Tomasz Gabiś
W numerze 19 bońskiego nieregularnika „Etappe” znajdziemy esej belgijskiego filozofa Pierre Chassarda Samoubezwłasnowolnienie jako cnota? Trzy filozofematy metapolityczne. Chassard zaczynał swoją drogę filozoficzną na początku lat 70. zeszłego wieku; jest autorem kilkunastu większych i mniejszych książek, m.in. Nietzsche – finalizm i historia, Naturalne różnorodności, Ideologia Platona albo filozofia inwersji, Marksizm – teoria i praktyka, Poza uniwersalizmami. Elementy genopolityki, Heidegger – poza rzeczami, Etyki negatywne od Sokratesa do Bergsona, Uwagi o Prawach Człowieka, Ład naturalny i ideologia chaosu, Imigracja a gościnność. Esej Chassarda ma trzech bohaterów, dwóch negatywnych i jednego pozytywnego. Dwaj negatywni to Jacques Derrida i Emmanuel Lévinas – artykuł w „Etappe” streszcza zasadniczą krytykę filozoficzno-polityczną obu tych myślicieli zawartą w książkach Chassarda Derrida i zniszczenie świata oraz Lévinas – Inność i dominacja (wyd. niem. Lévinas – Andersheit und Herrschaft, Viöl 1999). Chassard stara się dociec, jakie konsekwencje polityczne mają pozycje metapolityczne i filozoficzne obu tych wybitnych myślicieli. Ich filozofie nie były wszak formułowane w abstrakcyjnej pustce, lecz w konkretnym kontekście Zachodu (Abendland) i mają konsekwencje wyłącznie dla Europejczyków.
Chassard pisze, że Lévinas zarzuca Heideggerowi, iż sprowadza Innego do Tego Samego, i w ten sposób w pewnym sensie go usuwa. Lévinas kwestionuje przede wszystkim tezę Heideggera o antecedencji Bycia (Sein) przed Bytem (Seiende) i wskazuje na implikacje jakie w sobie skrywa. Heideggerowska ontologia sprowadzająca wielość do jedności, pojmująca byty w ich ogólności Bycia, jest filozofią totalności. Podważenie przez Lévinasa heideggerowskiej ontologii polega na tym, że przed, rzekomo źródłowym stosunkiem do Bycia, stawia on stosunek do Innego, a to oznacza filozoficzną antencedencję Bytu, pierwszeństwo etyki przed ontologią, będące wyzwoleniem Bytu. Tylko to zabezpiecza, jak radykalnie i z przesadą stwierdza Lévinas , przed totalitaryzmem i tyranią, które implikuje filozofia Heideggera.
Zgadzając się częściowo z krytyką ontologii Heideggera przeprowadzoną przez Lévinasa, Chassard stawia jednak pytanie: czy ta inwersja rzeczywiście jest wystarczającym warunkiem naszej wolności? Lub mówiąc inaczej, czy antecedencja Bytu przed Byciem w szczególnej lévinasowskiej formie chroni każdy ludzki byt przed każdą formą zniewolenia? Czy pierwszeństwo etyki przed ontologią, postulowane przez Lévinasa, usuwa niebezpieczeństwa, jaki kryją się w prymacie Bycia wobec Bytu u Heideggera? Czy lévinasowska etyka ludzkiego świata , który charakteryzuje różnica i pluralność zamiast totalizującej jedności i uniwersalnego zlewania się wszystkiego ze wszystkim w Jedno, jest alternatywą wobec greckiej, żydowskiej i chrześcijańskiej monoteologii, heglowskiej panteologii i heideggerowskiej ontoteologii?
Chassard, który odwołuje się często do książki Lévinasa A l`heure des nations, (nie wiedzieć czemu, nie została wydana po polsku) uważa, że jego koncepcja Inności, równoznaczna z obsesyjną allofilią, jest sprzeczna z europejską tradycją, w której centralną pozycję zajmuje Ja a Inny zawsze odnosi się do Ja (autofilia). Natomiast u Lévinasa to Inny określa Ja; stoi on zawsze wyżej niż Ja, to po stronie Innego jest zawsze wyższy stopień godności. Inny zawsze znaczy coś więcej niż Ja. Inny nie jest tym, kim Ja, nie dlatego, że ma inną fizjonomię, charakter, inne cechy fizyczne i intelektualne, ale z powodu swojej najwyższej Inności; wyniesienie i godność Innego nie są żadnymi obiektywnymi danymi, które można stwierdzić, są mu przyznane po prostu dlatego, że Inny bytuje zawsze wyżej w swojej nieosiągalnej Inności. Twarz Innego to nie twarz konkretna, empiryczna, z której odczytać można różnice fizyczne, kulturowe, rasowe, lecz abstrakcyjna, bezcielesna, otwierająca nam nieskończoność ( nie znaczy to – dodajmy– że abstrakcyjna twarz nie ukonkretnia się w danym, europejskim kontekście kulturowym, etnicznym, rasowym).
Inny jest w swojej radykalnej Inności Mistrzem, Ja – Sługą, jednakże nie rozwija się tutaj dynamiczna heglowska dialektyka Pana i Sługi. Relacja i pozycja są nieodwracalne: Inny jest szlachetnym Panem na zawsze, Ja – na zawsze podłym Sługą, pogodzonym ze swoją służebną pozycją, nie znającym wrogości wobec Pana, rozkoszującym się swoją niższością i poniżeniem i nigdy nie myślącym o wyzwoleniu, które mnie uszlachetni.
Gloryfikacja Inności jest ukrytym wezwaniem do posłuszeństwa wykluczającego odmowę i opór. Ja uprzedzam życzenia i rozkazy Innego, korzę się przed Innym, troszczę się o Innego bardziej niż o siebie samego, moja troska o Innego jest bezwarunkowa, nie zależy od tego, czy Inny troszczy się o mnie. Staję się zakładnikiem Innego, jestem zdany na niego, wydany na jego łaskę. Europejczyk jest wszystkiemu winny, jest winny przed Innym, ma odczuwać permanentną winą wobec Innego, winę ma zawsze przypisywać sobie, nigdy Innemu .
Jeśli bliżej i krytyczniej przyjrzeć się filozofii Lévinasa, w której – jak osądza Chassard – więcej jest dysputującego racjonalizmu, egzegetycznej racjonalności, więcej rezonerstwa niż rozumu i mądrości, to okazuje się, że jest ona filozofią poddaństwa, samoobwiniania, samoponiżenia, samonienawiści i samonegacji (Europejczyka). Przed epifanią Twarzy Innego Europejczyk „pada na twarz” (Chassard mógłby w tym kontekście przywołać opinię Jeana Raspaila, że dzisiaj w Europie rządzi Big Other). Miłość i szacunek wobec tego, co Własne ma Europejczyk zamienić w miłość i szacunek wobec tego, co Inne. Filozofia Lévinasa oparta jest na wzorze wiecznej wędrówki, jest topofobiczna i nomadyczna, permanentna diasporyczność ma być formą bytowania i myślenia. Stoi to w zasadniczej sprzeczności z umysłowością i formą życia Europejczyka. Dlatego zamula mu umysł, zamąca jego moralny osąd, niszczy jego samoistność, odwodzi od jego jestestwa, pozbawia duchowego jądra, czyni duchowo niezdolnym do oporu, sprawia, że w sensie psychologiczno-etycznym Europejczyk wpada w matnię.
Europejczyk wchłaniający filozofię Lévinasa jest urabiany w sensie psychologiczno-etycznym, aby swoją wolność, swoje terytorium, swoją ziemię, wytworzone przez siebie bogactwo oddać (konkretnym) Innym. Lévinas jest więc, chcąc nie chcąc, heroldem imperializmu Innych, takich czy innych przybyszów z innych, pozaeuropejskich światów, skrytym wyrazicielem interesów realizowanych przez imperialistyczne, pozaeuropejskie ośrodki władzy. Filozofia Lévinasa nie zna autentycznego uniwersalizmu, który wszystkim ludom i narodom pozwala wyrażać ich odrębność we własnym kraju, bez jakiegokolwiek rodzaju przymusu ani służalczości wobec Innego; jest, zdaniem Chassarda, filozofią antyeuropejską, filozofią kapitulacji Europejczyków, kapitulacją przed Innymi, niezależnie od tego w jakiej konkretnej postaci się objawiają.
Taką samą diagnozę otrzymuje drugi „szwarccharakter” Jacques Derrida, który jednak, zdaniem Chassarda, swoją „antyeuropejską wywrotową robotę” prowadzi o wiele mniej zręcznie niż Lévinas. Cała filozofia Derridy streszcza się w jego niechęci do homogenicznego języka, do integralności języka narodowego (zatem także do narodowych języków filozoficznych). Derrida chce złamać jedność języka, rozbić narodowy monolingwizm, zastępując go multilingwizmem (a więc multikulturalizmem). Jego celem jest lingwistyczna niekoherencja. Derrida chciałby, aby języki się mieszały, krzyżowały bez granic, aż język ulegnie takiemu zniekształceniu, że stanie się nie do poznania. Jeśli odwołamy się do Carla Schmitta, który kazał pytać przeciwko komu wymierzone są in concreto pojęcia, teorie czy koncepcje, to zauważymy od razu, że przedmiotem operacji Derridy polegającej na dekonstrukcji języka, nie jest język hindi, język arabski czy język australijskich aborygenów, ale język francuski, niemiecki, angielski, hiszpański, polski etc. jednym słowem języki europejskie. A ponieważ jedność języka zapewnia kulturowo-polityczną jedność narodom i jest warunkiem panowania nad danym regionem kulturalno-językowym , to derridiańska akcja przeciwko językom europejskim jest de facto próbą wytrącenia z ręki Europejczyków narzędzia władzy kulturowej nad własnym terytorium.
Derrida otwarcie wyznawał, że ideą kryjącą się za filozofią dekonstrukcji jest zdekonstruowanie mechanizmów mocnych państw narodowych, zdekonstruowanie retoryki nacjonalizmu, polityki miejsca, metafizyki ojczyzny i rodzimego języka; dekonstrukcja ma rozbroić „bomby tożsamości” skonstruowane przeciw Obcym przez państwa narodowe. Dla Derridy wszelkiego rodzaju tożsamościowy sprzeciw wobec wtargnięcia w europejski świat, tego, co Obce, jest absolutnie nie do zaakceptowania; ksenofobia, czyli normalna i zdrowa reakcja immunologiczna wobec tego, co zagraża jedności, integralności i egzystencji naturalnej wspólnoty, godna jest najwyższego potępienia (samopotępienia). Derrida, jak i kohorty derridianistów, jest zaciekłym wrogiem wszystkiego, co autochtoniczne, wrogiem świata rodzin, narodów i ras, stanowiących naturalne przeszkody wobec inwazji Obcych na Europę. Europejczyk ma się otworzyć na to, co Obce, np. przyjąć miliony ludzi wszystkich kontynentów, ras i kultur. Derrida doprowadza do absolutnego maksimum samobójczą linię kosmopolityzmu, jego filozofia jest filozofią globalizmu, filozoficzną formą antynarodowej bezgraniczności, gdzie ludzkie wspólnoty rozpływają się w powszechnym niezróżnicowaniu, metysażu i hybrydyczności.
Europejczyka obowiązuje nakaz gościnności, nakaz bezwarunkowy niczym imperatyw kategoryczny, stojący ponad regułami i warunkami (Lévinas i Derrida są idealnymi przedstawicielami, opisywanej przez Arnolda Gehlena, hipertroficznej moralności). Istnieje prawo Obcego i obowiązek Tubylca, prawo Obcego do bycia przyjętym i obowiązek Tubylca przyjęcia Obcego; te prawa i obowiązki arbitralnie określa absolutna ksenomania i patologiczna proksenia Derridy.
Derrida żąda totalnego otwarcia na Obcych, otwarcia bez warunków wstępnych, bez zastrzeżeń i ograniczeń. Jego ideałem jest świat, w którym takie pojęcia jak emigrant, imigrant, azylant, obcy, przybysz, ojczyzna, granica tracą sens. W ostatecznej konsekwencji zniesiona zostaje różnica pomiędzy Nami a Nimi, przy czym to My (Europejczycy) mamy przestać być „Nami”, bo „Oni” nie zamierzają rezygnować ze swojego „My”, nie do „Nich” wszak Derrida adresuje swoją filozofię, ale do „Nas” (Europejczyków). W istocie Derrida żąda, żeby autochton zrezygnował na rzecz allochtona ze swojej ziemi, swojego domostwa, swojej kultury, swojego języka, swoich zasobów a w końcu z samego siebie. Stojący na progu własnego domu właściciel ma nie tylko zapraszać Obcego do środka, nie tylko z niecierpliwością go wyglądać, lecz powinien wręcz go nawoływać : „nie chcę, abyś tylko do mnie przychodził, wejdź we mnie: zajmij, okupuj mnie“.
Wszystkie naturalne wspólnoty: rasa, naród, ród, rodzina, nawet braterstwo są dla Derridy podejrzane – braterstwo wskazuje na pochodzenie, wspólną genealogię, pokrewieństwo, wspólnotę krwi, na najbliższego bliźniego, na najmniej oddalonego i podobnego do nas, a według Derridy absolutne pierwszeństwo należy się temu, kto jest radykalnie Obcy, w najwyższym stopniu niepodobny do nas. Obcy zostaje wywyższony, jego godność jest najwyższą godnością, wyższą niż godność brata, wszystkich członków rodziny, narodu, wspólnoty pochodzenia, krwi i miejsca. Rodzinie jako naturalnej wspólnocie pochodzenia, krwi i ducha opartej na zasadzie seksualnej różnicy przeciwstawione zostają „małżeństwa homoseksualne” posiadające sztucznie spłodzone lub adoptowane dzieci. Należy usunąć wszystko, co stawia opór abstrakcyjnemu konceptualizmowi i czystej pojęciowości – wszystko co naturalne, organiczne, biologiczne, cielesne.
Polityczną nadbudową derridiańskiej filozofii jest „światowa demokracja“, w której nie mają już żadnego sensu takie pojęcia jak naród, państwo, suwerenność, obywatelstwo. „Światowa demokracja” ma zlikwidować „straszliwą nierówność” pomiędzy narodami i ludami, jeśli chodzi o rozwój naukowy, techniczny, gospodarczy, wojskowy tak, aby urzeczywistnił się fantazmat uniwersalnej równości rodzaju ludzkiego. Tutaj także widać wyraźnie, że ostrze myśli Derridy, kieruje się przeciwko Europejczykom, ponieważ to oni i tylko oni ponoszą koszty realizowania tej wizji. Nowa Europa Derridy, uważa Chassard, istnieje poza konkretną, genetyczną-cielesną realnością, jest powierzchnią, łupiną pozbawioną substancji, zredukowaną do fantazmatycznej i fantastycznej „Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka”, z jej kłamstwami i absurdami.
Zanim przejdziemy do pozytywnego bohatera eseju Chassarda, zatrzymajmy się na chwilę przy jego krytyce filozofii Heideggera, przedstawionej w książce Heidegger – poza rzeczami (wyd. niem. Heidegger. Jenseits der Dinge, Wesseling 1993). Jak wiadomo krytyka Heideggera jest tak stara jak jego pełna afirmacja; ostro krytykowali go nie tylko Adorno i Habermas, ale także (cytowani przez Victora Fariasa) narodowi socjaliści – wybitny psycholog Erich Jaensch („niebezpieczny schizofrenik”, jego pisma to „dokumenty psychopatologii”, „niemiecki talmudysta”, który otacza „banały pozorem istotności”) oraz pedagog Eugen Krieck ( „nie potrafi pisać po niemiecku, ponieważ nie potrafi myśleć po niemiecku”). Mędrcowi ze Schwarzwaldu zarzucano myślenie scholastyczne, co było wówczas bardzo poważnym zarzutem. Do ministra oświaty Rusta trafiały anonimy w rodzaju: „w partii z różnych stron słychać ostrzeżenia przed osobą profesora Heideggera” (czym innym jest oczywiście rzeczowa filozoficzna krytyka, a czym innym ciągle na nowo podejmowane próby oczernienia i zniesławienia wielkiego filozofa, czyli w istocie „polityczno-moralne rytuały integracyjne“ – jak to ujął Günter Maschke: „wycierają sobie buty Heideggerem, aby w ten sposób dać świadectwo właściwej postawy moralnej“).
Według Chassarda heideggerowskie Bycie jako podstawa, prawda i wartość, bez różnic, bez granic, bez samoistnych właściwości, jest totalną nieokreślonością, doskonałą pustką, uniwersalnym niezróżnicowaniem i niepodzielnością, bytuje poza pluralizmem bytów. Heideggerowska ontologia jest jednością, heideggerowskie Bycie nosi rysy Dobra platońskiej metafizyki i Boga chrześcijańskiej teologii tak jak pojmowali Go mistycy np. Mistrz Eckhart. Chassard nie zgadza się z potoczną opinią, że Heidegger jest „zabójcą metafizyki”, bowiem jego Bycie jest Bogiem nowej teologii i poetyzującej metafizyki, mającym zastąpić starego Boga po jego „śmierci”. Jako onto-teologia i post-nietzscheańska metafizyka jest myślenie heideggerowskie w rzeczywistości konsekwencją i odnowieniem monoteistycznej teologii i mono-onto-logiczej metafizyki.
Heidegger, wywodzi Chassard, atakuje subiektywność ludzkiego ducha, stojącą u początku każdego samowyzwolenia i opanowania rzeczy, wyrażających się w kalkulacyjnym myśleniu i energii kierowanej na rzeczy, by na nie oddziaływać. Ludzki byt oszołomiony obrazem Bycia, będącego niczym zjawa, nie jest tu świadomym centrum percypowania i rozważania, myślenia i działania. Heidegger deprecjonuje ludzką aktywność naukowo-techniczną; występując przeciwko techniczno-naukowej praktyce, która powstaje z myślenia zapominającego o Byciu, występuje on de facto przeciwko większości ludzkich aktywności, przeciwko aktywnemu, empiryczno-racjonalnemu myśleniu. Metoda racjonalnego i aktywnego myślenia, rozważanie rzeczy z punktu widzenia praxis i poesis ustępują miejsca pasywnemu odbiorowi. Ponieważ myślenie z natury rzeczy odnosi się do bytów, myślenie Bycia zakłada totalną kognitywną pasywność, odciąga od rzeczywistości ku pewnemu rodzajowi ekstatyczno-mistycznej kontemplacji nicości.
Ataki Heideggera na naukę i technikę uważa Chassard za wielce destruktywne dla Europy, ponieważ są to wytwory europejskiego ducha i ostatnie narzędzia władzy, jakie pozostały Europejczykom do dyspozycji w konfrontacji z ludami pozaeuropejskimi. Myślenie, które pojmuje, pragnie uchwycić rzeczywistość bytów, rozważa i kalkuluje, rozwija się tylko pośród rzeczy, jest to myślenie ufundowane na, wzajemnie się warunkujących, nierozerwalnie ze sobą związanych, subiektywności i woli. Heidegger występując przeciw subiektywności nieuchronnie musi wystąpić przeciwko woli. Wola jako pojęcie i jako fakt implikuje w sposób konieczny pluralność, różnice, adwersję wobec jakiegoś oporu, jakiejś przeciwstawnej siły, jakiejś przeciwnej woli, dlatego deprecjonowanie subiektywności i woli, które pojmowalne są tylko w ich różnorodności, tylko pluralistycznie, jest deprecjonowaniem pluralności bytów na rzecz mistycznego Jednobytu. Heidegger pragnie „odwolić” wolę (Entwillen des Willens) – stąd celowo błędnie interpretuje pojęcie woli mocy Nietzschego; dlatego też oskarżenie wysuwane przez Lévinasa wobec Heideggera, że poprzez swoją ontologię „egzaltuje” wolę mocy, jest całkowicie błędne i nieuczciwe.
Wola będąca warunkiem działania człowieka w rzeczywistości bytów, przechodzi u Heideggera w pasywność całego ludzkiego Bytu, aby otworzyć się na myślenie Bycia. Zamiast posiadania (Po-session) siebie samego i rzeczy mamy obsesję (Ob-session) ku Byciu.
Człowiek – pan i podmiot swojego otoczenia, nie oddaje się rozumnym i przemyślanym aktywnościom, które są porządkujące i twórcze, nie urzeczywistnia zaplanowanych projektów w znanym świecie, ale kwietystycznie pozwala się myśleć poprzez Bycie, w jednostajnym spokoju oczekuje nadejścia Bycia ze skrytości; oddala się od aktywności, inicjatywy, wysiłku, pogrąża w, przyjmującej to co przychodzi, pasywności. U Heideggera następuje desubiektywizujące „odwolenie” działającego i myślącego podmiotu, myślenie i poznanie przestaje być autentyczną forma działania. Myślenie Bycia jest myśleniem nieczynnym, pozbawionym treści, którego spełnienie jest bez znaczenia, nie jest myśleniem, lecz Nie-Myśleniem. Ontologia Heideggera, będąca nauką o nicości, nie pozwala dostrzec niczego poza powierzchnią rzeczy, poza cieniem rzeczy; odciąga od rzeczywistości, od realnego świata bytów, od rzeczy, od pluralnej faktyczności teraźniejszego świata, od ziemi, od politycznych i socjalnych realności, od polis, by oddawać się Nie-Byciu.
Heidegger wysyła nas w bezgraniczną otchłań Nicości. Jest to rodzaj eskapizmu, każda aktywność w świecie jest niepotrzebnym i nihilistycznym zgiełkiem, nakierowane na rzeczy myślenie zostaje zdyskwalifikowane na rzecz nicości myślenia, na rzecz trwania w nieznużonej nieaktywności wypatrywania Bycia-Nicości. Emigracja z realności, czysto werbalne Bycie poza rzeczywistością życia, kontemplacyjno-ekstatyczne marzycielstwo, utopia nieosiągalnego Gdzie Indziej, ent-patriacja wszystkich miejsc i ex-patriacja wszystkich bytów poprzez radykalny zwrot od myślącego ducha z Tutaj ku Gdzie Indziej, wycofanego poza rzeczy – oto konsekwencje ontologii Heideggera, które, co oczywiste, Chassard uznaje za niezwykle groźne dla ducha Europy.
Chassard uważa, że myśl Heideggera wcale nie jest tak bardzo oddalona od myśli Lévinasa. Jego koncepcja człowieka jako pasterza Bycia ma w sobie coś zbliżonego do lévinasowskiego myślenia jako „ruchu bez powrotu”. Zamieszkiwanie Heideggera tylko pozornie różni się od lévinasowskiego nomadycznego Nie-Zamieszkiwania. Dlatego krytyka Lévinasa jest w dużym stopniu nietrafna; całkowicie błędnie oskarża on Heideggera o „pogaństwo” charakteryzujące ludy, które posiadają ziemię i ją uprawiają, zakładają miasta i wytwarzają przedmioty. Warto tu dodać, że Chassard odrzuca jako błędną tezę Ricouera, jakoby Heidegger reprezentował Ateny przeciw Jerozolimie, hellenizm przeciw myśleniu hebrajskiemu.
Lévinas daje się zwieść metaforycznemu i symbolicznemu językowi Heideggera, bierze powierzchnię za istotę. Podejrzewa Heideggera, że jest on filozofem ojczyzny i zakorzenienia, podczas tak naprawdę jest on filozofem delokalizacji (Entortung), bezprzynależności (Nicht-Zugehörigkeit), wykorzenienia (Entwurzelung) oraz bezdomności i „bezojczyźnianości” (Heimatlosigkeit). Archaiczny i „ojczyźniany” język Heideggera, jego wiejskie i leśne metafory mające wyrazić relacje człowieka z Byciem są mylące i skrywają myśl, że prawdziwa ojczyzna i konkretne domostwo są nieistotne, żadne miejsce, żadne polis nie jest uprzywilejowane. Bycie to odpersonalizowane Nie-Miejsce (Un-Ort), bezgraniczna przestrzeń dla błąkającego się myślenia. Heideggerowska bezdomność jest całkowicie abstrakcyjna, nie oznacza utraty konkretnej ziemi, konkretnej ojczyzny, ale wyłącznie zapomnienie o Byciu.
Dodajmy na marginesie , że niemiecki autor Jörg von Uthmann w artykule „Chcesz zrozumieć Heideggera? Czytaj Heidi!” twierdzi, że swój „leśny język” Heidegger zaczerpnął ze znanej, niezwykle popularnej w czasach jego dzieciństwa, dwuczęściowej powieści dla dzieci i młodzieży Heidi autorstwa szwajcarskiej pisarki Johanny Spyri. Wydana w 1880-1881 r. , w okresie, kiedy Marcinek Heidegger wchodził w okres czytania, cieszyła się wielką popularnością nie tylko w Szwajcarii, ale także w Niemczech. Von Uthmann dowodzi, że podobnie jak Spyri, Heidegger czerpie swoje obrazy najchętniej z wokabularza „chłopów leśnych”. W Heidi znajdziemy też część heideggerowskiej terminologii jak Kehre czy Gestell. To, co Heidi zapowiada na dziecięcym poziomie, zostaje u dojrzałego Heideggera w sensie heglowskim aufgehoben – przezwyciężone i zachowane poprzez przeniesienie na wyższy poziom filozoficzny. „Heidegger” – stwierdza von Uthmann – „nauczył się od Heidi tyle samo, co później Sartre od niego”.
Lévinasowska etyka pierwszeństwa stosunku do Innego nie jest w stanie–uważa Chassard – zastąpić pierwszeństwa Bycia przed Bytem u Heideggera, obie koncepcje są podstawą zniewolenia, koncepcja Lévinasa w jeszcze w większym stopniu niż Heideggera. Lévinas, podobnie jak Heidegger, musi „odwolić” i „wydrylować” Ja, aby to Ja stało się byciem-dla-Innego; podobnie jak Heidegger stara się ludzka istotę zdenaturyzować. Niewybaczalną zbrodnią wobec Innego Lévinasa i wobec Bycia Heideggera są wszystkie formy autoafirmacji (Selbstbehauptung) dyktowane przez źródłową wolę.
Lévinasowi i Derridzie, a po części i Heideggerowi, przeciwstawia Chassard myśl filozoficzną Giorgio Guzzoniego. Urodzony w 1930 r. w Mediolanie Guzzoni studiował w Rzymie i we Fryburgu, gdzie był uczniem Heideggera i Eugena Finka. Doktoryzował się u Finka i Enzo Paciego pracą Untersuchung des Phänomens skepsis mit Beschränkung auf ihr skopoúmenon in den Dialogen Platos (1957). Wykładał na Uniwersytecie im. Alberta Ludwika we Fryburgu. Napisał : Martin Heidegger (1958 ), Considerazioni intorno alla prima sezione di „Sein und Zeit“ (1969), Abendländische Züge in Pirandellos „Maschere nude“ (1970), Eugen Fink e Cesare Pavese (1971), Das Ding im Gedicht (1972), Vom Wesensursprung der Philosophie Platons (1975), La metafisica di Cartesio (1976), Denken und Metaphysik (1977), Pindar (1981), Dichtung und Metaphysik am Beispiel Rilke ( 1986 ), Phainomenallogische Abhandlungen (1993 ). Jego największe dzieło to, wydana w 2002 r. przez Bouvier Verlag, opasła księga („cegła”?) Zur Verwindung der Metaphysik (Przebolenie metafizyki).
Piszący te słowa, odwołuje się nie tylko do tego, co napisał Chassard, ale do własnej lektury dzieła Guzzoniego, i „przyznaje się bez bicia”, że był w stanie przeczytać je wyłącznie jako niewiarygodnie rozwlekły (1000 stron!) poemat filozoficzny napisany w hiper-post-heideggerowskim języku, będący świadectwem niezwykłej słowotwórczej wyobraźni i semantycznej kreatywności autora; odnieść można do niego opinię Berlińskiej Akademii Sztuk, która w 1957 r. zakwalifikowała pisma jego Mistrza, Heideggera nie jako „filozofię”, lecz „wielkie dzieło poetyckie”.
Jego własna myśl filozoficzna, którą określa jako „realny idealizm” (Real-Idealismus) odrzuca „wszystko wysysające abstrakcyjno-alegoryczno- metafizyczne, rozciągliwe jak guma, pojęcia” typu Życie, Bycie, Wola. Ma on ambicję usytuowania się poza metafizyką we wszystkich jej religijno-teologicznych i filozoficznych wersjach, łącznie z wersją metafizyki Nietzschego i Heideggera, który, tak czy inaczej, patronuje jego myśleniu. Dodajmy na marginesie , że Guzzoni z bezgraniczną pogardą traktuje tych, którzy co jakiś czas, niczym na odgórne zamówienie, odgrzewają „spór o Heideggera” i szczują przeciwko wielkiemu filozofowi. Zniesławiają go, ponieważ nie mogą mu darować, że zdarł modernie maski, że był wierny dziedzictwu i swoją myślą budził Europejczyków. Od Nietzschego, który „zwalczał metafizykę na gruncie metafizyki i metafizyczną bronią”, Guzzoni przejmuje i rozwija tezę, że ideologie nowoczesności są zeświecczonymi formami chrześcijaństwa – to chrześcijaństwo dostarczyło modernie matryc myślowych i emocjonalnych. Jest ona chrześcijaństwem „po śmierci Boga”. Dlatego współczesna filozofia to taka sama ancilla theologiae jak przed wiekami; nieważne, Derrida czy Rorty – wszystko to jedynie zakamuflowane teologie. Wziąć też należy pod uwagę, że, według Guzzoniego, współczesna filozofia jest całkowicie zglajchszaltowana; to raczej filologia filozoficzna niż filozofia, zajmuje się badaniami nad duchem czasu, któremu sama podlega; wszystkie współczesne filozofie i teorie społeczne są służkami rewolucji np. psychoanaliza to według niemiecko-włoskiego filozofa, metafizyczne zniszczenie osoby ludzkiej.
Dzieło Guzzoniego powinni wziąć na warsztat koledzy z „Kronosa”, niechby się pomęczyli, rozszyfrowując pojęcia typu: Weltdurchsinntheit, Seinsdurchrauschtheit, Mensch als Weltdurchklang, Mensch als pheinomenale Person, das Durchhindurch des transcendentalen per, Jegemeinigkeit, Welt-Durchlaß , Welt-Inständigkeit, Welt-Zuspruch itp. Życzę powodzenia przy docieraniu do sensu zdań typu: „Diese Welt ist nicht die Gesamtheit von Seiendem, dessen wir lebend bedürfen, dessen «Wahrheit» man subjektiv erstellt, sondern sein Walten und Wesen, Freyen und Reifen, als welches uns Seyn zur Per-son stimmt und dingt“.
Guzzoni uznaje wyłącznie istnienie „realnego” świata, który nazywa światem „entofizycznym”. Świat ten doświadczany jest jako wezwanie (Ruf) a człowiek jako odpowiedź (Ant-Wort). Człowiek jako ziemska istota jest „przedźwięczony“, przewibrowany, nastrojony przez świat, świat go „personuje“ i po-wołuje. Człowiek to sonus i zarazem istota rezonansująca, konkretna Seynsperson. Nie wolno go ani onto-genetycznie redukować do Sein (istoty wyłącznie żyjącej i odbierającej świat zmysłami), ani onto-teologicznie – do noumenonu. Człowiek pojmowany jest w procesie transcendentalnego dojrzewania ku „Pers-son”, którą bezpodstawnie ścieśnia się do In-dividu-um, będącego „światoodporną” istotą pozbawioną okien wychodzących na świat (jak w wielu innych przypadkach Guzzoni gra podwójnymi i potrójnymi znaczeniami słów – redukcja, ścieśnienie, ograniczenie, to u niego Beschneidung, co oznacza również „obrzezanie”). Człowiek jako rzeczywista światoosoba (Welt-Person), to jednocześnie podmiot świata i przedmiot w świecie, odpowiedzialny Seins-Durchwalter, który żyje, ale też tka wątek dziejów.
Oprócz rozbudowanej w wielopiętrowy gmach czysto filozoficznej koncepcji księga Guzzoniego posiada warstwę drugą – polityczno-socjologiczną, którą tworzą przede wszystkim komentarze umieszczone w ciągnących się przez cały tekst tasiemcowych przypisach. Trzeba tu nadmienić, że wyrażone w nich poglądy daleko odbiegają od „politycznej poprawności” dominującej w Republice Federalnej Niemiec.
Diagnoza Guzzoniego jest dość prosta, acz niezwykle ekspresywnie wyrażona. Utrzymana w tonacji kasandryczno-lamentacyjnej odwołuje się do czcigodnej tradycji konserwatywnej Kulturkritik, doprowadzając ja do absolutnego ekstremum: wyemancypowana i emancypatorska, liberalno-postępowo moderna jest moralno-polityczną śmiertelną pułapką zastawioną na Europę – słowo Moderne może mieć związek z modern, czyli „butwieć, gnić”, ale brzmieniowo kojarzy się również z morden, czyli „mordować”. Postępowo-liberalna pozłota skrywa pod spodem zgniliznę i mord – oto okrutna diagnoza niemiecko-włoskiego filozofa.
„Medialne dziwki” ze Schwindel-Medien codziennie zarzucają Europejczyków swoimi „medialnymi prawdami”, czyli liberalno-demokratycznym stekiem kłamstw, wielkie dziedzictwo Europy (Abendland), jest deptane i poniżane, jej historia diabolizowana, zniesławia się wszystko co wielkie i piękne, panuje oświecony neoobskurantyzm, zachodzi permanentna rewolucjonizacja i reedukacja narodów europejskich, będąca formą wojny religijnej. Wszystko, co służy życiu i hamuje rewolucję nazywa się uprzedzeniem, piętnuje jako tradycyjne, irracjonalne, niefunkcjonalne. Nowoczesny europejski Mensch stał się Mansch – niem Mansch = szlam, muł, breja, błoto, bagno. To, co dzieje się przed naszymi oczami to nicestwienie Europy. Europa niszczona jest na korzyść Ameryki i Azji; Unia Europejska to, wedle Guzzoniego, sterowane z zewnątrz biurokratyczne monstrum, które potrafi jedynie niszczyć utrwalone struktury polityczne i kulturalne.
Guzzoni postuluje, aby Europejczyk kierował się zaleceniami Nietzschego , był wiernym ziemi, nie Ziemi jako izolowanej planecie, ale wierny naszemu realnemu entofizycznemu światu, wierny swojej cielesności (Leiblichkeit), swojemu fizycznemu i kulturalnemu światu i środowisku w ogólności, które jest warunkiem naszej formy życia, naszych fizycznych i duchowych właściwości. Nie jest to łatwe, ponieważ wierność ziemi, wierność europejskiemu dziedzictwu, miłość do tego, co własne, poczucie narodowe i patriotyzm z miejsca okrzyczane zostają jako rasizm, nacjonalizm i (post)kolonializm – są to wszystko werbalne straszaki, mające powodować wyłączenie myślenia; należą do wielkiego zbioru e-mancypacyjnych, politycznie poprawnych izmów, regulacji językowych, historyczno-politycznych dogmatów służących zwodzeniu i oszukiwaniu Europejczyków.
Europejczycy poddawani są medialnej hipnozie; oślepieni podstępną „moralnością polityczną”, ogłupieni moralizatorstwem, wpadają jak dzieci w werbalne pułapki; są totalnie zdezorientowani przez nowoczesne dogmaty humanitarystyczne, opiewane jako postęp; są wyobcowani, wyemancypowani, czyli odcięci od swego dziedzictwa i od „Seyn“. Feministyczne, dewianckie i wszelkie inne ruchy „wyzwoleńcze” (emancypacyjne) dążą do podziału wspólnoty narodowej na wrogie klasy, grupy i rasy, na większości i mniejszości, a kiedy mniejszości brakuje, to się je importuje. E-mancypacja to, zamaskowane jako wyzwolenie, zniszczenie lub wywłaszczenie europejskiego „mancipium”, czyli tego, co własne, tego, co jest w posiadaniu Europejczyków. E-mancypacja oznacza pokalanie miłości matczynej, uczynienie aborcji sprawą, nomen omen, „dziecinnie” łatwą, zniesienie napięć pomiędzy płciami poprzez propagandę na rzecz transseksualizmu. E-mancypacja to tyle samo co kastracja, stąd system polityczny panujący w Europie określić można jako „wyemancypowaną eunuchię”, czy też „eunuchokrację”.
Oczywiste, naturalne hasło „Europa dla Europejczyków” stało się polityczno-ideologiczną zbrodnią; kto je głosi, ten w oczach eunuchokratów okrywa się hańbą. Oni bowiem – Obcych uważający za electa Dei, na rzecz których Europejczycy mają się samowydziedziczyć – pragną multikulturalnego (scil. multikryminalnego) społeczeństwa.
Europejczycy odurzeni opium w postaci emancypacyjno-„moralniackich” frazesów, podlegający rewolucyjnej reedukacji, zamieniają się w, złamane wpajaną im winą, duchowe kaleki, które można bezkarnie eksploatować. Stanowią gatunek rzucony na pożarcie światu. Poddani psychologicznej obróbce przez marksistowski komunizm, liberalny demokratyzm i egalitaryzm doktryny Praw Człowieka, rozmiękczeni przez hipertroficzną moralność litości i miłosierdzia, naturalną miłość własną odwrócili w samonienawiść. „Przekręceni” aż po zadawanie krzywdy samym sobie i pracę na rzecz obcego dobra, są bezsilni wobec wszelkiego autoramentu wrogów Europy, których bronią jest przede wszystkim fałszywa i zwodnicza teoria równości wszystkich ludzi.
Europejczycy zostali wyemancypowani, czyli „spuszczeni na wolność”, a rezultatem tego procesu jest ich wewnętrzne samookaleczenie i samoskarlenie, samoodrzucenie, samopogarda, samoponiżenie, ba, samopohańbienie. Pogrążają się w nihilizmie, którego istotą jest właśnie nienawiść do samego siebie, wstyd za samego siebie, masochistyczna rozkosz z samorezygnacji, uniżoność wiecznej skruchy, niechęć do autoafirmacji (Selbstbehauptung) i kontynuowania własnej egzystencji (egzystencji własnego narodu, własnej rasy, własnej kultury). Zniewolony, podatny na moralny szantaż, Europejczyk poddaje się zewnętrznej kurateli, staje się duchowym renegatem i dezerterem przechodzącym na stronę wrogów Europy (prostytucja w służbie Obcym) albo stacza się do poziomu zombie, robota, marionetki.
Rewolucja (przeżywamy dziś– głosi Guzzoni– ostatni etap Weltrevolution) wyklina dziś jako „rasistę” każdego, kto nie odrzuca dogmatu, że wszystkie jednostki są równe i biologicznie wymienialne (panująca doktryną rasową jest obecnie Mischrassismus) . Jednak wbrew temu Guzzoni podkreśla, że Europa (Abendland) jest nie tylko realnością duchowo-kulturalną, lecz także etno-biologiczno-rasową – kiedy zniknie ta druga, nie ostanie się i ta pierwsza. Człowiek istnieje bowiem w bio-historycznym spleceniu, bytuje zarówno w planie onto-biologicznym, jak i personalno-dziejowym. Tymczasem Europejczycy to dzisiaj Untermenschen popełniający etnobiologiczne samobójstwo. W Europie dokonuje się autogenocyd, samoeksterminacja, (Selbst)Endlösung der europäischen Frage, wspierane przez renegacką, wrogą tubylczym narodom europejskim, klasę polityczną i jej Schwindel-Medien. Europejczycy mają odpokutować za to, że kiedyś byli „panami świata”. Przyjmują więc rolę pomocników własnych katów, swoje duchowe i etnobiologiczne pohańbienie traktują jako zaszczytną ofiarę złożoną na ołtarzu Powszechnego Dobra a własny upadek jako przysługę wyświadczoną ludzkości. Wyemancypowanej Europie oszuści łatwo narzucili rolę skazańca, który sam siebie karze, ba, sam finansuje swoją egzekucję. Europejczycy są niczym bydło ubojne, niczym owce prowadzone na rzeź. Reedukacja i emancypacja ku nicości zakończyła się sukcesem. Droga wiodła od cupio vitiari przez cupio dissolvi do cupio morituri.
W tej tragicznej sytuacji ratunek może przyjść od tych Europejczyków, którym udaje się nie patrzeć na świat oczyma Schwindel-Meister głoszących hasło Nie wieder Abendland!. Od Europejczyków potrafiących zdemaskować i odrzucić doktrynę równości, przejrzeć moralizatorsko-humanitarystyczne triki, przy pomocy których wodzi się ludzi za nos. Europejczycy potrzebują autoafirmacji, miłości obdarowującej życiem, miłości do tego, co własne, miłości do potomstwa, do ojczyzny, historii, dziedzictwa. Potrzebują zakorzenienia we własnej wspólnocie – wspólnocie ducha, losu, krwi, rasy, narodu, języka, historii, obyczajów, instytucji, rodziny. Potrzebują bycia wśród swoich, które z natury rzeczy musi kogoś wykluczać. Muszą ponownie nauczyć się czci i poszanowania dla tego co piękne, wyższe i szlachetne, dla mitów i religii, dla tego, co uświęcone przez życie i historię, co raduje, dojrzewa w nas, unosi wzwyż. Obowiązkiem i celem musi być uszlachetnienie, w każdej dziedzinie i każdym sensie . Pomogą w tym, zdaniem Guzzoniego, Dante, Pindar, Platon, Hölderlin, Nietzsche, Heidegger, Leopardi, Proust, Rilke, Makiawel, Spengler, Empedokles, Hegel, Baudelaire, Ajschylos, Goethe, Pavese.
Po jednej stronie, pisze Pierre Chassard w konkluzji swojego eseju, stoją Emmanuel Lévinas i Jacques Derrida, po drugiej – Giorgio Guzzoni; przedstawiciele rozkładu Europy jako konkretnej duchowo-kulturowej i etnobiologicznej całości kontra filozof poszukujący dla niej ratunku i odrodzenia; fronty są jasno wytyczone pomiędzy tymi, którzy pracują na rzecz ostatecznej śmierci Europy i tymi, którzy ciągle jeszcze stawiają opór.
Od kiedy żyją ludzie, Sein istoczy się jako Seyn. Jest nadzieja, że jeszcze się przez czas jakiś poistoczy.
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana” nr 122 (2015)
