«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 23 (1994)

04.17.16 | brak komentarzy

 

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 23 (1994)

ROSJA

NASZA STRANA

 

Numer 2274 tygodnika rosyjskich konserwatywnych narodowców otwiera obszerny tekst Borysa Glebowa poświęcony kryzysowi w byłej Jugosławii. Pisze on, że dla dokonania trzeźwej analizy sytuacji w tym regionie należy wziąć pod uwagę trzy czynniki. Po pierwsze niezwykłą, burzliwą i tragiczną historię tych ziem pełną religijnych, kulturowych, politycznych i gospodarczych sprzeczności. Po drugie fakt, że tzw. “światowa opinia publiczna”, a nierzadko i politycy bezpośrednio zaangażowani w rozwiązywanie bośniackiego konfliktu zwykle nie mają o tej historii najmniejszego pojęcia. Po trzecie wreszcie nie sposób ignorować faktu, że w zachodnich mass mediach pro-wadzona jest wojna psychologiczna, mająca na celu przedstawienie źródeł tego konfliktu w fałszywym świetle. Dla wsparcia drugiej z powyższych tez Glebow cytuje papieża Jana Pawła II, który stwierdził, iż terytorium Bośni i Hercegowiny zamieszkuje jeden naród, nie precyzując zresztą bliżej jaki. Jest to oczywisty błąd, gdyż nawet komunistyczna konstytucja mówiła o trzech narodach, choć tzw. bośniaccy muzułmanie (wśród których wyznawcy Proroka stanowią ledwie trzecią część) to „naród” utworzony niejako odgórnie, przez arbitralną decyzję titowskego Belgradu. Autor przypomina też wypowiedź Zbigniewa Brzezińskiego, że „losy nowego porządku światowego ważą się w byłej Jugosławii”.

Aby zrozumieć wagę wydarzeń mających miejsce w Bośni należy cofnąć się osiemdziesiąt lat do tyłu, do 28 czerwca 1914 roku, kiedy Princip dokonał zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Princip nie był obywatelem Serbii, lecz, zgodnie z podaną wyżej definicją „przedstawicielem narodu Bośni-Hercegowiny”. Mimo tego Austro-Węgry wystosowały wobec Serbii ultimatum o charakterze prowokacji politycznej, które stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu wojny. Cesarz Franciszek Józef tak pisał wtedy do Wilhelma II: „chociaż nie sposób udowodnić współudziału serbskiego rządu w zamachu, Serbia musi zostać usunięta z Bałkanów jako czynnik polityczny. Austro-Węgry okupowały Bośnię i Hercegowinę od 1878 roku, zaś w 1908 zaanektowały te terytoria, w obawie przed możliwością zjednoczenia wszystkich Serbów w jednym państwie. Państwo takie – prawosławna monarchia serbska – stanowiłoby bowiem dla imperium Habsburgów wielką przeszkodę zarówno w planach politycznego podporządkowania sobie Bałkanów, jak i w zamiarze stopniowej katolicyzacji ich mieszkańców. W okresie od 1878 do 1910 liczba prawosławnych Serbów w Bośni i Hercegowinie zwiększała się z 42 do 44%, katolików z 18 do 23%, zaś muzułmanów zmniejszyła się z 39 do 32%. W chwili obecnej Serbowie stanowią zaś około jednej trzeciej ludności tych ziem. Tak znacznej redukcji „udało się” dokonać podczas II wojny chorwackim oddziałom ustaszów (Glebow przypomina tu niechlubny fakt, iż niektórzy katoliccy biskupi publicznie błogosławili oddziały zajmujące sie eksterminacją serbskiej ludności cywilnej) oraz muzułmańskiej dywizji SS Handżar (nazwa pochodzi od arabskiego „handżare” = poderżnąć gardło). Biorąc pod uwagę jednoznacznie antyserbskie nastawienie komisji międzynarodowych, mających uregulować konflikt w Bośni można postawić tezę, że w tej części półwyspu Bałkańskiego nadal trwa odwieczna walka miedzy Wschodem i Zachodem, konflikt, który w takiej czy innej postaci trwa od czasów rywalizacji cesarstwa Karola Wielkiego z Bizancjum.

Glebow zauważa, że dziś brak jest takich wspaniałych prowokatorów politycznych, jak brytyjski minister spraw zagranicznych w roku 1914 sir Edward Gray, który umiejętnie prowadząc grę dyplomatyczną, używając głośnych deklaracji i dyskretnych niedomówień, zdołał wciągnąć do wojny Rosję, Niemcy, Francję i Austro-Węgry. Nie oznacza to jednak końca prowokacji politycznych na Bałkanach. Potwierdzenia dostarcza nam sprawa wybuchu pocisku moździerzowego na sarajewskim bazarze 5 lutego bieżącego roku. Akcja ta początkowo (mimo braku dowodów) przypisana bośniackim Serbom, została potem dyskretnie okryta zasłoną milczenia. Była ona bowiem zmontowana zbyt nieudolnie, aby przekonać tzw. światową opinię publiczną o konieczności zdecydowanej interwencji przeciw Serbom.

W zakończeniu swojego artykułu Glebow zastanawia się, jaka powinna być polityka Rosji wobec konfliktu w Bośni. Jego zdaniem Rosja winna tu umiejętnie wykorzystywać fakt, że wszelkiego rodzaju ultimata wobec Serbów wysuwane są nie przez ONZ, a przez NATO. Należy powoływać się na ten fakt (teoretycznie prawo do ingerencji w tego typu konflikty przysługuje tylko ONZ) i na forum ONZ blokować wszelkie próby interwencji skierowanej przeciwko bośniackim Serbom. Autor z zadowoleniem (niezwykłym na łamach antyjelcynowskiej „NS” – red.) wskazuje, że niektórzy z liderów rosyjskiej polityki zagranicznej (np. pierwszy zastępca min. Kozyriewa Anatol Adamiszyn) prezentują taką właśnie postawę.

Kilka numerów dalej przyciągają uwagę ciekawe artykuły o aferze Dreyfusa i o Churchillu. Okazuje się, że sprawa Dreyfusa (kapitana armii francuskiej żydowskiego pochodzenia, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Niemiec, skazanego na ciężkie roboty, po czym uniewinnionego i zrehabilitowanego) wciąż bulwersuje i dzieli Francuzów, choć od dnia jej rozpoczęcia minęło już sto lat. Kilka miesięcy temu na łamach wojskowego pisma „Actualité” pułkownik Paweł Gojas, dyrektor Departamentu Historii Wojska francuskiego Ministerstwa Obrony opublikował artykuł, w którym podważył „oficjalną wersję” afery. Napisał on między innymi, że nigdy nie zdołano przedstawić dowodów niewinności Dreyfusa i że cała sprawa spowodowała „nieuleczalne rany w organizmie armii francuskiej. Przypomniał on też w swoim artykule kilkakrotnie, że wyrok skazujący Trybunału Wojskowego nigdy nie został oficjalnie anulowany, zaś uniewinnienie Dreyfusa odbyło się drogą niewiele mającą wspólnego z uczciwą procedurą prawną. Korpus oficerski nigdy, zdaniem pułkownika, nie zgadzał się z „uniewinnieniem” zdrajcy Ojczyzny, jakim był niewątpliwie kpt. Dreyfus. Według Gojasa, podział społeczeństwa francuskiego na „dreyfusowców” i „antydreyfusowców” utrzymuje się nadal i odpowiada w przybliżeniu podziałowi lewica/prawica. Zwolennikami „niewinności” Dreyfusa są bowiem „socjaliści, masoneria, organizacje homoseksualistów”, zaś jego przeciwnikami „prawdziwi patrioci, wierni synowie Francji”. Z artykułu można też dowiedzieć się, że odważny pułkownik został przymusowo emerytowany przez ministra obrony Franciszka Leotarda, dziennik „Le Monde” przypomniał na marginesie całej sprawy o ciągle żywym niebezpieczeństwie antysemityzmu, zaś w wydanym specjalnie oświadczeniu Ministerstwa Obrony stwierdzono, że „Francuzi nigdy nie poddawali w wątpliwość niewinności Dreyfusa”.

Nasza Strana” przynosi też recenzję wydanej niedawno w Wielkiej Brytanii biografii Churchilla pióra K. Pontinga. Okazuje się, że sir Winston piastujący w 1910 roku urząd ministra spraw wewnętrznych opracował plan przymusowej sterylizacji stu tysięcy Brytyjczyków, zaś w już 1899 roku w liście do jednego z przyjaciół wyznał, że jego marzeniem jest „podniesienie jakości rasy brytyjskiej”. Będąc ministrem Churchill przestudiował książkę Amerykanina z Indiany H. Sharpa pt. „Sterylizacja degeneratów” (w tym czasie sterylizacja była prawnie dopuszczalna w tym stanie) i wydał o niej bardzo pochlebną opinię. Jak wynika z niedawno odtajnionej prywatnej korespondencji „grabarza Imperium” był on także zwolennikiem tworzenia obozów pracy przymusowej dla wszelkiego rodzaju „włóczęgów, leniuchów, nieudaczników itp.”. Okazuje się więc, iż hołubiony przez niektórych przedstawicieli prawicy „konserwatysta” Churchill był w rzeczywistości politykiem o bardzo nowoczesnych, postępowych poglądach.

W numerze 2285 znajdujemy z kolei ciekawy esej Olega Płatonowa o charakterze rosyjskiego prawosławia. Bez zrozumienia prawosławia nie sposób zrozumieć specyfiki cywilizacji rosyjskiej. Prawosławie rosyjskie to nie tylko system religijny, specyficzna substancja dogmatyczna i obrządkowa; to przede wszystkim pewien stan ducha wyrażający się w dążeniu ku Bogu, ku boskiej doskonałości (stąd niezwykłe określenie państwa mianem Świętej Rusi). Prawosławie rosyjskie rozwijało się wraz z instynktem narodowym. Gdy poczucie narodowe wzrastało i doskonaliło się następował rozkwit prawosławia. Przeciwnie, gdy powaga moralna władzy i duch narodowy podupadały (jak w XVIII w.), podupadało i słabło także prawosławie. Przyjęcie przez Ruś prawosławia nie było tylko zbiegiem historycznych i geograficznych okoliczności. Również estetyczna wyższość obrządku bizantyjskiego nad niemieckim (tak zwano podówczas na Rusi liturgię rzymską) nie była decydującym czynnikiem. Płatonow powołuje się na rosyjskiego teologa i filozofa Jana lljina, który pisał, że autorytarny i pewny do zaślepienia swych racji katolicki Rzym nigdy nie odpowiadał rosyjskiemu sposobowi pojmowania chrześcijaństwa. Prawosławie dawnej Rusi nie przeciwstawiało, jak miało to miejsce wielokroć na Zachodzie, władzy świeckiej i duchownej, lecz starało się stosować zasadę złotego środka, harmonii Państwa i Kościoła określonej przez cesarza Justyniana mianem symfonii. Jednakże greckie, bizantyjskie dziedzictwo również nie zostało przez Ruś przejęte na zasadzie automatycznej nieinnowacyjnej adaptacji. Chrześcijaństwo ortodoksyjne przybrało tam odmienną niż w świecie bizantyjskim postać, ponieważ wzbogacone zostało o poglądy moralne na dobro i zło wypracowane jeszcze w czasach pogańskich przez plemiona wschodniosłowiańskie.

Chrzest Rusi wzbogacił greckie prawosławie o zasadę praktycznego dążenia ku dobru. Na tym polega największa różnica miedzy Rusią-Rosją a Bizancjum. Podczas gdy Bizantyńczycy absolutyzowali problem zła, szukając wyjścia w surowej ascezie i mistycznym przeżyciu, rosyjskie prawosławie spoglądało na świat daleko bardziej optymistycznie. W najstarszych ruskich pismach religijnych brak tak typowych dla bizantyjskiej ortodoksji mrocznych tonów i poczucia beznadziejności jednostkowego istnienia. Według najdawniejszych pojęć religijnych Rusi najbardziej godny łaski nie jest ten, kto spędza czas na nieustannych postach i modlitwach, lecz przede wszystkim ten, kto spełnia w życiu dobre uczynki.

Narodowy charakter rosyjskiego prawosławia najlepiej wyraża pojęcie sobornost (w języku polskim najbliższym odpowiednikiem jest słowo powszechność – red.). Jeden z wybitnych rosyjskich myślicieli zeszłego stulecia Aleksy Chomiakow zdefiniował sobornost jako „połączenie wolności i jedności w społeczeństwie na bazie ukochania tych samych absolutnych wartości”. Sobornost winna obowiązywać zarówno w życiu politycznym, jak i cerkiewnym. Była ona podstawą i gwarancją jedności narodowej i silnej państwowości, wewnętrzną treścią życia społecznego Imperium Rosyjskiego. Zachód, zdaniem Płatonowa, nigdy nie zdołał stworzyć tak mocnego i ponadnarodowego typu państwowości jak Rosja, ponieważ nie potrafił wytworzyć własnego typu sobornosti, zaś w swych dążeniach centralizacyjnych musiał posługiwać się przede wszystkim przemocą. Katolickie kraje zachodnie posiadały jedność bez wolności, zaś kraje protestanckie wolność bez jedności. Skutkiem były nieustanne wojny rozdzierające zachodnią część kontynentu, podczas gdy na rozległych terytoriach carskiej Rosji panował (poza niewieloma burzliwymi okresami) pokój.

W tym samym numerze Włodzimierz Rudinski omawia książkę F. Miedwiediewa „Po Rosji”, na którą składa sie szereg rozmów przeprowadzonych z przedstawicielami emigracji wszelkich barw i odcieni. Na szczególną uwagę zasługuje wypowiedź mieszkającego w Paryżu pisarza Saszy (Aleksandra) Sokołowa o Ameryce: “Ameryka nie posiada właściwie kultury w europejskim sensie tego słowa, lecz jedynie jakieś 200 lat żałosnej demokracji. Szkoły amerykańskie wychowują dziś ludzi niewykształconych, de facto wcale już nie kształcą… kraj ten można ideologicznie zdobyć gołymi rękami. Amerykanie nie są do niczego przygotowani, brak im też jakiejkolwiek ciekawości świata, to straszna cecha… współcześnie rozgrywa się niezauważalna katastrofa. Mam tu na myśli amerykanizację – śmierć całej europejskiej kultury, naszą śmierć. Widzę, jak ten rodzaj duchowej dżumy atakuje Europę”.

Kilka ciekawych uwag znajdujemy w numerze 2288. O. Bartieniew porównując system samowładczy – samodierżawie – z dyktaturą dochodzi do (niemiłego dla zdeklarowanych ultraliberałów) wniosku, że w odróżnieniu od nauk ścisłych polityka i ekonomia mają charakter narodowy. W artykule „Katyń, Katyń…” Włodzimierz Sołouchin, jeden z najlepszych rosyjskich pisarzy-poczwienników (narodowych tradycjonalistów – red.) twierdzi, że już we wczesnych latach pięćdziesiątych istniała w Rosji Sowieckiej spora grupa ludzi, którzy znali prawdę o wydarzeniach katyńskich. Wreszcie z działu „Kronika polityczna” dowiedzieć się można, że przed rokiem 1917 Rosja była jedynym państwem, gdzie usługi medyczne dla najbiedniejszych były bezpłatne. Tematyka prawosławna powraca w numerze 2291, w którym F. Siergiejew zastanawia się, jakie konsekwencje może mieć wezwanie papieża Jana Pawła II do organizacji w roku dwutysięcznym panchrześcijańskich spotkań w Jerozolimie i Betlejem.

Siergiejew zwraca uwagę, że papież za najważniejsze zadania katolicyzmu przed rozpoczęciem trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa uznał rozrachunek z błędami popełnionymi przez Kościół rzymskokatolicki w przeszłości, oraz osiągnięcie porozumienia z prawosławnym Wschodem. Wskazuje on też na reakcję kardynałów anglojęzycznych wobec deklaracji papieskich. Uznali oni, iż ważniejsze od roztrząsania błędów przeszłości jest skupienie uwagi na moralnym kryzysie współczesnego świata, na, według ich określenia, “moralnej nocy”, która zapadła nad światem. Jednakże, pisze publicysta rosyjski, postawa taka jest wewnętrznie sprzeczna. „Moralną noc”, która wszak jest następstwem kulturowej i religijnej degeneracji współczesnego Zachodu poprzedzał długi „moralny zmierzch”, którego początków doszukać się można w czasach Wielkiej Schizmy, zaś zajmowanie się błędami współczesności nie jest możliwe bez krytycznej oceny przeszłości. Ocena ta powinna także uwzględnić fakt, że począwszy od XIII w. Zachód konsekwentnie dążył do usunięcia prawosławia z mapy Europy. Osłabienie chrześcijaństwa na wschodzie kontynentu zostało przecież zapoczątkowane w roku 1204, kiedy to czwarta wyprawa krzyżowa zniszczyła i złupiła Konstantynopol, który mimo późniejszego Renesansu Paleologów już nigdy nie powrócił do dawnej świetności. Do dziś wiele katolickich kościołów, szczególnie we Włoszech chlubi się przedmiotami kultu przywiezionymi wtedy przez krzyżowców. Nieco później, w 1242 katolicki Zakon Kawalerów Mieczowych napada na drugą po Bizancjum ostoję prawosławia – Rosję.

W 1380 oddziały genueńczyków walczą u boku Tatarów na Kulikowym Polu, zaś w 1612 oddziały polskie kierowane przez jezuitów zajmują nawet Moskwę. Dwieście lat później koronowany przez papieża „cesarz” Europy zajmuje Moskwę i pali moskiewskie cerkwie. Podczas wojny krymskiej arcybiskup Paryża stwierdza, że wojna ta jest święta, zaś jej celem jest „zniszczenie herezji Focjusza”, a po zwycięstwie w Rosji bolszewików Leonid Fiodorow, nuncjusz apostolski w Moskwie mówi, że „cały kler katolicki może wreszcie spokojnie odetchnąć”. Dziś, gdy zbliżamy się do roku dwutysięcznego, pisze Siergiejew, należy zastanowić się czy wielowiekowa wrogość wobec wschodnich braci w wierze nie jest jedną z przyczyn dzisiejszej moralnej degrengolady Zachodu. Szczera odpowiedź na to pytanie jest niesłychanie ważna, chrześcijaństwo nie może bowiem istnieć bez prawdy, konkluduje rosyjski publicysta.

I na zakończenie dobra wiadomość dla monarchistów. Okazuje się, że słynny rumuńsko-francuski dramaturg Eugeniusz Ionesco pod koniec życia dokonał gruntownej rewizji swych zapatrywań politycznych, i odcinając się od lewicowych poglądów młodości i wieku dojrzałego zdeklarował się jako zdecydowany zwolennik chrześcijańskiej monarchii.

NIEMCY

CRITICÓN

W numerze 136 monachijskiego dwumiesięcznika, który od niedawna ukazuje się w cyklu kwartalnym Gregor Manousakis omawia sytuację kościołów ortodoksyjnych (prawosławnych) w Europie Wschodniej a Ulrich Motte sytuację kościoła ewangelickiego w Niemczech, Ute Scheuch krytykuje CDU za brak zasad, Walter Kreul niepokoi się sytuacją w RPA, Uli Pieper pisze o sprawie Lutza Kuche – agenta Stasi penetrującego prawicowe środowiska w RFN. W stałym dziale pisma „Portrety autorów” Hans-Christof Kraus szkicuje portret Ernsta Ludwiga von Gerlacha (1795-1887) – prawnika, polityka, publicysty politycznego i czołowego przedstawiciela pruskiego konserwatyzmu. Jego polityczny wychowanek a późniejszy przeciwnik polityczny Bismarck nazwał go „teoretycznym fanatykiem w polityce i religii”. Ktoś inny określił go mianem „Katona partii konserwatywnej”. Constantin Frantz chwalił jego „czystość poglądów i wierność przekonaniom”. W jednej z polemik przeciw rewolucji francuskiej Gerlach napisał: „ «c’es un crime de regner», powiedział paryski oprawca St. Just, „być królem to zbrodnia”. Ten, kto wie czym jest monarchia, ten nie będzie jej nienawidził tak jak nikt nie nienawidzi słońca, księżyca i gwiazd lub chleba, wina czy całej ludzkości. Obraz Boga w człowieku wypełnia się w monarchii, najpierw w doczesnej i przemijającej monarchii i całkowicie w Królestwie Syna Bożego… Tak więc monarchia jest koroną ludzkości”. Gerlach był politycznym teologiem we właściwym tego słowa znaczeniu. Z niezachwianą konsekwencją przeciwstawiał zsekularyzowanemu, liberalnemu i demokratycznemu myśleniu epoki stanowisko niezłomnie chrześcijańskie, które w swojej jednolitości i spoistości w niczym nie ustępowało stanowisku przeciwników z lewicy.

Gerlach był zwolennikiem ponadnarodowej Rzeszy i odrzucał wszelkie formy nacjonalizmu. Uważał, że forma Rzeszy jest właściwa dla Niemców, którzy dlatego nie mogą być „narodowi” w tym sensie jak Anglicy czy Francuzi. W czasie rewolucji 1848 roku, choć osobiście zagrożony, nie wyjechał z Magdeburga (podczas gdy berlińscy konserwatyści zaraz po wybuchu niepokojów zniknęli z miasta). W ułożonym przez siebie manifeście wezwał wszystkich, „którzy są zdecydowani bronić niemieckiego prawa, niemieckiej wolności i pruskiego państwa przeciw rewolucyjnej tyranii”, aby „pospieszyli z pomocą tronowi i ojczyźnie”. W tym samym roku założył „Nową Gazetę Pruską”, której dewizą było „Z Bogiem dla Króla i Ojczyzny”. Nieustraszony w walce z lewicą ganił również „brudny egoizm” przedstawicieli swojego stanu. Pisał, że „własność jest pojęciem politycznym, instytucją ufundowaną przez Boga, aby Jego Prawo i Królestwo Jego Prawa zachować w państwie: tylko w powiązaniu z obowiązkami, które na niej ciążą jest własność świętą, jako sam środek przyjemności nie jest święta, lecz brudna”. Prowadził walkę zarówno przeciw rewolucyjnej lewicy, jak i przeciw biurokratycznemu absolutyzmowi.

Po wybuchu wojny z Austrią w 1866 roku Gerlach stał się wrogiem Bismarcka, zarówno jeśli chodzi o politykę zagraniczną jak i wewnętrzną. Dawny polityczny uczeń i przyjaciel stał się teraz „przestępcą”, jak nazwał go Gerlach w swoim dzienniku. Bismarck zakazał rozpowszechniania jego broszury „Małżeństwo cywilne i kanclerz Rzeszy”, wytoczył mu proces o zniesławienie, w wyniku którego skazano Gerlacha na grzywnę. Ustąpił wówczas ze stanowiska prezesa wyższego sądu krajowego w Magdeburgu – król przyjął jego dymisję bez jednego słowa podziękowania za prawie 50 lat wiernej służby trzem monarchom i państwu pruskiemu. Z początkiem 1877 roku Gerlach wówczas człowiek 83-letni wybrany został posłem do Reichstagu. 16 lutego tegoż roku potrącony został przez wóz pocztowy i zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. W testamencie zobowiązał swoich dwóch bratanków-spadkobierców, aby służyli kościołowi jako chrześcijanie i ojczyźnie jako szlachcice lepiej niż on sam to czynił.

Pogrzeb Gerlacha stał się polityczną demonstracją przeciw Bismarckowi i jego polityce. Przybyli wszyscy znani przeciwnicy Bismarcka: od przewodniczącego katolickiego Centrum Windhorsta przez starokonserwatystę Kleista-Retzowa do feldmarszałka Ernsta von Manteuffla. Zabrakło natomiast przedstawicieli „oficjalnego świata”. Jeden z katolickich przyjaciół Gerlacha napisał w nekrologu: „Jego nazwisko wejdzie do historii państwa pruskiego jako nazwisko człowieka, który nie zgiął kolan przed bożkami epoki”. Politykę Gerlacha, pisze w zakończeniu swego artykułu Kraus, można zrozumieć tylko wówczas, jeśli pamięta się o tym, że jego myślenie i polityczne działanie było w ostatecznej instancji określone przez religię. Inny wybitny konserwatysta Carl Ludwig Haller w liście do Gerlacha podsumował ten centralny aspekt takiego rozumienia polityki: „Bóg żąda od nas walki a nie zwycięstwa”. Sam Gerlach napisał zresztą, że w usiłowaniach politycznych konserwatystów „żyje święty, wieczny element, dla którego zwycięstwo łub klęska w doczesności są sprawą drugorzędną”.

Filozof i teolog, długoletni przewodniczący Ruchu na rzecz Papieża i Kościoła prof. Walter Hoeres czyni uwagi na temat „katolickiej samodestrukcji”, kryzysu pustoszącego Kościół, wyprzedaży podstawowej i najbardziej wpływowej instytucji Zachodu. Wszyscy w Kościele katolickim, którzy wierni są tradycji nazywani są fundamentalistami. Ktokolwiek praktykuje jeszcze formy tradycyjnej pobożności może być pewien, że okrzyknięty zostanie przez kościelnych progresywistów fundamentalistą. Atakowane są wszystkie odbiegające od wzorca ustalonego przez progresywistów osoby, organizacje i wspólnoty. Od dziesięcioleci np. trwa kampania przeciw Opus Dei wystylizowanemu przez media na monstrum, którym straszy się publiczność. Walka “nowoczesnych” teologów przeciw osobom i wspólnotom jest wyrazem walki przeciw samej wierze katolickiej. Zbawienie przemienione zostaje w społeczne wyzwolenie, Pismo Święte „demitologizowane” jest tak długo, aż pozostaje z niego tylko wezwanie do współczłowieczeństwa w imię Jezusa, którego ontologiczny status pozostaje niejasny. Kwestionowane są przymioty Boga jak np. Jego wszechmoc. W agitacji tej celują zwłaszcza teologowie-jezuici, którzy równocześnie atakują zajadle kult maryjny. Progresywiści zamieniają Kościół w „supermarket możliwości” poddając wszystko bezustannej krytyce, roztapiając dogmaty w nieskończonym dyskursie niszczą podstawy religijnej wspólnoty. Efektem jest odbywający się bezgłośnie exodus wiernych z Kościoła.

Prof. Gerard Radnitzky przypomina przyznanie przed 10 laty Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Hayekowi i Myrdalowi, czyli równoczesne nagrodzenie ludzi mających całkowicie przeciwstawne poglądy na gospodarkę i sprawy społeczne. Ponieważ nie dało się już pominąć uczonego o takim dorobku jak Hayek przyznano równocześnie nagrodę Myrdalowi aby w ten sposób choćby częściowo zneutralizować przyznanie nagrody „politycznie niesłusznemu” autorowi „Konstytucji wolności”. Hayek niezbyt wysoko cenił swojego Nobla. Głównie dlatego, że nie był dobrego mniemania o fachowych kwalifikacjach wielu laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, a szczególnie dlatego, że musiał ją dzielić właśnie z Myrdalem. Prof. Radnitzky pisze w swoim artykule o niemieckim „cudzie gospodarczym” przypominając, że jednym z przeciwników wolnorynkowych reform Ludwiga Erharda był nie kto inny jak J. K. Galbraith, wówczas szef Wydziału Gospodarczego Terytoriów Okupowanych w Departamencie Stanu USA. W marcu 1948 roku Galbraith oświadczył, że plany Erharda nieuchronnie doprowadzą do gospodarczej katastrofy. Później tenże Galbraith stał się wielce czczonym ekonomistą telewizyjnym (w XX wieku roi się od Łysenków – red. Stańczyka), a w 1989 roku otrzymał nawet wraz z biskupem Tutu doktorat honoris causa uniwersytetu w Oxfordzie. Z artykułu Radnitzky’ego dowiedzieć się również możemy, że książka Hayeka „Droga do niewoli” była zakazana po 1945 roku w zachodniej strefie okupacyjnej i krążyła jako samizdat. Zakaz uzasadniano tym, że książka mogłaby zaszkodzić dobrym stosunkom z ZSRR. Warto też wiedzieć, że Gunnar Myrdal sympatyzował z narodowym socjalizmem i dopiero później jego przyjazny stosunek do III Rzeszy ochłódł do tego stopnia, że po wojnie wraz z ministrem spraw zagranicznych Szwecji Ostenem Undenem doprowadzili do wydania Sowietom 3000 Niemców głównie żołnierzy 121 wschodniopruskiej dywizji piechoty, którzy schronili się w Szwecji. W styczniu 1946 roku wraz z 167 obywatelami krajów bałtyckich wydani oni zostali władzom sowieckim (ponad połowa z nich straciła życie w niewoli).

Armin Mohler w artykule „Kondylis – anty-Fukuyama” omawia twórczość grecko-niemieckiego filozofa Panajotisa Kondylisa. Oprócz niedawno wydanej książki „Planetarna polityka po Zimnej Wojnie” Kondylis jest autorem następujących prac: „Powstanie dialektyki”, „Oświecenie”, „Władza i decyzja”, „Konserwatyzm. Historyczna treść i upadek”, „Teoria wojny”, „Nowożytna krytyka metafizyki’, “Zmierzch mieszczańskich form życia i myślenia”. Wydał również dwie antologie: „Filozof i władza” oraz „Filozof i rozkosz”. Centralne, celowo wyostrzone do skrajności zdanie filozofii politycznej Kondylisa, bo ta interesuje głównie Mohlera, brzmi „Idee nie istnieją”. Albowiem „istnieją tylko ludzkie egzystencje w konkretnych sytuacjach działające i reagujące w specyficzny sposób. Jedna z tych specyficznych akcji i reakcji polega, zgodnie z ogólnie przyjętą ideologią, na wymyślaniu lub przyswajaniu idei. To nie idee wchodzą ze sobą w styczność, lecz tylko konkretne ludzkie egzystencje, które w ramach zorganizowanych społeczeństw muszą działać w imię idei. Kombinacje idei są dziełem ludzkich egzystencji, które wychodzą przy tym od własnego stosunku do innych egzystencji; ostatecznie idee nie są zwyciężane ani nie zwyciężają, lecz ich zwycięstwo lub klęska są symbolem dla przewagi lub podporządkowania określonych ludzkich egzystencji”. Kondylis stara się unikać nawet słowa „człowiek”, gdyż jest to jedno z tych ogólnych pojęć, które mogą oznaczać wszystko – jest to słowna łuska, o której nie wiadomo w jakim celu zostanie użyta przez innych. Punktem wyjścia dla Kondylisa, jest, pisze Mohler, konkretny człowiek w konkretnej historycznej sytuacji, który musi obronić swoją pozycję wobec innych konkretnych ludzi znajdujących się w innej sytuacji. Myślenie i język są instrumentami w walce o „utrzymanie pozycji”. Kondylis odrzuca też ogólne pojęcie „prawdy”: „Można umrzeć dla prawdy – ale tylko dla własnej prawdy to znaczy dla takiej, która pokrywa się z własną tożsamością”.

Mohler zauważa pokrewieństwo Kondylisa z Carlem Schmittem, który w „Pojęciu polityki” pisał, że wszystkie pojęcia i terminy mają „polemiczny charakter”. Także występujące u Kondylisa dowartościowanie „logiki walki” wobec „logiki tekstu” jest zbliżone do schmittiańskiej heurystyki opartej na analizie relacji wroga i sojusznika. U Kondylisa zresztą relacja wroga i sojusznika nie jest tylko poznawczym schematem, ale ontologicznym faktem. Mohler pisze, że degradację idei przez Kondylisa powinniśmy traktować poważnie, a nie jako kaprys. W swej książce „Władza i decyzja” pisze Kondylis: „Prostoduszni racjonaliści i wiecznie oszukiwani wielbiciele «rozumu» mają zwyczaj skarżyć się, że centralne pojęcia nie mają stałego i obowiązującego znaczenia, że «słowa straciły sens» etc. Abstrahując od tkwiącego w tej skardze życzenia, aby samemu przejąć rolę arbitra lub nawet pojęciowego ustawodawcy, trzeba zauważyć, że pewne pojęcia właśnie dlatego stoją w centrum sporów, ponieważ są (lub mogą być) wystarczająco wieloznaczne, aby stworzyć zwalczającym się stronom wspólne pole bitwy”. W epoce liberalnej polityka to walka jednych «wartości» przeciw «wartościom» drugiej strony. Ta walka jest tylko kurtyną przesłaniającą widok na rzeczywistość. Idzie bowiem o spór między wspomnianymi całkiem konkretnymi „ludzkimi egzystencjami”, których zapał pochodzi z ukrytych źródeł. Ale biją się one chętnie po głowach „ideami” i “wartościami” ze zmiennym powodzeniem – nawet jeśli po obu stronach występują te same „idee” i „wartości”. Kondylisowi chodzi właśnie o takie konkretne historyczne sytuacje, do których przybliżyć się można zadając odwieczne pytania: kto? kogo? gdzie? kiedy – i w końcu: dlaczego? Dalej omawia Mohler główne wątki ostatniej książki Kondylisa „Planetarna polityka po Zimnej Wojnie”: uniwersalizm praw człowieka, który doprowadzi do walki „praw człowieka” przeciw „prawom człowieka”, klęskę ekonomizacji polityki, bumerang egalitaryzmu, więzi narodowe i rodzinne jako bariery dla planetarnego uniwersalizmu, anomię i ład brutalny, ostrzeżenie przed „biologizacją” polityki.

W tym numerze „Criticónu” znajdziemy też aforyzmy kolumbijskiego reakcjonisty Nicolása Gómeza Dávili z wydanego niedawno w Wiedniu tomu „Na straconym posterunku” [Dávila znany jest naszym czytelnikom z aforyzmów drukowanych w „Stańczyku” nr 12,13,14- red.]. Przytoczmy niektóre z nich: ‘Wolność jest marzeniem niewolników. Wolny człowiek wie, że potrzebuje schronienia, ochrony i pomocy”, „Rządzący demokrata nie uzna rozwiązania problemu, o ile nie otrzyma ono entuzjastycznego poparcia tych, którzy nigdy, przenigdy nie zrozumieją tego problemu”, „Lewicowiec czuje się prześladowany wówczas, gdy akurat sam nikogo nie prześladuje”, „Kto szaleje, warczy, szczeka, ten nosi niewidzialną obrożę i niewidzialny łańcuch”, „Chrześcijaństwo może żyć ze współczesnym światem w legalnym konkubinacie, ale nie w prawowitym związku małżeńskim”, „Czytanie wyłącznie współczesnych autorów wysusza mózg”, „Tylko samotny zdolny jest do myślenia prawd innych niż tylko taktyczne”, „Tylko niewielu nie pozwoli się w końcu poprowadzić za uzdę do stajni”, „Brak legalnych hierarchii umożliwia kariery łajdakom”, „Totalitaryzm jest empiryczną rzeczywistością «woli powszechnej» „, „W każdym utopiście drzemie sierżant policji”, „Błąd jest mniej niebezpieczny niż niestosowne rozpowszechnianie oczywistej prawdy”, „W polityce jest tylko niewielu ludzi, którzy, nawet jeśli są sami, nie argumentują na poziomie politycznego zgromadzenia”.

W numerze 137 „Criticónu” Josef Schüsslburner pisze o demokratycznym socjalizmie na Sri Lance i jego niszczących skutkach, Armin Mohler o Botho Straussie – znanym dramaturgu, który ośmielił się opowiedzieć za prawicą, czym wzbudził wściekłość lewicowo-liberalnego establishmentu, Peter Robejsek o sytuacji w Rosji, Helmut Stubbe-da Luz o oligarchizacji partii politycznych w Niemczech, Ulrich Motte o stosunku konserwatystów do reform konstytucyjnych, a Klaus Hornung o „nowym froncie antyfaszystowskim” jako o przedłużeniu lewicowej rewolucji kulturalnej.

W stałym dziale „Portrety autorów” Heinz-Siegfried Strelow, jeden z działaczy konserwatywnego ruchu ekologicznego, przedstawia życie i twórczość Wilhelma Heinricha Riehla (1823- 1897) – konserwatywnego etnologa, historyka kultury, federalistycznego monarchisty i prekursora konserwatywnego ekologizmu. Riehl był konserwatywnym indywidualistą: „Jestem człowiekiem, który najchętniej stoi spokojnie w swoim kącie i stamtąd swobodnie spogląda na zgiełk świata”. Odrzucał wszelkie egalitarne projekty społeczne lewicy opowiadając się za „zachowaniem indywidualnej różnorodności”. Strelow uważa, że konserwatywne poglądy społeczne Riehla nierozerwalnie związane były z jego rozumieniem natury, które wyprzedza późniejszy ruch ochrony ojczyzny i przyrody oraz współczesny ekologizm. Kosmos życia ludów i narodów jest analogiczny do kosmosu natury. Narody i ludy są w swej różnorodności wytworem geograficznych odrębności i długiego organicznego procesu wzrastania i należy je zachowywać i chronić. Naturalne formy takie jak rodzina, ród, grupy etniczne zamieszkujące określone regiony oraz narody były dla Riehla ważniejsze niż państwo: są one bowiem starsze niż indywidualna lub państwowa świadomość a ich zakotwiczenie w obyczajach i zwyczajach jest starsze niż prawne formuły.

Riehl pisał: „Stoimy, żyjemy i tkamy w naszym narodzie i w czasie, ale każdy nawet najmniejszy ludzki byt również należy do wielkiego, boskiego ładu świata, który widziany poprzez pryzmat odmian naszej własnej małej egzystencji wydaje się największą zagadką”. O rodzinie pisał Riehl, że jest prapodstawą wszystkich organicznych form społecznych: „Rodzina jest pierwszym, najbliższym kręgiem, w którym odnajdujemy całą naszą ludzką istotę (…) jest najpierwotniejszą i najstarszą ludzko-moralną wspólnotą a przy tym instytucją ogólnoludzką, albowiem obok języka i religii rodzina występuje we wszystkich krajach świata”. Riehl uważał, że idea ludzkości jest tylko o tyle sensowna, jeśli pojmować ludzkość jako sumę różnorodnie uhierarchizowanych i z natury rzeczy różnorakich zjawisk: rodzin, narodów i państw. Riehl ubolewał nad rozkładem społeczeństwa stanowego i jego podpór: chłopstwa i arystokracji oraz nad proletaryzacją, przy czym proletariatem nie byli dla niego robotnicy przemysłowi (ci byli chłopami wyrwanymi ze swego stanu) ale wykorzeniona wielkomiejska inteligencja, ci „wykształceni proletariusze ducha”, którzy swoje szkodliwe idee wnosili w niższe warstwy społeczne. Szczególnie aktualne, twierdzi autor artykułu, są prace Riehla dotyczące natury, jej wartości i jej ochrony. Riehl pisał: “Wyrąbcie lasy, zniwelujcie góry, zatamujcie jeziora, jeśli chcecie zniwelować społeczeństwo w równo zeszlifowanym uniwersalizmie! Widzimy jak całe «kraje obiecane», gdzie zrabowano las będący ochroną, ulegają pustoszącym powodziom górskich wód i wysuszającemu oddechowi burz”.

W innej pracy wysuwał dogłębnie konserwatywny postulat uznania samoistnej wartości natury: „Pryncypialni, polityczni wrogowie lasu liczą nam co roku mnożące się materiały mogące zastąpić drewno i wskazują tryumfalnie w nieodległą przyszłość, kiedy żadne lasy nie będą już potrzebne i całe zalesione obszary będzie można zamienić na pola uprawne, aby każda skiba w cywilizowanej Europie mogła wyżywić jednego człowieka. Ta myśl, aby każdy skrawek ziemi przeorać ludzką ręką jest dla wyobraźni każdego naturalnego człowieka czymś potwornym (…) Nie tylko lasy, ale wydmy, bagna, wrzosowiska, skały i lodowce, wszystkie dzikie ostępy i pustkowia są koniecznym uzupełnieniem pól uprawnych (…) Przez stulecia sprawą postępu była jednostronna obrona prawa pól uprawnych; dziś rzeczą postępu jest obok obrony prawa pól uprawnych obrona praw dzikiej przyrody”. Riehl krytykował również nadmierne umiastowienie Niemiec, przy czym nie chodziło mu o to, że wszystkie miasta są czymś złym, ale o to, że istniejące, organicznie powstałe miasta rozdymane są sztucznie do wielkich rozmiarów. Gigantyzm, bezforemność wielkich miast sprawiają, że zanika szczególny charakter miasta jako oryginalnej, odrębnej jednostki o własnym historyczno-kulturalnym obliczu: „Każde miasto chce być metropolią to znaczy chce być podobne do wszystkich innych wielkich miast poprzez pozbawienie się nawet różnicującego piętna narodowości. W wielkich miastach żyją upodobnieni do siebie obywatele świata”. Riehl – reakcyjny pesymista ze swoim konserwatyzmem nakierowanym na zachowanie kultury i natury, ze swoim pryncypialnym odrzuceniem lewicowo-liberalnego indywidualizmu i prawicowo-liberalnego myślenia w kategoriach państwa i władzy może, zdaniem Strelowa, stać się jednym z teoretyków postindustrialnego porządku.

Gunnar Sohn w artykule „Dandysi, anarchowie i partyzanci” pokazuje pewne możliwe rodzaje strategii oporu wobec współczesnego państwa partyjnego, które pod pretekstem reprezentowania interesu ogólnego uzurpuje sobie i akumuluje najróżniejsze funkcje bezustannie rozszerzając zakres swoich wpływów. Dzięki temu przywłaszcza ono sobie niesłychaną masę władzy i bogactwa, które rozdziela potem swojej wiernej klienteli sprawiając przy tym wrażenie, że to dzięki jego łaskawości utrzymuje się duża część społeczeństwa. Żadne „dyskusje o reformach” nie obalą państwa partyjnego. Jest to tylko metagadulstwo. Masowa demokracja, której wykwitem jest państwo partyjne wielką ilością politycznych i społecznych zasłon pokrywa swój niwelatorski uścisk, w jakim trzyma jednostkę: wyklęty a co najmniej podejrzany o zboczenie jest ten, kogo zachowanie nie odpowiada obowiązującym normom. W administracyjnej i hiperzorganizowanej tyranii poddani nie muszą się wprawdzie troszczyć o swój los, ale płacą za to cenę pełzającej kolektywizacji. Państwo partyjne jest niczym innym jak orwellowskim Wielkim Bratem. Przejście do kolektywizmu odbywa się gładko i bez otwartej przemocy, gdyż przygotowane jest przez, jak to opisał Orwell, terapię świadomości i przeróbkę mentalności, których dokonują intelektualiści – producenci sensu i rzeczywistości współpracujący z aparatem administracyjnym i podpowiadający wszechmocnemu ustawodawcy coraz to nowe socjalne zadania, „strukturalne słabości” i grupy, którymi powinien się zająć. Aparat administracyjny chętnie się tego podejmuje, aby planując i sterując mógł kształtować stosunki społeczne zgodnie z „publicznym interesem”.

Nauczyciele, dziennikarze, socjologowie, politolodzy, historycy i prawnicy jako społeczni animatorzy zajmują się preparowaniem rzeczywistości i wtrącaniem przeszłości w „pamięciową dziurę”. W państwie partyjnym panuje ideologia powszechnego szczęścia, zadowolonej z siebie nudy w ogólnym bezpieczeństwie. W hiperzorganizowanym społeczeństwie nie ma miejsca na wolność, samotność, samodzielność wynikającą z niezależnej własności. Panowania państwa partyjnego nie da się złamać przy pomocy nowych partyj. Polityczny akcjonizm podlega żelaznemu prawu oligarchii; istnieje również niebezpieczeństwo, że wpadnie się bardzo szybko w złe towarzystwo. Anarcha, dandys i partyzant to najbardziej efektywne zdaniem autora artykułu przeciwieństwa biurokratów, aparatczyków, funkcjonariuszy i despotów.

Anarcha (termin Ernsta Jüngera) przybierający niekiedy postać leśnego wędrowca jest ostatnim obrońcą wolności. On – elitarny samotnik jest typem przeciwstawnym do zaślepionego funkcjonariusza religii postępu. Nie jest agentem historii świata, ale przeciwnie, minerem, który podkłada pod nią bomby. Bliskie mu są nie polityka i nauka, ale trzy potęgi: sztuka, filozofia i teologia. Anarchowie to bezdomni samotnicy świadomi tego, że grozi im zagłada. Ale zdecydowani są stawić opór i gotowi są prowadzić walkę, choćbv beznadziejną. Posiadają pierwotny, naturalny stosunek do wolności. Jeśli polityczno-duchowy klimat im nie odpowiada to przenoszą się gdzie indziej zamiast go „poprawiać” albo starają się stworzyć mikro-klimat, celę, w której jeszcze można oddychać. Polityczny aktywista skazany jest na złe towarzystwo, które ściąga go w dół. W państwie partyjnym tylko autentyczny, niezłomny stronnik partii uznawany jest za godnego zaufania. Nie może on być wybredny, i tak zresztą nie ma żadnej kontroli nad akcjami swej partii, musi pomagać tuszować zło we własnej partii i zaprzeczać dobru w partii przeciwnika, musi akceptować poputczików i współtowarzyszy, wszystkich, którzy mogą być użyteczni dla partii.

Anarcha, leśny wędrowiec sam sobie wybiera towarzystwo akceptując, chcąc nie chcąc to, co jest mu dane – rodzinę czy naród. Pracuje dla siebie i pilnuje swego. Nie wierzy w postęp, co jest błędem anarchisty. Prowadzi samotniczą, wyspiarską egzystencję. W dzisiejszych czasach, w epoce ogłupiającego dyskursu moralnego oburzenia, większość i mniejszość niezależnie od barwy używają tego samego konformistycznego słownika. To, co kiedyś było tępą masą zamieniło się w naszych czasach w tępą i oświeconą masę, dlatego opór jest trudniejszy, bo konformizm jest bardziej inteligentny, zniuansowany, złośliwszy i żarłoczniejszy niż kiedyś.

Drugim obok anarchy czy leśnego wędrowca typem człowieka opierającego się totalnemu konformizmowi państwa partyjnego jest dandys czyli ten, kto igra konwencjami nie niszcząc ich, zawsze gotów czynić to, czego inni nie oczekują i sprawiać niespodzianki, w których sam nie uczestniczy. Oskar Wilde swoją koncepcję dandysa wysnuł po części z filozofii taoistowskiego filozofa chińskiego Chuang-Tzu, który postrzegał człowieka poza klasycznymi kategoriami takimi jak zoon politikon, obywatel mający obowiązki wobec rodziny, innych obywateli i państwa. Głosił on etykę czystego indywidualizmu wskazując na zło wszystkich rządów, propagując wiarę w tożsamość przeciwieństw i bezczynność, zaprzeczając wartościom życia społecznego i ograniczając dobre towarzystwo do grupy jednostek, którym udaje się wspólnie prowadzić dobre życie. Dandys rozwój rodzaju ludzkiego uznaje tylko jako rozwój pojedynczego człowieka, wychowuje sam siebie, nie zważa na społeczeństwo, którego bezpieczeństwo leży w przyzwyczajeniu i nieświadomych instynktach. Dandys jest dziełem sztuki, które samo sobie wystarcza. Oderwany od przykrości jakie niesie z sobą życie publiczne, od rządów i rachunków, chce formować siebie ku doskonałości – w inteligentnej i spokojnej mowie, w zachowaniu przestrzegającym form, w nienagannym stroju. Dandys przypatruje się erozji i upadkowi państwa partyjnego przeżywając dekadencję z godnością i spokojem.

I wreszcie partyzant, który nie ma stałego miejsca zakwaterowania, porusza się szybko i jest nieobliczalny. Jest człowiekiem nie tylko ducha, ale i czynu. Służy wolności, zwalcza nieograniczoną władzę przeciętności w państwie partyjnym traktując dawne wykształcenie jako wywrotową siłę. Tak jak w powieści Anthony Burgessa „1985” „outlaws” wiedzą, gdzie jest wolność: na podziemnym uniwersytecie, na którym wykłada się to, co zakazane jest w szkołach i uniwersytetach: łacinę, grekę, historię. Tam tworzy się duch nie ze względu na to, że jest do czegoś użyteczny, ale dla siebie samego. Platon i Szekspir, a okazyjnie przemoc – tak partyzant walczy ze współczesnym państwem. Odmawia uczestnictwa w duchu czasu, aby pokonać władzę przeciętniaków.

W tym samym numerze Tomislav Sunić prezentuje panoramę współczesnego konserwatyzmu amerykańskiego. Sunie uważa, że praktycznie dla wszystkich amerykańskich intelektualistów od lewa do prawa inspiracją jest myśl Tomasza Jeffersona. W tym sensie nie ma różnic pomiędzy amerykańskimi konserwatystami i liberałami. Intelektualiści zarówno z prawa jak i z lewa wychodzą z założenia, że w Ameryce marzenia ludzkości stały się rzeczywistością. Gospodarczy sukces, historyczny optymizm, polityczny mesjanizm stanowią powszechnie przyjętą ideologię amerykańską. Ani liberałowie, ani konserwatyści nie kwestionowali nigdy tzw. rządów prawa, wiary w konstytucję i globalne obowiązywanie rynkowej demokracji. Jednak niezależnie od tych wspólnych ideologicznych korzeni i pierwotnych, zinternalizowanych zarówno przez lewicę, jak i prawicę przekonań, można potraktować konserwatywny ruch intelektualny jako odrębne i wewnętrznie zróżnicowane zjawisko. Według Sunića w obrębie amerykańskiego konserwatyzmu istnieją trzy główne nurty: neokonserwatyści, tradycyjni konserwatyści i paleokonserwatyści. Neokonserwatyści wyłonili się jako grupa w końcu lat siedemdziesiątych m.in. w wyniku rozpadu sojuszu liberałów i Czarnych i pojawienia się wśród tych ostatnich antysemityzmu.

Główny organ neokonserwatystów miesięcznik „Commentary”, którego wydawcą jest Norman Podhoretz, przedstawia czarny radykalizm jako zagrożenie dla amerykańskich Żydów. Neokonserwatyści są z pochodzenia lewicowcami, którzy do połowy lat siedemdziesiątych flirtowali z socjalizmem, trockizmem a nawet afromarksizmem. Jeśli chodzi o substancję intelektualną to różnica między neokonserwatystami a liberałami leży tylko w nazwie. Wielu czołowych neokonserwatystów współpracuje ściśle z prestiżową prasą liberalną (Washington Post, New York Times, New Republic). Podczas prezydentury Reagana i Busha neokonserwatyści odgrywali rolę szarych eminencji w życiu politycznym i kulturalnym. Opanowali „think tanks” takie jak The Heritage Foundation i Hoover Institution, które były przedtem bastionami tradycyjnego konserwatyzmu. Pisali przemówienia dla Reagana i Busha, byli ich doradcami w sprawach zagranicznych. Czołowy neokonserwatysta lrving Kristol patronował takim zaangażowanym globalistycznym demokratom jak Francis Fukuyama, Gregory Fossedal i Joshua Muravchik. Jego syn William został głównym doradcą wiceprezydenta Dana Quayle’a. Neokonserwatyści są zwolennikami interwencjonistycznej i globalistycznej polityki zagranicznej i eksportu demokracji na cały świat.

Tradycyjni konserwatyści skupieni wokół dwutygodnika „National Review” i uznający za swego patrona zmarłego niedawno Russella Kirka uważają konserwatyzm za część rzymsko-katolickiej i protestanckiej tradycji. Nie ufają neokonserwatystom uważając, że motywami ich działań nie jest interes Ameryki, ale globalny mesjanizm i bezwarunkowe poparcie dla Izraela. Równocześnie jednak tradycyjni konserwatyści podporządkowują się coraz bardziej kryteriom narzucanym przez neokonserwatyzm. Wydawca „National Review” Bill Buckley wyrzucił z pisma Joe Sobrana, którego neokonserwatyści oskarżyli o antysemityzm. Najpierw odebrano Sobranowi możliwość pisania o Bliskim Wschodzie, gdyż był zbyt krytyczny wobec Izraela. Kiedy opowiedział się przeciw wojnie z Irakiem pozbawiony został stanowiska współredaktora. Norman Podhoretz w liście otwartym do Billa Buckley’a pochwalił jego książkę “W poszukiwaniu antysemityzmu” stwierdzając w nim między innymi, że to dzięki Buckleyowi rozpoczęła się czystka ma prawicy amerykańskiej mająca na celu wyeliminowanie “elementów antysemickich”. W ramach czystek na prawicy nie udało się neokonserwatystom (wspomaganym bez entuzjazmu przez buckleyowców) wyeliminować znanego przedstawiciela tradycyjnego konserwatyzmu Patryka Buchanana, który atakowany był zgodnie przez „New York Times”, „Washington Post” i „Commentary”.

Wreszcie trzeci nurt w obrębie amerykańskiego konserwatyzmu to paleokonserwatyści skupieni głównie wokół miesięcznika „Chronicles”, na którego łamach publikują: Thomas Molnar, Paul Gottfried, Thomas Fleming, John Lukacs i inni. Paleokonserwatyści są najbardziej oddaleni od konserwatywnego mainstreamu, gdyż szukają dla siebie inspiracji także w tradycji europejskiej prawicy powołując się na Hobbesa, Carla Schmitta i innych konserwatywnych myślicieli europejskich. To odróżnia ich zdecydowanie od tradycyjnych konserwatystów i stawia na przeciwległym biegunie w stosunku do neokonserwatystów. Ani tradycyjni konserwatyści, ani neokonserwatyści nie próbują nawet silić się na zrozumienie europejskiego konserwatyzmu. To nie może dziwić, pisze Sunić, jeśli pamiętamy o tym, że jedynym właściwie europejskim myślicielem, którego omawia się i cytuje na amerykańskich uniwersytetach jest Immanuel Kant.

STAATSBRIEFE

W numerach z pierwszego półrocza zeszłego roku znajdziemy wiele interesujących artykułów: “Niemcy w potrzebie” prof. Gottfrieda Dietze, “Manetekel Zachodu” Heinricha Jordisa von Lohausena, seria artykułów o Rosji Wolfganga Straussa, pięcioczęściowy traktat księdza Thomasa Jentzscha z Bractwa św. Piusa X o cesarzu Fryderyku I, analiza prowadzonej we Francji kampanii propagandowej w mediach przeciw reżimowi Vichy i marszałkowi Pétainowi dokonana przez Beata Christopha Bäschlina. Wszystkie te oskarżenia w ramach „przezwyciężania przeszłości” są moralnym szantażem wobec narodu francuskiego mającym na celu złamanie jego siły moralnej, osłabienie poczucia narodowej tożsamości, wywołanie dezorientacji. Przeszłość ma posłużyć za narzędzie manipulacji dla całkiem współczesnych celów przede wszystkim osłabienia oporu Francuzów wobec Zjednoczonej Europy. Poza tym monachijski miesięcznik zamieszcza jak zwykle miażdżące ataki redaktora naczelnego pisma Hansa-Dietricha Sandera na Republikę Bońską i jej klasę rządzącą. Sander pisze m.in., że niemiecka klasa polityczna stawia na zjednoczoną Europę, gdyż inaczej nie zdoła ocalić swej władzy. Naród niemiecki w całej swojej tysiącletniej historii nie był reprezentowany w tak mało godny sposób jak obecnie. Bonn z tchórzostwa i egoizmu stworzyło sytuację, w której każdy wyraz naturalnych odczuć narodowych obejmowany jest podejrzeniem neofaszyzmu. Zjednoczone Niemcy Zachodnie i Środkowe powróciły do mrocznego czasu okupacji. Rozkład niemieckiego państwa prawa jest według Sandera w pełnym toku.

W jednym ze swoich tekstów zatytułowanym „Niemiecka droga do ochlokracji” Sander pisze, że obywatel Niemiec, jeśli nie „śpi”, to widzi wokół siebie klasę rządzącą tak skorumpowaną jak nie była żadna klasa rządząca Niemcami w czasach upadku. W erze Kohla poziom duchowy zszedł do poziomu, na którym znowu szerzy się analfabetyzm. W kościołach, po sprofanowaniu sacrum, przeżywamy wulgaryzację, która dochodzi do bluźnierstw i plugawych świństw. Właściwie SPD powinna łatwo wygrać wybory, ale nikt nie wierzy, że wówczas byłoby lepiej. Większość sądzi, że byłoby jeszcze gorzej. Istnieje żelazne prawo ochlokracji, które mówi, że panowanie miernot, jak to określał Edgar Jung w okresie Republiki Weimarskiej, uniemożliwia każde odrodzenie, które grozi tym miernotom ze strony ludzi przewyższających ich pod każdym względem. Sander uważa, że w pełni aktualne są dziś opinie Oswalda Spenglera, wyrażane w okresie Republiki Weimarskiej. Autor „Zmierzchu Zachodu” pisał, że klasa polityczna Niemiec, chce je przekształcić w kolonię reparacyjną, w europejskie Indie wypełniając w ten sposób wolę wrogów. W RFN od 1945 roku klasa polityczna jest organem wykonawczym zwycięskich mocarstw. Naród jest dla niej tylko masą braną pod uwagę w wyborczych kalkulacjach. Niemiecka “odrębna droga” w obrębie upadłej Europy okazała się drogą do panowania lumpów. Tragedia polega na tym, że sterowana z zewnątrz ochlokracja uniemożliwia wykształcenie się zdolnych do rządzenia kontr-elit. Spengler pisał w 1924 roku, że narodowa prawica to ludzie honoru, ale nie posiadają oni zdolności mężów stanu. Dziś jest podobnie. Niemcom, pisze Sander, przypadła w udziale historyczna łaska przezwyciężenia po 45 latach podziału ich centralnych prowincji. Ale to nie wystarcza. Jeśli po niemieckiej jedności Niemcy nie odbudują niemieckiej wolności, to przegrają tę szansę, którą dała im historia. A odbudowanie niemieckiej jedności jest możliwe tylko poprzez likwidację ochlokracji.

Inny autor goszczący często na łamach pisma będącego wyrazicielem najbardziej radykalnego skrzydła narodowo-konserwatywnej opozycji niemieckiej to Johannes Pauli, który dokonuje porównania systemu panującego w Republice Bońskiej z innymi systemami rządów. Republika Bońska stoi według niego niżej niż Republika Weimarska, kiedy to wszystkie partie polityczne odrzucały tezę zwycięzców, że to Niemcy ponoszą winę za rozpętanie I wojny światowej. Natomiast w Republice Bońskiej wszystkie partie, organizacje i społeczne instytucje bez ustanku kajają się za „winę” Niemiec. Teza o wyłącznej winie Niemiec za rozpętanie II wojny światowej nie tylko, że nie jest odrzucana, ale stała się wręcz „podstawą polityki RFN-u”. Życie publiczne przepełnione jest ciągłymi rytuałami pokuty, które celebrowane są przez polityków nie bez lubieżnego masochizmu. Odurzają się oni poczuciem winy jak narkoman heroiną. Kwestionowanie wyłącznej winy Niemiec nie jest wprawdzie karalne, ale według obowiązującej wykładni może zostać zakwalifikowane jako „szkodliwe dla młodzieży”.

Dalej porównuje Pauli system boński z reżimem Vichy. Oczywiście, pewna doza kolaboracji była konieczna nie tylko dla pokonanej Francji, ale i dla Niemiec po 1945 roku. Bez niej nie udałoby się Niemcom przezimować drugiej połowy XX wieku. W niektórych sytuacjach kolaboracja jest koniecznym środkiem przetrwania. Także ostatni rząd Rzeszy admirała Dönitza uważał, że kolaboracja z Zachodem jest konieczna, ponieważ tylko to umożliwi po jakimś czasie Niemcom prowadzenie niezależnej polityki. Ale istnieje ważna różnica pomiędzy Bonn i Vichy. W Vichy ostateczną lojalnością kolaborantów była Francja. Bońscy kolaboranci z jednej kadencji parlamentu na drugą są w coraz mniejszym stopniu lojalni wobec własnego kraju. W Vichy kolaboracja była środkiem, aby przetrwać politycznie ciężkie czasy w sytuacji, gdy wynik wojny był niepewny. W systemie bońskim kolaboracja nie jest techniką przetrwania, ale instrumentem osiągnięcia ostatecznego celu politycznego, czyli rozpuszczenia Niemiec w systemie „Jednego Świata” a więc dokonanie całkowitej politycznej abdykacji. Najpóźniej od podpisania przez RFN układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej jest to fakt nie ulegający najmniejszej wątpliwości. Jeśli chce się oddać sprawiedliwość reprezentantom Vichy, to trzeba skorygować powiedzenie „Bonn to Vichy” na „Bonn to mniej niż Vichy”. Aby to zauważyć wystarczy uświadomić sobie, że reżim Vichy miał marszałka Pétaina, zaś reżim boński ma tylko pana von Weizsäckera.

Pauli porównuje też system boński z systemem panującym w NRD dostrzegając ich wyraźne podobieństwo: przejęcie ideologii od zwycięzców, polityka jako przedłużenie prywatnych interesów, system wyborczy oparty na dominacji aparatów partyjnych ustalających listy kandydatów, opanowanie administracji państwowej i wymiaru sprawiedliwości przez blok (NRD) lub kartel (RFN) partyjny. W obu państwach niemieckich panujące reżimy nie dopuszczały do powstania nowych sił politycznych. W RFN ludzie o niezależnych poglądach są prześladowani, wszystkie partie i grupy polityczne na prawo od CSU są dyskryminowane a także zwalczane przy pomocy środków administracyjno-prawnych. W ostatnich latach Niemcy coraz bardziej upodabniają się do NRD: podczas debat w Bundestagu na temat Maastricht odczytywano przemówienia, których monotonna frazeologia przenosiła słuchaczy w klimat Izby Ludowej z okresu NRD. Świetlne łańcuchy przypominały oficjalne pochody organizowane w państwie Honeckera. Pauli widzi jednak różnice pomiędzy reżimem bońskim a NRD („Bonn to Bonn”). Idzie tu przede wszystkim o instrumentalizację przeszłości, aby manipulować obywatelami i zachować władzę – pod tym względem RFN w znacznym stopniu przewyższa NRD. Ale reżim płaci cenę za swoją wyjątkowość: nożyce pomiędzy rzeczywistością a propagandą rozwierają się coraz bardziej. I rzeczywistość nie oszczędzi obecnie rządzących. Łańcuchy świetlne zgasną i noc zapadnie w Bonn nad Renem.

Na koniec zajmijmy się dokładniej artykułem konserwatywnego publicysty Josefa Schüsslburnera znanego nam również z łam „Criticónu” i “Junge Freiheit”, który podjął stabuizowany i niebezpieczny temat stosunków żydowsko-niemieckich i konieczności dokonania przez Żydów rozrachunku z udziałem ich rodaków w zbrodniach bolszewizmu. Na początku autor stwierdza, że tzw. przezwyciężanie przeszłości, czyli ciągłe przypominanie o zbrodniach dokonanych przez Niemców, ma według jego zwolenników przypominać o wartości jaką jest państwo prawa i o tym, do czego zdolny jest człowiek, jeśli odrzuca taki system państwowo-prawny. Zauważa przy tym, że lud w mniejszym stopniu odpowiedzialny jest za posunięcia dyktatora niż za posunięcia polityków w demokracji. W Niemczech wprowadzono ustawy norymberskie w okresie, gdy rządził tam po dyktatorsku Hitler, podczas gdy Stany Zjednoczone były państwem demokratycznym, w którym obowiązywały podobne ustawy: w latach trzydziestych w Oklahomie obowiązywała zasada, że osobom afrykańskiego pochodzenia nie wolno zawierać małżeństwa z osobami nieafrykańskiego pochodzenia, na Florydzie małżeństwo takie uznawane było za nieważne a dzieci z niego zrodzone za nieślubne i nie mające prawa do dziedziczenia.

Jeśli, kontynuuje autor, tak zależy nam na tym, aby wszyscy zapamiętali lekcję historii, to „przezwyciężanie przeszłości” powinno objąć przeszłość od 1917 roku, a więc od przewrotu dokonanego przez bolszewików. Należy również zająć się rolą żydowskich bolszewików, nawet jeśli miałoby to wywołać nienawiść ćwierćinteligentów uważających się za „liberałów”. Schüsslburner przypomina, że dla Lenina i Trockiego (Bronsteina) terror stał się metodą rządzenia a polityka bolszewików polegała na uznaniu całych kategorii ludzi za nie-ludzi i zabijaniu ich, mimo, że nie popełnili żadnego przestępstwa. Bolszewicy porzucili zasadę indywidualnej odpowiedzialności. Środowiska żydowskie nie zaprzeczają, że wielu z bolszewickich oprawców było Żydami, usprawiedliwiają ich jednak tym, że na początku stulecia komunizm był nadzieją dla wielu Żydów. To prawda, pisze autor, ale czy w takim razie Niemcom wolno się usprawiedliwiać faktem, że po upadku weimarskiej demokracji Hitler był dla wielu z nich nadzieją lub mniejszym złem, szczególnie, że obiecywał zapobiec wprowadzeniu przez niemieckich komunistów stalinowskiego systemu opartego na strzelaniu w potylicę?

W dalszym ciągu swojego artykułu Schüsslburner analizuje związki Żydów z socjalizmem. Do prehistorii żydowskich bolszewików należy generalny dylemat Żydostwa w chrześcijańskich społeczeństwach Europy. Dla chrześcijaństwa dalsze trwanie Żydostwa było stałym zgorszeniem, ponieważ z tego narodu wyszedł Zbawiciel, którego nie chcieli przyjąć, aby nie zniknąć jako wspólnota religijna czy nawet jako naród. Jeśli Żyd chciał spełnić oczekiwania swego chrześcijańskiego otoczenia i zanegować swoją żydowskość, to zasadniczym rozwiązaniem było nawrócenie się. Była to „pozytywna negacja” Żydostwa. Socjalizm natomiast proponował „negację negatywną” ogłaszając za Karolem Marksem, że Żydostwo jest tylko zjawiskiem społecznym. Z socjalistycznej perspektywy Żyd był produktem kapitalistycznego systemu gospodarczego i wyrazem najbardziej negatywnej jego strony. Żyd zniknie więc wraz z zastąpieniem kapitalizmu przez socjalizm/komunizm. Trzeba tu uwzględniać fakt, że Marks próbował w ten sposób zneutralizować socjologicznie antysemicki rasizm wczesnych socjalistów francuskich takich jak Fourier, Toussenel, Proudhon. W XX wieku Leon Blum widział zadanie Żydów w kierowaniu marszem do socjalizmu, którego osiągnięcie było równoznaczne ze zniknięciem Żydów. Tezy, które Marks rozwijał w Rocznikach Niemiecko-Francuskich w 1844 roku, były zręcznym odwołaniem się do żydowskich zabobonów. Stąd jego naukę czyta się jak ateistyczną Torę. Komunistyczna Tysiącletnia Rzesza Marksa jest głęboko zakorzeniona w żydowskiej tradycji apokaliptycznej i żydowskim mesjanizmie. Ponieważ tradycja żydowska dopuszcza możliwość, że Mesjasz nie musi być osobą, lecz także bezosobowym stanem, to od abstrakcyjnego monoteizmu do ateizmu jest jeden krok, a w konsekwencji do skanalizowania religijnej energii w świecki nakaz zbawienia świata.

W centrum fatalnej dla Żydostwa teorii socjalizmu stoi bezbożny, żydowski nie-Żyd, który jako „socjaldemokrata” chce dzięki internacjonalizmowi doprowadzić do zaniku Żydostwa. Nikczemność bolszewizmu została utożsamiona z typem bezbożnego Żyda dlatego, ponieważ jego demoniczność była odwrotną stroną wybraństwa. Żyd porzucający żydostwo nie spada tak jak chrześcijanin występujący z Kościoła w pogaństwo, ale staje się wrogiem Boga. I tak właśnie określał się młody Marks – krytyk religii. Zradykalizował on występującą już u Spinozy demonizację Oświecenia do projektu moderny, której jądro, widziane z perspektywy teologiczno-metafizycznej, leżało w zamordowaniu Boga dokonującego się w procesie samostwarzania się człowieka (według Voegelina idea zamordowania Boga wywodzi się z żydowskiej historii o Golemie). Człowiek emancypuje się od danego mu porządku, któremu zawdzięcza swoją egzystencję, stwarzając się na nowo jako świadomy siebie człowiek socjalistyczny. O ile klasyczny marksizm pozostał w istocie socjologiczną magią wierząc, że można stworzyć „nowego człowieka” poprzez zmianę stosunków społecznych, to bardziej konsekwentny był społeczny darwinizm podchodząc do sprawy od strony biologicznej i proklamując np. na Kongresie Eugeniki w Nowym Jorku w 1932 roku, że eugenika jest sposobem na kierowanie przez człowieka ludzką ewolucją. Pokrewieństwo między socjalizmem/marksizmem i społecznym darwinizmem jest oczywiste – w 1933 roku Maksim Gorki pisał o konieczności eksperymentów na ludziach i o technicznej kontroli ludzkiego organizmu: „Zdaje mi się, że już najwyższy czas zacząć realizować biosocjalną higienę, która być może stanie się podstawą nowej moralności”.

Samostworzenie człowieka implikowało mord całych kategorii ludzi, o czym Marks czasem aluzyjnie napomykał. Bolszewicki sposób „oczyszczenia” ludzi jako gatunku biologicznego i społecznego oraz wyhodowanie nowego gatunku człowieka zawierał w sobie element Bogobójstwa, co współcześni przeczuwali. Eric Voegelin zwracał słusznie uwagę, że historycznie rzecz biorąc, skutkiem zamordowania Boga nie jest powstanie nadczłowieka, lecz zamordowanie człowieka: po Bogobójstwie dokonanym przez gnostyckich teoretyków następuje ludobójstwo dokonywane przez rewolucyjnych praktyków. Schüsslburner pisze dalej, że sytuacja Żydów była dlatego tak tragiczna, ponieważ socjalizm jako pseudo-religijna konstrukcja może być na zmianę anty- lub filosemicki. Francuscy socjaliści byli raczej antysemitami, natomiast Lenin był filosemitą, chociaż niektóre jego koncepcje bazują na antyżydowskiej teorii spiskowej lewicowego publicysty angielskiego J. A, Hobsona, który finansistów żydowskich obarczał odpowiedzialnością za działania mocarstw europejskich i za wojny. Filosemityzm Lenina wynikał z praktycznej konieczności rekrutowania personelu dla swojego terrorystycznego reżimu. Personel ten tworzyli przede wszystkim Żydzi a poza tym Łotysze, Gruzini, Polacy i inni.

Głębszy sens filosemityzmu Lenina leżał w tym, że utożsamiał on po marksistowsku Żydostwo z kapitalistyczną modernizacją będącą dialektycznym punktem wyjścia dla rewolucji socjalistycznej. Element rewolucyjno-żydowski miał złamać krytykowany przez Marksa azjatycki potencjał rosyjskiego chłopstwa, stąd u Lenina filosemityzm idzie od początku w parze z antychłopskim nastawieniem, choć swoje mordercze skutki ujawni to dopiero pod rządami Stalina. Trzeba pamiętać, że komisarz Grigorij Jewsejewicz Zinowjew (Hirsch Apfelbaum) oświadczył, iż należy wymordować 10 mln wrogów klasowych, co potem znalazło swoje urzeczywistnienie w mordowaniu ukraińskich chłopów. Obok Zinowjewa do katów ukraińskiego chłopstwa należeli inni przedstawiciele „małego narodu”: Rakowski, Jakir, Postyszew, Manuilskij, Miesznik. Choć w wymiarze ilościowym Stalin jest głównym winowajcą, to dla współczesnych odpowiedzialnym za ten masowy mord był „żydowski bolszewik”. Bez nikczemnego zdecydowania Trockiego Lenin nie przetrwałby politycznie i bez Kaganowicza Stalin nie zorganizowałby ukraińskiego ludobójstwa. Paul Johnson w swojej Historii Żydów pisze, że „Trocki symbolizuje przemoc i demoniczną władzę bolszewików i ich determinację podpalenia świata. Bardziej niż kto inny przyczynił się Trocki do popularnego utożsamienia rewolucji z Żydami”. Po socjalistycznej „modernizacji” Stalin eliminuje starą żydowsko-bolszewicką gwardię i być może gdyby nie jego śmierć antysemicka forma socjalizmu doprowadziłaby do likwidowania Żydów na szerszą skalę.

Żydzi, którzy tak bardzo zaangażowali się w bolszewicki eksperyment, nie mieli innego wyjścia jak z czołem oblanym zimnym potem brnąć dalej, gdyż upadek reżimu zapowiadał masakry na Żydach. Z tego dylematu wzięła się gotowość żydowskich intelektualistów na całym świecie, szczególnie w kręgu “kultury nowojorskiej” do umniejszania i tuszowania bolszewickich zbrodni i gotowość części amerykańskich Żydów do finansowego i gospodarczego wspierania bolszewickiego eksperymentu. Dla konserwatywnych Żydów było jasne, że taka polityka nie zapowiada niczego dobrego, ponieważ Żydzi mogli być łatwo obarczeni zbiorową odpowiedzialnością za bolszewizm. Jak napisała żydowska autorka Sonja Margulina w swojej książce Koniec kłamstw tragedia Żydów polegała na tym, że nie istniała żadna polityczna opcja, aby uciec od zemsty za historyczny grzech Żydów – ich głębokie zaangażowanie w reżim komunistyczny. I istotnie zbrodnie reżimu bolszewickiego wywołały wzrost antyżydowskich nastrojów na całym świecie. W USA w latach 1919-23 doszło do tzw. Czerwonej Paniki (Red Scare) – strachu przed żydowskim przewrotem. Pojawiały się oficjalne wykazy, z których wynikało, że np. w Radzie Piotrogrodu na 388 jej członków tylko 16 było Rosjanami, reszta zaś to Żydzi, z których 265 pochodziło z New York East Side. W konsekwencji w 1938 roku 70-85% Amerykanów było przeciwnych podwyższeniu kontyngentu dla żydowskich imigrantów. Było to bardzo na rękę amerykańskim politykom, którzy mogli zrobić dla Żydów więcej niż przeciętny Niemiec, a którzy bali się, że Hitler poprzez zmuszanie Żydów do masowej emigracji zaleje kraje anglosaskie żydowskimi uchodźcami.

Inaczej niż u Stalina, którego socjalistyczny internacjonalizm w ostatecznej konsekwencji skierowany był na ostateczne wytępienie Żydów nie jako rasy, ale jako immanentnego dla kapitalizmu fenomenu klasowego, hitlerowski Holocaust nie był czymś z góry określonym, chociaż Hitler definiował się jako socjalista przede wszystkim dlatego, że był antysemitą. Chodzi tu raczej o masowy mord na zakładnikach. Socjalistyczni teoretycy nauczyli Hitlera, że za polityką Anglosasów stoi żydowski kapitał finansowy. Ponieważ ten kapitał, jak sądził Hitler, wspierał również bolszewizm (choć teoretycznie powinien go zwalczać), to było dlań oczywiste, że za polityką wszystkich wrogich mocarstw stoi światowy spisek żydowski. Dlatego uważał, że musi mieć w Żydach zakładników, których można będzie wykorzystać jako instrument przeciw wrogim mocarstwom. Według najbardziej prostych szacunków liczba ofiar wśród żydowskich zakładników będących w rękach Hitlera wynosiła […]. Hitlerowski Holocaust miał swe korzenie w socjalistycznym Bogobójstwie – uroszczeniu, że można zmienić istotę człowieka środkami administracyjno-politycznymi. Jeśli bowiem interpretować hitlerowskie mordy na Żydach nie jako mordy na zakładnikach, ale jako wynik pewnej koncepcji ideologicznej, to taką koncepcję można znaleźć w socjalistycznej części narodowego socjalizmu a nie w niemieckim nacjonalizmie, przy którego tworzeniu wybitną rolę odegrali zresztą niemieccy Żydzi.

Dalej pisze Schüsslburner, że po wojnie tożsamość żydowska nie znajduje już oparcia w tradycyjnej religii a równocześnie nie może odwoływać się do tożsamości rasowej, ponieważ koncepcje rasowe zostały zdyskredytowane. Stąd podstawą zarówno izraelskiego nacjonalizmu i świecko-żydowskiego internacjonalizmu staje się doświadczenie Holocaustu. Temu strona niemiecka nie mogłaby nic zarzucić, gdyby nie fakt, że elementem tego doświadczenia stali się Niemcy obdarzeni kainowym piętnem. Niemcy jako winni Holocaustu stają się metafizycznymi wrogami (w tej quasi-religii Polakom, którzy jak wiadomo „antysemityzm wyssali z mlekiem matki” przypada, zdaje się, rola pomocnika Diabła – red. Stańczyka). Tradycyjnej wierze Żydów w wybraństwo zaczyna towarzyszyć potępienie Niemców. Narodowi (wspólnocie religijnej, rasie) żydowskiemu, który tak łatwo obarczany był przez innych kolektywną winą, przyszło również dość łatwo znaleźć obiekt, któremu może taką kolektywną winę przypisać. Quasi-religia Holocaustu zaczyna stawać się istotnym elementem świecko-liberalnej potrzeby zbawienia świata znajdującej swój wyraz w amerykańskim liberalizmie, który jako ideologia państwa będącego światową potęgą jest w stanie do metafizycznej desygnacji wroga dodać logikę realnego zniszczenia.

Teologiczne jądro amerykańskiej idei wybraństwa – samowyniesienia przez samojudaizację (aby zdobyć status narodu wybranego trzeba ogłosić się Anglożydami) pochodzi z radykalnego protestantyzmu brytyjskiego, który zakładał ostateczne nawrócenie Żydów i ich powrót do Izraela, co miało zainicjować “Second Coming of Christ”. Antytrynitarny protestantyzm tak bardzo zbliżył się do Żydostwa, że można w jego przypadku mówić o rejudaizacji chrześcijaństwa. Swoją świecką formę ta “judeo-chrześcijańska tradycja” znajduje w amerykańskim liberalizmie dążącym do zbawienia świata, czyli osiągnięcia końca historii. Nieudany internacjonalizm żydowskich bolszewików znajduje swoje nowe pole działania w mesjańskim liberalizmie amerykańskiej proweniencji, w którego konstrukcji zeświecczeni Żydzi odegrali czołową rolę. Jego wrogiem jest nacjonalizm, przy czym zakłada się, że ekscesy nacjonalizmu w czystej formie pojawiają się w niemieckim narodowym socjalizmie. Niemiecki nacjonalizm lub to, co zań się uznaje, czyli np. odrzucenie koncepcji „wielokulturowego społeczeństwa” czy sprzeciw wobec napływu obcokrajowców jest nacjonalizmem per se. Wraz z samoidentyfikacją amerykańskiego protestantyzmu/liberalizmu z Żydostwem problematyka Holocaustu prowadzi do desygnowania Niemców jako wrogów. Najbardziej skrajną metodą mającą zapobiec leżącym w naturze rzeczy ekscesom niemieckiego nacjonalizmu – głównej przeszkodzie dla liberalnego „Second Coming of Christ” jest zniszczenie Niemiec, a przynajmniej doprowadzenie do rozkładu narodu niemieckiego. Spreparowany dla Niemców dogmat o wiecznej winie, przechodzącej z ojca na syna sprawia, według Schüsslburnera, że liberalna ideologia Holocaustu ma uczynić Niemców psychologicznie bezbronnymi wobec zawsze możliwych przyszłych masakr.

Co więc w tej sytuacji powinni zrobić Niemcy, pyta autor. Powinni przede wszystkim wziąć sobie do serca nakaz miłowania nieprzyjaciół, nakaz, który nie obiecuje nieobecności wrogów, ale wręcz przeciwnie zakłada wrogość jako conditio humaine. Miłość nieprzyjaciół jest jednym z rodzajów miłości bliźniego, która nakazuje również miłować samego siebie. Chodzi więc o niezgodę na sytuację, w której Niemcy zmuszeni są pod moralną presją do czczenia ofiar Holocaustu, ale nie mogą równocześnie czcić własnych ofiar. Niemcy powinni pozwalać na to, aby zagranica chwaliła ich za udział w pseudo-religijnych procesjach ze świeczkami dopiero wówczas, gdy będą mogli swobodnie urządzać takie same procesje przeciw wrogości wobec Niemców na przykład przeciw planowanym i publicznie zapowiadanym akcjom ekstremistycznych grup terrorystycznych z Izraela, które grożą, że będą mordować “antysemitów” na terytorium Niemiec. Niemcy muszą również, postuluje Schüsslburner, żądaniom strony żydowskiej i liberalnej przeciwstawić żądanie żydowskiego i liberalnego (odnoszącego się do anglosaskiego progresywistycznego socjaldarwinizmu) „przezwyciężania przeszłości”. Należy odrzucić tezę o wyjątkowości zbrodni niemieckich, gdyż jest ona propagowana w celu stworzenia linii obrony na wypadek, gdyby mimo wszystko zaczęto dyskutować udział Żydów w zbrodniach bolszewickich.

Należy również przeciwstawić się redukowaniu ideologii narodowego socjalizmu do niemieckiego nacjonalizmu, albowiem taka redukcja pozwala nie uwzględniać wpływu, jaki na narodowy socjalizm wywarł anglosaski darwinizm społeczny socjalistycznej i progresywistycznej proweniencji. A przecież mamy tu do czynienia nie tylko ze zjawiskami porównywalnymi, ale chodzi o częściowo tożsamą, wychodzącą od socjalizmu koncepcją zbawienia świata. Można by więc zgodzić się na ogólne „przezwyciężanie” socjalizmów wszelkiego rodzaju, co jednak musiałoby rozsadzić ramy dotychczasowych teorii totalitaryzmu, gdyż uwzględnione musiałyby zostać także: anglosaski socjaldarwinizm, rasizm i biologizm (eugenika). Jeśli żądanie takiego ogólnego “przezwyciężania przeszłości” nie wywołałoby pozytywnej reakcji, to w imię samozachowania narodu niemieckiego należałoby ogłosić oficjalnie koniec wszelkiego rodzaju “przezwyciężania przeszłości”.

EUROPA VORN

W numerze 5 (1993) Manfred Rouhs dokonuje klasyfikacji nacjonalizmów. Istnieje więc według niego nacjonalizm racjonalny będący dzieckiem Oświecenia, który uważa, że naród jest instytucją pożyteczną, hamującą społeczną dezintegrację. Z kolei nacjonalizm metafizyczny związany jest z wiarą w Boga. Ponieważ wszystko, co ziemskie ma swój sens, gdyż pochodzi od Boga, to również istnienie narodu jako części ziemskiej rzeczywistości ma swoje uzasadnienie i swój sens. Istnieje też nacjonalizm wykorzystywany i nadużywany przez imperializm. Dla imperialistów własny naród jest bazą dla realizacji ich ekspansywnych celów. Cele te pokrywane są nacjonalistyczną retoryką. I jest wreszcie nacjonalizm wyzwoleńczy zawierający w sobie elementy nacjonalizmu racjonalnego i metafizycznego. Jest on otwartym projektem politycznym, otwartym „w dół” – od narodu ku regionowi i rodzinie, i otwartym “w górę” – od narodu ku Rzeszy. Zwolennicy wyzwoleńczego nacjonalizmu wznoszą dziś duchową broń przeciw materialistyczno-hedonistycznemu systemowi, którego stara gwardia podobna do armii głupców dawno straciła kreatywność, rozum, argumenty i przyszłość. Nadchodzi czas, aby i władzę wydrzeć z jej szponów.

Arnaud Guyot-Jeannin w artykule „Naród i Rzesza” atakuje „Europę z Maastricht”, Europę sparaliżowaną, rządzoną przez handlarzy, bankierów i internacjonalistycznych technokratów. Wypowiada się przeciw nacjonalizmowi starej prawicy cytując Juliusa Evolę: „Dla ideologii nacjonalistycznej właściwe jest traktowanie ojczyzny i narodu jako najwyższych wartości, jako mistycznych całości prowadzących samodzielną egzystencję i mogących zgłaszać swoje absolutne roszczenia wobec jednostki, podczas gdy są to tylko luźne zbiorowiska, gdyż zaprzeczają każdemu prawdziwie hierarchicznemu porządkowi o tyle, o ile brak im transcendentalnego autorytetu”. Należy rozróżniać pomiędzy narodowościami i nacjonalizmami. Świat średniowieczny znał narody, ale nie znał nacjonalizmów. W swym dziele „Rewolta przeciw współczesnemu światu” pisał Evola: „Narodowość jest naturalnym faktem ograniczonym do pewnego zbioru elementarnych cech wspólnoty, które zachowywane są tak w zróżnicowaniu, jak i w hierarchicznym uczestnictwie, w żadnym razie nie będąc z nimi sprzeczne. (…) Współczesny nacjonalizm jest przeciwieństwem takiego pojmowania narodowości. Opiera się on na nienaturalnej jedności, która jest sztuczna i centralistyczna. W tej mierze, w jakiej naturalny i zdrowy sens narodowości zatraca się i w jakiej zniszczona zostaje prawdziwa tradycja i możliwość manifestowania się jakości, jednostki zbliżają się do stanu czysto ilościowego, stanu zwykłej masy”.

Dlatego nacjonalizm musi być przezwyciężony w ponadnarodowej konstrukcji Rzeszy (Imperium)  chroniącej etniczne i kulturalne odrębności przed niwelatorskim, destrukcyjnym uściskiem masy. Rzesza nie jest jakimś określonym terytorium, ale przede wszystkim duchową, uniwersalną i transcendentalną zasadą. Guyot-Jeannin zwraca też uwagę na to, że amerykanizacja Europy jest jedynie konsekwencją indywidualistycznej i utylitarystycznej moderny. Podboje McDonalda są możliwe, bo Europa niszczona jest przez mieszczański indywidualizm, liberalny humanizm i utylitarny materializm. Gdyby nie one, McDonald byłby bezsilny. Obecnie nie może powstać żadna forma europejskiej jedności, gdyż polityczny system Europy zgnił od środka. Każda próba konsolidacji oznaczałaby przedłużenie jego żywota. Dziś walczyć trzeba przeciw „Maastricht”, walczyć nie w imię szowinizmu, ale właśnie w imię Europy, jej narodów i kultur, w imię wszystkiego, co je łączy.

Marcus Bauer w artykule „Powrót Imperium” pisze, że dla człowieka prawicy czymś najbardziej nienawistnym jest nie-Ład, bezkształtność, urawniłowka, niwelacja, brejowatość. To wszystko napełnia go obrzydzeniem. Pozbawiona struktury monotonia współczesnego świata każe ludziom prawicy szukać tego, co wspólne i stałe, co sprawia, że potrafimy odróżnić to, co inne i odrębne. Wielu z nich uważa, że czymś takim jest naród chcąc jednoczącą siłę języka, kultury, pochodzenia i historii użyć przeciw społecznemu nieładowi. Ale w takim podejściu zawiera się niebezpieczeństwo utknięcia na płaszczyźnie narodowej lub nawet regionalnej i cały bojowy zapał, który pomógłby w oczyszczeniu demoliberalnego chlewu przemienia się w lękliwą defensywę. Kto jednak pożąda ładu, formy i blasku tego, co sakralne i estetyczne ten musi swojej krucjacie przeciw chaosowi nadać światową perspektywę. Współcześni nacjonaliści przyjmują taką globalną perspektywę proklamując nacjonalizm uniwersalną zasadą i propagując etnopluralistyczny porządek światowy. Kolorowa, ale przejrzysta mozaika narodów i ojczyzn ma być konceptem skierowanym przeciw globalnemu anty-Ładowi zachodniego “Jednego Świata”.

Ale, pisze Bauer, etniczny pluralizm przezwycięża wprawdzie pozbawioną konturów, bezforemną masę degenerującej się ludzkości, ale nie jest wypełnieniem idei Ładu. Wielość musi być wielością w jedności, a więc opierać się musi na jednoczącej zasadzie, która ową wielość podnosi ku całości wyższego porządku. Ofensywna i agresywna wola ładu i nadawania kształtu musi wyjść poza ciasne granice nacjonalizmu i określić swój cel jako ponadnarodowe i uniwersalne imperium. Narody muszą posiadać centrum, z którego wychodzą emocjonalne i duchowe impulsy integrujące imperialny organizm. Imperium nie opiera się wszak wyłącznie na sile miecza, ale potrzebuje czegoś więcej – a mianowicie religii. W tym kontekście Bauer pisze o renovatio imperii romanorum i daje Kościół katolicki jako wzór imperialnego panowania, gdzie nieuchronne użycie miecza połączone było z przejęciem dawnych tradycji i poszanowaniem lokalnych odrębności, Najlepiej podsumował to arcybiskup Marcel Lefebvre – tradycjonalistyczny buntownik przeciw Watykanowi opanowanemu przez dżumę demoliberalizmu: „Jeżeli w pierwszych wiekach Kościół mógł «chrzcić» pogańskie świątynie i pogańskie święta, to dlatego, że w swej mądrości unikał niszczenia godnych szacunku obyczajów i potrafił odróżnić elementy naturalnej pobożności, której nie należało likwidować od rupieci zabobonu, od których uwolnił ducha nowo nawróconych. W całej historii swoich misji Kościół nigdy nie odszedł od ducha tego inteligentnego miłosierdzia. Czyż katolickość Kościoła nie polega właśnie na zdolności jednoczenia ludów wszystkich epok, ras i krajów w podniosłej jedności wiary bez równoczesnego dławienia usprawiedliwionych odrębności?” Postać Jezusa Chrystusa, ogólnie obowiązująca liturgia z łaciną jako świętym językiem (który, co warto zauważyć występował w liturgii i nauce Kościoła nie niszcząc różnorodności tradycyjnych języków narodowych i języka codziennego – inaczej niż dzieje się to dziś, kiedy międzynarodowa angielszczyzna je plugawi), Rzym jako duchowe centrum narodów katolickich – wszystko to tworzy wspólny Środek spajając wewnętrznie imperium. Tutaj widać wyraźnie imperialną siłę nadawania formy typową dla katolicyzmu i jego Kościoła kontynuującego tradycje Imperium Rzymskiego. Dlatego Rzym opiewać mogli chrześcijańscy autorzy późnego antyku jako ojczyznę narodów.

Ten, kto ofensywnie i agresywnie staje przeciw współczesnemu światu i jego diabolicznemu any-Ładowi, nie może lękliwie uciekać w przeszłość, aby rekonstruować rzekomą Arkadię dawnego świata. Ale imperialne koncepty i historyczne tradycje mogą służyć jako duchowe i ideowe, orientacyjne punkty odniesienia, które pomagają brać udział w walce pomiędzy Kosmosem a Chaosem. Nic innego nam nie pozostaje, gdyż nikt nie może przewidzieć, jakie będzie imperium przyszłości. Dlatego narody muszą wykorzystać przed-nowoczesne dziedzictwo jako broń przydatną w walce przeciw współczesnemu światu. Dawny, przednowoczesny świat, pomijając niewiele nisz, gdzie się zachował, został zniszczony. Nie ma już żadnej nienaruszonej, spójnej budowli, która musiałaby być broniona przeciw zewnętrznym wrogom. Panująca rzeczywistość to pozbawione formy i konturów bagno, które trzeba podbić i podporządkować, przy czym historyczne tradycje są w tym przypadku duchowymi ideami przewodnimi. Ponieważ taka radykalna i ekspansywna wola tworzenia i nadawania kształtu nie zna geograficznych granic, to nieuchronna jest konkurencyjna i selekcjonująca walka rozmaitych imperialnych konceptów i narodów będących ich nosicielami, walka o władzę i o miejsce w ramach wyłonionego z tych walk i wstrząsów imperium i jego hierarchiczno-patriarchalnego porządku. Narody staną się członkami jednego ciała, utworzą jeden imperialny organizm, w którym jednym narodom przypadnie miejsce centralne a innym peryferyjne, co zgodne jest z porządkiem rzeczy. To przyszłe imperium czasów ponowoczesnych, które leżą jeszcze w mistycznych ciemnościach powinno być imperium, w którym narody znajdują się pod panowanie „żelaznego berła”. Chodzi tu o ostatnią „imperialną figurę”, która władczym gestem zatknie swoje zwycięskie sztandary.

Z kolei Hrvoje Lorković zajmuje się opiniami Rosjan na temat geopolityki. I tak dla teoretyka Nowej Prawicy Aleksandra Dugina geopolityka nie jest tylko sprawą myślenia, ale i uczuć; jest on dumnym Rosjaninem, ale też swego rodzaju sowieckim patriotą. Jego teoria wychodzi od tez Mackindera, który sformułował je na początku stulecia: narody zamieszkujące wybrzeża łatwiej współpracują ze sobą niż mieszkańcy wnętrza kontynentu, gdyż są przez nich zagrożone, muszą więc zawierać pakty obronne. Według Lorkovića Dugin stawia Mackindera na głowie twierdząc, że to nie narody kontynentalne są zagrożeniem dla narodów morskich, ale na odwrót, stąd we wnętrzu kontynentu muszą powstać silne struktury polityczne, aby doprowadzić do równowagi. Wizja Dugina nie ogranicza się do unii Rosji i Azji Środkowej, ale obejmuje również Niemcy jako kontynentalnego partnera Euroazji. Dugin jest zdecydowanym wrogiem koncepcji atlantyckich. Granica jest na Gibraltarze. Wewnątrz euroazjatyckiego Heartlandu nie powinno być konfliktów a bez współdziałania Chin, Rosji i Niemiec wszystkie narody na tym obszarze będą skazane na nędzną egzystencję młodszych braci Wuja Sama.

Dugin uważa, że zamiast mędrkować o bladych abstrakcjach jak prawa człowieka itd. Rosjanie powinni mówić wyłącznie o interesach Rosji, o interesach wielkiego euroazjatyckiego kontynentu, dla których trzeba umierać i trzeba zabijać. Podobną opinię wyraża generał Kłokotow, który uważa, że obecni politycy rosyjscy nie przywiązują wagi do problemów geopolitycznych, a to z tego powodu, że w ogóle zbyt mało przejmują się interesami Rosji. Generał Kłokotow sądzi, że interesów Rosji nie zabezpieczy pakt z Niemcami, bo nie wierzy, że Niemcy stali się nieszkodliwymi pacyfistami. Jeśli zainteresowani będą inspirowaną przez geopolitykę współpracą z Rosją to dlatego, aby urzeczywistnić własny projekt przestrzeni życiowej. Dlatego generał jest sceptycznie nastawiony do koncepcji euroazjatyckiej obejmującej Niemcy. Jego główną troską jest oczywiście armia, która nie powstała z niczego w 1917 roku, ale dziedziczy wszystkie zwycięstwa rosyjskiego oręża. Armia sowiecka, według generała, nie kierowała się ciasnym nacjonalizmem. Jej ponadnarodowym celem było w rzeczywistości zabezpieczenie przestrzeni euroazjatyckiej. S. Baburin z „Partii Odrodzenia” uważa, że bezpieczeństwo Rosji jest zagrożone przez prozachodnie nastawienie ludzi rządzących państwem. Szaleństwem albo zdradą nazywa Baburin pomysły oddania Japończykom Wysp Kurylskich. Byłaby to gigantyczna strata, narodowa tragedia, bo zniszczona zostałaby euroazjatycka jedność.

NATION UND EUROPA

W numerze 7/8 (1993) Karl Richter pisze o słynnym dziele barona Juliusa Evoli „Rewolta przeciw współczesnemu światu”. Książki Evoli – arystokraty, myśliciela i artysty, żyją swoim własnym życiem gdzieś w strefach zmierzchu lub świtu historii europejskiego ducha. Razem z René Guénonem i Leopoldem Zieglerem należy Evola do założycieli szkoły myślowej, która w latach dwudziestych i trzydziestych poddała fundamentalnej krytyce zachodnio-oświeceniową modernę. Trudność zamiaru Evoli polegała na tym, że w ramach uniwersalno-historycznej perspektywy takie skrajnie oddalone od siebie zjawiska jak europejsko-amerykańska moderna z jednej strony i średniowieczne czy indoaryjskie społeczeństwa feudalne z drugiej nie dają się w ogóle porównać, ponieważ moderna pożegnała się ze wszystkimi tradycyjnymi odniesieniami historycznymi. “Tradycyjne” porządki żyją ze świadomością włączenia w „wieczne”, niezmienne cykle historii ludzkości. Socjalne zróżnicowanie w tych „tradycyjnych” porządkach polega na przełożeniu kosmiczno-ponadczasowych wzorów hierarchii na ziemską architekturę panowania: “na górze” kapłani, królowie, rycerze, “na dole” świeccy, poddani, chłopi. Moderna wszystkie te odniesienia zlikwidowała lub zastąpiła własnymi wyobrażeniami (nie)ładu. Pozbawiony tradycji indywidualizm współczesnego społeczeństwa wielkich miast nie akceptuje ani zasadniczych nierówności ludzi, ani niekwestionowalności autorytetu i hierarchii.

Znakiem moderny, którą Evola utożsamia z „Ciemnym Wiekiem” jest umasowienie, nadejście kolektywów czy to pod sztandarem bolszewizmu czy też zachodniego demokratyzmu. Stąd też Evola nie identyfikował się z włoskim faszyzmem, podobnie jak Spengler dystansował się od narodowego socjalizmu – obaj uważali, że są to zjawiska typowe dla współczesnych masowych społeczeństw. Lektura „Rewolty przeciw współczesnemu światu” przypomina podróż na księżyc – tak obcy i fascynujący jest duchowy obszar, na który udaje się czytelnik. Wymaga też nie tylko solidnej porcji historyczno-filologicznej wiedzy, ale również gotowości zmierzenia się z całkowicie nowymi lub raczej pradawnymi wzorami życia i odczuwania. Zaś niewątpliwym zyskiem z lektury jest to, że z całą wyrazistością uświadamiamy sobie przejściowy, ba, marginalny charakter współczesności.

W tym samym numerze Andrew Smith przepowiada powstanie państwa Burów, Dieter Winteracker analizuje manipulatorską rolę mediów, Wolfgang E. Franke śledzi związki pomiędzy wielokulturowym i wielonarodowym społeczeństwem Poza tym jak zwykle doniesienia o sukcesach i działaniach europrawicy. W numerze 9 Karl Richter zamieszcza artykuł „Wielokulturowe społeczeństwo – utopia w gruzach”, Arnulf Neumaier „Materialne i mentalne zanieczyszczenie środowiska”, Richard Miosga “Islam nas pożre”, Wilhelm Volkmann „Skutki imigracji”, Werner Baumann „Co to jest ekstremizm?”, Hauke Nanninga „Zmęczenie partiami czy kryzys systemu”. Natomiast Fritz Joss jak w prawie każdym numerze skrupulatnie wylicza przypadki przemocy stosowanej wobec Niemców przez obcokrajowców a Wolfgang Strauss zajmuje się rosyjską prawicą. Przypomina, że wielu rosyjskich prawicowców walczy dziś jako „dobrowolcy” w republice naddniestrzańskiej, w Tadżykistanie, na Zakaukaziu po stronie Abchazów przeciw Gruzinom, w Górskim Karabachu po stronie Ormian. Wszędzie na peryferiach Rosji spotkać można rosyjskie Freikorpsy często w sojuszu ze zbuntowanymi oddziałami byłej armii sowieckiej. Ale prawica rosyjska bierze również udział w wojnie na froncie duchowym, która ma doprowadzić do odrodzenia rosyjskiej państwowości w jej tradycyjnej formie. Hasłem tej nowej prawicy jest „Z Bogiem za naród i ojczyznę”. Petersburski pisarz Jurij Byłyczew napisał w czasopiśmie neosłowianofilów i monarchistów “Nasz Wiestnik”: „Jeszcze nie wszyscy Rosjanie świadomi są faktu, że oprócz zniszczenia ekonomicznego i politycznego, Rosji grozi dużo większe niebezpieczeństwo – lewicowa «rewolucja kulturalna», która ze cel stawia sobie duchowe zniszczenie rosyjskości. Siły te chcą wymazać takie pojęcia jak «rosyjski», «naród rosyjski», «rosyjska tożsamość», «rosyjska tożsamość kulturalna». Wpływowe kręgi obecnego reżimu starają się raz na zawsze rozwiązać «kwestię rosyjską» ofiarowując, z pomocą zagraniczną, niezależną Rosję nowemu uniwersalizmowi jako prezent dla «cywilizacji światowej»”. Za antyrosyjskimi „kulturalnymi rewolucjonistami” stoją według Bułyczowa “lewicoworadykalni zachodniacy” w rodzju Jurija Afanasjewa – kiedyś propagandzisty Instytutu Historycznego przy KC KPZR a obecnie prezesa proamerykańskiego Rosyjskiego Uniwersytetu Humanistycznego. Prawica pragnie stworzyć duchową przeciwwagę dla rusofobów zakładając w Moskwie pierwszy prywatny uniwersytet im. Konstantyna Aksakowa – głównego myśliciela słowianofilstwa. Obok Aksakowa do swojej tradycji zalicza prawica rosyjska takich myślicieli jak Odojewski, Chomjakow, Dostojewski, Danilewski, Kirilewski, Sołowjow, Bierdiajew i inni.

W tym samym numerze Adolf von Thadden pociesza pesymistów, twierdząc, że Niemcy nie stały się jeszcze bananową republiką. Za to staczają się do poziomu karykatury państwa. Aktorzy na politycznej scenie podobni są do błaznów z zeszłych wieków, których monarchowie trzymali ku uciesze dworu. Dziś naród finansować musi ten teatr głupców, którego koszty utrzymania nieustannie rosną. Poza tym z numeru możemy dowiedzieć się o interesującym znalezisku. W Danii odnaleziono trzy listy premiera Norwegii w latach 1940-45 Vidkuna Quislinga zawierające jego polityczny testament. I na koniec informacja, że minister spraw wewnętrznych Niemiec zabronił znanemu historykowi brytyjskiemu Davidowi lrvingowi wstępu do Archiwum Federalnego w Koblencji. Minister uznał, że korzystanie przez lrvinga z zasobów archiwum „zagraża dobru Republiki Federalnej Niemiec”. W związku z tym lrving wycofał z archiwum podarowany mu wcześniej zbiór dokumentów, wśród nich fragmenty dzienników Himmlera i Canarisa, dzienniki feldmarszałków Milcha i Rommla, kilkaset stron ze spuścizny Adolfa Eichmanna, zapiski generała Wernera von Fritscha z lat 1938-39. Irving zamierza przekazać te dokumenty jednemu z amerykańskich uniwersytetów, który wcześniej się o nie starał.

W numerze 11/12 (1993) Karl Richter ogłasza „koniec emancypacji”, Nicolaus von Preradovich analizuje sytuację w „Jugosławii”, Hubert Droescher załamuje ręce nad demograficzną katastrofą w Niemczech, Albert Unger zastanawia się, co naprawdę kryje się za porozumieniem palestyńsko-izraelskim, Victor Hoelterling zamieszcza „zapiski z okupowanego kraju” (chodzi oczywiście o Niemcy) a Fritz Joss jak zwykle przytacza dane z ostatniego miesiąca na temat mordów i napadów rabunkowych dokonanych na Niemcach przez obcokrajowców. Z kolei Hartmut Hesse pisze o „niszczeniu środowiska duchowego” przez rządzącą obecnie w Niemczech generację 68-go roku, która pragnie dokonać antynarodowej rewolucji kulturalnej, a w skrajnych przypadkach zlikwidować wręcz niemiecką kulturę, która, jak uważają rewolucjoniści, na zawsze skażona została przez narodowy socjalizm. Dokonać się ma przemiana narodu niemieckiego w ludność zamieszkującą terytorium nazwane „Niemcy”. Niemcy odcinani są według Hessego od korzeni swojej kultury i dostosować się mają do „american way of life”. W mediach, czasopismach młodzieżowych, programach radiowych kultura niemiecka występuje w śladowych ilościach. Narasta amerykanizacja języka niemieckiego, który z najważniejszego lepiszcza kultury narodowej staje się powoli dialektem międzynarodowego systemu komunikacji.

W numerze 1(1994) zwraca uwagę artykuł na temat możliwości współpracy rosyjsko-niemieckiej, którego autorem jest dr Felix Buck. Pisze on, że na zachodniej, tzw. europejskiej części Rosji piętno odcisnęło spotkanie się tutaj Słowian i Germanów. W średniowieczu związki te były kontynuowane w postaci wpływów Zakonu Krzyżackiego i Hanzy, której strefa oddziaływania rozciągała się od „bazy wypadowej” w Nowogrodzie do Morza Czarnego. W okresie rządów carów od XVII do XIX wieku dużą rolę w elicie politycznej Rosji odgrywała arystokracja niemiecka z Łotwy i Estonii. Fryderyk II Rosji zawdzięcza to, że nie przegrał Wojny Siedmioletniej. Próba Napoleona opanowania Europy zniweczona została głownie poprzez współpracę rosyjsko-pruską. W XX wieku Rapallo położyło podwaliny pod gospodarczą, polityczną i wojskową współpracę Niemiec i Rosji. Z geopolitycznego punktu widzenia Niemcy i Rosja są dwoma głównymi czynnikami siły na kontynencie euroazjatyckim. W epoce imperializmu, szczególnie w jego końcowej fazie, zdominowanej przez ideologię, zapomniano o stałych czynnikach geopolitycznych. Konsekwencją były dwie wojny światowe. Niemiecko-rosyjskie (sowieckie) starcie słusznie określił prof. E. Nolte jako motywowaną ideologicznie „Europejską Wojnę Domową”.

Od okresu rządów Gorbaczowa Moskwa dąży do ściślejszej współpracy z Niemcami właśnie ze względów geopolitycznych. Niemcy powinni mieć jasną świadomość faktu, że zarówno u Gorbaczowa, jak i u Jelcyna otwarcie na Zachód podyktowane było chęcią utrzymania pozycji ZSRR (Rosji) jako mocarstwa światowego. Dlatego Niemcy powinni wykorzystać wszelkie możliwości współpracy, ale winni to czynić z najwyższą rozwagą. Jeśli chodzi o gospodarkę, to Niemcy są dla Rosji uprzywilejowanym partnerem, przed innymi państwami europejskimi, przed Amerykanami i Japończykami. To trzeba również wykorzystać ani na chwilę nie tracąc z oczu własnych interesów. Jeśli chodzi o wymiar strategiczny to widać wyraźniej, że w sytuacji, gdy rośnie rola Chin jako światowego mocarstwa, Rosja musi szukać strategicznego krycia na zachodzie, bo jest to kwestia jej egzystencji jako światowego mocarstwa. Naturalnym partnerem i w tym przypadku będą dla Rosji Niemcy, którzy muszą jasno zdefiniować swoje polityczne interesy i priorytety wychodząc przy tym od możliwości swego większego niż dotychczas zaangażowania w polityce światowej, którego główne punkty ciężkości znajdować się będą w Europie Środkowej i Wschodniej.

Niemcy nie powinny koncentrować się jednostronnie na Federacji Rosyjskiej. Także Białoruś, Ukraina, Gruzja, Armenia, Mołdawia muszą stać się przedmiotem zainteresowania, choćby ze względu na potrzebę stabilizacji na tych obszarach. Szczególna rola przypadnie regionowi bałtyckiemu. Najlepsza byłaby tutaj koncepcja zwartej wspólnoty gospodarczej ma wzór bałtyckiej Hanzy. Niemcy muszą prowadzić konsekwentną, ale subtelną politykę kooperacji ze Wschodem. Powinna ona spoczywać na wielu punktach oparcia, które do pewnego stopnia powinny funkcjonować jako „niemieckie centra” dla działalności mniejszych firm. Należy brać przykład z „Singapore German Institute” tworząc podobne instytucje w różnych miejscach na Wschodzie.

Poza tym w numerze jak zwykle Fritz Joss zdaje miesięczny raport z aktów przemocy popełnionych na Niemcach przez obcokrajowców. I jeszcze ciekawa informacja dotycząca wolności słowa w Niemczech: otóż 81-letni generał-major w stanie spoczynku Otto Ernst Remer, ten sam, który jako major i dowódca berlińskiego pułku wartowniczego stłumił w 1944 r. pucz hrabiego Stauffenberga skazany został na rok i 10 miesięcy więzienia za to, że w rozpowszechnianym przez siebie czasopiśmie utrzymywał, iż w III Rzeszy […..]. Najprawdopodobniej, żeby nie pójść do więzienia staruszek zbiegł do Hiszpanii.

MITTEILUNGSBLATT DER PRIESTERBRUDERSCHAFT ST. PIUS X.

Kwestia sposobu finansowania działalności Kościoła ma niebagatelny wpływ na jego oblicze. W Niemczech drogą podatku obligatoryjnie ściąganego od pensji zgromadzono w 1992 roku kwotę 8,47 mld DM. Ojciec Marcus Heggenberger nie potępia faktu istnienia solidnej bazy materialnej dla działalności Kościoła w Niemczech, razi go natomiast dysonans między bogactwem środków finansowych, a ubóstwem treści obecnej wiary katolickiej. To z krajów europejskich wychodzi teologia, która zabija wiarę, natomiast w biednych krajach serca ubogich są bardziej otwarte na prawdę Ewangelii. W bogatych krajach upada praktykowanie rad ewangelicznych czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Zanika pojęcie sensu ofiary jako jądra chrześcijaństwa. Ginie rozumienie Ofiary Krzyża i Ofiary Mszy świętej oraz ich skutków zbawczych. Odpowiedzialni za Kościół powinni się zastanowić, czy praktykowana obecnie forma podatku kościelnego jest zgodna z duchem ubóstwa i ofiary.

W Ameryce Łacińskiej około 8000 katolików dziennie przechodzi do jakiejś sekty protestanckiej. Wielu z nich pozostałoby w Kościele, gdyby ten odciął się wyraźnie od ziejącej pustką religijną teologii wyzwolenia oraz potępił udział w magicznych praktykach wudu. Tępienie pogaństwa sprzeciwiałoby się jednak wszechpanującemu duchowi spotkań w Asyżu. Sam papież podczas wizyty w Afryce spotkał się w Beninie z przywódcami kultu wudu, a nawet wymienił z nimi podarunki. Przyjął od nich drewnianą statuę siedzącej „bogini”, a wręczył im obraz przedstawiający kompozycję krzyża i tykwy będącej fetyszem. Oto czubek góry lodowej z Asyżu: oficjalne uznanie pogańskiego kultu i czarnej magii jako równoprawnej religii.

Niepokojące wieści napływają z Japonii. Moderniści opanowali misje. Ojciec Gereon Goldmann OFM, liczący 80 lat zakonnik, prowadzi instytut muzyki kościelnej w Japonii i dzięki temu ma kontakt z kursantami z wielu diecezji. W ostatnim okresie stwierdził u większości kursantów brak znajomości podstawowych form tradycyjnej katolickiej pobożności. Kursanci nie spotkali się z adoracją Najświętszego Sakramentu, nie znają ani różańca ani drogi krzyżowej. Nie słyszeli kazania o Maryi i pytają, dlaczego należy wielbić Serce Jezusowe. Najnowsze wydanie japońskiego śpiewnika kościelnego nie zawiera ani jednej pieśni po łacinie, tylko same psalmy, usunięto z niego pieśni maryjne, postne i adwentowe, które były śpiewane i znane na pamięć od dziesięcioleci. Gdy zapytał ich o czym słyszą w kazaniach, to okazało się, że ich treść nie różni się od artykułów prasowych na tematy społeczne i gospodarcze. Starsi wiekiem wierni wspominają, że przed laty często widzieli swoich księży długo modlących się w kościele na kolanach, a teraz ich duszpasterze chodzą głównie na posiedzenia i produkują stosy papieru. Tak oto modernizm cichcem wkradł się do misji. Co będzie z tym kościołem za 20 lat?

Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe wydał orzeczenie, w którym zabrania Bractwu św. Piusa X umieszczania na swoich szyldach napisów treści „Parafia rzymsko-katolicka” oraz w ogóle stosowania przymiotników rzymsko-katolicki lub tylko katolicki. Sprawę wniosła archidiecezja w Kolonii. Kardynał Józef Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary udzielił obszernego wywiadu bolońskiemu tygodnikowi księży sercanów „II Regno”, w którym wypowiedział się na temat sytuacji Kościoła, między innymi ustosunkował się do zwolenników arcybiskupa Lefebvre`a: „Ruch lefebrystów jest w pełnym rozkwicie, chociaż niewiele się o niw mówi. Ma on klasztory klauzurowe, zgromadzenia zakonne, instytut akademicki w Paryżu, seminaria na całym świecie, z dużą liczbą kandydatów, przygotowujących się do kapłaństwa. Rośnie liczba kapłanów, oratoriów, kościołów. Chodź o zjawisko, którego znaczenia nie sposób zaprzeczyć, już choćby z uwagi na wielką liczbę kapłanów, którzy do niego należą: są to ludzie młodzi, ich motywem jest często silny idealizm. Jeśli chodzi o perspektywy na przyszłość, to z jednej strony widzę narastające problemy ze strony odpowiedzialnych – mam tu na myśli np. ich bardzo ostrą krytykę Katechizmu – zjawiska, które nie wróżą nic dobrego, gdy chodzi o możliwość wznowienia dialogu. Z drugiej strony, widzę wielu świeckich, często dobrze wykształconych, którzy uczestniczą w ich liturgii, nie identyfikując się z ruchem. Należy więc dobrze rozróżniać pomiędzy osobami odpowiedzialnymi, bardzo pewnymi siebie (powiadają oni: tym razem nie Rzym będzie dyktować warunki, lecz my), którzy przejawiają zaskakujący i napawający niepokojem upór, a z drugiej strony osobami, które licznie uczestniczą w ich liturgii, w przekonaniu, że pozostają w pełnej łączności z Papieżem. Ta silna dwuznaczność sytuacji sprawia trudności w działaniu na przyszłość. Obowiązuje nas zawsze dążenie do pomocy tym, którzy chcą być katolikami w łączności z Papieżem”.

Kongregacja ds. Kultu Bożego wydała w kwietniu zezwolenie na dopuszczenie dziewcząt do ministrantury. Nie jest tajemnicą, że w wielu parafiach już od szeregu lat dziewczynki służyły do mszy. Na przykład w biskupstwie Rottenburg-Stuttgart wśród 25.000 ministrantów dziewczęta stanowiły 40%. Wydane zezwolenie usankcjonowało jedynie istniejący stan rzeczy. Jest to zachęcający przykład dla tych, którzy w swoim nieposłuszeństwie stosują taktykę stwarzania faktów dokonanych. Biskup Honolulu Józef A. Ferrario w 1991 roku obłożył ekskomuniką sześcioro wiernych z Bractwa św. Piusa X, ponieważ jego zdaniem kolaborowali z prawdopodobnie schizmatyckim biskupem Williamsonem z tegoż Bractwa. Delikwenci odwołali się do Kongregacji Nauki Wiary, która po zbadaniu sprawy wydała dekret z datą 4.06.93. uznający ekskomunikę za pozbawioną podstaw i nieważną. Dekret podpisał sam kardynał Ratzinger.

Dnia 23. 04. 94. odbyło się we Frankfurcie nad Menem walne zgromadzenie stowarzyszenia “Pro Missa Tridentina”, które ostatnio na życzenie Kościoła i za zgodą członków zmieniło nazwę na „Stowarzyszenie świeckich na rzecz klasycznego rytu Mszy św. w Kościele katolickim”. Liczba uczestników wyniosła około 200, podczas gdy w ubiegłym roku było ich 80. Obrady zaszczycił swą obecnością Mgr Perl, sekretarz Komisji „Ecclesia Dei”, kierowanej przez kardynała Innocentiego. Stowarzyszenie jest zbliżone do Bractwa św. Piotra. Dostojny gość przekazał oficjalne pozdrowienia od kard. Innocentiego i nieoficjalne od kard. Ratzingera, przy czym w wygłoszonym kazaniu oraz w wykładzie nie powiedział nic istotnego na temat rytu trydenckiego. Przyznał, że motu proprio „Ecclesia Dei” z 1988 roku nie daje biskupom żadnych wiążących wskazań odnośnie wydawania zezwoleń na Msze trydenckie. Od siebie dał jedynie trzy wskazówki: 1. propagować ryt trydencki w publicystyce, 2. wysłać do papieża z prośbą grupę młodych ludzi „młodzież zawsze wywiera wrażenie na Ojcu Świętym”, 3. najważniejsze to mieć cierpliwość. Mgr Perl miał ujawnić w kuluarach, że Watykan cofnie poparcie dla Bractwa św. Piotra, jeżeli Bractwo w ciągu pięciu lat nie wykaże gotowości do odprawiania również nowej Mszy św.

Na koniec przedstawiciele lokalnych ogniw Stowarzyszenia dzielili się doświadczeniami. W Trewirze tradycjonaliści dostali zgodę na odprawianie Mszy trydenckiej tylko na terenie zakładu psychiatrycznego na skraju miasta. W Kolonii zostali usunięci z przyznanej im wcześniej kaplicy, gdyż ta ma być przeznaczona dla „mniejszości chrześcijańskich”. W Bad Kreuznach wolno uczestniczyć we Mszy tylko osobom, które podpisały petycję, wydane tam zezwolenie i tak zresztą cofnięto. Znany jest też przypadek, że odmówiono zgody dwóm członkom Bractwa św. Piotra, którzy sami, bez udziału wiernych, chcieli odprawić Mszę w pustej kaplicy na odludziu. Wniosek grupy z Mainz leży od pół roku bez odpowiedzi. Były przypadki, że księża przydzieleni przez kurię do odprawiania Mszy trydenckiej rozdawali Komunię na rękę i nie wahali się też powiedzieć na powitanie, że polecenie biskupa traktują jako dopust, a samo zagadnienie traktują jako „problem biologiczny”. Pocieszające relacje odnotowano jedynie ze Stuttgartu, Salzburga i Wiednia. Podczas Katholikentagu w Dreźnie (przełom VI/VII 94) zaprezentowało się również Bractwo św. Piusa X. Odprawiono 9 Mszy św. wg starego rytu, zostały wygłoszone wykłady: „Jedność czy multireligijny chaos?”, „Kościół wczoraj i Kościół jutra – krytyczne porównanie”, „Soborowy przełom w Kościele katolickim”. Dano jedno przedstawienie teatralne – monodram pt. „Ogień, który pali” – Madame Curie i Dorothee von Flüe, dwie kobiety – dwa światy. Było też prowadzone stoisko książkowe.

W szwajcarskiej miejscowości Kleindöttingen odbyło się dnia 2.05. 94. uroczyste przekazanie obowiązków proboszcza katolickiej parafii pani Marcie Brun, która jako „Pfarrleiterin” będzie sprawowała wszelkie funkcje kapłańskie za wyjątkiem odprawiania Mszy św. (będzie przyjeżdżał ksiądz z sąsiedztwa). Co ze spowiedzią, artykuł nie informuje, zresztą spowiedź indywidualna upadła jako jedna z pierwszych ofiar posoborowej „odnowy”. Pani Brun dała się wcześniej poznać jako aktywistka ruchu zwalczającego papieską nominację biskupa Haasa w Chur. Tak oto kościelni rewolucjoniści metodą faktów dokonanych próbują przyspieszyć moment wyświęcania kobiet na kapłanów.

W Niemczech udaremniono próbę państwowej kontroli światopoglądu. Federalny Sąd Administracyjny wstrzymał kolportaż broszury, przygotowanej staraniem ministerstwa ds. kobiet i młodzieży, “Sekten und Psychogruppen”, która zawierała niebezpieczną definicję sekty. Według niej sekta posiada trzy cechy: 1. zbawcze posłannictwo, 2. charyzmatyczna osobowość przywódcy, 3. teoretyczny dogmatyzm (I). Broszura została przygotowana jako materiał szkoleniowy do walki z sektami. Po chwili zastanowienia staje się widoczne, że pod taką definicję podpadałyby takie grupy katolickie jak Opus Dei, Una Voce, Bractwa św. Piotra i św. Piusa X, ruch szensztacki i inne, a nawet sam Kościół katolicki. Odezwała się tu niebezpieczna tendencja do terroru sumienia, tak jakby doświadczenia z hitleryzmem i enerdowskim komunizmem nie wystarczały za przestrogę.

„Sexspiel demoralizuje młodzież – Christa Meves w piśmie do biskupa Mainz dr.Karola Lehmanna piętnuje, propagowaną przez biskupie biuro ds. młodzieży, grę w kości o tematyce seksualnej pod tytułem „Kein Tabu” (bez tabu). Owa gra stawia dzieci w kłopotliwej sytuacji i prowadzi do kształtowania postawy bezwstydu. Oto parę przykładów z tej gry: „Masz 11 lat, rodzice znaleźli w twoim pokoju broszurę porno. Odegraj tę scenę”, ‘Bez wiedzy rodziców spędziłeś noc u kolegi lub koleżanki, wracasz rano, a rodzice są źli. Zainscenizuj tę sytuację” albo „Rodzice nakrywają cię podczas zabawy w doktora z przyjaciółmi. Zagraj tę scenę”. Jak widać, gra podważa pozycję i rolę rodziców, a dziecięcej wyobraźni podsuwa tematy, przed którymi dziecko winno być chronione. Przypomina to szerzącą się i w Polsce postawę „róbta co chceta”.

Kapituła Generalna Bractwa św. Piusa X wybrała w dniu 11. 07. 94. swego nowego przełożonego. Został nim JE ks. biskup Bernard Fellay, w skład Rady Generalnej wchodzi jeszcze dwóch Asystentów, pierwszym został ojciec Schmidberger, a drugim ojciec Aulagnier. Biskup B. Fellay ma 36 lat i jest Walijczykiem, po studiach w Ecône wyświęcony w 1982 r. na księdza. Jest jednym z czterech biskupów wyświęconych w 1988 roku przez arcybiskupa Lefebvra. Włada pięcioma językami. Wybór biskupa na stanowisko Przełożonego Generalnego może utrudnić dialog z Watykanem. W grudniu 1987 roku kardynał Gagnon podczas wizytacji kanonicznej wyraził pogląd Rzymu, aby Przełożonego nie wyświęcać na biskupa, co zostało przez abpa Lefebvre`a uszanowane. Kapituła wybiera Przełożonego na 12 lat. A oto jak przedstawia się bilans Bractwa za okres minionej kadencji:

rok 1982     rok 1994

liczba księży  100       309

bracia świeccy 21      43

oblatki   21        44

seminarzyści 180        210

seminaria  2       6

domy rekolekcyjne 2            8

szkoły   5        55 z czego 41 podstawowe

przeoraty   25             83

kraje, w których Bractwo jest obecne 12       25

DER BOTE

„Nie ma dzisiaj żadnej innej alternatywy, aniżeli struktury masońskie, które mogłyby gwarantować wychowanie prawych obywateli… Kościół nie jest do tego zdolny ani też nowe partie, którym brak demokratycznej dojrzałości”. Cytat ten pochodzi z audycji radia Liberty (22. 3. 91) adresowanej do rosyjskich słuchaczy i nawołującej do wstępowania w szeregi wolnomularzy rosyjskiej emigracji, których centrala mieści się w Paryżu przy ul. Puteau nr 8 już od bardzo dawna. Przed nową ofensywą masonerii na tereny byłego bloku wschodniego przestrzega Michał Nazarów, autor obszernego eseju, który ukazał się na łamach dwumiesięcznika „Der Bote” (posłaniec), oficjalnego organu rosyjskiego Kościoła prawosławnego, a dokładniej biskupa Berlina i Niemiec. Pismo jest wydawane przez bractwo skupione wokół klasztoru świętego Hioba w Monachium.

Masońska propaganda z dumą podkreśla, że Stany Zjednoczone od swego zarania opierały się na zasadach wolnomularskich, a celem masonerii jest przyczepienie się do moralnej i duchowej pełni społeczeństwa, stąd Rosja i jej przywódcy, jeżeli chcą przeprowadzić reformy i umożliwić dobrobyt, powinny uznać rozwój masonerii jako podstawowy krok na tej drodze. W tym celu powołano lożę „Aleksander Siergiejewicz Puszkin” z adresem kontaktowym przy ul. Puteau. Oferuje się także utworzenie specjalnej loży dla rosyjskich kobiet. Od masońskich naganiaczy nie dowiemy się naturalnie tego, co jest istotą ich zgubnego dla ludzkości ruchu. Z powyższym adresem wiąże się list z 1924 roku napisany przez pewnego masona nazwiskiem Vakar do swojego szefa. List znajduje się w archiwum Hoovera. Zakłopotany autor listu pisze, że “23 stycznia w świątyni przy ul. Puteau odbyło się zebranie poświęcone gloryfikacji Szatana, wygłoszona mowa miała formę niby hymnu i każdy ustęp kończył się śpiewanym refrenem: «O Satan, Frere des Hommes!»”. Referent udowadniał, że Szatan jest bojownikiem o prawa ludzkości przeciw „bożej despotii”, jest prawdziwym źródłem światła. Na koniec mistrz loży podziękował mówcy za “prawdziwie wolnomularski charakter” wykładu. Zaskoczony słuchacz pytał w liście swego przełożonego, czy miał do czynienia z autentycznym elementem programu masońskiego. Odpowiedzi na jego list niestety nie znamy.

Nie ma wątpliwości, że masoneria należy do najbardziej wpływowych ruchów czasów nowożytnych. Obecny świat zawdzięcza jej w wielkim stopniu swą obecną kondycję duchową. Masoneria powstała jako tajny zakon w przestrzeni ideologicznej pomiędzy religijną reformacją, a ateistycznym oświeceniem. Ta neopogańska religia rozumu zwalcza „reakcyjny” wpływ Kościoła i pracuje nad „postępową” transformacją społeczeństwa na bazie kosmopolityzmu i racjonalizmu. W ramach ruchu masonerii powstawały przeróżne obediencje od mistycznych do ateistycznych. Masoni wywierali silny wpływ na politykę, należeli do przywódców rewolucji burżuazyjnych (poczynając od francuskiej) można ich znaleźć wśród liderów partii socjalistycznych oraz założycieli Ligii Narodów i późniejszej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wolnomularzami byli niektórzy prezydenci USA. Większość członków Rządu Tymczasowego w Rosji to byli masoni, którzy należeli do obediencji wywodzącej się z Francji. Jej przywódca w 1904 r. głosił: „Jesteśmy nie tylko antyklerykalni, jesteśmy przeciwnikami wszystkich dogmatów i religii… Rzeczywistym celem do którego dążymy jest zniszczenie wszystkich dogmatowi wszystkich Kościołów”. Po tym jak masoneria na Zachodzie osiągnęła swój cel (pozbawienie wpływu Kościoła Katolickiego i atomizacja społeczeństwa), wyraźnie straciła swoją polityczną agresywność. Sami masoni żartują, że przekształciła się ona w „biuro wzajemnej pomocy funkcjonariuszom”. Obecnie, aby dostać się do władzy i ją sprawować, wystarczy mieć pieniądze i media. Ostatnio lansowany nurt nazywa się “nowym ładem światowym” albo mondializmem. Idee masońskie żyją własnym życiem i wcale nie muszą być zrealizowane przez braci w fartuszkach. Do grona postępowców należą wcale liczne rzesze na obu półkulach.

Masoni chcą zbudować raj na ziemi, swoją pracę przyrównują do budowy świątyni Salomona. W ich rytualnej symbolice dużą estymą cieszą się budowniczowie wieży Babel, król Salomon i Hiram – genialny budowniczy najwspanialszej świątyni owych czasów. Z postacią Hirama wiąże się ciekawa biblijna interpretacja patrystyczna, starsza niż sama masoneria. Otóż Hiram wywodził się ze strony matki z rodu Dana (z córek Dana), a ród Dana, jako jeden ze starożytnych szczepów izraelskich pochodzących od patriarchy Jakuba, według biblijnej przepowiedni ma być w przyszłości nośnikiem zła i jest jedynym, którego nie wymienia Apokalipsa wśród zbawionych rodów Izraela (Ap. 7.4-8). Natomiast w samej świątyni nie zasiądzie jako król nikt inny tylko Antychryst, wysłaniec Szatana, „człowiek bezprawia i syn zepsucia” (2 Tess. 2. 3-4). Ma on pochodzić z rodu Dana. Kult Hirama rozwinął się tak dalece, że w lożach masońskich można spotkać artystycznie wykonaną figurę jego zwłok, przy której masoni mszczą się rytualnie za jego śmierć z ręki zazdrośników. Napisano nawet specjalną Antyewangelię o zamordowaniu ich mistrza. Masoni w swoim rytuale inicjacji wierzą, że Hiram odradza się duchowo w nowym adepcie. Charakterystyczne jest też, że masoni unikają wyjaśnienia jaką to Najwyższą Istotę czczą i nazywają ją po prostu 'Wielkim Budowniczym Świata”, a przecież do tej roli aspiruje Szatan chcąc współzawodniczyć z samym Bogiem. Dla niektórych masonów Szatan nie jest nośnikiem zła, lecz „prawdziwym źródłem światła i rozumu” w końcu Szatan nosi imię Lucyfera to jest „niosącego światło”.

W dalszej części swojego eseju Nazarów zajmuje się rolą Żydów w historii i ich związkami z masonerią i objaśnia termin „sprzysiężenie żydowsko-masońskie”. Ten alians wynikał w pierwszym rzędzie z pokrywania się społeczno-politycznych interesów masonerii i Żydów. Gdy masoneria pojawiła się na arenie dziejowej, to Żydzi byli w sensie prawnym pokrzywdzeni i od samego początku parli do lóż, które głosiły eliminację religijnych i narodowych różnic. Wolnomularstwo stało się oknem na świat dla tych Żydów, którzy czuli się źle w gettach, a z drugiej strony nie chcieli się ochrzcić. Masoneria stała się dźwignią dla realizacji celu, który im przyświecał: równouprawnienie, dechrystianizacja i demokratyzacja świata. Jako przykłady wysoko postawionych Żydów-masonów niech posłużą postacie Rotszylda, przewodniczącego Światowego Związku Żydów A. Cremieux, europejskich przywódców jak baron M. Montefiore w Anglii czy E. Nathan we Włoszech.

Poza względami społeczno-politycznymi związek ten ma głębsze korzenie duchowe, których nie wszyscy współcześni masoni są świadomi. W tym miejscu trzeba powrócić do znaczenia świątyni Salomona i rodu Dana, z którego wywodził się Hiram, bowiem w tych pojęciach odzwierciedla się koincydencja losów Żydostwa i masonerii na płaszczyźnie eschatologicznej. Według nauczania patrystycznego Antychryst objawi się właśnie w narodzie żydowskim, ponieważ Żydzi odrzucili uniwersalnego Mesjasza – Chrystusa i czekają wciąż jeszcze na swego ziemskiego, narodowego mesjasza – króla. Ma on zasiadać na tronie w odbudowanej świątyni Salomona i rządzić światem według zasad materialistycznej ideologii, które Szatan oferował Chrystusowi na pustyni. Zresztą Chrystus sam przestrzegał: „Przyszedłem w imieniu mego Ojca, a wy nie przyjęliście mnie, lecz przyszedłby kto inny we własnym imieniu, tego przyjęlibyście”. Tragizm narodu wybranego polega na tym, że jak żaden inny był blisko Boga prawdziwego, zawarł z Nim przymierze, wydał wspaniałych proroków, spotkał go zaszczyt Tajemnicy Wcielenia i dał podwaliny pod Kościół, a jednocześnie był krnąbrny i niewierny, kłaniał się złotemu cielcowi, a Zbawiciela kazał ukrzyżować.

Słynne zdanie Sołowjewa: „problem żydowski jest problemem chrześcijańskim” posiada kilka istotnych aspektów. Problem jest chrześcijański ze względu na:

–jego pochodzenie (nieprzyjęcie Chrystusa przez Żydów);

–jedyną drogę jego rozwiązania (nawrócenie Żydów na ich powołanie, którym jest Chrystus);

– jedyną metodę, jaką chrześcijanie mogą to przeprowadzić: nasze postępowanie wobec Żydów musi być chrześcijańskie, radzi Sołowjew, aby przez naszą niedoskonałość nie zakrywać Żydom obrazu Chrystusa (te ostatnie słowa pochodzą od Bierdiajewa);

–ostatni aspekt to nierozwiązywalność problemu, gdyż nawrócenie Żydów ma się dokonać dopiero „przy końcu czasów”, po nadejściu Antychrysta, a przed powtórnym nadejściem Chrystusa.

Problem ten stawia nas wobec trudnego zadania: czy będziemy zdolni do mądrego i chrześcijańskiego postępowania wobec tych „którzy nie wiedzą co czynią”? Niemniej trudne jest zachowanie wierności wobec prawdziwego sensu chrześcijańskiego życia na tym grzesznym świecie, ów sens nie daje się zmierzyć ziemskim sukcesem. Nazarów nawołuje Rosjan, aby na nowo wzbudzili w sobie mesjanistyczną ideę świętej Rosji i nie poddawali się prądom płynącym z Zachodu. Jeżeli nie zachowają ideału, który jest ich historycznym dziedzictwem, to światu grozi materialistyczny “Nowy Ład”. Charakterystyczne jest, że amerykański ideolog tego nowego porządku (Fukuyama) nazywa go „końcem historii”, mając przed oczami ostateczny supermodel społeczny. Być może nie wie on nic o „końcu czasów” według Apokalipsy. Jest jednak tyle znaków na to, że nawet kardynał Ratzinger przyrównał amerykański “nowy ład światowy” z nadejściem Antychrysta. Z kolei wpływowy rabin z Nowego Yorku Ljubavitsch proklamował rychłe nadejście żydowskiego mesjasza w związku z upadkiem reżimu komunistycznego.

Przy okazji prezentacji artykułu z “Der Bote” warto podać jeszcze parę informacji o samym środowisku, do którego kierowane jest to pismo. Rosyjski Prawosławny Synodalny Kościół za granicą jest wyjątkowo mało znany, gdyż jest on starannie przemilczany ze względów politycznych przez zachodnie media, instytucje oraz gremia kierownicze wszelkich innych kościołów z Watykanem włącznie. Kościół ten duszpasterzuje rosyjskiemu wychodźstwu na podstawie dekretu patriarchy Tichonowa z 7 listopada 1920 r., który na wypadek uniemożliwienia swobodnego życia religijnego w Rosji przewidział wariant usamodzielnienia się pozostającej poza granicami Rosji części kościoła prawosławnego. Ta odrębna część nie jest „sektą”, lecz ma kanonicznie uregulowany status i jest zarządzana poprzez synod. Po uzyskaniu na powrót wolności cerkwi w Rosji przewidziano ponowne podporządkowanie się patriarsze Moskwy. Prawosławny Kościół Synodalny za granicą powstał w 1927 roku, gdy metropolita Sergiusz złożył wobec komunistów wymuszoną deklarację lojalności. Kościół zagraniczny był uznawany przez inne prawosławne patriarchaty, ale sytuacja zmieniła się po wojnie, gdy ważniejsze stały się dobre stosunki z Moskwą. Zresztą wiele z nich dostało się pod sowiecką dominację (Europa Wschodnia). Stałe kontakty udało się utrzymać tylko z patriarchatem jerozolimskim i serbską cerkwią. W swojej historii kościołem tym kierowali metropolici Antoniusz, Anastazy, Filaret i Witalis. Pierwszy z nich był wybitnym teologiem (ponad 100 publikacji) i był już sławny jako silna osobowość będąc metropolitą Kijowa i Galicji. Na emigracji uruchomiono drukarnie i wydawnictwa, pielęgnowano tradycje ascezy i stanu mniszego. Powstały dziesiątki klasztorów, szkół i wiele dzieł charytatywnych.

Szczególnym wydarzeniem ostatnich lat w życiu kościoła za granicą była kanonizacja w 1981 roku Nowych Męczenników i Wyznawców Rosji z patriarchą Tichonem, zamordowanymi metropolitami Beniaminem i Włodzimierzem oraz rodziną carską na czele. Co odbiło się głośnym echem na emigracji i wśród wierzących w Rosji. Kościół ten to swego rodzaju tradycjonaliści w łonie rosyjskiej cerkwi, trzyma się ściśle postanowień siedmiu soborów ekumenicznych, stosuje stary kalendarz, przestrzega rygorystycznych postów i zasad moralnych. Zawsze stał z daleka od prądów ekumenicznych i pozornych efektów „polityki odprężenia”, nie utrzymywał kontaktów z naszpikowaną agentami KGB hierarchią prawosławną w ZSRR. Bronił rosyjskich jeńców wojennych przed odesłaniem ich w łapy Stalina. Rosyjski Prawosławny Synodalny Kościół za granicą czeka na swoją historyczną rolę w odbudowaniu tradycyjnego prawosławia w Rosji. Takie jednak wzmocnienie duchowe Rosji wielu siłom byłoby nie na rękę – stąd wymowne milczenie na jego temat ze strony sił wymienionych już wcześniej.

STANY ZJEDNOCZONE

REASON

Kolejny numer interesującego miesięcznika “Reason” z kwietnia 1993 r. przy-nosi m. in. bardzo interesującą analizę „pracowniczych” zapatrywań popularnego pisarza przełomu wieków, autora „Zewu krwi”, Jacka Londona, autorstwa M. Mc Meronima. W artykule „Czepiając się łamistrajków. Jack London o zaletach niskiej wydajności” autor nawiązuje do mało znanego tekstu “Łamistrajk”, zamieszczonego przez Londona w „Atlantic Monthly” w 1904 r., by przy pomocy argumentów „społecznie zaangażowanego” pisarza wykazać absurdalność wniesionego przez posła Wilsona Claya, demokratę z Montany, projektu ustawy o gwarancjach dla strajkujących nakładającego na pracodawców ustawowy obowiązek ich zatrudniania. Rezultatem, jeśli nie celem tego projektu – zauważa dziennikarz „Reason” – byłoby premiowanie 11% pracowników firm prywatnych będących członkami związku, kosztem 89% tych, którzy związkowcami nie są. Ustawa znakomicie utrudniłaby pracodawcom znalezienie fachowców gotowych stawić czoła strajkującym, odbierając im zarazem jedyną skuteczną broń w walce ze związkowymi demagogami, tj. groźbę zwolnienia ich z pracy. W istocie oznaczałaby ona legalizację związkowego terroru, o którym z wyrozumiałym znawstwem, wspomaganym przez rozbrajającą szczerość, pisał we wspomnianym tekście London. „Wola przetrwania łamistrajków – notował – wobec nieustannej groźby poturbowania i obawy gwałtownej śmierci musi słabnąć. Z całym bowiem szacunkiem dla przywódców związkowych (których nie powinno się winić za nazbyt łatwe zapominanie o tym), terroryzm to oczywista i jedyna skuteczna polityka związków zawodowych. Dzięki niemu wygrano, jak się wydaje, więcej strajków niźli dzięki jakiejkolwiek innej broni ze związkowego arsenału. Ten terroryzm, jednakże, musi być jasno zdefiniowany. Jest on wymierzony wyłącznie przeciw łamistrajkowi i ma na celu wyłączenie go z gry”. Tyle autor „Martina Edena”.

Widać, że London otwarcie wyznawał to, czego nie mieli i nie mają odwagi rozgłaszać związkowi przywódcy. Beznamiętnie odrzucając uczuciowe traktowanie łamistrajków jako „zdrajców i Judaszów” proponował następującą, techniczną definicję: „łamistrajk, to ten, który daje więcej za tę samą cenę, aniżeli pozostali pracownicy”. London precyzyjnie wyjaśnił – zauważa Mc Meronim – że właśnie obawa sięgnięcia przez pracodawcę po zwolnienia w związku ze strajkiem – najskuteczniej uderza w związki, zmuszając ich członków do wydajniejszej, na ogół cięższej, pracy. Tymczasem – według Londona – każdy pragnie pracować mniej i lżej, toteż „nie jest przyjemnie być łamistrajkiem, nie tylko nie odpowiada to regułom dobrego smaku i koleżeństwa (…), lecz jest to zły interes. Nikt nie chce być łamistrajkiem i dawać więcej za mniej. Ambicją każdego jest – przeciwnie – dawanie mało za jak najwięcej’.

Popularny pisarz dobitnie wykazał, że interes związków jest sprzeczny z interesem pracodawców, dla których pracują ich członkowie. Londona niezmiernie martwiło, że Stany Zjednoczone są, w istocie, „kolosalnym światowym łamistrajkiem”, że płace w Ameryce były w 1934 r. 10-krotnie wyższe niż w Anglii. Pisał: „przywódcy związkowi w Ameryce nie mają się czym chwalić, przeciwnie, winni się wstydzić swej wydajności i swych płac”, otrzymywanych kosztem kolegów z Anglii, Niemiec, Francji. Pokaźną część artykułu poświęcił on przykładnemu napiętnowaniu “energii, umiejętności i ochoty do pracy” robotników amerykańskich, notując bez satysfakcji: „angielski robotnik jest wierny strategii „nie przemęczania się” (…) gdy amerykański pracownik poświęca czas i uwagę trzem, czterem, bądź sześciu maszynom i narzędziom równocześnie – brytyjski (zdyscyplinowany przez związki) ogranicza uwagę do jednej maszyny – stwarzając miejsca pracy dla sześciu pracowników”. Gdyby skutecznie odebrano pracodawcom możliwość zatrudniania pracowników gotowych „dać więcej za tą samą cenę”, celem ochrony miejsc pracy członków związków – konkluduje dziennikarz „Reason” – terrorystyczne postulaty Londona wzięłyby górę, a Wiluś Clinton spłaciłby swój dług wyborczy wobec związkowego lobby. Londona irytowała amerykańska wydajność. A jak jest z prezydentem Clintonem?

Omawiany numer „Reason” w rubryce „Trendy” redagowanej przez Charlesa Oliviera podejmuje temat tzw. ustawy Brady’ego. Otóż, jak dowiadujemy się z tekstu, przez ostatnie 50 lat żaden Amerykanin nie użył legalnie zakupionej broni automatycznej jako narzędzia przestępstwa. Z ankiety „Krajowego Centrum Analiz Politycznych” wynika, że Amerykanie używają broni w samoobronie około 1 miliona (!) razy rocznie, zwykle (w 98% przypadków) ograniczając się do jej wyjęcia, względnie wystrzelenia strzału ostrzegawczego. Ankieta przeprowadzona wśród więźniów-kryminalistów wykazała, że „przestępcy bardziej obawiają się uzbrojonych ofiar niż policji”. Tylko mniej niż jeden na sześciu przestępców zakupił broń legalnie, a trzy czwarte skazanych stwierdziło, że nie będą mieli żadnego problemu z nabyciem broni palnej po wyjściu z więzienia, pomimo legalnego zakazu sprzedaży. Smutne perspektywy.

LIBERTY

W numerze 4 (vol. 5) William Holtz stara się dociec, kto naprawdę napisał “Mały domek na prerii” i inne książki tej serii, które zyskały sobie ogromną popularność w USA zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych. Także nakręcone na ich podstawie filmy zdobyły masową publiczność. Holtz uważa, że Laura Ingalls Wilder, która uchodzi za autorkę „Małego domku” dostarczyła surowy materiał swoich przeżyć, którym kształt literacki nadała jej córka Laura Wilder Lane – dziennikarka i pisarka, jedna z prekursorek współczesnego ruchu libertariańskiego. W tym samym numerze Stephen Cox kreśli portret innego proroka anarchokapitalizmu Alberta Jay Nocka (1870-1945). Jego dwie najważniejsze książki to „Państwo – nasz wróg” (1935) i „Wspomnienia zbędnego człowieka” (1943). Nock utrzymywał słusznie, że każda „reforma społeczna” przeprowadzana przez rząd oznacza zawsze więcej ustaw, więcej biur i urzędów, więcej przymusu, kontroli, nadzoru i szpiegowania, więcej podatków i mniej wolności dla pojedynczego człowieka. Nock był bardzo podejrzliwy wobec biznesmenów, ponieważ są to ludzie, którzy nie chcą wcale, żeby rząd zostawił ich w spokoju, ale chcą używać rządu jako instrumentu dla swoich własnych celów. Nock był konserwatywnym anarchistą, uważał, że większość ludzi ma mentalność z epoki neolitu a państwo jest narzędziem nieustannego wyzysku ekonomicznego obywateli. Pisał i wykładał, mimo iż ‘biurokraci i pozostający na ich usługach inteligenci będą na ciebie kręcić nosem a masy nawet nie będą cię słuchać. Ale pozostali ci nieliczni, o których nic nie wiesz. Są niewidoczni, niemi i niezorganizowani, i dają sobie sami radę. Trzeba ich zachęcić i dodać im odwagi, ponieważ kiedy wszystko zejdzie już całkiem na psy, oni będą tymi, którzy powrócą, by na nowo odbudować społeczeństwo”. Bardzo to pocieszające.

Poza tym w numerze Chester Alan Arthur omawia poglądy i działalność Pata Buchanana, Meredith McGhan analizuje faszystowskie zjawisko „politycznej poprawności”, John Baden krytykuje biurokratyczna agencję nazywającą się Służbą Leśną. Dołącza się do jego krytyki Randal O’Toole, Kin-ming Liu snuje refleksje na temat przyszłości Hong Kongu a Ross Overbeek zajmuje się koncepcją „bionomiki”.

W numerze 6, vol. 5 Doug Bandow udowadnia, że chrześcijanie mogą być równocześnie libertarianami, David Horovitz optuje za karą śmierci, James Taggart domaga się, aby dyskryminacja została zalegalizowana, Leland B. Yeagar i David Kelly dyskutują filozofię polityczną Ayn Rand a Brian Doherty udowadnia, że wzrost liczby bezdomnych został spowodowany działaniami rządu. Natomiast Stuart Reges analizuje problem, jak daleko sięgać ma władza opiekuńcza rodziców nad dziećmi i kiedy rządowi wolno ingerować w sprawy rodziny. Przypomina sprawę z 1986 roku, kiedy to na rękach swojego ojca zmarł dwuletni Robin Twitchell. Robin zmarł, ponieważ jego rodzice, którzy byli wyznawcami Christian Science uważali, że dziecku niepotrzebna jest pomoc lekarska, ale modlitwa. Ponieważ prawo stanu Massachusetts stanowi, że dziecko nie jest ofiarą zaniedbania ze strony rodziców wówczas, gdy udzielono mu pomocy duchowej w zgodzie z zasadami i praktykami uznanego kościoła, prokurator oskarżył rodziców nie o zaniedbanie dziecka, ale o zabójstwo. Rodzice Robina po procesie, który wzbudzał wiele wątpliwości, jeśli chodzi o procedurę, zachowanie sędziego itd. uznani zostali za winnych. Według Regesa proces Twitchellów był pokazowym procesem politycznym będąc sygnałem wysłanym do wszystkich wyznawców Christian Science. Jest bardzo istotną kwestią, czy rodzice mają prawo jedynie modlić się o zdrowie swoich dzieci czy też państwo ma wbrew rodzicom leczyć dzieci takie jak Robin i czy możemy być pewni, że lekarstwa i operacja są zawsze tak skuteczne, że będziemy narzucać leczenie ich dzieci ludziom, którzy nie wierzą w jego skuteczność. A jeśli tak, to jakie typy leczenia uznamy za całkowicie skuteczne i dlatego godne tego by je narzucać ludziom. Czy rodzice będą musieli postępować zgodnie ze wskazówkami psychologa nawet wówczas, gdy całą teorię psychologiczną, na której opiera on swą terapię uznają oni za bezsensowną?

Reges zwraca uwagę na to, że wyznawcy Christian Science nie odwrócili się od medycyny dlatego, że uważają, iż choroba jest zgodna z wolą Boga i jedynym lekarstwem jest modlitwa do Boga, aby się zmiłował. Oni uważają, że coś takiego jak choroba w ogóle nie istnieje i że stosowanie lekarstw czy operacja uniemożliwiają wyleczenie duchowe. Wierzą również, że ból i „choroby” nawiedzają ich rzadziej niż innych ludzi. Wyznawcy Christian Science leczący swe dzieci modlitwą nie kochają swoich dzieci mniej niż inni rodzice i nie chcą by były one męczennikami za ich wiarę. Oni po prostu robią to, co robią inni rodzice: stosują środki, o których sądzą, że najlepiej pomogą ich dzieciom. Od czasu sprawy Twitchellów lekarze skupieni w Amerykańskiej Akademii Pediatrów wywierają coraz większy nacisk na legislatywy stanowe, aby zniosły dopuszczalność leczenia duchowego. Jeśli tak się stanie, rodzice będący wyznawcami Christian Science staną przed wielkim dylematem: prawo (które ich religia nakazuje im przestrzegać) zmusi ich do leczenia dzieci.

Większość szpitali żąda od rodziców złożenia odpowiedniego oświadczenia stwierdzającego, że wiedzą, iż medycyna nie jest dziedziną, w której osiąga się pewne rezultaty. Oświadczenia takie zawierają również formułę mówiącą, że szpital nie gwarantuje skuteczności leczenia. Wszystko to po to, aby nie można było podać szpitala do sądu. Ale w ten sposób wyznawcy Christian Science zostają zmuszeni do powierzenia swoich dzieci ludziom, w których metody nie wierzą (co oni sami w pewnym sensie potwierdzają żądając wyżej wspomnianych oświadczeń) i którzy na dodatek uchylają się od wzięcia na siebie odpowiedzialności na wypadek, gdyby leczenie nie przyniosło pozytywnych wyników. U podłoża sprawy Twitchellów leży zasadnicza kwestia, jak zachować równowagę pomiędzy opiekuńczą władzą rodziców i władzą państwa, gdy chodzi o wychowanie dzieci i sprawowanie nad nimi opieki. Istnieją niewątpliwie sytuacje, w których rząd powinien interweniować, aby chronić dziecko, ale równocześnie ważne jest, aby to rodzice w jak najszerszym zakresie mogli podejmować decyzje dotyczące ich dzieci. Interwencja rządu może prowadzić do wielu groźnych skutków, groźniejszych zwykle niż w przypadku braku takiej interwencji.

W tym samym numerze Terry Wasley postuluje sprywatyzowanie dróg i ulic. Za mit uważa przekonanie, że tylko rząd powinien budować i nadzorować drogi. Za całkowicie bezzasadny uważa zarzut, że z dróg prywatnych mogą korzystać jedynie bogaci. Wasley przypomina, że do początków XX wieku drogi w USA były budowane głównie dzięki prywatnym inwestycjom. Dopiero później rząd wprowadzając ostre regulacje dotyczące użytkowania dróg spowodował, że budowanie prywatnych dróg stało się nieopłacalne. Wówczas rząd przejął budowanie i nadzorowanie dróg robiąc to źle i kosztownie. Dalej autor opisuje budowę i funkcjonowanie prywatnych dróg w Europie i Azji. Nieaktualny jest już dziś zarzut, że prywatne drogi wymagają rogatek, co powoduje utrudnienia w ruchu. Dzięki elektronice istnieje wielka ilość możliwości rozwiązania problemu identyfikacji pojazdów i pobierania opłat za korzystanie z dróg. Wasley pokazuje jak oparcie systemu dróg na własności prywatnej i rynkowej konkurencji usprawnia cały system, eliminuje korki (kolejki do „darmowych” dóbr) i ułatwia życie kierowcom. System dróg oparty na własności publicznej stwarza dziś takie same problemy jak w innych dziedzinach gospodarki.

W numerze 1, vol. 6 James Ostrowski z pasją atakuje teoretyków i praktyków „Wojny z Narkotykami”. Według niego jest to w rzeczywistości wojna religijna. Antynarkotykowi wojownicy wierzą w swoje dogmaty i nigdy nie przekonają ich żadne racjonalne argumenty. Pragną oni przy pomocy prawa i państwa narzucić wszystkim ludziom swoją wizję dobra i zła depcząc przy okazji zasady wolności. „Wojna z Narkotykami” to masowa histeria i ci, którzy histerii tej się przeciwstawiają są, podobnie jak to się działo z dysydentami w Związku Sowieckim, uznawani za wariatów, a w najlepszym razie za zwolenników używania narkotyków lub wrogów dzieci. Według Ostrowskiego antynarkotykowi wojownicy są wrogami nauki, rozumu, wolności, pokoju i techniki. Ale przegrają, bo muszą przegrać. Mogą jedynie opóźnić moment swojej klęski. Oprócz tego w tym samym numerze m.in. Robert H. Nelson analizuje ruch ekologiczny jako religię tworzoną przez ekoteologów a William Moulton po prostu niszczy znanego „ekonomistę” Johna Kennetha Galbraitha.

W numerze 2, vol. 6 Jesse Walker analizuje od środka amerykański Kongres w artykule „Pochrząkiwania 535 świń”, Loren E. Lomasky wyśmiewa wprowadzenie w stanie Maryland obowiązkowej pracy społecznej dla studentów (odpowiada to w przybliżeniu tzw. studenckim praktykom robotniczym znanym nam z okresu PRL-u – red. Stańczyka), Leland B. Yeager wyjaśnia, że kryzysy walutowe spowodowane są rządowym grzebaniem przy pieniądzu a Ben Best opisuje swoje wrażenia z podróży po Rosji, Skandynawii, krajach nadbałtyckich i Polsce, gdzie spotkał się z Krzysztofem Bąkowskim, z którym rozmawiał na temat „Stańczyka” i dyskutował o tym, czy wolność może przetrwać w demokracji, Scott J. Reid zastanawia się, kiedy Quebec odłączy się od Kanady, Gregory R. Johnson i David Kelly spierają się na temat etyki i filozofii politycznej Ayn Rand a Daniel Klein omawia poglądy Thomasa Szasza na temat Wojny z Narkotykami.

Szasz atakuje przekonanie, że narkotykowa prohibicja ma racjonalne podstawy. W1906 roku wszystkie właściwie narkotyki, które dziś wywołują tyle emocji, były dostępne bez ograniczeń i żaden „problem narkotyków” nie istniał. Dopiero później wolny rynek narkotyków został zlikwidowany. Przyczyniła się do tego działalność grup kobiecych i Amerykańskiego Towarzystwa Lekarskiego, którego członkowie czerpali zyski z prohibicji narkotyków, gdyż mieli prawo przepisywać narkotyki na receptę. Wojna z Narkotykami, oprócz tego, że przynosi zyski lekarzom, jest atawistycznym rytuałem kozła ofiarnego. Antynarkotykowa propaganda ma zjednoczyć ludzi poprzez wciągnięcie ich do moralnej krucjaty. Reaganowski slogan „Po prostu powiedz «nie» narkotykom” uważa Szasz za rytualne uwodzenie. „Antynarkotykowa edukacja” to określenie rodem z newspeaku – naprawdę jest to „sponsorowane przez rząd pobudzanie ludzi do nienawiści i nietolerancji”. Szasz jest ekstremistą zwalczającym „trwającą od prawie stu lat medyczno-państwową infantylizację i tyranizację” i rzucającym wyzwanie mafii psychiatrów, która, zgodnie ze swoimi „antynarkotykowymi dogmatami” uważa go za heretyka.

WIELKA BRYTANIA

PERSPECTIVES

W 8 numerze znanego już naszym czytelnikom pisma redakcja wzmiankuje walkę francuskiego ministra kultury Jakuba Toubona z zalewającym Francję angielskim. Jest to dobra okazja, aby przypomnieć o konieczności ochrony języka bretońskiego przed agresywną w Bretanii francuszczyzną. Jednakże walka toczy się nie tylko o język, ale również o piwo. W Anglii działa organizacja Campaign for Real Ale (CAM- RA), walcząca o możliwość napicia się produkowanego w małych browarach starego, dobrego piwa wypieranego przez niesmaczne wytwory wielkich koncernów piwowarskich. Organizacja protestuje również przeciwko zmianie starych nazw pubów na nowe, bardziej pasujące do Disneylandu niż porządnej piwiarni. I tak np. King Alfred Hotel przekształcił się w Ye Olde McDonald’s Farm, a Lord Nelson skończył jako One-Eyed Rat. Jeszcze smutniejsze jest nadawanie pubom jednej sieci tej samej nazwy, jak w przypadku sieci „Sług and Lettuce”. Już nie o piwo, ale o ziemię i możliwość życia po swojemu walczą chłopi z meksykańskiego stanu Chiapas, skupieni w Ejercito Zapatista de Liberacion Nacional (EZLN). Anarchistyczny historyk Jerzy Woodcock przyrównuje ich patrona Emiliana Zapatę do Nestora Machno, a współczesnych nam guerilleros do wiejskich anarchistów z Andaluzji.

Pozostając w Europie powracamy do walki o język, tym razem flamandzki. Belgijski minister obrony Leon Delcroix zagroził bojkotem eurokorpusu, jeśli flamandzki nie będzie tam traktowany na równi z niemieckim i francuskim. Dyskryminowany jest również plattdeutsch – język zbliżony do niderlandzkiego i dominujący w północnej Europie w Średniowieczu. Dzisiaj używa go ponad 8 milionów ludzi. 90 niemieckich parlamentarzystów domaga się traktowania go na równi z innymi językami na płaszczyźnie Europejskiej Karty Języków Regionalnych i Mniejszościowych. Regionem jest również Górny Śląsk. Działa tam Ruch Autonomii Śląska. Wydał on broszurę „Ku Europie 100 flag? –Współczesne regionalizmy europejskie”. Broszura ta powstała dzięki wspólnemu wysiłkowi m.in. Piotra Drew z „Perspectives”, Yanna Fouere’a, profesora Zbigniewa Wierzbickiego, Wojciecha Wasiutyńskiego i Jarosława Tomasiewicza.

Oprócz meldunków z różnych frontów Kulturkampfu możemy też przeczytać fragment książki doktora Ryszarda Griggsa „The Bedrock and Shifting Sands of Europe. Tytułowa skała to uciśnione małe narody i regiony. Ruchome piaski oznaczają uciskające państwa, które władzę swą oparły na prochu. Przed jego zastosowaniem okres od 800 do 1450 roku był wyjątkowo pokojowy w zestawieniu ze starożytnością i erą prochu. Toczyły się wówczas wojny, ale na małą skalę i małym kosztem. Imperium rzymskie wydawało 6% budżetu na wojnę. Średniowieczna Europa na ten cel przeznaczała mniej niż 1% swoich wydatków. W szesnastym wieku ten wskaźnik podnosi się do 2%, a w XVIII wieku do 12%. Od Rewolucji Prochowej do 1800 roku co 2-3 lata wybuchała znacząca wojna. Pomiędzy 1800 a 1944 rokiem wojny wybuchały co roku albo co dwa lata. Po II wojnie światowej ważne wojny wybuchają co 14 miesięcy. Są to wojny toczone przez olbrzymie ludzkie masy. Średniowieczne wojny były dziełem elit – walczyło ze sobą kilka setek jeźdźców. W porównaniu ze starożytnymi i nowożytnymi armiami były to bardzo małe oddziały. Nieporównywalne są również zniszczenia.

RPA

THE SOUTH AFRICAN OBSERVER

W ostatnim zeszłorocznym numerze czasopisma Białej Prawicy Donald S. McAlvany odsłania kulisy przekazania władzy w ręce Czarnych w RPA. Stany Zjednoczone przeprowadziły w RPA plan Konstruktywnego Zaangażowania. Zgodnie z pierwszą częścią planu RPA miała zostać zduszona przy pomocy sankcji gospodarczych. Potem nastąpiła część druga polegająca na narzuceniu RPA rządu przejściowego (CODESA) i wreszcie osadzenie w Pretorii sojuszu Afrykańskiego Kongresu Narodowego i Komunistycznej Partii RPA. Całość planu nadzorował ambasador amerykański w RPA, pod którego dyktando odbywały się negocjacje pomiędzy ANC i rządem de Klerka. Amerykanie dążą do znacznej redukcji południowoafrykańskich sił zbrojnych i zablokowania trzech supertajnych projektów wojskowych a także praktycznie wszystkich innych projektów ważnych dla bezpieczeństwa państwa. Chcą stworzyć posłuszny rząd będący częścią Nowego Porządku Światowego. Rozbudowują w tym celu swoją obecność wojskową na południu Afryki. W sąsiadującej z RPA Botswaną powstała amerykańska baza lotnicza. Druga jest budowana przez Francuzów. Lotniska w Botswanie mogłyby posłużyć na wypadek, gdyby zaistniała potrzeba przerzucenia wojsk dla stłumienia “rasistowskiej kontrrewolucji” i udzielenia „braterskiej pomocy” nowym władzom w Pretorii. Mc Alvany twierdzi, że już w 1990 amerykańska baza lotnicza w Botswanie mogąca przyjmować bombowce B-52 i bombowce typu Stealth stała się narzędziem brutalnego szantażu rządu amerykańskiego wobec rządu de Klerka, który ugiął się przed amerykańskimi groźbami i uchylił zakaz działania Afrykańskiego Kongresu Narodowego i partii komunistycznej

W styczniu 1992 r. żołnierze z amerykańskiej 325 Dywizji Piechoty przeprowadzili wspólne ćwiczenia z wojskami Botswany tuż nad granicą z RPA. Był to wyraźny sygnał dla rządu de Klerka, aby kontynuował „demokratyczne reformy”. O wpływie USA na sytuację polityczną w RPA pisze również E.E.Smith przypominając, że w latach osiemdziesiątych Amerykanie przeznaczyli 250 min dolarów na „pomoc edukacyjną” (czyt. wywrotową propagandę) dla RPA. Zgodnie z wytycznymi Komisji Spraw Zagranicznych Kongresu pomoc miała zostać przyznana „tylko tym grupom, które przeciwstawiają się polityce segregacji rasowej”. Smith przypomina również wykład, jaki w 1985 na jednym z południowoafrykańskich uniwersytetów wygłosił amerykański profesor Samuel Huntington, który do zgromadzonych na wykładzie, w tym wielu polityków i wyższych urzędników, powiedział m.in.: „Zasadniczą sprawą dla reformatora jest to, że dla osiągnięcia swych celów musi uprawiać dwulicowość, przemilczenia i kłamstwo. Proces reform może wymagać elementów fałszu, oszustwa, błędnych przesłanek i celowej ślepoty”. Recepty prof. Huntingtona dotyczące strategii „reform” zostały według Smitha wręcz literalnie zastosowane w RPA.

Na koniec zajmijmy się artykułem prawicowego publicysty amerykańskiego Richarda Kelly’ego Hoskinsa zatytułowanym „Operacja Armageddon”. Hoskins zaczyna od przytoczenia opinii, że prezydent Clinton jest skłonny pozwolić Radzie Bezpieczeństwa ONZ na przejęcie faktycznej komendy nad armią amerykańską i na określanie polityki USA. Armia amerykańska zostałaby zamieniona w stałą armię ONZ-u. Byłby to logiczny krok w kierunku Nowego Porządku Światowego. Hoskins analizuje też działania USA na świecie pod kątem ich znaczenia dla światowego handlu ropą naftową. Somalia: kraj ten nie jest ważny z tego powodu, że umierają tam ludzie z głodu, ale dlatego, że róg Afryki jest regionem o strategicznym znaczeniu, gdyż tankowce wiozące ropę naftową z Zatoki Perskiej przez Kanał Sueski do Europy muszą przepływać 250 mil od wybrzeży Somalii. Natomiast w odległości 350 mil od wybrzeży Somalii przebiega szlak, którym płyną wokół Afryki do Europy i Ameryki tankowce o wyporności większej niż 50.000 ton. Używając Somalii jako bazy wypadowej można zablokować łatwo oba szlaki. Natomiast tankowce płynące z Zatoki Perskiej wzdłuż wybrzeży Indii oddalone są od Somalii ponad 1500 mil co czyni ten szlak względnie bezpiecznym.

Panama: jak wiadomo prezydent Noriega został oskarżony przez Amerykanów o handel narkotykami. Amerykanie dokonali następnie inwazji Panamy i oczywiście znaleźli niezbite dowody „przestępstwa” prezydenta Noriegi, który zakuty został w kajdanki, przewieziony do więzienia na Florydzie, gdzie urządzono mu „proces norymberski”. W wyniku tej akcji Amerykanie dalej kontrolują Kanał Panamski, przez który przepływają tankowce wiozące ropę z Wenezueli i Meksyku do Australii, Nowej Zelandii i krajów Dalekiego Wschodu. Grenada: amerykańskie media poinformowały, że na Grenadzie kubańscy żołnierze gwałcą studentów. Ponieważ żołnierzy nie odkryto, zdecydowano, że winni są kubańscy robotnicy budowlani. Oddziały armii USA dokonały inwazji wyspy z łatwością przełamując opór kubańskich robotników budowlanych. Grenada leży na trasie tankowców przewożących ropę naftową z Wenezueli do Europy, innych krajów Ameryki Południowej oraz tankowców płynących wokół Ameryki Płd. do Australii, Nowej Zelandii i krajów Dalekiego Wschodu. Falklandy: najpierw Argentyna zajęła wyspy, które uważa za swoje, a potem Anglicy z pomocą USA odbili je. Falklandy leżą na szlaku supertankowców płynących wokół Przylądka Horn.

Republika Południowej Afryki: USA rozbudowują tu swoją obecność wojskową (patrz wyżej). Pomijając 24 strategiczne surowce mineralne wydobywane w RPA zwrócić należy uwagę na to, że supertankowce płynące i Zatoki Perskiej wokół Przylądka Dobrej Nadziei do Europy i Ameryki mijają RPA.Równocześnie Hoskins wskazuje na fakt, że, o ile USA starają się kontrolować punkty, z których można blokować transporty ropy dla krajów zachodu, to na Dalekim Wschodzie dzieje się odwrotnie. Singapur, którego ludność jest w 87% chińska. leży na szlaku, którym płyną tankowce z Bliskiego Wschodu. Ale ta Forteca Dalekiego Wschodu, którą ze względu na jej strategiczne znaczenie Japończycy zajęli w czasie II wojny światowej, zdaje się nie budzić dziś niczyjego zainteresowania.

Filipiny: przez wiele lat USA miały tam wielkie bazy wojskowe, które obecnie opuszczają. Filipiny leżą na trasie tankowców wiozących ropę na Daleki Wschód.

 Indie: to państwo może ze względu na swoje położenie łatwo przeciąć szlaki tankowców płynących z Zatoki Perskiej na Daleki Wschód oraz do Australii i Nowej Zelandii. Mimo, że Indie mają strategiczne znaczenie, nie ma tam żadnych baz amerykańskich. Hoskins uważa, że Indie są anty-zachodnie.

 Według Hsskinsa siły USA, ONZ-u i Nowego Porządku Światowego starają się zająć pozycje pozwalające kontrolować szlaki dowozu ropy naftowej do Ameryki, Europy i Australii, ale wydają się nie być zainteresowane w posiadaniu baz mogących chronić Zachód przed Wschodem. Ważne punkty strategiczne takie jak Singapur i Filipiny zostały porzucone. Niedługo Hong-Kong zostanie oddany Chinom, które większość ropy sprowadzają z pól naftowych Indonezji i rozwijają własne wydobycie, w coraz większym stopniu uniezależniają się od ropy z Zatoki Perskiej stając się samowystarczalne w tym zakresie.

Bramy do Zachodu są kontrolowane przez siły zbrojne znajdujące się pod kontrolą lub/i komendą ONZ-u, natomiast nie czyni się nic, aby zająć podobne strategiczne pozycje na Dalekim Wschodzie. Jeśli tak, spekuluje Hoskins, to oznacza to, że sceną ewentualnej wojny będzie Zachód a nie Wschód. Z artykułu Hoskinsa wywnioskować można, że narody Zachodu mogą stać się przedmiotem Operacji Armageddon czyli zgniecenia ich w przypadku gdyby opierały się wprowadzeniu Nowego Porządku Światowego. Z jednej strony Zachód osłabiany jest od środka poprzez napływ mas imigrantów służących jako V kolumna Nowego Porządku Światowego mająca za zadanie destabilizować Zachód a w odpowiednim momencie doprowadzić do wojen domowych. Drugą formą rzucenia narodów Zachodu na kolana byłoby odcięcie ich od ropy naftowej a trzecim czynnikiem byłyby armie krajów Dalekiego Wschodu przede wszystkim armia chińska. Chiny mogłyby nawet, twierdzi Hoskins, dokonać ekspansji wzdłuż dawnych szlaków, którymi ku Europie przemieszczali się Mongołowie, Hunowie, Turcy, Chazarowie itd.

Operacja Armageddon byłaby operacją mającą ostatecznie ustanowić Nowy Porządek Światowy. Niestety, Hoskins nie precyzuje, kto właściwie stoi za tym diabolicznym planem. Pisze tylko enigmatycznie i profetycznie: „Nie ma już dokąd uciekać. Szwajcaria nie udzieli już schronienia. Ani Ameryka, Europa, Płd. Afryka ani Australia czy Nowa Zelandia. Nikt nie udzieli schronienia. Wszyscy są zagrożeni. Wszyscy mają podobne problemy. Król Wilków jest ukryty. Nie można go odkryć. Nie można go zatrzymać w tym co robi. (…) Każdy będzie musiał wybrać: albo Pasterza i jego owczarnię albo wilka i jego legowisko. Tak się to wszystko potoczy”.

FRANCJA

ELEMÉNTS

80 numer z czerwca 1994 r. poświęcony jest w dużej części Niemcom. O osobistym sekretarzu Ernsta Jüngera i przyjacielu Karola Schmitta, czyli Arminie Mohlerze pisze Alain de Benoist. Oprócz Jüngera i Schmitta wielki wpływ na Mohlera wywarli Niekisch, Gehlen i Gottfried Benn, a spośród Francuzów Maurycy Barrès, którego Mohler zalicza do „ojców chrzestnych” konserwatywnej rewolucji niemieckiej. Współcześnie politycy niemieccy cierpią na „hipermoralizm” (określenie Gehlena) i brakuje im zdecydowania de Gaulle’a, który potrafił utrzymać równy dystans między USA i ZSRR. Sam Mohler w wywiadzie dla francuskiego pisma odmawia hitlerowskiej III Rzeszy charakteru państwa narodowego. Kładziono tam nacisk na wydajność. Kontynuacja tego trendu wystąpiła w okresie „cudu ekonomicznego”, kiedy to pierwsze skrzypce grali inżynierowie i przemysłowcy. W niemieckiej przeszłości brakuje państwa narodowego, podczas gdy Francuzi mają go zbyt wiele. Ale oprócz tego Francja cierpi też na prawdziwy embarras de richesse w zakresie personalnej historii politycznej. Odnajdziemy tu młodych konserwatystów z tradycyjnej prawicy takich jak Rivarol, Maistre, Bonald, Chateaubriand, Lamennais, Thibon, Maurras i większość pisarzy z Action Française Narodowych rewolucjonistów odnajdziemy wśród nacjonalistycznych jakobinów: Boulanger, Deroulede, Clemenceau, Peguy, Bernanos, Deat, Drieu la Rochelle, de Gaulle czy Malraux. Do kategorii volkistów można zaliczyć Gobineau i Celine’a. Saint-Yves d’Alveydre łączy ideologię volkistowską z ezoteryzmem religijnym. Podobnie można zaklasyfikować przedstawicieli „renesansu celtyckiego” i autorów regionalnych, np. Mistrala i Giono. Brasillach reprezentuje ducha bundystowskiego.

Osobną grupę tworzą spadkobiercy Proudhona, federaliści i “nonkonformiści” z lat 30. W żadnych klasyfikacjach (podobnie jak w Niemczech Jünger, Schmitt, Spengler i Tomasz Mann) nie mieszczą się Sorel, Barrès i Montherlant. Syn wyżej wspomnianego Tomasza, Golo Mann jest dzisiaj jednym z niewielu niemieckich prawicowców opowiadających się za generalną amnestią dla przywódców NRD. Jest to słuszna postawa, gdyż porównywalne ściganie nazistów po 1945 r. pod hasłem Vergangenheitsbewältigung (przezwyciężenie przeszłości) stało się pretekstem do tłumienia swobody wypowiedzi, przekształciło się w farsę w postaci permanentnej „reedukacji”. Okazała się ona nieskuteczna w przypadku Jüngera, uznawanego przez Francuzów, ku zaskoczeniu Niemców, za największego żyjącego pisarza niemieckiego. Ostatnio odwiedzili go Mitterand i Kohl. Ten ostatni jest podziwiany przez Mohlera, tego prawicowego anarchistę (określenie własne) ze względu na swoją bezpośredniość i chłopskość. Gdyby umarł po upadku Muru, wszyscy okrzyknęli by go ojcem narodu, również autor “Rewolucji konserwatywnej w Niemczech”.

Alain de Benoist przyrównuje Jeana Cau do Rousseau. Ten pierwszy potraktował w ten sam sposób swoje książki jak drugi swoje dzieci – porzucał je nie troszcząc się o ich wydanie. Ksawery Marchand przybliża czytelnikom krytyczny stosunek Cau do zmian zachodzących w ulubionej Hiszpanii. Buduje się autostrady, znika błoto i pył. Coraz trudniej jest spotkać osła, muchę, księdza lub dziecko. Co zostanie z Hiszpanii? Nawet słońce zostało zwyciężone przez air condition. Hiszpanie zmienili się do tego stopnia pod wpływem turystów, że skarżą się na upał. Dobrze, że Nietzsche nie dożył epoki, w której nie ma już żadnych wartości do obalenia.

REVUE D’HISTOIRE REVISIONNISTE. RECHERCHE ET CRITIQUE HISTORIOUES

Liczące ponad 200 stron pismo francuskich rewizjonistów wydawane jest w Colombes przez Henryka Roques. Omawiany szósty numer jest, przynajmniej na razie, ostatni. Zaczyna się on od wzmianki o zorganizowanej na Sorbonie konferencji „Niemcy nazistowskie i żydowski genocyd”. Konferencji przewodzili Franciszek Furet i Raymond Aron. Na konferencji prasowej nie potrafili oni ukryć zaambarasowania wynikającego z tego, że pomimo usilnych poszukiwań nie udało się odnaleźć rozkazów Hitlera odnośnie eksterminacji Żydów i budowy komór gazowych. [….] 22 marca 1916 r., kiedy to „Daily Telegraph” podał, że 700 tysięcy Serbów zostało uduszonych przez Niemców, Austriaków i Bułgarów w kościołach i innych miejscach wypełnionych gazem. […] Marek Wolski pisze o „masakrze w Babim Jarze”. […] Po opanowaniu Kuwejtu przez Saddama Husajna pojawiły się informacje o mordowaniu przez iracką soldateskę niemowląt poprzez rzucanie ich wraz z inkubatorami na podłogę. Rozemocjonowany wieściami tego typu Kongres niewielką większością przegłosował wojnę z Irakiem. Tymczasem Fryderyk Lagrange pisze, że inspekcja Światowej Organizacji Zdrowia w Kuwejcie pokazała, że inkubatory pozostały w stanie nienaruszonym, podczas gdy żołnierze iraccy zrabowali fotele dentystyczne. Dzieciobójstwo zostało sfabrykowane przez manhattańską firmę Hill and Knowlton specjalizującej się w public relations. Rząd kuwejcki zapłacił jej 10 milionów dolarów za przekonanie amerykańskiej opinii publicznej o konieczności wyzwolenia Kuwejtu. Wykorzystano użytą w kampanii Pepsi-Coli i Busha metodę pozytywnego lub negatywnego szokowania publiczności. Odwołano się do znanego z propagandy alianckiej motywu SS-manów nadziewających niemowlęta na bagnety. Martwymi dziećmi epatowano też w telewizji w momencie obalania reżimu w Rumunii, kiedy to cały świat obiegł montaż przedstawiający małe ofiary Ceausescu w Timisoarze. W przypadku Kuwejtu Amnesty International stwierdziło, że zginęło 312 dzieci, co wpłynęło na Radę Bezpieczeństwa, gdy podejmowała decyzję o użyciu siły zbrojnej przeciw Irakowi. Zeznania świadków były tłumaczone przez znaną nam już nowojorską firmę, która za pomocą testów instruowała prostych ludzi jak mają mówić. Przypomina to sytuację z okresu 1945-48 […]. W Nowym Jorku jeden ze świadków dzieciobójstwa, rzekomy chirurg, okazał się po wojnie dentystą i zaprzeczył wszystkim swoim poprzednim opowieściom. Upozowana na prostą dziewczynę Kuwejtka w rzeczywistości jest córką ambasadora swego kraju w USA i pochodzi z rodziny emira Al Sabaha. Jednakże Rada Bezpieczeństwa nie wiedziała o tym i z uwagą wysłuchała jej relacji o irackich okrucieństwach, z którymi nigdy się nie zetknęła. Tomasz Ross z firmy Hill and Knowlton jest przekonany, że kuwejcki rząd bardzo inteligentnie zainwestował 10 milionów dolarów. Zapewnie równie dobrze zostaną zainwestowane pieniądze, za które powstanie w Berlinie […].

Posiadający wykształcenie historyczne chorwacki prezydent Franjo Tudjman uważa, że w obozie w Jasenovacu zginęło 30-40 tysięcy ludzi, a nie 800 tysięcy do miliona, jak się podaje.[…] Chorwacki antysemityzm został zrównoważony przez hiszpańskich antyfaszystów. Madrycki uniwersytet Complutense potępił Roberta Faurissona. Inaczej potraktowano tam Honeckera i Ceausescu, którzy uzyskali doktorat honoris causa demokratyzującej się uczelni. Jeszcze bardziej politycznie poprawnym posunięciem jest udział hiszpańskiej pary monarszej w upokarzających uroczystościach przeprosin Żydów za ich wypędzenie przed 5 wiekami. W Toledo wielki rabin Francji Sitruk wydał z okazji ceremonii manifest zwycięstwa. Wskutek nacisku autorytetów żydowskich na Watykan proces beatyfikacyjny Izabeli Katolickiej został przerwany sine die. […].



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»