«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 19 (1993)

08.30.14 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 19  (1993)

ROSJA

NASZA STRANA

Ukazujący się w Buenos Aires od ponad czterdziestu lat tygodnik rosyjskiej prawicy emigracyjnej redagowany przez I. Andruszkiewicza, M.Kiriejewa i M. Kazancewa przynosi jak zwykle wiele ciekawych, choć często kontrowersyjnych artykułów. Wiele miejsca poświęcone jest Ameryce, supermocarstwu ery technologicznej, dominującemu nad światem na skalę nieznaną poprzednim epokom. W piśmie znaleźć można również artykuły poświęcone kwestiom religijnym. W numerze 2180 wyróżnia się tekst biskupa emigracyjnego Kościoła Prawosławnego Grzegorza zatytułowany „Sojusz Papieża i ateisty”. Prawosławny hierarcha przypomina artykuł, jaki ukazał się w marcu 1992 roku na łamach „New York Timesa” zatytułowany „Mój współpracownik Papież”, którego autorem był Michał Gorbaczow. Gorbaczow z wielką sympatią wyrażał się o propagowanych przez współczesny Kościół Katolicki ideach ekumenizmu, mających doprowadzić do zbliżenia i połączenia wschodniego chrześcijaństwa z katolicyzmem. Również Papież wielokrotnie wyrażał się z uznaniem o wylansowanym przez Gorbaczowa „nowym myśleniu politycznym”. Nie ma w tym nic dziwnego gdyż, jak twierdzi biskup, ekumenizm to nic innego jak „nowe myślenie polityczne” w teologicznym opakowaniu. Obydwa te prądy myślowe dążą w istocie do tego samego: ich celem jest ostateczne zunifikowanie świata i wyeliminowanie z niego konfliktów. Nie ma więc różnicy między ekumenizmem katolickim i wezwaniami Gorbaczowa do „porozumienia” prawosławia z katolicyzmem. Taka postawa jest szczególnie niebezpieczna w wypadku Kościoła Katolickiego, gdyż dowodzi, iż element polityczny wziął w nim górę nad troską o zachowanie depozytu wiary w niezmienionej postaci. Jednakże Prawosławie nie powinno ulegać ekumenicznej herezji, lecz pozostać wierne słowom Św. Pawła: „Nie wprzęgajcie się w jedno jarzmo z niewierzącymi. Cóż ma bowiem wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością?” (2 Kor. 6,14).

Borys Glebow w obszernym artykule „Rosyjska przestrzeń geopolityczna” z numeru 2182 rozważa, jakie może być miejsce Rosji w rodzącym się nowym światowym ładzie politycznym. W chwili obecnej Rosja przeszła z roli mocarstwa światowego do grupy mocarstw regionalnych. Co więcej, koncepcja Nowego Ładu Politycznego Jerzego Busha w ogóle nie przewiduje dla Rosji znaczącego miejsca na światowej arenie politycznej, Krajom zainteresowanym w osłabieniu Rosji udało się w znaczącym stopniu zrealizować projekt neutralizacji tego kraju opisany przez Zbigniewa Brzezińskiego jeszcze w 1965 roku w hiszpańskim czasopiśmie „Revista de Occidente”. Brzeziński przewidywał, że Europa Wschodnia i europejska część Rosji zostaną „włączone” do rozszerzonej Wspólnoty Europejskiej, zaś azjatycka część Rosji dostanie się w sferę wpływów regionu Pacyfiku, a więc Japonii i Chin. Dlatego też rząd amerykański oraz rządy krajów Zachodniej Europy popierają dokonujące się właśnie rozczłonkowanie Rosji, ukrywając swe intencje polityczne za fasadą frazesów o „prawie do samostanowienia” i „luźnej wspólnocie niezależnych państw”, Jednakże dla Rosji polityka tego typu jest zgubna, sprowadza się ona bowiem do utrwalania obecnego status quo, co oznacza chroniczną zapaść gospodarczą i konieczność ciągłych ustępstw na płaszczyźnie politycznej czyli permanentną polityczną kapitulację. Działania krajów zachodnich są jednak skazane na porażkę. Stanie się tak dlatego, iż rosyjska przestrzeń geopolityczna ukształtowana ostatecznie w XIX stuleciu nie przestała istnieć, mimo że jej wewnętrzna struktura została w wielu miejscach poważnie nadszarpnięta. Pośrednim potwierdzeniem tego faktu są słowa prezydenta formalnie niezależnej Armenii skierowane do rządu Turcji w związku z jej zaangażowaniem w konflikt ormiańsko-azerbejdżański. Lewon Ter-Petrosjan protestując przeciw politycznemu zaangażowaniu Turcji na rzecz Azerów powołał się na „Traktat o przyjaźni i braterstwie” podpisany w 1921 roku przez rządy Sowieckiej Rosji i Turcji. Rosja nie przegrała więc ostatecznie walki o odpowiednią dla niej rolę w polityce światowej. Musi jednak wyłonić się nowa generacja trzeźwych i rozsądnych mężów stanu, którzy zerwą z jelcynowską polityką „dobrowolnej kastracji” państwa rosyjskiego i swoistego serwilizmu wobec Niemiec i Stanów Zjednoczonych.

W numerze 2183 Igor Andruszkiewicz zastanawia się nad stanem współczesnej demokracji. Zdaniem autora jesteśmy świadkami głębokiego kryzysu procedur demokratycznych w skali światowej. W większości państw ludzie mają dość partyjnej polityki i gospodarki, dlatego też coraz częściej sukcesy wyborcze odnoszą ludzie spoza układów lub też outsiderzy we własnych partiach (Menem, Fujimori, de Mello, Perot). Charakterystyczna jest także ślepa wiara establishmentu w zbawczą moc konstytucyjnych reform, które mają być panaceum na problemy gospodarcze, społeczne a nawet ekologiczne, Reforma konstytucyjna stała się nowym zaklęciem używanym przez polityków szamocących się w błędnym kole partiokracji. Obecna demokratyczna frazeologia i demokratyczne struktury władzy stały się quasi-religią. Ich wiarygodność jest poza wszelką dyskusją i są one rozprzestrzeniane, głównie przez Amerykę, na cały świat. Cały misternie zbudowany aparat polityczny współczesnych państw przeznaczony jest do konserwowania i utrwalania tych nieefektywnych struktur. Jest to globalna krucjata polityczna przygotowująca nadejście Nowego Porządku Światowego. Paradoksalnie powoduje to jednak swoistą inflację „wartości demokratycznych”, nie są one bowiem w stanie przejść twardego egzaminu rzeczywistości politycznej. Powodem owego „zmierzchu demokracji” jest faktyczne odrzucenie przez nią etycznych zasad polityki, co powoduje jej nieuchronny choć powolny dryf na lewo. Inne przyczyny to wszechobecna w niej korupcja oraz niski poziom wiedzy politycznej zarówno wśród polityków, jak i wyborców. Trzeba zerwać z fetyszem absolutnej demokracji, aby uchronić świat od zagrażającego mu chaosu i anarchii.

Oleg Płatonow, student z Moskwy w artykule „Rosyjska cywilizacja” (numer 2185) kreśli sentymentalny obraz Świętej Rusi – państwa, w którym ludzie żyli zgodnie z chrześcijańskim ideałem ascezy, skupieni w niewielkich wiejskich wspólnotach, państwa w którym pojęciu postępu rozumianego jako jednostajny ruch naprzód (dominującemu w kulturze Zachodu od czasów Odrodzenia) przeciwstawiano pojęcie dążenia wzwyż, ku wyżynom Boskiej doskonałości; państwa które odeszło w przeszłość zabite duchem Oświecenia i gwałtowną okcydentalizacją epoki Piotra I.

Numer 2192 poświęcony jest znowu problemom globalnej polityki. Autor ukrywający się za inicjałami P.N. pisze, że w chwili, gdy powstawały Stany Zjednoczone na świecie istniało około trzydziestu pięciu niezależnych państw, Po I wojnie światowej liczba ta uległa podwojeniu. Obecnie istnieje już ponad 190 państw. Zgodnie z „oficjalną wersją historii” produkowaną przez lewicowych intelektualistów, wzrost ilości państw jest wynikiem rozprzestrzenienia się w świecie ideologii liberalnej, traktującej wolność indywidualną i wolność narodów jako równie ważną. Jednakże prawdziwą przyczyną wzrostu ilości krajów suwerennych było dążenie Stanów Zjednoczonych do wyeliminowania innych „imperiów” z polityki światowej. Ameryka weszła do wielkiej polityki po wojnie secesyjnej i od tego czasu jej mesjanistyczne ciągoty do panowania nad światem stały się oczywiste zaś doktryna izolacjonistyczna stała się muzealnym zabytkiem, Liberalna frazeologia lub, jeśli ktoś woli, ideologia, nie była więc przyczyną, ale narzędziem, jakim posłużyli się Amerykanie w walce z europejskimi mocarstwami. Wynikiem tej walki było stałe zmniejszanie się liczby mocarstw przy jednoczesnym wzroście liczby państw, Koniec I wojny światowej to upadek Austrii i Turcji oraz katastrofa w Rosji i rozczłonkowanie jej na republiki, co stworzyło dobre perspektywy dla wyłonienia z niej szeregu kolejnych „suwerennych” państw. Kiedy tworzono ONZ, mówiono już o pięciu wielkich mocarstwach, nie była to jednak „pentarchia imperiów” czasów Metternicha. W chwili obecnej koncentracja doszła do szczytu. Jedynym niekwestionowanym liderem są Stany Zjednoczone, zaś obok nich pozostały juz tylko dwa centra makropolityczne: Europa Zachodnia oraz strefa północnego Pacyfiku z Japonią. Powszechnie mówi się o stworzeniu światowego monoimperium (koncepcja Nowego Ładu Politycznego). Autor artykułu twierdzi jednak, że jedno z mocarstw zdołało przetrwać burzliwy okres likwidacji imperiów. Państwem tym jest, zdaniem P.N., Japonia. W Japonii odradza się poczucie narodowej dumy, rośnie też przekonanie Japończyków o ich technologicznej przewadze nad resztą świata. Świadectwem japońskiego renesansu jest niedawno wydana książka ex-ministra transportu Japonii Shintaro Ishihary „Japan that can say no”. Ishihara twierdzi w niej wprost, że świat XXI wieku będzie zdominowany politycznie przez Grupę Dwóch, jednakże liderem owej grupy nie będą Stany Zjednoczone.

W numerze 2203 wyróżnia się tekst Igora Szafarewicza „Pod znakiem smuty”. Szafarewicz, jeden z nielicznych prawicowych dysydentów, którzy nigdy nie opuścili ZSRS, jest między innymi autorem doskonałych esejów „Rusofobia” i „Socjalizm jako zjawisko światowej historii”. W artykule opublikowanym w „Naszej Stranie” pisze on, że Rosja wciąż znajduje się w epoce rewolucji. Ślady myślenia rewolucyjnego widoczne są na każdym kroku. Kiedy w sierpniu 1991 roku zakończył się moskiewski „pucz” jeden z czołowych rosyjskich polityków publicznie ogłosił klęskę „kontrrewolucyjnego przewrotu”. Oznacza to, iż obecne elity polityczne Rosji nadal postrzegają rzeczywistość w kategoriach rewolucji i kontrrewolucji, że politycy czują się rewolucjonistami. Dopóki wszechobecny rewolucjonizm nie zostanie pokonany, dopóty polityczne i duchowe odrodzenie Rosji pozostanie w sferze marzeń snutych przez moskiewskich intelektualistów.

Na łamach „Naszej Strany” często gości wybitny publicysta emigracyjny Włodzimierz Rudinski. W numerze 2209 przypomina on w artykule „Niechciana prawda” o niechlubnej karcie alianckiej wojny z 1945 roku, pisząc o obozach koncentracyjnych tworzonych przez Anglików i Amerykanów dla żołnierzy armii Własowa, którzy nie chcieli dobrowolnie oddać się w ręce NKWD. „Niepokornych” karano w tych obozach w wyrafinowany sposób, między innymi ograniczając im dzienne racje żywnościowe do miniaturowego kawałeczka smakowicie przyrządzonej ryby. Z kolei w numerze 2210 poświęca Rudinski obszerną recenzję książce Józefa Mackiewicza „Od Wilii do Izery”.

W najnowszych numerach pisma również znaleźć można szereg interesujących artykułów, między innymi Igora Andruszkiewicza o reformach gospodarczych w Argentynie oraz Mikołaja Aleksandrowa o myślicielach rosyjskiej prawicy, takich jak Iwan Sołoniewicz, Mikołaj Danilewski i Iwan lljin. W numerze 2116 znaleźć można też krótki tekst „Jezuici znowu są w Moskwie”, którego autor przypomina, że ten katolicki zakon był zawsze szczególnie wrogi prawosławiu i Rosji.

NIEMCY

CRITICÓN

W numerze 131 monachijskiego dwumiesięcznika Markus Josef Klein przedstawia życie i twórczość Ivo Andrića, laureata literackiej nagrody Nobla z 1961 roku. Andrić urodził się w 1892 roku (zm. w 1975) w miejscowości Dolac koło Trawnika w Bośni, w katolickiej rodzinie chorwackiej. Studiował m. in. w Wiedniu i    Krakowie. W okresie międzywojennym pracował w dyplomacji Królestwa Jugosławii. W latach 1945-50 był posłem do parlamentu Bośni-Herzegowiny, od 1950 – Jugosławii. W 1954 roku wstąpił do partii komunistycznej. W1958 roku wycofał się całkowicie z życia publicznego. O ojczyźnie Andrića – Bośni wiele się dziś mówi i pisze. Południowo-wschodnia Europa, gdzie leży Bośnia to skomplikowana mozaika narodowo-religijno-kulturalna, prawdziwa „skóra tygrysa”. Tutaj właśnie w Bośni znajduje się euroazjatycki most, pas przejściowy pomiędzy Europą i Azją, gdzie zlewały się narody i kultury najróżniejszego pochodzenia i rodzaju ze Wschodu i z Zachodu, z Południa i Północy. Spotykały się one zarówno w pokojowej pracy, jak i w walce, przenikały, nawarstwiały i miejscami mieszały. Tak powstała szczególna dynamika tej przestrzeni życiowej nielicznych pod względem ludnościowym narodów będących w ruchu i zwalczających się wzajemnie, gdzie swoje interesy i władcze roszczenia realizowały mocarstwa. Tutaj spotykały się: bizantyńsko-orientalny świat Wschodu i romańsko-germański świat Zachodu, tutaj występowało wielkie napięcie pomiędzy Orientem i Okcydentem i związane z nim napięcia polityczne, cywilizacyjne i kulturowe. Obszar ten był kością niezgody nie tylko ze względu na swoją rolą jako „kraju przejścia”, ale także ze względu na wyjątkową narodową i religijną mieszaninę, której metafizyczna geografia wymyka się wszelkim próbom racjonalnego wyjaśnienia. Tutaj w poprzek Bałkanów, a dokładniej wzdłuż bośniackiej rzeki Driny przebiegała granica między Wschodem i Zachodem. W roku 395 rzymski cesarz Teodozjusz podzielił cesarstwo na część wschodnią i zachodnią i tutaj do dzisiaj przebiega granica pomiędzy chrześcijaństwem rzymsko-katolickim a grecko-ortodoksyjnym. Tutaj od roku 1463/82 do 1878 przebiegała zachodnia granica panowania Osmanów i od 1878 roku wschodnia granica monarchii habsburskiej. Dopiero powstała w 1918 roku Jugosławia zapragnęła granicę tę przezwyciężyć. W jak niewielkim stopniu to się udało widzimy dziś po ponad 70 latach, kiedy zielona, spieniona Drina znów jest granicą tak jak w 385 roku po Chrystusie.

Bośnia, kraj leżący w środku Jugosławii, nosi w sobie wszystkie jugosłowiańskie konflikty: z 4,35 min mieszkańców 31,3% to ortodoksyjni Serbowie, 18,5% katoliccy Chorwaci, 43,7% muzułmanie (głównie Serbowie, którzy kiedyś przeszli na islam), do tego Żydzi, Czarnogórcy, Słoweńcy, Macedończycy, Albańczycy, Turcy i Cyganie. Tu spotykają się nacjonalizmy: serbski i chorwacki, twardy katolicyzm i fundamentalistyczny islam, słowiańskość i środkowoeuropejskość. Tutaj wzdłuż i wszerz przebiegają wszystkie możliwe fronty i tutaj właśnie tkwią korzenie twórczości Andrića, który pisał: „Nikt nie wie, co to znaczy urodzić się i żyć na granicy dwóch światów, znać i rozumieć je oba i nie móc nic uczynić, żeby się porozumiały i zbliżyły do siebie; co to znaczy kochać je i nienawidzić, wahać się i chwiać to na jedną to na drugą stronę przez cale życie, mieć podwójną ojczyznę i nie mieć żadnej, wszędzie być u siebie i wszędzie być obcym. Krótko mówiąc: żyć przybity do krzyża, być ofiarą i sprawcą w jednej osobie”. Twórczość Andrića, jego powieści, opowiadania i eseje to widzenie ludzkiej egzystencji w dramatyczny sposób uwikłanej w historię, to próba ogarnięcia rzeczywistości w całej jej wielowymiarowości, opis ludzkiej duszy wiecznie ukrzyżowanej pomiędzy metafizyczną tęsknotą i potrzebą religii a siłami instynktu i ziemi, to wyraz świadomości twardniejącej jak stal w ogniach i rzeziach historii, opornej wobec każdej ideologii i każdej abstrakcji.

U Andrića tkwiąca w zachodniej tradycji analiza psychologiczna łączy się ze wschodnim poddaniem się losowi, miłość do świata i ludzi z bezlitosnym opisem przemocy i terroru. Andrić mówi to, czego nie mówią utopie i ideologie, mówi, że zło jest czymś nieodłącznym od ludzkiej egzystencji, czymś co przynależy do życia. Andrić pisał: „Nie wiem, czy moje utwory są realizmem, ale wierzę, że są realnością. Kiedy piszę trzymam się rzeczywistości i dążę do tego, aby innym wyjaśnić jak najwięcej z jej bezgraniczności zaczynając od kamienia i rośliny aż do człowieka, do jego świadomego myślenia i ciemnych popędów, od gwiazd, które każą nam marzyć, gdy na nie spoglądamy, od snu i fantazji po chleb, który jemy, po prawa, według których żyjemy, po wszystkie pragnienia, którym ulegamy”. Język w jakim Andrić opisuje rzeczywistość jest twardy i jasny jak granit. W jego ojczyźnie – Bośni w jak mało którym kraju znaleźć można tyle mocnej wiary, tyle stałości charakteru, tyle delikatności i namiętnej miłości, tyle głębi uczuć, przywiązania i niezłomnego oddania, tyle głodu sprawiedliwości. Nieszczęściem mieszkańców Bośni jest to, że nie przeczuwają ile nienawiści jest w ich miłości, ich entuzjazmie, ich tradycji i religijności. Występujący w utworach Andrića most na Drinie jest mostem pomiędzy zwalczającymi się światami – duchowymi i konkretnymi, światami Wschodu i Zachodu, które prawie wykluczają się wzajemnie i zderzają ze sobą. Most ten jest ostry i wąski jak damasceńska klinga. Często zbyt wąski, szczególnie gdy z zewnątrz wnoszone są dodatkowe konflikty zmuszające ludzi do opowiedzenia się po jakiejś stronie. Tak powstaje zło czynione przez zwyczajnych ludzi i przez nich niezauważane, zło codzienne wynikające z niezwyczajnych cech tych ludzi a często nawet z ich cnót. Równocześnie ten wąski most jest jedyną platformą, na której Bośniacy, wszystkie jugosłowiańskie narody i religie, Wschód i Zachód mogą współegzystować poza ideologiami wtłaczającymi ich w sztuczne niby-historyczne konstrukcje. Andrić, który wierzył, że taka koegzystencja jest możliwa, wyrażał równocześnie obawę (już w 1920 roku), że pod powierzchnią drzemią ukryte na razie stare waśnie i kainowe plany. Dzisiaj widzimy, że jego obawy nie były bezpodstawne. Dlatego jego twórczość jest teraz bardziej aktualna niż kiedykolwiek. Musimy ją na nowo odkryć.

Carl Gustaf Ströhm w artykule „Bośniacka tragedia” omawia niektóre aspekty sytuacji na Bałkanach wskazując na to, że Bośnia jest krajem bogatym w surowce i pod względem strategicznym zajmuje kluczową pozycję. Kto ma Bośnię ten ma w ręku klucze do Bałkanów i do Adriatyku. Na szczęście nie ma (w każdym razie aktualnie) żadnego mocarstwa, które miałoby interes w roznieceniu nowego konfliktu bałkańskiego. Tylko dlatego wojna ma lokalny charakter. Całkowicie iluzoryczne są, zdaniem autora artykułu, wyobrażenia zachodnich rządów, że po zakończeniu działań wojennych Serbowie, Chorwaci i muzułmanie będą żyli w Bośni w harmonii i pokoju, tak jakby nic się nie stało. Powstały straszliwe podziały, nagromadziła się taka „wina krwi”, że nikt nie wie, kiedy serbscy i muzułmańscy sąsiedzi po tylu masakrach i grabieżach znowu nabiorą do siebie zaufania. Być może ten ozdrowieńczy proces potrwa dziesięciolecia, a tyle czasu nie ma. Po zakończeniu „oficjalnej” wojny należy się liczyć raczej z drugą „małą wojną”, której towarzyszyć będą zamachy terrorystyczne szczególnie, że Bośnia stać się może strefą działania „doświadczonych” grup terrorystycznych z Bliskiego Wschodu.

Gregor M. Manousakis przybliża czytelnikom problem islamu w Europie Południowo-Wschodniej i rolę odgrywaną przez Turcję w tym regionie. W Albanii, Bułgarii, Grecji, b. Jugosławii i Rumunii żyje przypuszczalnie ok. 7 min muzułmanów. Stali się oni przedmiotem zainteresowania Turcji. Do II wojny światowej Turcja nie mieszała się w sprawy islamskich mniejszości na Bałkanach. Ta polityka zaczęła ulegać zmianie od 1950 roku, kiedy to po zwycięstwie Partii Demokratycznej Turcja przyjęła kurs proislamski. Re-islamizacja spowodowała, że panislamizm i panturkizm stały się ogólnie akceptowaną podstawą tureckiej polityki. Po puczu wojskowym w 1980 roku tendencje te uległy dalszemu wzmocnieniu. Turcja zintensyfikowała swoje stosunki z krajami islamskimi i stała się pełnym członkiem Konferencji Islamskiej, Zaczęła również oddziaływać propagandowo na mniejszości islamskie m. in. w Bułgarii i Bośni-Hercegowinie chcąc w ten sposób doprowadzić do tego, żeby postrzegano ją jako siłę mogącą zapewnić ład polityczny na Bałkanach. Prezydent Turcji Turgut Ozal oznajmił w grudniu 1991 roku: „obecna koniunktura historyczna daje Turcji sposobność odwrócenia procesu kurczenia się, który rozpoczął się pod murami Wiednia. W czasach ekspansji narodu tureckiego pod osmańskimi sztandarami udało się nam utworzyć religijne i rasowe przyczółki w regionie Bałkanów: w Jugosławii, w Bułgarii, w Albanii i Grecji. (…) Nasza ekspansja została zatrzymana pod Wiedniem. Teraz znowu pojawia się dla nas szansa odgrywania znaczącej roli”. Manousakis zwraca również uwagę, że Turcja stara się zyskiwać wpływy także w dawnych środkowoazjatyckich republikach radzieckich, co cieszy się poparciem Waszyngtonu. Ale Waszyngton popełnia dwa poważne błędy. Po pierwsze popiera demokratyzację w tych republikach nie rozumiejąc, że tak jak kiedyś w Europie skutkiem demokracji był nacjonalizm, tak i tutaj demokratyzacja doprowadzi do umocnienia wpływów islamskiego fundamentalizmu, czemu Waszyngton pragnie zapobiec. Po drugie Amerykanie popierają Turcję w jej aspiracjach politycznych sądząc, że turecki model państwa laickiego stworzony przez Kemala Paszę będzie wzorem dla postradzieckich republik, w których dominuje islam. Ale, stwierdza Manousakis, tureckiego modelu państwa laickiego nie da się tam zastosować z tej prostej przyczyny, że nie funkcjonuje on już w samej Turcji. Armia turecka trzy razy (1960,1971,1980) interweniowała w obronie kemalizmu. Rezultat: siła partii antykemalistowskich i proislamskich rośnie nieustannie.

Hans-Georg Studnitz zastanawia się nad losami RPA. Referendum z marca 1992 roku, w którym 68,7% uprawnionych do głosowania było za zniesieniem apartheidu oznacza koniec białej RPA, co należy rozpatrywać w kontekście całego procesu tzw. dekolonizacji, czyli opuszczenia Afryki przez Brytyjczyków, Francuzów, Hiszpanów, Włochów, Portugalczyków i przedstawicieli innych narodów, którzy uczynili z Afryki kwitnący i samodzielny pod względem gospodarczym kontynent. Dziś Afryka to obszar nędzy, gdzie codziennością są: głód, epidemie i krwawe przewroty. Do tego dochodzi zniszczenie przyrody, wyjałowienie gleby przez monokultury, wytępienie wielu gatunków zwierząt. Wyjątkiem była RPA, która jednak pogrąża się coraz bardziej w polityczno-gospodarczym kryzysie. Polityka prezydenta de Klerka oznacza w istocie uznanie, że RPA jest nieodłączną częścią Czarnej Afryki, częścią Trzeciego Świata. Nie wiadomo, co stanie się kiedy Czarni przejmą władzę w RPA. Albo uda się znaleźć jakiś model współżycia między Białymi i Czarnymi, którzy powinni, tak jak Czarni w Zimbabwe (dawniej Rodezja), zrozumieć, że bez Białych będą głodować. Jeśli tego nie zrozumieją, dawna RPA stanie się normalnym krajem afrykańskim z wojnami domowymi, walkami plemiennymi, z epidemiami i nędzą.

Na koniec warto odnotować artykuł Angeliki Willig na temat twórczości i biografii francuskiego pisarza Louisa-Ferdinanda Céline’a – autora słynnej powieści Podróż do kresu nocy, który żył w latach 1894-1961. Podróż… określił sam jako „pierwszą powieść komunistyczną”. Po pobycie w Związku Radzieckim radykalnie zrywa z pro-komunistycznymi sympatiami. Doświadczenia z tego pobytu opisał w książce Mea Culpa wydanej w 1936 roku. Nic dziwnego, że wpływowi krytycy literaccy zwrócili się przeciw niemu. Prawdziwi komuniści, tacy jak Paul Nizan, już wcześniej rozpoznali, że Céline to dla nich ktoś obcy: „Céline nie jest jednym z nas: niemożliwe jest zaakceptowanie jego głęboko zakorzenionej anarchii, jego pogardy dla ludzi, jego uniwersalnej nienawiści, z której nie jest wyłączony proletariat. Ta totalna rewolta może go zaprowadzić wszędzie – do nas, przeciw nam, w pustkę”. Podróż do kresu nocy chwalił na prawicy Leon Daudet z Akcji Francuskiej i Trocki na lewicy. Opublikowanych później Pogromowych drobiazgów (1937) i Szkoły trupów (1938) nic chyba nie przewyższa w ostrości antyżydowskich sformułowań . Céline sam zniszczył swoją reputację i z rozmysłem wtrącił się w izolację–- prowokacja udała się i musiał za nią płacić do końca życia. W polityce był zwolennikiem rewolucji narodowej i sojuszu z Niemcami. Kiedy wybuchła wojna, działając zgodnie ze swoją dewizą, że należy robić odwrotnie niż się pisze, zgłasza się na ochotnika do wojska, ale nie zostaje przyjęty z powodu skutków rany odniesionej na polach Flandrii w 1914 roku. W czasie okupacji niemieckiej wydaje Piękne prześcieradła rezygnując, co charakterystyczne, z wszelkich proniemieckich i antysemickich akcentów. Zamiast tego głosi pochwałę radykalnego, utopijnego komunizmu, przez co traci całkowicie sympatię francuskiej prawicy. Oskarżony o kolaborację (w rzeczywistości chodziło o Pogromowe drobiazgi) ucieka w 1944 roku z Francji. Potem więzienie i emigracja.

Wizja człowieka i świata prezentowana przez Céline’a niewątpliwie nie jest „humanistyczna”. Bez wątpienia jednak ma to, co było dlań najważniejsze – styl: „Nie jestem człowiekiem idei, jestem człowiekiem stylu”. Jeśli Prawda i Piękno warunkują się nawzajem to współczesne czasy wymagają tego braku litości, z którym Céline sam siebie sprowadził do roli nie-człowieka. Płacił za to odpowiednią cenę, „aby dotrzeć do punktu, w którym noga tancerki staje się odzwierciedleniem świata i jego rytmu, odbiciem Boga”.

Armin Mohler w tym samym numerze opisuje wrażenia z ponownych, po 12 latach, odwiedzin w Irlandii, która przetrwała osiem wieków angielskiej kolonizacji i związane z nią „etniczne czystki”, w niektórych wypadkach graniczące wręcz z ludobójstwem. Irlandia nigdy nie przyjęła systemu wartości, które chciała narzucić jej władza okupacyjna pozostając wierną Kościołowi katolickiemu i św. Patrykowi. Zielona Wyspa leżąca na skraju Europy miała dla wielu, także dla autora, niepowtarzalny urok. Dziś jednak ukazuje swe inne, zmienione oblicze. Nawet na prowincji Stara Dobra Irlandia odchodzi w przeszłość wpadłszy w niwelatorskie tryby „Europy”. Irlandia została wessana przez EWG, która zainstalowała na wyspie państwo socjalne. Bezrobocie sięga 17% a pobieranie zasiłków i innych „dobrodziejstw” państwa opiekuńczego stało się sportem narodowym. Irlandia otrzymuje z brukselskiej kasy sześć razy więcej niż do niej wpłaca (nic dziwnego, że za przyjęciem traktatu z Maastricht było 60% Irlandczyków). Sposób w jaki Irlandczycy z szeroko otwartymi ustami siedzą i czekają na EWG-owskie pieczone gołąbki, przywodzi na myśl tych mieszkańców kilku wysp na Pacyfiku, których podczas II wojny światowej Amerykanie zaopatrywali w żywność i którzy później siadali nad brzegiem morza modląc się do „białych bogów”, aby znowu im coś przywieźli. Pod „europejskim” walcem ginie to, co zawsze przyciągało przyjaciół Irlandii: specyficzna atmosfera tej wyspy, spontaniczność, gwałtowność, pewna nieobliczalność jej mieszkańców. Czy ten dumny naród tak przywiązany zawsze do niezależności, od którego przed wiekami po wędrówce ludów wyszedł impuls nowego uformowania Europy zamieni się w naród „cwaniaczków” żyjących z cudzej łaski? Czy może jeszcze rozgorzeje w nim płomień, o którym przed laty mówiła autorowi pewna rudowłosa Irlandka i pozwoli odegrać mu w Europie rolę godną jego wspaniałej tradycji? Autor ma nadzieję, że tak się stanie.

W tym samym numerze monachijskiego dwumiesięcznika Johannes Rogalla von Bieberstein oskarża partie bońskiej koalicji o to, że uznały przeprowadzoną w latach 1945-49 w radzieckiej strefie okupacyjnej „reformę rolną”, czyli brutalne i dokonane bez jakichkolwiek odszkodowań wywłaszczenie tysięcy właścicieli ziemskich. Takie postępowanie rządu bońskiego to według autora uderzenie w cały system prawny i w konstytucję, w prawa własności, Fakt, że CDU nie chce anulować skutków komunistycznego rabunku potwierdza coraz powszechniejsze w Niemczech przekonanie, że jest to partia socjaldemokratyczna w chrześcijańskim opakowaniu.

STAATSBRIEFE

Przeglądając zeszłoroczne numery monachijskiego miesięcznika natkniemy się na wiele interesujących tekstów. I tak na przykład Christian Hornig w artykule „Europa i Słowianie” zastanawia się, na ile Słowianie należą do Europy. Powołując się na Kanta i Hegla Hornig twierdzi, że Słowianie bardzo późno wkraczają do historii pozostając cały czas w trwałym związku z Azją. Siła ich kulturalnego promieniowania jest niewielka. Jeśli chodzi o samą Rosję to według Spenglera należy ona do Azji i jest krajem całkowicie pozbawionym typowego dla kultury Zachodu metafizycznego, faustycznego dążenia wzwyż. Socjolog Alfred Weber nie zalicza Rosji ani do Europy, ani do Azji przyznając jej odrębną historię. Od Europy oddziela Rosję cyrylica. Ortega y Gasset także nie zaliczał Rosji do krajów europejskich. Według hiszpańskiego myśliciela Słowianie to dla Zachodu sąsiedzi zza miedzy. Cierpią oni, uważa Hornig, na kompleks niższości spowodowany tłumionym przekonaniem, że niewiele wnieśli do światowej kultury. Autor cytuje obficie Gombrowicza z „Dzienników”, w których tenże lamentuje nad polską „drugorzędnością”, „impotencją kulturalną” itd. Polacy, zdaniem Horniga, powinni krytycznie prześwietlić swoją „chaotyczną przeszłość” i nauczyć się skromności. Rosjanie natomiast powinni zapytać samych siebie, po co im przynależność do Europy. Powinni raczej, aby się odrodzić, odrzucić radykalnie wszystkie idee brodatego proroka z Trewiru i zwrócić się ku własnej wielkiej religijnej przeszłości i ku swej genialnej dziewiętnastowiecznej literaturze.

Naczelny redaktor i wydawca „Staatsbriefe” Hans-Dietrich Sander w artykule „O Rosjanach i Niemcach” cytuje Stefana Georgego, który wyraził się, że Rosjanie są z natury narodem receptywnym, przyjmującym i biorącym i sami z siebie nie są zdolni do stworzenia społecznej czy politycznej formy. Brak im według poety elementu fallicznego. Jeśli jednak element ten zostanie wniesiony z zewnątrz, to z Rosji może wówczas wyjść coś twórczego i oryginalnego. Sander rozwija myśl Georgego pisząc, że Rosjanie są w pewnym sensie obojnakami – ich charakter i duch mają cechy kobiece. I to właśnie czyniło Rosję tak atrakcyjną dla wielu ludzi w Europie, także i w Niemczech. Na tę męsko-kobiecą naturę rosyjskiego ducha zwrócił uwagę już Bismarck, który ludy germańskie zaliczał do męskich, zaś słowiańskie i celtyckie do kobiecych. Według Bismarcka Rosjanie nie potrafią osiągnąć niczego bez Niemców. Sander jest tego samego zdania i stwierdza, że to Germanie począwszy od Waregów „zapładniali” Rosję i nadawali jej polityczną formę. Było to dla Rosji konieczne i dobroczynne ale chaotyczna dusza rosyjska buntowała się przeciw temu. Dlatego stosunek Rosjan do Niemców był zawsze „miłosno-nienawistny”. Ten konflikt między „substancją” a „formą” w Rosji nie pozwolił jej stać się spokojnym, spoczywającym w sobie mocarstwem, lecz był zawsze źródłem wewnętrznych napięć, niepokoju i nieobliczalności. W interesie Rosji są silne i bogate Niemcy, czego dowodzi historia obu krajów. Kiedy w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku Rosja przyjęła kurs antyniemiecki, okazało się to zgubne zarówno dla Rzeszy jak i dla caratu, który nie przeżył I wojny światowej. Wielkim błędem Niemców była z kolei polityka Hitlera wobec narodów ZSRR po inwazji 1941 roku. Ta całkowicie fałszywa polityka pozwoliła w efekcie dojść Rosjanom do Łaby i rozczłonkować Rzeszę. Ale było to zwycięstwo pyrrusowe. Dzisiaj po upadku komunizmu przy braku elementu germańskiego w elicie Rosja zapada się w swoją żeńsko-męską dwubiegunowość. Sama sobie pomóc nie może i nie może też liczyć na pomoc niemiecką, bo nie ma już Rzeszy. A tylko taka pomoc mogłaby ją uratować. Można dać Rosji miliardy, i tak wszystkie wyparują jak kropla wody na gorącym kamieniu. Dziś Rosja zataczając się podąża ku chaosowi, który trwać może dziesięciolecia niszcząc jedno pokolenie po drugim. A w końcu może utonąć w bezhistoryczności, z której kiedyś się wynurzyła. Rosjanie nie mogą czekać na Waregów, Hanzę czy kolonizację niemiecką. To trwałoby stulecia. Rosja nie może czekać, musi zdobyć się na wysiłek i zacząć już teraz. Zacząć od enklawy królewieckiej, która już faktycznie do Rosji nie należy a jeszcze nie należy do Niemiec. Obszar ten może stać się swego rodzaju laboratorium, gdzie wypracowany zostanie model przyszłej niemiecko-rosyjskiej współpracy. Zarówno Niemcom, jak i Rosjanom potrzebne jest umocnienie dumy narodowej, Rosja i Rzesza Niemiecka potrzebują się nawzajem.

W innym swoim artykule Sander formułuje „posłowie do Republiki Federalnej Niemiec”. Żywot polityczny RFN zbliża się do końca. Nie ma kto podtrzymać jej przy życiu i nawet nie zasługuje ona na to. Zachodnioniemiecka klasa polityczna ostatkiem sił doczołgała się do Maastricht i tutaj padła. Sądziła ona, że „Europa” uwolni ją od ciężaru niemieckich problemów. Ale jeśli unia polityczna rzeczywiście dojdzie do skutku, to będzie to unia politycznych i finansowych bankrutów, którzy jedni na drugich spychać będą własne problemy. RFN była tworem antypruskim, podczas gdy dziś państwo niemieckie potrzebuje „prusyfikacji”. Potrzebna jest wymiana elit i demontaż „europejskich” struktur, co powinno się dokonać na drodze z Bonn do Berlina. Podstawowe pytanie brzmi, czy Berlin ma dość tej magicznej siły, która sprawi, że zmartwychwstanie jego genius loci. Niemcy muszą powrócić do swych dawnych cnót i wartości, które tak wielu z nich dziś opluwa. Tylko z ich pomocą mogą podnieść się ponownie. Niech się nie boją swojej „odrębnej drogi”. Demokracja w skali globalnej zbliża się do zasłużonego końca, po którym każdy naród będzie musiał odnaleźć swą własną drogę, którą szedł zanim wszystko zniwelowały uniwersalistyczne systemy.

„Staatsbriefe” zapoczątkowały w zeszłym roku debatę na tematy konstytucyjne. M. in. swoje projekty konstytucji Rzeszy Niemieckiej przedstawili Reinhold Oberlercher i Thomas Finke. Natomiast H. -D. Sander snuje wizję Rzeszy jako republiki absolutnej, która zastąpi obecną ochlokrację. Na czele państwa stanie prezydent odpowiednio długo sprawujący swój urząd, aby zapewnić ciągłość polityki wewnętrznej i zagranicznej. Rządził będzie wespół z gabinetem złożonym z powoływanych i odwoływanych przez niego fachowych ministrów. Ten rząd będzie zarówno legislatywą jak i egzekutywą, których rozdział jest mitem propagowanym przez współczesną naukę o państwie. Ministrów wspierał będzie system izb, których członkowie rekrutować się będą z korporacji zawodowych i stanowych (przy mieszanej procedurze: wybory i nominacja). Powszechne prawo wyborcze ograniczone zostanie do szczebla gminnego, Państwo opierać się będzie nie tyle na konstytucji co na administracji, która nie wyrodzi się w niczym nieograniczoną biurokrację, jak to ma miejsce w partyjnym państwie konstytucyjnym. Oczywiście transfiguracja RFN w republikę absolutną może udać się jedynie wówczas, jeśli w narodzie niemieckim istnieją rezerwy siły. Nie byłoby niczym dziwnym, gdyby siły te nie istniały. Wszak już Nietzsche pisał, że europejska demokracja to rozpętanie lenistwa i słabości. Na razie możemy tylko powiedzieć tyle, że siły te są niewidoczne. Ale być może przykrywa je tylko wszystko niwelujące bagno.

Reinhold Oberlercher w artykule „Istota i upadek Ameryki” pisze, że myślenie polityczne końca XX wieku znajduje się w fazie przejściowej od utopii do toposu (z greckiego „miejsce”). Z-Nikąd powracamy do Domu, do Wspólnego Miejsca. Nigdzie jest tym samym co Wszędzie nomadów rządzących dziś światem, jest tym samym co hasło „ubi bene ibi Patria” głoszone przez budowniczych „Jednego Świata”, którzy pod sztandarami praw człowieka chcą „oskubać” wszystkie narody rzeczywiście twórcze w kulturze i gospodarce. To Nigdzie jest wszędzie, jako podstawa władzy chce być wszędzie i wszędzie panować: to globalny interwencjonizm i globalny imperializm. Utopia u władzy rozszerza władzę utopii. Władza oparta na utopii jest władzą „delokalizacji” (odmiejscowienia), władzą, która gromadzi się na tymczasowych obozowiskach. Obecnie największym obozowiskiem nomadycznej władzy nad światem jest Ameryka. Jako władza militarna jest nomadyczny utopizm władzą z morza i z powietrza. Inaczej niż władza topiczna, władza umiejscowiona, która opiera się na armii lądowej. Mocarstwa morskie takie jak Ameryka nie są nigdzie na stałe umocowane: one pływają. Ląd daje poczucie miary, morze natomiast przynosi pokusę braku umiaru. Potęgi morskie skłonne są do pasożytniczego nomadyzmu okrętów, które prędzej czy później osiadają na mieliźnie lub zostają zatopione, dzięki czemu władza oparta na utopii znajduje przeznaczony dla niej ląd – dno morskie. Potęgi morskie są imperialistyczne. Tworzą „nieświęte cesarstwa”, ponieważ na morzu nie ma świętych miejsc, nie ma świętych gajów i świętych gór, Żaden porządek i żadne prawo nie mogą zakorzenić się na morzu. Do płynnego żywiołu, o ile nie wsiąka on w ziemię, ale gromadzi się w straszliwą potęgę morza, nie można mieć zaufania, lecz jedynie nieufność wynikającą ze stałej obecności niebezpieczeństwa. Mocarstwu morskiemu nie można ufać tak, jak nie można ufać morzu. Morze nie tworzy również żadnej wiary, lecz jedynie pirackie okrucieństwo, któremu towarzyszy obłudna pobożność.

Ameryka jest potęgą opartą na utopii. Jej marzenia nie są jednak tylko marzeniami i projekcjami klasycznej potęgi morskiej. Ameryka nie ogranicza się do wojny, handlu i piractwa, nie ogranicza się do globalnej strategii i oceanicznej manii wielkości uznającej wybrzeża innych kontynentów za przeciwległe brzegi swego wewnętrznego morza, które trzeba obsadzić wojskiem. Dopiero w gwiezdnych wojnach, w kosmicznej utopii o statkach międzyplanetarnych krążących po wszechświecie przejawia się w pełni istota Ameryki. To, że Ameryka jest tym, czym jest, ma kilka powodów. Przede wszystkim jest ona Nowym Światem a więc odpadem od Starego Świata, od Europy. Jest Nowym Światem zamieszkałym przez nomadów: wykorzenionych Europejczyków i Żydów ze Wschodu. Ponieważ największą grupą imigrantów byli nie Anglicy, ale Niemcy, to powstanie opartego na utopii mocarstwa Nowego Świata jest winą Niemców wobec historii, której nie zmazały dwie przegrane wojny światowe. Wina ta zostanie zmazana dopiero wówczas, gdy Ameryka zostanie zeuropeizowana. Oczywiście zanim to będzie mogło nastąpić Europa musi się odamerykanizować, odbudować swoją zdolność historycznego istnienia i złamać u siebie władzę utopii. Europeizacja Stanów Zjednoczonych musi polegać na „umiejscowieniu” jej mieszkańców w narodowo jednolitych obszarach osiedlenia, gdzie zbiorowiska nomadów będą ulegać procesowi unarodowienia i nawiążą specjalne kontakty ze swoimi macierzystymi krajami w Europie. Powstanie suwerennego Quebecu powinno zachwiać racją istnienia USA w ich dotychczasowym kształcie. Nie ma powodów, dla których nie miałaby powstać angielska Nowa Anglia czy kraje zamieszkane przez Niemców, Skandynawów itd.

Stany Zjednoczone są dla Europy śmiertelnym niebezpieczeństwem. Ich ideologia to diabelska mieszanka kalwińsko-purytańskiego utopizmu, demokratycznego kapitalizmu opartego na czysto ilościowym myśleniu, którego końcowym rezultatem ma być wspólna waluta i jednolite prawa wyborcze dla całego świata, misjonaryzmu mającego swe korzenie w starotestamentalnej koncepcji narodu wybranego, wreszcie imigracjonizmu. Stany Zjednoczone powstały jako kraj imigracyjny i krajem takim pozostały do dziś. Imigracjonizm jest obecnie instrumentem służącym Ameryce do rozbijania i niszczenia narodów zakorzenionych we własnej historii i kulturze, przede wszystkim narodów europejskich. Ta amerykańska strategia zniszczenia prowadzona w imię zdemokratyzowanych mas ma zamienić kraje europejskie w kraje imigracyjne i uczynić je terenem wojny rasowej. Podobnie jak dawny Związek Radziecki prowadzą Stany Zjednoczone eksport rewolucji w celu stworzenia światowego systemu imigracjonistycznego i narzucenia swojej ideologii całemu światu.

Oberlercher zwraca również w swoim artykule uwagę na niektóre okoliczności sprzyjające odrodzeniu Rzeszy Niemieckiej. Powstanie czarnego rynku broni atomowej stępia główny instrument militarny uniemożliwiający do tej pory Niemcom odgrywanie większej roli w polityce światowej. Potanienie i rozprzestrzenienie się taktycznej i „partyzanckiej” broni atomowej zakończy międzynarodową, polityczną blokadę Niemiec, ponieważ będą one niezbędne jako ważny element „światowego ładu nuklearnego”. Dysponowanie bronią atomową, biologiczną i chemiczną jako powszechne kryterium suwerenności sprawi, że w sposób konieczny nastąpi wzrost znaczenia politycznego krajów wysoko rozwiniętych pod względem technicznym i cechujących się społeczną dyscypliną. Nie może ulegać wątpliwości, że do roli strażników politycznego ładu światowego awansują Niemcy i Japonia.

JUNGE FREIHEIT

W miesięczniku młodej prawicy niemieckiej, który od przyszłego roku zamierza przekształcić się w tygodnik przenosząc się przy okazji z Fryburga Bryzgowijskiego do Poczdamu jak zwykle wiele interesujących artykułów, wywiadów i komentarzy. I tak np. w numerze 9 z zeszłego roku Josef Schüsslburner analizuje treść wywiadów, jakich z okazji swoich 90-tych urodzin udzielił sławny filozof, autor monumentalnego dzieła Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie Karol Rajmund Popper. Po tym jak heglista Fukuyama ogłosił wszem i wobec koniec historii, spodziewać się było można, że Popper – krytyk Hegla i przedstawiciel krytycznego racjonalizmu będzie jednak optował za tym, żeby historia miała dalszy ciąg. Tymczasem Popper przelicytował Fukuyamę: to, co tamten podawał jako diagnozę, ten czyni moralnym postulatem: historia musi się skończyć przynajmniej o tyle, o ile jest historią władzy. Popper daje nawet receptę, jak to osiągnąć: a mianowicie trzeba wypowiadać wojnę wszystkim potencjalnym państwom atomowym (te państwa, które aktualnie mają broń atomową mają czuwać, aby nikt inny nie wszedł w posiadanie tej broni). Japończykom daje Popper aluzyjnie do zrozumienia, co ich czeka, gdyby zechcieli mieć broń atomową. Japończycy niewątpliwie zrozumieją aluzję krytycznego racjonalisty – już raz przerobili atomową lekcję.

Jeśli chodzi o Niemcy, to Popper zadowala się wskazaniem na przywódcę austriackich narodowych liberałów – Haidera, który według niego zamierza być drugim Hitlerem. Innymi słowy: wojny, groźby i oszczerstwa jako recepta krytycznego racjonalisty na urzeczywistnienie moralnego postulatu zakończenia historii władzy! Trafne okazują się podejrzenia żywione od dawna przez konserwatystów, że okrzyk bojowy z Międzynarodówki: „Bój to jest nasz ostatni” i hasło amerykańskiego liberalizmu: „Wojna dla zakończenia wszystkich wojen” pochodzą z tego samego śpiewnika. Nie ma różnicy pomiędzy marksizmem mówiącym o zaniku państwa a więc o końcu historii politycznej, a krytycznym racjonalizmem Poppera, który chce tego samego co marksiści tylko przy zastosowaniu innych środków: postępu technicznego i gospodarczego, który ma również zlikwidować nędzę. Jeśli jednak technika i gospodarka nie będą w stanie zlikwidować nędzy na świecie, to co wówczas? Miłośnik społeczeństwa otwartego i krytyczny racjonalista Popper ma inne rozwiązanie: trzeba prowadzić „odpowiedzialną” politykę regulacji urodzin tzn. zabijania nienarodzonych dzieci przy pomocy aborcyjnej pigułki. Jeśli Kościół katolicki nie zaakceptuje tej postępowej metody walki z nędzą, to będzie to świadczyć o jego „okrucieństwie”!

Krytyczny racjonalista Popper, wróg wszelkiego fanatyzmu oburza się na fanatyzm marksistów, którzy dla zwycięstwa komunizmu na całym świecie gotowi byli na podjęcie ryzyka zniszczenia ludzkości w wojnie atomowej. Nie dostrzega jednak, że broń atomowa użyta została do tej pory jedynie przez Stany Zjednoczone (był to niewątpliwie przejaw fanatyzmu) w wojnie przeciw Japonii, która wszak broni atomowej nie posiadała. A może to „obrona” usprawiedliwia taki fanatyzm? Jeśli tak, to drżeć należy o los świata pod panowaniem krytycznego racjonalizmu. Popper tworzy bowiem nową definicję „agresji” i „obrony”: agresorem jest nie ten, kto używa broni, lecz ten, kto dopiero broń taką chce posiąść lub choćby tylko posiąść technologię potrzebną do jej wyprodukowania. Ponieważ krytyczny racjonalizm właśnie technikę uważa za klucz do rozwiązania problemów ludzkości, to można założyć, że techniczny postęp da wielu państwom szansę posiadania takiej technologii. Takiemu rozwojowi wydarzeń należy zapobiec poddając tych, którzy jeszcze nie mają broni atomowej kontroli tych, którzy są jej szczęśliwymi posiadaczami. Każdy, kto nie zechce takiej kontroli podlegać zostanie zdefiniowany jako „agresor”. Według popperiańskiej definicji za „agresora” może zostać uznane jakieś państwo jeszcze zanim wejdzie ono w posiadanie technologii potrzebnej do wyprodukowania broni atomowej. Wojny prowadzone przeciwko takim „agresorom” nie będą oczywiście wojnami agresywnymi ani nawet wojnami prewencyjnymi, ale po orwellowsku nazywane będą „akcjami w obronie pokoju”. Kim więc w rezultacie okazuje się krytyczny racjonalista Popper? Fanatycznym zwolennikiem koalicji interesów, broniącej swego monopolu atomowego. Zwolennik otwartego społeczeństwa okazuje się być jawnym chwalcą policji światowej! On, który oskarżał Hegla o    apologię wojny i przemocy, chce prowadzić wojny w imię ostatecznego pokoju! Krytyczny racjonalizm osiągnął w ten sposób stadium śmieszności.

W numerze listopadowym historyk Wolfgang Venohr w artykule „Terror przez internowanie” przypomina, że w latach 1945-49 w zachodnich strefach okupacyjnych internowano, a więc uwięziono bez wyroku sądowego od 640 tys. do 800 tys. osób. Internowań dokonywano na mocy tzw. Automatic Arrest, co zdaniem autora w niczym nie różniło się od stosowanego przez służbę bezpieczeństwa i Gestapo „aresztu prewencyjnego” (Schutzhaft). Zwycięskim aliantom nie chodziło o ludzi podejrzanych o dokonanie zbrodni wojennych, lecz o wyeliminowanie wszystkich tych, którzy bronili narodowych celów i wartości oraz nie chcieli kolaborować z okupantem. Była to polityka dokładnie taka sama jak polityka Himmlera i Heydricha. Co ciekawe, o ile dzienna racja chleba dla niemieckich jeńców wojennych w ZSRR wynosiła od 500 do 1000 gr„ to w zachodnich obozach internowania od 250 do 375 gr. Ilu internowanych zmarło lub zginęło przed zwolnieniem, które nastąpiło do lata 1949 roku, nie wiadomo.

Jutta Winckler zapowiada w „JF” nowy rok 1968. Tym razem będzie to rewolta prawicy. Głowy zbliżających się do emerytury weteranów 68 roku są puste. Jest to generacja, której symboliczną postacią może być bohater Blaszanego bębenka Güntera Grassa Oskar Mazerath, który nie chciał dorosnąć. Tak samo lewica pokolenia 68 bała się dorosnąć. Nie ma już ona nic do powiedzenia, jej świat przestał istnieć. Nadchodzi czas prawicowych intelektualistów, którzy oferują kulturalną i    polityczną alternatywę dla idei 68 roku. Czerpią oni z dziedzictwa konserwatywnej socjologii (Michels, Pareto, Mosca, Freyer, Gumplowicz), antropologii Plessnera i Gehlena, z klasycznego myślenia politycznego Makiawela i Hobbesa, wreszcie z koncepcji „konkretnego ładu” Schmitta. Lewicowi ideologowie tymczasem udają się na konsultacje do psychologa, poddają się terapii grupowej lub wypłakują w rękaw feministkom. Co dalej robić, nie wiedzą. Boją się tylko. Boją prawicowych intelektualistów.

Grudniowo-styczniowy (1992/93) numer „JF” przynosi wywiad z Arminem Mohlerem, jednym z najwybitniejszych prawicowych intelektualistów niemieckich (na jego temat zob. „Stańczyk” nr 1-2/1991). Autor fundamentalnej książki Rewolucja Konserwatywna w Niemczech uważa, że to, co wnieśli do myśli niemieckiej najwybitniejsi przedstawiciele Rewolucji Konserwatywnej tacy jak E. Jünger, C. Schmitt, O. Spengler, Moeller van den Bruck, M. Heidegger i inni, do dziś pozostaje aktualne i warte kontynuowania. Jest to według Mohlera najbardziej „nowoczesna” wersja konserwatyzmu.

W wywiadzie Mohler odnosi się również do tzw. przezwyciężania przeszłości. Do tej pory „przezwyciężano” Trzecią Rzeszę, teraz zaczyna się „przezwyciężanie” NRD. Mohler zawsze należał do najbardziej radykalnych krytyków „przezwyciężania przeszłości”. Uważa on, że cały ten „rejwach na temat Stasi” jest czymś bezsensownym i szkodliwym. „Przezwyciężanie przeszłości” to przedsięwzięcie beznadziejne, którego nigdy nie uda się doprowadzić do końca i którego skutki są odwrotne od zamierzonych. Oba niemieckie „przezwyciężania przeszłości” prowadzą do „moralnego i duchowego samorozszarpywania się Niemców”. Oba wyzwalają złe namiętności – od obłudy i zawiści po ślepą nienawiść i chciwość. Przezwyciężanie Hitlera wraz z dołożonym do tego przezwyciężaniem Stasi przeszkodzą Niemcom czynić to, co powinny czynić. Jest to terapia zajęciowa zajmująca czas potrzebny dla podejmowania ważnych decyzji. Mohler postuluje natychmiastowe zakończenie debaty o Stasi i generalną amnestię dla ludzi dawnego reżimu w NRD. Sytuacja jest bowiem tak zawikłana, że, mówi Mohler, jedyną sensowną rzeczą jaką można zrobić jest odkreślenie przeszłości grubą kreską i zaczęcie od nowa. Generalna amnestia nie oznacza ani „wybaczenia”, ani „wybielenia”, ale przyznanie, że w określonej sytuacji historycznej sprawiedliwość nie może zostać osiągnięta i dlatego należy zrezygnować z bezsilnych prób jej osiągnięcia. Próby takie powiększą już istniejącą niesprawiedliwość o nowe niesprawiedliwości. Oczywiście, dodaje Mohler, akta Stasi powinny zostać zniszczone. Na pytanie, czy premier Brandenburgii Stolpe oskarżany o powiązania ze Stasi powinien ustąpić ze stanowiska, Mohler odpowiada: „Bismarck na pewno by go wziął do siebie”. Na pytanie, czy podziela opinię Günthera Maschke wyrażoną w wywiadzie dla „Junge Freiheit” (zob. „Stańczyk” nr 1, 1993), że w RFN „przestrzeń duchowej wolności wyparowała”, autor Zwymyślania liberałów odpowiada: „Maschke ma zawsze rację. W naszym demokratyczno-wolnościowym społeczeństwie czuję się niekiedy jak w rozcieńczonym totalitaryzmie kierowanym przez guwernantki”.

I na koniec jeszcze interesująca informacja zamieszczona w marcowym numerze „JF”. Okazuje się, że Georges Simenon, zmarły w 1989 roku francuski pisarz, twórca postaci komisarza Maigreta, kolaborował z Niemcami podczas okupacji. Jego książki ukazywały się wówczas w nakładach wyższych niż przed wojną. Simenon utrzymywał dobre stosunki z niemieckimi władzami wojskowymi w Paryżu. Dziewięć jego powieści zostało sfilmowanych przez „Continental” – spółkę francuską z niemieckim kapitałem. Po wojnie wpływowi przyjaciele skonstruowali mit „niezłomnego” pisarza.

MITTEILUNGSBLATT DER PRIESTERBRUDERSCHAFT ST. PIUS X.

W numerze styczniowym 1993 roku Louis Charron i Francis Legrand opisują swoje wrażenia ze spotkania religijnego w Brukseli, na które przybyli kapłani różnych religii z 80 krajów. Odbyło się ono w dniach od 13 do 15 czerwca 1992 roku, a jego sponsorami były m. in. koncerny Nestle i Coca-Cola. Autorzy tak komentują to, co tam zobaczyli: „Zobaczyliśmy w Brukseli i Loewen okropną twarz posoborowego Kościoła, który zrezygnowawszy ze swego zadania misyjnego, nie chce być niczym więcej niż nieokreślonym dodatkiem do budowli «Jednego Świata»”. „Nasza święta religia katolicka” – piszą dalej autorzy – „jest dziś tylko jedną religią spośród wielu innych. Taka jest «nauka Soboru Watykańskiego Drugiego», jeśli nie po prostu «nauka Kościoła»”.

W numerze lutowym o. Franz Schmidberger ustosunkowuje się do drugiego spotkania w Asyżu (styczeń 1993), na które papież Jan Paweł II zaprosił kapłanów różnych wyznań chrześcijańskich, a także Żydów i muzułmanów. Przypomnijmy, że pierwsze takie spotkanie odbyło się w Asyżu w 1986 r. Arcybiskup Lefebvre i biskup de Castro Mayer określili je wówczas mianem „religijnego ONZ-tu” i uznali za jawny grzech przeciw Jedynemu Bogu, przeciw Słowu, które stało się ciałem i Jego Kościołowi, zgorszeniem bez miary i bez precedensu. O. Schmidberger komentując drugie spotkanie w Asyżu pisze m. in.: „Przedstawianie sprzecznych ze sobą religii: chrześcijaństwa, islamu i żydostwa jako równie miłych Bogu jest odrzuceniem absolutnej prawdy i wystawieniem religii na śmieszność i na obojętność. Bractwo Św. Piusa X uważa to spotkanie za ciężki grzech przeciw pierwszemu artykułowi Credo Kościoła katolickiego i przeciw pierwszemu przykazaniu Bożemu, albowiem wiara w prawdziwego, w Trójcy Jedynego Boga – Ojca, Syna i Ducha Św. jest tutaj deptana, a boskość Chrystusa zakwestionowana”.

W tym samym numerze ks. Michel Simoulin omawia nowy katechizm katolicki. Jego zdaniem nie ma w katechizmie jasnych i jednoznacznych odpowiedzi na pytania: Kim jest Bóg? Co to jest Kościół? Co to jest taska? Co to jest sakrament? Co to jest msza? Kim jest kapłan? Największym grzechem katechizmu jest to, że przejmuje on i porządkuje niejako grzechy Soboru Watykańskiego Drugiego: doktrynalny ekumenizm, religijny liberalizm, kolegialność, akcentowanie powszechności kapłaństwa wiernych prowadzące do zniszczenia hierarchicznego kapłaństwa (nr 874-933), zanik pokutnego charakteru Mszy św. (nr 1356-1381), judaizacja Kościoła (np. nr 1363,1364). Idzie się tak daleko, że stawia się pytanie, co właściwie dzieli nas od Żydów (nr 893), gdyż oczekujemy tego samego, co oni (nr 840) i wszystko prawie, co katolickie pochodzi od Żydów (nawet „Ojcze Nasz”! – nr 1096). Musimy pozwolić Żydom, by nas pouczali, jeśli chcemy być dobrymi katolikami (tamże). To my ponosimy większą winę niż oni za śmierć Zbawiciela (nr 598 – autorzy katechizmu nie wahają się chrześcijan obciążyć winą za cierpienia Jezusa!). Lepiej też będzie, jeśli nikt nie będzie badać, czy pierwsi męczennicy chrześcijaństwa nie byli czasami mordowani przez Żydów. Protestanckie i im podobne sekty są właściwymi drogami do zbawienia (nr 819). Co, według autorów katechizmu sprawia, że Kościół jest jednością? Ktoś naiwny mógłby sądzić, że wiara, Ale gdzież tam! To miłość! Wiara jest dopiero na drugim miejscu (nr 815). Redaktorzy katechizmu wplatając pewne słuszne napomnienia i ostrzeżenia zręcznie starają się ukryć jego modernistyczną wymowę. Punktem wyjścia zawartych w katechizmie rozważań jest człowiek, człowiek i jeszcze raz człowiek, Tam, gdzie oczekujemy Boga znajdujemy człowieka. Przykładem może być tytuł rozdziału pierwszego traktującego o moralności: „O godności osoby ludzkiej”.

Katechizm ujawnia nam zamiar modernistów, którzy od 30 lat prowadzą swoją robotę w Kościele: stworzenie nowego Kościoła katolickiego, w którym słowo „uniwersalny” oznacza „kolegialny”, „globalny”, „kosmiczny”, Kościoła dla człowieka i dla całej ludzkości. W tym kościele Nowej Ery Człowieka mają swój udział wszyscy ludzie, obojętnie jaką wyznają religię, o ile tylko idą za głosem swego sumienia i o ile respektują głos sumienia innych. Rolą religii w tym liberalnym i kosmicznym kościele nie jest przekazywanie prawdy, która została mu powierzona, ale zaoferowanie każdemu człowiekowi etycznego minimum umożliwiające każdemu życie w pokoju ze swoimi bliźnimi. Na czym polega to etyczne minimum? Polega ono na uznaniu i respektowaniu godności i praw osoby ludzkiej. W ten sposób miłość do człowieka wyparła miłość do Boga. Nowy katechizm, pisze ks. Simoulin, jest zwieńczeniem i syntezą 30 lat soborowego przewrotu. Przychodzi ten katechizm, by jak kiedyś Napoleon, położyć kres dowolności i ekscesom, co wzmacnia jego konserwatywną stronę i aby w sposób kompleksowy i uporządkowany nadać strukturę dziełu rewolucji.

W numerze marcowym Margarethe Kuppe pisze o osławionym teologu Eugenie Drewermannie i pyta: dlaczego ludzie tacy jak on nie odłączą się od Kościoła i nie założą własnej wspólnoty religijnej? Dlaczego nie odejdą uczciwie od Kościoła, który totalnie krytykują i nie założą własnej wspólnoty religijnej dając w ten sposób ludziom możliwość poznania drogi do zbawienia, którą uważają za słuszną? To, że ta wspólnota z istoty swej byłaby czymś innym niż Kościół katolicki jest oczywiste a priori, gdyż ludzie tacy jak Drewermann odrzucają wszystko, co należy do istoty tego Kościoła: wiarę w boskość Chrystusa, ustanowienie Kościoła, sakramenty, kapłaństwo, liturgię i dogmaty. Nie ma w Kościele właściwie niczego, co gotowi byliby oni zaakceptować. Dlaczego więc nie odłączą się od Kościoła i nie założą własnej wspólnoty religijnej bez tego wszystkiego, czego nie chcą oni w Kościele a więc bez wiary w Boga w Trójcy Jedynego, w Syna Bożego Jezusa Chrystusa, bez kapłaństwa, bez żadnej hierarchii, bez sakramentów, bez uformowanej liturgii, bez przestarzałej moralności, bez „prześladowania” teologów? Wielu ludzi byłoby niewątpliwie ciekawych takiego eksperymentu. Dlaczego więc Drewermann i jemu podobni nie pójdą swoją drogą zabierając wraz z sobą swoich licznych czytelników? Ja w każdym razie, pisze M. Kubbe, chciałabym do nich zawołać: „Abite demum” – „Idźcie sobie wreszcie”.

NATION UND EUROPA

W numerze październikowym z 1992 roku Hartmut Hesse pisze, że egalitarno- socjalistyczny demon został wygnany z powierzchni władzy, ale nadal siedzi w głowach wielu ludzi. Trzeba naprawdę wielkich wysiłków, aby zwalczyć raka egalitarno-socjalistycznego myślenia. Jedną z manifestacji egalitaryzmu jest dominacja słowa „społeczeństwo”. Występuje ono w tysiącu odmianach: społeczeństwo prehistoryczne, feudalne, rolnicze, przemysłowe, mieszczańskie, wczesno-i późnokapitalistyczne, socjalistyczne, komunistyczne, postmodernistyczne, ludzkie społeczeństwo, nauka o społeczeństwie, porządek społeczny, rozwój społeczny, społeczna zmiana, ważne społecznie grupy, sprzeczności społeczne itd. Używając pojęcia „społeczeństwo”, dajemy się złapać w egalitarną pułapką, gdyż używamy centralnego pojęcia egalitaryzmu, które nie ma nic wspólnego z prawdą historycznego dziania się i przemijania. Jest ono abstrakcyjnym pojęciem politycznym lub socjologicznym i instrumentem ideologicznym mającym rozbić naturalne i organiczne struktury wspólnoty narodowej będącej owocem długiej ewolucji kulturalnej. „Umowa społeczna” Rousseau jest płodem czystej spekulacji i nie znajduje żadnego potwierdzenia w faktach realnego życia ludzi i narodów. Stąd Rousseau i jego następcy – wyznawcy tej nieludzkiej ideologii przynieśli światu jedynie cierpienia i nędzę, gdyż zmuszeni byli dostosować rzeczywistą różnorodność życia do swego bezkrwistego, wyschniętego modelu społecznego.

Przeciwieństwem społeczeństwa jest wspólnota, której wzorem jest rodzina. W społeczeństwie zorganizowanym na zasadach egalitarno-racjonalnych rodzina jest niepotrzebna. Bolszewicy propagując w początkowym okresie wolną miłość byli wierni swojej ideologii. Także i dzisiaj ideologowie egalitaryzmu nie tracą z oczu celu, jakim jest zredukowanie rodziny do „mieszkalnej i gospodarczej spółki”: ojciec pracuje, matka pracuje a dziećmi „opiekują” się społeczne instytucje – żłobek, przedszkole, szkoła itp. Rozwód? Żaden problem, to tylko administracyjna procedura, której skutki ponosi „społeczeństwo”. Odpowiedzialność wobec małżonka i dzieci? Po co? Niech ją weźmie na siebie państwo. W efekcie mamy ludzi żyjących w emocjonalnej pustce, podążających za niańką–społeczeństwem i za wszechmocnym ojcem-państwem. Jest to sprzeczne z naturą i wrogie człowiekowi.

Poprzez zrównanie konkubinatu, ba, nawet związków homoseksualnych z małżeństwem przekształca się rodzinę w dowolny, przypadkowy związek pojedynczych ludzi tworzony dla jakiegoś czasowo i rzeczowo ograniczonego celu, który jeśli nie odpowiada interesowi jednej ze stron, może zostać bez żadnych problemów rozwiązany, tak jakby nigdy nie istniał. Oczywiście skutki ponosi „społeczeństwo”. Tylko ze zdrowej wspólnoty rodzinnej będącej wspólnotą w wielu wymiarach, wychodzą ludzie, którzy nie chowają się pod parasol ochronny państwa, nie czują się wolni od odpowiedzialności, nie stawiają głośnych roszczeń i nie cofają się lękliwie gdy państwo-ojciec zmarszczy brwi. Ludzie wychowani w zdrowej rodzinnej wspólnocie są później samodzielni i niezależni i nie są ofiarami swoich popędów i lęków. Ludzie tacy mają w dorosłym życiu szansę na znalezienie o własnych siłach życiowej drogi. Ich rodzina dala im skarb doświadczeń i wzorów, których potrzeba, aby dać sobie radę w życiu.

Ideolodzy i architekci społeczeństwa egalitarnego wrodzy są takim organicznym wspólnotom jak rodzina czy naród. Należy więc odrzucić centralne pojęcie używane przez egalitarnych mechaników od czasów Rousseau. Termin „społeczeństwo” powinien pojawiać się wyłącznie w negatywnym lub ironicznym kontekście. Z czasem dokonamy odkrycia, w jak wielkim stopniu wraz z zanikiem pewnych słów zanikają również treści, które słowa te wyrażają. Zmiana języka zmienia myślenie, które staje się precyzyjniejsze i trafia w sedno.

Josef M. Rauenthal w artykule „Multikulti – przyszłość Niemiec?” zajmuje się „antyrasistowską propagandą” w Niemczech. Aby przyzwyczaić obywateli RFN do życia w przyszłym niemieckim melting pot, mass media dają im przedsmak już dzisiaj wyśnionego, wymarzonego, kolorowego społeczeństwa wielu ras i kultur. W filmowych scenach miłosnych coraz częściej wielokulturowe i wielorasowe kombinacje. Bulwarówki wtłaczają im w głowę, że „miłość jest wtedy, gdy biali i czarni tulą się do siebie”. W ilustrowanych tygodnikach coraz częściej pokazuje się zdjęcia mieszanych par, szczególnie gdy w grę wchodzą gwiazdy filmu, sportu, show-biznesu lub dzieci znanych polityków, które związały się z przedstawicielami innej rasy. Kiedyś Goebbels propagował czystość rasową, dzisiaj taka sama, a nawet intensywniejsza, propaganda walczy o mieszanie ras. Goebbels mógłby się wiele nauczyć od dzisiejszych propagandzistów. Mógłby nauczyć się bezczelności, z jaką każdy krytyk takiej propagandy zostaje zmuszony do milczenia poprzez nazwanie go „rasistą”. Mógłby nauczyć się zręczności, z jaką osiągnięte zostaje samozglajchszaltowanie prawie wszystkich grup społecznych i mediów. Mógłby nauczyć się wyczucia, z jakim wykorzystuje się dobroduszność, zdolność do współczucia i cielęcą cierpliwość większości Niemców. Wreszcie mógłby Goebbels nauczyć się pokrętności, która pozwala uznawać za stojących na gruncie konstytucji tylko tych, którzy opowiadają się za wielorasowym i wielokulturowym społeczeństwem.

F. J. Caprivi pisze w „Nation und Europa” o 50-tej rocznicy wystrzelenia z poligonu w Peenemünde rakiety A-4, która, po raz pierwszy przekraczając pięciokrotnie prędkość dźwięku, dotarła do granicy jonosfery. Rakieta A-4 otrzymała później nazwę V2. Mimo ciężkich nalotów brytyjskich, w których zginęło wielu pracujących w Peenemünde robotników cudzoziemskich, do końca wojny wyprodukowano 6000 rakiet, z których około połowy wpadło w ręce Amerykanów jako łup wojenny. W ośrodku Peenemünde opracowano również plany rakiety A-10, która była pierwszą rakietą międzykontynentalną zdolną do uderzenia na wschodnie wybrzeże USA. W 1945 roku Amerykanie wzięli do niewoli komendanta ośrodka w Peenemünde dr. inż. Waltera Dornbergera, kierownika naukowego dr inż. Wernera von Brauna i 142 innych inżynierów i techników i przetransportowali do USA, aby spożytkować ich wiedzę i umiejętności. Resztę załogi ośrodka zabrali ze sobą Rosjanie w tym samym celu.

W numerze styczniowym Robert Lohscheit analizuje współpracę rządzących partii z lewackimi bojówkami panującymi na ulicach, współpracę skierowaną przeciw prawicy, Helmut Nock konstatuje klęskę kanadyjskiego eksperymentu z wielokulturowym społeczeństwem, Gerwin Steinberger przypomina Roberta Michelsa i jego krytykę demokracji, która znowu jest aktualna a Hans Gard żąda konserwatywnej rewolucji kulturalnej. Walter Norden pisze o kryzysie kultury współczesnej i końcu moderny. Kryzys ten jest według niego produktem mechanicystycznej i redukcjonistycznej szkoły myślenia, dla której nie istnieją tradycje, mity, rytuały i piękne legendy. Mechanicystyczny model świata załamuje się dziś. Równocześnie panuje koniunktura na szarlatanów, rozmaitych guru i samozwańczych proroków. Wielką popularnością cieszą się egzotyczne religie, psychosekty, wróżki, astrologia i grupy okultystyczne. Ludzie pragną pewności, potrzebują pytań i odpowiedzi. Szukają „ostatecznego sensu” i znajdują go, po upadku dawnych autorytetów, w medytacji, u indiańskich szamanów i parapsychologów. Tradycje i konwencje są dziś przedmiotem szyderstwa, piękno jest wyśmiewane, brzydota i podłość stawiane na piedestał. „Szykowna lewica” stara się usilnie ściągnąć w błoto wszystko, co wzniosłe i pełne godności. Rewolucja kulturalna końca lat 60-tych rozbiła i tak już kruche więzi. Po niej nastąpiła rewolucja seksualna, która przyniosła koniec wszelkich tabu. Rewolucje te i upadający racjonalizm pozostawiają po sobie „nowego człowieka”, którego cechami są cynizm, brak poczucia więzi, moralna dezorientacja, bezradność, bezład w sferze seksualnej.

Ideałem „nowego społeczeństwa” stał się „wytworny lewicowiec” z brylantem w uchu noszący kaszmirowy sweter do dżinsów, który przedłuża sobie młodość do czterdziestki, niesamodzielny finansowo, żyjący w subkulturowym, oddalonym od trudu pracy wielkomiejskim środowisku i żądający dla siebie statusu dorosłego. Inne ideały „nowego społeczeństwa” opiewane w setkach powieści i sztuk teatralnych to dezerter, prostytutka, seksualny maniak i terrorysta. Wszystkie przejawy współczesnego kryzysu kultury są skutkiem zakłócenia wewnętrznej równowagi w człowieku spowodowanej przez racjonalistyczny, oświeceniowy i mechanicystyczno-redukcjonistyczny sposób myślenia. Ale kryzys może stać się również impulsem do twórczej aktywności, może być wyzwaniem żądającym nowych pytań i nowych odpowiedzi. Ponieważ zsekularyzowany konserwatyzm bez litości zlikwidował radykalno-chrześcijański, antyprogresywistyczny i antyoświeceniowy rewolucyjny konserwatyzm, musi nastąpić rewitalizacja tego rewolucyjnego konserwatyzmu, który dokonuje zasadniczej krytyki Oświecenia i moderny.

Pozornie nieprzezwyciężona skłonność do liberalizmu i socjaldemokratyzmu charakteryzująca wszystkie współczesne społeczeństwa może zostać przezwyciężona tylko we wspólnej duchowo-moralnej walce przeciw racjonalistycznym i nie-organicystycznym koncepcjom państwa i społeczeństwa, przeciw tanim światopoglądom i dogmatom, przeciw redukcjonizmowi, który zrabował nam naszą naturę i kulturę. Trzeba wyrwać się z bagna współczesności, z jej martwotą, nudą i pustką. Na kulturalne spsienie, na szyderstwo z tego, co prawdziwe, dobre i piękne, na solipsystyczne elaboraty literackiej mafii zdolnej produkować jedynie kulturalne śmieci trzeba odpowiedzieć patosem rewolucyjnego konserwatyzmu. Powrócić musi miara, forma i granica. Tak jak w dawnych społeczeństwach stanowych, gdzie istniały trzy stopnie ascezy: skromność służących, samodyscyplina panujących i wielka asceza wyrzekających się świata, tak i dziś, tak samo organicznie musi na nowo rozwinąć się zachodnia cywilizacja. Etos panowania i służby pozwoli na powstanie nowej wspólnoty, w której tradycja, moralność, godność i wolność w odpowiedzialności nie będą obcymi słowami, ale wspólnym dobrem wszystkich obywateli państwa.

NATION

Przeglądając zeszłoroczne numery tego „politycznego magazynu dla Niemców” natkniemy się m. in. na informację, że syn zmarłego w 1985 roku pisarza Heinricha Bölla – René wystąpił na drogę sądową przeciw pisarzowi Eckehardowi Henscheidowi, który w swoim czasopiśmie „Der Rabe” nazwał rozpieszczanego przez mass media i kanonizowanego przez krytykę literacką Bölla „głupcem i beztalenciem” i zaliczył go do najbardziej „zakłamanych i skorumpowanych” pisarzy. Komentując całą sprawę w „Nation” Arthur Molier pisze, że bez wątpienia Böll był w wielkim stopniu przeceniany przez krytykę. Dziś jego dzieło całkowicie wyblakło i widać wyraźnie, że składa się ono z ciągle powtarzanych, banalnych prawd. Jego utwory zaludnione przez płaskie postaci odzwierciedlają świat widziany z trywialnej perspektywy i napisane są językiem, który w żadnej mierze nie może być uznany za mistrzowski. Jeśli chodzi o język jego prozy, Böll nie był nawet rzemieślnikiem, co potwierdzić może każdy, kto zadał sobie trud przeczytania kilku jego książek.

Georg Grasser snuje refleksje na marginesie debaty o przystąpieniu Austrii do EWG pisząc m. in., że eurokraci i eurofanatycy nie znają żadnej moralności wypływającej z religijnych lub innych zasadniczych wartości i nakładającej na człowieka hamulce i ograniczenia. Oni „chcą robić wszystko, co da się zrobić” bez oglądania się na narodowe, moralne, religijne czy po prostu ludzkie odczucia. EWG to kryptosocjalizm zdominowany przez monopole i międzynarodowe banki. Główne cele tej organizacji i ludzi stojących na jej czele to m. in.: zniszczenie organicznych struktur gospodarczych i ukształtowanych przez historię państw narodowych; kulturalne wyobcowanie poprzez masowy import obcokrajowców; odwrót od tradycyjnych wartości Zachodu na rzecz gospodarczej i społecznej gigantomanii; zniszczenie niektórych grup zawodowych np. chłopów; rozciągnięcie kontroli państwowej w typie orwellowskim nad obywatelami (superbank danych o obywatelach, specjalne dowody osobiste, uniemożliwienie obywatelom posiadania broni itp.); zniszczenie tradycyjnej struktury rodzinnej i własnościowej konserwatywnych warstw średnich; duchowa i kulturalna dekadencja; stworzenie „nowych ludzi” przy pomocy mass mediów i genetycznych manipulacji; zmiana społeczna w kierunku totalnego umasowienia. Nie wolno, pisze Grasser, dopuścić do zniwelowania rosnących przez tysiąclecia struktur, nie wolno pozwolić aby klika przestępczych braci mogła wcielać w życie swoje pseudo-racjonalistyczne szaleńcze projekty i jeszcze wyobrażać sobie, że chodzi o „uszlachetnienie” człowieka. Miejmy nadzieję, konkluduje Grasser, że dożyjemy rozpadu EWG-owskiej super-Jugosławii, tej monstrualnej, nienaturalnej konstrukcji skierowanej przeciw wszystkim historycznym tradycjom Europy. W jej miejsce powstanie nowy ład odpowiadający zachodniej tradycji zgodny z liczącymi kilka tysiącleci doświadczeniami Zachodu.

„Nation” poświęca wiele miejsca problemom imigracji powołując się m. in. na ucznia Konrada Lorenza Ireneusza Eibl-Eibesfeldta, aktualnego kierownika Ośrodka Badawczego Etologii Człowieka przy Towarzystwie Maxa Plancka. Uważa on, że etniczna różnorodność nie jest pozytywną wartością i że prognozy dla harmonijnego współżycia w wieloetnicznym społeczeństwie imigracyjnym są niekorzystne. Lęk przed obcymi spotyka się we wszystkich kulturach, które były badane pod tym kątem. Nie da się osiągnąć harmonii poprzez wyrównanie różnic pomiędzy ludźmi. Harmonijna koegzystencja różnych grup etnicznych jest możliwa, kiedy każda z nich posiada własne terytorium i nie musi obawiać się, że zdominowana zostanie przez inną. Mogą one wówczas kooperować w jednym państwie jak uczy tego przykład Szwajcarii. Kiedy jednak zróżnicowana pod względem etnicznym populacja zamieszkuje ten sam obszar, to sytuacja staje się konfliktowa, gdyż człowiek „zaprogramowany” jest na posiadanie własnego terytorium. Tak jak wyższe kręgowce wypędzają intruzów ze swego rewiru, tak samo u ludzi wyzwalają się archaiczne mechanizmy obronne w obliczu obcych przybywających na zajęty już obszar. Aby to zrozumieć, trzeba sobie uświadomić, że przeżycie oznacza zasadniczo przeżycie we własnych potomkach względnie w potomkach najbliższych genetycznie krewnych. Do tego potrzebne są zasoby materialne a ziemia jest z nich najważniejsza. Nie oznacza to, że należy całkowicie odrzucić imigrację ale, że powinna ona być umiarkowana i sprzężona z asymilacją. Jeśli jesteśmy za pluralizmem, to powinniśmy być również za zachowaniem własnej grupy etnicznej i własnej kultury. Nie ma to nic wspólnego z rasizmem, o który oskarża się dziś w Europie każdego, kto jest za etnicznym pluralizmem. Tako rzecze Eibl-Eibesfeldt.

Pismo w jednym z ostatnich numerów przedstawia sylwetkę Léona Degrelle – patrona zachodnioeuropejskich narodowców. Degrelle urodził się w 1906 roku w belgijskim mieście Bouillon. Po ukończeniu studiów prawniczych założył w wallońskiej Belgii katolicki ruch rexistowski (od Christus Rex). W1936 roku rexiści zdobyli 21 mandatów w belgijskim parlamencie, które utracili częściowo w 1939 roku. W maju 1940 roku Degrelle został aresztowany i przewieziony do Francji, gdzie uwolnili go Niemcy. Wstąpił ochotniczo do armii niemieckiej, później walczył w szeregach Waffen-SS na froncie wschodnim. Został dowódcą brygady ochotników walońskich „Wallonia”. Odznaczony za odwagę najwyższymi orderami wojskowymi. 7 maja 1945 roku wyleciał samolotem z Oslo do Hiszpanii. Niedaleko wybrzeża samolot spadł do morza z powodu braku paliwa. Ciężko rannego wydobyto go z wody. 14. 12. 1945 wojskowy sąd belgijski skazał go zaocznie na karę śmierci za współpracę z Niemcami. Hiszpania odmówiła wydania go Belgom i pozostał on tam na politycznej emigracji. Walki walońskich ochotników na froncie wschodnim opisał w książce Stracony legion. Później wydał jeszcze Wspomnienia faszysty oraz kilkutomową historię XX wieku, która w USA ukazała się pod tytułem Hitler – urodzony w Wersalu. Przed dwoma laty ukazała się w Niemczech jego autobiografia Gdyż nienawiść umiera.

„Nation” zamieszcza jego apel do młodzieży niemieckiej a ściślej rzecz biorąc do młodych niemieckich narodowców, Degrelle pisze m.in.: „Jesteście ścigani i prześladowani. Ulegli sędziowie codziennie interpretują kodeks karny, aby konstruować nowe preteksty skierowane przeciw wam. Panowie politycy siedzą w pułapce bez wyjścia. Przeżywają upadek systemów, które były dla nich oparciem i dawały im chleb. Bronią dziś – co oczywiste – swoich łupów z brutalnym fanatyzmem”. Demokracja to farsa i szwindel, pisze Degrelle, gospodarki krajów europejskich gniecione są przez wielkie ciężary podatkowe, Europie osłabionej przez EWG przewodzą nieodpowiedzialni biurokraci, dusi się ona w tyrańskim uścisku związków zawodowych. Degrelle pisze, że walka o nową Europę wymaga cierpliwości i wytrwałości. Młodzi narodowcy Niemiec i innych krajów Europy muszą wykrzyczeć prawdę i nie powinni pozwolić, żeby lewicowy motłoch panował nad ulicami europejskich miast.

Degrelle kończy swój apel tak: „Zwycięstwo należy do wiernych, którzy walczą do końca(…) Przyszłość jest bunkrem, musicie go wysadzić zanim będzie wasz”. Jak widać dobiegający dziewięćdziesiąta Degrelle nic nie utracił z bojowego ducha dawnych lat. Przytoczmy więc jeszcze jedną jego opinię zamieszczoną w „Nation”: „To, co sądzę o demokracji parlamentarnej, jest wystarczająco znane. Sądzę, że jeden człowiek, jeśli jest odpowiednio zdolny i wie, co to honor, może lepiej reprezentować cały naród niż horda posłów i senatorów, wśród których idioci i łobuzy nie należą do rzadkości” (a może tworzą kwalifikowaną większość? – red. „Stańczyka”).

EUROPA VORN

W numerze drugim (1992) kwartalnika narodowych rewolucjonistów z Kolonii znaleźć możemy m. in. ciekawe uwagi na temat narodowego socjalizmu. I tak Marcus Bauer pisze, że ideologia narodowego socjalizmu z jej profetyczną wizją Tysiącletniej Rzeszy jest zsekularyzowaną wersją chrześcijaństwa i nie różni się niczym od innych progresywistycznych ideologii. Choć współcześni historycy i politologowie nie chcą tego przyznać, to w rzeczywistości był narodowy socjalizm typowo nowoczesnym zjawiskiem prawie całkowicie mieszczącym się w ramach „demoliberalnego Zachodu”. Walka narodowosocjalistycznych Niemiec przeciw „cywilizowanej ludzkości” nie była walką dwóch zasadniczo odmiennych sił ale, by użyć obrazu z Apokalipsy, walką pomiędzy „Nierządnicą Babilonu” a „Bestią”. Z kolei Manfred Rouhs również podejmując problematykę narodowego socjalizmu pisze, że w latach dwudziestych NSDAP obiecywała skończyć z panowaniem skorumpowanych, plutokratycznych partii politycznych. Ale po zdobyciu władzy zmieniło się tylko tyle, że zamiast wielu partii zaczęła rządzić jedna partia. Gdyby Niemcy wygrały wojnę to rządzone byłyby przez typowych, szarych funkcjonariuszy partyjnych, jak to ma miejsce w każdym państwie partyjnym niezależnie od tego jaką ideologią partie się posługują i jakim interesom służą. Trzecia Rzesza załamałaby się prędzej czy później, tak samo jak komunistyczne reżimy Europy Wschodniej. Główną przyczyną błędnych decyzji Hitlera był rasizm zapożyczony od Anglików i Amerykanów. O ile ideologia rasistowska mogła mieć pewną praktyczną wartość u Anglosasów konfrontowanych z ludami o innym kolorze skóry to w Europie Środkowej była czymś całkowicie bezsensownym i szkodliwym. Hitler zatrzymał oddziały niemieckie pod Dunkierką, aby umożliwić odwrót Anglikom – swoim „towarzyszom w rasie” (Rassengenossen), co obróciło się przeciw niemu. Nie chciał natomiast nawet obiecać samodzielności państwowej Rosjanom i Ukraińcom, którzy gotowi byli wraz z nim walczyć przeciw bolszewizmowi. Dopiero w latach 1943/44, kiedy było już za późno, zgodził się na uzbrojenie tych rzekomych „podludzi”.

Narodowy socjalizm, twierdzi Rouhs, był w znacznym stopniu kontynuacją błędnych koncepcji politycznych epoki wilhelmińskiej. Jego zbrodnie przedstawiane dziś jako „typowo niemieckie” były albo naśladownictwem bolszewizmu, albo przejawem zachodnio-racjonalistyczno-materialistycznej pogardy dla człowieka. Niemiecka „odrębna droga” (Sonderweg) nie ma nic wspólnego z narodowym socjalizmem i na tę drogę Niemcy powinny powrócić, A więc powrócić do siebie. Era powojenna zbliża się powoli do końca. Poza tym w numerze Hans Peter Rullmann w artykule „Chorwacja, Hitler i wykalkulowana zdrada Europy” analizuje historyczne korzenie i przedstawia współczesne tło polityczne wojny na Bałkanach, Hrvoje Lorkovic kreśli psychokulturalny portret Serbów a Alain de Benoist udowadnia dlaczego i dziś należy zajmować się autorami niemieckiej rewolucji konserwatywnej. Warto również zwrócić uwagę na artykuł Roberta Steuckersa „Nowy Nieład Światowy”. Ten „Nieład” powstaje po szybkim rozpadzie bloku wschodniego i po powolnym rozkładzie bloku zachodniego. Jest to „świat wysp”, czyli wielu małych bloków zależnych od siebie gospodarczo. Nie będzie „Jednego Świata”, ale „pluriversum” państw, narodów i ich regionalnych skupień np. takich jak unia Maghrebu, strefa bałtycka, obszar adriatycki, ASEAN (Azja Płd. Wsch.), Ameryka Północna w postaci wspólnego rynku Kanady, USA i Meksyku. Świat obracać się będzie wokół trzech centrów: wokół Waszyngtonu jako centrum północnej części Nowego Świata, wokół Tokio jako centrum strefy azjatycko-pacyficznej i wokół Brukseli, Strassburga lub Wiednia w Europie. Poszczególne części „pluriversum” będą ze sobą konkurować i się zwalczać, ale też kooperować ze sobą.

Powstające na progu XXI wieku „pluriversum” będzie również polem starcia i rywalizacji systemów wartości, strategii i filozofii życiowych oraz koncepcji politycznych i gospodarczych. Na nowo ujawnią się tożsamości i wartości kulturowe ukryte pod „ideologicznym lodowcem” i będą ze sobą konkurować. Powoli słabnąć będzie obecna dominacja wartości amerykańskich. Amerykanizm działa jak sterylizator i nie tworzy żadnych kulturalnych i politycznych wartości. Przeszkadza jedynie w rozwinięciu tak potrzebnej światu różnorodności strategii życiowych. W nowym „pluriversum” zeskorupiała disneylandzka antypolityka jest przeszkodą, którą trzeba usunąć. Narody, które zaakceptują powrót samoistnych i odrębnych wartości kulturowych i które nie wyrzekną się swojej historycznej świadomości umocnią się. Te, które tego nie uczynią, upadną.

W numerze 3 z 1993 roku Wilhelm Cronenberg pisze o    strukturach mafijnych w RFN, czyli o powiązaniach świata polityki i świata przestępczego, Bernhard Wagner analizuje fenomen „frontowego socjalizmu” a Hans Rustemeyer krytykuje politykę rolną EWG. Polityka ta jego zdaniem ma na celu poprzez subwencje doprowadzić do industrializacji rolnictwa i zastąpienia rodzinnych gospodarstw chłopskich „rolniczymi fabrykami”. Okazuje się, że składowanie, rozdawanie i niszczenie nadwyżek żywnościowych osiąganych dzięki subwencjom pochłania 96% budżetu rolnego EWG. Pieniądze mieli dostawać chłopi, ale jak to zwykle bywa, zagarnia je ktoś inny: spółki zajmujące się magazynowaniem żywności, firmy transportowe i biurokracja zarządzająca nadwyżkami. Subwencje rolne w EWG rosły od 1974 roku o 23% rocznie – na początku lat 80-tych wynosiły 30 mld marek, dziś ponad 70 mld. Cały ten system doprowadza do ruiny małe i średnie gospodarstwa chłopskie uprzywilejowując rolnicze kombinaty ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. To musi się zmienić. Czas ponadnarodowych organizacji z biurokracją cierpiącą na wodogłowie już minął.

W tym samym numerze prof. Hrvoje Lorkovic zastanawia się na możliwością rewolucji – innej niż ta, którą głosili marksiści. Są według niego możliwe dwa scenariusze. Jeden scenariusz opiera się na obserwacji, że w Pierwszym Świecie ludzie coraz bardziej wyczuleni są na prawdziwe i rzekome niesprawiedliwości i zjawisko to niezależne jest od sytuacji materialnej większości ludzi, która może być całkiem znośna. Istnieje, zdaniem Lorkovica, nawet pewna rywalizacja socjalna: im bardziej ktoś jest wyczulony na „niesprawiedliwości” tym wyższy jego społeczny status. Równocześnie szerzy się antyautorytaryzm i zanika szacunek dla prawa. Dla niektórych „poszukiwaczy niesprawiedliwości” samo stosowanie prawa jest czymś niesprawiedliwym. Maleje również dyscyplina społeczna i rozprzestrzenia się typ człowieka, który „odmawia uczestnictwa”, wzrasta ilość grup „negatywistycznych”, destruktywnych i perwersyjnych. Procesy te są pełzającą rewolucją, która może podmyć struktury polityczne i społeczne tak dalece, że zawalą się. Drugi rewolucyjny scenariusz, to taki, w którym rewolucji dokonują masy byłych mieszkańców Trzeciego Świata przenikające na różne sposoby do Pierwszego Świata. Co prawda różnice kulturowe przeszkadzają w wytworzeniu się jednolitej warstwy kolorowego proletariatu, jednak istnieją więzi religijne np. wśród narodów islamskich, które mogą zapewnić jednolitość i jedność wielkich grup. Trzeba brać pod uwagę zarówno antyindywidualizm islamu, jak i    duży przyrost naturalny wśród muzułmanów. Ponieważ nie integrują się oni i nie asymilują, łatwo mogą organizować się politycznie. Oba scenariusze mogą w dużej mierze być ze sobą zbieżne, gdyż „negatywiści” i „outsiderzy” z narodów przyjmujących obcokrajowców stają po ich stronie, odgrywając w ten sposób klasyczną rolę „pożytecznych idiotów”.

Poza tym w numerze znajdzie-my prezentację organizacji nazywającej się „Inicjatywa – Wolność dla Bawarii” i postulującej stworzenie samodzielnego katolickiego państwa bawarskiego, które obejmować by miało oprócz obecnej Bawarii również dużą część Austrii i Tyrol Południowy. Oczywiście państwo to wchodziłoby w skład ponadregionalnej federacji niemieckiej. Wolni Bawarczycy uważają również, że wszyscy mężczyźni w ich kraju powinni mieć prawo do noszenia broni, gdyż ich zdaniem wolny człowiek, a już szczególnie wolny Bawarczyk, tylko w ten sposób może obronić swoją wolność.

DEUTSCHLAND IN GESCHICHTE UND GEGENWART

Pierwszy tegoroczny numer wydawanego w Tybindze przez Grabert Verlag kwartalnika przynosi m. in. artykuł Rolfa Kosieka na temat wrogości do obcokrajowców w Niemczech. Cała ta sprawa to według niego masowa psychoza rozpętana przez całkowicie zglajchszaltowane mass media. Zdumiewające są zarzuty kierowane z innych państw, że Niemcy są szczególnie wrogo nastawieni wobec obcokrajowców. Wiele z tych państw ma o wiele ostrzejsze przepisy imigracyjne i wykorzystuje je. W zeszłym roku Niemcy przyjęły więcej azylantów niż wszystkie kraje europejskie łącznie. To Niemcy również udzielają największej pomocy gospodarczej krajom Europy Środkowo-Wschodniej. Kosiek pisze również, że niemieckie mass media tworzą wokół prawicy nastrój pogromowy. Nigdzie w Niemczech prawicowe imprezy nie mogą odbywać się bez przeszkód. Mobilizuje się motłoch, zastrasza właścicieli sal, wywiera nacisk na gminy, aby zakazywały odbywania prawicowych spotkań i zebrań. A państwo przygląda się bezczynnie tym bezprawnym i nietolerancyjnym działaniom. Niemieckie państwo prawa jest na najlepszej drodze do przekształcenia się w państwo ideologicznego terroru, które prześladuje ludzi wiernych ojczyźnie i narodowi. Jest to całkowite zaprzeczenie zasad konstytucyjnych.

Lewica niemiecka po upadku marksizmu Wschodzie nie ma dziś żadnej duchowej bazy. Dlatego próbuje stworzyć nowy „ruch antyfaszystowski” i skonstruować trzecią winę Niemców. Pierwsza wina to „Holocaust“ (cudzysłów pochodzi od autora – red.), druga wina to za mało pokuty po „Holocauście”. Trzecia wina to wrogość wobec obcokrajowców, czyli w rzeczywistości chęć pozostania Niemcem w Niemczech zamieszkałych przez obcokrajowców. Ale rzeczywistość, twierdzi Kosiek, dogoniła iluzje. Z jednej strony gospodarka niemiecka nie może pozwolić sobie na bałkańskie stosunki i wyprzedaż marki, z drugiej zaś działalność różnych mafii, wysoka przestępczość wśród obcokrajowców, AIDS itp. wymuszą zastosowanie odpowiednich środków i wtedy Niemcy obudzą się. Kosiek ostrzega, że zbyt napięty łuk może pęknąć.

Hermann Kater krytykuje jednostronne jego zdaniem przedstawianie łamania Konwencji Haskiej w okresie II wojny światowej. Wiele zarzuca się Wehrmachtowi ale przecież nie tylko Wehrmacht brał udział w tej wojnie. Brytyjski oskarżyciel w Norymberdze sir Hardley Shawcross w swej wielkiej mowie oskarżycielskiej wygłoszonej 26 lipca 1946 zarzucił oskarżonym najcięższą i najgorszą zbrodnię wojenną a mianowicie złamanie niekwestionowanej zasady prawa wojennego, która nie zezwala na czynienie bezpośrednim obiektem operacji wojennych ludzi nie biorących udziału w walce. Chodziło przy tym, stwierdził brytyjski oskarżyciel nie o pojedyncze, niezorganizowane przypadki, ale o systematyczne szeroko zakrojone i z rozmysłem zakrojone akcje. Czy jednak te słowa nie odnoszą się dokładnie do działań brytyjskiego lotnictwa bombardującego niemieckie miasta? Szacunki określające liczbę zabitych osób cywilnych w Niemczech sięgają od ponad pól miliona do ponad dwóch milionów. Inne przestępstwa wojenne popełnione przez aliantów to zniszczenie przez Brytyjczyków francuskiej floty śródziemnomorskiej w Oranie w lipcu 1940 roku (śmierć poniosło wówczas 1233 marynarzy francuskich). 5 maja 1945 na trzy dni przed zakończeniem wojny, gdy były już gotowe dokumenty kapitulacyjne, Brytyjczycy zatopili w Zatoce Lubeckiej okręt „Cap Arcona” z 8000 tysiącami ludzi na pokładzie (w tym kobiety, dzieci, więźniowie obozów). Prawie nikogo nie uratowano. Po zajęciu w 1945 przez oddziały francuskich Marokańczyków Stuttgartu, Pforzheimu i Frauenstadt, pozwolono im przez trzy dni swobodnie działać. Rezultat: rabunki i masowe gwałty. Kater przypomina również całkowicie niezgodne z prawem wojennym podstępne wydanie Własowa i jego żołnierzy przez Amerykanów w ręce Rosjan na pewną śmierć. Trzeba również pamiętać o niewolniczej pracy jeńców we francuskich kopalniach. Autor przypomina również zniszczenie przez aliantów klasztoru benedyktynów na Monte Cassino.

Natomiast Wolfgang Hackert zajmuje się się Franklinem Delano Rooseveltem. To, co pisze o klęsce „New Dealu” jest dobrze znane: bezrobocie zamiast zmaleć oczywiście się zwiększyło a zadłużenie rządu wzrosło z 19 mld dolarów w 1933 roku do 250 mld w roku 1939. Ciekawe są również uwagi na temat działalności Roosevelta na rynku walutowym z okresu, gdy nie był jeszcze prezydentem, którą opisał dokładnie w swej znanej książce Wallstreet and FDR Anthony C. Sutton. Hackert zajmuje się również pogłoskami krążącymi w Ameryce na temat zabójstw, wypadków lotniczych i samochodowych oraz innych nagłych śmierci znanych przeciwników polityki prezydenta Roosevelta takich jak senator Bronson Cutting z Nowego Meksyku (katastrofa awionetki), senator Huey P. Long z Luizjany (zastrzelony), gubernator Allan z Luizjany(zastrzelony), senator Thomas Schall z Minnesoty, autor modlitwy, w której prosił Boga, aby uwolnił jego ojczyznę od Roosevelta (przejechany przez pędzący samochód przed swoim domem), generał Charles H. Sherill (również przejechany przez samochód), gubernator Ritchie z Maryland, który na dwie godziny przed śmiercią wzywał młodych Amerykanów do walki z Rooseveltem (zawał serca), kongresmen Louis T. Fadden, krytyk polityki finansowej Roosevelta (nagły zakrzep krwi, podejrzenie otrucia), senator Lundeen z Ohio, krytyk polityki wojennej Roosevelta (śmierć w katastrofie awionetki), senator Borah z Idaho, przywódca izolacjonistów zmarł w dwa dni po tym jak w całkiem dobrym zdrowiu grzmiał do tysięcy słuchaczy przeciwko „New Dealowi”. Czy za tą serią zabójstw, wypadków i nagłych śmierci kryje się czyjaś tajemnicza ręka? Nic pewnego nie da się powiedzieć, dlatego Hackert zostawia wyciągnięcie wniosków czytelnikom.

Peter Dürrmann w artykule „Ojczyzna i tożsamość kulturalna” analizuje niektóre ludzkie zachowania z punktu widzenia biologii i antropologii wychodząc od teorii Portmanna, Gehlena, Lorenza, Eibl-Eibesfeldta. Dürrmann pisze m. in., że lęk przed obcymi ma podłoże genetyczne. Już noworodki w wieku 6 miesięcy zaczynają rozróżniać pomiędzy znanymi im a nieznanymi osobami, reagując negatywnie na te ostatnie. I nie ma to z reguły nic wspólnego ze złymi doświadczeniami dziecka w odniesieniu do określonych osób. Nawet bowiem u dzieci głuchoniemych zaobserwowano takie same reakcje na obcych. Można sądzić, że wzór „znajomy = przyjaciel”, „obcy = wróg” jest wynikiem wrodzonych dyspozycji. Również terytorialność jest wrodzonym elementem społecznego zachowania człowieka. Terytorium zarówno u ludzi, jak i u zwierząt zaspokaja trzy elementarne potrzeby, którymi są posiadanie schronienia i poczucie bezpieczeństwa w przeciwieństwie do lęku; stymulacja przez „krewniaków” w przeciwieństwie do nudy; tożsamość w przeciwieństwie do anonimowości. Ludzie kierują się „terytorialnym imperatywem”, czyli jak to określił jeden z etologów „intencjonalną i wynikającą z egzystencjalnych potrzeb orientacją na dostarczające im satysfakcji terytorium”. Mając swoje terytorium czują się bezpieczni, mają lepszą możliwość działania i zyskują poczucie ciągłości i tożsamości indywidualnej i grupowej. Dlatego traktują swoje mieszkanie, swój dom i ogród jako swą własność i swój rewir. Dlatego ludzie zakładają zamki na drzwiach, stawiają płoty wokół domu i ogrodu a od osób, które chcą wkroczyć na ich teren oczekują specjalnych „uspokajających” rytuałów. Na niepożądane wtargnięcie w ich rewir reagują wrogością i agresją. Terytorialność człowieka przejawia się również w jego przywiązaniu do regionu i kraju, w którym mieszka.

I na koniec zajmijmy się artykułem Frithjofa Hallmana o dwóch wielkich postaciach norweskiej i światowej literatury; Sigrid Undset (1882-1949) i Knucie Hamsunie (1859-1952), którzy pod wieloma względami stali na przeciwległych biegunach i nie darzyli się sympatią. Przypomnijmy, że Hamsun podobnie jak Undset laureat literackiej nagrody Nobla, w czasie II wojny światowej stanął po stronie Niemiec i jeszcze 7 maja 1945 roku napisał w wielkiej gazecie norweskiej „Aftenposten” pośmiertną pochwałę Hitlera (w 1943 roku Hamsun odwiedził Hitlera w Niemczech i w czasie rozmowy z nim ostro skrytykował politykę okupacyjną w Norwegii, a szczególnie rolę komisarza Terbovena). Tuż po wojnie sąsiedzi rzucali jego książki przez płot posiadłości w Norholm, gdzie mieszkał. W czerwcu 1945 roku został aresztowany i osądzony jako kolaborant. Najpierw umieszczono go w szpitalu psychiatrycznym a później jako niedołężnego umysłowo osadzono w domu starców. Jego los zdradza wyraźne podobieństwo do losu amerykańskiego poety Ezry Pounda, którego we Włoszech Amerykanie wsadzili do klatki, aby ludzie mogli na niego pluć a potem zamknięto go na polecenie Roosevelta w szpitalu psychiatrycznym, gdzie spędził 10 lat (jak widać wykorzystywanie psychiatrii dla celów politycznych nie było tylko specjalnością władz Związku Radzieckiego).

W czasie uwięzienia w domu starców znalezionym ołówkiem Hamsun robił notatki, które później wydane zostały w formie książkowej pod tytułem Na zarośniętych ścieżkach. Kiedy stał przed sądem powiedział prokuratorowi: „Sądzę, panie prokuratorze, że moje nazwisko nie było panu do tej pory znane. Ale mógł pan zasięgnąć informacji na mój temat. Być może ktoś powiedziałby panu, że świat psychologii nie jest mi obcy. W swoim długim pisarskim życiu stworzyłem setki postaci, żyjących ludzi, opisałem ich od wewnątrz i od zewnątrz, we wszystkich stanach duszy, w każdym niuansie, w ich snach i działaniach. Dlatego może pan oddać mnie bez żadnej kontroli do szpitala psychiatrycznego, w ręce jakiegoś profesora, który wie tyle, co pan”. Do śmierci byt wyklęty w swojej ojczyźnie, którą bezgranicznie kochał i bez której nie mógł żyć. Musiało minąć trochę czasu, zanim książki tego wroga Anglosasów (przez cztery lata przebywał w Ameryce, gdzie pracował m. in. jako parobek u farmerów i konduktor kolejowy), który elitę duchową Ameryki nazywał „stadniną Mulatów”, antykomunisty, wroga postępu i demokracji mogły znowu ukazywać się w Norwegii. Przed kilku laty Izaak B. Singer nazwał Hamsuna „ojcem nowoczesnej formy narracyjnej” i epikiem, o którym po prostu nie wolno zapomnieć. Norwegowie znowu zaczynają być z niego dumni. Stale ukazują się wznowienia jego dzieł. W zeszłym roku w Hamaroy, gdzie kiedyś mieszkał, odbyły się Dni Hamsunowskie, z seminariami i koncertami ku jego czci. Hakon Bleken wystawił swoje obrazy oparte na motywach powieści Hamsuna Misteria. Dni Hamsunowskie zaszczyciła swoją obecnością para królewska, co bez wątpienia ma nie tylko symboliczny wymiar. Wielki syn Norwegii powraca w chwale do literackiego panteonu Europy.

ÖKOLOGIE. ZEITSCHRIFT FÜR NATUR-UND HEIMATSCHUTZ

W pierwszym zeszłorocznym numerze kwartalnika konserwatywnych Zielonych Helmut Kirchner pyta, czy Niemcy mogą stać się krajem imigracyjnym i odpowiada, że nie. Lewica niemiecka (Zieloni i znaczne odłamy SPD) nie chcą tego zrozumieć i żądają np. „denacjonalizacji” konstytucji, czyli skreślenia z niej wszystkiego, co odnosi się do Niemców, i przekształcenia Niemiec w państwo wielonarodowe, co w połączeniu z rezygnacją z suwerenności na rzecz Brukseli oznacza przekształcenie Niemiec w międzynarodową strefę i ich likwidację jako samodzielnej siły politycznej, pozostawienie ich jedynie jako pewnej jednostki terytorialnej. Nie byłby to już kraj Niemców, ale, jak stwierdziła znana działaczka Zielonych Antje Volmer, kraj należący do wszystkich ludzi na świecie, którzy chcą tutaj zamieszkać. Wszystko to potwierdza opinię Bernarda Shawa, że Niemcy tak gruntownie realizują jakąś dobrą sprawę, aż robi się z tego zła sprawa. W numerze drugim warto odnotować uwagi Hansa Rustemeyera na temat sprzeczności pomiędzy lewicową ideologią a prawdziwym „zielonym światopoglądem”. Rustemeyer wyprowadza myśl lewicową z kartezjanizmu i osiemnastowiecznych idei oświeceniowych. Jej kulminacją jest marksizm, który podobnie jak teorie Rousseau wychodzi z założenia, że owoce natury należą do wszystkich a ziemia do nikogo. Jednak to, co należy do wszystkich lub do nikogo, przez nikogo nie jest szanowane. Jak mogą Zieloni być wyznawcami lewicowych utopii, skoro antropologia i etologia udowadniają, że takie zjawiska jak nierówności, hierarchie, posiadanie własności zakorzenione są w naturze człowieka. Chęć bycia równocześnie Czerwonym i Zielonym to chęć osiągnięcia niemożliwego, to absurd.

W tym samym numerze Andreas Molau rozważa na ile aktualne jest światopoglądowe i polityczne dziedzictwo romantyzmu. Pisze on na początek, że kultura w Niemczech podlega procesom dogłębnej niwelacji. Taka konstatacja nie powinna jednak prowadzić do paraliżu woli twórczej, woli patrzenia w przyszłość. Oprócz krytyki aktualnej sytuacji potrzebne jest zaproponowanie czegoś nowego. Ale to, co nowe nie może być oderwane od tego, co jest i co było. Wszak ludzka egzystencja jest swoją własną historią. Tylko ten, kto wie skąd przychodzi, wiedzieć może, dokąd idzie jak uczy nas ojciec historiografii Leopold von Rankę. Historia jako element, na którym ufundowana jest nasza tożsamość, musi być bodźcem dla rozwiązywania przyszłych zadań. Romantyzm właśnie zdaniem autora może być nam dziś pomocny. Ten wielki prąd duchowy najchętniej obłożono by w Niemczech po 1945 roku anatemą, gdyż jak się uważa, to irracjonalizm jest przyczyną wszelkich niemieckich nieszczęść. Dlatego w niemieckich podręcznikach dla licealistów romantyzm interpretowany jest jako „podstawa nurtów reakcyjnych aż po wiek dwudziesty”. Dominują natomiast bezkrwiste i suche ideały oświeceniowe, które główną rolę w życiu człowieka przypisują rozumowi. To właśnie przeciw tym ideom wystąpili niegdyś romantycy, żądając odejścia od czysto rozumowego widzenia świata.

Hamann, Schiller, F. Schlegel czy Novalis uważali, że człowiek nie powinien ujmować świata wyłącznie poprzez pryzmat rozumowych schematów, ale powinien mieć świadomość działających w nim „boskich sił” i widzieć go jako całość, we wszystkich jego wymiarach. Nie „liczby i figury” będące podstawą racjonalistycznego światopoglądu zapewniają człowiekowi zdolność poznani, lecz łączność z duchem narodu przejawiającym się w mitach, legendach i bajkach, w religii, poezji i sztuce. Ten postulat aktualny jest również i dziś, kiedy specjalizacja i jednostronne wykształcenie odbierają człowiekowi zdolność całościowego widzenia świata. Współczesny człowiek, jak pisał Nietzsche, „wlecze ze sobą niezliczoną ilość niemożliwych do strawienia kamieni wiedzy, które od czasu do czasu, tak jak w bajce, przewalają mu się w brzuchu”. Warto również, twierdzi Molau, nawiązać do romantycznych idei państwowych wysuwanych przez Justusa Mörsera i Adama Müllera. Ten ostatni wychodził od koncepcji podwójnej natury człowieka: człowiek z jednej strony określany jest ze względu na swą wartość jako jednostka, z drugiej zaś ze względu na przynależność do narodowej i politycznej wspólnoty. Prowadzi swe prywatne życie, ale równocześnie związany jest ze sferą narodową i państwową. Müller krytykował również filozofię polityczną Oświecenia za to, że widzi w państwie jedynie „towarzystwo asekuracyjne” lub „merkantylną spółkę”. Naród jest dla niego czymś ponadczasowym, co wynika z idei rodziny. W rodzinie przejawia się związek pokoleń. Podobnie jak w rodzinie, w której młode pokolenie przejmuje dziedzictwo starszych i dalej je pomnaża, taka sama zasada powinna obowiązywać we wspólnocie narodowej i państwowej.

Naród, pisał Müller, jest wzniosłą wspólnotą długiego szeregu przeszłych, żyjących i przyszłych pokoleń, które pozostają ze sobą w wielkim związku na śmierć i życie. Podobnie w XX-tym wieku myśleli przedstawiciele rewolucji konserwatywnej. Np. Artur Moeller van den Bruck pisał: „Człowiek konserwatywny żyje ze świadomością, że historia jest dziedzictwem, darem i sumą rzeczy, które narody niosą z przeszłości w przyszłość. Ale to dziedzictwo musi być ciągle na nowo zdobywane, aby dopełniła się wielka trójca, z której znamy przeszłość i teraźniejszość, podczas gdy przyszłość musimy każdorazowo wypełnić”. Do idei państwowej romantyków nawiązywał Moeller van den Bruck, gdy stwierdzał: „Konserwatysta nie ma ubocznych zamiarów i ukrytych celów typowych dla partyjnej polityki. Jego partią są Niemcy. Formy państwa są dla takiego człowieka tylko środkiem do celu”. Naród nie jest podtrzymywany z zewnątrz przez instytucję państwa, lecz istnieje dzięki „żywej klamrze współuczestnictwa”.

Obecne pokolenie, pisze Molau, żyje z ciężarem oświeceniowych idei. Jest to pokolenie racjonalistycznych konstruktorów, homo faberów, którzy nie umieli marzyć a mit uważali za zwyczajny bezsens. Pokolenie to poniosło klęskę załamując się pod ciężarem własnego czystego racjonalizmu. Potrafiło jedynie niszczyć naturę działając pod patologicznym przymusem wciskania świata i człowieka w wymyślone przez siebie formy. Pojedynczy człowiek może chronić naturę tylko wówczas, gdy pozostaje z nią w „osobistym” kontakcie. Respekt dla piękna przyrody, a nie techniczne kwestie ilości śmieci, jest impulsem dla jej zachowywania i ochrony. Właśnie romantyzm w swych wierszach i obrazach wyraża ów głęboki związek ze źródłem życia, pokazuje poszukiwanie przez pojedynczego człowieka prapodstawy, pokazuje jego rozdarcie, ale również jego zakorzenienie w boskim porządku stworzenia.

VORDERSTE FRONT. ZEITSCHRIFT FUR POLITISCHE THEORIE UND STRATEGIE

Organ narodowych rewolucjonistów jak zwykle bezpardonowo atakuje System, oskarżając rządzących, że wprowadzili pełny Berufsverbot dla wszystkich dysydentów. Nie ma dla nich miejsca w żadnej instytucji, która w jakikolwiek sposób zależna jest od państwa. Dlatego trzeba tworzyć „strefy wyzwolone”, uniezależniać się finansowo od Systemu, rozbudowywać sieć powiązań gospodarczych i politycznych odporną na infiltrację przez agentów państwa. Pismo przedstawia również centralne tezy Trzeciej Pozycji, z których jedna mówi o konieczności posiadania przez człowieka tożsamości będącej ojczyzną, miejscem, do którego przynależymy, więzią i zakorzenieniem. Tylko człowiek, który posiada tożsamość, może doświadczyć sensu życia, poczuć się bezpiecznym i szczęśliwym. Miłość, nienawiść, odwaga, godność, honor, tchórzostwo stają się czymś konkretnym tylko wśród ludzi posiadających tożsamość. Ten kto nie ma tożsamości, kto kocha wszystkich ludzi (względnie wszystkich nienawidzi), ten nie kocha nikogo i jego nikt nie kocha, ten nie wyrasta ponad siebie, niczego nie ryzykuje, żyje w pustce z dnia na dzień, ucieka w zastępczy świat narkotyków i alkoholu, pragnie, by filmy, wideo, egzotyczne podróże łaskotały mu nerwy, potrzebuje sztucznej stymulacji. Taki pozbawiony tożsamości człowiek żyje jak ktoś, kto cały czas znajduje się pod wpływem środków farmakologicznych: jego emocje są albo odfiltrowane, albo sztucznie wywoływane.

W artykule „Hegemonia i rewolucja” (jak i pozostałe niepodpisanym zapewne z obawy przed czujnym okiem odpowiednich służb) znajdziemy ciekawe uwagi na temat niemieckiej rewolucyjnej lewicy. Większość niemieckich lewicowców to z jednej strony salonowi rewolucjoniści, czyli yummies (yummie=yuppie+marksista), którzy uwili sobie ciepłe gniazdka w Systemie, z drugiej zaś różni anarchiści/autonomiści, Hausbesetzer, lewicowi lumpenproleci, którym zezwala się, aby poszaleli na ulicach pałując ich co nieco tylko wtedy, gdy jest to potrzebne dla celów wyborczych. Skrajna lewica nie tylko, że nie jest zagrożeniem dla Systemu, ale wręcz przeciwnie, stabilizuje go. Pełni ona funkcję piątej kolumny na usługach władzy. Rządzący używają lewicowych bojówkarzy do atakowania i zastraszania sił stojących w rzeczywistej opozycji do Systemu. Oficjalna policja nie może tego robić ze względów czysto optycznych („Jesteśmy najwspanialszym państwem prawa”). Skrajna lewica jest obecnie ochotniczą rezerwą policji mającą za zadanie eliminować wszystkich dysydentów, prawdziwych rewolucjonistów i ludzi inaczej myślących.

W tym samym numerze redakcja publikuje artykuł na temat narodowego socjalizmu. Narodowy socjalizm nigdy nie był spójną teorią polityczną. Nie miał także jednego, ogólnego celu politycznego. Narodowi socjaliści dzielili się na niezliczone frakcje, grupy interesów i „sekty”. To, co można powiedzieć o teoretykach narodowego socjalizmu to tylko: „sama przeciętność”. Ludzi naprawdę utalentowanych reżim darzył nieufnością lub prześladował. Narodowi socjaliści powoływali się często na tradycje germańskie, ale germańskim przodkom Niemców obca była idea rasowego wybraństwa typowego dla syjonizmu. Narodowi socjaliści obiecywali, że po rewolucji odbudują tradycyjny ład, ale nawet nie wiedzieli, na czym taki ład polega. Nie wiedzieli, że tradycyjny ład to hierarchia kapłanów (mędrców), wojowników i producentów. Dlatego zamiast ładu stworzyli nieład. Ubóstwili wojownika nie rozumiejąc, że bez kapłanów wojownik ulega pokusie pychy. Nie rozumieli, czym są producenci. Narodowy socjalizm to przejęcie przez, pozbawionych duchowego kierownictwa, wojowników niewolniczych mas od poprzednich panów, którzy dlatego bez problemów mogli powrócić do władzy w 1945 roku na bagnetach obcych wojsk.

Wojownicy z Trzeciej Rzeszy przegrali wojnę, bo ich celem było wejście do ekskluzywnego kartelu państw kolonialnych (swoje Indie chcieli mieć w Europie Wschodniej i Rosji). Narodowi socjaliści bezustannie mówili o szlachetności swoich zamiarów i arystokratycznej etyce. W rzeczywistości byli zaprzeczeniem tego, co szlachetne i arystokratyczne. W ich arsenale nie brakowało żadnego kłamstwa, żadnej intrygi, żadnej zdrady, żadnej dwulicowości. Można tu jako przykład podać kampanię nienawiści podjętą przez tygodnik SS „Das Schwarze Korps” przeciw Gotfriedowi Bennowi. Ponieważ jego wiersze nie podobały się partii, zadenuncjowano go jako „homoseksualną świnię”, choć w rzeczywistości Benn był kobieciarzem. Ówczesny wydawca SS-owskiego tygodnika Gunther d’Alquen zrobił później karierę w CDU. I to ma też swoją symboliczną wymowę. Gdyby narodowi socjaliści wygrali wojnę, to może by uratowali Europę przed Stalinem. Ale nic nie uratowałoby Niemiec przed rządami Adenauerów, Erhardtów, Brandtów, Schmidtów, Scheelów, Genscherów, Kohlów i Weizsäckerów. Zapewne inaczej by się nazywali, ale byliby tego samego formatu. To niwelacja, zglajchszaltowanie, egalitaryzacja społeczna dokonana przez narodowych socjalistów wyniosła do władzy zachodnioniemiecką klasę polityczną. I na koniec cytat z Juliusa Evoli zamieszczony w „VF”: „Już za długo igrano na Zachodzie z kompromisami i reakcjami. Doświadczenie poucza, że w ten sposób niczego się nie osiągnie. Nie idzie o to, aby przewracać się z boku na bok leżąc na łożu śmierci, ale o to by się obudzić i powstać”.

RUSSLAND UND WIR

Czasopismo wydawane przez Towarzystwo Niemiecko-Rosyjskie (zob. „Stańczyk” nr 1,1992) zamieszcza w numerze czerwcowym z tego roku artykuł Wolfganga Straussa na temat renesansu idei królewskiej w Rosji. Strauss przypomina sylwetkę Igora Taljakowa, pieśniarza, poety, kompozytora, rosyjskiego barda zastrzelonego w październiku 1991 roku podczas koncertu w Petersburgu. Ten syn robotnika wychowany w slumsach sowieckiego społeczeństwa był monarchistą i wielbicielem Białej Gwardii. W swoim ostatnim wywiadzie powiedział: „Klęczę przed prawdą rosyjskiej prawowierności będąc pewnym, że Rosja w swej najgłębszej istocie, w swych historycznych korzeniach była i będzie monarchią”. Strauss pisze, że idee monarchistyczne przeżywają w Rosji renesans, choć nie wszyscy zwolennicy caratu chcą, aby tron objął przedstawiciel dynastii Romanowych. Np. opozycyjni słowianofile chętnie widzieliby na cesarskim tronie wnuka marszałka Żukowa – ostatniego rosyjskiego bohatera narodowego. Żuków jako następca nieszczęsnego demokraty Jelcyna? Jako ludowy imperator, populistyczny „Gossudar”? Czy to słowiańska fantazja? Rosyjskie marzenie o zbawieniu czy realistyczna prognoza? Do Trzeciego Rzymu prowadzi wiele dróg. W Rosji, pisze Strauss, szerzy się kult Białej Gwardii. Pod czarno-żółto-białą flagą monarchii, ze starym hymnem „Boże chroń Cara” demonstrują dzisiaj oficerowie dawnej armii radzieckiej, którzy chcą powrotu „świętej Rusi”, za którą białogwardziści oddali życie i krew.

Kinowym przebojem stał się dokumentalny film Stanisława Goworuchina Rosja, którą utraciliśmy. Dla tego reżysera słowo „demokrata” to wyzwisko, jego idolem jest Sołżenicyn ostrzegający przed demokracją, która prowadzi do anarchii, jego ideałem – car obrany przez lud. Wielkie religijne ceremonie i bogaty program kulturalny towarzyszyły obchodom 125 rocznicy urodzin cara Mikołaja II. W sierpniu odsłonięto w Petersburgu jego pomnik. Nauczyciele rozdawali w szkołach portrety ostatniego cara. Punktem kulminacyjnym będą odwiedziny Wielkiej Księżnej Marii Władimirowny Romanowej, która zatrzyma się w kilku miastach. Wielu Rosjan w jej synu 13-letnim Grigoriju widzi przyszłego cara – także Sołżenicyn, który w tym roku zapewne powróci do ojczyzny. Spod popiołów narodowej pamięci wydobywa się wielka przeszłość Rosji. Historyk M. K. Diterichs, autor książki Zamordowanie na Uralu rodziny carskiej i członków Domu Romanowych głosi, że odrodzona „stara” Rosja musi stanąć pod znakiem krzyża Chrystusowego jako święte cesarstwo wszystkich rosyjskich krain. Wizja Diterichsa to narodowa Rosja oparta na fundamencie swego historycznie ukształtowanego religijno-etycznego światopoglądu, z własną, niepowtarzalną koncepcją człowieka i wolności. Takiej Rosji chcieli mężowie stanu Romanowych.

Rosja, według jelcynowskiego projektu konstytucji, ma być republiką prezydencką, w gruncie rzeczy bliską monarchii. Czy w tym kierunku pójdzie Rosja: od państwa partyjnego do ludowej monarchii, od anarchii do rządów autorytarnych, od parlamentaryzmu do idei cesarskiej, od społeczeństwa klasowego do solidarnej wspólnoty? Przed Rosją dramatyczne miesiące i lata, kolejne etapy duchowej wojny domowej, która musi być rozegrana, jeśli Rosja chce się uratować. Tu nie idzie o paragrafy, tu idzie o Rosję.

STANY ZJEDNOCZONE

CHRONICLES. A MAGAZINE OF AMERICAN CULTURE

Zeszłoroczny czerwcowy numer znakomitego konserwatywnego miesięcznika – okrętu flagowego amerykańskiej prawicy poświęcony jest szansom i możliwościom odbudowy republiki w Stanach Zjednoczonych. Redaktor naczelny pisma Tomasz Fleming pisze m. in.: „Mamy papierową konstytucję, która obiecuje republikańską formę rządów, ale wszystkie trzy władze od kilku generacji spiskują, aby pozbawić system republikańskiej treści pozostawiając jedynie dekoracyjną i ceremonialną skorupę w postaci wyborów koncentrujących się na sprawach nieistotnych, przemówień napisanych przez ghost-writerów i kongresmenów wygłaszających oracje w pustej sali ku zadowoleniu kamerzystów. Stany Zjednoczone są republiką tylko w tym sensie, w jakim Wielka Brytania jest monarchią. Niezależnie od formy rządów realny system polityczny panujący w USA ma niewiele wspólnego z republiką naszych przodków. Jeśli ktoś w to wątpi, to powinien zastanowić się nad odwrotną proporcją między jakością przywódców a ilością i zakresem ich władzy. Na początku wybieraliśmy Waszyngtona, Adamsa i Jeffersona, ale odmawialiśmy im posiadania nawet ułamka tej władzy, którą dziś z entuzjazmem oddajemy takim ludziom jak Jimmy Carter czy George Bush”.

Od bardzo dawna, pisze dalej Fleming, następuje proces konsolidacji władzy. Jest to proces pasożytniczy polegający na pożeraniu ciała politycznego. Politycy nie mogą po prostu zdobyć władzy, lecz muszą ją kupić korumpując jedną po drugiej warstwy i grupy społeczne, które, jak się spodziewają, będą popierać reżim. Zjawisko to występowało od samych narodzin Stanów Zjednoczonych. Hamilton używał kredytów rządowych, aby przyciągnąć przemysłowców, Whigowie Clay’a i Republikanie Lincolna wprowadzali cła, manipulowali sprzedażą gruntów publicznych, gwarantowali monopole i koncesje, aby ich sponsorzy mogli się obłowić kosztem społeczeństwa. Te praktyki nie są gorsze od tych, jakie stosowali europejscy monarchowie sprzedający tytuły i przywileje dla zwiększenia swoich dochodów. Problem leży w tym, że demokracja otwiera przed korupcją o wiele szersze perspektywy pozwalając wielu uczestniczyć w występkach, które kiedyś zarezerwowane były dla nielicznych. W tym stuleciu przywódcy Ameryki chcieli być dobrymi wujkami dla wszystkich: firmom zbrojeniowym zapewniali tłuste kontrakty, robotnikom bezpieczeństwo socjalne, ubogim opiekę. Potencjalni troublemakers – intelektualiści i artyści zostali kupieni przy pomocy posad na uniwersytetach i subwencji rządowych. Pomoc rządu podkopuje moralną witalność tych, którzy ją otrzymują. To, co na początku jest złym przyzwyczajeniem, któremu wolny człowiek folguje od czasu do czasu, zamienia się później w demona niszczącego wolę i zniewalającego umysł.

Byliśmy kiedyś, pisze Fleming, wolnymi ludźmi z wyraźnymi, choć rzecz jasna ograniczonymi, cnotami, ale spiskowaliśmy z naszymi władcami w celu zbudowania państwa niewolniczego. Czy ludność zamieniona w niewolników, może odbudować instytucje wolnej republiki? Zapewne nie. Ale istnieje mniejszość, która może zechcieć spróbować. Do tej mniejszości kieruje swoje uwagi autor artykułu, do ludzi posiadających odwagę przekonań. Warto przekonywać nawet te zbłąkane dusze, które szczerze popierają Busha lub jego demokratyczne alter ego. Ale jest stratą czasu przekonywanie pozujących na konserwatystów Republikanów, których cała mądrość ogranicza się do popierania urzędującego prezydenta: są oni jak owieczki brykające i swawolące w drodze do rzeźni. Patrzą z dumą na nowoczesną elegancję swoich nowych domów porównując je z pastwiskami i stajniami swojej młodości, co wypada na niekorzyść tych ostatnich. Smutnieją wspominając te wszystkie lata, które spędzili narażeni na deszcz i wiatr. Ale są jeszcze konserwatyści, którzy nie boją się deszczu i wiatru i którzy preferują niezależność, choć okupują ją życiem w zimnie lub narażeni są na bagienną gorączkę. Niektórzy z nich patrząc na błazeństwa swoich „sojuszników” na prawicy zastanawiają się, czy jako naród nie jesteśmy tak zdeprawowani, że nie zasługujemy, aby cieszyć się republikańską wolnością a nawet nie potrafilibyśmy tego, gdyby nam ją podarowano. Prawda jest taka, że w każdym narodzie istnieje tylko mniejszość, która potrafi cieszyć się błogosławieństwem wolności. Większość ludzi stworzona jest po to, aby lizać buty swoich prześladowców. Klasyczny osiemnastowieczny republikanizm był wyznaniem wiary arystokratów, którzy chcieli podzielić się dobrodziejstwami wolności z wieloma, a może nawet z większością. Ale każda dobra rzecz traci na wartości, jeśli staje się własnością wielu ludzi. Rasowy koń zaprzęgnięty do wozu utraci swe piękno. Niewielu jest też mężczyzn, którzy chcieliby dzielić swoje dziewczęta lub żony z przyjaciółmi, nawet najlepszymi.

Jeśli mówimy dziś o restauracji republiki, to nie możemy, pisze Fleming, mieć na myśli bezpośredniej rekonstrukcji republikańskich instytucji dla każdego mężczyzny, kobiety i imigranta, któremu zdarzyło się mieszkać gdzieś między Kanadą a Meksykiem. Głównym celem musi być „odbudowanie” warstwy obywateli, którzy poważnie traktują swe powinności i swoją odpowiedzialność. Taką warstwę tworzyła cywilna i wojskowa arystokracja w imperialnym Rzymie czy też dżentelmeni, którzy zdobyli i administrowali brytyjskim imperium. Cel ten wydaje się niemożliwy do osiągnięcia. Wszystkie instytucje formujące charakter Amerykanów – szkoły, kościoły, prasa, szkoła są odpowiedzialne za obecną nędzę moralności i obyczajów. Daj swojemu synowi wszystkie przywileje płynące z bogactwa i wysokiej pozycji socjalnej – Kościół Episkopalny, dobra szkoła średnia, cztery lata na Uniwersytecie Yale – i wyjdzie z tego George Bush, Na razie trzeba spisać na straty wszystkie wielkie instytucje i obecną klasę polityczną przez nie ukształtowaną. Nowa elita może wyłonić się jedynie z religijnych i kulturalnych sekt, które dokonały secesji z głównego nurtu ideowo-politycznego Ameryki, Mogą to być niektórzy baptyści i luteranie lub inne grupy fundamentalistów, odrzucający współczesność komunitarianie, niezależni indywidualiści. Ale zanim ta nowa elita się ukształtuje, potrzebna jest już teraz niezależna i zdyscyplinowana grupa liderów obdarzonych energią i odwagą taką samą jaką mieli ci Nowoanglicy, Wirgińczycy, Karolińczycy, którzy oderwali swe kolonie od imperium brytyjskiego. Do tych liderów zaliczyć można Patricka Buchanana. Poprzedni lider prawicy Ronald Reagan przypominał homeryckiego bohatera Menelaosa, który dobry był w wydawaniu głośnych okrzyków wojennych, ale rzadko umiał sprostać rzeczywistym wrogom. To wokół Buchanana mogą skupić się resztki konserwatywnych republikanów. Ci prawicowcy, którzy poważnie traktują swoje przekonania w Buchananie, człowieku, który z dawnego uczestnika ulicznych bójek zamienił się w polityka, będą mieli generała mającego odwagę stanąć osobiście na czele ataku. Dajcie mi punkt oparcia a poruszę ziemię mówił Archimedes potrzebujący jedynie odpowiednio długiej dźwigni. Wyzwanie rzucone przez Buchanana daje republikanom przez małe „r” punkt oparcia dla walki i oporu przeciw niewolniczemu państwu, ale to do nich, do ich małych wspólnot należy dostarczenie dźwigni.

Clyde Wilson w artykule „Odbudowanie republiki” twierdzi, że Ameryką rządzi, w imię „racjonalnej demokracji”, oligarchia. Różni demagodzy wrzeszczą hossa-na ogłaszając tryumf demokracji na świecie. Ale to tryumfuje tylko ideologiczny konstrukt nazywany „demokracją”. Zadaniem Ameryki nie jest szerzenie „demokracji” po całym świecie, ale odbudowa republiki u siebie. Potrzeba nam, pisze Wilson, reakcji, odrodzenia, powrotu do korzeni. Nie chodzi o restaurowanie starych form, ale o ocalenie substancji. Rządząca obecnie oligarchia traktuje konstytucję z mistycznym nabożeństwem, lecz nie jest to ta konstytucja, którą przekazali nam nasi przodkowie. Oligarchia przekręca ją i zniekształca jej prosty historyczny sens przy pomocy najbardziej oszukańczych sposobów, by móc usprawiedliwić każde nadużycie władzy. To, co otrzymujemy to najgorsza z możliwych kombinacja fałszywej tradycji i destrukcyjnej innowacji. To, czego potrzebujemy to rzeczywista tradycja i konstruktywna innowacja. Odbudowa republiki, pisze Wilson, nie rozwiąże wszystkich problemów, ponieważ cele ludzkiego życia nie spełniają się jedynie w formie rządu i ponieważ współczesne społeczeństwo znajduje się w głębokim duchowym kryzysie, co stwierdzali wszyscy wielcy myśliciele naszego wieku. Ale ograniczenie zakresu władzy jest koniecznym, pierwszym krokiem do osiągnięcia dalszego postępu – moralnego, gospodarczego, politycznego i kulturalnego. Lewiatan zerwał się z uwięzi, którą tak umiejętnie nałożyli mu nasi przodkowie. Rozwalił płot, spustoszył nasze ogrody, utuczył się na tym, co stanowi naszą materialną i duchową substancję. Musimy nałożyć bestii kajdany a pomocne może być nam to, że większość Amerykanów jest ciągle jeszcze republikanami w sercu.

E. Christian Kopff w artykule „Amerykański kryzys bez alternatywy” pisze, że najważniejszym wydarzeniem ostatnich lat dwudziestego wieku jest upadek ostatnich wielkich narodowosocjalistycznych mocarstw, których wzrost i upadek zdominowały czasy po I wojnie światowej. Państwa Osi z łatwością pokonały swoich liberalnych i imperialnych przeciwników, ale zmiażdżone zostały przez narodowosocjalistyczne reżimy Związku Radzieckiego (alias komunizm) i Stanów Zjednoczonych (alias liberalizm). Związek Radziecki i Stany Zjednoczone zdominowały cały glob pozostając w symbiotycznej wrogości, która określiła ich ideologie i gospodarki. Upadek Związku Radzieckiego pod ciężarem wydatków na utrzymanie imperium i na cele wewnętrzne podważył rację bytu reżimu amerykańskiego. I on również upada pod brzemieniem tych samych wydatków, które zrujnowały Hiszpanię, doprowadziły do bankructwa Anglię i do rozkładu Związek Radziecki. Zwycięska Ameryka podobna jest do boksera, który po ogłoszeniu jego zwycięstwa przez sędziego wraca, słaniając się na nogach i zataczając, do swojego narożnika.

Pytania, które zadają sobie dziś myślący Amerykanie dotyczą tego, co wyłoni się po upadku reżimu zainstalowanego w USA przez F. D. Roosevelta i tego, co należy robić, kiedy reżim ten się załamie, Czego chcemy, pyta Kopff, odrodzenia klasycznego republikanizmu czy też nowego nacjonalizmu? Być może Stany Zjednoczone nie przetrwają bardziej zjednoczone niż dawny Związek Radziecki. Nie jest wcale czymś fantastycznym podział dawnych Stanów Zjednoczonych na republiki. Stany z pasa Rocky Mountain (Montana, Idaho, Wyoming, Utah, Colorado, Arizona) mogą połączyć się ze Stanami Północnego Zachodu. Teksas może dołączyć do stanów Południowego Zachodu. Południe ciągle jeszcze jest jednością pod wieloma względami. Kalifornia i Ouebec mogą wybrać własną drogę. Gospodarcza jedność może pozostać, ale nie ma pewności czy jedność polityczna przetrwa bankructwo finansowe państwa. Rozmaite podziały (także rasowe) są w dzisiejszej Ameryce czymś całkiem rzeczywistym, nawet jeśli nie pisze o nich „wolna prasa”.

Podział Stanów Zjednoczonych powinien brać pod uwagę każdy rząd, który wyłoni się po bankructwie państwa. Nie można oczekiwać, że po upadku reżimu rooseveltowskiego powstanie coś na kształt tego, co stworzył Jerzy Waszyngton ani tym bardziej do luźnej konfederacji, która wygrała podatkową rewoltę przeciw Koronie Brytyjskiej. Ale trzeba powrócić na tyle, na ile się da do tych ideałów, które w przeszłości służyły jako podstawa narodowej jedności i jednostkowej kreatywności. Nie można, pisze Kopff, przewidzieć, jaki rząd wyłoni się z zamętu przyszłości. Nie wiadomo nawet, czy to nowe państwo będzie miało te same granice co obecne Stany Zjednoczone. Jeśli jednak nowy rząd proklamuje ideały klasycznego republikanizmu i wszystkie te wartości, które wiążą się z naszą tradycją, wtedy pozyska serca ludzi i będzie służył zamożności, kreatywności i wolności. Dlatego nie wolno nam nigdy, nawołuje Kopff, zapomnieć o naszym obowiązku budzenia naszego narodu z amnezji, z przypominania sobie tego, co wiemy. Nie mogą nas do tego zniechęcać szyderstwa i oszczerstwa lokajów konającego reżimu. Musimy spełnić nasz obowiązek, abyśmy kiedyś mogli spojrzeć prosto w oczy naszym wnukom i powiedzieć: „Gdy sprawy były w naszych rękach, odbudowaliśmy republikę”.

Samuel Francis w artykule „Stary i nowy nacjonalizm” wyraża pogląd, że po powstaniu państwa menedżerskiego z jego ponadnarodowymi korporacjami, gigantycznymi związkami zawodowymi, uniwersytetami, fundacjami i całym tym tytanicznym labiryntem biurokratycznych organizacji zarówno „publicznego” jak i w coraz większym stopniu iluzorycznego „prywatnego” sektora, nie jest już możliwa restauracja dawnego republikanizmu i instytucjonalizacja jego ideałów. To się nie może udać, gdyż ci, którzy potrafią manipulować dziś techniką i biurokratycznymi masowymi organizacjami, posiadają władzę niedostępną dla najbardziej władczych despotów z przeszłości. Obecne elity usadowione w państwie i dominujące w biurokratycznych organizacjach gospodarki i kultury określają i manipulują naszymi dochodami, naszymi myślami, wartościami, emocjami i gustami. Trudno marzyć, żeby trend ku umasowieniu został odwrócony w kierunku odbudowy lokalnych i zdecentralizowanych instytucji.

Dawny republikański ustrój Ameryki opierał się na klasie ludzi wolnych i niezależnych, którzy nie chcieli państwa-Lewiatana prowadzącego w imię demokracji wojny na całej kuli ziemskiej i udającego, że w ten sposób broni ich ognisk domowych i ich samych. Nie potrzebowali i nie chcieli oni pracować i zarabiać u innych, nie wiedzieli, co to są emerytury, zwolnienia lekarskie, płatne urlopy lub pięciogodzinny dzień pracy. Nie musieli robić zakupów w wielkich domach towarowych, gdzie nic nie jest warte kupienia i wszystko, co się kupi, nie przetrwa dłużej niż rok. Nie zapisywali się (ani swoich dzieci) na kursy terapeutyczne i nie uczestniczyli w psychologicznych treningach mających „rozszerzać wrażliwość” i pomagać we właściwym „kształtowaniu stosunków międzyludzkich” po to, by mogli porozumieć się z sąsiadami. Nie oczekiwali oni pouczeń i wskazówek od mass mediów, które służą permanentnej rozrywce lub indoktrynacji. Jeśli obywatele popadają w takie zależności, nie mogą się sami rządzić, a jeśli nie potrafią się sami rządzić, to nie są również w stanie stworzyć i zachować republiki.

Dziś praktycznie każdy Amerykanin przyzwyczajony jest do życia, które upływa w zależności od masowych organizacji i struktur-supermarketów, wielkich szpitali, firm ubezpieczeniowych, mass mediów, fabryk i biur, gdzie się pracuje, i od urbanistycznych kompleksów, gdzie się mieszka. Nad tym wszystkim góruje ogromne państwo, które kontroluje wszystkie, nawet najbardziej osobiste, dziedziny życia. Większość Amerykanów nawet nie potrafi sobie wyobrazić życia bez tych wszystkich zależności i nie chciałaby żyć bez nich, nawet gdyby mogła sobie to wyobrazić. Klasyczni republikanie mieli rację: deprawujemy się, jeśli jesteśmy zależni od innych, gdy chodzi o środki do życia, o nasze bezpieczeństwo, nasze rozrywki a nawet nasze myśli i gusta. Ani nie chcemy republiki, ani nie potrafilibyśmy jej zachować, gdybyśmy ją mieli. Nie zasługujemy na nią i podobnie jak barbarzyńcy podbici i zamienieni w niewolników przez Greków czy Rzymian jesteśmy przeznaczeni do niewolnictwa. Dlatego klasyczny republikanizm jest martwy i nie może być żadną poważną polityczną alternatywą dla obecnego reżimu. Nie oznacza to jednak, że Amerykanie powinni powrócić do starego hamiltoniańskiego nacjonalizmu, ani tym bardziej wpatrywać się biernie w telewizor czekając na kolejne gwizdnięcie swoich panów.

Nawet jeśli już praktycznie nikt nie czuje więzi z klasycznymi republikańskimi ideałami męstwa, wolności i niezależności, nawet jeśli większość Amerykanów jest zbyt „zdeprawowana” aby móc odbudować republikę, to jednak duża część Amerykanów (a może nawet ich większość) to ludzie, których interesy materialne i głębiej tkwiące systemy wartości kulturowych zagrożone są przez reżim menedżerski. Ci Middle Americans zależni są od masowych struktur i organizacji menedżerskiej gospodarki i dominującej kultury. Ale reżim niewiele dla nich robi. Widzą oni, że miejsca pracy są niepewne, oszczędności coraz mniej warte, ulice, szkoły i domy mało bezpieczne, ich wybrani liderzy to miernoty lub kanciarze. Widzą, że ich moralne i religijne zasady i ich obyczaje są pod nieustannym atakiem ich własnego rządu, że ich dzieci uczone są pogardzać tym, w co oni wierzą. Widzą, że ich tożsamość i dziedzictwo kulturalne są zagrożone, ich przyszłość – polityczna, gospodarcza, kulturalna, rasowa, narodowa i osobista – niepewna. Widzą wreszcie, że niezależnie od tego jaką partię czy kandydata poprą, niezależnie od tego, co i kto im obiecuje, nic się nie zmienia, chyba, że na gorsze. Choć to ich praca podtrzymuje menedżerski system, choć to oni płacą podatki, które służą jego finansowaniu, walczą na wojnach, które prowadzą przywódcy, choć to oni dbają o swoje rodziny i usiłują kultywować te przekonania i obyczaje, które pozwalają reżimowi i krajowi egzystować i przetrwać, to otrzymują niewspółmiernie mało w stosunku do tego, co dają, To są ci Amerykanie, którzy wyszydzani są jako Ciemnogród i atakowani jako rasiści, seksiści, antysemici, ksenofobowie, homofobowie i sprawcy „przestępstw z nienawiści” straszący w ciemnych zakamarkach kraju. To ich denuncjuje się w mass mediach jako mieszkańców „Ciemnej Strony Ameryki”, choć to właśnie ich energia, pracowitość i poświęcenie pozwalają istnieć reżimowi i elitom, które nimi pogardzają, wyzyskują ich i wywłaszczają. To oni są rzeczywistymi ofiarami reżimu i jądrem „Prawdziwej Ameryki”, „Narodu Amerykańskiego” i amerykańskiej cywilizacji. Nic nie mają im do zaoferowania ani lewica, ani liberałowie, ani główny nurt konserwatyzmu, ani też nowa wersja klasycznego republikanizmu opartego na przedsiębiorcach.

To czego potrzebują Middle Americans to nowa formuła polityczna, nowy mit polityczny będący syntezą „lewicowej” wrażliwości na interesy materialne i „prawicowej” obrony konkretnej kulturowej i narodowej tożsamości. Taką formułą jest nacjonalizm. Państwo menedżerskie zlikwidowało lub poważnie osłabiło regionalne, lokalne i stanowe odrębności. Reżim stacza się w upojeniu ku globalizacji, której celem jest wmontowanie wszystkich Amerykanów (i wszystkich ludzi) w planetarny –gospodarczy, demograficzny i kulturalny – porządek, w którym całkowicie zaniknąć ma narodowa tożsamość. Homogenizacja i centralizacja, wpływ mass mediów, urbanizacja i umasowienie spowodowały, że stare, zdecentralizowane tożsamości nie mobilizują już Amerykanów do skutecznej akcji politycznej. Ale rodząca się nowa tożsamość Middle Americans może stać się podstawą istotnej pod względem politycznym i społecznym siły.

Nacjonalizm wyrażający materialne interesy Middle Americans i ich obyczajowe i kulturowe normy może stać się dominującym mitem politycznym amerykańskiej cywilizacji i jedynym instrumentem skutecznego oporu wobec menedżerskiego globalizmu grożącego zagładą narodowej tożsamości. Tylko agresywny nacjonalizm jest w stanie zorganizować ludzi do efektywnej akcji w masowym wymiarze. Taktyka defensywna prowadzi zawsze do klęski jak pokazuje przykład konserwatyzmu. Potrzebny jest atak, którego celem jest zdobycie władzy i dominacja. Tylko nacjonalizm zdolny jest do zmobilizowania ludzi do masowej solidarności i poświęceń. Misją nowego nacjonalizmu jest nie tylko zdobycie władzy politycznej i opanowania państwa, ale zdobycie władzy społecznej i kulturalnej i wyparcie elity reżimu menedżerskiego oraz zastąpienie jej przez nową elitę rekrutującą się z warstwy Middle Americans i ją reprezentującą. Musi ona zredefiniować reguły prawne i procedury polityczne, mechanizmy podatkowe i budżetowe oraz całą politykę państwa w sposób, który byłby korzystny dla interesów Middle Americans.

Nowy nacjonalizm nie powinien robić sobie iluzji, że uda mu się odrzucić, zdecentralizować lub „rozbroić” państwo. Musi zachować te wszystkie instrumenty władzy, których można użyć w interesie Middle Americans. Równocześnie nowy nacjonalizm musi rozpoznać, które organy państwa egzystują wyłącznie po to, aby służyć obecnej elicie i jej sojusznikom z nizin społecznych, i je zlikwidować. Musi również zlikwidować te agencje i departamenty biurokracji, które służą globalistycznym i antynacjonalistycznym celom. Nowa kontrelita musi wyruszyć w długi marsz przez instytucje dominującej kultury. Równość wszystkich ludzi będąca mitem reżimu menedżerskiego musi zostać zastąpiona nowym mitem narodu jako historycznego i kulturalnie wyjątkowego ładu opartego na lojalności, solidarności i dyscyplinie. To jest prawdziwe znaczenie hasła „Po pierwsze, Ameryka”: Ameryka musi być pierwsza nie tylko pośród innych narodów, lecz także pierwsza w tym sensie, że jej interesy są nadrzędne wobec wszelkich partykularnych interesów. Afirmacja narodowej i kulturowej tożsamości będąca sercem nowej nacjonalistycznej etyki nabiera specjalnego znaczenia w okresie masowej imigracji, totalitarnego, skierowanego przeciw Białym „wielokulturowego” fanatyzmu, wojny ekonomicznej i działania sił antynarodowego globalizmu. Wszystkie te zjawiska narażają na szwank kulturową tożsamość, demograficzną egzystencję, gospodarczą autonomię, narodową tożsamość i suwerenność narodu amerykańskiego.

LIBERTY

W nr 1 (vol. 5) Karl Hess omawia 50 najbardziej głupich sposobów ocalenia Ziemi, William Moulton oskarża Billa Buckley`a o chęć wprowadzenia w USA niewolnictwa, Barry Chamish i Scott J. Reid zastanawiają się, kiedy rozpadnie się Kanada, Bart Kosko pisze o nowych „inteligentnych” broniach, Mark Skousen twierdzi, że im mniej siły a więcej perswazji tym lepiej dla cywilizacji, Robert O Boyle twierdzi, że marihuana może być pomocna w zwalczaniu AIDS, Robert Miller opisuje swoje przeżycia z celnikami i krokodylami w Etiopii, natomiast R. W. Bradford dokonuje krytycznej analizy pojęcia „dochód narodowy brutto”. Okazuje się, że narodziło się ono w latach trzydziestych w Stanach Zjednoczonych. Senator Robert LaFollette domagał się, aby „w obliczu największego kryzysu gospodarczego w naszej historii” zająć się „całościowo” gospodarką, by „móc walczyć z kryzysem na wszystkich frontach”. Kongres zlecił zajęcie się tą sprawą Simonowi Kuznetsowi z Krajowego Biura Badań Ekonomicznych. Kuznets określił jako skandal brak danych na temat stanu całej gospodarki i postanowił zsumować sprzedaż wszystkich dóbr i usług. I tak powstał „dochód narodowy brutto” (GNP). W styczniu 1934 roku Kuznets ogłosił raport, w którym stwierdzał, że dochód narodowy brutto obniżył się w porównaniu z rokiem 1929 o 40 mld dolarów. Okazało się więc, że jest gorzej niż było, o czym i tak wszyscy wiedzieli. W jaki sposób senator LaFollette i Kongres użyli tych danych dla sformułowania programu walki z kryzysem gospodarczym, nie wiadomo. Potem okazało się, jak twierdzą niektórzy ekonomiści, że dane GNP były potrzebne, aby wygrać II wojnę światową. Albowiem bez tych danych nie byłoby wiadomo, co i w jakich ilościach produkować dla potrzeb wojennych, a co i ile na potrzeby cywilne. Innymi słowy gdyby nie późniejszy laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Simon Kuznets Hitler wygrałby wojnę z Ameryką. Dziwne jest tylko to, że I wojna światowa również została wygrana, chociaż nikt nie wiedział wówczas, ile wynosi dochód narodowy brutto. Faktem jest, że dzisiaj nie ma dyskusji telewizyjnej na tematy gospodarcze, w której nie posługiwano by się tym pojęciem. Bradford uważa, że dochód narodowy brutto jest w gruncie rzeczy wskaźnikiem niewiele mówiącym o stanie gospodarki. Cytuje również ekonomistów, którzy uważają, że pojęcie to jest całkowicie pozbawione treści i służy jedynie tym, którzy pragną wprowadzenia gospodarki planowej.

REASON

W trzecim zeszłorocznym numerze znajdziemy m, in. archiwalny wywiad z prof. F. A. von Hayekiem. Dowiedzieć się możemy z niego, że szwedzki ekonomista Gunnar Myrdal, który w 1974 roku razem z prof. Hayekiem otrzymał nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii, oburzony faktem, że nagrodę tę przyznano Hayekowi i Miltonowi Friedmanowi publicznie zaproponował, żeby nagrody Nobla w tej dziedzinie nie przyznawać w ogóle. Prof. Hayek określił w wywiadzie Myrdala jako ekstremalny przykład intelektualnej arogancji rzadkiej nawet wśród ekonomistów. Według Hayeka, Myrdal nigdy nie był dobrym ekonomistą. Poza tym w numerze Brink Lindsey zajmuje się „duchowym wymiarem kapitalizmu” a K. L. Billingsley w artykule „Komisarze d/s dzieci” omawia działalność rządowych social workers, którzy zajmują się przypadkami seksualnego napastowania dzieci. To oni właśnie najczęściej oskarżają rodziców (głównie ojców) o to przestępstwo, W takich przypadkach nie stosuje się podstawowej dla systemu prawnego zasady tj. domniemania niewinności. Podejrzany sam musi udowodnić, że jest niewinny. Social workers nie odróżniają często rzeczywistego napastowania seksualnego od wymyślonego lub sfabrykowanego, mylą napastowanie z zaniedbaniem, a zaniedbanie z biedą i pewnymi odmiennościami kulturowymi. Social workers zajmujący się tego typu sprawami mają prawie nieograniczoną władzę – mogą odbierać dzieci rodzicom, oddawać je w ręce terapeutów, umieszczać w rodzinach zastępczych. Często wyręczają policję w prowadzeniu śledztwa a policjanci piszą w raportach to, co ci im podyktują. Każdego raku ok. miliona Amerykanów oskarżanych jest niesłusznie o molestowanie seksualne dzieci. Statystyki dotyczące tego zjawiska opierają się na zgłaszanych policji przypadkach, z których, jak się później okazuje, 60% to zgłoszenia bezpodstawne.

Ruth Shalit w artykule „Radykalni ekshibicjoniści” opisuje organizowane na amerykańskich campusach nocne marsze, które odbywają się pod hasłem „Take Back the Night”. W czasie tych nocnych imprez studentki – ofiary gwałtów opowiadają licznemu audytorium o tym, co je spotkało. Ma to na celu „uczulenie na sprawy gwałtu i napastowania seksualnego”. Początkowo w centrum uwagi były zgwałcone kobiety. Ale lewicowi aktywiści spostrzegłszy, że nocne imprezy przyciągają wielu uczestników postanowili wykorzystać ofiary przestępstw seksualnych dla szerszych celów politycznych. Pojedyncza kobieta – ofiara gwałtu usunięta została stopniowo na peryferie. Jej tragedia używana jest jako pretekst do atakowania „kultury gwałtu” typowej rzekomo dla społeczeństwa amerykańskiego. Praktyczny problem zapewnienia kobietom większego bezpieczeństwa ustąpił miejsca problemowi „zmiany warunków społecznych rodzących gwałt”. W czasie marszów występują lewicowi aktywiści (i aktywistki), którzy udowadniają, że gwałt jest najbardziej brutalną formą rasizmu i nie można go oddzielać od całej kultury przemocy, dominacji, dyskryminacji i opresji. Chodzi też o to, aby „użyć soczewki osobistych przeżyć” dla „szerszej dyskusji o związkach przemocy seksualnej z innymi rodzajami przemocy”. Do tego dochodzi oczywiście problematyka homo- i biseksualizmu itd. Marsze stały się polityczną platformą do wysuwania rozmaitych żądań: „słusznego” obsadzania stanowisk w administracji uniwersyteckiej i na poszczególnych fakultetach, powołania rzecznika praw mniejszości wszelkiego rodzaju, używania „niedyskryminującego” języka we wszystkich dokumentach uniwersyteckich itd. Aktywiści i aktywistki lewicy wyzyskują zręcznie fakt, że inni ludzie odczuwają instynktowną sympatię dla ofiar gwałtu i obdarowują je współczuciem. I te właśnie uczucia mają zostać zmobilizowane przy indoktrynacji przedstawiającej Amerykę jako kraj rasizmu, seksizmu, homofobii itd. Lewicowi aktywiści potrzebują ofiar gwałtu, aby opowiadały szczegółowo o swoich przeżyciach. Wiedzą bowiem, że seks dobrze się sprzedaje i ściąga na nocne imprezy setki a nawet tysiące osób. Dlatego manipulują ofiarami gwałtów używając ich jako dogodnego instrumentu dla realizacji własnych celów ideologicznych i politycznych. Robią z nieszczęsnych kobiet ekshibicjonista, które dla przyjemności zgromadzonego tłumu opowiadają o swoich seksualnych biografiach. Celem miało być „pobudzanie wrażliwości”, a jest podglądactwo w masce rewolucyjnej cnoty. Campusowi aktywiści zawłaszczyli moralny autorytet ofiar gwałtu, aby łatwiej móc dokonywać indoktrynacji i propagować swoje głupawe idee. Występują z pozycji ofiar, aby przy pomocy moralnego szantażu zamykać usta tym, którym te idee nie odpowiadają. Rezultatem jest polityczny teatr – spektakl eksploatujący seks w imię protestu przeciwko „seksualnej eksploatacji”.

THE REMNANT

W numerze z października 1992 roku czasopismo amerykańskich katolików wiernych Tradycji drukuje artykuł Solange Hertz, w którym autorka zajmuje się m. in. herezją heliocentryzmu. Przypomina Objawienie Matki Boskiej w Fatimie 13 października 1917 roku, a więc w momencie, gdy w Rosji dokonywała się bolszewicka rewolucja. Ale ta rewolucja była jedynie dopełnieniem i kulminacją Rewolucji, która zaczęła się czterysta lat wcześniej wraz z rozpowszechnieniem błędnej teorii heliocentryzmu. Wymyślił ją Kopernik, Giordano Bruno stał się jej męczennikiem a Galileusz prorokiem. Ziemia przestała być centrum wszechświata zredukowana do roli jednej z planet krążących wokół Słońca. Heliocentryści uznali, że to Słońce jest centrum nieskończonego, rozszerzającego się wszechświata. Zgodnie z Objawieniem (i Arystotelesem) Kościół nauczał zawsze, że to Ziemia jest centrum wszechświata i to wokół niej z majestatyczną regularnością krąży Słońce i inne ciała niebieskie. Ten system, skończony bo stworzony, to geocentryzm. Ziemia jako miejsce Wcielenia jest centrum Stworzenia. Pozycja Ziemi pomiędzy makro- i mikrokosmosem analogiczna jest do pozycji człowieka, w którym łączą się pierwiastki cielesne i duchowe oraz do pozycji Chrystusa, w którym łączy się natura Boska i ludzka. Herezja heliocentryzmu, która wypchnęła Ziemię z ustalonego przez Boga centrum wszechświata musiała mieć katastrofalne skutki, także polityczne. Było to mistrzowskie posunięcie Rewolucji, które przewróciło świat do góry nogami.
Ani heliocentryzm ani geocentryzm nie mogą być udowodnione eksperymentalnie, pisze dalej Solange Hertz, z tego prostego powodu, że nie posiadamy stałego punktu odniesienia poza wszechświatem, z którego moglibyśmy rozpoznać, co względem czego się porusza. Choć badania generalnie podtrzymują słuszność geocentryzmu, nie ma żadnego sposobu, aby stwierdzić czy Ziemia porusza się wokół Słońca czy na odwrót. Ponieważ ostateczny dowód jest niemożliwy do przeprowadzenia, pozycja Ziemi staje się przedmiotem Objawienia, w które można jedynie „wierzyć”. Heliocentryzm opiera się na autorytecie ludzkim, geocentryzm na autorytecie Boskim. Z teologicznego punktu widzenia geocentryzm jest udowadnialny zaś heliocentryzm nie ma żadnego sensu. Heliocentryczni rewolucjoniści wiedzieli, że jeśli ich teoria uznana zostanie za prawdziwą, historia Jozuego stanie się fikcją, Psalmy jedynie poezją, Biblia zbiorem moralnych przypowieści, a Kościół instytucją pozbawioną kontaktu z rzeczywistością.

Rewolucjoniści znaleźli wygodne narzędzie w Galileuszu, podobnie jak Kopernik i Bruno, indyferentnym chrześcijaninie i miernym uczonym w stałych kłopotach finansowych. Głosił on swoją teorię nie po łacinie – języku ludzi wykształconych, ale w zwykłym języku po to, aby dotarła ona do tych, którzy nie byli przygotowani intelektualnie na tyle, by móc się przed nią bronić. Kopernikańska herezja dokonała destrukcji dotychczasowej wizji człowieka i świata, ładu społecznego i hierarchii wartości moralnych. Było tak jakby powstał nowy gatunek ludzki. Żadna inna doktryna nie była bardziej zgubna dla ducha ludzkiego. To heliocentryzm legł u podstaw rewolucji angielskiej, amerykańskiej i francuskiej oraz utorował drogę darwinizmowi, marksizmowi, Nietzschemu, ateistycznemu egzystencjalizmowi i teorii względności Einsteina, czyli wszystkim błędom, w które „wierzy” się na podstawie dowodów wartych tyle samo, co słowo tych, którzy je wymyślili. Nasza Pani z Fatimy, pisze Solange Hertz, przysłoniła swym blaskiem słońce i pokazała, że jest ono tylko zabawką w jej rękach wskazując mu w ten sposób jego właściwe miejsce. To był znak, że herezja heliocentryzmu zostanie odrzucona i Ziemia powróci na należne jej miejsce w środku uniwersum „zawieszona na niczym” jak mówi Hiob (26,7).

THE JOURNAL OF HISTORICAL REVIEW

Niewątpliwie bankructwo układu jałtańskiego czyni dziś możliwym – jak to ujął gdzieś redaktor „Stańczyka” – „przeniesienie wielu fragmentów i wydarzeń historii XX wieku za strefy mityczno-symbolicznej czy wręcz religijnej do strefy rzeczywistej, gdzie dostępne są dla obiektywnych i chłodnych badań historycznych”. Swoistym pomostem przerzuconym pomiędzy oficjalną historiografią dnia wczorajszego i jutrzejszego jest rewizjonizm historyczny, który stawia sobie za cel rewizję naszej wiedzy o przyszłości: ustalenie i rozegranie tego, co w niej prawdziwe od tego, co jest w niej fałszem chronionym przez nieświęte przymierze ideologii, polityki i interesu. [Fragment pominięty ze względu na obecną sytuację geopolityczną i prawną].

FREEDOM NETWORK NEWS

W numerze z lata 1992 roku znaleźć możemy uwagi Jima Perona na temat demokracji, która według niego różni się od dyktatury ilością stóp na gardle obywatela. Peron omawia również teorię „wyborcy – racjonalnego ignoranta”. Zgodnie z tą teorią wyborcy w racjonalny sposób decydują się na bycie ignorantami w sprawach, na których temat głosują. Spostrzegają bowiem, iż szansa, że ich głosy o czymkolwiek rozstrzygają jest równa zeru. Widząc, że ich głosy niczego nie zmieniają, nie starają się inwestować czasu i wysiłku, by zgromadzić informacje potrzebne do podjęcia decyzji wyborczej. Taka decyzja nigdy nie jest darmowa, lecz wymaga energii i wysiłku. Innymi słowy wymaga ona dużych inwestycji, które praktycznie nie przynoszą zysku. W efekcie bardzo niewielu wyborców zadaje sobie trud zebrania odpowiednich informacji. Większość wyborców to „racjonalni ignoranci”, którzy głosują zgodnie z powszechnie akceptowanymi przekonaniami, niezależnie od tego czy są one słuszne czy nie.

W innym numerze FNN (wiosna-lato 1993) Vincent Miller w artykule „Waco – hańba dla Ameryki” pisze o tragedii w miejscowości Waco (Teksas), gdzie zginęło prawie stu ludzi z sekty Dawida Koresha, w tym kobiety i dzieci. Ten bezsensowny akt przemocy i sadystyczne traktowanie niewinnych ludzi to coś strasznego, pisze Miller. Ale czymś jeszcze bardziej alarmującym jest zakres kłamstw, fałszerstw i manipulacji dokonywanych przez posłuszne rządowi media i świadome ukrywanie prawdy przez funkcjonariuszy państwowych. Miller pyta, jaki był powód takiego nagromadzenia sił porządkowych wyposażonych w wozy opancerzone i bojowe helikoptery wokół posiadłości sekty. Jakich to przestępstw dopuścili się członkowie sekty, że potrzebne były tak drakońskie środki. To prawda, że mieli oni broń, ale była ona zarejestrowana. Nie potwierdziły się zarzuty, że dzieci członków sekty były wykorzystywane seksualnie. Sąsiedzi, którzy od piętnastu lat mieszkali w pobliżu posiadłości sekty, nie mieli żadnych zastrzeżeń, co do jej zachowania. Skąd więc taka histeria i fanatyczna przemoc przeciw zwykłym ludziom, którzy nikomu nie wadzili? Cóż z tego, że byli uzbrojeni. Czyż konstytucja Stanów Zjednoczonych nie gwarantuje obywatelom prawa do posiadania i noszenia brani? Oblężenie posiadłości miało wręcz sadystyczne aspekty. Przez 51 dni odcięte były elektryczność i woda. Wokół posiadłości zamontowano głośniki, które 24 godziny na dobę nadawały głośne dźwięki o mocy wielu decybeli: kwik zarzynanego królika, sygnał, kiedy słuchawka telefonu jest odłożona, śpiewy mnichów tybetańskich, wycie silników samolotowych, płacz dziecka, muzykę rockową. Potężne reflektory oświetlały w nocy posiadłość. Odcięte zostały dostawy żywności (także dla dzieci) i lekarstw. Nie wiadomo, jak doszło do pożaru. Według niektórych tuż przed pożarem na dachu budynku, w którym przebywali członkowie sekty pojawili się mężczyźni w maskach przeciwgazowych. Nie dopuszczono wozów strażackich przybyłych by gasić pożar. W promieniu 2 i pół mili od obleganej posiadłości nie wolno było nikomu przebywać. Helikoptery bojowe patrolowały całą okolicę. Jedyne informacje podawały rządowe agencje informacyjne, a pozostałe media powtarzały za nimi jak papugi. Reporterom konfiskowano aparaty fotograficzne i kamery. Jednego z nich aresztowano po tym jak zapytał jednego z funkcjonariuszy sił porządkowych, czy w Ameryce wprowadzono stan wojenny.

Miller twierdzi, że wydarzenia w Waco to symptom, że wiele rządowych agencji wymknęło się spod kontroli, Prezydent Ronald Reagan bezskutecznie próbował rozwiązać BATF (Biura d/s Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej), które ma na swoim koncie cały szereg sprowokowanych krwawych konfrontacji. To właśnie to biuro, które Reagan nazwał „agencją łobuzów” i FBI ponoszą odpowiedzialność za masakrę w Waco. Czy rząd USA zamierza prowadzić wojnę z własnym narodem, pyta Miller. Ten skorumpowany, podobny do rakowatej narośli na organizmie społecznym rząd, który bezczelnie depcze najświętsze amerykańskie tradycje i instytucje wolności? W całym kraju takie agencje rządowe jak BATF, FBI, Wewnętrzna Służba Podatkowa (IRS), Biuro d/s Zarządzania Gruntami (BLM), Agencja d/s Żywności i Lekarstw (FDA) i inne agencje rządowe urządzają prawdziwą orgię plądrowania, wywłaszczania, konfiskowania na wielką skalę organizując rajdy na sklepy, firmy, domy i posiadłości wtrącając ludzi do więzienia pod rozmaitymi pretekstami a nawet dopuszczając się morderstw na niewinnych ludziach. Ale Amerykanie nadal nie potrafią uwierzyć, że ich ukochana republika zamienia się w socjalistyczne państwo policyjne. Dokąd to wszystko prowadzi, zadaje dramatyczne pytanie Miller.

CHAIN BREAKER

Ukazujący się co dwa miesiące biuletyn jest poświęcony praktycznie jednej sprawie – zbudowaniu na wodach międzynarodowych pływającego miasta, którego konstytucja oparta będzie całkowicie na zasadach wolności. Główny pomysłodawca Eric Klien przez długi czas łudził się, że panujący obecnie w USA system jest reformowalny. Ale utracił tę nadzieję. Przekonał się, że demokratycznymi metodami nic nie można zmienić. Wybory prezydenckie i wybory do Kongresu nie są otwarte dla wszystkich i uprzywilejowują pewnych ludzi. Wybory w większych miastach od dziesiątków lat są „ustawiane”. W USA zwycięża kolektywizm, który naśladuje potem cały świat. We wszystkich krajach świata rządy dokonują destrukcji sfery prywatnej obywateli: nakazy, zakazy, regulacje, przepisy mnożą się jak króliki. Nawet Andora podpisała porozumienie z EWG, na mocy którego ten praktycznie bezpodatkowy kraj wprowadzi po raz pierwszy od czasu swego powstania w 1278 roku znaczące podatki. W Szwajcarii nie wolno będzie otwierać numerowych kont bankowych. Od 1993 roku w krajach EWG każdy, kto chce złożyć w banku więcej niż 15.000 ECU (17250 dol.) musi podać swoją tożsamość i wskazać źródło pochodzenia pieniędzy. Japonia wprowadziła pierwszy w historii tego kraju podatek od zysków z kapitału. Austria wejdzie w 1993 roku do EWG, co spowoduje, że zniesione zostaną tutaj prawa o tajemnicy bankowej. Już wkrótce nie będzie dokąd uciekać. Dlatego Eric Klien wraz z grupą podobnych mu zapaleńców postanowili stworzyć całkiem nowy kraj – pływającą po wodach międzynarodowych w okolicach Karaibów sztuczną wyspę Oceanię, która stanie się azylem, dla wszystkich tych, którzy nie chcą żyć w ustroju kolektywistycznym. Erie Klien nazwał swoją ideę THE ATLANTIS PROJECT. Jej realizacja jest oczywiście bardzo kosztowna. Dlatego pomysłodawcy poszukują udziałowców – przyszłych mieszkańców Oceanii jak i sponsorów. Do swoich rodaków apelują, by przyłączyli się do nich już teraz, bo nie wiadomo jak długo jeszcze będzie wolno swobodnie emigrować ze Stanów Zjednoczonych. Czas nagli. Oczywiście mieszkańcami Oceanii mogą być również obywatele innych krajów. Podajemy więc adres, na który można pisać z prośbą o dokładniejsze informacje: The Atlantis Project, 4132 S. Rainbow Blvd., Apt. 388, Las Vegas, NV 89103, USA.

LFL REPORTS

Od pewnego czasu na niewzruszonym, zdawałoby się, gmachu libertariańskiej etyki ufundowanym na obiektywistycznej filozofii Ayn Rand i Nataniela Brandena zaczynają pojawiać się rysy i pęknięcia. W numerze 15-16 „Stańczyka” Ryszard Zamorski przedstawił rozwijający się w USA ruch chrześcijańskie-go libertarianizmu, stojący w opozycji wobec wielu „oficjalnych” poglądów libertariańskich. Trzeba tu zauważyć, że jednym z kamieni niezgody dzielącym libertarianów od konserwatywnych odłamów amerykańskiej prawicy byt stosunek do przerywania ciąży. Kontynuatorzy myśli Rand z uporem godnym lepszej sprawy bronili „prawa” do aborcji, zaś sławetne „pro-choice” zostało nawet zawarte w platformie programowej Partii Libertariańskiej. Powyższe stanowisko zwalcza założona w 1976 r. przez Doris Gordon organizacja Libertarians For Life (LFL), Jej celem jest przekonanie libertarianów  o    sprzeczności jaka zachodzi pomiędzy żarliwą afirmacją praw i wolności indywidualnych a prawem do pozbawienia życia bezbronnych osób. LFL zwalcza proaborcyjne poglądy posiłkując się wyłącznie argumentami filozoficznymi, choć ma wśród swoich członków również ludzi wierzących.

W najnowszym numerze wydanym przez LFL pisma „LFL Reports” znajdujemy m.in. „List otwarty do Murraya Rothbarda”, w którym oprócz kwestii aborcji poruszany jest też problem porzucania dzieci przez rodziców. W krótkim komentarzu „Podstawowe prawa obywatelskie i zakaz aborcji” Gordon twierdzi, że „rząd USA może opowiedzieć się albo po stronie agresorów, dyskryminując ofiary albo po stronie ofiar”. “Nie trzeba być libertarianinem, by dokonać wyboru, pisze autorka popierając jednocześnie chrześcijańskich libertarianów (mimo deklarowanego przez siebie ateizmu) w ich żądaniu prawnego zakazu aborcji. Numer zawiera także opis przypadku Anny Róży Rodriguez, który miał miejsce w Nowym Jorku. Dziewczynka przeżyła nieudaną późną aborcję wykonaną, gdy miała 30-32 tygodnie, jednakże w wyniku zabiegu utraciła prawe ramię. Postawiony przed sądem lekarz argumentował, że w momencie dokonywania zabiegu „Anna nie była jeszcze osobą”. Zachodzi w takim razie pytanie czyje ramię zostało ucięte? Podobne przypadki czy też działalność specjalisty od eutanazji doktora Kevorkiana pokazują jakiej degeneracji ulega w Stanach Zjednoczonych zawód lekarza, zobowiązanego przecież przysięgą Hipokratesa do niepodejmowania działań na szkodę swojego pacjenta.

REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI

THE SOUTH AFRICAN OBSERVER

Numer październikowy z zeszłego roku wydawanego w Pretorii miesięcznika to kolejne oskarżenie rządu de Klerka, który dokonuje demontażu armii, zamyka bazy lotnicze, wstrzymuje programy budowy myśliwców i helikopterów bojowych, sabotuje program nuklearny, podkopuje morale wojska, zezwala na publiczne dyskusje o wewnętrznych sprawach najwyższego dowództwa i wywiadu wojskowego. De Klerk zachowuje się tak jakby wybuchł pokój. Tymczasem w Botswanie, 300 kilometrów od Johannesburga Stany Zjednoczone budują trzy największe i najnowocześniejsze bazy lotnicze na świecie wyposażone w najnowsze systemy satelitarne. Również w Botswanie zainstalowano nowy nadajnik „Głosu Ameryki”. W styczniu niedaleko granicy z RPA amerykańskie oddziały desantowe przeprowadziły wraz z oddziałami armii botswańskiej ćwiczenia pod kryptonimem „Srebrny Orzeł”. MSZ chce przekazać SWAPO niezwykle ważny pod względem strategicznym port w Walvis Bay. Jest on doskonale wyposażony i może odegrać istotną rolę w przypadku akcji militarnej przeciw RPA. W Pretorii dobiega końca budowa wielkiej, podobnej do fortecy ambasady USA, drugiej co do wielkości (po ambasadzie USA w Moskwie) ambasadzie na świecie. Będzie ona pełnić funkcję politycznego i technicznego centrum amerykańskich operacji w całym regionie i bazy działania setek agentów CIA. Urządzenia nasłuchowe pozwolą Amerykanom kontrolować także łączność rządową i wojskową w RPA. Ambasada ma własny szpital, własne źródła zasilania w energię elektryczną i wodę. Może być hermetycznie oddzielona od wpływów atmosferycznych i najprawdopodobniej zaprojektowano ją tak, aby chronić przebywających w niej ludzi przed promieniowaniem radioaktywnym. Widać jasno, że de Klerk rozbrajając własną armię równocześnie kapituluje przed siłami „Nowego Porządku Światowego”.

Pod naciskiem USA wypuszczono w RPA na wolność tzw. więźniów politycznych, a w rzeczywistości bandytów, morderców i złodziei. Cóż za paradoks – Amerykanie, którzy mają największą na świecie ilość więźniów (455 na 100.000 mieszkańców) w RPA wstawiają się za najgorszymi kryminalistami. Pomagają im w tym rodzimi biali liberałowie, którzy są większym niebezpieczeństwem dla kraju niż czarni rewolucjoniści, i którzy są najbardziej zdeprawowanym gatunkiem politycznych dziwek na usługach wrogów RPA. W tym samym numerze mowa jest również o gospodarczej i społeczno-politycznej sytuacji w RPA. Kraj nękany jest przez inflację i recesję, prawdziwą plagą stały się oszustwa, w które zamieszani są urzędnicy państwowi i wielki biznes. Inną formą zorganizowanej grabieży jest polityka „awansu społecznego”. Rząd wydaje olbrzymie sumy na bezsensowne projekty i programy. Buduje się nowe miasta pozbawione infrastruktury, w buszu powstają budowle-widma, system opieki społecznej stał się rajem dla oszustów i nicponi. Skandale finansowe, w które zamieszani są ministrowie stały się czymś normalnym. Członkowie Związku Braci (Broederbond) kontrolujący Partię „Narodową” i rząd tworzą swego rodzaju mafię kryjąc się wzajemnie i wyciągając dla siebie olbrzymie sumy. Susza w regionie spowodowała, że ponad 20 mln ludzi z południa Afryki szykuje się już, aby wedrzeć się do RPA w poszukiwaniu żywności i wody. W tym samym czasie rolnicy w RPA cierpią z powodu wysokiego oprocentowania kredytów i błędnej polityki rządu.

Masy imigrantów zasilą szeregi miejskiego proletariatu i lumpenproletariatu, który czeka na znak, aby ruszyć przeciw „białym ciemiężcom”. RPA znajduje się w fazie kiereńszczyzny. Rewolucjoniści szykują się do skoku na władzę. A gdy już ją zdobędą jako pierwsi wyrżnięci zostaną biali liberałowie, potem trzeba będzie masakrować tłumy żądające chleba, RPA pokryją „pola śmierci”. Czarni będą z żalem wspominać dawne czasy apartheidu. Nawet komuniści będą sobie współczuć, gdy ich towarzysze stawiać ich będą pod ścianą. Jedyną siłą, która może jeszcze przerwać marsz RPA ku przepaści jest armia. Dowódcy wojskowi muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za ukrócenie rewolucyjnych mordów i powstrzymanie chaosu. Ich obowiązkiem jest odbudować prawo i porządek, skończyć ze zdradziecką polityką rządu i uchronić wszystkich mieszkańców RPA przed grożącym im niebezpieczeństwem. Naród woła do armii o pomoc i ma nadzieję, że jego wołanie nie będzie daremne.

Poza tym w numerze Noel A. Hunt pisze o upadku rasy Zulusów, Archibald Roberts o rewolcie przeciw cywilizacji, Ernst Zündel zastanawia się nad możliwością secesji Białych z RPA i utworzenia przez nich niezależnego państwa. Pismo zamieszcza również „głos amerykańskiego dysydenta” na temat działalności jednego z lobbies w USA, a mianowicie Ligi Przeciw Zniesławianiu (Anti-Defamation League), będącej ramieniem słynnej (osławionej) loży Bnai B’rith. ADL powstała w USA w 1913 roku, aby przeciwdziałać przejawom antysemityzmu. Dziś stała się czymś na kształt amerykańskiej KGB – rodzajem tajnej policji zbierającej szczegółowe informacje dotyczące najbardziej intymnych spraw o Amerykanach wyznających „niesłuszne” poglądy. Odgrywa też rolę nieoficjalnej cenzury. Już w 1933 roku próbowała doprowadzić do zakazu rozpowszechniania książki Madisona Granta Podbój kontynentu. ADL wywiera naciski na redaktorów czasopism, aby nie reklamowali i nie recenzowali „niesłusznych” książek i na księgarzy, aby ich nie sprzedawali. Liga wpływa również na zmiany w programach szkolnych i w podręcznikach w celu usunięcia z nich punktu widzenia na Amerykę reprezentowanego przez Białych Anglosaskich Protestantów i dostosowania ich do wizji „wielokulturowego społeczeństwa”. ADL dąży również do wprowadzenia do kodeksu karnego nowej kategorii przestępstw tzw. przestępstw z nienawiści (hate crimes). Chodzi o kryminalizację działań czy wypowiedzi, których motywem są wrogie uczucia do innej rasy, innego narodu czy innej orientacji seksualnej. Częściowo już to się udało, bo ustawa o statystyce przestępstw z nienawiści uchwalona w kwietniu 1990 roku przez Kongres i podpisana przez prez. Busha uznaje definicję nowej kategorii przestępstw sformułowaną przez ADL. Autor opisuje przypadek 22-letniego Richarda Lindstroma z West Milford w New Jersey. Nakleił on na słupie sygnalizacji drogowej nalepkę z tekstem: „Najbardziej zagrożony gatunek na Ziemi: biała rasa. Pomóż go uratować”. Młody człowiek został zatrzymany przez policję. Ktoś mógłby sądzić, że można go było oskarżyć o śmiecenie w miejscu publicznym, tymczasem oskarżony został na mocy nowego, obowiązującego w New Jersey i sponsorowanego przez ADL prawa o etnicznym terroryzmie (EthnicTerrorism Law), które za tego rodzaju czyny przewiduje karę pozbawienia wolności do lat 5 i 7500 dolarów grzywny. Tego typu ustawodawstwo jak i cała koncepcja „przestępstw z nienawiści” prowadzi do kryminalizacji całej kategorii zachowań wynikających z konfliktowych sytuacji dnia codziennego, od cenzurowania książek, broszur, artykułów prasowych itd. i do stawiania ich autorów przed sądem. Orwell pomylił się o kilka lat – Policja Myśli zaczyna działać dziś. Liga Przeciw Zniesławianiu dąży nie tylko do zniesienia w USA wolności słowa, ale również działa, choć w bardziej zakulisowy, mniej spektakularny sposób, na rzecz ograniczenia prawa do posiadania i noszenia broni, które gwarantuje obywatelom USA Druga Poprawka do konstytucji. Trzeba rozbroić Amerykanów, aby Policja Myśli mogła swobodnie działać.

AUSTRIA

DIE WEISSE ROSE

Październikowy zeszłoroczny numer czasopisma austriackich konserwatystów poświęcony jest głównie rocznicy odkrycia Ameryki, wojnie domowej w Hiszpanii, sytuacji Kościoła w Austrii i problemom kulturalnym. Hiszpania zawsze była znienawidzona przez postępowców za głęboką religijność, za niechęć do maszerowania ku świetlanej przyszłości, za skłonność do kontrrewolucyjnego myślenia. Postępowym Europejczykom niemiły był również żołnierski duch Hiszpanów, który ukształtował się w ciągu siedmiu wieków zmagań z islamem. To reconquista wykształciła typ dumnego hiszpańskiego szlachcica takiego jak Miguel de Cervantes. To wówczas narodzili się hiszpańscy duchowni – twardzi i waleczni jak Ignacy de Loyola. Trzecim wreszcie powodem nienawiści postępowców do Hiszpanii była „zbrodnia” odkrycia i podboju Ameryki Południowej. Twórcy „czarnej legendy” z głębokiej religijności zrobili tępy fanatyzm, z heroizmu i z żołnierskiego ducha krwawe barbarzyństwo, z chrystianizacji Ameryki ludobójstwo. Ze wspaniałej historii części naszego kontynentu wykreowano przy pomocy kłamstw i fałszerstw „czarną legendę”, czarną jak kolor zakrzepłej krwi.

Ronald F. Schwarzer pisze, że przedstawianie dzisiaj podboju Ameryki Południowej przez Hiszpanów jako jednego pasma zbrodni i prześladowań to kontynuacja protestanckiej propagandy wojennej uprawianej głównie przez Anglię i Holandię dążących do zniszczenia katolickiego imperium i zagarnięcia części jego terytorium. Jose-Maria Lopez-Barajas przedstawia w głównych zarysach historię hiszpańskiej wojny domowej wskazując na trywialność poznawczą propagowanych przez lewicę schematów, która tamtą wojnę przedstawia jako starcie „demokracji” i „faszyzmu”. Przypomina również, że doszło wówczas do największego chyba w dwudziestym wieku antykatolickiego pogromu, w czasie którego zamordowano łącznie prawie siedem tysięcy duchownych. Z kolei Robert Rill omawia relacje Franco – Hitler. Autor pisze, że gen. Franco słusznie zrobił nie angażując się w wojnie po stronie Hitlera oszczędzając w ten sposób wykrwawionemu w wojnie domowej krajowi dalszych cierpień i strat. Rill przypomina, że „faszysta” Franco uratował przed deportacją do obozów koncentracyjnych 60 000 Żydów z Salonik, co było jedną z największych tego typu akcji w latach 1939-45. Trzeba też wiedzieć, że Hitler wcale tak bezwarunkowo nie popierał generała Franco, jak stara się to przedstawić lewicowa „historiografia”. Niemieckie firmy zbrojeniowe sprzedawały broń także Czerwonym, przeciw czemu gen. Franco protestował w Berlinie. Także stuprocentowe zwycięstwo przywódcy narodowej Hiszpanii nie było na rękę Niemcom. Pod koniec wojny dał temu wyraz Hitler stwierdzając, że pomógł w Hiszpanii zwyciężyć klechom i monarchistom – śmiertelnym wrogom narodowego zrywu w Niemczech.

W tym samym numerze Helmut v. Bräundle-Falkensee interpretuje symbolikę dwugłowego orła – znaku cesarza i Rzeszy, natomiast Walter Marinovic przedstawia działalność Clausa Peymanna – importowanego z RFN-u do Wiednia dyrektora reprezentacyjnego teatru wiedeńskiego Burgtheater. Peymann – typowy przedstawiciel rewolucji kulturalnej 1968 roku to wielbiciel Ulryki Meinhof, dla której przed laty organizował zbiórkę pieniędzy, gdy przebywała w więzieniu. W1989 roku w jednym z wiedeńskich teatrów kazał recytować „Pieśń miłosną dla mojej wielkiej siostry Ulryki”. I to ten właśnie lewicowy radykał został dyrektorem narodowej sceny austriackiej, aby wykorzystywać pieniądze podatników do szydzenia z tychże podatników. W 1992 roku przedłużono z nim kontrakt. Dalej więc będzie mógł wykorzystywać Burgtheater jako platformę walki klasowej za miesięczną gażę ponad 150 000 szylingów. Media wraz z kliką zawodowych klakierów inscenizują szerokie poparcie dla szykownego lewicowca, który na czas wizyty papieża w Austrii wystawił antypapieską sztukę grafomana Hochhutha i który lansuje Taboriego i innych lewicowych pornografów. Politycy zarówno z partii socjalistycznej jak i „konserwatywnej” partii ludowej przyklaskują działaniom lewicowej mafii. Warunkiem uratowania Burgtheater przed peymannami jest polityczny zwrot w Austrii.

W opracowaniu na temat sytuacji katolicyzmu w Austrii redaktorzy „Die Weisse Rose” wskazują na trzy zjawiska: rozluźnienie dyscypliny wśród duchowieństwa i osłabienie jego lojalności wobec Rzymu, utrata politycznego i duchowego ukierunkowania duchowieństwa na konserwatywną wizję świata wynikającą z katolicyzmu, zamęt w liturgii i zanik tradycyjnej estetyki sakralnej. Ze zjawiskiem pierwszym koresponduje rozbicie organizacyjnej jedności Kościoła, której zagraża gigantyczny ruch „Los von Rom” i powstanie niezależnych i sekciarskich kościołów krajowych bez wspólnej centrali. Zjawisku drugiemu odpowiada utrata przez Kościół możliwości kształtowania świata zgodnie z liczącą dwa tysiące lat tradycją i powstanie heretyckich „modnych teologii” rozbijających jedność duchową Kościoła. Zjawisku trzeciemu odpowiada odchodzenie od wiary. Przypadek Drewermanna, który jako „katolicki” teolog kwestionuje centralne prawdy religii katolickiej jest tylko widoczną szpicą błędnego kierunku reprezentowanego przez „chrześcijańskich” teologów.

Kościół w Austrii stoi wobec dwóch frontów: zewnętrznego i wewnętrznego. Z zewnątrz atakowani są wszyscy ludzie Kościoła, którzy nie chcą poddać się duchowi czasu i nie zamierzają podążać za kolejnymi modami teologicznymi. W tych akcjach główną rolę odgrywają media opanowane przez lewych liberałów. Ręka w rękę z mediami działają rozmaite aparaty socliberalnego państwa, starające się zepchnąć Kościół na margines życia publicznego. Natomiast wewnątrz Kościoła trwa brutalna ofensywa różnych grup, która bez cienia przesady może być określona jako nowa „reformacja”. Jej celem jest zniszczenie wszelkich nieomal dawnych elementów i instytucji Kościoła. Przede wszystkim chodzi o zmianę pozycji kapłana i jego obrazu wśród wiernych. Kapłan ma się upodobnić do mniej lub bardziej modnie ubranego urzędnika wielkiego koncernu jeżdżącego szybkim samochodem do swej przyjaciółki na przedmieściu. Zorganizowane grupy świeckich posługując się hasłem „Wszyscy jesteśmy Kościołem” krok za krokiem przejmują urzędy i funkcje w Kościele. Wśród księży jest wielu zwolenników zniesienia celibatu. Duchowni przystosowują się do „pluralistycznego” społeczeństwa traktując prawdy Wiary jak jeszcze jeden towar na bazarze idei i światopoglądów. Zanika bojowy duch wśród księży. Ecclesia militans, tak – ale tylko w Ameryce Południowej i kierowany przez teologów wyzwolenia.

Toczy się walka o władzę w Kościele i o władzę, którą posiada Kościół w społeczeństwie, a raczej która Mu przystoi. W wielu diecezjach biskupi są tylko marionetkami manipulowanymi przez liberalne kliki i nieokreślone gremia świeckich pasożytujące na Kościele i wszelkimi sposobami oraz bez żadnych skrupułów walczą o dostęp do kościelnych pieniędzy. Trzeba pamiętać, że jednym z głównych motywów reformacji był pęd do przejęcia majątków kościelnych. I ten motyw jest dzisiaj równie silny jak kiedyś. Kościół potrzebuje reform, ale oczywiście nie takich jakie proponują i realizują fanatycy posoborowego „otwarcia na świat”. Nie dojdzie do nich, jeśli w Rzymie nie zostaną przestawione zwrot-nice. Nowomianowani biskupi muszą być gotowi na to, że będą zwalczani bez pardonu. W tej walce ulegną, jeśli poddadzą się terrorowi mediów i jeśli będą działać lękliwie i niekonsekwentnie. Pismo Św. zna nie tylko „nadstawianie drugiego policzka”, ale również wypędzenie przekupniów ze świątyni. Poza tym w numerze Heinrich Kolussi pisze o antykatolickich i antykościelnych prądach w Austrii przypominając prześladowania jakie wielu ludzi Kościoła, także studentów – członków katolickich korporacji spotkały w okresie rządów narodowych socjalistów; Albert Pethö zajmuje się teologią wyzwolenia, Matthäus Thun-Hohenstein misjonarską działalnością Kościoła w Ameryce Łacińskiej i Horst von Wachter niszczeniem tradycyjnej wiejskiej zabudowy.

WŁOCHY

DIORAMA LETTERARIO

W 166 numerze swojego „kulturalnego i metapolitycznego” miesięcznika Marco Tarchi pisze o „różnicującym antyrasizmie i asymilatorskim rasizmie”. Autor przypomina, że klasycy myśli lewicowej w niewielkim stopniu zajmowali się problemami rasizmu, ale nie przeszkadza to bynajmniej współczesnej lewicy walczyć z dyskryminacją ze względu na kolor skóry. Egzaltacja metysażem ma swoje źródła w kosmopolityzmie i indywidualizmie. Inne podejścia reprezentują skinheadzi, z wyższością odnoszący się do kolorowych. Natomiast ugrupowania typu francuskiego Frontu Narodowego akcentują raczej motyw zagrożenia ze strony obcych. Amalgamat tych dwóch postaw odnajdziemy w południowoafrykańskim apartheidzie. Pragmatyczne podejście ma polegać na akceptacji bez egzaltacji tego, że przybyli w ostatnich dekadach imigranci pozostaną. Okoliczność ta stanowi pożywkę dla apologetów społeczeństwa wielorasowego, posługujących się „demagogią opartą na sentymentach i egalitarno-dyferencjalną fantasmagorią” (określenie Marcelego Gaucheta). W ten sposób można scharakteryzować linię ideową francuskiej organizacji SOS-Racisme (jej symbolem jest otwarta dłoń z napisem „touche pas a mon pote” – nie ruszaj mojego kumpla).

Alessandro Campi przedstawia włoskie „przesądy, poglądy i otwarte problemy”, które ujawniły się w trakcie dyskusji o rasizmie. Na uwagę zasługuje spostrzeżenie, że antyrasizm jest właściwie rasizmem w wersji politically correct, gdyż zmierza on do stworzenia poprzez metysaż nowej, doskonałej rasy na gruzach niewłaściwych ras starych. W tej sytuacji nie należy się dziwić, że antysemityzm jest w odwrocie, a Renzo de Felice przemilcza takie postacie jak Robert Faurisson czy Alain de Benoist. Inni do jednego worka wrzucają rasizm, antysemityzm, „nową prawicę”, rewizjonizm historyczny. W jednym szeregu ustawia się Ernesta Nolte Faurissona, Andreasa Hillgrubera i Carla Mattogno. Włosi są na uboczu problemów poruszanych przez Niemców i Francuzów. Dzieje się tak, ponieważ potomkowie Rzymian wymieszali się w trakcie migracji i inwazji z różnymi ludami, są wychowani w uniwersalistycznym duchu katolickim i niezdolni do narodowej nienawiści. Włoski kolonializm był niezwykle łagodny w porównaniu z brutalnością i niewoleniem, charakterystycznymi dla Francuzów i Anglików. Panowie Manconi i Balbo twierdzą, że w Italii brak jest ciągle partii lub ruchu politycznego, które umieściłyby na swych sztandarach niechęć do obcych. Warto jest pamiętać o tym, że w ruchu faszystowskim wątki rasistowskie były zupełnie marginalne. Tak więc z włoskiego punktu widzenia współczesny antyrasizm jest praktycznie i teoretycznie zupełnie mizerny, gdyż oznacza w dużym stopniu walkę z wiatrakami. Pewne zainteresowanie wzbudza natomiast „dyferencjonalistyczny i kulturowy neorasizm”, którym zajmują się Pierre-André Taguieff, René Gallissot, Étienne Balibar i przede wszystkim Martin Barker. P. Taguieff twierdzi, że nowy rasizm został opracowany teoretycznie przez Alaina de Benoist. Jest to rasizm kulturowy, „rasizm bez rasy”.

José Ignacio Vásquez Márquez pisze o „kulturalnej jedności i różnorodności w Ameryce Łacińskiej”. Według niego pierwszą oznaką odrębności kulturowej nowego kontynentu był indiański barok, jaśniejszy i bogatszy od europejskiego pierwowzoru. Synteza dwóch kultur była możliwa dzięki średniowiecznej mentalności, która pozwalała łączyć kult św. Tomasza z Ouetzalcoatlem i kojarzyć aztecką Tonatzim z Dziewicą z Gwadelupy. Jest to zgodne z duchem śródziemnomorskiego, pogodnego wariantu chrześcijaństwa. Arnold Toynbee powiedział, że Ameryka Północna została zdobyta przez Stary Testament, natomiast hiszpańscy konkwistadorzy częściej zaglądali do Ewangelii. Zgodna z tą hipotezą jest definicja Jankesów, sformułowana przez Hiszpana José Javiera Esparzy, według którego są oni „narodem wybranym przez nowoczesność”. Inaczej potoczyły się losy Ameryki Łacińskiej, gdzie oligarchia przechwyciła hasła francuskiej burżuazji i uniezależniła się od Hiszpanii po to, aby podzielić kontynent na szereg państw, w których „egzystencja jest udawana i wegetatywna”. Społeczeństwa latynoamerykańskie próbują nieudolnie naśladować zewnętrzne mody intelektualne, polityczno-konstytucyjne i ekonomiczne. Jest w tym duża dawka hipokryzji, najbardziej ewidentna w symbolicznym haśle United Colors of Benetton, wyrażającym zbratanie ras w okresie rosnącej w Europie i Stanach Zjednoczonych nietolerancji. Nie tędy prowadzi droga. Europa powinna walczyć o utrzymanie swojej tożsamości, a Ameryka musi spróbować wreszcie określić swoją, autentyczną osobowość.

FUTURO PRESENTE

Nowy tytuł we Włoszech. Jest to kwartalnik, (jak pamiętamy „Futuro Presente” ukazywało się swego czasu w Portugalii) redagowany w Perugii przez Alessandro Campiego przy współpracy m. in. znanego nam już z łamów „Elementi” Claudio Finzi i oczywiście niezmordowanego Alaina de Bonoist. Pierwszy numer ukazał się zimą 1992 r. Wypełniają go m. in. rozważania Arnolda Imatza p.t. „Hiszpańska falanga i faszyzm”. Falanga na przestrzeni kilku dziesiątków lat przybierała różne postacie i czym innym była pierwotna Falanga Jose Antonia de Rivery, czym innym stworzona przez caudilla Falanga Tradycyjna, zwana też „Ruchem”, a jeszcze czym innym zakazana i oczywiście antyfrankistowska falanga Manuela Hedilli. W tej sytuacji trudno się dziwić, że w zależności od autora i okresu Falanga jest opisywana jako lewicowa lub jako prawicowa, postępowa lub konserwatywna, autorytarna lub demokratyczna, rewolucyjna lub reakcyjna, republikańska lub monarchistyczna wreszcie. Można ją umieścić w ramach szeroko rozumianego narodowego syndykalizmu, w hiszpańskiej wersji kształtowanego przez rewolucyjny syndykalizm, komunizm, reformistyczny socjalizm, elitarystyczny liberalizm, nacjonalizm, włoski faszyzm, katolicki populizm i tradycjonalizm.

Klasyczna Falanga Primo de Rivery przejęła z niemieckiego narodowego socjalizmu i włoskiego faszyzmu elementy witalizmu, materializmu biologicznego i socjaldarwinizmu, podlane heglowskim sosem, ale zachowała chrześcijańskie fundamenty, co stanowiło jej differentia specifica. Primo de Rivera większą sympatią darzył model włoski: „Hitleryzm nie jest faszyzmem. To antyfaszyzm, przeciwieństwo faszyzmu. Hitleryzm jest ostateczną konsekwencją demokracji, zniekształconym wyrazem niemieckiego romantyzmu. Mussolini natomiast reprezentuje ideał klasyczny, z jego hierarchią, wykształceniem i prawdą”. Przywódca Falangi uważał, że w przeciwieństwie do opierającego się na walce klas marksizmu i liberalizmu, znajdującego swój wyraz w walce partii, faszyzm reprezentuje transcendencję. Jedność historyczną odnajdziemy jedynie w Partii. Państwo totalne i absolutne nie jest rozwiązaniem docelowym, a tymczasowym – do czasu odbudowania siły rodziny, syndykatu i wspólnoty. Myśl falangistowska jest antymakiaweliczna – zgodnie z polityczną tradycją hiszpańską nie przyznaje się najwyższej wartości państwu czy partiom. Najważniejszy jest porządek moralny i prawda.

Inaczej jest we Włoszech, gdzie średnio udany makiawelizm wcielił się współcześnie w partiokrację. Według Alessandro Campiego terminowi temu przyznaje się dzisiaj wartość równą zeru. Stał się synonimem tego, co Włosi, co najmniej od upadku Mussoliniego, nazywają „malgovero“. Termin „partiokracja” został wylansowany przez Józefa Maraniniego w pierwszych latach powojennych i wyraża konstytucyjną rewolucję, jaka dokonała się w późniejszym okresie w krajach Zachodu. Otton Kirchheimer w latach 60. pisał o partiach, które wszystko zagarniają. Znany niemiecki prawnik Gerard Leibholz zauważył w 1968 r., że partie polityczne radykalnie zmieniły strukturę konstytucyjną współczesnych demokracji. Florencki politolog Giovanni Sartori podkreśla dokonującą się konstytucjonalizację partii politycznych. Zauważmy, że krytycy partiokracji bynajmniej nie są faszystami, a raczej demoliberałami i socliberałami. Wskazują oni następujące przyczyny nadmiernego rozkwitu rządów partii:
1)    nieprzestrzeganie zasady niezależności administracji i niezawisłości sądów
2)    niewłaściwe sposoby finansowania partii
3)    technika selekcji i wymiany klasy politycznej, nie zapobiegająca powstawaniu oligarchii
4)    proporcjonalna ordynacja wyborcza
5)    nieracjonalny bikameralizm
6)    sprzeczność między interesami grupowymi a interesem ogólnym
7)    nieprzystawalność konstytucyjnej fasady do demokratycznej rzeczywistości
8)    ogólny kryzys parlamentaryzmu i związana z tym jego krytyka
9)    brak konsensusu co do stanowiska prezydenta w państwie

„Aktualna krytyka partiokracji” Alessandro Campiego dotyczy nie tylko Włoch. Ogólniejszy wymiar ma również „Koniec historii?” Alessandro de Angelisa. Chodzi tu oczywiście o artykuł nieznanego bliżej funkcjonariusza administracji Jerzego Busha, który to artykuł ukazał się w 1989 r. w liberalnym piśmie „The National Interest”. Niemiecki socjolog Ralf Dahrendorf twierdzi, że Francis Fukuyama dowiódł, iż szarlatani mogą pisać bestsellery (według nas nie trzeba tego dowodzić- red.). Fukuyama jest obciążony „ciężkim balastem fałszywego heglizmu”. On i Bush reprezentują nieuleczalną postawę Kandyda i ignorują przejściowe trudności w „ciemnych kątach świata”. Według Alana Ryana Fukuyama stał się beniaminkiem amerykańskich konserwatystów, ponieważ nadał wymiar metahistoryczny i teologiczny zwycięstwu nad komunizmem. Kiedyś się mówiło, że Kościół Anglikański to „rozmodlona partia konserwatywna”. Stany Zjednoczone nie miały do tej pory kościoła państwowego. Fukuyama dostarczył im nareszcie heglowski modlitewnik. Dzięki niemu elity będą mogły wzmocnić się duchowo w tej nudnej epoce po ostatecznym zwycięstwie liberalizmu i demokracji.

BELGIA

TEKSTEN, KOMMENTAREN EN STUDIES

68 numer i długi tekst Luca Pauwelsa „Maastricht: jednak tak”. W tekście przedstawienie alternatywy dla jakobińskiej koncepcji de Gaulle a Europy ojczyzn. Alternatywą jest to, co Francuz Guy Héraud nazywa Europą etni, a Bretończyk Yann Fouere Europą stu flag. Nie wiadomo jednakże, co miałoby być w tej innej Europie czynnikiem wiążącym, kto albo co miałoby być tym spójnikiem, który autor nazywa federatorem. Wątpliwości tego typu nie miał Karol Maurras. Pisał on, że nie powinno być niczego większego od narodu. Państwa narodowe mogą wchodzić ze sobą w alianse, ale nie powinno być żadnych struktur ponad nimi. Jean Marie le Pen ze swej strony zaznacza, że w ciągu tysiąca lat Francja stanowiła główną przeszkodę w dziele budowy Europy. Zarówno Kapetyngowie, jak i jakobini byli antyeuropejscy. Jednakże Maastricht oznaczać ma osiągnięcie point of no return, początek procesu dekolonizacji Europy i przekształcania jej w coś w rodzaju Kanady lub USA. Tak to jest przynajmniej widziane z Niderlandów.

W 70 numerze Alain de Benoist pyta się „Czy Ameryka jest jeszcze daleko?”. Odpowiedzią m.in. na to pytanie zajmuje się powstająca gałąź wiedzy, którą Tomasz Molnar proponuje nazwać amerykanologią (no bo dlaczego tylko sowietologia?) Dominik Moisi i Jacques Rupnik są przekonani, że pod wieloma względami Ameryka jest anty-Europą. Składa się z pojedynczych ludzi, podczas gdy Europę tworzą grupy społeczne. Ameryka jest cywilizacją przestrzeni, a jej mit jest nierozerwalnie związany z jej granicami. Europa jest natomiast cywilizacją czasu, określoną przez mit jej początków. Ameryka jest przepełniona mesjanizmem. Jankesi są przekonani, że dźwigają na swoich barkach ciężar świata, który powinien być ukształtowany na ich zuniformizowaną modłę. Są przekonani, że mogą wszystko zrobić albo kupić. Tworzą oni na swoim kontynencie „piramidę dolarów, śrutu i kiełbasy” jak to ujął Karol Maurras. Pewna dama z Chicago zapytała się go kiedyś, ile kosztuje europejski zabytek, przed którym akurat stali. „Dwadzieścia wieków – odpowiedział – „i ani szeląga mniej”. Wypowiedzi tego typu urągają amerykańskiemu pragnieniu równości.

Oktawio Paz doszedł do wniosku, że „Ameryka została zrobiona po to, aby zlikwidować różnice”. Rasowe różnice likwidowano w ten sposób, że likwidowano Indian. Oczywiście w liberalnej propagandzie nie bierze się ich pod uwagę, gdy twierdzi się, że amerykańska rewolucja pochłonęła znacznie mniej ofiar niż francuska. Przypomnijmy zatem, że rewolucja we Francji spowodowała śmierć 42 tysięcy ludzi. Indiański genocyd zamknął się cyfrą 10 milionów istnień ludzkich. Zatem dobrotliwy protektorat amerykański nie jest Europie potrzebny. Nasz kontynent zasługuje na to, aby być sobą, a nie czymś w rodzaju większego Puerto Rico. Niech sobie mówią w Paryżu, że antyamerykanizm jest dzisiaj anachroniczny. To samo mówiło się w latach 50. o tych, którzy nie byli stalinowcami, w 60. o nie-goszystach, w 70. o ludziach innych niż socjaldemokraci, a w 80, o odpornych na liberalizm. Dzisiaj stoi przed naszymi drzwiami, zagląda w nasze okna i króluje na ekranach telewizorów krzywonosy wuj Sam, a wraz z nim tłumy baptystów, adwentystów, pinksterianów, kwakrów, prezbiterianów i mormonów. Obok widzimy telewizyjnych kaznodziejów i biblijny Disneyland, golden boys i yuppies, majoretki i pom-pom girls, think tanks i multinationals, 5 milionów grubasów i moralną większość, junkies, raps, cracks i macs, flippers, bumpers i hamburgers, cow-boys, sheriffs i saloons, kwoty witaminowe, drugstores, star-system, bestsellers i fast-food, discounts i discos, dean girls i good guys, cocę i pepsi, konstytucję, dolary i dzielny sąd najwyższy. Tak im z tym dobrze, że lepiej im tego nie zabierajmy. To my odkryliśmy Amerykę 500 lat temu. Teraz nadszedł czas, abyśmy odkryli wreszcie samych siebie.

CHILE

ESTUDIOS PUBLICOS

W numerze 49 Oscar Godoy zajmuje się kwestią przyjaźni w polityce. Przypomina, że Machiavelli i Hobbes zdecydowanie wypowiadali się za budowaniem życia publicznego na przesłance naturalnej wrogości między ludźmi (homo homini lupus). Dla tych dwóch myślicieli polityka znajduje oparcie w produkcji, technice i teorii. Hobbes, podobnie jak Newton, opiera swój model społeczeństwa na geometrii: po-szczególni ludzie dysponują mniej więcej równymi siłami, które się wzajemnie unicestwiają. Ponad nimi wznosi się państwo, rozdzierane przez sprzeczne interesy. Wrogość panuje również między państwami. Na ten ostatni aspekt zwraca uwagę Carl Schmitt, według którego błędem jest ograniczać sztucznie rywalizację tylko w ekonomii i walki ideowej, jak to ma miejsce w demokracji. Między państwami również jest wrogość, jest możliwa walka i śmierć któregoś z rywali. Wojna jest decydującym sprawdzianem. Życie międzynarodowe jest dynamiczne, ponieważ świat nie jest politycznie zjednoczony, lecz stanowi pluriversum. Charakterystyczny dla liberalnych demokracji pluralizm stanowi niebezpieczeństwo dla jedności państwa. Liberalizm nie jest w stanie zaakceptować konieczności poświęcenia życia dla ratowania jedności politycznej. W związku z tym Schmitt uważa, że liberalizm jest negacją polityki. Schmitt opiera się przypuszczalnie na idei Państwa jako idealnego totum, sformułowanej przez Hegla. Larry Diamond analizuje tezę Seymoura Martia Lipseta o współzależności między rozwojem społeczno-ekonomicznym a demokracją. Stwierdza, że teza jest generalnie słuszna, ale jednak w reżimach autorytarnych prademokratyczne skutki rozkwitu gospodarczego są mniej oczywiste niż w demokracjach. Wynika to z tego, że sam wzrost ekonomiczny nie wystarcza do ustanowienia demokracji. Do tego potrzebny jest cały konglomerat zmian, określany mianem rozwoju społeczno-ekonomicznego. Okazuje się także, że jeśli kultura polityczna, struktura klasowa, relacje państwo-społeczeństwo i społeczeństwo obywatelskie są na odpowiednim poziomie, to demokracja może funkcjonować nawet w warunkach słabego rozwoju ekonomicznego (Kostaryka?).

W jubileuszowym 50-tym numerze blok tekstów o Fryderyku von Hayeku. W artykule „Hayek: wolność i natura” Oscar Godey Arcaya twierdzi, że Hayek podjął próbę zrekonstruowania tradycyjnego liberalizmu. Prowadzi on polemikę z realnym socjalizmem, nieznanym doktrynerom XIX wieku. Mogli sobie oni pozwalać, jak Jeremiasz Bentham na nurzanie się w oporach skrajnego utylitaryzmu. Hayek rezygnuje z tej bazy filozoficznej, zwracając się w stronę praw naturalnych. Z dystansem traktuje wywody ojca libertariańskiego liberalizmu Jana Locka o związkach między naturą a konstruktywnym rozumem. W tym miejscu możemy przejść do eseju Gabriela Zanetti, który umieszcza Hayka w perspektywie chrześcijańskiej. Okazuje się, że centralną osią hayekizmu jest „teoria spontanicznego porządku”. U podstaw tej teorii leży realistyczna filozofia świętego Tomasza z Akwinu, Hayek, podobnie jak Popper, przestrzega intelektualistów: pozornie niewinne abstrakcyjne elukubracje mogą mieć bezpośrednie skutki dla życia każdego człowieka. Intelektualiści powinni być pokorni w duchu biblijnym, gdyż w przeciwnym razie ponoszą moralną odpowiedzialność. Ezechiel Galio dopatruje się wkładu autora „Drogi do niewoli” w rozwój historycznej epistemologii.

Następny autor, czyli Chandras Kukathas przeciwstawia modnym pracom Rawlsa, Kymlicki i Graya, dowodzącym konieczność głębokiego zmodyfikowania, a nawet porzucenia koncepcji liberalnych. Cytuje zdanie Hayeka o potrzebie odrodzenia prawdziwego liberalizmu, wiernego wolności i internacjonalizmowi. Hayek próbuje to osiągnąć organizując w 1947 r. Stowarzyszenie Mont Pelerin, które ma umożliwić ponowne włączenie akademickiej tradycji niemieckiej w nurt intelektualnego życia Europy. W 1939 r. pisał o ponadpaństwowej federacji, będącej point d`appui każdego prawdziwego liberała. Uważa on, że myśl Hayeka nie przystaje do postkomunistycznej rzeczywistości. Hayek zbudował swój model bazując na angielskich doświadczeniach, doświadczeniach społeczeństwa stabilnego przez stulecia, rozwijającego się powoli wraz z leniwie ewoluującym prawem zwyczajowym. Żadne ze społeczeństw postkomunistycznych nie znajduje się w podobnej sytuacji. Według Graya teoria Hayeka grzeszy panglossjańską harmonią. Ma ona pewne szanse powodzenia w Czechach, na Morawach i w krajach bałtyckich, gdzie istnieje świadomość funkcjonowania onegdaj innych niż komunistyczne norm prawnych. Natomiast w Polsce, na Ukrainie i przede wszystkim w Rosji warunki dla ekonomii rynkowej mogą być tworzone tylko na drodze nowej, konstruktywnej legislacji. W większości krajów postkomunistycznych prywatyzacja à la mode occidentale prowadzi do upadku realizujących ją reformistycznych rządów. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż się to mogło wydawać p. Hayekowi – twierdzi Gray. Innego zdania jest autor ostatniego tekstu o Hayeku – Witalij Najszul, który uważa, że zaufanie starego profesora do wolnej i stopniowej ewolucji instytucji jest bardziej przydatne w Rosji niż jakikolwiek konstruktywizm. Rosyjski naukowiec jest przekonany, że reformy mogą być spontaniczne i do ich przeprowadzenia nie są potrzebne decyzje na wysokim szczeblu ani rozbudowany aparat państwowy. Można się również obejść bez scentralizowanego systemu bankowego, gdyż system multimonetarny jest stabilniejszy i pozwala uniknąć poważnych błędów czynników centralnych.

FRANCJA

ELEMENTS

Numer 77 (specjalny) pisma został wydany z okazji dwudziestolecia istnienia tytułu. Jest on poświęcony rosnącemu problemowi imigracji. Objętością wyróżnia się tekst Gilberta Destrées „Dyferencjalizm przeciwko rasizmowi. Współczesne źródła rasizmu”. Znajdziemy w nim ostrzeżenie przed niebezpieczeństwami, jakie niesie ze sobą uniwersalizm. Sformułował je Pierre-André Taguieff, głoszący, że terrorystyczne urzeczywistnianie absolutnej jedności kulturowej rodzaju ludzkiego doprowadzi do zniszczenia ludzkości, Filozoficzną podstawę tego typu działań możemy odnaleźć w poglądach Kanta. Królewiecki filozof był przekonany, że rzeczywistość trzeba formować dopóty, dopóki nie stanie się racjonalna. Dzisiaj epigonem Kanta jest przywódca organizacji SOS-Racisme Harlem Desir, będący karnawałowym antyrasistą wieszczącym „tłusty wtorek planetarny” dla zgromadzonej na medialnych kermesach ludzkości. Nawet Alain Finkielkraut wyraża wątpliwość, czy obrońcy praw człowieka, którzy nie troszczą się ani o ziemię, ani o zwierzęta, ani o swoich bliskich reprezentują jakąś wyższość moralną. Wyrastają oni z ducha Wieku Świateł, kwestionującego partykularyzmy, przeszkadzające w niekończącym się postępie człowieczeństwa.

Według Finkielkrauta „oświeceniowy uniwersalizm staje się przyczyną gwałtownego rasizmu, podobnie rzecz się ma z nieograniczonym romantyzmem”. Współczesny uniwersalizm przyjmuje postać neoturystycznego wulgarnego antyrasizmu, wyposażonego w ideę Kodaka, mającego ułatwić kontakt z drogimi „innymi”. Tak to widzi przynajmniej p.Taguieff. I znów p.Finkielkraut: „wielka idea kosmopolityzmu została zdegradowana do rangi planetarnego shoppingu, a obywatel świata jest nim, ponieważ nosi Walkmana Sony, dżinsy Lewisa i koszulę Lacoste’a”. Farid Smahi, przewodniczący stowarzyszenia Arabisme et francité, nie używa walkmana, ale za to udziela wywiadów. Informuje, że jego grupa próbuje nawiązać równorzędny dialog między spadkobiercami Baudelaire’a, Pasteura, Monteskiusza i Bougainville’a z jednej, a dziedzicami Abu Nuwasa, Awerroesa, Ibn Chalduna i Ibn Batuty z drugiej strony. Język arabski jest starszy od języków europejskich, co potwierdza 1200 słów francuskich zapożyczonych z języka Proroka. Arabowie cenią swoje tradycje, w przeciwieństwie do panów z SOS-Racisme, którzy nienawidzą tradycyjnego społeczeństwa francuskiego. Dla tego społeczeństwa, podobnie jak dla społeczności arabskich, największe zagrożenie stanowi dziś amerykanizacja. Dokonuje się ona za pomocą nierealistycznych filmów z życia wyimaginowanej middle-Ameryki – próżniaczej, beztroskiej i tonącej w gadżetach. Oprócz filmów stary świat importuje zza oceanu modę malowania na murze bohomazów, czyli graficznie zniekształconych napisów (tags), życzliwie przyjmowanych przez francuskiego ministra kultury. Tymczasem to przecież Arabowie podnieśli kaligrafię do rangi subtelnej sztuki.

Nie warto szukać modelu indywidualnej i społecznej realizacji w gettach Bronxu! Przedłużeniem tego wywiadu jest wypowiedź p.Smahi, cytowana przez Alaina de Benoist w artykule „Model wspólnotowy”. Propagator „arabizmu i francuskości” zauważa, że od 1981 r. społeczności arabskie w Maghrebie zostały zainfekowane wirusem rapu. Nie jest to wcale muzyka zrodzona na przedmieściach. Dzięki temu muzycznemu stylowi rząd francuski dokonuje dekulturyzacji młodych Arabów, odrywa ich od korzeni. Słuchacze rapu mają płaski wykres encefalografu. W ten sposób przedmieścia przekształca się w nową strefę Gazy, gdzie Żydzi zabierają Palestyńczyków do pracy, a o 18 przywożą ich z powrotem ciężarówką z miasta i wrzucają do ich dziur. W takich środowiskach szerzy się narkomania („Nie jestem Kabylem, nie jestem Francuzem, jestem toksykomanem”). Receptą na to, zdaniem Emmanuela Todda, jest model angielski, opierający się na podtrzymaniu wspólnot i negacji asymilacji. W tych warunkach angielski Front Narodowy nie może powtórzyć sukcesów swojego francuskiego odpowiednika.

We Francji asymilacja wciąż jest obowiązującym nakazem, wciąż pamięta się płomienne słowa Stanislasa de Clermont-Tonnerre , wypowiedziane w 1791 r. w parlamencie w trakcie debaty nad emancypacją Żydów: „Wszystko dla Żydów jako jednostek ludzkich, nic dla Żydów jako narodu”. Mądrzy Żydzi jednakże zaakceptowali integrację, ale odrzucili asymilację. „Laicyzm i społeczeństwo postmigracyjne: rozwód” – to tytuł artykułu Jacquesa Marlauda. Przedstawia on typowy przykład pseudopostępowego myślenia w postaci wywodów p. Jean-Claude`a Barreau, dowodzącego, że Koran znajduje się poniżej innych wielkich tekstów religijnych (p.Barreau zalicza do nich zapewne również Powszechną Deklarację Praw Człowieka). Okazuje się, że święty tekst islamu nie został jeszcze ocenzurowany przez komisję ONZ. Ale to nie wszystko – międzynarodowy przemysł turystyczny jest dyskryminowany, gdyż muzułmanie nie dopuszczają niewiernych do Mekki, co jest przecież sprzeczne z zasadą swobodnego poruszania się. Dzisiaj jednakże islam jest powszechnie nauczany na paryskich przedmieściach, co stanowi reakcję na porażkę socjalnej polityki socjalistycznego rządu i wypełnia pustkę duchową laickiej Francji. Wielka słabość laicyzmu tkwi w tym, że nie wyjaśnia sensu życia. Obce wspólnoty etnokulturowe w Europie dają Europejczykom szansę odnowy własnej etnokulturowej tożsamości w zetknięciu się z enklawami innego świata. Polityka nie powinna zmierzać do osiągnięcia totalnej homogeniczności a la mode jakobinienne.

W tym samym kręgu tematycznym pozostaje autor tekstu „Francja, islam i nowoczesność”, czyli Arnold Guyot-Jeannin. Przypomina on nam, że islam pozostaje głuchy na syreny zachodniego modernizmu. Symbolem tej postawy są trzy dziewczynki z Montfermeil, które nie chciały zdjąć w szkole czadorów. Ku konsternacji liberalnej opinii publicznej Rada Stanu przyznała rację młodym muzułmankom. Odezwały się oczywiście liczne głosy o niebezpieczeństwie islamskiego integryzmu. A przecież na co dzień mamy do czynienia z zachodnim integryzmem w postaci kupieckiego hedonizmu, pauperyzującego duchowo asymilatorstwa, desocjalizacji jednostek ludzkich, reifikacji więzi społecznych i rozkładu ludowych wspólnot. Dalej autor przypomina, że laicyzm tak naprawdę nigdy nie funkcjonował w publicznych szkołach, gdyż nie zabraniano żydom i chrześcijanom noszenia wyróżniających ich symboli. Dlatego więc dyskryminacja kobiet muzułmańskich, bardzo aktywnych w religijnym odrodzeniu i chętnie noszących tradycyjne stroje jest nieuzasadniona, również w szkole pub-licznej, stworzonej przez Julesa Ferry, przekonanego o konieczności cywilizowania ras niższych przez wyższe. Ta wyższa cywilizacja jest dziś reprezentowana przez rap, tag i MacDonalda.

Drążąc dalej wątek islamski posłuchajmy, co ma do powiedzenia algierski intelektualista Rachid Benaïssa konsultant jakiejś tajemniczej „wielkiej organizacji międzynarodowej”. Wywiad z nim nosi tytuł: „Czy islam jest szansą dla Francji?”. P. Benaïssa porównując sytuację muzułmanów w różnych krajach europejskich, dochodzi do nieuchronnego wniosku, że najbardziej restrykcyjnie islam jest traktowany we Francji. W NRF państwo bynajmniej nie interesuje się sprawami wspólnoty muzułmańskiej. W Anglii odbywają się wielotysięczne zebrania, w atmosferze zupełnej swobody i bez skarg na administrację państwową. Francuzi i szerzej Zachód boją się islamu, ponieważ wątpią w swoją wartość. Japonia, Europa, Stany Zjednoczone, będąc wielkimi potęgami dyplomatycznymi, technologicznymi i ekonomicznymi, w sferze wartości nie mogą światu nic zaoferować. Islam jest żywą, aktualną religią, odpowiadającą na wyzwania, których nie jest w stanie zaspokoić ani nauka, ani świecka potęga. Zachód produkuje wszystko oprócz sensu istnienia. Zachodnie depressive society odmienia czasownik „być” w czasie teraźniejszym. Porównując styl życia dwóch grup imigrantów. Ci, którzy chodzą do meczetu są odporni na fenomeny tagów, podmiejskich plemion, przemocy i narkotyków. Natomiast ci, którzy ulegli fascynacji Zachodem (jest ich niestety większość), są w stanie kompletnej dekulturacji i pozostają zakładnikami organizacji antyrasistowskich. Dlatego trzeba odbudować wspólnoty.

W innych krajach widok zakwefionych kobiet nie wywołuje niczyjego zdziwienia. Na terenie co najmniej 20 amerykańskich uniwersytetów znajdują się prawdziwe meczety, a nie takie pieczary jak we Francji. W Belgii islam jest uznany przez państwo i nauczany w szkołach. W Holandii szkoły koraniczne są subwencjonowane przez państwo, a dzieci imigrantów są doskonale zintegrowane ze społeczeństwem, choć bynajmniej nie uległy asymilacji. Inaczej jest we Francji, gdzie islam jest dyskryminowany w sposób skandaliczny. W niby laickich szkołach są kaplice i kapelani. Francuzi oburzają się z powodu czadorów, ale pozostają obojętni wobec ofensywy AIDS, zwiększającej się liczby samobójstw i przypadków kazirodztwa, tłumów samotnych matek i masowego porzucania rodziców w zakładach opieki społecznej. Homoseksualizm, cudzołóstwo, kazirodztwo i prostytucja są już dla opinii publicznej czymś zupełnie normalnym.

Jedynym sprawiedliwym w Sodomie, który przeciwstawił się medialnej intoksykacji jest oczywiście Alain de Benoist, który wyraził głębokie zdziwienie z powodu zakazu noszenia czadoru, podczas gdy jednocześnie depenalizuje się narkotyki. Nastąpiło zupełne odwrócenie wartości. P. Benaïssa podkreśla, że społeczeństwo zachodnie jest de facto poligamiczne. Ale nie ma się co dziwić, skoro najbardziej poligamicznym tekstem świata jest Biblia. Muzułmanin, który ma dwie żony i obarcza się obowiązkiem utrzymania potomstwa ma znacznie więcej odwagi niż sypiający z metresami niby monogamista. Jeżeli chodzi o antyrasistów, to wolą oni taggersów od uczęszczających do meczetów i znarkotyzowane panienki od dziewczyn spowitych czadorem. Organizacje takie jak SOS-Racisme czy France Plus żerują na „rozwodnionych muzułmanach”, czyniąc z nich niejednokrotnie nietolerancyjnych wrogów islamu. Slogany typu „Touche pas a mon pot” są powierzchowne, demagogiczne i pozbawione sensu. Są one produktem tej samej szkoły myślenia, która w maju 68 r. wylansowała hasło „Il est interdit d’interdire”. Jest to prosta droga do anomii, którą podąża zamerykanizowane permissive society, pogrążone w ekonomizmie i konsumeryzmie. W krajach europejskich ciągle jest silna tendencja do konsumpcyjnego, narodowego, kulturowego, rasowego i religijnego ujednolicenia. Ostatnio jej ofiarą padli Bośniacy, którzy drogo płacą za to, że uwierzyli, iż są takimi jak inni Europejczykami. Na koniec arabski intelektualista zgadza się z Juliuszem Evolą w jego krytyce (zawartej w książce Rewolta przeciw współczesnemu światu) standaryzującej logiki państwa narodowego państwa, gdzie miesza się obywatelstwo z narodowością, a asymilację z integracją.

CZECHY

PROGLAS
Podwójny numer 5-6 z 1990 r. zawiera m.in. niebanalną ocenę monachijskiej Czechosłowacji, pod tytułem „O tzw. Drugiej Republice” . Autorem jest Władysław Jehliczka. Uświadamia on nas, że po Monachium zakazana była działalność partii komunistycznej i zamknięto niektóre skrajnie „pro zamkowe” gazety („Narodni osvobozeni”). Wszystko odbyło się spokojnie, nic się nikomu nie stało, nikt nie zginął, nikogo nie uwięziono. Każdy mógł swobodnie opuścić granice państwa i rząd przypilnował, aby wyemigrowali bardziej znani komuniści, gdyż groziło im największe niebezpieczeństwo. Niektórzy stracili pracę, ale wkrótce uzyskali inną (można powiedzieć, że wypisz wymaluj „aksamitna rewolucja”). Największe problemy były z ludźmi wysiedlonymi z Sudetów. Powtarzano za poetą, że zmienia się mapa, ale naród pozostaje. Republika Masaryka była właściwie skazana na Monachium już w październiku 1918 roku. Geopolityczne położenie Czechosłowacji nie dawało jej większych szans. O położeniu tym zadecydowała polityka przesadnie ambitnych Masaryka i Benesza w latach 1914-18.

Franciszek Rieger reprezentował inny obóz, był katolikiem i przywódcą partii staroczeskiej. Pisze o nim Adolf Provaznik w artykule pod tytułem „F. L. Rieger i basen Dunaju”. W przeciwieństwie do przywódców I Republiki Rieger był polonofilem i pasjami czytał Mickiewicza. Już w połowie XIX w. przewidział, że rosyjska interwencja i pomoc będą Czechów drogo kosztować, ale wybór będzie niewielki – między niewolą u Rosjan a utratą narodowości i rozpłynięciem się w niemczyźnie. Chyba, że udałoby się utrzymać monarchię habsburską, która jest najlepszą gwarancją istnienia narodu czeskiego. Po wprowadzeniu niemiecko-węgierskiego dualizmu zademonstrował swój sprzeciw biorąc udział w słowiańskiej wystawie, zorganizowanej w 1867 r. w Moskwie bez udziału Polaków, krytykowanych przez Riegera za niepotrzebne powstanie. Na moskiewskim kongresie namawiał Rosjan do przyjęcia łagodniejszej polityki względem Polaków i sprzeciwił się planom nawracania zachodnich Słowian na prawosławie. W następnych latach stopniowo partia staroczeska została wyparta z politycznej areny przez młodoczechów z Karolem Kramarzem na czele, bardziej rusofilskim niż Rieger. W czechosłowackiej republice doktor Kramarz był głównym przeciwnikiem „Europejczyków“ z Zamku.Ale to już inna opowieść.

Pozostając w środkowej Europie natykamy się na dwóch panów, mianowicie Krystiana Jelenia i Brukselczyka Leopolda Ungera, przekonanych że „Stalin miał rację: Polski nie da się zsowietyzować”. Przyczyną odporności narodu polskiego na wysiłki władz jest rozwinięte „drugie życie” – umiejętność radzenia sobie w nieformalny sposób. Jak zauważył Tadeusz Konwicki „Polacy są najbardziej doświadczonymi niewolnikami w Europie”. Poza tym są ogólnie rzecz biorąc bohaterscy, a katharsis dokonało się dzięki nieznanemu szerzej elektrykowi, który wskoczył do historii przez stoczniowy płot. My natomiast przechodzimy do numeru siódmego, gdzie Borys Chazanow pisze o „Micie Rosji”. Rosja nie przeszła ani przez renesans, ani przez reformację. Przejście od średniowiecza do czasów nowożytnych zajęło sporo stuleci i jeszcze nie jest skończone. Właściwie nie było podglebia dla takich zjawisk kulturowych jak poprzedzający Nietzschego Konstanty Leontiew czy wyprzedzający Spenglera Mikołaj Dunajewski ( Rosja i Europa). W Rosji między „duchem” a „glebą” rozciąga się przepaść. Przepaść leży również pomiędzy trwającą długie dziesiątki lat nędzną wegetacją ludu a przychodzącymi nagle jak rosyjska wiosna przypływami rewolucyjnego szału. Archetypiczną postacią jest bohater bylin Ilia Muromiec, który 33 lata spędza bezczynnie w chałupie rodziców, po czym znienacka wstaje i dokonuje nieprawdopodobnych czynów.

Kultura rosyjska to śpiący mózg olbrzyma. Jej treścią jest utopizm mający korzenie w narodowej mitologii. Klasycznym utopistą był twórca filozofii „Rzeczy Społecznej” Mikołaj Fiodorowicz Fiodorow. Po dyskusjach z Tołstojem, Sołowiewem i Dostojewskim doszedł do wniosku, że tylko nauka może uwolnić ludzkość od śmierci. „Zmartwychwstanie ojców” nastąpi dzięki ponownemu połączeniu rozproszonych atomów. Uczniem Fiodorowa był Konstanty Ciołkowski, marzący o rakietach i połączeniu się wszystkich ludzi w ogromne „świetliste ciało”. Stąd już niedaleko do Lenina, syntetyzującego w zadziwiający sposób polityczny oportunizm z fantasmagorycznym światopoglądem. Dzisiaj głowa i ramiona Lenina spoczywają w mauzoleum, a rosyjski kolos zapomniał już o rewolucyjnych drgawkach i popadł w odrętwienie. „Rosji nie można pojąć rozumem – w Rosję można jedynie wierzyć” – już ponad sto lat temu napisał to Teodor Tiutczew. Wiara w Rosję, która przetrzyma najcięższe pogromy, w Rosję „nieobjętą dla ludzkiego oka”, jest tym większa, im bardziej narasta chaos i ubóstwo. Wiara ta jest raczej wyrazem pokory niż pychy. Racjonalne umysły nie są w stanie pojąć, w jaki sposób to państwo utrzymuje jeszcze swoje struktury. Eugeniusz Zamiatin w latach 20 napisał, że jedyną przyszłością Rosji jest jej przeszłość. Być może coś w tym jest, ale chyba jednak trochę przesadził.

REPUBLIKA

Jedenasty numer tygodnika informuje nas, że rządząca ODS to jest w rzeczywistości partia Obracenych Dlouholetych Soudruhu (przekształconych długoletnich towarzyszy). Oprócz tego Borzutin alarmuje: „Wacław Havel po raz trzeci w Zamku – wstrząsające”. Znany dysydent został prezydentem Czech pomimo konkurencji ze strony Mirosława Sladka i doktora Jerzego Wczelarza Kotasa, który jest kimś w rodzaju czeskiego Tymińskiego z cenzusem naukowym. W przeciwieństwie jednak do znanego nam wszystkim pana Stana przywódca Partii Republikańskiej nie był w kampanii wyborczej dopuszczany do mediów. Pan Sladek jest dodatkowo prześladowany w parlamentarnym WC, gdzie zaczaił się na niego fotoreporter, co zakończyło się małą szarpaniną. Dla równowagi na ostatniej stronie Karol Vavrzine szarpie ministra Klausa: „Miel by nam rzici sam pan Klaus kolik mu sype Westinghaus”.

Dwunasty numer pisma, również z marca 1993 r., zachęca do udziału w pierwszomajowej demonstracji pod hasłem ponownego zjednoczenia Czechosłowacji. Dalej posłowie Józef Valenta i Milan Loukota protestują przeciw tworzeniu w Igławie regionu „Wyżyna Czesko- Morawska” i uważają, że właściwsza byłaby nazwa „gubernia” zamiast enigmatycznie brzmiącego regionu. W innym dokumencie – liście do europejskiego genseka w Strassburgu czyli pani Katarzyny Lalumiere informuje istnieniu narodu morawskiego i jego reprezentacji w postaci demokratycznie wybranego sejmu morawsko-śląskiego. Do tej samej pani adresuje swój list Jerzy Szoler oskarżając rodzinę Hawlów o to, że są czechosłowackimi Ouislingami i brali udział dwa razy w operacji rozbicia państwa. Józef Krejsa jest przekonany, że Onassis w piekle przekręca się ze złości po tym jak mający ciemną przeszłość niejaki pan Havel otrzymał ufundowaną przez niego nagrodę Ateny. W numerze 12 Radek David ogłasza wszem i wobec, że Wacław Havel nie jest dla niego prezydentem, lecz marionetką, poruszaną przez szefa mafii Klausa. Doktor Jarosław Lhotka ze swej strony przypomina, że w 1989 r. Havel zrezygnował z amerykańskiej pomocy na rzecz ZSRR. Potem, aby przypodobać się Zachodowi, zmienił historię i stwierdził, że praskie Karolinum jest dziełem Karola Wielkiego. Tego typu tezy są formułowane w kręgu okupujących Zamek podstarzałych hippisów.

Czternasty numer przynosi nam pochwałę pana Sladka pióra posła Józefa Krejsy. Sladek nawiązuje do tradycji Ziżki, przeganiającego straszliwym śpiewem cudzoziemców i papistów z Czech. Przywódca republikanów nie musi nawet otwierać ust, wystarczy bowiem, że w miejscowości pojawi się plakat z jego podobizną, a w ciągu paru minut opuszczają ją wszyscy Cyganie. Tytuł minireportażu z sudeckiej wioski: „Ucieczka przed plakatem albo koniec Cyganów w północnych Czechach”. W środku numeru tajemniczy B.L. przytacza opinię dziekana wy-działu prawa Uniwersytetu Masaryka (jeszcze niedawno Purkyniego) w Brnie. Pan dziekan skrytykował konstytucję czeską z powodu zbytniego pośpiechu w jej przygotowaniu. Przygotowano ją w sposób gabinetowy i mówi się nawet o niej, że została oktrojowana. Prof. dr inż. Libor Brom wychodzi poza ramy Czechosłowacji i ostrzega: „Światowa rewolucja trwa nadal: komuniści i kolaboranci w akcji”. Drugą światową socjalistyczną rewolucję zaplanowało radzieckie politbiuro w epoce Breżniewa, a otwarcie mówił o tym Gorbaczow. Komunizm wciąż utrzymuje się gdzieniegdzie pod różnymi postaciami, a wolny świat jest osłabiany m.in. nacjonalizmem, który ma za zadanie rozbić państwowe struktury. Na światowej konferencji stwierdzono, że 5.000 mniejszości narodowych czeka na realizację prawa do samostanowienia. W sumie mniejszości te liczą 100 milionów ludzi. Główny atak idzie na Amerykę, która stopniowo jest rozkładana przez językowe, etniczne, kulturowe i obyczajowe mniejszości. Na gruzach Ameryki komuniści i kolaboranci zbudują totalitarną demokrację, która stanie się bazą drugiej światowej rewolucji socjalistycznej.

W piętnastym numerze niejaki K.B. zaskakuje czytelników informacjami „z dezinformujących źródeł”. Dowiadujemy się, że prezydent Havel uczy się słowackiego, gdyż zapragnął wreszcie nauczyć się jakiegoś języka obcego. Prezydent Mecziar nie musi uczyć się słowackiego, w związku z czym opanowuje węgierski, aby w trakcie rokowań z południowymi sąsiadami uratować dla Słowacji przynajmniej Wysokie Tatry. Pan Sladek w przedrukowanej interpelacji poselskiej sugeruje, że połowa rządowych samochodów została ukradziona we Włoszech. B.L. proponuje Oldze i Wacławowi Havlom przeprowadzkę do Austrii lub Niemiec, co pozwoli im być bliżej wysiedlonych Niemców sudeckich. H.B. przesyła redakcji książeczkę wojskową, ponieważ nie ma zamiaru walczyć z Serbami lub Irakijczykami w obronie klausowsko-havlowskiej oligarchii. Proponuje, aby sam prezydent ruszył na Białogród i Bagdad na czele wiernych Schwanzenbergów, Lobkowiczów i Kolowratów, a osiągnie większą sławę niż czescy królowie. Przechodzimy do 16 numeru. W nim poseł Olgierd Vrcha przypomina w interpelacji premierowi Klausowi, że Republika Czeska składa się z ziem Królestwa Czeskiego, ale również z terenów, które należały kiedyś do Hrabstwa Śląsko-Morawskiego. Władzy ciągle wydaje się, że Moravska Trzebova leży w Czechach. Za to w Czechach leży Temelin. Docent Jerzy Abraham pisze, że budowana w tej północno-czeskiej miejscowości elektrownia atomowa jest bombą zegarową. Pan Klaus dał pozwolenie na budowę amerykańskiej firmie Westinghouse (vide wierszyk z jedenastego numeru). Firma ta jest oskarżona o przekupywanie prezydenta Marcosa. Dzięki łapówkom dostała pozwolenie na budowę elektrowni na Filipinach, która to elektrownia nigdy nie została uruchomiona z powodu zagrożenia dla środowiska naturalnego. Oczywiście pozostawiamy to bez komentarza.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»