«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW”, NR 21 (1994)

04.19.15 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW”, NR 21 (1994)

ROSJA

NASZA STRANA

W najnowszych numerach pisma Michał Nazarów zamieszcza obszerny, dziewięcioczęściowy esej historyczny „Lekcje białego ruchu” poświęcony interwencji państw Ententy w Rosji podczas wojny domowej. Dowiedzieć się zeń można m.in. o pomocy finansowej, jakiej udzielał bolszewikom specjalnie powołany przez grupę czołowych finansistów Ameryki trust bankowy. Włodzimierz Rudinski poddaje miażdżącej krytyce najnowszy produkt amerykańskiego „przemysłu rusofobicznego” książkę Waltera Laqueura pt. „Black Hundreds”, P. N. i F. Siergiejew polemizują z papieskim stwierdzeniem o tkwiących w komunizmie „ziarnach prawdy”, Igor Andruszkiewicz ze zwolennikami Fukuyamy, zaś E. Wiedieniejewa nawołuje narody Rosji do walki z „american way of life”, podobnie jak czynią to sprzeciwiający się kulturowemu panowaniu gringos mieszkańcy Ameryki Łacińskiej. S.Wołkow w numerze 2255 zastanawia się „czy w Rosji istnieją jeszcze Biali”. W swym tekście Wołkow zwraca uwagę na niezwykły i posiadający znaczące wpływy w dzisiejszej Rosji (m,in. gazeta „Dien”) nurt polityczny jakim są tzw. narodowi bolszewicy (racjonał-bolszewiki). Ich zasadniczym celem jest stworzenie polityczno gospodarczej „trzeciej drogi” dla Rosji. W praktyce ich postulaty sprowadzają się do obrony działających obecnie w Rosji kilku partii komunistycznych i przedstawiania ich jako „partii po rządku”. Narodowi bolszewicy twierdzą, że nie ma możliwości przekreślenia ostatnich siedemdziesięciu pięciu lat rosyjskiej historii i jednocześnie nie ma powrotu do „tradycyjnie rosyjskich wartości imperialnej Rosji”. Ich główne postulaty to odtworzenie ZSRR oraz połączenie prawosławia z ideałami komunistycznymi, co nazywają oni „rusyfikacją komunizmu” lub „nowym rosyjskim patriotyzmem”. Wołkow dokonując krytyki narodowego bolszewizmu powołuje się m.in. na Józefa Mackiewicza, który przed laty wykazał absurdalność postawy typu „jeśli jesteśmy komunistami, bądźmy przynajmniej polskimi (rosyjskimi etc.) komunistami”. Jednocześnie wyraża on nadzieję, że przewaga, jaką dysponują narodowi bolszewicy w ruchu patriotycznym jest tylko chwilowa. W całej Rosji krzepnie bowiem i narasta młoda, nawiązująca do rosyjskiego etosu politycznego i rosyjskiej tradycji (prawosławia) prawica. Na razie jest ona rozsiana w przeróżnych organizacjach, kołach i klubach, wielu jest wolnych strzelców, jednakże jej rosnący wpływ, szczególnie intelektualny jest bez sporny. Prawdziwą „trzecią drogę” może, zdaniem Wołkowa, zaproponować Rosji jedynie ta prawica.

W numerze 2261 ten sam publicysta analizuje październikowe wydarzenia pod moskiewskim Białym Domem. Jego zdaniem kilkudniowe zamieszki udowodniły przede wszystkim, że Rosjanie wykazują w obecnej sytuacji niechęć zarówno wobec komunizmu, jak i parlamentaryzmu. Zwolennicy Rady Najwyższej występowali z jednej strony pod typowo czerwonymi hasłami, z drugiej zaś przedstawiali się jako obrońcy “konstytucyjnego ustroju parlamentarnego”. Jednakże (na szczęście) ani komunistyczne hasła, ani parlamentaryzm w obecnym kształcie nie przedstawiają dla Rosjan większej wartości. W oczach narodu i armii organy przedstawicielskie nie są władzą. Prawdziwą władzą jest natomiast suwerenna jednostka. Mimo, że z czysto formalnego punktu widzenia to Jelcyn był „winny”, bo złamał konstytucję, to górę wzięła stara zasada, iż jednostka sprawująca władzę najwyższą nie może być uznana za „buntownika”. Nadzieję budzi też fakt, że wojsko, mimo braku sympatii wobec Jelcyna poparło go. Wołkow pisze także, że w Rosji w ciągu najbliższych lat panować będzie polityczna gorączka, wyrażająca się min. w częstych wyborach do władz różnych szczebli. Choć taka sytuacja teoretycznie nie powinna cieszyć prawicowca, to w chwili obecnej jest ona na rękę rosnącej młodej rosyjskiej prawicy, przyczyni się bowiem do krystalizacji sceny politycznej i powstania autentycznie patriotycznej i antyjelcynowskiej opozycji.

Włodzimierz Rudinski przedstawia w numerze 2264 wydaną niedawno w Moskwie książkę historyka Leona Gumilewa „Od Rusi do Rosji”. Dzieło to wywołało wiele kontrowersji w łonie prawicy, np. prawosławnych tradycjonalistów raziło akcentowanie wątków euroazjatyckich. Gumilew twierdzi, że Rosja jest Eurazją, związkiem narodów słowiańskich, tureckich i ugrofińskich, nawiązując tym samym do koncepcji historiozoficznych księcia Uchtomskiego, Trubeckiego, Sawickiego i Florowskiego. Eurazjatami z ducha byli też generał Wrangel i słynny żołnierz-mistyk, przez kilka lat niekoronowany władca Mongolii baron von Ungern Sternberg. W Polsce o tym ciekawym prądzie rosyjskiej myśli metapolitycznej pisał niegdyś Marian Zdziechowski. Gumilew stara się nie bez powodzenia udowodnić, że wszystkie wpływy zachodnie szkodziły Rosji, podczas gdy wpływy idące ze wschodu przysparzały jej korzyści. Dokonuje on też analizy „samodierżawia” pisząc, że był to nieodzowny, organiczny element bytu państwowego Rosji. Duch „samodierżawia” istnieje do dziś, co stawia pod znakiem zapytania wszelkie próby przeniesienia na rosyjski grunt współczesnych zachodnich struktur politycznych, okcydentalizacji jej kultury itp.

W numerze 2265 wzmianka o śmierci w wieku 90 lat Horii Simy i przypomnienie rumuńskiej Żelaznej Gwardii. Sima – „rumuński Degrelle”, jeden z założycieli Żelaznej Gwardii, był wicepremierem “państwa narodowo-legionowego” generała Antonescu. Po wojnie zmuszony był wyemigrować do Hiszpanii, gdzie nadal propagował idee legionowe w środowisku rumuńskiej emigracji. Wydał szereg książek takich jak „Koniec krwawego panowania”, „Era wolności”, „Państwo narodowo-legionowe”. W dzisiejszej Rumunii następuje renesans idei legionowej i jej rehabilitacja. Wiodące czasopisma i gazety rumuńskie przypominają historię Gwardii i jej ideowe założenia, drukowane są dzieła Codreanu, Simy i innych “legionistów”. Wiele organizacji politycznych nawiązuje do duchowego dziedzictwa Gwardii, do jej idei „społecznej sprawiedliwości, wartości narodowych i chrześcijańskiej moralności”. Jako spadkobiercy Żelaznej Gwardii ogłaszają się Ruch dla Rumunii Mariana Muntiano oraz Narodowa Partia Prawicowa Radu Sorescu. Jeszcze jedno państwo poszukuje swej tożsamości nie w abstrakcyjnych ideałach postępu, lecz w narodowym charakterze i własnej historii.

NIEMCY

CRITICÓN

W numerze 134 znakomitego konserwatywnego dwumiesięcznika o. Lothar Groppe SJ pisze o spadku liczby ludzi wierzących i odwracających się od Kościoła w Niemczech, widząc przyczynę tego zjawiska m.in. w tym, że księża i pastorzy zamiast zajmować się wiernymi i zbawieniem ich duszy zajmują się polityką. Caspar von Schrenck-Notzing szkicuje portret Jonathana Swifta, jednego z najbardziej ostrych satyryków w historii literatury. Za czasów Swifta nie było jeszcze aparatów partyjnych, partyjnych zjazdów, selekcji delegatów i walk o podwyżki diet poselskich, ale były już zażarte walki partyjne, duch partyjny, partyjna dyscyplina i rozwinięty system klik partyjnych czyli to wszystko, co dziś ucieleśnia się w tzw. wielkich partiach demokratycznych. Rasa polityków, o której pisze Swift w „Podróżach Guliwera” miała już łatwo rozpoznawalne rysy. Polityk jako osoba prywatna, twierdził Swift, „znajduje się na tym samym poziomie, co każdy inny śmiertelnik idący za radą własnego rozumu, ale jako parlamentarzysta nie posiada ani opinii, ani myśli, ani działań, które mógłby nazwać własnymi. Wszystko przychodzi do nie go jak wiatr przez organy. Pożywienie, które otrzymuje, zanim trafi do jego ust, jest nie tylko przeżute, ale już strawione. Uformowany w ten sposób podąża za swą partią niezależnie od tego, czy postępuje ona słusznie czy też nie, ulega wszystkim jej kaprysom osiągając odwagę i trwałość poglądów, co wcale nie leży w jego naturze”.

W tym samym numerze konserwatysta młodszego pokolenia Karlheinz Weißmann w artykule „Lata rozstrzygnięć” nawiązującym do tytułu słynnego dzieła Spenglera „Lata rozstrzygnięć” z 1933 roku pisze, że na naszych oczach rozpadają się dawne konstelacje władzy i światopoglądowe pewniki, które odcisnęły swe piętna na XX stuleciu. Jak zawsze w okresie przejściowym wśród urzędowych interpretatorów wydarzeń panuje wielkie zamieszanie a interpretacje zmieniają się szybciej niż same wydarzenia. Po rozpadzie Układu Warszawskiego, po końcu dwubiegunowego układu świata okazało się jednak, że Stany Zjednoczone nie są w stanie zastąpić układu dwubiegunowego jednobiegunowym. Oczywiście USA są dziś dominującym czynnikiem politycznym w świecie ale ta „imperialna republika” (Raymond Aron) nie jest zdolna do tego, aby samodzielnie finansować swoje wojny, a kraj, który nie jest w stanie finansować swoich akcji militarnych nie jest supermocarstwem. W Europie rozpoczął się proces, w ramach którego zakwestionowane zostały rezultaty nie tylko II ale i I wojny światowej. Rozpadły się państwa stworzone po Układzie Wersalskim, przede wszystkim Czechosłowacja i Jugosławia. Polska znajduje się w stanie bardzo labilnym, usamodzielniają się kraje nadbałtyckie, Białoruś i Ukraina. Jest to sytuacja, która zdradza pewne podobieństwo z sytuacją po pokoju w Brześciu Litewskim w 1918 roku. Rosja z pozycji supermocarstwa spadła do rangi pół-hegemona. Ale ma ona za sobą wielowiekową tradycję imperialną i nadal dysponuje jedną z najsilniejszych armii wyposażoną w broń nuklearną. Wielkorosyjski nacjonalizm był zawsze silniejszy niż deklarowany marksizm leninizm. Poza tym dzięki swojemu położeniu geopolitycznemu także w przyszłości będzie Rosja posiadać quasi-naturalną dominację nad terytoriami graniczącymi z nią od zachodu i południa. Między rokiem 1917 (przystąpienie USA do wojny i rewolucja bolszewicka) a rokiem 1989 świat podzielony był na dwie części. Było to uwarunkowane nie tylko ideologicznie, ale też geopolitycznie. Były doradca prezydenta Cartera Zbigniew Brzeziński napisał: „Nawet jeśli konflikt rozgrywany będzie pomiędzy nowymi przeciwnikami, to nadal będzie to kontynuacja dawnego, tradycyjnego i politycznego konfliktu między potęgami morskimi i lądowymi. W tym sensie USA były następcą Wielkiej Brytanii (także Hiszpanii i Holandii) a Związek Sowiecki następcą Trzeciej Rzeszy (także cesarstwa Napoleona)”. Znajdujemy się dziś w sytuacji, pisze dalej Weißmann, w której stary ład zbankrutował, ale nie widać nowego.

Koniec ideologicznego konfliktu Wschód-Zachód nie otwiera drogi do uniwersalnego państwa światowego. Nasza planeta przekształca się w bardziej lub niej chaotyczne „pluriversum” (Carl Schmitt), jakim była przed „światową wojną domową”. Z największą pewnością zareagowała na to tylko Japonia, która planuje utworzenie pokojowej wersji „wielkoazjatyckiej strefy dobrobytu” i chce rzucić na szalę nie tylko swój ciężar gospodarczy. Zachowanie się innych centrów władzy, przede wszystkim w USA i w Europie, zdradza na razie tylko irytację. Klasy polityczne w tych krajach nie oczekiwały tego wszystkiego i czują się zawiedzione nie mogąc realizować różnych swoich planów, które zakładały przejrzystość dwubiegunowego świata. Co to wszystko oznacza dla zjednoczonych Niemiec, które stały się nowym czynnikiem politycznym w Europie? Już teraz widać, że zjednoczenie nie było końcem, ale początkiem. Niemcy z zachodu pozbawieni zostali złudzeń jakimi żyli przez dwa socjaldemokratyczne dziesięciolecia, zostali wygnani ze swego małego przytulnego raju, w którym obowiązywał „prymat polityki wewnętrznej”. Bundesrepublikanie zostali nagle skonfrontowani ze światem, w którym problemy nie poddają się władzy nieskończonej dyskusji i w którym konflikty nie dają się zagadać. Ich iluzją było, że wszystko pozostanie takie jak było od 1948 roku, tyle że większe i piękniejsze. Ale dziś na porządku dnia znowu pojawia się „kwestia niemiecka”. Oswald Spengler pisał „Niemcy nie są wyspą. Żaden inny kraj nie był do tego stopnia, w cierpieniu i działaniu, wplątany w losy świata”. Te napisane 60 lat temu słowa brzmią tak jakby były napisane dla nas, stwierdza Weißmann. Leżąc w środku Europy Niemcy zderzają się nie tylko z nową sytuacją w Europie Wschodniej, ale również w szczególnym stopniu dotyczy ich to, co dzieje się w „zachodniej wspólnocie”. Nie ma „wybawienia” z tego położenia geopolitycznego, nie ma i nie będzie. Naród niemiecki nie ma innego wyjścia, jak zaakceptować to wyzwanie. Kończy się „ładna pogoda” w polityce i przychodzi czas twardej próby.

Należy sobie zadać pytanie, czy obecna polityczna organizacja państwa jest w stanie zapewnić mu trwanie. Kryzysowe zjawiska występujące w całym północnym „pasie dobrobytu” mogą w Niemczech przyjąć formy szczególnie dramatyczne. Mści się dziś propagowanie i realizowanie ideologii egalitaryzmu, ubóstwienie przeciętności, gdyż jest to niszczące dla formowania się prawdziwych elit. Dziś Niemcy potrzebują etosu państwowego i patriotyzmu, co tak usilnie zwalczano w ostatnich dwóch dziesięcioleciach. Duchowe rumowiska, które trzeba uprzątnąć, mają takie rozmiary, że będzie to dla wielu przykrą niespodzianką. Stara klasa polityczna Niemiec to ciągle głównie „generacja Jałty” zafiksowana mentalnie na klęsce 1945 roku i niezdolna do niczego innego jak tylko do „rozpuszczenia” Niemiec w europejskim państwie federacyjnym. Także generacja flakhelferów czyli tych, którzy jako bardzo młodzi ludzie przeżyli koniec wojny, nie daje żadnych nadziei. Tym bardziej ludzie generacji 68-go roku. To, co dzieje się dziś w Niemczech to rozkład dawnych „obozów opiniotwórczych”, które nie są dopasowane do sytuacji, w której Niemcy znowu są w środku Europy a stare, uważane za dawno wymarłe konstelacje znowu pojawiają się na świecie. Przychodzi czas konserwatywnej polityki, która wychodzi z założenia, że patetyczne apele i moralne deklaracje nie mają nic wspólnego z twardymi koniecznościami historycznej egzystencji państwa i narodu. Kończy się czas polityki pobożnych życzeń. Po epoce ideologicznej przychodzi czas, w którym państwo oparte być musi na „narodowym realizmie” aby przygotować się na nadchodzące konflikty. Żeby sprostać wyzwaniom epoki potrzebna jest, jakkolwiek by to paradoksalnie nie brzmiało, konserwatywna awangarda. Przede wszystkim, postuluje Weißmann, należy odrzucić mniemanie, że Niemcy są narodem, któremu historia odmawia prawa do istnienia. Taki pogląd wychodzi od błędnej konstatacji, że w 1945 roku nastąpiła definitywna klęska i że w związku z tym Niemcy nie mają już do odegrania żadnej historycznej roli. Taki pogląd należy stanowczo odrzucić. Nietzsche pisał, że Niemiec zdolny jest do wielkich przedsięwzięć, ale jest mało prawdopodobne, że je podejmie. Przyszłość pokaże, czy Niemcy dysponują rezerwami po zwalającymi im podjąć wielkie przedsięwzięcia. Sprawą rozstrzygającą będzie to, czy będą na tyle zdecydowani, aby podjąć się nowej historycznej roli, czy będą potrafili wykorzystać swoje zdolności nie popadając w stare błędy i czy uwolnią się od myślenia przy pomocy nieaktualnych dziś kategorii ery powojennej. Mówi się o Niemcach, że zamieszkując centrum także w sferze duchowej skłaniają się ku syntezie, że nie są „narodem albo-albo” ale „narodem zarówno tak, jak i tak” (E.Jünger). Z końcem dwubiegunowego podziału świata takie zdolności do syntezy będą potrzebne, aby dać sobie radę w systemie państw, który nie będzie znać planetarnego ładu i który nie powinien pogrążyć się w chaosie walk plemiennych.

W tym samym numerze m.in. Aleksander Dugin przedstawia prawicową prasę w Rosji, Josef Schüsslburner zajmuje się wrogością wobec Niemców i miłością do egzotycznych obcokrajowców, Walter Post omawia gospodarcze podłoże polityki zagranicznej USA w XX wieku, Karl Steinbuch domaga się „oświeconego konserwatyzmu” a Gerd Klaus Kaltenbrunner wygłasza pochwałę snu i późnego wstawania. W „Criticónie” nr 135 na szczególną uwagę zasługują dwa artykuły „Pałac, Świątynia i Społeczeństwo Obywatelskie” Tomasza Molnara oraz “Oblicza Marsa” autorstwa Franza Uhle-Wettlera. Prof. Molnar pisze, że na przestrzeni dziejów występowały obok siebie trzy podstawowe instytucje: „Pałac” (władza królewska), „Świątynia” (autorytet religijny) i “Społeczeństwo Obywatelskie” (trudno definiowalna suma działań w sektorze handlowym, rolniczym, rzemieślniczym). Do „Pałacu” należą sprawy wojskowe i administracyjne, obrona i podbój, system prawny, finanse, budowa dróg, mostów i twierdz itp. „Świątynia” jest miejscem sacrum, miejscem poświęconym bóstwom lub Bogu, gdzie wyjaśnia się pochodzenie i cele człowieka i wspólnoty, gdzie formuje się i strzeże symboliki ludzkiego losu i jego związku z Boskością. Oba te porządki mają jasno za kreślone granice, są zorganizowane, oparte na pewnej klasyfikacji i hierarchicznie kontrolowane. Co jakiś czas dochodzi do konfliktów między „Pałacem” i „Świątynią”. W konflikcie takim idzie o przewagę, przywileje, władzę, wychowanie młodzieży. Ta walka, w której idzie też o symbole i kulturę, ma nie tylko skutki negatywne. Kompromisy mogą być owocne i twórcze, a nawet porażka jednej ze stron może być przyczyną zaistnienia sytuacji lub powstania instytucji o wielkim historycznym znaczeniu by przypomnieć choćby naukę papieża Gelazjusza I o „dwóch mieczach”, liczne konflikty pomiędzy państwowym i kościelnym wymiarem sprawiedliwości, które przyczyniły się do „wysubtelnienia” prawa, walkę o władzę w Bizancjum, walkę pomiędzy królem, Lewitami i prorokami w dawnej Judei czy Kulturkampf między Bismarckiem a Watykanem. W obrębie chrześcijaństwa szczególną rolę odegrały dwie idee: podział władzy między Bogiem i cesarzem i rehabilitacja świata materialnego poprzez inkarnację Boga w Chrystusie.

Trzeci porządek, czyli „Społeczeństwo Obywatelskie” (Civil Society) było na przestrzeni dziejów niezorganizowane i pozostawało na marginesie walki między „Pałacem” i „Świątynią”. Zarówno „Pałac”, jak i “Świątynia” z nieufnością patrzyły na próby organizowania się „Społeczeństwa Obywatelskiego”. Pierwszym symptomem takiego organizowania się „Civil Society” był nominalizm Wilhelma Ockhama i jego prekursorów. W przeciwieństwie do filozoficznego realizmu, dla którego słowa mają swój trwały, określony, ontologiczny sens ponieważ oznaczają rzeczywiste rzeczy i relacje między nimi, nominalizm uważa, że słowa nie mają żadnego wewnętrznego znaczenia, lecz są konwencjonalnymi znakami, które można wymieniać wedle uznania. Taka nauka musiała się spodobać członkom “Społeczeństwa Obywatelskiego”, ponieważ na plan pierwszy wysuwała umowę a więc to, na czym opiera się „Civil Society”. Pozwalała również i pieniądz uznać za swoisty język ciągle zmieniający swoją wartość. Osobisty interes i egoizm stają się czymś pozytywnym, przynoszącym w praktyce więcej korzyści niż moralna nauka Kościoła czy system rang hierarchii politycznej. Od późnośredniowiecznych mieszczan, bankierów i zbieraczy ziemskich dóbr, poprzez Makiawela, Hobbesa, Locke’a do późniejszych utylitarystów „Społeczeństwo Obywatelskie” gromadziło filozoficzne argumenty i powoli narzucało własne regulacje językowe. „Moralnym przejęciem władzy” była „Bajka o pszczołach” Bernarda de Mandeville’a, według której prywatne wady prowadzą w sumie do dobra ogólnego a handel ożywiany jest przez egoizm. Od tej nauki prowadzi droga do gospodarczych teoryj Adama Smitha i teorii moralnych Jeremiego Benthama. Nie idzie tu o konfrontację moralności i niemoralności, ale o zmianę tradycyjnej chrześcijańskiej moralności w gospodarczą transakcję, na której wszyscy powinni zarobić. Chodzi więc o rodzaj wykalkulowanego dawania i brania, które dają się ująć w matematyczne formuły. Zamiast przykazań Boskich albo tylko „entuzjazmu szczodrobliwości” mamy naukowo mierzalną wymianę według modelu obowiązującego w biznesie. Moralno-duchowa zasługa znika, “dobroczyńca” nie musi nawet być świadomy tego, że spełnia dobry uczynek.

Ideologią „Społeczeństwa Obywatelskiego” stał się liberalizm (który na początku występował w obronie wolności gospodarczej, by później użyć państwa dla ochrony specjalnych interesów). Politycznym wyrazem tej ideologii (rozumianej szeroko) było powstanie partii liberalnych i grup interesu, rozwój masonerii, dominacja międzynarodowego kapitału, wpływ grup ideologiczno-intelektualnych zwanych we Francji „towarzystwami myśli”. Wszystko, co stało na drodze do panowania „Społeczeństwa Obywatelskiego” miało zostać zdemaskowane, skrytykowane, filozoficznie podkopane i zdyskredytowane. To właśnie stało się w XVIII i XIX wieku z monarchią („Pałac”) i Kościołem (“Świątynia’) i wszystkimi instytucjami pozostającymi z nimi w związku (arystokracja, sądy, stany). Programem “Społeczeństwa Obywatelskiego” i jego ideologów była nowa władza: władza finansowa i handlowa; ustanowienie świeckich republik, w których rządzić będzie burżuazja. Ideologami nowej władzy byli m.in. Monteskiusz, który głosił wyższość ruchomych kapitałów nad własnością ziemską, i Kant, który wywodził, że rząd mieszczańsko-republikański będzie pokojowy, ponieważ finansiści i biznesmeni zainteresowani są unikaniem wojen, gdyż są one pozbawione praktycznego sensu i przeszkadzają w interesach. Miała nastąpić całkowita zmiana struktury socjalnej. Prawnicza umowa miała zastąpić inne formy więzi: feudalne i rodzinne, wiary i wierności. Sądy miały zastąpić Kościoły jako centra władzy socjalnej, loże masońskie miały stać się warsztatami ideologicznymi, postawy i wartości zorientowane na interes miały zastąpić poprzednie formy etykiety, styl demokratyczny miał wyprzeć styl arystokratyczny w literaturze i sztuce. Dziś widzimy, że język biznesu i umów wpływa na retorykę polityczną, na język kapłanów, zagnieżdża się w wychowaniu i kształceniu: wszystkie dziedziny życia zostały urynkowione. Cały ten proces nakierowany był na osłabienie „Pałacu” i „Świątyni”. Oba te porządki sprawowały rodzaj kontroli nad różnorodnym, płynnym „Społeczeństwem Obywatelskim” biorąc oczywiście dla siebie część zysków tam wypracowanych.

Tradycyjnie „Civil Society” znajdowało się poza sferą polityczną i jej mechanizmami decyzyjnymi, nawet jeśli niektórzy przedstawiciele „Civil Society” mogli niekiedy odgrywać za kulisami ważną rolę. Teraz następuje proces wsysania państwa przez gospodarkę i z czasem symbioza aparatu państwowego i przedsiębiorców stanie się tak ścisła, że niemożliwe będzie odróżnienie urzędnika państwowego od urzędnika ponadnarodowej korporacji. Rządy stają się tubami gospodarek. Gospodarka panuje nad polityką, co stoi w całkowitej sprzeczności z tym, co myśliciele polityczni uznawali przez stulecia za niepodważalną prawdę. Do tego dochodzi zwycięski marsz partyj politycznych, które stają się quasi-niezależnymi aparatami w sercu władzy państwowej. To one są od góry do dołu hierarchicznie zorganizowane będąc polityczną reprezentacją „Społeczeństwa Obywatelskiego”. Państwo stało się agendą „Społeczeństwa Obywatelskiego”, co manifestuje się poprzez fakt, że przedstawiciele państwa niezależnie od rangi – król, prezydent, boss partyjny i komisarz polityczny występują w „gray flanel suit” z Wall Street, a nie w barwnych uniformach i uroczystych szatach, które wyrażają inną hierarchię i inny prestiż. Nie inaczej jest z kapłanami, którzy jako ostatni zostali zasymilowani przez „Społeczeństwo Obywatelskie” (na II Soborze Watykańskim) i noszą dziś również uniform biznesmena. Między Kościołem a „Społeczeństwem Obywatelskim” doszło do swego rodzaju „umowy społecznej”, na mocy której Kościołowi przyznana została rola jednego z tysięcy lobbies, które jest „społecznie użyteczne” tak jak domy kultury, kluby, grupy, inicjatywy obywatelskie itd. Proces ten doprowadził do całkowitej bezpłodności Kościoła w dziedzinie architektury, muzyki, literatury, sztuk plastycznych.

W zakończeniu swego artykułu prof. Molnar pisze, że historia się nie kończy. Ci, którzy mówią o końcu historii sądzą, że uda im się na wieczność zatrzymać ten stan społeczny, w którym mają przewagę. Mówią oni bez przerwy o „konsensusie”, który jest nową etykietką russowskiej umowy społecznej. Ale równocześnie cały czas powstają coraz to nowe grupy rebeliantów, które celem swego ataku uczyniły właśnie ów „konsensus”. Przez stulecia „Pałac” i „Świątynia” raz wspólnie, raz w konflikcie panowały nad wspólnotą. Ich hegemonia była niepodzielna, gdyż nie tyle narzucały one swoją hegemonię, co była ona uznawana za przejaw tego co Boskie i święte, dla którego „Pałac” i „Świątynią” były kanałami. Desakralizacja Zachodu dokonana za sprawą „Społeczeństwa Obywatelskiego” była niesłychaną rewolucją, po której (czyli po utracie poczucia świętości) nowi władcy zorganizowali wspólnotę według nowych reguł. Nietzsche wiedział, że “Bóg umarł” wówczas, kiedy Kant wykreślił metafizykę z filozofii. Był dość naiwny, żeby w nadczłowieku stworzyć ersatz Boga. Dziś nadczłowiekiem uczyniłby technokratę, gdyż od 250 lat, a dokładnie od ukazania się Encyklopedii Diderota i jego współpracowników cywilizacja techniczna stała się marzeniem, ideałem, ideologią a wreszcie organizacyjną a nawet kulturalną zasadą współczesnych utopii. Technice nadano aureolę świętości, stała się magią współczesnej cywilizacji, ersatzem metafizyki. Technologia immanentyzuje transcendencję, technokrata staje się kapłanem a zmechanizowani ludzie tworzą masy wiernych. Technologia stała się demiurgicznym instrumentem „Społeczeństwa Obywatelskiego” i jego utopii. W królestwie techniki zadaje się wyłącznie pytanie „jak?”, nigdy zaś „dlaczego?”. Zdesakralizowane społeczeństwo przekształca zmiany spowodowane przez technologię (np. w dziedzinie biogenetyki) w filozofię życia, w przenikającą wszystko praxis. Mamy tu do czynienia z ideologią „przebudowy ludzkości”. Jednak ludzie, pisze prof. Molnar, nie są ani tak łatwo formowalni, ani też łagodni jak wierzą ideologowie naszego stulecia. „Pałac” i „Świątynia” są nadal w szoku po klęsce, jaką zadało im „Społeczeństwo Obywatelskie”. Jednak ludzkie tęsknoty i potrzeby jeszcze nie wygasły i będą szukać wyrazu w nowych konstelacjach władzy i siły.

Generał w stanie spoczynku Franz Uhle-Wettler stara się opisać „Oblicza Marsa” rozmyślając nad wojną w naszych czasach. Przypomina wojny w czasach dawnych, wojny niezwykle okrutne, ale wskazuje na wysiłki aby owo okrucieństwo ograniczyć i minimalizować. To, co istotne przy rozpatrywaniu wojny w dawnych kulturach to to, że w owych kulturach podobnie wartościowano wojnę. Uznawano ją za nieunikniony wymiar życia. Dlatego nie podlegała kryteriom etycznym, a służba wojskowa była całkowicie zgodna z sumieniem. Przeciwko takiemu ujęciu wojny wystąpili najpierw stoicy a potem pierwsi chrześcijanie. Ale ten pacyfizm można było uprawiać dopóki legiony walczyły nad Eufratem czy Renem. Pod osłoną zbrojnych łatwo było moralizować i oddawać się pacyfistycznym marzeniom. Wszystko to zniknęło w momencie, gdy pierwsi Germanie przystawili swoje drabiny do murów chrześcijańskich miast. Dla św. Augustyna, który zmarł podczas oblężenia jego rodzinnego miasta przez Wandali, pacyfizm nie jest już godnym uwagi tematem.

W dalszej części swego artykułu autor dokonuje analizy i krytyki pojęcia „wojny sprawiedliwej”. „Wojna sprawiedliwa” prowadzi nieuchronnie do podziału walczących na „dobrych” i „złych”, co nie oddaje realnej różnorodności życia politycznego, kolizji interesów i przyczyn wojny. Bellum justum prawie nieuchronnie przekształca się w bellum punitivum, czyli degeneruje się w karną ekspedycję, a nawet w bellum internecinum, czyli wojnę eksterminacyjną. Pierwszy od teorii „wojny sprawiedliwej” zdystansował się Makiawel, co sprawiło, że makiawelizm błędnie odczytany został jako apologia okrucieństwa, polityki bez sumienia. Jednak Makiawel nie uznając religijnych, ideologicznych a nawet moralnych przyczyn i usprawiedliwień wojny pozbawił ją jednocześnie fanatyzmu i obłudy. Rzekomo „szlachetne” cele nie mogły już dłużej usprawiedliwiać każdego okrucieństwa. Równocześnie, ponieważ własna pozycja nie była już moralnie wyższa, wróg stał na tej samej płaszczyźnie. Nie było więc potrzeby go demonizować i można było szanować jego prawa. To właśnie umożliwiło w XVII i XIX wieku okiełznanie wojennych furii, na co wiek XX może patrzeć tylko ze wstydem.

Do Makiawela nawiązał Clausewitz, dla którego przyczyną wojny była po prostu „racja stanu”. Generał Uhle-Wettler zwraca w tym kontekście uwagę na ograniczenia clausewitzowskiej koncepcji wojny jako środka polityki. Wojna może być środkiem polityki jeśli cierpienia i zniszczenia jakie przynosi, nie przekraczają pewnej miary a taką miarę przekraczają w przypadku wojny nuklearnej. Po drugie wojna może być środkiem polityki wówczas, jeśli zarówno wojna, jak i zawarcie pokoju wynikają z chłodnej, pozbawionej emocji polityki racji stanu. A to właśnie jest w XX wieku coraz trudniejsze. Politycy rozpalają namiętności narodów przy pomocy pozbawionej wszelkich hamulców propagandy, rozbudzenie najniższych instynktów zapewnić ma ofiarność i aktywność mas. Demokracja i powszechny obowiązek służby wojskowej są przyczyną wprowadzenia odpowiedzialności zbiorowej. Walczy cały naród, więc cały pokonany naród jest odpowiedzialny. Własnemu narodowi trzeba wpajać nienawiść do wroga. Wypowiedzenie wojny staje się rodzajem klątwy, z tym, że nie kieruje się ona tak jak dawniej przeciw jednostce, ale przeciw wszystkim mieszkańcom. Ich prawo do życia, wolności, godności i własności zostaje zakwestionowane.

Powrót wojny sprawiedliwej można zaobserwować na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Kiedy prezydent Wilson przystępował do wojny, jego cele nie były ograniczonymi, politycznymi celami wojennymi męża stanu, ale celami przywódcy ideologicznej krucjaty obiecującego zapewnienie światu demokracji i zakończenie wszystkich wojen. Taka postawa dominowała również w Kongresie, który tak modlił się na jednym ze swoich posiedzeń: „Wszechmocny Boże, Nasz Niebieski Ojcze! Ty wiesz o Panie, że stoimy w walce na śmierć i życie przeciw najbardziej nikczemnym, krwiożerczym, chciwym, grzesznym, podłym narodom, jakie kiedykolwiek zhańbiły karty historii. Ty wiesz, że Niemcy z ludzkich oczu wycisnęły dość łez, by wypełnić nimi nowy ocean; że przelały dość krwi, aby poczerwieniały od niej wszystkie fale tego oceanu; że z serc mężczyzn, kobiet i dzieci wycisnęły dość krzyków i jęków, aby zbudować z nich nowy łańcuch górski (…) Prosimy Cię, obnaż swoje potężne ramię i uderz w szarą sforę tych wygłodniałych, wilczych Hunów, którym ze szponów cieknie krew i flegma. Prosimy Cię, spraw, żeby gwiazdy, wiatry i fale walczyły przeciw nim”.

Wojny w XX wieku przybierają w coraz większym stopniu charakter quasi-religijnych, światopoglądowych, ideologicznych krucjat. Widać to już w dokumencie rządu brytyjskiego z 1917 roku, gdzie jako wroga nie określa się Rzeszy Niemieckiej, ale „niemieckiego ducha”. Konsekwencją musi być bezwarunkowa kapitulacja i reedukacja całego pokonanego narodu. Brutalizację współczesnych krucjat wojennych wzmaga czynnik rasistowski. Tak było w przypadku walki Niemców z Rosjanami, Japończyków z Chińczykami i Amerykanów z Japończykami. Ale też wojna Amerykanów z Niemcami była wojną z podludźmi, co łatwo stwierdzić, jeśli się weźmie pod uwagę, że ulubioną lekturą Roosevelta była książka, której autor udowadniał, że cechy narodu niemieckiego są sprzeczne z ewolucją człowieka rozwijającą jego duchowe zdolności. Eisenhower kazał rozdać wśród żołnierzy 100 000 egzemplarzy tej książki.

Przejawem brutalizacji wojny był w czasie I wojny światowej rozkaz Churchilla (minister marynarki), żeby rozbitków z niemieckich łodzi podwodnych albo brać na pokład albo zabijać na wodzie, w zależności od tego jest wygodniejsze (whatever is more convenient). Takie zezwolenie z najwyższego szczebla na mordowanie bezbronnych było przez wieki w Europie nie do pomyślenia i nawet w I wojnie światowej pozostało czymś unikalnym. W czasie II wojny światowej poglądy takie stały się poglądami elity kulturalnej. Np. Ernest Hemingway w jednym z listów opisuje jak trzykrotnie strzelił w brzuch wziętemu do niewoli żołnierzowi Waffen SS. Gdy ten opadł na kolana, autor „Komu bije dzwon” strzelił mu w głowę, „aż mózg wyszedł ustami, albo i nosem”. Takie wyznania nikogo nie oburzają; przecież zabity został tylko „niemiecki podczłowiek”.

Godne uwagi jest również świadome dążenie do po pozbawienia pokonanego godności. W 1942 roku zdobywca Singapuru generał Yamashita kazał na wzgórzu ponad miastem wznieść pomnik ku czci poległych japońskich żołnierzy oraz – chyba po raz drugi w historii– ku czci poległych wrogów. Pomnik odsłonięty został uroczyście w obecności zwycięzców i zwyciężonych. Ale zwycięzcy z 1945 roku wysadzili pomnik w powietrze obawiając się zapewne, że mógłby wywołać wątpliwości co do kreowanego przez propagandę obrazu wroga. Generał Yamashita po sądowej farsie został w 1946 roku powieszony i to w możliwie najbardziej poniżający sposób – nie w mundurze, pozbawiony wszelkich insygniów i szarż. Tu warto wspomnieć o pośmiertnym szarganiu czci pokonanych wrogów. Nie ma brytyjskiej książki o tamtym okresie, która nie wspominałaby o tym, jak japońscy żołnierze wymordowali pacjentów i personel medyczny w Princess Alexandra Hospital. Tylko w jednej książce opisane jest zakończenie tego incydentu: w szczytowym okresie bitwy o Singapur znalazł generał Yamashita czas, aby odwiedzić tych, którzy ocaleli, prosić ich o przebaczenie i obdzielić drobnymi upominkami. Winni mordu zostali natychmiast rozstrzelani.

W zakończeniu swego artykułu generał Uhle-Wettler pisze, że posługiwanie się pojęciem „wojny sprawiedliwej” zdradza istnienie głęboko ludzkiej tęsknoty, aby cierpienia i zniszczenia przynoszone przez wojnę moralnie usprawiedliwić. Ale historia pokazuje równocześnie, że „wojna sprawiedliwa” degeneruje się do karnej ekspedycji, po której niemożliwy jest „sprawiedliwy pokój”, lecz tylko „pokój oparty na nienawiści”. To niebezpieczeństwo jest szczególnie duże w czasach kiedy mass media i firmy od public relations potrafią organizować seanse nienawiści do wroga. Nawet prezydent Bush uznał, że Saddam Hussein gorszy jest od Hitlera,

W naszych czasach powinniśmy zachować umiarkowanie, gdy chodzi o ocenę wojny i wojennego rzemiosła nie popadając ani w radosne pochwały wojny, ani w radykalny pacyfizm. Niebezpieczeństwo wojny nadal będzie istnieć. Ale rośnie też lęk przed zniszczeniami, jakie niesie ze sobą współczesna wojna. Czyni to trudniejszym podjęcie decyzji o wojnie, w każdym razie tak długo jak długo przeciwnik jest uzbrojony i zdecydowany walczyć. Łatwo przychodzi decyzja o wojnie, jeśli silne państwa toczą wojnę z bezbronnymi karzełkami (Libia, Panama, Grenada, Liban) albo gdy wielkie koalicje dają taką przewagę, że druga strona nie ma żadnych szans na ripostę (Irak). Być może wojny, ze względu na niszczycielską moc nowoczesnych broni będą coraz rzadsze. Ale ów „wieczny pokój” oparty będzie właśnie na posiadaniu tych broni i na gotowości do walki. Innymi słowy stara zasada „chcesz mieć pokój, szykuj wojnę” jest nadal w pełni aktualna.
Poza tym w numerze Andreas K. Winterberger przeprowadza wywiad z ideologiem Ligi Północnej Gianfranco Miglio, Gerhard Eiselt analizuje współczesną lewicę niemiecką a Ulrich F. Zellenberg próbuje rozwiązać dylematy konserwatystów w epoce współczesnej.

STAATSBRIEFE

Monachijski miesięcznik w swoich zeszłorocznych numerach wiele miejsca poświęca traktatowi z Maastricht i problemom Zjednoczonej Europy. I tak Steffen Werner pisze, że Maastricht jest początkiem drogi do zniszczenia europejskich narodów. Rozbite zostać mają europejskie struktury, które przez ostatnie tysiąc lat określały historię ludzkości. Werner omawia różne aspekty polityki amerykańskiej, która z nieufnością podchodzi do powstania Zjednoczonej Europy widząc w tym zagrożenie dla swojej pozycji politycznej. Zarówno sprzeciwy Wielkiej Brytanii, jak i nagłe zastrzeżenia wobec Zjednoczonej Europy w Niemczech wśród zajadłych do tej pory „Europejczyków” (Helmut Schmidt, Ralf Dahrendorf, Rudolf Augstein i inni) nie wypływają z pryncypialnego stanowiska, ale są realizacją polityki amerykańskiej. Werner pisze, że koncepcja zjednoczenia Europy wysunięta przez de Gaulle’a i Adenauera była umiarkowana i sensowna. Europa Sześciu miała swoje historyczne uzasadnienie, gdyż obejmowała to, co kiedyś było cesarstwem Karola Wielkiego. Już przyjęcie Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Grecji pokazało, że ujednolicenie historycznych linii rozwojowych i tradycji jest niemożliwe. Rozszerzanie zasięgu Zjednoczonej Europy jest w istocie porzuceniem koncepcji de Gaulle’a i Adenauera. Kiedy Zjednoczona Europa powstanie a potem się rozpadnie, pojawi się nowa, interesująca sytuacja. Rozbicie państw narodowych na regiony rokuje także pewne nadzieje. Gdy bowiem Wielka Europa powszechnie uznana zostanie za pomyłkę historii, wtedy u mieszkańców regionów pojawi się tęsknota za czymś innym, nowym i starym jednocześnie. Będzie to szansa dla zwolenników idei Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Po rozpadzie Zjednoczonej Europy regiony nie powrócą w ramy dawnych państw narodowych, ale pójdą własną drogą. Nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby Alzatczycy, Ślązacy czy mieszkańcy Tyrolu Południowego wybrali przynależność do odrodzonej Rzeszy. Europa, zniszczona w swej obecnej postaci powstanie na nowo w postaci sprzed wiekowi, być może tak jak przed wiekami zetrze się z agresywnym islamem. Dla Niemców przyjdzie czas niezwykłych, wielkich wyzwań.

Hans Dietrich Sander w artykule „Europa bez miary i władzy” pisze, że to, co planują brukselscy technokraci, wykoncypował prawie 200 lat temu Jeremiasz Bentham w swoim „Panopticon or the Inspection House”, gdzie przedstawił projekt zreformowanego więzienia, w którym strażnik jest tak ustawiony, że może widzieć drzwi wszystkich cel i wszystkich więźniów samemu nie będąc widzianym. Był to system zalecany przez Benthama również dla fabryk, szpitali, szkół itp. Goethe nazwał Benthama radykalnym szaleńcem, ale nie starczyło mu wyobraźni, aby przewidzieć, że w tym szaleństwie jest metoda. Każdego dnia mieszkańcy Niemiec mogą się dowiedzieć z gazet o wprowadzanych lub planowanych ingerencjach we wszystkie dziedziny życia. Niedawno dowiedzieli się, że do 1995 roku mają zostać zamknięte tanie jatki. Powinni być również przygotowani na zakaz domowego uboju świń. Nie jest to tylko szaleństwo urawniłowki charakteryzujące gigantyczną biurokrację. Ideologia jest tu ściśle sprzężona z interesem. Komu nie będzie wolno samemu wyrabiać kiełbasy, ten będzie musiał kupować zestandaryzowaną kiełbasę wyrabianą przez wielkie firmy. To w interesie wielkich, nastawionych na masową produkcję firm działa brukselska technokracja.

W gorączkowym pośpiechu, z jakim Bonn dąży do zjednoczenia Europy Sander widzi pęd ku samounicestwieniu taki sam jak u lemingów skaczących w morze, które je pochłania. Sander przypomina, że większość Niemców jest przeciw likwidacji marki. Niemcy dwukrotnie w tym stuleciu przeżyli zniszczenie swojej waluty i dlatego są szczególnie wrażliwi gdy chodzi o możliwość nowego spadku wartości pieniądza. Redaktor „Staatsbriefe” analizuje koncepcję Zjednoczonej Europy przede wszystkim z punktu widzenia interesów Niemiec. Obie wojny światowe prowadzone przeciw Niemcom toczone były przez tę samą koalicję. Nie ma ona żadnego interesu w tym, żeby pewnego pięknego dnia zobaczyć, że jej zwycięstwa były daremne. A tak by się stało, gdyby Niemcy znowu wzniosły się do roli mocarstwa. Ponieważ siły niemieckie po klęsce 1945 roku nie zostały złamane, w interesie koalicji leżało, aby siły te związać i przekonać Niemców, że środki nadzoru leżą w ich własnym interesie, gdyż w przeciwnym razie ponownie zostaną zbombardowani i pobici. Wraz z rozpadem bloku sowieckiego, zjednoczeniem Niemiec, po rozpadzie Czechosłowacji i Jugosławii rozpada się cały porządek polityczny stworzony po I i II wojnie światowej. Powstała próżnia wymaga restytucji Rzeszy Niemieckiej potrzebnej dla nowego porządku europejskiego i światowego. Naród niemiecki nie dostrzegł tego historycznego zadania po przełomie 1989 roku, ponieważ od dziesięcioleci rządzony jest przez klasę polityczną, która za swoje uznała zlecone jej przez zwycięskie mocarstwa zadanie zdławienia w zarodku każdej idei odrodzenia Rzeszy. Tak długo, jak ten establishment panuje nad Niemcami, nic się nie zmieni. Obecnie próbuje on zapobiec restytucji Rzeszy poprzez przyśpieszoną „europeizację”. Bonn działa jak zawsze według życzeń zwycięskich mocarstw a nie w interesie własnego narodu. Układ 2+4 niczego tu nie zmienił. Deklaracja suwerenności to tylko papier. Najważniejsze jest to, czego nie ma na papierze. Przyspieszona „europeizacja” i wyprzedaż marki była ceną, którą Bonn zapłaciło za przyzwolenie aliantów na zjednoczenie, które nie było suwerennym aktem politycznym. Ale impulsy 1989 roku nadal kotłują się pod powierzchnią, gdzie czekają na zasadniczy rozrachunek, rozrachunek za zdradę, której zimna, pozbawiona jakichkolwiek skrupułów podstępność szuka sobie równych w dziejach świata. Godzina tych impulsów wybije wraz z nieuchronnym fiaskiem koncepcji centralistycznego sterowania gospodarką z Brukseli.

Polityczna Unia Europejska będzie, pisze Sander, zamaskowaną europejską anarchią. Pogrąży narody Europy w umasowionym społeczeństwie, w którym napływ obcokrajowców będzie tylko czynnikiem dodatkowej radykalizacji. Zniszczy w krótkim czasie stabilizację, której gwarantem była marka niemiecka. Obniży jakość kształcenia i wychowania od rzemiosła po uniwersytety. Rozmyje poczucie prawa i porządku na rzecz stosunków mafijnych. Uśpi poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne. Osłabi techniczną i kulturalną kreatywność. Wszystkie te prognozy nie są przejawem jakiegoś propagandowego pesymizmu, ale dają się odczytać z tendencji ostatnich lat. Kiedy Unia Europejska się rozpadnie, wszystkie narody europejskie po wrócą do swojej historii. Zostaną wyrzucone z europejskiego melting pot, powrócą do samych siebie. Narody przypomną sobie, że wepchnięte zostały do Unii Europejskiej wbrew swojej woli. Wtedy pozbędą się swoich klas politycznych, pozbędą się systemów narzuconych im przez zwycięzców z 1945 roku. Wówczas nic już nie stanie na drodze do restytucji Rzeszy Niemieckiej.

W innym numerze „Staatsbriefe” Sander pisze, że strategia europejskich procedur zjednoczeniowych ma być strategią gwarantującą, iż osiągnięte przez aliantów cele wojenne nie zostaną zniweczone. Ma ona uczynić Rzeszę Niemiecką niepotrzebną jako europejską potęgę. Porządek polityczny po 1945 roku zbudowany został na helotyzmie Niemców. I stan ten ma zostać utrzymany. Maastricht było według Sandera europejskim zamachem stanu podyktowanym paniką, że w rozpadającym się porządku powojennym Niemcy mogą usamodzielnić się. Sztuczne państwa Jugosławia i Czechosłowacja dwukrotnie tworzone, by zapobiec wpływom niemieckim w Europie Wschodniej i Południowej, rozpadły się, a zainteresowane państwa Anglia i Francja nie potrafiły temu zapobiec. Pojawiają się znowu dawne konstelacje, które czynią konieczną restytucję Rzeszy Niemieckiej jako siły zapewniającej ład w Europie. W Maastricht zbierano skorupy dawnych zwycięstw w nadziei, że kupa skorup da się skleić w nowe więzienie narodów. Bieg historii żąda zmiany systemu i zmiany dotychczasowych elit politycznych. We wszystkich krajach europejskich stare elity polityczne są całkowicie zużyte. Kryzys państwa partyjnego jest jednym z tego objawów. Koniec się zbliża, czy to przez eksplozję czy też implozję. W Niemczech nie ma dziś wykształconych i przygotowanych nowych elit, które przejęłyby władzę w momencie upadku RFN u. Trzeba będzie przetrwać okres prowizorycznych rządów. Potem odnaleziona zostanie właściwa forma polityczna.

W innym artykule Sander pisze, że Maastricht przychodzi po Wersalu i Poczdamie. Cytuje p. Thatcher, która dla amerykańskiego pisma „Forbes” powiedziała, że Niemcy wywołują lęk i zaapelowała do państw, które w XX wieku starały się ograniczyć potęgę Niemiec. Tutaj, pisze Sander, mamy do czynienia z wezwaniem do rozpoczęcia III wojny światowej, wojny prowadzonej na lemiesze, która polegać ma na „pokojowych” akcjach skierowanych przeciw gospodarce Niemiec. Zasadnicza cecha III wojny światowej to ta, że alianci prowadzą ją przy pomocy rządu niemieckiego, niemieckich organizacji gospodarczych, niemieckich mediów i niemieckich kościołów. To wspólnictwo z aliantami jest główną przyczyną tego, że kręgi bońskie chcą z całych sił przeforsować postanowienia traktatu z Maastricht. Dla rządzących partyj motyw jest jasny: ponieważ nie mogą liczyć na poparcie narodu, chcą utrzymać się przy władzy poprzez wpasowanie się w układ ponadnarodowy. Czy w obliczu takiej przewagi (obcy + swoi na usługach obcych) naród niemiecki może mieć jeszcze jakąś nadzieję? Sander odpowiada: ta przewaga jest pozorna. Trzecia wojna światowa prowadzona środkami polityczno-gospodarczymi przychodzi za późno. Bez pomocy niemieckiej klasy rządzącej alianci nie mogliby jej prowadzić. Powojenny porządek jeszcze się całko wicie nie załamał. Ale po upadku wschodniego gwaranta tego porządku, także zachodni długo nie da się utrzymać, nawet jeśli byłby wewnętrznie silny, a nie jest. System zachodni tańczył niczym stara kokota przy łożu swojej umierającej rywalki. Ten taniec przybiera dziś formę tańca śmierci. Aby wygrać III wojnę światową prowadzoną przy pomocy lemieszy wystarczy pozbyć się tych, którzy siedzą w Bonn. Nadchodzi dzień, gdy upadną oni tak jak ich komunistyczni kuzyni w NRD i nikt ich nie uratuje.

W innym numerze „Staatsbriefe” Wolfgang Strauss nawołuje do powrotu do heroizmu spod Stalingradu. Wielu dzisiejszych zreedukowanych Niemców jest ślepych i głuchych wobec tamtego dramatu, wobec heroizmu dwóch wrogich armii, jakiego nie zna historia świata. Żaden oddział zachodnich demokracji w okresie II wojny światowej nie okazał podobnego moralno-wojskowego poświęcenia. To, czego niemieccy i słowiańscy żołnierze dokonali nad Wołgą, jest cierniem w oku zachodnich demokratów. Dziś po 50 latach, nie ma nic istotnego, co dzieliłoby rosyjskich i niemieckich nacjonalistów. Rozpoznany został wspólny wróg. Niemcy i Rosjanie po jednej stronie frontu jako sojusznicy to apokaliptyczny obraz dla zachodnich ancien regime`ów i ich wspólników z mass mediów. Jestem dumny, pisze Strauss, że należę do narodu, z którego wyszli żołnierze spod Stalingradu. Kohlowie, Genscherowie, Schmidtowie, Voglowie i Kinkelowie przychodzą i odchodzą, magia i mit żołnierzy spod Stalingradu pozostaną. Droga ofiary 14 saksońskiej dywizji pancernej, 389 heskiej dywizji piechoty czy 76 brandenburskiej dywizji piechoty waży więcej w oczach Nemezis niż historia sukcesu agencji zaopatrzeniowej nazywanej Republiką Federalną Niemiec. Także wielka klęska może być źródłem sił do nowego początku.

W kolejnych numerach „Staatsbriefe” znajdziemy wiele ciekawych artykułów: Steffen Werner stara się udowodnić, że tajny protokół do paktu Ribbentrop-Mołotow z 1939 roku to amerykańskie fałszerstwo, Heinrich Jordis von Lohasen rozpatruje Wiedeń i Belgrad jako geopolityczne antypody, Thomas Jentzsch przypomina postać cesarza Fryderyka I, Helmut Simon śledzi wpływy judaizmu na polityczną ideologię Anglii, Gottfried Dietze analizuje hasło „Niemcy dla Niemców”, Otto Westphal przypomina ideę gibellińską, Reinhard Uhle-Wettler pisze o nowej ofensywie lewicy, Klaus Kunze pokazuje metafizyczno-religijne aspekty sporu o istnienie komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych, Arnulf Neumaier składa relację z dwóch procesów pokazowych, jakie odbyły się w Monachium: przed sądem stanęli dwaj ludzie prezentujący publicznie opinie na temat Holocaustu odmienne od obowiązujących – Niemiec z Kanady Ernst Zündel i brytyjski historyk David lrving. Z kolei Peter Faethe pisze na temat ofiar wśród ludności cygańskiej w czasie II wojny światowej. W wydanym w 1971 roku „Leksykonie historii i polityki w XX wieku” określono liczbę Cyganów zamordowanych przez narodowych socjalistów na „do 4000″. W wydanym w 1984 roku “Atlasie niemieckiej historii” liczba zamordowanych Cyganów wyniosła 6432. Wielka Encyklopedia Sowiecka z 1978 roku podaje liczbę „ok. 20 000”. Martin Gilbert w swoim „Atlasie Holocaustu” (Londyn 1982) ocenia liczbę zamordowanych Cyganów na 220.000. Natomiast niemiecki „Leksykon współczesności” (1984) podnosi liczbę ofiar do ok. 500.000. Ta ostatnia liczba jest dziś powszechnie uznawana. (…)

MITTEILUNGSBLATT DER PRIESTERBRUDERSCHAFT ST. PIUS X.

W numerze 173 (maj 1993) możemy przeczytać m.in. wywiad jakiego pismu „Fideliter” udzielił przełożony Bractwa Św. Piusa X ojciec Franz Schmidberger. Mówi on m.in. że w Polsce to właśnie kardynał Wyszyński celebrował Nową Mszę, że nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń wobec nowej liturgii i że na Soborze opowiadał się gwałtownie za „wolnością religii”. Ojciec Schmidberger mówi, że sprawą absolutnie konieczną jest rewizja Soboru Watykańskiego II. Odnosząc się do nowego katechizmu o. Schmidberger stwierdza, że jest to katechizm Drugiego Soboru Watykańskiego. Jest on transkrypcją Soboru w formie katechizmu i niczym innym. Wszystko zostało utrzymane np. ekumenizm i pierwszeństwo „Ludu Bożego”, co jest całkowicie fałszywe, gdyż Chrystus najpierw wybrał apostołów, a potem apostołowie łowili dusze. Nowy katechizm jest wyschłym krzewem winnym, całkowicie martwym, na którym chce się zaszczepić kilka dobrych latorośli. Ale ten krzak ani nie zakwitnie, ani nie wyda owoców. Autorzy nowego katechizmu, aby lepiej prze pchnąć swoją doktrynę, powołują się na Leona XII i Piusa XII. Z niezwykłą przebiegłością i wyrafinowaniem posługują się tymi papieżami, aby podeprzeć swoje tezy, które w rzeczywistości są dokładnym przeciwieństwem tego, co głosili ci papieże. Ale co charakterystyczne nigdzie nie powołują się na św. Piusa X, podczas gdy wiele razy powołują się na Jana Pawła II. To jest cała personalistyczna doktryna papieża. Katechizm jest bardzo humanistyczny, antropocentryczny. Np. mord jest tam przede wszystkim zbrodnią przeciw godności ludzkiej, a dopiero później zbrodnią przeciw Stwórcy. Tak samo eutanazja. To jest niesłychane, człowiek stawiany jest przed Bogiem! Trzeba przyznać, mówi o. Schmidberger, że katechizm prezentowany jest w bar bardzo zręczny sposób. Przez co jest jeszcze bardziej niebezpieczny. W jednym miejscu możemy przeczytać, że „poza Kościołem nie ma zbawienia”. Ale jaki z tego pożytek, skoro Kościół utożsamiany jest z ludzkością? Jeśli cała ludzkość jest Kościołem, to oczywiście nie ma zbawienia poza Kościołem. Nie ma także wybranych poza ludzkością. Ojciec Schmidberger stwierdza, że trwanie przy tradycyjnej katolickiej mszy i odrzucenie Nowej Mszy wraz z jej wszystkimi zmianami w liturgii nie jest sprawą tradycji czy poetyckiego sentymentalizmu, liturgia jest kwestią wiary. Nowa Msza jest mszą sprotestantyzowaną i nie wyraża już jasno katolickiego dogmatu. Dlatego jest zagrożeniem dla wiary. To jest bezdyskusyjne. Poprzez nową liturgię miliony ludzi odeszło od wiary. Dlatego jest absolutnie nie do przyjęcia.

NATION UND EUROPA

W numerze 3 z 1993 roku przeczytać możemy m.in. artykuły: llse C. Salm na temat zbrodni wojennych Amerykanów podczas wojny z Irakiem, Wolfganga Straussa o fałszywym obrazie Rosji propagowanym przez lewicę, Josefa Niederhuette o codziennym antyfaszyzmie. Poza tym pismo drukuje wywiad z działaczem francuskiego Frontu Narodowego Bruno Megretem nawołującym do stworzenia międzynarodówki narodowców walczącej przeciw koncepcji „One World”; i tezy na temat Frontu Yvana Blota. Pisze on m.in., że Front Narodowy jest zjawiskiem politycznym, które nie da się już zniszczyć przy pomocy żadnych administracyjnych środków. Front, pisze Biot, opowiada się za wartościami „neobarokowymi” i wyrasta z nowej sytuacji społecznej i politycznej. W tym samym numerze Harald Neubaeuer zastanawia się, na ile nasz współczesny świat pogrążony jest w dekadencji. W importowanym z Ameryki programie Reality TV pokazuje się przestępstwa, wypadki i katastrofy, prawdziwe i reżyserowane m.in. „oryginalny” dokonany przy włączonej kamerze mord na kobiecie. Im więcej brutalności i perwersji, tym większa oglądalność. Przypomina się starożytny Rzym, gdzie ku uciesze publiczności ludzie zabijali się na arenie lub rzucani byli na pożarcie lwom. Neubauer pisze, że problem „małżeństw” homoseksualistów już został przedyskutowany i sprawa jest zamknięta. Ale pojawiają się nowe „problemy”. Np. holenderski biolog Midas Dekkers opublikował książkę, w której propaguje seks ze zwierzętami, który „może być bardzo przyjemny”. Zawsze, pisze Neubauer, istniały odchylenia od normy, ale dziś perwersja jest „równouprawniona” i chce nami rządzić. A to jest symptomem dekadencji. W numerze 4 Adolf von Thadden nawołuje do przezwyciężenia nieszczęsnego dziedzictwa 68 roku, Hauke Nanninga mówi „tak” dla Europy, „nie” dla Maastricht, Werner Olles demaskuje szwindel z „mniejszościami” różnego rodzaju, Joachim Oertel przedstawia wielorakie formy cenzurowania prasy w Niemczech, Jacques Devidal przypomina bałkańskie oddziały Waffen SS, w których służyło 20 000 bośniackich muzułmanów, 6.000 Słoweńców, 4000 Serbów i 10.000 Chorwatów. W numerze 5 Hartmut Hesse udowadnia, że Bonn to Super Weimar; pisze, że Republika Weimarska upadła pod ciężarem problemów finansowych czyli innymi słowy zbankrutowała, to samo grozi Republice Bońskiej. Republika Weimarska upadła, bo musiała płacić kontrybucję zwaną reparacjami a równocześnie wydawała olbrzymie sumy na socjal. To samo jest w Republice Bońskiej płaci ona kontrybucję (pieniądze na EWG, ONZ, NATO, pomoc dla zagranicy, odszkodowania wojenne itd.) oraz wielkie sumy na opiekę socjalną i inne cele. Obojętnie, czy nastąpi obcięcie wydatków czy podwyżka podatków niemiecki Michel zauważy, że dzieje się źle, a wówczas obudzi się z letargu i jego reakcje mogą nieobliczalne.

Nr 6 poświęcony jest dławieniu wolności badań historycznych w Niemczech. M.in. Markus Josef Klein pokazuje, że obecna elita polityczna w Niemczech legitymizuje swą władzę na zasadzie negatywnej tzn. głosi, że jest przeciwieństwem III Rzeszy. Dlatego obraz i interpretacja III Rzeszy są podstawą tej „negatywnej racji stanu”. III Rzesza i narodowy socjalizm jako ostateczne przeciwieństwo RFN stały się częścią oficjalnej doktryny państwowej współczesnych Niemiec. Dlatego wszyscy, którzy dokonują „historyzacji” Trzeciej Rzeszy i ci, którzy wprost kwestionują ustalone RFN ustalone dogmaty RFN-owskiej historiografii stają się wrogami państwa. W niektórych przypadkach mobilizuje się nim karne paragrafy, policję, prokuraturę i sądy.

W numerze 10 Werner Norden w artykule “Lewicowy kryzys i prawicowe perspektywy” bardzo poetycko portretuje lewicę: „lewica to zranione śmiertelnie zwierzę, które brodzi w strumieniach krwi, próbując dziś swoją klęskę obrócić w zwycięstwo. Ten kunsztownie inscenizowany spektakl bezwstydu i tupetu można uznać za paranoiczny lub neurotyczny, ale świadczy on o tym, że lewica ma jeszcze silę, której szalone staccato bezlitośnie tratuje wszystkie zastrzeżenia i krytyki. Lewica naładowana nienawiścią i profetycznymi wizjami, pędzi świńskim galopem od manii wielkości do masochistycznego samoponiżenia, od humanistycznej tradycji do fantazji o krwawej zemście, od suchego agitpropu Proletkultu do wzniosłej metaforyki oświeconej, progresywistycznej neoarystokracji”.

W tym samym numerze znajdziemy portret Maurice’a Bardèche, klasyka francuskiej prawicy, który w wieku 31 lat po obronie znakomitej pracy doktorskiej na temat twórczości Balzaca trzymał katedrę literatury na Sorbonie. Potem został profesorem zwyczajnym na Uniwersytecie w Lille. Do 1945 roku nie interesował się polityką. Mimo to został na kilka miesięcy uwięziony w 1944 roku, kiedy to francuska prawica podlegała ciężkim prześladowaniom ze strony Frontu Ludowego. W1945 roku jego szwagier znakomity pisarz faszystowski Robert Brassilach został przez sąd specjalny de Gaulle’a skazany na śmierć i rozstrzelany. Bardèche opuścił uniwersytet i rzucił się w wir polityki atakując gwałtownie reżim zainstalowany przez Amerykanów we Francji. W 1946 opublikował „List do François Mauriaca”. Potem w książce „Norymberga, czyli Ziemia Obiecana” zaatakował podstawy prawne i przebieg procesu w Norymberdze. Książka została zakazana we Francji a Bardèche aresztowany i 3 miesiące trzymany w więzieniu. Proces trwał pięć lat. Skazany został na rok więzienia, ale dzięki interwencji prezydenta nie odbył kary. Był też wydawcą czasopisma “W obronie Zachodu”. W zeszłym roku ukazały się jego wspomnienia.

W tym samym numerze Yvan Blot krytykuje koncepcję „żydowskiego” chrześcijaństwa. W ostatnich latach coraz powszechniej propaguje się tezę jakoby chrześcijaństwo było tylko jedną z wersji religii żydowskiej, a chrześcijańsko zachodnia cywilizacja przedłużeniem staroorientalnych kultur. Nic bardziej błędnego. Kolebką naszej cywilizacji jest Grecja; to stoicy położyli fundament pod koncepcję prawa naturalnego, tragedia to Ajschylos i Eurypides, medycyna to Hipokrates, myśl polityczna to Platon i Arystoteles, założycielem historiografii jest Herodot, matematyki Pitagoras. Dlatego określenie naszej cywilizacji jako „judeochrześcijańskiej” jest co najmniej językowym nadużyciem. Powinniśmy używać określenia „cywilizacja hellenistyczno-chrześcijańska”. Blot wskazuje na pewne paralele myśli i religii Greków oraz chrześcijaństwa. Właśnie te podobieństwa sprawiły, że Grecy a nie Żydzi chętnie przyjmowali chrześcijaństwo. Obecna moda na „żydowskie chrześcijaństwo” to zdaniem Biota chęć zatarcia specyficznego charakteru chrześcijaństwa i odrzucenie antycznego dziedzictwa, które w przeważającej mierze jest greckie.

DEUTSCHLAND IN GESCHICHTE UND GEGENWART

W numerze 2 z 1993 roku Rudolf Künast opisuje obecną sytuację w RFN jako „złe administrowanie zamiast dobrej polityki”, Frederic Lebel konstatuje klęskę Europy na Bałkanach, Hermann Kater pokazuje katastrofalne skutki unii walutowej tzn. wymiany waluty w b. NRD. Przy tej wymianie wartość marki NRD-owskiej została podwyższona o 300 -400%. Marka zachodnioniemiecka została zainfekowana przez zbankrutowaną walutę Honeckera. Poza tym w numerze młodzież z ziomkostwa Prus Wschodnich publikuje 10 tez o przyszłości Królewca, proponując m.in. utworzenie autonomicznej republiki królewieckiej będącej pod wspólną opieką Niemiec i Rosji. Natomiast inż. Walter Lüftl, b. przewodniczący austriackiej Izby Inżynierskiej zajmuje się problematyką kremacji zwłok w pierwszej połowie XX w. Pisze, że w używanych powszechnie (przed wprowadzeniem elektrycznych i gazowych) krematoriach koksowych płomienie nie dotykają zwłok, co powoduje, że w czasie spalania nie wydziela się żaden zapach. (…) W krematoriach koks pali się krótkim płomieniem, nie dochodząc do komina. Lüftl podaje również dane na temat czasu spalania zwłok w krematoriach. Według niego czas spalania jednych zwłok wynosi 90-100 minut. Na spalenie jednych zwłok trzeba zużyć 30-50 kg koksu. (…).  W tym samym numerze Ernst Gauss analizuje tzw. raport Leuchtera i ekspertyzę Krakowskiego Instytutu Medycyny Sądowej (…).

EUROPA VORN

W jednym z zeszłorocznych numerów pisma Marcus Bauer nawołuje prawicę do pójścia drogą „ascetycznej surowości”. Prawica, pisze Bauer, pożąda ładu nie tylko w sensie „law and order”, ale żywi pewną estetyczną tęsknotę za miarą, formą i kształtem, za KOSMOSEM. Prawicowiec w przeciwieństwie do agresywno-humanitarystycznych lewicowców jest estetą a konsekwentny prawicowy światopogląd jest rygorystycznym estetyzmem. Niezadowolenie prawicy ze współczesnego świata wynika stąd, że jest on odczuwany jako coś bezkształtnego i bezforemnego, coś, czego metodą jest chaos. Bauer wskazuje na współczesne ideologie „wyzwolenia” i „emancypacji” jako na czynnik niszczenia więzi religijnych, społecznych, rodzinnych, kulturalnych. Prawica winna propagować dwie idee: z jednej strony ideę silnego, autorytarnego państwa, a z drugiej ideę mikrokosmosu małych wspólnot, w których istnieją takie wartości jak lojalność, miłość ojczyzny, etos służby i oddania, poczucie przynależności do wspólnoty, szacunek dla naturalnych, osobistych autorytetów. W innym artykule zatytułowanym „Prawica Partia Boga?” Bauer nawołuje do przezwyciężenia wewnętrznego chaosu przez porządkującą siłę niezłomnej woli i etosu ascezy. Tylko Bóg jako wieczny, nieprzemijalny, istniejący poza czasem i przestrzenią jest sensem i celem człowieka, tylko Bóg może pomóc człowiekowi wymknąć się z chaosu świata. Bóg jest Bogiem ładu a nie chaosu. Człowiek poprzez raster przestrzeni i czasu potrafi dojrzeć odbicie boskiej wspaniałości. Nie oznacza to, że człowiek ma pogardzać zmysłowym światem. Zmysłowość służy duchowi a nie ciału, jeśli prowadzi ku Bogu poprzez zmysłowo przeżywane struktury, przedmioty i czynności. W tym kontekście wystarczy przypomnieć radosno zmysłowy charakter tradycyjnych katolickich nabożeństw i form pobożności: kadzidła, błyszcząca w słońcu monstrancja, chorały gregoriańskie, mistyczny czar łacińskiej liturgii, wspaniałość barokowych kościołów, piękno i siła płynące z żywotów świętych. Ziemski porządek kieruje człowieka ku Bogu, ziemski nieporządek prowadzi do zagubienia i oddala od Boga. Radość z piękna natury, duchowe szczęście odnajdywane we wspólnocie, duma z narodu i ojczyzny te nastroje pozwalają odczuć bliskość Boga, są przeczuciem stanu pełnego spełnienia. Ponieważ cały ziemski porządek nakierowany jest na Boga, to nie jest czymś niewłaściwym nazywanie tego porządku teokracją. Właśnie taka teokracja powinna być światopoglądowym i politycznym celem prawicy świadomej prawdziwych motywów swojego działania, taką teokrację należy przeciwstawić diabolicznej, wijącej się w przedśmiertnych drgawkach ideologii demoliberalizmu. Nie wizja świeckiego państwa narodowego, lecz wizja chrześcijańsko katolickiego ładu powinna być realizowana przez prawicę, która chce być Partią Boga.

Poza tym w „Europa vorn” znajdziemy wywiad z żydowską autorką Salcią Landmann, artykuły: Hartwiga Singera „Nacjonalizm i demokracja” i Claude’a Karnootha „Skorumpowana demokracja”. Natomiast Carlos Salas analizuje fenomen politycznych żołnierzy, do których zalicza Spartan Leonidasa, legionistów Scypiona, krzyżowców Ryszarda Lwie Serce, żołnierzy Napoleona, Czerwoną Gwardię Trockiego, Fascio di combattimento Mussoliniego, SS – Żelazną Gwardię Hitlera, japońskich kamikadze, islamskich bojowników świętej wojny, Vietcong Ho Chi Minha. Polityczni żołnierze, pisze Salas, są przeciwieństwem najemników walczących za pieniądze. Mają nad nimi przewagę, bo są mężczyznami należącymi do tej samej etnicznej, kulturalnej wspólnoty, przywiązani są do tej samej ziemi, mówią tym samym językiem, wychowani są w tej samej tradycji, bronią ojczyzny, swojej formy życia i obyczajów. Żaden najemnik nie może im sprostać.

Poza tym w „Europa vorn” prof. Roberto de Mattei, prezes Centrum Kulturalnego „Lepanto” w Rzymie, które za cel stawia sobie obronę chrześcijańskich fundamentów Europy przed islamizacją i Wspólnotami Europejskimi, w artykule „Zmierzch Europy” ostro atakuje „teoretyków chaosu” takich jak Derrida czy Morin, którzy są wrogami Europy, gdyż pragną, aby zrezygnowała ona ze swojej tożsamości. Traktat w Maastricht to zniszczenie Europy. Europejskie mega-państwo i regionalne mikro-państewka to realizacja planu jaki w 1985 roku w książce „Manifest nowej europejskiej lewicy” przedstawił niemiecki socjalista Peter Glotz. To, co robią obecne elity europejskie przypomina samobójstwo monarchii i arystokracji w 1789 roku. Grabarzami Europy będą muzułmanie oraz nihilistyczna, anarchistyczna, antykulturalna lewica. Prof. de Mattei wzywa wszystkich Europejczyków, aby zdecydowanie przeciwstawili się zarówno duchowi, jak i literze traktatu z Maastricht.

VORDERSTE FRONT

W swoim trzecim numerze czasopismo narodowych rewolucjonistów przynosi m.in. rozważania o Rewolucji Francuskiej, która zdaniem anonimowego autora (artykuły w VF są niepodpisane przede wszystkim ze względu na erefenowską policje polityczną) przyniosła racjonalizację i technicyzację masowego mordu. Sfanatyzowani ideologowie bez emocji i anonimowo zza biurka skazywali na śmierć tysiące ludzi, których nigdy nie widzieli na oczy. To tak jakby likwidować ludzi, ponieważ w ramach planu pięcioletniego wyprodukowano nadwyżkę trumien. Wydarzenia 1789 roku są punktem wyjścia dla wszystkich zjawisk współczesnego świata. Nie ma ucieczki do przedrewolucyjnej nirwany, do „rajskiego świata” wcześniejszych epok. W innym artykule rozważana jest kwestia niemiecka w Austrii. Z artykułu możemy się dowiedzieć, że w Austrii jest tylu członków partii co w Niemczech mimo, że w Niemczech żyje dziesięć razy więcej ludzi. Autor rozpatruje różne warianty zjednoczenia Austrii i Niemiec. Sugeruje np. aby przystąpienie Austrii do Wspólnoty Europejskiej przedstawiać jako pierwszy krok do zjednoczenia. Należy również jego zdaniem podkreślać wspólnotę Austrii i Bawarii, propagować model konfederacyjny, aby ludzie mogli w ogóle wyobrazić sobie zjednoczenie, Oczywiście zjednoczenie to wyglądać będzie inaczej, tak samo jak inaczej niż oczekiwali narodowcy wyglądało zjednoczenie RFN i NRD. Autor podkreśla, że narodowa opozycja w Austrii działa w warunkach zaostrzonych represji, dlatego jej sytuacja jest szczególnie trudna. Być może na najbliższe lata trzeba będzie się przygotować do działalności konspiracyjnej. Poza tym w numerze poezja Ezry Pounda, problematyka Tyrolu Płd. i zagrożenia, jakie wynikają dla Niemiec i Europy z nowej wędrówki ludów.

AUSTRIA

DIE WEISSE ROSE

Numer 3 czasopisma austriackich konserwatystów poświęcony jest w głównej mierze postaci kanclerza Austrii w latach 1932-34 Engelberta Dolfussa w setną rocznicę jego urodzin. Robert Rill w artykule „Brunatni i Czerwoni” wyjaśnia kulisy wojny domowej 1934 roku i tło anschlussu Austrii w kontekście polityczno ideowej współpracy austriackich socjaldemokratów i narodowych socjalistów. Axel Reisinger w artykule „Zimno lutego” przedstawia pucz socjaldemokratów przeciw rządowi Dolfussa w 1934 roku. Ronald Szerafin pisze o ostatnim cesarzu Austrii Karolu I i staraniach o jego beatyfikację, Otto R. Urrisk przypomina powstanie i rozpad Świętego Przymierza nazywając je genialnym projektem historycznym, natomiast Peter Trenker pisze o rodzinie. Rodzina dlatego tak gwałtownie zwalczana jest przez lewicę, gdyż jest bastionem wolności słowa, prywatnym obszarem, na który można się wycofać, co zmniejsza możliwości kontroli i manipulacji. To rodzina jest nadal miejscem, gdzie ludzie chorzy i nieszczęśliwi znaleźć mogą wsparcie i ochronę lepszą niż ta, którą zapewnić mają funkcjonariusze służby zdrowia. Lewica, przede wszystkim hałaśliwe dziś grupy feministek atakują „dzieci, kuchnię, kościół” jako wyraz zniewolenia kobiety. Ale wychowanie dzieci jest fundamentem każdego normalnie funkcjonującego społeczeństwa; kuchnia jest symbolem domu, ogniska domowego, miejscem schronienia przed światem, który bywa wrogi; kościół oznacza otwarcie się na Stwórcę, lekarstwo na megalomanię, szał destrukcji i manię konstruowania nowego świata. Mówi się dziś wiele o „roli ojca” i „roli matki”. Wszystko ma być jak w teatrze, role można zmieniać według swego widzimisię. Ale w życiu nie chodzi o role, które się odgrywa, lecz o formy bycia i życia. W życie nie można grać, można żyć lub nie. Kobiety są dziś uciskane, bo zabrania się im być kobietami, nie zezwala się im, aby żyły zgodnie ze swymi naturalnymi zdolnościami, skłonnościami i cechami. Nekrofilskie tendencje naszego społeczeństwa stoją w oczywistym związku z tłumieniem kobiecych odrębności. Pojęcie „podział ról” w odniesieniu do płci mogło narodzić się tylko w społeczeństwie, które myśli czysto funkcjonalnie eliminując uczucia. Role są wszak sposobami funkcjonowania, a nie bycia. W rodzinie doświadczamy również miłości do ojczyzny, w tym miłości do przyrody ojczystej. Według katolickiej nauki o rodzinie małżeństwo jest sakramentem tzn. działa w nim Bóg. Rodzina odbija Boski porządek. Ojciec jako „pater familias” wypełnia swoje zadanie służąc swojej rodzinie. Nie panowanie, ale pełna miłości służba to podstawa katolickiego pojmowania rodziny będącej domowym Kościołem. W rodzinie doświadczamy konkretnie owego pra-zaufania. Dziecko ufa swoim rodzicom, nie może inaczej, jeśli chce przeżyć. To pra-zaufanie ufundowane jest na pewności, że my wszyscy mamy podporę i schronienie w Bogu. Rodzice mogą poprzez swoje zaufanie podarować dziecku poczucie bezpieczeństwa. Kiedy matka mówi do płaczącego dziecka: „wszystko będzie dobrze”, to może to czynić tylko wówczas, gdy ufa Bogu, który sprawi, że „wszystko będzie dobrze”. Wszystko inne to tanie kłamstwo.

Gebhard Kloetzl w artykule „Szturm na kościoły” pokazuje, jakie spustoszenia przyniosła architekturze sakralnej reforma liturgii po Soborze Watykańskim II. Dawne ołtarze zastąpiono “ołtarzami ludowymi” tak, aby kapłan zwrócony był twarzą do „ludu Bożego”. Było to sprzeczne z całą dotychczasową tradycją liturgiczną a więc także z całą sakralną tradycją architektoniczną. Nigdy w historii Kościoła lud nie był punktem odniesienia dla architektury świątyni, lecz zawsze Bóg. Dzisiejsze „ołtarze ludowe” są wyrazem antropocentryzmu. Wprowadzenie tych „ołtarzy” do starych kościołów zakłóciło harmonię przestrzeni, złamało przebieg pierwotnych linii, podwoiło punkt centralny itd. Zerwanie z tradycją mszy liczącą 1500 lat było równoznaczne z destrukcją starych kościołów. Najczęściej do historycznego prezbiterium wstawiano drewniane stoły lub kamienne kloce, co sprawiało, że były dwa ołtarze, jeden będący niepotrzebnym, muzealnym eksponatem i drugi będący meblem użytkowym. Gdy nie było miejsca na drugi „ołtarz”, wyrzucano balaski. Znane są przypadki, kiedy stare ołtarze cięto piłami i wraz z ambonami, ołtarzami bocznymi i balaskami wyrzucano na śmietnik lub palono. Wymiary tej trwającej od 1965 roku „przebudowy” tysięcy katolickich świątyń na całym świecie są gigantyczne (przychodzi tu na myśl niszczenie cerkwi i kościołów przez bolszewików – red.). Historia Kościoła nie zna czegoś podobnego. Przedstawiciele Kościoła katolickiego, z którego łona wyszła wspaniała architektoniczna sztuka sakralna, stali się po 1965 roku najgorliwszymi niszczycielami tejże sztuki. Zdarza się, że architekci z urzędów d/s ochrony zabytków chronić muszą katolickie świątynie przed ludźmi Kościoła, sytuacja zaiste groteskowa pokazująca, że w ostatnich dziesięcioleciach wiara i sztuka sakralna przestały być jednością. W naszych świątyniach żyje zaklęta w kamień wiara naszych przodków. Niszczenie tego kamienia to odwrócenie się od wiary naszych przodków. Wiara stoi dziś w sprzeczności ze zmysłowo postrzeganymi formami jej wyrazu. Po jednej stronie jest bogata w słowa, zintelektualizowana liturgia, po drugiej muzealna, martwa sztuka będąca tylko „ruinami sensu”. W zakończeniu swego artykułu Kloetzl podkreśla niezgodność „ołtarzy ludowych” z całą katolicką tradycją architektury sakralnej. Dziś gdy widzimy szkody jakich „ludowe ołtarze’ dokonały w dziedzictwie architektury sakralnej, niezgodność ta staje się coraz bardziej oczywista.

STANY ZJEDNOCZONE

THE JOURNAL OF HISTORICAL REVIEW

W kolejnym, styczniowo-lutowym, numerze (1994 r.) prezentowanego już na tych łamach „flagowego okrętu” rewizjonizmu historycznego, dwumiesięcznika „The Journal of Historical Review”, nota bene w nowej (…) szacie graficznej, obok całego szeregu interesujących recenzji i wnikliwej analizy politycznego tła mordu na rodzinie cesarskiej w Katarzynogrodzie (skreślonej piórem redaktora pisma, Marka Webera) odnaleźć można omówienie wydanej w ubiegłym roku, głośnej pracy „Rankego dzisiejszej historiografii niemieckiej” prof. Ernesta Nolte: „Punkty sporne. Obecne i przyszłe kontrowersje wokół narodowego socjalizmu”. Rzecz poprzedzona została obszernym, intrygującym wywiadem emerytowanego wykładowcy historii na ber lińskim Wolnym Uniwersytecie. Warto może przypomnieć, że prof. Nolte dał zaczyn bezprecedensowej wymianie listów, esejów i polemik pomiędzy prominentnymi historykami nowożytnych Niemiec, zwanej Historikenstreit tj. dysputą historyków, która z intensywnością nieznaną w publicznym życiu Republiki Federalnej przetoczyła się przez prasę i oficyny wydawnicze w latach osiemdziesiątych. Powodem dysputy stał się naonczas monachijski wykład prof. Nolte: „Pomiędzy historyczną legendą i rewizjonizmem. III Rzesza w perspektywie lat 80-tych” wygłoszony w 1981 roku, zaś jej kulminacją esej pomieszczony przezeń we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z czerwca 1986 r.: „Przeszłość, która nie odejdzie”. Lektura obu tekstów, a także rozmowy z autorem „Trzech oblicz faszyzmu” na łamach „The Journal…” dostarczają odpowiedzi na pytanie o zasadniczą przyczynę burzy wywołanej przez berlińskiego „sceptycznego tradycjonalistę”, jak go nazywa Marek Weber.

Kluczowym problemem dysputy była próba odpowiedzi na pytanie: „W jaki sposób dziedzictwo Hitlera i III Rzeszy ma być wkomponowane w całościowy wizerunek niemieckiej historiografii?”. Kwestia ta generowała i ewokowała rozliczne zagadnienia: politycznego wykorzystywania historii; różnic w perspektywie historycznej pokoleń; granic obiektywizmu i metod badań historycznych. Właśnie dlatego przekroczyła ona opłotki akademickiego mikrokosmosu, będąc w istocie próbą zrewidowania samoświadomości narodowej Niemców, nazwania i określenia miejsca Niemiec tak w historii, jak i we współczesnym świecie. Nolte konstatuje ze smutkiem, że w ocenie III Rzeszy zostały pogwałcone „najbardziej elementarne reguły uprawiania historii”, zastąpione przez czarno- białą antyfaszystowską mitologizację narodowego socjalizmu, jako przykładu historycznej emanacji ponadhistorycznej “winy Niemców”. Lecz twierdzi Nolte obecne pokolenie Niemców powinno móc oceniać przeszłość swojego narodu bez „permanentnego poczucia winy”, będącego w istocie rzeczy instrumentem walki politycznej w rękach politycznie uwikłanych lewicowych historyków.

Nolte pisze: “Mówienie o winie Niemców beztrosko przeoczą własne podobieństwo do wywodów o winie Żydów, która była naczelnym argumentem narodowych socjalistów. Cała uwaga kierowana na Ostateczne Rozwiązanie zwyczajnie odwraca nas od najważniejszych faktów dotyczących prawdziwej historii”. Za niezbędną uznaje Nolte rewizję historii III Rzeszy, prezentując trzy postulaty jako podstawę dla przyszłej niemieckiej historiografii:

1.III Rzesza musi przestać być oglądana w historycznej izolacji. Ma ona być prezentowana „w kontekście kryzysów, załamań, obaw, diagnoz i terapii, które generowała rewolucja przemysłowa”.
2.Trzeba przeciwdziałać ideologicznej instrumentalizacji III Rzeszy: widzenia jej przez pryzmat „Ostatecznego Rozwiązania”.

3.Nie do przyjęcia jest demonizacja III Rzeszy.

Trzeba bowiem pamiętać, że „choć nauka historii nie stoi na uboczu polityki, to nie znaczy, że ma być jej służebnicą” konkluduje Nolte. W trakcie obrazoburczej, zdaniem lewicowego establishmentu, dyskusji na temat „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, po postawieniu przezeń „dopuszczalnych, a nawet nieuniknionych” retorycznych pytań: 1. Czy Archipelag Gułag nie poprzedził Oświęcimia? 2. Czy bolszewicka zagłada całej klasy nie była logiczną i faktyczną przesłanką „rasowego mordu” narodowych socjalistów? Nolte stał się przedmiotem niewyszukanej „świadomościowej agresji” całej niemieckiej lewicy, a po ataku terrorystyczno bombowym dokonanym przez lewaków z grupy Autonomen (którzy nb. w lutym 1993 r. brutalnie pobili Alaina de Benoist) wyleciał w powietrze jego samochód.

Autor „Punktów spornych” nie ucieka od stawiania kłopotliwych pytań i problemów swym kolegom historykom, odważnie obala narosłe przez dziesięciolecia mity, burzy politycznie poprawne stereotypy. Najnowsza książka, jak sam przyznaje, jest podsumowaniem jego dorobku w zakresie historii narodowego socjalizmu. Imponuje bogactwo nagromadzonych w niej kwestii: dlaczego i w jaki sposób możliwy był narodowy socjalizm?; jak głębokie było poparcie narodu dla Hitlera i jego rządów?; czy reżim narodowosocjalistyczny był „reakcyjny”, czy „nowoczesny”, czy też może stanowił kombinację obu trendów?; czy III Rzesza była aberracją, czy kontynuacją historii Niemiec?; jakie jest źródło i natura wojennego „ostatecznego rozwiązania”?… Z braku miejsca zasygnalizujmy jedynie odpowiedzi na niektóre z wyżej postawionych pytań, przeczytane w omówieniu książki.

Nolte oddając sprawiedliwość III Rzeszy buduje złożony, wielowymiarowy wizerunek Hitlera, czyniąc zarazem zadość wymogom uprawiania historii. Lektura tomów zapisów rozmów, uwag, bon mots Hitlera dowodzi, zdaniem Ernesta Nolte, nadzwyczajnej inteligencji, głębokiej erudycji i trzeźwości sądu Führera. Hitler dużo czytał, rozumiał po angielsku, francusku, włosku. Transkrypty jego rozmów z A. Speerem wykazują ponad wszelką wątpliwość, że miał specjalistyczną wiedzę na tematy wojenne. Nolte, stojąc zasadniczo w opozycji do wywodów Bullocka, potwierdza jego ocenę Hitlera jako wodza daleko bardziej inteligentnego i subtelnego, niźli współcześni mu: Churchill, Stalin, Roosevelt. Hitler, jak wykazuje Nolte, przewidział stosunki i kształt polityczny świata po II wojnie, zimną wojnę i miejsce Niemiec w powojennym świecie.

Prawdziwe zrozumienie III Rzeszy, utrzymuje autor, ‘wymaga uznania nie tylko porażek Hitlera, lecz również jego niezaprzeczalnych sukcesów jako przywódcy politycznego i męża stanu”. Największym jego osiągnięciem było, zdaniem autora, „zdobycie poparcia ogromnej większości Niemców”. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że udało się Hitlerowi wyprowadzić Niemcy z wielkiego kryzysu, „zapewnić pełne zatrudnienie i stabilne ceny”. „Niewiarygodnym osiągnięciem” nazywa Nolte zasadniczy sukces wodza Rzeszy, który ‘w ciągu 5 lat gruntownie zmienił Niemcy z przymusowo zdemilitaryzowanego narodu w największą potęgę wojskową Europy”. Po wizycie w Niemczech w 1936 r. David Lloyd George (ex-premier rządu J.K.M.) przedstawił Hitlera: “jako największe szczęście, jakie przydarzyło się Niemcom od czasów Bismarcka (…), choć osobiście powiedziałbym raczej, że od czasów Fryderyka Wielkiego”.

III Rzesza uważana jest powszechnie za państwo monokratyczne i wodzowskie.
De facto, twierdzi Nolte, władza w państwie Hitlera była bardzo rozproszona, co przy znanej pobłażliwości wodza, prowadziło do stanu permanentnej konkurencji rozmaitych agencji państwowych i partyjnych, które nierzadko pracowały przeciwko sobie. Goebbels skomentował ten stan rzeczy w „Dzienniku” (w 1942 r.): „Każdy robi i pozwala sobie na robienie cokolwiek mu się podoba, bo nie istnieje nigdzie silna władza”. Sir N. Henderson, ambasador Wielkiej Brytanii w Berlinie w roku 1939 w swych raportach przedstawił Hitlera jako rozsądnego i umiarkowanego człowieka, a historyk J. Mommsen nazwał go nawet „słabym dyktatorem”.

Kreśląc paralelę pomiędzy stylem rządzenia obowiązującym w III Rzeszy i, w przechodzącej terapię „Nowego Ładu” Ameryce Nolte sugeruje, że stopień chaosu w kręgach przywódczych i w agencjach rządowych obu krajów może być uznany za właściwą i „nieodłączną cechę każdego współczesnego państwa liberalno-demokratycznego”. I choć historycy skłonni są raczej uważać III Rzeszę za państwo reakcyjne, pisze Nolte, to wykazuje ono nowoczesne tendencje równolegle do trendów rozwojowych Stanów i innych państw demokratycznych epoki. Nolte konkluduje: „niemiecki narodowy socjalizm był antytradycjonalistycznym, nowoczesnym ruchem”. Autor dostarcza niezliczonych przykładów na nowoczesność III Rzeszy: planowanie na wielką skalę, ochrona środowiska prowadzona przez agendy rządowe, demokratyzacja sił zbrojnych, kreowanie miejsc pracy i aktywne likwidowanie bezrobocia itp. Za najważniejszą bodaj w nowoczesnych państwach demoliberalnych (jak III Rzesza, czy USA) uważa machinę propagandową. O systemie propagandy Goebbelsa pisze na przykład: „nowoczesny instrument rządzenia na wzór amerykański, za pomocą którego demokracje pragną kontynuować swe rządy w społeczeństwie postburżuazyjnym uwieczniając system technokratyczny”.

Na wnikliwe przestudiowanie zasługują rozdziały poświęcone „europejskiej wojnie domowej”, jak nazywa autor „walkę na śmierć i życie pomiędzy siłami komunizmu z jednej strony i resztą Europy i Zachodu z drugiej strony”, czyli lata 1914–1991. Autor skłonny jest uważać alternatywę: „czerwona gwiazda czy swastyka” za jedyną realną polityczną możliwość w latach 30-tych dla milionów Niemców i mieszkańców Zachodu, co z kolei prowadzi go do twierdzenia, że Niemcy narodowosocjalistyczne stanowiły skondensowany wyraz wszelkich antykomunistycznych energii i żywiołów gotowych stanąć do tytanicznej walki z chiliastycznym komunizmem. Teza w naszym przekonaniu błędna, ale, jak wiele innych opinii znakomitego historyka zaprezentowanych (…) w „The Journal of Historical Review”, zasługująca na dogłębne przemyślenie i rozważenie.

WIELKA BRYTANIA

APROPOS

Wydawcą i redaktorem naczelnym ukazującego się trzy cztery, razy w roku , obszernego (od 150 do 200 stron) pisma tradycyjnych katolików ze Szkocji, Anglii i Irlandii, jest A. S. Fraser. Pismo imponuje rozmachem tematycznym: oprócz tekstów o ściśle religijnym charakterze znajdujemy tam obszerne opracowania poświęcone doktrynom antychrześcijańskim, edukacji seksualnej, ekologicznym mitom, recenzje, krótkie i cięte komentarze, reklamy księgarń oferujących „prawdziwie katolickie książki i wideokasety”, z rzadka poezję. W numerze 14 wyróżnia się sążnisty artykuł F. Desjarsa „AIDS i edukacja seksualna”. Desjars opierając się na badaniach dziesiątków lekarzy podważa tezę o „bezpiecznym seksie” z prezerwatywą. Pisze też, że coraz więcej uczonych dopuszcza możliwość zarażenia przez ślinę. Cały ten zgiełk na temat kondomów, “edukacyjne”, a w rzeczywistości mające deprawować, książeczki, komiksy i ulotki, cała szkolno-telewizyjna propaganda i promiskuitywna niby- monogamia ma w rzeczywistości jeden cel: ukrycie faktu, że sprzeczna z boskim porządkiem antykultura rozwiązłości znalazła swój koniec w epidemii nieuleczalnej choroby. Desjars pisze dalej, że pobłażanie i niebywałe rozpowszechnienie wszelkiego rodzaju zboczeń datuje się od czasu publikacji słynnego raportu Kinseya w 1948 roku. Stawiając etyczny znak równości między zachowaniami normalnymi i nienormalnymi raport stał się filarem, na którym wznoszono przez dziesięciolecia gmach „seksualnej wolności”, „seksualnego upodmiotowienia młodzieży” itd. Czas dziś na płomienną kontrofensywę, na sprzeciw wobec kinseyizmu, na odebranie dzieci z rąk mafii seksualnych maniaków, na powrót do tradycyjnych nauk Kościoła Katolickiego, na oddanie rodzicom tradycyjnej i naturalnej roli tych, którzy wprowadzają swoje dzieci w tajniki płci, nawołuje Desjars.

W tym samym numerze A.Fisher omawia książkę amerykańskiej autorki Solange Hertz „Amerykanizm – herezja flagi usianej gwiazdami”. Zdaniem autorki Kościół flirtuje dziś z ideami demokratycznymi (ten flirt jest już chyba od dawna namiętnym romansem? red.), posługuje się nowomową rewolucyjnego liberalizmu, toleruje równouprawnienie wszystkich wyznań i paraliżujący kolegializm konferencji episkopalnych. Nietrudno doszukać się źródeł tego zła. Idee, które niemal całkowicie panują w dzisiejszym Kościele wywodzą się w prostej linii z rewolucyjnych w swej istocie koncepcji politycznych Ojców Założycieli Ameryki, zaś Kościół Katolicki w Ameryce był, zdaniem pani Hertz, zainfekowany nimi od samego początku. Mało kto dziś pamięta, że pierwszym biskupem amerykańskiej Republiki był niejaki Jan Carroll, wybrany demokratycznie na zjeździe przez księży z kilkudziesięciu parafii Nowej Anglii i rekomendowany Stolicy Apostolskiej przez Benjamina Franklina (!). Sto lat później Leon XIII był już mocno zaniepokojony postępami ideologii amerykanizmu w Kościele w USA, co znajduje odzwierciedlenie w Jego liście do kardynała Gibbonsa. Dzisiaj „Potomak wpada do Tybru”, czego najlepszym dowodem jest swojego rodzaju nowe Wyznanie Wiary, jakie złożył kilka lat temu nowojorski kardynał O’Connor na łamach „Catholic New York”: „każdy amerykański biskup, łącznie ze mną, będzie odważnie walczył o zachowanie amerykańskiego pluralizmu politycznego, po części chronionego przez konstytucyjną zasadę «checks and balances» i wyrażonego w zasadzie «jeden człowiek, jeden głos». Nie znam żadnego amerykańskiego biskupa, który optowałby za religią państwową”. Tyle amerykański hierarcha katolicki.

Przeglądając kolejny (15) numer pisma natrafić można na wzruszającą, bardzo osobistą relację redaktora naczelnego pisma z tradycjonalistycznej pielgrzymki do Chartres. Kilka stron dalej proponuje on też prosty sposób na rozwiązanie problemu księży niechętnych celibatowi. Należy ich czym prędzej wysłać na jeden z licznych kursów poświęconych „seksualnym relacjom interpersonalnym, intymności, niektórym podstawowym pojęciom na temat ludzkiej natury w aspekcie orientacji seksualnej oraz duchowym podstawom bycia istotą seksualną”, jak głosi prospekt reklamowy jednej z firm specjalizującej się w dziedzinie tego typu edukacji. Po takim sekso-praniu mózgu na pewno zatęsknią do celibatu. W tym samym numerze Solange Hertz zachęca do porzucenia tak powszechnych obecnie określeń jak „judeochrześcijaństwo” i „cywilizacja judeochrześcijańska” jako pozbawionych sensu. Terminologia taka służy zatarciu olbrzymich, niemożliwych do pokonania w żadnym „ekumenicznym dialogu” różnic istniejących między katolicyzmem a judaizmem. Autor podpisany jako ASF stwierdza, że szkoccy biskupi nie mają prawa do negatywnych wypowiedzi na temat moralizatorskiej retoryki zakłamanych i pogrążonych w skandalach Torysów. Czy mają bowiem prawo potępiać kogokolwiek biskupi, w parafiach których 80% wiernych nie pokazuje się w niedzielę w kościele, biskupi którzy nie sprzeciwiają się antyreligijnej propagandzie sączącej się ze szkolnych podręczników, gazet i telewizji? Kim są tacy biskupi, pyta ASF, i jakie mają prawo do moralizowania? Ponadto w numerze o. Edward D. O’ Connor (nie mylić z cytowanym wyżej biskupem z Nowego Jorku) dokonuje krytyki naturalistycznego humanizmu, F.Desjars odsłania prawdziwe oblicze światowej ekomanii, zaś prof. Richard Lindzen z Massachussets Institute of Technology, jeden z najwybitniejszych współczesnych klimatologów, obala mit o globalnym ociepleniu. Numer zakończony jest obszernym (66 stron) omówieniem różnych odmian jogi i zen, wraz z ich krytyką z pozycji katolickich pióra francuskiego autora Jana Piotra Marie. „Apropos” to pismo godne polecenia wszystkim, którzy przejęci są opłakanym stanem, w jakim znajduje się dziś Kościół Katolicki.

AUSTRALIA

CATHOLIC

Australijski miesięcznik tradycjonalistyczny „Catholic” jest najlepszym w swym gatunku pismem świata anglojęzycznego. Wydawany od ponad 10 lat przez państwo McLean opowiada się w całej linii po stronie Bractwa św. Piusa X, nie będąc formalnie jego organem. Podwójny numer styczniowo-lutowy ubolewa w artykule redakcyjnym nad stanem prasy katolickiej. A przecież istniejemy głównie po to, by popierać i promować Mszę Wszechczasów i nauczanie Kościoła jakie było zawsze.

W numerze ponadto artykuł ks. biskupa Alfonso de Galaretty o teologii wyzwolenia (teologii Kaina), okólnik ministerstwa zdrowia Arabii Saudyjskiej przypominający muzułmanom o zakazie składania chrześcijanom życzeń bożonarodzeniowych i uczestniczeniu w tychże uroczystościach. W serwisie informacyjnym wzmianka o roli włoskich służb specjalnych w konklawe z 1963 roku (wybrano wówczas Pawła VI), które zablokować miały kandydaturę ormiańskiego kardynała Gregorio Pietro Agagianiana. Wspomniany był najbardziej konserwatywnym z czwórki soborowych moderatorów i na poprzednim konklawe otrzymał równą liczbę głosów co późniejszy Jan XXIII. Intrygującą jest wzmianka o wezwaniu kardynała J. M. Lustigera do… zniszczenia zamrożonych embrionów ludzkich. Kardynał ubolewa nad ilością środków przeznaczanych na sztuczne zapłodnienie w warunkach, gdy „zostawiono tysiące dzieci na śmierć głodową winnych częściach świata”. Dalej informacja o rozwoju Bractwa św. Piusa X na Filipinach, oraz o odrzuceniu przez 22 ultrakonserwatywne zakony karmelickie przyjęcia nowej reguły, która sprowadzałaby się do ich otwarcia na świat. W środku interesujący artykuł M. Daviesa o ważności Novus Ordo Missae, oraz tekst ks. biskupa Bernarda Fellaya pod znamiennym tytułem „Msza nie jest ucztą, ani ofiarą i ucztą”, co było oczywiste do czasów Soboru Watykańskiego II.

Numer marcowy przypomina warunki ważności uczestniczenia we Mszy św., list na okres postu ks. Schmidbergera, a także o burzach nad angielską wersją nowego katechizmu (nie polecamy go w żadnej wersji językowej red.). Temat rozwija ks. Simoulin pod znaczącym tytułem „Czy Katechizm Kościoła Katolickiego jest katolicki?”. Serwis informacyjny wylicza nowelizację prawa pracy w Watykanie, atak papieża na telewizję za „gloryfikowanie niewierności małżeńskiej i rozpowszechnianie hedonistycznej kultury”, odmowę włoskich aptekarzy prośbie papieża o niesprzedawanie prezerwatyw i środków antykoncepcyjnych. Odnotujmy także spotkanie niemieckich biskupów, na którym wyrażono niezadowolenie z powodu nasilających się próśb wiernych o Mszę Trydencką. Podobna tendencja jest też w USA. Takie celebracje, czytamy w oświadczeniu biskupów niemieckich, ograniczyliśmy do kilku miejsc i ograniczonej liczby uczestników.

Ciekawie wyglądają dane z ankiety przeprowadzonej w USA na temat Kościoła pomiędzy tamtejszym duchowieństwem. I tak 59% księży i 66% zakonnic popiera legalizację małżeństw księży, analogicznie 44% i 57% faworyzuje wyświęcanie kobiet. Tylko 27% księży i 20% zakonnic uważa rozwód cywilny za grzech. Zatrważających danych jest zresztą więcej i w ich świetle nie wiadomo, czy fakt, iż 87% księży i 88% zakonnic po wtórnie złożyłoby śluby, należy uznać za krzepiący.

Numer kwietniowy przypomina przemówienie Piusa XII z września 1949 potępiające sztuczne zapłodnienie. Serwis informacyjny opisuje sytuację Church of England w związku z wyświęceniem na kapłanki (książnice?) pierwszych kobiet. Liczba nawróceń wśród kleru przekroczyła 700, w tym siedmiu biskupów, a także trzech ministrów rządu. Warto przypomnieć, że pierwsze święcenie kobiety miało miejsce w czasie II wojny światowej w Hong Kongu w związku z zaistniałym tam brakiem księży, spowodowanym uwięzieniem kleru przez Japończyków. Tym niemniej pani Li Tin Oi zakazano sprawowania funkcji liturgicznych po wojnie, co nie uniemożliwiło kolejnego, tym razem już oficjalnego wyświęcenia kobiety w 1947 roku.

Wśród oczekiwanych podróży papieża wymieniany jest Irak, gdzie żyje około 750 tys. katolików rytu chaldejskiego. Wizyta ma być złożona na zaproszenie rządu irackiego, oraz patriarchy kościoła chaldejskiego Rafaele Bidawida I. Odnotujmy także krytykę papieża pod adresem sycylijskiego księdza, który naruszył tajemnicę spowiedzi w ramach swoiście pojmowanej walki z mafią, oraz o wycofaniu powództwa przeciwko kardy nałowi J. Bernardinowi. Były powód poinformował dziennikarzy, że jego pamięć o rzekomym molestowaniu seksualnym powstała w wyniku hipnozy, a teraz zdaje sobie sprawę, iż wspomnienia te były niepewne. Gwoździem numeru jest jednak wywiad z ks. biskupem Bernardem Fellay przy okazji jego wizyty w Australii. JE przyznaje, że w chwili obecnej nie istnieją kontakty między Rzymem, a Bractwem św. Piusa X, a także temperuje optymizm, jaki w niektórych środowiskach katolickich wywołała ostatnia encyklika papieska „Veritatis Splendor”. Intrygującym jest stwierdzenie, iż New Age jest większym zagrożeniem niż komunizm.

W nawiązaniu do mającej się odbyć w lipcu Generalnej Kapituły Bractwa, na której wybrany zostanie na kolejną 12 letnią kadencję generalny przełożony, biskup Fellay sugeruje, że nie należy się spodziewać, by miał nim zostać któryś z czwórki biskupów. Statut SSSP co prawda tego nie zabrania, lecz jest rzadką praktyką w Kościele, by na czele kongregacji stał biskup. Znaczna część wywiadu poświęcona jest ważności Novus Ordo Missae, a konkretnie jej trzech rodzajów wedle typologii ks. Schmidbergera na: autoryzowaną wersję łacińską, autoryzowane wersje w językach narodowych i tzw. fantastyczne msze, które niestety są najpowszechniejsze. Rozmowa obraca się także wokół ważności nowego rytu święceń, zmienionego ostatnio w 1989 r. Ks. biskup przyznaje, że liczne są niestety przypadki nieważności wszystkich siedmiu sakramentów.

Dalej mamy artykuł traktujący o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą joga i MT, jak też niezwykła opowieść o witchcraft (czarownictwo). W 1986 roku senator J. Helms usiłował przeprowadzić poprawkę, uniemożliwiającą zwolnienia podatkowe dla kultów, organizacji i instytucji promujących satanizm i czarownictwo. Poprawka przeszła w senacie jednomyślnie, ale dla jej ważności potrzebne było zatwierdzenie przez Połączoną Konferencję Obu Izb Senatu, której obrady wyznaczona na 31 października święto Halloween. Tego dnia na uniwersytecie stanowym w Mankato zgromadzili się przeciwnicy projektowanej poprawki. Konferencja z udziałem feministek, wśród których były zakonnice, a także księża i rzecz jasna czarownice odprawiła rytualne obrzędy: „Ci słudzy szatana zebrani w kole, które kołysało się i chwiało, narzekało i jęczało, śpiewało i krzyczało w hipnotycznym ogłupieniu, wzywali potęgi „świata podziemnego” w czymś co określali „wyzwalaniem energii”. Ta „energia” miała być przeniesiona do Waszyngtonu, by uchronić przed sukcesem poprawki senatora Helmsa. 31 października, w Halloween, Połączona Konferencja Izb Kongresu odrzuciła poprawkę Helmsa, która tylko miesiąc wcześniej przeszła jednomyślnie.

FRANCJA

ELEMENTS

We wrześniowym numerze z 1993 r. Roberte de Herte ubolewa w artykule “Maccartyzm: powrót” nad tym, że minęły już czasy, kiedy to Allen Ginsberg i Jack Kerouac spokojnie powoływali się na Celine’a, Spenglera i Ezrę Pounda, a sympatyk FPK Malraux nie obawiał się napisać przemowy do książki Maurrasa. Dzisiaj niektórzy domagają się proporcjonalności w wyborach, ale nikt nie mówi o braku proporcjonalności w mediach, gdzie dominują nowi inkwizytorzy. Wśród nich rej wodzą obrońcy Salmana Rushdiego tropiący jak prawdziwi ajatollahowie wszelkie przykłady „satanicznej” prozy. Ludzie ci to francuskie dinozaury uprawiające z uporem maniaka „antyfaszyzm bez faszystów”. Tym samym problemem zajął się Karol Champetier, piszący o „Lecie dinozaurów”. Stworzenia te polują na łamach francuskiej prasy na okropnych nazistów, stalinowców i antysemitów, demaskują niecny spisek nacjonalbolszewicki, który obejmuje swymi czerwono-brązowymi mackami Europę od Moskwy do Paryża, tropią zdrajców, wariatów (Jan Edern Hallier), łajdaków i sprzedajnych cyników (Edward Limonow). Szacowne „Le Figaro” ujawnia, że brunatno-czerwoni dysponują miliardami (!) dolarów, złożonymi przez SS na kontach Watykanu za pośrednictwem przyrodniej siostry Paula Touviera. Bernard-Henri Levi po 15 latach uprawiania zawodowego antyfaszyzmu i 7 minutach bohatersko spędzonych w barze na lotnisku w Sarajewie dokonał nareszcie odkrycia, że nazistowsko-bolszewicki spisek narodził się w 1911 r. pod postacią organizacji Cercie Proudhon na marginesie Action Française. „Le Monde” wykrył, że Alain de Benoist jest jednocześnie kontrrewolucjonistą i republikaninem, liberałem i zwolennikiem Maurrasa, stronnikiem Barresa i personalistą, sorelistą i gaullistą. Poza tym de Benoist jest oskarżany o utylitaryzm, biologizm, rasizm i nacjonalizm. Last but not least lewicowe dinozaury wywęszyły, że w ramach Nowej Prawicy przestrzega się rytuały, które obowiązywały w szeregach doborowej organizacji Heinricha Himmlera.

W dalszej części numeru poświęconego policji myśli tenże sam Karol Champetier pisze o książce Dinesha D’Souzy „Education contre les libertes. Politiques de la race et du sexe sur les campus americains” w recenzji pt.: „Dyktatura mniejszości”. Dyktatura ta polega na tym, że od każdego wymaga się, aby był wrażliwy, najważniejsza jest sensitivity. Gdy jest jej za mało, można popaść w rozliczne herezje, jak chociażby „lookism”, „agism” czy też „adultism”, „mentalism” (uprzedzenie co do intelektualnych zdolności interlokutora), „smellism” (dyskryminacja ze względu na zapach) itd. Heretyków wychowuje się odpowiednio do ich przewinień. I tak np. student z uniwersytetu Michigan, który naśmiewał się z homoseksualistów, musiał następnie chodzić na koncerty rap gay, aby “uwrażliwić się na różnice seksualne”. Inne przestępstwo popełnił profesor z Pensylwanii, gdy stwierdził, że studenci nie orientują się, gdzie w Konstytucji jest mowa o niewolnictwie i zaapelował do „eks-niewolników”, aby wyjaśnili to kolegom. Został natychmiast oskarżony o rasizm i musiał uczęszczać do uniwersyteckiego Domu Afryki na zajęcia z „uwrażliwienia rasowego”. Z kolei w Waszyngtonie pewien student był zaintrygowany wywodami profesora krytykującego rodzinę z powodu jej dysfunkcjonalności oraz twierdzącego, iż wszystkie statystyki udowadniają, że lesbijki lepiej wychowują dzieci niż tradycyjne rodziny. Po wykładzie student podszedł do wykładowcy i poprosił go o udostępnienie tych statystyk. Profesor był głęboko oburzony z powodu podważania prawd objawionych z katedry. Następnego dnia uniwersytecka policja nie wpuściła niewrażliwego słuchacza, a uczelniany urzędnik powiedział mu, żeby już więcej nie przychodził. W ten sposób powoli oczyszcza się świątynie wiedzy z niepożądanych osobników i w zaciszu kampusów można się spokojnie poddawać rozkoszom nowomowy. Zgodnie z jej regułami alkoholicy to „persons with a different sobriety”, wariaci to „emotionally different per sons”, brzydcy są „cosmestically different persons”, narkomani – “substance abuse survivors”, inwalidzi – „persons different abled”, kryminaliści – „ethically disoriented persons” etc. Feministki pilnują, aby małżeństwa nie nazywać inaczej jak „legalized prostitution”. W ich PC-żargonie kobieta zajmująca się domem to „an unpaid sex worker” albo „domestic incarceration survivor”. Poza tym trzeba wiedzieć, że safizm to „body decolonisation”, a ciąża to nic innego jak „parasitically oppression”. To nie koniec atrakcji. Postępowy uniwersytet w Berkeley jako pierwszy wykazał się w 1982 r. wrażliwością i zmodyfikował Scholastic Aptitude Test (SAT) na korzyść mniejszości. I tak biali i Azjaci muszą zdobyć 1270 punktów na 1600, aby zostać studentami. Dla Latynosów barierę obniżono do wysokości 1013 punktów, a Murzynowi wystarczy 979 punktów. Oczywiście to nie wystarczy, aby wyrównać wielowiekowe krzywdy. W Stanford 13 mniejszościowych studentów przez dwa dni więziło rektora, póki ten nie obiecał, że więcej Latynosów i czarnych zostanie przepchniętych przez całe studia (przeciętnie nie kończy ich połowa hispanos i 60% Murzynów). W Harvardzie odsunięto białych profesorów od prowadzenia wykładów na temat zaludnienia Ameryki, gdyż z powodu koloru swojej skóry nie byli w stanie przedstawiać innej wersji historii niż ta, którą napisali zdobywcy i ciemiężcy.

W Stanford też jest ciekawie, bo studenci mają zwyczaj przerywać wykłady poświęcone zachodniej cywilizacji. Młodym gniewnym nie podoba się, że za dużo mówi się o takich zmarłych białych samcach (Dead White Males) jak Arystoteles, Platon, Machiavelli, Montaigne czy Kant. Zamiast niegdysiejszych zajęć poświęconych studiowaniu Biblii wprowadzono obowiązkowe kursy Koranu i Konfucjusza. Los Biblii podzielił Moby Dick Hermana Melville’a z powodu oburzającego seksizmu tej powieści. Melville jako typowy męski szowinista wymyślił sobie załogę statku wielorybniczego złożoną z samych mężczyzn. W związku z tym jego książkę skazano na zapomnienie. Została ona zastąpiona przez pamiętniki zatytułowane „Ja, Rigoberta Menchu” pióra gwatemalskiej Indianki, uhonorowanej przez parlament norweski pokojowym Noblem. Środkowoamerykańska noblistka w przekonywujący sposób opisuje, jak odkryła seksualną alienację kultury prekolumbijskiej i rasistowską alienację kolonizatorów. Po dokonaniu tych wiekopomnych odkryć ambitnej autorce nie pozostało nic innego jak udać się do Francji i zająć się produkcją nektaru rewolucji, czyli koktajlu Mołotowa. Studenci Uniwersytetu Stanforda zanim osiągną dojrzałość duchową p. Menchu są zobowiązani czytać „Medeę” Eurypidesa. Medea jest na szczęście kobietą i to podwójnie cenną, gdyż barbarzyńską. „Pieśń o Rolandzie” poznaje się jako sztandarowy przykład chrześcijańskiego fanatyzmu, a na przykładzie „Burzy” Szekspira studenci poznają, w jaki sposób biali rasiści minionych wieków przedstawiali bojowników o wolność Trzeciego Świata. Kaliban to przecież nic innego jak prymitywny stereotyp „dzikusa”. Niestety pozytywnej dzikości brakowało niewątpliwie Marcinowi Lutrowi Kingowi, w związku z czym w panteonie uniwersyteckich guru został on zastąpiony przez niezłomnego Malcolma X. Wyznawcą tego ostatniego jest profesor z Nowego Jorku Leonard Jeffries, wykorzystujący każdą okazję, aby nie zostawić suchej nitki na promujących intensywnie niewolnictwo żydowskich kapitalistach. Według p. Jeffriesa Murzyni jako synowie Słońca są bardziej wartościowi niż biali synowie Lodu, z natury swojej skłonni do nazizmu. Inny utytułowany autorytet Marcin Bernal w słynnej książce „Black Athena” udowadnia, że Grecy przejęli cywilizację od czarnoskórych Egipcjan. Jeszcze inni naukowcy dowodzą, że Szekspir był czarną kobietą, a Biblia kłamie, ponieważ nie ma tam wzmianki o afrykańskim pochodzeniu świętego Augustyna. Zamiast Biblii lepiej jest zatem czytać wydany w 1992 r. w Nowym Jorku pierwszy słownik PC. Na zakończenie warto zaznaczyć, że Biały Dom jeszcze zanim zamieszkał w nim Clinton, nie był bynajmniej twierdzą językowej dyskryminacji. Prezydent Bush nigdy nie odważył się publicznie powiedzieć „Murzyn”. Zawsze używał jedynie słusznego określenia „African American”. Cóż z tego, skoro niewdzięczni Afroamerykanie i tak na niego nie głosowali.

LE CRAPOUILLOT (MAGAZIN NON CONFORMISTE)

Francuski „tołstyj żurnał” ma kolorową okładkę i ciekawe zdjęcia. Nazwa oznacza granatnik, a redaktorem naczelnym jest Roland Gaucher. Na pierwszej stronie 119 numeru z maja 1994 r. duże, czerwone litery obwieszczają: „Nacjonaliści wracają”. W środku natykamy się na konterfekt Włodzimierza Wolfowicza Żyrinowskiego w wojskowym berecie na głowie i z kałasznikowem w ręku. Rosyjski demoliberał zwierza się, że jego ideałem jest Bismarck, który wprowadził ubezpieczenia społeczne i zjednoczył kraj. Natomiast od Hitlera p. Żyrinowski zdecydowanie się odcina i dodaje, że jego rodzina dużo wycierpiała od faszystów. Natomiast z Niemcami posthitlerowskimi można współpracować i trwały związek niemiecko -rosyjski byłby błogosławieństwem dla Europy i planety. Nie ma potrzeby trzeci raz walczyć z Niemcami dla pięknych oczu “zachodnich przyjaciół Niemiec”. Owi rzekomi przyjaciele skonstruowali Jugosławię, aby szkodzić interesom Niemiec. Francuzi i Anglicy nie mają nic do szukania w tej części Europy. Natomiast w Kuwejcie powinno się odbyć referendum na temat przyszłych losów tego emiratu.

A teraz posłuchajmy, co mówi Aleksander Dugin, czyli redaktor naczelny pism „Elementy” i „Miłyj Angieł” oraz stały współpracownik nacjonalpatriotycznych gazet „Dień” i „Sowietskaja Rossija”. Rosyjski geopolityk wyjaśnia p. Gaucher, że nacjonalizm rosyjski był zawsze imperialny, a nie etniczny czy społeczny. Rosjanie nie mogą sobie pozwolić na to, aby Kaukaz dostał się w sferę wpływów Turcji. Co do krajów bałtyckich, to możliwy jest jakiś kompromis niemiecko-rosyjski i w ogóle trzeba powrócić do paktu Ribbentrop-Mołotow. Rosja musi bezwzględnie popierać politycznie Serbów. Pomoc militarna nie jest potrzebna, bo Serbowie poradzą sobie sami. Dugin uważa, że czas państw narodowych przeminął i powracają imperia, bardziej tolerancyjne dla mniejszości. Dla odrodzonego imperium rosyjskiego głównym przeciwnikiem będą Stany Zjednoczone, których propaganda skutecznie demonizuje naród rosyjski. Amerykanom w tej operacji pomaga Sołżenicyn, podający fantastyczne liczby ofiar Gułagu. Lecz pomimo tego typu machinacji powoli tworzy się w różnych krajach ponad starymi podziałami zjednoczony front antyliberalny i antyamerykański, który nie dopuści do przekształcenia Ziemi w planetarne targowisko, będące podstawą „nowego ładu światowego”. Co do Żyrinowskiego to jest to karykatura, która ma ośmieszyć rosyjski nacjonalizm. W Rosji na dźwięk nazwiska „Żyrinowski” wszyscy wybuchają śmiechem. Dugin wyżej ceni takich nacjonalistów francuskich jak Guenon, Drieu la Rochelle (porównuje go z Leontiewem), Céline czy Alain de Benoist.

Za to o nacjonalistach rosyjskich pisze Robert Steuckers w artykule „Fundamenty rosyjskiego nacjonalizmu”. Autor wspomina o słowianofilach, spośród których wymienia Kirejewskiego, Chomiakowa i Aksakowa. Nie zapomina też o czołowym panslawiście Danilewskim („Rosja i Europa”), domagającym się zdobycia Konstantynopola i odbudowy imperium bizantyjskiego, tym razem niezniszczalnego. Na wzmiankę zasłużył też wspomniany wyżej Konstanty Leontiew, zwolennik sojuszu z Turcją i zaciekły wróg Anglii. Po zdecydowanie antykatolickim Dostojewskim przychodzą zwolennicy eurazjatyzmu tacy jak książę Trubieckoj, Sawickij czy też Wiernackij. Dzisiaj sławny włoski slawista Aldo Ferrari dzieli nacjonalistów rosyjskich na cztery grupy: neosłowianofile, eurazjaci, nacjonalkomuniści i etnosocjaliści. Neosłowianofile to zwolennicy Sołżenicyna, choć są też grupy, które nie zgadzają się na proponowane przez niego okaleczenie radzieckiego imperium przez pozbawienie go terenów niesłowiańskich. Eurazjaci opierają się na pracach Lwa Gumilewa, porównywanego ze Spenglerem. Gumilew laicyzuje koncepcję Leontiewa i opowiada się za sojuszem z turkofońskimi ludami Azji Środkowej, do czego jest potrzebne poszanowanie wieloetniczności. Dzisiaj podobną szkołę myślenia reprezentują Dugin, przewodniczący związku nacjonalpatriotycznych pisarzy i dziennikarzy Aleksander Prochanow, Dżemal Hajdar z Partii Odrodzenia Islamskiego oraz, żeby było ciekawiej, pp. Rahr i Tolz z otoczenia Jelcyna. Głównym przedstawicielem nacjonalbolszewików jest przywódca kompartii Federacji Rosyjskiej Giennadij Ziuganow. Nie należy też zapominać o neoruralistach, którzy w latach 60. tych dokonali w radzieckiej kulturze swego rodzaju „rewolucji konserwatywnej”. Tutaj trzeba wymienić takie nazwiska jak Walenty Rasputin, Wasyli Biełow, Sołuchin i Teodor Abramów. Ich organem prasowym był “Nasz Sowriemiennik”. Podczas gdy francuska młodzież spowodowała w końcu lat 60. katastrofę kulturalną, rosyjscy pisarze o nastawieniu ekologicznym i etycznym przy wrócili Rosji część jej tradycji.

Poza tym w numerze przybliża się sylwetki m.in. Berlusconiego, Bossiego, przywódcy Flamandów Dillena („wolimy etniczny nacjonalizm Herdera od adhezyjnego nacjonalizmu Renana”), Finiego, Le Pena, zgrabnej Aleksandry Mussolini, Schoenhubera, przywódcy łotewskiego ruchu „Za Ojczyznę i Wolność” Marisa Grinblatsa („trzeba przeciwstawić się amerykanizacji telewizji i kina”), lstvana (Jana) Csurki, przywódcy Partii Węgierskiej Prawdy i Życia („konspiracja kosmopolityczna i kapitalistyczna stanowi zagrożenie dla świętych wartości węgierskich”), ukochanej przez argentyńskich descamisados Evity Peron e tutti quanti.

BELGIA

VOULOIR

Potrójny numer z października 1992 r. przynosi interesujące rozważania Tahira de la Nive z Islamskiej Rady Obrony Europy. Przekonuje on, że ani Wschód, ani Południe nie stanowią bezpośredniego zagrożenia dla Europy. Powołuje się na włoskiego pułkownika Sironiego, uważanego za twórcę goestrategii. Na podstawie danych geopolitycznych, bez elementów ideologicznych czy antyimperialistycznych, Sironi do szedł do wniosku, że Ameryka znajdzie się w konflikcie z Europą. Tahir de la Nive uważa, że konflikt między socjalizmem a kapitalizmem nie był głęboki, gdyż idee te zostały wypieczone w tej samej piekarni. Również opozycja Północ-Południe jest w dużym stopniu wymyślona, gdyż Europa i „Trzeci Świat” mają wspólne interesy i są względem siebie komplementarne. Najważniejszy jest konflikt Wschód-Zachód. Linia graniczna tych dwóch światów nie przechodzi przez Check Point Charlie, lecz przez Atlantyk. Szczególna rola w tym konflikcie przypadnie Wyspom Brytyjskim i Półwyspowi Pirenejskiemu. Są to dwie fortece chroniące północno zachodnią i południowo-zachodnią flankę naszego kontynentu. Pewne sygnały wskazują, że wkrótce Wielka Brytania i Hiszpania mogą podzielić los Jugosławii. Nie powinniśmy dopuścić do tego, aby żołnierze i oficerowie byli zabijani jak króliki na ulicach Belfastu i Madrytu. To utrudni nam przeciwstawienie się współczesnym mitom „Demokracji”, „Nowego Porządku Światowego” i „Postępu”. Jeżeli im się oprzemy, będziemy mogli zbudować Wielką Europę, Eurazję i Eurafrykę.

Nie wierzcie opowieściom o nietolerancyjnym islamie. Gazety pisały, że żołnierzom amerykańskim nie pozwolono obchodzić w Arabii Saudyjskiej świąt Bożego Narodzenia. Po pierwsze powinni oni te święta spędzać u siebie, a po drugie mało kto wie, że w armii Proroka służyli chrześcijanie, którzy mieli swoje kościoły obok muzułmańskich meczetów. Dzisiaj około 15 milionów Arabów jest chrześcijanami. W Iranie są mazdeiści, a Afganistanie buddyści, w Pakistanie poganie. W1920 r. w Palestynie było pół miliona Żydów. Aktualnie jesteśmy informowani, że w Egipcie więzi się i torturuje chrześcijan, ale przecież w ten sam sposób traktuje się tam Braci Muzułmańskich. Nie szukajmy różnic tam, gdzie ich nie ma. „Ostatnio bytem na wystawie poświęconej Wikingom i przeczytałem opis Walhalli bardzo podobny do muzułmańskiej wizji Raju. „Nowemu porządkowi światowemu” Ameryki przeciwstawiamy uniwersalny i permanentny islam”, kończy Tahir de la Nive swoje wystąpienie. Zostało ono opublikowane przez „Vouloir” wraz z innymi materiałami z Kolokwium „Trzeciej Drogi”, które owocnie obradowało w 1992 r. w Londynie.

Z Londynu przenosimy się do Moskwy. Aleksander Dugin dzieli się z nami rozważaniami na temat: „Erotyzm i Imperialność. Seksualność jako teren walki ideologicznej”. Autor zdegenerowany erotyzm w postaci pornografii łączy ze zwiększającymi się okresowo wpływami zachodniego czy też atlantyckiego sposobu życia, podczas gdy prawdziwi eurazjaci, czyli poczwienniki są bardziej pruderyjni. Statystyki w Stanach Zjednoczonych i we Francji jednoznacznie pokazują, że tolerancja dla „pornografizacji” kultury prowadzi do zmniejszenia się ilości rzeczywistych aktów seksualnych, do niżu demograficznego i „aseksualizacji” konkretnych ludzi. Według Juliusza Evoli współczesny liberalizm seksualny prowadzi do tzw. „humanizacji seksu”. Seks staje się przedmiotem „zbiorowego kontraktu”. Dzisiaj nie ma już miejsca dla Don Juana, reprezentującego w swojej „falliczności” słoneczny element kosmosu. Współczesny erotyzm jest dla niego zbyt „jurydyczny”. Został on wyparty przez infantylnego mięśniowca Rambo, który jest grzecznym synkiem swojej “maman”. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwą erotyką, która znajduje swoją kulminację w imperializmie. Imperator jest „synem nieba” albo „synem światła” i jest filarem porządku duchowego. Element żeński w imperium jest również stotalizowany, ale nie pionowo, tylko horyzontalnie. Kobieta jest symbolem wielkiej przestrzeni i wielkiej rasy imperialnej. W Rosji makrokosmiczna erotyka była głębsza niż struktura monarchiczna albo ortodoksyjna koncepcja Świętej Rusi. Erotyzm kontynentalny był od nich pełniejszy, naturalniejszy i bardziej organiczny. Po internacjonalistycznym bolszewizmie lat 20. antyimperialistycznym, socjoseksualnym, antyheroicznym i matriarchalnym powraca w groteskowej wersji dawny model erotyzmu. Jest to stalinowski imperializm. Wszystkie próby Bogdanowa, Plechanowa et consortes skonstruowania społeczeństwa komunistycznego opartego na „kontrakcie zbiorowym” skazane były na niepowodzenie, gdyż Rosjanie są na to zbyt organiczni i spontaniczni. Świadomy lub podświadomy program erotyczny rosyjskich „patriotów” jest totalnie makrokosmiczny i planetarny, odwołuje się do pradawnych i głębokich energii rasy imperialnej.

CZECHY

PROGLAS

9 numer z 1990 r. zawiera m.in. historyczne rozważania Jana Tesarza „Spór o dziedzictwo”. Autor najpierw opisuje nowożytny etap stosunków słowacko-węgierskich. Według p. Tesarza od początku XVIII wieku kultura słowacka zaczyna się wyodrębniać z węgierskiej. Węgrzy stoją na gruncie teorii zdobywczej, która zakłada, że Słowacy jako potomkowie pokonanych niegdyś Słowian nie mają żadnych praw. Słowacy twierdzą, że ich przodkowie bynajmniej nie walczyli, ale gościnnie przyjęli Madziarów, co stwarza podstawy do domagania się równouprawnienia w państwie węgierskim. Trzeba pamiętać o tym, że kontrreformacyjne prześladowania były na Słowacji znacznie słabsze niż w Czechach, a od połowy XVIII wieku można już mówić o religijnej koegzystencji. Pomaga to rozwijać się słowackiej myśli politycznej i kulturalnej, która sięga tradycji Starych Moraw i stoi w tym czasie na wyższym naukowym i moralnym poziomie niż myśl czeska. Przy czym powinniśmy pamiętać o tym, że odrodzenie słowackie było początkowo bardzo ściśle związane z czeskim, a tacy przedstawiciele tradycyjnego protestantyzmu jak Jan Kollar, Józef Szafarzik czy Franciszek Palacky przywracają czeskiej tradycji historię Cyryla i Metodego. Pomimo to do dzisiaj tradycja cyrylometodejska i staromorawska nie są należycie doceniane jako jednoczący symbol Czechów i Słowaków. Przyczyna tego leży w przerwaniu po Białej Górze (według słów Józefa Pekarza „bezmierne i bezgraniczne nieszczęście“) ciągłości tradycji historycznej. Odnaleziona później nowa świadomość narodowa jest prymitywnie plemienna i plebejska, pozbawiona elementów rycerskiej, mesjanistycznej idei, bez poczucia ogólnoświatowej misji narodu, tak charakterystycznej na przykład dla Mickiewicza albo Komeńskiego. Coś takiego odnajdziemy również u Palackiego, ale w praktyce politycznej postępował on zupełnie inaczej. W efekcie tradycja staromorawska utrwaliła się znacznie lepiej na Słowacji niż w Czechach. Z tego powodu czeski ruch narodowy był najsłabszy na Morawach. Morawy nie stały się dla Czechów takim symbolem jak Lotaryngia dla Francuzów, Litwa dla Polaków czy Kosowo dla Serbów.

W Czechach dominował i dominuje pragocentryzm i Narodowy Teatr nad Wełtawą jest ważniejszy od wszystkich zabytków Welehradu. Gdyby po roku 1918 Masaryk z Kramarzem zrobili to, co Turcy albo Brazylijczycy i przenieśli stolicę w głąb kraju, do centrum Wielkich Moraw, być może państwo czechosłowackie nie rozpadłoby się. Ale Masaryk był zbyt liberalny, zbyt wolnomyślny, aby sięgać do chrześcijańskich korzeni i wychylić się poza czeską kotlinę. Pewną rolę odegrało też utożsamienie staromorawskiego chrześcijaństwa z prawosławiem. Bliższa prezydentowi Czechosłowacji była tradycja husycka, którą wyraźnie oddzielał od wielkomorawskiej. Pozbawiona tradycji cyrylometodejskiej Czechosłowacja skazana była na rozpad. Jednakże jeszcze przedtem rozleciały się Austro-Węgry, co w dużym stopniu było zasługą Czechów. Pisze o tym Piotr Przihoda w godnym uwagi eseju „Jak burzyliśmy Austro-Węgry”. Aby zburzyć, trzeba było się najpierw politycznie uformować. Po białogórskim interludium czeska myśl polityczna ujawnia się w przeddzień Wiosny Ludów w postaciach Franciszka Palackiego i Karola Havliczka Borovskiego. Ten drugi ostro krytykował stosunki wewnętrzne w habsburskiej Rzeszy i nie rozumiał ponadczasowego wymiaru naddunajskiej monarchii. Swoją publicystyką rozniecał nienawiść do Niemców. Palacky jest bardziej dwuznaczny i uznaje się go nawet za prototyp czeskiej dwulicowości. W1848 r. przestrzega przed rosyjskim imperializmem, po to aby w 1867 r. wyruszyć do Moskwy na Kongres Słowiański. Upiera się przy potrzebie federalizacji Austrii, ale nie może się zdecydować, czy czeska część federacji ma być określona na podstawie prawa naturalnego czy też opierać się na przesłankach historycznych. W filozofii „Ojca narodu” zbyt dużo jest mitologii i irracjonalizmu.

Austroslawizm Havliczka i Palackiego oznaczał w gruncie rzeczy dążenie do slawizacji monarchii i do czeskiej hegemonii w historycznych granicach korony czeskiej. Czeski partykularyzm z czasem opanował również Morawy, gdzie początkowo lepiej rozumiano, czym powinna być federacja. W 1895 r. premierem zostaje galicyjski hrabia Badeni, który oświadczył, że dla Austrii nawet zwycięska wojna będzie zgubna. Wiedział o tym, że bez Czechów nie da się rządzić i dlatego wyszedł im na przeciw i w czeskojęzycznej części Bohemii ustanowił czeszczyznę językiem urzędowym. Doszło do antyczeskich wystąpień w Sudetach i antyniemieckich w Pradze. Pomimo cesarskiego poparcia Badeni musiał ustąpić, a w Pradze przywrócono stan wyjątkowy. Upadek Badeniego był zapowiedzią dalszych nieszczęść. Jednym z nich był konflikt między sceptycznym, ale w pryncypialnych sprawach twardogłowym Franciszkiem Józefem, a cholerycznym następcą tronu Franciszkiem Ferdynandem. Arcyksiążę nienawidził Węgrów na równi z demokracją, Wielkoniemcami, Żydami, socjalistami i masonami, a na dodatek był bigoteryjnym katolikiem. Jego trialistyczne zamierzenia pobudziły do czynu polityków w Belgradzie, pragnących, aby Serbia stała się „Piemontem Bałkanów”. Czesi mieli mniej ambitne plany, a Karol Kramarz otwarcie głosił, że niepodległe państwo czeskie to fantasmagoria. Tenże Kramarz ożenił się z Rosjanką i traktował Rosję jako drugą ojczyznę. Nawet niepowodzenie Kongresu Słowiańskiego, który odbył się w 1910 r. w Sofii nie wyleczyło go z neosłowiańskich rojeń.

Niewątpliwie skuteczniejszy był Tomasz Garrigue Masaryk, któremu udało się zdobyć zaufanie Żydów, masonów oraz południowych Słowian, a oprócz tego skompromitować austriacką dyplomację, poprzez udowodnienie, że posługiwała się spreparowanymi dowodami przeciwko chorwackiej opozycji (zresztą tak było również i później – Masarykowi udawało się właściwie wszystko, jak u nas Piłsudskiemu, a Kramarz to czeski odpowiednik Dmowskiego). Czesi cieszyli się ze wszystkiego, co osłabiało monarchię, ale skrzydlate opowieści o tym, „jak burzyliśmy monarchię” to co najmniej lekka przesada. Czesi co najwyżej nadgryzali habsburskie imperium i to nie zawsze świadomie. Prascy politycy stosowali obstrukcję, absenteizm i bierny opór, walili w sejmowe pulpity, po czym uniżenie zginali karki, ale nie czuli się odpowiedzialni za państwo. Z całą siłą przejawiło się to w czasie wojny, kiedy to w kwietniu 1915 r. cały 28 pułk praski uciekł na rosyjską stronę frontu. Wiadomo, że gdy front zbliżał się do Krakowa, czeskie gospodynie piekły kołacze, aby godnie przywitać wkraczających Kozaków. Oficjalnie lojalny Kramarz przedstawił rosyjskiemu ministrowi spraw zagranicznych Sazonowowi tajny projekt utworzenia słowiańskiego imperium obejmującego Czechy powiększone o Kłodzko, górne i dolne Łużyce, Słowację aż po góry Matra i korytarz do południowych Słowian. Na praskim tronie miał zasiąść książę z dynastii Romanowów. Jak wiadomo skończyło się na tym, że lokatorem Zamku został trzeźwiejszy od Kramarza Masaryk, bardziej zbliżony do czeskiej przeciętnej i dzisiaj znów oficjalnie wychwalany jako pogromca Habsburgów i wzór cnót obywatelskich.

Następcą Masaryka jest Wacław Havel. Ze znanym dramaturgiem spotkał się i następnie skomentował jego wypowiedzi Dominik Lawson z angielskiego dziennika „The Spectator”. Dziennikarz przytacza obiegową opinię z Pragi, według której premier Klaus jest zaprzysięgłym zwolennikiem Miltona Friedmana, a Havel nie bardzo. Ten ostatni mówi, że pragnie zbudować taki system ekonomiczny, który funkcjonuje już od tysiącleci, na długo przed tym, zanim pojawił się kapitalizm. W 1968 r. był bardziej jednoznaczny, gdy próbował wskrzesić partię socjaldemokratyczną i oświadczył: „Zawsze byłem zwolennikiem socjalizmu i opowiadałem się za unarodowieniem podstawowych środków produkcji”. Dzisiaj p. Havel nie chce powiedzieć, czy jest lewicowcem albo prawicowcem. Według Tymoteusza Gartona Asha ktoś taki należy do lewicy. Sam prezydent przyznaje to w sposób zawoalowany, mówiąc, że serce ma po lewej stronie i przyznając się do pokrewieństwa z międzynarodową społecznością intelektualistów, zaliczaną przez niektórych do lewicy. Nic więc dziwnego, że uznał polskie obawy o trwałość zachodnich granic za przesadzone i przy aprobacie potomka pogromcy rewolucji 1848 r. hrabiego von Schwarzenberga, bawiąc się zapalniczką z emblematem BMW uznał ekspansjonistyczny archetyp Niemiec za marginalne zjawisko w dzisiejszej dobie. Gdy angielski dziennikarz zwrócił uwagę na ten symbol niemieckiej ekspansji, prezydent podszedł do szuflady i wyciągnął z niej inną zapalniczkę z dwunastoma gwiazdami Zjednoczonej Europy, co było ładnym i łagodnym akcentem na zakończenie rozmowy. Taki właśnie jest główny bohater aksamitnej rewolucji, o której jeden z dysydentów powiedział, że była aksamitna przede wszystkim dla zwierząt i głupców, rządzących tym krajem.

„Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 21 (1994)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»