Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 22 (1994)
NIEMCY
ZEITENWENDE
W numerze czwartym Carsten Kiesswetter zajmuje się problemem informowania o wojnie w erze mass mediów. Przypominając ostatnią wojnę nad Zatoką Perską Kiesswetter pisze, że był to nowy spektakl medialny, współczesny, telewizyjny „circus maximus” dla uciechy motłochu, który potrzebuje dreszczy-ku emocji. Pustynia okazała się najlepszym teatrem wojny dla współczesnych technik medialnych pozwalając im najpełniej rozwinąć ich możliwości. Już w starożytności pisano relacje z wojennych wydarzeń. Ze szkoły znamy „bellum galicum” Juliusza Cezara, który sporządził tę relację, aby usprawiedliwić wysokie koszty kampanii. Prokopiusz opisał walkę Bizantyńczyków przeciw barbarzyńcom w Italii, a Józef Flawiusz walkę Rzymian z Żydami. W 18 i 19 wieku tego typu wojenne relacje sporządzane były głównie przez byłych oficerów (w naszych czasach przykładem „nowego” dziennikarstwa wojennego stał się Ernest Hemingway, który „przepijał się” przez wojnę domową w Hiszpanii i tyły alianckiego frontu w Europie). Anglicy, przede wszystkim czcigodny „Times” jako pierwsza gazeta w czasach nowożytnych dysponowała wykształconymi, oddanymi prawdzie korespondentami wojennymi, którzy przestrzegali zasad „fair play”. W angielskiej prasie wielkonakładowej naszego stulecia zasady te zostały złożone w ofierze na ołtarzu bożka Mammona.
Reporter „Timesa” William Howard Russell był pierwszym i największym, niezależnym korespondentem wojennym czasów nowożytnych. Należał do gatunku wewnętrznie i materialnie niezależnych, żądnych przygód korespondentów wojennych. Najwyższym obowiązkiem i podstawową cnotą wojennego korespondenta była absolutna osobista uczciwość i rzetelność oraz niezależność. Musiał mieć dystans wobec polityki – także polityki własnego kraju – połączony z sympatią do aktorów wojny – także dla wrogów i głęboką wiedzę o istocie wojny i wojska. Zmiana następuje wraz z I wojną światową: prasa zostaje podporządkowana aparatowi propagandy wojennej, i to we wszystkich państwach biorących udział w wojnie. Dawna mądrość i dawne obyczaje giną w bitwach nad Sommą i we Flandrii, na froncie wschodnim. Europa traci nie tylko część swojej młodzieży, lecz także sztukę zawarcia pokoju, a tym samym sztukę polityki w ogóle.
Prasa staje się częścią machiny propagandowej posługującej kłamstwem, pół-prawdą i plotką. Dziennikarze i reporterzy tracą swoją niezależność i dystans do wydarzeń – do wojny jako takiej – i w ten sposób niezależność wobec politycznego i wojskowego kierownictwa państwa. Dziennikarstwo wojenne polityzuje się i prostytuuje. Współczesna wojna totalna odbiera mu jego rzetelność i wiarygodność włączając je do równego szeregu „bojowej” i „zaangażowanej” prasy politycznej. II wojna światowa wzmacnia tę tendencję. W wojnie światopoglądowej, gdzie „absolutne Dobro” walczy z „absolutnym Złem”, nie pojawiają się kwestie rzeczywistych przyczyn wojny, historycznych okoliczności i zakulisowych działań.
II wojna światowa przyniosła silną personifikację wojny. Szczególnie po stronach aliantów uprawiano raczej płaski kult jednostki (w Niemczech na gwiazdę wojenną wykreowano generała Rommla – redakcja). Patton, Eisenhover, McArthur stają się bohaterami holywoodzkich eposów wojennych. Wojenny reportaż ulega wulgaryzacji i amerykanizacji. Ostatnio przejawem takiego kultu jednostki były hołdy składane generałowi Schwarzkopfowi – „bohaterowi z Kuwejtu”. Plakatowy charakter prasy ilustrowanej i brukowej z jej powierzchownością, banalnością, brakiem intelektualnej głębi, krytycznego dystansu i rzeczowości przenosi się na korespondencje wojenne.
W latach pięćdziesiątych następuje przejście do totalnej komunikacji masowej lub inaczej mówiąc, masowej manipulacji. Wojna zaczyna być telewizyjnym spektaklem, co po raz pierwszy uwidacznia się w czasie wojny w Wietnamie. Telewizyjny przekaz trafia w emocjonalną wrażliwość szerokiej publiczności siedzącej przed telewizorem i oddalonej o tysiące kilometrów od wojennych wydarzeń, które, i tak już dramatyczne, zostają poprzez montaż jeszcze bardziej udramatyzowane, co intensyfikuje poparcie lub sprzeciw wobec wojny. Wojna staje się widowiskiem dla szerokich mas – w USA i gdzie indziej. Telewizyjny przekaz mobilizuje ludzi także w innych krajach i ulicami np. miast niemieckich maszerowali studenci skandując: „Ho-Ho-Ho-Chi- Minh”. Fikcje tej wojny tworzone były przez medialne multiplikatory, które rozpalają emocje i uprawiają własną politykę. Telewizyjny przekaz uprzywilejowuje efekty dramatyczne, obrazy są tylko migawkami zdarzeń, mają wielką siłę oddziaływania, ale nie mogą przekazywać tła wydarzeń ani prawdziwych przyczyn wojny. Nową jakość osiągnęły sprawozdania telewizyjne z wojny nad Zatoką Perską (jeden z niemieckich komentatorów napisał, że w porównaniu z polityką informacyjną prowadzoną w czasie tej wojny kroniki filmowe okresu Trzeciej Rzeszy były filmami dokumentalnymi). W czasie trwania wojny cenzorzy amerykańscy i iraccy nie zezwalali na pokazywanie okrucieństw wojny. Pozostawała technicznie abstrakcyjna “estetyka” videoobrazów przekazywanych z kokpitów amerykańskich pilotów. Filmy o rakietach trafiających dokładnie w cel nadawały wojnie „rozrywkową” wartość videoklipu. Po raz pierwszy mass media kreowały modele wojennej rzeczywistości, które przyswojone zostają przez widzów i określają ich sposób widzenia świata (rolę mediów w czasie wojny nad Zatoką Perską przedstawiliśmy w „Stańczyku” nr 17 omawiając poglądy francuskiego filozofa J. Baudrillarda – redakcja ). Na różnych stopniach „newsmaking” następuje selekcja, która działa jak filtr pomiędzy wydarzeniem, informacją i opracowaniem informacji. Przy informowaniu o kryzysie lub wojnie selekcja ta rozszerzona zostaje o dodatkowe filtry. Techniczne możliwości zbierania, przekazywania i produkowania informacji stwarzają zupełnie nową sytuację. Jest już możliwe transmitowanie na żywo wydarzeń wojennych. To sprawia, że nie ma czasu na krytyczny dystans, nie ma czasu, aby odróżnić to, co „przedtem” od tego, co „potem”. W bezpośredniej transmisji obraz jest monochromatycznym filtrem przepuszczającym jedynie teraźniejszość. Jesteśmy skonfrontowani z videoskopową techniką, z logistyką percepcji, która bierze nas na muszkę i stopniowo nas wchłania. Szybkość i totalna aktualność odległych, elementarnych wydarzeń wojennych odbiera widzowi zdolność wspominania i współodczuwania. Jego dusza zostaje sparaliżowana.
Współczesna wojna i jej technologie, precyzyjne i szybkie, likwidują stopniowo wszystkie bodźce oddziaływujące na wrażliwość. Totalna wojna, której towarzyszy totalna informacja rozpływa się w permanentnym, niematerialnym spektaklu. Wraz z nowymi środkami komunikacji i prezentacji zanika rzeczywistość wojny i choć widz siedzi przed telewizorem, to naprawdę nic nie widzi. Na tym polega wewnętrzny paraliż, efekt swoistego psychoterroru. Konsumenci mediów fascynują się wojennymi spektaklami, podczas których rakiety „Scud” uczestniczą w „chirurgicznych akcjach”. Wystarczy włączyć telewizor, aby stać się bezpośrednim obserwatorem wojny. Obrazy nowoczesnej wojny choć tak „autentyczne” w rzeczywistości nabierają charakteru zdjęć dokonanych w studio filmowym, nie zawierają żadnej treści. Struktura i szybkość współczesnych technik medialnych „lekceważą” strukturę i możliwości ludzkiej percepcji. Obrazy pozbawione są jakiejkolwiek treści, podobnie zresztą jak wiadomości przekazywane przez spikera nie posiadają żadnej wartości informacyjnej.
W wojnie nad Zatoką Perską ważni byli nie tylko aktorzy grający bezpośrednio na wojennym teatrze, ale również miliardy telewidzów, z których pieniędzy cały ten spektakl był finansowany. Nieobecni, oddaleni o tysiące kilometrów od miejsca wydarzeń telewidzowie są nową siłą określającą przebieg gry. Wojna stała się magicznym widowiskiem dla „medialnego i wyborczego bydła” przekazywanym do mieszkań via satelity.
ETAPPE
W numerze dziewiątym znakomitego, wydawanego w Bonn „nieregularnika” znajdziemy m. in. teksty Paula Gottfrieda („Alchemia i Oświecenie. Mircei Eliadego mity moderny”), Bernarda Tuckera („Partyzant”), Stefana Hanza („Egzystencjalna samotność Hermanna Melville’a”), Clausa-M. Wolfschlaga („Polityczna architektura Guiseppe Tarragniego”), Jürgena Kramera („Upadek. Malarstwo, muzyka i dziura w czasie”), Maxa Schelera („Przeciw patosowi 'epokowości’”) i Nilsa Aschenbecka („Wojna i muzyka pop. Od rowów strzeleckich do nałogu rozrywki”). Temu ostatniemu tekstowi warto poświęcić nieco więcej uwagi.
Aschenbeck zaczyna swoje rozważania przypomnieniem I wojny światowej, na którą młodzi niemieccy mężczyźni wyruszali jak niegdyś „wędrowiec” Eichendorffa na łono natury. Chcieli zostawić za sobą monotonię wielkiego miasta, aby znaleźć na wojnie „nowe i prawdziwe życie”. Ale wojna nie stała się romantyczną przygodą ani „naturalnym przeżyciem”, lecz przyniosła im zmysłowy szok, którego przyczyną była technika. Drzewa Roztrzaskane na strzępy i zryta pociskami łąka oznaczały koniec „romantycznego pejzażu”. W miejsce dawnej „estetyki przyrody” pojawia się nowa “estetyka wojennej techniki”: balony na niebie, rakiety świetlne przecinające mrok, wulkaniczne eksplozje min, chmury dymu i pyłu, grzmot artyleryjskiej kanonady. Natura zostaje zniszczona, człowiek w samolocie lub czołgu inkorporowany przez technikę, wojna zaczyna być postrzegana jako film złożony z szokowych sekwencji atakujących zmysły. Technika filmowa przetestowana została na froncie, zanim dostarczyła do kin filmy o miłości. Różnica między żołnierzami a widzami jest taka, że ci pierwsi postrzegają wojnę jako film chaotyczny, pozbawiony logiki, właściwie jako sen, podczas gdy ci drudzy oglądają filmy posiadające pewną fabułę i logiczne następstwo sekwencji. Ale zarówno żołnierz, jak i kinowy widz wciągnięci są w logikę oczarowania przez technikę – jedni w okopach, drudzy w kinowych fotelach. Istnieje bezpośredni związek między wojną a mediami służącymi rozrywce.
Filozof ruchu Paul Virilio uważa, że idealny film wojenny nie musi wcale przedstawiać wydarzeń związanych z wojną, ponieważ film w momencie, gdy jest w stanie wytworzyć niespodzianki – techniczne i psychologiczne – sam staje się bronią. Nie jest przypadkiem, że wzrost produkcji filmów kolorowych zbiega się w czasie z II wojną światową. Technologia wojenna tworzy nowy świat, świat czekającego człowieka i działającej techniki. Paul Virilio twierdzi, że historia bitew jest najpierw historią metamorfoz ich pól postrzegania. Na wojnie nie idzie tylko o to, aby czynić podboje terytorialne i gospodarcze, ale o to, aby opanować niematerialne pola postrzegania. Film wywodzący się z wojny symulował zmysłowe doświadczenie, które wypierało się swego wojennego rodowodu. Podczas II wojny światowej historia się powtarza, jedynie poziom techniki jest wyższy. Wojna i technika medialna, tym razem jest to technika telewizyjna, jednoczą się zapładniając się wzajemnie i osiągając nowy technologiczny wymiar. Tylko jeden z wielu przykładów: niemiecka firma Fernseh AG pracowała nad projektem montowania kamer telewizyjnych w samosterujących systemach rakiet i torped. Automatyczne kamery miały przekroczyć „ziemię niczyją” i magazynować obrazy, których nie był w stanie zarejestrować wzrok żołnierza. W Niemczech patrzący w przyszłość technicy uczyli się od filmu. Znany reżyser Fritz Lang nakręcił film o rakietach w pewnym sensie symulując późniejsze prace Wernera von Brauna. Lang nie tylko przewidział rakietę, ale wypróbował również countdown. Stworzył wizję rakiety V2, pierwszej rakiety średniego zasięgu.
Nowa technika wojenna zmienia postrzeganie zmysłowe: „gdy uderza V2, najpierw słychać eksplozję a dopiero potem szum upadku – normalna sekwencja postrzegania bodźców zostaje odwrócona” (Thomas Pynchon). Szok rakiety wytwarza estetyczne doświadczenie: gdy się je dostrzega, można je skonsumować – na realną śmierć jest już za późno. Prędkość ponaddźwiękowa sprawia, że niebezpieczeństwo śmierci znika z ram zmysłowego postrzegania dopuszczając jedynie ultrakrótkie zatrzymanie pracy serca lub mózgu. Technika mediów, kino i wojna – gra, w której technicy i eksperci od mediów przejmują rolę generałów. Alianci zdecydowali się wziąć udział w inscenizacji zdjęć wywiadowczych i filmowych kronik Hitlera. W decydującej fazie przygotowań do inwazji wschodnia Anglia przypominała wielkie studio filmowe. Krajobraz usiany był fikcyjnym sprzętem wojskowym zrobionym z papier-mâché , gumy i kabli tworząc gigantyczną holywoodzką dekorację.
Technika wojenna zmienia zmysłowe postrzeganie u człowieka, to co na zewnątrz było wcześniej transcendentalną przestrzenią natury, w I wojnie światowej przekształca się w racjonalną przestrzeń techniki. Nie nieskończona głębia percepcji, ale skok w szybkość, który umożliwia technika staje się sposobem definiowania tego, co na zewnątrz. Dyskursy, które dyktuje technika, zastępują ducha przez innowację. Niemożliwa staje się kontemplacja nad warunkami własnej egzystencji, jej granice określa nagle realny huraganowy ogień, tajny przymus techniki. Media opisują i zacierają te granice. Tęsknota za szybkością zastępuje tęskną melancholię romantyków. Kierowca na wyścigach samochodowych wierzy w zwycięstwo, ale musi poddać się szybkości swego samochodu. Zwycięstwo jest możliwe tylko wówczas, kiedy techniczna innowacja i ludzkie reakcje „zgodzą się” na maksymalną szybkość. Ostatecznym zwycięzcą są same media: samochód wyścigowy, fotograficzna migawka, transmisja radiowa i telewizyjny obraz – takie jest logiczne następstwo. Zawsze gdy media mają kłopoty z oglądalnością, ludzkie interfejsy opanowują nisze. Ale kłopotów jest coraz mniej. Rola człowieka redukowana jest coraz bardziej.
O ile w Europie technika była w służbie wojny, to w USA współczesna technika medialna rozwija się na rynku konsumenckim. W Niemczech radio chciało pouczać i kształcić, ale było rzeczą niemożliwą wypełnienie czasu nadawania literaturą i słuchowiskami. Musiał on być wypełniony muzyką rozrywkową. Muzyka taneczna zapewniała rytm pochodzący z wypróbowanych na wojnie wzmacniaczy, podczas gdy aktualne wiadomości przybliżały lud do dziejących się wydarzeń: demonstracja technicznej szybkości sprawiającej przyjemność. Przeżycie słuchowe było zredukowanym powtórzeniem walki w okopach. Fale radiowe są zawsze na pierwszej linii frontu i tak samo trudno je umiejscowić jak anonimowe starcia wojenne. Radiosłuchacze nie widzą twórców programów tak samo jak żołnierze nie widzą wroga. Strategia współczesnej, rytmicznej muzyki (swing, jazz a później pop) jest strategią dywersji: zaprzecza bezruchowi ciągłego ognia, propaguje nieograniczoną „internacjonalność”, sprzeciwia się paraliżowi żołnierzy zastygłych w okopach i reklamuje się sloganami w rodzaju: „To jest muzyka, która mumie przywraca do życia”. Z wojennego fanatyzmu uczyniła „nałóg rozrywki” wzmacniany systematycznie przez „refrenowych śpiewaków” jak nazywano wykonawców przebojów. Refreny były pozbawione sensu: „Moja papuga nie je jajek na twardo”, „Kto zatoczył ser na dworzec” itp. (jedynie rytm się liczył). Lata dwudzieste nie na darmo nazywane były „ryczącymi dwudziestkami” (Roaring Twenties) – pulsujący hałas wynikał bezpośrednio z wojny. Anonimowa radość nazywana “nałogiem rozrywki” i „tanecznym szaleństwem” zastąpiła entuzjazm dla określonego przedmiotu. Ową radość żołnierz przeżywał pirotechnicznie, radiosłuchacz – radiotechnicznie, telewidz – elektronicznie.
W czasie II wojny światowej przede wszystkim Brytyjczycy instalowali tajne nadajniki radiowe specjalizujące się w swingu i muzyce tanecznej. Słuchanie „Atlantika” czy „Gustav Siegfried Eins” było surowo zakazane. Niemieckie władze administracyjne i sądowe rozumiały dywersyjną funkcję rytmicznej muzyki, która osłabiała morale niemieckiego żołnierza. Jeden z nich pisał o tym, jak na froncie wschodnim w czasie nocnego dyżuru słuchał muzyki tanecznej: „Nagle usłyszałem głos 'Pana Atlantyka’ (…) Muzyka była tak dobra, że wszyscy o tym mówili i wkrótce radiostacja miała swoich zwolenników w całej dywizji. Po odwrocie zdezerterowałem”. Żołnierz niemiecki nie mógł się oprzeć dywersyjnemu działaniu brytyjsko-amerykańskiej muzyki tanecznej i zdezerterował! Rozgłośnie GS1, Atlantik, Wehrmachtssender Nord toczyły rytmiczną wojnę totalną. Anglosaska muzyka przeplatana była muzyką niemiecką i wiadomościami. Było to robione tak zręcznie, że słuchane było po obu stronach frontu. Taka jest funkcja nowego radia: program musi być rozrywkowy do tego stopnia, żeby słuchany był zarówno przez wrogów, jak i przyjaciół. Muzyka taneczna przeplatana krótkimi seriami wiadomości staje się receptą na sukces we wszystkich prywatnych stacjach radiowych w okresie powojennym. W latach 1940/41 działało 20 brytyjskich radiostacji, które udawały, że nadają na kontynencie. Jedynym i najważniejszym celem było zdobycie jak największej ilości słuchaczy. Im więcej słuchających upajało się muzyką taneczną (muzyką pop), tym więcej było żołnierzy niezdolnych do walki i dezerterów. Po wojnie media zastępują wojnę. Ciągły ogień mediów dociera w postaci anonimowego rytmu z odległych sfer do mieszkania konsumenta.
Okres powojenny rozpoczął się totalną mobilizacją przemysłu muzycznego. Muzyka stała się ersatzem wojny. Huraganowy ogień opuścił dawne linie frontu, aby powrócić w postaci dźwięków nadawanych przez radio. Bomby zamieniły się w płyty gramofonowe. Tak jak niegdyś zastygli w okopach alianccy i niemieccy żołnierze oczekiwali śmierci przygwożdżeni przez siłę bombardowań, tak po 1945 roku młoda generacja konsumowała bomby, którymi obrzucał ją przemysł płytowy. Młodzi ludzie są przygwożdżeni potęgą rytmu. Jednocześnie muzyka pop pozwalała młodym protestować i być w opozycji, ale przemysł płytowy, ten prawowity i po części całkiem rzeczywisty następca przemysłu zbrojeniowego zarabiał krocie na tym „oporze” młodzieży. Muzyka pop pozwalała być przeciw państwu, przeciw rodzinie i konsumpcyjnemu społeczeństwu – była rytmiczną wojną młodzieży. Prywatne akcje oscylują między rockiem a przemocą. Wokół radioodbiorników i telewizorów, na łąkach Woodstock całego świata formują się oddziały młodzieży do tanecznego protestu przeciw nieznanym wrogom.
Mass media są mobilizacją każdego odbiorcy. Każdemu jego rewolucję, jego zaspokojoną przyjemność z martwych, bo wyczerpanych dyskotekowym basem ciał. W stroboskopowej burzy i pod laserowym ogniem dyskotekowych reflektorów realne ciało umiera spalając się na anonimowym parkiecie tanecznym – w Berlinie, Nowym Jorku czy Hiroszimie. Pewien uczestnik swingowej party tak relacjonuje początki: „Noc 30 czerwca 1934 roku. Ciepła, letnia noc. Jadłem kolację wraz z reżyserem Hansem Wolffem w ogrodowej restauracji na dachu hotelu Eden. Wszyscy pili szampana; było pełno ludzi, panował pełen wyczekiwania nastrój kryzysu i końca. Orkiestra cały czas grała przeboje, ludzie tańczyli z rozgorączkowanymi twarzami. (…) Potem tusz, orkiestra zamilkła i radio nadało komunikat specjalny: 'Właśnie zastrzelony został Obergruppenführer SA Ernst’. Tańczący ludzie tylko przez chwilę stali nieruchomo, potem muzyka zabrzmiała znowu i tańczono dalej. Potem znowu tusz – informacja specjalna – ponownie mord. I znowu tango. To powtórzyło się kilka razy”. Taniec-śmierć-taniec-śmierć – to trwa nadal, w dyskotekach i przed gramofonami całego świata – taniec i śmierć. Każdemu jego prawo do ciała zabitego uderzeniem rytmu. Nowoczesne linie frontu straciły topograficzny ład. Post-modernistyczne doniesienia z frontu to listy przebojów, które układano już w czasie II wojny światowej.
Słuchacz – odurzony konsument stoi przy końcówkach wielkiej propagandowej maszynerii, która dostarcza mu radosnego doznania Czegoś Innego, zaspakaja jego tęsknoty pozbawiając go czasu wolnego i pieniędzy. Niepostrzeżenie post-modernistyczna wojna osiągnęła gigantyczne wymiary – branża muzyczna obraca miliardami dolarów. Podczas gdy Pentagon wysyłał amerykańskich fanów rocka do Wietnamu, firma RCA robiła interesy zarówno na produkcji dla armii, jak i na produkcji protest-songów. Jednak muzyka pop i wojna konkurowały ze sobą, i konkurencję tę rozstrzygnął na swoją korzyść przemysł medialny. Ostateczne poskromienie ostatnich wrogów rocka w Iraku i innych państwach islamskich jest jeszcze przed nami. Ale muzyka pop wygra. Nie oznacza to, że amerykańscy żołnierze będą zawsze po stronie wiecznych zwycięzców. Operacja ”Wietnam” zakończyła się klęską, bo amerykańscy żołnierze nie wytrzymali rzeczywistej walki w dżungli przeciwko dywersyjnej konkurencji muzyki pop i LSD. Przyjemność, jaką dawała im rzeczywista wojna, zanikła pod wpływem stałej konsumpcji muzyki pop i narkotyków. I to muzyka pop podniosła całą generację z psychicznej klęski wypychając młodych ludzi na duchowy front w Woodstock i gdzie indziej. Dzięki zwiększonej dawce muzyki i haszyszu hipisi osiągnęli to samo upojenie co młodzi ludzie wyruszający na front w 1914 roku. Muzyka pop stała się ersatzem wojny.
W latach 60-tych rozpoczęły działalność rozgłośnie pirackie nadające wyłącznie muzykę pop przerywaną krótkimi seriami wiadomości i reklam. Na nowo ożyła radiowa wojna z okresu II wojny światowej. Tym razem jednak front nie przebiegał pomiędzy blokami państw, lecz między żyjącymi z reklam młodymi rozgłośniami, a starymi monopolami państwowymi. Dyskdżokeje stali się generałami dowodzącymi armiami złożonymi z Teens i Twens, które z entuzjazmem wykonywały udzielane im instrukcje. Wojna trwała również pomiędzy rozgłośniami: dochodziło do zamachów bombowych dokonywanych przez konkurencję. Z pirackimi stacjami wojnę prowadziło państwo: dawne Imperium Brytyjskie wysyłało siły porządkowe, aby konfiskowały pirackie statki, jeśli prądy zniosły je na wody terytorialne Wielkiej Brytanii; w 1975 roku portugalscy komandosi opanowali lizbońską rozgłośnię piracką i następnie wysadzili ją w powietrze; rząd francuski próbował użyć zagłuszarek przeciw radiu Mont Blanc. W końcu władza państwowa uległa radiowym dywersantom, główna linia oporu została przerwana, a rozgłośnie zalegalizowane. Przykładu siły muzyki pop dostarczyli stratedzy z armii amerykańskiej, którzy atakowali muzyką rockową ambasadę Watykanu w Panamie, do której schronił się obalony dyktator Noriega. Chciano w ten sposób złamać opór zarówno pracowników ambasady, jak i uciekiniera. Taktyka okazała się skuteczna.
W zakończeniu swojego artykułu Aschenbeck pisze, że radio, telewizja i płyta gramofonowa tworzą nowe logistyczne oprzyrządowanie człowieka. Współczesny człowiek uwięziony jest w sieci mediów. Dodatkowym elementem tej logistyki jest samochód. Człowiek postrzega i przeżywa świat pomiędzy muzyką pop, telewizją i samochodem. Szyby samochodu są, jak uważa Virillo, w gruncie rzeczy ekranami takimi jak ekrany telewizyjne. Elektroniczna symulacja wrażeń zmysłowych umożliwia konsumpcję tego, co na zewnątrz – według planów technologii wojennej zastosowanej w cywilnym letargu konsumpcyjnym. Dźwięk gitary basowej wyznacza początek każdego dnia. Pisarz Jörg Fauser wie jak doświadczony na wojnie człowiek zaspokaja swoje tęsknoty: „Dniało, ulice wymiotowały. W pokoju obok ktoś odkręcił wodę i długo płukał usta, potem włączył radio, tak jak ludzie na całym świecie, gdy idą na pierwszą zmianę, katastrofy, pop, bankructwa, pop, wojna, pop”. Radosny wędrowiec romantyków znalazł się znów na ulicach, które zwymiotowały, przygwożdżony rytmem muzyki rockowej.
WIELKA BRYTANIA
REVOLUTIONARY CONSERVATIVE
W 2 numerze czasopisma narodowego skrzydła Torysów Jonathan Bowden wzywa do poniechania zbrojnej interwencji brytyjskiej w Bośni. Cóż bowiem krajom europejskim i Stanom Zjednoczonym wydaje się, iż osiągają wtrącając się do tego konfliktu? W pewnym zakresie pragnienie interwencji występuje z przyczyn humanitarnych, które łatwo zrozumieć – to typ liberalnego imperializmu, któremu zwłaszcza clintonowski Biały Dom na pewno się nie oprze. Lecz obecność wojsk zachodnich jest niewątpliwie niewypałem. Po pierwsze, obecność ta ma przede wszystkim chronić bośniackich muzułmanów, podczas gdy jasnym być powinno, iż nie ma w Europie miejsca dla islamu. W takim kontekście czystki etniczne w rodzaju tych przeprowadzanych przez Serbów są całkowicie zrozumiałe, chociaż z pewnością nie sposób przystać na masakry poddającej się ludności – etnicznie europejskiej zaś muzułmańskiej ze względu na przypadek historii (Imperium Otomańskie). Tymczasem powinna ona być siłą nawrócona na katolicyzm bądź prawosławie tym sposobem, w jaki inne grupy religijne były nawracane siłą w wyniku niezliczonych europejskich wojen. W każdym razie nie mają nic tam do roboty wojska brytyjskie.
Ten sam autor analizuje obecny stan monarchii w Wielkiej Brytanii. Największym dlań niebezpieczeństwem są według niego nie tyle zawzięci republikanie z Partii Pracy ile powszechna apatia i na swój sposób posępna utrata poparcia. Dorasta młodsza generacja, której nigdy nie uczono, by na monarchię spoglądać z szacunkiem i która uważa ją za niemal bezużyteczny anachronizm lub za coś pozbawionego znaczenia. W niczym to nie przypomina ślepej lewicowej nienawiści do tej instytucji, to jedynie obojętność- najgorsza forma nienawiści. Aby przywrócić monarchii odpowiednie dlań znaczenie trzeba wychować następne pokolenie rodu królewskiego nie w oczekiwaniu na romans z partnerem swego wyboru, lecz przygotowując je do życia pełnego poświęcenia, służby, samozaparcia i patriotyzmu. Je- dynie powrót do bojowej i nieegalitarnej formy monarchii sprawi, iż instytucja ta nie będzie w przyszłym stuleciu pozbawiona sensu.
„Uwaga, niebezpieczeństwo!!! – Michał Jackson. Syntetyczny humanoid w akcji!!!”– taki tytuł nosi tekst Johna MacLaughlina, zastanawiającego się nad zjawiskiem „podskakującej gwiazdy rocka, która jest krzyżówką między mulatem-transwestytą, a potworem Frankensteina”. Zdaniem autora człowiek ten zdaje się cierpieć na coś, co może być nazwane duchową formą AIDS – jest on pozbawiony wyraźnej rasy, płci oraz rodzaju. W pewnym sensie Jackson reprezentuje nieokreślony typ metafizycznej brzydoty, nędzny stan pośredni między różnymi formami. Jedynym jednak zagrożeniem płynącym z jego muzyki jest zagrożenie dla psychicznego zdrowia słuchacza, którego Jackson wciąga do jedynej w swym rodzaju bezkulturowej formy kultury. Nie ma ona początku ani końca, nie ma poczucia triumfu ani perspektywy tragedii ani świadomości tego, kiedy powinna się zatrzymać. Jest to mocno usyntetyzowana i technicznie nienaganna pustka, muzyczny odpowiednik gumy do żucia, coś co pozwala zająć czas między myślami.
Wydanie „przeglądowe” przynosi natomiast tekst Deklaracji Oksfordzkiej, podsumowującej dokonania brytyjskiej skrajnej prawicy na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci oraz wskazującej na kierunki dalszych działań. Część historyczna koncentruje się głównie na wzlocie i upadku Frontu Narodowego w latach 70-tych. Konkluzje zawierają ocenę, iż w warunkach brytyjskich działania poza obrębem Partii Konserwatywnej jeszcze długo nie będą mieć większego praktycznego znaczenia. W tej sytuacji należy dążyć do tego, by Torysi zdobyli sobie pozycję nie tyle klasycznej partii rywalizującej o władzę, ile – idąc za przykładem Japonii i Meksyku – jedynej liczącej się partii, praktycznie elitą zarządzającą państwem. Wówczas kluczową staje się rywalizacja frakcji wewnętrznych i pojawia się szansa dla prawicy, o ile tylko przedstawi ona ideową alternatywę łączącą część członków partii oraz osoby spoza niej i o ile będzie potrafiła zyskać wpływy w instytucjach partyjnych różnych szczebli – przede wszystkim wśród parlamentarzystów, wśród których już dziś około dwudziestu pozostaje w otwartej opozycji wobec linii p. Johna Majora. Dodać należy, iż autorzy Deklaracji wymieniają dwa odcienie partyjnej prawicy kontestującej obecne kierownictwo Partii Konserwatywnej – prawicę libertariańską (post-Thatcherowską) oraz autorytarną (która rów-nie dobrze mogłaby być określona jako nieliberalna, nacjonalistyczna bądź patriotyczna) i nie ukrywają swe-go oddania sprawie tej ostatniej.
FINAŁ CONFLICT
Wydawcy tego przeznaczonego głównie dla młodzieży pisma określają się jako nacjonaliści i utrzymują, iż jest ono niezależne od jakiejkolwiek organizacji, choć redakcyjnie popiera International Third Position. „Telewizja – wróg we własnym domu” to tekst o telewizji sączącej destrukcję wartości normalnej rodziny. Coraz więcej osób wręcz uzależnia się od popularnych seriali – oper mydlanych, zaś postacie w nich występujące stają się nieomal realne dla telewidzów, którzy coraz bardziej wciągają się w wydumane i naciągane fabuły nie zwracając uwagi na to, co dzieje się w ich własnych rodzinach i sąsiedztwach. Seriale owe mają regularne okresy dramaturgii (ponieważ jak wiadomo prawdziwe życie jest po prostu zbyt nudne) a widz często raczony jest ciążami nieletnich, „stosunkami’ homoseksualnymi, rasizmem etc. Oczywiście ma on odczuć, iż aborcja, homoseksualizm i mieszanie ras są nie tylko akceptowalne, ale i moralnie słuszne podczas gdy ci, którzy się temu sprzeciwiają są złymi maniakami wymagającymi zamknięcia w obozach bądź masowej zagłady. Cóż jeszcze serwuje nam telewizja? Wybiórcze serwisy informacyjne zalewające widzów masą nieistotnych dla nich wiadomości i odwracające uwagę od spraw istotnych i bliskich, szeroką gamę pół-pornograficznych filmów, reklamy promujące marne produkty, które bez telewizyjnych kampanii nie mogłyby się sprzedać, niszczące mózg idiotyczne gry i teleturnieje, jak również deprawujące programy dla dzieci jak np. odrażająca, wielorasowa „Ulica Sezamkowa”. Dlatego warunkiem zachowania tradycyjnych wartości rodzinnych, zachowania społeczności, dumy narodowej i szacunku dla samego siebie jest wyrzucenie telewizora z domu. Tekst opatrzony jest rysunkiem i adekwatnym doń podpisem: „włączasz to pudełko, wyłączasz umysł”. Henry Llewelyn zwraca z kolei uwagę na problem zarażania się heteroseksualnych białych AlDS-em od homoseksualnych pracowników służby zdrowia, np. dentystów. Prócz tego recenzje książek, płyt i koncertów.
FOURTH WORLD REVIEW
To regularnie ukazujące się czasopismo ma format zeszytowy, nosi podtytuł „W imię małych narodów, małych społeczności i ducha ludzkiego”, ma profil nowoprawicowo-ekologiczny. Numer 62 w znacznej części poświęcony jest zmarłemu niedawno pisarzowi Leopoldowi Kohrowi, który zyskał sławę jako autor dzieła „Upadek Narodów”. Powstało ono w 1957 roku, w czasach Zimnej Wojny, gdy powszechne zaczęły być marzenia o wzmocnieniu Narodów Zjednoczonych czy wręcz powołaniu rządu światowego, który miał zapewnić światu pomyślność i pokój. Tymczasem Kohr wyłożył w swej pracy tezę dokładnie przeciwną wyszedłszy z założenia, iż zasadniczym czynnikiem sprawności władzy nie jest jej ideologiczne oblicze, często zresztą powierzchowne, lecz jej rozmiary. Dla przykładu – Wielka Brytania jest zdaniem Kohra o wiele za duża, by rządzić nią efektywnie, dlatego nawet rządy konserwatywne nieuchronnie prowadzą politykę kolektywistyczną. Mimo wyznawania filozofii indywidualistycznej nie mogą one jej zastosować w sposób, w jaki czyni się to – dzięki małej powierzchni kraju – w Szwajcarii i Singapurze. To samo można powiedzieć o sporach tyczących wolnej ekonomii. W skali masowej indywidualizm po prostu zanika, mała prywatna knajpa zastępowana jest przez kolektywistycznego McDonalda. Wówczas zaś traci sens rozróżnienie między własnością prywatną a publiczną – dla konsumenta nie ma już żadnej różnicy. Kohr przytacza zresztą przykłady nieporadności wielkich państw oraz materialnej i duchowej prosperity małych, jak np. włoskich miast epoki Renesansu. Szwajcaria nie jest dziś dobrze rządzona dlatego, że jest bogata – jest bogata ponieważ jest dobrze rządzona. Jest zaś dobrze rządzona gdyż jest mała i mimo to podzielona na samorządne kantony. Kohr zapytuje, czy przeprowadzona zostanie tak potrzebna eliminacja wielkich mocarstw i udziela sobie i czytelnikom krótkiej odpowiedzi: “nie”. Redakcja najwyraźniej nie może pogodzić się z tak brutalnym werdyktem i zaleca ruchom regionalistycznym korzystanie z przemyśleń autora “Upadku Narodów”.
Numer zawiera również okolicznościowe przemówienie wygłoszone w 1981 roku na cześć Kohra przez Jane Seymoura, który wysuwa tezę, iż rząd administrujący całym światem byłby nieuchronnie rządem despotycznym, przy którym „1984” Orwella jawiłby się niczym bajka dla dzieci. Seymour wyznaje, że mieszka w kraju, nazywającym siebie wielkim, ale który w jego opinii był naprawdę wielki zanim liczba jego mieszkańców osiągnęła osiem cyfr. Anglia wydała światu mnóstwo wybitnych poetów, dramatopisarzy, prozaików czy naukowców podczas gdy trudno wymienić choćby jednego wybitnego poetę brytyjskiego. Wtłoczenie małych europejskich państw i księstw w tzw. państwa narodowe okazało się katastrofą. Doprowadziło to do państw policyjnych i bezlitosnych dyktatur, wzajemnego strachu i nieufności oraz najbardziej brutalnych wojen, które mogą się również zdarzać w świecie małych państw, ale wówczas są to wojny małe i krótkie. Wraz z małymi państwami zmiecione zostało wiele z bogactwa, różno-rodności i radości życia. Chwalącemu samorządny Salzburg Kohrowi zwrócono kiedyś uwagę, że przecież całe to bogactwo miało miejsce, gdy Salzburg był częścią potężnego imperium, na co on odparł: „Ah! Ale było to rozpadające się imperium! Nie czyniło dużo szkody wielu drobnym państewkom, którymi miało rządzić. Nie próbowało zniszczyć ich języków i kultur, ani nie wtrącało się do ich handlu. Działały one tak, jakby ono nie istniało”. Na koniec jeszcze dwa inne cytaty tego autora: „Jeśli chcemy wyeliminować poziom przestępstw z Chicago, to nie powinniśmy edukować Chicago, ani też zaludniać go członkami Armii Zbawienia. Musimy wyeliminować społeczności wielkości Chicago”’; „Postęp miał zmienić każdą służącą w panią domu, a zamiast tego zmienił każdą panią domu w służącą”.
AUSTRALIA
CATHOLIC
Numer majowy (131) otwiera artykuł O. J. McDonnella – „Osiem punktów do rozważenia. Osiem rzeczy, których nie uczył nas Kościół przed Vaticanum II”. Chodzi rzecz jasna o przypomnienie truizmów, które skutecznie przemilcza się i przekłamuje od czasów pamiętnego soboru. A są to kolejno: 1. Sam papież może być źle poinformowany i przestraszony. Jest on specjalnym celem, a nieomylność papieska nie zwalnia nikogo z potrzeby czuwania. 2. Kościół ma wrogów, tak wewnętrznych jak i zewnętrznych, pragnących jego podminowania i zniszczenia. 3. Nowoczesna nauka Pisma Świętego nie osiągnęła sukcesu w dyskredytowaniu Nowego Testamentu. 4. Ewolucja jest czystą fikcją naukową. 5. Moderniści są najbardziej niebezpiecznymi heretykami i jako tacy muszą być zwalczani. 6. Wiara Katolicka jest jedyną Religią objawioną przez Boga i żadna inna niż ta Jego własnego Syna nie będzie Mu miłą. 7. Święta Ofiara Mszy jest Świętym Sercem i życiem Kościoła. 8. Neutralność jest iluzją i mitem.
Zaraz na następnej stronie artykuł redakcyjny – „Rzym kapituluje znowu. Ministrantki są teraz OK”. Redakcja ubolewa nad najnowszą decyzją Rzymu i przypomina o instrukcji Inaestimable Donum z 17. IV. 1980 r., w której Jan Paweł II przypominał o normach odnoszących się do liturgii i tego rodzaju praktyk m. in. zabraniał. Co prawda rzecznik stolicy apostolskiej dr J. Navarro-Valls posłużył się terminem „reinterpretacja”, lecz jak zauważa Catholic „cały kodeks prawa kanonicznego mógłby zostać ewentualnie przeinterpretowany”. Jak to jest możliwe – zapytuje „Catholic” – że na przykład kardynał Ratzinger lamentuje o odwróceniu ołtarzy a jednocześnie daruje najnowszą trawestację kodeksu? Nie, nie jest to wielki problem dla tych, którzy dzierżą tradycję, ale jest to znaczny problem dla tych, którzy twierdzą, że są “konserwatystami”, dla tych którzy broniliby każdego posunięcia i każdej decyzji człowieka, który jest następcą św. Piotra. Co oni powiedzą? Co wydawcy „Wanderera”, „Christian Order”, „Fidelity” (oba z USA i Australii) AD 2000 i inni będą mieli do powiedzenia? A co organizacje w rodzaju „Catholics United for Faith” i różne stowarzyszenia Ecclesia Dei na całym świecie? Czekamy z wielkim zainteresowaniem.
W środku numeru o nowych atakach koncyliarystów na funkcjonowanie Bractwa Św. Piusa X na Filipinach. W bloku wiadomości informacja o zezwoleniu przez biskupa Mogale Paula Nkhumishe na ubieganie się przez księdza Mkhatshwę o godność poselską w RPA z ramienia ANC, o watykańskich obchodach holokaustu, które swą obecnością uświetnili(?) JPII i naczelny rabin Rzymu Elio Toaff, podczas których po raz pierwszy w Watykanie popłynęła modlitwa Yom Kippur, oraz o wyrażeniu przez Watykan zgody władzom komunistycznego Wietnamu na mianowanie biskupów, co w perspektywie wzmocni tendencjo władz chińskich w tym samym kierunku. Obok informacja o powrocie papieża do 14 stacji Drogi Krzyżowej (przeciwieństwem jest uznawanie tylko tych wymienionych w NT – red.) oraz intrygująca wzmianka o niezwykłej instrukcji Pontyfikalnej Komisji Biblijnej, zgodnie z którą eksperci winni „unikać takich tłumaczeń Pisma Świętego, które mogłyby sprowokować, lub wzmocnić niechętne nastawienie wobec narodu żydowskiego”. Inno dyrektywy to „korekta pewnych prądów interpretacyjnych, które nacechowane są usprawiedliwieniem dominacji mężczyzny nad kobietą”. Wewnątrz redakcja kontynuuje problem ministrantury kobiet, przedrukowując odpowiedź, jaką wystosowała Święta Kongregacja Kultu Bożego w 1984 w tejże kwestii. Stanowi ona wyraźnie, iż: „Kobietom nie wolno służyć do ołtarza”, obejmuje to „Wszystkie funkcje ministrantury”, a także niesienie krzyża, infuły.
W numerze czerwcowym zwraca naszą uwagę artykuł poświecimy przepowiedniom św. Malachiego, przepowiedniom pochodzącym z XII wieku, a poświęconym papieżom. Święty Malachi każdemu sukcesorowi św. Piotra poświęcił kilka zdań i opatrzył każdy pontyfikat krótką nazwą. Jan Paweł I to „De medietate lunea”, a Jan Paweł II „De labore solis”. Co najciekawsze w tym to fakt, że zgodnie z przepowiedniami irlandzkiego mnicha niewiele, bo tylko dwa pontyfikaty oddzielają nas od końca świata („Gloria olivae”, który nastąpi po obecnym i ostatni „Romanus Petrus”, który „paść będzie trzodę między wieloma nieszczęściami, po których miasto na siedmiu wzgórzach będzie zniszczone, a straszliwy Sędzia będzie sadził ludzkość’). Intrygująco jawi się też artykuł „Was John XIII really a Pope”, w którym Robert Bergin opisuje wolnomularskie powiązania Jana XXIII. Tenże miał być inicjowany jako nuncjusz apostolski w Stambule, a później aktywnie uczestniczyćw pracach lożowych w Paryżu, gdzie też udaremniał wysiłki antymodernistyczne, jak też miał pozytywny afekt do lewicy jako takiej. Autor stawia też tezę o nieważności wyboru Jana XXIII (formalny heretyk), oraz IISW („sobór rabusiów”).
Serwis informacyjny wylicza wzniesiony w Płocku najwyższy na świecie pomnik papieża (czy to już jest papolatria? – przypis redakcji), spadek liczby cudów w Lourdes, powództwo wniesione przez rabina Weissa w Seattle przeciwko kardynałowi Glempowi oraz przygotowywany przez Watykan dokument traktujący o holokauście. Zdaniem rabina Davida Rosena „w tekście Kościół przechodzi głęboki sprawdzian sumienia i żałuje”. Z kolei kardynał Edward Cassidy stwierdził „Obiecaliśmy naszym żydowskim przyjaciołom, że spróbujemy stworzyć dokument, który z katolickiej strony będzie mówił o Shoah i potępi wszelkie formy antysemityzmu”. Dalej informacje o długo oczekiwanej angielskiej wersji nowego katechizmu, która wyszła w maju, potwierdzeniu przez papieża zakazu kapłaństwa kobiet, zabójstwie kapłana i zakonnicy w Algierii, konwersji na katolicyzm matki Lady Di, oraz dość niezwykłe wyniki sondażu przeprowadzonego wśród przełożonych generalnych żeńskich zgromadzeń zakonnych. Przeorysze domagają się od Kościoła zasadniczych zmian, a mający się odbyć w październiku synod jest „idealną okazją do zgłębienia ewangelicznych dróg i motywów dla pełnego włączenia kobiet do ról kierowniczych i do liturgicznych w Kościele (ecclesiastical ministries)”. Dowiadujemy się dalej, iż “mała liczba kobiet w procesie podejmowania decyzji jest nieszczęściem”, a ‘pierwszym krokiem mogłaby być obecność kwalifikowanej kobiety w ważnym wydziale rzymskiej kurii”. Niektóre zakonnice ubolewają też, albowiem męska hierarchia kościelna była „nieczuła wobec religijnego życia kobiet”, co implikuje „absolutną konieczność teologicznej refleksji”. Innym problemem, który niepokoi mniszki to ekskluzywizm języka kościelnego.
Numer lipcowy otwiera artykuł pod znamiennym tytułem „Czy papież ma jakąkolwiek realną władzę?”, przypominający, iż Kościół jest monarchiczny, nie demokratyczny. W odróżnieniu od tych, którzy nie lubili Kościoła w przeszłości – pisze redakcja – dzisiejsi nieusatysfakcjonowani wcale nie zamierzają opuścić Kościoła i działania swe prowadzą jak najbardziej wewnątrz. „Zostają i usiłują zepsuć doktrynę, którą winni dzierżyć (…) Rzadko słyszymy o klerykach, którzy są dyscyplinowani, z wyjątkiem sytuacji przyłapania przez władze cywilne. Możemy cynicznie powiedzieć, że jedynym przestępstwem w dzisiejszym Kościele, jest dzierżenie tradycji, której zostaliśmy nauczeni, szczególnie Starej Mszy”. Po zaakceptowaniu ministrantek kolejną kwestią polaryzującą Kościół jest ich ewentualne wyświęcanie, czego domaga się m. in. Australian Conference of Leaders of Religious Institutes, ubolewająca, że w tej materii papież zamknął debatę. Niestety sprawy zaszły tak daleko – pisze ”Catholic” – iż „nawet jeśli papież spróbowałby sprowadzić złe rzeczy na dobrą drogę, przegrałby, gdyż nie ma poparcia”. Artykuł kończy konkluzja, że jedyną grupą w Kościele na którą JPII może liczyć jest Bractwo św. Piusa X. Obok artykuł pt. „Telewizja – głos Antychrysta”, który wiernie odzwierciedla obraz emitowanych programów. Z całości najbardziej spodobało się nam określenie, iż „podłączenie domu do telewizji kablowej jest jak otwarcie kranu ze ściekami”.
W serwisie informacyjnym informacja o odrzuceniu przez hiszpańskich benedyktynów oferty nagrania kolejnej płyty z chorałami gregoriańskimi, po kasowym sukcesie pierwszego ich krążka. Mimo oferowanych im przez EMI blisko siedmiu milionów $ nie zgodzili się, tłumacząc to koniecznością modlitwy. Dalej wiadomość o przyjęciu przez parlament francuski ustawy zakazującej zachodzenie w ciążę kobietom po klimakterium (?), jak też zaproszenie papieża do odwiedzenia Tajwanu, które wobec intensywnych pragnień Watykanu ocieplenia stosunków z Chinami, ma niewielkie szanse realizacji. Serwis informacyjny wylicza również liberalizację prawa aborcyjnego w Polsce oraz studium Pontyfikalnej Akademii Nauk w Rzymie, w myśl którego istnieje potrzeba ograniczenia limitu populacji, by uniknąć „nierozwiązanych problemów”. Jakkolwiek nie proponuje się jeszcze żadnych konkretnych środków, by cel ten osiągnąć, samo w sobie jest to już wystarczająco przerażające. Notatka wspomina w związku z tym o zdystansowaniu się od studium Radia Watykańskiego – „Nauka może mówić wspaniale rzeczy o człowieku, lecz oczywiście nie ma ona ostatniego słowa”. Z kolei, dowiadujemy się, że ojciec Francisco Gatti został zdyscyplinowany przez swego biskupa za zbyt szybkie odprawianie Mszy. Wspomniany ksiądz nie zdołał osiągnąć wymarzonego celu – ponownego znalezienia się w Księdze Guinnesa, a to z tej przyczyny, iż ponad dziewięciominutową Mszą (?), nie pobił swego wcześniejszego pięcio i półminutowego rekordu.
Na koniec obszerny tekst poświęcony czerwcowemu Konsystorzowi Kardynałów, na którym papież wzywa Kościół do przyznania się do swych historycznych błędów. „Tylko odważne uznanie błędów i omyłek, za które chrześcijanie byli w jakiś sposób odpowiedzialni i twarde postanowienie poprawy, może pomóc poprowadzić Kościół w trzecie millenium”. Kościół powinien – czytamy – uznać „czarne karty swej historii”. Memorandum zapytuje – ”Jak można milczeć o wielu formach gwałtu Trybunałów Inkwizycji i innych form gwałcenia praw osoby”. Co intrygujące to fakt, iż projekt spotkał się z nieprzychylnym przyjęciem kardynałów, zwłaszcza anglojęzycznych, którzy stwierdzili, iż bardziej palącym problemem jest przyjrzenie się moralnemu upadkowi świata, zachęcając JP II, by raczej skoncentrować się nad „Wielkim duchowym ubóstwem” współczesnego świata. Papież planuje też bezprecedensowe spotkanie chrześcijan, żydów i muzułmanów w roku 2000 na górze Synaj.
FRANCJA
ITINERAIRES CHRONIOUES ET DOCUMENTS
„Drogowskazy, Kroniki i dokument” to redagowany przez Jana Madirana (związanego jak wiadomo z „Present”) kwartalnik reprezentujący katolicką Francję i to, co było w niej najlepszego czyli jasność spojrzenia i szerokie horyzonty myślowe. Nie trzeba dodawać, że redakcja mieści się w Paryżu. Jednakże ciekawe rzeczy dzieją się nie tylko nad Sekwaną. Jerzy Laffly zauważył w 12 numerze z zimy 92-93 r., że na południu Francji mamy do czynienia ze zjawiskiem, które można nazwać „Powrotem katarów”. Co prawda autor opatruje tytuł znakiem zapytania, ale z tekstu wynika, że problem bynajmniej nie jest wyssany z palca intelektualisty. Potwierdza to świadectwo pisującego w „Le Figaro” Jana Cau, który uważa się za potomka katarów, ukształtowanego przez profesora liceum w Carcassonne Ireneusza Nelli. Ten ostatni uważany jest za głównego przedstawiciela sekty. Powstała ona, czy też odnowiła się ona, jak kto woli (w noc poprzedzającą ostateczny szturm krzyżowców na ostatni bastion katarski Montsegur trzech albigensów miało spuścić się na linach i pracować w ukryciu, aby herezja nie zginęła ze szczętem) po 1968 r., kiedy to nastała moda na Okcytanię z jej oryginalnym językiem i przeszłością. (Przypominamy, że na łamach „Stańczyka” było onegdaj recenzowane wychodzące po prowansalsku pismo „L’Occitan” – red.). Dziś na południu możemy posilić się w „katarskiej oberży”, która bynajmniej nie jest wegetariańska. Wegetariański natomiast (choć radykalni weganie z tym by się nie zgodzili) był sprzedawany kilka lat temu „camembert Montsegur”. Niedaleko ostatniej reduty albigensów wznoszą się wieże i domy Tuluzy – rodzinnego miasta Rajmunda Abellio. W swojej książce „Un Faubourg de Toulouse” twierdzi on, że miasto to znajduje się na przeciwstawnym wobec Paryża i Rzymu biegunie. W opozycji do tych dwóch ośrodków kształtowały się według Jana Cau cztery pokrewne duchowo formacje: katarzy, protestanci, jakobini i ludzie lewicy. Twierdzi się, że w XI wieku Południe reprezentowało to wszystko, o co heretycy różnej maści walczyli przez stulecia: było feministyczne, demokratyczne i tolerancyjne. Zniszczyła je stworzona na tę okoliczność inkwizycja, stworzona do walki z cywilizacją śródziemnomorską. To jest wersja mitotwórcza. P. Laffly przypomina zatem, źe rzekomo tolerancyjni ludzie hrabiego Tuluzy zamordowali w 1208 r. w pobliżu Saint-Gilles papieskiego legata Piotra de Castelnau, a poprzednio wiele razy zachowywali się agresywnie wobec świętego Dominika. Śmierć papieskiego wysłannika stała się bezpośrednią przyczyną podjęcia decyzji o krucjacie.
Jeżeli chodzi o trubadurów, to też nie było to zjawisko specyficznie langwedockie. Pierwszym trubadurem był hrabia Poitiers Wilhelm IX. Poitiers leży bliżej Loary niż południowych rzek Garonny czy Aude. Piszący w języku nowoprowansalskim Karol Maurras zaliczył dialekt Poitiers do langue d’oil, co oznacza, że nie można go podciągnąć pod południowy langue d’oc. Wnukiem pierwszego trubadura była zawłaszczona przez prowansalską legendę Eleonora Akwitańska. Opisany przypadek dowodzi, że nieprawdziwą jest lansowana teza o cywilizacyjnym zacofaniu Północy w porównaniu z kwitnącą przed wyprawą krzyżową Langwedocją. P. Laffly jest przekonany, że w owym okresie intensywny rozwój gospodarczy i kulturowy miał miejsce w Paryżu, Szampanii, Flandrii i Nadrenii. W tej sytuacji nie należy się dziwić, że główne skupisko trubadurów znajdowało się w Akwitanii, czyli daleko od Morza Śródziemnego, a pieśni swoje wykonywali oni w dialekcie z Limousin. Dworska miłość nie wywodzi się bynajmniej z Tuluzy, gdzie miała rozkwitnąć pod wpływem arabskich poematów, ale, jak dobitnie widać to na przykładzie „Tristana i Izoldy”, narodziła się w zachowującej celtyckie tradycje Bretanii. Herezja katarska nie ma tutaj żadnych osiągnięć. U albigensów kobiety były wykluczone z hierarchii religijnej i nie mogły wygłaszać kazań. Co do okcytańskiej demokracji, to Ferdynand Lot stwierdza jednoznacznie, że Południe było arystokratyczne, a tendencje prodemokratyczne występowały raczej w bogacących się miastach północnej Francji. Wreszcie wypada stwierdzić, że zasięg oddziaływania sekty był stosunkowo niewielki. Mówi się o Południu (Midi), ale przecież Prowansja pozostała katolicka, a Montpellier w niewielkim stopniu zostało dotknięte herezją. Zresztą w krainie katarów w wiekach XIII-XV buduje się mnóstwo kościołów, co świadczy, że był to ruch w zasadzie elitarny, a masy pozostały wierne Rzymowi. Widzimy więc, że legenda katarska nie ma specjalnego pokrycia w faktach. Jest tworzona przez współczesnych barbarzyńców, konfabulujących sobie przodków na swoją miarę.
Zostawiamy albigensów wraz ze starym Kontynentem i przemierzamy Atlantyk, aby wraz z Janem Dumontem zastanowić się nad „Ewangelizacją amerykańskich Indian”. Wielkie zasługi w tym dziele położyła Izabella Kastylijska, która pod wpływem brata Bartłomieja Las Casas nakazywała traktować Indian łagodnie i używać wszystkich środków, aby uczynić ich szczęśliwymi. Pieniądze wydawane w każdej dekadzie na chrystianizację Ameryki pozwoliłyby wystawić Niezwyciężoną Armadę. Papiestwo nie interesowało się specjalnie pozyskiwaniem dla Chrystusa nowego kontynentu, |ponieważ Aleksander Borgia i Juliusz II pogrążeni byli po uszy w rozmaite afery korupcyjne. Dopiero Paweł III poszedł w ślady Izabeli. Tymczasem na zachodniej półkuli ewangelizacja była w dużej mierze dziełem świeckich. W Peru 6 ludzi żyjących w „wieku religijnym”, który nastał po konkwiście, doczekało się kanonizacji. Spośród tej szóstki czworo było laikami. W Hiszpanii ostatnio grupa uniwersyteckich laików postanowi dokonać dzieła reewangelizacji Peru, wzorując się na postępowaniu Franciszka Pizarro. Cortez był nazywany przez franciszkanów „Nowym Mojżeszom” a hiszpańscy humaniści ogłosili go “Nowym świętym Pawłem”. Mniej znany hiszpański centurion Rodryg de Rio zasłużył się tym, że w pokojowy i chrześcijański sposób opanował Nową Baskonię czyli północny Meksyk. Swój udział w szerzeniu wiary mieli też tubylcy. Brat cesarza Huascara inkaski książę Paweł założył cztery szkoły katechetyczne. Przybyły z Europy Kościół zawarł sojusz z rodzimymi kulturami.
Niekatolicki pisarz Józef Arguedas potwierdza, że katolickie hymny i modli języku keczua stanowią fragment literatury w tym języku na równi z ludowymi pieśniami i mitami. Warto wiedzieć, że hiszpański król nakazał, aby mający działać wśród Indian księża wykazali się najpierw znajomością ich języka. Efekt jest taki, że angielski protestant Toynbee uznał, iż w Ameryce Łacińskiej dokonała się modelowa fuzja dwóch cywilizacji. Wyraziła się ona na przykład w przyjęciu przez Indian kultu Dziewicy. Jej objawieniu się biednemu Indianinowi Janowi Diego jest poświęcony pierwszy literacki tekst aztecki w języku nahuatl „Nican Mopohua”. W miejscu, gdzie objawiła się Matka Boża powstało słynne sanktuarium maryjne – to oczywiście Guadalupe. W Peru pielgrzymki czerwonoskórych ciągną do Copacabany i Cocharas, gdzie oddaje się część wyrzeźbionej przez Tito Yupanqui Madonnie. W tej sytuacji nie wywołuje zdziwienia to, że peruwiańska insurekcja Tupaca Amaru II w XVIII wieku odbywała się pod chrześcijańskimi sztandarami, a w Meksyku w latach 1925-30 największy opór bezbożnym jakobinom ze stolicy stawili Cristeros czyli indiańscy Taraskowie ze stanu Michoacan. To zapewne do nich można odnieść ewangeliczne słowa o ubogich duchem, którzy zasługują na błogosławieństwo.
Pozostaniemy jeszcze na chwilę w Ameryce w pierwszym numerze trzeciej serii czy też trzeciego cyklu kwartalnika, wiosenno-letnim numerze z 1993 r. Franciszek Sambres pochyla się nad “Ameryką Południową sto lat po odkryciu” po to, aby dojść do wniosku, że w owym okresie zaczynała się już stabilizacja, ale wciąż jeszcze żywe były złudzenia dotyczące możliwości odzyskania utraconego raju dzięki ukształtowaniu nowej przestrzeni na podobieństwo dawnej. Tego samego próbowali dokonać Burowie w Afryce Południowej, dziewiętnastowieczni Francuzi w Maghrebie, Irlandczycy w Stanach Zjednoczonych i Portugalczycy w Brazylii. Ten sam autor w tekście „Nansen i CO2” przekonuje nas, że Nansen odkrywając na południe od Ziemi Franciszka Józefa słynne drzewo Gingko udowodnił, że już w odległej geologicznie przeszłości klimat znacznie się ocieplał bynajmniej nie z powodu nadmiernej emisji CO2 przez przemysł i samochody. Tym razem już inny publicysta, bo Robert Le Blanc opisuje „Haniebną parę Sartre-Beauvoir”. Hańba miała polegać na tym, że Szymona de Beauvoir jeździła samochodem z niemieckimi oficerami, a Sartre upijał się z oficerami Wehrmachtu. W tym czasie inni zajmowali się wojną domową, co bynajmniej nie czyni ich bardziej sympatycznymi od kolaboranckiej pary. Ani jedni, ani drudzy nie opisali eksterminacji Żydów. Może to i lepiej, biorąc pod uwagę, że we Francji bywały już przypadki sympatycznego przedstawienia siepaczy. Uczynił tak Balzac w „Szuanach” i jako drugi Wiktor Hugo w „Dziewięćdziesiątym trzecim”.
Na tym kończymy wątek „słodkiej okupacji” i zabieramy się do lektury drugiego zeszytu trzeciej serii „Drogowskazów” z jesieni 1993 r. Zaczynamy od początku, czyli od artykułu redaktora naczelnego „Instalacja kłamstwa”. Jan Madiran odwołuje się w tekście do Jakuba Maritaina, który w przypływie rzadkiego u niego realizmu uznał, że filozofia marksistowska stała się popularna w naszym stuleciu z przyczyn pozafilozoficznych. Gdyby nie zdobycie władzy w Rosji przez Lenina Marks byłby obiektem zainteresowania kilku profesorów, jak to się dzieje z wieloma innymi zmarłymi filozofami. Stalin podobno też był filozofem i być może z tego powodu jego wersja historii wciąż jest akceptowana przez Francuzów uwielbiających poddawać się urokowi różnych speców od myślenia. W związku z tym Francuzi powtarzają wciąż za wiernym uczniem Lenina, że marszałek Petain był zdrajcą zajmującym się głównie eksterminacją Żydów. Ponieważ Petain, Laval, kardynał Saliege i Robert Brasillach protestowali przeciwko oddzielaniu żydowskich dzieci od rodziców, stalinowska propaganda uczyniła ich odpowiedzialnymi za śmierć małych Żydów. Odpowiedzialnością obarczono również Piusa XII, rzekomo aprobującego poczynania Stalina, ponieważ szukał w nim oparcia przeciwko anglosaskiej dominacji. Stąd jego przyzwolenie dla komunistycznego terroryzmu, nasilającego się od 1943 r. we Francji. Wyczyny komunistycznej Resistance były porównywalne z tym, co wyprawiał na Węgrzech Bela Kuhn. Po wojnie przedstawiono zbrodnie jako podziwu godne heroiczne czyny. W tej atmosferze nie wywołał bynajmniej oburzenia wyrok paryskiego sądu, zakazujący powoływania się na chrzest Chlodwiga dokonany przez biskupa Ireneusza. Okazuje się, że przypominanie tego wydarzenia mogłoby pobudzać nienawiść rasową. Niedoszły ksiądz gruziński uśmiecha się zza grobu.
Znany nam już Jerzy Laffly omawia książkę Ksawerego de Planhola „Narody Islamskie”. Autor poświęca sporo uwagi porównaniu Egiptu z Irakiem. Zycie obu krajów zależy od wielkich rzek. Jednakże Egipcjanie od tysiącleci spokojnie mogą doskonalić swoje techniki irygacyjne, podczas gdy Irakijczycy są najeżdżani przez ludy, które z upodobaniem niszczą system nawadniania. Część z tych najeźdźców osiedla się następnie nad Eufratem, stąd Irak w obrębie swoich sztucznie wyznaczonych granic posiada prawdziwą mozaikę ludów. Powszechnie wiadomo, że największe zagrożenie dla spójności państwa stanowią Kurdowie i szyici. Inaczej jest w Egipcie, gdzie Koptów jest stosunkowo mało i są oni skutecznie zastraszeni przez muzułmańskich fanatyków. Egipscy chrześcijanie są bardziej zasiedziali niż przybyli z Półwyspu Arabskiego wyznawcy Allacha. Zwycięstwo tych ostatnich można więc uznać za potwierdzenie dominacji nomadów nad rolnikami. O odwiecznej opozycji między nimi pisał już Ibn Chaldun. Zwycięstwo prostych koczowników doprowadziło do tego, że w obrębie islamu nie ma pasywnych lub tolerancyjnych sekt.
Nietolerancją grzeszą również posoborowi księża we Francji i Anglii. Potrzeba było wielu starań, aby nad trumną zmarłego pisarza katolickiego Evelyna Waugh można było odmówić po łacinie Requiem. Potwierdziły się jego słowa wypowiedziane w związku z Vaticanum II: „Nie ujrzę już za mojego życia odnowionego Kościoła’. Waugh umarł w 1966 r. Gdyby żył dzisiaj również by się nie pomylił. Oprócz omówienia jego stosunku do ostatniego soboru przez Roberta Le Blanca „Drogowskazy” zamieściły również jego opinie na temat różnych ludzi i narodów. O Edycie Stein napisał, że jej konwersja była chłodna i bezosobowa. O Francuzach, że w ich oczach można odczytać poczucie winy z powodu unoszącego się w powietrzu zapachu krwi pomordowanych w ramach „oczyszczania” kraju z kolaborantów (pisane w 1952 r.). „Pustelnia parmeńska” została uznana za pierwszą powieść „psychologiczną” i budzi to zdziwienie Anglika nie znajdującego w książce Stendhala nic wspólnego z prawdziwą naturą ludzką. Twórczość Prousta i Joyce’a wydaje się E. Waugh śmieszna. Reputacja Dawida Herberta Lawrence’a jest dziełem kliki analfabetów z Cambridge. Co do Amerykanów, to żywią oni demokratyczny przesąd, że wszystko powinno się podobać wszystkim w jednakowym stopniu. Nie istnieje Amerykanin. Wszyscy on są wykorzenionymi emigrantami. Francuzi podobnie jak Jankesi, Egipcjanie i Hindusi znajdują się “u dołu drabiny”, ale uczynili to z własnej woli, porzucając swoją niegdysiejszą rycerskość. Czasem potrafią odnaleźć swoją dawną postać i wówczas potrafią być wspaniałymi misjonarzami. Wspaniale wyglądają stare francuskie restauracje. Francuskie restauracje po przeróbce to masakra. Z kolei Anglicy mają mało wdzięku. Ich kobiety są sprośne, a ich jedzenie trujące.
ECRITS DE PARIS. REVUE DES QUESTIONS ACTUELLES
Miesięcznik, ozdobiony na okładce wizerunkiem starego statku unoszącego na pokładzie średniowieczne miasto, artykułuje poglądy francuskich tradycjonalistów i rewizjonistów. Redaktor naczelny oczywiście urzęduje w Paryżu i nazywa się Ireneusz Anthon. W 555 numerze z maja 1994 r. Krystian Bourgin wypowiada się na temat „Śmierci Wielkiego Leona”. Nie chodzi tu bynajmniej o papieża, ani o bizantyjskiego basileusa, lecz o Leona Degrelle’a. Jak zaznacza autor, Degrelle umarł w trakcie procesu Touviera. Zmarły Leon dowodził podczas wojny dywizją SS „Wallonie”, a potem wygrzewał się w hiszpańskim słońcu, nie niepokojąc swoją obecnością strachliwych polityków belgijskich. W przeciwieństwie do nich posiadał on wymiar europejski – w końcu urodził się w Bouillon, naprzeciwko zamku słynnego króla jerozolimskiego Godfryda. Degrelle lubił się porównywać z przywódcą pierwszej wyprawy krzyżowej, mówiąc, że wyruszył w 1941 r. na podbój Rosji radzieckiej tak jak Godfryd onegdaj ruszył na Jeruzalem. Przed 1939 r. belgijski krzyżowiec zapowiadał, że potraktuje krajowych politykierów żelazną pięścią, bo gadają coś o wolności, podczas gdy „demokratyczne” zwyczaje są wciąż równie obmierzłe. W czasie wojny oskarżył członków belgijskiego pseudo-rządu w Londynie o to, że w skrytości ducha popierają gospodarczą współpracę Belgii z Niemcami. Następnie odwrócił się do nich plecami i wyruszył na front wschodni, gdzie drażnił antyklerykalnego Himmlera obecnością kapelana w szeregach walońskich ochotników. „Wielki Leon” umarł akurat wtedy, kiedy we Włoszech MSI odniósł spory sukces, a przywódca włoskich „neofaszystów” Fini oświadczył, że Mussolini był największym mężem stanu tego stulecia, więc czy ta śmierć nie oznacza rezurekcji – zastanawia się p. Bourgoin.
Piotr Hamau zastanawia się w jakim związku pozostają ze sobą „Chrystianizm, pogaństwo i progresizm”. P. Hamau uświadamia nam, że współcześnie dosyć popularny jest pewien prąd filozoficzny, który możemy zaklasyfikować jako neopogański. Przedstawiciele tej szkoły myślenia twierdzą, że należy odejść od europejskiej religii „lasów i źródeł” w stronę czystej „religii pustyni”. Oznaczałoby to odejście od tradycji europejskiego chrześcijaństwa, które potrafiło zasymilować wiele elementów występujących w starych religiach romańskich, celtyckich czy germańskich, gdzie czczono poza murami miast personifikacje różnych sił natury. Przecież samo słowo „poganin” pochodzi z łacińskiego „paganus” oznaczającego wieśniaka. Dzisiaj prawie już nie ma chłopów i miejscy inteligenci pragną oczyścić religię z pogańskich, czyli wieśniaczych naleciałości. I tak kult Świętej Dziewicy jest niewłaściwy, bo wywodzi się z kultu bogini-matki. Należy też usunąć procesje, bo wyrażają niechrześcijański tryumfalizm. Podobnie trzeba postąpić z rzeźbami, obrazami i relikwiami, które są idolatryczne i infantylne. Nie może się również ostać imperialna i ezoteryczna łacina. Pozostanie wymarzony przez Lutra samotny człowiek z Biblią naprzeciwko Boga. Chrześcijanin znajdzie się w sytuacji poganiacza wielbłądów zagubionego w piaskach pustyni z Koranem pod pachą, pod niebem, w którym króluje Allach.
Według reformatorów religia chrześcijańska nie potrzebuje już świeckiego ramienia Konstantyna i Chlodwiga. Nie powinna już być „filarem porządku społecznego”. Katolicyzm „koncyliarny” ma się przekształcić w jakąś sektę typu mennonitów albo adwentystów Dnia Siódmego i podążyć szlakiem przetartym przez buntownika z Wittenbergi w stronę jałowych piasków wschodu, wykąpawszy się uprzednio w brudnej wodzie progresywizmu. Pewne elementy koncyliaryzmu dostrzega też Iwo Chiron we „wspomnieniach i marzeniach” Ottona von Habsburga. Po lekturze książki ostatniego cesarza „Wspomnienia z Europy” p. Chiron dochodzi do wniosku, że Habsburga należy ustawić w jednym szeregu z nastawionymi antynarodowo Janem Monnetem i Edmundem Rotszyldem. Potomek wielkiego rodu grzeszy naiwnością, jeżeli wydaje mu się, że we Franche-Comte, Burgundii czy Lotaryngii odżyją prohabsburskie tęsknoty. Podobnie nierealny jest projekt porozumienia się ze światem islamskim i przekształcenia Śródziemnomorza w obrotową płytę świata zachodniego. Chiron wzrusza ramionami i konkluduje, że po trzynastu wiekach obecności Arabów na brzegach Morza Śródziemnego jakakolwiek „zgoda” nie jest możliwa.
W następnym numerze trudno nie zwrócić uwagi na „krótką historię Francji” pióra Krystiana Bourgoin. Dowiadujemy się (albo przypominamy sobie), że do rewolucji Francja składała się z czterech elementów – julijskiego podkładu, łacińskiej romańskości, germańskiej monarchii i arystokracji oraz spajającego to wszystko chrześcijaństwa. Rewolucja odrzuciła monarchię i chrześcijaństwo. Pozostała tradycyjna anarchia galijska pokryta romańskim pokostem. Władzę przejęli nowi panowie, spiskujący od dawna w mroku, których Karol Maurras określił mianem „skonfederowanych czterech stanów”. Potem anarchię zastępuje ersatz cesarstwa rzymskiego z pół-Włochem na tronie. Po bękarcim cesarstwie przychodzą bękarcie monarchie, niewydarzone republiki i kolejne cesarstwo bynajmniej nie wyższego lotu. Po jego upadku następna republika wprowadziła „laicką, bezpłatną i obowiązkową” szkołę po to, aby wychować sobie wyborców. Nie przyznano praw wyborczych kobietom, ponieważ obawiano się, że w zbyt dużym stopniu pozostają pod wpływem znienawidzonego kleru. Reżim utrzymuje się po I wojnie światowej i kosztem niezliczonych ofiar ludzkich odzyskuje Alzację i Lotaryngię oraz walnie przyczynia się do upadku znienawidzonego przez tajemne potęgi imperium, co kończy się katastrofą militarną roku 40. 1 wówczas częściowo odradza się stara, przedrewolucyjna Francja. Chrześcijaństwo odzyskuje należne mu miejsce, odbudowują się zakazane przez Republikę kongregacje, wzmocnieniu ulega pozycja rodziny etc. „Kolaboracja” była dobrym pretekstem, aby potępić wszystkie osiągnięcia marszałka Petaina. Dziś sytuacja jest gorsza niż kiedykolwiek. Systematycznemu zniszczeniu podlegają dwa ostatnie konstytutywne elementy Francji. Język francuski – symbol naszej łacińskości, jest głęboko chory, a galijski podkład rasowy ulega zagładzie dzięki ideologii „antyrasizmu”. Istnieje ciągle sześciokąt zwany Francją, ale pogrąża się w anarchii w której potomkowie Wercyngetoryksa mają coraz mniejszy udział.
Jeden z tych potomków Andrzej Burdan ujmuje się za „Prawdą przeciwko oficjalnym kłamstwom”. Prawdę ma reprezentować doktor Filip Masson, który obiektywnie wypowiada się na temat armii niemieckiej. Wbrew propagandzie zwycięzców można ją porównywać z dziewiętnastowieczną armią napoleońską, nieustępliwie walczącą aż do kapitulacji. Rolę Napoleona spełniał w naszym wieku oczywiście Hitler, który dzięki złowrogiemu geniuszowi często miał rację, gdy podejmował decyzje wbrew swoim generałom. Wywierał on magnetyczny wpływ na żołnierzy i marksistowską koalicją, dążącą do zniszczenia Niemiec.
Wakacyjny numer 557 (A. D. 1994) przynosi nam m. in. “Powrót patriarchy” Krystiana Bourgoin. Mowa oczywiście o Aleksandrze Sołżenicynie. Francuski publicysta wypomina reżimowi Pompidou, że gościł we Francji majora Dżalluda i ministra Gromykę wówczas, gdy Sołżenicyn był usuwany z kraju. Oczywiście autor nie omieszkał dodać, że premier Balladur jest duchowym synem prezydenta Pompidou. O Francji, Związku Radzieckim i nie tylko pisze Sergiusz Douay, przekonany o tym, że „Zachód został okpiony przez Stalina”. Z tekstu dowiadujemy się, że już 30 kwietnia 1939 r. szef gabinetu Göringa generał Bodenschatz zwierzył się francuskiemu attache wojskowemu o charakterystycznym nazwisku Stehlin, że Hitler w odzyskaniu Gdańska nie będzie szukał wsparcia we Włoszech, gdzie inaczej niż w Niemczech zapatrywano się na kwestię austriacką i czechosłowacką, lecz w ZSRR. Generał powiedział nawet, że szykuje się czwarty rozbiór Polski. Francuskie kierownictwo nie dało wiary relacji, przekonane, że ideologiczne różnice między Hitlerem a Stalinem są zbyt duże. Nie słuchano Bodenschatza, który stwierdził, że führer jest żołnierzem, a dla wojskowych rozważania ideologiczne nie mają większego znaczenia. Błądzili również francuscy komuniści. Latem 1939 r. na łamach „L’Humanité” Marceli Cachin rozważał korzyści przystąpienia Związku Radzieckiego do systemu „zbiorowego bezpieczeństwa”, a Jakub Dudos nawoływał do twardego stanowiska w kwestii Gdańska. Lato było piękne tego roku i upał niejednemu zaszkodził. Neville Chamberlain uwierzył pułkownikowi Beckowi, że Polska będzie się mogła bronić przez sześć miesięcy. Premier Daladier ze swej strony z uporem maniaka wierzył w możliwość zawarcia aliansu z Sowietami. Również Hitler wziął udział w tej komedii czy też tragedii pomyłek i żywił głębokie przekonanie, że Francja i Anglia nie przystąpią do wojny. Najbardziej trzeźwo na sytuację patrzył Stalin. Reprezentował większy format od swojego francuskiego odpowiednika. Wpatrzeni w gruzińskiego orła jak w tęczę francuscy komuniści demoralizowali armię i uprawiali przestępczy sabotaż, walnie przyczyniając się do francuskiej klęski na froncie. Nie przeszkodziło im to bynajmniej przyczepić sobie później kłamliwą etykietkę “partii 75.000 rozstrzelanych”.
Antoni de Saint-Exupéry nie był komunistą, ale nie był też gaullistą. Franciszek Ramon, przybliżając jego postać w eseju „Moralność nadmiaru” przytacza urywek z listu pisarza: „Nie kocham bynajmniej de Gaulle`a. Widzę w nim dyktatora. Narodowy socjalizm umiera i nie jest racjonalne ponownie odgrywać go we Francji. Przeraziła mnie ta banda głupców i ich wielka ochota na urządzenie we Francji masakry”. Ramon twierdzi, że Saint-Exupéry niewłaściwie oceniał narodowy socjalizm, ale za to zrozumiał, że marszałek Petain otrzymał zrujnowany kraj w spadku po tych, którzy salwowali się ucieczką. Autor „Małego Księcia”
wolał latać niż uciekać i jako prawdziwy potomek krzyżowców zginał kolana tylko przed Bogiem. Nic dziwnego, że de Gaulle podczas swego panowania skazał go na zapomnienie.
KRISIS
Numer 10-11, który ukazał się w grudniu 1992 r. poświęcony jest strategii czy też strategiom. Na początku przyjrzyjmy się „Mizerii polemologii” Filipa Riviale’a. Autor przypomina pracę Rajmunda Arona „Pokój i wojna między narodami”. Francuski filozof, porównując skutki różnych konfliktów, dochodzi do wniosku, że wojna trzydziestoletnia była dla Niemiec bardziej niszcząca niż II wojna światowa. Byłoby to argumentem przeciwko tezie głoszącej, że współczesne narody są bardziej wojownicze niż absolutni monarchowie. Co więcej, okazuje się, że w I wojnie światowej ścierały się państwa ”nie będące narodowymi ani w rzeczywistości, ani ideologicznie”. Następna wielka wojna była zdominowana przez czynniki „ideologiczne i imperialne”, a nie narodowe. W związku z tym narodów nie można obciążać odpowiedzialnością za konflikty między państwami. Państwa kapitalistyczne według Schumpetera podobno są nastawione pokojowo (Marks et consortes twierdzili zupełnie co innego). Jednakże liczne wojny i interwencje USA bynajmniej nie potwierdzają tego twierdzenia. Ciekawą opinię wygłosił Aron w innej swojej książce „Społeczeństwo industrialne i wojna”. Relatywizuje on znaczenie 1914 r., dowodząc, że Niemcy próbowały tylko tego, do czego zmierzały przedtem inne państwa, a mianowicie starały się osiągnąć hegemonię na kontynencie europejskim. Komentując Clausewitza główny antagonista Sartre’a pisze, że wojna jest aktem stricte politycznym, stanowi ona przecież jakąś relację między państwami i gramatyka strategiczna podporządkowana jest wymogom logiki politycznej. Clausewitz przyrównuje wojnę do handlu. Wróg jest potrzebny, aby zmniejszyć entropię. W1939 r. dla Niemców było mało ważne, co robią Polacy, na ile są nacjonalistyczni i ksenofobiczni i jak im się żyje w dyktaturze. Ważne było, że mogą spełnić rolę wroga. W 1941 r. walka nie toczyła się o zniszczenie radzieckiego „marksizmu”, ale o zjednoczenie narodu w dziele podboju niezrozumiałego pozaniemieckiego świata po to, aby nadać mu sens.
Po rezygnacji Francji z roli rywala Niemiec tylko ZSRR mógł ją godnie zastąpić. Jak wiadomo, trwają spory, czy tylko Niemcy chciały wojnę, czy także ZSRR szykował agresję.
Pierwsza to unilateralna agresja, druga to obustronna chęć walki, a trzecia zawiera elementy pierwszej i drugiej. Mogło być tak, że w 1941 r. Rosjanie jeszcze nie pragnęli wojny, bo szykowali ją na rok następny. Wojna trojańska w wersji przedstawionej przez Giraudoux to przykład agresji unilateralnej. Warto wspomnieć jeszcze o początku wojny punickiej. Rzymianie kazali Kartagińczykom wybierać między wojną a pokojem na rzymskich warunkach. Odpowiedź brzmiała: ‘Nie chcemy wojny, ale będziemy ją prowadzić, jeśli dokonacie takiego wyboru”. Z uwagi na typ interakcji między stronami walczącymi można podzielić wojny na 3 kategorie. Do pierwszej zaliczymy konflikty stanowiące środek legitymacji niedojrzałych organizmów społecznych. Druga kategoria to wojna defensywna. Ma ona na celu potwierdzić hegemonię (wojna opiumowa albo wojna USA z Hiszpanią w 1898 r.) – albo ją przywrócić czy też zahamować upadek (casus Austro-Węgier w 1914 r.). Przeciwnika w takich konfliktach nazywa się barbarzyńcą, niszczycielem (destructeur) lub zakłócaczem (perturbateur). (Godne uwagi jest to, że mocarstwo nie może prowadzić wojny ofensywnej, agresywni są tylko mali – redakcja). Wreszcie trzecia kategoria to wojna między rywalami. Łączy ich obopólna i destrukcyjna nienawiść. Doskonała zgodność zamierzeń prowadzi do wzajemnej destrukcji (wojna secesyjna lub starcie Francji z Niemcami w czasie I wojny światowej).
Clausewitz pisało triadzie składającej się z rządu, armii i narodu. W doprowadzeniu do wojny najważniejszą rolę odgrywa rząd. „Kompleks militarno-przemysłowy” może i powinien być bojowy, ale niekoniecznie musi pożądać tej konkretnej wojny. Kompleks ten swoim istnieniem umożliwia dokonywanie się przemocy, która powoduje, że pomimo optymistycznych przewidywań Locke’a i Smitha rozwój gospodarki rynkowej nie spowodował zniknięcia wojen. Przemoc destrukcyjna nie całkiem zamieniła się w przemoc pozyskującą (acquisitive). O wojnie można bez końca i polemologiczne dzieło Gastona Bouthoula bynajmniej nie jest ostatnim słowem powiedzianym na ten temat. Wojna jest czymś nieuniknionym, bo zło jest solidnie zakorzenione w społeczeństwie, również w społeczeństwie przemysłowym, co dobrze rozumiał Fourier. Nic tu nie pomogą nawoływania Seneki i Rousseau do porzucenia bogactw. Najgłupsze jednak i najniebezpieczniejsze są wywody koterii ekonomistów. W takim razie lepiej oddać głos zawodowym wojskowym. „Generałowie rosyjscy mówią” o sytuacji militarnej po upadku ZSRR. Generał Kłokotow zauważa, że armia stanowi strukturę pewniejszą niż rozliczne instytucje polityczne powstające w niezliczonych postradzieckich państwach. Utworzenie totalnie niezależnych
armii we wszystkich republikach byłoby geostrategicznym absurdem. Żadne z nowych państw nie jest zdolne prowadzić zwycięskiej walki z poważnym przeciwnikiem. Większość żołnierzy pozostawała w dawnej armii radzieckiej, tylko dowództwo stacjonujących na Ukrainie wojsk powietrznych złożyło przysięgę wierności prezydentowi Krawczukowi. Gorbaczow kazał armii przywrócić porządek w Gruzji i Pribałtyce, a następnie wojskowi zostali zdradzeni. Zdyskredytowało to armię, a przywódca nie poniósł odpowiedzialności. Z tego powodu wielu dowódców nie chce odgrywać roli policjanta w Czeczenii i Tatarstanie.
Istnieje opinia, że pierestrojka była operacją KGB wymierzoną w armię. Generał Witkowski uważa, że pomimo tradycyjnego antagonizmu między KGB i GRU nie jest to prawdą. Pierestrojka była słusznym pomysłem i dzięki niej w 1991 r. zaprzestano w wojsku marksistowsko-leninowskiej indoktrynacji. Ale Gorbaczowowi zupełnie zabrakło strategicznej wizji. Postgorbaczowowski rząd rosyjski powtarza i pogłębia wszystkie błędy Gorbaczowa. Tak uważa generał Kłokotow. Dalej stwierdza on, że dla Rosji potencjalnym nieprzyjacielem jest ten, kto jest silniejszy od innych. Od ćwierci wieku nie występuje już „radzieckie zagrożenie”, którego musiałaby się obawiać Europa Zachodnia. Dla Sowietów jednym zagrożeniem było NATO. Generał Iminow mówi, że kontynentalny sojusz rosyjsko-niemiecki byłby czymś bardzo pożądanym dla europejskiego bezpieczeństwa zbiorowego, lecz należałoby się spodziewać negatywnych reakcji Zachodu. Jednakże rosyjskie czynniki wojskowe doskonale wiedzą, że niemiecko-rosyjski alians jest w historii stałym elementem. Pewien niepokój może wzbudzać według generała Kłokotowa to, że w Bundeswehrze nie mówi się już „jawohl”, ale „OK”. Generał Piszczew wyjaśnia, że wojna w Afganistanie miała głęboko polityczny charakter. Wykazała ona słabość nie radzieckiej armii, ale aparatu państwowego. Wojskowi radzieccy byli przeciwni tej wojnie. Nie była ona przygotowana na płaszczyźnie politycznej. Konsekwencje poniosło wojsko, które przeżyło ciężki kryzys w przeciwieństwie do armii amerykańskiej po przegranej wojnie w Wietnamie. Generał Kłokotow wyraża nadzieję, że realia geostrategiczne i geopolityczne spowodują odbudowę imperium. Generał Iminow zaznacza, że radzieckie ludy znowu się zjednoczą, gdyż poza związkiem mogą być tylko nominalnie niepodległe.
KANADA
CAHIERS DE JEUNE NATION. LA REVUE DE LA DROITE NATIONALE AU OUEBEC
Na okładce trzeciego numeru zeszytów z listopada 1992 r. możemy przeczytać dewizę frankofońskiej prawicy z Kanady autorstwa Lionela Groulx: „Naszą doktrynę możemy wyrazić w krótkiej formule: chcemy odbudować pełnię naszego francuskiego życia”. Zapewne nie jest to takie proste, ale niewątpliwie wydawanie tego rodzaju pism jest krokiem w tę stronę. Czynnikiem pobudzającym quebeckich nacjonalistów jest krytyczna ocena kanadyjskiej rzeczywistości. Możemy się z nią zapoznać dzięki krótkiemu tekstowi redaktora naczelnego zeszytów Jana Klaudiusza Dupuis. Dziwi się on, jak to jest możliwe, że obywatele wypowiadają się poprzez referendum na tak abstrakcyjny temat jak konstytucja, a są pozbawieni tej możliwości w przypadku kary śmierci czy też wielokulturowości kraju. Ale przecież „demokracja” ma swoje racje. Może ona funkcjonować w tej postaci, ponieważ ciągle jeszcze 17% Kanadyjczyków wierzy, że politycy troszczą się o ogólny dobrobyt. Tych 17% to imbecyle, ale jest nadzieja, że wskaźnik ten stopnieje jak śnieg w słońcu, jeśli na politycznej arenie będą się pojawiać w dalszym ciągu takie postacie jak Brian Mulroney albo Robert Bourassa. Żyjemy w epoce, w której Clinton błaznuje przed kamerami, aby przyciągnąć uwagę opóźnionych w rozwoju telewidzów, a Jan Dore zgadza się na to, aby na jego twarzy wylądował tort w trakcie montrealskiego „Festiwalu śmiechu”. Ostatnim aktem godności w polityce była dymisja de Gaulle’a w 1969 r. Potrzebny jest nowy Herakles, aby uprzątnąć stajnie Augiasza.
Wraz z Jakubem Leonardem przenosimy się do europejskich boksów. Rozważania autora noszą tytuł “Maastricht czyli państwo prawne i państwo rzeczywiste”. Główny protagonista traktatu europejskiego czyli Jakub Delors (dit De l’Or plein les poches – „nazywany złotym, bo ma kieszenie pełne złota”) uważa, że przeciwnicy traktatu nie mieszczą się w ramach „demokracji ewolucyjnej”. Nie wiadomo dokładnie co to oznacza, tym bardziej, że do tej pory po II wojnie światowej demokracja jakoś tam rozwijała się w Europie bez podpórki w postaci okrzyczanego traktatu. Francuscy propagatorzy nowej Europy mówią podwójnym językiem. Z jednej strony szermują hasłami o powszechnym braterstwie europejskim, ale z drugiej posługują się niemieckim straszakiem sugerując, że bez rozwijania więzi europejskich Niemcy zdominują Stary Kontynent. Ale czy nie będzie tak w traktatowej Europie, gdzie poszczególne państwa narodowe będą miały tyle uprawnień co kanadyjskie prowincje? Na kontynencie pojawi się BIG Brother – ponadnarodowy i antynarodowy, który wykorzeni jednostkę ludzką. Alternatywą dla niego jest Karol Wielki, który symbolizuje świadomość europejską pełną wspólnych wartości kulturowych i moralnych. Unia europejska nie powinna oznaczać uniformizacji w najgłupszym oświeceniowym stylu, nie uwzględniającym złożoności świata. Obrona rzeczywistego świata przeciw kreatorom sztucznego porządku świadczy o tym, że Zachód nie pozbył się jeszcze zupełnie inteligencji.
Znów przerzucamy się przez Atlantyk, aby zastanowić się wraz z Filipem Saint-Cyr nad kanadyjską i quebecką tożsamością w aspekcie „Wojny symboli”. Do kategorii symboli “instytucjonalnych” autor zalicza parlament, siły zbrojne, Societe Radio-Canada, sztandar, paszport, walutę i wielkie programy socjalne. Symbole innego typu to szczególnie charakterystyczne regiony kanadyjskie takie jak Gaspesie, le Grand Nord czy les Rocheuseus. Wreszcie jeszcze czymś innym są takie symbole jak piękno kraju, jego wielkość czy zasoby naturalne. Jeżeli chodzi o parlament czy armię, to p. Saint-Cyr (piękne i do tego militarne francuskie nazwisko) uważa, że mogą być z łatwością zastąpione przez quebeckie odpowiedniki. Jeżeli chodzi o dolara i programy opieki społecznej, które wyraźnie odróżniają Kanadę od południowego sąsiada, to nie ma przeszkód, aby zostały przejęte przez niepodległy Quebec bez szkody dla tożsamości. Flaga z liściem klonowym jest właściwie flagą frankofońską, używaną przez mieszkańców Quebecu już wtedy, gdy anglojęzyczni osadnicy skupiali się pod Union Jackiem i z zapałem śpiewali „God save the King” w przeciwieństwie do potomków towarzyszy Cartiera lansujących pieśń „O Canada”. Nie ma więc przeszkód, aby mieszkańcy Quebecu obok burbońskich lilii utożsamiali się jednocześnie z klonowym liściem.
Kanadyjska Konfederacja w ciągu swoich 125 lat istnienia nie utworzyła nowej jakości. Zabrakło Ojców Założycieli na miarę Waszyngtona, Bolivara czy Garibaldiego. Nie ma kogoś takiego, jak Robert Edward Lee, który po wojnie secesyjnej w USA stał się wspólnym bohaterem obu zwaśnionych stron. Wielkie postacie Nowej Francji takie jak Riel, Marcier, Bourassa czy Groulx nie są znane wśród anglofońskich Kanadyjczyków i pozostają symbolami quebeckiej niezależności. Nie jest możliwe potraktowanie Kanady w kategoriach „bohatera zbiorowego” per analogiam południowoafrykańskich Voortrekkers, stanowiących dla Afrykanerów archetyp oporu przeciw uciskowi. (Wydaje się, że Afrykanerzy odpowiadają raczej kanadyjskim Nowym Francuzom poprzez opozycję w obu przypadkach względem przybyłych później Anglików – redakcja). Tak więc Kanada nie istnieje w wymiarze symbolicznym. Zupełnie inaczej jest w Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie flaga i konstytucje stanowią przedmioty zbiorowego kultu. Kanadę należy raczej porównywać do innej wielkiej federacji – Związku Radzieckiego. Pamiętamy wszyscy, co sie stało w 1941 r. Niemiecka inwazja pokazała, że naród radziecki jest fantomem i Stalin musiał odwołać się do tradycyjnych symboli rosyjskich i odkurzyć sławę imperialnej Rosji wraz z carskimi generałami i prawosławnym kościołem. (Wygląda na to, że w przypadku Kanady nie byłoby do czego się odwoływać – redakcja). Podobnie jak naród radziecki, naród kanadyjski jest narodem politycznym, pozbawionym wszelkiej mistyki narodowej. Państwo kanadyjskie to konstrukcja prawna, rozciągnięta na osi ekonomicznej wschód-zachód wbrew południkowej logice geograficznej kontynentu północnoamerykańskiego. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak odwołać się do tradycji chłopów opuszczających dolinę Świętego Wawrzyńca po to, aby jak Voortrekkers kolonizować dziewicze tereny. To są nasi duchowi antenaci i na podobieństwo samurajów powinniśmy być „courers des bois” w trójrzędowych marynarkach. Najważniejsza jest “dekolonizacja wewnętrzna”, bez której nie można odzyskać postulowanej przez Lionela Groulx pełnej francuskiej integralności. Parti Quebecois nie jest w stanie wygrać batalii o tożsamość narodową, ponieważ jest obciążona kosmopolityzmem, mondializmem, zacofanym progresywizmem oraz moralnym i religijnym pluralizmem, czyli wszystkim tym, czego wymaga Political Correctness. Tylko narodowa prawica, tworzona przez opisywanych przez Nietzschego „ludzi z długą pamięcią”, może podnieść wysoko sztandary Levisa i odbudować amerykańską Nową Francję.
WŁOCHY
FUTURO PRESENTE
Wracamy do pierwszego numeru czasopisma po to, aby przyjrzeć się polemologicznym deliberacjom Franciszka Cardiniego „Skandal wojny. Rozważania historyczno-antropologiczne”. Włoski publicysta przypomina słowa Juliena Freunda, według którego wojna jest naszym przeznaczeniem. Dzięki niej tworzą się lub rozpadają twory polityczne. Celem wojny jest podbój lub obrona niepodległości. Tą dziedziną działalności ludzkiej zajmuje się nowa nauka zwana polemologią. Jest to „badanie wojny poprzez wpływanie na nią”. Na przeciwnym polemologii biegunie znajduje się nowy, bojowy pacyfizm. Pacyfiści podchodzą do problemu emocjonalnie, a często demagogicznie i histerycznie. Inaczej jest z badającymi zjawisko wojny przedstawicielami różnych dyscyplin nauki: historii, prawa międzynarodowego, ekonomii i, last, but not least, filozofii. Przypomnijmy, że na temat „bellum iustum” pisał święty Augustyn, nad wojną i pokojem zastanawiał się Erazm z Rotterdamu, od pióra nie stronili Fryderyk Wielki i Montecuccoli czyli „filozofowie- żołnierze”. Od problematyki wojennej nie stronili również Hegel i Nietzsche.
Współcześnie spośród tych, którzy poświęcają czas rozmyślaniom o różnych zagadnieniach związanych z wojną warto wymienić Norberta Bobbio. Zjawisko agresji skupia na sobie uwagę antropologów, psychoanalityków i socjologów. Ireneusz Girard sporo napisał na temat relacji między przemocą a ofiarą. O „monopolizacji przemocy” przez państwo pisali już Hobbes, Rousseau, de Sade i de Maistre. Konrad Lorenz opisywał związki pomiędzy etyką i agresywnością w świecie zwierząt. Ireneusz Eibl-Eibesfeldt skupił się na etologii wojny. Zauważył on, że istnieją pewne elementy ludyczno-rytualne ograniczające i humanizujące wojnę, traktowaną jako „ordalia” – sąd boży. Wojnami domowymi zajmował się Karol Schmitt, który analizował stary podział na „hostes” (wrogowie publiczni, cudzoziemcy) i “inimici” (wrogowie wewnętrzni). W epoce klasycznych wojen preindustrialnych był czas, aby ustalić znaczenie pewnych pojęć i prowadzić znormalizowane działania wojenne. Obowiązywały pewne reguły. Współczesna wojna nuklearna właściwie nie jest wojną. Przypomina ona raczej naturalne klęski takie jak epidemia, trzęsienie ziemi czy erupcja wulkanu. W prawdziwej, tradycyjnej wojnie oprócz przemocy występują także elementy etyczno-jurydyczne. A z drugiej strony z przemocą spotykamy się nie tylko na wojnie. Przecież założenie Rzymu było związane z rytualnym bratobójstwem. Jest to „przemoc założycielska”, którą odnajdziemy również w zamordowaniu Abla przez Kaina. Podobnie możemy potraktować zamordowanie Chrystusa, dzięki któremu powstał kościół chrześcijański. (Postępek Kaina był związany z początkami rolnictwa).
Kościół katolicki poprzez lansowanie koncepcji Augustyna bellum iustum przeciw innowiercom próbował usunąć przemoc poza chrześcijańską Europę. Templariusze, będący awangardą wojny sprawiedliwej, mieli być lwami dla niewiernych i barankami dla współwyznawców. Pomiędzy swoimi miała obowiązywać sprawiedliwość, a na zewnątrz „publiczna wendetta”. Sprawiedliwość zawierała w sobie braterstwo broni. Archetypicznym jego przykładem jest homerycka para Ajaks i Diomedes. Ajaks jest bardziej ceremonialny i „dzienny”, natomiast Diomedes to daimon i lew, reprezentujący sobą element „nocny”. W „Chanson de Roland” Olivier jest wcieleniem „sagesse”, a Roland „prouesse”. W ramach tej drugiej cnoty mieszczą się sytuacje tego typu, jak ruszanie do boju nago w wykonaniu walczących u boku Hannibala Celtów czy też malezyjski amok. Przekonanie o tym, że nagość może zapewnić odporność na ciosy odnajdziemy w kąpieli Achillesa w Styksie i Zygfryda w krwi smoka Fafnira. Dzikie zwierzęta mogły też występować w innej roli, mianowicie jako towarzysze broni. W romansie rycerskim Chrétiena de Troyes „Ivain” bohaterowi na placu boju pomaga lew. Stąd wzięły się zwierzęta w herbach. Błędni rycerze, czyli „antyrycerze” operują sami na „pustyni”, w lesie. Upodabniają się do zwierząt, kumulując w sobie dzikość i przemoc. Odwrotnością błędnego rycerza jest opisywany przez Karola Schmitta “żołnierz polityczny”. Błędny rycerz szuka Boga, a żołnierz polityczny kieruje się ideologią. Współcześnie, kiedy mówimy o „kulturze wojny”, nie bardzo wiemy o czym mówimy. “Kultura wojny” nie jest niestety zastępowana przez „kulturę pokoju”, ale przez „wojnę bez kultury”. Ostatnie dwa stulecia pokazały dobitnie, że pogoń za utopiami kończy się barbaryzacją wojny. A wymarzony pokój też bywa okropny.
ORION – mensile di opposizione globale
Miesięcznik opozycji globalnej jest wydawany w Mediolanie przez Marka Battarrę. W numerze 11 z grudnia 1992 r. Aleksander Dugin dzieli się wrażeniami z podróży do Belgradu. Tekst nosi tytuł „Państwa bałkańskie”. Rosyjski myśliciel podkreśla, że na Bałkanach spotykają się trzy siły geopolityczne. Jest to czuły punkt Europy (Churchill mówił o podbrzuszu) i wojna w tym rejonie pociąga za sobą daleko idące konsekwencje. Jest to konflikt jakościowo odmienny od walk na Zakaukaziu czy w Mołdawii. W Jugosławii mamy do czynienia z wojną religijną i ideologiczną. Jest to początek Wielkiej Wojny Kontynentalnej. Serbowi są eurazjatyccy i czują związek duchowy z Syberią (podobno słowa „Syberia” i „Serbia” mają wspólne pochodzenie). Serbowie i Czarnogórcy powiadają, że razem z Rosjanami jest ich 200 milionów. Serbskie przysłowie mówi, że w jasne noce z wysokich gór bałkańskich widać Moskwę. Chorwaci reprezentują dla odmiany Mitteleuropę i uważają się za Europejczyków w przeciwieństwie do “azjatyckich” Serbów. Godne uwagi jest to, że aktualnie żyjący w południowej Chorwacji katoliccy Serbowie są zupełnie solidarni z Chorwatami, co potwierdza tezę, że wśród językowo mało zróżnicowanych południowych Słowian najważniejsze są różnice religijne. To nie zaskakuje. Zaskoczenie stanowi natomiast „judeofilia”, mająca według Dugina występować zarówno wśród Chorwatów, jak i Serbów. (Ci ostatni twierdzą, że ludobójstwo popełnione na nich w tym wieku jest porównywalne z Holocaustem). Próbując wyjaśnić to zjawisko, można postawić tezę redakcyjną (Dugin właściwie nie tłumaczy przyczyn), iż obopólna nienawiść chorwacko-serbska jest tak silna, że inne narody, w tym również mordowani po 1941 r. przez Chorwatów Żydzi, zyskują na wartości. Autor nie podaje, czy Żydów określa się jakimiś epitetami, natomiast zaznacza, że katolicy przezywają prawosławnych “rosjanami”, a „ruscy” odwdzięczają się nazywając swoich niedawnych współpaństwowców „niemcami”. Co się tyczy Bośniaków, to są to zislamizowani Serbscy nobilowie, których do porzucenia chrześcijaństwa przygotowała rozpowszechniona w średniowieczu w Bośni herezja bogomilska. Przykład konwersji na mahometanizm dał król Twerdko, który uczynił to raczej z powodów religijnych niż oportunistycznych. Paradoksalnie jugosłowiańscy Muzułmanie (zaczęto ich pisać z dużej litery za Tity) są czystsi rasowo niż prawosławni Serbowie, bo Turcy nie gwałcili kobiet swoich współwyznawców. Przemoc wobec chrześcijan ułatwiało to, że wierze ojców pozostali wierni prości chłopi. Zapewne nie jest więc wieśniakiem prezydent Bośni Alija lzetbegović, zafascynowany rewolucją irańską, co różni go od większości współobywateli, dla których bliższy jest model turecki. Wbrew życzeniom prezydenta pomoc perska jest niewielka, w przeciwieństwie do wsparcia udzielanego przez Turcję i Arabię Saudyjską. Bośniacy uważają, że Serbowie są zamaskowanymi „nacjonalbolszewikami”, a Chorwaci to „moderniści-utylitaryści”. Popularnością cieszy się wypowiedziana przez prezydenta z Ankary Ozala idea Wielkiej Turcji „od Mongolii do Sarajewa”. Widzimy więc, że wojna w Jugosławii jest fragmentem dwóch większych konfliktów. Jeden to rywalizacja Rosji z Niemcami, w drugim Berlin razem z Moskwą i całą Europą przeciwstawia się islamowi. Jednakże w tle starcia znajduje się przeze Waszyngton.
„Cherchez l`americain” – |przekonuje czytelnika Dugin. Jest on przekonany, że geopolityczne rozważania Mc Kindera, Kjellena, Spykmana, Mahana, Lohausena i Behara potwierdzają tezę Haushofera głoszącą, że obrona Europy jest uzależniona od możliwości skonstruowania eurazjatyckiej Osi Berlin-Moskwa-Tokio. Polityka anglosaska polega na rozłupywaniu tego bloku kontynentalnego poprzez prowokowanie różnych wojen (przypomina się Kutuzow rzucający gorzkie uwagi pod adresem angielskich doradców w czasie wojny z Napoleonem), ułatwiających realizację „strategii okrążania” i „polityki anakondy”. Francja i Anglia wymyśliły Jugosławię po to, aby zniszczyć Środkowoeuropejskie imperium austriackie, osłabić Niemcy i wciągnąć Rosję do samobójczego sojuszu z Zachodem przeciwko naturalnemu sojusznikowi, jakim jest Mitteleuropa, czyli Niemcy. Amerykanie kiedyś poparli stworzenie geopolitycznego monstrum, jakim była Jugosławia. Dzisiaj popierają Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę, których granice nie znajdują żadnego uzasadnienia historycznego, etnicznego czy religijnego. W ten sposób Amerykanie zaczęli drugą po interwencji nad Zatoką wojnę przeciw Europie (wyrażenie jest autorstwa Lohausena). Wydaje się, że świadomy jest tego przywódca bośniackich Serbów Radowan Karadzić. Powiedział on, że nie walczy przeciw-ko Chorwatom i muzułmanom. On walczy przeciwko modernizmowi wraz z poległymi na Kosowym Polu w 1389 r. rycerzami i żołnierzami, którzy padli w czasie I wojny światowej. Wszyscy razem reprezentują Tradycję Religijną i Narodową. Naród serbski odrzuca swój niedawny konsumeryzm i wkracza na Trzecią Drogę. Spekulanci, komunistyczni „arywiści” i handlarze powracają do ponadczasowego nacjonalistycznego archetypu. Oznacza to prawdziwą Rewolucję Konserwatywną. Serbowie ewidentnie składają się obecnie z popów, żołnierzy i ludu, co jest niemożliwe w komunistycznej czy demokratycznej rzeczywistości. Spontanicznie odrodziły się trzy indoeuropejskie kasty.
Karadzić powiada, że wojna i wrogowie uzdrowiły Serbów. Również Izetbegović realizuje Konserwatywną Rewolucję. W poprzednim okresie przesiedział dziesięć lat w więzieniu za niechęć wobec ateistycznej, filoamerykańskiej i modernistycznej Jugosławii. Teraz prowadzi „jihad” w imię eschatologicznego i antydemokratycznego islamu przeciwko „dar-ud-Dadżdżal” (kraj Antychrysta). Ma być przywrócony szariat, czyli muzułmańskie prawo doskonałego społeczeństwa pierwszych kalifów. Gdy przyjrzymy się Chorwacji, możemy stwierdzić, że także tam toczy się walka o Republikę Konserwatywną. Prawdziwych integralnych katolików odnajdziemy wśród obrońców „chorwackiego Stalingradu”, czyli Wukowaru. Odrzucili oni „modernistyczną” Jugosławię w imię tradycyjnego, otwartego na Mitteleuropę, nacjonalizmu. Te trzy przebudzone nacjonalizmy jugosłowiańskie są manipulowane przez Atlantystów. Jest to dla nich poligon doświadczalny. Anglosasi stoją przed wyborem: albo pozostawią w spokoju Eurazję i za jakiś czas będą musieli stawić czoła superpotędze dysponującej niemiecką technologią i syberyjskimi surowcami albo „zbałkanizują” Rosję, co zdynamizuje rosyjski, niemiecki i muzułmański nacjonalizm. Rozpęta się wielka Konserwatywna Rewolucja, która zagrozi istnieniu USA. W tej sytuacji Dugin uważa, że trzeba zaakceptować „bałkanizację” Europy, gdyż wojna jest lepsza od „Końca Historii” Fukuyamy. Liberalno-kapitalistyczna Europa oznaczałaby totalne zwycięstwo Ameryki. Pax Americana oznaczałaby koniec Europy i Eurazji pod rządami Nowego Porządku Światowego. Narody pozostają głuche i jedynie armaty mogą je przebudzić. Strach jest lepszym lekarzem niż miłość. Eurazyjska elita powinna wznieść się ponad sentymenty mas i skonstruować Sojusz Kontynentalny. W Polsce to zadanie realizuje Wspólnota Szarych Wilków. W redakcyjnych „Doniesieniach z frontu” informuje się, że polscy przyjaciele wydali biuletyn 'Nowy Ład” i pierwszy numer przeglądu ideologicznego „Szary Wilk” (niestety przestał się ukazywać – redakcja).
Z Polski przeskoczymy na chwilę do Rumunii. W wywiadzie z przywódcą Ruchu dla Rumunii (Miscarea pentru Romania) Marianem Munteanu ciekawsze są pytania niż odpowiedzi. Z tych pierwszych możemy wyczytać, że oprócz występu Michała Jacksona w Pałacu Sportu ludność rumuńska codziennie jest zalewana w radiu rockiem i podobnymi świństwami (porcherir). Obok rodzimej muzyki także kuchnia narodowa jest wypierana przez fast-foods. Takie są efekty obalenia Mikołaja Ceausescu, który chciał uwolnić ojczyznę od dyktatu Banku Światowego. Upadek dyktatora został ukartowany przez Gorbaczowa i Busha na Malcie. Wśród zwycięskich spiskowców interesy żydowsko- amerykańskie reprezentują Roman, Brucan i Mazilu, a frakcję Gorbaczowa – lliescu i Militaru. Demonizująca Ceausescu kampania prasowo-telewizyjna rozpoczęła się cały rok przed jego definitywnym usunięciem. We Włoszech rozpoczął ją syjonista Włodek Goldkorn na łamach „L`Espresso”. Potem ruszyli do akcji wszyscy pożyteczni idioci łącznie z neofaszystami rozpowszechniającymi banialuki o niszczeniu transylwańskich wsi.
HISZPANIA
VERBO – revista de formacion civica y de accion cultural, segun el derecho natural y cristiano
Hiszpański kwartalnik ozdobiony jest na okładce nowoczesnym obrazem przedstawiającym Lourdes pędzla Valleta Regi. Na drugiej stronie okładki znajduje się informacja o redaktorze naczelnym. Urzęduje on w Madrycie i nazywa się Jan Vallet de Goytisolo. Czasopis-mo przypomina trochę naszą „Więź”, ale wydaje się, że jest ciekawsze i bardziej „przedsoborowe”. W wiosennym numerze 313-314 z 1993 r. uwagę przyciągają rozważania Alfreda Sancheza Bella na temat: „Stany Zjednoczone: kraj, który się bałkanizuje”. Publicysta stawia śmiałą tezę, mianowicie twierdzi, że w USA nie ma oficjalnego języka, ponieważ w licznych stanach panuje bilingwizm. I tak w Kalifornii, Teksasie, na Florydzie i co ciekawsze w stanie Nowy Jork na instrukcjach wyborczych i kartach do głosowania używa się obok angielskiego również hiszpańszczyzny. W Luizjanie i New Hampshire, który sąsiaduje z Quebekiem wyborcy mają wybór między angielskim a francuskim. W Teksasie, Kalifornii i Nowym Meksyku Latynosi stanowią już 1/4 ludności. W innych sześciu stanach “hispanos” zo-stali uznani za „wpływową mniejszość”. W gabinecie Clintona znalazło się czterech Murzynów i dwóch Latynosów. W Ameryce Północnej ukazuje się 130 pism w języku hiszpańskim, mową Cervantesa posługuje się 221 stacji radiowych i 22 kanały telewizyjne plus sześć programów telewizyjnych nadawanych z Meksyku, które można odbierać za pośrednictwem satelity. W przeciwieństwie do Azjatów Latynosi wolą żyć w getcie. Angielski jest używany jedynie na zewnątrz, gdy zmusza do tego konieczność.
Co roku najmniej 800.000 Meksykanów przekracza w celach innych niż turystyczne graniczną Rio Bravo. Ten najazd można już śmiało nazwać rekonkwistą – Meksykanie odzyskują terytoria utracone niegdyś przez przodków w wojnach z Jankesami. Również w Kanadzie dokonuje się proces odwrócenia historii w postaci stopniowego uniezależniania się zmuszanych ciągle do „spania z anglosaskim słoniem” (określenie Piotra Trudeau) frankofonów. W październiku 1992 r. sześć prowincji kanadyjskich z różnych powodów głosowało przeciwko nowym uregulowaniom ustrojowym Konfederacji. Kanada cierpi z powodu „nadmiaru geografii i niedostatku historii”. Także w Stanach Zjednoczonych historia zmienia się szybciej niż geografia. Równoleżnikowe granice Ameryki Północnej odgrywają coraz mniejszą rolę. Postępująca bałkanizacja prowadzi do zaniku jednoczącej świadomości obywateli USA i Kanady.
Cofniemy się teraz nieco w przeszłość wraz z profesorem Danielem Castellano z uniwersytetu w Udine, aby zastanowić się nad zjawiskiem „Risorgimento: interpretacje i problemy”. Początek procesu „Risorgimento” czy też „Rinascimento”, jak wolą go nazwać niektórzy, miał mieć miejsce w 1749 r., a zakończył się zdobyciem Rzymu przez bersalierów w 1870 r. lub pokonaniem armii austro-węgierskiej pod Vittorio Veneto w 1918 r. Był to proces ideologiczny, składający się z licznych elementów politycznych i religijnych. Dostrzegamy w nim wyraźną dążność do wprowadzenia w Italii protestanckiej sekularyzacji. Najpierw Cavour stopniowo wprowadzał swobodę wyznania, potem wykorzystano katolików do walki z katolicyzmem. W tym sensie „Risorgimento” trwa nadal. Jego kontynuacją był faszyzm oraz Ruch Oporu (nieprzypadkowo nazywany drugim „Risorgimento”). Jest to walka o zwycięstwo ideologii liberalno-karbonarsko-europejskiej, zakładającej wyzwolenie jednostki i narodu. Obecnie, w przeciwieństwie do XIX wieku i pierwszej połowy naszego, większy nacisk kładzie się na jednostkę. Dążenie do absolutnej, czyli metafizycznej autodeterminacji osoby ludzkiej wypada określić jako liberalną utopię. Utopią nie jest bynajmniej następny, letni (315-316) numer „Słowa”. Szczególne zaciekawienie wzbudza w nim dosyć długi wywód Ludwika Lavaura poświęcony sylwetce markiza Pombala, którego pomnik ozdabia główną ulicę Lizbony Avenida de la Libertad, jak ją nazywają Hiszpanie, pamiętający, że Portugalia była niegdyś częścią rządzonego z Eskurialu imperium. W 1755 r. Portugalia była już niepodległa i wówczas jej stolicą nawiedziło straszliwe trzęsienie ziemi, które wstrząsnęło ówczesną europejską opinią publiczną. Pombal kierował odbudową Lizbony, która od tego czasu jest funkcjonalna, neoklasycystyczna i zuniformizowana. Osiemnastowieczna Lizbona przypomina Petersburg, a pomnik Józefa I na koniu wykazuje spore podobieństwo ze stojącym nad Newą Miedzianym Jeźdźcem.
W 1759 r. Pombal bezlitośnie rozprawił się z arystokratyczną opozycją, urządzając jej przywódcom publiczną kaźń na placu w Belem. Wkrótce potem otrzymał od łaskawego króla tytuł hrabiego Oeiras. W tym samym roku po długotrwałej oszczerczej kampanii propagandowej udało mu się usunąć z terytoriów portugalskich jezuitów. Stosunki z Watykanem zostały zerwane i Pombal uzyskał w imieniu króla możliwość mianowania biskupów według własnego uznania (wynikałoby z tego, że józefińskie tendencje występowały w Europie jeszcze przed austriackim józefinizmem, zresztą w Portugalii przypadkiem w omawianym okresie też rządził Józef-redakcja). Przykład Portugalii szybko znalazł naśladowców we Francji i Hiszpanii, gdzie wolteriański aragończyk, hrabia Aranda, pozazdrościł uwielbianemu przez siebie Pombalowi laurów pogromcy jezuitów. Zakon Jezusowy musiał szukać schronienia w protestanckich Prusach i prawosławnej Rosji. W 1773 r. papież Klemens XIV rozwiązał zakon, który powstał po to, aby bronić papieży. Absolutni monarchowie z aprobatą przyjęli tę decyzję. Jednakże jeszcze wcześniej, bo w 1762 r. doszło do wojny Hiszpanii z Portugalią, z której ta druga wyszła, dzięki angielskiej i pruskiej pomocy, obronną ręką, a Hiszpania straciła Gibraltar. W portugalskich podręcznikach do historii epizod ten jest szeroko opisywany jak wielkie zwycięstwo, zupełnie inaczej niż w podręcznikach hiszpańskich, gdzie poświęca się mu niewiele miejsca. W każ-dym razie wyraźna od 1640 r. (odzyskanie niepodległości przez Portugalię) przepaść między dwoma iberyjski-mi narodami jeszcze się pogłębiła. Pokój pozwolił Pombalowi ufundować uniwersytetowi w Coimbrze wspaniałą bibliotekę, będącą bezkonkurencyjnym na Półwyspie Pirenejskim hołdem złożonym książce. Jednocześnie markiz nie pozwolił na założenie innych uniwersytetów (jezuicka uczelnia w Evorze została zamknięta), zakazał Portugalczykom studiować poza granicami kraju i wprowadził dziwaczny „podatek literacki”, który obowiązywał aż do 1857 r. Powołano do życia instytucję „Real Mesa Censoria”, kontrolującą wydawanie i import książek i stanowiącą kluczowy instrument w pombalowskim Kulturkampfie. Niemniej ważnym urzędem była zajmująca się przestępstwami politycznymi „Incofidencia”, której posiedzeniom przewodniczył czasem sam wszechpotężny Markiz. Nikt nie był pewny swego losu. Sytuacja przypominała Wenecję albo Rzym w okresie najgorszych prześladowań – pisze w książce „Markiz Pombal i jego epoka” Luzio de Azevedo.
Jednocześnie Pombal rozwijał krajowy przemysł i intensyfikował handel z koloniami, próbując pozbyć się kosztownego pośrednictwa Anglii. W 1763 r. przeniósł stolicę Brazylii z Bahia do Rio de Janeiro, a najbardziej wzbogaconych kolonistów przeniósł do metropolii. Odebrał Anglikom monopol na handel winem z Porto, tworząc państwową „Companhia de Vinhos do Al to Douro”, gdzie udziałowcami byli znajomi ministra i oczywiście on sam. Nie trzeba dodawać, że efekt ekonomiczny tego przedsięwzięcia był mizerny. Lepsze efekty osiągał Markiz w utrzymywaniu porządku. Na kilka miesięcy przed swoim upadkiem udało mu się zastraszyć kraj, kiedy nakazał podpalić w nocy maleńką miejscowość, której mieszkańcy ośmielili się udzielić schronienia osobom ściganym przez Państwo. Jednakże panowanie Pombala to nie tylko krew, ogień i gniew władzy. Sympatię Europy wywołała decyzja Ministra zakazująca zabijania byków na arenie. Do dzisiaj portugalska corrida w przeciwieństwie do hiszpańskiej jest bezkrwawa. Okrzyki tłumu towarzyszące śmiertelnym ciosom toreadora przeszkadzały despocie, gdy zamykał się w swoim pałacu (dziś mieści się w nim Muzeum Narodowe Sztuki Antycznej) lub przejeżdżał ulicami w asyście dzierżących obnażone szable dragonów. Po śmierci Józefa I „Reformatora” królowa Maria odsunęła Pombala od siebie, uwolniła więźniów, zlikwidowała ustanowione przez Markiza monopole i przywróciła zlikwidowany przez niego zwyczaj bezpośrednich kontaktów monarchy z ludem w określone dni tygodnia. Jeden z najbardziej tyrańskich i despotycznych dyktatorów ostatnie miesiące swego życia spędził w złotej klatce ze świadomością, że dzieło jego życia zostało przekreślone w dużym stopniu przez Marię Miłosierną.
W tym samym numerze Jan Manuel Diaz Torres ustosunkowuje się do książki Alberta Caturelli „La patria i orden temporal. El simbolismode las Malvinas”. Obaj panowie są zgodni co do tego, że Malwiny to krwawiąca rana w ciele całego hispanojęzycznego świata. Wojna w 1982 r. była szóstą inwazją angielską przeciw Argentynie. Pierwsza miała miejsce w 1765 r. , a w roku 1833 perfidny Albion wyciągnął brudne ręce po Falklandy, jak najeźdźcy ochrzcili smagane oceanicznymi wiatrami wyspy. Przyczyną ostatniego konfliktu było to, że odległy kraj z południa Ameryki Południowej ośmielił się powstać przeciw porządkowi jałtańskiemu. Ojczyzna San Martina rzuciła wyzwanie zsekularyzowanemu globalizmowi jako wierna córa misjonarskiej Hiszpanii.
Z czasopism, „Stańczyk. pismo konserwatystów i liberałów” nr 22 (1994)
