«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 25 (1995)

12.29.16 | brak komentarzy

 

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 25 (1995)

ROSJA

NASZA STRANA

Najnowsze numery pisma rosyjskich narodowych monarchistów przynoszą mniej niż zwykle wartościowych tekstów. Omówimy jednak pokrótce te, które wydają się najciekawsze. W numerze 2279 znaleźć można min. uwagi G. Kriwago poświęcone amerykańskim ekranizacjom europejskich powieści historycznych, a w szczególności niedawnej hollywoodzkiej ekranizacji „Trzech muszkieterów”. Tytuł artykułu ­- „Filmowa chała” – mówi sam za siebie. W tym samym numerze krótki wywiad z serbskim teologiem i prawnikiem, prof. Marko Markowiciem, w którym znajdujemy celną ocenę Zbigniewa Brzezińskiego. Zdaniem serbskiego intelektualisty Brzezińskiego cechuje potrójna nienawiść: wobec wszystkich postaci ideologii narodowych, wobec Rosji, wreszcie wobec wszelkich europejskich i japońskich dążeń do wyzwolenia się spod kurateli Ameryki. Ideologiczne zaślepienie (czy tylko? – red.) doprowadza Brzezińskiego do tego, iż w publicznych wystąpieniach gloryfikuje on rewolucję bolszewicką, jako wydarzenie, które zahamowało „postępy intensywnego rosyjskiego imperializmu”. Z kolei w numerze 2304 Mikołaj Kazancew pisze o odradzaniu się w Rosji “kadeckich monasterów”, jak przed rewolucją nazywano szkoły kadetów. W odróżnieniu od „koncesjonowanych”, popieranych przez postradzieckich aparatczyków nowych korpusów, korpusy kadetów w Woroneżu, Moskwie i Nowoczerkassku nawiązują do tradycji i ubiorów armii carskiej oraz kładą wielki nacisk na formację religijną przyszłych wojskowych w duchu prawosławia. Jak dowiadujemy się z artykułu ruch kadecki cieszy się poparciem generała Lebiedia, niewątpliwie nietuzinkowej postaci współczesnej rosyjskiej sceny politycznej.

W kolejnych numerach pisma znajdujemy dwa teksty pióra autora ukrywającego się za inicjałami P. N. poświęcone problemom Unii Europejskiej i idei zjednoczenia Europy w szerszym aspekcie. W obecnych czasach wiele mówi się o upadku Europy, przesunięciu „politycznego środka ciężkości” ze strefy Atlantyku nad Pacyfik itp. W rzeczywistości jednak Europa nadal jest „centrum świata”, zarówno z powodu swego usytuowania geopolitycznego, jak i ze względu na potęgę gospodarczą. Punktem ciężkości Europy są Niemcy: geograficznie górują one nad terytorium Europy jak Rosja nad Eurazją, są też motorem gospodarczym kontynentu. Wystarczy uzmysłowić sobie fakt, że w 1992 roku Niemcy osiągnęły najwyższy w historii poziom rezerw walutowych – 125 mld dolarów. Jednakże znaczenie Europy dla świata nie kończy się na kwestiach geografii i ekonomii. Europa jest przede wszystkim rodzajem „ideologicznej trampoliny”, bombardującej resztę świata rodzącymi się w niej ideologiami. Wszystkie ideologie współczesności narodziły się w Europie i dopiero później były „wdrażane” w innych częściach świata. Ideologia paneuropeizmu nie jest wyjątkiem, choć zauważalne są w niej elementy amerykańskie. Jednakże jej historyczne korzenie są niemieckie. W latach dwudziestych niemiecka partia socjaldemokratyczna w swoim programie postulowała stworzenie “Stanów Zjednoczonych Europy”, w tym też okresie w Niemczech narodził się ruch Pan-Europa, którego głównym animatorem był austriacki arystokrata hrabia Coudenhove-Kalergi (Pan-Europa wegetuje w szczątkowej formie do dziś pod przewodnictwem jednego z książąt z rodu Habsburgów – red). Honorowym przewodniczącym kongresu Pan-Europy, który odbył się w Wiedniu w roku 1927 był prezydent Czechosłowacji Benesz. Uczestniczyli w nim też min. były premier Austrii Seipel, minister włoskiego rządu faszystowskiego hrabia Sforza i przewodniczący Reichstagu Loebe. Na Kongresie zaprezentowano przyszłą flagę zjednoczonej Europy – dwadzieścia osiem pasków (ilość państw europejskich, za wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Rosji Sowieckiej) na niebieskim tle.

Już wtedy, zdaniem P. N. w ideologii europejskiego unionizmu widoczne były wątki utopijne. Paneuropeizm, zarówno w postaci z lat dwudziestych, jak i obecnej, nie nawiązuje do historycznych, duchowo-religijnych korzeni Europy, co zbliża go do ideologii amerykanizmu. Na obszarze cywilizacji atlantyckiej, po obu stronach oceanu zadomowiła się ta sama ideologia: kult sukcesu za wszelką cenę, mania wydajności, produkcji i konsumpcji. Najwyższą wartością współczesnej kultury atlantyckiej nie są jej dawne wartości duchowe, lecz dobrobyt materialny. Jednakże, aby w pełni wcielić w życie ideały paneuropeizmu, konieczne jest osiągnięcie podobnego poziomu życia we wszystkich krajach, czego warunkiem jest osiągnięcie wszędzie podobnej wydajności pracy. Jest to zadanie niewykonalne ze względów nie tylko ekonomicznych, ale i mentalnościowych. Konieczne jest także wyrównanie poziomu deficytu budżetowego w krajach europejskich. Tymczasem nawet deficyty dwóch filarów Pan-Europy, Niemiec i Francji są nierówne: we Francji jest to sześć procent dochodu narodowego, podczas gdy w Niemczech mniej niż trzy procent. Tak więc pogrążona w ekonomanii Pan-Europa sama stwarza sobie problemy niemożliwe do rozwiązania – z jednej strony Lewiatan wciąż musi „połykać” nowe państwa, z drugiej strony coraz większa ilość krajów członkowskich zwiększa chaos wewnątrz Pan-Europy, dzięki czemu „jedność” i „unifikacja” przybierają coraz bardziej fikcyjny charakter. Tendencja taka staje się coraz bardziej widoczna wraz z włączeniem do Unii Europejskiej Austrii i krajów skandynawskich, a stanie się jeszcze mocniejsza w wypadku dołączenia biednych państw byłego bloku wschodniego. Zdaniem autora artykułu przyszłość „wspólnej Europy” jest niejasna. Najbardziej prawdopodobne jest jednak powstanie Europy dwustrefowej, której jądro stanowić będą Niemcy, Francja i Benelux, zaś reszcie krajów przypadnie rola satelitów. Europa ta będzie znajdować się w stanie dynamicznej rywalizacji z USA i Japonią oraz Rosją. Autor artykułu twierdzi, że dla wzmocnienia politycznej roli Rosji w Europie pożyteczne byłoby powołanie Związku Bizantyjskiego – ponadpaństwowej organizacji zrzeszającej prawosławne kraje europejskie.

D. Rżanow poświęca w numerze 2307 tekst problemowi „Mitteranda, Vichy i własowców”. Pisze on, że we współczesnej postkomunistycznej Rosji nadal tworzy się obraz „własowców – zdrajców”, zaprzańców, ludzi pozbawionych zasad moralnych i skrupułów. Rżanow proponuje odmienne spojrzenie na żołnierzy Własowa, a dla wsparcia swojej tezy sięga po fakty z najnowszej historii Francji, konkretnie do opublikowanych niedawno faktów z młodości byłego prezydenta Francji Franciszka Mitteranda. Pamiętamy, że również we Francji rządząca demooligarchia tworzyła i poniekąd tworzy do dziś „czarną legendę” Republiki Vichy. Kiedy jednak dziennikarz Piotr Pean opublikował niedawno wywiad- rzekę z Mitterandem, z którego wynikało, że polityk ten za młodu był nie tylko urzędnikiem rządu Vichy, ale również zwolennikiem skrajnie prawicowych poglądów, okazało się, że większość Francuzów poparła postępowanie prezydenta w czasie wojny. Mitterand w rozmowach z Peanem stwierdził m.in., że zdecydowana większość polityków rządu Vichy było ludźmi głęboko przekonanymi o tym, że to co robią, robią dla dobra Francji (sam marszałek Petain mawiał, że pragnie uchronić Francję przed „polonizacją” czyli kompletnym zniszczeniem przez Niemców). Rząd Vichy nie mógł poważnie traktować de Gaulle’a, który miał podówczas opinię awanturzysty i miałkiego karierowicza, marionetki w rękach Anglosasów. Mówiąc inaczej Mitterand i inni „ludzie Vichy” postanowili współpracować z Niemcami dla dobra Francji, odkładając na bok swój osobisty stosunek do niemieckich najeźdźców. Podobnie, pisze Rżanow, należy dziś oceniać armię Własowa. Własowcy starali się wykorzystać Niemców dla wyzwolenia swojej ojczyzny spod panowania komunizmu. Służyli więc de facto Rosji, nie Niemcom (autor przytacza tu słynne zdanie gen. Własowa, który zapytał kiedyś żołnierzy podczas porannego apelu: „Jak myślicie, kto kogo lepiej oszuka? Niemcy nas, czy my Niemców?”). Choć kolaboracja z wrogiem nie przyniosła (odwrotnie niż w wypadku Francji) pozytywnych skutków, jednak ofiara własowców nie poszła, zdaniem Rżanowa, na marne, stając się symbolem heroicznego patriotyzmu. Teza autora, choć nie pozbawiona w pewnym stopniu słuszności, grzeszy jednak nadmiernym uproszczeniem. Rżanow traktuje własowców równie bezkrytycznie, co nasi rodzimi niepodległościowcy casus płk. Kuklińskiego. Tymczasem w obu tych przypadkach rzeczywistość umyka czarno-białym schematom i nie poddaje się tak jednoznacznym ocenom.

NIEMCY

MITTEILUNGSBLATT DER PRIESTERBRUDERSCHAFT ST. PIUS X.

Ojciec Ksawery Beavais dzieli się swoimi doświadczeniami z wizyty w brazylijskiej diecezji w Campos, która do 1981 r. była ostatnią oficjalną katolicką diecezją świata, w której nie wprowadzono posoborowej reformy liturgicznej. Relację tę przynosi lutowy numer „Mitteilungsblatt”. Mówiąc o Campos, ma się na myśli przede wszystkim JE ks. biskupa Antoniego de Castro Mayer. W diecezji zwą go Don Antonio, 3 stycznia 1949 roku przyjął on obowiązki biskupa i pełnił je przez 33 lata. Znany ze swej postawy reakcyjnej, walczył w czasie II Soboru Watykańskiego przeciw modernistycznej infiltracji. Gdy powrócił do swej diecezji, postanowił bardziej zdecydowanie niż przedtem bronić wiary i tradycyjnej liturgii, czynił to w trosce o wiernych, którzy zostali mu powierzeni jako pasterzowi. Na przestrzeni lat 1965-1978 opublikował 9 wspaniałych i do głębi poruszających listów pasterskich. Omawiał w nich tematy: kolegialności w Kościele, kryzysu religijnego i obowiązku czujności wiernych wobec błędów, bronił kultu maryjnego, w liście na temat nowej Mszy pisał: „To jest niemożliwe, to jest niemożliwe, nie mogę tego przyjąć” (1969); pisał o „aggiornamento” i analizował jego przeciwieństwo wobec uświęconej Tradycji. W dalszych listach bronił katolickiego małżeństwa, pisał o społecznym królowaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa, a ostatni list z 1978 r. poświęcił Najświętszej Pannie Marii jako pośredniczce wszelkich łask. W wieku 77 lat Don Antonio został przeniesiony w stan spoczynku.

15 listopada 1981 roku obowiązki biskupa przejął Monseigneur Mauarro i rozpoczął bój o wprowadzenie reform soborowych. 25 księży stawiło opór, nastąpiły złożenia ich ze stanowisk proboszczów, nie zawahano się użyć pomocy świeckich organów wymiaru sprawiedliwości oraz sił porządkowych. Sami wierni z dużymi oporami przyjmowali nowy obrządek, dochodziło do rozłamów w parafiach. Część wiernych odszukiwała i ściągała swoich kapłanów z powrotem. Celebrowali oni tradycyjną Mszę św. najpierw w zaimprowizowanych pomieszczeniach, a następnie budowali nowe stałe kaplice, czy wręcz kościoły. Nowy biskup zamknął istniejące seminarium w trzy miesiące po objęciu urzędu, ale księża wierni Tradycji już w 1983 roku otworzyli własne studium, które urosło do rangi seminarium i liczy obecnie 30 seminarzystów. W diecezji Campos doszło do utworzenia równoległego Kościoła wiernego Tradycji. Skupia on 50-60 tysięcy wiernych, posiada 6 szkół, 2500 uczniów, 200 zakonnic z 6 różnych kongregacji, 250 centrów, w których jest odprawiana tradycyjna Msza św. ponad 8500 katechizowanych i 6 domów starców z 600 pensjonariuszami. Po śmierci JE ks. biskupa de Castro Mayera w 1991 r. ks. Licinio Rangel przyjął święcenia biskupie od biskupa z Bractwa św. Piusa X, co miało miejsce w Sao Fidelis. Autor relacji podziwia rozmach, z jakim działa ks. Fernando Rifan, który przed trzema laty rozpoczął w Campos budowę kościoła większego od miejscowej katedry, mają przy nim być dwie szkoły, dla chłopców i dziewcząt, w planie jest też i hala sportowa. Miejscowi ludzie mówią, że jeszcze nigdy się tyle w diecezji nie budowało. Tylko jeden budynek kościelny z poprzednich czasów pozostał w rękach tradycjonalistów, gdyż był on własnością trzeciego zakonu karmelitańskiego, a ten pozostał wierny Don Antonio i Tradycji. Księża z Campos skupieni są we wspólnocie św. Jana Vianney i blisko współpracują z Bractwem św. Piusa X. Autor relacji jest przełożonym Bractwa na Amerykę Południową.

Ten sam zeszyt zawiera omówienie kościelnego dokumentu na temat Wschodnich Kościołów unijnych. Sednem sprawy jest rezygnacja z tradycyjnej katolickiej eklezjologii. W imię dobrego klimatu i porozumienia z prawosławiem na płaszczyźnie ekumenicznej watykańska polityka wschodnia godzi się na upadek katolickich kościołów unijnych w Europie Wschodniej. Wyzwoleni spod komunizmu katolicy unijni odbierają to stanowisko jako zdradę. W oficjalnym oświadczeniu Międzynarodowej Komisji d/s Dialogu Teologicznego między Kościołem Katolickim a Kościołem Prawosławnym, promulgowanym przez Papieską Radę d/s Jedności Chrześcijan już 15.07.93 r. uznano unityzm, czyli powrót Kościołów Wschodnich do jedności z Rzymem przy zachowaniu swego rytu, za błędny krok. Oświadczenie jest owocem siódmego posiedzenia wymienionej komisji, które odbyło się w czerwcu 1993 roku w Libanie.

W dokumencie tym m.in. czytamy: „Inicjatywy te doprowadziły pewne wspólnoty do unii z Rzymem, przez co wywołały rozłam w jedności z ich rodzimymi kościołami. Stało się to nie bez wpływu pozakościelnych interesów. Tak oto powstały katolickie Kościoły Wschodnie i stworzono sytuację, która wywołała konflikty i cierpienia przede wszystkim po stronie prawosławnych, ale także i katolików”. W dalszej części ogłasza się rezygnację z apostolstwa misyjnego na rzecz Kościołów unijnych. „Nie chodzi o to, żeby zabiegać o nawrócenie wiernych z jednego kościoła do drugiego”. Działalność Kościoła Katolickiego, zarówno obrządku wschodniego, jak i łacińskiego, ma się ograniczyć do zaspokajania potrzeb duchowych swoich wiernych, a jego dalsze rozszerzanie się nie może się w żadnym wypadku dokonywać kosztem Kościoła Prawosławnego. Ten swego rodzaju akt kapitulacji jest szczególnie przykry, gdy sie wspomni o wszystkich prześladowaniach i cierpieniach, które dotknęły greko-katolików w okresie komunizmu, zwłaszcza na Ukrainie.

W tym roku mijają 4 lata od śmierci JE ks. arcybiskupa M. Lefebvre`a, który zmarł 25.03.1991 r. Zeszyty 3/95 i 4/95 przytaczają obszerny zapis (16 stron) długiego wywiadu, udzielonego telewizji w dniu 5. 02. 78 r. Z wypowiedzi arcybiskupa wyłania się jego umiłowanie Rzymu jako kolebki Tradycji. W nim odbył swe studia seminaryjne i w jego pobliżu, w Albano (25 km od Rzymu), kupił dom, aby młodym księżom ze swego bractwa umożliwić paromiesięczny pobyt w mieście, które powinni poznać i pokochać. Prowadzący wywiad stawia zarzut nieposłuszeństwa wobec papieża. Arcybiskup odpowiada, że autorytet, który posługuje się swą władzą, aby odwrócić się od celu, dla którego ten autorytet otrzymał, traci prawo do wymagania posłuszeństwa. Zadaniem papiestwa było i jest zachowanie i przekazywanie depozytu wiary w stanie nienaruszonym, chodzi o Urząd Nauczycielski Kościoła, który przez dwa tysiąclecia dokładnie i wiernie głosił treść Objawienia, lecz obecnie po ostatnim Soborze powstaje wrażenie, że do Kościoła przeniknęły wpływy liberalizmu i protestantyzmu, które niszczą substancje wiary. Są takie prawdy, jak na przykład te zawarte w Credo, które nigdy nie mogą ulec zmianie. Ich wykład musi być zawsze zgodny z tym, co nam przekazali Apostołowie. Jest niezwykle niebezpieczne, gdy Kościół próbuje stać się bardziej przystępnym dla świata opanowanego przez błędne systemy filozoficzne, polityczne i społeczne, które degenerują jednostki, rozkładają rodziny i całe państwa. Mgr Lefebvre dopuszcza pewne zmiany w sprawach ubocznych, przede wszystkim w praktyce duszpasterskiej, ale nienaruszony musi pozostać przekaz wiary. Nie wolno np. zmieniać treści Katechizmu, można jedynie na różne sposoby ją prezentować. Sobór w swoim założeniu miał być duszpasterski, a nie dogmatyczny, nie miał niczego definiować, co papieże Jan XXIII i Paweł VI wyraźnie twierdzili.

Sobór uchwalił 16 dokumentów, biskupi byli zobowiązani osobiście je podpisać. Arcybiskup podpisał 14 dokumentów, lecz odmówił podpisania Deklaracji o wolności religijnej (Dignitatis humanae) oraz Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym (Gaudium et spes). (Czytelnika może zadziwić fakt, że Lefebvre podpisał Konstytucję o liturgii świętej – Sacrosanctum Concilium. Nie wszyscy wiedzą, że ten dokument, uchwalony jako pierwszy 4.12. 63 r., nie zabraniał ani nie ograniczał odprawiania Mszy św. łacińskiej, a jedynie dopuszczał możliwość przyznawania więcej miejsca językom narodowym, ostateczny kształt reformie liturgicznej nadały późniejsze interpretacje i przepisy wykonawcze – przyp. red.). Nie należy zapominać, że na Synodzie w Rzymie większość biskupów była przeciwna nowemu rytowi Mszy św., mimo to Stolica Apostolska przeszła nad tą opinią do porządku dziennego i nowy ryt został zatwierdzony.

Na zarzut nietolerancji, wynikający z tez: 'Poza Kościołem nie ma zbawienia” i „Inne religie są błędem”, arcybiskup odpowiada, że prawda jest z natury nietolerancyjna wobec błędu, jak światło wobec ciemności, co leży w naturze rzeczy i nic na to się nie poradzi. Krytyka liberalizmu pokazuje podstawowy błąd klasycznego liberalizmu, który jest stale ten sam: nie chce on podporządkować rozumu prawdzie obiektywnej, a swej woli nie chce poddać obiektywnemu prawu. Liberalizm chce się wyzwolić spod ograniczeń jakie narzucają prawda, cnota i prawo. Stopniowe sączenie ducha subiektywizmu doprowadza do tego, że katolik stwierdza, że wszyscy ludzie są braćmi i można się z nimi porozumieć w prawdzie i w błędzie. Zaczyna on praktykować ekumenizm, który jest mieszanką prawd i błędów. Zaczyna się wydawać, że wszystkie religie można ustawić na jednym poziomie – wszystkie mogą ratować człowieka, są dobre, są do przyjęcia. Sam arcybiskup był w przeszłości misjonarzem i utrzymywał liczne i bardzo dobre kontakty z protestantami i muzułmanami, ale nigdy nie przyszło mu do głowy pytanie, czy aby czasami islam i protestantyzm nie są równoważne religii katolickiej.

Arcybiskup Lefebvre dzieli się swoim przekonaniem o możliwości szybkiego rozwoju swej opcji wśród wiernych, gdyby tylko dano mu zielone światło. W czasie swego spotkania z papieżem Pawłem V111. 09. 76 r. prosił o zgodę na eksperyment Tradycji. Papież wstrzymał się z natychmiastową odpowiedzią i udzielił jej później na piśmie, po zasięgnięciu opinii kompetentnej kongregacji, decyzja była negatywna. Arcybiskup bardzo nad tym ubolewał, ale nie załamywał się. Swoją nadzieję budował na przekonaniu, że jeżeli ma się za sobą przeszłość, to ma się przed sobą przyszłość.

Majowy numer „Mitteilungsblatt” zamieścił między innymi ciekawy artykuł Katarzyny Macarius o kuriozalnej historii „amerykanizmu”; rzecz jest o źródłach specyfiki Kościoła katolickiego w USA. Kościół ten jest dla Europejczyków czymś odległym i nieznanym, a pod pewnymi względami mocno udziwnionym. Wychodziły z niego ruchy i tendencje odpowiedzialne często za chaos infekujący Europę. Dobrym przykładem jest tu ruch charyzmatyczny, powstały w 1969 r. na uniwersytecie katolickim w Pensylwanii. Jeszcze wcześniej ukształtowała się w Ameryce mania stosowania różnych metod psychoterapii grupowej, które stopniowo wślizgnęły się i powszechnie zadomowiły w seminariach i zgromadzeniach zakonnych, a są współodpowiedzialne za niszczenie kapłaństwa. A cóż poczęliby postępowi ojcowie Soboru Watykańskiego II z krajów leżących nad Renem bez rozwiniętych w Ameryce metod operowania mediami, które w trakcie obrad Soboru umożliwiły powstanie rzesz sympatyków reform? Warto więc zapoznać się z krótką historią tego lokalnego Kościoła i jego wkładem w rozwój modernizmu.

W1776 roku przywódcy zbuntowanych kolonii angielskich postanowili pozyskać ludność z francuskojęzycznej Kanady do wspólnej walki przeciw koronie brytyjskiej. Francuzi z Ouebecu byli w przewadze katolikami, podczas gdy większość powstańców była protestantami, jedynie Maryland był kolonią założoną przez katolickich emigrantów z Anglii. Ustalono skład delegacji do Kanady, obok Beniamina Franklina i Samuela Chase wysłano dwóch katolików: Charlesa Carrolla i jego krewnego jezuitę Johna Carrolla. Ten ostatni urodził się w 1736 r. w Baltimore, w wieku 13 lat został wysłany przez swą zamożną rodzinę do Europy po dalsze nauki, ukończył kolegium jezuickie w St. Omer we Flandrii, w wieku 29 lat przyjął święcenia kapłańskie i pracował jako nauczyciel, głównie w Anglii. Po rozwiązaniu zakonu jezuitów w 1773 r. powrócił do Ameryki. Długa i niebezpieczna podróż do Kanady zbliżyła Carrolla do oświeceniowego filozofa, wynalazcy i męża stanu, jakim był Beniamin Franklin. Ta przyjaźń nie pozostała bez wpływu na jego dalsze losy i sposób myślenia, a wiadomo, że w gronie “ojców założycieli” USA większość wybitnych osobistości była masonami, co odcisnęło swe piętno na dokumentach założycielskich i symbolice nowego państwa.

Pod koniec wojny większa część kleru w byłych koloniach składała się z ex-jezuitów jak Carroll. Po ukonstytuowaniu się republiki powstała konieczność ustabilizowania formy działalności Kościoła Katolickiego. Do tej pory była to luźnie administrowana z Rzymu prowincja misyjna. Carroll zwołał kler z USA na spotkanie w 1783 r. i przedłożył do dyskusji projekt konstytucji dla amerykańskiej misji. Następnie wysłano petycję do papieża Piusa VI o powołanie przełożonego misji spośród urodzonych w Ameryce. Carroll myślał o jakimś starszym księdzu, ale w tym czasie Beniamin Franklin jako ambasador USA przebywał w Paryżu, gdzie był powszechnie podziwiany i uwielbiany, nie wykluczając dyplomatów watykańskich. Franklin zaproponował powołanie Carrolla na głowę misji i ku zdziwieniu Amerykanów papież się zgodził. Carroll przystąpił do realizacji własnej wizji Kościoła amerykańskiego, oddzielonego od państwa w interesie katolickiej mniejszości. Pamięć reżimu anglikańskiego kościoła państwowego była dostatecznie żywa. Jednocześnie Carroll uważał, że należy uczynić katolicyzm mniej obcym i groźnym wobec protestanckiej większości, chciał pozyskać jej sympatię i dlatego jako pierwszy, na długo przed Soborem Watykańskim II, opowiedział się za wprowadzeniem języka narodowego do liturgii. Pisał: „W tym kraju łacina jest nieznanym językiem, a z braku książek i ochoty do czytania w większości naszych wspólnot sens i znaczenie oficjalnego rytu pozostają nieznane”. Angielski rozpowszechnił się w liturgii całej misji, chociaż Rzym nie udzielił na to żadnego zezwolenia. Następnym krokiem była „demokratyzacja” życia parafialnego jak i kleru. Powołano rady parafialne, złożone z mężów zaufania, wybieranych na jeden rok spośród rodzin, które opłacały własne ławki w kościele. Rady regulowały wszystkie świeckie sprawy wspólnoty. Carroll dał klerowi dużo swobody i polecił wspólnie rozstrzygać ważniejsze problemy.

Za wszystkimi ważniejszymi posunięciami Carrolla stała jego filozofia… ekumenizmu! „Jeżeli mamy mądrość i odwagę utrzymywać wolność cywilną i religijną, to mogłaby Ameryka dać światu dowód, że powszechna i pełnoprawna tolerancja, gwarantująca swobodny przebieg dyskusji, przedstawia najefektywniejszą metodę doprowadzenia do jedności w wierze wszystkich chrześcijańskich wyznań”. Słowa te zostały napisane 200 lat temu. Mamy tu do czynienia z próbą modernizmu na skalę laboratoryjną. Carroll zabiegał energicznie o utworzenie diecezji, napływało coraz więcej katolickich imigrantów. Papież zgodził się nawet na wybór biskupa przez zgromadzenie amerykańskich księży, które odbyło się w maju 1789 i wyłoniło Johna Carrolla jako pierwszego amerykańskiego biskupa. Elekt udał się w podróż do Anglii, gdzie 15. 08. 1790 r. otrzymał sakrę biskupią. Kontakty z angielskimi biskupami oraz świadomość konieczności realnego kierowania diecezją w oparciu o Rzym wystudziły jego demokratyczne zapędy, potrzebował też księży z angielskich i irlandzkich seminariów. Synod zwołany w 1791 roku zachęcał do używania angielskiego w liturgii, ale ukrócił inne unowocześnienia. Wkrótce do Ameryki dopłynęły pierwsze fale uchodźców z masakrowanej rewolucyjnym terrorem Francji, ich relacje wywołały wstrząs i odrazę. Wpływ tych wydarzeń dał się odczuć w Kościele, biskup Carroll i jego duchowieństwo stali się świadomi Tradycji i zrobili się wkrótce konserwatywni. Wszystkie innowacje zostały cofnięte, a Synod z 1810 roku wyraźnie nakazał odprawianie całej Mszy w języku łacińskim. Było już jednak za późno, aby w całości wyplenić ducha oświecenia. Raz rzucone idee żyły własnym życiem. Szczególnie utrwalił się pogląd o wyższości amerykańskiego katolicyzmu i o przodującej roli Ameryki w świecie, któremu należy wskazywać drogę, a zwłaszcza starej i zmęczonej Europie, gdyż to w Ameryce zaczęła się nowa era w dziejach ludzkości. Te „nowe czasy” wymagają dopasowania się Kościoła do nowej sytuacji. Wołanie o „aggiornamento” rozlegało się w Ameryce na sto lat przed ostatnim soborem.

AUSTRIA

DIE WEISSE ROSE

Numer drugi z 1993 roku austriackiego „czasopisma przeciw duchowi czasu” poświęcony jest kobiecie i feminizmowi. Anna Trubezkoj oskarża feministki tworzące tzw. historię kobiecą o fałszowanie historii. Feministki nauczają, że historia ludzkości to jedno wielkie pasmo patriarchalnych prześladowań i dopiero dziś poprzez walkę płci kobieta wyzwala się spod męskiego panowania, co sprawia, że świat staje się lepszy, bo bardziej kobiecy. W rzeczywistości kobiety zawsze wywierały wielki wpływ na społeczeństwo i Kościół. Czy mogłyby to czynić gdyby społeczeństwo zorganizowane byłoby na sposób patriarchalny? W Rosji po śmierci cara Piotra przez cały XVIII wiek rządziły caryce. O Marii Teresie z dynastii Habsburgów nie potrzeba nikomu przypominać. Dziewiętnastowieczna Anglia i jej imperium rządzone były przez kobietę, która oprócz tytułu królowej Anglii nosiła tytuł cesarzowej Indii. Oprócz królowej Wiktorii historia Anglii zna wiele innych monarchiń: Marię Katolicką, Elżbietę I, Marię II, Annę Stuart, Elżbietę II. Podporami cesarza Karola V były jego ciotka Małgorzata i jego córka Małgorzata z Parmy – obie jako namiestniczki współrządzące cesarstwem. W historii Austrii ważną rolę odegrała również Małgorzata Maultatsch, hrabina Tyrolu. Przykłady można mnożyć. Obraz kobiety propagowany przez feministyczną historiografię to ideologiczny konstrukt. Nie staje się ona prawdziwa dlatego, że wykłada się ją na uniwersytetach i lansuje w mass-mediach za pieniądze podatników. Jeśli zaś chodzi o ucisk kobiet to raczej powinniśmy rozejrzeć się uważniej po teraźniejszości. Dzieci, kościół i kuchnia są dziś słowami – straszakami. Ale dlaczego właściwie nie mamy do tego wrócić, pyta autorka artykułu. Te trzy słowa wyrażają ludzką miarę rzeczy, która zanika w naszych czasach. Wyrażają one nie zniewolenie kobiety, ale jej wolność. Wolność, którą dzisiaj odbiera się kobietom.

Hemma Moritz w artykule „Feminizm totalny. Od walki klas do walki płci” rekonstruuje historię rewolucyjnego marszu feministek przez instytucje i do instytucji. Zapoczątkowany został przez rozmaite autonomiczne grupy kobiece, które w połowie lat 70-tych zaczęły wchodzić ze sobą w sojusze, aby organizować się do walki przeciw ustawom zakazującym aborcji. Dołączyły do nich aktywistki innych obozów ideologicznych. Feministyczne postulaty trafiły do partyjnych programów. Mimo, iż postulaty równości przed prawem dawno już zostały spełnione to (podobnie jak działo się to w krajach komunistycznych z walką klas) walka płci trwa nadal i zaostrza się. Dzieje się to w sposób mniej może spektakularny niż kiedyś, ale za to tym bardziej skuteczny. Radykalne feministki wykładają na uniwersytetach swoje sesksistowskie dogmaty ubierając je w kostium „naukowych tez”; są urzędniczkami na różnych szczeblach władzy finansując z pieniędzy podatników tysiące „kobiecych projektów”. Są wszędzie – w partiach politycznych, w biurokracji, w Kościele, w przedsiębiorstwach. Agresywna demonizacja mężczyzn i rozsiewanie panik (“każdy mężczyzna to gwałciciel”) służą feministkom jako instrument w walce o władzę i narzędzie dyskryminacji ludzi, przeciw czemu feministki tak gwałtownie kiedyś protestowały. Starają się one również, zgodnie z receptami znanymi z Orwella, dokonać zmiany języka, aby poprzez władzę nad językiem sprawować władzę nad ludzkimi umysłami. Jako legitymizacja w walce o władzę służy feministkom odpowiednio spreparowana „kobieca” wersja historii mająca taką samą strukturę jak historia preparowana przez marksistów. U marksistów cała historia to historia wyzysku wyzyskiwanych przez wyzyskiwaczy, u feministek jest to historia „ucisku kobiet przez mężczyzn”. Feministyczna historiografia konstruuje idealne pra-społeczeństwo matriarchalne, które zniszczone zostało przez złych mężczyzn w celu ustanowienia wrogiego kobietom patriarchatu, który dzisiaj musi zostać z kolei zniszczony przez kobiety. Po to oczywiście, aby władzę zdobyć mogły radykalne feministki.

Reinhard Knittel w artykule „Kobiecy Prometeusz albo Ewa na manowcach” pisze, że każda epoka ma swojego Prometeusza, swoich smutnych bohaterów aroganckiego samowyniesienia. Popełniają oni grzech buntu przeciw metafizycznemu porządkowi, który w Bogu posiada swe najwyższe źródło i wieczną podstawę. Stają się oni ślepi na podporządkowaną Bogu całość rzeczywistości. Ich bunt kończy się chaosem i anarchią, które są zapłatą za grzech. Tym Prometeuszom wydaje się, że mogą zmienić to, co zaplanowała, stworzyła i uporządkowała wieczna mądrość Boga. W swojej niezmierzonej, aroganckiej tępocie tratują piękno Boskiego ładu i wstawiają w jego miejsce swoje szpetne plagiaty. Ale ich uroszczenia są tylko pustym pozorem i zdeptany ład upomni się o swoje prawa. Najwybitniejszy być może katolicki pisarz naszego stulecia Reinhold Schneider w 1937 roku w jednym ze swoich sonetów streścił owo tragiczne napięcie pomiędzy hybris „sprawców” i ich nieuchronną klęską: „Sprawcy nigdy nie okiełznają nieba: to, co scalają, rozpadnie się znowu, to, co odnawiają, postarzeje się w ciągu nocy, to, co budują przyniesie nieszczęście i ból”. Straszliwa scena w jednym rzucie odsłania nowe, prometejskie widzenie kobiety, które utrwaliło się w ciągu ostatnich dwustu lat. To scena, kiedy podjudzony motłoch na ołtarz paryskiej katedry Najświętszej Marii Panny wynosi bluźnierczo prostytutkę. Wysoki, o maryjnym wymiarze ideał kobiety zostaje skontrastowany z poniżającym, nowym idolem prostytutki, kobiety wykorzystanej i odartej ze czci w imię rewolucyjnej triady: „Wolności, Równości i Braterstwa”.

Wszystkie ideologie, które jak bagienne kwiaty wyrastają na glebie rewolucji są zgodne w widzeniu kobiety i jej roli. Wszystkie one w tradycyjnym, chrześcijańskim obrazie kobiety i jej niezwykle ważnych dla całej wspólnoty funkcji w małżeństwie i rodzinie widzą obskurancki program patriarchalnego ucisku. Przedstawiciele tych ideologii dążą do zniwelowania różnic pomiędzy płciami. Co ciekawe są to ci sami ludzie, którzy uprawiając kult płciowości równocześnie negują różnice pomiędzy płciami. Człowiek zredukowany zostaje przez nich do androgynicznej istoty rodzaju nijakiego. Wszędzie obserwować możemy tendencję do zacierania różnic pomiędzy kobietą i mężczyzną, które zgodne są z porządkiem Stworzenia. Mężczyźni się feminizują, kobiety maskulinizują, co sprzyja dezorientacji seksualnej i szerzeniu się homoseksualizmu. Wszystko to stoi w sprzeczności ze specyfiką obu płci i powinno być interpretowane jako celowo dokonywane zubożenie duchowe człowieka. Wyemancypowana kobieta, która swoją „samorealizację” definiuje dumnie poprzez opozycję do określonej przez Boga istoty bytu kobiety jest wzorcowym przykładem utraty godności.

Kobieta ma dziś wiele możliwości społecznego awansu. I oto stoi przed nami: wykorzystana, wywłaszczona z tego, co kobiece, samodzielna, ale sfrustrowana i zestresowana, wolna, ale niespełniona, niby decydująca sama o sobie a w rzeczywistości manipulowana przez fantomy antynaturalnej, a nawet anty-Boskiej ideologii i mody. Kobiety tracą swoją naturalną i substancjalną tożsamość, rozchwiewa się małżeństwo i rodzina, naruszona zostaje społeczna stabilność. Zimny egoizm „samorealizacji” zabija kobiece ciepło, które pochodzi z oddanej miłości podtrzymującej całą wspólnotę. Utracony ład musi zostać na nowo odkryty i znowu musi być szanowany, o ile oczywiście Bóg da na to siły i czas. Destrukcyjna, prometejska hybris musi zostać zastąpiona przez szacunek dla tego świętego ładu. Trzeba przeciwstawić się ideologii płciowej urawniłowki, która nie chce uznać danych od Boga różnic między płciami denuncjując je jako „dyskryminację”. Trzeba bronić różnorodności i bogactwa Stworzenia przed niwelatorskim egalitaryzmem. Wieże Babel współczesności wzniesione przez prometeuszy opętanych hybris nienaturalnego i anty-Boskiego myślenia chwieją się już, stale i niepowstrzymanie.

Ernst Ehrenburg w artykule „Matko Nasza” analizuje założenia teologii feministycznej, która dąży do likwidacji pojęć Boga-Ojca, Króla i Pana, gdyż są one fundamentem systemu patriarchalnego. Feministyczne teolożki nie uznają również za istotny fakt, iż Jezus Chrystus był mężczyzną. Autor artykułu uważa, że feministycznym teolożkom nie chodzi o kosmetyczne zmiany, ale o stworzenie nowej religii, w której Jezus Chrystus ulegnie androgynizacji, całe Objawienie zostanie przeinterpretowane, Ducha Świętego zastąpi „Święta Duszyca”. Feministyczne teolożki odrzucają w zaskakującej niekonsekwencji kult maryjny i nie zauważają, że Kościół to także „Matka Nasza” itd. Nowa religia wymaga oczywiście, aby kapłankami były kobiety. Ich dążenie do udzielania kobietom sakramentu kapłaństwa godzi w samą istotę Kościoła katolickiego. Feministyczne teolożki chcą innej religii i innego kościoła niż ten ustanowiony przez Jezusa Chrystusa, który nie powołał kobiet do kapłaństwa. I tak musi pozostać po wsze czasy. Sam Chrystus stał się człowiekiem jako mężczyzna i jest prawzorem kapłana, co jest ostatecznym argumentem za tym, że kapłańska reprezentacja przypisana jest wyłącznie mężczyznom. Zastępstwo i reprezentacja Chrystusa wyrażające się w hierarchii kapłańskiej nie mogą być oderwane od faktu, że Chrystus był mężczyzną. W żadnym razie nie umniejsza to godności kobiety i nie oznacza oczywiście, że element kobiecy jest nieobecny w Kościele, wręcz przeciwnie. Albowiem Syn Boży przyjął ludzką naturę z kobiety. Przyjmująca i współdziałająca postawa Maryi ucieleśnia idealny obraz chrześcijanina w sposób najdoskonalszy dostarczając tym samym kryterium dla specjalnej roli i specjalnego działania kobiety. Odrębne i niezastąpione posłannictwo kobiety w Kościele odwołuje się właśnie do prawzoru Maryi.

Tradycja Kościoła rozstrzyga sprawę jednoznacznie: nigdy w ciągu 2000 lat historii nie istniało w Kościele sakramentalne wyświęcanie kobiet. Kościół nie może zrezygnować z wyłącznego kapłaństwa mężczyzn tak jak nie może zrezygnować z innych elementów Objawienia. Gdyby to uczynił, to byłoby to tak, jak gdyby po 2000 lat Duch Święty zaprzeczył samemu sobie. Mocą Boskiego prawa tylko ochrzczony mężczyzna może uzyskać święcenia kapłańskie. Żadna kobieta nie może w sposób skuteczny wypowiedzieć słów: „To jest ciało moje…”. Kobieta jest reprezentantem matczynego Kościoła, podczas gdy mężczyzna urzeczywistnia zasadę ojcowską. Eliminacja tego ojcostwa poprzez „kapłaństwo kobiet” oznaczałaby zniszczenie ustanowionej przez Boga pełnej napięcia równowagi i rozpuściłoby Kościół w „świecie”. Feministki chcą nie tylko od dołu opanować stopniowo kapłańską hierarchię (m.in. poprzez przyznanie kobietom prawa do bycia pomocnicami przy udzielaniu komunii, lektorkami i ministrantkami), ale planują wraz z posoborowymi ideologami całkowite zniszczenie tożsamości katolickiego kapłaństwa. Autor przytacza słowa poetki Gertrudy von le Fort: „Kościół nie może powierzyć kobietom kapłaństwa, gdyż w ten sposób zniszczyłby właściwą rolę kobiety w Kościele, a więc zniszczyłby część swojej istoty, której symboliczne reprezentowanie powierzone zostało kobiecie”. Uznanie dla swoistości i ważności kobiety polega właśnie na tym, że nie jest ona przeznaczona do kapłaństwa.

Albert Pethö zajmuje się rozdawnictwem prezerwatyw w austriackich szkołach, co jest jeszcze jednym przejawem społecznego rozkładu spowodowanego dwudziestoletnią dominacją socjalistów. Fakt, iż tego typu akcje propagują socjaliści nie jest niczym dziwnym – wolni są oni wszak od takiego przesądu jak poczucie wstydu, to jednak, że czynią tak również politycy z Partii Ludowej świadczy o tym, że austriacka chadecja weszła w stadium degeneracji. Alexandra Schwartz pisze o preparacie RU 486, który jest pierwszym środkiem rzuconym na rynek przez koncern farmaceutyczny służącym wyłącznie jednemu celowi: zabiciu człowieka w pierwszej fazie życia. Takie całkowite odwrócenie zasad etyki lekarskiej i farmaceutycznej jest czymś wyjątkowym w historii tych dziedzin. Autorka przypomina krótko jak doszło do wyprodukowania RU 486 przez francuską firmę Roussel-Uclaf, w której rząd francuski ma 36,25% udziałów. W1988 roku socjalistyczny minister zdrowia Claude Evin dopuścił preparat do stosowania w 800 francuskich klinikach aborcyjnych. Preparat dopuszczony został także w Wlk. Brytanii i Szwecji. Inne kraje również niedługo to uczynią. Autorka pisze, że udoskonalenie preparatu i wyprodukowanie potrzebnej w niektórych przypadkach prostaglandyny w pigułkach doprowadzi do tego, że można będzie dokonywać aborcji, przy pewnym ryzyku, we własnych czterech ścianach bez wizyty u ginekologa. Wzrośnie nacisk otoczenia (rodzina, “partnerzy”, pracodawcy) na kobiety, aby dokonywały aborcji, która bardziej jeszcze obciąży psychicznie kobietę, gdyż nieobecny będzie lekarz dokonujący „zabiegu”. Najbardziej dramatycznym efektem RU 486 będzie dalsza moralna destabilizacja, ponieważ nienarodzone dzieci są w tym przypadku traktowane jak choroba, którą zwalcza się połykając pigułki.

W tym samym numerze „Die Weisse Rose” Ronald F. Schwarzer w artykule „Zgwałcenie Marianny” przypomina wydarzenia okresu rewolucji (anty)francuskiej, kiedy to rewolucjoniści pchnęli do Wersalu tysiące kobiet paryskich podburzonych przeciw królowi. Słusznie bowiem kalkulowali, że dobrotliwy król nie każe strzelać do kobiet. I tak też się stało. Rodzinę królewską w charakterze zakładników zawleczono do Paryża. Kobiety były w rękach rewolucyjnych kanalii narzędziem do obalenia monarchii. Duszą oporu przeciw rewolucji była Maria Antonina. Mirabeau powiedział o niej, że była jedynym mężczyzną, jakiego król miał do dyspozycji. Jej przyjaciółka księżna de Lamballe powróciła z zagranicy, aby w rewolucyjnym piekle Paryża dzielić z nią tragiczny los. Ponieważ odmówiła przysięgi, że nienawidzi króla, królowej i monarchii została bestialsko zmasakrowana przez rewolucyjne kanalie. Jej głowę motłoch obnosił na pice przed oknami królowej. Cała Francja była wówczas jednym wielkim domem dla obłąkanych. Ulicznice wynoszono na ołtarze, aby czcić w nich boginie „Rozumu”. Z tym światem król i królowa nie mają już nic wspólnego. Suwerennie, w cichej godności wstępują na szafot. Tam, gdzie Bóg już nie mieszka w tabernakulum, tam królowie są czymś absurdalnym.

Poza tym w numerze Andreas Laun pisze o „zniszczonym obrazie miłości”, Michael Hageboeck o aborcjonistach i ich krwawej działalności, Markus Schwarz o austriackich organizacjach walczących przeciw legalizacji zabijania nienarodzonych, Klaus Kueng o polityce rodzinnej, Siegfried Lochner o historii kultu maryjnego, Robert Chlada o arcyksiężniczce Zofii, córce króla Maksymiliana I, żonie arcyksięcia Franciszka Karola i matce Franciszka Józefa I, a Antonio Socci o św. Katarzynie ze Sieny. Redakcja zamieszcza też wywiad z Karin Struck, niemiecką pisarką, kiedyś członkinią partii komunistycznej i działaczką Socjalistycznego Związku Studentów a dziś jedną z najbardziej znanych w Niemczech postaci walczących o prawo nienarodzonych dzieci do życia. Problemowi aborcji poświęciła dawna feministka dwie swoje książki: „Cień Sinobrodego” oraz „Widziałam swoje dziecko we śnie – mowa przeciw aborcji”. Czasopismo przypomina również w krótkich portretach kobiety, które choć odegrały wielką rolę w historii Europy i Austrii jakoś nie cieszą się popularnością wśród feministek. Do kobiet tych należą m. in.: św. Teresa z Avila, cesarzowa Maria Teresa, królowa Wiktoria, królowa Krystyna Szwedzka, Anna Sacher (1859-1930), właścicielka znanego hotelu w Wiedniu i sławna znawczyni sztuki kulinarnej, dr Hildegard Burjan (1883-1933) wybitna austriacka konserwatystka, założycielka Caritas Socialis, Ida Pfeffer (1797-1858) austriacka podróżniczka, członkini towarzystw geograficznych w Londynie, Paryżu i Berlinie, autorka książek podróżniczych i kolekcjonerka, arcyksiężna Maria Józefa, matka cesarza Karola, pielęgniarka w okresie I Wojny Światowej, Florence Nightingale (1820-1910) organizatorka pomocy dla rannych i chorych w czasie wojny krymskiej, Matka Teresa z Kalkuty.

STANY ZJEDNOCZONE

FREEDOM DAILY

Już dawno nie omawialiśmy na naszych łamach miesięcznika “Freedom Daily” wydawanego przez Fundację „Przyszłość Wolności”. Sięgamy przeto po starsze numery z lat 1992/93. Jacob G. Hornberger stwierdza, że wszystkie wojny wewnętrzne toczone przez rząd Stanów Zjednoczonych: Wojna z Alkoholem, Wojna z Biedą, Wojna z Narkotykami, Wojna z Analfabetyzmem zakończyły się klęską. Klęską zakończyła się również Wojna z Rasizmem. Uprzedzenia rasowe są dziś raczej większe niż kiedyś. Ruch Praw Obywatelskich zapoczątkowany w latach 50-tych przyniósł zniesienie ustaw o segregacji rasowej. Ale zamiast na tym poprzestać, zamiast po prostu znieść wszelkie bariery uniemożliwiające Czarnym podejmowanie rozmaitych form działalności gospodarczej, rząd USA uczynił dwie niezwykle szkodliwe rzeczy: po pierwsze wprowadził przymusową integrację pozbawiając ludzi niezbywalnego prawa do indywidualnej dyskryminacji na wolnym rynku, i po drugie poprzez system preferencyjny (affirmative action) użył systemu prawnego, aby zapewnić Czarnym pewne korzyści kosztem Białych. Dziś widać już wyraźnie, że kwestia rasowa była dla rządu jedynie pretekstem do rozszerzenia zakresu swej władzy. Rozwiązanie kwestii rasowej musi polegać na zniesieniu wszelkich praw i ustaw o segregacji i desegregacji, na zagwarantowaniu wszystkim obywatelom równości wobec prawa oraz na zniesieniu wszelkich ograniczeń nałożonych na działalność gospodarczą.

W innym artykule David F. Nolan stwierdza, że prawa i wolności Amerykanów są bezustannie atakowane przez obecny reżim. Ostatnio rządząca biurokracja postanowiła pozbawić obywateli prawa do posiadania broni robiąc dokładnie to samo, co uczyniły władze brytyjskie w kwietniu 1775, kiedy wysłały żołnierzy do Lexington i Concord, aby skonfiskowali oni kolonistom ich muszkiety i strzelby. Ostatnia kampania przeciw prawu do posiadania broni nie ma absolutnie nic wspólnego ze zwalczaniem przestępczości. Broń nadal pozostanie w rękach przestępców, odebrana zostanie jedynie przestrzegającym prawa obywatelom. Nie ulega wątpliwości, że państwo, w którym tylko policja może legalnie posiadać broń jest państwem policyjnym, twierdzi Nolan. Pisze on dalej, że według statystyk ogłoszonych przez Departament Sprawiedliwości liczba ludzi przebywających w więzieniach wzrosła między rokiem 1983 a 1989 o 77%. W 1989 roku ponad milion osób przebywało w amerykańskich więzieniach (426 na 100.000). Dawało to Stanom Zjednoczonym pierwsze miejsce na świecie. Wyprzedzają one RPA (333 więźniów na 100.000 obywateli) i ZSRR (268 więźniów). Dziś w Ameryce pogrążonej w Wojnie z Narkotykami policji wolno praktycznie wszystko. Może przeszukiwać domy i samochody bez nakazu rewizji, konfiskować własność, jeśli istnieje „podejrzenie”, że została zakupiona za pieniądze pochodzące z handlu narkotykami. Żadne dowody nie są potrzebne. Jeśli to nie jest państwo policyjne, to co nim jest, pyta dramatycznie Nolan.

Z kolei Dominick Armentano zajmuje się kwestią monopoli. Monopole powstają zawsze wtedy, kiedy rząd wprowadza regulacje i tworzy bariery prawne utrudniające nowym firmom wejście na rynek lub kiedy chroni pewne firmy przed konkurencją zagraniczną przy po-mocy ceł, kontygentów itp. W warunkach wolnej konkurencji jeśli jakaś firma ma większy udział w zaspokajaniu potrzeb konsumentów to właśnie dlatego, że najlepiej działa i najtaniej produkuje. Niektórzy ubolewają nad tym, że firma, która opanowała dużą część rynku, może użyć swej „władzy”, aby ograniczyć produkcję i podnieść ceny. Należy dać jej tę wolność. Zyski przy-ciągną wówczas konkurentów, do których zwrócą się konsumenci. Są to zresztą rozważania czysto teoretyczne, gdyż w warunkach wolnej konkurencji dominująca na rynku firma stara się utrzymać swoją pozycję właśnie zwiększając produkcję i obniżając ceny. Ale, pytają inni, czy firmy nie będą się umawiać dla ustalenia cen. Tak być może. Również i w tym przypadku należy dać im prawo do takich porozumień. Historia gospodarcza uczy, że tego rodzaju “spiski”, wbrew klasycznym teoriom spiskowym, mają niewielki wpływ na ceny, gdyż, choć można odnosić pewne korzyści z takiego spiskowego „zamrożenia” cen, to równocześnie uczestnicy spisku ulegają zwykle pokusom złamania porozumienia, gdyż może przynieść im to jeszcze większe korzyści. Cała antymonopolowa i antytrustowa działalność rządów i parlamentów oparta jest na ekonomicznych mitach, konkluduje Armentano. Potwierdza jego opinię prof. Sennholz, który uważa, że na wolnym rynku monopole w ogóle nie istnieją, gdyż nawet firma mająca wyłączną kontrolę na jakimś rynku towarów i usług nigdy nie może wykorzystać w pełni tej „monopolistycznej” pozycji, ponieważ nawet wówczas istnieje konkurencja w postaci potencjalnej konkurencji, konkurencji substytutów i elastyczności popytu. Dlatego jedynym sprawcą powstawania monopoli jest państwo. Z tego numeru zacytujmy jeszcze opinię Llewellyna Rockwella z Instytutu Ludwika von Misesa: ‘Wojna jest dla Waszyngtonu tym, czym krew dla wampira. Dzięki wojnie Waszyngton syci się tym, co wyssie z narodu”.

W innym ze swoich artykułów Jacob Hornberger pisze, że już prezydent Dwight D. Eisenhover ostrzegał Amerykanów przed zagrożeniem, jakie dla ich wolności i dobrobytu stanowi kompleks wojskowo-przemysłowy. Miał rację. Od końca II Wojny Światowej zwolennicy przymusowego poboru, wysokiego opodatkowania, wielkich wydatków wojskowych i wojny powtarzali ciągle, że jedynym powodem ograniczania wolności jest chęć powstrzymania zewnętrznego zagrożenia. Kiedy to zagrożenie zniknie, amerykańskie Warfare State zostanie zlikwidowane. Dziś Związek Sowiecki już nie istnieje i zniknęło komunistyczne zagrożenie. Ale zwolennicy Warfare State mówią o nowych wrogach, o nie-pewności i nieobliczalności w świecie i o konieczności utrzymania wysokich wydatków na cele wojskowe. Beneficjenci budżetu wojskowego należą do najbardziej efektywnych lobbystów w Waszyngtonie. Periodyczne wojny prowadzone przez rząd przeciw nowym wrogom stają się czymś zwyczajnym, traktowanym jak część codziennego życia Amerykanów. Ale wysokie opodatkowanie czy przymusowy pobór do wojska nie są największym niebezpieczeństwem wypływającym z istnienia dziś w USA rozbudowanych, stałych sił zbrojnych. Rzeczywiste niebezpieczeństwo polega na tym, że karabiny skierowane zostaną nie przeciw obywatelom obcych państw, ale przeciw obywatelom USA. Ktoś po-wie, że to przesada, ale co stanie się, jeśli Amerykanie przekonają 2/3 legislatur stanowych, aby zwołały konwencję konstytucyjną i wprowadziły takie zmiany w konstytucji, które zlikwidują warfare-welfare state, zniosą podatek dochodowy i wszystkie ograniczenia nałożone na wolność gospodarczą, zniosą pomoc dla zagranicy i stałą armię. Czyż na ekranach telewizorów nie ukaże się prezydent wygłaszający takie oto przemówienie: „Rodacy! W wyniku zwołania konwencji konstytucyjnej kraj nasz znalazł sie w głębokim kryzysie. Nigdy jeszcze w naszej historii bezpieczeństwo państwa nie było tak zagrożone jak dziś. Zniesienie welfare state, regulowanej gospodarki i stałej armii przyniesie konflikty, chaos i bezrobocie w kraju i za granicą. Dlatego wykorzystując specjalne uprawnienia otrzymane od Kongresu ogłaszam stan wyjątkowy na terytorium całego kraju. Wszyscy obywatele muszą zdać organom władzy państwowej złoto i broń. Porządek wewnętrzny zapewnią FBI, CIA, DEA i armia, które zostały wyposażone przez Sąd Najwyższy w uprawnienia pozwalające im na zatrzymywanie potencjalnych dysydentów, uwięzienie ich i ich rodzin w obozach internowania i skonfiskowanie ich własności. Zachowując jedność nasz naród wyjdzie zwycięsko z kryzysu wywołanego awanturniczą, nieodpowiedzialną i bez wątpienia sterowaną z zewnątrz polityką sił ekstremistycznych, którym udało się opanować legislatury stanowe. Musimy działać razem i bronić demokracji jak niepodległości”. Jeśli ktoś sądzi, że coś takiego jest niemożliwe, ten niech zada sobie pytanie, czy rząd USA nie wprowadzał już czasami „stanu wyjątkowego” w różnych miejscach kraju, czy nie wysyłał już oddziałów wojskowych, aby zaprowadzały porządek w amerykańskich miastach, czy nie kazał więzić rodzimych dysydentów, strzelać do nich i ich zabijać, czy nie kazał więzić dużych grup obywateli, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa, czy nie konfiskował prywatnej własności? Któregoś dnia Amerykanie mogą odkryć, że amerykańscy politycy i biurokraci użyją przemocy wobec własnych obywateli, aby tylko obronić swoją egzystencję pasożytów na ciele narodu.

Pismo zamieszcza również recenzję książki Roberta Smitha Thompsona „A Time for War. Franklin Delano Roosevelt and the Path to Pearl Harbour”. Autor książki udowadnia w sposób absolutnie niepodważalny, że wszystkie obietnice składane przez Roosevelta w sprawie udziału USA w wojnie i wszystkie jego wypowiedzi na ten temat były jednym, wielkim oszustwem. Thompson pokazuje, że już w pierwszym roku po wyborze na trzecią kadencję Roosevelt podjął działania, które w nieuchronny sposób doprowadziły do „dnia hańby”. To, co pisze się w amerykańskich podręcznikach szkolnych i w pracach oficjalnych historyków to wyłącznie mity. Mit nr 1: prezydent Roosevelt robił wszystko, co było w jego mocy, aby zachować neutralność na Dalekim Wschodzie chcąc jedynie przeszkodzić rozprzestrzenieniu się wojny na terytorium Ameryki. Fakty: począwszy od 1937 roku, po japońskiej inwazji na Chiny, Roosevelt zawarł szereg finansowych porozumień mających pomóc Chinom w obronie przed Japonią. Dostarczał pieniądze, sprzęt wojskowy i ludzi (były to odziały wojskowe pod dowództwem gen. Chennaulta, które występując jako jednostki „prywatne” kilkakrotnie zaatakowały Japończyków w Chinach, co było rozpoczęciem wojny z Japonią jeszcze przed Pearl Harbour. Operacje Chennaulta finansowane były przez rząd i aprobowane były przez prezydenta. Rząd amerykański kłamał więc twierdząc, że są to oddziały prywatne), aby przeszkodzić Japończykom w realizacji ich celów na kontynencie azjatyckim. Wprowadził embargo (m.in. na ropę naftową) wobec Japonii zagrażające jej gospodarczej egzystencji, chcąc w ten sposób zmusić ją do akceptacji żądań USA i do wycofania się z Chin i francuskich Indochin. Rząd amerykański dokonał również konfiskaty aktywów japońskich w USA, choć oba państwa nie znajdowały się w stanie wojny.

Mit nr 2: prezydent Roosevelt nie miał zamiaru lub planu wszczęcia wojny z Japonią i wszelkimi sposobami dążył do porozumienia z rządem japońskim. Fakty: FDR zawarł tajne porozumienie z rządami Wielkiej Brytanii, Holandii i Australii, aby utworzyć alians mający na celu zwalczanie Japonii w Azji Wschodniej. Dostarczył do Chin, Australii i na Filipiny bombowce dalekiego zasięgu, które były w stanie zaatakować wyspy japońskie. Na początku 1941 roku zgodnie z instrukcjami prezydenta opracowano plan rozpoczęcia wojny z Japonią przewidujący bombardowanie miast japońskich w 1942 roku. Jesienią 1941 roku Japończycy próbowali składać rozmaite propozycje pokojowe rządowi USA, aby zapobiec wybuchowi wojny, ale prezydent odmówił ich rozpatrzenia. Jedna z tych propozycji przewidywała spotkanie japońskiego premiera z prezydentem, w terminie, w jakim ten sobie zażyczy, aby omówić możliwości zapobieżenia wojnie. Mit nr 3: prezydent Roosevelt, choć miał nadzieję, że Hitler poniesie klęskę, próbował uniknąć przystąpienia do wojny w Europie. Fakty: w 1940 roku FDR obiecał królowi i premierowi Churchillowi, że Stany Zjednoczone nie dopuszczą do klęski Wielkiej Brytanii. Prezydent nakazał okrętom marynarki wojennej atakować niemieckie łodzie podwodne, aby w ten sposób sprowokować Hitlera i móc powiedzieć Amerykanom, że to nie on rozpoczął wojnę. Zarówno Roosevelt jak i Churchill mieli plany udziału USA w wojnie przeciw Niemcom. Mit nr 4: japoński atak na Pearl Harbour był dla Roosevelta i jego rządu kompletnym zaskoczeniem. Fakty: 27 stycznia 1941 roku ambasador USA w Tokio ostrzegł Waszyngton, że Japończycy planują atak na Pearl Harbour, jeśli negocjacje zostaną zerwane. Jakiś czas później koreański lobbysta uznawany za wiarygodne źródło dwukrotnie przekazał informację, że Japończycy planują atak na Pearl Harbour. W listopadzie i w pierwszym tygodniu grudnia 1941 roku amerykańskie służby zdeszyfrowały japońskie depesze jasno mówiące o ataku na Hawajach. Depesze te znane były Rooseveltowi i innym członkom jego gabinetu. Takie są fakty ukrywane za mitami o wydarzeniach prowadzących do ataku na Pearl Harbour. Profesor Thompson cytuje prezydenta Roosevelta, który w 1942 roku powiedział, że jest gotów oszukiwać i kłamać, jeśli pomoże to wygrać wojnę. Jest dziś już sprawą całkowicie oczywistą, że Franklin Delano Roosevelt był gotów okłamywać i oszukiwać Amerykanów także i po to, by móc przystąpić do wojny.

W innym artykule Jacob Hornberger przypomina, jak po spustoszeniu przez huragan „Andrew” południowej części Florydy prokurator generalny zagroził, że ścigani będą „cenowi oszuści” i spekulanci żądający wysokich cen za żywność i inne produkty. Prokurator generalny z Florydy i mieszkańcy USA nie potrafią zrozumieć tego, co zrozumieli Anglicy 200 lat temu. W Anglii od XI do ród wyjdzie zwycięsko z kryzysu wywołanego awanturniczą, nieodpowiedzialną i bez wątpienia sterowaną z zewnątrz polityką sił ekstremistycznych, którym udało się opanować legislatury stanowe. Musimy działać razem i bronić demokracji jak niepodległości”. Jeśli ktoś sądzi, że coś takiego jest niemożliwe, ten niech zada sobie pytanie, czy rząd USA nie wprowadzał już czasami „stanu wyjątkowego” w różnych miejscach kraju, czy nie wysyłał już oddziałów wojskowych, aby zaprowadzały porządek w amerykańskich miastach, czy nie kazał więzić rodzimych dysydentów, strzelać do nich i ich zabijać, czy nie kazał więzić dużych grup obywateli, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa, czy nie konfiskował prywatnej własności? Któregoś dnia Amerykanie mogą odkryć, że amerykańscy politycy i biurokraci użyją przemocy wobec własnych obywateli, aby tylko obronić swoją egzystencję pasożytów na ciele narodu.

W innym artykule Jacob Hornberger przypomina, jak po spustoszeniu przez huragan „Andrew” południowej części Florydy prokurator generalny zagroził, że ścigani będą „cenowi oszuści” i spekulanci żądający wysokich cen za żywność i inne produkty. Prokurator generalny z Florydy i mieszkańcy USA nie potrafią zrozumieć tego, co zrozumieli Anglicy 200 lat temu. W Anglii od XI do XVII wieku zakazana była „spekulacja”. „Spekulanci”, którzy nie chcieli podporządkować się tej rządowej kontroli cen narażeni byli na konfiskaty, postawienie pod pręgierzem, banicję a nawet śmierć. Opinia publiczna w pełni popierała te środki. Jedynym efektem tej polityki władz państwowych był niedostatek żywności i innych produktów. Każdy nieurodzaj powodował śmierć głodową wielu ludzi. Anglicy znieśli w 1772 roku swoje anty- spekulacyjne ustawy, ponieważ zrozumieli, że „spekulanci” pełnią ważną funkcję szczególnie w okresie kryzysu. Podnosząc ceny dóbr wysyłają sygnał do kupców i pośredników w innych regionach kraju lub za granicą, aby jak najszybciej ładowali te dobra na wozy, na statki, do wagonów itd. i przewozili je tam, gdzie ludzie odczuwają ich największy brak. W ten sposób spekulanci przyczyniają się do szybszego przezwyciężenia kryzysu. Victor Niederhoffer również zajmuje się kontrolujące i „spekulantami”. Już cesarz Dioklecjan w celu zwalczania „spekulacji” ustanowił ceny maksymalne na ziarno, mięso, odzież i kilkaset innych produktów. Kto sprzedawał powyżej cen urzędowych mógł być skazany na karę śmierci. Skutkiem kontroli cen były oczywiście braki towarów. Inny przykład to oblężenie Antwerpii przez Hiszpanów w 1585 roku. Gdy w mieście zaczęło brakować żywności, jej ceny wzrosły. Ochotnicy, ponosząc wielkie ryzyko, na różne sposoby omijali blokadę i prze-wozili żywność do miasta. Ale antwerpscy politycy uznali, że nie mogą dopuścić, aby chciwi spekulanci bo-gacili się na wojnie. Ustanowili więc ceny maksymalne na żywność i wprowadzili wysokie kary załamanie tych zarządzeń. W rezultacie ochotnicy przestali przedzierać się przez blokadę i podaż żywności spadła. Po kilku miesiącach w mieście całkiem zabrakło żywności i Antwerpia musiała się poddać. Po czym została zaanektowana przez Hiszpanię. Oto jakie zgubne skutki może nieść bezmyślne zwalczanie „spekulacji”. Z kolei Sheldon Richman krytykuje system przymusowej edukacji. Według badań przeprowadzonych pod koniec lat 80- tych 1/4 uczniów z ostatnich lat college‘u uznała, że słowa „od każdego według zdolności, każdemu według jego potrzeb” znajdują się w konstytucji USA! Richman pisze, że w publicznych szkołach wiele dzieci nudzi się i nie wykazuje zainteresowania tym, co dzieje się na lekcji. Dzieci takie mogą otrzymać diagnozę, że cierpią na „syndrom braku uwagi” (Attention Deficit Syndrom) i poddane zostać terapii polegającej na przyjmowaniu odpowiednich środków farmaceutycznych. Richman przypomina, że publiczna, przymusowa edukacja została wprowadzona w USA w celu etnicznego, kulturalnego i religijnego ujednolicenia ludności. M.in. protestanci chcieli „schrystianizować katolików”! Innym celem było wychowanie dzieci na posłusznych podatników i wyborców. I w końcu system edukacyjny miał być „maszyną sortującą” – szkolącą pracowników dla przemysłu. Richman postuluje rozdział szkoły od państwa, zniesienie przymusu nauczania, prywatyzację szkół publicznych. Każdy powinien mieć prawo do zakładania i prowadzenia każdego rodzaju szkoły.

Znieść należy wszystkie rządowe wymogi w zakresie programów szkolnych i podręczników. Równocześnie znieść należy wszystkie ograniczenia dotyczące pracy dzieci i terminowania. Jacob Hornberger pokazuje jak władcy Cesarstwa Rzymskiego chcieli ratować ówczesne Welfare State. Jak to zwykle bywa, także i w tamtych czasach, ci którzy żyli z socjalu chcieli większych zasiłków, zaś ci, którzy płacili podatki na zasiłkowców, chcieli niższych podatków. Władcy nie wiedzieli, co robić. Aby utrzymać władzę zagrożoną z jednej strony rewoltą zasiłkowców a z drugiej buntem podatników, poczęli szukać wrogów zewnętrznych. Rzymianie – zarówno zasiłkowcy jak i podatnicy – mieli zachować spokój w obliczu barbarzyńskiego zagrożenia i nie buntować się, lecz skupić się wokół rządu odkładając na bok swoje pretensje i bolączki. By lepiej unaocznić obywatelom barbarzyńskie zagrożenie, władze kazały od czasu do czasu łapać jakiegoś barbarzyńcę i prowadzić go w kajdanach na arenę ku hałaśliwej radości obywateli Rzymu, którzy dzięki tym widowiskom mniej myśleli o sprawach wewnętrznych. Rząd dalej prowadził zgubną politykę. Podatki i zasiłki rosły a państwo szło ku zgubie. Podobnie dzieje się dziś w USA. Najpierw rząd wskazywał na komunistyczne zagrożenie, potem pojawili się kolejni barbarzyńcy – z Panamy, Iraku, Somalii, Haiti, Korei Północnej. W USA rząd również jest wzięty w dwa ognie: przez zasiłkowców, którzy chcą wyższych zasiłków i przez podatników, którzy chcą niższych podatków. Rząd szuka więc zewnętrznych wrogów, aby spacyfikować niezadowolenie. Przypomnieć można choćby inwazję Panamy. Rząd stwierdził, że Antonio Noriega zagraża bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych, ponieważ handluje narkotykami. Dlatego rząd USA najechał Panamę, aby pojmać złoczyńcę zanim zdąży zniszczyć Stany Zjednoczone. Obywatele amerykańscy wpadli w ekstazę, gdy zobaczyli obcego barbarzyńcę wleczonego w kajdanach do więzienia. To, że dziś przez Panamę przechodzi więcej narkotyków niż kiedykolwiek przedtem, nikogo już nie obchodzi. Ale Noriega był tylko „małym” dyktatorem i trzeba było szukać większego zagrożenia. Przyszło od Saddama Husseina, dyktatora, który według rządu miał być największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych od czasu Adolfa Hitlera. Oczywiście rząd nie wspomniał nic o tym, że Saddam Hussein zbudował swoją armię dzięki pieniądzom przekazanym mu przez rząd Stanów Zjednoczonych. Tak więc wcześniejszy pieszczoch rządu USA postanowił zaatakować swego dobroczyńcę robiąc desant w Kalifornii. W związku z takim zagrożeniem trzeba było odłożyć na bok spory i konflikty, i skupić się wokół rządu bohatersko zmagającego się z niebezpieczeństwem irackiej inwazji na Stany Zjednoczone. Niekiedy trudno jest znaleźć dyktatora zagrażającego Ameryce. Wtedy należy wymyślić coś innego np. humanitarną inwazję Somalii i urządzić przy okazji polowanie na kolejnego barbarzyńcę generała Aidida.

W kolejnym artykule Jacob Hornberger powraca do wojny amerykańsko-japońskiej przypominając m.in. stracenie gen. Yamashity, głównodowodzącego 14 Armii Japońskiej. Rząd USA argumentował, że gen. Yamashita był zbrodniarzem wojennym, ponieważ żołnierze z podległych mu jednostek popełnili różne okrucieństwa. Ale gen. Yamashita nigdy nie wydał rozkazu swoim żołnierzom, żeby tak postępowali, nie wiedział o tym, nie usprawiedliwiał tych działań i nie był w stanie im zapobiec w chaosie, jaki powstał w wyniku bombardowań amerykańskich. Sąd sądzący gen. Yamashitę składał się z 5 amerykańskich generałów, z których żaden nie był prawnikiem i nie miał żadnego prawniczego doświadczenia. Ten trybunał uznał gen. Yamashitę winnym i skazał go na karę śmierci. Podczas tego procesu rząd USA był w jednej osobie prokuratorem, sędzią, ławą przysięgłych i katem. Po procesie sędzia Rutledge z Sądu Najwyższego stwierdził: „Ten proces był czymś bezprecedensowym w naszej historii. Nigdy przedtem nie sądziliśmy i nie skazywaliśmy generała z obcego państwa za działania podjęte w czasie walki i w trakcie operacji militarnych. Nie potrafię znaleźć precedensu dla takiej procedury w systemie jakiegokolwiek państwa opartego na zasadach konstytucyjnej demokracji, ani w prawie wojennym lub zwyczajowym”. Inny amerykański sędzia stwierdził po procesie: „Nieokiełznany duch rewanżu i zemsty ukryły pod maską prawnej procedury skazujący dowódcę z pokonanej armii, może uczynić więcej zła niż okrucieństwa, które ducha tego wywołały”.

Inny autor Lawrence Reed zajmuje się pracą dzieci w XIX-wiecznej Anglii. Wszyscy, którzy o tym zjawisku piszą nie rozróżniają dwóch spraw: były dzieci wysyłane do pracy przez rodziców i dzieci będące „pod opieką gminy”. Pierwsze pracowały na warunkach, jakie ich rodzice zaakceptowali a nie ma żadnych dowodów, że rodzice wówczas mniej kochali swoje dzieci niż rodzice współcześni. Inaczej było z dziećmi porzuconymi przez rodziców lub dziećmi-sierotami będącymi „pod opieką gminy”. Dzieci te podlegały nadzorowi i władzy urzędników. I to one właśnie były brutalnie wyzyskiwane, posyłane przez urzędników do niewolniczej pracy i do terminowania, za które otrzymywały tylko tyle, aby przeżyć. Akty prawne dotyczące pracy dzieci odnosiły się właśnie do nich, a nie do dzieci wysyłanych do pracy przez rodziców. Nie należy również sądzić, że dzieci wysyłane do pracy przez rodziców musiały rozstać się z zabawami w ogrodzie i innymi przyjemnościami. One mogły żyć i przeżyć właśnie dlatego, że zarabiały pracując w fabrykach. I to nie ustawy parlamentu sprawiły, że rodzice mogli pozostawić dzieci w domu lub posłać je do szkoły, ale wzrost zamożności. Akty parlamentu motywowane szlachetnymi intencjami sprawiły tylko to, że dzieci, którym zabroniono pracować w fabrykach, musiały szukać innych sposobów na życie stając się żebrakami, złodziejami, włóczęgami lub prostytutkami.

Jarret Wollstein pisze o tym, jak policyjne konfiskaty niszczą Amerykę. Policja ma dziś w USA legalną władzę konfiskowania wszystkiego, co należy do obywateli. Bez procesu sądowego, bez wyroku, nawet bez formalnego oskarżenia policja konfiskuje każdego tygodnia samochody, konta bankowe, domy, firmy ponad 5000 niewinnych Amerykanów. Policjanci mogą bezkarnie uczynić obywatela kaleką lub zabić. Życie, własność i wolność Amerykanów są zagrożone. Aby skonfiskować czyjś dom policja potrzebuje informacji od anonimowego informatora, że jakiś członek rodziny, przyjaciel czy sąsiad miał w domu narkotyki, niezarejestrowaną broń lub pornografię. Po takim oskarżeniu policja może skonfiskować dom i oskarżony musi udowodnić, że oskarżenie było fałszywe. Cała ta operacja opiera się na prawnej fikcji, że to własność, a nie człowiek jest winna przestępstwa. Dzięki temu rząd może obejść wszystkie gwarancje prawne zawarte w konstytucji. Nie obywatel, ale własność jest oskarżona a w przypadku własności nie jest wymagane domniemanie niewinności, prawo do porady prawnej czy do procesu sądowego. Policja może skonfiskować „winną” własność bez oskarżenia obywatela o przestępstwo, może konfiskować gotówkę, jeśli ta „podejrzana” jest o pochodzenie z handlu narkotykami – oznacza to, że teoretycznie skonfiskowana być może cała gotówka w kraju, gdyż jak wykazały badania, 96% banknotów znajdujących się w obiegu wykazuje pozytywny wynik przy testach na obecność kokainy. Innym sposobem konfiskowania gotówki jest konfiskata przeprowadzona przy wykorzystaniu przepisów o zwalczaniu „prania brudnych pieniędzy”. Istnieje również możliwość konfiskowania honorarium adwokatów (przed lub po rozprawie), jeśli zostanie stwierdzone, że pieniądze pochodzą z nielegalnych transakcji. Zdarzyło się również, że zablokowano konta renomowanej firmy adwokackiej oskarżonej o to, że przed prokuratorem „zataiła informację” na temat swoich klientów. Tym samym podeptana została obowiązująca od 200 lat zasada, że informacje udzielane przez klienta adwokatowi są poufne. Zaczyna obowiązywać zasada, że adwokat ma szpiegować klienta i pomagać prokuratorowi w oskarżeniu, gdyż w przeciwnym razie jego pieniądze mogą zostać skonfiskowane lub jego konto zablokowane. Ma to oczywiście na celu zastraszenie adwokatów. Wollstein pisze dalej, że każdy kto chce odzyskać skonfiskowaną własność musi wnieść 10% jej wartości. Ponieważ to własność jest oskarżona, to nie obowiązuje konstytucyjna zasada chroniąca obywatela przed powtórnym oskarżeniem za to samo przestępstwo. Nawet jeśli ktoś wygra w sądzie, to prokuratura może bez końca wnosić apelacje, co w praktyce uniemożliwia obywatelowi odzyskanie swojej własności. Zdaniem Wollsteina policyjna samowola w USA zaczyna przybierać coraz większe rozmiary. W 1989 roku Tommie Dubose z San Diego odpoczywał w swoim mieszkaniu. Policja bez ostrzeżenia wyłamała drzwi, wtargnęła do domu i zastrzeliła go po otrzymaniu informacji, że w domu są narkotyki. W1992 roku Annie Roe Dixon z Tyler w Teksasie, obłożnie chora, 84-letnia staruszka została w swoim mieszkaniu zastrzelona przez policję. Żadnych narkotyków nie znaleziono. W tym samym roku bogaty ranczer Donald Scott zastrzelony został podczas policyjnego rajdu na jego posiadłość dokonanym w celu znalezienia upraw marihuany. W1993 roku agenci Biura d/s Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej zaatakowali posiadłość sekty Szczep Dawida w Waco. 51 -dniowe oblężenie zakończyło się śmiercią 96 mężczyzn, kobiet i dzieci spalonych żywcem po tym, jak wóz pancerny wyłamał frontowe drzwi posiadłości zgniatając przy okazji butlę z propanem i lampy naftowe. W dzisiejszej Ameryce każdy obywatel może stać się ofiarą podobnych akcji.

Wszystkie wydziały policji stanowej i większość policji lokalnej przeprowadzają konfiskaty własności. Niektóre stany i gminy opracowując budżety na następny rok uwzględniają przyszłe konfiskaty jako źródło dochodów budżetowych. Ponieważ rządowe regulacje i wysokie opodatkowanie niszczą produktywne firmy, władze chcąc ratować dochody budżetowe w coraz większym stopniu muszą polegać na bezpośredniej konfiskacie własności. Oczywiście część tej własności jest „prywatyzowana” przez funkcjonariuszy państwowych. Coraz więcej szefów policji w różnych miastach jeździ skonfiskowanymi jaguarami, BMW czy Mercedesami. Skonfiskowane kluby zamienia się na „policyjne ośrodki treningowe”. Skonfiskowana gotówka, drogi sprzęt elektroniczny itd. mają tendencję do szybkiego znikania z policyjnych sejfów i magazynów. W 1985 roku władze skonfiskowały własność o wartości 27 mln dolarów, w 1992 – o wartości 1,2 mld dolarów, co oznacza wzrost o 4400% w ciągu siedmiu lat. Jeśli ta stopa wzrostu się utrzyma to w ciągu 17 lat cała własność w USA będzie należeć do państwa.

Ten sam temat porusza Otto Scott w artykule “Przestępcze prawo”. Przypomina, że prawo o konfiskacie pochodzi z czasów, gdy Ameryka była kolonią brytyjską, ożywione zostało w czasie wojny domowej po to, aby Jankesi mogli konfiskować własność żołnierzy konfederacji. Było szczególnie szeroko stosowane w okresie „przebudowy” (Reconstruction) Południa – okresie, o którym nie uczy się dzieci w szkołach. Scott zwraca uwagę na to, że stosowanie praw o konfiskacie spowodowało powstanie sieci donosicieli. W1990 roku donosiciele zagarnęli 24 mln dolarów. Otrzymać oni mogą do 10% wartości skonfiskowanych dóbr. Scott twierdzi, że 80% ludzi, którzy utracili własność na rzecz rządu, nigdy nie było oskarżonych o jakieś przestępstwo. Jest, pisze Scott, tylko jedno określenie na politykę prowadzoną dziś przez rząd USA: totalitaryzm. Fakt, że słowo to ma amerykański akcent nie zmienia istoty rzeczy. Jest czymś wręcz przerażającym, że Kongres i liczne legislatury stanowe mogą ustanawiać takie przestępcze prawa. A „wolna” prasa niewiele się tym zajmuje. Ten sam temat podejmuje też Donald S Mc Alvany w artykule „W kierunku amerykańskiego państwa policyjnego” pisząc, że jesteśmy dziś świadkami śmierci praw własności w Ameryce. Za nim przyjdzie śmierć wolności. Konfiskaty są zalegalizowaną grabieżą. Coraz większa liczba funkcjonariuszy policji i administracji nie reprezentuje już sprawiedliwości, ale przemienia się w skorumpowanych łupieżców. Coraz większa liczba policjantów i urzędników zaczyna myśleć i działać tak jak Gestapo czy KGB. To nie jest już ta Ameryka, w której urodziłem się i wychowałem, pisze Mc Alvany, i stwierdza: „Witajcie w USSA – jednej z odnóg Nowego Porządku Światowego!”

WIELKA BRYTANIA

THE CATHOLIC ACTION

Czasopismo brytyjskich katolików wiernych Tradycji (P. 0. Box 184, Dover, Kent, CT161NQ England) poświęcone jest społecznemu panowaniu Chrystusa, chce propagować tradycyjną naukę społeczną Kościoła, reprezentować Żołnierzy Chrystusa, których celem jest przywrócenie wiary katolickiej w Wlk. Brytanii. W numerze 1 Troy Southgate analizuje zagrożenia płynące z ruchu New Age. Na szatańskie credo tego ruchu składa się wiele elementów: okultyzm, magia, astrologia, nekromancja, spirytyzm, wiara w reinkarnację, panteizm, alchemia. Ale istotą ideologii New Age jest przekonanie, że człowiek ewoluuje ku ostatecznemu celowi, jakim jest osiągnięcie „doskonałości”. Według teoretyków New Age człowiek wykorzystuje jedynie niewielką część mózgu, jednak dzięki „medytacji transcendentalnej” będzie mógł posługiwać się „niewykorzystaną” dotąd częścią, co otworzy przed nim całkowicie nowe możliwości myślenia i działania. Autor zwraca uwagę na rolę psychologów i psychoterapeutów. Od czasu, kiedy wielu ludzi zerwało z Kościołem a „Reformacja” rozpropagowała fałszywe wolności, nastąpiło coraz większe osłabienie woli i zaufania do samego siebie, co utorowało drogę anty-prorokom XX wieku. Odwróciwszy się od religii człowiek przestał szukać pocieszenia u Ojców Kościoła i zwrócił się o pomoc i przewodnictwo do psychologów, psychoterapeutów i seksuologów. Ludzie boją się dziś tego, że są nienormalni, za grubi, za chudzi lub, że będą mieli pryszcze. Z każdym problemem udają się do psychologów, którzy żyją z ludzkiej próżności. Ci samozwańczy obrońcy Humanizmu biorą pieniądze od ludzi, którzy bardzo chętnie usłyszą coś, co będzie usprawiedliwieniem dla ich postępowania. Zamiast osiągać radość zmazując grzech poprzez spowiedź i pokutę ludzie pozwalają psychologom mówić, że w niczym nie zgrzeszyli. Sakrament Pokuty zastąpiony został przez racjonalizacje, które dostarczają psychologowie i psychoterapeuci. A za nimi, w cieniu, ukryte są ponadnarodowe koncerny farmaceutyczne produkujące pigułki szczęścia.

Jednym z najistotniejszych elementów ideologii New Age jest kult natury. Wielką rolę w propagowaniu tego kultu odgrywają mass media lansujące „environmentalism”, „świadomość ekologiczną” i określone sposoby odżywiania. Odpowiednia dieta i tzw. naturalne sposoby odżywiania się mają pomóc człowiekowi postępować na drodze ku doskonałości. Obowiązuje dziś zasada: „Jesteś tym, co jesz”. Southgate wskazuje na fakt, że współczesna młodzież jest bezustannie atakowana propagandą New Age. Jednym z ważnych obszarów, na których dokonuje się to pranie mózgów jest muzyka rockowa. Wielu rockowych idoli (słowo to oznaczające pogańskie bałwany jest tutaj jak najbardziej na miejscu) otwarcie przyznaje się do wyznawania ideologii New Age. Wymienić tu można takie grupy jak The Cult, The Shamen, Psychic TV, Opus 3, The Charlatans, Wire, PM Down i ex-Beatlesa George‘a Harrisona. Politycznym narzędziem ruchu New Age jest, zdaniem autora, Partia Prawa Naturalnego (Natural Law Party), która po raz pierwszy wystąpiła w wyborach powszechnych w marcu 1992 roku. Nagle, „bez ostrzeżenia” opłacony manifest tej partii pojawił się we wszystkich gazetach brytyjskich. Londyński “Times” poświęcił tej tajemniczej organizacji całe dwie strony. Partia Prawa Naturalnego głosi, że zna sposoby na osiągnięcie pokoju światowego, obiecuje, że zlikwiduje przestępczość i inne plagi trapiące ludzkość i że potrafi stworzyć idealne państwo. Według autora nie jest to nic innego jak działalność mająca na celu zbudowanie Królestwa Szatana. Partia. Prawa Naturalnego jest kulminacją prób ruchu New Age, mających połączyć duchowy atak na religię katolicką z polityczną mobilizacją. Stanowi to wielkie zagrożenie dla Kościoła i wiernych.

Z kolei Gareth Hurley przypomina poglądy najwybitniejszego chyba pisarza katolickiego XX wieku Gilberta K. Chestertona. Chesterton był nie tylko autorem powieści i opowiadań, eseistą i poetą. Był również publicystą i pisarzem politycznym – zwolennikiem dystrybucjonizmu. Dystrybucjoniści domagali się maksymalnego rozproszenia własności tak, aby każdy mógł coś posiadać: dom, kawałek ziemi, własny warsztat pracy, sklep czy przedsiębiorstwo. Uważali, że w komunizmie wielki biznes należy do państwa, natomiast w kapitalizmie państwo należy do wielkiego biznesu. Oba systemy są wysoce scentralizowane i koncentrują władzę i bogactwo w rękach niewielu ludzi. Chesterton pisał, że jedynym sposobem zachowania wolności jest zachowanie własności tak, aby jednostki i rodziny mogły pozostać niezależne od opresywnych systemów. Rozproszenie własności miało według niego złamać władzę plutokracji. Chesterton jest dla jednych przede wszystkim pisarzem (“Przygody księdza Browna”, „Kula i krzyż”, „Żywy człowiek”, „Poeta i wariaci”, „Napoleon z Notting Hill”, „O człowieku, który był czwartkiem” i inne utwory), dla innych eseistą i publicystą, wreszcie dla innych poetą – autorem takich poematów jak “Ballada o         białym koniu” i „Tajemniczy ludzie”, który kończy się znanymi słowami: „Oddali nas w ręce nowych, nieszczęsnych władców. / Władców bez gniewu i bez honoru, którzy boją się nosić miecze./Rządzą szeleszcząc papierami; mają jasne martwe obce oczy; / Spoglądają na naszą pracę i na nasz śmiech tak jak zmęczony człowiek patrzy na muchy. / A ciężar ich pozbawionego miłości współczucia jest gorszy niż dawne zło, / Ich drzwi są zamknięte wieczorem; nie znają oni żadnych pieśni”. Warto dziś sięgać zarówno do utworów literackich, jak i        do publicystyki i eseistyki Chestertona, pamiętając także o ludziach, którzy byli mu bliscy i wyznawali podobne idee, takich jak C. S. Lewis, Hillaire Belloc, Dorothy Sayers, Saunders Lewis. Dla miłośników Chestertona podajemy dwa adresy: G. K. Chesterton Study Centre, 15ShaftsburyAvenue, Bedford, MK403SA,England; The Chesterton Society, 19 Spring Lane, Hemel Hempstead, Hertfordshire, HP1 3RD, England. Poza tym w numerze o. Christoph Hunt pisze o zaangażowaniu katolików w działalność publiczną, Marie Isabelle de Lumley-Woodyear o odnawianiu starych mebli, Mathew Anger o stosunku katolików do różnych form obywatelskiego nieposłuszeństwa w obliczu bezbożnego despotyzmu liberalnych demokracji i nadchodzącej tyranii Nowego Porządku Światowego.

W numerze 2 ks. J. Aheme przypomina postać ojca Denisa Fahey‘a (1883-1954), wielkiego obrońcy wiary katolickiej w Irlandii. Autor nazywa ojca Fahey‘a prorokiem, który dokładnie przewidział ataki Szatana na Kościół, i całe swoje życie poświęcił na walkę z nim. Dlatego „ojciec kłamstw” zwalczał go i oczerniał. Dziś sprawdzają się proroctwa o. Fahey‘a: Szatan odnosi sukcesy także w Irlandii – tym ostatnim bastionie chrześcijaństwa. Pierwszym sukcesem było wyrzucenie Kościoła Katolickiego z konstytucji; drugim – legalizacja środków antykoncepcyjnych. Minister Zdrowia zaproponował niedawno, aby środki antykoncepcyjne otrzymał każdy, kto ich sobie życzy. Trwa szatańska krucjata mająca na celu zsekularyzowanie i zdechrystianizowanie Irlandii. Chce się wprowadzić rozwody, zalegalizować zabijanie nienarodzonych i sodomię. Autor pisze również, że po II Soborze Watykańskim Szatanowi udało się zafałszować i zmienić znaczenie tekstów kościelnych oraz doprowadzić do zaakceptowania fałszywego ekumenizmu, który opiera się na zasadzie równości wszystkich religii. Ta herezja religijnego indyferentyzmu jest centralnym elementem planu Szatana. Kościół Chrystusa sprowadzony został do poziomu innych religii, a Chrystus zrównany z “dobrymi ludźmi” jak Gandhi czy M. L. King. Szatan doprowadził do tego, że irlandzkich dzieci nie uczy się już jasnych i prostych prawd wiary. Dzieci nie wiedzą o Piekle, nie uczy się ich Dziesięciorga Przykazań i odwiecznych modlitw Kościoła. Należy przeciwstawić się tej szatańskiej krucjacie a wzorem dla Irlandczyków powinien być o. Denis Fahey.

W numerze znajdziemy również artykuł, którego autorką jest działaczka irlandzkiej organizacji „Youth Defence League” Cliona Ni Mhurchu. Pisze ona, że aborcja, środki antykoncepcyjne, rozwody, pornografia są dziś głównymi punktami w programie „humanizacji” i ateizacji Irlandii. W lutym 1992 roku grupa młodych Irlandczyków z Dublina postanowiła zorganizować się dla walki o ład moralny, o zachowanie irlandzkiej tradycji, o przyszłość Irlandii i jej młodzieży (obok Cliony Ni Mhurchu głównymi aktywistkami YDL są Niamh Nic Mhathuna i Una Nic Mhathuna). Młodzi katolicy irlandzcy walczą z liberalną i socjalistyczną propagandą w mediach, w “nowoczesnej kulturze” a nawet w Kościele. Pragną, aby młodzież irlandzka powróciła do wiary swych ojców. Cliona Ni Mhurchu pisze o trudnościach, na jakie napotkała YDL i to nie tylko, co oczywiste, ze strony socjalistów i liberałów, ale ze strony innych katolików, którzy nie rozumieją, że oprócz modlitwy ważne jest również działanie. Także hierarchia kościelna nie udzieliła organizacji potrzebnego wsparcia. Aby ją zauważono, YDL postanowiła być głośna, kontrowersyjna, bojowa i pomysłowa w swoich akcjach. Cliona Ni Mhurchu pisze, że trzeba mieć świadomość, iż bierze się udział w odwiecznej walce z Szatanem. Katolicy nie mogą siedzieć dziś z założonymi rękami, gdyż naszedł czas polaryzacji postaw i poglądów i nie ma już miejsca na obojętność. Youth Defence League liczy dziś 3000 członków i nie ustaje w walce o katolickie ideały, choć zdarzało się, że jej działacze byli aresztowani za rozpowszechnianie „obscenicznych” materiałów – fotografii zabijanych dzieci! Jak stwierdziła Una Nic Mhathuna: ‘Postanowiliśmy nazwać się Youth Defence, ponieważ irlandzka młodzież musi być dziś broniona. Wydaje się nam, że ci ludzie w Dail Eireann (parlament irlandzki ) nienawidzą młodzieży irlandzkiej. Jedyne, co mają jej do zaoferowania to zasiłki i emigracja”. YDL widzi wroga także w tych siłach, które działają w ukryciu, sprawując rzeczywistą władzę poza oficjalnymi strukturami, a które dążą do moralnego i społecznego zniszczenia Irlandii, jej wiary katolickiej, jej tradycji i obyczajów. YDL uważa, że najlepszym lekarstwem na społeczne i moralne plagi trapiące Irlandię jest powrót do tradycyjnego nauczania społecznego Kościoła najlepiej wyrażonego w encyklikach Rerum Novarum i Ouadrogessimo Anno. Adres Youth Defence League: 57 Barton Road East, Churchtown, Dublin 14, Eire.

Poza tym w numerze znajdziemy artykuł o Krucjacie Różańcowej, o koronkarstwie i o „Cenie demokracji”. Autor tego ostatniego tekstu omawia sytuację w Stanach Zjednoczonych pisząc, że tamtejsi „konserwatyści” i „liberałowie” niczym, poza rozłożeniem akcentów w swojej retoryce, się nie różnią. Przedtem Bush a teraz Clinton idą w tym samym kierunku (Clinton nieco szybciej). Konserwatyści to w rzeczywistości prawe skrzydło liberałów. Autor artykułu zauważa również trafnie, że takie przeciwstawienia jak „Wschód-Zachód” czy „komunizm – antykomunizm” nic już dziś nie znaczą. Zachodzi bowiem stopienie się komunizmu i kapitalizmu w nową formę nazwaną Nowym Porządkiem Światowym. Przewidział to już w 1912 roku Hillaire Belloc w swej książce „The Servile State”.

THE REVOLUTIONARY CONSERVATIVE

Organ patriotycznej, antyliberalnej, „wściekłej” prawicy brytyjskiej reprezentującej prawy margines Partii Konserwatywnej (BCM Box 6137, London, WC1N 3XX) przynosi m.in. pochwałę Ernsta Jüngera, który, przypomnijmy, ukończył w tym roku sto lat. Jonathan Bowden uznaje Jüngera za jednego z najwybitniejszych prawicowych intelektualistów XX wieku. W swoich książkach napisanych zaraz po I wojnie światowej („W stalowych burzach”, “Ogień i krew” i inne) Jünger w swoisty sposób czci wojnę. W odróżnieniu od pacyfistycznych pisarzy Jünger próbuje odnaleźć sens w wojennym wirze, który przez większość najlepszych umysłów jego generacji uznany został za pozbawione sensu dzieło ślepego przypadku. Jünger widział w wojnie coś na kształt doświadczenia religijnego: moment szoku i katharsis, obraz o straszliwym pięknie. U Jüngera front staje się nową formą życia: księżycowy krajobraz pełen błota i dymu, przecięty liniami drutów kolczastych, a nad nim nieustanny łoskot dział, których pociski ryją ziemię w elementarnej furii – smugi rakiet świetlnych i błyski eksplozji. Dla większości ludzi to było piekło, dla Jüngera doświadczenie, które musi zostać opanowane przez formę i styl. Cała jüngerowska „metafizyka” wojny jest wyrazem postawy dandysa, ale dandysa o twardej wrażliwości. Jüngerowski dandyzm jest męski, drapieżny, wyrafinowany i subtelny – to dandyzm człowieka o manierach i temperamencie pojedynkowicza, dandyzm człowieka, który przyjmuje to, co przynosi życie (także konflikt i walkę) z zimną krwią, w oczekiwaniu bólu i w nadziei na ekstazę. Dla Jüngera sztuka jest zajęciem męskim, wolnym od sentymentalizmu i litowania się nad sobą. Jego książki z lat 20-tych i 30-tych są próbami poszukiwania sensu nowoczesnej epoki, próbami odnalezienia perspektywy świętości w coraz bardziej liberalnym i dekadenckim świecie.

Wraz z innymi intelektualistami radykalnej prawicy tworzy Jünger kulturę „konserwatywnej rewolucji”, której gwałtowna retoryka i radykalizm idei podminowały „nieopierzoną” demokrację Republiki Weimarskiej. Współczesna opinia liberalna nigdy nie wybaczyła im, że podminowali Weimar i, według niej, utorowali drogę Hitlerowi i NSDAP. Ale w rzeczywistości sprawa była o wiele bardziej skomplikowana. W relacji do narodowego socjalizmu konserwatywni rewolucjoniści byli wszystkim: intelektualnymi pomocnikami, prekursorami, rywalami i krytykami. Narodowy socjalizm był zjawiskiem, do którego odnosili się tak z szacunkiem, co z pogardą. W porównaniu z narodowymi socjalistami reprezentowali wyższy porządek cywilizacji i intelektualnej siły. Żeby się o tym przekonać wystarczy porównać ich prace ze spiskowym ględzeniem „Mein Kampf” czy nawet z „Mitem XX-go wieku” Rosenberga. W okresie III Rzeszy Jünger był w opozycji do reżimu, która przybrała formę „wewnętrznej emigracji”. Nigdy jednak nie przyłączył się do wojskowo- politycznego spisku Stauffenberga. Po 1945 roku odmówił poddania się amerykańskiej procedurze „denazyfikacji”, co spowodowało, że władze okupacyjne zakazały wydawania jego książek. Jünger nie był ani anty-nazistą, ani pro-nazistą. Pozostał neutralny, cyniczny, samotny. Zachowywał pełen spokój i zimną krew patrząc na niemiecki „zmierzch bożyszcz” lat 1944-45. Uważał, w pewnym sensie podobnie jak Tomasz Mann, że Niemcy muszą do końca wypełnić swoje przeznaczenie, że Hitler – ten elektryzujący tłumy demagog, mały człowiek, którego okoliczności wyniosły na sam szczyt, utalentowany dowódca wojskowy i mąż stanu a zarazem moralny kretyn i psychopata był częścią tego przeznaczenia. Dlatego Jünger ani nie przeciwstawił się zdecydowanie reżimowi, ani go zdecydowanie nie poparł. Jego uczciwość i zimny spokój były silniejsze. Traktował Hitlera jak perwersyjnego demonka, wagnerowskiego trolla, który zmienił się w olbrzyma z „Pierścienia Nibelunga”; uważał go za technokratycznego cezara, urzędnika bankowego z pianą na ustach i za Attylę Zachodu – tego, który chlubił się tym, że tam gdzie stąpa jego koń, tam wysycha trawa. Oddajemy cześć Jüngerowi, prawicowemu intelektualiście par excellence i polecamy jego dzieło nowemu pokoleniu czytelników i nowemu pokoleniu prawicy, kończy swój artykuł Bowden.

Z kolei Oliver Prendergast pisze o brytyjskiej under-class czyli o ludziach, którzy sami z własnej woli wybrali życie członków „podklasy”, którzy „wysiedli” ze społeczeństwa, aby żyć z zasiłku. Ci wszyscy squattersi, biali rastafarianie, anarcho-punki, New Age punks, wieczni studenci, dziewczęta ogolone na łyso wzorem Sinead O‘Connor, nihilistyczni hippisi, sfrustrowani yippisi itd. zasługują wyłącznie na prysznic, wojskową dyscyplinę lub odpowiednią do ich kwalifikacji pracę. Autor proponuje, aby zapędzić ich do roboty, a jeśli nie zechcą wykonywać społecznie użytecznych prac jak np. sprzątania ulic lub czyszczenia miejskich toalet, to trzeba odebrać im wszelkie zasiłki. Parafrazując Nietzschego: „Praca to wolność”. I tę wolność należy im zapewnić.

I znowu Jonathan Bowden, który powraca do tzw. sprawy Rushdiego. Wyrok śmierci wydany na Rushdiego należy rozpatrywać w kontekście zderzenia odmiennych kultur i podziałów w łonie jednej kultury. Natomiast nie jest to sprawa, w którą powinniśmy się bezpośrednio włączać, pisze Bowden. Islam jest przeciwieństwem naszego rozumienia europejskiej kultury i europejskiej tożsamości. Nie może istnieć coś takiego, jak islamska forma europejskiej cywilizacji, nawet jeśli sztandar z półksiężycem zatykany bywał często na europejskiej ziemi. W ciągu wieków panowały między chrześcijańskim Zachodem a islamem stosunki napięcia, opozycji, podboju, wojny i walki. I tak jest po dziś dzień. Co ciekawe jednak niektórzy europejscy prawicowcy mają dziś do islamu stosunek ambiwalentny: z jednej strony rozpoznają w islamie nieprzejednanego wroga, z drugiej zaś widzą w nim metapolityczny system teologii i wiary, który jest antyliberalny, antymaterialistyczny i zdolny odegrać rolę kija wsadzonego w szprychy Nowego Porządku Światowego. Stąd niektórzy prawicowcy upatrują w islamie towarzysza broni; dziś, kiedy chrześcijaństwo, szczególnie w kompletnie zsekularyzowanych, post-protestanckich społeczeństwach, weszło w fazę agonii. W tym kontekście zderzenia kultur i religii należy widzieć „sprawę Rushdiego”. Ten hinduski intelektualista żyjący w Wlk. Brytanii napisał książkę, która miała zawierać bluźnierstwa w stosunku do Proroka Mahometa. Nie nam sądzić, czy Rushdie jest winny – nie jest to sprawa naszej kultury. Na pewno nie popełnił bluźnierstwa z punktu widzenia muzułmańskiej ortodoksji, ponieważ Prorok, inaczej niż Chrystus, jest tylko człowiekiem. Można bluźnić przeciw Allachowi, ale niekoniecznie przeciw jego Prorokowi. Na pewno Rushdie obraził uczucia zwykłych muzułmanów wypisując świństwa na temat Proroka. Rushdie twierdził, że napisał powieść – pikarejski, post-modernistyczny utwór skomponowany przy pomocy techniki narracyjnej zastosowanej po raz pierwszy przez modernistyczną awangardę europejską – i takie działanie nie może zostać obłożone klątwą rodem ze średniowiecza. Należałoby jednak zapytać, dlaczego Rushdie prowadzi swoją podburzającą i jątrzącą działalność w Wlk. Brytanii, która nie jest w konflikcie ze światem islamskim i która z pewnością nie jest zbytnio zadowolona z tego, że żyje tu milion obywateli – wyznawców islamu. Rushdie zdaje się wierzyć (co jest przejawem głupoty), że bluźnierstwa typu „Nienawidzę Chrystusa” są właściwym zajęciem dla intelektualisty. Ktoś może powiedzieć, że takie bluźnierstwa, to najlepsza rzecz, jaką może zrobić Rushdie, aby się wybić. I prawdę mówiąc, Rushdie nie jest specjalnie utalentowanym pisarzem. Wielu ludzi, niekoniecznie islamscy fundamentaliści, uważa, że to, co charakteryzowało Rushdiego w ciągu całej jego kariery to tępota, arogancja, pyszałkowatość i ignorancja. Rushdie cierpi przy tym na typową liberalną iluzję, że człowiek może mówić wszystko bez obawy, że może to się obrócić przeciw niemu samemu. Jest tak, jakby Rushdie pytał: jak daleko mogę się posunąć w wyszydzaniu i wykpiwaniu wszystkich elementów kultury, która pierwotnie była moją kulturą, zanim nie zostanę zastopowany?

W “Midnigt‘s Children” – książce zakazanej w Indiach – Rushdie atakował niepodległe Indie i dynastię Ghandi. W „Shame” z furią zaatakował Pakistan i Ligę Muzułmańską (książka jest zakazana w Pakistanie). Ostatecznie doszedł do wniosku, że trzeba „pójść na całość” i złośliwie zaatakować sam islam. Ajatollah Chomeini nie przejmował się specjalnie post-modernistycznymi łamańcami wykorzenionego, pół- muzułmańskiego, kulturowego renegata żyjącego w Wlk. Brytanii. Dla niego było to bluźnierstwo a przynajmniej poniżenie wiary zasługujące na śmierć. Zachodni intelektualiści tacy jak my nie są w stanie właściwie zareagować na tego rodzaju akty – nie jest to po prostu nasza kultura. Czy imam miał prawo skazać pisarza na śmierć? Z pewnością tak. Takie stwierdzenie przeraża swoją surowością współczesną, liberalną umysłowość. Jednak wyraża się w nim pragnienie, aby pewne rzeczy pozostały świętymi. Albowiem prawdą jest, że istnieją pewne idee i pewne wartości, które godne są tego, aby w ich obronie zabijać. Przekonanie, że konflikt idei może wykluczać konflikt pomiędzy ludźmi jest szczególną iluzją współczesnej, liberalnej epoki. Ta miękka, sflaczała cywilizacja liberalna nie jest zdolna do tego, by uznać, że są rzeczy, które warte są tego, aby o nie walczyć i za nie umierać. Aby nie było nieporozumień: radykalny islam w czasach post-komunistycznych połączony z ideologią Trzeciego Świata może być wrogiem, z którym przyjdzie się zmierzyć Europie. Ale to nie oznacza, że powinniśmy tego wroga traktować z pogardą. Kiedy patrzymy na młodych ludzi z Irańskiej Gwardii Rewolucyjnej jak maszerują ulicami Teheranu krzycząc „śmierć liberalizmowi”, to, choć wiemy, że są naszymi fanatycznymi wrogami, pozdrawiamy ich pełni szacunku, kończy swój artykuł Bowden.

Z kolei John Raggley opisuje koniec starego londyńskiego East Endu. Tu w brudzie i w śmieciach, wśród orientalnych przekleństw, wśród krzyków w języku bengali, pośród nawoływań muzzeinów, tu, gdzie w czasie wyborów lokalnych konserwatyści nawet nie zaprzątają sobie głowy drukowaniem wyborczych materiałów po angielsku realizuje się model „wielokulturowego” i “wielorasowego” społeczeństwa. Tutaj Anglicy są mniejszością etniczną. I tylko czasami, po deszczu, kiedy powietrze jest czyste i wszechobecny hałas na krótko milknie słychać drżący dźwięk srebrzystych dzwonów na wieży kościoła Chrystusa. Z kolei Stuart Millson publikuje list otwarty do Bolshevik Broadcasting Corporation (BBC), która promuje „wielorasowość” w muzyce. Ten sam autor pisze o czystkach etnicznych w Wlk. Brytanii. Enoch Powell ostrzegał przed laty, że wszystko się w Anglii zmienia. W miastach, gdzie w górę strzelają katedry; w miastach, które były kiedyś bastionami chrześcijaństwa, stoją dziś meczety. Szkoły oczyszczają biblioteki z utworów Chaucera, pisarzy epoki edwardiańskiej i innych Martwych Białych Europejczyków. Trwa orgia antyangielskich etnicznych czystek. Jest to jedyna forma rasizmu dopuszczalna w liberalnej Anglii Johna Majora, gdzie tryumfuje lewica i jej polityka rasowa. W angielskich miastach istnieją dziś strefy, do których lepiej się nie zapuszczać, gdzie narkotyki są wszędzie, a życie jest tanie. Jednak z powodu Race Relation Act nie wolno o tych sprawach dyskutować. Ulice w angielskich miastach nazywane są nazwiskami afrykańskich „freedom fighters”. Trzeba bardzo uważać, jeśli pracuje się w sektorze publicznym, bo związki zawodowe (rzekomo okiełznane przez p. Thatcher) mogą wyrzucić z pracy każdego, kto powie coś „rasistowskiego” czyli pro-angielskiego. Gdy napiszesz „rasistowski” list do lokalnej gazety albo „rasistowski” artykuł do czasopisma, jeśli przyłączysz się do „rasistowskiej” partii lub będziesz na nią głosował, to może się zdarzyć, że przyjdą do ciebie zbiry z lewackich bojówek, aby zamknąć ci usta. I trzeba pamiętać, żeby nie wywieszać przez okno Union Jacka, bo komisarze z rady miejskiej przyjdą, żeby zdjąć tę brytyjską flagę, która nieoficjalnie jest zakazana, gdyż może razić uczucia nie-Anglików. Taki jest dzisiaj nasz kraj, nasza kochana, stara Anglia.

Kiedyś byliśmy imperium – ostoją cywilizacji i ucieleśnieniem wielkości. Dziś to my jesteśmy podbijani, a nasza kultura jest poddana opresji przez monstrualną państwową biurokrację finansowaną z naszych podatków. Ale można pisać do posła ze swojego okręgu, on czy ona posłuchają i pokiwają ze zrozumieniem głową, by w końcu stwierdzić: „żyje Pan przeszłością” lub „jest Pan staroświecki”. Żyjemy dziś w nowej Anglii, pisze Millson. Zamiast starych angielskich archetypów, angielskiej muzyki, angielskiego stylu mamy Michaela Jacksona, Malcolma X, rap, reggae, graffiti i Nelsona Mandelę na ekranach telewizorów. Mamy zapomnieć o angielskiej tradycji, spłukać ją w dziurę niepamięci. Wszyscy mamy być „wielokulturowi”. Ale wrogowie naszego narodu – liberalna elita – w swojej zaciekłości, fanatyzmie i antyangielskim rasizmie nacisnęła już guzik samodestrukcji. Posunęła się za daleko, i z frustracji i poczucia, że zostali zdradzeni, odradza się nacjonalizm angielskich aborygenów. Architekci zniszczenia Anglii zobaczą niedługo, że nurt się odwrócił i nadchodzi rebelia; że Anglicy nie mają zamiaru zostać narodem, który powędrować ma na śmietnik historii.

VANGAURD

(P. O. Box 2269, London E6 3RF) jest miesięcznikiem nacjonalistycznej awangardy wspierającym ideowo Front Narodowy. W numerze 41(1994) Peter Smith w artykule „Narodziny Wielkiego Brata” pisze, że główne gazety w Wielkiej Brytanii: The Sunday Times, The Times, The News of the World, The Sun, Today, The Star, The Daily Express i The Sunday Express kontrolowane są przez dwie grupy kapitałowe, co czyni kompletną iluzją opiewany bezustannie pluralizm. Podobny proces zachodzi obecnie w przypadku prywatnej telewizji, która już niedługo kontrolowana będzie przez dwa lub trzy ośrodki. Smith zwraca również uwagę na stopień zainfekowania telewizji „polityczną poprawnością”. Sieci telewizyjne nadają programy w rodzaju 'Boże Narodzenie dla pedałów”, bezustannie zajmują się problemem “dyskryminacji rasowej”, a w mydlanych operach coraz częściej goszczą „przemili Czarni”, „niezwykle czuli homoseksualiści” i „Azjaci o bardzo wysokiej inteligencji”. Poza tym Alex Mulkerrin obala niektóre mity brytyjskiego parlamentaryzmu udowadniając, że brytyjski parlament zarówno przed wiekami, jak i dziś nie jest żadną reprezentacją narodu, ale polem walki grup interesów i lobbies wyrażających wolę bogatej elity; Ian Anderson pisze o stosunkach pomiędzy radykalnymi nacjonalistami a konserwatystami, Martin Wingfield nawołuje, aby oszczędzać łzy np. dla setek brytyjskich żołnierzy poległych na frontach wojny światowej, zamiast ronić je nad losem ofiar z innych narodów prześladowanych przez Trzecią Rzeszę, o których tak często kręci się filmowe wyciskacze łez w stylu „Listy Schindlera”. Ten sam autor nawołuje do przywrócenia w Anglii kary śmierci. Z kolei Stephen Ebbs wywodzi, że budowany przez Wlk. Brytanię wraz z Niemcami, Hiszpanią i Włochami samolot Eurofighter przyniesie w rezultacie osłabienie bezpieczeństwa państwa, D. L. St. J. Lane przypomina, czym jest duma narodowa i patriotyzm, gdyż 45 lat rządów labourzystów i konserwatystów sprawiło, że Brytyjczycy o tym zapomnieli.

Pismo przytacza również opinie na temat znanego w Anglii działacza „antyrasistowskiego” i „antyfaszystowskiego” Garry Gabble‘a, wydawcy znanego “antyrasistowskiego” i „antyfaszystowskiego” pisma “Searchlight”. Jeden z polityków Partii Pracy ujawnił, że Gabble znajduje się na liście płac służb specjalnych. Poza tym w tym numerze Dave Walker zajmuje się sytuacją w Irlandii Północnej. Pisze, że rząd brytyjski jest bardzo zaniepokojony narastającą falą przemocy ze strony lojalistów. W 1993 roku lojaliści zabili więcej ludzi niż Irlandzka Armia Republikańska. W przeszłości lojalistyczne grupy terrorystyczne nie były traktowane poważnie przez siły bezpieczeństwa, które uważały je za „amatorskie”. Obecnie starzy liderzy zostali zastąpieni przez młodych mężczyzn – lepiej zorganizowanych i bardziej bezwzględnych. Rząd brytyjski powinien zapytać sam siebie, dlaczego doszło do takiego rozwoju wydarzeń. Gdyby tak uczynił, to mógłby się dowiedzieć, że bezpośrednią przyczyną wzrostu przemocy ze strony lojalistów jest polityka kolejnych rządów w Londynie. Od prawie 25 lat IRA prowadzi terrorystyczną wojnę z lojalistyczną ludnością Północnej Irlandii. Dzielni mieszkańcy Ulsteru zostali pozbawieni większości swych praw, ponieważ rząd brytyjski prowadził politykę ustępstw wobec republikańskiej mniejszości i rządu w Dublinie. Podpisanie porozumienia angielsko-irlandzkiego było zdradą wobec lojalistycznych polityków, z którymi tego porozumienia nawet nie konsultowano. Zostało ono narzucone lojalistycznej części ludności wbrew jej woli. Powstała sytuacja, przed którą ostrzegał wiele lat temu Ian Paisley: „Jeżeli przyprzecie lojalistów do muru i odbierzecie im wszelką nadzieję, nie będą mieli innego wyboru niż walczyć”. Polityka rządu wobec Ulsteru skazana jest na klęskę. Płd. Irlandia zawsze nienawidziła Wlk. Brytanii i nadal jej nienawidzi. Ta nienawiść jest częścią jej tradycji i jej kultury. W czasie II wojny światowej Irlandia Płd. zezwalała niemieckim okrętom podwodnym brać paliwo w swoich portach, a światła Dublinu świeciły jasno wskazując niemieckim bombowcom drogę nad doki Belfastu. W Organizacji Narodów Zjednoczonych Irlandia Płd. kierowała się zawsze jedną zasadą: głosować przeciwnie niż Wielka Brytania. Tak było w przypadku wojny o Falklandy i wojny nad Zatoką Perską. Irlandia Płd. była rajem dla terrorystów. Twierdziła, że sprzeciwia się terroryzmowi, ale milczała, gdy IRA zabijała brytyjskich żołnierzy. Gdy jednak żołnierze brytyjscy zabili jakiegoś terrorystę z IRA, to podnosiła wielki krzyk. W czasie wojny nad Zatoką Perską John Major nie wahał się wysłać żołnierzy z Ulsteru, aby przelewali krew dla Zjednoczonego Królestwa, ale nie ulega żadnej wątpliwości, że rząd torysów pozbyłby się Ulsteru choćby jutro. Rząd wprawdzie zaprzecza, ale tak właśnie jest.

Kiedy w Irlandii Płn. zabity został pierwszy żołnierz brytyjski, premier Wlk. Brytanii oświadczył, że Ulster na zawsze pozostanie brytyjski i terror IRA tego nie zmieni. Dziś rząd twierdzi, że Ulster pozostanie częścią Zjednoczonego Królestwa, jeśli większość będzie tego sobie życzyć. Dlaczego rząd nie mówi tak, gdy chodzi o Szkocję, Walię czy Anglię? Również labourzyści i liberalni demokraci chcą przehandlować Ulster Irlandii. Jeden z polityków Partii Pracy stwierdził oficjalnie, że jeśli jego partia wygra następne wybory, to zignoruje punkt widzenia lojalistów i narzuci im „Zjednoczoną Irlandię”. Czyż może kogoś dziwić, że następuje nasilenie przemocy ze strony lojalistów. Nie chodzi o to, by usprawiedliwiać terror, ale o to, że jest on nieuniknionym efektem aktów zdrady dokonanych przez rząd brytyjski. Ulster musi być traktowany tak samo jak każda inna część Zjednoczonego Królestwa, i choć pożądane są dobre stosunki z Republiką Irlandii, to nie wolno dopuścić, aby miała ona coś do powiedzenia w sprawach wewnętrznych Zjednoczonego Królestwa. Zamiast łasić się do republikańskiej części ludności Ulsteru, rząd brytyjski powinien powiedzieć im, że pozostaną na zawsze obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Jeśli natomiast zależy im, jak twierdzą, aby żyć w Republice Irlandii, to niech się tam przeniosą. W konkluzji artykułu autor pyta czytelników, czy nie są już zmęczeni słuchaniem w TV prominentnych polityków, którzy potępiają zbrodnie IRA tymi samymi pustymi słowami. Słowa przychodzą łatwo, czyny trudniej. A tu trzeba czynów np. przywrócenia kary śmierci. Westminster powinien zrozumieć, że lojalna część ludności Ulsteru nie zgodzi się nigdy na Zjednoczoną Irlandię. Lojaliści będą walczyć do ostatniej kropli krwi, aby zachować swoje dziedzictwo historyczne i swój sposób życia. W sumie ocenić można, że „Vangaurd“ to pismo na średnim poziomie i trudno je uznać za teoretyczny organ brytyjskiego nacjonalizmu. Miejmy jednak nadzieję, że w przyszłości taką rolę odegra.

BRITAIN

Periodyk wydawany przez Ligę Przeciw Wspólnemu Rynkowi (The Anti-Common Market League, 28 Highdown, Worcester Park, Surrey, KT4 7HZ) przynosi artykuł przewodniczącego Ligi Petera Dulla „Kłamstwo nie popłaca”. Autor stwierdza, że Traktat Rzymski poprawiony i uzupełniony w Maastricht jest dziś najwyższym prawem Zjednoczonego Królestwa i posiada rangę wyższą niż akty parlamentu. Propaganda na rzecz członkostwa Wielkiej Brytanii we Wspólnocie Europejskiej opiera się na kłamstwach lub w najlepszym razie na pół-prawdach. Douglas Hurd oświadczył w telewizyjnym wystąpieniu, że 60% brytyjskiego handlu przypada na kraje Unii. W rzeczywistości tylko 45% brytyjskiego eksportu idzie do krajów Unii. Trzeba wyraźnie stwierdzić, że sir Christopher Prout, lider konserwatywnych parlamentarzystów ględzi banialuki na temat Unii Europejskiej. Toż przecież tenże Prout wraz czterema kolegami wziął udział w spotkaniu, na którym jednoznacznie poparty został manifest European People‘s Party, która „chce stanowczo dążyć do europejskiej unifikacji, do wprowadzenia unii gospodarczej i monetarnej oraz Karty Socjalnej”. Nie powinniśmy mieć złudzeń, pisze Dull, Maastricht jest projektem europejskiego super-państwa. Nie ulega wątpliwości, że euromaniacy będą chcieli wykorzystać międzyrządowe spotkania w 1996 roku, aby dokończyć proces niszczenia narodowej niezależności i zastąpić ją rządami unijnych biurokratów i nieodpowiedzialnych przed nikim bankierów. Nie jest możliwe, aby na dłuższą metę istniały dwa ośrodki władzy: Westminster i Bruksela. W końcu cała władza przejdzie w ręce Brukseli. Trzeba, pisze w zakończeniu Dull, wytrwale prowadzić działania przeciw traktatowi z Maastricht, by odbudować zaufanie opinii publicznej do naszych narodowych instytucji.

Z kolei sir Robin Williams wskazuje na konieczność zespolenia wysiłków wszystkich wrogów Zjednoczonej Europy. W 1992 roku różne organizacje brytyjskie zawarły „sojusz przeciw Maastricht”, aby zmaksymalizować efektywność oporu wobec prób narzucania Wlk. Brytanii projektu Unii Europejskiej sprokurowanego w Maastricht. W skład sojuszu weszły zarówno organizacje od dawna sprzeciwiające się uczestnictwu Wlk. Brytanii we Wspólnym Rynku takie jak Liga Przeciw Wspólnemu Rynkowi, Kampania na rzecz Niepodległej Wlk. Brytanii, Komitet Ochrony Przed Wspólnym Rynkiem, Liga Brytyjskich Gospodyń Domowych, Szkocja Przeciw Rządom Europy, jak i organizacje nowe: Grupa Brugijska, Kampania Przeciw Eurofederalizmowi, Liga Antyfederalistyczna (od niedawna nazywająca się Partią na rzecz Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), Asocjacja Wolności i Konserwatyści Przeciw Federalnej Europie. Mimo, iż występują pomiędzy nimi różnice, to nie mają one praktycznego znaczenia. Zasadnicze cele wszystkich organizacji są identyczne. Ważnym wydarzeniem stał się zorganizowany w grudniu 1992 roku w Edynburgu Kontr-szczyt Europejski, który odbył się w tym samym czasie, co spotkanie szefów rządów Wspólnoty Europejskiej. W Kontr-szczycie wzięło udział wielu przeciwników Wspólnoty Europejskiej ze Szkocji i Anglii. Przybyło również 5 konserwatywnych posłów i 4 z Partii Pracy jak również oponenci Maastricht z Danii, Norwegii, Finlandii, Szwecji, Irlandii, Francji i Austrii, którzy w ostrych słowach krytykowali błędny kierunek, w jakim prowadzą kraje europejskie ich obecni liderzy. Wśród obecnych byli: przedstawiciele organizacji Nie dla Wspólnoty Europejskiej z Norwegii i Szwecji, przedstawiciel Platformy Narodowej z Irlandii, liderzy Ruchu Czerwcowego z Danii (wśród nich dwaj parlamentarzyści). Uczestnicy postanowili powołać Europejski Sojusz Przeciw Maastricht i wydali stosowną deklarację.

Z kolei Derek James stwierdza: „Można śmiało powiedzieć, że ani jeden na stu Brytyjczyków nie znalazłby czegoś inspirującego w tym, co mówią i robią czołowi brytyjscy politycy w ostatnich latach. Status członka parlamentu ulega stopniowej degradacji wraz z redukcją ich władzy. Są oni w coraz mniejszym stopniu liderami Wlk. Brytanii a w coraz większym lokajami Brukseli. Nawet jeśli nie chcą przyznać się do tego przed samymi sobą i przed innymi, to ich słowa i działania potwierdzają, że ich pozycja jest coraz słabsza”. Derek James pisze, że aby odnaleźć polityczną inspirację Brytyjczycy powinni zwrócić się ku przeszłości. Należy przypomnieć słowa ze szkockiej Arboath Declaration z 1320 roku. Słowa te jak mało które z brytyjskiej historii zawierają potężny ładunek odwagi, szlachetności i umiłowania wolności (nawet jeśli niełatwo przyznać to angielskiemu patriocie). Ponad 670 lat temu Szkoci wypowiedzieli słowa: „Choćby pozostało nas tylko stu, nigdy nie poddamy się Anglii. Nie walczymy o sławę, bogactwo czy honor, ale o tę wolność, bez której nie może żyć żaden prawy mąż”. Każdy, choćby nie był Szkotem, może dziś słowom tym przyklasnąć. Jest to ta nić, która przewija się przez całą historię Wlk. Brytanii. Gdyby zamiast „Anglia” wstawić „Hiszpania”, to słowa te mogłaby wypowiedzieć królowa Elżbieta w 1588 roku; gdyby zamiast „Anglia” wstawić „Francja”, to na początku XIX wieku mogliby je wypowiedzieć Pitt, Nelson czy Wellington; gdyby zamiast „Anglia” wstawić “Niemcy”, to mógłby je wypowiedzieć Churchill w 1940 roku. Dziś słowa te powinny brzmieć: ‘Choćby pozostało nas tylko stu, nigdy nie poddamy się Brukseli. Nie walczymy o sławę, bogactwo czy honor, ale o tę wolność, bez której nie może żyć żaden prawy mąż”. Problem polega na tym, że długo jeszcze przyjdzie nam czekać, aż słowa te wypowie któryś z brytyjskich polityków. W zakończeniu swojego artykułu Derek James wzywa do bojkotu wyborów do Parlamentu Europejskiego, aby w ten sposób zamanifestować to, że w ogóle odmawia się prawa do istnienia takim instytucjom. Poza tym w numerze prof. Stephen Bush pokazuje na przykładach szkodliwość „harmonizacji” czyli dostosowywania norm obowiązujących w Wlk. Brytanii do tych, które obowiązują w Niemczech i we Francji, a Sheila Donaldson nawołuje do kupowania owoców i warzyw z Wlk. Brytanii oraz z krajów Commonwealthu.

MOUSE MONITOR

Niewielki, ale treściwy kwartalnik służący radą wszystkim, którzy uciec chcą przed okiem Wielkiego Brata i jego ręką sięgającą coraz głębiej do kieszeni obywateli. Wydawcy pisma stwierdzają, że wszystkie rządy na świecie niszczą klasę średnią i wyższą. Nawet w uznawanych za bastion kapitalizmu Stanach Zjednoczonych ludzie trzykrotnie zmuszeni byli do emigracji. W1780, 1870 i po 1917 roku prohibicja, konfiskatoryjne podatki, przymusowa służba wojskowa, rozmnożenie się głodnych na odszkodowania adwokatów, socjalistycznych sędziów i dławiących regulacji rządowych zmusiło wielu Amerykanów do poszukiwania nowych flag. 5 milionów najbardziej produktywnych Amerykanów żyje za granicą. 85% całego płynnego bogactwa jest anonimowo zarejestrowane za granicą. Podatki rosną zarówno w USA jak i w Europie. Wolność osobista likwidowana jest krok po kroku. Politycy uważają obywateli za niewyczerpane źródło dochodów budżetowych. Kontrolują ich, rejestrują i opodatkowują. Biurokraci obniżają stopy podatkowe, równocześnie zwiększając sprytnie ogólną ilość ściąganych podatków nadając nowym podatkom nazwy sugerujące, że nie są to podatki. W USA istnieje już system do śledzenia „podejrzanych operacji finansowych”. Ale wprowadzany jest nowy system, który zlikwiduje resztki tajemnicy bankowej. Ten system to „matka wszystkich baz danych” – AI/MPP (Artificial Intelligence,Massive Parallel Processing). Dzięki temu systemowi biurokraci będą mogli kontrolować cały system bankowy w USA i śledzić operacje finansowe w momencie, w którym są przeprowadzane. 388 min kont bankowych w USA będzie stało otworem dla szczegółowej biurokratycznej kontroli dokonywanej przy pomocy naciśnięcia guzika. Big Brother będzie mógł zajrzeć do każdego konta, kiedy tylko mu się to spodoba. Kiedy system sprawdzi się w USA, wprowadzony zostanie w krajach europejskich a potem na całym świecie. W obliczu takiej sytuacji Mouse Monitor proponuje ludziom chcącym uciec ze śmiertelnego uścisku Wielkiego Brata filozofię pięciu flag. Flaga pierwsza powiewa nad miejscem prowadzenia biznesu, które musi być różne od tego, w którym legalnie się mieszka. Druga flaga to flaga kraju, w którym ma się obywatelstwo i paszport. Powinien to być kraj, który nie przywiązuje wagi do tego, skąd przybywają jego obywatele i co robią za granicą. Flaga trzecia powiewa nad miejscem stałego pobytu. Powinien to być „raj podatkowy” posiadający dobrą łączność ze światem, miejsce, gdzie zamożni, produktywni, twórczy ludzie mogą żyć, wypoczywać i cieszyć się życiem mając gwarancję, że nikt nie będzie im zaglądał do konta bankowego, niezagrożeni przez wojny i rewolucje. Flaga czwarta to flaga powiewająca nad miejscem będącym „magazynem aktywów”. Jest to miejsce, z którego można operować aktywami, dokonywać transferów i kierować firmą – oczywiście anonimowo i przez pośrednika. Wreszcie flaga piąta to flaga miejsc, gdzie spędza się czas w sensie fizycznym. Oparcie swojego życia na filozofii pięciu flag ma pozwolić ludziom ocalić swoje pieniądze i swoją wolność przed chciwą łapą rządów. Prenumeratorzy Mouse Monitor mogą (za opłatą oczywiście) otrzymywać specjalne informatory, z których dowiedzą się wielu pożytecznych rzeczy. Np. jak wyrobić sobie legalnie kilka paszportów i kilka obywatelstw; jak uzyskać legalnie paszport bezpaństwowca, paszport dyplomatyczny, paszport uchodźcy, paszport tymczasowy czy paszport honorowy; jak zyskać status Wiecznego Turysty, co pozwala unikać płacenia podatków, przymusowej służby wojskowej i wielu innych nieprzyjemnych rzeczy; gdzie trzymać a gdzie nie trzymać swoich pieniędzy, jak przekraczać granice nie będąc niepokojonym przez urzędników; jak najbezpieczniej, najtaniej i bez pozostawiania śladów na papierze dokonywać transferu gotówki; gdzie i jak zakładać anonimowe konta bankowe i gdzie otworzyć konto bankowe bez okazywania Identity Card; co robić, aby uniknąć procesów sądowych, uciec przed pieniaczami i ex-małżonkami; jak operować kartami kredytowymi, które nie pozwalają zidentyfikować ich użytkownika lub kartami na inne nazwisko; jak zniknąć ze wszystkich możliwych komputerów i wszystkich banków informacji; jak nie płacić żadnych podatków; mogą poznać najbardziej wyrafinowane techniki prania brudnych pieniędzy stosowane przez czołowych przestępców, a które mogą być przydatne także ludziom w pełni uczciwym. Otrzymają również dokładne informacje na temat miejsc, gdzie opodatkowanie jest równe zeru (Anquila, Wyspy Bahama, Bermudy, Kajmany, St. Kitts-Nevis, Caicos) lub bardzo niskie lub takie, gdzie nie opodatkowuje się dochodów osiąganych za granicą (Barbados, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Panama, Cypr, Malta, wyspy na Kanale La Manche: Man, Guersney, Jersey, Gibraltar, Monte Carlo, Hong Kong). Okazuje się, że świetnym miejscem dla zarejestrowania firmy, samolotu, samochodu jest Gibraltar. Prawdziwie rajskim miejscem jest Andora: bez gospodarczych kryzysów, bez AIDS, bez przestępczości, bez policyjnych szykan, bez elektrowni atomowych, bez lewicowych partii, bez podatków, bez związków zawodowych, bez śladu socjalistycznej mentalności, z gospodarką w 100% prywatną, z całkowicie prywatnymi i nie podlegającymi żadnej kontroli bankami. Ale czytelnikom „Stańczyka” polecamy szczególnie miejsce, które istnieje dzięki historycznemu przypadkowi. Ta geograficzna anomalia i klimatyczny freak stanie się najprawdopodobniej najmodniejszym rajem podatkowym następnej dekady. Chodzi o Campione nad jeziorem Lugano, na wpół autonomiczny obszar, na którym żyje 3000 mieszkańców, położony w granicach Szwajcarii, ale będący oddzielnym krajem nie podlegającym szwajcarskim ustawom, szwajcarskim podatkom i szwajcarskim traktatom. Mieszkaniec Campione ma wszystkie prawa, jakie posiadają obywatele Szwajcarii, natomiast nie podlega różnym niedogodnościom, którym oni podlegają: nie płaci podatku dochodowego i nie musi przez całe życie spędzać lata na obozach wojskowych. Nie płaci też VAT-u. Campione jest częścią Wspólnoty Europejskiej, więc jego mieszkańcy mogą poruszać się swobodnie po całej Europie. Posiada doskonałe połączenie z Mediolanem. Jest tym, czym było Monte Carlo w 1952 roku zanim stało się modne i zamieniło się w mini-Manhattan. Witajcie w Campione!

Dla zainteresowanych podajemy adres, pod którym można zakupić informatory i otrzymać Mouse Monitor: Scope International Limited, Forestside House Forestside Rowlands Castle Hants P09 6EE England UK, tel. (01705) 63 17 51, fax. (01705) 63 13 22.

BELGIA

TEKSTEN, KOMMENTAREN EN STUDIES

Numer 73-74 jest w całości poświęcony wielokulturowości i problemom z nią związanym. Jednym z takich zjawisk jest antyrasizm. Eryk Arckens w artykule “Zawód: antyrasista” pisze o organizacji SOS-racisme. Wywodzi się ona z trockistowskiej Komunistycznej Ligi Rewolucyjnej. Bardzo dużo życzliwej uwagi poświęcał jej sam Jakub Attali. Inną francuską organizacją tego typu jest Liga Praw Człowieka. Bodźcem do jej utworzenia był proces Dreyfusa. W 1900 r. liczyła 12.000 członków, przeważnie wywodzących się z kręgów wolnomular- skich. Wypada jeszcze wspomnieć o Międzynarodowej Lidze Przeciw Rasizmowi i Antysemityzmowi. To właśnie jej zasługą jest wystawienie okrojonej przez cenzurę wersji “Kupca z Wenecji” Szekspira, jak również wykastrowanego „Skąpca” Moliera.

Koen Elst omawia książkę Mervyna Hisketta „Some to Mecca turn to pray”. Jest tam napisane m.in., że muzułmańskie kobiety wolą żyć w tradycyjnych wielkich rodzinach niż pławić się w chaotycznej „wolności”, która nie przyniesie szczęścia ich dzieciom. Autor powtarza za muzułmanami, że zachodnie kobiety są zbyt zazdrosne i nie rozumieją, że alternatywą dla wielkiej poligamicznej rodziny jest wielki męski promiskuityzm. Poligamiczna rodzina ma być podstawą wielkiej Republiki Islamskiej, która powstanie po 2000 r. na Bliskim Wschodzie. Oznaczać to będzie zniknięcie z tego rejonu Żydów, Asyryjczyków, Chaldejczyków, Ormian i innych chrześcijan. Miliardy dolarów zostaną zainwestowane w realizację tego planu. W odróżnieniu od opisanego w sfałszowanych „Protokołach mędrców Syjonu” “żydowskiego spisku” spisek islamski jest autentyczny i znajduje oparcie w Koranie. Pożywką dla tego spisku jest asymilatorska polityka europejskich rządów. Asymilacja może się dokonać tylko na drodze spontanicznych procesów kulturowych. Wówczas zamiast odpływu emigrantów ujrzymy odpływ islamu.

Z islamem w Europie łączy się zagadnienie rasizmu. Gilbert Destree twierdzi, że jest on często mylony z dyferencjalizmem. Ten ostatni, jak uważa Piotr-Andrzej Taguieff – autor książki „Siła przesądu”, znajduje się pomiędzy rasizmem i antyrasizmem albo między heterofobią a heterofilią, jeżeli umieścimy problem na nieco szerszej płaszczyźnie. Charakterystyczne jest, że antyrasiści nie uznają człowieczeństwa heterofobów i ksenofobów. Taguieff zauważa, że antyrasiści też uznają odrębności w ramach rodzaju ludzkiego, bo domagają się uznania prawa do bycia innym. W związku z tym można zaliczyć rasistów, antyrasistów i dyferencjalistów do tej samej kategorii. Warto przy tym wiedzieć, że rasizm ma lewicową proweniencję. Np. Wolter z upodobaniem zestawiał murzynów z małpami, a Julian Ferry pisał, że wyższe rasy mają obowiązek ochraniać rasy mniej wartościowe. Jeżeli odrzucamy tego typu założenia, to popadamy wówczas w uniwersalizm, który jest trudny w realizacji, a właściwie niemożliwy. Oparty na kantowskim imperatywie kategorycznym “etyczny” uniwersalizm redukuje człowieka do kategorii jednostki. Natomiast indywidualizm prowadzi do narcyzmu Wyklucza on wszelkie myślenie w kategoriach zbiorowości. Lansowane współcześnie prawa człowieka nie mają jakości. Roztapiają się w tyglu masowej demokracji. Prawa człowieka mają umożliwić „dialog między kulturami”, ale w gruncie rzeczy dialog ten ma służyć zniszczeniu kultur i realizacji ideałów Oświecenia, triumfujących na ekranach telewizorów i komputerów. Neokosmopolityzm końca XX wieku jest bladą karykaturą osiemnastowiecznego pierwowzoru. Egzotyczne kuchnie, obca muzyka czy nieeuropejskie stroje to tylko gadgety i nic więcej. Taguieff używa pojęcia “planetarny karnawał”, gdzie kultury odgrywają rolę towarów, a ludy klientów. Świat pogrąża się w turystycznym antyrasizmie, opartym na idei Kodaka. W tym świecie królują „wykorzenieni” intelektualiści, wyznający antyrasizm i antyfaszyzm. Kreują się oni na esencję ludzkości i inkarnację Rozumu. Innego typu intelektualiści zapełniają szpalty omawianego kwartalnika. Oprócz już wymienionych warto wspomnieć Huberta De Sy piszącego o “Południowej Afryce i demokracji”, Lucjana Pauwelsa, który przedstawia wielokulturowość w jej flamandzkiej odmianie, Eryka Arckensa opisującego tradycyjnie wielokulturowe Indie oraz Jakuba Leclerq’a, zajmującego się kwestią katolickich opinii na temat ziemi i rasy.

CHILE

ESTUDIOS PUBLICOS

Zimowy, a w ogóle 55 numer kwartalnika, oprócz sporej ilości tekstów ekonomicznych, zawiera interesujący esej Hektora Aguilara Camina „Meksykańska inwencja. Uwagi o nacjonalizmie i narodowej tożsamości”. Tożsamość ta w dużej mierze została ukształtowana przez dziewiętnastowiecznych niepodległościowych mitologów, takich jak Servando Teresa de Mier i Karol Maria de Bustamante. Byli oni w awangardzie liberalnej ofensywy przeciw wspólnotom gminnym, dziedzicznym korporacjom kolonialnym i chłopskim ejidos. Atak ten był wymierzony w tradycje wiejskie, w indiańską (albo raczej metyską) większość i w Kościół. Polityczny i terytorialny kształt Meksyku uformował się w wyniku dwóch wojen. Przegrana wojna ze Stanami Zjednoczonymi w 1848 r. określiła północną granicę i geopolityczne przeznaczenie kraju. Wygrana wojna 1867 r. z interwentami francuskimi i cesarzem Maksymilianem pozwoliła odzyskać narodową dumę i rozstrzygnęła o republikańskiej formie rządów.

Rewolucja 1910 r. w efekcie spacyfikowała kraj i podporządkowała wszystkie siły społeczne państwowej piramidzie. Poważnym fragmentem fundamentów tej piramidy jest kreolski patriotyzm, opierający się z kolei w dużym stopniu na antyhiszpańskim w wymowie kulcie Madonny z Guadalupe. Maryjny katolicyzm został z czasem uzupełniony apologią pogańskiej przeszłości sprzed konkwisty. Franciszek Ksawery Clavijero porównywał państwo Azteków z cywilizacją grekołacińską. Texcoco w tej wizji pełniło rolę Aten płaskowyżu Anahuac, a panujący w tym mieście książę-poeta Nezahualcoyotl był amerykańskim Solonem. Karol Siguenza y Gongora widział w indiańskim Ouetzalcoatlu czyli Upierzonym Wężu metaforyczną ewokację apostoła Tomasza. Wspomniany już brat de Mier pisał o „retrospektywnym chrzcie”, który miał się odbyć na długo przed przybyciem Hiszpanów. Mier i Bustamante widzieli w powstańczych oddziałach z 1810 r. prawdziwy naród meksykański, oddający cześć umieszczanej na buntowniczych sztandarach Czarnej Dziewicy, będącej reinkarnacją azteckiej bogini płodności Tonantzin. Zbrodnie wojenne popełnione przez dowodzącego armią rojalistyczną Feliksa Calleja w Guanajuato były powtórzeniem szesnastowiecznej masakry w Tenochtitlanie, autorstwa towarzysza Cortesa pułkownika Alvarado. Tragiczne losy powstańczych wodzów Hidalgo i Morelosa przypominają historię zamordowanych przez konkwistadorów azteckich królów Montezumy i Cuauhtemoca. Po pokonaniu Hiszpanów nadszedł czas „oświeconych i filantropów”, którzy zapatrzeni w Grakchów i Rewolucję Francuską, wypowiedzieli wojnę wielkim latyfundystom po to, aby zbudować demokrację drobnych posiadaczy. W tej wymarzonej demokracji nie widziano miejsca dla Indian. Dla postępowców byli oni „kreaturami gorszymi od dzikusów” i „permanentną przeszkodą na drodze rozwoju”. Oprócz Indian opór stawiali wywodzący się z dobrych rodzin konserwatyści, będący jednocześnie katolikami, monarchistami i centralistami. Byli oni poprzez więzy krwi i tradycję w oczywisty sposób powiązani z Hiszpanią, podczas gdy federalistyczni i laiccy tudzież republikańscy liberałowie ulegali wpływom anglosaskim. Waszyngton i Jefferson cieszyli się takim samym poważaniem jak Bolivar i Hidalgo. Aż do wojny 1848 r. liberalne uwielbienie Stanów Zjednoczonych nie znało granic. Po klęsce wojennej liberalne czasopismo “El Siglo” spokojnie rozważało możliwość aneksji całego Meksyku przez USA. Bardziej nacjonalistyczni byli konserwatyści. Już w 1830 r. Łukasz Alaman udowadniał, że północnoamerykański system federalny nie jest odpowiedni dla Meksyku. Historyk ten przewidział, na podstawie dominujących w Stanach Zjednoczonych tendencji geopolitycznych, że Jankesi zabiorą Teksas. Przywódca meksykańskich konserwatystów podkreślał, że przegrana wojna była najbardziej niesprawiedliwą w historii i że była ona efektem bynajmniej nie zachcianek absolutnego monarchy, ale ambicji republiki, pretendującej do przewodzenia cywilizacji XX wieku. Sprzeciw Alamana wobec północnoamerykańskiej kultury wywarł trwały wpływ na poglądy Meksykanów. Niechęć do północnych sąsiadów pogłębiła się jeszcze w trakcie Rewolucji Meksykańskiej, kiedy to podły ambasador Henryk Lane Wilson był inspiratorem zamachu stanu w 1913 r. i zamordowania prezydenta Madero. W 1914 r. marines lądowali w Veracruz, a w 1917 r. anglosaskie oddziały na próżno uganiały się po górach stanu Chihuahua za nieuchwytnym Pancho Villą, wyrządzając przy okazji liczne krzywdy meksykańskim chłopom. Pomimo to w czasie II wojny światowej Meksyk znalazł się w tym samym obozie co Stany Zjednoczone. Stopniowa “debolszewizacja” na południe od Rio Bravo przyczyniła się do dalszego polepszenia stosunków. Łagodne pożegnanie w latach 80/ Rewolucji Meksykańskiej utorowało drogę do NAFT-y. Derewolucjonizacja jest poza sferą ekonomiczną szczególnie widoczna w zakresie stosunków Państwa z Kościołem. Na stosunkach tych przestały wreszcie ciążyć rewolucyjny jakobinizm i liberalny antyklerykalizm. Odprężenie na linii Waszyngton- Ciudad Mejico zaowocowało nasileniem procesu metysażu, dokonującego się po obu stronach granicy. Strefa graniczna to Mexamerica, gdzie elementy anglosaskie w dużym stopniu wymieszane są z latynoskimi. Ale według autora Meksyk jako całość w dającej się przewidzieć przyszłości zachowa swoją tożsamość. Była ona przez wieki tworzona jako synteza najróżnorodniejszych elementów. Odnajdziemy w niej antyczne cywilizacje Mezoameryki, dumnych konkwistadorów, iberyjski upór, rzymską dyscyplinę, wizygocką surowość, arabski splendor, katolicką nietolerancję i chrześcijańskie heterodoksje, wielkość Habsburgów, reformistyczny liberalizm Burbonów, elementy afroamerykańskie, wpływowe wspólnoty lewantyńskie, okruchy Azji oraz oczywiście liczne wątki anglosaskie. W ciągu ostatnich 50 lat, pomimo potężnego oddziaływania Wuja Sama, pogłębiła się kulturowa uniformizacja i wzrosła narodowa spójność.

Oprócz tożsamości meksykańskiej istnieje również tożsamość latynoamerykańska. Rozważania na ten temat snuje Jerzy Larrain. Zgadza się on z Tzvetanem Todorovem, że wyższość konkwistadorów nad Indianami polegała na tym, że Hiszpanie lepiej rozumieli podbity świat, podczas gdy pokonani nie potrafili pojąć swoich zdobywców. Kastylijscy pamiętnikarze dobrze mówili o tubylcach, ale nigdy nie mówili do nich. Nie było oczywiście mowy o tolerancji, bo przecież zadaniem Kościoła jest zwalczać pogaństwo. Występowały natomiast różnice zdań co do sposobu nawracania. Słynny biskup Las Casas uważał, że jedyną dopuszczalną metodą konwersji jest perswazja. Jego przeciwnikiem był Jan Gines de Sepulveda, który twierdził, że wojna z ludożercami jest wojną sprawiedliwą. Te dwie postawy odpowiadają dwóm formom kolonializmu – bardziej autorytarnej, opartej na stosunku wyższości i podporządkowania oraz bardziej egalitarnej. Kolonizacja Nowego Świata doprowadziła do powstania nowego modelu kulturowego, ukształtowanego w dużym stopniu przez religię katolicką, blisko związanego z politycznym autorytaryzmem i nieufnego wobec nauki. Ten model łatwo koegzystuje z niewolnictwem, rasizmem, inkwizycją i monopolem religijnym. Kościół zaakceptował niewolniczy status sprowadzonych z Afryki murzynów. Większość zakonów religijnych posiadała swoich czarnych niewolników. Nic zatem dziwnego, że w Ameryce Łacińskiej praca fizyczna nie cieszy się wielkim poważaniem. Po uzyskaniu niepodległości niektórzy intelektualiści pragnęli rozbić ten model poprzez zwiększony import współczesnych idei, co pozwoliłoby wyjść ze Średniowiecza i zrekompensować domieszkę krwi indiańskiej. Tego domagał się Faustyn Dominik Sarmiento, pragnący wyhodować nad La Platą „Jankesów Południa”, co pozwoliłoby przekształcić Argentynę w Stany Zjednoczone Ameryki Południowej. Argentyński pozytywista w gruncie rzeczy stał na takim samym stanowisku co Hegel, Marks i Engels, którzy uważali, że irracjonalni Latynosi powinni pozostawać pod europejską lub północnoamerykańską kuratelą. Przekonanie o nieudanym metysażu przebija ze znanej frazy Jana Baptysty Alberdiego: „W Ameryce wszystko, co nie jest europejskie, jest barbarzyńskie”. Tego typu postawy doprowadziły do tego, że po uzyskaniu niepodległości w krajach latynoamerykańskich doszło do pęknięcia kulturowego. Kulturowa tożsamość nie jest akceptowa-na przez elity, które przyjęły importowany racjonalistyczny model oświeceniowy. Ethos kulturowy przetrwał w wiernych katolicyzmowi masach metysów. Dzisiaj obiektywnym sojusznikiem tego etosu jest postmodernizm, który dezawuuje absolutny charakter zachodnich prawd i atakuje totalitaryzm Oświecenia. Odrębne stanowisko zajmuje meksykański noblista Oktawian Paz. W swoim „Labiryncie samotności” przedstawia on Meksykanina jako człowieka negującego swoje pochodzenie – nie chce być metysem, chce być człowiekiem i cały czas szuka lepszego rodowodu.

W 56 numerze przyciąga uwagę esej Rogera Scrutona „Pierwsza osoba liczby mnogiej”. Znany angielski konserwatysta pisze o nacjonalizmie. Według niego narody powstały niedawno wskutek rewolucji przemysłowej i rozpowszechnienia się słowa drukowanego. Narody są sztucznymi tworami, co najlepiej widać w Afryce, gdzie zostały arbitralnie stworzone przez administracje kolonialne. Bodajże lord Acton pierwszy stwierdził, że narody są dziełem współczesnych państw, a nie na odwrót. Naród jest bytem politycznym, w przeciwieństwie do wspólnoty plemiennej i wspólnoty religijnej, które są prepolityczne. W przynajmniej jednym przypadku więź religijna jest ściśle uzależniona od przynależności plemiennej. Jest to przypadek Druzów, gdzie jest się członkiem sekty przez urodzenie, a dusza zmarłego współplemieńca umieszcza się w ciele nowonarodzonego. Wracając do narodów politycznych, możemy wyróżnić wśród nich dwa podstawowe typy: narody powoli rosnące jako owoce terytorialnej jurysdykcji europejskiej (np. Wielka Brytania) i narody powstałe w efekcie upadku imperiów (np. Nigeria). Naród czeski stanowi dowód na to, że mogą także istnieć przypadki pośrednie. Naród polski natomiast posiadał państwo narodowe zanim stał się częścią imperium. Dla postimperialnych narodów duże znaczenie ma, czy upadłe imperium było oparte na przymusie (jak imperium mongolskie czy radzieckie), czy też wartością nadrzędną było w nim przestrzeganie prawa (ostatnie lata państwa Habsburgów i imperium brytyjskiego). Jeżeli chodzi o naród angielski, to odczuwał on swoją odrębność nawet wówczas, gdy wspólna wiara łączyła go z kontynentem. W przypadku Europy Środkowej musimy pamiętać, że istnieją pozapolityczne czynniki językowe, religijne, kulturowe i rasowe, które utrudniają zjednoczenie tego obszaru. Jeżeli nie istnieje odczucie wyrażające się w używaniu pierwszej osoby liczby mnogiej, wówczas prawo traktowane jest jako coś zupełnie obcego. Stany Zjednoczone też nie stanowią wyjątku od zasady, że niepolityczne afiliacje są niezbędne do tego, aby współczesne państwo mogło rozkwitać. Nie przypadkiem najbardziej rewolucyjny periodyk północnoamerykańskiej lewicy nazywa się „The Nation”. Idea Stanów Zjednoczonych ma wyraźny wymiar religijny. Obok tysiąca kościołów, chrześcijańskich w formie i hebrajskich w treści, istnieje hybrydalny monoteizm ze swoimi mitami i „snami”, z przekonaniem, że Ameryka jest ostatnim refugium dla biednych, gdzie rozkwita pozbawiona więzów przedsiębiorczość. Innego typu świadomość dominuje w Europie Środkowej, gdzie „my” jest przeciwstawiane postimperialnym państwom. Imperialna przeszłość spowodowała, że narody nie nabrały umiejętności rządzenia się. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem byłaby restauracja imperium opartego na rządach prawa, a zatem przypominającego imperia: rzymskie, angielskie i habsburskie.

Pozostaniemy przy tematyce imperialnej, wczytując się w rozważania Hugona Trevora-Ropera „Koniec imperium w Europie”. Taki koniec miał miejsce w 1918 i 1989 r„ ale także w 1813 r. pod Lipskiem, gdzie narody pokonały francuski imperializm. Było to jednocześnie zwycięstwo Edmunda Burke’a – paladyna społeczeństwa organicznego i konserwatywnego nad entuzjazmującym się radykalnym i racjonalnym utopizmem francuskim Tomaszem Paine`em. Znamienne jest, że niedługo po Waterloo odniósł sukces Walter Scott, opiewający antyczne, lecz wciąż żywotne tradycje małych krajów. Podczas gdy Scott był publicystą nacjonalizmu, Herder był jego filozofem. Urodzony, podobnie jak szkocki powieściopisarz, daleko od wielkich metropolii – na odległej wyspie wschodniopruskiej, oblanej słowiańskim morzem, był pierwszym głosicielem ewangelii narodowej tożsamości. Podkreślał wyższość starogermańskich cnót nad sztuczną i „delikatną jak papier” kulturą dekadenckich filozofów francuskich. Nie przeszkadzało to pruskiemu myślicielowi podkreślać, że wszystkie narody są równe, że każdy naród posiada swoją własną, autentyczną kulturę, która wyraża się przede wszystkim w literaturze popularnej. Szczególną rolę odgrywają starożytne poematy epickie i odkryte lub wymyślone ballady. Trudno jest przecenić znaczenie takich utworów jak niemiecka saga Nibelungów, epicki poemat szkockiego Osjana, „Pozostałości starej poezji angielskiej” biskupa Percy oraz pracowicie zebrane ballady Szlezwiku, Szkocji, Skandynawii, Hiszpanii i Grecji.

Twórca nowej historycznej szkoły niemieckiej Leopold von Ranke zajął się historią Serbii, która do tej pory nikogo nie interesowała. Uczynił tak pod wpływem zbieracza rodzimych ballad i twórcy literackiego języka serbskochorwackiego Vuka Karadżicia (nota bene przodka Radovana Karadżicia- red.). Do 1848 r. dominował właśnie taki typ nacjonalizmu – literacki, niewinny, romantyczny i konserwatywny. Wraz z “wiosną ludów” na arenę dziejów wkracza nacjonalizm polityczny. Wspólna kultura staje się podstawą do tworzenia wspólnego państwa. „Kulturvolk” kreuje własny „Kulturstaat” w Niemczech i Włoszech. Z nacjonalizmem politycznym idzie w parze nacjonalizm ekonomiczny, domagający się powstania narodowego rynku. Jest on szczególnie ewidentny w porewolucyjnej Francji. Idealizm kulturalny splata się z komercyjnym realizmem, a aspiracje intelektualne z interesami burżuazji. Po zjednoczeniu Niemiec i Włoch tendencje emancypacyjne narastają we wschodniej Europie. Mapa etniczna jest w tej części kontynentu skomplikowana, gdyż węgierskie, słowiańskie, tatarskie, tureckiej szwedzkie i niemieckie imigracje, podboje i kolonizacje doprowadziły do prze-mieszania nacji. I tak np. na wschodnim wybrzeżu Bałtyku szwedzka, niemiecka i rosyjska kultura nakładały się warstwa po warstwie na miejscowe narody. Węgrzy panowali nad Wołochami, Rusinami i Kroatami, których pobratymcy rządzili w sąsiadujących z imperium Habsburgów państwami. Jednakże państwa te wyglądały mniej atrakcyjnie od naddunajskiej monarchii. Dlatego właśnie w 1848 r. chorwacki ban Jelaczić uratował Wiedeń przed buntującymi się Madziarami, czeski patriota Franciszek Palacky stwierdził, że gdyby nie było imperium Habsburgów, to trzeba by je wymyślić, a Żydzi woleli protekcję cesarza od syjonistycznej utopii. W 1918 r. jednakże Austro-Węgry przestają istnieć i z błogosławieństwem zwycięskich mocarstw święci swój triumf wschodnioeuropejski nacjonalizm polityczny. Porażkę ponoszą Niemcy, którzy w 1914 r. twierdzili, że walczą o kulturę niemiecką, choć przeciwko takiemu „Kulturkampfowi” protestowali już wcześniej Burchhardt i Nietzsche. Był to jednak wciąż jeszcze nacjonalizm liberalny. Pełnej degradacji nacjonalizmu dokonał Hitler, który zdefiniował naród poprzez czynniki rasowe i powiązał kulturę z krwią. Romantyczni barbarzyńcy Herdera zbudowali obóz w Oświęcimiu, a ludowi bohaterowie serbskiego Vuka przeprowadzili „czystki etniczne”. Nacjonalizm stał się czymś brudnym. Winę za to ma ponosić piętnastowieczna Hiszpania ze swoją ideą „pureza de sangre” (czystości krwi), wymierzoną w posiadających nieczystą krew Żydów. (Nie można było oczekiwać od Anglika, aby przepuścił możliwość przy-pięcia łatki historycznemu wrogowi perfidnego Albionu – red.). Idea nierówności ras została sformułowana w połowie XIX w. przez rozwiązłego francuskiego arystokratę (oczywiście twórczy wkład Chamberlaina w doktrynę rasizmu został taktownie pominięty – red.). Austroniemiecki nacjonalizm w wymieszanym rasowo imperium habsburskim stał się, według jego własnych słów, „granitową bazą” ideologii Adolfa Hitlera. Nie wiemy jeszcze, jaki typ nacjonalizmu zostanie zrodzony przez upadek wielonarodowego imperium radzieckiego.

ARGENTYNA

DISENSO

„Niezależne politycznie i niedochodowe” pismo jest redagowane w Buenos Aires przez Hipolita Yrigoyena. Letni (imponujące wyprzedzenie – red.) numer pisma z 1995 r. warto jest zacząć od lektury eseju Józefa Ksawerego Esparzy “Jankees: 'Naród wybrany’ współczesności”. Amerykanie nie są jedynym narodem, który na przestrzeni dziejów byłby przekonany, że Opatrzność pozwoliła mu osiągnąć wielką siłę materialną. Tego typu pretensje zgłaszali już Rzymianie, Hiszpanie, Francuzi i Niemcy ze swoim „Gott mit uns”. Ale tylko Jankesi od początku byli przekonani, że są lepsi od reszty ludzkości i że mają dać światu nowy porządek. Ich największym zwycięstwem jest to, że także podporządkowane im narody widzą w nich Naród Wy-brany. Niegdyś koloniści wywodzący się z tych narodów, a konkretnie Hiszpanie, Portugalczycy i Francuzi przenosili przez Atlantyk tradycje swoich ojczyzn. Natomiast Anglicy i Holendrzy uciekali od przeszłości i pragnęli za Oceanem zrealizować protestanckie marzenie o ziemskiej Jerozolimie. „Amerykę stworzyła ucieczka od historii” – napisał Oktawian Paz. Paruzja miała się dokonać na nowych ziemiach poprzez absolutną autoświadomość wolnego podmiotu, wyzwolonego od wszelkich tradycyjnych więzów. Zapowiadany przez Hegla koniec Historii miał się dokonać w wymarzonym przez Kanta homogenicznym uniwersum. Tomasz Molnar napisał, że Stany Zjednoczone to „post-zachód”, uwolniony od zachodniej historii, ale również od metafizyki, stanowiącej według Heideggera immanentną część Zachodu. Narodziny anglosaskiej Ameryki zbiegły się w czasie ze zwycięstwem współczesnych wartości. Zwycięstwo to oznaczało, że Raj ze sfery spirytualnej został przeniesiony na płaszczyznę filozoficznych, historycznych i politycznych obietnic wyzwolenia. Purytanie z “Mayflower” widzieli w Ameryce Ziemię Obiecaną i Koniec Historii. Dlatego właśnie Rajmund Abellio powiedział: „Ameryka Północna to daleki zachód Zachodu, miejsce przeznaczone na śmierć Zachodu”. W 1929 r. Paweł Morand zauważył, iż w Ameryce jeszcze ważniejsza od pieniądza jest szybkość, dzięki której ucieka ona przed swymi upiorami i bolesnymi problemami. Pasażerowie „Mayflower” byli przekonani, że stworzą prefigurację kosmopolis, uniwersalną Republikę przyszłości, aby następnie eksportować demokratyczne Dobro. Purytanie wierzyli, że ludzie są równi i że każdy może osiągnąć wszystko. Władza była dla nich czymś zgubnym i odrażającym, w związku z czym trzeba było koniecznie ograniczyć jej prerogatywy. Pomimo tego, iż w Wirginii osiedli Kawalerowie, a w Maryland katolicy, inicjatywę przejęli pokonani w Anglii w XVII wieku purytanie i kwakrzy. Wilhelm Penn założył Filadelfię jako „Miasto braterskiej miłości”, a Brigham Young poświęcił swoje życie zbudowaniu „Miasta Boga” nad Wielkim Jeziorem Słonym czyli mormońskiej stolicy Salt Lake City. Opuszczający Plymouth pielgrzymi i kolonizujący Zatokę Massachussets purytanie byli zdeterminowani usunąć wszelkie przeszkody na swojej drodze. Jedną z nich byli Indianie. Gdy między 1633 a 1634 r. epidemia ospy powaliła tysiące Indian z plemienia Massachussets koloniści gorąco dziękowali Bogu za ten cios wymierzony we wrogów nowego narodu wybranego. Potomkowie pierwszych osadników bynajmniej nie utracili przekonania o swojej wyjątkowości. Waszyngton pisał, że tylko w USA człowiek może osiągnąć swoją prawdziwą wielkość i w pokoju cieszyć się nauką, wolnością i szczęściem. Jefferson dostrzegał w Stanach Zjednoczonych uniwersalny naród, urzeczywistniający uniwersalne ideały. Adams widział prze-znaczenie amerykańskiej czystej i cnotliwej republiki w rządzeniu światem i udoskonalaniu człowieka. W naszym stuleciu jankeski historyk Bancroft podkreślił, że uchwalenie Konstytucji Stanów Zjednoczonych było najradośniejszym wydarzeniem w politycznej historii ludzkości. Konstytucja ta jest odzwierciedleniem socjopolitycznej utopii sekularyzacyjnej. Wolność, posiadająca w tragedii greckiej wymiar boski, w teologii kalwińskiej została związana z predestynacją. Ta religijna rewolucja poprzedzała polityczną rewolucję demokratyczną.

W Nowej Anglii, gdzie katolickie struktury starej Europy nie stawiały oporu, kwakrzy, mennonici, shaker- si etc. stworzyli utopijny naród. Naród ten miał urzeczywistnić idee obecne we wszystkich utopiach kultury zachodniej: równość, wolność, śmierć autorytetów, władza moralności… Przypomina to freudowską wizję narodzin cywilizacji. Synowie jednoczą się przeciwko ojcowi-tyranowi, zabijają go, a potem podpisują kontrakt, gwarantujący im równość, opartą o odrzucenie autorytetu i przywilejów ojca. W naszym przypadku zamordowanym ojcem jest oczywiście Europa. Zbuntowani potomkowie na dolarowym banknocie umieścili dewizę “In God we trust”, co skłoniło Stendhala do refleksji, że trzy dominujące w Ameryce idee to: pieniądz, wolność i Bóg. Nie przypadkiem pieniądz jest na pierwszym miejscu. Cała polityczna teoria północnoamerykańska pochodzi od Locke’a, który w „Two Treaties on Civil Government” znalazł oparcie dla praw człowieka w „naturalnym prawie własności”. Efekt jest taki, że, jak zauważa Keyserling: „W Ameryce ludzie naprawdę wierzą, że bogaty jest człowiekiem wyższego rzędu. W Ameryce posiadanie pieniędzy oznacza jednocześnie posiadanie praw moralnych”. Życie polityczne jest zdominowane przez ekonomię, co oznacza, że w USA nie ma narodu, a tylko ogromna anonimowa społeczność, rządzona przez 50 największych akcjonariuszy. Prezydent obwieszcza narodowi decyzje podjęte przez tych panów.

Władza pieniądza jest wspierana przez moralność czyli zdesakralizowanego Boga. W żadnym innym kraju moralizm nie jest tak silnie zaznaczony jak w Stanach Zjednoczonych. Wojna w Zatoce pokazała, do jakiego stopnia moralne obligacje północnoamerykańskie są zbieżne z interesami politycznymi USA. Ameryka ma też oblicze „progresistowskie”. Zostało ono ukształtowane przez szesnastowieczne marzenia anabaptystów o wspólnocie dóbr i kobiet. Ujrzeliśmy je w postaci zamieszek na campusach w latach 60, a dzisiaj progresizm przybrał postać „political correctness”, doskonale opisaną przez Dinesha D’Souzę w książce „Liberał Education: The Politics of Race and Sex on Campus”. Wychowani na postępowych uniwersytetach intelektu-aliści lansują specyficzną teologię, która właściwie jest współczesnym sekularyzatorskim utopizmem. Teologowie konserwatywni też mieszczą się w tym nurcie. Jednym z bardziej znanych specjalistów od religii jest niejaki Harvey Cox, który w 1969 r. w książce „The feast of fools” (Uczta głupców) proponował traktować wiarę w kategoriach zabawy, teologii nadziei lansowanej przez Ernesta Blocha, gdzie Chrystus byłby clownem czy też arlekinem, opisanym przez Leszka Kołakowskiego w eseju „Kapłan i błazen”. Cox zalicza zarówno konserwatywny neofundamentalizm, jak i postępową teologię wyzwolenia do religijnych form postmodernistycznych. Podobnie jak religia, również wolność jest za Wielką Wodą rozumiana inaczej niż w Europie. Nie jest to możliwość uczestniczenia w życiu publicznym. W Ameryce obywatela zastępuje jednostka, a zamiast politycznej wspólnoty widzimy socjalną abstrakcję. Dla Amerykanina wolność to pewna ilość praw niezbywalnych, funkcjonujących w społeczeństwie pojmowanym jako obszar rywalizacji interesów ekonomicznych. Bernard Shaw mówił, że uważa się go za wirtuoza ironii, ale nie wpadłby na to, żeby statuę wolności ustawić w Nowym Jorku. Na straży tej wolności stoi państwo postrzegane przez Jakuba Buchanana jako Protective State (Państwo Opiekuńcze) i Productive State (Państwo Produkcyjne), a przez Roberta Nozicka w książce „Anarchy, State and Utopia” jako Minimal State (Państwo Minimalne). W tych koncepcjach ciągle daje znać o sobie wszechobecny wymiar ekonomiczny. Amerykanie zawsze myślą o polityce w kategoriach indywidualizmu, własności i przymusu moralnego. Polityka jest traktowana jako zagrożenie. Stany Zjednoczone chciałyby być społeczeństwem bez państwa. Do tego motywu odwołał się Lyndon B. Johnson, gdy w kampanii wyborczej posługiwał się sloganem Great Society.

W1983 r. sondaż wykazał, że dla większości Amerykanów państwo stanowi największe zagrożenie dla rozwoju kraju. Demoliberalizm odbiera państwu autorytet i przekazuje go opinii publicznej. Jednak tego państwa jest dostatecznie dużo do tego, aby Jan Maria Domenach mógł sformułować niewątpliwie kontrowersyjną opinię: “Stany Zjednoczone są dzisiaj największym komunistycznym krajem świata”. Dominuje tam koherentna ideologia, łącząca w jedną całość materializm, utylitaryzm i zmysł praktyczny. Jest ona wyznawana przez konglomerat wykorzenionych ludzi, którzy opuścili stare ojczyzny. Zerwanie z przeszłością ma charakter religijnej konwersji. Ojcowie Założyciele wierzyli w to, że wykorzenienie jest niezbędnym warunkiem wolności. Wątek ucieczki od przeszłości odnajdziemy w dwóch najważniejszych symbolach amerykańskiego życia, jakimi są „granica” i melting pot.

W USA spełnia się marzenie Kanta o jednostce-absolucie, będącej jedynym twórcą historii. Jednostka ta bynajmniej historią się nie interesuje i nieznajomość historii jest w Ameryce czymś nagminnym. Powszechna jest również nieznajomość zagranicy, bo poza Ameryką nie może być przecież nic ciekawego. W związku z tym amerykanizacja jest czymś naturalnym i tak właśnie myślał Teodor Roosevelt, gdy w 1918 r. ogłosił, że imigranci, którzy w ciągu 5 lat nie nauczą się angielskiego, będą deportowani. Stan Iowa zakazał używania języka innego niż angielski na zgromadzeniach powyżej trzech osób. W Kalifornii, gdzie większość ludności jest hispanojęzyczna, do 1986 r. jedynym językiem oficjalnym był angielski. Przecież angielski jest językiem państwa stanowiącego jedyny wartościowy model godny powszechnego naśladowania. Państwo to walczy o lepszą przyszłość rodzaju ludzkiego i nawet wtedy, gdy popełnia barbarzyństwa w rodzaju zamknięcia już „zamerykanizowanych” Japończyków w kalifornijskich obozach koncentracyjnych, wymordowania 200 tysięcy Filipińczyków czy użycia w Wietnamie „czynnika pomarańczowego”, to robi to dla dobra ludzkości. Warto wszakże zauważyć, że Jankesi do przemocy uciekają się w ostateczności. Preferują kuszenie za pomocą handlu i lansowanie swojego sposobu życia, co jest typowe dla handlarskich talassokracji. Stany Zjednoczone nie są Nowym Rzymem, lecz Nową Kartaginą. Była ona postrzegana przez Alfreda Rosenberga i Pawła Valery jako projekcja europejskiego ducha. Wielu liberałów, ale również paru konserwatystów, widziało w niej ostatnią fortecę antykomunistyczną, zanim nie zdali sobie sprawy z destrukcyjnego charakteru kultury masowej. Na europejskiej prawicy długo pokutował mit “dobrego i zdrowego Amerykanina”. Pozytywiści dostrzegali tam kontynuację naukowych tradycji Bacona i Kartezjusza, połączonych z proklamowaną przez Lutra autonomią religijną i moralną. Z kolei ostatni wielki filozof marksistowski Ernest Bloch zwracał uwagę na millenarystyczne nauczanie komunizujących anabaptystycznych purytanów. Stany Zjednoczone to lustro, w którym odbijały się europejskie fantazmaty. Dzisiaj nie ma się co odbijać, bo Europa jest zamerykanizowana i nie wierzy już we własne przeznaczenie.

W końcu XX wieku Europa zachodnia, jak trafnie zauważył Wilhelm Faye, nie jest niczym innym jak „amerykanosferą”. Zamerykanizowany świat pełen jest frustracji, samotności, smutku, niepewności, podejrzeń, poszukiwań iluzorycznych ucieczek duchowych i seksualnych, rozbitych rodzin i innych nieszczęść. Tak wygląda naprawdę cudowny świat Santa Barbara i Disneylandii. Amerykański raj jest smutny, monotonny i powierzchowny, ale oczywiście jest to raj. Nie może przecież być innego. Nie ma co do tego wątpliwości młoda generacja ze sparaliżowanymi i zdewastowanymi przez „Kulturkampf” mózgami. Może jednak dotrze jeszcze do kogoś głos Eliasza Kazana: “Europa musi przeciwstawić się amerykańskiej kulturze. (…) Ameryka mówi do Europy: panowie kupią nasze produkty. Kiedy już zostaną kupione, nadejdzie czas na akceptację naszych wartości”.

Przejdźmy na koniec do „Notatek na temat mondializmu” Alberta Bueli. Emanacją mondializmu jest ONZ. Jak zauważył Tomasz Molnar, nie jest ona owocem światowego consensusu, pomaga natomiast realizować interesy mocarstw, czyli narodów będących tych mocarstw budowniczymi. Ludzkość jest abstraktem, konkretem jest naród. Józef de Maistre zauważył onegdaj: „Widziałem Polaków, Rosjan i Włochów, ale nigdy nie udało mi się spotkać człowieka”. Soeren Kierkegaard powiedział, że ludzkość nie ma ani rąk ni nóg. Są to atrybuty konkretnego człowieka i właśnie nim trzeba się interesować. (Autor sugeruje, że dla duńskiego egzystencjalisty konkretny człowiek oznacza Duńczyka, Niemca itd.). Ludzie ci mieszkają w różnych miastach i wioskach. Ale planetarny szeryf z Waszyngtonu chce zgrupować ich wszystkich w jednej globalnej wiosce. Posługuje się w realizacji tego zadania dolarem, mediami i bronią. Efektem poczynań Wielkiego Brata jest homo oeconomicus dollaris. Ikonami tego człowieka są narkotyki, rockowa imbecylizacja, infantylny alkoholizm, antyerotyczna pornografia, kolekcja bzdurnych przedmiotów, język nastolatków, moda clochardów, fast food Mac Donalda, muzyczny autyzm walkmana, kultura zappingu (gorączkowe przeskakiwanie z jednego kanału telewizyjnego na drugi – red.) etc. W globalnej wiosce obowiązują dwie zasady, a mianowicie pluralizm kulturowy i prawa człowieka. Naród nie przestrzegający tych zasad jest rasistowski i totalitarny, w związku z czym zasługuje na interwencję planetarnego szeryfa.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»