansjerą. Faszyści walczyli z finansjerą, bankami i władzą pieniądza, ale dobrze żyli z przemysłowcami. Problem finansowania rewolucji został rozwiązany przez kapitalistów.
ÖKOLOGIE. ZEITSCHRIFT FÜR NATUR – UND HEIMATSCHUTZ
Kwartalnik konserwatywnych ekologów, który redagują Heinz-Siegfried Strelow i Wolfgang Bednarski, organizacyjnie związany z Niezależnymi Ekologami Niemiec przynosi w numerze 3/1991 programowy artykuł Heinza-Siegfrieda Strelowa. Autor pisze, że konserwatywni ekologowie są sceptyczni wobec wielkich, ujednolicających struktur państwowych, gospodarczych i społecznych. Odrzucają również projekty „wielokulturowego społeczeństwa” i związaną z nimi wizję jednolitego światowego porządku gospodarczego, czyli globalnego społeczeństwa konsumentów mającego „jednej ludzkości” z „jednym językiem” otwierać przy pomocy karty kredytowej górę Sezam wiecznego szczęścia. Ekologowie, federaliści i patrioci muszą razem występować przeciwko umasowieniu, kultowi techniki, wzrostu gospodarczego i przemysłu, przeciwko centralizmowi, wierze w postęp i możliwość poprawiania świata. Konserwatyzm oznacza odrzucenie utopijnych projektów społecznych i opowiedzenie się za polityką opartą na doświadczeniu życiowym i obserwacji natury. Nie tylko przyroda, ale również ludzkie środowisko i ludzki ład godne są ochrony i obrony. Tradycje nawarstwiane w procesie organicznego rośnięcia, języki, bliższe naturze obyczaje i formy gospodarcze leżą na sercu konserwatywnym ekologom. Dlatego nie akceptują np. niewelatorskiego federalizmu rodem z Brukseli stworzonego przez biurokratów i technokratów przy desce kreślarskiej. Chcą natomiast społeczeństwa o organicznej strukturze, opartego na decentralizmie i subsydiarności, chcą polityki szanującej odmienność i różnorodność narodów.
Nie jest możliwa ekologia lewicowa, gdyż odrzuca ona cnoty konserwatywne: umiar, skromność, umiejętność rezygnacji, zachowawczość. To właśnie konserwatywny obraz świata i człowieka stoi w opozycji do liczącej 200 lat moderny, której przedstawiciele sądzą, że można udoskonalać i ulepszać człowieka i świat, wyemancypować się z przekazanych przez przeszłość społecznych i kulturalnych więzi. Dla konserwatystów świat był zawsze Stworzeniem, wielkim numinotycznym uniwersum, a nie jak to jest w przypadku moderny mechanizmem i wielką maszyną. Pojmowanie świata, państwa i gospodarki jako wielkiego mechanizmu przynosi centralizm, niwelację, planową industrializację, zniszczenie regionalnych i lokalnych odmienności i kultur na rzecz jednego wielkiego narodu. Postępowcy patologicznie nienawidzą wszystkiego, co trwale. Widzą oni świat nie takim, jakim jest, ale interpretują go przy pomocy abstrakcyjnego instrumentarium pojęciowego nazywając to szaleństwo „racjonalizmem”. To oni sprawili, że większość ludzi myśli dziś w sposób abstrakcyjny według modeli i systemów, znajdując upodobanie w politycznych i filozoficznych teoriach, które w swej abstrakcyjnej teoretyczności mogą być logiczne, jednakże w swej bezkrwistości i bezuczuciowości bliższe są śmierci niż pulsującej rzeczywistości życia.
Konserwatywni ekologowie opowiadają sie natomiast za zachowaniem kolorowej różnorodności życia, a przeciw euforii niszczenia i „przebudowywania”, przeciw państwowemu i kulturalnemu egalitaryzmowi. 200 lat „postępu” przyniosło jedynie klęski i katastrofy. Nie tylko przyroda, ale i sfera socjalno-kulturowa musi być chroniona przed postępowcami. Trzeba porzucić fałszywą wizję człowieka stworzoną przez „modernistów” i odwołać się do właściwej antropologii: „Jeśli bronimy swej własności lub kraju to powody tego są tak samo wrodzone i tak samo niemożliwe do wykorzenienia jak u zwierząt. Pies, który za płotem obszczekuje nieznajomego, robi to z tych samych przyczyn, co jego pan, który stawia płot” (Robert Ardrey).
Psychiatra Jürgen Zutt definiuje człowieka jako „istotę zamieszkującą”, co oznacza, że nie jest on zagubiony w kosmosie lecz potrzebuje miejsca, do którego przynależy, gdzie jest w domu, gdzie ma swoją ojczyznę. Kto więc działa ekologicznie? Kosmopolita, który chce stworzyć pozbawionego korzeni „nowego” człowieka nigdzie i wszędzie znajdującego ojczyznę i bezpieczeństwo? Czy konserwatysta, który akceptuje zasadniczy fakt antropologiczny, że człowiek widziany z perspektywy biologicznej jest istotą posiadającą ojczyznę? Istnieje nierozerwalny związek pomiędzy współczesnym wielkomiejskim życiem i oderwaniem od natury, brakiem ojczyzny a wypływającymi ze zniszczenia więzi próbami stworzenia zastępczych ojczyzn („klasy”, „grupy społeczne” itd.). Jedną z takich namiastek ojczyzny jest nacjonalizm, ucieczka w kolektyw, w którym ktoś czuje się silny i bezpieczny. Ale i to jest objawem choroby wynikającej z „przerwania tradycji” (Konrad Lorenz), z porzuceniem prawdziwej ojczyzny, której cisza i uduchowienie nie pasują do hałaśliwego zgiełku nacjonalizmu.
Konserwatywni ekologowie reprezentują myślenie organiczne, widzą człowieka we wszystkich jego wymiarach: jako część przyrody; jako członka rodziny, gdzie jednostka łączy się z przodkami i potomkami a równocześnie doświadcza rośnięcia, stawania się i przemijania; jako mieszkańca ojczyzny (Heimat), gdzie tworzy się więź z naturą i ludzką wspólnotą tego samego języka i tradycji; jako członka narodu należącego do pewnego kręgu kulturalnego i wreszcie jako członka globalnej wspólnoty ludzkiej rozumianej jednak nie na sposób kosmopolityczny lecz jako całość złożoną z narodów, grup etnicznych, rodzin i jednostek, jako kosmos, który istnieje tylko dzięki istnieniu tych członków i w którym dzięki jego różnorodności, jednostki mogą znaleźć dla siebie niszę, aby móc w niej żyć i wzrastać duchowo.
Poza tym w numerze wiele informacji i komentarzy o rozmaitych lokalnych i regionalnych inicjatywach zarówno ekologicznych jak i dotyczących pielęgnowania tradycji, obyczajów, odmian językowych, zabytków sztuki i architektury różnych regionów i okolic w Niemczech. Warto też odnotować krytykę, jakiej Heinz-Siegfried Strelow poddaje projekt wystawy EXPO 2000 w Hanowerze: „betonowa orgia”, „zniszczenie natury”, „kosztujący miliardy przejaw nieposkromionej gigantomanii”. I jeszcze ciekawe spostrzeżenie jakie poczynił Wolfgang Boemer na temat działalności ponadnarodowych koncernów. Otóż, według Boemera, wielkie firmy nie są jedynie organizmami gospodarczymi, ale angażują się na rzecz pewnego światopoglądu, pewnej ideologii. Menadżerowie tych koncernów chcą świata bez granic, świata, w którym nie istnieją narodowe identyfikacje i lojalności. Pragną stworzyć „obywateli świata”, którzy będą się identyfikować z pewnym „life style”, z firmami i ich produktami, a nie z rodzinnymi, narodowymi i politycznymi wspólnotami. Jak powiedział szef Daimlera E. Reuter: „chcemy fundamentalnej przemiany świata”. No i jak tu nie wierzyć w spisek lewicy i wielkich kapitalistów.
VORDERSTE FRONT. ZEITSCHRIFT FÜR POLITISCHE THEORIE UND STRATEGIE
Wydawane we Frankfurcie nad Menem czasopismo narodowych rewolucjonistów w swoim pierwszym numerze oznajmia stanowczo:
Okres powojenny zbliża się nieuchronnie do końca. Chwieje się pozycja obu imperialistycznych supermocarstw. Wszędzie odczuwa się niepokój narodów. Realizacja perwersyjnej idei państwa światowego wymyślona przez cierpiących na manię wielkości kapitalistów i monopole może zostać udaremniona jeśli narody uświadomią sobie swoją odmienność i swoistość. Ludzie muszą wyrwać się z diabelskiego kręgu: konsumpcja – ogłupienie – konsumpcja. Powstają ruchy będące symptomem, że zachodni konsument idiota nie może być wiecznie manipulowany i korumpowany. Chwalcy wielokulturowego społeczeństwa napotykają na opór. Ludzie ciągle jeszcze pragną zachować swoją tożsamość zarówno jako jednostki, jak i część większej całości–narodu. Tożsamość narodowa, ojczyzna, nacjonalizm pojawiają się tam, gdzie władcy światowych koncernów sądzili, że należą one do przeszłości mając nadzieję na powstanie całkowicie umasowionego, zachowującego się jak automat konsumenta.
W walce o tożsamość stoimy na pierwszej linii frontu, oznajmiają narodowi radykałowie. Naszym głównym wrogiem jest liberalizm rozumiany jako stawianie materii, pieniądza, towaru, środków produkcji ponad człowieka i naturę. Naszym zadaniem jest wypracowanie Trzeciej Pozycji, która umożliwi przetrwanie narodowi niemieckiemu. Według narodowych rewolucjonistów marksizm-leninizm był wentylem bezpieczeństwa, który klasy panujące Zachodu tworzyły dla buntującej się młodzieży, by skierować jej bunt w ślepą uliczkę. Dziś po upadku marksizmu-leninizmu na Wschodzie stracił on całkowicie wiarygodność i na Zachodzie ta pseudorewolucyjna alternatywa może być jedynie przynętą dla głupców. Powstaje realna szansa dla rzeczywistej alternatywy wobec panującego na Zachodzie systemu. Równocześnie upadek bloku wschodniego zlikwidował zagrożenie militarne z tego kierunku. Nawet głupcy rozumieją dziś, że obecność oddziałów amerykańskich na europejskiej a szczególnie niemieckiej ziemi nie ma żadnego uzasadnienia. Jedyną funkcją tych wojsk jest utrzymywanie Europy w uległości i kolonizacja naszego kontynentu.
Zbliża się rewolucyjny kryzys. Pytaniem jest kiedy nastąpi i kto na nim skorzysta. Panująca w Niemczech a osadzona przez zwycięzców II wojny światowej oligarchia całkowicie utraciła kontakt z rzeczywistością. Dokonuje ona systematycznej manipulacji, prania mózgów i charakterów narodu, prowadzi politykę depolityzacji i ogłupiania obywateli, aby odwrócić uwagę od istotnych dla narodu spraw organizuje w mass mediach histeryczne kampanie dotyczące spraw całkowicie nieistotnych jak np. sprawa Rushdiego, niszczy się świadomość historyczną i tożsamość narodową, wpaja patologiczne poczucie winy by stworzyć zneurotyzowane społeczeństwo masowe. W tej sytuacji należy działać na rzecz powstania nowej elity, dla której istnieje jedność słowa i czynu, pióra i miecza (Yukio Mishima), która zerwie całkowicie z szablonami myślenia, z instrumentami władzy i z reprezentantami tego państwa tworząc przeciw-władzę i kontr-kulturę opartą na własnej infrastrukturze, (drukarnie, sklepy, restauracje, produkcja płyt, kaset itd.) tak aby państwo – jego agenci i prowokatorzy mieli jak najmniejsze możliwości wpływu.
Narodowi radykałowie opowiadają się za Europą jako wspólnotą państw narodowych opartych na regionach. Występują przeciw centralizmowi i dominacji stolic. Ich program dla Niemiec to: narodowa niezależność i jedność (Austria powinna wypowiedzieć się w referendum czy chce należeć do Niemiec); zdrowe rodziny, zdrowe gminy, zdrowe wspólnoty regionalne (Bawaria, Saksonia itd.) są fundamentami federalnej niemieckiej republiki: narodowa tożsamość przeciw masowej imigracji, odrzucenie wielorasowego i wielokulturowego społeczeństwa będącego środkiem do uczynienia z Niemców właścicieli niewolników; wybór prezydenta przez naród; zniesienie 5% zaporowej klauzuli wyborczej; firmy rodzinne i rozproszenie własności zamiast monopoli; zbrojna neutralność; powszechne uzbrojenie ludu.
Poza tym w piśmie znaleźć możemy wywiad z Billem Meansem z American Indian Movement, ruchu żądającego własnego państwa na terytorium obecnych Stanów Zjednoczonych. „Vorderste Front” drukuje również fragmenty oświadczeń przywódcy rumuńskiej Żelaznej Gwardii Corneliu Codreanu, który (jak oficjalnie podano) został zastrzelony w czasie ucieczki z więzienia w nocy z dnia 29 na 30 listopada 1938 roku. Codreanu pisał m. in.: „Kogo wiara nie zna granic, ten niech wstępuje w nasze szeregi. Kto wątpi i waha się, niech trzyma się od nas z daleka”; „Pracuj, pracuj codziennie, pracuj w miłości. Twoją nagrodą nie jest zysk, ale zadowolenie, że dołożyłeś cegłę do budowy Legionu Michała Archanioła i rozkwitu kraju”; „Mów mało, mów to, co musi być powiedziane, mów wtedy, kiedy trzeba mówić””, „Krocz tylko drogą honoru. Walcz i nigdy nie bądź nikczemny. Pozostaw innym drogi nikczemności. Zamiast zwyciężyć dzięki hańbie, lepiej jest polec na drodze honoru”; „Ten, kto w ciągu trzech lub czterech lat legionowego życia nie poznał lub nie zdał egzaminu bólu, mężności i wiary, ten może być sprytnym człowiekiem, ale nie Legionistą”, „Jeśli ktoś chce cię zwodzić lub kupić, uderz go w twarz. Legioniści nie są ani głupi ani przekupni. Uciekaj od tych, którzy chcą cię obdarowywać. Nic od nikogo nie przyjmuj. Trzymaj się z daleka od tych, którzy ci schlebiają i cię chwalą”; „Inni przyjdą do was, aby próbować dobić targu: «Będziemy na was głosować, ale co, jakie korzyści możecie nam zaoferować i co możecie nam zagwarantować?» Nasza odpowiedź brzmi: «Nic wam nie gwarantujemy. Nie potrzebujemy waszych głosów i nie przyjmujemy ich. Nigdy nie robiliśmy z naszej wiary towaru na sprzedaż i nigdy tego nie uczynimy»”.
USA
MODERN AGE
Główny kwartalnik intelektualnej prawicy amerykańskiej (według określenia G. Nasha) założony został w 1957 roku przez Russella Kirka. Redagowali go i pisali w nim czołowi przedstawiciele amerykańskiego konserwatyzmu: Ryszard M. Weaver, Frank S. Meyer, Robert Nisbet, M. E. Bradford, Henry Regnery, Eliseo Vivas, Erik von Kuehnelt-Leddihn, Frederick Wilhelmsen i wielu innych. Numer z jesieni 1991 r. poświęcony jest w całości przyszłości socjalizmu. Stefan J. Tonsor kończy swe rozważania na temat związków między marksizmem a moderną: „Socjalizm przetrwa nie jako marksizm ale jako socjaletatyzm. Nie zamknie wiara, że istnieje lekarstwo — techniczne lub polegające na manipulacji człowiekiem — na każde zło. Etatyzm jest starszy niż marksizm i przeżyje jego śmierć. Zawsze znajdzie się wielu, którzy swą wiarę i nadzieję zwiążą z «utopią małych, tłustych ludzi»”.
Gerhart Niemeyer w artykule „Przyszłość socjalizmu” stwierdza, że istnieje wiele rodzajów socjalizmu, ale wszystkie obracają się w kręgu idei doskonałego społeczeństwa równych, społeczeństwa bez napięć, konfliktów i wojen. Różnice wynikają stąd, że co innego uznaje się za przeszkodę w realizacji doskonałej harmonii: własność prywatną, religię, moralność, rodzinę, państwo. Nie ma też zgody, jaka jest najlepsza droga do osiągnięcia ideału: reforma, rewolucja, historia, ideologia. Socjalizm był z nami od samego początku: w micie o złotym Wieku, w filozofii stoickiej, w średniowiecznym „Romansie Róży”, w ideologii powstań chłopskich czternastego wieku itd. Nie należy sądzić, że wraz z upadkiem komunizmu odejdą różne inne formy socjalizmu: wiara w konieczny postęp, w „doczesne spełnienie”, historyczny aktywizm, zsekularyzowany spirytualizm traktujący historię jako polityczną wersję chrześcijańskiego zbawienia, tzw. krytyka totalna, która logicznie rzecz biorąc zapowiada nową rzeczywistość. To wszystko będzie istnieć nadal i prawica nie powinna wiązać z nadchodzącym trzecim tysiącleciem żadnych iluzji o ostatecznym zwycięstwie.
Paul Hollander w artykule „Socjalizm wyobraźni: jego mistyka i perspektywy” pisze, że istnieją trzy rodzaje socjalizmu: socjalizm komunistycznego państwa monopartyjnego, demokratyczny socjalizm w wersji skandynawskiej lub socjaldemokratycznej oraz socjalizm wyobraźni (socjalizm jako teoria, ideał i postulat). Ten ostatni charakteryzuje się największą żywotnością. Nie jest on jasno zdefiniowany – ma to być społeczeństwo „troskliwe”, uosabiające najbardziej ogólne zasady zachodniego „liberalizmu”, chrześcijańskiej etyki (bez Boga) i najbardziej idealistycznych mniemań Marksa i innych marksistowskich myślicieli. Jest to socjalizm najlepszych intencji, gdzie demokracja uczestnicząca przychylna jest dla więzi wspólnotowych i szanująca jednostkę, socjalizm wydajny ekonomicznie, ale bez konkurencji, bogaty zarówno materialnie jak i duchowo, socjalizm społecznej harmonii, czystego środowiska, pełnego zatrudnienia, opieki nad starymi i chorymi, walczący z biedą i samotnością, pozbawiony chciwości, rywalizacji, żądzy władzy. Ten „socjalizm serca” nadal będzie atrakcyjny przede wszystkim dla intelektualistów, dla których wiara weń jest źródłem egzystencjalnej tożsamości i szacunku dla samych siebie. Dla nich socjalista to po prostu ktoś uczciwy, bezinteresowny, dobry, szlachetny itd.
W tym samym numerze Thomas Molnar pyta „Czy socjalizm umarł?”. I daje odpowiedź przeczącą. Nie należy bowiem patrzeć na socjalizm jako na zjawisko ekonomiczne. Ci, którzy twierdzą, że kapitalizm przynosi wyższy poziom życia mają oczywiście rację. Ale nie biorą pod uwagę czynników subiektywnych – aspiracji i oczekiwań. Socjalizm może wyrażać niezadowolenie z różnych rzeczy, rożnie w różnych czasach i miejscach. Poziom życia może wzrastać, gospodarka może się rozwijać ale „stała bólu”, która zawarta jest w pracy nie zmienia się przez stulecia. Wraz z upadkiem sowieckiego komunizmu, idea socjalistyczna nie zniknie a być może nawet nie osłabnie. Stała się rodzajem millenarystycznej utopii, wiary, że poza rutyną zwykłego życia z jego cierpieniami i nadużyciami, może istnieć „socjalizm z ludzką twarzą”, który jakoś skupi ludzi „pod jednym dachem”, pozwoli im razem pracować i bawić się, płakać i śmiać się, stać się otwartymi na drugiego człowieka. Jest to współczesny mit odporny jak każdy mit na racjonalne argumenty i doświadczenia realnego socjalizmu. Molnar ostrzega również przed uznawaniem kapitalizmu zamiast za technikę i metodę za rodzaj świeckiej eschatologii, według której zatrudnienie się w kapitalistycznej korporacji jest tym samym, co kiedyś wstąpienie do klasztoru. Historia się nie kończy i kapitalistyczny Weltanschauung jest tak samo podatny na dekadencję jak socjalistyczny.
V. Krasnov w artykule „Powrót historii” pisze, że współczesna epoka, która rozpoczęła się krwawą Rewolucją Francuską zakończyła się dokładnie 200 lat później upadkiem komunizmu w Europie Wschodniej, którego Ojcowie Założyciele czerpali inspirację właśnie z Rewolucji Francuskiej, w szczególności z jej jakobińskiej fazy. Krasnov zwraca uwagę na to, że w Europie wcześnie pojawiły się ostrzeżenia przed totalitarną pokusą. Takie ostrzeżenie wyraża powieść Mary Shelley Frankenstein (1818) – dzieło niezwykle popularne, ale mało rozumiane. Autorka przedstawiła w niej z niezwykłą precyzją siłę napędową moderny, wyraziła ducha czasów będącego inspiracją dla zachodnich intelektualistów wówczas i dziś. Ten duch czasów to teomachiczny prometeizm, rywalizacja z Bogiem jako dobroczyńcą ludzkości. To temu duchowi czasu uległ dr Frankenstein, który chcąc rywalizować z Bogiem stworzył monstrum. Takim samym Frankensteinem był dr Karol Marks, którego wizja „doskonałego społeczeństwa” wydała takie samo monstrum – komunizm. Po upadku komunizmu ludzie powinni być bardziej odporni na pokusę przyjmowania „darów” od tych walczących z Bogiem „Prometeuszy”, którzy chcą narzucać się światu poprzez abstrakcyjne projekty i przemoc.
POLICY REVIEW
Bardzo solidny kwartalnik wydawany przez The Heritage Fundation i jej prezesa Edwina J. Feulnera juniora a redagowany przez Adama Meyersona przy współpracy m. in. Geoge`a Gildera, Gordona Tullocka, Ernesta van den Haaga w swoim jesiennym wydaniu z 1991 r. zamieszcza ciekawy artykuł Setha Cropsey’a „Wujaszek Samuraj”, poświęcony stosunkom amerykańsko-japońskim. Dowiadujemy się z niego m. in., że w latach 1985-1989 suma płacona przez rząd japoński za urządzenia i wyposażenie baz amerykańskich w Japonii wzrosła o 45%. W tym samym okresie roczne opłaty, jakie Tokio wnosiło za wodę, elektryczność, remonty i pensje Japończyków zatrudnionych w bazach wzrosły o 176%. Poziom japońskich wydatków na stacjonujące w Japonii wojska amerykańskie jest najwyższy ze wszystkich krajów, gdzie wojska te stacjonują. Do 1995 roku rząd w Tokio obiecał pokrywać 75% wszystkich kosztów związanych ze stacjonowaniem wojsk amerykańskich. Cropsey uważa, że Stany Zjednoczone powinny nadal traktować Japonię jako swojego ważnego sojusznika, zwiększając z nią wymianę technologiczną, współpracując w dziedzinie marynarki wojennej i w programie „wojen gwiezdnych”. Równocześnie, jego zdaniem, Japonia winna w większym stopniu sama troszczyć się o swoje bezpieczeństwo, co zresztą już ma miejsce, gdyż w latach 1971-1989 budżet wojskowy Japonii wzrósł o 165% (więcej tylko w Turcji), i zwiększyć swój udział w finansowaniu armii amerykańskiej np. wziąć na siebie koszty 5,3 min baryłek paliwa okrętowego spalanego przez Siódmą Flotę, które kosztuje podatnika 200 min dolarów rocznie. Nasuwa się tu taka refleksja: na razie Japończycy nadal płacą kontrybucję za przegraną w 1945 roku, ale już niedługo może okazać się, że kto płaci, ten wymaga.
Poza tym w numerze Edmund F. Hailsmaier opisuje klęskę państwowej służby zdrowia w Kanadzie, Clarence Thomas skarży się na „samotność czarnego konserwatysty” a Jay Kosminski w artykule „Arsenał demokracji” rozważa m. in. możliwość interwencji zbrojnej w Korei Płn. w celu zapobieżenia wyprodukowaniu przez to państwo bomby atomowej. Ciekawe co o tej koncepcji sądzą w Seulu? Kosminski uważa również, że wojna nad Zatoką Perską jest „jutrzenką” unipolarnego świata, czyli wspólnoty odpowiedzialnych i demokratycznych państw pod politycznym i wojskowym przywództwem Stanów Zjednoczonych. Baker Spring broni programu „wojen gwiezdnych”, George H. Nash przypomina amerykańską tradycję reform konserwatywnych a Scott A Hodge domaga się likwidacji niektórych programów rządowych: np. Federalne Rezerwy Helu powstały w 1929, aby zapewnić hel dla sterowców. Urząd d/s Elektryfikacji Wsi powstał w 1935 roku (później zajął się również telefonizacją wsi). Dziś 99% Amerykanów na wsi ma elektryczność a 97% telefony, wcale zresztą nie zawdzięczając tego działaniom urzędu do dziś istniejącego i kosztującego podatnika 160 min dolarów rocznie. Warto byłoby również znieść subsydiowanie produkcji wełny i moheru istniejące od 1955 roku i mające zapewnić armii stałe źródło wełny i moheru na mundury. Zniesienie tych subsydiów może okazać się szczególnie trudne, gdyż w 1960 roku Pentagon uznał wełnę i moher za materiały o strategicznym znaczeniu.
Scott postuluje również natychmiastowe zniesienie programu pomocy dla małego biznesu, który kosztuje podatnika 318 min dolarów rocznie i okazał się, jak było do przewidzenia, kompletnym fiaskiem. Wreszcie odnotujmy uwagi Anny J. Bray o panice rozpętanej przez niektórych naukowców (?), polityków i mass media na temat tzw. globalnego ocieplenia. Autorka przypomina wypowiedzi z tych samych mass mediów, tych samych polityków, tych samych organizacji ekologicznych sprzed 15,20 lat. Wówczas prześcigano się w ponurych przepowiedniach czekającego nas w najbliższych dziesięcioleciach nadejścia nowej ery lodowcowej. No i proszę zamiast ochłodzenia mamy ocieplenie. Ale poza tym wszystko się zgadza.
NATIONAL REVIEW
W zeszłorocznych wydaniach nowojorskiego dwutygodnika (jeszcze sprzed wyborów prezydenckich i porażki bushizmu) znaleźć można sporo ciekawych informacji, definicji i określeń. Np. Bill Clinton to „Billion-Dollar-Bill” a jego żona to „Winnie Mandela amerykańskiej polityki”. Osoba Buchanana stała się przedmiotem wielu ataków prasowych, z których jeden przytacza „National Review” . Ukazał się on w czasopiśmie homoseksualistów „Outweek”, a jego autorem był Michał Anioł Singnorile, który napisał: „Trudno oprzeć się chęci złapania tego człowieka za gardło i duszenia go tak mocno jak się da, aby móc patrzeć w jego szpetną i odrażającą twarz i obserwować jak jego gałki oczne pękają i wypływają z oczodołów. Lub może ktoś wolałby nadepnąć na jego twarz i wyciskać jego mózg tak długo aż zgniły szlam wypłynie na chodnik”. To zdaje się nazywa „demokratyczna kultura polityczna”. Natomiast Jo Sobran tak pisze o Wielkim Budowniczym Wielkiego Społeczeństwa Lyndonie B. Johnsonie na łamach „National Review”: żądny władzy, chciwy łajdak, który zbudował swoją karierę polityczną na zastraszaniu, szantażu i przekupstwie.
Okazuje się również, że w USA mają podobne problemy co my. Otóż Bill Clinton wezwał do przezwyciężenia podziału na „my” i „oni” i zapowiedział, że po jego zwycięstwie nie będzie już „onych”, a tylko i wyłącznie „my”. „National Review” opublikował też relację z posiedzenia John Randolph Club, na którym Murray Rothbard nazwał Buckley’a (do niedawna redaktora naczelnego „National Review”) „Michałem Gorbaczowem amerykańskiego konserwatyzmu”, a prof. Thomas Molnar zaproponował, żeby katolicyzm stał się oficjalną religią państwową w Stanach Zjednoczonych.
Wszystkim, którzy dziwią sie jak powstają bilionowe deficyty budżetowe polecamy prezentowaną na łamach „National Review” książkę M. L. Grossa Rządowe gangsterstwo. Okazuje się, że rząd USA wydał np. 19 min dolarów na badania wzdęcia u krów, 2 min na rekonstrukcję tradycyjnego czółna hawajskiego, 2,7 min na gospodarstwo rybne w Arkansas, gdzie hoduje się zębacza, 6,4 min na domek myśliwski w stylu bawarskim w Idaho, 107 tys. dolarów na badania życia seksualnego przepiórek japońskich, 320 tys. na zakup domu teściowej prezydenta McKinley’a.
„National Review” informuje również, że fetowany ostatnio w USA czarnoskóry reżyser Spike Lee podczas kręcenia firnu o Malcolmie X odwiedził (nie bardzo wiadomo, w jakim celu) RPA. Po powrocie oznajmił: „Kiedy tam byłem, miałem naprawdę ochotę wziąć rewolwer i strzelać do Białych”. Tak trzymać Spike, jak nie będziesz miał broni, to zawsze możesz w restauracji napluć białemu do talerza – komentuje „National Review”. Mamy też ciekawą informację dla czytelników polskiego wydania „Playboya”. Dziesięć lat temu jego wydawca Hugh Hefner otrzymał nagrodę przyznawaną przez słynną Ligę Przeciw Zniesławianiu (Anti-Defamation Leage) zajmującą się zawziętym i skrupulatnym tropieniem wszelkich objawów antysemityzmu. Nie ma więc obaw – „Playboy” to pismo „politycznie poprawne”.
A teraz coś dla kinomanów: Arnold Schwarzengger w czasie wyborów do Senatu w Kalifornii poparł konserwatywnego republikanina! Natomiast Amerykańskie Stowarzyszenie Adwokatów i Agencja Rozwoju Międzynarodowego chcą pomóc dawnym republikom sowieckim w zmianie systemu prawnego. Prowadzone są już prace nad nową konstytucją Armenii. Komentarz „National Review”: „Nie bądźmy zdziwieni, kiedy w przyszłości pojawią się informacje, że mieszkańcy tych republik tęsknią za starym, dobrym stalinizmem”. Odnotujmy też relację p. Radka Sikorskiego b. ministra obrony narodowej RP, a kiedyś korespondenta „National Review” ze stu dni jego urzędowania, które wypełniła mu heroiczna walka z Wojskową Służbą Informacyjną, zakończona niestety jego porażką. P. Sikorski pisze m. in., że przebywając w Brukseli zabiegał u urzędników NATO o szersze kontakty – np. pomoc w nauce języków obcych dla oficerów Wojska Polskiego. Teraz już wiemy do czego potrzebne jest nam NATO. Zapamiętajmy dwa warte upowszechnienia określenia: „esperanto money”, czyli wspólna waluta europejska, i „niewidzialna noga rządu”.
REASON
W numerze 1/1992 W. Anderson opisuje sprawę Edwarda Kruga, amerykańskiego naukowca, który zakwestionował obowiązujące dotychczas opinie na temat wpływu tzw. kwaśnych deszczy na środowisko naturalne. Po ogłoszeniu wyników swoich badań Krug stał się przedmiotem wściekłej nagonki zorganizowanej przez aktywistów ekologicznych, przy których senator Mc Carthy to doprawdy poczciwy amator. Na uwagę zasługuje artykuł M. Weissa o sukcesach feministycznych prawniczek w USA. Kwestionują one cały dotychczasowy system prawny, wszystkie pojęcia i normy prawne jako twór mężczyzn i narzędzie męskiej dominacji. Feministkom udało się już spowodować, że sądy zajmują się tak nieokreślonym przestępstwem jak „molestowanie seksualne” kobiet i uniewinniają kobiety, które zamordowały swych mężów lub kochanków, gdyż według feministek w przypadku mordu dokonanego przez kobietę na mężczyźnie zawsze chodzi o akt samoobrony.
Feministki rozszerzają również coraz bardziej pojęcie gwałtu by w efekcie dojść do konkluzji, jak czyni to np. Catherine MacKinnon profesor prawa na Uniwersytecie Michigan, że w „systemie fallokracji” każdy stosunek płciowy jest gwałtem na kobiecie. Według Andersona nowe przestępstwa seksualne, nowe pojęcie gwałtu mają zastraszyć polityków, biznesmenów i wszystkich, którzy mogliby przeciwstawić się feministkom i ich żądzy władzy. Jeśli proces feminizacji prawa będzie postępował, to Rządy Prawa ustąpią miejsca rządom kobiet i nie będą to wcale rządy oparte na łagodnych wartościach kobiecych jakie propagują feministki.
W numerze 3/1992 Elisabeth Larson zwraca uwagę na działalność Urzędu d/s Żywności i Leków (FDA), który zakazuje sprowadzania do USA eksperymentalnego leku o nazwie THA. Ludzie udający się do Kanady czy Belgii, by kupić tam THA dla swoich krewnych czy przyjaciół cierpiących na chorobę Alzheimera, narażają się na aresztowanie i proces sądowy. FDA zakazuje również sprowadzania do USA eksperymentalnych leków przeciw AIDS, ale toleruje ich import. Chorzy na AIDS są więc równiejsi od chorych na chorobę Alzheimera. Autorka postuluje całkowite zniesienie kontroli państwa nad produkcją i handlem lekami.
M. Morse Woosler pisze o polityce zagranicznej USA przytaczając m. in. opinie na temat CIA. Okazuje się, że CIA polegając na danych dostarczanych przez satelity szpiegowskie nie potrafiła przewidzieć ani wojny w Jom Kippur w 1973 roku, ani inwazji sowieckiej na Czechosłowację i Afganistan, ani upadku komunizmu pod koniec lat osiemdziesiątych. Specjaliści z CIA uznali, że Irak nie zaatakuje Kuwejtu, natomiast byli pewni, że zaatakuje Arabię Saudyjską. Potężna, zbiurokratyzowana, wierząca w techniczne środki szpiegowania machina wywiadowcza nie działa jak należy, większość agentów to ludzie nieprzygotowani do wykonywania swej profesji. Niewielu z nich zna języki obce (jedynie 20% agentów CLA z Meksyku mówi po hiszpańsku) a ich działalność ogranicza się do krążenia po koktajlach w ambasadach. No i proszę, a my tu w Polsce tyle lat wierzyliśmy we wszechmoc CIA!
LIBERTY
Z numeru 5 (vol. 4) dowiedzieć się możemy, że niejaki Tommy Robinson powróciwszy na swą farmę w Arkansas po 6 latach pracy w Izbie Reprezentantów powiedział: „Byłoby lepiej dla kraju, gdyby Kongres został zlikwidowany. Wolę umrzeć jako biedny farmer niż robić karierą w Kongresie. Będę miał czystsze sumienie”. Niestety nie słychać, żeby koledzy Robinsona z Kongresu zamierzali go naśladować. Robert Higgs pisze, że amerykańscy przywódcy publicznie wylewali łzy nad okrucieństwami żołnierzy irackich w Kuwejcie (wiele z tych okrucieństw okazało się propagandową fikcją – red.). Jeśli ktoś wierzy, że USA tak skory jest do potępienia okrucieństw popełnianych na niewinnych, niech przypomni sobie, że w Kambodży w latach 1975-1978 z rąk reżimu Pol Pota zginęło więcej niż milion ludzi. Czerwoni Khmerowie otrzymywali wówczas i otrzymują dziś pomoc od rządu USA.
David Boaz w artykule „Dziennikarze a Wojna z Narkotykami” pisze, że w ciągu całej historii USA rządy wykorzystywały nadzwyczajne okoliczności towarzyszące wojnie do ograniczania wolności: przymusowy pobór do wojska, cenzura, zakaz handlu z wrogiem, podatek dochodowy, kontrola cen i płac, kontrola czynszów, prohibicja (którą częściowo zainicjowano już w 1917 roku). W erze broni nuklearnej coraz częściej rządy szukają możliwości przeprowadzania krucjat – swego rodzaju „wojen w przenośni” lub wynajdują „moralne ekwiwalenty wojny” – termin ten wymyślił William James, który chciał młodych Amerykanów zaprząc do przymusowego wykonywania „czynów społecznych”, aby mogli szybciej dojrzeć. Zapewne „wojny w przenośni” lepsze są niż prawdziwe, pisze Boaz, ale mają podobne konsekwencje. Zainicjowane zostały przez Wojnę z Nędzą. Potem był „moralny ekwiwalent wojny”, czyli tzw. kryzys energetyczny za prezydentury Cartera. Obecnie mamy Wojnę z Narkotykami, która ma coś w sobie z wojny prawdziwej: walka z użyciem broni palnej, trupy na ulicy, karne ekspedycje wojskowe do krajów, gdzie uprawia się kokę.
Wielką rolę w wojennej aktywności współczesnego państwa odgrywają media, których zadaniem jest jednoczyć obywateli wokół celów wyznaczonych przez rząd i nakłaniać ich do poparcia wojny. Także i obecnie w mediach panuje wojenna gorączka, która sprawia, że żaden dziennikarz nie zareagował na słowa (byłego) głównodowodzącego w tej wojnie Williama Bennetta, który żądał kary śmierci dla bankierów „operujących narkotykową gotówką” – a więc w zasadzie wszystkich bankierów świata. Prasa i telewizja z entuzjazmem zgodziły się zostać częścią wojennej machiny propagandowej, do której zadań należy: eliminowanie lub wyciszanie opinii przeciwników wojny, statystyczne manipulacje i jawne fałszerstwa, podawanie publiczności do wierzenia niesłychanych bredni w „naukowym opakowaniu” itd.
Dla dziennikarzy bezprecedensowy w ostatnich latach napływ narkotyków do USA (w wyniku wojny ceny poszły w górę) jest okazją do publikowania wielkich zdjęć agentów z Urzędu d/s Zwalczania Narkotyków z wielkimi stosami skonfiskowanej kokainy. Nie ma tygodnia, żeby gazety nie informowały o przechwyceniu „największego transportu narkotyków w historii stanu X, Stanów Zjednoczonych czy świata”. Niektórzy politycy wykorzystują to reklamując swoją osobę. Na przykład prokurator generalny Edwin Meese III osobiście brał udział w rajdach na poletka marihuany w Arkansas. Potem jego zdjęcia z tej akcji opublikowały gazety w całym kraju. Cóż za ironia – nosił on krawat z podobizną Adama Smitha prowadząc tę bohaterską wojnę z małym biznesem.
Gazety upatrują w narkotykach przyczynę każdego zła i nieomal każdej choroby rozpętując histerię na niespotykaną skalę. Ciągle pisze się o przestępstwach związanych z narkotykami, podczas gdy w rzeczywistości chodzi o przestępstwa związane ze skutkami prohibicji. Natomiast niewiele się pisze o alkoholu i tytoniu, choć używanie tytoniu powoduje śmierć 390 000 Amerykanów rocznie, alkoholu – 150 000 a narkotyków – 5 000. Poza tym jak wszystko dzisiaj Wojna z Narkotykami jest dla Waszyngtonu pretekstem do podwyższania podatków. Gorliwi dziennikarze również do tego nawołują. Wystarczy, że dziennikarze usłyszą z ust polityków magiczne słowa „wojna”, a już czują się pracownikami frontu propagandowego kolejnej krucjaty. Powinni więc przypomnieć sobie słowa H. L. Menckena: „Funkcją gazety w demokracji jest być w ciągłej opozycji do rządzących szarlatanów”.
Poza tym w numerze obok licznych komentarzy politycznych, recenzji książkowych R. Miniter dziwi się, że tak wielu dziennikarzy walczy z kapitalizmem, choć zazdrośnic broni wolności prasy niemożliwej wszak bez własności prywatnej i wolnego rynku, S. Cox ogłasza śmierć ruchów pacyfistycznych, Sheldon Richman analizuje fałszerstwa Pentagonu na temat „potęgi” wojskowej Iraku, Benjamin Best opisuje klęskę anarchistycznej utopii na przykładzie kopenhaskiej Christianii, R. Kostelanetz zarzuca amerykańskim konserwatystom ciągoty… stalinowskie. Pismo docieka też przyczyn trwającej od kilku lat w Kalifornii suszy. Jak łatwo można się domyślić, powodem braków wody jest polityka rządu, którego działalność upodobniła system wodny Kalifornii do systemu gospodarki sowieckiej: „tania”, bo subsydiowana woda dla rolników (mieszkańcy miast płacą za wodę od kilkudziesięciu do 150 razy więcej niż rolnicy), irygacja na pustyni w celu uprawy roślin, która jest tak droga, że rząd musi ją subsydiować itd. Władze dzielnie walczą ze spowodowaną przez siebie klęską delegalizując np. w niektórych miastach podlewanie ogródków. Autor artykułu proponuje powrót (z pewnymi zmianami) do dawnego systemu opartego na prywatnej własności i wolnych cenach wody oraz zaprzestanie daremnej „wojny z pustynią” finansowej przez rząd z pieniędzy podatników.
W numerze 4 (vol. 6) prof. Milton Friedman nawołuje zwolenników wolności do większego realizmu, do porzucenia bezpłodnych marzeń i wygodnego utopizmu. Nie wystarczy wysnuwać właściwych wniosków z przyjętych a priori zasad. Nie wystarczy powtarzać jak w mantrze „własność prywatna, własność prywatna” lecz starać sie należy podać konkretny sposób jak do tego dojść. Nie wolno ignorować problemów praktycznej realizacji właściwych koncepcji. Nie wolno kończyć dyskusji sakramentalnym „pozwólmy działać rynkowi”, gdyż to niczego nie zmieni. Trzeba brać pod uwagę rzeczywistość i pamiętać o odpowiedzialności, która na nas ciąży. Jeśli tego nie zrobimy, twierdzi prof. Friedman, staniemy się sektą a nie żywą siłą polityczną. J. Baden wzywa klasycznych liberałów, aby starali się znajdować sojuszników wśród środowiskowców, z których nie wszyscy są jak arbuzy: zieloni na wierzchu i czerwoni w środku. Klasyczni liberałowie nieufni wobec manipulowania wynikami badań naukowych przez środowiskowców nie powinni z góry kwestionować rzetelności badań, na które ciż się powołują. Trzeba szukać tego, co łączy; a łączy: koncepcja spontanicznego ładu, adaptacji i ewolucji, sceptycyzm wobec rozrostu sfery politycznej i koncentracji władzy. Klasyczni liberałowie wiedzą istotne rzeczy na temat funkcjonowania społeczeństwa i rządu, środowiskowcy wiedzą istotne rzeczy na temat świata natury, dlatego powinni uczyć się od siebie nawzajem. Człowiek zasługuje na to, aby żyć zarówno w wolnym społeczeństwie jak i możliwie najczystszym środowisku naturalnym.
Sheldon L. Richman zdaje relację z konferencji zorganizowanej przez Cato Institute w Moskwie. Kiedy pewnego razu wracał taksówką do domu hotelu, taksówkarz jakimś dziwnym trafem nosił czapkę fanów jednego z filadelfijskich klubów sportowych. Dziwnym trafem, bo Richman mieszka właśnie w Filadelfii. I w Filadelfii mieszka siostrzenica taksówkarza, co wyjaśnił on łamaną angielszczyzną. Zapytany o rosyjskich zwolenników reform wolnorynkowych taksówkarz wyrecytował ludzi obecnych na konferencji! Mało tego, taksówkarz pokazał Richmanowi artykuł, który właśnie czytał. Autorem artykułu był Borys Brutzkus – rosyjski ekonomista krytykujący przed kilkudziesięciu laty system gospodarczy ZSRR przy użyciu argumentów Ludwika von Misesa. No ale czy można się dziwić, że w Moskwie są tacy wykształceni taksówkarze i to dokładnie tak jak życzyłby sobie jego pasażer. W końcu gdy Bernard Shaw odwiedzał w latach dwudziestych Związek Sowiecki to też się wzruszył, że obsługa salonki, w której podróżował, zna doskonale jego dramaty i to nawet te, których nie przełożono na rosyjski. Poza tym w numerze Mark Skousen przeprowadza wywiad z prof. Robertem Heilbronerem, który wywołał szok u wielu Amerykanów oświadczając publicznie, że przestał być socjalistą (z wywiadu wynika jednak, że profesorowi trudno rozstać się z ideami, którym hołdował przez całe prawie życie), Dawid Friedman broni kapitalizmu, Karl Hess porównuje narzędzia z ideami, Stuart Reges zdaje sprawę ze swej walki o wolność słowa na uniwersytecie zagrożoną przez nowy Mccartyzm ze strony biurokracji prowadzącej Wojnę z Narkotykami, R. Kostelanetz dokonuje dekonstrukcji dekonstrukcji.
THE BLUMENFELD EDUCATION LETTER
Niewielkiej objętości pismo reprezentujące amerykańską prasę alternatywną, które w Boise, Idaho wydaje Samuel L. Blumenfeld poświęcone jest przede wszystkim sprawom szkoły, kształcenia i wychowania. Na jego łamach przeczytać możemy m. in. o zwalczaniu chrześcijaństwa w USA, o kulturalnej rewolucji prowadzonej przez lewicę przy pomocy oświaty publicznej, o tym jak postępowi edukatorzy rewolucjonizują świadomość dzieci przygotowując je do życia w socjalizmie, o destruktywnym wpływie moralnym edukacji seksualnej w szkołach publicznych, o prześladowaniach, jakim mafia edukatorów-totalniaków, biurokratów i upolitycznionych sędziów poddaje tych rodziców, którzy nie chcą, aby ich dzieci spędzały wiele lat w szkołach publicznych systematycznie niszczących serca i umysły, i pragną sami uczyć własne dzieci.
Istniejący obecnie w USA system przymusowej edukacji publicznej to według Blumenfelda zinstytucjonalizowane szaleństwo, bezustanne „molestowanie dzieci”, fabryka produkująca analfabetów, centralnie sterowany i planowany socjalistyczny, chory dinozaur, największe przedsiębiorstwo państwowe na Zachodzie kierowane przez biurokratów, psychologów i humanistów nienawidzących wszystkich tradycyjnych wartości edukacyjnych i traktujących dzieci jak morskie świnki dla bezustannych „reform” i eksperymentów edukacyjnych. Skupieni głównie w Krajowym Stowarzyszeniu Oświatowym (NEA) i Amerykańskiej Federacji Nauczycieli (AFT) zajmują się oni głównie rozdzielaniem olbrzymich funduszów przyznawanych przez państwo – w 1992 roku 445 mld dolarów – i przekształcaniem szkół w miejsca, gdzie propaguje się bezpieczną sodomię, dokonuje prania mózgów, gdzie panuje przemoc i demoralizacja. Dlatego zasadniczym postulatem wysuwanym przez pismo jest zniesienie przymusu szkolnego, likwidacja Departamentu Oświaty, prywatyzacja szkolnictwa. W piśmie poddaje sie również krytycznej analizie obecne programy szkolne i metody dydaktyczne stosowane przez lewicowych eksperymentatorów.
W wydaniu wrześniowym pismo prezentuje sylwetkę Howarda Phillipsa , przewodniczącego Partii Podatników. Phillips, ojciec sześciorga dzieci w wieku od 6 do 27 lat jest zwolennikiem, popieranego również przez pismo, ruchu na rzecz prawa do uczenia dzieci w domu, i sam kształci swego najmłodszego syna. Partia Podatników będzie niewątpliwie izolowana i obłożona informacyjną kwarantanną przez socliberalny establishment sprawujący władzę polityczną i kulturalną za pomocą obu głównych partii, uniwersytetów i mass mediów. Tym bardziej należy głosować na Phillipsa w wyborach prezydenckich. Jeśli w wyborach tych wygra Gładki Wiluś i jego żona Hilary – specjalistka od wyzwolenia dzieci spod tyranii rodziców (tzw. kiddielib), to Biały Dom zamieni się w trwającą permanentnie operę mydlaną z Hilary Clinton jako główną aktorką, media będą mogły świętować swoje zwycięstwo, aborcjoniści, ekomaniacy i feministki przejmą całkowitą kontrolę nad biurokracją federalną, Krajowe Stowarzyszenie Oświatowe stanie się de facto Departamentem Oświaty, dezerter stanie na czele połączonych szefów sił zbrojnych. Clintonowie z wyuczonymi w college’u socliberalnymi, keynesowskimi i etatystycznymi stereotypami doprowadzą Amerykę do ruiny.
W sumie pismo bardzo interesujące reprezentujące, jak to się określa w USA, chrześcijański fundamentalizm połączony z twardą obroną minimalnego rządu godny polecenia polskim chadekom czy narodowcom ze wszystkich partii.
THE SOUTHERN LIBERTARIAN MESSENGER
Ten libertariański zin wydają we Florence w Południowej Karolinie John T. Harllee i Robert Brakeman. Możemy się z niego dowiedzieć, że Kongres USA wydaje na siebie samego 2,5 mld dolarów. Tamże definicja państwa opiekuńczego: „rząd ludu i dla ludu przekupuje lud”. Również kilka dat z historii prohibicjonizmu: XVI w. – zakaz picia kawy w Egipcie, spożycie kawy wzrasta gwałtownie; XVII wiek – zakaz palenia tytoniu w Rosji, zdarzają się przypadki skazywania na śmierć palaczy; ok. 1650 r. — zakaz używania tytoniu w Bawarii, Saksonii i Zurychu; 1736 – ustawa o Ginie w Anglii nie zmniejsza jego konsumpcji; 1792 – kara śmierci za sprzedaż opium w Chinach; 1845 – zakaz sprzedaży alkoholu w Nowym Jorku anulowany dwa lata później; 1875-1914 – 27 stanów i miast w USA zakazuje palenia opium, co przynosi siedmiokrotny wzrost jego spożycia; 1914 – uchwalenie tzw. Harrison Narcotics Act w USA o kontroli opium i pochodnych koki; 1914 – car zakazuje spożywania alkoholu, bolszewicy znoszą zakaz w 1924 r.; 1914-70 – Kongres USA uchwala 55 ustaw zaostrzających Ustawę Harrisona; 1918 – specjalna komisja bada efekty Ustawy Harrisona (powszechny przemyt i zwiększone spożycie narkotyków) i zaleca bardziej rygorystyczne jej stosowanie; 1919 –18 poprawka do konstytucji USA zakazująca spożywania alkoholu zostaje uchwalona i anulowana w 1933; spożycie marihuany, eteru i kawy wzrasta w USA; 1921 – zakaz palenia papierosów w 14 stanach; 1924 – Kongres całkowicie zakazuje używania heroiny, heroina zastępuje morfinę na czarnym rynku; 1937 – pierwsze federalne prawo przeciw marihuanie.
Warto zapamiętać również zamieszczone w piśmie hasło: „Zwalczam biedę… pracuję”.
ZJEDNOCZONE KRÓLESTWO
THE SCORPION
W numerze 15 (zima 1991-1992) zwraca uwagę analiza twórczości Ernesta Jüngera pióra Alana de Benoist. Ernest Jünger jeden z najbardziej kontrowersyjnych i prowokujących pisarzy Rewolucji Konserwatywnej w Niemczech (przypisuje mu się stwierdzenie, że zniesienie tortur jest oznaką społecznej dekadencji) swoje poglądy na świat współczesny najpełniej wyraził w Robotniku wydanym w 1932 roku. Dla Jüngera dawny świat zakończył się wraz z I wojną światową, która przyniosła destrukcję starych norm i wartości. Nie ma powrotu do tego, co było. Stare drogi prowadzą do nikąd. Sentymentalny, dandysowski konserwatyzm to tylko kult muzeów. Dawny świat już nie istnieje, nadchodzi era Robotnika. Według Jüngera „praca” to każda twórczość nadająca formę światu, to afirmacja mocy i energii. Praca jest metodą totalnej mobilizacji: nauka, miłość, sztuka, wiara, kultura, wojna wszystko jest Pracą. Jüngerowskiego Robotnika nie należy mylić z proletariuszem Marksa. Zdaniem Jüngera praca obejmuje nie tylko gospodarkę, ale obszar pomiędzy molekułą a galaktyką. U Jüngera Robotnik jest figurą (Gestalt), globalnym typem, piętnem rzeczywistości nadającym jej sens. Robotnik to byt metafizyczny, konstytuujący teologię ery nowoczesnej. Przeciwieństwem Robotnika jest Mieszczanin, którego cechuje utylitarne podejście do życia i poszukiwanie bezpieczeństwa. Unika on wszystkiego, co wymaga ostatecznego zaangażowania, podjęcia decyzji albo-albo. Wojna i miłość, natura i śmierć, wszystkie siły elementarne są dla Mieszczanina „irracjonalne” i nie mieszczą się w stworzonym przez niego społeczeństwie, które według niego jest wynikiem dobrowolnie podjętego i racjonalnie uzasadnionego kontraktu opartego na zasadzie równości dla wszystkich.
Robotnik reprezentujący wolę mocy pojawia sie wraz z totalną mobilizacją, którą przynosi rozwój techniki i która po raz pierwszy zastosowana zostaje w czasie I wojny światowej będącej kresem rycerskości i rycerstwa, i zamieniającej żołnierzy w techników. W erze totalnej mobilizacji zanika rozróżnienie pomiędzy żołnierzami a cywilami. Nawet pacyfiści muszą być gotowi do wojny o swoje ideały. Wszyscy są uwikłani w wojnę i wszyscy są gotowi do mobilizacji. Świat przemienia się w uniwersalną fabrykę, w „kuźnię Wulkana”. Zanika świat wiejski, ziemię przecinają autostrady, czas wolny zostaje uprzemysłowiony, kwitną partie polityczne, ekran dominuje nad sceną, fotografia nad portretem, gospodarka poddana zostaje planowaniu, pieniądz jest kontrolowany, produkcja zestandaryzowana, rozwija się statystyka, to, co typowe i zuniformizowane przeważa nad tym, co indywidualne. To właśnie jest era Robotnika, w której zanika zarówno oświeceniowe indywiduum będące wytworem mieszczańskiego sentymentalizmu, jak i proletariat. W ich miejsce pojawić się musi rasa – rozumiana nie biologicznie, ale metafizycznie – rasa ludzi „rozważnych, silnych, pozbawionych wątpliwości, pijanych energią”. Pojawienie się Robotnika kończy epokę zachodniego nihilizmu. Nadchodzi czas „heroicznego realizmu”, powracają Tytani.
PERSPECTIVES
W numerze 3 Peter Drew wzywa do walki o narodowe i kulturalne samostanowienie, Ulrik Smith przypomina anarchistyczne idee P.-J. Proudhona a Jarosław Tomasiewicz przedstawia działalność śląskich autonomistów. Dużą część numeru zajmuje wywiad z Marco Tarchim, czołowym przedstawicielem włoskiej Nowej Prawicy, wydawcy pism: „Trasgressioni” i „Diorama Letterario”. Z wywiadu dowiedzieć się możemy, że początki Nowej Prawicy we Włoszech sięgają połowy lat 70. Powstała częściowo pod wpływem francuskiej Nowej Prawicy, a częściowo w wyniku spontanicznej ewolucji ideowej kilkuset młodych ludzi rozczarowanych włoską Starą Prawicą, czyli neofaszystami skupionymi we Włoskim Ruchu Społecznym (MSI). Nowa Prawica różni się od Starej Prawicy tym, że nie tęskni za przeszłością. Dawny włoski faszyzm w żadnej mierze nie może dziś służyć jako wzorzec do naśladowania czy też punkt odniesienia w aktualnych dyskusjach politycznych i intelektualnych. Nowej Prawicy obcy jest również nacjonalizm i szowinizm obecny na skrajnej prawicy. Nie odwraca się ona również całkowicie od nowoczesności, ale rzuca jej wyzwanie atakując ją częściowo przy użyciu jej własnych metod.
Do charakterystycznych rysów Nowej Prawicy we Włoszech należy podejmowanie dyskusji (np. na wspólnych konferencjach) z włoską Nową Lewicą, szczególnie z tymi jej przedstawicielami, którzy porzucili klasyczny marksizm na rzecz Nietzschego i Heideggera. Chodzi o to, by dokonać konfrontacji idei i oczekiwań, aby podjąć refleksję nad możliwością znalezienia czegoś odmiennego zarówno od totalitarnego socjalizmu, jak i od „burżuazyjnej kultury”. Według Marco Tarchiego należy starać się odnaleźć punkty styczne z lewicą i adaptować niektóre elementy myśli lewicowej. Wspólnym wrogiem Nowej Prawicy i Nowej Lewicy jest współczesny materializm i panujący dziś na Zachodzie „liberalizm”. Włoska Nowa Prawica prowadzi dyskusje zarówno z grupami skrajnej lewicy takimi jak Lotta Continua, jak i z socjalistami i Zielonymi. Ale również z ludźmi z katolickiego ruchu Communione e Liberazione.
Zasadniczym celem włoskiej Nowej Prawicy jest zmiana świadomości zbiorowej poprzez tworzenie alternatywnych wartości i poprzez atak na tych, którzy dziś manipulują tą świadomością, kontrolują media, prasę i kulturę. Należy dążyć do „organicznej demokracji” (grass-roots democracy), która wyłoni nowe elity i stanie się alternatywą dla panującej obecnie we Włoszech partiokracji opartej na systemie „Lottizazione”, czyli rozdzielania posad według klucza partyjnego wszędzie, gdzie można (administracja państwowa, telewizja, prasa, uniwersytety, banki, niektóre sektory gospodarki). Wszystkie nowe ruchy, organizacje i grupy spoza establishmentu niezależnie od ideologicznej barwy powinny wspólnie starać się o odsunięcie starych partii od władzy.
Piąty, zimowy numer „Perspectives” z 1992 r. przynosi szereg ciekawych informacji. Okazuje się, że nikaraguańscy Contras gromadzą się znowu i jako „Los Revueltos” urządzają demonstracje przeciw korupcji rządu. Bliżej nas w 1993 r. ma być uruchomiona autostrada (!) z Berlina do Królewca. We Francji natomiast znany myśliciel Nowej Prawicy Alain de Benoist wziął udział w konferencji, organizowanej przez komunistów. Zaatakował Le Pena za próby szukania poparcia w Stanach Zjednoczonych. Powiedział (de Benoist), że nie ma już konfliktu między prawicą a lewicą, jest walka między centrum a peryferiami. Do tej ostatniej myśli nawiązuje poniekąd tekst Yanna Fouere’a, upominającego się o prawa małych, europejskich narodów, zepchniętych na peryferie historii przez Wielką Brytanię, Francję, Niemcy i Rosję. Fouere pisuje w nacjonalistycznym bretońskim dzienniku „Gwen na Du”.
Wzrost świadomości narodowej w Katalonii jest związany z Igrzyskami Olimpijskimi w tym kraju. Tłumaczy się na kataloński sporo zagranicznych książek, wychodzą dwie katalońskie gazety codzienne, a stacja telewizyjna nadaje w języku pośrednim między kastylijskim a prowansalskim. W innej części Europy Albańczycy proklamowali Republikę Kosowo, ale obawiają się Serbów, gdyż są pozbawieni broni. Liga Północna we Włoszech uzyskała 34% głosów w komunalnych wyborach w Mantui. Medal wybity przez Ligę jest ozdobiony napisem „Wolna Lombardia – Republika Północy”. Rzecznik Lombardczyków oświadczył, że będą próbować ściślej związać region z niemiecką marką. Na Wyspie Man Jan Cain – językowy doradca rządu domaga się nauczania języka, którym mówi już tylko 50 ludzi z liczącej 70.000 osób populacji.
W Szwajcarii „Lega dei Tidnesi” uzyskała w wyborach 1992 r. 17 % głosów we włoskojęzycznych kantorach i posiada już trzy krzesła w parlamencie konfederacji. W celu obrony języka retoromańskiego ustalono spośród jego dwunastu dialektów standardową wersję Rumantsch Grischu . Ulryk Smith z baskijskiego „Euskadi Information” opisuje solidarność najstarszego narodu Europy z Bośnią, Słowenią, Chorwacją i Mołdawią, losy których są podobne do historii Baskonii. Profesor Karol Withers zaznacza, że Transylwańczycy nie czują się ani Węgrami, ani Rumunami. Anglicy nazywają siebie Brytyjczykami, ale Szkoci i Walijczycy poczuwają się do brytyjskości ewentualnie dopiero w drugiej kolejności. Peter Drew omawia książkę Jana Morisa A Machynlleth Triad, gdzie przedstawiona jest utopijna wizja Republiki Walijskiej pod flagą ze złotym lwem, podziwianą przez Zielonych i demokratów całego świata.
CARN
„Carn” to prasowy organ Ligi Celtyckiej, wydawany cztery razy w roku przez panią Pat Bridson w Bóthar Bancroft w hrabstwie Tamhlacht w Irlandii (Eire). Używa się w nim języka angielskiego i sześciu języków celtyckich (irlandzkiego, szkockiego, mańskiego, walijskiego, kornwalijskiego i bretońskiego). Zdecydowana większość tekstów jest pisana po angielsku, ale 1/4 objętości zajmują teksty stricte celtyckie. Redakcja nakłania autorów, aby pisali możliwie prostym językiem, tak, aby teksty mogły być zrozumiane z pomocą słownika przez czytelników, posługujących się którymś z pozostałych pięciu celtyckich języków.
Liga Celtycka (sekretarzem generalnym jest zamieszkały w miejscowości Peel na wyspie Mann J. Bernard Moffatt) przeciwstawia się kulturowej dominacji Anglosasów i Francuzów. Działacze jej pragną doprowadzić do zbliżenia pokrewnych językowo i kulturowo mieszkańców Irlandii (Eire), Szkocji (Alba), wyspy Man (Mannin), Walii (Cymru), Kornwalii (Kernow) i Bretanii (Breizh). Na łamach „Carn” dają oni wyraz przeświadczeniu, że rządy brytyjskie i francuskie postępują w sposób barbarzyński (np. przed wojną nauczyciele francuscy kazali dzieciom bretońskim lizać zakurzoną podłogę na korytarzu, gdy rozmawiały one ze sobą na przerwie w rodzinnym języku). Posługują się słowami napisanymi przez wielkiego Nietzschego: „Der Staat ist der Tod der Völker”. Uważają, że jeżeli umieszcza się państwo przed narodem, to czyni się pierwszy krok w stronę totalitaryzmu. Dlatego właśnie, począwszy od 1961 r., kiedy założyli ligę na spotkaniu w Eisteddfod, przeciwstawiają się administracji rządowej, uznając ją za przeciwnika w walce o odbudowę własnej gospodarki i kultury. Orężem w tej walce jest właśnie „Carn”.
NORWEGIA
CENTURA
Pismo norweskich liberałów wydaje w Bergen Helge N. Albrektsen. Albrektsen – znana postać norweskiej sceny politycznej (do niedawna był on wiceprezesem libertariańskiej Partii Postępu) – jest autorem kilku książek, m. in. Alternatywą jest prywatyzacja i Przyszłość Norwegii: gospodarka rynkowa. Założył on także fundację Centura, której celem jest propagowanie idei liberalnych na forum publicznym. W numerze z jesieni zeszłego roku Albrektsen zwraca uwagę na niebezpieczną oligarchizację życia politycznego w Norwegii. Ponad połowa polityków pełniących w tym kraju funkcje publiczne wywodzi się z państwowego sektora gospodarki. Jest więc oczywiste, że bronią oni jego interesów przyspieszając tym samym kostnienie norweskiej gospodarki, znajdującej się w największej od początku lat 30. recesji. Zdaniem Albrektsena powinno istnieć formalne ograniczenie ilości pracowników sektora państwowego mogących ubiegać się o urzędy w administracji publicznej.
W tym samym numerze ciekawe opracowanie dotyczące reform podatkowych przeprowadzonych przez rząd prezydenta Reagana. Dzięki obniżkom kwota wnoszona do budżetu przez 1% najbogatszych obywateli wzrosła wciągu pięciu lat o ponad jedną trzecią. Artykuł zawiera także omówienie książki Geralda W. Scully Stopy podatkowe, dochody z podatków i wzrost gospodarczy będącej analizą polityki podatkowej w 103 krajach. Scully udowodnił empirycznie (potwierdzając tym samym wnioski Laffera), że udział wydatków rządu (a więc podatków) w produkcie narodowym większy niż 45% zawsze doprowadza do zastoju w gospodarce i utrwalania się deficytów. „Najwyraźniej jednak”, konkluduje autor artykułu, „norweska Partia Pracy nie zamierza wyciągnąć wniosków ze skutków swojej polityki gospodarczej”. Taka postawa może okazać się zbawienna, gdyż zmęczeni socjaldemokratycznymi eksperymentami Norwegowie mogą, podobnie jak Szwedzi, zapragnąć powrotu do wolnej, prawdziwie rynkowej gospodarki.
AUSTRIA
DIE WEISSE ROSE
Drugi zeszłoroczny numer pisma austriackich konserwatystów poświęcony jest w dużej mierze kryzysowi uniwersytetu i działalności założonej w 1974 roku organizacji o nazwie Młoda Europejska Inicjatywa Studencka (JES). O tej organizacji mówiono: „szpica reakcji”, „agenci NATO”, „feudałofaszyści”. Spowodowane to było nie tylko tym, że organizacja skupiała studentów o konserwatywnych przekonaniach, ale również dlatego, że sprzeciwiała się przymusowemu płaceniu składek przez studentów na rzecz opanowanego przez lewicę samorządu studenckiego. W tym numerze „Die Weisse Rose” b. przewodniczący JES Wolfgang Krones w artykule „Rewolucja kulturalna” pisze m. in.: „Anarchiści, wrogowie chrześcijaństwa, kolektywiści prowadzą coraz bardziej intensywną walkę ze wszystkim, co jest tradycją, ze wszystkim, co dobre i słuszne”. Są to działania podobne do tych, jakie podejmowano w Chinach w czasie „rewolucji kulturalnej”. Tam wszystkich inaczej myślących wsadzano do obozów, reedukowano poprzez pranie mózgów lub po prostu mordowano. U nas opinie, które nie odpowiadają duchowi czasu, nie są publikowane (przynajmniej nie w radiu, telewizji czy wysokonakładowej prasie). Na uniwersytetach mogą uczyć tylko ci, którzy spodobają się różnym kolektywom, gremiom lub urzędnikom. Ten, kto głośno krytykuje system, zmuszany jest do milczenia poprzez kampanie prasowe lub procesy.
Literatura, sztuka, kultura podporządkowane są w Austrii wytycznym nowej „klasy panującej”. W nadchodzących latach czeka nas gigantyczna reedukacja i dalsze próby duchowego ubezwłasnowolnienia. Już dziś możemy dostrzec ich zarysy: odrzucenie i „przebudowa” wszystkich struktur, hierarchii i systemów opartych na zasadzie pomocniczości. Rozbicie rodziny. Wywoływanie wrogości pomiędzy rodzicami i dziećmi. Kulturkampf w Kościele. Odrzucenie wszelkich moralnych tabu. Odejście w szkołach od zasady współzawodnictwa i osiągnięć. Niwelacja i ujednolicenie szkół. Zniszczenie wszelkich elit i wszelkich elitarnych instytucji. Ograniczenie wolności jednostki poprzez „modernizację demokracji”. Ciche wywłaszczenie poprzez „współzarządzanie” w przedsiębiorstwach i poprzez wysokie opodatkowanie własności. „Dziś jeszcze”, pisze Krones, „milcząca większość Austriaków jest po naszej stronie. Ale co będzie po kilku dziesięcioleciach państwowego i medialnego prania mózgów? Musimy pamiętać, że ponosimy odpowiedzialność nie tylko za samych siebie, ale również za nasze dzieci i wnuki. Dlatego nie wolno nam udać się na emigrację wewnętrzną. Musimy aktywnie przeciwstawiać się kulturalnej rewolucji, która niszczy naszą piękną Austrię i naszą chrześcijańską Europę”.
W tym samym numerze Maria Bilic opisuje politykę oświatową prowadzoną przez austriackich socjalistów. Od 21 (!) lat ministerstwo oświaty znajduje sie w rękach socjalistów. W ten sposób szkoła stała się dźwignią polityki społecznej socjaldemokratów. Autorka przytacza przykłady niewiarygodnej wręcz indoktrynacji jakiej poddawani są uczniowie austriackich szkół. Np. nauczycielka religii (!) zaczyna lekcję od marksistowskiej krytyki religii. Z kolei nauczycielka historii chwali komunistów z Mozambiku i opowiada o tym jak to papież pięćdziesiąt lat temu unosił rękę w hitlerowskim pozdrowieniu („Są na to fotografie”). Matthäus Thun-Hohenstein pokazuje na przykładzie projektów przebudowy stajni dworskich w Wiedniu, jak lobby postępowych architektów (wraz z ukrytymi w tle spekulantami budowlanymi) w imię demokracji i nowoczesności pragnie zniszczyć przejawy „monarchistycznego monumentalizmu”.
W numerze trzecim możemy przeczytać wywiad jakiego tuż przed śmiercią udzielił pismu konserwatywny polityk i pisarz polityczny Heinrich Drimmel, analizę sytuacji politycznej w Szwajcarii pióra V. Bartlome, a także rozważania na temat celibatu lub raczej kampanii propagandowej prowadzonej w Austrii przeciw jednej z centralnych tradycji kościelnych. Niektórzy przedstawiciele Kościoła przyklaskują tym atakom twierdząc obłudnie, że celibat powoduje spadek powołań kapłańskich. Tymczasem jest wiele przypadków, że młodzi ludzie chcący zostać kapłanami napotykają przeszkody na tej drodze ze strony modernistycznej mafii w Kościele, która stara się nie dopuścić do kapłaństwa ludzi uznanych przez nią za nazbyt przywiązanych do tradycji, i nie rozumiejących „ducha II Soboru Watykańskiego”.
Działalność postępowców w Kościele sprawia, że nadal zachowują swą aktualność słowa Oswalda Spenglera: „Wszyscy kapłani są ludźmi i dlatego los Kościoła zależny jest od materiału ludzkiego, z którego jest zbudowany. Nawet najbardziej surowa selekcja nie może przeszkodzić temu, że w czasach społecznego upadku i rewolucyjnego demontażu wszystkich starych form prostackie instynkty i prostackie myślenie są coraz częstsze a niekiedy dominujące. Zawsze w takich czasach pojawia się kapłański motłoch. Ten motłoch wśród kapłanów tyranizuje poprzez swą działalność Kościół aż po najwyższe instancje, które muszą milczeć, aby nie odsłaniać przed światem swojej bezsilności”.
W tym samym numerze Bruno Hügel, docent na wydziale biologii uniwersytetu w Eichstätt w artykule „Ludzkie mięso” rozważa problemy sztucznego zapłodnienia i biotechnologii. Spełnia się dziś huxleyowska wizja Nowego Wspaniałego Świata. Ludzie chcą stworzyć ludzi ulegając pokusie wyrażonej w Księdze Rodzaju: „Będziecie jak Bóg”. Autor pisze o technikach manipulowania ludzkim rozmnażaniem m. in. o zapłodnieniu in vitro czyli poza ludzkim organizmem, w laboratorium. Coraz częściej zdarza się, że wszczepia się kobietom kilka zapłodnionych ludzkich embrionów, co prowadzi do ciąży mnogiej. Ale przyszłe matki zazwyczaj życzą sobie tylko jednego dziecka. Dlatego lekarze dokonują selektywnego zabicia pozostałych embrionów. Robi się to poprzez wstrzyknięcie trucizny w pierś trzycentymetrowego małego człowieczka mającej zablokować pracę serca. Ponieważ jednak serce embriona jest bardzo mocne i odporne, zdarza się, że dziecko przeżywa wstrzyknięcie trucizny i całą procedurę powtarza się po tygodniu. Dr Hügel opisuje również eksperymenty ludzkimi embrionami dla uzyskania określonych substancji, dla celów naukowych lub dla otrzymania materiału do transplantacji. Tak jak w krwawym kulcie Baala poświęca się dzieci, aby ratować życie dorosłych.
W amerykańskich laboratoriach naukowcy pracują nad stworzeniem chimery zapładniając samice szympansa nasieniem ludzkim. W jednym przypadku rozwijać się zaczęła, ale zmarła we wczesnym stadium embrionalnym chimera, małpio-ludzki mieszaniec. Rozwój biotechnologii umożliwia już ingerencję w ludzki czy zwierzęcy genom. Na razie biotechnologowie wprowadzają ludzkie geny zwierzętom. Udało sie już wszczepić ludzki gen świniom, które w efekcie rosły i miały więcej mięsa. Równocześnie jednak natura zemściła się i świnie te chorowały na artretyzm nie mogąc utrzymać się na nogach. Udało się również wszczepić ludzkie geny cielakom, jednak jak dotychczas tylko w jednym przypadku zdarzyło się, że gen spowodował wytworzenie odpowiednich hormonów czy enzymów. Przy obecnym tempie rozwoju biotechnologii jest tylko kwestią czasu, kiedy także ludzki genom stanie się przedmiotem eksperymentów. Jest jednak rzeczą niewątpliwą, że łamanie przez naukowców Boskiego porządku stworzenia zemści się na ludziach.
KOMMENTARE ZUM ZEITGESCHEHEN
W programowym manifeście opublikowanym w 1992 roku i zatytułowanym „System na ławie oskarżonych” pismo austriackiej prawicy narodowej bezpardonowo atakuje politykę obecnych władz:
– państwo rządzone jest przez kliki, utrzymujące się przy władzy dzięki niedemokratycznemu prawu wyborczemu, zaporowym klauzulom wyborczym, finansowaniu partii z kasy państwowej i dominacji w mediach,
– utrzymuje się wielki sektor państwowy w gospodarce, uniemożliwia tworzenie kapitału, najbardziej produktywnych karze się wysokimi podatkami, niszczy rzemiosło i małe przedsiębiorstwa,
– wydatki na państwo opiekuńcze pokrywane są poprzez zaciąganie długów (zadłużenie wynosi bilion szylingów),
– do monstrualnych rozmiarów rozrasta się biurokracja; aby uzależnić od systemu coraz większą liczbę ludzi, rozbudowuje się aparat urzędniczy, który pożera lwią część wydatków publicznych,
– niszczy się siłę obronną państwa i gotowość narodu do obrony ojczyzny; zamiast żołnierzy mamy „obywateli w mundurach” a zamiast oficerów – „urzędników w mundurach”,
– niszczona jest historyczna zabudowa miast oraz kulturowy i przyrodniczy krajobraz,
– bonzowie i partyjne pasożyty zapewniają sobie dobrobyt przy pomocy pensji i diet, których wysokość sami sobie ustalają, oraz poprzez rozmaite dodatkowe dochody i łapówki,
– jednostka wydana jest na łup bezustannej propagandy prowadzonej przez media i zależna od anonimowych instytucji i biurokratycznych aparatów; pod pretekstem zapewnienia jej bezpieczeństwa czyni się ją niewolnikiem kas chorych, urzędników, ubezpieczalni, izb, zrzeszeń, administracyjnych instancji,
– podkopywana jest niezależność państwa,
– celowo niszczy się świadomość historyczną,
– słowu „ład” nadano znaczenie pejoratywne; „postęp” oznacza moralne rozpasanie i zniszczenie wypróbowanych form i wartości,
– uniwersytety stały się fabrykami, które bez umiaru i celu produkują akademików żyjących później na koszt publiczny.
Zbliża się dzień bankructwa systemu a wtedy winni zostaną ukarani. Na razie trzeba ludziom otwierać oczy na jego nieprawość.
KRITISCHE STUDENTENZEITUNG
Wydawane w Wiedniu od ośmiu lat niewielkie objętościowo pismo w numerach 35 i 36 atakuje koncepcję Zjednoczonej Europy i odsłania prawdziwe zamiary jej twórców. Europejskie państwa narodowe z ich granicami, własną walutą i własnym prawem mają zostać zastąpione przez regiony, które można łatwiej wygrywać jedne przeciwko drugim uzależniając je w ten sposób od brukselskiej centrali. Chodzi również o planową zmianę kultury europejskiej poprzez zmieszanie narodów (co na łamach elitarnego pisma niemieckiego „Außenpolitik” ujawnił H. Arnold, były ambasador RFN przy ONZ) i ras, o czym pisał już w 1925 roku twórca koncepcji Paneuropy hrabia Coudenhove-Kalergi, który marzył o „euroazjatycko-negroidalnej rasie przyszłości”. Pismo ostrzega również przed wspólną eurowalutą, której wprowadzenie oznaczałoby dla Austrii nie tylko pożegnanie się z szylingiem, ale również przekazanie Europejskiemu Bankowi Centralnemu austriackich rezerw złota wartości około 37 mld szylingów i rezerw dewizowych wartości 108 mld szylingów. Do tego dojdzie dodatkowy podatek europejski obliczany według dochodu narodowego na głowę mieszkańca a więc uderzający przede wszystkim w kraje najbardziej pracowite i produktywne. Austriacy nie powinni również wierzyć w bajeczki o stabilnej eurowalucie. Jej inflacja jest z góry wpisana w przyszły europejski system walutowy. Za ileś lat w Europie, podobnie jak się to dzieje obecnie w przypadku ZSRR czy Jugosławii, aktualności nabierze dewiza: „ratuj się kto może”. A wówczas Austriacy powrócą do szylinga. Tyle tylko austriackie złoto i dewizy przepadną.
FRANCJA
ÉLÉMENTS
W zimowo-wiosennym numerze pisma z 1992 r. Robert de Herte nawołuje do przebudowy republiki francuskiej pod znamiennym hasłem: „Aux armes, citoyens”. Czas jest najwyższy, bo Mitterrand utracił realną legitymację, gdyż nie reprezentuje wszystkich Francuzów, a co najwyżej większość. Parlament przekształcił się w komórkę, rejestrującą decyzje podejmowane w Brukseli przez technokratów, pozbawionych wszelkiej demokratycznej legitymizacji. Francuscy „demokraci” skompromitowali się ostatecznie popierając algierskiego Pinocheta, odpowiadającego zamachem stanu na zwycięstwo muzułmanów w wyborach. Widocznie właśnie na tym ma polegać pluralizm.
Przeciwnikiem pluralizmu był Karol Maurras, którego postać przypomina Jean Despert w związku z dwiema nowymi książkami poświęconymi przywódcy Action Francaise. Dowiadujemy się zatem, że czerpał natchnienie bardziej z Aten i Rzymu niż z Jerozolimy. W 1945 r. po wyroku skazującym go na więzienie wykrzyknął: „Oto zemsta za Dreyfusa”. Podziwiał Apollinaire’a i Malraux, był przyjacielem Barresa i Anatola France’a. W 1918 r. przewidział następną wojnę i porażkę Francji. Dlatego właśnie próbował zapobiec wojnie i nawet setki intelektualistów z trzydziestu trzech uniwersytetów czternastu krajów wysunęło jego kandydaturę do nagrody Nobla. Hitlera określił jako „ostatnie wcielenie germańskiego islamu” i konsekwentnie w okresie Vichy odmawiał kontaktów z Niemcami, co nie przeszkodziło demokracji francuskiej skazać go za domniemane związki z okupantem.
Współcześnie głównym zagrożeniem jest okupacja amerykańska. Do takiej konkluzji doszli uczestnicy XXV Kolokwium GRECE. Robert Steuckers mówił o monopolu Stanów Zjednoczonych na interpretację doktryny Monroe`go i o uniemożliwieniu przez Jankesów skonstruowania osi Północ-Mezopotamia (Rotterdam-Bagdad), która to oś zapewniłaby Europie niezależność energetyczną. Michel Marmin zauważył, że 43% programów telewizyjnych we Francji pochodzi z Ameryki, podczas gdy w ojczyźnie Waszyngtona produkcja europejska w tej dziedzinie odpowiada obecności albańskiej we Francji. Tomasz Molnar oświadczył, że kultura Coca -Coli po podboju Zachodu dokonuje aktualnie inwazji na Europę Wschodnią. Rodzi to potrzebę utworzenia na europejskich uniwersytetach katedr amerykanologii na wzór likwidowanych placówek sowietologicznych. Wreszcie sam Alain de Benoist złożył hołd jedynym prawdziwym Amerykanom, czyli czerwonoskórym Indianom – ofiarom największego ludobójstwa wszechczasów. Ogólna atmosfera na kolokwium była gorąca, jak zapewnia redakcja „Éléments”.
Wiosenny numer (75 w ogóle) z 1992 r. zaczyna sie od rozważań Roberta de Herte, zatytułowanych: „A gdzie krytyka, towarzysze?”. Czas wielkich mistrzów myślenia, takich jak Ortega y Gasset, Barres, Gide czy Sartre już minął. Nie ma już „mistrzów młodości”, a dorośli wolą Madonnę od Saint-Exupery’ego. Intelektualiści stracili poczucie swojej misji, w nauce zapanowały praktyki inkwizytorsko-apartheidowskie, a uniwersytety francuskie dzisiaj to, wedle Paula Virilio, „czarne dziury”. Mamy do czynienia z drugą „zdradą klerków”, aprobujących masakry w Iraku i „przerywanie procesu demokratycznego” w Algierii. „Nowe podziały we francuskim pejzażu intelektualnym” przedstawia nam David Barney. Tradycja marksistowska w dużym stopniu się zużyła. Po śmierci Sartre’a ateistyczny egzystencjalizm ustąpił miejsca żydowskiemu spirytualizmowi. Antyfaszystowska lewica starego stylu ustępuje miejsca nowej prawicy. „Słudzy ludu” przekształcili się we wrogów populizmu. Dekolonizacyjna filozofia Herdera i Fanona przegrała z apologią Zachodu i praw człowieka. Potwór marksowsko-nietzscheańsko-heideggerowsko-freudowski został oskarżony o negatywizm rewolucyjny i Sartre z Althusserem i Marcusem robią dziś za Czarnych Piotrusiów. Dyskutuje się zawzięcie o holizmie i indywidualizmie, o komunitaryzmie i uniwersalizmie, o technice, rynku i ekologii.
Możemy odróżnić dwa wielkie obozy: tych, którzy wierzą w rynkowe uniwersum i wszechpotęgę argumentów ekonomicznych i tych, którzy w to nie wierzą. Występuje również podział na wierzących w koniec historii i na myślących, że historia pozostaje otwarta. Jest ona szczególnie otwarta w Rosji, co zauważył w trakcie swojej wizyty na Wschodzie Alain de Benoist. Lud rosyjski czuje się zagrożony, Jelcyna popiera tylko 10% społeczeństwa. Zarysowały sie nowe podziały: biali czyli rusofilscy monarchiści zbliżyli się do czerwonych czyli nacjonalbolszewików, tworząc wielki obóz patriotyczny, odrzucający ścisłe związki z Zachodem. Rosną wpływy Sergiusza Baburina – przywódcy „frakcji rosyjskiej” w Radzie Najwyższej. Aktualna sytuacja nie może trwać długo. Komunizm nie powróci, a kapitalizm jest niemożliwy. Zachodowi brakuje wyobraźni, a na Wschodzie wymyśli się coś nowego. O problematyce integracji europejskiej pisze Charles Champetier. Przypomina on słowa Jeana Monneta, przyznającego, iż pomylił się, nie zaczynając budowy wspólnej Europy od kultury. Dla kultury europejskiej nie są największym zagrożeniem Amerykanie ani Japończycy, lecz kupiecka i etatystyczna logika, której najdoskonalszym wcieleniem jest Jacques Delors. Logiką tą przesycony jest traktat w Maastricht, posługujący się dla niepoznaki retoryką praw człowieka i państwa prawa.
„Maski diabła” to tytuł artykułu Gilberta Destrées, poświęconego Protokołom Mędrców Syjonu. Pierwowzorem „Protokołów” miał być Dialog w piekle między Makiawelem a Monteskiuszem, wymierzony przez Maurycego Joly w Napoleona III. Z inicjatywy szefa Ochrany Piotra Iwanowicza Bączkowskiego „Dialog” został przerobiony na „Protokoły”. Są one wyrazem obsesji spiskowej, odpornej na racjonalną argumentację. Karol Popper uważa, że spiskowa wizja dziejów wywodzi się z religii. Rzeczy nie są takie, jakimi wydają się być zwykłemu śmiertelnikowi. Wydarzenia zawsze są odmienne niż to się powszechnie sądzi –zauważa Alain de Benoist, którego René Monzat oskarżył o to, że jako przedstawiciel tajnego kierownictwa GRECE szykuje kadry dla nowej Europy opierając sie na naukach mistrza Eckharta – ulubionego klasyka Alfreda Rosenberga. Monzat w swojej książce Ankieta o skrajnej prawicy przekonuje, że skrajna prawica jest fragmentem ukrytej, większej całości. Oczywiście książką zainteresował się „Le Monde”, podkreślając ogromną pracowitość autora. Podobnie „Times” w 1920 r. wykazał zainteresowanie „Protokołami”, określając ich zawartość jako „roboczą hipotezę”. Okoliczność, iż tego typu dzieła święcą triumfy świadczy o tym, że żyjemy, według określenia Jakuba Burckhardta, w epoce straszliwych uproszczeń. Henri de Man uważał, że im bardziej świat się komplikuje, tym więcej niuansów i szczegółów się pomija, a pozostają podstawowe wyobrażenia w ciemnym kolorze.
Z okazji publikacji Tajnego raportu Pierre Drieu la Rochelle’a Arnaud Guyot-Jeaninn przypomina postać autora – człowieka wolnego zafascynowanego totalitaryzmem, mizogina otoczonego kobietami, człowieka Zachodu, szukającego inspiracji we wschodnich miastach, zmieszczaniałego antyburżuja. Jego antysemityzm był łagodzony przez znajomości z paryskimi Żydami i przez małżeństwo z córą Syjonu. Twierdził, że różnice między osobistymi uczuciami a generalnymi ideami są czymś naturalnym. Daleko mu było do antysemickiej zawziętości Celine’a czy Brasillacha. Był apologetą Hitlera i pragnął umrzeć w szeregach SS, a jednocześnie uważał, że hitleryzm jest powrotem do bestialskości i nie uwolni Europy od burżuazyjnego ducha, a wprost przeciwnie. Mein Kampf stanowił dla niego dekadencki przykład prostackiego dziennikarstwa, przepełnionego żądzą taniej sensacji. Nienawidził kobiet, ale uwielbiał prostytutki, gdyż są milczące i zmysłowe. Był mizantropem i krytykował Giraudoux, Gide’a, Jouvenela i Brasillacha, tego „gadatliwego pederastę z Barcelony”. Petaina nazwał „starą oślicą” a Lavala „łajdakiem, podlecem i mieszańcem żydowsko-cygańskim”. Nienawidził całego reżimu Vichy. Podziwiał tylko Montherlanta, Celine’a, Giono i Malraux.
WŁOCHY
ELEMENTI
W numerze siódmym i ostatnim z pierwszego roku czasopisma „Dylematy europejskie” wzbudziły zainteresowanie Maria Sanesi. Znów powraca kwestia Austro-Węgier. Znany węgierski emigrant François Fejtő napisał, że Austria nie rozpadła się, ale została rozerwana. Przymusowo rozdzielone narody zachowały jednak ponadnarodową świadomość i sentyment, a homo habsburgiensis wykazał swą wyższość nad homo sovieticus. Takie są główne tezy książki Fejtő Requiem dla umarłego imperium. Teraz, po nowej Wiośnie Ludów i upadku radzieckiego imperium, Europa popada w chaos. Receptą Jacques`a Delorsa na ten stan rzeczy jest przekazanie części kompetencji państw regionom, a części organizmowi ponadnarodowemu. Musimy liczyć się z ryzykiem, że przesadny indywidualizm „małych ojczyzn” spowoduje kryzys nadmiernej entropii. Europa łączy w sobie różne wartości i znajdują się w niej zarówno ogrody grenadzkiej Alhambry, jak i kopuły moskiewskiego Kremla.
Na Bliski Wschód przenosimy się wraz z Dario Durando, który przybliża nam „Palestyńskie racje”. Od podboju muzułmańskiego w VII w. „ziemia zbyt obiecana” była zamieszkana przez Arabów. Spis generalny, przeprowadzony w latach 1881-82 wykazał, że w sandżakach Jerozolima, Akra i Nablus mieszka 470 tys. ludzi, z czego 10% stanowili chrześcijanie i tylko 6% Żydzi. Zaprzecza to izraelskiej tezie o ziemi bez ludzi dla ludu bez ziemi. Izraelskie tezy o właściwej ojczyźnie Palestyńczyków w Jordanii nie wytrzymują krytyki, gdyż Jordania od 1923 r. jest osobnym państwem i milion przybyszów z Zachodniego Brzegu zupełnie zmieniłoby jego charakter.
Niewątpliwie na charakter stosunków męsko-damskich w Stanach Zjednoczonych będzie miała wpływ sprawa sędziego Thomasa, oskarżonego o seksualne molestowanie swojej asystentki. Gabriel Ghezzi zajmuje się tym problemem w artykule „Nowe granice płci”. Twierdzi on, że u podłoża ataków na Thomasa leży złość lewicowych mass mediów spowodowana okolicznością, że mianowany przez prezydenta sędzia Sądu Najwyższego zaprzecza schematowi myślowemu „Czarny = socliberał”. Uniewinnienie sędziego świadczy o duchu czasów. We Włoszech lego typu świadectwem był proces profesora Popi Saracino, oskarżonego w 1980 r., w okresie feministycznej ofensywy, o napastowanie swojej wychowanki. Został skazany na cztery lata, a w roku 1985, gdy feminizm był już w odwrocie, uniewinniony. Pisarka i dziennikarka Fernanda Pivano uważa, że: „kiedy przychodzi się do pracy w minispódniczce, eksponującej pępek, jest oczywiste, że wytwarza się dwuznaczny klimat”. Okazuje się jednak, że wzrost ilości przypadków seksualnego molestowania w pracy nie idzie w parze ze wzrostem ilości pracujących kobiet. Wiąże się to ze zjawiskiem rozpadu integralnej kobiecości na różne segmenty, reagujące w rozmaity sposób. Ponowne zdefiniowanie rozmaitych ról, wypełnianych współcześnie przez kobietę, pomoże nam przezwyciężyć „nieznośną lekkość bytu”.
W numerze poza tym, m. in. Luca Rimbotti przypomina postać Delio Cantimoriego, włoskiego historyka, faszysty (który po wojnie stał się marksistą komunistą) i germanofila, edytora i tłumacza pism Carla Schmitta – w skład tomu Prinicpii politici del Nazionalsocialismo (Firenze 1935) weszły: Pojęcie polityki, Państwo, ruch, naród, Ustrój państwowy i upadek II Rzeszy. Mario Guardi przekonuje nas o ciągłej aktualności twórczości Nietzschego, która zwycięsko przeszła okres stalinowskiej cenzury w wykonaniu György Lukácsa. Redakcja informuje również o wznowieniu Pogańskiego imperializmu Juliusa Evoli, wydanego po raz pierwszy w 1928 r. W numerze 1/2 z 1992 r. napotkamy tekst Luciano Pignatelliego „Zinstytucjonalizowana draka” o włoskim systemie politycznym. Charakteryzuje się on prawdziwie hobbesowską walką wszystkich ze wszystkimi. Zaufanie do partii politycznych wciąż się zmniejsza, nie tylko nawet wśród politycznych ojców chrzestnych, wykazujących coraz wyraźniejsze nastroje antypartiokratyczne. Nie ma się co dziwić, skoro często się zdarza, że partia określa się jako alternatywna wobec systemu, który tworzyła jeszcze parę miesięcy temu. W podobnym duchu wypowiada się Giuseppe Giaccio, orzekając, iż „prezydent jest więźniem sytemu”. Francesco Cossiga to według autora typowy produkt włoskiej nomenklatury, wyposażony we wszystkie jej wady. Klasa polityczna nie jest zdolna do przeprowadzenia reformy, stać ją tylko na wymyślanie sloganów typu „republika neodemokratyczna” (określenie Achille Ochetto). Włoska elita jest zagubiona jak Józef K. z Procesu Kafki i skończy podobnie jak on, czyli „zdechnie jak pies”.
Alessandro Colombo stawia tezę, że wojna w Zatoce przyspieszyła proces „marketingu” zagrożeń, związanych z hegemonią amerykańską i reakcją na nią. z Uniwersytetu w Rzymie próbuje zorientować się „w radzieckim labiryncie” i zastanawia się, czy Jelcyn, nazwany przez Brzezińskiego rosyjskim Atatürkiem , ma szanse z niego wyjść. Z kolei o szansach włoskiej dyplomacji odegrania większej niż dotychczas roli na scenie europejskiej i, a może przede wszystkim, afrykańskiej wypowiada się w artykule „Grandeur w trójkolorowym sosie” Roberto Zavaglia. Inny autor, Alessandro Campi zastanawia się „czy lewica może stać się prawicą”. Czytamy tam o zamazywaniu różnic między stronami sceny politycznej. Od dwudziestu lat ludzie lewicy nie wymyślili niczego nowego, a wręcz przeciw-nie, ostatnio pozbywają sie sporej części swojego ideologicznego bagażu. Aktualnie lewica deklaruje przywiązanie do postępu, emancypacji i wolności. Dzisiejsza lewica chce być laicka, weberiańska, oświeceniowa, pragmatyczna i antyideologiczna. Pragnie być liberalno-demokratyczna. Jest stara, spętana nawykami, niezdolna do rzeczywistego udziału w debacie politycznej, konserwatywna w płaszczyźnie ideowej, obawiająca się nowego. Według Campiego oznacza to, że właściwie lewica stała sie już prawicą.
BELGIA
VOULOIR
W numerze z 1991 r. Louis Sorel dzieli się swoimi obawami w związku z przyszłością NATO. Dostrzega on sprzeczność interesów między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Amerykanie będą chcieli używać paktu przeciw różnym przeciwnikom w Trzecim Świecie, co pokazała wojna nad Zatoką. Z kolei krajom europejskim powinno zależeć na tym, aby utrzymywać dobre kontakty z sąsiadami z południa i południowego wschodu. Jest to conditio sine qua non realizacji idei Wielkiej Europy Coudenhove-Kalergiego, Alfreda Oesterhelda, Schmitta, Haushofera i innych. Jeżeli to się nie uda, Europa pozostanie dodatkiem do Północnoamerykańskiego kolosa.
Większość numeru jest poświęcona Żydom. Na szczególną uwagę zasługuje „Dziesięć tez, dotyczących antysemityzmu” Hans-Diedricha Sandera. Pisze on, że istnienie onegdaj państwa żydowskiego jest legendą. Zawsze byli pod obcym panowaniem, zawsze byli narodem bez ziemi i niepodległości. Nie potrafili stworzyć wspólnoty politycznej. Po wyjściu z getta zasymilowali się, ale nie do końca, pozostawiając sobie możliwość „dysymilacji”. Ich postawa wyrażała się w uniżeniu lub arogancji, przeskakiwała od samonienawiści do wyniosłości. Duch żydowski wzbogacał się dzięki symbiozie z rozwiniętymi kulturami, przede wszystkim w Hiszpanii i Niemczech. Kiedy Żydzi rośli w siłę, protektor zrzekał się swojej roli, a kiedy opiekun słabł, Żydzi rezygnowali z jego usług („nasze słońce ich nie grzeje, a nasz deszcz ich nie moczy” – Bismarck o żydowskich posłach w Reichstagu). Theodor Mommsen zauważył, że Izraelici byli traktowani jako czynnik kosmopolityczny, sprzyjający dekompozycji narodu. Inną przyczyną antysemityzmu jest brak u Żydów poczucia winy i pradawna żądza odwetu. Powoduje to przesadny rewanż w postaci pogromów i ustaw norymberskich, nota bene przyjętych dobrze przez ortodoksów, gdyż demaskowały one asymilantów i pomagały zasiedlić Palestynę. Wojenny Holocaust nie był czymś nadzwyczajnym w historii Żydów. Według autora tysiące Żydów zginęły po wojnie w Polsce, a Emanuel Jacobovits – Wielki Rabin Wielkiej Brytanii stwierdził, że w historii narodu żydowskiego jest mnóstwo katastrof, które pomagają mu się odrodzić, a nagłaśnianie Holocaustu służy do robienia interesów. Pomaga poza tym ukryć trudną sytuację Izraela, gdzie brakuje poczucia wspólnoty. Izrael jest atakowany przez Wschód w postaci „Żydów” wątpliwego pochodzenia i Amalekitów, czekających na bój ostatni. Upadek państwa izraelskiego zamknie kolejny cykl światowej historii.
O Rosji zawsze można. Tym razem Aleksander Dugin przybliża czytelnikom „Vouloir” eurazjatycki element w myśli rosyjskiej. Ostrzega on, aby nie mieszać „panturkistów”, krzewiących idee eurazjatyckie, z „panslawistami” czy „bizantynistami”. Etnos turański w Rosji zawsze był silny i spora część rosyjskiej szlachty wywodzi się z różnych ludów tureckich. Eurazjatyzm sprzeciwia się modnym koncepcjom atlantyckim, przypisującym cały dorobek ludzkości, łącznie z pismem egipskim, asyryjskim i chińskim Atlantom z Cromagnon. Jednak cywilizacja sumeryjska posiada wybitne cechy odrębne, jest preatlantyckca, a język sumeryjski wykazuje dużo zbieżności z językami tureckimi. Panturkizm posiada głębsze korzenie niż panslawizm, będący w zasadzie koniunkturalną odpowiedzią na pangermanizm. Odwoływanie się do mitycznego Turanu nie stoi w sprzeczności z próbami wskrzeszenia Świętej Rusi. Arystokracja turecka wywodzi się z Ariów (również Dżyngis Chan kazał się nazywać „Białym Królem” i był czystym Indoeuropejczykiem), a domieszka krwi mongolskiej czy paleoazjatyckiej u Turków jest porównywalna z udziałem elementu ugrofińskiego u Rosjan.
Wspólna świadomość antyatlantycka leżała u źródeł sojuszu Hunów z Gotami przeciw Rzymowi. Związek ten chciał odnowić Alfred Rosenberg, szukając porozumienia z rosyjskimi eurazjatami. Baron Ungern von Sternberg i Doktor Badmajew pragnęli ożywić turańskiego ducha Rosji i wzmocnić kontakty z Mongolią i Chinami. Marzono o tym, że metafizyczne odkrycie Wschodu nasyci Rosję pierwiastkami hinduistycznymi, konfucjańskimi, taoistycznymi i buddyjskimi. Poszukiwano kontaktów z opanowanymi przez brytyjskich Atlantów Indiami (Bławatska) i krajami islamskimi, gdzie porozumienie miał ułatwić wspólny element turański. Szansa zbudowania globalnego sojuszu antyatlantyckiego została zaprzepaszczona przez komunistów i dziś nawet Turcja jest członkiem materialistycznej, utylitarnej i niesprawiedliwej społecznie organizacji atlantyckiej. Po upadku komunizmu otwiera się możliwość wkroczenia na trzecią drogę – nie-atlantycką i nie-stalinowską. Rosja wraz z narodami wschodu i wschodniej Europy powinna walczyć o polityczną autarkię i restytucję tradycyjnych wartości.
ORIENTATIONS
Trzynasty numer z zimy roku 1991/92 przynosi rozważania Roberta Steuckersa o ideologii rumuńskiej na kanwie książki Armina Heinena Legion Archanioła Michała w Rumunii . W kraju tym zaznaczyły się cztery prądy ideologiczne: liberalizm, konserwatyzm, socjalizm i „poporanizm”, czyli chłopski nacjonalizm. Wśród konserwatystów wyróżnił się Konstanty Radulescu-Motru, ubolewający w swej książce Kultura rumuńska i politykierstwo nad inercją ludu rumuńskiego, pozwalającą na machinacje różnych szarlatanów. Duchowym twórcą poporanizmu (od „popor” czyli „lud”) był Constantin Stere, socjalista, na którego większy wpływ wywarli rosyjscy narodnicy niż Marks. Stere był zafascynowany Danią, gdzie chłopstwo odgrywa dużą rolę dzięki sieci kooperatyw i małym farmom rodzinnym. Ibraileanu, uczeń Stere, roił o demokratycznej Rumunii chłopów-żołnierzy, wzorowanej na Południowej Afryce Burów. W twórczości Nicolae Eminescu, Aureliana Popovici i Nicoale Iorgi pojawiają się akcenty antysemickie. Aleksander Cuza, opierając się na teorii Malthusa, twierdził, że Rumuni nie mogą na tej samej ziemi żyć obok Żydów w stanie dysymilacji – musi to zakończyć się śmiertelną wojną.
Aurelian Popovici, opierając sie na dziełach Burke’a, de Maistre’a, LeBona, Taine’a, Langbehna, Chamberlaina i Gumplowicza, krytykował rumuński liberalizm z pozycji konserwatywnych. Nacjonaliści przeciwstawiali upadek Rumunii w końcu XIX w. wielkim czynom Daków i sławnym wydarzeniom XV i XVI w. Tęsknili za utraconą po 1800 r. prostotą patriarchalnego społeczeństwa i rzekomą niegdysiejszą naturalną solidarnością chłopów, bojarów i ludzi uczonych. Przywódcy nacjonalistów Iorga i Cuza opowiadali się za demokracją konstytucyjną, interwencją państwa i reformą rolną, dokładnie odwrotnie niż skupiający się wokół Popoviciego konserwatyści. Po I wojnie światowej spory wpływ na opinię publiczną uzyskał zespół czasopisma „Samantorul” (Siewca), redagowanego w pewnym okresie przez Nicoale Iorgę. Pismo głosiło chwałę patriarchalnej Rumunii i szkodliwość działań cudzoziemców i osób obcego pochodzenia.
Wielką rolę odegrała powieść Haiducul Bucury Dumbravy. Bohaterscy hajducy stanowią tło dla poczynań przykładnego władcy Władysława Palownika czyli Drakuli. W roli czarnych charakterów występują greccy Fanarioci, dbający jedynie o własne egoistyczne interesy. Spadkobiercami hajduków zostali członkowie Żelaznej Gwardii, reprezentujący nowe pokolenie rumuńskiego nacjonalizmu. W numerze sporo innych tekstów o Rumunii, m. in. o królu Karolu II, o związkach Mircei Eliade’go z polityką, o procesie i śmierci przywódcy nacjonalistów rumuńskich Corneliu Codreanu. Kilka tekstów poświęcono Cioranowi. José Javier Esparza zastanawia sie, czy ma on więcej z męczennika, czy z oprawcy, czy jest filozofem dla portierów czy też najlepszym żyjącym pisarzem francuskojęzycznym. Jest Cioran prorokiem postoświeceniowego barbarzyństwa, zagrażającego estetyce, konstatującym, że nie ma już etyki. Luis Fraga określa rumuńskiego filozofa mianem Anty-Fausta i wykrywa jego bliskie związki z Nietzschem (obydwaj nazywali siebie nie-filozofami). Jest wreszcie Cioran myślicielem, który połączył tradycję pogańską z ideami konserwatywnymi. Alain de Benoist dostrzega w Cioranie fanatyka bez credo, marzącego o upadku Babilonu i ubolewającego nad losem barbarzyńcy, zmuszonego do życia w szklarni. Carlos Caballero pisze o fascynacji Ciorana Rosją i Hiszpanią, krajami całkowicie zatopionymi w sobie, gdzie rodzą się nie filozofowie, ale mistycy, zdobywcy, poeci i anarchiści.
Philippe Jouet zastanawia się nad znaczeniem terminu „arystokracja”. Jest on używany w konwencji klasowej po roku 1750, natomiast określenie „arystokrata” było względnie popularne już w XVI w. Arystokracja oznacza rządy najpotężniejszych albo najlepszych i nie ma konotacji metafizycznych. Nietrudno zauważyć semantyczny związek arystokracji z Ariami, którzy znają pojęcie trzeciego, błękitnego nieba, położonego nad niebami: czerwonym i czarnym. Indyjski termin „varna” czyli kasta oznacza właśnie barwę. W tradycji śródziemnomorskiej uprzywilejowanym kolorem jest złoty, charakterystyczny dla mitycznego wieku szczęśliwości. Według Platona rządziła wówczas „timokratyczna” arystokracja, zastąpiona przez plutokratyczną oligarchię, którą z kolei zmiotła demokracja, aby przygotować miejsce dla tyranii. W demokracji elitę przeciwstawia się masom, podczas gdy w okresie predemokratycznym arystokracja uważała się za najlepszą część narodu. Arystokracja oznacza raczej pewien sposób życia niż zamkniętą kastę. Nie opisuje ona, nie reprezentuje ani nie wyjaśnia zasad, ona je wciela. Dzięki arystokracji lud poznaje swoich bogów, ona oferuje ludowi nieśmiertelność, wielkość, pamięć i nadzieję. Dzięki arystokracji rozszerza się władza dobra.
Pierre Le Vigan pisze o urbanistyce. Termin został użyty po raz pierwszy przez hiszpańskiego architekta Cerdę w 1867 r. Urbanistyka wyraża strukturę mentalną narodów. Starożytne Ateny ze swoimi rozrzuconymi budowlami, niepołożonymi na jednej osi, wyrażały grecki pluralizm. Akropol wyróżniał się w tym otoczeniu i zapowiadał nadejście Średniowiecza. Miasto w imperium rzymskim to przecinające się osie wschód-zachód i północ-południe, co miało znaczenie kosmiczne. Miasto średniowiecza jest „cieniem miasta rzymskiego” z dominującymi formami ortogonalnymi. Renesans faworyzuje formy radiocentryczne (np. Palma-Nuova). Zwraca się uwagę na to, aby budowle były dobrze wyeksponowane. Duży wpływ wywarły teoretyczne rozważania Albertiego i Morusa, którym miał ulec Lodovico il Moro, kształtując lombardzkie miasteczko Vivegano.
Szybki rozwój miast w wiekach XVII i XVIII spowodował przerażenie gigantyzmem i ucieczkę na przedmieścia, czego klasycznym przykładem jest Wersal. W miastach powstają wielkie place (np. Zwycięstwa i Vendome w Paryżu), wyrażające wielkość monarchy. W miastach dokonuje się urbanistyczny kompromis między polityką a społeczeństwem handlowym. Modernizm jest dzieckiem rewolucji francuskiej i rewolucji przemysłowej. Sztandarowym jego przedstawicielem jest baron Haussmann. Wyraża on świadomość zwycięskiej burżuazji i zapoczątkowuje rozwód między architekturą a urbanistyką. Akademizm, architektura cytatów, a nie aluzji oznacza koniec prawdziwej architektury.
Cywilizacja burżuazyjna nie odczuwa potrzeby większych założeń urbanistycznych. Nowe środki techniczne maskują brak ogólnych koncepcji. Reakcją na to są komunistyczne projekty Roberta Owena ( New Lanark, New Harmony) i Raymonda Unwina. Potem pojawia się prąd kulturalistyczny, zachowujący odrębności kulturowe. Przykładem jest założenie Lyauteya w Maroku. Prąd naturalistyczny zwraca uwagę na ochronę środowiska. Po szkole weimarskiej w latach 30-tych pojawia się Le Corbusier, lansujący koncepcję miasta jako ogromnego parku. Uczestniczył on w redagowaniu słynnej Karty Ateńskiej, w której sformułowano cztery funkcje urbanistyki: mieszkaniowa, pracownicza, rekreacyjna i komunikacyjna. Było to w roku 1933. W latach 60-tych teoria jest w zastoju. Niektórzy uważają, że skandalem trzeba nazwać nienadążanie miast za płótnami Mondriana. Po roku 1968 architektura postmodernistyczna rozwijała się we wszystkich kierunkach, a postmodernistyczna urbanistyka szuka ciągle swoich środków wyrazu.
TEKSTEN, KOMMENTAREN EN STUDIES
W 66-67 numerze holendersko-belgijskiego pisma Louis Pauwels dla upamiętnienia czternastej rocznicy ukazywania się tytułu pisze o europejskiej tożsamości. Możemy ją dostrzec już w XV w., kiedy czeski król Jerzy z Podiebradu przedstawił projekt europejskiego Związku Władców przeciw islamowi. Wiktor Hugo domagał się w 1849 r. utworzenia Zjednoczonych Stanów Europy, a w 1922 r. Paweł Valery w słynnym eseju „Kryzys ducha” określił, co to znaczy być Europejczykiem. Duże znaczenie miała wojenna propaganda Churchilla i Goebbelsa, apelująca często do europejskich wartości. Wspólny dorobek Europy symbolizują takie postacie jak Karol Wielki, Erazm z Rotterdamu, Leonardo da Vinci, Ludwik van Beethoven czy Józef Mazzini, założyciel pierwszego nowoczesnego ruchu europejskiego „Młoda Europa”.
Alain de Benoist snuje refleksje na temat upadku komunizmu. Stawia tezę, że te same przyczyny, które powodują powstanie zjawisk, są również przyczyną ich końca. I tak Izrael narodził się z terroryzmu i przez terroryzm zginie. Faszyzm był dzieckiem wojny i wojna go zgubiła. Współczesny świat osiągnął aktualną potęgę dzięki sile pieniądza i pieniądz go zniszczy. Związek Radziecki narodził się w zamieszaniu wojny domowej i znów w wojnę domową sie pogrąża. Gorbaczow to Kiereński na opak. Upadek komunizmu nie był spowodowany przez zachodni liberalizm, ale przez narastający kryzys. Komunizm zniszczył sam siebie. Niewątpliwie większą rolę w jego upadku niż liberalizm odegrał nacjonalizm („wir sind ein Volk” tłumu w Lipsku). Dla liberalizmu upadek komunizmu jest niebezpieczny. Nie można już straszyć czerwonym niebezpieczeństwem. Liberalizm jest już skazany wyłącznie na własne wartości.
Tomislav Sunić pisze o „końcu starej Europy”. Koniec ten symbolicznie wyrażony został w rozebraniu berlińskiego muru, ale najbardziej gwałtowną formę przybiera w Jugosławii. Państwo to powstało jako dziwna synteza panslawizmu, wszechświatowych rojeń Wilsona i jakobinizmu Clemenceau. Rządząca dynastia Karadziordziewiczów prowadziła wzorowaną na Francji centralistyczną politykę, połączoną z bizantyjskim despotyzmem. Nie-serbskie narody czuły się ograniczone w swojej wolności i suwerenności. Jeszcze niedawno w Paryżu i Waszyngtonie można było usłyszeć zapewnienia, że silna i demokratyczna Jugosławia z nienaruszalnymi granicami jest trwałym fragmentem europejskiego porządku. Niedługo EWG i Stany Zjednoczone odkryją swoje własne „Bałkany”. Koen Elst pisze o indoeuropejskich pierwiastkach Indii. Krytykuje on oficjalne piśmiennictwo indyjskie ostatnich 150 lat, przedstawiające hinduizm w niekorzystnym świetle. Używa się określeń typu „barbarzyńscy Ariowie” (hitlerowcy avant la lettre) lub „rasistowscy bramini”.
CHILE
ESTUDIOS PUBLICOS
W numerze 43. Arturo Valenzuela i Pedro Siavelis przypominają w obszernym tekście o chilijskim prawie wyborczym, że systemy większościowe faworyzują duże partie. Również większość systemów proporcjonalnych wypacza wyniki wyborów na korzyść dużych partii (również ostatnio w Polsce – red.). Podstawowa różnica polega na tym, że systemy większościowe sprzyjają tworzeniu się dwupartyjnego układu w parlamencie, podczas gdy proporcjonalność sprzyja rozczłonkowaniu legislatywy, co udowodnił Maurice Duverger już ponad trzydzieści lat temu. Autorzy uważają, że system wyborczy powinien być adekwatny do istniejącego w danym kraju systemu partyjnego, a mechaniczne przenoszenie większościowego systemu wyborczego Anglosasów do innych krajów jest zabójcze dla demokracji. Dla Chile może być niebezpieczna nieobecność marksistów w parlamencie, frustrująca ich i nastawiająca krytycznie wobec świeżej demokracji.
José Donoso i David Gallagher dyskutują o kondycji współczesnej powieści. Przypominają H. G. Wellsa, wieszczącego już w 1902 r. kompletny upadek powieści. Jednak w Anglii, Francji, Rosji czy Ameryce Łacińskiej, gdzie zawsze było dużo dobrych pisarzy, powieść jest silniejsza niż kiedykolwiek. Kryzys jest zjawiskiem odwiecznym. Don Kiszot był wyrazem kryzysu romansu rycerskiego, a Laurence Sterne napisał na początku jednego z rozdziałów, że nie ma nic do powiedzenia, po czym zostawił dwie niezapisane strony. Virginia Woolf zrewolucjonizowała powieść angielską, posługując się w nowatorski sposób przecinkiem i kropką. U Tołstoja George Steiner dostrzegał zanik różnicy między słowem a obiektem. Jeżeli chodzi o literaturę latynoamerykańską, to termin boom jest obcy i nieadekwatny, choć prawdą jest, że wielkie dzieła takie jak Gra w klasy czy Miasto i psy ukazały się w krótkim okresie czasowym trzech lat. Literatura latynoamerykańska jest bardzo zróżnicowana, może nawet bardziej niż rosyjska, która pomieściła twórców tak różnych jak Tołstoj, Dostojewski, Czechow i Turgieniew. Prawdą jednak jest, że istnieją pewne związki między Vargasem Llosą, Cortázarem, Donoso i Fuentesem. Wychowali sie oni głównie na literaturze spoza Ameryki Łacińskiej, czytali według określenia pewnego krytyka, podobne „sałatki”.
Juan de Dios Vial Larrain snuje rozważania zainspirowane twórczością Paula Johnsona. Twórczością, ponieważ ten typ historyka, w którym mieszczą się Ranke, Spengler, Toynbee, Ortega y Gasset oraz Chilijczyk Encina, wywodzi się od Herodota, dzięki któremu Arystoteles uznał historię za rodzaj poezji. W historii wielką rolę odgrywają wydarzenia symboliczne, często niedoceniane i nieznane, jak np. zastąpienie przez wietnamskich komunistów głowy ukrzyżowanego Chrystusa w zdobytej katedrze głową Ho-Chi-Minha. Okazuje się, że proces uczłowieczenia Boga może przybierać również takie formy. Proces ten nabrał impetu pod wpływem Marksa, inspirowanego przez Feuerbacha i Hegla. Hegel był wielkim teologiem luteranizmu. A więc substytucja Boga na ziemi jest efektem ewolucji myśli chrześcijańskiej.
RPA
THE SOUTH AFRICAN OBSERVER. A JOURNAL FOR REALISTS
W numerze z lipca zeszłego roku pismo analizuje sytuację polityczną w RPA stwierdzając, że kraj pod rządami de Klerka – Kiereńskiego naszych czasów – stacza się w kierunku własnej Rewolucji Październikowej. Po co rewolucjoniści skupieni w Afrykańskim Kongresie Narodowym i Partii Komunistycznej potrzebowali negocjacji z de Klerkiem? Gdyż potrzebowali współpracy z tajnymi służbami, aby uzyskać dostęp do kartotek i siatek agentów. Potrzebowali rozbrojenia białej ludności i dostępu do danych bankowych o własności Białych. Potrzebowali tysięcy kryminalistów na wolności, by zniszczyli szacunek dla prawa. Potrzebowali zaburzeń w gospodarce. Potrzebowali czasu, aby poprowadzić miejski proletariat i nielegalnych imigrantów na barykady. I wreszcie potrzebowali „demokratycznego błogosławieństwa” od rządu. De Klerk jest już dziś politycznym bankrutem. Ale zostawia po sobie straszliwą spuściznę. W rewolucyjnym klimacie politycznym, przy eksplozji demograficznej wśród czarnej ludności i napływie milionów imigrantów z krajów sąsiednich, coraz większych kłopotach żywnościowych, przy kurczących się zasobach wody pokojowe rozwiązanie kryzysu politycznego jest niemożliwe. Dług publiczny i wydatki socjalne są poza kontrolą. Rosną podatki i Inflacja. Upada morale policji, która cierpi na brak pieniędzy. Rozbraja się obywateli szanujących prawo. Sądy wydają łagodne wyroki a skazani przestępcy szybko zostają zwalniani z więzień. Coraz trudniej jest bronić życia i własności. Rząd nie potrafi wymóc skutecznego stosowania prawa szczególnie, że wielu ludzi ze sfer rządowych zamieszanych jest w przestępczą działalność: oszustwa, korupcję, szantaż i zdradę. Trwa nierozwiązywalny kryzys konstytucyjny. Zulusi i Xhosa podrzynają sobie nawzajem gardła. Niedługo zaczną zabijać białych. Redakcja pisma radzi: „Róbcie zapasy! Kupujcie żywność, wodę, lekarstwa, paliwo, opony i amunicję! A przed wszystkim bądźcie gotowi!”.
Poza tym w numerze przedruki z czasopism amerykańskiej skrajnej prawicy. Ch. E. Weber pisze o władzy telewizji w USA a Dick Sutphen o wpływie rozmaitych środków chemicznych zawartych w żywności na psyche człowieka. Według autora chodzi o uczynienie człowieka potulnym i nieagresywnym, o pobawienie go namiętności, osłabienie popędu seksualnego itp. Sutphen zwraca również uwagę na propagandę wegetariańską, która jest symptomem dekadencji. Wyeliminowanie mięsa i soli ma na celu osłabienie ludzkich emocji i wytworzenie mentalności niewolniczej. Sutphen twierdzi również, że dąży się do zatarcia różnic między płciami. Już dziś obserwujemy ten proces w sposobie ubierania, postawie, sposobie chodzenia, wyrazie twarzy i sposobie mówienia. Proces ten wzmacniają według autora rozmaite substancje hormonalne i stymulatory wzrostu zawarte w żywności. U kobiet następuje osłabienie instynktu macierzyńskiego, u mężczyzn agresji i umiłowania walki. Celem jest stworzenie „idealnego człowieka przyszłości” – takiego jakiego przedstawia posąg w nowojorskiej siedzibie ONZ: postać o brązowej skórze pozbawiona cech płciowych.
L. Beam pisze o konfliktach rasowych w USA, o efektach społecznych państwa opiekuńczego, do których należy m.in. skupianie się Białych w stanach Płn. Zachodu, gdzie mniejsze są wydatki (a więc i podatki) stanowe na opiekę socjalną, której beneficjentami są Murzyni. Beam rysuje apokaliptyczną wizję upadku systemu stworzonego przez socliberałów, wizję Ameryki, w której walczą ze sobą rasy, ludy i wyznania całego świata.
CZECHY
REPUBLIKA
Organ partii Mirosława Sladka Sdružení pro republiku – Republikánská strana Československa (Zjednoczenie na rzecz Republiki – Republikańska Partia Czechosłowacji). Doktor Sladek jest czechosłowackim (to nie to samo, co czeski!) nacjonalistą, taka jest również jego partia, no i oczywiście również partyjna gazeta nie jest przesadnie kosmopolityczna. W pierwszym numerze Republikanie demaskują rządzącą elitę. Jiří Dienstbier był onegdaj korespondentem „Rudego Prava” w Londynie. Pani Klimowa, ambasador Czechosłowacji w Waszyngtonie od 17 roku życia była fanatyczna członkinią Komunistycznej Partii Czechosłowacji, skąd ją usunięto dopiero w 1970 r. I w ogóle otoczenie Hawla, nie wyłączając jego samego, składa się w większości z byłych komunistów. Podobnie jest w przypadku Nelsona Mandeli, którego prawą ręką jest przywódca południowoafrykańskiej kompartii Joe Slovo. Mandola planuje nacjonalizację kopalń, banków i dużych firm handlowych, co nie przeszkadza oczywiście w traktowaniu go jako bojownika o demokrację. Nie przeszkadza również to, że według ankiety Gallupa popiera go mniej niż 20% południowoafrykańskich Murzynów. Redakcja „Republiki” uważa, że ważniejszy od położenia czarnych obywateli RPA jest los mieszkańców Podkarpackiej Rusi, odebranej Czechosłowacji po wojnie przez Związek Radziecki. Według Republikanów powinien się odbyć tam plebiscyt pod nadzorem ONZ.
W drugim numerze znajdziemy protest przeciw pochopnemu udzielaniu azylu, wskutek czego Praga upodobni się niedługo do nowojorskiego Central Parku po zmroku albo do okolic Bramy Brandenburskiej, gdzie egzotyczni cudzoziemcy sprzedają odłamki berlińskiego muru i rewolwery. Zagrożeniem dla porządku w Czechosłowacji (w „Republice” nazwę państwa pisze się bez kreski w środku) są również komuniści, rozpuszczający pogłoski o polskich apetytach na austriacki Śląsk, węgierskich na Wyspę Żytnią i niemieckich na Sudety oraz wieszczący horrendalne ceny i ogólny chaos. Wizja ta daleko odbiega od obrazu Europy po radzieckim ataku na Niemcy w 1942 r. W artykule „Napad Niemiec na Rosję w 1941?- Trzeba to ponownie zbadać!” wyjaśnia się czytelnikom, z powołaniem na autorytet Wiktora Suworowa, że gdyby nie prewencyjny atak Hitlera, Czerwona Armia nie miałaby większych problemów z zajęciem Europy, a następnie Stanów Zjednoczonych. Gdy przeglądamy 3 numer, w tekście Józefa Tomasza „Nad Tatru sa Błyska…” odnajdziemy wskazówkę dla czeskich polityków, jak reagować na separatystyczny szantaż p. Mecziara. Wskazówka ta zawiera się w czeskim przysłowiu „Kdo chce kam, pomożme mu tam”.
W numerze 12 z 1992 r. tajemniczy dr A.K.S. z nowomeksykańskiego Albuquerque dowodzi, że reformowani komuniści wraz z Hawlem dorwali się do żłobu i przemieniają ukradziony majątek w spółki akcyjne, rzucając społeczeństwu ochłapy w postaci kuponów prywatyzacyjnych. Natomiast sam dr Sladek przedstawia swoje poglądy na całokształt sytuacji w Czechosłowacji. Najważniejsze jest, aby wszyscy mogli chodzić podniesioną głową, również ci, których nie nagłaśniała Wolna Europa i nie opłacali szczodrzy patroni zza granicy. Tymczasem rehabilitacja ofiar politycznych procesów z lat 50-tych i 60-tych posuwa się bardzo powoli, jesienią 1991 r. w Brnie czekało wciąż na rozpatrzenie 7000 wniosków, dotyczących rehabilitacji, a rozpatrzono jedynie 54 sprawy tego typu. Natomiast rehabilitacja skazanych po roku 1968 przebiegła bardzo sprawnie. Co się tyczy kształtu państwa, to wystarczy jeden prezydent, jeden rząd i siedmiu ministrów (przed wojną było dwunastu). Państwo powinno się składać z czterech związkowych ziem: czeskiej, morawsko-śląskiej, słowackiej i Rusi Podkarpackiej. Zagarnięcie Rusi Podkarpackiej przez ZSRR i utrzymywanie jej w granicach Ukrainy jest porównywalne jedynie z okupacją arabskiej ziemi przez Izrael.
Wszyscy obywatele Czechosłowacji powinni posługiwać się czeskim albo słowackim, dotyczy to również Węgrów, dyskryminujących na zamieszkałych przez siebie obszarach ludzi posługujących się urzędowym językiem. Na szczęście tego problemu nie ma w Sudetach, gdzie Czesi powinni pozostać. Traktat czechosłowacko-niemiecki jest nowym Monachium. Trzeba będzie go renegocjować. Słowo „wypędzenie” musi być zastąpione przez „wysiedlenie” i należy jednoznacznie stwierdzić, że winę ponoszą Niemcy, które przysporzyły strat Czechosłowacji wskutek okupacji. Obywatele Czechosłowacji powinni otrzymać odszkodowanie na wzór Polaków i Żydów. Jeśli Niemcy chcą wracać, niech najpierw oddadzą cały majątek Republice i zaczynają od zera jak my.
Innym poważnym błędem Hawla była powszechna amnestia, w wyniku której 26 tysięcy więźniów znalazło się na wolności, przeważnie bez środków do życia. Wzrost przestępczości w tej sytuacji był nietrudny do przewidzenia. Kara śmierci jest potrzebna choćby dlatego, aby oddziaływać na świadomość więźniów, bezkarnie maltretujących innych skazanych, jak to miało miejsce w Leopoldowie. Dużą część przestępców stanowią Cyganie. Gdy jednak ktoś wyraża się o nich krytycznie, mass media obwołują go rasistą. Natomiast gdy Cyganie się zbroją, kontrolują samochody i patrolują okolicę, przedstawia się to jako walkę narodowo-wyzwoleńczą. To właśnie jest rasizm na opak. Jeżeli dojdzie do realizacji projektu utworzenia w Czechosłowacji europejskiego centrum Cyganów, znajdziemy się w rezerwatach. Ogólnie Cyganie nie są źli, ale to niewychowane dzieci, potrzebujące silniejszej ręki.
Zainteresowani czechosłowackimi problemami odnajdą w 30-tym numerze tygodnika otwarty list członka Czeskiej Rady Narodowej Jędrzeja Wrchy. Wypomina on Hawlowi, że obiecywał ujawnienie wszystkich pracowników tajnych służb komunistycznych do maja 1990 r. i zapowiadał, że ustąpi zaraz po wolnych wyborach oraz wyjaśni wszystkie okoliczności wydarzeń z 17-go listopada 1989 r. Faworyzowanie przez Hawla partii Klausa ODS kosztem nieco słabszej HZDS Mecziara przyczynia się do rozpadu państwa. Hawel wraz z Klausem planują po zaprzepaszczeniu Słowacji nielogiczną dwój federację Czech z Morawami i Śląskiem, ewentualnie trójfederację republik praskiej, czeskiej, morawskiej i śląskiej. Anonimowy autor objaśnia, że jednakowe głosowanie w parlamencie republikanów i komunistów ma charakter wyłącznie taktyczny. A zresztą lepsi są konsekwentni komuniści niż przefarbowani pseudodemokraci.
Profesor Milan Zeleny w artykule „Czechosłowacja nie jest Jugosławią” twierdzi, że integracja Czechów, Morawian i Słowaków była niegdyś wzorcowa i podziwiana przez Europę. Aby było tak ponownie, Morawy powinny otrzymać autonomię. Całe państwo powinno się przekształcić w konfederację Czechów, Morawian i Słowaków. Słowiańska konfederacja, wzorowana na Szwajcarii, mogłaby odgrywać poważną rolę w Europie. Tajemniczy J.K. w artykule zatytułowanym „Podivny lidumil” cytuje byłego prezydenckiego doradcę Milana Kniażko. P. Kniażko w liście otwartym pisze, że Hawel najpierw chciał być jak Masaryk, potem pragnął rządzić za pomocą dekretów jak Benesz, następnie stanął na czele mas przeciw parlamentowi jak Gottwald, a może skończyć jak Nowotny. Dalej J.K. porównuje dokładniej Hawla z Gottwaldem. Gottwald był zaciekłym alkoholikiem, a Hawla często widuje się w gospodach niedaleko letniej rezydencji prezydenckiej w Łanach. Gottwald zaprzedał kraj Moskwie, a Hawel Niemcom. Gottwald przyklejał swoim przeciwnikom etykietkę chorych psychicznie, a Hawel chce to samo uczynić ze Stadkiem. Gottwald lubił przebierać się w stroje górników i hutników, a Hawel jeździł po Hradczanach na rowerze. Obaj obiecywali ludziom lepsze życie, ale przeszkodzili im w tym albo imperialiści albo ciemne siły. Gottwald i jego następcy stworzyli niefunkcjonalną federację, a Hawel utrzymywał ją przy życiu z uporem maniaka.
PROGLAS
Polityczno-kulturalny miesięcznik „Proglas” ukazuje się od 1990 r. Wydawany jest w stolicy Moraw Brnie, gdzie również wystąpiło ożywienie po upadku starego porządku. Redaktorem naczelnym jest Franciszek Rychlik, a w radzie redakcyjnej znajdują się między innymi Petr Pithart i Roger Scruton. Redaktorzy „Proglasu” mają nadzieję wskrzesić tradycje Wielkich Moraw i uczynić z Welehradu centrum duchowej odnowy Europy, kontynuując w ten sposób dzieło Cyryla i Metodego. W nowych warunkach Morawianie dostrzegają szansę dla siebie. Utożsamiają się przy tym z deklaracją Františka Palacký `ego, który określił się jako Czech z rodu Morawskiego. Zadaniem Morawian jest ułatwiać porozumienie między Czechami a Słowakami, a przykładem na to ma być hymn czecho-słowacki, gdzie pomiędzy czeskim „Kde domov muj” a słowackim „Nad Tatrou se błyska” jest pauza. czyli hymn morawski. Ale Morawy to również własne, piękne pieśni ludowe i dużo problemów. Pisze o nich Zdeněk Rotrekl w artykule „Istnienie Moraw w Europie Środkowej”. Informuje w nim o zamazywaniu przez władze w poprzednich dekadach morawskiej tożsamości i świadomej polityce degradacji Brna. Stolica Moraw straciła dużo na przymusowym wysiedleniu zamieszkujących ją Austriaków. Ale pomimo to kulturalna dyferencjacja Moraw jest wyjątkowa w skali środkowoeuropejskiej. Od bardziej jednolitych Czech odróżnia ziemię morawską również większe natężenie uczuć religijnych, które wystąpiło z całą mocą w trakcie wizyty Jana Pawła II w Welehradzie. Z kolei brneńczyk Milan Kundera wylansował ponownie termin Europa Środkowa, gdzie stykają się Słowianie z Niemcami i kulturą romańską. Europę Środkową tworzyli choćby pątnicy, pielgrzymujący z Brna (nazywanego „przedmieściem Wiednia”) do sanktuarium w Mariazell i morawskie dziewczyny, udające się na służbę do stolicy Austrii. To skończyło się po „zwycięskim lutym” 1948 r., ale dzisiaj granice są znów otwarte.
Wojciech Lorzan opisuje relacje czesko-morawskie. Twierdzi, że Morawianie są porządniejsi i mniej skomplikowani. Ludzie „z Królestwa” (tak kiedyś nazywano Czechów) lubią towarzystwo wesołych i umiejących się bawić Morawian, podczas gdy mieszkańcy Moraw mają pewne problemy z Czechami, których trzeba „interpretować”. (Jest to zbliżone do relacji między chmurnymi Kastylijczykami a beztrosko południowymi Andaluzyjczykami – red.). Autor twierdzi, że proces ogólnej destrukcji posunął się dalej w Czechach. Czesi utracili swoje ludowe pieśni, a więc i duszę. W dużym stopniu jest to efekt cywilizacji industrialnej, skutki której są widoczne również na Słowacji. Spojrzenie z boku reprezentuje Jakub Rupnik, szukający Europy Środkowej czy też Drugiej Europy. Jej historia jest absurdalna w przeciwieństwie do historyczności Zachodu i ahistoryczności Wschodu. Szczytem absurdu był okres dominacji radzieckiej; w zestawieniu z nim monarchia austro-węgierska, nazywana kiedyś więzieniem narodów zyskała wyraźnie na atrakcyjności. Mówiło się: „Lepszy Franciszek Józef niż Józef”. Tego typu powiedzenia wyrażają ducha regionu, charakteryzującego się przemieszaniem kultury i polityki. Charakterystyczny jest również katolicyzm, oznaczający wolność i swobodę przemieszczania się, co podkreślił już papież Mikołaj 1 w odpowiedzi na pytania, postawione przez bułgarskiego cara Borysa. Od Rosji odróżnia Środkową Europę świecka kultura humanistyczna, oddzielenie władzy duchownej od świeckiej i separacja państwa od społeczeństwa. W Rosji państwo tworzy społeczeństwo, w Europie na odwrót.
W wiekach X-XV Polska, Węgry i Czechy należały do zachodniej Europy. Brak możliwości ekspansji kolonialnej spowodował w XVI wieku renesans pańszczyzny na wschód od Łaby (ulubione określenie Marksa) i odmienną drogę rozwoju na tych terenach, zajętych po kilku stuleciach przez armie Układu Warszawskiego. Charakterystyczny jest brak, poza Czechami, silnej burżuazji rodzimego chowu, zastępowanej przez Żydów i Greków na południu. Polacy, Węgrzy i Rumuni pozostali szlacheckimi narodami. Francuskie Oświecenie i „filozofia prawdy” Hegla stanowiły intelektualną podbudowę etatyzmu. Etatystyczne są także socjalizm i nacjonalizm, przesuwający się po Wiośnie Ludów z kultury do polityki. Po roku 1918 zwycięża liberalny demokratyzm i państwa środkowoeuropejskie budują swój ustrój na wzór francuskiej III Republiki, co powoduje chaos i następnie zwycięstwo sił autorytarnych. Wyjątkiem była Czechosłowacja do 1938 roku.
Według Hugh Setona-Watsona w Jugosławii, Rumunii i Polsce elementy wschodnie dominowały nad zachodnimi, w Bułgarii wschodni system funkcjonował bez zakłóceń, a Węgry pozostały między Wschodem a Zachodem, będąc klasycznym przykładem „upadłego liberalizmu” albo półautorytaryzmu, zawieszonego między demokracją a despocją. Dla typowych środkowoeuropejskich inteligentów pp. Kundery, Ciorana, Kołakowskiego, Brandysa, Konrada czy Wajdy komunizm to choroba ze Wschodu (dokładnie odwrotnie ujmuje to Sołżenicyn). Rosja zawsze była czymś obcym („inny świat” Herlinga Grudzińskiego). Na despotyzm jako integralny składnik Rosji wskazywali także de Custine, Hugo i Bierdiajew. Środkowa Europa została przez ten despotyzm porwana, jak to ujął w głośnej książce Milan Kundera. A wszak Rosjanie twierdzą, że to właśnie oni bronią Europę przed azjatyckimi hordami.
W drugim numerze Claudio Magris pisze o Europie Środkowej i jej snach. Występowało tu zjawisko, nazwane przez przyjaciela Kafki Johannesa Urzidila „Hinternationalismus”, czyli wymieszanie pojęć narodowych w habsburskiej monarchii. Jak pisał Musil, Austriak to ktoś z Austro-Węgier bez Węgier, czyli człowiek definiowany negatywnie (stąd krok do „człowieka bez właściwości”). Kimś takim był również Kafka, niemożliwy do narodowego zdefiniowania. W starej, mityczno-sennej monarchii znaleziono słowo-klucz, określające model państwa. Był to austroslawizm. Józef Roth uważał, że wszystkie narody monarchii były austriackie oprócz Austroniemców. Ich szowinizm i narodowy socjalizm doprowadziły do tego, że w Europie Środkowej runęła w gruzy niemiecka cywilizacja. Austria nie jest już uporządkowanym światem dnia wczorajszego (określenie Zweiga), ale „stacją meteorologiczną końca świata” Karola Kraussa. Wielu jest tu zafascynowanych pustką, co jest szczególnie widoczne w twórczości Musila. Napoleon, wjeżdżający na koniu do Paryża, jawi się Heglowi jako konny duch dziejów, gdy natomiast wjeżdżał do Wiednia, Grillparzer dostrzegł w nim głównie bezwartościowy czynnik destrukcji, przez to właśnie fascynujący.
Przywódca paneuropejskiej młodzieży Bernard Posselt wypowiada się na temat Habsburgów. Uważa, że Otto von Habsburg powinien reprezentować w parlamencie europejskim nie Bawarię, ale Europę Środkową. Droga do tego wiedzie poprzez austryfikację RFN, co pomoże przywrócić starą Austrię. W zachodniej Europie przedstawicielami idei środkowoeuropejskiej są czescy emigranci i austriaccy Żydzi. Pierwszy Paneuropejczyk hrabia Coudenhove-Kalergi pochodził z Czech i Czechy powinny być środkiem Europy. Trzeba czerpać z habsburskiego dorobku, obejmującego demokrację, wolne związki zawodowe i partie polityczne. Ordynacja wyborcza obowiązująca na Morawach od 1905 r. jest do dzisiaj modelowym przykładem dla terenów mieszanych narodowościowo. Potrzebny jest czynnik stojący ponad waśniami i rolę tę może spełnić oczywiście rakuska dynastia – jedyna, która nie utraciła znaczenia po detronizacji, gdyż rządy jej były mniej ideologiczne niż w przypadku innych rodów panujących. Do detronizacji doszło wskutek żądzy walki do upadłego niemieckiego sztabu generalnego oraz gwałtownego antykatolicyzmu pewnych kręgów we Francji i Włoszech, współpracujących z Beneszem. Pamiętajmy jednak o tym, że narody środkowoeuropejskie broniły monarchii przez kilka lat, podczas gdy Jugosławia rozpadła się w 1941 r. w ciągu czterech dni. Cesarz Karol próbował w 1918 r. klecić dunajską federację, gdzie każdy naród mógłby swobodnie wybrać republikańską lub monarchiczną formę rządów. Przestrzegał, że w przeciwnym razie region zostanie zdominowany przez Niemcy, a potem przez Rosję, co się i stało.
Dzisiaj najpopularniejszym Habsburgiem jest niewątpliwie Otto von Habsburg, którego przybliża nam Rudolf Kuczera. Dowiadujemy się, że syn cesarza Karola i cesarzowej Zyty od początku lat 30-tych zdecydowanie przeciwstawiał się Hitlerowi, oferując w 1938 r. swoje usługi republice austriackiej. Odpowiedzią na to była „operacja Otto”, jak nazwano anschluss. Przywódcy austriackich socjalistów Karol Renner i Otto Bauer byli zadowoleni z aneksji, wierząc, że przyczyni się ona do „ogólnoniemieckiej rewolucji”. W Czechach niektórzy nacjonaliści wyrażali wdzięczność Hitlerowi za to, że uchronił Bohemię przed Habsburgami. W czasie wojny Otto Habsburg wraz z hrabią Coudenhove-Kalergim, Franzem Werflem i Erykiem von Kuehnelt-Leddihnem przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie sprzeciwiał się poczynaniom dr Benesza, próbującego odgrywać rolę łącznika między zachodnimi aliantami a Stalinem. Dr Habsburg już w 1942 r. wystąpił przeciw projektowi Benesza usunięcia z Czechosłowacji Niemców sudeckich, ale był bezradny. Natomiast brat Ottona – arcyksiążę Robert odegrał dużą rolę w decyzji uznania Austrii za pierwszą ofiarę Hitlera. Habsburgowie nalegali również, aby wojska amerykańskie uczestniczyły w okupacji Austrii. Być może z tego powodu austriaccy socjaliści uniemożliwili mu powrót do kraju. Zamieszkał więc w bawarskim Poeckingu, niedaleko Possenhofen – rodzinnej miejscowości cesarzowej Elżbiety, żony Franciszka Józefa. Po śmierci hrabiego Coudenhove-Kalergiego został przewodniczącego Unii Paneuropejskiej, dążącej do zjednoczenia Europy na bazie wartości chrześcijańskich. W 1979 r. został wybrany posłem do parlamentu europejskiego.
