«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 20 (1994)

12.29.14 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 20  (1994)

ROSJA

NASZA STRANA

W numerze 2222 zasłużonego dla rosyjskiej prawicy tygodnika Igor Diaków pisze w artykule „Kraj Nadbałtycki – perła Rosji” o Estlandii, Liflandii, Kurlandii i guberni kowieńskiej. Obszary te – w Polsce znane jako Estonia, Litwa i Łotwa -–osiągnęły swój rozkwit w XVIII i XIX w. a więc po przyłączeniu ich do imperium rosyjskiego. Dzięki wpływowi silnego czynnika zewnętrznego – rosyjskiej monarchii – terytoria te cieszyć się mogły długimi latami pokoju i gospodarczej koniunktury, podczas gdy ich „niepodległość” w latach 1918-40 była okresem bałaganu, wewnętrznych wstrząsów i prześladowań mieszkających tam Rosjan. Litwini mają historię, lecz brak im swojej kultury; Łotysze mają pewną kulturę, lecz nie mają żadnej historii; Estończykom brak i jednego i drugiego. Przyszłość krajów nadbałtyckich związana jest z Rosją, konkluduje Diaków.

Następne numery pisma przynoszą ciekawe rozważania Igora Andruszkiewicza na temat przyszłości państwa rosyjskiego i systemu władzy, jaki się w nim ukształtuje. W absolutnej monarchii typu zachodnioeuropejskiego władza najwyższa (imperium) oraz władza administracyjna (potestas) skupiona była w ręku króla. Innego przykładu dostarczają dzieje Rosji, gdzie element ludowładczy był zawsze obecny (Wiecze, Gospodskij Sowiet, Bojarska Duma, Sobór Ziemski). Rosyjski system polityczny przed panowaniem Piotra I wyróżniał się niezależnością i pełną suwerennością władzy najwyższej przy jednoczesnych wyborach przez lud władzy wykonawczej i sędziów. Była to, powtórzmy za Iwanem Sołoniewiczem, monarchia narodowa. Piotr sprowadził z Niemiec do Rosji system oparty na biurokracji i przywilejach oraz zaprzestał zwoływania Soboru Ziemskiego, jednakże nigdy go formalnie nie rozwiązał. Rosja, jeżeli pragnie rzeczywistego odrodzenia politycznego musi nawiązać do swych najlepszych, przed-piotrowych tradycji politycznych. Celem powinno być zwołanie nowego Soboru (krok ten będzie legitymizacją nowej władzy), który następnie ogłosi domu Romanowów na tron rosyjski.

Stała rubryka „Kalejdoskop polityczny” w numerze 2228 poświęcona jest renesansowi idei otomańskiej w Turcji. Autor cytuje wypowiedź premiera (dziś już prezydenta Turcji) Demirela z grudnia 1992 r. o przyszłej Wielkiej Turcji, która rozciągać się będzie „od Muru Chińskiego do Adriatyku”. Politycy tureccy w swych wypowiedziach demaskują ormiański i serbski imperializm, ukrywając za tymi frazesami swe rzeczywiste dążenia do objęcia kontroli nad Bałkanami i Kaukazem. Politycznym celem Turcji będzie stworzenie osi Stambuł-Tirana oraz „zaproszenie” do współpracy Bułgarii. Stworzona w ten sposób oś zostanie skierowana w stronę Bośni, której podporządkowanie jest dla Turcji niezbędne, aby ponownie usadowić się na półwyspie bałkańskim. Przeszkodę dla Turcji stanowią bośniaccy Serbowie, dlatego też Turcja popiera zdecydowanie antyserbską politykę ONZ.

Ciekawostką numeru 2232 jest opinia Emila Ciorana o Rosji. Słynny rumuński pisarz żyjący we Francji przewiduje, iż „Rosja „zrerusyfikuje się” ponownie dzięki prawosławiu. W porównaniu z innymi narodami Rosja posiada jeszcze niewyczerpane siły duchowe – twierdzi Cioran. W kolejnym numerze tygodnika P.N. pisze o chrześcijańskim pojmowaniu czasu i historii. Poganie traktowali historię jak odwieczny i niezmienny cykl, zaś chrześcijanie zyskali historię linearną – jej początkiem jest stworzenie człowieka, końcem – Sąd Ostateczny. Oświecenie dokonało „amputacji” początku i końca, wprawiając pozostały „środek” w jednostajny ruch naprzód (tzw. postęp). Takie zatarcie aksjologicznego sensu historii pozwoliło nią manipulować. Jednakże lewicowym redukcjonistom nie wystarcza już historia spaczona. W dzisiejszej dobie historia ulega likwidacji totalnej, pojawiają się nawet dzieła o „końcu historii”. Mieszkańcy najbardziej postępowych krajów nie tylko nie znają własnej historii, ale nawet nie pamiętają wydarzeń, które miały rangę sensacji np. dziesięć lat temu. Świat współczesny pogrąża się w bagnie ahistoryzmu, skutkiem czego ludzie tracą zdolność rozumienia bieżących procesów politycznych.

Numer 2236 to przede wszystkim tekst O. Wartieniewa o estetycznym credo Sołżenicyna. Jak twierdzi Sołżenicyn sztuce potrzebna jest zarówno tradycja, jak i nowatorstwo. Zdrowy konserwatyzm artysty, bez którego nie powstanie żadne wartościowe dzieło polega na uznaniu roli tradycji, dorobku wielkich mistrzów przeszłości i jednoczesnej swobodzie eksperymentu. Wiek XX przyniósł zachwianie owej klasycznej równowagi. Futurystyczna rewolucja w sztuce poprzedziła krwawe rewolucje czasów I wojny światowej (apoteozą obydwu tych form rewolucji było bezmyślne pragnienie destrukcji). Dziś współ-czesna kultura znajduje się w „głębokim dole”, który bezskutecznie próbują opuścić koryfeusze nowoczesnych prądów artystycznych na swych „drewnianych konikach na biegunach”. Jednakże ich wysiłki skazane są na klęskę – postmodernizm to wciąż ta sama naiwna chęć nowości za wszelką cenę. Sztuka nie musi już być nośnikiem wzniosłych uczuć i wielkich wartości, musi być tylko nowoczesna. W świecie artystycznych nowatorów nie ma miejsca ani dla Boga, ani dla prawdy, jest tylko chaos. Gdyby kosmici odebrali przypadkiem audycję jakiejś ziemskiej stacji radiowej, to nigdy nie uwierzyliby, że na Ziemi żył niegdyś Bach, Beethoven czy Schubert. Tako rzecze Sołżenicyn, a „Stańczyk” przyznaje mu rację. W tymże numerze P.N. przytacza opinię argentyńskiego jezuity związanego z organizacją TFP, o. Alfreda Saensa na temat kulturalnej rewolucji lewicy. Lewica porzuciła marksizm i poszła za sugestiami włoskiego komunisty Antoniego Gramsci, kierując swe siły na „front kultury”. Międzynarodowy marksizm ustąpił pola międzynarodowemu gramscizmowi, jednakże cel walki prowadzonej przez lewicę pozostał ten sam. Jest nim, jak twierdzi o. Saens „egalitarny i anarchiczny chaos”.

Ozdobą numeru 2250 są rozważania Cyryla Gołowina zatytułowane „Zjednoczone Niemcy i rozczłonkowana Rosja”. Refleksje publicysty z Sankt-Petersburga ująć można w siedmiu punktach:

1) Gołowin twierdzi, że nowe zjednoczone Niemcy są państwem ufundowanym na zdradzie. Zdrady tej dopuścił się ostatni Gensek chcąc usunąć niewygodnego dla siebie przywódcę NRD. Dzięki temu niezwykłemu zbiegowi historycznych okoliczności kanclerz Kohl mógł zjednoczyć Niemcy nie „krwią i żelazem” jak Bismarck, lecz miliardami marek i chwilowymi ustępstwami wojenno-politycznymi. Niemiecki kolos powstał więc znowu, aby prędzej czy później powrócić na geopolityczne teatrum Europy.
2) W związku z tym należy oczekiwać, że między Niemcami a Rosją powstanie pas niemieckich państw satelickich, ponieważ elity tych krajów są beznadziejnie zapatrzone w Zachód, zaś Anglia i Francja są zbyt słabe, aby zahamować niemiecką ekspansję w Europie Środkowej. Niemcy zrewanżują się więc za klęski doznane w dwóch światowych wojnach.
3) Najważniejszym celem polityki niemieckiej będzie usunięcie z Europy wojsk amerykańskich. Ponieważ Europa powoli staje się dla Ameryki regionem drugoplanowym nie jest wykluczone, że Niemcy zdołają urzeczywistnić swój cel jeszcze w tym stuleciu. Wtedy tradycyjny „Drang nach Osten” uzupełniony zostanie o bezkrwawy „Drang nach Westen”.
4) Wraz ze wzrostem potęgi politycznej Niemiec nastąpi nieuchronny renesans jej roszczeń terytorialnych. Gołowin przewiduje, że Niemcy dążyć będą do ponownego przyłączenia Prus Wschodnich i Śląska, korzystając przy tym z pomocy licznych organizacji międzynarodowych. Polska bez silnej Rosji skazana jest na ustępstwa terytorialne wobec Niemiec. Ustępstwa te będą określane na forum międzynarodowym jako „odtworzenie historycznych granic”.
5) Sojusz z Rosją przeciwko Niemcom jest niewątpliwie korzystny dla szeregu państw europejskich. Muszą one jednak wyzbyć się historycznych resentymentów. W przeciwnym przypadku Europie grozi nowy Pax Germanica, pseudo-ład polityczny podobny do tego, który panuje w Ameryce Łacińskiej, gdzie amerykańscy dyplomaci określają nieraz politykę formalnie suwerennych państw.
6) Jak mawiał car Aleksander III „Rosja nie ma przyjaciół”. Może jednak, i powinna mieć sojuszników. Sojusznikiem nie mogą być jednak Niemcy, czego często nie rozumie rosyjska prawica. Nie zdaje sobie ona sprawy z tego, że im bardziej prawicowy jest niemiecki polityk, tym gorsze ma on zdanie o Rosji i o Słowianach w ogóle. Dlatego też przychylny stosunek np. partii Włodzimierza Żyrynowskiego do niemieckich Republikanów jest swojego rodzaju zdradą stanu.
7) Niemcy z pewnością rozpoczną na nowo „pokojowy” podbój Rosji. Powinni to robić ostrożnie, wyciągając wnioski ze swych historycznych doświadczeń, bowiem kryzys w Rosji nie będzie trwać wiecznie. Z kolei Rosjanie powinni postawić sobie za cel restytucję silnej władzy i zdrowej, wydajnej gospodarki. Rosja nie będzie bowiem dla wielu krajów potencjalnym atrakcyjnym sojusznikiem, dopóki będzie słaba, podzielona przez wewnętrzne konflikty i rozczłonkowana geograficznie.

MONARCHICAL STATE & AUTHORITY

Redakcja „Stańczyka” znalazła się w posiadaniu numeru prospektywnego wydawanego w Moskwie „międzynarodowego pisma teoretycznego monarchistów”. Pismo, starannie wydawane i redagowane przez Sergiusza W. Jurkowa-Engelhardta ukazuje się w siedmiu językach (rosyjskim, angielskim, francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim i portugalskim). Wydawca pisma pragnie, aby stało się ono międzynarodowym forum współczesnej myśli monarchistycznej. W numerze znaleźć można teksty poświęcone problemom restauracji monarchii w Brazylii i Andorze oraz dynamice rozwoju ruchów monarchistycznych w Rosji. Igor Andruszkiewicz pisze legitymizmie w republice i w monarchii.

Niewątpliwie najciekawszym artykułem jest tekst przypominający postać Lwa Tichomirowa, rosyjskiego myśliciela politycznego i religijnego. Tichomirow rozpoczął swą życiową drogę jako rewolucjonista z partii „Narodnaja Wola”, powiązany z terrorystami, którzy zabili cara Aleksandra II. Przebywając na emigracji w Szwajcarii w lewacko-anarchistycznym środowisku, porzucił swe rewolucyjne poglądy i po otrzymaniu amnestii politycznej od Aleksandra II, powrócił do Rosji. Osiadłszy w Moskwie został redaktorem prawicowej „Gazety Moskiewskiej” i wydał szereg dzieł polityczno-filozoficznych, w których krytykował rewolucyjne idee anarchizmu, altruizmu, tołstoizmu i socjalizmu. Był gorącym apologetą chrześcijańskiego porządku społecznego, „autorytarnego państwa konkretnej wolności” oraz doradcą takich wybitnych mężów stanu jak Stołypin i Pobiedonoscew. Krytykował wprowadzenie w 1905 roku pełnej wolności prasy, upatrując w niej, podobnie jak Rivarol w czasach rewolucji francuskiej, przyczynę „powolnej dekompozycji państwa”. Swoje poglądy zawarł najpełniej w dziele „Państwowość monarchiczna”, które stało się „biblią” monarchistów w wielu krajach świata. Po rewolucji bolszewickiej osiadł wraz z rodziną w mieście Sergijew Posad, gdzie zmarł w 1923 roku (Lenin nie wydał nań wyroku śmierci, ponieważ Tichomirow po powrocie z emigracji nigdy nie powiadomił carskiej policji o swoich byłych kontaktach rewolucyjnych).

NASZI WIESTI

Numer 428-429 pisma korpusu rosyjskich kadetów przynosi m.in. ciekawy szkic na temat słynnej „Uwertury 1812” Piotra Czajkowskiego. Muzyka tego kompozytora jest, zdaniem autora, wspaniałą esencją rosyjskiej duchowości. Z numeru można się też dowiedzieć o ofensywie, prowadzonej przez Kościół Katolicki na terenie Rosji. Klasztor Optina Pustyń jest jednym z najświętszych miejsc rosyjskiego prawosławia, miejscem pielgrzymek wielu tysięcy ludzi. W czasie II wojny światowej więziono w zabudowaniach klasztoru i okolicach około 5 tys. polskich jeńców, których rozstrzelano następnie w Katyniu, stąd też od 1988 do Optinej Pustyni przybywają Polacy pragnący oddać hołd zamordowanym współrodakom. Mnisi z klasztoru wyrażali zgodę na odwiedziny świętego miejsca, jednakże z wyraźnym zastrzeżeniem, iż na jego terenie nie wolno odprawiać żadnych nabożeństw nieprawosławnych. Pomimo tego zakazu ksiądz Zygmunt Pieszyński (towarzyszyła mu m. in. grupa polskich i rosyjskich dziennikarzy) odprawił na dziedzińcu klasztoru mszę katolicką, łamiąc tym samym prawosławne prawo kanoniczne i elementarne zasady poszanowania innej wiary. Bez zgody przełożonego klasztoru umieszczono też w Optinej Pustyni tablicę pamiątkową przedstawiającą przestrzeloną rogatywkę oraz krzyż owinięty drutem kolczastym. Na szczęście została ona po kilku dniach usunięta przez tzw. nieznanych sprawców. Jak twierdzi autor artykułu, katolicki prozelityzm w Rosji stał się już niepokojącym faktem. Terytoria tradycyjnie prawosławne traktowane są przez Kościół Katolicki jako tereny misyjne. Demokratycznie usankcjonowana wolność sumienia sprowadza się dziś w wielu regionach Rosji do dyskryminacji Świętej Wiary Prawosławnej i faworyzowania innych wyznań.

STANY ZJEDNOCZONE

THE FREEMAN

Miesięcznik wydawany przez Fundację na rzecz Edukacji Ekonomicznej założoną przez Leonarda Reada w 1946 roku w Nowym Jorku. Głównym jej celem jest walka z wszelkimi przejawami interwencjonizmu państwowego, przede wszystkim w gospodarce. W numerze z sierpnia 1993 r. na uwagę zasługuje artykuł Jacoba Sulluma zatytułowany „Koszerne gliny”. Okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych, kraju w którym Karta Praw Obywatela włączona do Konstytucji w roku 1791 głosi, że „Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię państwową…”, istnieje rządowa kontrola koszerności produkowanej żywności. Specjalnie powołani inspektorzy sprawdzają prywatnych producentów tego typu produktów czy przestrzegają oni religijnych zasad. W zeszłym roku Sąd Najwyższy stanu New Jersey uznał taką kontrolę za działalność niezgodną z Konstytucją. Także do sądu federalnego stanu Maryland wpłynęła sprawa przeciwko „koszernemu nadzorowi”. Stroną pozywającą jest pewien sprzedawca hot-dogów. Jak dotąd nie została ona jeszcze rozstrzygnięta.

Bardzo ciekawą refleksję nad współczesnymi Stanami Zjednoczonymi stanowi artykuł Normana S. Reama zatytułowany „Moralność w Ameryce”. Autor pisze, że kryzys, który dotknął obecnie jego kraj nie ma charakteru ekonomicznego czy politycznego. To kryzys moralny i duchowy Amerykanów, wynikający z nieuznawania żadnych wartości, spowodowanego z kolei brakiem wiary. Ciągłe podważanie znaczenia religii doprowadziło do jej masowego odrzucenia. Dzisiaj dochodzi się do wniosku, że „jeżeli nie ma Boga to wszystko jest dozwolone” i to jest właśnie prawdziwy upadek.

William G. Stuart w artykule z tego samego numeru, zatytułowanym „Rola marki handlowej na rynku konsumenta” przedstawia problematykę związaną z wyróżnianiem przez producentów lub sprzedawców oferowanych przez siebie wyrobów poprzez odpowiednie ich nazwanie, nadanie znaku graficznego itp. Na szczególną uwagę zasługuje fragment mówiący o marce „Republikanie”. Produkty, które mają wspólną nazwę, ale różnią się między sobą określonymi cechami, przedstawiają mniejszą wartość dla konsumenta poszukującego pewności. „Republikanie” jest na przykład marką, co do której konsumenci (głosujący, współpracownicy, działacze) dokonują pewnego uogólnienia, gdyż w rzeczywistości kandydaci startujący pod tą etykietką mają bardzo różny stosunek do danych problemów i sposobów ich rozwiązywania. (Nasze polityczne „marki” są może trochę mniej znane na arenie światowej, ale problemy jak widać mamy te same – red. Stańczyka).

Numer wrześniowy prawie w całości jest poświęcony szeroko pojmowanej ochronie środowiska. Autorem zdecydowanie najciekawszego artykułu zatytułowanego „Przeludnienie: wieczny mit” jest dr David Osterfield. Na samym wstępie zadaje on czytelnikom zagadkę. Kto jest autorem następujących słów: „Problemem najbardziej rzucającym się w oczy naszemu pokoleniu i zmuszającym do zastanowienia, jest stale rosnąca liczba ludności. Ziemia z trudem może nas wszystkich wyżywić. Prawdziwym zbawieniem w takiej sytuacji są epidemie, głód, wojny i trzęsienia ziemi będące antidotum na ludzką płodność”. Nie są to bynajmniej słowa profesjonalnego czarnowidza Paula Ehrlicha, autora znanej książki „Bomba demograficzna” wydanej w 1968 roku. Nie napisali tego także Państwo Donella i Dennis Meadows w swym dziele „Granice wzrostu” z roku 1972 , czy w „Po przekroczeniu granic” z 1992 r., w którym doszli do przekonania, że produkcja zbóż osiągnęła swój maksymalny, nieprzekraczalny poziom. Nie jest to także fragment z raportu „Świat w roku 2000” przygotowanego dla Prezydenta Cartera. Nie są to wreszcie słowa Thomasa Malthusa pochodzące z jego słynnego „Traktatu o ludności” z roku 1798. Okazuje się, że autorem przytoczonych słów jest Tertulian, mieszkaniec Kartaginy żyjący w 2 wieku naszej ery, kiedy to Ziemię zamieszkiwało 190 milionów ludzi, a więc ponad 25 razy mniej niż obecnie. Tertulian nie był jednak pierwszym, którego przerażała wzrastająca liczba ludności. Podobne obawy można znaleźć w dziełach Platona i Arystotelesa, żyjących w 4 wieku p.n.e. czy wreszcie u Konfucjusza w 6 wieku p.n.e. Przyglądając się wszystkim powyższym autorom i ich dziełom można zaobserwować jedną prawidłowość. Mianowicie im bardziej są nam współcześni, tym większa niedorzeczność argumentacji i proponowanych rozwiązań, mimo że żadne z przewidywań nigdy się nie sprawdziły. Świadczy to o „intelektualnej arogancji kolejnych pokoleń katastrofistów”, jak pisze dr Osterfeld, przede wszystkim tych, którzy dziś w prasie i telewizji mówią o „bombach demograficznych”, „Ziemi w punkcie zwrotnym”, kreują obraz świata ogarniętego głodem, pozbawionego surowców naturalnych, w którym ludzie mogą jedynie stać, bo nie ma dosyć miejsca na to by usiąść itp.

Autor bardzo słusznie zauważa, że termin przeludnienie jest pojęciem względnym. Można więc mówić o przeludnieniu w stosunku do możliwości produkcyjnych żywności, zasobów surowcowych i przestrzeni życiowej. Odnośnie pierwszego czynnika okazuje się, że od roku 1940 (od tego roku zbiera się dane) tempo wzrostu produkcji żywności rokrocznie przewyższa o 0,5% tempo wzrostu ludności, a bieżąca produkcja wystarcza, by wyżywić wszystkich ludzi. Jednocześnie specjaliści są zgodni, że gdyby zaszła taka potrzeba, może ona zostać bardzo szybko zwiększona. Podobnie przedstawia się sytuacja z zasobami surowców naturalnych. Okazuje się, że praktycznie wszystkie (łącznie z surowcami energetycznymi) są obecnie relatywnie tańsze niż kiedykolwiek przedtem. Pozostaje jednak kwestia ich obfitości. O tym, zdaniem autora, decyduje zawsze ludzka inwencja i kreatywność. To one przesądziły na przykład o wykorzystaniu wcześniej już znanej ropy naftowej i to one dostarczą jej substytutów. Wreszcie ostatni czynnik jakim jest przestrzeń życiowa. Ziemi nie da się przecież rozciągnąć mówią katastrofiści. Okazuje się jednak, że gdyby cała ludność Ziemi przeniosła się do stanu Alaska i tam zamieszkała, to każdy człowiek z osobna miałby do dyspozycji wyłącznie dla siebie ponad 350 metrów kwadratowych, a przecież powierzchnia tego stanu to zaledwie 1% powierzchni lądu na Ziemi. Okazuje się ponadto, że mniej niż 0,5% terenów niepokrytych lodem jest wykorzystywana przez człowieka do zamieszkania. Artykuł kończy się następującą konkluzją: „Chociaż dzisiaj żyje na naszej planecie największa jak do tej pory i ciągle wzrastająca liczba ludzi, to relatywnie, w odniesieniu do powyższych trzech czynników, staje się ona coraz mniej zaludniona”.

Doug Bandow w artykule „Ochrona środowiska: triumf polityki” stwierdza, że problem ochrony środowiska stał się „zakładnikiem polityki”, która z kolei zaraziła ekologię zbiorową histerią. Okazuje się, że ostrzeżenia o ocieplaniu się klimatu na kuli ziemskiej nie są żadną nowością. Po raz pierwszy temat ten został poruszony w roku 1890 i ponownie pojawił się w 1950 r. Zaraz potem jednak powstała nowa teoria głosząca nadejście „Ery Lodowcowej”. W roku 1974 Narodowa Rada Naukowa Stanów Zjednoczonych stwierdziła, że” w ciągu ostatnich 20-30 lat temperatura na świecie spadała, początkowo dosyć nieregularnie, lecz później, w ciągu ostatniego dziesięciolecia, bardzo gwałtownie”. W tym samym roku w magazynie TIME została zamieszczona taka oto opinia: „Atmosfera w ciągu ostatnich 30 lat znacznie się wychłodziła. Ta tendencja jest bardzo wyraźni. W dwa lata później dr Murray Mitchell z National Oceanic and Atmospheric Administration zajmującej się badaniami atmosfery i oceanów stwierdził, że „od roku 1940 średnia temperatura powietrza spadła o około 0,27 stopnia Celsjusza”. Autor przytacza jeszcze kilka tego typu „naukowych opinii”, z których jedna przykładowo stwierdza, że “wystarczy jedno chłodniejsze lato, by cały świat zamienił się w lodową kulę”. Minęło jednak 10 lat i prasę, telewizję etc. ogarnęła inna mania, mania „gorąca”. Co jednak najśmieszniejsze, nadejście „Ery Cieplarnianej” zapowiadały te same „autorytety naukowe”, które 10 lat wcześniej ogłaszały początek „Ery Lodowcowej”. Przykładem jest klimatolog amerykański Stephen Schneider.

Dzisiaj naturalnie powoli odchodzi się od koncepcji ocieplania się klimatu w skali globalnej. „The Washington Post” opublikował ostatnio artykuł, według którego “naukowcy przeważnie zgadzają się, że klimat w ciągu ostatniego stulecia ulegał powolnemu ociepleniu, ale średnie tempo wzrostu temperatury nie jest wyższe niż w poprzednich stuleciach i nie ma zgodności co do tego, czy przyczyną tej zmiany jest działalność ludzka”. Tak samo rzecz ma się ze słynnym problemem “dziury ozonowej”. Ostrzegano nas, że warstwa ozonu zmniejszyła się o 18%, że nad Kanadą nie ma jej już w ogóle. Dzisiaj mówi się o 2-4% ubytku warstwy. Oznacza to dla organizmu ludzkiego mniej więcej taką zmianę, jak przeniesienie się z Palm Beach 60 mil na południe do Miami na Florydzie. Co więcej badania wykazały, że poziom promieniowania ultrafioletowego docierającego do powierzchni Ziemi spadł w ciągu ostatnich 10 lat. D. Bandow porusza także problem przeludnienia, przy czym jego konkluzje są identyczne z tymi, do jakich doszedł we wcześniej omawianym artykule dr D. Osterfield. Na uwagę zasługuje jedynie przytoczona opinia byłego szefa Banku Światowego Roberta McNamary, który porównał zagrożenie „czyhające” ze strony przeludnienia Ziemi z „groźbą wybuchu wojny nuklearnej”. Nic dodać, nic ująć.

W tym numerze bardzo interesująca jest także recenzja książki Wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych Ala Gore`a, zatytułowanej „Ziemia w równowadze”. Dzieło to obszerne, bo liczące 407 stron. Cena 22,95 $. Autor mimo, że zdecydowanie zaprzecza, jakoby był zwolennikiem utworzenia jednego światowego rządu, postuluje zawarcie porozumienia między wszystkimi państwami, zmuszającego je do wspólnego i jednomyślnego działania. Gore ładnie nazywa to „światowym Planem Marshalla”, jednoczącym władzę wszystkich rządów, by ochraniać środowisko naturalne. Ta międzynarodówka między innymi nakładałaby podatki, mówiła ludziom co i jak należy robić, a czego się wystrzegać. Nie ma jednak nigdzie słowa o policji i wojsku, dotychczasowych atrybutach państwa, bez których jest przecież niemożliwym sprawowanie władzy, tym bardziej władzy w skali światowej. Przenikliwy umysł Wiceprezydenta nie mógł przeoczyć takiego „szczegółu”, jak trafnie stwierdza autor recenzji Jim Russell. Czyżby więc celowe przemilczenie? Powstanie tak „błyskotliwych” pomysłów u Gore`a spowodował, jak sam stwierdza, „światowy kryzys ekologiczny”, czy też jak go jeszcze inaczej nazywa „ciężki kryzys”, „boom demograficzny”, „bliska katastrofa”, „sypiący się system ekologiczny”, „drapieżna cywilizacja”, „śmieciowy imperializm”, czy wreszcie „ekologiczny holocaust”. Oprócz tego w książce można znaleźć zobowiązanie autora do zmiany swojego postępowania na scenie politycznej i w Senacie, a jest co zmieniać. Krajowy Związek Podatników w USA przyznał Wiceprezydentowi pierwsze miejsce w klasyfikacji na członka Senatu najbardziej przyczyniającego się do nakładania nowych podatków i zwiększania wydatków państwowych w ciągu ostatnich dwóch lat. J.Russell twierdzi jednak, że są to bardzo mało wiarygodne obietnice, gdyż Gore przyznaje się w książce tylko do jednego błędu: „Osobiście popierałem subsydia dla producentów cukru, nie biorąc pod uwagę pewnych konsekwencji (szkód dla środowiska) takiego postępowania. Był to wyraz ogólnej zasady, jaką wyznawałem, że trzeba popierać programy pomocy dla rolnictwa w innych stanach w zamian za ich głosy poparcia dla ustaw ważnych z punktu widzenia naszego stanu. Postanowiłem jednak, że to zmienię. Nie zagłosuję już więcej za przyznaniem rządowej pomocy dla producentów cukru”. Proszę zauważyć, że bynajmniej nie zobowiązuje się do zaprzestania niecnych praktyk handlowania głosami, czy też do zmniejszenia wydatków rządowych.

(…)

JUNGES FORUM

Hamburskie Wydawnictwo Studiów Niemiecko-Europejskich, którym od wielu lat kieruje Heinz-Dieter Hansen publikuje monotematyczne zeszyty pod wspólną nazwą Młode Forum. W latach 1991-93 ukazały się m. in. następujące pozycje: Lothar Penz „Suwerenne Niemcy potrzebują suwerennego narodu”, Luc Pauwels „Wspólnota i własna tożsamość w Europie Wschodniej i u nas”, Wolfgang Strauss „Powrót archaizmów”, Yvo J. D. Peeters „Naród i państwo. Przyszłość mniejszych narodów i mniejszości etnicznych w nowej Europie”, Albrecht Jebens „1813-1989-1994. Pruskie perspektywy dzisiaj”, Rolf-Josef Eibicht „Hellmut Diwald”.

W rozważaniach Lothara Penza znaleźć można interesujące stwierdzenie, że Ojcowie Założyciele Republiki Federalnej Niemiec byliby dzisiaj, według norm totalitarnego społeczeństwa masowego, uznani za „prawicowych radykałów” najgorszego rodzaju. Penz pisze, że ideologią obecnej RFN jest narodowy socjalizm à rebours. Narodowi socjaliści zgodnie z regułami oświeceniowej dialektyki swojego komunistycznego wroga widzieli równocześnie jako przykład. Podczas gdy dla komunistów motorem dziejów była walka klas, narodowi socjaliści motor ten widzieli w walce ras. Kapitalistyczna klasa wyzyskiwaczy zamieniła się u nich dialektycznie w żydowsko-bolszewickich podludzi. Naród żydowski na zasadzie negatywnej dialektyki Oświecenia uczyniony został „antagonistycznym przeciwieństwem” narodów germańskich. Widać to wyraźnie w „Micie XX wieku Rosenberga”: Żydzi są wszystkiemu winni! W RFN nastąpiło kolejne „dialektyczne odwrócenie”. Teraz Niemcy są wszystkiemu winni i, jak chcą niektórzy, hymnem narodowym Niemiec powinna być „mea culpa”. Dla narodowych socjalistów Żydzi byli kolektywnie winni i zbiorowo odpowiedzialni, od 1945 roku tę rolę mają pełnić Niemcy. To jest dalszy ciąg „Mitu XX wieku”. Paradoksalnie narodowy socjalizm à rebours narasta, zamiast maleć w miarę jak odchodzi pokolenie, które znało narodowy socjalizm z własnego doświadczenia i potrafiło zrozumieć kontekst historyczno-polityczny jego powstania i funkcjonowania. Nowa, urodzona już po wojnie generacja Niemców to w znacznej mierze ludzie, dla których „Mit XX wieku” z kolektywną winą Niemców i narodowy socjalizm à rebours. stały się prawdą absolutną, wytwarzając nienawiść do własnego narodu. Tak długo, jak długo Niemcy trwać będą przy „negatywnym narodowym socjalizmie”, tak długo będą wewnętrznie sparaliżowani i niezdolni do prowadzenia żadnej polityki zgodnej z interesami państwa i narodu niemieckiego. Penz zwraca uwagę, że „negatywny narodowy socjalizm”, będący panującą obecnie w Niemczech ideologią, w rzeczywistości uniemożliwia prawdziwe „przezwyciężenie przeszłości”. Przybrał on dziś formę duchowego więzienia i przeszkadza w wytłumaczeniu rzeczywistych przyczyn dawnego narodowego socjalizmu i jego katastrofalnych skutków. Czysta negacja narodowego socjalizmu sprawia, że wytwarza się duchowa próżnia nihilizmu, w której u nowej generacji Niemców może rozwinąć się, znowu na zasadzie „dialektycznej negacji”, neo-narodowy socjalizm.

Wolfgang Strauss w artykule „Powrót archaizmów” pisze, że Zachód stał się wrogi historii. Wyobcowani z historii analfabeci, duchowi pigmeje ogłaszają koniec historii, czyli zniesienie wszelkich ideologicznych, religijnych i etnicznych sprzeczności i ich roztopienie się w uniwersalnym społeczeństwie. Ale historia nie umarła. To ci, którzy twierdzą, że umarła, są martwi. Kończy się sen o materialistycznym, uniwersalnym postępie. Powraca to, co archaiczne, narodowe „atawizmy” i „barbarzyńskie” prainstynkty. Przeżywamy anarchiczny come back dzikości, przemocy, okrucieństwa, zemsty, mitu. Powstaje z grobu potwór nacjonalizmu. Przerażeni ideologowie lamentują, że odżywają demony, wołają o „reakcyjnych zmorach”, o „barbarzyństwie” i „archaicznej wściekłości”. Dekadenckie społeczeństwa naznaczają kainowym piętnem wszystko, czego nie mogą pojąć, wszystko, co obce i niezrozumiałe. Mają tylko strach przed ową “starszą ojczyzną”, o której pisał Tiutczew. W „Scytach” Błoka czytamy: „Tak, nie rozumiecie, że można tak kochać, jak jeszcze kocha nasza krew. Zapomnieliście, że jest miłość gotowa palić i niszczyć?”. Scytowie – stepowi nacjonaliści starożytności?

Palma pierwszeństwa w odkryciu potwora nacjonalizmu należy się Adamowi Michnikowi, który już przed kilkoma laty doniósł na łamach tygodnika „Der Spiegel” o pojawieniu się barbarzyńców z nacjonalistycznymi sztandarami. Dla Michnika – wyznawcy religii humanistycznego racjonalizmu, nacjonalizm zawiera wszystko to, co złe w oczach “cywilizowanego świata”: nietolerancję, szowinizm, wrogość do obcych, bezprawie, brak człowieczeństwa. Według Michnika nacjonalizm „to określone widzenie świata, zgodnie z którym narody jak zwierzęta skazane są na walkę o byt”. Dla Michnika więc, pisze Strauss, nacjonalizm to światopogląd podludzi, ideologia neandertalczyków. Atawistami z epoki kamienia łupanego są dla Michnika Rosjanie. Nigdy, pisze Strauss, nie czytałem bardziej agresywnego, antyrosyjskiego pamfletu. Można powiedzieć, że Michnik ulega takim samym atawizmom jak ci, których uważa za swoich wrogów, tak samo operuje stereotypami i w taki sam sposób posługuje się instrumentem kolektywnej winy. Cóż za tryumf przebudzonych demonów nacjonalizmu: wśliznęły się do mózgu ich zażartego wroga!

Albrecht Jebens w artykule o „pruskich perspektywach” przypomina, że w 1987 roku NRD przeżywała kulminację „międzynarodowego uznania”. Erich Honecker bawił wówczas z oficjalną wizytą w Bonn – była flaga państwowa NRD i hymn, kompania honorowa i czerwony dywan. Było to de facto uznanie państwowości NRD przez polityków RFN-u, którzy, jak pisze Jebens, zinternalizowali jałtańskie status quo. W tym samym roku premier Kraju Saary z ramienia SPD Oskar Lafontaine stwierdził: „Pod rządami Ericha Honeckera NRD stała się gospodarczo bardziej wydajna, stabilniejsza wewnętrznie i pewniejsza siebie w polityce zagranicznej” (i polityk wygłaszający takie oceny na temat państwa, które w ciągu następnych dwu lat zniknęło z mapy politycznej Europy nadal bryluje w Bonn! A nam się każe maszerować do „Europy”. Po co? Po to, żeby rozmawiać z takimi idiotami jak Lafontaine? – red.Stańczyka).

Jebens oskarża klasę polityczną, że nie wykorzystała szans, jakie dawało zjednoczenie Niemiec i odzyskanie suwerenności państwowej. Klasa ta pragnie, według Jebensa, utrzymać status quo czyli traktuje zjednoczenie Niemiec wyłącznie jako „rozszerzenie RFN-u”. Jest jednak wątpliwe, czy w sytuacji, gdy status quo w Europie się kończy, RFN jako dziecko totalnej klęski w 1945 i projekt polityczny mający być czymś całkowicie odmiennym od poprzednich form niemieckiej państwowości, jest w stanie przetrwać. Jebens uważa, że na terytorium enklawy królewieckiej powinno w ramach Federacji Rosyjskiej powstać “Wolne Państwo Prusy”. Nie niemiecki Koenigsberg, nie litewski Karaliaucius, nie polski Królewiec, ale pruski Koenigsberg powinien stać się centrum powiązań i kontaktów wychodzących poza płn. Prusy Wschodnie i obejmujących Niemców, Rosjan, Litwinów i Polaków. Stworzenie takiego państwa ufundowanego na duchu pruskim, byłoby równocześnie stworzeniem kulturalnej i politycznej przeciwwagi dla pojmowania Niemiec jako “Związku Reńskiego”, które określało polityczną egzystencję RFN i które po zjednoczeniu uległo zachwianiu. W roku 1813 Prusy miały w Rosji najsilniejsze oparcie. Podobnie i w przyszłości Rosja mogłaby odgrywać rolę protektora płn. Prus Wschodnich i powrócić do Europy jako siła z pretensjami do przewodzenia. Na razie zarówno w Bonn jak i w Moskwie rządzą ludzie przywiązani do status quo i ślepi na wielkie historyczne perspektywy.

Rolf-Josef Eibicht poświęca swój esej zmarłemu w zeszłym roku wybitnemu historykowi Hellmutowi Diwaldowi, podnosząc jego zasługi zarówno dla niemieckiej historiografii, jak i dla pobudzania i utrwalania historycznej i narodowej tożsamości Niemców. Eibicht zwraca uwagę na wiele trudności, jakie napotykają historycy niemieccy w pisaniu historii swego kraju, szczególnie historii najnowszej. Nadal utajnione pozostają ważne dokumenty, zarówno archiwa państw zwycięskich w II wojnie światowej, jak i archiwa państw pokonanych otwierane są bardzo powoli i jednostronnie, wiele ważnych akt nadal pozostaje w rękach zwycięzców, wiele ważnych dokumentów nadal jest niedostępnych, wiele zostało sfałszowanych. Hellmut Diwald to, według autora, jeden z tych historyków niemieckich, którzy przestali pisać historię Niemiec zgodnie z wytycznymi zwycięzców. Pisał on: „Z melancholią wołów idziemy po ścieżkach historii ustalonych przez zwycięzców II wojny światowej. Historiografia sama zakłada sobie stryczek na szyję, jeśli wyznania winy stawia ponad analizowanie faktów”. A w innym miejscu: „Żyjemy w atmosferze zniekształceń i fałszów”. Protestował przeciwko manipulowaniu historią i ograniczaniu wolności słowa zwracając uwagę, że w żadnej innej dziedzinie “formowania świadomości” władze nie ingerowały silniej niż w nauczanie historii w szkołach, kastrując program i forsując jeden słuszny obraz historii Niemiec jako nieustannego ciągu błędów i zbrodni. Diwald sprzeciwiał się „kryminalizacji historii Niemiec” i zamienianiu jej w „policyjny album przestępców”. Największym sukcesem Diwalda była wydana w 1978 roku „Historia Niemców”, która została ostro zaatakowana przez jego kolegów po fachu i mass media (w tygodniku „Der Spiegel” nagonkę przeciw Diwaldowi rozpoczął były Obersturmführer SS!). Krótko przed śmiercią Diwald powiedział: „Mur runął. Co za tryumf. Ale obalenie muru może być trwałe, jeśli zburzone zostaną wewnętrzne mury w Niemczech i w Niemcach. Mury, które nasza neurotyczna konstytucja ma utrzymać przez pokolenia”. Eibicht wzywa Niemców, żeby byli wierni przesłaniu Diwalda: „Inne narody szanujemy, naszą niemiecką ojczyznę kochamy”.

NEUE ANTHROPOLOGIE

Hamburski kwartalnik ukazuje się od 1972 roku. Jego wydawcą jest Jürgen Rieger, znany adwokat występujący w wielu procesach politycznych działaczy niemieckiej prawicy narodowej i narodowo-radykalnej. W skład rady naukowej pisma wchodzą (lub wchodzili) m. in. tacy ludzie jak dr John Baker z Oxfordu, Alain de Benoist, prof. dr J. Drechsler, dr Arthur Jensen, dr Rolf Kosiek, prof. dr Helmut Mommsen, prof. dr G. Schwab, prof. Donald Schwan. Czasopismo przynosi wiele interesujących artykułów z dziedziny antropologii, biologii, medycyny, zoologii, psychologii poruszających tematy „wyklęte” przez zlewicowany establishment naukowy, natomiast ważne dla prawicy, bo pozwalające podbudować prawicowy światopogląd argumentami naukowymi. Przeglądając starsze i nowsze roczniki pisma natkniemy się na takie tematy jak: bioetyka, psychologia rytuału, ewolucja świadomości – próba historii naturalnej woli mocy, opinia publiczna a kwestia rasowa, zdrowotne skutki aborcji, etos biologicznej rewolucji, planowanie genetyczne i manipulacja genami, teoria przyczyn przestępczości, psychologia amerykańskich Murzynów, posiadanie terytorium jako czynnik historii ludzkości, znaczenie altruizmu i konkurencji dla rozwoju człowieka, pedagogika w świetle antropologii biologicznej, nieszczęście bycia wysoko uzdolnionym, dziedziczenie cech duchowych, dziedziczenie a inteligencja, spór o iloraz inteligencji, Grecy i Rzymianie z punktu widzenia rasowego, biosocjologia, rak jako problem antropologiczny, różnice rasowe a śmiertelność, psychoantropologia, obraz człowieka w nauce o zachowaniu, homoseksualizm, biopolityka, upadek narodów w świetle biologii, Inkowie – studium bioarcheologiczne, narodowe i rasowe różnice w odczuwaniu strachu, demograficzna historia Chin, depigmentacja ras ludzkich, różnice między rasą czarną a białą z medycznego punktu widzenia, przeszkody w mieszaniu ras, Tatar Lenin i chłop Mao, warstwy społeczne i różnice w uzdolnieniach, mieszanie ras: nauka i ideologia, pojęcie rasy we Francji, antropologia biologiczna i filozoficzna – różnice i podobieństwa, Żydzi w świetle antropologii, tragedia Europidów, pozycja kobiety u różnych narodów, śmierć i eutanazja u Platona, płeć a zachowanie, biologia sądów wartościujących, przestrzeń bez narodu, Indie i ich święte krowy, system kastowy u pszczół, ruch New Age, AIDS i przyrost ludności, sytuacja demograficzna w Niemczech. Jak widać pismo nie uznaje żadnych tematów tabu ustalonych przez lewicę, co powinno być przykładem dla innych czasopism prawicowych, które jakże często ulegają moralnemu terrorowi lewicy akceptując jej kryteria, hierarchie wartości i ważności, regulacje językowe. Tu sygnalizujemy tylko ten tytuł, w przyszłości postaramy się omówić dokładniej nowsze numery pisma.

WIELKA BRYTANIA

THE REACTIONARY REVIEW, THE ENGLISH MAGAZINE, THE ROMANTIC

Trzy niewielkie, wydawane „po staroświecku” czasopisma, firmowane są przez Perfect Publications. Reklamują się jako przykłady wolnej i niezależnej prasy w końcu XX wieku, czyli w czasach, kiedy prasa, radio i telewizja podlegają absolutnej dominacji modernistycznych ortodoksów i obskurantów. Prezentują opinie wypływające z całkowitego filozoficznego odrzucenia współczesności. Są głosem tradycjonalistycznej, antyegalitarnej, autorytarnej prawicy atakującej współczesne, zeświecczone, racjonalistyczne, demokratyczne, liberalne społeczeństwo, „głosem nie słyszanym w Wielkiej Brytanii od stuleci”. W numerze pierwszym

„The Reactionary Review” redakcja zamieszcza ideowy manifest, w którym czytamy, że pismo nie jest organem jakiejś partii, grupy czy sekty, ale otwarte jest dla wszystkich wyznających antymodernistyczne idee, przyciągające największe umysły naszego stulecia od W. B. Yeatsa i T. S. Eliota do A. Sołżenicyna. Modernizm, którego architekturą są betonowe bloki bez twarzy, a muzyką atonalny skrzek i wycie „rocka”, musi być zwalczany tak długo, aż nie pozostanie po nim kamień na kamieniu. Reakcjonista nie jest „miękkim konserwatystą” takim jak p. Thatcher i wielu innych na prawicy. To ci konserwatyści zainspirowali Evelyna Waugha do stwierdzenia: “Kłopot z Partią Konserwatywną polega na tym, że nigdy nie próbowała cofnąć zegara historii ani o minutę”. Reakcjonista nie jest też kapitalistą wyznającym laissez-faire, faszystą, nietzscheańskim witalistą, społecznym darwinistą ani też wyznawcą socjobiologii lub jakiejś innej modernistycznej szarlatanerii, maszerującej w tym barbarzyńskim stuleciu pod sztandarem „prawicy”. Reakcjoniści nie chcą wcale naśladować przeszłości we wszystkich jej aspektach. Mówią oni: „Nasze zasady są niezmienne. Ich zastosowanie może się zmieniać, ale tylko w sposób, który nie narusza ich niezmienności”. Modernizm jest odrzuceniem niezmiennych zasad, przekonaniem, że trzeba wszystko zniszczyć i zbudować na nowo zgodnie z ostatnio modną teorią. Prezydent Rumunii Ceausescu, który zainicjował plan zniszczenia tysięcy wiosek istniejących od Średniowiecza i zastąpienia ich betonowymi „kolektywami rolnymi”, robił, stosując brutalną przemoc, dokładnie to samo, co progresywiści czynią stale we wszystkich dziedzinach naszego życia. Jedynym powodem, dla którego postępowanie Ceausescu zostało na świecie przyjęte z oburzeniem, jest ten, że było gwałtowne i brutalne, podczas gdy podobne rzeczy dzieją się wszędzie, tyle że wolniej i subtelniej. Kiedy patrzymy na obrzydliwe odwrócenie obyczajów i norm moralnych naszego narodu, na ruinę jego sztuki, sposobu ubierania się, na szaleństwo jego popularnej „muzyki”, na narzucenie w każdej sferze życia –od wyglądu samochodów i budek telefonicznych do miar i jednostek pieniężnych – ponurych, nieludzkich standardów kosmopolitycznej brzydoty, nieuchronnie musimy dojść do wniosku, że najgorszy z tyranów nie byłby w stanie zniszczyć więcej. Po wojnie alianci realizowali w Niemczech program „denazyfikacji”. Jeśli jakaś władza okupacyjna narzuciłaby Wielkiej Brytanii plan deanglicyzacji, nie mogłaby marzyć o osiągnięciu takich rezultatów, jakie widzimy dziś (chyba, że chodzi o rezultaty polityki narzuconej nam w imię tego monstrualnego nowotworu zwanego “Wspólnotą Europejską”).

Prawica, która dochodzi do głosu w Wielkiej Brytanii, występuje przeciw wtrącaniu się państwa w życie prywatne i rodzinne, przeciw systemowi koncesjonowania, regulowania, kontrolowania i nadzoru sprawowanego przez modernistyczną biurokrację. Przeciwna jest tłumieniu wolności słowa np. poprzez tzw. Race Relations Acts. Jednakże nie zamierza dawać międzynarodowemu przemysłowi rozrywkowemu nieograniczonej wolności deprawowania nieletnich i naiwnych ani dopuścić do tego, żeby zmonopolizowane mass media mogły swobodnie pompować nikczemność do każdego domu i prezentować jednostronne i tendencyjne opinie.

Jesteśmy, piszą brytyjscy reakcjoniści, głosem tego, co tradycyjne i wielkie, tego, co ludzkie, ciepłe i przyjazne, głosem przeciw rozklekotanej maszynie racjonalizmu (i jego uzupełnienia – neurotycznego emocjonalizmu). Jesteśmy głosem ładu przeciw chaosowi, głosem szlacheckości przeciw wulgarności, inteligencji przeciw sprytowi, piękna przeciw banalności, głębi przeciw płaskości, jakości przeciw ilości, głosem lwa przeciw małpie, światła przeciw ciemności. Jesteśmy głosem, zmuszonym do milczenia przez stulecia. Teraz, kiedy filozoficzne serce modernizmu jest martwe a współczesny świat wszedł w fazę długiego, powolnego rozkładu, ostrzegamy, że już nie będziemy milczeć.

W tym samym numerze „The Reactionary Review” znajdziemy również mikro-dramat ideologiczno-dydaktyczny „Anioły w Babilonie, czyli śmierć widma”. Jedna z postaci, Lady Imperia, wypowiada dłuższą kwestię na temat socjalizmu, będącym, według niej, spełnieniem i kulminacją „Oświecenia” i czystą praktyką racjonalizmu. Centralnie planowana gospodarka jest absolutną apoteozą racjonalistycznego projektu społecznego. Bez centralnego planowania ideologia „Oświecenia” pozostałaby niespełniona. Widmo, a raczej zmora, socjalizmu krążyła po Europie. Śmierć socjalizmu jest wydarzeniem porównywalnym do „śmierci Boga”, o której pisał Nietzsche. W socjalizmie leżała logiczna kulminacja całego ruchu racjonalistycznego. Jeśli racjonalizm jest czymś słusznym, to także racjonalnie planowana gospodarka powinna przewyższać nieplanowaną, organicznie rozwijającą się gospodarkę. Dlatego, jeśli socjalizm okazałby się złudą, to cały nurt racjonalistyczny musiałby zostać uznany za absurdalny. Nie można bronić socjalizmu mówiąc: „Być może jest on nieskuteczny i nieefektywny, ale nadal jest słuszny”. Takie rozumowanie niezgodne jest ze współczesnym utylitarnym racjonalizmem, który nie zna takich kategorii jak „słuszny” i „niesłuszny”, „prawdziwy” i „nieprawdziwy”. Słuszne jest to, co funkcjonuje, niesłuszne jest to, co nie funkcjonuje.

Śmierć socjalizmu oznacza obalenie racjonalistycznego projektu na gruncie jego własnych zasad i założeń. Śmierć socjalizmu oznacza, że szlak, którym podążało się przez wiele lat nagle się kończy. Pociąg dotarł do miejsca przeznaczenia i okazało się, że nic tam nie ma, a cała podróż była bezsensowna. Lady Imperia wywodzi również, że oprócz socjalizmu wyrazem czysto racjonalistycznego myślenia jest współczesna architektura. Właśnie w dekadzie śmierci socjalizmu zaczęła być ona poddawana coraz silniejszej krytyce. Większość ludzi wierzyła do tej pory, że architektura ta reprezentuje Przyszłość. Sześcienne bloki, tafle przydymionych szyb, afektacja czystej użyteczności, wykalkulowana eliminacja wszystkiego, co można uznać za „jakość”, egzaltacja „ilością” – poprzez to wszystko słyszymy głos czystego racjonalizmu z jego ukrytą groźbą: „Nie możesz stać na drodze Postępu”. Niebotyczne betonowe megality współczesnej architektury to nie tylko pomniki brzydoty, to idole modernizmu, świątynie jego chwały i władzy. W gargantuizmie tych współczesnych wież Babel wyraża się wszechobejmujące roszczenie modernizmu do panowania nad światem. W ich szpetocie i głupocie puszy się bezdenna banalność jego duszy. Oni nazywają to „użytecznością”, wyrazem „Ducha Czasu”, a masy pochylają przed tym głowy nie w akcie miłości, ale rezygnacji i bezsilności, gdyż nikt nie może stać na drodze Postępu.

Współczesna architektura pozbawiona jest jakiegokolwiek związku z tradycją. Jest prometejską próbą rekonstrukcji świata i zbudowania go na abstrakcyjnych zasadach, co jest próbą analogiczną do innych form modernizmu, także w polityce. “Funkcjonalizm”, czyli czysty utylitaryzm w dziedzinie formy, jest w przypadku współczesnej architektury przejawem demokratycznego i proletariackiego stylu wrogiego wobec wszystkiego, co dekoracyjne, wzniosłe i piękne. Ale powoli wzbiera fala sprzeciwu wobec modernistycznej architektury i wszystkiego, co ona wyraża. Wielu ludzi budzi się z hipnozy. Modernistyczne megality nie są już wcieleniem nieuniknionej Przyszłości i nieuchronnego Postępu, nie są już głosem “Tego, Co Musi Być”. Racjonalistyczny absolutyzm traci swój niekwestionowany dotąd autorytet. Współczesne megality odarte zostały ze swych dyktatorskich tóg Zeitgeistu i pokazują swoją prawdziwą twarz, twarz szpetnych, tępych bloków z betonu wzniesionych przez wulgarnych niewolników swego czasu. Sprzeciw wobec współczesnej architektury to znak, że przychodzi odwilż po długiej zimie modernizmu.

Mit Postępu ma, jak to opisał C. S. Lewis w „Pogrzebie wielkiego mitu”, strukturę klasycznych mitów. Mit ten jest usprawiedliwieniem i wyjaśnieniem współczesnego świata, jest jego pseudo-religią i warunkiem jego istnienia. Ale śmierć socjalizmu i budząca się rewolta przeciw współczesnej architekturze oznacza, że droga Postępu zakończyła się. Nie ma już dalszego etapu, do którego mogłaby prowadzić. Nie ma żadnej ideologii, która byłaby w stanie zastąpić socjalizm. Oczywiście mogą tu i ówdzie pojawiać się nowe warianty modernizmu. Ale podobny jest on do pociągu, który dotarł do końca ślepego toru. Nie możemy oczekiwać, że wszyscy natychmiast z niego wysiądą. Będzie wiele trzaskania drzwiami, wiele ruchu między przedziałami. Urzędnicy kolejowi będą machać chorągiewkami i używać gwizdków. Ale pociąg już nie pojedzie dalej.

W tym samym numerze „The Reactionary Review” Anthony Cooney pisze o kapitalistycznej rewolucji i o demokratycznym stylu ubierania się, a Lucinda Traill o nędzy i możliwym renesansie współczesnego portretu. Ta sama autorka snuje również refleksję na temat „wiktoriańskich wartości” (już samo słowo „wartości” należy według niej do świata pluralizmu i relatywizmu; ci, którzy używają tego słowa pokazują, że bardzo oddaleni są od tych właśnie „wartości”). Panna Trail przypomina, że pani Thatcher nawoływała do odrodzenia “wiktoriańskich wartości” zastrzegając się przy tym, że odrodzenie to nie powinno obejmować „wiktoriańskiej obłudy”. Tym samym pani Thatcher udowodniła, że nie rozumie, czym były naprawdę „wartości wiktoriańskie” (być może rozumiała, ale jako uczestnik demokratycznej polityki zrezygnowała z mówienia czegoś, co przekracza zdolności pojmowania tzw. elektoratu). Obłuda, pisze panna Traill, oznacza, że choć człowiek łamie pewne reguły, to jest ciągle jeszcze zdrowy pod względem moralnym. Im wyższe standardy cywilizacyjne, tym większy zakres obłudy. Epoka całkowicie pozbawiona obłudy byłaby epoką całkowicie pozbawioną moralności publicznej. Tam gdzie publicznie obowiązuje prawo moralne, tam zawsze występować będzie pewien zakres obłudy. Chcieć wyeliminować obłudę, to tyle, co chcieć społeczeństwa bez jakiejkolwiek moralności.

Autor podpisujący się Sparrowhawk (Krogulec) udowadnia, że wszechobecna w mass mediach pop „kultura” to atak na ludzką duszę mający na celu zniszczenie jej moralnej tkanki, rozstrojenie ludzkiej psyche, aby wyprodukować indywiduum przykute do banałów wiecznego Teraz. Muzyka rockowa jest trucizną dla duszy. Z kolei kult „newsów” sprawia, że ludzie czują się „częścią” nieskończonej trywialności i szpetoty współczesnego świata (lub raczej starannie wyselekcjonowanych jego aspektów), a nie naturalnego, bliskiego świata o ludzkich wymiarach. Amerykańska kultura rocka i „newsów” jest używana na świecie jako broń podminowywania i niszczenia tkanki moralnej. Tym, którzy w to nie wierzą, Krogulec przypomina, jak w czasie oblężenia przez Amerykanów ambasady Watykanu, w której schronił się panamski dyktator Noriega, bombardowana ona była przy pomocy głośnej muzyki rockowej przerywanej „newsami”. Celem tego bombardowania było, jak oficjalnie oznajmiono, „złamanie oporu Noriegi”. Czyż potrzeba lepszego dowodu na to, że muzyka rockowa i „newsy” to instrumenty wojny?

Drugie czasopismo wydawane przez Perfect Publications to „The English Magazine”. Obok krótkich opowiadań, anegdot, artykułów na temat etykiety, sposobów zwracania się do siebie i adresowania listów znajdziemy refleksje Mityleny – romantycznej feministki. Autorka pisze, że nigdy nie czuła sympatii do sufrażystek (od „suffrage” – głosowanie), gdyż nigdy nie uważała, iż powszechne prawo głosu, obojętnie – dla kobiet czy dla mężczyzn – to coś dobrego. Współczesny feminizm to według niej industrializacja kobiet, systematyczne oczernianie wszystkiego, co kobiece i eleganckie, zniszczenie rodziny. Feministki przedstawiają los kobiet w przeszłości jako jedno pasmo prześladowań. Jeśli by nawet tak było, to zniszczenie wszystkiego, co kobiece jest zbyt wysoką ceną za wyzwolenie się spod ucisku mężczyzn. Ale tak nie było. Nie należy brać poważnie tych wszystkich pogłosek o prześladowaniach kobiet, które puścił w obieg pierwszy feminista, okropny J. S. Mill. To w dziełach tego notorycznego wroga tradycji i wyznawcy utylitarnej filozofii ma swe źródło obraz historycznego ucisku kobiet przez mężczyzn. Tymczasem, pisze Mitylena – romantyczna feministka, historia Anglii i Europy pokazuje, że kobiety od wieków wybijały się w polityce, prawodawstwie, handlu, bankowości, przemyśle itd.

W tym samym numerze ”The English Magazine” nieoceniony Krogulec pisze, że “polityka fiskalna od czasów ostatniej wojny była w całej Europie kierowana (jakby niewidzialną ręką) na wyeliminowanie wszelkich naturalnych różnic między ludźmi, na zniszczenie więzi między nimi, między członkami rodziny, tak aby wszystko wyrównać, zniszczyć wszystkie naturalne formy społecznego ładu, wszystkie dziedziczne i organiczne hierarchie i uczynić w ten sposób z człowieka samotnego wasala biurokratycznych instytucji kapitocjalizmu Krogulec protestuje również przeciw planom Brytyjskiego Towarzystwa Aptekarzy, które chce zlikwidować, w imię Postępu oczywiście, zachowane jeszcze stare apteki z mahoniowymi półkami i słoikami na lekarstwa.

Trzecie czasopismo wydawane przez Perfect Publications to „The Romantic”. Przeznaczone jest przede wszystkim dla kobiet romantycznych, pragnących w miarę możliwości żyć poza wulgarnością współczesnego świata. Ten romantyczny ruch powstał w jednym z żeńskich wówczas collegów Oxfordu. Kobiety romantyczne uważają współczesny świat za szalony i chcą tworzyć w nim oazy normalności. Są optymistkami, jeśli chodzi o przyszłość, ponieważ wierzą, że współczesny świat jest tylko historyczną aberracją, która nie może trwać wiecznie. W filozofii skłaniają się ku platońskiemu idealizmowi.

Maniery, stroje i obyczaje kobiet romantycznych są całkowicie tradycyjne, co wywołuje często zdumienie tubylców jak określają “romantyczki” pozostałych mieszkańców Wysp Brytyjskich. Kobiety romantyczne nie znoszą bezklasowego społeczeństwa – ani tego w wersji socjalistycznej, ani tego w wersji thatcherowskiej. Nigdy nie oglądają telewizji, która jest według nich koniem trojańskim przynoszącym do serca rodziny to wszystko, czym pogardzają i czym się brzydzą. Kult „newsów” wyznawany przez tubylców uważają za rodzaj pogańskiej religii. Nigdy nie biorą udziału w żadnych wyborach. Ich ulubione słowo to „lewacki” np. „jaka okropna lewacka architektura”. Wyższym stopniem od przymiotnika „lewacki” jest „bolszewicki”. Bolszewickie jest np. Towarzystwo Telefoniczne likwidujące piękne, stare budki telefoniczne. Muzykę rockową nazywają kobiety romantyczne “bolszewickim hałasem”. Natomiast określeniem dodatnim jest „reakcyjny” np. „co za piękna, reakcyjna bluzka”. Kobietą romantyczną nie może być osoba, która używa np. słowa „lifestyle”, nosi spodnie i ubiory z dżinsu, jest abstynentem lub wegeterianinem (abstynencja i wegetarianizm są dopuszczane w wyjątkowych przypadkach, ale nie mogą być praktykowane z ostentacją), używa dziesiętnego systemu miar i wag. W numerze „The Romantic”, który dotarł do naszej redakcji, znajdziemy prezentację zasad mody romantycznej, opowiadanie panny Amabel Violet Brand „Jednopokojowe imperium”, miniatury niezrównanego Krogulca. Oprócz tego panna Caroline Scott-Robinson omawia twórczość literacką „romantyczek” przeznaczoną nie do publikacji, ale do czytania przez wąski krąg przyjaciół. Natomiast Lucy Locket daje praktyczne rady, jak we własnym domu zwalczać inwazję współczesnych opakowań, wszystkich tych plastikowych butelek, tubek i pojemników, i jak zastąpić je tradycyjnymi opakowaniami ze szkła, metalu lub drewna. Z kolei panna Hester St. John wygłasza pochwałę ołówków – solidnych, drewnianych ołówków, które zapewniają według niej kontakt z rzeczywistością i sprawiają, że świat wydaje się normalniejszy i zdrowszy. Biurokraci zabrali nam już wiele rzeczy, pisze panna Hester St. John, zabrali nam szylingi i czerwone budki telefoniczne. Być może przyjdzie czas, że zabiorą nam wielkie, londyńskie czarne taksówki. Być może będziemy musieli czynić długie poszukiwania, aby w którymś sklepie znaleźć drewniane ołówki tak, jak dziś musimy poszukiwać drewnianych linijek, na których nie ma obcych miar. Ale biurokraci nie mają tyle władzy, aby zniszczyć nasze drewniane ołówki jednym pociągnięciem swoich paskudnych długopisów.

Perfect Publications prowadzi również wysyłkę kaset z poematami, słuchowiskami, bajkami dla dzieci, dawną muzyką taneczną. Ten Imperial Home Service powstał po to, aby ludzie mogli uniknąć tego wszystkiego, co przynosi współczesne radio: wulgarnego języka, bluźnierstw, antypatriotycznych emocji, seksualnej niemoralności, „muzyki” rockowej i atonalnej, „antyseksistowskiego” i „antyrasistowskiego” żargonu itd. Jest to inicjatywa konieczna w czasach, “kiedy radio zostało zmonopolizowane w rękach nie tylko degeneratów, co byłoby złe, ale w rękach nudnych degeneratów, co jest niewybaczalne”.

Kasety i czasopisma można zamawiać pod adresem: Perfect Publications, B. M. Perfect, London W. C. 1. Uwaga! Wydawnictwo nie wysyła żadnych bezpłatnych materiałów.

THE SCORPION

W numerze 16 obszerny esej publikuje redaktor naczelny pisma Michael Walker, który, wychodząc od analizy ideologii New Age stara się opisać zasadnicze zjawiska współczesnego świata i zmiany zachodzące w ciągu ostatnich 150 lat, zmiany, które uległy wielkiemu przyspieszeniu od lat sześćdziesiątych naszego wieku. Równocześnie wysuwa pewne hipotezy, co do przyszłości. Streśćmy pokrótce niektóre, co ciekawsze wątki tego tekstu.

Walker pisze m. in., że kwintesencją naszych czasów jest „muzyka disco” a dyskoteka to jedyne miejsce, gdzie spotykają się młodzi ludzie. Muzyka w dyskotece, podobnie jak to się dzieje z rytualną muzyką i tańcami Afrykanów czy Indian, ma wprowadzać w stan transu. Nie posiada ona jednak żadnego głębszego, rytualnego i wspólnotowego wymiaru. W dyskotece nie ma żadnych określonych sposobów zachowania, żadnych ponadindywidualnych reguł, oprócz tych, które samotnemu tancerzowi narzuca elektroniczny rytm dobierany i ustalany przez ukrytego często disk-jockeya. Dyskoteka jest władzą elektryczności nad tym, co organiczne. Rozmowa jest niemożliwa, słowo zastąpione zostaje przez podrygiwania ciała, jednostka wydana jest na pastwę wszechogarniającego hałasu, który eliminuje możliwość spójnego myślenia. Liczy się tylko wygląd, tylko to, co widać na powierzchni. Dyskotekowi tancerze upodabniają się do bezmózgich, mechanicznych, błyszczących robotów. „Język ciała” wypiera słowo, odczucia zastąpione zostają przez wibracje. Jednostka odgrywa swoją mechaniczną rolę napisaną dla niej przez maszynę. W dyskotece panuje apartheid wieku: starzy ludzie są tu niepożądani. Nie chodzi tu o to, że dyskoteki są dla młodych, gdyż młodość niknie szybko w oślepiającym kalejdoskopie świateł reflektorów, w elektronicznym łomocie, pośród zwierzęcych dźwięków, w nudzie, która przychodzi po nocnym transie. Starzy ludzie są niepożądani, ponieważ rozwiewają iluzję transu, przeświadczenia, że nie ma ani wczoraj, ani jutra, że nie ma odpowiedzialności ani wobec przeszłości, ani wobec przyszłości.

Walker zwraca również uwagę na niektóre aspekty muzyki rockowej, która atakowana jest niekiedy jako muzyka satanistyczna. To prawda, że niektóre grupy heavy metalowe otwarcie przyznają się do satanizmu. Ale krytyka muzyki rockowej nie powinna być redukowana do oskarżeń o satanizm, gdyż oskarżenia takie nie trafiają w sedno i są mało przekonywujące. Heavy metal nie jest chory, ponieważ jest satanistyczny, ale jest satanistyczny, ponieważ jest chory. Choroba muzyki rockowej polega na jej ekstremalnym oddaleniu od tego, co żywe i ludzkie, na jej kulcie śmierci i brzydoty, jej całkowitej zależności od tego, co techniczne, zautomatyzowane i nieludzkie, na zastąpieniu niewidzialnego wdzięku melodii niewidzialną mechanizacją elektroniki. „Rock” ma tyle manipulatorskiej mocy, że pozazdrościć jej mógłby Adolf Hitler. Oferuje on masową identyfikację demoralizując równocześnie człowieka. „Rock” opisywany jest niekiedy jako współczesna wersja faszyzmu, co jest o tyle słuszne, że rockowe koncerty mają wiele wspólnego z masowymi imprezami faszystowskimi (manipulacja masami, wykorzystanie techniki i sugestii spektaklu, wywoływanie upojenia i histerii, uwielbienie dla aroganckich liderów, władanie tłumem poprzez powtarzanie kilku prymarnych, potężnych idei – w faszyzmie są to miłość i nienawiść, w rocku – seks i śmierć). Muzyka rockowa pozbawia jednostkę możliwości oddawania się kulturze w najszerszym tego słowa znaczeniu: rozmyślaniom, przeżyciom estetycznym, doskonaleniu smaku i wrażliwości, poznaniu, romantycznym fascynacjom. Rockowa propaganda skierowana jest przeciw temu wszystkiemu.

Innym zjawiskiem przyciągającym uwagę autora jest reklama, która często jest czymś gorszym niż bluźnierstwo, bo profanacją. Bluźnierstwo zakłada przynajmniej, że istnieje poszanowanie dla tego, co jest jego celem. Ale samo istnienie takiej firmy jak Benetton jest profanacją wszystkiego, co ludzkie. Propaganda, którą rzyga Benetton, jest bezwstydnym tryumfem wszystkiego, co urąga życiu. System, który dopuszcza rozpowszechnianie obrazów ukazujących ptaka pokrytego ropą naftową lub człowieka umierającego na AIDS jako reklamę odzieży, to system nie zasługujący na reformowanie, ale na całkowite zniszczenie. W poprzednich epokach, pisze Walker, człowiek postrzegany był i postrzegał siebie w odniesieniu do swej kasty, klasy, rangi, rasy, narodu. Współcześni ludzie to samotne jednostki należące dziś do jednej, jutro do innej grupy. Archetyp zastąpiony został przez hiperindywidualistyczną jednostkę będącą równocześnie anonimowym uczestnikiem masowej produkcji i konsumpcji. Dawna różnorodność strojów ustąpiła miejsca jednolitemu ubiorowi obywatela świata. Blue-jeansy, bawełniane koszulki i tenisowe pantofle to skrzyżowanie stroju klowna i więźnia (błękitne drelichy zostały pierwotnie zaprojektowane dla więźniów). Współczesny człowiek masowy jest właśnie na poły klownem, na poły więźniem. Egalitaryzm uczynił wielki krok naprzód oferując ubiór, który może być noszony zarówno przez mężczyzn jak i przez kobiety, co jest zjawiskiem praktycznie nieznanym poprzednim kulturom.

Od czasu ukazania się słynnej książki Ortegi y Gasseta wiele się mówi o buncie mas. Ale dziś, chociaż istnieje człowiek o masowej świadomości, masy praktycznie nie istnieją. Masy są rozproszone fizycznie (umasowiony człowiek samotnie siedzi przed telewizorem) i zdemobilizowane (w sferze polityki pozostaje im tylko jeszcze udać się do wyborczej kabiny, by dokonać aktu tajnego głosowania będącego zadeklarowaniem swoich preferencji w dziedzinie politycznej konsumpcji). Nie kierują już nimi liderzy, ale anonimowi często manipulatorzy kontrolujący mass media, władający techniką, kreujący mody i trendy. Politykę zastąpił show-biznes. Ludzie wykorzenieni, apatyczni, bierni i bezsilni obsesyjnie zajęci są unikaniem bólu. Ciągłemu poszukiwaniu przyjemności towarzyszy stałe poczucie lęku. Nigdy nie było tylu „kapłanów”: ekspertów, doradców, konsultantów, terapeutów, zawodowych pomagaczy, psychologów i psychiatrów, którzy mają mówić człowiekowi, co jest z nim źle i jak temu zaradzić.

Współczesny człowiek zalewany jest lawiną faktów, informacji i danych statystycznych. Telewizyjne „newsy” są wyłącznie serią faktów i liczb wypuszczoną na bezsilnego telewidza bez jakiejkolwiek próby nadania im sensu. Oprócz faktów człowieka atakują bezustannie obrazy, kreowane przez orwellowską instytucję zwaną „Public Relations Industry”, będące jedną wielką modlitwą do materii, do „antyducha” modernizmu. W Europie Zachodniej ponad 80% rodzin posiada co najmniej jeden telewizor-maszynę, która nie wymaga absolutnie żadnej inteligencji produkując treści zrozumiałe nawet dla ludzi cierpiących na mongolizm. Telewizja wyklucza każdą reakcję, ponieważ żadnej nie rejestruje i nie wymaga żadnego aktywnego współuczestnictwa. Jest ona życiem zastępczym, doświadczeniem z drugiej ręki, nie angażuje naprawdę żadnych zmysłów pozwalając jedynie na obserwację radości, ekstazy, okrucieństwa itd. Jest substytutem wspólnoty, która nie istnieje.

Walker zwraca uwagę na jałowość debat o cenzurze takiej, jaka istniała niegdyś. W1862 roku „Źdźbła trawy” Walta Whitmana zostały zakazane w Bostonie. Dziś zakaz taki byłby absurdalny, gdyż ponad 90% mieszkańców Bostonu nigdy nie wpadnie na myśl, by czytać coś podobnego. O ile dawni nauczyciele pragnęli ustrzec swoich uczniów przed czytaniem „Kochanka Lady Chatterly”, to współcześni są zadowoleni, jeśli ich uczniowie w ogóle cokolwiek czytają. Dziś młodych ludzi i wielu dorosłych fascynuje się książkami Stephena Kinga. Czy można upaść niżej? Należy się obawiać, że za trzydzieści lat szesnastolatek zdolny do umysłowej koncentracji potrzebnej, aby przeczytać książkę Kinga od początku do końca zaliczany będzie do najbardziej oczytanych absolwentów szkoły.

Walker pisze również, że celem dysponentów i kontrolerów mass mediów jest likwidacja najmniejszego choćby śladu zakorzenienia w tradycji, eliminacja wszelkich form świadomości narodowej czy rasowej. Coraz bardziej intensywne staje się dążenie do pokazywania ludzkiej kultury jako swego rodzaju turystycznej atrakcji. Tworzy się atmosferę wrogości wobec europejskiej kultury jako żywej tradycji, aby w ten sposób zamienić ją w kulturę muzealną. Coraz mniej jest miejsc, w których można konwersować, czytać, marzyć i myśleć nie będąc narażonym na atak odgrywanych z taśmy małpich dźwięków wydawanych przez „gwiazdy” rocka. Nic nie może być lepsze lub wyższe, wszystko ma być względne i dostępne dla wszystkich. Kwintesencją zdeprawowanej determinacji modernizmu, aby być widzianym i słyszanym wszędzie i aby zredukować przeszłość do poziomu farsy, jest ustawienie przed wejściem do pałacu w Luwrze szklano-plastikowej piramidy, którą zaprojektował (to nie przypadek!) amerykański Chińczyk. Ten monstrualny wandalizm kulturalny, wspierany finansowo przez klikę wokół prezydenta Mitteranda, jest świadomym odrzuceniem siedmiu wieków tradycji architektury francuskiej.

Walker, konstatując typową dla współczesności przewagę techniki nad wszystkim, co organiczne i naturalne, równocześnie wskazuje na pozytywne skutki rozwoju techniki, która może być wykorzystana przeciwko Siłom Ilości dominującym w naszej epoce. Wideokamery i wideokasety łamią monopol telewizji, technologia komputerowa sprawiła, że powstawać mogą i przetrwać małe wydawnictwa i czasopisma. Wzrasta liczba „alternatywnych” publikacji. Powstaje również coraz więcej stowarzyszeń i organizacji, które bronić chcą tradycji, etnicznych korzeni, kultury i przyrody. Pojawiają się jednostki i grupy coraz mocniej formułujące swoje opozycyjne stanowisko wobec modernistycznego establishmentu. Ich hasłem jest: “Patrz w głąb pod powierzchnię zjawisk”. Odrzucają one całkowicie wszystkie treści, jakie przekazują współczesne mass media. Walker uważa, że ludzie będący w opozycji wobec współczesnego świata muszą być bardziej aktywni, energiczni i silni. Tylko wówczas zdolni będą do rzucenia wyzwania Siłom Ilości, do stworzenia paralelnego świata myśli, doznań i uczuć, stworzenia realnej życiowej alternatywy dla siebie i innych.

Do zjawisk podmywających istniejące duchowo-polityczne status quo zalicza Walker różne formy historycznego rewizjonizmu. Od stu pięćdziesięciu lat pleni się sceptycyzm kwestionujący i podważający instytucje i prawdy spajające społeczeństwo. Dziś podobny sceptycyzm zaczyna kwestionować i podważać spetryfikowaną „ortodoksję rewolty”. Historycy, a nie teologowie, spełniają dziś rolę „heretyków”. To oni przodują w walce o to, jakie idee będą dominować w społeczeństwie. Historyczny rewizjonizm jest jedną z najsilniejszych broni we współczesnej walce politycznej i kulturalnej, gdyż podważa ideologię, na której opiera się panowanie aktualnych elit otwierając drogę do władzy politycznej. Przykładem historycznego rewizjonizmu jest dla Walkera zakwestionowanie autorstwa sztuk „Szekspira”. Kult „Szekspira, kupca ze Stratfordu” to wielkie oszustwo, ale badacze reprezentujący szekspirowską ortodoksję bronią zaciekle stworzonego przez siebie mitu. W przypadku “Szekspira” idzie o zakwestionowanie demokratycznego, egalitarnego i narodowego mitu o spontanicznym pojawieniu się geniusza bez literackiej tradycji, bez erudycji i „książkowej” mądrości, bez kontynentalnych wpływów, mitu o geniuszu-naturszczyku (najprawdopodobniej autorem sztuk „Szekspira” jest Edward de Vere, 17-ty lord Oxfordu żyjący w latach 1550-1604-red. Stańczyka). Szczególne emocje wywołuje rewizjonizm historyczny w badaniach nad tzw. Holocaustem, kwestionujący m. in. istnienie komór gazowych w Oświęcimiu. Rządy krajów zachodnich słusznie dostrzegają, jaki polityczny dynamit niesie z sobą tego rodzaju rewizjonizm, dlatego robią wszystko (cenzura, specjalne ustawy, wyroki sądowe), aby uniemożliwić otwartą, publiczną debatę na ten temat. Jest to świadectwem, jak wielkie polityczne znaczenie ma masowa „wiara” lub „niewiara” w takie czy inne fakty historyczne.

W zakończeniu swego eseju Walker pisze: „wiele tam zostało przerwanych, wiele zapór przeciwpowodziowych przełamanych w tym wieku wody, hałasu i kapryśnej zmienności, wieku ilości i złudzeń, ekspansji i rozkładu, demaskacji i nagłych przemian, ukrytego upadku i cichej agonii, potężnych trendów i ukrytych sił, lęku i zwątpienia, wieku bez celu i bez kształtu. (…) Ale pewnego dnia siły, które określają nasze życie dzisiaj, mogą jutro zostać zmyte z powierzchni zanim zdążymy się zorientować, co się zdarzyło i w jaki sposób. Woda niszczy i zatapia, ale jest również dawcą życia i użyta właściwie oczyszcza i uzdrawia, jest darem Opatrzności, zwiastunem nowego życia i nowej wiosny”.

THE REVOLUTIONARY CONSERVATIVE

Pismo jest intelektualnym granatem rzuconym przez The Revolutionary Conservative Caucus, czyli grupę prawicowych aktywistów działających w ramach Partii Konserwatywnej. Zostało stworzone, aby wypełnić dziurę ziejącą na prawym skrzydle tej partii. Jest więc organem radykalnej torysowskiej prawicy, organem bojowej frakcji Partii Konserwatywnej. Reprezentuje skrajny torysowski nacjonalizm kwalifikowany zwykle przez lewicę jako „faszyzm”, z wpływami kontynentalnej Nowej Prawicy, korporacyjno-autorytarnych koncepcji Torysów, „patriotycznego socjalizmu”. Nawiązuje do takich myślicieli i pisarzy jak Oswald Spengler, Zeew Jabotinsky, Alain de Benoist, Ernst Jünger, Julius Evola, Otto Strasser, Moeller van den Bruck, H. L. Mencken, Hilary Belloc, Ezra Pound, Wyndham Lewis, T. S. Elliot, Thomas Hardy, D.H.Lawrence, Henry Williamson, J. R. R. Tolkien i inni. Wydawcy pisma reklamują je jako ostre, męskie, radykalne i ultrareakcyjne, pismo nie dla intelektualnych zer, nie dla ludzi niedojrzałych, głupców, moralnych kretynów i innych durniów, pismo zbyt ekstremistyczne dla zniewieściałej, liberalnej wrażliwości, pismo, które dekadencki, lewicowo-liberalny „Observer” określił jako organ radykalnego elitaryzmu i antyegalitarnej furii, pismo, które można porównać do rottweilera rozszarpującego na strzępy czytelnika „Guardiana”.

„The Revolutionary Conservative” jest głosem protestu przeciw prorokom „końca historii”. Ten „koniec historii” Robert Ardrey opisywał 20 lat temu jako „jutrzenkę, którą opiewali filozofowie od dwóch stuleci, jutrzenkę ujednolicenia, powszechnie uwarunkowanych reakcji, jutrzenkę egalitarnej rzeczywistości, nowego wspaniałego świata, nakazów nie podlegających dyskusji, szarych, nieodróżnialnych cieni, zuniformizowanych reakcji na zuniformizowane bodźce, jutrzenkę dzwonków owiec pędzonych na pastwisko”, ten „koniec historii”, uważają brytyjscy konserwatywni rewolucjoniści, to tryumf zimnego, racjonalnego własnego interesu nad namiętnością, zwycięstwo globalnego rynku nad narodowymi i etnicznymi lojalnościami i tożsamościami, masy nad jednostką, jałowości nad duchowością, egalitarnej urawniłowki nad hierarchią i tradycją, skomercjalizowanej pop-kultury nad sztuką, szos i „wołowinowych” rancz nad lasami, cynizmu i mentalności kantoru nad nauką, maszyny nad człowiekiem. Historia kończy się po tysiącach lat ludzkiej różnorodności, indywidualności, tożsamości i wizji dotarłszy na pustynię szarości, dekadencji i rozpaczy.

Rewolucyjny konserwatyzm ma być alternatywą dla egalitarnego uniwersalizmu dominującego nad myślą europejską od czasów Oświecenia. To, co nazywa się dziś „końcem historii” to upadek i dekadencja europejskiej cywilizacji – rezultat zdławienia przez Oświecenie idej radykalnego europejskiego konserwatyzmu. Idee te musi prawica znów wypisać na swoich sztandarach. „The Revolutionary Conservative” to, jak chcą jego wydawcy, pismo broniące europejskiej cywilizacji, stawiające wyżej symfonię Szostakowicza niż brak symfonii grupy Duran Duran, ceniące najwyżej ład, wolę, hierarchię, honor i przyspieszone pulsowanie krwi. Nasza wizja świata, piszą konserwatywni rewolucjoniści z Wielkiej Brytanii, jest twarda, ascetyczna, sofoklejska i wyrafinowana. Jesteśmy Europejczykami, a nie obywatelami Trzeciego Świata i reprezentujemy wyższy porządek kultury, którego przeznaczeniem jest panować. Sto lat temu ludzie tacy jak my budowaliby imperium, które rządziło jedną czwartą świata. Dziś żyjemy w kraju chorym na serce, liberalnym, dekadenckim, staczającym się w dół. Nasz kraj jest pod względem gospodarczym porównywalny z Grecją, Hiszpanią, Portugalią i Włochami. Nie należymy do czołówki europejskiej o światowej nie wspominając. Uważamy, że trzeba wreszcie zatrzymać dryfowanie, że czas skończyć ze słabością i samozadowoleniem. Chcemy całkowitego oczyszczenia dekadenckiego śmietnika. Chcemy klasycznej symetrii, patriotyzmu i ładu, ponieważ, jak pisał Celine “lepsza hierarchiczna nierówność niż humanitarna anarchia!”.

Jaka flaga powiewa nad Town Hall, pytają rewolucyjni konserwatyści. Czy jest to flaga Organizacji Wyzwolenia Palestyny albo Korei Północnej? Flaga Republiki Laosu albo Somalii czy Zimbabwe? Nie, tak naprawdę nie ma tam żadnej flagi. Tylko niekiedy powiewa tam licha, bladobłękitna flaga z 13 żółtymi gwiazdkami. Ale dlaczego na tej rzekomo europejskiej fladze nie ma orła – orła legionów Cezara, dworu Charlemagne czy imperialnych oddziałów Napoleona? Nie, to tylko blada, anemiczna flaga z 13 kupkami słabej żółci na mdłym błękicie. A gdzie jest Union Jack, flaga, którą niektórzy przedstawiciele władz lokalnych uważają za flagę wroga! My ludzie z oddanego prawdzie, rozumnego, męskiego, eleganckiego, rycerskiego i romantycznego czasopisma jakim jest „The Revolutionary Conservative” Union Jacka uważamy za swoją jedyną flagę.

Czy masz już dość zatęchłych, liberalnych opinii lansowanych przez kretyńską telewizję? Czy robi ci się niedobrze na widok transwestyckich pastorów, którzy zajadając swoją owsiankę lamentują nad głodem w Trzecim Świecie? Czy bierze cię obrzydzenie na widok tych „międzyrasowych” gwiazd rocka bełkoczących swoje bzdury? Czy mdli cię, gdy w swojej lokalnej bibliotece musisz wysłuchiwać wrzasków kobiet wyglądających jak mężczyźni? Czy jesteś śmiertelnie znudzony bredzeniem “antyrasistowskich” przygłupów? Czy wolisz Spenglera, Wagnera i Mahlera zamiast Vanilla Ice, Public Enemy, Iced T i całego tego śmiecia. Tych wszystkich ludzi, którzy potrzebują kąpieli i wojskowej musztry? Jeśli tak, to sięgnij po nasze pismo! Postulujemy: Spalcie czerwoną flagę! Dajcie kopa w tyłek tym zniewieściałym pastorom (choć może sprawi im to przyjemność)! Pozwólcie umrzeć na AIDS temu i owemu (im szybciej umrą, tym lepiej)! Wyślijcie czołgi dla stłumienia rozruchów w Handsworth! Jeśli zgadzacie się z tymi, by zacytować Jonatana Swifta, umiarkowanymi postulatami, zaprenumerujcie „The Revolutionary Conservative”. Piszcie na adres: BCM Box 6137, London WC1N 3XX (roczna prenumerata wynosi 5 funtów).

W numerze, który dotarł do naszej redakcji Jonathan Bowden rzuca krytyczne spojrzenie na premiera Majora pisząc, że zupełnie nie nadaje się on na pełnienie roli szefa rządu. Major to miły człowiek, odpowiednik urzędnika w zakładzie pogrzebowym albo pomocnika w sklepie rybnym w południowym Londynie, cierpiącego z powodu nagłego i niezasłużonego awansu. Wystarczy spojrzeć w jego twarz, aby zauważyć pewną pustkę, jakiś brak pojętności. Pod pewnymi względami przypomina on niewinną bohaterkę obskurnych melodramatów, którą uczy życia były pastor. Niekiedy może budzić współczucie, jednak gdy się na niego patrzy, automatycznie przychodzą na myśl ci klowni, których zaprasza się na smętne party dla dzieci.

Stuart Millson przekonuje, że Anglię może uratować jedynie patriotyczna, torysowska Nowa Prawica. Autor dokonuje ostrej krytyki traktatu z Maastricht i całej polityki eurokratów, którzy planują wprowadzenie jednego obywatelstwa europejskiego, jednej waluty i w konsekwencji jednej polityki gospodarczej prowadzonej przez scentralizowane, ponadnarodowe instytucje. Eurokraci pracują również nad jedną europejską konstytucją, co jest najlepszym dowodem na to, że angielskie prawa i wolności stają się własnością nowego porządku europejskiego. W tym zhomogenizowanym systemie Anglia, którą znaliśmy, oddali się w jeszcze odleglejszą przeszłość. Traktat z Maastricht uczynił Wyspy Brytyjskie przybrzeżnym terytorium Europy. Dzięki kryminalnej niekompetencji naszej powojennej klasy politycznej, pisze Millson, tkanka kulturalna naszego narodu obumiera i mordowana jest przez „wielokulturowość” i liberalizm. Wielkie symbole naszego narodu takie jak monarchia i parlament oraz cała jego kultura odziedziczona po przodkach, ulegną dezintegracji i utracone zostaną na zawsze we wszechobejmującej ciemności, która spowije nasz kraj. Czy jesteśmy na drodze ku europejskiej niewoli i wielokulturowego rozkładu, pyta Millson. Naród ograbiony z dumy i kulturalnej tożsamości zostanie zmuszony do podzielenia się tym, co pozostało z naszego kraju z wielką ilością obcych, którzy zaczęli zasiedlać nasz kraj w latach 50. i 60. Dlaczego staczamy się na dno? Dlaczego pozwalamy, aby Wielka Brytania rujnowana była przez przestępczość, społeczny nieład, kulturalny upadek i zamach stanu kierowany z Europy? Odpowiedź na te pytania odnajdziemy w sposobie sprawowania władzy przez ostatnich 40 lat i w ideologii naszych przywódców. Od dziesięcioleci mostek kapitański zajmowany był przez ludzi, od których trudno wyobrazić sobie bardziej mięczakowatych i słabych i którzy jedni po drugich przejmowali kierowanie statkiem w jego kursie na skały. Aby wyjść ze spirali upadku, Wielka Brytania potrzebuje zdrowej, otrzeźwiającej dawki antyliberalnego, prawicowego toryzmu. Pod pojęciem “prawica” nie należy rozumieć prywatyzowania energetyki, a pod pojęciem “toryzmu” rządów w stylu Salisburego czy Balfoura, które były rodzajem władzy niedołęgów. Nowy Toryzm jest wiarą, że poczucie narodowej wielkości i dumy, kreatywność i wytrwałość nadal istnieją w sercach narodu brytyjskiego, wiarą w zbiorowy instynkt narodowego przetrwania, który musi obudzić się ponownie w Brytyjczykach.

W tym samym numerze J. Bowden kreśli portrety Madonny i Wyndhama Lewisa. Na całym świecie sprzedano miliony egzemplarzy albumu Madonny „Seks”. Jest ona prawdopodobnie najczęściej fotografowaną kobietą końca dwudziestego wieku. Lecz jakie to ma znaczenie? Niewielkie. To, co odróżnia Madonnę od tysięcy zbuntowanych pasierbic, nastoletnich matek, młodocianych narkomanek, piętnastoletnich prostytutek to fakt, że odniosła sukces i że w przemyśle wokół jej osoby przepływają miliony dolarów. W rzeczywistości jest Madonna postacią budzącą litość – psychicznie niezrównoważoną kobietą, małą dziewczynką, którą uczyniono wielką i która buntuje się przeciw społeczeństwu (czyt. ojcu) wykorzystując swoją seksualność raz jako broń, raz jako instrument szokowania i łechtania. Inaczej niż Marilyn Monroe (stereotyp służący jej jako wzór), która uczciwie przyznawała, że zaczynała jako call-girl, Madonna raczej gra dziwkę dokonując komercjalizacji prostytucji w obszarze kultury popularnej. Madonna jest przede wszystkim dziwką psychiczną – masową fantazją masturbacyjną odważnie lub bezwstydnie przyznającą się do tego, kim jest. Wraz z Madonną seksualny półświatek wyszedł z podziemia, częściowo z powodu zainteresowania dla spraw erotycznych w dobie AIDS, a przede wszystkim dlatego, że zezwala na to masowy liberalizm. To, co się dzieje, to istotna zmiana w społecznej psychologii. Kiedyś jedynie policjanci, prawnicy, lekarze, sędziowie, kryminologowie, psychiatrzy i niektórzy pisarze zajmowali się dziedziną seksualnej psychopatologii. Dziś dewiacje serwuje się każdemu do śniadania. Niegdyś państwo zakazywało lub ograniczało takie formy seksualnej aktywności (i ich przedstawianie) jak homoseksualizm, zoofilia, nekrofilia oraz ekstremalne formy fetyszyzmu czy sadomasochizmu. A właśnie te dewiacje prezentuje Madonna na swoich fotografiach. Obok oczywistego w jej przypadku ekshibicjonizmu mamy sadomasochizm (także homoseksualny), sadyzm, zoofilię itd. Za plecami Madonny czają się już inne porno-„aktorki”, niektóre środowiska domagają się legalizacji pedofilii. Efektem będzie kompletna seksualna anarchia.

Bowden przypomina również powieściopisarza, politycznego publicystę i malarza, radykalnego prawicowca i awangardowego modernistę Percy Wyndhama Lewisa. Bowden pisze, że większość środowisk prawicowych odrzucała modernizm w sztuce i literaturze. A przecież właśnie wielu wczesnych modernistów (choćby T. S. Elliot czy Ezra Pound) było elitarystami, wrogami demokracji i liberalizmu, stąd lewica klasyfikowała ich najczęściej jako „faszystów”. W przypadku Lewisa jego przynależność do prawicy była raczej natury metapolitycznej i wiele z jego poglądów było nie do przyjęcia dla ortodoksyjnych i „staroświeckich” koserwatystów. Bowden uważa, że Lewis był indywidualistycznym anarchistą, neoklasycznym modernistą, gwałtownym intelektualnym survivalistą, nietzscheanistą, a równocześnie w sferze społecznej i politycznej zwolennikiem rozwiązań autorytarnych. W opinii jednego z brytyjskich krytyków literackich Lewis był jednym z najbardziej znienawidzonych pisarzy w Wielkiej Brytanii w XX wieku. Wypada jedynie czekać cierpliwie, aż jego najwybitniejsze dzieła: “Małpy boże”, “Zemsta z miłości”, „Wiek ludzki”, “Sztuka bycia rządzonym”, „Czas i człowiek Zachodu” dotrą do polskiego czytelnika.

W tym samym numerze „The Revolutionary Conservative” John MacLaughlin wyśmiewa guru radykalnych feministek Andreę Dworkin, która w swoich książkach i artykułach nawołuje kobiety do zerwania ze światem mężczyzn, gdyż są oni wszyscy faszystowskimi kreaturami, owłosionymi troglodytami, gwałcicielami itp. Andrea Dworkin uważa również, że pornografia jest spiskiem mężczyzn mającym na celu degradację kobiet. W przypadku p. Dworkin, pisze Mac Laughlin, pornograficzna degradacja nie wchodzi w rachubę, ponieważ jest ona najbrzydszą chyba kobietą na świecie. Gargulce ze średniowiecznych katedr nie wytrzymują konkurencji z obliczem Andrei Dworkin, przypominającej grubą wiedźmę z tryptyku Hieronima Boscha – odrażający kopiec napuchłego mięsa.

Z kolei Tom O’Hoolahan zajmuje się homoseksualizmem. Przypomina, że termin „homoseksualizm” nie istniał do początków XX wieku. To, co określa się dziś tym terminem nazywane było kiedyś sodomią, trzecią płcią, inwersją, dewiacją itd. Wprowadzenie terminu „homoseksualizm” było istotne z tego powodu, że w ten sposób “homoseksualizm” został w pewnym sensie zrównany z „heteroseksualizmem”. Innymi słowy dewiacja ustawiona została na jednym poziomie z normalnością. Wcześniej rozróżniano wyraźnie pomiędzy normalną formą seksualności a nienormalną czy perwersyjną, której homoseksualizm był jednym z głównych przykładów. W Anglii do lat 60. (męskie) stosunki homoseksualne były zakazane przez prawo. Wielu ludzi, także konserwatystów np. Enoch Powell, popierało dekryminalizację homoseksualizmu z racjonalnych powodów, uważając, że dobrowolny akt seksualny pomiędzy dorosłymi powinien być sprawą prywatną i odbywać się powinien w sferze prywatnej. Ale nie przewidzieli oni, że ostatecznym rezultatem nie będzie wcale owa prywatyzacja stosunków homoseksualnych, ale że przeciwnie – homoseksualiści wedrą się do sfery publicznej, co przyniesie wzrost rozwiązłości, libertynizm, postępowanie według zasady „rób, co chcesz”, całą tę kulturę kondomów i dekadenckiej dewiacji, czyli ową odrażającą mieszaninę krwi, spermy i kału, którą bez wątpienia brzydzi się większość normalnych ludzi nie mających zamiaru jej oglądać. Homoseksualiści puścili w obieg fantastyczną opinię, że większość ludzi to homofobowie nienawidzący homoseksualistów jako jednostek i pragnący ich maltretować. Tymczasem ludzie po prostu nie chcą tego oglądać i pragną, aby tego rodzaju praktyki zostały zepchnięte do szarej strefy na marginesie społeczeństwa, poza granice tego, co dozwolone. Cywilizacja polega bowiem na tym, że wytycza się pewną granicę, która, choć wytyczona z uwzględnieniem ludzkiej hipokryzji, jest niemniej jednak wyraźną linią narysowaną na piasku. Dlatego homoseksualizm, który jest drogą do absolutnej perwersji powinien być zakazany przez prawo wykonywane w sposób nie nazbyt ostry i rygorystyczny. Przed dekryminalizacją homoseksualizmu istniały w latach 50. w Soho, za wiedzą policji i władz, środowiska „gejów”, ale byli to ludzie dobrze wychowani, dyskretni, żyjący tak, aby być niewidzialnymi dla innych. I to jest sytuacja, do której należy powrócić, pisze Tom O’Hoolahan. Uważa on, że jeśli ład społeczny ma być oparty na takich wartościach jak męstwo, zdecydowanie, twardość charakteru, to dewiacja polegająca na „mieszaniu” płci powinna być zepchnięta na całkowity margines. Zawsze w okresach upadku i społecznej dekadencji, czy to w Republice Weimarskiej czy obecnie we Wspólnocie Niepodległych Państw (szczególnie w wielkich miastach jak St. Petersburg i Moskwa), a także w mniejszym stopniu w Wielkiej Brytanii, zanikają cnoty wojskowe i męskie, a pleni się rozwiązłość, dewiacje i zniewieściałość. Należy popularyzować i wpajać przekonanie, że istnieją zasadnicze, biologicznie zdeterminowane różnice pomiędzy płciami. Mężczyźni muszą być mężczyznami, a nie kobietami lub mężczyznami przebranymi za kobiety. A właśnie homoseksualiści to mężczyźni nieszczęśliwi i niepełni. Są oni częściowo kobietami w najgorszym wydaniu czyli bez czaru, wdzięku i powabu posiadanych przez prawdziwe kobiety.

RPA

TFP NEWSLETTER

Czasopismo wydawane przez Towarzystwo Obrony Tradycji, Rodziny i Własności w Johanesburgu przynosi ciekawy artykuł o modzie, która czyni z ludzi niewolników. Moda nie jest zjawiskiem typowym dla wszystkich epok i wszystkich cywilizacyj. Przeciwnie – moda jest wyrazem „nowoczesnej” epoki. Od XVIII wieku, kiedy to moda zaczęła panować na dworze królewskim, można obserwować stałą ewolucję mody w kierunku zrównania warstw społecznych i płci. Ta ewolucja mody jest ściśle sprzęgnięta z libertyńsko-egalitarną ideologią Rewolucji Francuskiej i komunistycznej. I tak w dwudziestym wieku obraz kobiety stworzony przez kulturę katolicką zostaje zwulgaryzowany i wykoślawiony. Brzydota i nienawiść wypiera piękno, spokój i uduchowienie. Znani projektanci mody – Poiret, a później Coco Chanel rewolucjonizują ubiór w imię wolności. W latach dwudziestych projektanci lansują stroje dla kobiet w stylu „garçon”  mające upodobnić je do mężczyzn. W dziedzinie strojów kąpielowych i letnich zaznacza się trend w kierunku nudyzmu. W latach 60. inny sławny projektant André Courrèges odkrywa w podejrzanych dzielnicach Londynu minispódniczki. Wulgaryzacji i moralno-estetycznej de-gradacji obrazu kobiety odpowiada pojawienie się idei sztuki “kubistycznej”, abstrakcyjnej itd.

Niedługo potem pojawiają się stroje z dżinsu mające zatrzeć wszelkie różnice między ubiorem kobiet i mężczyzn, młodych i starych, bogatych i biednych. Dżinsy są wyrazem zwycięstwa jakobińsko-demokratyczno-egalitarnych ideałów, są strojem ery buntu mas. Dżinsy, narkotyki, seksualna agresja, anarchistyczna rebelia w 1968 roku na Sorbonie i amerykańskich campusach to przejaw tego samego „ducha czasów”. To właśnie komunistyczny projektant mody Saint-Laurent wykrzykiwał: „Precz z Ritzem, niech żyje ulica!”. W czasie studenckiej rebelii 1968 roku doktryny Marksa, Freuda i Reicha były obecne nie tylko w emocjach i myślach, ale również w strojach i gestach. Czas wykwintności i dobrego smaku minął. Jest czas wulgarności, ordynarnej zmysłowości. W dzisiejszych czasach ludzie, którzy podążają za bognią-modą podlegają psychicznej i moralnej dezintegracji, zostają zredukowani do małej cząstki zatopionej w masie innych cząstek kierowanych tam, gdzie każe im iść reklama w poszukiwaniu koktajlu obrazów, dźwięków i gestów, obojętnych wobec rzeczywistości i nieczułych na powagę prawdy.

Najnowsza moda, moda „New Age” udowadnia raz jeszcze, że nie chodzi o spontaniczną manifestację osobowości ale starannie zorganizowany i zsynchronizowany ruch o międzynarodowym zasięgu. Artykuł w „TFP Newsletter” kończą słowa pasterki Jacinty, której w Fatimie objawiła się Najświętsza Maria Panna: “Pojawią się mody, które będą obrażać Naszego Pana. Ludzie, którzy służą Bogu nie podążają za modą. Kościół nie zna mody. Nasz Pan jest zawsze taki sam”.

BELGIA

VOULOIR

W poczwórnym numerze z lipca 1992 roku gros miejsca zajmuje problematyka islamska. Robert Steuckers omawia książkę Nasima Butta „Science and Muslim Societies”. Wynika z niej, że Zachód wierzy w racjonalizm, a islam w objawienie. Zachodni prometeizm przeciwstawia się organicznemu światu, podczas gdy panteistyczni, mistyczni i muzułmańscy holiści akceptują świat jako coś danego nam transcendentalnie. Zachód uznaje tylko jedną metodę badawczą, podczas gdy islam akceptuje w tym zakresie pluralizm. Działania Zachodu prowadzą do fragmentaryzacji, w przeciwieństwie do poczynań multidyscyplinarnych holistów. W społeczeństwach zachodnich naukowiec jest izolowany i nie odpowiada za wyniki swoich badań, co prowadzi do katastrof. W społeczeństwach holistycznych panuje symbioza i naukowcy są pod kontrolą. Europa powinna powrócić do holistycznego dziedzictwa Jana Szkota Eurigeny, Mikołaja z Kuzy, Jakuba Boehme, Anioła Ślązaka, Goethego i antropokosmomorfisty Carusa.

Rewolucja islamska w Iranie zainteresowała Arnolda Galtieri. Porównując integryzm muzułmański z wielkimi ruchami totalitarnymi naszego stulecia doszedł on do wniosku, że ten pierwszy jest bardziej konsekwentny w zwalczaniu ideologii opartej na indywidualizmie i mechanicyzmie. Aktualnie jednak Rafsandżani zbliża się do Zachodu i dopiero prawdziwa, druga, antyburżuazyjna, antykapitalistyczna i antyzachodnia rewolucja islamska pozwoli Iranowi odnaleźć swoją autentyczną tradycję duchową. O innej rewolucji, bolszewickiej, pisze Robert Ervin w artykule „Azja Środkowa i Kaukaz: islam wychodzi z zapomnienia”. W latach 1917-35 głównym rewolucjonistą rosyjskiego „miękkiego podbrzusza” był nadwołżański Tatar Galijew, twórca koncepcji zupełnej autonomii muzułmańskiej partii komunistycznej. Zagraniczna interwencja militarna i szowinizm Białych spowodowały, że sporo muzułmanów trafiło do bolszewików. Jednakże ustanowienie kilku republik muzułmańskich uniemożliwiło wykreowanie jednego narodu islamskiego. Następnie zakazano kupowania narzeczonej, poligamii i noszenia zasłon. Później przyszła walka z kułakami, zmiana muzułmańskich imion i nazw miejscowości, kazachski genocyd. Muzułmanów podzielono na 39 narodów. W 1959 r. proklamowano „koniec ery zasłon” i dokonano auto-da-fé  ostatniego czadoru na placu w Bucharze. Breżniew nieco zmienił kurs i zrehabilitował Tatarów, Kurdów, Turków i innych “kryptofaszystów”. Dzisiaj Azja Środkowa coraz życzliwiej przygląda się Iranowi i Arabii Saudyjskiej. Kraje te są odbierane jako przykłady możliwości połączenia sukcesu ekonomicznego z przestrzeganiem praw boskich. Dobre notowania ma też Turcja. Wiele wskazuje na to, że po dwutysięcznym roku „Turkiran” będzie potęgą finansową i demograficzną, pierwszą potęgą energetyczną i największą potęgą militarną. Europa zgotuje sobie inny los i będzie czymś w rodzaju odrażającego żebraka wyciągającego swe kikuty w stronę pogrążonej w kloace humanistycznej odysei.

Konrad Logghe jest autorem artykułu ” René Guénon: mistyka, tradycja i islam”. Guenon był francuskim myślicielem i ojcem “szkoły tradycjonalistycznej”, który porzucił cywilizację europejską na rzecz islamu. Uczynił tak, gdyż spostrzegł, że doktryna chrześcijańska uległa zbytniej sekularyzacji i nikt już nie rozumie prawdziwej i głębokiej symboliki ezoterycznego chrześcijaństwa. Zachód utracił swoją bazę duchową, co nieuchronnie doprowadzi do jego upadku. To daje się zaobserwować we wszystkich dziedzinach, szczególnie jednak w polityce. W XVIII wieku ostatecznie odseparowano religię od polityki i przez lansowanie pseudo-zasady równości zniszczono prawdziwą hierarchię społeczną. Guénon (podobnie jak Evola w książce “Rewolta przeciw współczesnemu światu”) dochodzi do wniosku, że współczesna polityka jest dokładnym zaprzeczeniem norm obowiązujących w społeczeństwach tradycyjnych. Zarówno kolektywizm, jak i indywidualizm odrzucają supraindywidualne pryncypia. Równie niebezpieczny jest nacjonalizm. Brakuje tego, co Guenon nazywa „świętym cementem”. W swojej najbardziej kontrowersyjnej książce „Le Roi du monde” stwierdza, że jedynym ratunkiem jest przywrócenie intelektualizmowi wymiaru duchowego i supraindywidualnego. Wówczas będzie można ponownie wykreować elity, aktualnie nieobecne w zachodniej rzeczywistości.

CZECHY

STRZEDNI EVROPA

Ten dwumiesięcznik jest wydawany przez praski Instytut Środkowoeuropejskiej Kultury i Polityki. Redaktorem naczelnym jest Ludomir Bednarz, w radzie redakcyjnej znajduje się m. in. jeden z założycieli Solidarności Polsko-Czechosłowackiej i były wojewoda wrocławski Mirosław Jasiński. Pismo wychodzi od 1985 r.
Numer 27 z 1993 r. to prawdziwy „tołstyj żurnal” . Na uwagę zasługuje artykuł Marka Kamińskiego z Warszawy „Benesz a stosunki polsko-czechosłowackie w latach 1945-48”. Prezydenta Czechosłowacji trudno zaliczyć do polonofilów. Zwykł on mawiać: „Polska, jak wie każdy, kto kiedykolwiek zajmował się historią, zawsze była do niczego. Polacy potrafią jedynie  zadawać przyjaciołom rany w plecy”. Benesz uważał, że rozbiory Polski były racjonalne i miał nadzieję, że w przyszłości się powtórzą. Ironia historii sprawiła, że rząd Sikorskiego, lansując federację Polski z Czechosłowacją, pomógł Beneszowi w okresie II wojny światowej odzyskać pozycję na arenie międzynarodowej. Kiedy zakończyła się wojna, prezydent powrócił na zamek i poparł pretensje czechosłowackich komunistów do Kłodzka, Głubczyc i Raciborza. Jeszcze w grudniu 1946 r. Benesz próbował uzyskać poparcie Stanów Zjednoczonych dla terytorialnych rewindykacji. Ale pod naciskiem Stalina musiał się ugiąć i zaakceptować status quo.

Rudolf Hilf zatytuował swój tekst: „Niemcy i Czesi – uwagi o aktualnej sytuacji”. W Królestwie Czeskim Niemcy i Czesi współżyli ze sobą osiemset lat i według niemieckich historyków doszło tam do jedynej rzeczywistej niemiecko-słowiańskiej symbiozy. Zakończyła się ona wypędzeniem w latach 1945-46 miliona Niemców sudeckich. Niemcy ci aż do 1935 r. byli nastawieni propaństwowo, ale politycy prascy nie myśleli o kompromisie i liczyli na poparcie mocarstw. Autor uważa, że można zacząć odbudowywać współpracę czesko-niemiecką w euroregionie Egrensis (od Eger czyli Chebu) na pograniczu Czech, Saksonii i Bawarii, korzystając z doświadczeń niemiecko-francusko-szwajcarskiego regionu Basilensis. O historycznym regionie, za jaki chyba można uznać Śląsk, pisze historyk z Ratyzbony Otto Kimminich. Tytuł: “Śląsk jako obiekt polityki środkowoeuropejskiej”. W 1327 r. ziemie śląskie zostały zhołdowane przez miejscowych książąt królowi czeskiemu. Przez cały XV wiek Śląsk jest przedmiotem gry dynastii rządzących w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Po opanowaniu czeskiego tronu przez Habsburgów stopniowo zaczęto zapominać o lennej zależności Śląska od Czech. Śląsk nigdy nie był w pełni włączony w czeski system prawny, gospodarczy czy polityczny. Najszczęśliwszy okres w dziejach Śląska zaczął się po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, a kres położyły mu wojny śląskie.

Przeskakujemy o sto lat, aby zagłębić się w tekście Dana Gawreckiego z Opawy „Austriacki i czechosłowacki Śląsk w życiu politycznym środkowej Europy w latach 1848-1938”. Pomimo podziału w XVIII w. na Śląsk pruski i austriacki, jeszcze w 40. latach zeszłego wieku często traktowano Ślązaków jako jeden naród. Od połowy XIX w. austriaccy Ślązacy przekształcają się w Austriaków, Niemców, Polaków i Czechów (najmniej spośród nich przyznawało się do austriackości). Polacy i Czesi początkowo współpracowali ze sobą, aby pokłócić się później o przynależność etniczną rejonu ostrawsko-karwińskiego, którego ludność do lat 70. XIX w. była jeszcze narodowo indyferentna. W październiku 1918 r. opawscy Niemcy proklamują utworzenie prowincji Sudetenland, ale wojska czeskie zajmują Opawę na 20 lat. W1928 r. nacisk praskiego i brneńskiego nacjonalizmu doprowadza do likwidacji śląskiej autonomii. Po 1926 r. w Polsce i po 1933 r. w Niemczech również nasilają się tendencje centralizatorskie. Rozbiór Czechosłowacji dokonał się m. in. w imię jednoczenia Śląska i powrotu ziem śląskich do niemieckiej, względnie polskiej Macierzy. Po wojnie „fenomen Śląski” wystąpił w postaci czechosłowackich rewindykacji terytorialnych (vide artykuł o Beneszu) i na nieco innej płaszczyźnie działalności ziomkostwa Niemców Sudeckich.

Bardzo ciekawy jest esej Stefana Deaka „Sztuka przeżycia”, poświęcony Rumunii. Kraj ten był wielokrotnie najeżdżany, ale zawsze agresorów udało się zasymilować, ewentualnie przynajmniej spacyfikować. Ostatni byli w latach 1944-58 Rosjanie, którzy właściwie nie pozostawili po sobie żadnych śladów. Inne mocarstwo, Niemcy, okupowało Rumunię w czasie I wojny światowej, po czym podpisano upokarzający pokój, a gdy Reichswehra ustąpiła, bałkańskie królestwo wypowiedziało Niemcom wojnę jeden dzień przed zawieszeniem broni. Rumunia jest przeżarta korupcją, dzięki której udało się w czasie II wojny światowej uratować tysiące Żydów. Władze rumuńskie przyznały im prawa obywatelskie dopiero w 1923 r. jako ostatnie w Europie, ale nigdzie indziej Żydzi nie mieli większych wpływów. Obok Niemców i Chorwatów tylko Rumuni realizowali swój wariant ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, po czym od 1943 r., gdy już było wiadome, że Niemcy przegrają, zaczęli Żydów chronić i obok Finlandii była Rumunia jednym z dwóch państw sojuszniczych, które nie wysłały Żydów do niemieckich lagrów. Potem król Michał przechodzi do obozu demokracji i Rumuni wspomagają aliantów czwartą co do liczebności armią (po ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii). Króla zastąpili komunistyczni dyktatorzy, którym udało się pozbyć radzieckich wojsk i przesunąć handlowo i kulturowo kraj bardziej na zachód. Ceausescu nie chciał zarządzać radzieckim magazynem zboża, pragnął przekształcić Rumunię w przemysłową potęgę o wysokim międzynarodowym prestiżu i częściowo udało mu się to osiągnąć.

LITWA

VORUTA

Litewska gazeta historyczna ukazuje się co tydzień w Wilnie. Wydawcą i redaktorem naczelnym jest Józef Vercinkevicius. Jest to nieoficjalny organ prasowy skrajnego odłamu litewskich nacjonalistów (mniej więcej odpowiednik naszego „Szczerbca”). Wychodzi od października 1989 r. W numerze 12 z  marca 1993 r. można przeczytać dwa listy protestujące przeciw budowie nowego kościoła w nowej parafii Widugiery (Vidugiris). Utworzenie nowej parafii obok istniejących już w Puńsku i Sejnach jest inicjatywą hierarchii kościelnej, a nie parafian. W Polsce brakuje księży mówiących po litewsku i polski ksiądz w litewskim otoczeniu może być źle odbierany. Dwie parafie kosztują więcej niż obejmująca dotychczas ten teren jedna w Puńsku (bastion litewskości w Polsce). Do sporu o litewskie msze w sejneńskiej katedrze dochodzi dodatkowy konflikt. Autorami listów są przewodniczący Litewskiego Stowarzyszenia Praw Człowieka profesor Arimantas Dumczius i ksiądz Putrimas z Prywatnego Liceum Litewskiego (zdaje się, że jedyna taka szkoła poza granicami Litwy) w niemieckim Lampertheim.

Wewnątrz numeru Jonas Surmietis pisze o „Polskim problemie na Litwie w latach 1939-40″. Oskarża rząd w Angers o podsycanie bojowości litewskich Polaków. Potem zsyłano nawet spadochroniarzy. Polacy byli przekonani, że Francuzi muszą się z nimi liczyć i że “nic o nas bez nas”. Polacy żywili chęć zemsty, ich nacjonalizm i szowinizm skierowany był przeciw Litwie. Repertuar Polaków obejmuje kłamstwa, oczernianie i groźby. Ewentualne litewskie przeprosiny za rzekome „krzywdy” doznane przez Polaków w latach 1939/40 z pewnością nie skłonią Polaków do przeproszenia za złamanie umowy suwalskiej i zabór Wilna w 1920 r. – puentuje p. Surmietis.

Na pierwszej stronie 13 numeru docent Aleksander Vitkus z Kowna zastanawia się “Ile lat liczy sobie litewska niepodległość?”. Pisze o koronacji Mendoga w 1253 r., nie pisze o unii w Krewie, wspomina o snuciu w 1429 r. w Łucku planów koronacji Witolda i podkreśla, że do unii lubelskiej Litwa była w pełni niepodległa. Autor pomija Konstytucję 3 maja i unifikację Rzeczpospolitej, natomiast przypomina o odzyskaniu niepodległości w 1918 i 1990 r. Nieco inny charakter ma wspomnieniowy tekst Wincentego Makariunasa-Makarevicziusa „Bereza Kartuska”. Litewski nauczyciel z Wilna jako niepewny element został tam przewieziony znad Wilii 1 września, po pierwszym bombardowaniu Wilna. Po fikcyjnej kąpieli kilkudziesięciu przybyszów pod sześcioma prysznicami w ciągu paru minut stłoczono ich w celi umeblowanej „paraszką” i wąziutkimi pryczami do spania. Następuje znany z innych relacji opis musztry, ciągłego poruszania się biegiem i załatwiania w przelocie spraw naturalnych. Do tego obrazu trzeba jeszcze dodać podłe jedzenie, brak lekarstw u obozowego internisty i kurację zdrowotną w postaci bicia gumową pałką (“Co, do sanatorium przyjechałeś?”). Biciem ukarano też Litwina, gdy został przyłapany na samowolnym myciu się. Ale wreszcie 16 września wieczorem strażnicy znikli i 9000 mężczyzn odzyskało wolność (to samo stało się w sąsiednim obozie kobiecym). Jedni padali sobie w objęcia, drudzy płakali z radości, jeszcze inni opróżniali obozowe magazyny. Oczywiście okazało się, że były pełne wszelakiej żywności przedniej jakości. Po drodze na Litwę ofiary sanacji zostały nakarmione przez Armię Czerwoną i spotkały się z licznymi dowodami życzliwości ze strony zabużańskiej ludności. Zupełnie inaczej układały się stosunki między Litwinami a Armią Krajową. Przewodniczący wileńskiego Klubu Witolda Witold Jurgutis w swoim oświadczeniu a propos Widugier twierdzi, żę AK mordowała spokojnych mieszkańców Wileńszczyzny tylko dlatego, że byli Litwinami.

Ten sam pan w następnym numerze dziwi się, dlaczego Polacy zakładają w Wilnie swój uniwersytet, skoro milionowe polskie skupiska we Francji i USA nie zdobyły się na to. Profesor Olgierd Stanaitis pisze o problemach Litwinów w Polsce. Są one podobne do problemów Polaków na Litwie. I tak np. w okolicach Sejn i Puńska często zdarza się, że Marytes Valinciutes stawała się Maryjanną Wołyniec, Jurates Kliukinskaites zmieniała się w Juratę Kuklińską, a Jono Aleknavicius przekształcał się w Jana Olechowicza. Na następnej stronie Piotr Averka przypomina nam, że Simonas Konarskis i Emilija Pliateryte wywodzili się z litewskiej szlachty i postępowali szlachetnie. Nieszlachetnie natomiast zachował się generał Żeligowski okupując w 1920 r. Wileńszczyznę. Tak przynajmniej twierdzi pan Geciauskas, przewodniczący obradom stowarzyszenia ”Vilnija”. Okupacja ta według niego zachęciła Hitlera i Stalina do zajęcia Polski i Litwy, uniemożliwiając sojusz między Warszawą i Kownem. (Nota bene złośliwi twierdzą, że Żeligowskiemu chodziło głównie o swoje posiadłości ziemskie koło Wilna). Bunt generała doskonale się mieści w tradycji polskiej ekspansywności. Przekonują nas o tym dokumenty polskiego podziemia, prezentowane na kilku kolumnach i przypominające, że już Bolesław Chrobry rozpychał się w Europie.

Dzięki numerowi 15 dowiadujemy się, że podobne zamiary mają uczestnicy wileńskiej konferencji poświęconej Małej Litwie. W oświadczeniu (podpisanym m. in. przez znanego polityka Ozolasa) stwierdzają, że rejon Królewca łączą z Litwą historyczne więzy (pruska Litwa w okolicach Tylży) i położenie geograficzne. W związku z tym należy zintensyfikować kontakty z królewiecką enklawą, przekazaną w 1945 r. tymczasowo nieistniejącemu już ZSRR. Rejon ten powinien być zdemilitaryzowany, a w Królewcu jak najszybciej należy otworzyć litewskie przedstawicielstwo i centrum kulturalne. Trzeba pomóc tamtejszym litewskim parafiom, które nie mają lokali ani księży. Wskazane jest organizowanie we współpracy z królewieckim uniwersytetem konferencji poświęconych problemom regionu. Konferencja była zorganizowana 70 lat po przyłączeniu Kłajpedy do Litwy.

Również o integracji pisze Roland Kucinskas w tekście pt.: „Związek Bałtycki: mity i prawdy”. Koncepcja związku była lansowana przez Francję i Polskę, ale sprawa Wilna stanęła na przeszkodzie utworzenia zdominowanego przez Polskę bloku. Finlandia zwróciła się w stronę Skandynawii i w końcu w 1934 r. w Genewie utworzono związek w formie szczątkowej, nazywanej czasami LiLaEst. Powołano Radę Bałtycką i stały sekretariat z siedzibą w Wilnie. Po odzyskaniu niepodległości myśli się o stworzeniu czegoś na wzór Rady Nordyckiej albo Beneluksu. Na przeszkodzie znowu stoją nienajlepsze stosunki Litwy z Polską. Nie ma ożywionej wymiany handlowej między trzema krajami. Różne są tradycje historyczne – Estonia była związana ze Skandynawią, Łotwa ze Skandynawią i Niemcami, a Litwa z Niemcami, Polską i Rosją. Między sobą Bałtowie rozmawiają po rosyjsku, w przyszłości może po niemiecku lub angielsku, gdy nasili się niwelujący kosmopolityzm. Póki co jego wpływom nie ulega Piotr Viscinis komentujący w artykule „Trzeba wybaczyć, ale nie można zapomnieć” książkę Hieronima Ciceno “Vilnius tarp audru”. Podane są tam przykłady litewskiej wspaniałomyślności. Do tej kategorii należy zaliczyć wybaczenie przez Witolda Jagielle tego, że ten ostatni zamordował witoldowego ojca Kiejstuta. Kilkaset lat później pomimo dwudziestoletniej polskiej okupacji Wilna Litwa w 1939 r. odmówiła Niemcom wojskowej współpracy i po bratersku zaopiekowała się polskimi uchodźcami oraz uszanowała polską własność na Wileńszczyźnie. Przyszłość stosunków polsko-litewskich zależy głównie od dobrej woli Polaków, gdyż po litewskiej stronie jest jej dosyć dużo. Jeśli opublikowane w wydanej w 1953 r. w Chicago książce dokumenty nie podobają się Polakom, to nie jest to wina autora, ale polskich okupantów, których te dokumenty dotyczą.

W numerze 16 (106) znowu o rejonie Królewca. Pan Silas i pani Bakanienie z Rady Małej Litwy krytykują w artykule „Gdzie Niemen łączy się z Szeszupą” stanowisko Brazauskasa, który w wywiadzie dla „Spiegla” stwierdził, że Litwa ma takie same prawa do Królewca, jak do Odessy. A przecież Litwini i Prusowie zawsze żyli u ujścia Niemna. Niemieckie, a tym bardziej słowiańskie osadnictwo jest znacznie późniejsze. Po 1945 r. wschodniopruscy Litwini zostali wysiedleni razem z Niemcami i mieszkają dzisiaj w Niemczech i Ameryce. Ci Litwini, którzy zostali w rejonie Kaliningradu, byli narażeni na rusyfikację przez pozbawienie swojej prasy i organizacji oraz brak mszy w rodzimym języku. Tej samej problematyki dotyczy tekst Olgierda Matuleviciusa “Vydunas – historyk Małej Litwy”. Vydunas napisał fundamentalne dzieło „Septyni simtmeciai vokieciu-lietuviu santykiu” (Siedem wieków stosunków niemiecko-litewskich), gdzie m. in. twierdzi, że spośród 600 tysięcy mieszkańców Małej Litwy 3/4 było Litwinami albo co najmniej miało litewską krew. W XVIII i XIX wieku pruska Litwa była centrum gospodarczego i kulturalnego życia narodu litewskiego. Miało to związek z Reformacją, która kładła nacisk na samodzielne czytanie Biblii w ojczystym języku. Inaczej wyglądały sprawy w Auksztocie, gdzie polonizacja czyniła duże postępy, a Unia Lubelska była „bardzo zgubna dla litewskości”. W 1872-74 r. również w Prusach Wschodnich nastały gorsze czasy, gdyż usunięto ze szkół litewski i odtąd zaczęła się szybka germanizacja. Relituanizacja miała nastąpić po II wojnie światowej, kiedy to polskie władze podziemne (warszawska Rada Narodowa) planowały przekazać Litwie Kłajpedę i północno-wschodnie Prusy Wschodnie jako rekompensatę za Wilno. Oprócz tego Litwa miała tworzyć z Polską Federację Wschodnioeuropejską. To wynika z dokumentu „Związanie z Polską Litwy” opublikowanego w „Vorucie” w celu zapoznania narodu litewskiego ze strategicznymi planami Armii Krajowej.
Opracowali: af, ał, tg,  mz.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»