Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 24 (1995)
NIEMCY
ÖKOLOGIE. ZEITSCHRIFT FÜR NATUR– UND HEIMATSCHUTZ
W roczniku 1993 kwartalnika będącego organem organizacji Niezależni Ekologowie Niemiec, która skupia Zielonych, ale nie Czerwonych w środku, kontynuowana jest linia konsekwentnej walki o ochronę ojczyzny i jej przyrody, i przeciw wszelkim ideologiom opartym na ślepej wierze w postęp. Znajdziemy np. cytat z Heideggera: „Kiedy już najodleglejszy zakątek ziemi zostanie podbity przez technikę i dostępny dla gospodarczego wyzysku, wtedy jak upiór pojawi się pytanie: Po co? Dokąd? Co dalej? (…). Duchowy upadek ziemi jest tak wielki, że narodom grozi utrata ostatków siły duchowej, która umożliwiłaby im choćby zobaczyć ten upadek i go oszacować. To proste stwierdzenie nie ma nic wspólnego z kulturowym pesymizmem, oczywiście z optymizmem również, gdyż zaciemnienie świata, ucieczka bogów, zniszczenie ziemi, umasowienie człowieka, pełna nienawiści podejrzliwość wobec wszystkiego, co twórcze i wolne osiągnęły takie rozmiary, iż kategorie takie jak pesymizm i optymizm dawno już stały się śmieszne”.
Naczelny redaktor pisma Heinz-Siegfried Strelow w artykule „Święta radość ze świata” przypomina sylwetkę wybitnego katolickiego i konserwatywnego pisarza niemieckiego Reinholda Schneidera. Zmarły w 1958 roku Schneider należy do ostatnich, wielkich osobistości życia duchowego Niemiec. W jego dziele łączą się: miłość do ludzi i natury, chrześcijaństwo w najlepszym wydaniu, szlachetny, wierny dziedzictwu Zachodu konserwatyzm. Do Schneidera odnoszą się słowa, którymi opisywał on Eichendorffa: „W jego głosie dźwięczy święta radość ze świata, której nie może zapomnieć i bez której nie może się obejść ten, kto raz jej doświadczył; jest to radość z poranka, którego nie mąci troska, z wieczoru, kiedy lasy drżą pod tchnieniem wieczności; radość z niesprofanowanych tajemnic nocy, z cichego parcia rzeczy ku swemu językowi, ku przejściu do wyższego królestwa”. Schneider trwał przy politycznym ideale starej, chrześcijańskiej, organicznie rosnącej Rzeszy. Wyczuwał federalistyczną rzeczywistość niemieckiego obszaru językowego. Pisał: „Całość narodu obejmie tylko ten, kto nie ogranicza go do jednej płaszczyzny, kto przyznaje mu prawo do posiadania zarówno wyżyn, jak i dolin wspólnego bytowania, kto w tych, którzy najbardziej oddaleni i wyniesieni odnajduje lud i jego pragnienia; książęta nie byli obcymi prześladowcami jak ich często przedstawiano, ale byli częścią narodu, który dzieli się i rozczłonkowuje, wypełnia wzgórza i doliny. Zamki w Niemczech nie mówią mniej o narodzie niemieckim niż chłopskie zagrody i wsie”. Gdzie indziej pisał: „Cała ojczyzna! Jak byłoby możliwe wymienić i policzyć bogactwo! Musielibyśmy przecież mówić także o tym, co ukryte pod powierzchnią. Musielibyśmy mówić o zagrodzie na zboczu góry, o pokrytej śniegiem kapliczce, o cierpkich, surowo uformowanych miastach na płaskowzgórzu, o drzewie zranionym przez piorun, o rozpalonej, skalnej ścianie, o bujnie rozkwitłym płocie wiejskiego ogrodu, o wąwozie tonącym w jesiennym świetle, o wielkości i smutku, radości, nieszczęściu i śnie. Wszystkie te obrazy zlewają się ze sobą stając się czymś wewnętrznym, niemożliwym do utracenia, czymś, co nie potrzebuje nazwy. Ojczyzna to środowisko naszego życia, własność duszy, nieodłączna część życia samego”. Dalej pisze Schneider, że tym obrazom musimy być wierni, im i krajowi, który rozpościera się pomiędzy nimi, krajowi w widoczny a jednak tajemniczy sposób błogosławionemu: “błogosławieństwo, które go nawiedza przepoi całe nasze życie, jeśli kraj pozostanie w nas żywy jako coś całego i niepodzielnego. To ta mocna przestrzeń potęgi błogosławieństwa jest tym, czego nie powinniśmy ranić, ponieważ tym samym ranimy to, co w nas najlepsze: część powierzonych nam, zamkniętych i ukształtowanych w życiu doczesnym, niepowtarzalnych wartości, które powinny przetrwać nas i biedę naszych dni. Być może naszą koroną będzie kiedyś to, że nie zrezygnowaliśmy z nich w obliczu pokus chwili. Gdyż pokus jest wiele, ale jedna jest tylko korona człowieka: jego ofiarne oddanie klejnotowi powierzonemu mu w tym chciwym nowości świecie. Żaden nacisk nie powinien nas zastraszyć, żadne zamiary zbałamucić: nas zobowiązuje kraj i naród, do których mamy szczęście, los i łaskę przynależeć. Bronimy samotnie naszego własnego miejsca i właściwego nam, pierwotnego ładu. A kiedyś chcielibyśmy powrócić z obcych stron do stron ojczystych, tak jak się w nie wrodziliśmy”.
Przytoczmy zamieszczony w piśmie cytat z Hermanna Hessego o drzewach: „Drzewa były dla mnie zawsze najwymowniejszymi kaznodziejami. Czczę je, gdy rosną narodami lub rodzinami w lasach i gajach. A jeszcze bardziej czczę je, gdy stoją samotnie. Są jak samotnicy. Nie jak pustelnicy, którzy za przyczyną jakiejś słabości uciekają od świata, ale jak wielcy, osamotnieni ludzie, jak Beethoven lub Nietzsche. W ich wierzchołkach szumi świat, ich korzenie spoczywają w nieskończoności, ale one nie zatracają się w tym, lecz z całych sił swego życia dążą tylko do jednego: aby wypełnić swoje własne, w nich zamieszkujące prawo, aby rozwinąć własną postać i aby wyrazić same siebie. Nic nie jest świętsze, nic bardziej wzorcowe niż piękne, silne drzewo. Drzewa są świętościami. Kto potrafi z nimi rozmawiać i ich słuchać, ten doświadcza prawdy. One nie prawią nauk i recept, one spokojnie głoszą jedno: praprawo życia”.
Heinz-Siegfried Strelow zamieszcza programowy artykuł na temat ojczyzny. Ojczyzna jest, według niego, podstawowym warunkiem życia. Jest ona miejscem człowieka, na którym postawiony on zostaje jako naturalna, organicznie i historycznie ukształtowana osobowość. Ojczyzna jest nierozerwalnie związana z ziemią, na której człowiek żyje, którą posiada i za którą jest odpowiedzialny. Przywiązanie do ziemi to równocześnie przywiązanie do tradycji będącej przekazem mądrości pokoleń, które żyły na tej samej ziemi. Tradycja i obyczaje dają człowiekowi możliwość zakorzenienia. Konserwatywni ekologowie bronią ojczyzny jako całości – a więc nie tylko przyrody ojczystej, ale również kultury narodowej, regionalnych i lokalnych tożsamości, obyczajów i tradycji. Odrzucają wizję jednowymiarowego człowieka – zarówno tego wymyślonego przez nacjonalistycznych centralistów, jak i tego lansowanego przez „wielokulturowych” kosmopolitów. Konserwatywni ekologowie nie kierują się kryteriami lewicowości i prawicowości, znają jedynie przeciwieństwo pomiędzy siłami konserwatywnymi, zachowawczymi a siłami postępu, ujednolicenia i „emancypacji”, czyli siłami destrukcji. Odrzucają wszelkie filozofie i ideologie postępu. Ekologowie, podkreśla z naciskiem Strelow, muszą być w sferze społeczno-politycznej konserwatystami, zachowawcami, obrońcami przyrody i ojczyzny, i kierować swe przesłanie także do tych, którzy wegetują w asfaltowych wąwozach wielkich miast i mieszkają w betonowych silosach. Ci, którzy mówią o sobie, że są ekologami a są zwolennikami zurbanizowanej anarchii, ci “Zieloni”, którzy żyją w ohydnej, wielkomiejskiej subkulturze to w rzeczywistości najgorsi wrogowie przyrody. Prawdziwymi patriotami są dziś ludzie, którzy uparcie trwają przy swoich obyczajach, chłopi, którzy trzymają się swej ojcowizny czując, że byłoby zdradą wobec przodków i ojczyzny, gdyby porzucili ziemię, na której gospodarowano od pokoleń. Prawdziwym patriotą jest ten rzemieślnik, który wbrew konkurencji masowej produkcji dzień po dniu otwiera swój warsztat. Patriotami są dziś ci obywatele, którzy kupują u chłopów bojkotując supermarkety. Oni wszyscy pełnią cichą służbę, która przeszkadza w spustynnieniu i zniszczeniu kraju, kończy swój artykuł Strelow.
Poza tym pismo zamieszcza teksty o tragedii Afryki, o zanikaniu lodowców w Alpach, o wpływie masowej imigracji na stan środowiska naturalnego, o dźwigach – szubienicach natury i wielu innych problemach. Przedrukowało również przemówienie, jakie wygłosił Aleksander Sołżenicyn podczas odsłonięcia w Lucs-sur-Bologne pomnika ku czci ofiar powstania wandejskiego. I na koniec jeszcze jeden cytat: „Żal mi ludzi, którzy opuścili ziemię, która ich wykarmiła; opuścili rodzinę, w której się urodzili; opuścili ducha, który wszystko powołał do istnienia; którzy zapomnieli o godności wynikającej z wolności i niezależności; którzy pogodzili się z tym, że codziennie są poniżani i obrażani i którym jest obojętne, że obcy ludzie decydują o ich życiu i losie” (Wolfgang von Daak).
VORDERSTE FRONT. ZEITSCHRIFT FÜR POLITISCHE THEORIE & STRATEGIE
Organ narodowej, antysystemowej opozycji niemieckiej jak zwykle zaciekle atakuje rządzącą w Niemczech bonnzokrację. Za swoich wrogów pismo uznaje tych, którzy własny interes cenią wyżej niż obowiązki, podwójną grę wyżej niż lojalność, którzy egoizm i tchórzostwo uważają za cechy pozytywne, natomiast bohaterstwo, odwagę i męstwo za błędy; tych, dla których samowola jest synonimem ładu i którzy demokratycznej, bezkształtnej liczbie przypisują większe znaczenie niż arystokracji wartości. Wrogami są wszyscy, którzy są za ilością przeciw jakości, za materią przeciw duchowi.
Artykuł „Droga do Escorialu” zaczyna się opisem scen sprzed prawie 50 lat: „Szara, mglista noc listopadowa. Madryt oszczędza światło, jest ciszej niż zwykle o tej porze. Długi pochód ludzi przeciąga ulicami w milczącej, niesamowitej procesji pod górę po zboczu Gran Via w kierunku właściwego centrum miasta. Kolumny noszą proste, ciemnoniebieskie koszule, w rękach płoną pochodnie. W ich migotliwym blasku widać twarze jak z obrazów El Greca – szlachetne i fanatyczne, jak na obrazie przedstawiającym pogrzeb hrabiego Orgaza, wiszącym w katedrze w Toledo. Ale wojskowy rytm równego kroku i brak tych szpetnych i zarazem pięknych obrazów świętych i monumentalnych krucyfiksów, które nosi się w Hiszpanii podczas religijnych uroczystości, czyste, rozrzedzone powietrze kastylijskiej wyżyny, które wdychają twoje płuca, powietrze pozbawione tej charakterystycznej mieszaniny zapachu kwiatów, kadzidła i wosku świec, towarzyszącej tak częstym tu procesjom pozwalają rozpoznać, że ten pochód nie jest religijną procesją. Czy jednak się nie mylimy? Czyż aż nadto wyraźnie nie jest tu wyczuwalna sakralna aura, którą emanuje ten bezgłośny, wielki wąż ognia sięgający od Paseo de la Castellana do Cibeles? Nie, ci mężczyźni, którzy na wielkich marach niosą olbrzymi wieniec z kwiatów, nie są pokutnikami czy biczownikami. Widać wśród nich ślepych i kalekich z wojny domowej, których skrzypiące protezy i drewniane kule nadają temu naładowanemu siłą marszowi kolumn twardy, stalowy ton wibrujący zawsze w pobliżu zahartowanych w boju formacji weteranów. Ci ślepcy, ci mężczyźni bez nóg lub rąk, z bliznami na twarzach, będą w towarzystwie swoich młodszych towarzyszy, maszerować w tę noc jeszcze 40 kilometrów w góry do Escorialu, aby złożyć wielki wieniec na najbardziej skromnym i najbardziej imponującym grobie Hiszpanii. Pod kopułą kościoła Escorialu, w bezpośrednim sąsiedztwie królewskich grobów i sarkofagów, w których spoczywają kości cesarza Karola V, Filipa II i innych wielkich władców Hiszpanii, płyta z szorstkiego, hiszpańskiego kamienia górskiego w podłodze kościoła wskazuje miejsce, gdzie spoczywają doczesne szczątki człowieka, który wraz ze swoimi „niebieskimi koszulami” obudził tę starą, zanurzoną w historii Hiszpanię z jej zmęczonej, mieszczańskiej dekadencji do wyzwolicielskiego, narodowego czynu. Także i ta płyta nagrobna ma – tak jak królewskie groby – jedynie skromne imiona: Jose Antonio. Pokryci kurzem i zmęczeni docierają maszerujący do ołtarza św. Wawrzyńca, otaczają swym wieńcem płytę z dwoma imionami i kładą pięć róż na zimnym kamieniu. Potem, modląc się, całą noc pełnią wartę przy grobie, aż przyjdzie ranek a z nim wielkie, oficjalne uroczystości. Ten, kto choć raz widział ich w czasie tej świętej warty, ten zrozumie jak blisko siebie religia i patriotyzm zamieszkują w hiszpańskich sercach; ten również nie zapomni ich oczu i będzie czuł siłę, którą w panteonie hiszpańskiej nieśmiertelności emanuje kamień z napisem „Jose Antonio”. Człowiek, który znalazł tutaj swoje wieczne odpoczywanie miał zaledwie 33 lata, kiedy 20 listopada 1936 roku wydał swe ostatnie tchnienie pod ogniem komunistycznego plutonu egzekucyjnego na dziedzińcu więzienia Alicante”.
Jose Antonio Primo de Rivera y Saenz de Heredia urodził się 24 kwietnia 1903 roku w Madrycie. Działalność polityczną rozpoczął w wieku 27 lat i zakończył po sześciu latach. To była droga Jose Antonia do Escorialu, do najświętszych komnat Hiszpanii pomiędzy cesarzy i królów Hiszpanii, droga do narodowej nieśmiertelności, najtrudniejsza, na jaką wkroczyć może Hiszpan. Jose Antonio wkroczył na nią bez wahania i szedł po niej do końca w hiszpańskim stylu i z chrześcijańską pokorą, aż po tę pryzmę piasku na dziedzińcu więzienia Alicante, w którą wsiąkła jego krew. Jego ojcem był Don Miguel Primo de Rivera y Orbaneja, markiz de Estella, który, tak samo jak jego przodkowie, wiernie służył królowi a w 1923 roku dokonał zamachu stanu i stał się dyktatorem Hiszpanii. Po jego śmierci wrogowie bezczeszczą jego pamięć. Wtedy Antonio postanawia bronić czci swego ojca. Ale wkrótce zrozumie, że chodzi o coś znacznie ważniejszego. Wraz z grupą podobnie myślących zakłada organizację o nazwie Falanga de las Juntas de Ofensiva Nacional Sindicalista, która odciśnie znaczące piętno na losach Hiszpanii. Początkowo Jose Antonio zafascynowany był Mussolinim i jego ruchem, ale szybko doszedł do wniosku, że Mussolini (podobnie jak Hitler) stosują podpatrzoną u komunistów taktykę mobilizacji mas. On natomiast chciał swoją Falangę budować jako formację elity rzeczywiście wybranych, silnych i twardych. Po upadku monarchii życie polityczne Hiszpanii ulega coraz większemu zdziczeniu. Czerwony terror robi pierwsze wyrwy w szeregach falangistowskiego „frontu wiernych”. Prześladowania, szykany policyjne, aresztowania sprawiają, że najlepsi z młodych Hiszpanów skupiają się wokół Jose Antonia. Przywódca Falangi zostaje deputowanym do Cortezów. Jego świetne przemówienia pełne hiszpańskiej żarliwości, jego wycyzelowane artykuły w czasopismach Falangi wzbudzają coraz większe zainteresowanie. Tradycyjna, hiszpańska prawica widzi w nim niebezpiecznego narodowego bolszewika, lewica – niebezpiecznego seniorito. Komunistyczni pistoleros otrzymują rozkaz zabicia go. Cudem wychodzi z życiem z dwóch zamachów. Po objęciu rządów przez Manuela Azanę Hiszpania wchodzi w pierwszą fazę wojny domowej. Rewolty, bunty, strajki, represje w końcu czerwony terror rozzuchwala się na dobre: napady, mordy, podpalenia. Tylko w lutym 1936 roku lewicowi skrytobójcy mordują 12 falangistów. 5 marca po raz ostatni ukazuje się pismo Falangi „Arriba”. Lokale Falangi są zamykane, czasopisma zakazywane, jej przywódcy aresztowani. 14 marca Czerwoni wtrącają do więzienia Jose Antonia pod pretekstem, że obraził jednego z ministrów i nielegalnie posiada broń. 24 czerwca jego towarzysze usiłują odbić go z więzienia „Modelo”, ale bezskutecznie, bowiem Jose Antonio i jego brat Miguel przewiezieni zostali tego samego dnia do więzienia Alicante. 13 lipca przywódca monarchistów Don Joaquin Calvo Sotelo zamordowany zostaje w Madrycie przez czerwonych killerów. Jego śmierć przepełnia czarę cierpień. Hiszpanie wierni swej ojczyźnie podnoszą broń przeciw rządom kominternowskich terrorystów. Ale Jose Antonio nie weźmie udziału w walce hiszpańskich patriotów przeciw czerwonej dyktaturze. W listopadzie Czerwoni urządzają mu proces pokazowy. 18 listopada zostaje skazany na karę śmierci. Rankiem 20 listopada wraz z dwoma kolegami z Falangi Ezequielem Mirą i Luisem Segurą oraz z dwoma karlistami Vincente Munozem i Luisem Lopezem wyprowadzony zostaje na więzienny dziedziniec. Głośniej niż salwa plutonu egzekucyjnego zabrzmi okrzyk skazańców „Hiszpania!” Jose Antonio jest tylko ranny. Dobija go komisarz w hiszpańskim mundurze. Ale Hiszpanie dopiero wiele później dowiedzą się, co stało się tamtego dnia. W narodowej Hiszpanii rozkazy nadal wydawane są w imieniu „Nieobecnego”. Jego duch żyje wśród Hiszpanów. Jose Antonio działa, choć nie ma go już wśród żywych. I kiedy 31 marca 1939 roku zwycięskie oddziały Falangi wkraczają do Madrytu, to staje się jasne, że życie i ofiara Jose Antonio Primo de Rivery nie były daremne. Po zakończeniu wojny domowej doczesne szczątki Jose Antonia złożone zostały w Escorialu. W 1959 roku przeniesiono je do Doliny Poległych (Valle de los Caidos). W kryptach wielkiej podziemnej Katedry Pojednania, która niedaleko Escorialu wykuta została w bazaltowych zboczach Sierra de la Guadarrama chcieli falangiści pochować nie tylko nacjonalistów, ale również Czerwonych. Jednak Kościół nie zgodził się na poświęcenie katedry z grobami anarchistów i komunistów.
Wojna domowa to szczyt wpływów Falangi. Choć poniosła podczas niej tyle ofiar, to władzy nie udało się jej zdobyć. Chcąc ją osłabić gen. Franco już w 1937 roku dokonał przymusowego zjednoczenia Falangi i karlistów, którzy walczyli w trzech wojnach domowych w XIX wieku pod hasłem” Bóg, Ojczyzna, Fueros, Król”. Fueros to stare tradycyjne, specjalne prawa historycznych prowincji Hiszpanii – karliści musieli potem przyglądać się jak gen. Franco i jego ludzie depczą te prawa. Propaganda frankistowska wykorzystywała martwego „Jefe” (Szefa) ogłaszając go oficjalnym męczennikiem i patronem dyktatury gen. Franco, której, gdyby żył, na pewno by się przeciwstawił. Część „starych” falangistów nie chciała przymusowego zjednoczenia i podporządkowania się gen. Franco. Wojsko aresztuje buntowników. Postawieni zostają przed sądem wojskowym. Kilku otrzymało wyrok śmierci zamieniony potem na więzienie. Pewne możliwości działania i odzyskania wpływów przyniósł falangistom wybuch wojny niemiecko-sowieckiej. Falangiści stanowili połowę „Błękitnej Dywizji” walczącej na froncie wschodnim. Kierownictwo Rzeszy igrało z myślą udzielenia falangistom pomocy w obaleniu gen. Franco i zdobyciu władzy licząc, że wówczas Hiszpania przystąpi do wojny po stronie Rzeszy. 12 lipca 1942 roku odbyło się w związku z tym w kwaterze führera ściśle tajne spotkanie, na którym generał Munoz Grandes wyraził gotowość pokierowania falangistowskim przewrotem w Hiszpanii. W grudniu tegoż roku generał Grandes został odwołany do Hiszpanii (widocznie spotkanie nie było takie tajne – red. Stańczyka). W końcu 1943 roku Błękitna Dywizja została odwołana do kraju. Pozostaje jedynie Hiszpański Legion Ochotniczy, który w lutym 1944 roku zostaje również odwołany do kraju i rozwiązany. Część ochotników odmówiła powrotu, inni uciekli z kraju, aby nadal walczyć z bolszewikami. Kompania hiszpańskich ochotników walczyła później w składzie dywizji SS-Wallonia. W kwietniu 1944 roku ci, którzy przeżyli, walczyli do końca razem z ochotnikami francuskimi, skandynawskimi, łotewskimi i niderlandzkimi na odcinku Z (Zitadelle) będącym ostatnim odcinkiem frontu w stolicy Rzeszy. Dopiero 2 kwietnia 1954 roku 286 hiszpańskich jeńców wojennych wróciło z niewoli w Związku Sowieckim. Po wojnie falangiści odgrywali coraz mniejszą rolę polityczną. Gen. Franco stopniowo ograniczał ich wpływy w ramach „pozbywania się faszystowskiego balastu”. Powołana przez gen. Franco w 1937 roku Falange Espanola Traditionalista przemianowana została w 1966 roku na Movimento Nacional. Falanga praktycznie utraciła jakiekolwiek znaczenie polityczne. W 1969 roku na znak protestu przeciw objęciu rządów przez neokapitalistycznych technokratów i restauracji monarchii przed kościołem św. Barbary w Madrycie zastrzelił się „stary” falangista Francisco Herranz. Małe grupy falangistowskie organizowały akcje protestacyjne na początku lat siedemdziesiątych. Represje reżimu nie dały na siebie długo czekać. W listopadzie 1970 roku zakazane zostały obchody ku czci Jose Antonia. W rok później policja pałkami rozpędziła demonstrujących falangistów. 1 kwietnia 1977 roku w 38 rocznicę zwycięstwa w wojnie domowej, do którego Falanga przyczyniła się dużym stopniu, Movimento Nacional został rozwiązany. Historia hiszpańskiej Falangi dobiegła końca. Jose Antonio nie tak zapewne to wszystko sobie wyobrażał.
Idea Rzeszy łączy różne nurty prawicy niemieckiej, ale rozmaicie bywa interpretowana. Niektórzy, tak właśnie jest w przypadku autora poniżej omawianego artykułu, sięgają nie tylko do idei Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, ale widzą w Rzeszy przejaw jeszcze starszych form religijno-politycznych. Rzeźby i obrazy wielkich cesarzy Średniowiecza jak i wszystkich władców i królów aż po nasze czasy przedstawiają ich z koroną na głowie, z jabłkiem w dłoni i berłem, z mieczem w ręku, w płaszczu, zwykle błękitnym, na ramionach, siedzących na tronie. Jeśli władca przedstawiony jest na koniu, to zwykle na siwku. Wszystkie te symbole mają swe korzenie, w pradawnych wierzeniach religijnych i liczą sobie dziesiątki tysięcy lat. Złoto jest słonecznym metalem, dlatego król ma złotą koronę – symbol biegu słońca. Jego berło symbolizuje „wielką kolumnę świata” („columna sustines omnia” ze średniowiecznych kronik), która podtrzymuje świat, i wiecznie zielone drzewo życia. Jabłko królewskie jest słonecznym symbolem tak samo jak jabłka Hesperyd, które zrywa Herakles. Miecz króla wraz z rękojeścią tworzy stary, wielki „Krzyż Świata”, rozciągający się ponad nieskończonością z północy na południe i ze wschodu na zachód. Błękitny płaszcz króla jest obłocznym płaszczem Boga, płaszczem błękitnego światła, w którym ukazuje się „niezwyciężone słońce”. Tron jest starym miejscem, na którym siedzi sędzia w kamiennym kręgu, ponad którym w „prawym porządku” wędruje słońce. W starych podaniach słońce ciągną rumaki, dlatego król, który jako wódz posyłać musi mężczyzn do walki i na śmierć, dosiada „białego rumaka”, gdyż biała jest zima i czas śmierci, a biel jest dawnym znakiem żałoby. Słonecznym ptakiem jest orzeł, dlatego ptak ten widnieje na królewskich herbach. Niektóre dynastie mają lilie – symbol odradzającego się życia, lub lwa, który jest zwierzęciem prawa (co zachowuje angielskie słowo „law”), dlatego przedstawiany jest w bajkach jako król i sędzia zwierząt. Wszystkie te symbole i pradawne wyobrażenia leżą u podstaw także gibellińskiej formy i idei Rzeszy reprezentowanej przez dynastię Hohenstaufów. Dziś, według autora artykułu, Rzesza ta ginie w ciemnościach, ale kiedyś wynurzy się z głębin tych ciemności. Legendy o „królach ukrytych gdzieś w górach”, o „śpiących rycerzach”, o “cesarzu Fryderyku” nadzieję tę wyrażają. Właśnie cesarz Fryderyk II jako przedstawiciel idei gibellińskiej jest dla autora artykułu jak i dla niektórych nurtów niemieckiej prawicy uosobieniem utraconej, ale możliwej do odzyskania chwały i potęgi Rzeszy. Rzesza to nie tylko polityczna forma, to mit i archetyp, to religijno-polityczna budowla określana przez transcendentalne odniesienia, zgodnie z którymi Rzesza powstanie w wyniku walki prawa i bezprawia, światła i ciemności, prawdy i kłamstwa. Ci, którzy dziś nazywają się lewicą, ci, którzy są przeciw „prawu” i temu, co “prawe”, specjaliści od fałszerstw (“lewe papiery”), których nazwa w wielu językach wyraża nieszczęście (włoskie „sinistro” czy hiszpańskie „siniestro”) to, ci, którzy dążą do zniszczenia każdego ładu, zniszczenia tradycji i zaprowadzenia władzy miernot, to żołnierze armii Arymana, zwolennicy prakłamstwa i prazła zbuntowani przeciw Boskiemu Ładowi świata, w którym słońce wędruje na prawo, ku prawu i prawdzie. Ale armia kłamstwa Arymana nie wygra z Rzeszą. Z ciemności wylecą promienie nowego światła. Na górze Alamut, gdzie czekają wtajemniczeni, widać już złote krańce słonecznej tarczy, które wynurzają się z mroku. Dobiega końca czas ciemności – idzie ku świtowi.
Z kolejnego artykułu dowiadujemy się, że to Europa będzie centrum przyszłych starć zarówno ideologicznych, jak i polityczno-militarnych. A że w centrum Europy leżą Niemcy, to nie potrzeba wielkiej inteligencji, aby stwierdzić, że między Renem a Odrą kończy się era „adenauerowskiej”, biedermajerowskiej przytulnej kontemplacji. Europa, a nie USA czy Japonia, będzie centrum przyszłych wydarzeń dlatego, że także USA i Japonia są produktami europejskiego ducha. Patrząc z perspektywy geopolitycznej na Europę dostrzeżemy łatwo, że Europa jest centrum pokrytej ziemią połowy naszej planety. Ten, kto panuje nad Europą, ten potencjalnie panuje nad światem. Stany Zjednoczone stały się potęgą światową z chwilą, gdy opanowały Europę. Rosja (czy były Związek Sowiecki) była o tyle mniej mocarstwem światowym, o ile mniej ważna była ta część Europy, która znalazła się pod jej panowaniem. Rozpad ZSRR i utrata przezeń satelitów we Wschodniej Europie w sposób konieczny korespondują ze sobą. Ale nawet gdyby państwo radzieckie się nie załamało, to i tak utrata Europy Wschodniej (a w żadnym razie utrata Etiopii czy Angoli) spowodowałaby utratę znaczenia Rosji jako mocarstwa światowego. Także USA po utracie swoich europejskich pozycji będą tylko północno-amerykańskim mocarstwem. Wszystkie idee, które cokolwiek znaczą dziś w świecie, narodziły się w umysłach ludzi, dla których ojczyzną była Europa. To Europejczycy zaczęli odkrywać świat. To nie Japończycy przybyli pierwsi do Europy, ale Portugalczycy i Holendrzy do Japonii. Kolumb był Genueńczykiem a nie Indianinem Hopi, Magellan pochodził z Portugalii a nie z wysp na Pacyfiku a Vasco da Gama, który opłynął południowe krańce Afryki nie był Zulusem. Duch i czyn, inteligencja i agresywność – to połączenie dawało Europejczykom przewagę nad innymi i umożliwiło im podbój świata. Każdy, kto chce spowodować jakieś zmiany pociągające za sobą globalne skutki, ten musi angażować się w Europie. Lewicowcom można dać chaty w tropikalnych lasach Nikaragui, gdzie mogą realizować swoje teorie o poprawianiu świata i całkiem praktycznie zaświniać płynący obok strumień własnymi śmieciami i fekaliami. Oczywiście Europa jest również źródłem zła na świecie, źródłem „współczesnej cywilizacji”, jak niektórzy nazywają tę śmiertelną chorobę, na którą zapadła nasza planeta i której wykwitem jest ONZ-owski, ujednolicony człowiek a la McDonald i Micheal Jackson. Dlatego to w Europie, tam gdzie leży przyczyna, należy zwalczać tę chorobę, jeśli kuracja ma okazać się skuteczna. Choroba zaczęła się w Europie w okresie Oświecenia, kiedy nasz kontynent zainfekowali swoimi ideami wieczni poprawiacze świata.
Autor artykułu wiele uwagi poświęca inwazji ludów kolorowych na Europę, szczególnie na Niemcy. Azylanci potrzebni są rządzącym jako rezerwowa armia w nadchodzącej wojnie domowej. Zostaną spuszczeni ze smyczy na ulice, aby rabować, podpalać i gwałcić. Walka toczy się już i toczyć się będzie z coraz większą determinacją o każdy metr kwadratowy europejskiej i niemieckiej ziemi. Bo jest to nasza ziemia, pisze autor, ziemia przesiąknięta krwią naszych przodków, opowiadająca o radościach i cierpieniach dziesiątków pokoleń, naładowana wspomnieniami o narodzinach i śmierci, o szczęściu i smutku. Ta ziemia jest historią, jest ucieleśnieniem ojczyzny, przynależności, bycia u siebie, tożsamości i sensu życia. Nikomu nie wolno tej ziemi oddać obcym. Ten, kto tak czyni, ten przecina niewidzialną nić łączącą go ze swoim narodem i swoimi przodkami. Staje się wykorzenionym obywatelem świata, człowiekiem znikąd, dla którego nic nie jest święte. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby zasiedziała od pokoleń ludność, pramieszkańcy jakiegoś terytorium ogłosili swój kraj krajem imigracyjnym. Nie uczynili tego Irokezi ani aborygeni w Australii. To zawsze przedstawiciele tych, którzy podbijali cudzą ziemię, chcieli usprawiedliwić dalszy napływ swoich. Oznacza to, że ci członkowie elity politycznej Niemiec, którzy ogłaszają Niemcy krajem imigracyjnym i głoszą ideę „wielokulturowego społeczeństwa” nie są w rzeczywistości Niemcami, bo sami wykluczyli się ze wspólnoty narodu niemieckiego przechodząc na stronę obcych zabierających Niemcom ich ziemię. W Niemczech, pisze dalej autor artykułu, snując prognozy na przyszłość, cały czas rośnie podskórne napięcie, które wcześniej czy później doprowadzić musi do erupcji. Zapewne dojdzie do tego najpierw w Berlinie, gdzie lewicowi autonomiści mają swoje najpotężniejsze twierdze. Berlin przekształci się w niemieckie Soweto – pole starcia pomiędzy lewackimi bojówkami a „faszystami”. Kiedy lewaccy pałkarze stanowiący ORMO obecnego reżimu przegrają, to reżim będzie musiał albo ustąpić, albo wzmocnić represje. Niezależnie od tego, co wybierze (ale raczej to drugie) będzie to oznaczać rozpad monolitu pod nazwą “Republika Federalna Niemiec”. Nastąpi bezwarunkowa kapitulacja „Republiki Federalnej Niemiec” i nie będzie już nikogo, kto mógłby ją podpisać. Ta kapitulacja wywoła polityczne trzęsienie ziemi w krajach sąsiednich a potem w całej Europie docierając w końcu do najodleglejszych zakątków naszej planety. Reszta jest historią.
Poza tym VF zamieszcza artykuł zawierający totalną krytykę totalnego państwa partyjnego w Niemczech oraz omawia niektóre aspekty działalności przywódcy rumuńskiej prawicy okresu międzywojennego Corneliu Z. Codreanu i jego organizacji Legionu Michała Archanioła i Żelaznej Gwardii (której członkiem był słynny później religioznawca Mircea Eliade, a sympatyzował z nią Emil Cioran). W sumie VF to interesujące pismo młodej, radykalnej prawicy niemieckiej odrzucającej nie tylko Kohla, Scharpinga i Kinkela, ale Republikę Bońską jako taką. Ta ideowa niezłomność została uhonorowana przez Urząd d/s Ochrony Konstytucji umieszczeniem pisma na liście prawicowo-ekstremistycznych publikacji. A to nie byle co.
DEUTSCHLAND IN GESCHICHTE UND GEGENWART
W numerze 4 z 1993 roku (72006 Tübingen, Postfach 1629) Rolf Kosiek pisze o przemianie niemieckiego państwa prawnego w ideologiczną dyktaturę „antyfaszystów”, Peter Bachmaier o Europie Wschodniej i Nowym Ładzie Światowym a Herbert Taege o partyzantach i terrorystach. Taege przypominając działalność Ruchu Oporu we Francji pisze na temat współpracy gen. de Gaulle‘a z komunistami, której celem było zwalczanie legalnie istniejącego i uznawanego przez wiele państw rządu marszałka Petaine‘a (emigracyjny „rząd” de Gaulle‘a nie był uznawany przez nikogo). De Gaulle już od grudnia 1940 roku pozostawał w ścisłym kontakcie z ambasadorem sowieckim w Londynie Iwanem Majskim. W lipcu 1941 roku zaproponował Stalinowi utworzenie wspólnego frontu Francji i ZSRR przeciw anglosaskim planom urządzenia powojennej Europy. Stalin zaakceptował propozycję i przez Majskiego przesłał de Gaulle‘owi wskazówkę, żeby „popierał francuskich robotników w ich oporze”, czyli innymi słowy, żeby uznał Francuską Partię Komunistyczną za partnera do rozmów. Ostatecznym rezultatem tych działań było otrzymanie przez 5 komunistów stanowisk rządowych w listopadzie 1945 roku. Taege analizując współczesne ruchy partyzanckie i akcje terrorystyczne zwraca m.in. uwagę na to, że np. państwo Izrael, aby zwalczać terroryzm arabski, który zresztą niczym nie różni się od akcji dokonywanych niegdyś w Palestynie przez żydowskich terrorystów, musi sięgać do tych samych środków, jakie stosowały władze niemieckie na terenach okupowanych w czasie II wojny światowej.
W artykule „Powrót wizjonera” Karl Richter zajmuje się twórczością Richarda Wagnera. Twierdzi, że należy ponownie ujrzeć wielkiego kompozytora takim, jakim był naprawdę – bez ideologicznych zniekształceń i zafałszowań. Przypomina np., że światopogląd Wagnera zawiera elementy utopijno-socjalistyczne pochodzące z ideologii korporacjonizmu. Wagner podobnie jak wielu innych prawicowców tamtej epoki nie postulował zniesienia własności, ale jej rozproszenie. W wymiarze narodowym był Wagner rodzajem niemieckiego Verdiego, piewcą narodowej jedności i tożsamości. Odwoływał się do tradycji zarówno greckich tragedii, jak i niemieckiego romantyzmu. Richter twierdzi, że dzisiaj w Niemczech uznaje się Wagnera za „niebezpiecznego” i na pewno znalazłby się wraz z Bismarckiem, Nietzschem, Kleistem i innymi wybitnymi osobistościami w raporcie Urzędu d/s Konstytucji w rubryce: prawicowy ekstremizm. Ale nic nie pomoże inscenizowanie dzieł Wagnera „przeciw Wagnerowi”, na nic się nie zdają krytyczne komentarze w operowych programach. Wagner żyje, ale musi poczekać do przełomu epok. Jego czas przyjdzie, kiedy odczarowana zostanie zbiorowa dusza narodu; kiedy wraz z żołnierzami okupacyjnych armii odejdą okupacyjne idee. Wtedy Wagner powróci.
Z kolei Germar Rudolf zajmuje się [….]. W numerze 2 z 1994 roku znajdziemy m.in. artykuł, którego autorem jest Rolf Kosiek, o zmarłym w zeszłym roku Leonie Degrelle, założycielu prawicowego, katolickiego Ruchu Chrystusa Króla w Belgii, później dowódcy dywizji Waffen SS – Walonia walczącej na froncie wschodnim. 7 maja 1945 roku Degrelle przeleciał samolotem z Oslo do Hiszpanii, gdzie się osiedlił. Hiszpanie odmówili wydania go Belgii. Wówczas władze belgijskie zastosowały znaną z praktyki narodowych socjalistów i bolszewików zasadę zbiorowej odpowiedzialności, mszcząc się na rodzinie Degrelle’a. Jego rodziców wtrącono do więzienia, gdzie zmarli, jego brat został rozstrzelany, jego żona i inni krewni przesiedzieli kilka lat w więzieniu. W czasie swej politycznej emigracji Degrelle zajął się pisaniem książek. Napisał „Płonące dusze” (1964), „Stracony legion” (1972), kilka tomów „Wspomnień faszysty” i historyczną książkę „Hitler–urodzony w Wersalu”. Niedługo przed śmiercią opublikował książkę „Gdyż nienawiść umiera”.
Heinz Splittgerber powraca do wybuchu II wojny światowej. Twierdzi, że w przyszłości historycy za głównego sprawcę wojny uznają prezydenta Roosevelta, który systematycznie i konsekwentnie parł do starcia z Niemcami, co, według Splittgerbera, wykazał amerykański autor Hamilton Fish w książce „Rozbity mit. Polityka wojenna Roosvelta w latach 1939-1945” oraz niemiecki historyk Dirk Bavendamm w książce „Roosevelta droga do wojny”. Autor artykułu przypomina interesujący fakt: już rankiem 24 sierpnia 1939 roku jeden z niemieckich dyplomatów przekazał ambasadorowi amerykańskiemu w Moskwie Bohlenowi wszystkie szczegóły tajnego protokołu do układu między Rosją Sowiecką i Niemcami odnoszące się do podziału Polski między oba kraje w przypadku, gdyby doszło do wojny. Już w południe Roosevelt był o wszystkim poinformowany. Ale zamiast poufnie przekazać Polsce informację, że gwarancje brytyjskie dla Polski są w tym momencie całkowicie bezwartościowe, Roosevelt przemilczał całą sprawę, gdyż uważał, że Polacy powinni pozostać przy swoich iluzjach. Splittgerber uważa też, w zgodzie zresztą z prawicowymi historykami niemieckimi, że wojna polsko-niemiecka mogła zostać zlokalizowana, gdyby nie wypowiedzenie wojny Niemcom przez Anglię i Francję, co doprowadziło najpierw do wojny europejskiej a potem światowej. Splittgerber bardzo krytycznie ocenia politykę polską tamtego okresu twierdząc, że oparta ona była na całkowicie błędnych rachubach polityczno-militarnych i na złudzeniach co do postawy „sojuszników”. Poza tym w numerze znajdziemy informację o tym, że według niektórych ekspertów wydana również w Niemczech książka „Jestem dziewczynką z Sarajewa”, która miała być dziennikiem dziesięcioletniej dziewczynki prowadzonym od jesieni 1991 do września 1993 roku została w rzeczywistości napisana przez osobę dorosłą. Redakcja komentuje to pisząc, że widocznie chciano powtórzyć sukces dziennika […].
WELTTRENDS
Wydawcami ukazującego się w Poczdamie kwartalnika są Poczdamski Klub Polityczny (Postfach 601228,14412 Potsdam) i Instytut Zachodni w Poznaniu (Stary Rynek 78/79,61-722 Poznań). Pismo ma nachylenie lewicowe, ale omawiamy je, ponieważ nr 4 z 1994 roku w całości poświęcony jest geopolityce. I tak Gerhard Sandner w artykule „Deterministyczne korzenie i funkcjonalne użycie przedrostka ‘geo‘ w geopolityce” stwierdza, że wiele pojęć geopolitycznych nie jest precyzyjnie zdefiniowanych, co wynika stąd, że związane są one z ideologicznym i politycznym kontekstem i w jego obrębie funkcjonują. W Niemczech po 1945 roku, chociaż Haushofer i jego szkoła zostali uznani za „wyklętych”, kilkakrotnie ożywały dyskusje geopolityczne. Po zjednoczeniu Niemiec tematyka geopolityczna pojawia się znowu, a impulsy wyszły ze strony wojskowych, którzy nawiązują do tradycji geografii wojskowej i geopolityki obronnej. Dalej przypomina autor różne koncepcje geopolityczne w XX wieku, by przejść do omówienia „nowej, krytycznej geopolityki”, która jest też swego rodzaju meta-geopolityką, gdyż analizuje zmiany „kodów geopolitycznych”. Nowa geopolityka w większym stopniu skupia się na działaniach politycznych aktorów otwierając nowe pola tematyczne: migracje i ruchy uchodźców, konflikty etnokulturalne itp. Analizuje też formy artykulacji interesów terytorialnych w dziedzinie wojskowej, gospodarczej i kulturalnej; interesuje się politycznymi aktorami i konstelacjami władzy, wśród których aktorzy ci działają i celami, które sobie stawiają. Krytyczna refleksja nad geopolityczną tradycją i nowe impulsy w tej materii są, jak podkreśla autor, bardzo wyraźne w nowej geopolityce francuskiej.
Uważa on, iż nie należy operować absolutnymi kategoriami takimi jak „geograficzne stałe” lub “geograficzna logika”, gdyż rozmaite kategorie przestrzenne są względne np. kierunkowa orientacja, dystans itp. W rozważaniach geopolitycznych należy uwzględniać rozmaite, względne skale i wymiary, brać pod uwagę różnorodność przestrzennych faktów i relacji, rozumieć, że postrzeganie i działanie łączy się ze „stopniowaniem wymiarów” – od lokalnych poprzez państwowo-terytorialne i kontynentalne do globalnych. Sandner uważa, że nowa geopolityka nie może ślepo naśladować dawnych koncepcji geopolitycznych i w większym stopniu uwzględniać musi ludzkie działania i tożsamości, które „grają” na przestrzennej arenie. Czołowy przedstawiciel nowej geopolityki francuskiej Yves Lacoste apeluje o nową, szerszą koncepcję geopolityki. Uważa, że chociaż w ostatnich latach geopolityka trafiła nawet do mass-mediów, to nadal nie rozumie się właściwie tego pojęcia. Lacoste twierdzi, że geopolityka winna skupiać swa uwagę na terytorialnych rywalizacjach pomiędzy państwami. Przy analizie tych geopolitycznych rywalizacji trzeba uwzględniać historię, gdyż należy właściwie ocenić „historyczne prawa”, na które powołuje się dane państwo żądające jakiegoś terytorium lub pragnące je utrzymać. Należy przy tym zważać na fakt, iż w każdym geopolitycznym konflikcie każda z zaangażowanych weń stron posiada własną wersję historii służącą jej do legitymizacji jej roszczeń i działań. Oprócz historii drugim filarem geopolityki jest oczywiście geografia. Analiza geopolityczna ma za zadanie wykazywać, że obok konkurencji ideologicznej i gospodarczej istnieje również rywalizacja w odniesieniu do terytorium. Dalej pisze Lacoste o przyczynach, dla których po 1945 roku geopolityka uznana została za naukę „nazistowską”. Fakt wykorzystania przez narodowych socjalistów geopolityki (która przecież rozwijała się przed 1933 rokiem) nie był wcale główną przyczyną obłożenia geopolityki klątwą trwającą kilka dziesięcioleci (choć układ jałtański i rywalizacja bloków były również fenomenami geopolitycznymi). Zasadniczą przyczyną było to, że zarówno przywódcy ZSRR, jak i USA nie chcieli przypominać o terytorialnych sporach, które wcześniej toczyły państwa należące teraz do tego samego bloku (Węgry – Rumunia, Francja – Niemcy). Te geopolityczne spory miały zostać uznane za raz na zawsze przezwyciężone i zapomniane. I to głównie z tego powodu nie wolno było mówić o geopolityce. W latach 1979-80 pojęcie “geopolityki” pojawiło się znowu w debatach publicznych – najpierw przy okazji konfliktu o deltę Mekongu między Kambodżą i Wietnamem, a potem przy okazji wojny iracko-irańskiej. I wreszcie po 1989 roku, czyli po upadku ZSRR i rozpadzie Jugosławii, kiedy to wybuchły nowe konflikty terytorialne.
Peter J. Taylor w artykule „Geopolityczne porządki światowe” pisze, że potrzebna jest analiza geopolityczna, która interpretuje „porządki światowe” jako względnie stabilne podziały władzy politycznej w skali globalnej. Autor przypomina tezy Mackindera, które istotne są nie tyle ze względu na swą treść, gdyż prognozy brytyjskiego geopolityka nie w pełni się sprawdziły, ale ze względu na sposób czy też metodę analizy geograficzno-historycznych faktów. Geopolityka Mackindera jest czymś analogicznym do koncepcji „długiego trwania” w historii sformułowanej przez Fernanda Braudela. W przeciwieństwie do długookresowej perspektywy tradycyjnej geopolityki historia stosunków międzynarodowych koncentrowała się na wydarzeniach (wojny, układy międzypaństwowe itp.). To właśnie przeciw takiemu ujęciu zgłosił protest Braudel, który uznał, że trzeba wyjść poza operujący krótkookresową perspektywą “eventism”. Oprócz „długiego trwania” Braudel wprowadził kategorię “średniego trwania” odnoszącą się do trendów i cyklów historycznych. I to na poziomie „średniego trwania” umieścić należy geopolityczne porządki światowe – pomiędzy epokami i pojedynczymi wydarzeniami. Taylor przedstawia dalej swoją koncepcję cyklów hegemonialnych w XX wieku łącząc ją z koncepcją cyklów gospodarczych Kondratieffa. Odwołuje się również do analizy „kodów geopolitycznych”, czyli sposobów, w jaki rządzący postrzegają dystrybucję władzy poza granicami własnego kraju. Po zdefiniowaniu własnego interesu narodowego rządzący oceniają inne państwa według tego, czy pomagają one czy też przeszkadzają w realizowaniu tego interesu. Istnieje relatywna ciągłość kodów geopolitycznych, której nie przerywają zmiany ekip rządowych, gdyż interes narodowy nie może być dowolnie przesuwany w tę czy w tamtą stronę. Identyfikacja “wroga” i „sojusznika” jest tylko wówczas sensowna, jeśli wykazuje pewien stopień permanencji. Definicja interesu narodowego i związany z nią kod geopolityczny nie mogą być zredukowane do politycznej piłki, jak to jest w przypadku problemów wewnątrzpolitycznych. Ten stan rzeczy znajduje swój wyraz w określeniu „high politics” oznaczającym coś, co stoi ponad partyjnymi sporami. Jednakże wiek XX różni się od wieków wcześniejszych, kiedy to „high politics” była domeną monarchy i jego doradców. Już w początkach stulecia Winston Churchill widział jak niebezpieczna jest demokratyzacja polityki zagranicznej sprawiająca, że kody geopolityczne tracą swoją elastyczność a politycy są bardziej skrępowani w okresach politycznych napięć.
Geopolityczny kod rekonstruować można na podstawie praktycznej polityki zagranicznej. Alianse, luźne porozumienia, bazy zamorskie, kwestie statusu dyplomatycznego, podróże polityków, dyplomatyczne konflikty, zachowania podczas głosowań w organizacjach międzynarodowych, liczba odwołań do jakiegoś państwa czy terytorium w przemówieniach polityków i oświadczeniach rządowych itp. pomagają zrekonstruować określony kod geopolityczny. Najprawdopodobniej najważniejszym źródłem informacji o kodzie geopolitycznym danego państwa są plany sztabów generalnych, ponieważ w wojennych scenariuszach nie ma miejsca na dyplomatyczne dwuznaczności, gdy chodzi o to, do kogo strzelać a do kogo nie. Wartość jednego państwa dla drugiego państwa spada wraz z rosnącą między nimi odległością, choć obserwować można w tym względzie całą gamę możliwości. Dla wszystkich państw sąsiedzi są zawsze najważniejszym składnikiem ich kodu geopolitycznego czy to jako sojusznicy, czy to jako wrogowie. Zarówno pokojowe interakcje (np. handel) jak i wojny występują najczęściej pomiędzy sąsiednimi państwami. Stąd każde państwo ma swój lokalny kod polityczny. Dla większości państw, a mianowicie tych mniejszych, sytuacja lokalna warunkuje prawie całkowicie ich praktyczne działania. Dla państw średnich i dużych dziedzina własnych interesów jest szersza i obejmuje wymiary regionalne. Mocarstwa regionalne na całym świecie zawsze definiują swoje interesy szerzej niż własne granice. W końcu istnieją mocarstwa światowe, których kody obejmują cały glob. Rządy tych mocarstw rozpatrują wszystkie wydarzenia na świecie ze względu na ich możliwe znaczenie dla własnych narodowych interesów.
Trzystopniowa hierarchia kodów geopolitycznych definiuje także relacje pomiędzy kodami. Ujmując rzecz w uproszczeniu, lokalne kody małych państw muszą pasować do kodów regionalnych państw średnich i dużych a te z kolei pasować muszą do globalnych kodów mocarstw światowych Koncepcja geopolitycznych porządków światowych wychodzi jednak od faktu, że geograficzna organizacji władzy na świecie jest czymś więcej niż agregatem kodów. Jest ona czymś więcej niż sumą poszczególnych części. Ponad każdym, indywidualnym kodem geopolitycznym stoi, niezależnie od tego jak potężne jest państwo, pewien porządek geopolityczny, który określa bazowe parametry polityki międzynarodowej w określonym przedziale czasu. Takie porządki tworzą relatywnie stabilne konstelacje geograficznego podziału władzy w pewnych okresach. Wówczas kody geopolityczne są akceptowane przez większość – niekoniecznie przez wszystkie – państw jako definitywne parametry ładu. Geopolityczne porządki światowe podlegają jednak zmianom, gdyż różny jest stopień dopasowania się do nich, jakiego żąda się od państw. Ostatni z takich porządków czyli tzw. zimna wojna był stabilny a podstawą tej stabilności było rygorystyczne trzymanie się antagonistycznego systemu sojuszy. Poprzednie porządki światowe były bardziej elastyczne, choć bez trudu dostrzec można ówczesną globalną strukturę władzy. Jednakże wszystkie geopolityczne porządki światowe mogą inkorporować kody, które są z nimi sprzeczne będąc reliktami starego porządku światowego lub stanowiąc próbę podważenia aktualnego porządku i zastąpienia go nowym. Na przykład Hiszpania i Portugalia kontynuowały po 1945 roku jeszcze przez 20 lat politykę wywodzącą się kolonializmu okresu przedwojennego, chociaż tego typu polityka została zdelegitymizowana przez zimną wojnę. Inne państwa, na przykład Indie, stawiały opór naciskowi dwubiegunowego systemu zimnej wojny inicjując ruch państw niezaangażowanych, aby w ten sposób zamanifestować swoją niezależność od dominującego porządku. Trzeba zaznaczyć, że nie była to polityka neutralności, jaką praktykowało kilka mniejszych państw europejskich. Neutralność jest z natury rzeczy polityką, która wyrasta z lokalnego kodu geopolitycznego będąc strategią wobec silniejszych sąsiadów. Natomiast „polityka niezaangażowania” była strategią globalną, polityką naruszającą zasady geopolitycznego porządku światowego zimnej wojny i stanowiącą dla niego wyzwaniu. Poprzez odrzucenie alternatywy Wschód–Zachód państwa „niezaangażowane” definiowały się jako Południe próbując w ten sposób „przekręcić” geograficzną oś globalnych stosunków władzy z kierunku Wschód–Zachód na kierunek Północ–Południe. Jednak to się nie udało i porządek Wschód–Zachód dominował do końca zimnej wojny.
W dalszym ciągu swojego artykułu dokonuje Taylor periodyzacji XX wieku według geopolitycznych porządków światowych. Z geopolitycznego punktu widzenia nasze stulecie to dwa porządki światowe oddzielone od siebie poprzez relatywnie krótkie okresy przejściowe, kiedy obalone zostały podstawy, na których opierał się globalny podział władzy. Możemy wyróżnić trzy takie okresy przejściowe: 1904–1907, 1945–1946, 1989–1991. Stanowią one ramy dla dwóch porządków światowych, które określić możemy jako geopolityczny porządek światowy następstwa po imperium brytyjskim i geopolityczny porządek światowy zimnej wojny. Według Taylora przejście od porządku światowego, w którym rolę hegemona odegrała Wielka Brytania do nowego porządku nastąpiło w latach 1904–1907. Następuje dezintegracja hegemonii brytyjskiej, a globalną próżnię polityczną wypełniają Niemcy i Stany Zjednoczone, które wchodzą na miejsce Wielkiej Brytanii jako potęgi światowe. Dwie wojny światowe są wojnami o schedę po imperium brytyjskim, przy czym w rzeczywistości chodzi o jedną wojnę trzydziestoletnią a Wersal jest tylko zawieszeniem broni. Stany Zjednoczone stają się hegemonem światowym, ale wyzwanie rzuca im Związek Sowiecki i następuje przejście do geopolitycznego porządku światowego zimnej wojny, który wchodzi w fazę transformacji w latach 1989-1991. Obecnie zaczyna się kształtować nowy porządek światowy oparty na nowych podstawach geopolitycznych. Wraz z upadkiem ZSRR powstała polityczna próżnia, która stworzyła pole dla nowego porządku, który zwykle kojarzony jest z hegemonią USA. Ale sprawa nie przedstawia się tak prosto. Zimna wojna nie zostanie zastąpiona przez Pax Americana, gdyż Stany Zjednoczone nie mają dość środków, aby sprostać takiemu zadaniu. Nie oznacza to, że można mówić o końcu amerykańskiego supermocarstwa. USA nadal pozostają najpotężniejszym państwem świata i głównym mocarstwem gospodarczym. Możemy jedynie snuć prognozy, jak będzie wyglądał światowy porządek geopolityczny po zimnej wojnie. Pierwszy, wielki kryzys międzynarodowy po okresie zimnej wojny – inwazja Kuwejtu przez Irak i wojna przeciw Irakowi wskazuje na to, że będzie to zarówno „koncert”, jak i rywalizacja mocarstw. ONZ stała się obecnie instrumentem w rękach mocarstw, co oznacza powrót do założeń z 1945 roku. W odróżnieniu do lat 70-tych, kiedy scenę zdominowało Zgromadzenie Ogólne, obecnie Rada Bezpieczeństwa skupia władzę w swoim ręku. 5 stałych członków Rady Bezpieczeństwa działa w koncercie jako obrońcy status quo. Drugim, komplementarnym instrumentem jest tzw. Grupa G-7, w skład której wchodzą czołowe potęgi gospodarcze. Ale właśnie na płaszczyźnie gospodarczej narasta rywalizacja między mocarstwami, która doprowadzić może do nowego globalnego porządku: USA i Japonia jako liderzy bloku pacyficznego przeciw “Wielkiej Europie” obejmującej także Rosję, Bliski Wschód i Afrykę. Taki układ geopolityczny zachowuje dwubiegunowość, ale stawia na głowie strukturę sojuszy z okresu zimnej wojny. Przeciw takiemu układowi nie będzie już działał blok państw niezaangażowanych. Wyzwaniem dla niego mógłby być tylko świat islamu. Z punktu widzenia geopolitycznego naprzeciw centrum Północy na Światowej Wyspie stałby południowy półksiężyc rozciągający się od Maroka na zachodzie po Indonezję na wschodzie. Byłoby wielką ironią historii gdyby najsłynniejszy ze wszystkich modeli geopolitycznych, model Mackindera, w ostatecznym rozrachunku zachował swoją ważność.
W kolejnym artykule Hans Adolf Jacobsen docieka, jaką rolę odgrywała geopolityka w myśleniu i działaniu niemieckich elit politycznych. Pisze m.in., że geopolityka nie ma nic wspólnego z geograficznym determinizmem, lecz ukazuje jedynie nie dające się usunąć wyzwania, jakie przed każdym państwem stawia geograficzne otoczenie, na które każde państwo musi reagować uwzględniając wzajemne oddziaływanie formy politycznej i geograficznego środowiska. Jacobsen analizuje również związki czołowego geopolityka niemieckiego Karla Haushofera z narodowym socjalizmem. Nie może ulegać wątpliwości, że istniały istotne różnice pomiędzy poglądami Haushofera a ideologią narodowosocjalistyczną. Jednak nie można też zaprzeczyć, że w latach 1933-40 Haushofer swoimi wypowiedziami i komentarzami sprawiał wrażenie, że prowadzona przez reżim polityka pozostaje w zgodzie z jego geopolitycznymi teoriami i prognozami. Jednak, co bardzo ważne, Haushofer jako konserwatysta myślał raczej w kategoriach tradycyjnej, imperialnej polityki siły i obce mu były hasła rewolucyjnej walki narodowych socjalistów z żydostwem i marksizmem. Celem Haushofera było odbudowanie Rzeszy Wielkoniemieckiej a nie Wielkogermańskiej Rzeszy czy rasowego Nowego Ładu na kontynencie europejskim. Po 1939 roku Haushofer jest zdeprymowany rozwojem wydarzeń i zwycięstwem „mechanicznych sił”. Haushofer nie chciał ani panowania bagnetów w Europie, ani asymilacji obcych grup etnicznych, ani wojny ze Związkiem Sowieckim, która niweczyła jego koncepcję sojuszu Niemcy-Rosja-Japonia. Jacobsen uważa, że klęska Niemiec w 1945 roku spowodowana była przede wszystkim tym, że kierownictwo Rzeszy postawiło przed Wehrmachtem niewykonalne zadania. Przestrzeń, zasoby, potencjały zostały całkowicie źle oszacowane przez narodowosocjalistycznych polityków. Innymi słowy, gdyby kierownictwo Rzeszy słuchało tego, co mówili geopolitycy, to być może nie doprowadziłoby swojego państwa do upadku.
Rainer Sprengel w artykule „Ziemia i morze” szkicuje historię dyskusji na temat przeciwstawień “ziemia – morze” i „mocarstwa lądowe – mocarstwa morskie”, które należały do zasadniczych motywów w klasycznym dyskursie geopolitycznym szczególnie w Niemczech, ponieważ opisywały położenie i geopolityczne opcje tego państwa. Szwedzki geopolityk Rudolf Kjellen pisał, że podbój oceanów oznaczał przerwanie izolacji pomiędzy kontynentami i początek epoki planetarnej. Na morzach i oceanach dominowała Anglia, której tę dominację umożliwiała równowaga sił na kontynencie europejskim. Niemieccy geopolitycy uważali, że Anglia ze względu na swe położenie była predestynowana do panowania nad światem. Natomiast Niemcy mogą być potęgą europejską, ale obiektywnie rzecz rozpatrując, nie są w stanie panować nad światem. Sprengel przypomina dyskusje pomiędzy dwoma nurtami w geopolityce niemieckiej – między „planetarystami” , którzy uważali, że Niemcy największą uwagę powinni przywiązywać do Europy Atlantyckiej i „pacyfistami” uważającymi, że Niemcy powinny swą uwagę kierować na wschód. Dla „pacyfistów” Niemcy były „zachodnią końcówką nerwową Euroazji” i dzięki temu miały łączność z tym, co dzieje się na Pacyfiku. W dyskursie geopolitycznym przeciwstawienie „ziemia – morze” odnosiło się również do różnic zasad politycznych. Rudolf Kjellen uważał, że morskiemu charakterowi państwa odpowiada zasada handlu a charakterowi kontynentalnemu – pryncyp wojskowy. Państwem morskim w czystej formie była dla niego Anglia, a lądowym – Rosja. Francja i Niemcy to państwa „mieszane”. Harmonijną syntezą “morskości” i „kontynentalności” był starożytny Rzym. Chociaż „morskość” państwa łączono z handlem a „kontynentalność” z zasadą militarną, to nie oznaczało to, że „morskość” znaczyła „pokój”. Z geopolitycznego punktu widzenia były to dwie strategie zdobywania i utrzymywania władzy. Pokój nie jest żadną wartością samą w sobie, ale ma wartość funkcjonalną w walce politycznej. Dalej rekonstruuje Sprengel „ziemię” i „morze” jako podstawy ontologii kulturalnej i państwowej.
W sumie jest to jeden z bardziej interesujących tekstów omawianego numeru. Warto przytoczyć za Sprengelem zabawny fakt z dziejów Wielkiej Brytanii. Kiedy w zeszłym stuleciu zdarzyło się, że Boliwijczycy wygnali z kraju angielskiego posła, rozsierdzona królowa Wiktoria nakazała wysłanie do Boliwii okrętu wojennego. Wówczas Disraeli wyjaśnił jej, że nie jest to takie proste, gdyż Boliwia nie ma dostępu do morza. Królowa rozwiązała problem za pomocą symulacji politycznej: rozkazała, żeby odtąd na urzędowych mapach brytyjskich Boliwia zaznaczana była jako biała plama. Poza tym w numerze znajdziemy dwa artykuły polskich autorów: prof. Anna Wolff-Powęska pisze o szansach i zagrożeniach wynikających z centralnego położenia Niemiec w Europie, a prof. Antoni Czubiński o geopolityce w polskim dyskursie politycznym XIX i XX wieku. W dziale recenzji i komunikatów E. Sur z francuskiego czasopisma geopolitycznego „Herodote” przedstawia rozwój geopolityki francuskiej w ostatnich kilkunastu latach, W. Boege pisze o książce E. Wallersteina „Geopolityka i geokultura”, Mathias Schmoeckel o książce M. A.Zoecklera „Teoria wielkiego obszaru”, a W. Wallraff o książce F. Ebelinga „Karl Haushofer i jego nauka o przestrzeni 1918-1945”. Poza tym E. Crome relacjonuje przebieg konferencji geopolitycznej w Hanowerze a Rainer Sprengel takiej samej konferencji w Bonn, w której wzięli udział geopolitycy francuscy, aby niemieckiej publiczności zaprezentować najnowsze osiągnięcia badawcze geopolityki francuskiej. Bońska konferencja odbywała się pod hasłem „O nową analizę geopolityczną: naród i terytorium”. Podsumowując można stwierdzić, że ten numer „WeltTrends” mimo ogólnego lewicowego „zboczenia” przynosi bardzo dużo interesujących materiałów i w pełni zasługuje na swoją nazwę.
W numerze 5 „WeltTrends” kontynuują tematykę geopolityczną zamieszczając m. in. bardzo ciekawy artykuł „Geopolityka i świat współczesny” autorstwa prof. E. Pozdnjakowa z moskiewskiego Instytutu Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych. Pisze on m.in., że nowej aktualności nabierają myśli geopolityków na temat granic i sporów terytorialnych w czasach, gdy po upadku Związku Sowieckiego na nowo wybuchły konflikty terytorialne. Pozdnjakow przywołuje również koncepcję Macindera i pisze, że Euroazja nadal pozostaje w centrum uwagi geopolityków. Po 1945 roku na arenę światowej polityki wkroczyła nowa siła o globalnych wymiarach – Stany Zjednoczone. Stanowiły one, jako typ władzy nakierowany na oceany, pełną przeciwwagę dla euroazjatyckiego „serca lądu”. Odpowiadało to geopolitycznej wizji starcia potęgi morskiej i potęgi lądowej o władzę nad światem. Nicholas Spykman przewidział przyszłą rolę USA przesuwając oś historii z mackinderowskiego „serca lądu” do strefy brzegowej (Rimland), która opasywała „serce lądu” od wschodu, zachodu i południa wzdłuż wielkich szlaków morskich. Rimland z punktu widzenia geostrategii trudno kontrolować z „serca lądu”, ale łatwo opanować, jeśli się jest potęgą morską o rozmiarach USA. I po 1945 roku tylko USA były zdolne kontrolować Rimland. Jest rzeczą oczywistą, że trzy wielkie przestrzenie w sensie geopolitycznym tzn. oceany, strefa brzegowa (Rimland) i „serce lądu” są wysokim stopniu od siebie zależne, dlatego zmiany geopolityczne w jednej wielkiej przestrzeni pociągną za sobą zmiany w dwóch pozostałych. Po rozpadzie dawnego porządku w Europie Wschodniej i Związku Sowieckim Stany Zjednoczone usiłują wykorzystać tę sytuację, aby zrealizować cele geostrategiczne, które wcześniej były niemożliwe do zrealizowania. W okresie Zimnej Wojny i dwubiegunowego świata USA wraz z sojusznikami musiały w polu grawitacyjnym Zachodu utrzymywać euroazjatycką strefę brzegową, aby w ten sposób ograniczać wpływy sowieckie do euroazjatyckiego “serca lądu”. Po burzliwych przemianach ostatnich lat Stany Zjednoczone mają rzadką okazję, aby włączyć się w sprawy regionu i euroazjatyckiego i kontrolować jego rozwój we własnym interesie. W sposób oczywisty do najważniejszych celów geopolitycznych Ameryki należy rozbicie raz na zawsze euroazjatyckiego, geostrategicznego monolitu i niedopuszczenie do tego, aby kiedykolwiek jakakolwiek potęga (a szczególnie Rosja) zdominowała Euroazję. Polityka amerykańska otwarcie lub skrycie rozgrywa konflikty między Rosją i Ukrainą, Kazachstanem i innymi byłymi republikami sowieckimi postępując według starej zasady utrzymania równowagi: popieraj słabszego, aby żadna ze stron nie osiągnęła przewagi. W dalszej części artykułu Pozdnjakow zajmuje się Niemcami, które ze względu na swoje centralne położenie w Europie były rozdarte w swoich opcjach geopolitycznych: raz ku Zachodowi, innym razem znów ku Wschodowi. Geopolitycznie Niemcy są, jak zauważył Saul Dohen, „znakiem zapytania Europy”. Ten znak zapytania zniknął po II wojnie światowej, by pojawić się znowu po zimnej wojnie w wyniku zjednoczenia. Z geopolitycznego punktu widzenia podział Niemiec jawił się wielu jako optymalne rozwiązanie. Linia dzieląca Niemcy funkcjonowała prawie 50 lat jako tama dla geopolitycznej burzy nad Euroazją. Ta tama teraz pękła i to nie z powodu zewnętrznego nacisku, lecz w wyniku wewnętrznych napięć. To była główna przyczyna, dla której ani Wschód, ani Zachód nie zaryzykowały wojny, aby zapobiec zjednoczeniu Niemiec. Ale pęknięcie tamy wyzwoliło wojenny potencjał, co wyraziło się w konfliktach terytorialnych i militarnych. Pomiędzy Europą Zachodnią wraz ze zjednoczonymi Niemcami a pomniejszoną Rosją powstała znowu szeroka strefa niestabilności, do której wchodzą teraz dodatkowo Ukraina, Białoruś i Mołdawia. Według Pozdnjaka Europa, pod względem geopolitycznym, powróciła do swoich najgorszych czasów. Obecna sytuacja przypomina przeszłe okresy. Charakteryzują ją ogólna geopolityczna niestabilność w wielkich przestrzeniach b. ZSRR i osłabienie Rosji jako przeciwwagi dla Niemiec. Równowaga pomiędzy oboma państwami była zawsze czynnikiem europejskiej stabilizacji. Na razie Niemcy zajęte są „trawieniem” b. NRD, ale z czasem staną się wielkim centrum grawitacyjnym w Europie, które pozostawi w tyle Anglię i Francję. Relacje sił w Europie ulegną przesunięciu, co w końcu doprowadzi do nowej europejskiej równowagi w tradycyjnych formach europejskiej polityki, w koalicjach i sojuszach. Wiele będzie zależeć od tego, jak będą się kształtować stosunki między Niemcami a Rosją. Pozdnjakow kończy swój artykuł rozważaniami na temat europejskiej integracji. Do 1989 roku zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie następowały procesy integracyjne. Wraz z ZSRR błyskawicznie rozpadła się integracja na Wschodzie. Ale w dzisiejszym świecie takie procesy nie zachodzą w izolacji, lecz oddziałują na siebie – „umarli chwytają w swe objęcia żywych”. Martwa RWPG zaraziła jeszcze żywą Wspólnotę Europejską, dezintegracja na Wschodzie Europy wywoła analogiczne procesy na Zachodzie. Pod względem geopolitycznym wraz ze zjednoczeniem Niemiec, upadkiem “światowego systemu socjalistycznego” i rozpadem ZSRR dzwony biją również dla Unii Europejskiej. Nominalnie żyje ona jeszcze, ale jest to życie jadącej lokomotywy, której silniki zostały wyłączone. Europejska integracja umarła de facto wraz z rozpadem ZSRR i tylko krótkowzroczni politycy mogą w nią jeszcze naiwnie wierzyć. Tu nie pomogą referenda, oświadczenia i wyznania wiary. W Europie jak i w całej Euroazji powstała zasadniczo nowa konstelacja geopolityczna, w której nie ma miejsca ani na wschodnią, ani na zachodnią integrację. Przyszłość przyniesie tylko nasilenie tendencji dezintegracyjnych. Cegły budowli rozlecą się na wszystkie strony. Jeśli Rosja utraci swoją rolę jako czynnik równowagi globalnej, to światu grozi globalny geopolityczny kolaps. Rosja zajmująca wielką część serca lądu, nie spełni swej roli, jeśli rozpadnie się na małe „księstwa”. Jeśliby tak się stało, to Rosja wejdzie w stadium geopolitycznej nierównowagi, która jak fale rozszerzy się we wszystkich kierunkach, wprawi w stan nierównowagi a nawet chaosu otoczenie Rosji.
MITTEILUNGSBLATT DER PRIESTERBRUDERSCHAFT ST. PIUS X.
Czy męczennicy byli nietolerancyjni? Zastanawia się w swoim artykule O. Markus Heggenberger. Autor analizuje treść pojęcia tolerancji, która w przedsoborowym nauczaniu polegała na przyjęciu do wiadomości faktu istnienia innych obcych religii i na znalezieniu z ich wyznawcami pokojowego modus vivendi bez jakichkolwiek form akceptacji ich nauki. W dobie posoborowej pojęcie to zostało rozdęte i jednocześnie wypłukane z treści. Tolerancja polega dzisiaj na tym, że we własnej ojczyźnie trzeba nie tylko znosić każdą inną kulturę lub religię, ale wręcz ją wspierać. Tak więc dawne znaczenie tolerancji, jako cierpliwe znoszenie czegoś obcego, według nowoczesnych reguł oznacza prawie dyskryminację. Terminy nietolerancja i fundamentalizm służą dzisiaj za maczugi, którymi chce się rozbić każde ożywienie tradycyjnego ducha wiary katolickiej. Ten kto wierzy tylko we własną prawdę z wykluczeniem „innych prawd” jest od razu stawiany w jednym szeregu z nazistami i gwardią Chomeiniego. Wszelako historia zna przykłady, gdy pod panowaniem katolickiego monarchy, jak to miało miejsce w monarchii Habsburgów, różne narody współżyły ze sobą pokojowo. Muzułmańscy Bośniacy mieli w c.k. armii własne oddziały z własnymi oficerami i zagwarantowaną tolerancję religijną.
26. 07. 94 r. kardynał Ratzinger wygłosił w Regensburgu wykład o stosunku Kościoła do innych religii. Bawarska prasa relacjonowała pogląd Jego Eminencji, że wszystkie warianty dialogu mogłyby się przyczynić do dzieła pojednania światowych religii, zaś Kościół Katolicki nie ma zamiaru nawracać członków innych wyznań. „My respektujemy religię drugiego człowieka”. Nie jest zadaniem Prefekta Kongregacji Nauki Wiary, pisze o. Heggenberger, tak dalece respektować inne religie, aby rezygnować z dzieła misyjnego. Jak się to ma do słów Chrystusa: “Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. ” Mt (28,19)?
W zeszycie z października 1994 r. dr Józef Wilhelm zamieścił pierwszy artykuł z cyklu rozważań o rozumieniu pojęcia Kościoła przed i po Vaticanum II. Wszyscy znamy określenie Kościoła zawarte w Credo: „Wierzę w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół”. Szersze objaśnienie daje nam trzeci punkt przysięgi antymodernistycznej, wprowadzonej przez papieża Piusa X: „Wierzę, że Kościół, stróż i nauczyciel słowa objawionego, został bezpośrednio i wprost założony przez Samego prawdziwego i historycznego Chrystusa, a zbudował Go na Piotrze, księciu hierarchii apostolskiej i Jego na wieki następcach”. Pamiętamy naukę o Chrystusie jako Głowie Kościoła, który jest Jego ciałem. Znamy też obraz Kościoła jako Oblubienicy Chrystusa. Całe pokolenia wiernych, misjonarzy i kaznodziejów, wierzyły, że Kościół ze swymi sakramentami jest jedyną drogą, prowadzącą człowieka do zbawienia, zgodnie ze słowami: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Marek 16,16). W XX wieku doszło do zmiany obliczą i rozumienia samego Kościoła, bo jeśli zmienia się wiara, to zmienia się i Kościół. Proces ten nie dokonał się przez jedną noc, lecz miał swoje korzenie już w reformacji i dość długi okres przygotowawczy, w którym rozwinęła się krytyka biblijna i myślenie ewolucyjne. Okres pozytywizmu przyniósł racjonalizm i naturalizm z ich poglądem, że to czego nie ma w przyrodzie, czego nie można dotknąć ani zbadać, to po prostu nie istnieje, a więc Biblia informuje nie o faktach, lecz o mitach. Teoria demitologizacji zrodziła się w XIX-wiecznym protestantyzmie, a już w następnym stuleciu dołączyli do niej niektórzy katoliccy teologowie. Obecnie metoda historyczno-krytyczna weszła na stałe do katolickiej teologii. Następnie zrobiła karierę teoria ewolucji. Francuski jezuita o. Teilhard de Chardin głosił, że nie tylko Kosmos, człowiek i życie stale się rozwijają, lecz także Bóg, Chrystus i Kościół. Do tej teorii należy teza, że element duchowy rozwija się z cielesnego, stąd dla Teilharda, to co duchowe jest częścią natury, co oznacza przezwyciężenie dualizmu”. Miało to katastrofalne skutki dla myśli teologicznej XX wieku. Powstała „nowa teologia”, dla której metafizyka i tradycyjna myśl są przestarzałe, statyczne i bezowocne w obliczu ducha nowych czasów, do którego wiara i Kościół muszą się dostosowywać.
Kto założył Kościół, czyim jest on dziełem, Boga czy ludzi? Odpowiedź na to pytanie nie budziła kiedyś wątpliwości, szczególnie wobec słów Jezusa z Ewangelii św. Mateusza: “Ty jesteś Piotr (czyli Skała), i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (16,18). Jednak niedowiarkom to nie starczało i dlatego m.in. papież Pius X wprowadził przysięgę antymodernistyczną, zniesioną nota bene przez papieża Pawła VI w 1967 roku. Protestanci nie mówią o założeniu Kościoła, lecz o jego „powstaniu” po Wielkiej Nocy. Trzeba było jeszcze tylko osłabić wymowę powyższego cytatu i tu przyszła w sukurs metoda historyczno-krytyczna. Teolodzy orzekli, że Chrystus nigdy tych słów nie wypowiedział. Tezę tę powtarza nawet biskup Moguncji Karol Lehmann w swojej książce „Die Kirche”, powołując się na Hansa Künga, który w swej książce „Być chrześcijaninem” napisał: „Jezus za swego życia nie założył żadnego Kościoła”. Kardynał Ratzinger w swojej książce „Raport o stanie wiary” wypowiada się na ten temat nieco oględniej – ma on wrażenie, że pierwotne znaczenie rzeczywistości Kościoła zanika w milczeniu. Dzięki tezie, że Kościół powstawał stopniowo po śmierci Chrystusa, teologowie próbują uzasadnić, że jest on czysto ludzkim dziełem, że był on produktem tamtych czasów, skrojonym na miarę ówczesnych ludzi, a obecnie mamy inne czasy i Kościół musi być na nowo ukształtowany.
Teza o jedności świata naturalnego i nadprzyrodzonego znalazła zastosowanie w pracach i nauczaniu dwóch innych jezuickich teologów: Henryka de Lubac i Karola Rahnera. De Lubac objaśniał – świat nadprzyrodzony nie jest postawiony ponad naturą, nie jest żadną dodatkową łaską Boga, lecz nadprzyrodzoność jest zawarta w ludzkiej naturze i jest po prostu częścią składową człowieka. Poza tym Chrystus przez swoje Wcielenie zjednoczył się z całą ludzkością i tak wszyscy ludzie są połączeni z Chrystusem, a ludzkość i Kościół stanowią jedność. Podobnie Karol Rahner w swej „Teologii transcendentalnej” prezentuje pogląd, że człowiek sam z natury posiada zdolność przekraczania samego siebie i dojścia do Boga. Stąd każdy człowiek musi mieć szansę osiągnięcia zbawienia, którą uzyskuje dzięki temu, że każdej religijności jest przypisany moment łaski i każdemu człowiekowi jest udzielone nieznane mu powiązanie z Jezusem Chrystusem. Ludzie ci są “anonimowymi chrześcijanami” i nawet niechrześcijańska religia może stać się „anonimowym chrześcijaństwem”. Powyższe przykłady ilustrują jak daleko idące konsekwencje może przynieść zignorowanie tylko paru podstawowych prawd wiary.
Wstrząsającą wprost relację o spustoszeniach grożących zgromadzeniom zakonnym wskutek stosowania terapii „dynamiki grupowej” możemy przeczytać w listopadowym numerze „Mitteilungsblatt” z 1994 roku. Prof. dr William Coulson, amerykański psychoterapeuta dzieli się własnymi doświadczeniami z przeprowadzonych seminariów dynamiki grupowej w środowiskach katolickich zgromadzeń zakonnych. Te eksperymenty były prowadzone od lat 60-tych pod kierunkiem psychologa Karola Rogersa. Zachętą do tych praktyk było posoborowe stanowisko Kościoła, który zapragnął otworzyć się na świat, aby „wpuścić nieco świeżego powietrza”. Niestety, powstały po otwarciu okien przeciąg nie wyszedł wszystkim na dobre. Profesor Coulson pracował z siostrami ze zgromadzeń Niepokalanego Serca Maryi, Siostrami Miłosierdzia, Siostrami Opatrzności Bożej, z jezuitami i franciszkanami. Efekty były piorunujące. Najbardziej ucierpiało Zgromadzenie Niepokalanego Serca, po rocznym okresie seansów większość sióstr poprosiła o zwolnienie ich ze ślubów zakonnych, a po dalszym pół roku zgromadzenie po prostu się rozpadło, z 560 sióstr tylko dwadzieścia parę zdecydowało się żyć dalej jak zakonnice, lecz grupa ta utraciła status kanoniczny. Szkoła, którą prowadziły siostry „Immaculate Heart College”, została sprzedana. Owi podejrzani psychoterapeuci mają na sumieniu wiele decyzji porzucenia stanu duchownego, wina obciąża również tych, którzy uznali, że spowiednicy i kierownicy duchowi to za mało i do osób duchownych dopuścili postępowych macherów od leczenia świadomości i grzebania w podświadomości, jakich wychowały lewicowe amerykańskie uniwersytety. Nie może być dobrze, gdy zamiast do prawdziwego lekarza dusz, którym jest Chrystus obecny w sakramentach, udzielanych przez świątobliwych kapłanów, idzie się do psychiatry po właściwy „feeling”. Sam profesor Coulson nawrócił się zresztą ze złej drogi i jeździ po Stanach z wykładami o szkodliwości takiej psychoterapii dla katolików i o zagrożeniach dla stanu duchownego. Psychiatrzy stwierdzili bowiem, że światopogląd terapeuty i jego system wartości udziela się zawsze pacjentowi. Za każdą terapią stoi zawsze jakaś ideologia, a wielu twórców różnych metod dynamiki grupowej było marksistowskiej lub anarchistycznej proweniencji.
Mało wiemy na temat sytuacji katolików w byłej NRD. Obszerny artykuł na ten temat przynosi tegoroczny styczniowy numer biuletynu Bractwa św. Piusa X. Wschodnioniemiecki katolik nie jest niezrozumiałym Ossi, lecz jest nieznanym Ossi. Dawne diecezje w diasporze stały się terenami misyjnymi, nawet jeśli kurczenie się Kościoła nie jest potwierdzone przez hierarchię. Obecnie tylko jedna trzecia wschodnioniemieckiego społeczeństwa jest w ogóle ochrzczona, wliczając w to protestantów, którzy stanowią ledwie 27% ludności, a przecież wschodnie landy były zawsze twierdzami Lutra: Saksonia, Turyngia i dopiero potem Prusy. Katolicy stanowią łącznie 0,8% ludności wschodnich landów, a w Saksonii i Turyngii 1,1%. W latach 50-tych, po przyjęciu fali uciekinierów ze wschodu, 67% było ludności ewangelikami, a 15 % katolikami. Straty zaczęły się po 1961 roku wraz z wymianą pokoleń i owocami polityki laicyzacyjnej państwa. NRD zabiegała o uznanie międzynarodowe i musiała zezwolić przynajmniej na zewnętrzne przejawy życia Kościołów. Celem SED byty piękne kościoły na zewnątrz, ale w środku puste. Sekretarzem stanu d/s Kościołów był Klaus Gysi, ojciec Gregora znanego z PDS. Partii zależało na wbiciu klina między biskupów a kler oraz między wiernych, a duchowieństwo. Uciekano się do różnych metod, w tym do rozpowszechniania plotek o aferach miłosnych księży. Jednak efekt był przeciwny do zamierzonego – wierni silniej skupiali się wokół swych duszpasterzy. Biskupi katoliccy nie kolaborowali z systemem, nie brali udziału w farsach typu „Kirche im Sozialismus” (co robili protestanci) i są ze swej postawy dzisiaj dumni. Komuniści zabrali się za pranie mózgów młodego pokolenia, w czym zajęli z marszu miejsce nazistów. Szkoły wyznaniowe były nadal zamknięte od 1934 roku i brakowało księży do nauki religii w parafiach. Przez 55 lat, aż do roku 1989, młode pokolenia były wychowywane w duchu totalitaryzmu. To są prawie trzy generacje, z czego dwie ostatnie nie widziały łacińskiej Mszy św.
Sobór został przychylnie przyjęty przez władze SED. Pojawiało się więcej informacji o Kościele. Partyjni bonzowie, w razie choroby, chętnie leczyli się w nielicznych szpitalach będących jeszcze w rękach kościelnych, gdyż tam podchodzono do pacjenta w sposób nieznany już w państwowych lecznicach. Komuniści nie umieli obchodzić się z człowiekiem cierpiącym. System komunistyczny traktował człowieka nie jako jednostkę, lecz twór kolektywny, oceniany tylko według przydatności dla dobra wspólnego. Poza obszarem badawczym nauk przyrodniczych dla komunistów nic nie istniało. Całe szkolnictwo było w rękach partii, przez co nawet klerycy, jako absolwenci świeckich szkół, byli obciążeni światopoglądem naukowym w sensie podświadomie tkwiącej wiary w dialektykę, czy też w ideały humanizmu i rewolucji francuskiej, świeccy nawet nie spostrzegali, że idee te są sprzeczne z katolicyzmem. Myślenie kategoriami walki przeciwieństw, jako siły napędowej historii i samej natury, pokutuje w myśleniu wschodnich Niemców do dzisiaj. Nawet w książkach wydawanych przez koncesjonowane wydawnictwo St. Benno Verlag trafiały się passusy o świętych jako przedstawicielach swojej klasy.
Dość trwale zakorzenił się też pogląd, że człowiek jest z natury dobry, a tylko warunki życia czynią go złym. Nie będzie zła, gdy usunie się jego korzenie to jest biedę i wyzysk. Tezy te były zaczynem humanizmu, oświecenia, wolnomularstwa i New Age. System socjalistyczny zabezpieczał każdego od kołyski po grób, życie było spokojne i unormowane, chociaż nudne. U wielu pozostała nostalgia i stąd bierze się poparcie dla PDS, szczególnie w Prusach. Komunizm nastawił się na sprawy materialne i rozbudził w ludziach oczekiwania, a nawet chciwość, w końcu nie mógł spełnić tych oczekiwań i sam splajtował.
Sprostowanie: ks. biskup Bernard Fellay, nowy przełożony Bractwa św. Piusa X, nie jest Walijczykiem, jak podano w poprzednim numerze „Stańczyka”, lecz pochodzi ze szwajcarskiego kantonu Valais, czyli – spolszczając – jest Walejczykiem.
STANY ZJEDNOCZONE
CONSERVATIVE CHRONICLE
Bardzo przeciętne pismo oficjalnego, amerykańskiego konserwatyzmu, ale od czasu do czasu można w nim znaleźć coś interesującego. Trochę przykładów wybraliśmy z numerów opublikowanych w 1994 roku. W swym artykule „Powódź nielegalnych imigrantów zalewa Amerykę” Paul Harvey wspomina swe spotkanie sprzed 10 lat z urzędującym prezydentem R. Reaganem. Spotkanie odbywało się w znakomitej atmosferze do czasu, kiedy gospodarzowi Białego Domu nie zadano pytania o kwestię rozwiązania problemu nielegalnych imigrantów. Także i dziś, ubolewa autor, amerykańscy przywódcy nie znają odpowiedzi na to pytanie, a odbyte jakiś czas temu spotkanie kilku oficjeli rządowych z gubernatorami Kalifornii, Florydy, Illinois, Teksasu, Arizony i New Jersey, które najbardziej odczuwają ten narastający problem, zakończyło się tylko zdawkowymi obietnicami Clintona o lepszym wdrożeniu praw imigracyjnych, pomocy finansowej ze strony rządu federalnego oraz ulepszeniu systemu identyfikacji cudzoziemców naruszających prawo. P. Harvey ilustruje swój pesymizm danymi, z których wynika, że liczba mieszkańców stanu Floryda urodzonych poza USA potroiła się w ostatnich latach. Dla przykładu Kubańczycy, jeżeli tylko zdołają pokonać przestrzeń dzielącą ich od Stanów Zjednoczonych uzyskują automatycznie status uchodźców politycznych, a co za tym idzie, szereg świadczeń, a więc kartki na żywność, opiekę medyczną i edukację, wszystko rzecz jasna na koszt podatnika. Na ten cel stan Floryda wydatkował w ostatnim roku 2 miliardy $. Prezydent Clinton obiecywał swego czasu, iż NAFTA (North American Free Trade Agreement) stworzy w Ameryce Łacińskiej nowe miejsca pracy, a więc zredukuje imigrację. Tak się jednak nie stało. Artykuł kończy się konkluzją, iż stany redukujące świadczenia społeczne mają największą szansę zatamować imigrację, ale niestety nie usłyszy się na ten temat wiele podczas wyborów. Z kolei Pat Buchanan rozważa sytuację Haiti w tekście „Ażeby ratować Haiti, niszczymy Haiti”. Na początek wylicza kolejne amerykańskie ekspedycje wojskowe w krajach Ameryki Łacińskiej i przy okazji cytuje klasyka – prezydenta Wilsona, który kiedyś stwierdził: ‘Mam zamiar nauczyć południowoamerykańskie republiki jak wybierać dobrych ludzi”. Różnica pomiędzy tamtymi interwencjami jest taka, że o ile poprzednie rzeczywiście służyły obronie interesów USA – Kuba, Grenada, Dominikana, to tym razem wcale nie chodzi o interesy amerykańskie, lecz o „przywrócenie demokracji w osobie demagogicznego księdza, który zwykł celebrować cnotę „naszyjnikując” swych wrogów oponami nasączonymi benzyną i podpalając je”. Haiti, stwierdza Buchanan, to pierwsza ofiara zimnowojennej polityki zagranicznej „Demokratyzmu”, swoistego amerykańskiego odpowiednika „doktryny Breżniewa”. Pod amerykańską wersją doktryny Breżniewa żadnemu krajowi, który przeszedł od dyktatury do demokracji, nie pozwoli się powrócić do rządów autorytarnych. Ameryka, pisze autor, i jej bohaterscy sprzymierzeńcy, tacy jak Wenezuela, będą blokować, a w konieczności nawet zainterweniują, by przywrócić demokrację. W niektórych regionach Haiti, póki co, rezultat embarga to doprowadzenie wielu ludzi niemal do stanu śmierci głodowej. Podczas, gdy ks. Aristid, zwolniony ze swego ślubu kapłańskiego, wiedzie dostatnie życie w Georgetown, jego kraj umiera. Wskutek embarga na paliwa, ludność ścina drzewa na opał – Haiti jest pozbawiona lasów” – stwierdził pewien oficjel amerykański. „Za dwa do pięciu lat Haiti będzie pustynią”. Żebracy zapłacą – kończy Buchanan – za niepopieranie „Demokracji”.
„Konserwatyści winni wrócić do swych korzeni” – stwierdza Joseph Sobran, ubolewając nad stanem amerykańskiej prawicy. Jesteśmy otoczeni przez siły degeneratów. Sposobem w jaki można to zaobserwować, jest swoista stylistyka nadużywająca takich słów jak „nienormalny” i „degenerat”. A przecież nie oznaczają one wcale pruderii ani ograniczoności mówcy. Sądzę, pisze Sobran, iż epitafium XX wieku będzie brzmiało: „Tu leżą ofiary otwartości”. Konserwatyzm kiedyś, pisze dalej, oznaczał sprzeciw wobec Roosevelta, New Deal’u – gdyż New Deal był odejściem od amerykańskiej tradycji konstytucyjnej. W latach 60-tych Barry Goldwater nie bał się oskarżeń o „ekstremizm” i nie bał się oskarżać Civil Rights Act o niekonstytucyjność. W owych czasach konserwatyści nie wstydzili się mówić tego samego o Social Security (rodzaj amerykańskiego ZUS – przypis redakcji), prawach stanowych i sprzeciwie wobec monopoli. „Konserwatyści słusznie wyszydzają socjalistyczne cele jako utopię. Problem leży w tym, że doszli oni do uznawania swych własnych byłych celów za utopię i zgodnie z tym je porzucili. Szkoda, bo cele te są realizowalne naprawdę i już były zrealizowane. Ograniczony konstytucyjne rząd został już osiągnięty, jakkolwiek było to kruche osiągnięcie. Nawet teraz, nie jest absolutnie zgubiony. Może być on pokojowo przywrócony w każdej chwili, jeśli będzie tego chciało społeczeństwo”.
„Komunizm nie był jedynym bogiem, który przegrał” – pisze Pat Buchanan, przyjmując za punkt wyjścia książkę E. M. Jonesa . Tymi upadłymi bogami są kolejno: Freud, Keynes, Mead, Picasso i Marx. Marx znał osobiście tylko jednego proletariusza – swą pokojówkę, której nie płacił, a i wykorzystywał seksualnie. Mead, która twierdziła, że odkryła raj seksualny na zachodnim Pacyfiku, raj „bez grzechu pierworodnego” – była szarlatanką. Nie znała języka tubylców, a jej konkluzje badawcze pozostają w sprzeczności z późniejszymi opiniami antropologów. Samoańczycy cenili dziewictwo, monogamia zaś była dla nich normą; co do cudzołóstwa to karą zań była śmierć lub wykluczenie ze społeczności. Mead fałszowała dane, by usprawiedliwić swój własny promiskuityzm. Mimo, iż mężatka, żyła także i w związku z kobietą. Alfred Kinsey był oszustem, którego raport o zasięgu homoseksualizmu w powojennej Ameryce został sporządzony w oparciu o grupę dewiantów i więźniów, a raport o seksualnych reakcjach dzieci oparty był o zeznania pedofilów. Co do Freuda – miał on być wykorzystywany seksualnie przez własnego ojca, którego nazywał „zboczeńcem”; tenże Freud najprawdopodobniej zdradzał żonę ze szwagierką. „Freud wyświetlał ludzkości swą własną winę, a są i poważne dowody, że był szarlatanem i okultystą”. Co do Keynesa, który był homoseksualistą, fakt ten zdołali zdemaskować wcześni jego biografowie, jego niewiara w samopoświęcenie jednostki tłumaczy jego teorie, które “zmieniły demokracje zachodnie w fiskalne złomowiska”. Pod wszystkimi wspaniale brzmiącymi ideami, czuje się niesmaczny odór hipokryzji i zakłamania, a poniżej tego seksualny przymus maskowany jako zainteresowanie naukowe. „Nauka jest usprawiedliwieniem pozwalającym wychowawcom seksualnym opowiadać sprośne gadki w obecności dzieci bez obawy, że zostaną zwolnieni z pracy lub aresztowani”.
Z kolei Samuel Francis pisze w artykule “Clinton chce wyeksportować państwo socjalne” o planach prezydenta USA. Autor korzysta z terminu ukutego przez Paula Gootfrieda „państwo terapeutyczne” (Therapeutic State), co sprowadza się do tego, że elita rządząca postrzega zachowania społeczne jako chorobę i wyznacza samą siebie do tejże choroby wyleczenia, poprzez szczodre zastosowanie terapii w postaci państwowej inżynierii społecznej. Palenie jest chorobą – lekarstwem prohibicja, chorobą jest broń – terapią państwowa kontrola broni. Cała ta terapia rodzi wzrost władzy państwowej. A przecież demokracja to nie państwo socjalne, lecz system wybierania reprezentantów wedle standardów konstytucyjnych i organizowania opozycji względem posiadających władzę, gdy przestaną wykonywać to czego pragniemy. Rosja ma co prawda demokrację, lecz problemem są niewłaściwi ludzie, których wybrano – konkretnie Żyrynowski, a gdyby ten ostatni doszedł do władzy na pewno nie zbuduje państwa terapeutycznego. Stąd Rosja potrzebuje gigantycznej terapii, by się wyleczyć z Żyrynowskiego i nabrać nawyku wybierania właściwych osób. Nota bene podczas swej moskiewskiej wizyty Clinton i Gore obrażali i demaskowali Żyrynowskiego, z którym nie raczyli się nawet spotkać, mimo iż spotkali się ze wszystkimi przywódcami opozycji, włączywszy w to komunistów. Dla Clintona termin demokracja oznacza coś zupełnie innego – państwo terapeutyczne; tu leży sedno problemu. Czego pragną globodemokraci – światowego państwa terapeutycznego, a to dla Amerykanów oznacza wyższe koszty i więcej wojen.
„Jednoświatowizm obiecuje utratę suwerenności” – tytułuje swój artykuł Samuel Francis. Autor rozpoczyna od publikacji, która ukazała się w waszyngtońskim „Time” – „Narodziny globalnego narodu” autorstwa Strobe Talbotta zachwalającego ideę rządu światowego. „Założę się – pisze Talbot – że za kilka stuleci narodowość jaką znamy dziś będzie przestarzała, wszystkie państwa będą uznawały jedną globalną władzę”. Francis przypomina jednak, że idea rządu globalnego, która pojawiła się po II wojnie światowej cieszyła się tak kiepską reputacją, iż całkowicie zniknęła. Talbot, jak to celnie zauważa Francis, zdaje sobie z tego sprawę, toteż pisze on o federacji, unii państw, które przekażą pewne kompetencje rządowi centralnemu, zatrzymując wiele innych dla siebie. Ale jakie miałyby być przekazane, a jakie zachowane – tego Talbot nie mówi.
Joseph Sobran w artykule „Zapomnij proszę o tym, co mówią politycy” wspomina czasy, w których politycy byli oratorami, wzorując się na Demostenesie, Cyceronie czy Burke`u, których czytywali w szkole. Politycy ci nie tylko sami pisali swe przemówienia, lecz pragnęli unieśmiertelnienia swych oracji, pragnęli być nauczycielami przyszłych pokoleń. Całkiem inaczej niż dzisiaj. Politycy nie pragną pamiętania ich wypowiedzi, a raczej ich zapomnienia. Słowa wypowiadane są dla natychmiastowego efektu w mediach. Jest symptomatyczne, że badania opinii publicznej są dokonywane w kilka chwil po przemówieniu prezydenta, by uchwycić jego sukces w manipulowaniu publicznością, czyli masami.
Słowa Roosevelta obiecujące zrównoważony budżet, o Sądzie Najwyższym, trzymaniu „waszych chłopców” z dala „od zagranicznych wojen” nie miały długo żyć. Były czysto taktycznym i wyrażeniami, werbalnymi ekwiwalentami planowanego zanikania. Jego obrońcy dziś nie próbują nawet dowodzić, że ukrywał prawdę, gdyż jest oczywistym, iż kłamał. Twierdzą oni, że jego kłamstwa były dalekowzrocznym dowodem jego „przywództwa”. Ideałem demokracji jest znalezienie ludzi, którzy będą kłamać dla naszego własnego dobra. A może raczej demokracja oznacza teraz, że owce żyją iluzją wybierania swych własnych pasterzy? Symptomatyczne jest, iż termin „elokwentny” wyszedł całkowicie z użycia. Zamiast tego stosujemy „wygadany” (articulate), co oznacza bardziej łatwość w mówieniu, jak prawnik tłumaczący stanowisko jego klienta. “Zakaz palenia stawia nowych purytanów u władzy” – stwierdza Samuel Francis opisując perypetie amerykańskich palaczy. Dla przykładu w 32 miastach nie wolno palić praktycznie w żadnym miejscu pracy, a także w barach i restauracjach. Do tej listy należy dołączyć Departament Obrony, który zakazał palenia na terenach mu podległych od silosów pocisków nuklearnych do damskich toalet. A przecież – pisze autor – istnieje poważna liczba dowodów naukowych, iż pasywne palenie naprawdę nie jest bardzo niebezpieczne dla czyjegokolwiek zdrowia. A jeśli by nawet, to istnieją inne drogi jego uniknięcia niż zakazywanie palenia.
Phyllis Schafly opisuje niechęć amerykańskich korporacji do ujawniania beneficjentów ich dotacji. Na 250 przedsiębiorstw, tylko 22 zdecydowały się ujawnić dane dla potrzeb waszyngtońskiego Capital Research Center. Autorka nazywa to „konspiracją milczenia pomiędzy zarządami korporacji, a beneficjentami”. Ta polityka, gdyby została ujawniona, mogłaby się nie spodobać posiadaczom akcji. Wsparcie finansowe lewicy i prawicy reprezentuje proporcję jak 3,35:1, a wielkie korporacje chętniej wspierają lewicę i organizacje, które popierają wyższe opodatkowanie, powiększenie deficytu, kosztowne wydatki na opiekę społeczną i ochronę środowiska, czy większą kontrolę nad rodzinami i dziećmi. Innymi chętnie wspieranymi są grupy politycznej poprawności, zajmujące się „enviromentalizmem”, multikulturalizmem, feminizmem, kontrolą urodzin czy też internacjonalizmem. Dla przykładu korporacje medyczne przekazały duże sumy pieniędzy na rzecz organizacji wspierających „reformę służby zdrowia”.
THE JOURNAL OF HISTORICAL REVIEV
Kolejny numer interesującego „The Journal of Historical Review” (marzec/kwiecień 1994) przynosi rzeczową analizę powstania w warszawskim getcie pióra wybitnego przedstawiciela historycznej szkoły rewizjonistycznej, Roberta Faurissona „Powstanie w warszawskim getcie: insurekcja żydowska czy niemiecka operacja policyjna?”). Autor przypomina słowa wiceprezydenta USA Al Gore`a, wedle którego „historia warszawskiego getta jest świętym przesłaniem naszych czasów”, by stwierdzić, że owa historia jest w istocie legendą, jedynie w części opartą o historyczne fakty. Faurisson powołuje się m.in. na świadectwo dowódcy jednego z oddziałów w getcie, Marka Edelmana, który w wywiadzie dla francuskiego „Liberation” (18.04.1988 r.) stwierdził, że ‘powstanie nigdy nie miało miejsca (…) To nie my wybraliśmy dzień; uczynili to Niemcy, wkraczając do getta w poszukiwaniu resztek Żydów”. Tenże sam Edelman w wywiadzie dla austriackiego pisma “Profil” (19. 04. 1993 r.) stwierdził, że liczba Żydów, którzy chwycili wówczas za broń nigdy nie przekroczyła 220 (tymczasem szereg innych ocen mówi o 700, a nawet 2000 walczących), co stanowiło mniej niż 1% całej populacji getta. Pogląd i szacunki Edelmana potwierdził dowódca innego oddziału w getcie, Izaak Zuckerman, który (w opublikowanych w 12 lat po jego śmierci wspomnieniach: „A Surplus of Memory. Chronicle of the Warsaw Ghetto Uprising”, 1993 r.) w następujący sposób zdefiniował cele bojowników żydowskich: „Dla nas była to sprawa zorganizowania obrony, nie powstania. W powstaniu inicjatywa należy do powstańców. My zaś broniliśmy się; inicjatywa była całkowicie po stronie Niemców”. Trudno odmówić racji Faurissonowi, który stwierdza, że w świetle faktów całe zdarzenie powinno raczej nosić miano niemieckiej operacji policyjnej, niżeli powstania, czy insurekcji. Prawdziwe powstanie – dodaje autor – miało miejsce w sierpniu/październiku 1944 r., kiedy Polacy walczyli z taką odwagą, że Niemcy wyrazili zgodę na potraktowanie ich z pełnymi honorami wojskowymi, jako jeńców wojennych”, a nie jako terrorystów czy rebeliantów.
Francuski historyk wyjaśnia przyczyny i przebieg policyjnej akcji niemieckiej z kwietnia-maja 1943 r. Getto stanowiło „swoiste miasto w mieście”, administrowane przez Radę Żydowską (Judenrat) i żydowską policję, posiadające własną pocztę i więzienie. Tysiące robotników żydowskich pracowało w fabrykach i warsztatach w getcie, dostarczając Niemcom niezbędne w ich wojennym wysiłku produkty. Po pierwszym ataku lotniczym Sowietów z 21 sierpnia 1942 r. na terenie getta wybudowano schrony przeciwlotnicze: Niemcy dostarczyli Żydom cement i inne niezbędne surowce dla ich budowy. […] Tym niemniej na terenie getta działały liczebnie niewielkie, lecz uzbrojone oddziały, spośród których najważniejszym była Żydowska Organizacja Bojowa, która składała się głównie z dwudziestolatków. Do jej zadań należało podejmowanie akcji terrorystycznych przeciwko Radzie Żydowskiej, współpracującej z Niemcami policji żydowskiej, oraz Werkschutzowi (tj. ochronie fabryk i warsztatów). Wszelako głównym zadaniem ŻOB były: “sabotaż i terror-wymierzone przeciw wrogowi” (na ten temat: Izrael Gutman, The Jews ot Warsaw, 1939-1943: Ghetto, Underground, Revolt; 1982 r.). Bojownicy czerpali korzyści z intensywnego rozwoju przemysłu i handlu na terenie getta: likwidowali, bądź szantażowali kupców, porywali ich dzieci, brali zakładników spośród członków najbliższych ich rodzin, żądając okupu. Kupowali broń od żołnierzy stacjonujących z dala od linii frontu, w kipiącej nocnym życiem Warszawie. Getto stawało się miejscem coraz mniej bezpiecznym – nic tedy dziwnego, że Polacy wrogo odnosili się do panujących w nim porządków, a Niemcy uznali je za zagrożenie dla miasta, jako ważnego węzła kolejowego w systemie wojennym Rzeszy, ośrodka relokacji wojska na front wschodni. Dlatego też Himmler postanowił przenieść fabryki i ich pracowników w rejon Lublina, a getto zrównać z ziemią i zasadzić w jego miejsce park. Gdy bojownicy getta odrzucili niemieckie żądania jego likwidacji i przeniesienia jego mieszkańców – Niemcy zdecydowali się na operację policyjną, mającą na celu przymusowe ewakuowanie pozostałych w getcie Żydów, a rozpoczętą 19 kwietnia 1943 r. ewakuację getta zakończono po 28 dniach, używając do tego celu świec dymnych i dynamitu, za pomocą którego wysadzano w powietrze ewakuowane wcześniej schrony i baraki. Ogólna liczba pojmanych i zabitych w trakcie akcji Żydów wyniosła, zdaniem dowodzącego akcją pacyfikacji getta, gen. Stroopa, 56.065 osób.
Przebieg wydarzeń nie miał nic wspólnego z „apokaliptyczną rewoltą”: […] ogromna większość zabitych to przypadkowi cywile, którzy dostali się w krzyżowy ogień małych grupek żydowskich guerrillas i oddziałów niemieckich. Spora część odpowiedzialności za sprowokowanie operacji spada na żydowskich bojowników, którzy w obawie przed utratą „bazy ekonomicznej” i swobody ruchów na terenie getta, odrzucili żądanie ewakuacji.
W tym samym numerze „The Journal” na uwagę zasługuje obszerny wywiad z papieżem Nowej Prawicy, Alainem de Benoist, który definiuje i broni europejskiego dziedzictwa ( The „European New Right”: Defining and Defending Europe‘s Heritage). Uważny czytelnik dowie się, że tłumaczony na wiele języków mistrz filozoficznego eseju, nie został dotąd przełożony na angielski. Dlaczego? Może dlatego, że stawia on Europejczykom zasadnicze pytanie: „Jak możemy zachować i utrzymać naszą odmienność wobec kierowanego konsumeryzmem świata opartego na syntezie uniwersalizmu i egalitaryzmu, taniej polewki „Made in USA”; miękkiego, lecz ‘zdradzieckiego` totalitaryzmu niszczącego charakter jednostek i dziedzictwo narodów”? Niezwykle interesujący wywiad. Jest bowiem sporo racji w przekonaniu, że zasługą Nowej Prawicy było wskazanie prymatu kultury nad naturą i historii nad biologią i uczynienie z tej prawdy oręża w cywilizacyjnej krucjacie przeciwko totalitaryzmowi bez swastyki, bez sierpa i młota.
30 DAYS IN THE CHURCH AND IN THE WORLD
Na uwagę zasługuje wywiad, którego udzielił wydawanemu w Stanach katolickiemu, międzynarodowemu miesięcznikowi “30 Days in the Church and in the World” znany z łamów „Stańczyka” filozof polityki i religii, Tomasz Molnar. Pomimo, że minęło już sporo czasu od chwili jego opublikowania , rzecz nie traci na aktualności. Molnar, urodzony na Węgrzech, mieszkający od przeszło 40 lat w Ameryce, dzieli swój czas i pracę naukową między Stary Świat i swoją drugą ojczyznę. Dlatego mówi, że nosi w sobie „dwa odmienne punkty widzenia, jeden dla Europy, drugi dla Ameryki. Nadaje to szczególny wyraz temu, co usiłuję powiedzieć”, podkreśla. Molnar stwierdza „nadciągający i nieuchronny zmierzch sowietologii” i wzywa do tworzenia amerykanologii, nowej dziedziny nauk politycznych, która zajęłaby się ideologią amerykańską, będącą instrumentem i legitymacją światowej hegemonii Ameryki. Bez wnikliwej analizy amerykanologicznej „bieżąca polityka stanie się niezrozumiała” – konkluduje Molnar. Widzi on amerykanizm jako swoisty sposób na życie, w którym miejsce credo zajmuje wolny rynek i ostrzega „przed nowym typem człowieka, który rodzi się na naszych oczach”.
Na czym polega niebezpieczeństwo amerykanizmu? Po pierwsze, jest on programowym nadużyciem wolności, jej filozoficzną pragmatyzacją. Gdy ludzie myślą dzisiaj o wolności, „to oznacza to po prostu chęć urzeczywistnienia własnych marzeń”, sposób ich realizacji traci na znaczeniu. Amerykanizm nie zaprowadzi świata ku wolności, lecz wiara, że jest to możliwe, stanowi kolejną ideologiczną utopię. Dlatego, stwierdza Molnar, to co ludzie uważają za wolność „zostanie po raz kolejny w historii podeptane”, usunięte w cień, zmanipulowane. Drugą cechą amerykanizmu jest jego mesjanizm. Ameryka powstała przed dwoma wiekami, przypomina filozof, „nie jako kraj, bądź naród, lecz rodzaj zminiaturyzowanego modelu ludzkości”, koncept bardziej może religijny, niż polityczny. Dlatego właśnie Amerykanie „zawsze potrzebowali moralnego pretekstu dla wojen, które prowadzili”, a które zmieniali w krucjaty „przeciw kryminalistom, którzy zasługują na wyrok w Norymberdze”. Propagandowa patyna moralnego szantażu wybranego narodu amerykańskiego, skrywała rzeczywiste polityczne przesłanie Ameryki, że „świat wyłaniający się z czasów dualnej hegemonii Moskwy i Waszyngtonu, nie pozostanie światem bez pana: Ameryka ciągle jeszcze istnieje”. Molnar zauważa, że lepiej jest mieć dwóch panów, „ma się wówczas wrażenie, że machina, która chciałaby ukraść nasze dusze została rozłupana na dwie części. A dwaj złodzieje są lepsi, niż jeden – gdyż zaczynają się spierać nad podziałem łupu. Toteż, gdy mamy do czynienia z jednym panem, istnieje pokusa wiodąca w kierunku systemu totalitarnego”. Jeśliby nowy porządek światowy kiedykolwiek zaistniał (w co Molnar, świadom różnorodności świata, nie wierzy), byłby to porządek totalitarny.
Trzecią cechą amerykanizmu jest jego formalistyczny absolutyzm. Mówi Molnar: „Amerykanie są i zawsze będą purytanami. Takie jest podłoże, z którego wyszli. Bycie purytaninem nie oznacza bycia przeciwko seksowi, oznacza życie podług pewnych przepisów. Kalwin, twórca purytanizmu, był przekonany, że droga ku zbawieniu wiedzie poprzez życie zgodne z przepisami. Nieważne, czy przepisy mówią o wolności, czy abstynencji seksualnej; ważne, że istnieją (…) A kto je tworzy? Społeczeństwo jako całość (…) Dlatego przepisy się zmieniają, a te ostatnie są zawsze obowiązujące”. Toteż rację miał Alexis de Tocqueville: „Ameryka to niespokojna monotonia”. Nie ma przypadku w tym, że najlepiej sprzedającymi się książkami w Ameryce są poradniki: jak być dobrym ojcem, jak być szczęśliwym, jak zdać egzamin itd. W odpowiedzi Amerykanie otrzymują aktualnie obowiązujące przepisy, „kto ich przestrzega, ten musi mieć rację. I jest to kwestia religijna. Te książki są świeckim katechizmem. By zbawić swą grzeszną duszę należy postępować podług zapisów katechizmu”. Molnar zgadza się z głęboko słuszną opinią Sartre‘a, że Amerykanom brakuje konceptu grzechu pierworodnego. Właśnie dlatego potrzebują oni swych formułek, przepisów: „Cezar mordował Gallów, a Aleksander Wielki Persów, lecz nigdy nie twierdzili, że czynili dobrze. Bush tak, Bush mówił, że to Bóg nakazał mu mordować Irakijczyków” (w tym sensie Ameryka pełni rolę nowego biblijnego Izraela, narodu wybranego, a Deklaracja Niepodległości Nowego Przymierza).
W końcowej części wywiadu Molnar podejmuje problem katolicyzmu w Ameryce. Katolicy w Ameryce żyją w protestanckim otoczeniu. Ich status zmienił się, co prawda, wraz z wyborem Kennedy`ego na prezydenta („dla Amerykanów, prezydent wybrany zostaje przez naród, a zatem przez Boga”, zauważa Molnar) – nikt nie kwestionuje dziś ich lojalności wobec Ameryki, jako nowej Ziemi Świętej. Lecz właśnie dlatego w Ameryce „katolicy także są protestantami. Robienie interesu i życie według obowiązujących formułek jest także ich ideałem. Są dobrymi katolikami, lecz nawet oni przedkładają Amerykę ponad katolicyzm” (wyrazem tej postawy jest m.in. teologia rynku Novaka). Ich prawdziwą religią jest Ameryka. Toteż – zauważa Molnar – to co mówi Papież „nie ma żadnego znaczenia dla Amerykanów, ponieważ nie jest on Amerykaninem. Amerykanie ignorują obcych. Czy Mitterrand sądzi, że może wpłynąć na Amerykanów? Amerykanie nie wiedzą nawet gdzie leży Francja. I nie ma to żadnego znaczenia. Papież zaś jest Polakiem”. Zacytujmy jeszcze jedną opinię filozofa: „Wszyscy Amerykanie muszą myśleć w ten sam sposób. Dotyczy to również biskupów. Nie wysyła się ich za odmienne myślenie do Gułagu, lecz jest lepiej, kiedy myślą oni jak inni Amerykanie, rozsądniej. I tak czy owak, jest tak jak być powinno, ponieważ Ameryka zawsze ma rację”.
THE REMNANT
Ten amerykański dwutygodnik, będący organem skupiającym konserwatywnych katolików, już raz omawialiśmy. Tym niemniej nie możemy odmówić sobie przyjemności przedrukowania wiersza, jaki jeden z czytelników przesłał na adres redakcji, wiersza, będącego wyznaniem wiary na miarę nowych czasów.
Credo modernistycznego katolika
Wierzę w jednego Boga, jeśli to wygodne
i więcej bogów, jeśli jest to wygodniejsze
Który nie zrobił nic, gdyż ewoluowaliśmy
Wierzę w Jezusa Nazareńskiego
Normalnego człowieka
Któremu dano Świadomość Chrystusową
I stał się dobrym działaczem społecznym
I był prześladowany przez wszech męską hierarchię
Ukrzyżowany był, zmarł
I spędził trzy dni wałęsając się po okolicy zanim zdał sobie sprawę
że Piekło nie istnieje
I trzeciego dnia zmartwychwstał w symboliczno-duchowym sensie
Siedzi po lewicy Matki Ziemi Gai
Pewnego dnia przyjdzie znowu by potępić
Białych Męskich Heteroseksualistów, Kapitalistów i Tradycjonalistów
Wierzę w ducha II Soboru Watykańskiego
Synkretyczną Jedną Światową Religię
Wspólnotę różnych społeczności
Podkomitety i pod-podkomitety
Odpuszczenie grzechów społecznych przez komitety akcji społecznej Zmartwychwstanie komunizmu
I Nowy Światowy Porządek. Amen.
WIELKA BRYTANIA
CENTURIO
„Noc spowiła brzegi Dunaju i Tamizy, piaski Palestyny i skały Północnej Afryki. Obóz śpi. Czuwają tylko wartownicy. Ich palce wskazujące skierowane są ku gwiazdom, co pozwala im nie zasnąć. Wymachując gałązką winogron, troszcząc się o każdego ze swych ludzi i całe Imperium, przez obóz kroczy CENTURION”
Tak oto rozpoczyna się pierwszy numer (zima 1993- 94) kwartalnika „Centurio” wydawanego przez Islamską Radę dla Obrony Europy (I.C.E.D. P. O. BOX 293, Wolverhampton, WV1-4X, Great Britain). Tematyka geostrategiczna i geopolityczna sąsiaduje na łamach tego nadzwyczaj interesującego pisma z problematyką religijną i rozległym serwisem informacyjnym z Europy. Zdaniem współpracowników pisma Europa albo odrodzi się wewnętrznie, albo podzieli los tych Imperiów, które upadły pod naporem wrogich, znacznie bardziej dynamicznych od nich kultur i państw. Pismo desygnuje głównego wroga Europy, definiuje jego cechy i prześwietla metody działania. Jest awangardą ruchu oporu Europy i Islamu – wypowiadającego wojnę terrorowi amerykańskich wartości, amerykańskich koncepcji geostrategicznych. Ameryce, jako antycywilizacji i Ameryce, jako okupantowi.
Powróćmy do omówienia programowego artykułu wstępnego z pisma. Chociaż od czasów gdy CENTURION przemierzał ziemie Imperium minęły dwa tysiąclecia, jego sława jest wciąż żywa – czytamy. Widmo jego siły, dyscypliny, nieugiętości i odwagi wciąż zamieszkuje place apelowe i pola bitewne. Łacińskie motta regimentów armii europejskich są refleksem ich ambicji maszerowania traktem wytyczonym przez legiony Cesarstwa, dopasowania gąsienic swych czołgów do kolein wyżłobionych przez cesarskie kwadrygi. CENTURION raz jeszcze pojawia się na horyzoncie w chwili, gdy świtanie teokracji przenika ciemność otaczającą Europę i świat. Ponownie dokonuje przeglądu wartowników, aby odnaleźć ich z palcami skierowanymi ku gwiazdom, wyznających wieczne i uniwersalne credo. Oni stoją na europejskiej ziemi, a w ich żyłach płynie Cienka Czerwona Strużka krwi Tercios z Kastylii i Walonii, Brygad Montenotte, „Ersten Bataillon-Garde” Fryderyka i wielu innych, których jednoczy nostalgia za CENTURIONEM i pragnienie nowego porządku w Europie dla zachowania wartości, dla których przelewali swą krew.
Nadszedł czas, czytamy dalej, aby CENTURION rzucił swą rękawicę na kupieckie szale, w chwili gdy wojenne, heroiczne tradycje Europy sięgnęły dna najgłębszej z przepaści, z której można się już tylko podnosić “per aspera ad astra”. W dzisiejszej nieteokratycznej, demokratycznej Europie, gdzie księża stali się kimś w rodzaju pracowników socjalnych, mieszkańców Duchowości należy szukać nie w kościołach, lecz w barakach, ostatnim miejscu, w którym uczy się profesji poświęcania się i wyrzeczeń. Śmierć żołnierza nie jest niczym tragicznym, jeżeli nie profanuje jej służba inna niż służba narodowi.
Redakcja pisma zwraca uwagę na bezprecedensowe przyznanie bez cienia wątpliwości i wstydu, że żołnierze Francji i Anglii są, mogą i powinni być wysyłani na wojnę dla celów nie mających nic wspólnego z obroną interesów Francji i Anglii. Po raz pierwszy, czytamy, kamienie nagrobne na mogiłach poległych żołnierzy brytyjskich i francuskich nie będą świadczyć o bohaterstwie „For Oueen and Country” albo „Mort pour la France”. Śmierć choćby jednego Europejczyka w Zatoce Perskiej nie może być tolerowana. To właśnie ofiara tych synów Francji i Brytanii wywołała CENTURIONA z otchłani Historii.
W interesującym tekście „Strategiczna specyfika Wielkiej Brytanii i Nowy Porządek Światowy”, wyrażającym, jak można sądzić, stanowisko redakcji pisma, autor (autorzy) wskazuje na wyspiarskie położenie W. Brytanii i jej geopolitykę w szerokim kontekście geostrategii USA, wojny w Zatoce i doktryny Nowego Porządku Światowego (dalej NPŚ). O ile, jak słusznie zauważył Napoleon, „dobra armia zmienia swą taktykę co dziesięć lat”, o tyle narodowa doktryna strategiczna wyrasta z uwarunkowań o trwałym charakterze, zasadniczo zdeterminowanych położeniem geograficznym, oraz etnograficzną i kulturową istotą narodu. Nie oznacza to bynajmniej jej niezmienności, jako że strategia podlega ewolucji wraz ze zmianą wagi i znaczenia zasadniczo odmiennych i rozlicznych czynników taktycznych, a także, dlatego że strategia, podobnie jak wojna, przypomina romans, lub zgodnie z Clausewitzem, wymianę handlową, to jest wzajemne stosunki pomiędzy przynajmniej dwoma sojusznikami, lub wrogami. Dlatego też – czytamy – strategia narodowa musi podlegać rewizji zgodnie z bieżącym rozpoznaniem najbardziej prawdopodobnego wroga, w oparciu o trwałe zasady i okoliczności związane z geografią i etnografią narodu i te okoliczności, które podlegają postępującej zmianie, tak aby były one źródłem siły na wypadek, gdy zagrożenie ze strony wroga lub własne ambicje ofensywne staną się rzeczywistością. Tym niemniej, także i pewne trwałe cechy położenia narodu podlegają oddziaływaniu szeregu czynników zmiennej natury, takich jak na przykład rozwój technologii. Nie zrozumieli tego m.in. cywilni pseudo-stratedzy radzieccy, których Gorbaczow przedkładał ponad marszałka Ogarkowa (znakomity strateg radziecki zmarły w styczniu 1994 r. w wieku 76 lat – red.), a którzy oparli sowiecką doktrynę obronną na strategii głębokiej obrony z 1812 i 1942 r. w czasie, gdy załamanie się Układu Warszawskiego drastycznie spłyciło rzeczoną głębię, artylerii nie transportowano konnymi zaprzęgami, zaś głowice wojenne spoczęły w elektronicznych systemach ICBM. W końcu Gorbaczow uznał, że ZSRR nie ma żadnej doktryny wojennej i dlatego musi zniknąć. Bo chociaż biała pustynia, która uratowała kilku carów i Stalina ciągle istnieje i chociaż Kanał wciąż oddziela W. Brytanię od kontynentu, to jednak bycie wyspą w czasach Armady i w czasach głowic strategicznych, to nie to samo.
W sierpniu 1990 r. sir Enoch Powell oświadczył, że bezpieczeństwo W. Brytanii jest zagrożone wówczas, i jedynie wówczas, gdy wybrzeże Europy Zachodniej znajduje się pod kontrolą potęgi zdolnej do dokonania inwazji Wyspy. Autor artykułu wykazuje nieaktualność tradycyjnej dewizy polityki Londynu. Tak zwana pośrednia strategia brytyjska polegająca na trzymaniu frontu jak najdalej od stromych stoków Dover i przeniesieniu środka ciężkości operacji militarnych na Wschód (1914, 1939), bądź na Południe (1813, 1915, 1943). W książce „Polityczna i wojskowa rapsodia na wypadek inwazji i obrony Wielkiej Brytanii i Irlandii” Henry H. E. Lloyd (1720-1783) udowodnił, że bezpieczeństwo Brytanii nie jest zagrożone i wywodził, że o ile to konieczne, Brytania winna prowadzić wojny rękami najemników i sojuszników. Brytyjskie Siły Zbrojne powinny się, zdaniem Lloyda, składać z 15 tysięcy marynarzy królewskich, których silna flota dostarczać powinna w każde miejsce świata. Jednakże w „Brytyjskim sposobie prowadzenia wojny” David French prezentuje wymowną statystykę struktury wydatków lądowych i morskich Brytanii począwszy od wojny dziesięcioletniej, a skończywszy na II wojnie światowej. Ukazuje ona postępujące zmiany: począwszy od relacji 46% do 54% na korzyść floty (33% do 67% w trakcie wojny o niepodległość USA), po stosunek 73% do 27% na korzyść sił lądowych w okresie I wojny światowej i 38% do 36% ponownie na korzyść floty (26% środków przeznaczono na lotnictwo) .Ten rosnący wpływ zbrojeń lądowych ukazuje stopień degradacji znaczenia wyspiarskiego i morskiego charakteru W. Brytanii. Nie dlatego, aby Brytania utraciła nagle walory geopolityczne swego położenia – przyczyna jest inna. Po drugiej stronie Atlantyku wyrosła nowa, silniejsza od W. Brytanii, superpotęga morska. Na krótko przed I wojną światową taki obrót sprawy przewidywał pułkownik Sironi, dalekowzroczny geostrateg twierdzący, że rosnąca w siłę, półwyspiarska, dysponująca coraz silniejszą flotą Ameryka, stanie wkrótce do konfrontacji z istniejącymi europejskimi potęgami. Ameryka rozpoczęła swą przygodę z historią od konfrontacji z W. Brytanią, w sto lat później utrąciła grzbiet flocie Hiszpanii, I i II Wojna Światowa dostarczyły legitymacji mocarstwowemu charakterowi USA. Zdaniem autora, Sironi nie mógł wówczas jeszcze zdefiniować ogromu zagrożeń wynikających dla Europy i świata z hegemonii Ameryki. Nie dostrzegał on utajonej przed światem woli zniszczenia starożytnych, opartych na fundamencie wiary, kultur i cywilizacji, zniewolenia narodów i ludzi Starego Świata. Dlatego, twierdzi autor, polityka amerykańska począwszy od 1918 roku miała na celu wprowadzenie systemu permanentnej destabilizacji Europy, tak na kontynencie, jak i jego obrzeżach: Bliskim Wschodzie. To prezydentowi Wilsonowi zaufali krótkowzroczni europejscy politycy. Jego zasada samostanowienia narodów posłużyła Ameryce do pozbycia się Imperiów austro-węgierskiego i otomańskiego i stała się potem kamieniem węgielnym europejskiej destabilizacji: Europa Środkowa, Bałkany, Bliski Wschód (wilsonizm nazwany został ostatnio przez francuskiego generała Salvana „katastrofą”). Podział Irlandii i kryzys ulsterski także sięgają tego okresu, a Ameryka nie kryła i nie kryje swego zaangażowania w tej sprawie. Ameryce udało się wyplenić mocarstwowe znaczenie W. Brytanii i innych państw drugiego brzegu Atlantyku poprzez stworzenie w Europie Wschodniej zagrożenia w postaci Imperium Komunistycznego.
Wiemy dzisiaj dobrze o tym, że Niemcy i USA, chociaż po przeciwnej stronie wojennej barykady i dlatego z odmiennych powodów, tym niemniej współpracowały ze sobą w dziele utorowania drogi do sukcesu Rewolucji Październikowej. Niemcy, aby zwyciężyć na froncie wschodnim, Ameryka z powodów bardziej wyrafinowanych: aby doprowadzić do zniszczenia „małego”, narodowego kapitalizmu i ustanowić w to miejsce kapitalizm międzynarodowy, dyrygowany z Waszyngtonu i Nowego Yorku, tj. aby doprowadzić do schronienia się Europy Zachodniej pod amerykański parasol. W rezultacie Anglia, Francja, Niemcy dobrowolnie zapomniały o definicji Clausewitza: „prawdziwym wrogiem jest ten, kto pragnie narzucić nam swoją wolę”. Amerykański szantaż sueski z 1956 roku, w czasie, gdy Francja walczy w Algierii, a W. Brytania i inne kraje Europy tracą swe imperia kolonialne, dostarcza spektakularnej ilustracji dla wyżej postawionej tezy. Całe zjawisko dekolonizacji było niczym innym, jak tylko zastąpieniem Europejczyków przez reprezentantów jankeskich interesów. Lecz, podczas gdy Francja i Anglia kontrolowały kolonie metodą własnych rządów, Amerykanie ograniczali się do sterowania swymi marionetkami osadzonymi tamże i czuwania nad właściwym rozwojem instytucji kapitalistycznych metodą demokratyzacji i poprzez system bankowo-kredytowy.
NATO stało się, oficjalnie rzecz biorąc, paktem obronnym państw Europy Zachodniej przed zagrożeniem ze Wschodu. W rzeczywistości zaś oznaczało proces absorpcji sił zbrojnych Europy w strategiczny system obronny Stanów Zjednoczonych, ustanowienie frontu wojny totalnej na terytorium tzw. pasa środkowego (m.in. Niemcy i Polska) i wystawienie Wysp Brytyjskich na skomasowany atak rakietowy przeciwnika. Tymczasem za fasadą NATO trwa właściwa hegemonia Stanów Zjednoczonych, które jeszcze w ostatniej fazie II wojny światowej opanowały „Organizację Gehlena”, niemiecki wywiad wojskowy na Europę Środkową i Wschodnią, zyskując akces do informacji o walczących u boku Wehrmachtu oddziałach antykomunistycznych, o informatorach i szpiegach Gehlena. Europejczycy, ratujący się ucieczką na Zachód przed komunistycznym walcem, m.in. ci, którzy mieli swój udział w reaktywowaniu prawicy w Niemczech, stali się wkrótce przedmiotem infiltracji i manipulacji Gehlena na rzecz amerykańskiego okupanta. Podobne zjawisko miało miejsce w całej Europie Zachodniej, by wymienić choćby włoskie, antykomunistyczne „Gladio”. Pozwoliło to Ameryce na stosowanie strategii zachęcania rzekomych sojuszników do atakowania tajnego, prawdziwego alianta Ameryki w ko-hegemonii nad światem (ZSRR) i umywania przez nią rąk w chwili rzeczywistej konfrontacji (kryzys berliński, Budapeszt, praska wiosna).
Autor wskazuje na analogiczną strategię amerykańską na Bliskim Wschodzie, gdzie instrumentem polityki amerykańskiej jest Arabia Saudyjska, która pełni rolę strażnika Mekki i zasobów surowcowych regionu, finansując zarówno islamskich fundamentalistów, jak i pasywistów. Sprawa Rushdiego jest zatem jedynie częścią amerykańskiej strategii: ci co opublikowali „Szatańskie wersety” i ci, którzy je na oczach milionów widzów palili biorą pieniądze z tego samego źródła. Przekonawszy światową opinię publiczną, że „dobry Muzułmanin, to martwy muzułmanin”, zachodnie media mogły prezentować bombardowanie Bagdadu i ludobójstwo w Bośni ) jako przykry, aczkolwiek konieczny środek zapobiegawczy wobec zagrożenia islamskiego. To Bliski Wschód, po upadku komunizmu, stał się prawdziwą legitymacją istnienia NATO i hegemonii amerykańskiej, wojna w Zatoce Perskiej była wojną wypowiedzianą Europie, utrzymuje autor artykułu. Celem wojny było porządkowanie Ameryce świata arabskiego i Europy wyłaniającej się do życia w nowym, postkomunistycznym porządku. Stany Zjednoczone zostały zaakceptowane jako żandarm międzynarodowy i sędzia jednocześnie,
Saddam Hussein wciąż sprawuje władzę, gdyż potrzebny jest dla strategicznych celów Ameryki. Rolą Iraku w konflikcie było granie rzekomego wroga, lecz prawdziwym wrogiem Ameryki były państwa Europy, którym USA narzuciły swoją wolę i wciągnęły w konflikt, który osłabił je wewnętrznie (sprawa mniejszości islamskiej i rozruchów rasowych) i jeszcze bardziej uzależnił od Ameryki.
Upadek Muru Berlińskiego oznacza powrót do Europy z 1914 r. Sarajewo znów zagościło na pierwszych stronach gazet. Kryzys jugosłowiański przywraca sojusze z początku stulecia, potwierdzając odwieczność interesów geopolitycznych. Rosja, Grecja, Francja, Wielka Brytania będą popierały Serbów, podczas gdy Turcja, Niemcy, Węgry, czy Austria sprzyjać będą Chorwatom. Zdaniem autora, Amerykanie zainteresowani są jak najdłuższym trwaniem konfliktu i destabilizacją podbrzusza Europy. Tyrania Nowego Ładu Światowego jest możliwa do powstrzymania jedynie przez równoległe urzeczywistnienie dwóch celów: powstanie osi Berlin-Moskwa i jej przedłużenie na Tokio i Pekin; przebudzenie się islamu. Włoski geopolityk Carlo Terraciano na jednym z moskiewskich kongresów geopolitycznych wskazał na elementy geostrategii Stanów Zjednoczonych. Destabilizacja i okrążanie Europy przybierają graficzny wyraz dwóch łuków strategicznych. Pierwszy: biegnie od Zatoki Perskiej po ex-Saharę Hiszpańską, obejmując Liban, Palestynę, Egipt i niestabilne państwa płn. Afryki. Drugi: rozciąga się nad dwoma obszarami, niemal symetrycznymi do osi Berlin-Moskwa, oraz na obrzeżach „europejskich filarów NATO”: Ulsteru i Kurdystanu, obu obszarów konfliktu dotykającego lojalnych członków NATO. Łuk ten biegnie przez Włochy i Hiszpanię, łącząc tym samym trzy kraje europejskie o tradycjach morskich, które podlegają obecnie takim samym tendencjom separatystycznym, są areną terroru i zorganizowanej przestępczości. We Włoszech rzecz dotyczy Sycylii, gdzie od czasu kontraktu Dulles-Luciano z 1943 roku, mafia stanowi lokalny oddział imperializmu amerykańskiego propagując separatyzm sycylijski, podczas gdy „Liga Północna” propaguje odłączenie bogatej, północnej części Włoch. W Hiszpanii, jak wykazał Senor Bonilla-Sauras, Baskowie utrzymywani są przez wywiad amerykański. To samo dotyczy Ulsteru, co nie stanowi tajemnicy od czasu, gdy „narodowy bohater” mediów brytyjskich Nelson Mandela poparł działalność IRA, a prezydent Clinton powitał szefa IRA, Gerry Adamsa, jako „drugiego Mandelę”.
W międzyczasie Niemcy, tuż po zjednoczeniu, stały się areną starć rasowych. Berliński dramaturg i poeta Andreas Röhler tak oto skomentował te wydarzenia: „Po pięćdziesięciu latach okupacji armia amerykańska potrzebuje nowego usprawiedliwienia dla pozostawania w Niemczech: dlaczego nie jako błękitne berety przeciw `niemieckim skinheadom`”? Zważywszy na to, że ofiarą zamieszek padają głównie Turcy – staje się jasne, że zakulisowe działania CIA służą złamaniu dawnego aliansu Berlina ze Stambułem, jednego z głównych czynników stabilności w Europie.
Autor poświęca wiele miejsca analizie zalewu Europy przez subkulturę amerykańską i demokratyczny leseferyzm, będący perwersją wolności. Jest to kolejny element totalnej wojny Ameryki z Europą, mający na celu zniszczenie substancji starożytnych narodów Kontynentu poprzez narkotyki, kredyt, tyranię mediów. Toteż Nowy Ład Światowy powinien nazywać się raczej Całkowitym Chaosem Światowym. Pomiędzy narodami Europy szczególne miejsce przypada Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej , jako bastionom europejskiego frontu atlantyckiego. Brytyjczycy wciąż trwają przy swej antykontynentalnej geopolityce. Lecz w obecnej sytuacji kwestionowanie przez Brytyjczyków swej europejskości byłoby zdradą rodziny narodów Starego Kontynentu, za którą Londyn zapłaciłby cenę narodowego samobójstwa. Zagrożenie nie płynie dziś z franko-belgijskiego wybrzeża. Kto tak twierdzi, czytamy w artykule, jest albo głupcem, albo amerykańskim agentem. Prawdziwa groźba nazywa się: Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Europa nie stanie się kolejną republiką bananową.
Na uwagę zasługuje kilka opinii wyjętych z “Listu otwartego do Enocha Powella”, którego autorzy (Islamska Rada dla Obrony Europy) piszą o terroryzmie, absorpcji strategicznej i kulturowej, jako trzech środkach polityki USA wobec W. Brytanii. Czytamy w liście: „Wówczas gdy dzielni synowie Wielkiej Brytanii czekają na decyzje p. Busha pod słońcem Arabii, albo na zdradziecką kulę wystrzeloną gdzieś na ulicach Belfastu, stoją na posterunku w Gibraltarze, na Falklandach, lub w Pałacu Królewskim – panowanie Wielkiej Brytanii kurczy się za każdym razem, gdy otwiera podwoje nowy lokal McDonalda, gdy brytyjska kobieta dokonuje aborcji `tak jak wszystkie`…”. Dalej mamy bardzo surową ocenę rządów Margaret Thatcher, która „ofiarowała W. Brytanię p. Bushowi na talerzu”. A oto wykładnia celów politycznych Rady: „Postrzegamy w Islamie system metapolityczny zdolny ochronić suwerenność i zagwarantować przetrwanie Europy, w harmonii z resztą świata, pokornej i pokojowej Ameryki nie wyłączając. Zgodnie z islamską zasadą jedności władzy narodowe przywództwo powinno należeć także do reprezentantów sił zbrojnych. Udział Armii w konstrukcji przywództwa przyszłego Imperium Islamsko-Europejskiego jest związany z odrodzeniem wojowniczych tradycji Europy”.
Pierwszy numer CENTURIONA zawiera jeszcze ciekawy artykuł poświęcony konwencjom w sztuce walki, oraz analizę narodowych i religijnych aspektów życia i walki bośniackich muzułmanów; relacje z frontów Dżihadu i ciekawe informacje o europejskich siłach zbrojnych. Na uwagę zasługuje na przykład opinia generała Jeana Cot z francuskiego dowództwa: „Jest paradoksem, że jeśli rzeczy mają się dobrze, NATO musi interweniować, zaś jeśli rzeczy mają się źle, NATO nie interweniuje. Wysyła się wojska wtedy, gdy staje się jasne, że rozejm ma szanse przetrwania”. I opinia niemieckiego generała-majora Manfreda Würfela: „Jak mogę wyjaśnić moim żołnierzom, że homoseksualizm jest zakazany w armii, wówczas gdy zezwala się nań w świecie cywilnym?”. Informacja z Polski: redukcje w siłach zbrojnych z 350 do 234 tysięcy w końcu 1995 r. Informacje o uzbrojeniu: 2000 czołgów (T72, T55, T55AM), tyleż samo jednostek artyleryjskich; 460 samolotów bojowych (MIG 21, 23, 29); 30 helikopterów Mi 24; 67 okrętów wojennych. W Rumunii oficjalny wydawca wojskowy “Editura Militara” wydał książkę „Romanii la Stalingrad” poświęconą żołnierzom rumuńskim walczącym u boku Niemiec pod Stalingradem. Na koniec opinia redakcji: Jako potomkowie Europejczyków i ras wojennych Azji i Afryki „nie negujemy faktu, że Jankesi też mają jaja. Twierdzimy jedynie, że są one bez reszty wypełnione ketchupem i coca-colą”.
FRANCJA
EUROFFENSIVE
Przegląd euro-regionalny wydawany jest przez Siły Regionalne związane z Synergiami Europejskimi. Biuletyn Sił Regionalnych wydawany jest w Tours przez pana Prigenta. Redaktorem naczelnym jest Stefan Gaudin. W numerze 6 wydawca przyznaje, że Errare Americanum Est. Francuzi przepraszają za to, że kiedyś posłali Amerykanom La Fayette’a, który pomógł im w oczyszczeniu kraju z Indian. Trzeba też przeprosić za to, że Francuzi wolą Brassensa od humanoida Jacksona i wino Sancerre od Coca-Coli. Trzeba przeprosić za niedostatek lokali „fast food”, za to, że Francuzi nie są „cool”, „light”, „fun” czy też „in”, za to, że są politycznie niepoprawni i kulturowo wyżsi. Wreszcie trzeba podziękować Jankesom za 65 tysięcy zabitych cywilów, których sprzymierzone bombowce uwolniły od tyranii feldgrau. Przepraszamy za to, że wolimy zachód słońca na Uralu od widoku nowojorskich witryn sklepowych. Przepraszamy wreszcie za to, że nie chcemy pobierać lekcji ekonomii od najbardziej zadłużonego kraju na świecie.
Robert Steuckers zastanawia się: „Czy zjednoczenie Europy dokona się dzięki rewolucji regionalnej?”. Znany belgijski publicysta powołuje się na Piotra Fougeyrollas, postulującego przekształcenie się Francji w federację. Operacja ta przebiegałaby równolegle z poszerzaniem Europy dwunastu o Węgry, Czechy, Słowację, mniej lub bardziej autonomiczny Śląsk, Chorwację, Słowenię. Zbiedniała Polska zostałaby włączona do przestrzeni europejskiej w mniejszym stopniu. Jakub Attali idzie dalej i myśli o „wspólnym rynku kontynentalnym”, obejmującym kraje byłego Związku Radzieckiego oprócz Azji Środkowej, którą francuski wizjoner odstępuje Turcji. Widzimy tutaj pokłosie geopolitycznych wizji Ernesta Niekischa, Karola Haushofera, geopolityków z rosyjskiej szkoły eurazjatyckiej (np. książę Trubecki), Antoniego Zischki i Jeana Thiriarta.
Trzeba brać przykład z Chin i unikać popadania w demo-liberalną anarchię. Przestrzega przed tym przywódca grupy „Sojuz” w rosyjskim parlamencie pułkownik Ałsknis – konsekwentny przeciwnik odśrodkowych ruchów nacjonalistycznych w krajach bałtyckich, Tatarstanie, Czeczenii etc. Przeciwnikami „czarnego pułkownika” są atlantydzi z Waszyngtonu, Londynu, Paryża, Brukseli, Hagi. W tych dwóch ostatnich stolicach atlantyzmem zarażone są środowiska dziennikarskie, podczas gdy kręgi przemysłowe solidaryzują się z Europejczykami z Bonn, Wiednia, Pragi, Budapesztu, Zagrzebia, Lubljany i Rzymu. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tym ostatnim mieście jest również sporo amerykańskich kolaborantów. Jednakże środek ciężkości kontynentu znajduje się w Niemczech, które są państwem najlepiej zorganizowanym w Europie i najbardziej wydajnym ekonomicznie. Zawdzięczają to federacyjnej budowie państwa, praktykowanej przez Helwetów już od 700 lat. Szwajcarska konfederacja wytrzymała próbę czasu i nie rozbiła jej nawet spowodowana przez jezuitów mała wojna domowa w latach 1847-48 (od tego czasu jezuici nie mogą działać na terenie Szwajcarii). W Niemczech partykularyzmy były likwidowane przez republikę weimarską i Hitlera, ale zostały odkurzone przez Amerykanów po upadku III Rzeszy. Jest to jednak federacja odmienna od amerykańskiej. W Niemczech rząd federalny posiada priorytet w dziedzinie legislacji, ale poszczególne landy są ważniejsze od centrali w zakresie administracji. Dzięki temu kontakty między krajami związkowymi a Bonn są bardziej intensywne niż między stanami a Waszyngtonem. Niemiecki Bundesrat pochodzi z wyborów pośrednich i dzięki temu jest prawdziwą izbą refleksji. Jego veto jest zawsze ostateczne, inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie zwykła większość w izbie niższej może odrzucić senackie veto. Z tego względu prominentni przedstawiciele ruchu flamandzkiego opowiadają się za wprowadzeniem w Europie modelu niemieckiego. Europejski Bundesrat składałby się z przedstawicieli regionów, a Parlament w Strasburgu wybierałby europejskiego kanclerza. Aby ta idea mogła się powieść, należy dać priorytet nadgranicznym synergiom regionalnym. I tak w strefie alpejsko-adriatyckiej Lombardia ciąży w stronę Bawarii, Wenecji, niektórych krajów austriackich, dwóch departamentów węgierskich, Słowenii i Chorwacji. Synergia hanzeatycka obejmuje Skandynawię, RFN, kraje bałtyckie i Rosję. Nasila się współpraca między przygranicznymi rejonami Niemiec i Holandii. Jordi Pujol zainicjował ponadgraniczną synergię katalońską. Wreszcie ważny jest Euroregion obejmujący flamandzką i niderlandzką Limburgię, walońską prowincję Liege oraz dystrykty Kolonii i Akwizgranu.
Myślenie tego typu prezentuje dawny towarzysz Józefa Broz-Tito, a dzisiaj prezydent Chorwacji Franjo Tudjman. Mówi on o potrzebie „rozwoju asymetrycznego” jugosłowiańskich republik. Słowenia i Chorwacja mogą zrzec się części suwerenności na rzecz struktur europejskich, ale nie na rzecz narodowego „bunkra” w Belgradzie. Tudjman odrzuca wizję melting pot. Wyobraża on sobie Europę na wzór średniowiecznej Sorbony, gdzie Pikardowie, Normanowie, Francuzi, Szkoci, Niemcy i inni byli zorganizowani w „narodowych” korporacjach. Zwolennikiem modelu asymetrycznego jest też profesor prawa konstytucyjnego z Madrytu Józef Jan Gonzales Encinar. Podkreśla on znaczenie “drugiej izby” i specjalnego trybunału likwidującego konflikty. Hiszpanie łączą federalną myśl niemiecką ze swoimi tradycyjnymi fueros i regionalnych kortezów i w ten sposób przygotowują grunt pod nową Europę. Sukcesy Ligi Lombardzkiej dowodzą, że potrzebna jest asymetria i kompetencje regionów w zakresie stosunków zagranicznych. Uwolniona od korupcji i mafii Lombardia mogłaby prosperować lepiej niż Niemcy. Wprowadzenie zmian synergetycznych w Lombardii i gdzie indziej pozwoli uniknąć powstania Europy dwóch szybkości, gdzie południowa część, obciążona zgangrenowaną władzą centralną, odstawałaby od części północnej. Regionalizując się Europa poradzi sobie bez pomocy Jankesów i Kanadyjczyków.
„Europa jest na fali” stwierdza Mikołaj Salvatore Morgillo w związku z uruchomieniem kanału Bamberg-Kelheim, łączącego Men z Dunajem. O połączeniu Dunaju z Renem myślał już Karol Wielki. W końcu idea ta doczekała się realizacji w sposób niewiele kolidujący ze środowiskiem naturalnym. Warto pamiętać o tym, że koszt przewozu jednej tony towaru wodą wynosi 13 centymów, podczas gdy koleją 39 centymów, a samochodem 81 centymów. W obrębie Unii Europejskiej wodą przewozi się 38% towarów, a Holandii nawet 45%. Jednakże we Francji współczynnik ten wynosi zaledwie 4%. Sytuacja ta ulegnie zmianie, jeśli zostanie wybudowany projektowany kanał Dole-Miluza, który połączy Ren z Rodanem. Na razie możemy oczekiwać na skutki powstania osi Rotterdam-Constanza. Bułgarzy, Rumuni, Serbowie i Słoweńcy zostaną wciągnięci do „Wielkiego Obszaru”, czyli „Wspólnego Domu Europejskiego”. Nowy Zollverein rozciągnie się aż do morza. Inne osie, na których będzie rozpostarta Wielka Przestrzeń Kontynentalna to kolejowy szlak TGV Barcelona- Marsylia-Mediolan i droga Manchester-Berlin-Moskwa.
BELGIA
VOULOIR
Zimowy numer 97-100 z 1993 r. przynosi nam m.in. zajmujący tekst Ramona Blanc-Colina „Islam, wojna w Zatoce i imigracja” napisany z powodu przemilczanej przez oficjalne media książki Bruno Etienne’a “Ils ont rase la Mesopotamie” (Oni ogołocili Mezopotamię). Etienne bierze w obronę znawców islamu i arabistów, którzy przez całą prasę, począwszy od “Le Figaro” poprzez „L’Evenement du Jeudi” i kończąc na „Nouvel Observateur”, zostali nazwani pacyfistami, zdrajcami, monachijczykami, saddamistami, zacofanymi trzecioświatowcami etc. Maccartyzm ożył we Francji. Przyjaciel Etienne’a Michał Seurat został porzucony przez oficjalne czynniki francuskie na pastwę krytykowanego przez niego reżimu syryjskiego. Hafez el-Assad stał się dobrym Arabem po tym, jak zawarł z Jankesami sojusz przeciwko Irakowi. Francuski reżim jak za panią matką podążył za Ameryką na Bliski Wschód. Interesujące jest, że „socjalistyczne” rządy we Francji zawsze prowadzą jakieś wojny z Arabami. Wojna w Zatoce ma dodatkowy wymiar ideologiczny jako element konstrukcji Nowego Światowego Porządku Medialnego, przerastającego najbardziej cyniczne przewidywania Mc Luhana. Wojna z islamem oznacza odcinanie się od „przeklętej części” śródziemnomorskiej Europy, od Andaluzji, Sycylii, Katalonii, Langwedocji i Prowansji, gdzie w ciągu wieków katolicyzm, herezje chrześcijańskie i judaizm sąsiadowały z islamem, często znajdując się pod jego kuratelą. Łacińskość, germańskość i berberskość tworzyły zainspirowaną przez hellenizm harmonijną jedność cywilizacyjną. Przez wieki islam niepostrzeżenie przedostawał się do Francji. Jeszcze w XIV wieku w dolinach Ariege i Aude nie jedzono wieprzowiny ani słoniny i zmieniano pościel w sobotę. W tak zwanej Septymanii dochodziło nawet do chrześcijańsko-muzułmańskich małżeństw na książęcym szczeblu. Zwycięstwo Karola Młota pod Poitiers miało katastrofalne skutki dla całej Okcytanii. Lecz pomimo to, według Bruno Etienne, przyszłość Francji leży na Południu. Oś Paryż-Algier mogłaby stanowić alternatywę dla skierowanej na Wschód luterańskiej Europy. O tym samym myśleli kiedyś członkowie OAS, uważający, że Algieria jest potrzebna Francji przeciw Niemcom. Po latach ich przeciwnik Etienne podziela w tym zakresie poglądy skrajnie maurrasowskiej prawicy. Blanc-Collin uważa jednak, że pomimo przyłączenia NRD Niemcy są wciąż raczej katolickie i Kohl jest anty-Bismarckiem, gdyż „Wiedervereinigung” oznacza przyłączenie wschodnich Niemiec do zachodnich, odwrotnie niż w 1871 r. A poza tym Niemcy cieszą się w świecie arabskim sporą sympatią, datującą się jeszcze z czasów sojuszu kaisera z otomańskim kalifem.
Zmieniamy nieco problematykę i wraz z Robertem Steuckersem będziemy snuć „Refleksje na temat Mitteleuropy”. W tej części Europy mamy do czynienia z prawdziwą mozaiką etniczną, pozbawioną dokładnych granic. W okresie „Sturm und Drang” i później do 1848 r. pod wpływem romantycznej poezji niemieckiej na tym obszarze rozkwitają nacjonalizmy. Upiększa się własną historię „dla pokrzepienia serc”. W Polsce rodzi się mit łużycki, którego propagatorzy twierdzą, że Polacy stanowią pradawną, autochtoniczną ludność prasłowiańską nad Wisłą i Odrą. Zupełnie inaczej wygląda sprawa w micie sarmackim. Arystokracja polska wywodzi siebie ze scytyjskiej lub sarmackiej rodziny irańskiej. Jej zadaniem dziejowym jest połączyć Polskę, czyli Sarmację Europy z Sarmacją azjatycką, na przekór knowaniom Rosji i Turcji. Również Chorwaci twierdzili, że jakiś wódz sarmacki przyprowadził ich z regionu Krakowa nad Adriatyk. W Polsce mit sarmacki zaowocował unią brzeską. Nie przyniosły natomiast żadnego efektu rozważania austromarksistów (Bauer, Renner, Hilferding, Adler) na temat basenu Naddunajskiego. W 1918 roku Adler twierdził, że powinna powstać “wspólnota ekonomiczna ludów naddunajskich”, a jeżeli nie, to konieczny jest „Anschluss”. Zwycięskie mocarstwa wymusiły jednak utworzenie kadłubowej republiki austriackiej. Siłą oderwani od Wiednia Węgrzy stworzyli własną koncepcję „pax hungarica”, który by zapewnił pokojowe współżycie dwunastu narodów w basenie Dunaju. Żyjący na równinie Węgrzy w naturalny sposób przeznaczeni są do tego, aby koordynować poczynania otaczających ich narodów: Słowian zamieszkujących góry Słowacji i Słowenii i zasiedlających doliny Niemców. W ten sposób „haza”, czyli rozległy obszar zamieszkany przez różne narody zostałby politycznie zagospodarowany. Taka koncepcja zrodziła się wśród strzałokrzyżowców Szalasiego. Ostatnio znany socjalista węgierski Jerzy Konrad potępił węgierskich naśladowców niemieckich rozwiązań. Według niego należy brać przykład nie z germańskiej homogeniczności, lecz raczej adaptować model szwajcarski lub transylwański (ten ostatni w wersji siedemnastowiecznej). Budapeszteński profesor historii Piotr Hanak podkreśla, że duch środkowej Europy wyraża się najlepiej w łączącym sprzeczności baroku. Racjonalizm i romantyzm zamiast łączyć, pogłębiają podziały.
Następny numer otwierają przemyślenia niegdysiejszego sekretarza prezydenta Pompidou Michała Joberta. Redakcja przypomina, że Jobert napisał wstęp do książki „Nowe rozważania o narodzie europejskim” pióra reprezentanta „nowej prawicy” Wilhelma Faye’a. Rozważania na łamach „Vouloir” noszą tytuł „Czatując na przyszłość”. Autor zestawia dążenia restauracyjne Jelcyna z 1993 r. z deklaracją Monro’ego dochodząc do wniosku, że prezydent Rosji jest skromniejszy od ubiegłowiecznego lokatora Białego Domu, gdyż ma zakusy tylko na tereny dawnego imperium, a nie na całą półkulę. Ponieważ Stany Zjednoczone nie są wstanie prowadzić jednocześnie dwóch poważnych operacji militarnych, będą one tolerować pacyfikatorskie poczynania Rosji w pobliżu jej granic. Przypuszczalnie USA będą też zaprzątnięte walką z terroryzmem. Wybuch w World Trade Center może oznaczać, że bliskowschodni terroryzm przenosi się do Ameryki tak jak terroryzm irlandzki przeniósł się do Wielkiej Brytanii. Według Joberta północnoamerykańskie kłopoty mogą oznaczać szansę dla ONZ, która będzie chronić małe narody przed imperializmem. Francuski wizjoner nie pisze, skąd zjednoczone narody wezmą na to pieniądze. Chyba, że USA będą sponsorować walkę z własnymi wpływami
O kraju, który się naraził światowemu żandarmowi, czyli o Iraku opowiada Wilhelm Munier, będący sekretarzem generalnym Towarzystwa Przyjaźni Francusko-Irackiej. Mówi on o głodzie, jaki panuje w Iraku i o braku podstawowych medykamentów. Przypomina niechlubną rolę takich osobników jak Bernard Kouchner, który podburzył Kurdów do walki z reżimem. Niewiele dobrego można też powiedzieć o wynalezionym przez zachodnie służby specjalne Ahmadzie Chalabim, który stoi na czele „rządu tymczasowego”. Ten „demokrata” wsławił się tym, że doprowadził do bankructwa jordański Bank Petra i został skazany na 20 lat więzienia. Pomimo jego knowań Saddam Hussein cieszy się większą popularnością niż kiedykolwiek. Przyjaciel Iraku pyta się, czy zdarzyło się już kiedyś, żeby przywódca państwa przetrzymał tak straszliwy atak bez utraty władzy? (Możemy śmiało powiedzieć, że porównywalnego wyczynu dokonał już kiedyś Józef Stalin – red.). W ataku tym uczestniczyła Francja, co oznacza dla niej gospodarczą katastrofę, gdyż obecnie Amerykanie kontrolują wszystkie arabskie złoża ropy naftowej.
Polityki amerykańskiej dotyczy też oświadczenie Islamskiej Rady Obrony Europy. Rada stwierdza, że dyplomacja amerykańska od 1919 r. destabilizuje Europę, co dzisiaj jest widoczne na Bałkanach, mających szczególne znaczenie dla Niemiec, Włoch i Turcji. „Operacja Rostock” była prowokacją wymierzoną w Niemców, jakoby opanowanych ponownie przez „stare demony”. Atakowani są np. Wietnamczycy, będący ofiarami amerykańskiej polityki w Trzecim Świecie. „Operacja Solingen” miała skłócić tradycyjnie przyjazne względem siebie Niemcy i Turcję. Mondialiści obawiają się siły islamu i dlatego działają w kierunku wykorzenienia tureckiej młodzieży w Niemczech i uzależnienia jej od narkotyków. Afera Rushdiego była przygotowana przez mondialistów we współpracy z pseudo-muzułmańskimi organizacjami, uzależnionymi od „książąt nafty”. Ci ostatni rok później pozwolili niewiernym Jankesom rozbić namioty w cieniu Kaaby. Złowrogą rolę odgrywają też tzw. antyrasiści, a faktycznie antymuzułmanie. Chcą oni nas pozbawić naszej odrębności i szukają usprawiedliwienia dla przyszłych „czystek etnicznych”. Musimy pokazać charakterystyczną dla islamu siłę spokoju i powagi oraz wierzyć za Koranem, że „Bóg jest najlepszym strategiem”. Oświadczenie nosi tytuł „Od Sarajewa do Solingen”.
Przyjrzyjmy się teraz nieco uważniej tekstowi Filipa Jouet „Przyszłość ludów: nowe rozdanie kart w 1993 r.?” Artykuł zawiera sugestię, że ruchy narodowe na Korsyce, w Bretanii, Alzacji, Flandrii, Okcytanii, Baskonii czy Katalonii są narzędziem, które pomaga w zrealizowaniu przejścia od „powojnia” do „nowego millenium”. Francja to, według wyrażenia Graviera, „Paryż i pustynia francuska”. Pompidou stwierdzał expressis verbis, że we Francji nie ma miejsca na kultury regionalne. Francja nie spocznie, póki nie pozbędzie się ostatniego Bretończyka, ostatniego dialektofona (określenie Bicherlanda). Lata 60-te są bardziej sprzyjające dla uciśnionych nacjonalizmów, popieranych przez niektórych ludzi lewicy. Ale w latach 80. obserwujemy ofensywę przeciwko narodom. Bush w Kijowie zanegował prawo Ukraińców do niepodległości, czyli zachował się dokładnie odwrotnie niż onegdaj de Gaulle, wykrzykujący „Vive le Ouebec libre”. Belgrad otrzymał czek in blanco na państwo „od Dunaju do morza” po to, by przeszkodzić w skonstruowaniu osi Berlin-Wiedeń- Stambuł. Szymona Weil w imieniu swojej grupy odmawia wzięcia w Parlamencie Europejskim pod uwagę pewnych posunięć na rzecz języków regionalnych. Pod tym względem Debre, Fabius, Jospin, Pasqua, komuniści i Action Francaise są zgodni. Reprezentują oni „racjonalistyczną” i uniwersalistyczną utopię, dążą do stworzenia „człowieka abstrakcyjnego”. Komuniści atakowali z pozycji „naukowych” i „obiektywnych” Bretończyków, twierdząc, że jakoby La Villemarque sfałszował swojego „Barzhaza Breizha” tak samo jak Macpherson “Osjana”. Właśnie La Villemarque obok De Coussemakera i Mistrala reprezentuje we Francji okruchy dziewiętnastowiecznego przbudzenia ludów, które ogarnęło Flamandów, Słowaków, Węgrów, Słowian, Bałtów i Irlandczyków, Jednakże po upadku ZSRR nastroje wśród eksploatowanych przez Francuzów narodów radykalizują się i Francja może zniknąć–jak to przewidywał Ernest Renan, po tym, jak jej idee odniosły zwycięstwo w świecie. Rok 1993 nadał temu procesowi nową dynamikę.
Zmieniamy obszar zainteresowań, aby dzięki doktorowi Klaudiuszowi Nancy przyjrzeć się „Etnicznym komponentom narodu japońskiego”. Naród japoński ukształtował się w walce z kaukaskimi Ajnami, mówiącymi nieazjatyckim językiem i posiadającymi morfologiczne cechy białej rasy (m.in. zapach spod pachy). Ok. 1100 r. Ajnowie zostali wyparci na północ Honsiu i na Hokkaido. Jednakże wpływ indoeuropejski na Japończyków nie ograniczył się do tej rywalizacji i profesor Atsuhiko Yoshida z tokijskiego uniwersytetu Seikei twierdzi w pracy „Mit japoński i trójdzielna ideologia europejska”, że w religii japońskiej i w strukturze trzech prymitywnych królestw Japonii i Korei odnajdziemy wiele elementów indoeuropejskich. Japoński uczeń Dumezila odnajduje w japońskich mitach wiele zbieżności z mitami starożytnej Grecji. Przypuszczalnie mity te przeniesione zostały z centralnej Azji przez „scytyjską” kawalerię w III wieku, gdy ruszyła ostatnia fala Hunów. Po minięciu huńsko-scytyjsko-irańskiej nawały aż do XX wieku emigrowali do Japonii wyłącznie ludzie pochodzenia mongolskiego, indonezyjskiego lub chińskiego. W XIII wieku Kubilaj Chan, wnuk Czyngiz Chana trzykrotnie próbował podbić Japonię, ale udało się to dopiero Jankesom.
Długotrwała izolacja spowodowała, że wykształcił się specyficzny typ japoński, będący efektem krzyżówki rasy białej z żółtą. Typowe dla Indoeuropejczyków są takie cechy japońskie jak poczucie humoru, wierność i odwaga. Natomiast zjawisko kamikadze i w ogóle pogarda dla życia ludzkiego są typowe dla mongoloidów. Japońska niestabilność polegająca na tym, że długotrwała kontemplacja jest nagle przerywana atakami heroicznymi, a po łagodności przychodzi przemoc i okrucieństwo ma swoją przyczynę w rasowym dualizmie.
Rasowy dualizm świeższej daty występuje też w Ameryce Łacińskiej, choć nie we wszystkich krajach. Chile, skąd pochodzi profesor Andrade, jest raczej białe, co nie przeszkadza w tym, że podobnie jak w innych krajach tej strefy żywe są tam uczucia narodowe. Pozwala to śmiało pisać p. Andrade o „nacjonalizmie w Chile i w Ameryce”. Latynoamerykański nacjonalizm, w odróżnieniu od europejskiego, nie był „trzeciostanowy”, gdyż nie było tam burżuazji w rozumieniu Wernera Sombarta. W XIX wieku w Ameryce Łacińskiej występuje „protonacjonalizm” związany ze stojącymi na czele młodych państw „silnymi ludźmi”. Na początku naszego stulecia dzięki twórczości Rubena Darfo i Józefa Henryka Rodo kształtuje się świadomy nacjonalizm na bazie poczucia hispanoamerykańskości. W opozycji do kosmopolitycznej oligarchii i w sojuszu z niższymi klasami kształtuje się kulturowy i polityczny nacjonalizm Argentyńczyka Rojasa, Meksykanina Vasconcelosa i Portorykańczyka Albizu walczącego w latach 30., 40., i 50. o niepodległość swojego kraju. Pewne znaczenie posiada też oczywiście kwestia indiańska, podkreślana często w niepodległościowej retoryce (chociażby na Kubie, gdzie dawno nie ma już Indian) i odgrywająca dla białych elit rolę w ich micie założycielskim. Współcześnie „indygenizm” nie stanowi niezbędnego elementu integralnego nacjonalizmu. Nacjonalizm jest dzisiaj kojarzony z “populizmem” (np. peronowskim) i przegrywa rywalizację z mondializmem, spychającym na dalszy plan zainteresowanie swoim krajem i pochodzeniem. Zarówno lewicowy, jak i prawicowy nacjonalizm w Ameryce znajduje się w okresie dekadencji.
Numer 105-108 z 1993 r. jest poświęcony nacjo-neobolszewizmowi. Robert Steuckers w dużym eseju przeciwstawia się paryskim salonom dziennikarskim i wyjaśnia, dlaczego Belgowie powinni utrzymywać dobre stosunki z Rosją. To właśnie dowodzona przez Aleksandra I armia rosyjska wyzwoliła austriackie Niderlandy z napoleońskiego jarzma. Integralność terytorium belgijskiego mogła być zapewniona tylko dzięki rozciągającemu się od Renu do Pacyfiku sojuszowi Rosji, Prus i Austro-Węgier. Po pokonaniu Napoleona cesarz Rosji próbował stworzyć, wspomagany przez Józefa de Maistre’a i Franciszka Baadera, syntezę duchową między katolicyzmem, protestantyzmem i ortodoksją.
Po upadku żelaznej kurtyny i wybuchu religijnej wojny w Jugosławii jest to szczególnie aktualne przesłanie. Oprócz kwestii religijnych rosyjski imperator wziął również udział w skonstruowaniu po 1815 r. Pentarchii, w której znalazła się także pokonana Francja. Pentarchia zapewniła równowagę europejską i odnajdziemy w niej zarys „wspólnego domu europejskiego”. Później Bismarck pragnął ją odbudować. Równowaga runęła w wyniku wojny krymskiej, rozpętanej przez zachodnie mocarstwa. „Żelazny kanclerz” i Leopold I nie wzięli udziału w szaleństwie, które ogarnęło Londyn i Paryż. Dzisiaj szaleństwo znowu opanowało niektóre kręgi w Anglii, Francji i USA, lansujące sławetne „prawo do ingerencji”. Następcy Bismarcka porzucili politykę współpracy Berlina z Petersburgiem, co spowodowało I wojnę światową. Idea specjalnych stosunków ze Wschodem jest lansowana na przełomie lat 20. i 30. przez „Ligę prześladowanych narodów”. Bretończycy, Okcytańczycy, Normandczycy, Szkoci i Irlandczycy opowiedzieli się za utworzeniem euroazjatyckiego Bloku Kontynentalnego. Blok ten pozwoliłby Rosji utrzymać Azję Środkową i przemysłową strefę syberyjską, która umożliwiła Związkowi Radzieckiemu zwycięstwo nad Hitlerem. Jednakże Polska i Turcja współpracują z Ameryką, a Białoruś ogłosiła neutralność. Jest to zgubna polityka, uniemożliwiająca realizację gorbaczowowskiej koncepcji „Wspólnego Domu”. Pomimo błędów Gorbaczowa jego idea była słuszna. Pożądane jest stworzenie wymarzonego przez eurazyjskich i haushoferiańskich geopolityków bloku kontynentalnego poprzez skoordynowanie działania Berlina, Warszawy, Moskwy i Tokio. Sojusznikami tego bloku powinny być Irak, Turcja i Iran. Dzięki temu te trzy kraje otrzymałyby olbrzymi i nieporównywalny hinterland. Sojusz z Iranem pozwoliłby Rosji uzyskać wyjście na Ocean Indyjski. Należy też dążyć do urzeczywistnienia stuletniego pomysłu osi Berlin-Stambuł-Bagdad-Zatoka Perska. Rosjanie i Europejczycy są w stanie zagwarantować nienaruszalność Sródziemnomorza. Zjednoczony Maghreb zabezpieczyłby eurazjatycką flankę przed przeprowadzoną od strony Afryki inwazją zewnętrznego mocarstwa. Paryscy żurnaliści zwalczając rosyjskich nacjonalbolszewików są głupcami albo realizują amerykańską politykę divde et impera. Tak Steuckers kończy długi wywód zatytułowany: „Afera nacjonalkomunizmu, czyli jak harcownicy żurnalistyki paryskiej stracili okazję do milczenia. Narkotyczna odpowiedź karnawałowym inkwizytorom z lata 1993 r.“
Następny tekst Steuckersa jest krótszy i stanowi omówienie książki Waltera Laqueura „Łono jest jeszcze płodne. Bojowy nacjonalizm rosyjskiej prawicy”. Z lektury można się dowiedzieć, że neonacjonalizm rosyjski jest dziełem neoslawofilów i pisarzy ruralistycznych. W okresie stalinowskim pionierską rolę odegrali Włodzimierz Owieczkin i Jefim Dorosz. W latach 60. i 70. w ich ślady idą zamieszkali w północnej Rosji i na Syberii Teodor Abramow, Wasyli Szukszyn i Walenty Rasputin. Ich twórczość jest raczej pesymistyczna. Inaczej jest u Biełowa, gdzie życie toczy się w cieniu cerkiewnych wież i wszędzie słychać słodką muzykę dzwonów. Sołouchin uznaje się za ucznia Hamsuna, kiedy opisuje niezepsutych przez współczesną cywilizację wieśniaków. Astafiew i Rasputin piszą o zagubionych w syberyjskich przestrzeniach pionierach ulegających degradacji moralnej. Sołouchin twierdzi, że deprawacja jest dziełem komunizmu, co nie przeszkadza mu w otrzymaniu Nagrody Leninowskiej. Wszyscy ci pisarze są krytyczni wobec mechanicznego, materialnego i ekonomicznego postępu i wobec importowanej z Zachodu współczesnej kultury masowej. Podobną linię prezentują konserwatywne czasopisma literackie: „Nasz Sowriemiennik”, “Mołodaja Gwardija” i „Nowyj Mir”. Nie mieszczą się one w wyróżnionym przez Lenina postępowym nurcie historii rosyjskiej, tworzonym przez Piotra Wielkiego, Herzena, Czernyszewskiego i Gorkiego.
Ruraliści negują podział historii rosyjskiej na dwa nurty, twierdząc, że była to jedna rzeka. Znaczyłoby to, że zarówno Czerwoni, jak i Biali mieli rację. W takim razie najlepsza byłaby, jak twierdzi Jan Sołoniewicz, mieszanka bolszewizmu i caratu w postaci monarchii ludowej. W 1972 r. Aleksander Jakowlew przeciwstawił się słowianofilskiemu “antyhistorycyzmowi” w imię obrony rewolucyjnych „demokratów” XIX stulecia. W efekcie został wysłany jako ambasador do USA. Progresywizm poniósł spektakularną porażkę. Uniknął jej Sołżenicyn, który zaczynał z pozycji liberalnych, aby następnie zsyntetyzować liberalizm z nacjonalizmem. Zdecydowanie skrytykował on liberalną inteligencję za jej nawoływania do „odrzucenia rosyjskiego szaleństwa narodowo-mesjanistycznego”. Oznaczałoby to zredukowanie rosyjskości do zera. Według Sołżenicyna rosyjski reżim powinien być jednocześnie oświecony i autorytarny, i opierać się na sowietach, gdyż bezpośrednie wprowadzenie demokracji zachodniej oznaczałoby katastrofę. Konserwatyści krytykowali Sołżenicyna z powodu jego niechęci do powszechnego poboru, co jest interpretowane jako antymilitaryzm. Sacharow głosił, że autor „Archipelagu Gułag” jest „ksenofobicznym” i „przesadnym” nacjonalistą. Nowa linia podziału biegnie między tymi, którzy twierdzą (jak Sacharow), że nieszczęścia Rosji zostały spowodowane przez rosyjską mentalność, a tymi, którzy są przekonani (jak Sołżenicyn), że dusza rosyjska została wypaczona przez marksizm i inne zachodnie idee. Nacjonalliberałowie powołują się na takich autorów jak Weber czy Ortega y Gasset. Konserwatyści i nacjonalbolszewicy ulegają wpływom konserwatywnych rewolucjonistów niemieckich oraz włosko-francuskiej Nowej Prawicy. Zainteresowanie Nietzschem jest powszechne i prowadzi czasem do karykaturalnych rezultatów. Nie dotyczy to Lwa Gumilewa, czyli „rosyjskiego Spenglera”, twierdzącego, że istnieje coś takiego jak pasjonarnost’, czyli instynkt albo impuls dany narodowi. Gdy naród go traci musi opuścić główną scenę historii. Gumilew był „eurazjatycki” i krytykował tych, którzy usilnie wiązali rosyjskość z Europą. Nowe rosyjskie syntezy wykuwają się w walce z brutalną okcydentalizacją rosyjskiego ludu.
Teraz oddajmy głos reprezentującemu Partię Odrodzenia Islamskiego kazachskiemu dziennikarzowi Aleksandrowi Prochanowowi. W wywiadzie z Klaudiuszem Muttim opowiada się on za „Solidarnością euro-islamską przeciw mondializmowi”. Niemieckie grupy atakujące muzułmanów są manipulowane przez Stasi, będące aktualnie na amerykańskim żołdzie. Amerykańskie służby wywiadowcze destabilizują Niemcy i Europę. Jankesi obawiają się aliansu europejsko-muzułmańskiego. Tylko wielka kontynentalna Europa może się przeciwstawić amerykańskiemu hegemonizmowi. Nowe imperium, podobnie jak w czasach rzymskich, powinno obejmować północną Afrykę. Cesarz Septymiusz Sewer pochodził z Afryki, a już w czasach Klaudiusza w Senacie zasiadali Afrykanie. Dzisiejsza mała Europa powinna się rozciągać w przyszłości od Sahary do Arktyki i od Dublina do Władywostoku. Imigracja z Maghrebu przekształci się wówczas w wewnętrzną migrację. W przeszłości mogły przetrwać tylko duże państwa typu Francji, Hiszpanii czy Włoch. Dzisiaj mają szansę jedynie struktury o kontynentalnych rozmiarach. Nie przetrwają nie tylko Chorwacja czy Tadżykistan, ale również Niemcy czy Rosja, jeśli pozostaną w izolacji. Jeśli Chorwaci i Tadżycy nie chcą się rozpuścić w uniwersalnym melting pot, muszą się zjednoczyć z innymi narodami wielkiej przestrzeni kontynentalnej. Należy wypełnić przesłanie Konstantego Leontiewa, który postulował zjednoczenie się Rosjan z muzułmanami przeciwko tendencjom antytradycjonalistycznym. I na koniec, pour epater les bourgeois i innych, opinia wyrażona przez Jana Cau, niegdysiejszego sekretarza Sartre’a, w książce „Une Passion pour Che Guevara”. Otóż p. Cau uważa, że śmierć Che Guevary miała ten sam wymiar co samobójstwo doktora Goebbelsa. Obaj umarli jak Rzymianie w poczuciu dumy, nie mogąc się pogodzić ze zwycięstwem wrogich im sił i w absolutnym poczuciu słuszności swojej sprawy. Francuski pisarz uważa, że zarówno Niemiec, jak i Argentyńczyk zasłużyli na to, żeby się przed nimi skłonić głowę.
PORTUGALIA
SINERGIAS EUROPEIAS REVISTA PLURIDISCIPLINAR DA NOVA ESCOLA POLITICA EUROPEIA
Nowe pismo Nowej Prawicy wychodzi w Lizbonie i jest redagowane przez pięcioosobowy komitet, w skład którego wchodzą m.in. Józef Ferreira i Julian Prata.W pierwszym numerze synergetycznego pisma z zachodniego krańca Europy demaskuje się rasizm Józefa Ludwika Barbosy, który na łamach popularnego „Diario de Noticias” powiedział, że nie jest możliwe lansowanie portugalskiej mody za granicą. Portugalia jest wsią i jedynym produktem, który ten kraj sprzedaje jest wino z Porto. Wino można sprzedawać tylko z tego względu, że Anglicy chcą je kupować. Po prostu portugalska rasa jest słaba i nie ma innego usprawiedliwienia – peroruje Europejczyk znad Tagu. W takim razie skupmy się przez moment na silnej rasie północnoamerykańskiej. Jest ona krzepka, ale to nie znaczy bynajmniej, że nie można jej czegoś wytknąć. Okazuje się, że spośród 190 milionów dorosłych Amerykanów 90 milionów ma poważne problemy z pisaniem i czytaniem. Nie znaczy to oczywiście, że USA nie mają ekspertów. Francuski minister kultury Jakub Tourbon ujawnił, że Jelcyn zrobi wszystko, czego życzą sobie specjaliści zza oceanu, szczególnie ci z Chase Manhattan Bank. Twierdzą oni, że można w ciągu 6 miesięcy przejść od komunizmu do liberalizmu. Tymczasem w Rosji w ciągu jednego roku podwoiła się liczba nędzarzy. Nie zalicza się do nich nieustraszona bojowniczka z komunizmem Małgorzata Thatcher. W uznaniu zasług dla sprawy żydowskiej masońska organizacja B’nai B’rith przyznała jej złoty medal.
Robert Steuckers nie dostał medalu, ale za to udzielił wywiadu, który ukazał się w drugim numerze pisma z lipca 1994 r. Steuckers ustosunkowuje się w nim do lansowanej przez paryską prasę tezy o rzekomej konwergencji intelektualistów lewicy i prawicy. Przykładem tej konwergencji miała być deklaracja poprawnie myślących paryżan, którzy przeszli „od maoizmu do rotarianizmu”, takich jak Roger Garaudy, Max Gallo czy Klaudiusz Cheysson, deklaracja potępiająca wojnę w Zatoce. W tym areopagu znalazł się też „papież” Nowej Prawicy Alain de Benoist, który nieszczęśliwie znalazł się w tym dziwnym towarzystwie. W związku w tym we Francji rozpętała się nowa Inkwizycja, zupełnie inaczej niż w Niemczech i Belgii, gdzie nie było antyirackiej histerii, ambasador tego kraju na lewo i prawo udzielał w Brukseli wywiadów oskarżając Stany Zjednoczone, Francję i Wielką Brytanię o „dolewanie oliwy do ognia”, a rządy belgijski i niemiecki nie wzięły udziału w agresji. Tradycją już jest, że ludzie prześladowani w Paryżu ze względu na poglądy mogą znaleźć azyl w Belgii. Tak było kiedyś np. z Alainem de Benoist, który schronił się przed galijską nagonką na łamach dwóch najpopularniejszych tygodników flamandzkich. W Belgii partia komunistyczna nigdy nie odgrywała znaczącej roli. We Francji za to było pełno czystych komunistów, którzy uwierzyli bez zastrzeżeń w niemiecką dialektykę Hegla i Marksa. Paryska elita ciągle jest pogrążona w laickich przesądach. Jednych skazuje się na zapomnienie, a innych umieszcza w panteonie myślicieli. A przecież w roku 1911 rzeczywiście można mówić o konwergencji Sorela, Maurrasa i prudonistów. W latach 30. neosocjaliści Henryk de Man i Marceli Deat zbliżają się do Bertranda de Jouvenela na zasadzie coincidentiae oppositorum. Potem wszystko się zapomina i przeinacza. We Włoszech debata jest bardziej zróżnicowana, atmosfera mniej skomplikowana. Tam od dwudziestu lat, gdy skończył się „okres ołowiu”, lewica i prawica nie przestają prowadzić dialogu.
Cofniemy się teraz nieco w przeszłość wraz z profesorem Raymondem Woodem z Uniwersytetu Stanowego Missouri. Odkrył on, że źródła posunięć Hitlera zakresie polityki wewnętrznej i zagranicznej należy szukać w twórczości Karola Maya, ulubionego autora Hitlera. Führer kierował się wskazówkami twórcy postaci Winnetou, gdy nakreślił strategiczne i taktyczne plany w czasie II wojny światowej. Kilkadziesiąt lat po tej wojnie rodacy wodza III Rzeszy są atakowani przez dziennikarkę „Rzeczypospolitej” Annę Wielopolską. Krytykuje ona to, że milion ludzi na Śląsku posiada narodowość niemiecką i to, że setki tysięcy spośród nich mogą głosować w wyborach. Wielopolska protestuje też przeciw nadawaniu ulicom niemieckich nazw. Redakcja przypomina, że możliwość praktyk tego typu to minimum praw przysługujących mniejszościom w Europie
CZECHY
PROGLAS
W sponsorowanym przez Międzynarodową Unię Paneuropejską piśmie nastąpiła zmiana redaktra naczelnego. Zamiast Franciszka Rychlika jest nim teraz Piotr Fiala. Pismo zmieniło format z dużego na „stańczykopodobny” i kolor okładki z białego na czarny. W pierwszym numerze z 1993 r. Aleksy Nowotny pisze o „Przykładzie dla Europy”, jaki dali czechosłowaccy politycy w trakcie przeprowadzania aksamitnego rozwodu. Udowodnili w ten sposób, że Czesi i Słowacy różnią się od Abchazów i Tadżyków, z którymi często się ich utożsamia w zachodniej Europie. Łagodne rozstanie Korony Czeskiej i Górnych Węgier zostało skomentowane w Niemczech niemalże euforycznie. Nie da się ukryć, że głównym problemem w Europie w następnym półwieczu będą zmiany granic. Trzeba się zgodzić z Hitlerem, że „umowy” z Wersalu, St. Germain Trianon były dyktatem, w związku z czym były i będą kwestionowane. Po I wojnie światowej posiekano Węgry i rozczłonkowano Austrię. Wokół dzisiejszej, resztkowej Austrii będzie się odbudowywać ta najbardziej środkowa Europa. W1919 r. na drodze przemocy stworzono „Jugosławię”, która swoje granice wyznaczała iście bałkańskimi metodami. Czechosłowacja też była tworzona dzięki gwałtowi. Problem Niemców sudeckich nie powstał w 1938 r. wraz z Heinleinem, ale w 1918 r., kiedy ludności niemieckiej w Sudetach nie przyznano prawa do samostanowienia. Czesi i Słowacy dali dobry przykład, jak rozwiązywać tego typu problemy wbrew okrzykom liberalnie lewicowych przeciwników podziału federacji.
Franciszek Miksz do tego obozu zalicza również Piotra Pitharta, choć on sam określa się jako „liberał o konserwatywnej orientacji”. Pithart posądza rządzącą ODS o udawanie konserwatyzmu i realizowanie inżynierii społecznej. Tymczasem w porównaniu z OH (Ruchem Obywatelskim) Pitharta i Dienstbiera ODS jest rajem dla konserwatystów. Jeżeli premiera Klausa oskarża się często o ekonomizm, czyli podporządkowanie wszystkiego gospodarce, to ekspremiera Pitharta należałoby posądzić o „czechosłowakizm”. Twierdzi on, że w Europie są znacznie bardziej zróżnicowane obszary niż Czechosłowacja. Nie rozumie on, że dalsze trwanie federacji doprowadziłoby do tego, co on nazwałby „czeskim nacjonalizmem”, a wtedy realny stałby się wariant bałkański. Pithart chciał ratować federację dzięki aktywności obu republik i jako czeski premier ignorował władzę federalną, więc nie ma się co dziwić, że Klaus „krzyczał na niego jak na małego chłopca”. Wówczas, gdy Pithart zaczął na szczeblu republikańskim rozmawiać o federacji, nie miała już ona szans na przetrwanie. Nie miała ona szans, skoro nie uratował jej nawet tak „plastyczny” (w przeciwieństwie do „płaskiego” Klausa) polityk jak były członek kompartii czyli „konserwatysta z Ruchu Obywatelskiego” (tak tytułuje Miksz tekst o nim) Piotr Pithart.
Od personaliów oddalimy się dzięki Aleksemu Nowotnemu i jego rozważaniom o “Gwiezdnym zegarze Europy”. Publicysta stwierdza expressis verbis, że „powrót” Bałkanów do Europy jest równie niemożliwy, jak „powrót” Rosji. Zbyt odmienne są doświadczenia historyczne i mentalność. Zachód z wyjątkiem Węgier potrafił się obronić przed Turkami okupującymi przez długie stulecia Bałkany. W 1683 r. Wiedeń został obroniony dzięki polskiemu poświęceniu i męstwu, czego wciąż nie docenia się na „Zachodzie”. Zaczęło się wypieranie islamu z Europy. Dzisiaj Turcja jest buforem między islamskim Orientem i arabsko-perskim fanatyzmem a Europą. Od drastycznych reform Atatürka sprzed półwiecza Turcja stara się zaszczepić u siebie europejską demokrację. Tysiąc lat bliskich związków z Europą oraz przyjęcie pewnych tradycji podbitego Bizancjum spowodowało, że turecki islam różni się od bardziej radykalnego mahometanizmu na wschód i południe od tureckich granic. Autor jest zadowolony z tego, że duchowi potomkowie Kemala Paszy pomogli w pognębieniu irackiego socjalizmu i wyraża nadzieję, że również islam doczeka się swojego oświecenia i liberalizacji. Świat chrześcijański jest dzisiaj przeliberalizowany i przydałoby się mu przypomnienie własnych korzeni.
Drugi numer z 1993 r. zawiera m. in. rozważania Franciszka Miksza nad tym, czy „Prawicowy egoizm” Czechów był główną przyczyną rozpadu federacji. Słowacy mieli się oderwać, bo nie mogli dłużej wytrzymać czeskiego ekonomizmu i pragocentryzmu. Tego typu sugestie są szeroko rozpowszechnione w kręgach centrolewicy. Tymczasem zapomina się o tym, że federacja była tworem skomplikowanym i racjonalnym, a nie naturalnym. Wzmacniało to słowacki nacjonalizm, żywiący się kompleksami wobec Czechów i Węgrów. Zaraz po listopadzie 1989 r. nasiliły się dążenia słowackich radykałów i demokratów, dążenia wspólne pomimo dzielących ich różnic, do utworzenia własnego państwa. Wszyscy oni widzieli w Mecziarze “solidną pałkę na Czechów”. „Poszukiwacz utraconego środka” Pithart też dołożył swoje trzy grosze do procesu rozpadu państwa, pomimo oficjalnie deklarowanego profederalizmu. Tak więc dużym uproszczeniem jest twierdzenie, że podział Czechosłowacji jest skutkiem zwycięstwa w wyborach 1992 r. „antyfederalnego” Klausa. Przyczyny słowackiej (albo czeskiej, jak kto woli) secesji są starsze i głębsze. Należy ich szukać przed 1918 r.
lvo Budil w artykule „Wizje i rzeczywistość w Europie Środkowej. Refleksje w związku z końcem czechosłowackiej federacji” przypomina opinię wielu historyków i politologów. Twierdzą oni, że koniec Czechosłowacji oznacza dokończenie rozkładu Austro-Węgier. Naddunajska federacja była anachroniczną pozostałością Świętego Cesarstwa Rzymskiego i nie wytrzymała naporu nowych czasów.
Frustracje z tym związane dały znać o sobie całkiem niedawno, kiedy Austriacy wybrali prezydentem Waldheima, na przekór światowej opinii publicznej. Po II wojnie światowej Austria odgrywała rolę wysuniętej placówki wolnego świata i przystani dla uciekinierów, co nadało nową treść jej egzystencji. Co do Węgier, to w Trianon potraktowano ich gorzej niż Czechów w Monachium. W okresie międzywojennym Madziarzy leczyli swój żal opium horthy`owskiej dyktatury. Samoświadomość odzyskali dzięki bohaterskiemu powstaniu w 1956 r. i reputacji “nieprawomyślnego” czy też „awangardowego” państwa obozu socjalistycznego. Austria i Węgry przeszły zatem drogę od poczucia gorzkiej porażki i niesprawiedliwości do nieoczekiwanych sukcesów. Trzecią geopolityczną podporą Austro-Węgier były Czechy. Czeskim politykom o narodowej i lewicowej orientacji udało się po 1918 r. przekonać upojonych zwycięstwem aliantów o konieczności realizacji utopijnej wizji wspólnego państwa Czechów i Słowaków, abstrahując od rzeczywistych potrzeb przestrzeni środkowoeuropejskiej. Nowe państwo różniło się jakościowo od katolickich i uniwersalistycznych Austro-Węgier. Masaryk twierdził, że czeski humanizm wyraził się doskonale w ruchu husyckim i idei braterstwa. Potomkami husytów i braci czeskich byli czescy legioniści, którzy walką z niemieckim i austro-węgierskim autokratyzmem godnie zwieńczyli kilkuwiekowe zmagania z reakcją i kontrreformacją. Dzięki brakowi rodzimych tradycji oligarchicznych „czechosłowacka idea” przybrała przed wojną postać demokratyczną. Jednakże przy niedostatecznym podkładzie liberalizmu czechosłowackie państwo było przesiąknięte „rousseauowską” wszechludowością, szczególnie dzięki poczynaniom Benesza. Ułatwiło to prawie bezkonfliktowe przejście do marksistowsko-leninowskiego totalizmu. Zatem możemy stwierdzić, że I wojna światowa zmusiła Austriaków i Węgrów do uznania nędznej rzeczywistości a Czechów pchnęła w opary ideologii i mitów. Efekt jest taki, że Czechosłowacja uległa politycznej destabilizacji i po raz pierwszy od Średniowiecza pozostała w tyle pod względem ekonomicznym i społecznym.
Czechosłowacja w większym stopniu podległa wpływom antyoświeceniowych prądów niemieckich i tez o przewadze „kultury” niemieckiego ducha nad dekadencką i bezduszną „cywilizacją” Zachodu. Ale przecież nowożytny Izrael też jest dziełem socjalistycznej i syjonistycznej utopii, a pomimo to wyśnione przez Herzla państwo żydowskie w 1947,1967 i 1973 r. wykazało swoją żywotność. Czechosłowacja w 1938, 1948 i 1968 r. wręcz przeciwnie. Za państwem Masaryka może przemawiać to, że w Użchorodzie na Rusi Podkarpackiej odnajdziemy ślady cywilizatorskich działań zachodnich Słowian. Ale z kolei wielokrotnie podkreślany rozwój Słowacji można zweryfikować przez porównanie jej dzisiaj z Dolnymi Węgrami, Irlandią, Hiszpanią, Portugalią i Grecją, gdzie w 1918 i 1945 r. poziom życia był niższy. Biorąc pod uwagę przedstawione powyżej okoliczności zwycięstwo wyborcze w 1992 r. konserwatywnych liberałów nad obozem opartym na masarykowskich wartościach, doprawionych mitologią narodową i lewicowymi wizjami z lat 60-tych należy uznać za cud. Dzisiaj alternatywny epos, heroiczny i założycielski, jest wykuwany na Słowacji. Walka o rząd dusz toczy się tam między skupioną w HZDS starszą generacją komunistów i zorganizowanym w SDL młodszym pokoleniem byłej słowackiej kompartii. W zakresie kultury politycznej Czechy i Słowacja różnią się bardziej niż Wielka Brytania i Grecja.
Kultura polityczna jest uwarunkowana między innymi strukturą parlamentu. „Czy senat jest potrzebny?” – zastanawia się Piotr Fiala. Już przed wojną znany czechosłowacki teoretyk Ferdynand Peroutka pisał, że Izba Lordów w Wielkiej Brytanii przestała mieć znaczenie, a czechosłowacki Senat to abstrakcyjna ozdoba konstytucji i przystań dla steranych w walkach polityków. Na fali poglądów tego rodzaju zlikwidowano drugie izby parlamentu w 1953 r. w Danii i w 1970 r. w Szwecji. Funkcjonujące do dzisiaj izby wyższe można podzielić na dwa rodzaje. W Irlandii (Seanad) i Bawarii są one reprezentacją poszczególnych stanów czy też grup społecznych, co wypływa z chrześcijańskiej nauki społecznej. Szczególnie na Zielonej Wyspie utworzone w ten sposób ciało opanowane jest całkowicie przez partie polityczne. Nowszy model drugiej izby parlamentu polega na tym, że jest ona zbiorem przedstawicie poszczególnych jednostek terytorialnych. Wariant ten zastosowano np. w USA i Szwajcarii i wyższe izby w tych krajach są traktowane powszechnie jako integralna część demokratycznych struktur. Na koniec warto zaznaczyć, że zdecydowanie za dwuczłonowym parlamentem kilkakrotnie wypowiadał się Fryderyk von Hayek.
W następnym, trzecim numerze szczególnie interesujący jest tekst Władysława Jehliczki „Hus i husytyzm” W XIX wieku wykreowano Husa na „bojownika własnego rozumu”, zwolennika racjonalnej „prawdy”, odmiennej od biblijnej „prawdy” średniowiecznej. Tymczasem Hus jako średniowieczny ksiądz oczywiście opierał swoje widzenie świata na Biblii i wierzył, że lepiej od innych poznał Pismo Święte. W wielkim sporze między realizmem a nominalizmem czeski kaznodzieja zdecydowanie opowiedział się za tym pierwszym i stał się skrajnym realistą, czyli uważał, że uniwersalia są pierwotne względem rzeczy. Możemy, posługując się nowożytną nomenklaturą, zaliczyć Husa do indywidualistycznych platoników. Oznacza to, że sobór w Konstancji, opanowany przez nominalistów (po spaleniu przybysza z Pragi uczony francuski kardynał powiedział „ostatecznie realizm został spalony”) był bardziej “po-stępowy” niż zatwardziały Czech. Hus był uparty, bo wierzył w swoją prawowierność, którą miał wykazać na soborze. Nie miał zamiaru odłączać się, jak to uczynił Luter. Do wyjazdu na sobór skłonili go jego zwolennicy, pragnąc aby przekonał kościelną elitę do swoich racji. Zgromadzenie kościelnych dostojników zajmowało się niezwykle ważnymi problemami reformy Kościoła i papiestwa. Proces i egzekucja Husa odbyły się na marginesie głównych wydarzeń. Nikt nie przewidywał, że po wiekach Konstancja będzie kojarzyć się głównie z auto da fe słowiańskiego kacerza.
Wojownicy Żiżki spalili setki ludzi, ale nikt o nich nie pamięta. Ruch husycki ma taki związek z Husem, jak nazizm z Nietzschem. Wojny husyckie wybuchły z powodu niejasnej polityki króla Wacława IV. Husyci zmierzali przede wszystkim do przejęcia kościelnych majątków. Element wyznaniowy, podkreślany przez Palackiego i Masaryka, jak również motyw narodowy, eksponowany przez Pekarza, odgrywały drugoplanową rolę. Czeskie widzenie przeszłości zostało ukształtowane przez kwartet Palacky-Masaryk- Jirasek-Nejedly. Również katolicy podzielają w zasadzie ich poglądy na husytyzm, Białą Górę czy barok, zaznaczając najwyżej, „że przecież aż tak źle nie było” Warto więc uświadomić sobie, że wojna zaczęła się dopiero po śmierci Wacława IV. Wówczas to ujawniają się „husyci”, czyli grupka terrorystów siejących postrach wśród czeskich sąsiadów i wśród samych Czechów. W XIX wieku „ku pokrzepieniu serc” uczyniono z husytyzmu wzorzec czeskich dziejów i ideologii narodowej,
