AMERYKAŃSKI KONSERWATYZM R.I.P.?
Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 18 , 1993; opracował Tomasz Gabiś
Na łamach znakomitego amerykańskiego miesięcznika konserwatywnego „Chronicles. A Magazine of American Culture” od zeszłego roku toczy się dyskusja na temat kondycji amerykańskiego konserwatyzmu, w której głos zabierają znani prawicowi publicyści i pisarze polityczni. Ponieważ to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych ma, ze względu na pozycję tego państwa w świecie, znaczenie również i dla krajów naszego regionu, przedstawiamy najciekawsze głosy w tej dyskusji.
UPADEK REPUBLIKI AMERYKAŃSKIEJ
Znany publicysta konserwatywny Charley Reese uważa, że amerykański konserwatyzm jest już dziś jedynie przypiskiem do historii powstania i upadku Republiki Amerykańskiej. Większość ludzi określających się dziś jako konserwatyści nie są nimi. Jedynym ruchem politycznym istniejącym obecnie w Ameryce jest imperializm czy też transnacjonalizm. Uczestniczą w nim zarówno Republikanie jak i Demokraci, ci, którzy określają się jako „konserwatyści” i ci, którzy nazywają siebie „liberałami”, Stara Prawica i Nowa Prawica, a także ci demokratyczni socjaliści, którzy przyjęli miano „neokonserwatystów”, aby usprawiedliwić swoje imperialistyczne cele. Wszyscy oni wierzą w fantastyczną wizję Ameryki potężnej wojskowo i gospodarczo na tyle, aby narzucać innym to, co uważają oni za amerykańskie wartości.
Spoglądając w dół, ku amerykańskiemu ludowi, również nie dostrzeżemy promyka nadziei. Gdzież jest choćby ślad konserwatywnych wartości wśród ludu – pyta Reese. Mobilność całej populacji, koncentracja w miastach niszczy wszelki sens wspólnoty. Podjęty po wojnie świadomy wysiłek eliminacji wartości narodowych w oświacie publicznej jest jedynym wysiłkiem podjętym w ramach tej oświaty, który zakończył się sukcesem. Nie ma już śladu oświeconego nacjonalizmu, a tylko okazyjne wybuchy szowinizmu i ciągłe zrzędzenie zwolenników państwa opiekuńczego, którzy narzekają na pomoc zagraniczną jedynie dlatego, że chcą te pieniądze wydać na samych siebie. Jerzy Waszyngton powiedział, że nie można utrzymać wolnej republiki bez ludzi pełnych cnót. Tomasz Jefferson – powiedział, że nie można jej utrzymać z ignorantami. Obaj mieli rację.
ZDRADA REPUBLIKANÓW
Clyde Wilson – profesor historii na Uniwersytecie Południowej Karoliny pisze, że klęska i zniknięcie tego, co było znane w USA w XX wieku jako konserwatyzm, warte byłoby napisania grubej książki. Los tak konserwatyzmu jak i amerykańskiego socliberalizmu przypieczętowany został być może przez ostatnią awanturę wojenną w Kuwejcie – oba pożarte zostały przez imperialne państwo, które jedyne co potrafi to poświęcać idee, zasady a nawet materialne interesy. Wilson uważa również, że konserwatyzm pozwolił aby zawładnęła nim Partia Republikańska, która zdradziła konserwatywnych wyborców. Prezydent Reagan wybrany dzięki programowi obiecującemu likwidację polityki preferencyjnej (affirmative action) okazał się zwolennikiem tejże polityki, prez. Bush – Wielki Wyzwoliciel Kuwejtu został wybrany głosami milionów ciężko pracujących Amerykanów, którzy chcieli, aby zdjąć z nich gniotący ich ciężar wydatków rządowych. Dziś stoją wobec wzrostu wydatków rządowych, wyższych podatków i zmuszeni są wykupywać biurokrację, bankierów i arabskich szejków. Po trzydziestu latach na placu boju pozostał tryumfujący socliberalny republikanizm Nelsona Rockefellera polegający na tym, że Republikanie robią to samo co Demokraci ale, jak sami uważają, lepiej.
Samuel Francis – współredaktor „Chronicles”, zauważa, że w 1980 roku konserwatyści naprawdę sądzili, że nadeszło ich millenium. Ale p. Reagan, choć czasami potrafił wyrazić inspirująco niektóre konserwatywne sentymenty i zrobił kilka dobrych posunięć personalnych, a nawet przyczynił się do przejściowego ożywienia gospodarczego, nie umiał zahamować rozrostu państwa. Kiedy opuszczał swój urząd Departament Oświaty był jeszcze większy niż kiedy go obejmował – wbrew obietnicom prezydenta, że zlikwiduje zarówno ten departament jak i Departament Energii. Co więcej – do napuchłego tułowia rządu federalnego Reagan dodał Departament d/s Kombatantów.
KONSERWATYŚCI DO WYNAJĘCIA
Thomas Fleming – naczelny redaktor „Chronicles” uważa, że oficjalny konserwatyzm zsocjalizował się, a nowe credo konserwatywne to wielki rząd, prawa mniejszości, globalizm w polityce zagranicznej; i każdy kto nie chce maszerować z postępem w kierunku Nowego Ładu Światowego jest dla nowych konserwatystów heretykiem. Ci waszyngtońscy konserwatyści żyją w obrotowych drzwiach między republikańską administracją a zorganizowanymi grupami interesów służąc tym, którzy im płacą – kiedyś byli to Republikanie z big biznesu, dziś są to międzynarodowe korporacje i ośrodki zagraniczne. Słowa się zmieniły, ale melodia pozostała taka sama: M-O-N-E-Y.
Dla tych nowych konserwatystów Patrick Buchanan jest niebezpiecznym fanatykiem, a A. M. Rosenthal z „New York Times” wybitnym publicystą konserwatywnym. Opieka społeczna nie jest już złem per se, lecz wymaga jedynie poprawek: strefy wolnej przedsiębiorczości, workfare, talony edukacyjne– aby Republikanie mogli zdobyć więcej głosów, konserwatyści posad, a lojalni sponsorzy korzystne kontrakty. Nowy konserwatyzm zrezygnował z obrony naturalnych instytucji takich jak rodzina czy wspólnota lokalna i gotów jest poprzeć nawet ostatni pomysł Departamentu Oświaty: totalną edukację dla totalnego państwa.
DWORACY I SALONOWE PIESKI
Polityczne aspiracje Starej Prawicy polegające na niekończących się poszukiwaniach własnych kandydatów do prezydentury spowodowały, że pojawiło się całe pokolenie „dworskich konserwatystów” poświęcających się wyłącznie poszukiwaniu posad w rządzie federalnym i nadskakujących tym, którzy chcieliby ich zatrudnić. Już dawno stracili oni jakąkolwiek chęć przeciwstawienia się biurokratycznym organizmom. Thomas Fleming stwierdza, że na krótką metę oficjalny waszyngtoński i nowojorski konserwatyzm odniesie błyskotliwy sukces. Mają oni pieniądze i opanowali wszystkie instytucje stworzone przez prawicę. Żyją w symbiozie z lewicowym establishmentem mass-mediów, który rozpoznał w nich tych, kim są naprawdę: łagodnymi i dobrze wytresowanymi pieskami salonowymi, które szczekają, ale nie gryzą. Jednak przyjdzie dzień, kiedy nie będą już potrzebni. Zostaną wówczas potraktowani tak jak dziewczę z nizin społecznych wybrane na wakacyjną przygodę. Można tylko mieć nadzieję, że dostaną na bilet do domu.
KAPITULACJA PRZED LEWIATANEM
Murray N. Rothbard – profesor ekonomii na Uniwersytecie Las Vegas i wiceprezes Instytutu Ludwika von Misesa pisze, że dostęp do władzy w latach osiemdziesiątych dokończył transformację starego ruchu konserwatywnego w żałosną walkę o rządowe posady. Prawie wszystkie programy gigantycznego państwa opiekuńczo-garnizonowego (welfare-warfare state), które narodziły się w okresie New Dealu zostały zachowane i rozwinięte przez konserwatystów. Wszystkie rządy Republikańskie od czasów Wojny Światowej tańczyły menueta z Demokratami, a rezultatem tego był ciągły wzrost etatyzmu i coraz cięższe brzemię państwa-Lewiatana, jakie musieli dźwigać na swych barkach Amerykanie. Historyczną rolą rządów Partii Republikańskiej (łącznie z prezydenturą Reagana) było lekkie zwalnianie tempa rozrostu władzy państwowej, a w istocie petryfikowanie Nowego Ładu czy Wielkiego Społeczeństwa i w ten sposób przygotowywanie gruntu dla następnego milowego kroku w kierunku kolektywizmu. O ile jednak wcześniej ruch konserwatywny pozostawał sceptyczny wobec rządów Partii Republikańskiej, to w okresie prezydentury Reagana-zaślepiony w swym uwielbieniu dla niego i skuszony posadami – stracił on ostatnią rację istnienia, którą było żarliwe pragnienie zlikwidowania całej struktury Newdealowskiego Lewiatana, wszystkich jej korzeni i konarów.
PUŁAPKA ANTYSOWIETYZMU
Konserwatyści sami doprowadzili do degeneracji swego ruchu uznając antysowiecką politykę zagraniczną za swoją naczelną zasadę. Prowadziło to nie tylko do gospodarczej destrukcji (via podatki, deficyt budżetowy, wojskowe marnotrawstwo) i rozbudowy państwa opiekuńczo-garnizonowego, ale również do tego, że ślepo oddani sprawie antystalinizmu i antykomunizmu konserwatyści ciepło i bezkrytycznie przyjęli we własne szeregi grupy socjalistów, którzy pozostawali w zasadniczej niezgodzie jedynie wobec drugorzędnych aspektów sowieckiego komunizmu (również Thomas Fleming uważa, że obowiązująca obecnie oficjalna wersja konserwatyzmu to dzieło dobrze zorganizowanej kadry trockistowskich i marksistowskich rewizjonistów). Wszyscy oni mogą być określeni jako „demokratyczni socjaliści” lub „socjaldemokraci” niezależnie od tego jak sami siebie nazywają. Propagując zalety „demokracji” i „wartości demokratycznych”, a nie wolności czy praw własności prywatnej; wszystkie skrzydła socjaldemokracji (trockiści, mienszewicy, neoliberałowie, neokonserwatyści itd.) gloryfikują i rozbudowują państwo opiekuńczo-garnizonowe i są zwolennika mi kontroli rządu centralnego nad stanami, prowincjami, czy regionami tak w USA jak i poza ich granicami, i odrzucają wszelkie ograniczenia nałożone na tę scentralizowaną władzę. Są również zwolennikami permanentnej globalnej interwencji USA nakierowanej na utworzenie jakiejś formy scentralizowanego rządu światowego, aby móc batem zapędzić do szeregu wszystkie krnąbrne narody i rządy, które im się nie podobają. Jak wszyscy socjaldemokraci dzisiaj są oni oczywiście za „wolnym rynkiem” chwaląc zalety oraz pożytki gospodarki wolnorynkowej. W rzeczywistości nadal są przekonani, że rynek musi być podporządkowany silnemu, scentralizowanemu, „demokratycznemu” rządowi.
NEOKONSERWATYŚCI NA USŁUGACH LEWICY
Po upadku sowieckiego komunizmu, pisze dalej Rothbard, ujawnił się na nowo podział wśród konserwatystów: jedno skrzydło odkrywa Starą Prawicę sprzed 1955 roku i wzywa do przeciwstawienia się państwu-Lewiatanowi i do „izolacjonizmu” w polityce zagranicznej. Drugie skrzydło – centryści kierowani przez neokonserwatywną elitę nakłaniają Amerykanów do kontynuowania polityki globalnej interwencji mimo, że straciła ona wszelkie podstawy. A sięgając głębiej: neokonserwatyści w sposób już całkiem otwarty sformułowali swój program jakim jest globalna krucjata mająca na celu poskromienie tych wszystkich narodów i rządów, które nie chcą poddać się ich wersji „wartości demokratycznych”. Okazało się również, że neokonserwatywna elita odgrywa dokładnie tę samą rolę, jaką partia Republikańska odgrywa w polityce od dziesięcioleci: bycie symulowaną, „lojalną opozycją” wobec centrowego establishmentu i lewicowych mass-mediów. Hałaśliwa obecność neokonserwatystów służy do wyznaczania granic „poważnego” konserwatyzmu. Poza tymi granicami zamieszkują już tylko „ekstremiści”, chaos, Stara Prawica i ci, którzy mogą być bezpiecznie ignorowani przez „poważne” media.
Zadaniem neokonserwatystów jest wyeliminowanie tych niepoprawnych prawicowców, którzy odrzucają mniemanie, że myślenie o problemach społecznych winno się odbywać na poziomie intelektualnym wyznaczonym przez takich ludzi jak: M. L. King czy Jesse Jackson. Podobną opinię wyraża Samuel Francis zauważając, że kulturalna hegemonia lewicy dopuszcza do wyrażania niektórych idei, aby stworzyć wrażenie pluralizmu i ukryć główny lewicowy trend debat politycznych. Ci, którzy znajdują się poza granicami wyznaczonymi przez lewicę są ignorowani jako antysemici, rasiści, autorytaryści, wariaci, elementy irracjonalne i ekstremiści nie będący w łączności z duchem czasu i dlatego po niewłaściwej stronie historii. To właśnie alians lewicy i neokonserwatystów spowodował wyeliminowanie takich ludzi jak Patrick Buchanan, którzy nie akceptowali podzielanych przez lewicę i neokonserwatystów przekonań i którzy poważnie i bezustannie rzucali wyzwanie ich hegemonii.
DEMOKRATYCZNY IMPERIALIZM I MARKSISTOWSKI DUCH DEMOKRATYCZNEGO KAPITALIZMU
Paul Gottfried – profesor nauk humanistycznych w Elizabethtown College w Pennsylwanii pisze, że podczas gdy radykalna lewica atakuje „zachodnią tradycję” jako antyegalitarną i wrogą wobec Czarnych, homoseksualistów i kobiet, nowi konserwatyści twierdzą, że zachodnia tradycja doprowadziła do demokratycznej równości, która w globalnej krucjacie winna być rozpowszechniona na całym świecie. Równość jako wartość jest wspólna obu tym kierunkom ideologicznym, różnią sie jedynie doborem środków: lewica szuka rozwiązania w dalszym podziale bogactwa przez państwo i rozciągnięciu „równych praw” na grupy będące „ofiarami” – włączając w to zwierzęta. Nowi konserwatyści, choć również uważają, że nie należy zaniedbywać transferu bogactwa do biednych i „pokrzywdzonych” mniejszości, to zasadniczo uważają, że rewolucja w kraju już się dokonała i sprawą najważniejszą jest dla Ameryki bycie motorem globalnej rewolucji demokratycznej i eksport demokratycznej równości. Główny zwolennik tej polityki Ben Wattenberg z Amerykańskiego Instytutu Przedsiębiorczości ogłosił, że demokracja to przeznaczenie Ameryki. Podobnie jak Woodrow Wilson, Wattenberg twierdzi, że misja Amerykanów to stać się „komiwojażerami demokracji”. Dlatego żąda zwiększenia budżetu dla Krajowej Fundacji na rzecz Demokracji, Radia Wolna Europa i innych agencji, mających pomagać w walce o „demokrację pierwszej kategorii”. Jest to dokładnie to samo, co Irving Babitt określając światopogląd Wilsona nazwał „demokratycznym imperializmem”, a co dzisiejsi konserwatyści popierają w edukacji i polityce zagranicznej.
Tymczasem „demokratyczny kapitalizm” (błędnie utożsamiany z Zachodnią tradycją) przesiąknięty jest marksizmem w postaci materializmu, sekularyzmu i egalitarnej ideologii. Od marksizmu różni go jedynie mniejsza intensywność mesjańskiego, quasi-religijnego dynamizmu. Ale to właśnie ta marksistowska quasi-religia jest przyczyną zaciekłej wrogości jaką „demokratyczni kapitaliści” żywią wobec „heretyków” i dzikiej wojny, jaką prowadzą przeciw tym, którzy krytykują demokratyczną równość. Zasadą nowych konserwatystów jest traktowanie jako zamkniętych kwestii filozoficznych, które są nie do pogodzenia z doktryną egalitarną. Propagują oni lewicowe cele w konserwatywnym opakowaniu. Dokonują czystki we własnych szeregach, aby dopasować się do lewicowych dogmatów takich jak odrzucenie wpływu czynników genetycznych na inteligencję lub wiara w uniwersalne i nadające się do eksportu prawa człowieka. Zachodnia tradycja (europejska i amerykańska) stała się dla nich czymś obcym. Podobnie jak ich lewicowi adwersarze, od których coraz mniej są odróżnialni, reprezentują oni heglowskiego ducha dziejów poruszającego się w odwrotnym kierunku – od kultury personalizmu i uporządkowanej wolności ku orientalnemu despotyzmowi. Po końcu Zimnej Wojny mogą oni stać się groźniejsi dla wolności intelektualnej niż marksistowscy historycy. Niech nas Bóg broni przed ich rządami, bo będą oni atakować rzetelnych uczonych i uczciwych konserwatystów jeszcze bardziej zajadle niż lewicowi fanatycy.
KONSERWATYŚCI WOBEC REWOLUCJI I NOWEGO REŻIMU
Stara Prawica wierna ideom ograniczonego rządu i tradycyjnym wartościom amerykańskim wyrażała przekonania dawnej burżuazyjnej elity, która zdobyła władzę po wojnie domowej i utrzymywała ją do czasu pojawienia się nowej elity menadżerskiej, która doszła do władzy w wyniku reform Ery Postępowej i Nowego Ładu. Reformy te były w istocie rewolucją znajdującą swój wyraźnie tylko we władzy politycznej Roosevelta, Trumana i Partii Demokratycznej, ale w całej konstrukcji władzy ekonomicznej i kulturalnej opierającej się na coraz bardziej zbiurokratyzowanych uniwersytetach, fundacjach, kościołach, mass-mediach, i związanej pośrednio lub bezpośrednio ze scentralizowanym biurokratycznym państwem. Ponieważ rewolucja ta odbyła się legalnie i pokojowo, asymilując tradycyjne instytucje i symbole na własny użytek, dlatego niewielu ludzi na prawicy zauważyło, że w ogóle się odbyła. Nawet jeśli niektórzy z nich w latach 50-tych dostrzegli powstanie nowej struktury władzy to nie przestali się uważać za tych, którzy „konserwują” dawny porządek zamiast jasno rozpoznać swą kontrrewolucyjną misję. Stąd cała strategia Starej Prawicy to próba dostosowania się do nowego menedżersko-biurokratycznego establishmentu, a nie otwarte rzucenie mu wyzwania. Spowodowało to, jak sądzi Samuel Francis, że błędną okazała się taktyka W. Buckley’a – założyciela „National Review” – polegająca na szukaniu sojuszników wśród intelektualistów. Nie potrafił on pojąć, że nowa klasa intelektualistów nie może stać się jako całość konserwatywna, ponieważ jej podstawowym zadaniem była właśnie delegitymizacja idei i instytucji konserwatywnych oraz tworzenie legitymizacji dla nowego reżimu. Pozycja, prestiż i gratyfikacje materialne klasy intelektualistów zależały od zbiurokratyzowanych kulturalnych organizacji, które konserwatyści atakowali. Wielu intelektualistów mogło przyznawać się do konserwatyzmu jedynie pod warunkiem, że się on „odnowi” i nie będzie odrzucał en bloc kulturalnego aparatu rewolucji.
Skupiając swe wysiłki w Waszyngtonie i innych centrach zaludnionych przez inteligencję Buckley i jego koledzy zerwali więzi ze swymi naturalnymi sojusznikami spoza akademickich i miejskich ośrodków. Co więcej, „National Review” kilka razy uznał za stosowne dokonać czystek pozbywając się „ekstremistów”, aby stać się bardziej atrakcyjnym dla inteligencji z Manhattanu. Równało się to jednak równocześnie zerwaniu z tradycyjną amerykańską kulturą, której nosicielem jest anglosaska, biała, protestancka klasa średnia. Dzięki temu Stara Prawica pozostała izolowanym kręgiem intelektualistów i dziennikarzy lekceważonym przez inteligencką elitę, która miała się nawrócić na prawicową wiarę i ignorowanym przez większość Amerykanów i ich politycznych liderów.
NEOKONSERWATYŚCI – KOŃ TROJAŃSKI W OBOZIE PRAWICY
Dziś w USA mianem konserwatyzmu określa się nie Starą Prawicę, ale neokonserwatyzm, choć pojawiają się i inne określenia takie jak „konserwatyzm Wielkiego Rządu”, „postępowy konserwatyzm”, „konserwatyzm równych szans”, „kulturowy konserwatyzm” czy „Nowy Paradygmat”. Jednak niezależnie od nazwy, przedstawiciele tych nurtów są zwolennikami większego i aktywniejszego rządu centralnego. Głównym celem neokonserwatystów, pisze Francis, jest wyrównanie „szans ekonomicznych” poprzez taki czy inny rodzaj socjalnej inżynierii i ustanowienie etyki, która równość, ekonomiczną mobilność, dobrobyt, materialne gratyfikacje uznaje za jądro „amerykańskiego eksperymentu”. Niczym nie różni się to od celów Progesywistów czy socliberałów.
Neokonserwatyści skupiają swoją uwagę na środkach: strategii, taktyce, jak wygrać wybory, jak rozszerzyć bazę partyjną Republikanów, jak sprawić, żeby rząd działał „skuteczniej”, jak osiągnąć „wiarygodność” i jak wywrzeć nacisk. Przy kulturalnej dominacji lewicy, konserwatyzm ograniczający się do wyboru środków i procedur oddaje cele działań politycznych wrogom i stopniowo zaczyna akceptować przesłanki, które służą lewicy do uzasadnienia realizowanych przez nią celów. Kiedy zaś zaakceptuje się założenia i cele przychodzi czas na akceptację środków, dzięki którym lewica zapewniła sobie dominację, i samo rozróżnienie pomiędzy „lewicą” i „prawicą” po prostu znika.
Kiedy na początku lat 70-tych ludzie nazwani później neokonserwatystami porzucili obóz socliberalny, to zachowali to, co James Burnham nazwał emocjonalną otoczką socliberalizmu: socliberalną „wrażliwość”, socliberalny temperament, warunkowe odruchy lewicy. Od tamtego czasu odruchy te zostały wzmocnione do tego stopnia, że neokonserwatywna „prawica” akceptuje i broni Nowego Ładu i jego dziedzictwa, ograniczając się jedynie do wysiłków uczynienia go bardziej eleganckim. Stara Prawica ubolewająca dziś nad tym, że została zdetronizowana przez neo- czy pseudokonserwatystów nadal nie rozumie, że sama jest sobie winna. Nie rozumiała bowiem, twierdzi Francis, ideologicznej dynamiki socliberalizmu, niezrozumiała ani zasad funkcjonowania reżimu socliberalnego, ani też tego jak należy bronić własnych przekonań i instytucji przed zakusami lewicy. Nie była również na tyle czujna, aby rozpoznać zakamuflowanych wrogów, którzy wdarli się do jej szeregów. To były główne przyczyny słabości konserwatyzmu, która umożliwiła zwycięstwo siłom neokonserwatywnym i spowodowała asymilację prawicy przez dominujący aparat kulturalny służący interesom lewicy.
IDEOWE SAMOBÓJSTWO PRAWICY
Francis uważa, że amerykańscy konserwatyści to „piękni przegrani”. 60 lat po New Dealu amerykańska prawica nie potrafiła naruszyć żadnego z jego fundamentalnych założeń. Poniosła klęskę i żadne konserwatywne think-tanki, fundacje, czasopisma, baronowie od mailingu, rocznicowe bale i nalepki wyborcze nie mogą tego smutnego faktu zmienić. Wszystkie sprawy, o które konserwatyści walczyli od trzech pokoleń, zostały przegrane. Prawica przegrała, jeśli chodzi o fuzję państwa i gospodarki, zakres i wielkość rządu, globalistyczny kurs polityki zagranicznej, przekształcenie konstytucji w pozbawiony treści dokument służący specjalnym interesom tej frakcji, która w danym momencie przechwytuje nad nią kontrolę, zastąpienie tradycyjnej moralności przez dominującą etykę bezustannego osiągania przyjemności.
Centralnym projektem XX-wiecznego amerykańskiego konserwatyzmu był stały opór przeciw wewnętrznemu agresywnemu imperializmowi Waszyngtonu i jego sojuszników w korporacyjnej i zunionizowanej gospodarce i kulturze. To jednak należy już do przeszłości. Oficjalny konserwatyzm stał się „konserwatyzmem wielkiego rządu” mającym swoją siedzibę w Waszyngtonie, gdzie konserwatyści zajęci są tkaniem biurokratycznych intryg w brzuchu Lewiatana i opracowywaniem szczegółów ustawienia leżaków na pokładzie „Titanica”. Dali sobie narzucić reguły gry i przejęli wiele wartości i idei od swoich dotychczasowych przeciwników politycznych. Zaakceptowali zasadnicze założenia socliberalnej ideeologii, które, jak twierdzą, zwalczają, i przestali stawiać lewicy opór we wszystkim z wyjątkiem środków: rząd ma zapewnić równość, ale może polityka preferencyjna nie jest najlepszym sposobem, aby to osiągnąć; braterstwo to wspaniała rzecz; globalny „demokratyczny kapitalizm”, szerzenie demokracji i praw człowieka, prezydencka supremacja w sprawach zagranicznych to dla nich właściwe instrumenty aby przezwyciężyć „izolacjonizm” i sprawić, że raz na zawsze zatryumfuje planetarny kosmopolityzm. Współczesna prawica amerykańska stała się ideologiczną kserokopią socliberalizmu, a niektórzy z jej guru doszli tak daleko, że za swoich idoli uznają J. F. Kennedy’ego i M. L. Kinga.
OD WOJNY W WIETNAMIE DO WOJNY Z WŁASNYM NARODEM?
Prawica wpisała się w instytucje i myślowe ramy określone przez reżim socliberalny. Została przezeń zasymilowana. Ważnym momentem tego procesu była wojna w Wietnamie, którą Stara Prawica w zasadzie poparła powodowana antykomunizmem. A przecież wojna ta była efektem błędnej polityki socliberałów i została przegrana z powodu ich nieudolności, nie było więc żadnego powodu, aby ją popierać. Później kiedy Nowa Lewica zaatakowała wojnę i rozszerzyła swój atak na zbiurokratyzowane uniwersytety i niektóre fragmenty państwa-Lewiatana, odpowiedzią prawicy była nie tylko obrona samej wojny, ale również polityki socliberałów prowadzącej do klęski i obrona ośrodków ich władzy. Stara Prawica zaakceptowała wilsonowsko-rooseveltowski globalizm i jego uniwersalistyczne założenia oraz zrezygnowała z celu, jakim było zmniejszenie zakresu i wielkości scentralizowanej władzy. Połknąwszy globalistyczne i mesjanistyczne założenia polityki zagranicznej lewicy, prawica „zwymiotowała” te założenia w polityce wewnętrznej. Jeśli, pisze Samuel Francis, naszą misją jest budowa demokracji i obrona praw człowieka w Afganistanie, to dlaczego nie mielibyśmy bronić tych praw w Missisipi obalając bariery na drodze ku równości szans przy pomocy kowalskiego młota władzy centralnej. Konserwatyści nie żądają na razie wysłania Sił Specjalnych do tego czy innego zakątka Stanów Zjednoczonych, ale poczekajmy, historia się jeszcze nie skończyła.
CO ROBIĆ? NOWY FUZJONIZM PRZECIW RODZIMYM OKUPANTOM
Thomas Fleming, jako lekarstwo na chorobę amerykańskiego konserwatyzmu proponuje Nowy Fuzjonizm czyli powrót do koalicji konserwatystów ze Starej Prawicy (paleokonserwatystów) i nie-libertyńskich libertarianów (paleolibertarianów). Wzorem dla takiej koalicji miałby być założony jakiś czas temu John Randolph Club, do którego należą po stronie konserwatystów m. in. właśnie redaktorzy „Chronicles” i Patrick Buchanan, a po stronie libertarianów m. in. Murray N. Rothbard i Lew Rockwell. Ta nowa koalicja zastąpi starą opartą na antykomunizmie, a która wraz z końcem Zimnej Wojny i początkiem Nowego Ładu Światowego straciła rację bytu. Dlatego konieczne jest oderwanie się konserwatystów od przedstawicieli antykomunistycznej lewicy. Musi to być koalicja za czymś, a nie przeciw czemuś. Ujadanie na Czerwonego nie może już dłużej być biletem wstępu do obozu prawicy dla każdego ex-trockistowskiego osiłka, który padł ofiarą czystek na lewicy. Nowa koalicja nie może zadawalać się spowolnieniem rozrostu rządu federalnego. Jeśli pacjent cierpi na złośliwy nowotwór, jakiż lekarz ograniczy się do chemioterapii, aby zatrzymać przerzuty i do narkotyków, aby złagodzić ból? Takim właśnie złośliwym nowotworem jest rząd federalny, a wszystko, co zaproponować potrafią Republikańscy doktorzy, to mniejszy niż proponują Demokraci wzrost podatków oraz niezliczoną ilość artykułów prasowych, mów, i raportów usprawiedliwiających welfare state, demokratyczny globalizm, wojnę, która miała przynieść korzyści wszystkim państwom świata z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych.
Jest za późno, by cokolwiek konserwować. Niewiele pozostało ze starej republiki, która rozdęła się do opuchłego i rakowatego imperium, grożącego pożarciem tego życia i tej energii, które ocalały. Nie ma potrzeby reformować narodu. To, czego potrzeba, to wyzwolenie go spod okupacji sprawowanej przez armię urzędników federalnych, rządowych menadżerów i grup specjalnych interesów, traktującą obywateli jak ludność podbitego kraju.
Należy odebrać ulice panującej nad nimi klasie kryminalistów. Należy odebrać sądy protektorom tejże klasy kryminalistów. Należy odebrać Kongres i legislatury stanowe prawnikom i politykom, którzy rządzą jedynie we własnym interesie. Należy odebrać Waszyngtonowi władzę i bogactwo, które uczyniły z tego sennego miasteczka najbardziej wystawną imperialną stolicę na świecie.
WYPĘDZIĆ NEOKONSERWATYSTÓW
Murray N. Rothbard uważa, że najważniejszym zadaniem prawdziwego konserwatyzmu w USA jest zrzucenie kontroli sprawowanej dziś nad nim przez neokonserwatystów, odbudowanie więzi z ludźmi zamieszkującymi serce Ameryki poprzez wzniesienie starego dobrego sztandaru wolności indywidualnej, praw własności, ultra minimalnego rządu i polityki zagranicznej, dla której Ameryka jest celem pierwszym i ostatnim (America first and last). Potrzebna jest polityka dążąca do likwidacji wszystkich New Dealowskich i post-New Dealowskich struktur państwa-Lewiatana, do „zwinięcia” rozdętego rządu federalnego, szczególnie jego ciał wykonawczych i sądowniczych i rozwinięcia samorządów lokalnych. Neokonserwatywna elita jest bogata i wpływowa, ale jest słaba u podstaw i pozbawiona zaplecza. Stąd jej strach, kiedy pomyśli, co mogą osiągnąć prawdziwi konserwatyści, kiedy powstaną by walczyć. Strategicznym celem musi być znalezienie sposobu na dotarcie do konserwatywnych mas ponad ich oficjalnymi organizacjami i ponad głowami ich samozwańczych liderów.
NIE MA UCIECZKI PRZED LEWIATANEM
Niektórzy konserwatyści uznali, że nic już nie da się zrobić, i podobnie jak H. L. Mencken w okresie Nowego Ładu Roosevelta uciekają w „nietzscheański cynizm”; inni jak kiedyś’ Whittaker Chambers pogrążają się w religijnych medytacjach wieszcząc Apokalipsę. Ale konserwatywny eskapizm, twierdzi Samuel Francis, nie jest rozwiązaniem, bo Lewiatan jest nieubłagany i ze swej natury agresywny. Millenarystyczny dogmat, który go ożywia, ukryte interesy, którym służy, emocjonalne resentymenty, z których się wykluł, zmuszają go do tratowania winnic, gdziekolwiek się na nie natknie. Lewiatan postanowił rozciągnąć demokrację i Prawa Człowieka na cały świat, planuje wojny, w których Ty i Twoi synowie (i córki!) będziecie musieli walczyć i umierać – bez szansy na zwycięstwo – za sprawy i za ludzi, o których nigdzie nie słyszeliście. Lewiatan bełkocze o „zbiorowym bezpieczeństwie”, o „rozbrojeniu”, o „międzynarodowych Rządach Prawa”, o „współzależności”, o „globalnej demokracji”, o „Nowym Ładzie Światowym”, a wszystko to są tylko globalne wersje zawsze tego samego terapeutycznego, menedżerskiego państwa opiekuńczego (therapeuthic managerial welfare state), które „zbudowano” w kraju. Zabiera ono twoje pieniądze, aby płacić za te wszystkie patologie i neurotyzmy, o których socjalni menedżerowie sądzą, że są „wyższą cywilizacją”. Lewiatan nie zatrzymuje się na granicach miasta i nie zostawia przedmieść w spokoju. Nie ma dokąd uciekać, a teraz gdy przychodzi recesja, nie ma za co uciekać, nawet jeśli byłoby to możliwe.
ROZWÓD Z LEWICĄ
Dlatego strategia defensywna jest nieskuteczna i ci, którzy chcą obronić się przed Lewiatanem, muszą przejść do ofensywy. Amerykańska prawica, twierdzi Francis, nie potrafiła rozpoznać swojej pozycji i stosunku wobec tworzącego się reżimu menedżerskiego, i to niezrozumienie prowadziło ją do błędnej strategii poszukiwania porozumienia zamiast wejścia w ostry konflikt z dominującą elitą nowego reżimu. Amerykański konserwatyzm dał się zasymilować przez rządy lewicy i stał się częścią lewicowego establishmentu, który jeśli nie jest jeszcze w stanie rozkładu, to zagrożony jest poprzez nowe siły, które próbują go pokonać tak samo, jak lewica pokonała swoich poprzedników. Dlatego konserwatyści muszą wziąć rozwód z lewicą i jej rządami, aby stanąć na czele walki o sprawę, która może być zarówno słuszna jak i zwycięska. Prawica musi mieć tyle rozumu i woli, aby porzucić iluzje, którymi karmiła się od początku. Musi porzucić złudzenie, że należy do establishmentu, który należy konserwować, i zrozumieć, że jej wartości i cele leżą poza obecnym establishmentem i skierowane są przeciw niemu. Musi również wreszcie pojąć, że opanowanie rządowej maszynerii bez posiadania władzy społecznej i kulturalnej niczego nie zmieni. W 1980 roku konserwatywni Republikanie objęli kontrolę nad Białym Domem i Senatem i w ciągu następnych lat nie zrobili nic, żeby powstrzymać rozrost Lewiatana lub odwrócić bieg wydarzeń. Przyczyna tej klęski leży częściowo w indywidualnej słabości tych, którzy wygrali wyścig do władzy, ale przede wszystkim w tym, że nie pojęli oni, iż aby efektywnie sprawować władzę polityczną potrzebna jest kulturalna dominacja.
WAKE UP MIDDLE AMERICAN RIGHT!
Samuel Francis uważa, że amerykańska prawica musi szukać swoich naturalnych sojuszników nie w New Haven, czy Waszyngtonie, ale wśród coraz bardziej wyobcowanej i zagrożonej warstwy średniej (Middle America). Strategia prawicy polegać powinna na skierowaniu niezadowolenia Middle Americans przeciwko obecnemu reżimowi, a nie na budowaniu koalicji z obrońcami i beneficjentami reżimu. Farmerzy, robotnicy, drobni przedsiębiorcy i inne nie-burżuazyjne lub postburżuazyjne grupy tworzące Middle America zainteresowane są takimi sprawami jak przestępczość, upadek oświaty, erozjach ekonomicznego statusu. Grupy te sprzeciwiają się wykalkulowanemu niszczeniu ich społecznej, kulturalnej i narodowej tożsamości przez żyjące na ich koszt pasożytnicze elity i pod-klasę beneficjentów opieki socjalnej. Nowa radykalna prawica, sytuująca się w opozycji zarówno do establishmentu, jak i jego sojuszników z nizin społecznych, powinna objąć przywództwo Middle Americans i zmobilizować ich do radykalnej opozycji wobec socliberalnego reżimu. Nie powinna ona rezygnować z wysiłków politycznych, ale przystępując do oblężenia twierdz establishmentu winna być świadoma, że musi również zdobyć władzę kulturalną. Dlatego musi cierpliwie prowadzić pracę na poziomie społecznych i kulturalnych instytucji – rodziny, wspólnoty sąsiedzkiej, szkoły, wspólnot lokalnych, klubów, grup kobiecych, organizacji młodzieżowych, zrzeszeń zawodowych i obywatelskich, w policji i armii. Tylko w ten sposób może rozprzestrzenić się prawicowa kontrkultura – w obrębie reżimu, ale przeciw niemu, w żołądku bestii, ale tak, by nie dać się strawić.
Powstanie takiej infrastruktury prawicowej kontrkultury ważniejsze jest niż bezużyteczne poszukiwanie kandydata na prezydenta lub robienie kariery biurokratycznej. Taka infrastruktura pozwoli łatwiej klasie średniej rozpoznać sposoby zinstytucjonalizowania wyzysku i przeciwstawić się mu. Dopiero wówczas, gdy Middle American Right zdobędzie władzę kulturalną, będzie mogła również zdobyć władzę polityczną nie wchodząc w koalicję z lewicą i nie pertraktując z reżimem. Do wyzyskiwanej przez pasożytnicze elity, atakowanej przez pozostający na ich usługach, wytworzony przez welfare state motłoch, gniecionej przez państwo-Lewiatana, do wyzuwanej przez lewicę z kulturalnej i narodowej tożsamości klasy średniej powinna prawica zwrócić się z wezwaniem: „Walczcie, nie macie do stracenia nic oprócz kajdan!”
Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 18 , 1993; opracował Tomasz Gabiś
