«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 27 (1995)

03.25.17 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 27 (1995)

NIEMCY

CRITICÓN

W 138 numerze najlepszego konserwatywnego kwartalnika w Niemczech jego redaktor naczelny Caspar von Schrenck-Notzing szkicuje portret Williama Butlera Yeatsa (1868-1935). Przełom XIX i XX wieku przynosi tzw. „Irish Literary Revival” czyli literacki renesans, w którym manifestuje się pragnienie odrodzenia i rozwinięcia irlandzkiej tożsamości. Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli tego nurtu był właśnie Yeats. Urodził się na przedmieściach Dublina. Jego polityczne przekonania określa się jako „patrycjuszowski populizm”, „kulturalny nacjonalizm”, „stanowisko Starego Whiga w typie angloirlandzkiego Burke’a” lub jako “torysowski nacjonalizm”. W każdym razie żywił Yeats głęboką niechęć do „umiastowionej”, zajętej robieniem interesów klasy średniej, przeciw której „chłopskich wizjonerów” i lubiących pojedynki właścicieli ziemskich zjednoczyć chciał w imię „celtyckiej fantasmagorii”. Oczywiście Yeats był w pełni świadom, że w industrialnej epoce masowej demokracji dawne stany przegrały. Ale po ich zniknięciu ich funkcję powinni przejąć artyści i poeci. Jako młody chłopak spędzał Yeats wiele czasu w Silgo – okolicy, która stała się jego właściwą ojczyzną. Fascynujący krajobraz tamtych stron, żywe tam jeszcze wśród ludu legendy i mity były dlań wcieleniem tej Irlandii, w której nie ma rzeki czy góry nie związanej z jakimś wydarzeniem lub jakąś legendą. Podczas nauki w dublińskiej Metropolitan School of Art odkrył Yeats trzy dziedziny, którymi zajmował się będzie do końca życia: poezję, okultyzm i politykę. Irlandzka poetka Katharine Tynan, która poznała Yeatsa, gdy miał on 20 lat, pisała, że żyje on, oddycha, je, pije i śpi poetyckimi wersami. Wkrótce na łamach „Dublin University Review“ ukazują się jego pierwsze wiersze. W tym samym czasie zaczyna interesować się okultyzmem i teozofią. Zostaje nawet przewodniczącym „Dublin Hermetic Society”. Irlandzkim nacjonalistą staje się dzięki uczestnictwu w debatach organizowanych przez „Contemporary Club”. Jego mentorem jest wówczas John O‘Leary, który po odbyciu wyroku 15 lat banicji za działalność niepodległościową powrócił do Irlandii, gdzie stanął na czele “Young Ireland Society”. W poszukiwaniu swojej irlandzkiej tożsamości zagłębiał się Yeats w literaturę irlandzką, przede wszystkim w „The Heroic Period” i „Cuchulain and His Contemporaries” Standisha O’Grady‘ego, które zawierały sagi o Cuchulainie i Deidre zaliczane wraz z homeryckimi eposami i Pieśnią Nibelungów do heroicznej literatury Europy. Wydawał antologie literatury irlandzkiej – najpierw „Fairy and Folk Tales oft the Irish Peasantry” (1888), pisał recenzje i artykuły do angielskich, irlandzkich i amerykańskich gazet, wydał trzy tomy dzieł Williama Blake’a. W 1889 opublikował własny tom „The Wandering of Oisin”. W 1893 opublikował „The Celtic Twilight” – ten zbiór historii o magicznym świecie irlandzkich chłopów stał się swoistym manifestem na rzecz ponadzmysłowych, poetyckich i wizjonerskich sił Celtów, szczególnie Irlandczyków a przeciwko pragmatycznemu, materialistycznemu podejściu do życia Anglosasów. Yeats był po stronie prerafaelitów i symbolistów w ich walce przeciw materialistycznemu duchowi epoki. Pojawiał się wszędzie tam, gdzie budził się opór wobec materialistycznej epoki wiktoriańskiej. Poznaje Maud Gonne, córkę brytyjskiego oficera kawalerii nawróconą przez O‘Leary‘ego na irlandzki nacjonalizm, w którym mało kto był bardziej radykalny niż ona. Maud Gonne była aktorką i poprosiła Yeatsa, aby napisał dla niej sztukę teatralną, w której mogłaby zagrać. I tak powstał dramat „Countess Kathleen”. Yeats zakochany w Maud kilkakrotnie prosił ją o rękę. Nie wiedział, że łączył ją romans z paryskim dziennikarzem Milleroyem. W1903 roku Maud wyszła za mąż za Johna McBride‘a, który w czasie wojny burskiej stworzył oddział walczący przeciw Anglikom (po Powstaniu Wielkanocnym został stracony przez Anglików).

Maud Gonne obok losu Ojczyzny i poczucia nieuchronności śmierci to jeden ze stałych motywów poezji Yeatsa. Choć poświęcił się głównie pisaniu (w 1908 roku ukazało się 8 tomów jego dzieł zebranych) to nie zaniedbywał pracy organizacyjnej. W 1893 założył „Irish Literary Society” w Londynie i „National Literary Society” w Dublinie, których zadaniem było organizowanie prelekcji, wspieranie inicjatyw wydawniczych, zakładanie czytelni i bibliotek. Poznaje Ezrę Pounda, a dzięki niemu spuściznę uczonego Ernsta Fenellosy. Z tej spuścizny Yeats i Pound wydali tom o japońskim teatrze No. Pochodzący z XV wieku, operujący skromnymi środkami, surowy i rytualistyczny, będący syntezą tańca, dramatu, chóru, muzyki bębnów, gongów i cytry, używający masek teatr No wywarł duży wpływ na dramatyczną twórczość Yeatsa. Pod wpływem Pounda oczyszcza on swoją poezję z nastrojów fin-de sieclu czyniąc ją bardziej „twardą”, ascetyczną, bezpośrednią, oszczędną w środkach wyrazu. Wraz z Poundem i Eliotem stał się jednym z trzech wielkich anglosaskich poetów modernistycznych. Zasadniczą część jego poetyckiego dorobku zawierają tomy wierszy „The Tower” (1928), “The Winding Stair” (1933), „A Full Moon in March” (1935) oraz wydane po śmierci „The Last Poems”. W 1916 roku wybucha w Dublinie Powstanie Wielkanocne, które staje się momentem zwrotnym w historii Irlandii. Oddzielenie się od Anglii jest już nieuchronne. Ponad pięćdziesięcioletni Yeats żeni się z młodszą od siebie o dwanaście lat Angielką Georgie Hyde Lees, z którą ma dwójkę dzieci. Kupuje zrujnowaną wieżę normańską i zamienia ją na swoją letnią siedzibę. Tygodniami izolowany od świata, w swojej wieży przeżywa wojnę domową, której konsekwencją jest podział Irlandii. W 1923 roku otrzymuje literacką Nagrodę Nobla. Jego ostatnią sztuką jest „The Death of Cuchulain”, w której raz jeszcze powróci do celtyckiej przeszłości. 28 stycznia 1939 roku umiera na południu Francji. W 1949 roku jego szczątki pochowane zostały na cmentarzu w Drumcliff koło Sligo.

W tym samym numerze, znany czytelnikom „Stańczyka”, filozof polityczny i amerykanolog Tomasz Molnar pisze o problemach Stanów Zjednoczonych w erze postzimnowojennej. Molnar konstatuje na wstępie, że utopią okazała się koncepcja amerykańskiego tygla, w którym różne rasy, narodowości i wyznania stapiają się w jedną całość, w jedno społeczeństwo, gdzie wszyscy akceptują „American way of life”, wierzą w popularną mitologię amerykańską z jej bohaterami i łajdakami, kultami i symbolami i schylają głowę przed Statuą Wolności. Dziś napływające z całego świata do USA masy imigrantów zamieniają Stany Zjednoczone w „kraj Trzeciego Świata”. Również rasy zamieszkujące już wcześniej terytorium USA nie tylko, że nie stapiają się ze sobą, lecz na odwrót zaczynają się od siebie separować. W XIX i XX wieku Ameryka uniknęła walki klas, czy jednak w XXI wieku uniknie walki ras, pyta dramatycznie Molnar. Problem polega także na tym, iż dla współczesnych Amerykanów coraz mniejsze znaczenie mają „founding papers”: konstytucja, pisma Ojców Założycieli itd. Klasa polityczna Ameryki coraz wyraźniej odczuwa, że „amerykański eksperyment” zakończył się klęską i dlatego pragnie na nowo zdefiniować, co to znaczy być Amerykaninem, co to znaczy należeć do narodu amerykańskiego itd. Wypowiedzi różnych przedstawicieli obecnej elity amerykańskiej świadczą o tym, że jest ona bezsilna w obliczu nowej sytuacji. Ta bezsilność, to rozpaczliwe poszukiwanie nowego sensu, nowej definicji amerykańskiej tożsamości ma swe korzenie w samej historii USA. Albowiem Ameryka zbudowana została na pewnej ilości “prawd” postulowanych przez Ojców Założycieli i będących inspiracją dla “founding documents”. Innymi słowy USA nie powstały w wyniku historycznego łańcucha wydarzeń, częściowo faktycznej a częściowo legendarnej natury, nie były rezultatem wzajemnego oddziaływania rozumu, uczuć, interesów, wiary w Boską opatrzność i wielkie czyny narodowych bohaterów. Owe “prawdy” wyrażały raczej ducha epoki, ducha XVIII wieku, były racjonalne i tylko racjonalne. Ale takie “prawdy” łatwo kruszeją w zawirowaniach biegu historii. Są tylko umową zawartą na pewien czas. Gdy nowa generacja znajdzie nowe „prawdy”, będzie to oznaczać nową umowę, nowy eksperyment, czyli po prostu nowe państwo. I to właśnie się już dzieje: dawne “prawdy” zostają zapomniane, otwiera się pustka duchowa i polityczna, ludzie poszukują nowego sensu, nowej definicji dla swej tożsamości w postnowoczesnej epoce. Nie ma żadnych zabezpieczeń przed tym, aby umowa nie wygasła lub nie została złamana. Ameryka przeżywa dziś kryzys związany z tym, że dawne “prawdy” przestają obowiązywać i nikt nie wie, czym je zastąpić. Jest to kryzys wspólnoty nie opartej na czymś więcej niż tylko umowa. Tragedia polega na tym, że Amerykanie nie mogą powrócić do korzeni, bo ich nie posiadają. Dawne “prawdy” znajdujące się dziś w agonii mogą przez jakiś czas posłużyć do utrzymania status quo. Ale co potem? Na to pytanie nikt nie zna odpowiedzi.

Walter Hoeres dokonuje diagnozy “prawdziwej i fałszywej katastrofy oświatowej w Niemczech”. Obserwować dziś można, pisze Hoeres, skutki szaleńczego uszczęśliwiania narodu w imię ideałów równości: niemieckie gimnazjum i niemiecki uniwersytet spadły do poziomu masowego towaru dla wszystkich. Egalitaryzację wykształcenia należy widzieć jako ostatni i kulminacyjny akt lewicowej strategii mającej na celu wymuszenie równości, ba, jednolitości ludzi i społeczeństwa, nawet wbrew naturze ludzkiej. Pierwszym krokiem na tej drodze była redystrybucja dochodów, drugim rozbicie organicznych struktur takich jak rodzina czy państwo poprzez coraz silniejsze oplecenie ich siecią ustaw, zarządzeń i przepisów z jednej strony oraz poprzez pozbawienie ich autorytetu. I wreszcie trzecim krokiem, wynikającym z zasady “strzyżenia trawnika” była egalitaryzacja wykształcenia, tak aby nie mogły powstawać żadne prawdziwe elity. To, co dokonało się w ostatnich dziesięcioleciach w niemieckich gimnazjach i na niemieckich uniwersytetach to stopniowa likwidacja historycznej tradycji Zachodu. Mamy tu do czynienia, twierdzi Hoeres, z rewolucją kulturalną o gigantycznych rozmiarach, wobec której opór konserwatystów był z pewnością zbyt słaby. Bilans tej rewolucji jest tak jednoznaczny jak przerażający. Wiedza wielu obecnych abiturientów na temat historii zbliża się do zera. Jest już dzisiaj czymś możliwym, że studenci (nie studiujący historii) mylą Hohenstaufów z Hohenzollernami! Spośród ok. 50 uczestników seminarium na tematy filozoficzno-pedagogiczne, które prowadził autor artykułu, nie znalazł się nikt, kto by odgadł, że głównym ideologiem Rewolucji Francuskiej i wpływowym jakobinem był Robespierre!

Trójka dzieci autora uczęszczająca do gimnazjum we Frankfurcie – mieście Goethego nie dowiadywała się na lekcjach prawie nic o Goethem, za to karmiona była elaboratami na temat Brechta, Bölla i Grassa. Katastrofa nie polega tylko na tym, że uczniowie prawie nic nie wiedzą na temat Goethego, Schillera, Eichendorffa, Fontanego, o Hölderlinie nie wspominając, ale i na tym, że lekcje języka niemieckiego nie stanowią już żadnej przeciwwagi dla ogólnego zepsienia języka idącego w parze z amerykanizacją. Język młodych ludzi jest maksymalnie uproszczony, oparty na krótkich, jakby odrąbanych zdaniach a równocześnie jest niejasny, “rozmazany” i pełen stereotypów. Bardzo często bywa jednym wielkim protestem przeciw regułom gramatycznym (coś takiego jak styl od dawna już nie istnieje). Greka całkowicie zniknęła z gimnazjów, łacina pozostała tu i ówdzie na najbardziej rudymentarnym poziomie. Pierwszą i najbardziej elementarną katastrofą oświatową jest to, że młodzież odcinana jest dziś od własnej historii i kultury, co ma zapewne ułatwić stworzenie „wielokulturowego społeczeństwa”, które nie ma żadnych korzeni i żadnych tradycji. Hoeres zwraca uwagę na spustoszenia intelektualne, jakie spowodowane zostały wyparciem filozofii, historii, historii sztuki, germanistyki, filologii klasycznej przez socjologię, psychologię, politologię, pedagogikę. O ile te pierwsze zbliżają do człowieka, jego czynów i wielkich osiągnięć ducha dając uczniom i studentom możliwość zrozumienia, współodczuwania i współprzeżywania o tyle np. socjologia czy psychologia mają skłonność do czynienia z ludzi obiektów pociąganych za sznurki jak marionetki.

Socjologiczne i psychologiczne widzenie rzeczywistości nie polega na pojmowaniu człowieka jako istoty kierowanej ideami i wartościami i przez nie formowanej, ale przeciwnie na pojmowaniu człowieka jako wytworu społeczeństwa lub wytworu historii jego przeżyć. Jeśli do tego dodać lekcje religii, na których nie uczy się już centralnych pojęć chrześcijaństwa, całkowicie ignoruje historię Kościoła, prowadzi się natomiast luźne dyskusje na temat służby wojskowej, aborcji czy celibatu; jeśli przypomnieć ciągłe „reformowanie” metod nauczania, pakowanie uczniom do głowy coraz większej ilości informacji, których sensu ani ważności nie rozumieją; jeśli wreszcie zdać sobie sprawę z tego, że nie pozostało śladu po dawnym gimnazjum humanistycznym, które nie tylko kształciło dobrze uczniów, ale i wyrabiało u nich umiejętność jasnego myślenia i wypowiadania się oraz zdolność do solidnej i wytrwałej pracy umysłowej – to będziemy mieli obraz prawdziwej katastrofy oświatowej, a nie tej fałszywej wieszczonej przez lewicowych pedagogów, którzy bezustannie narzekają na brak szkół, brak nauczycieli, brak pieniędzy na oświatę itd. Hoeres przypomina to, co przed wielu już laty w swej książce „Duchowa sytuacja epoki” (1931) napisał Karl Jaspers: „Ten, kto w młodości uczył się łaciny i greki, czytał starożytnych autorów, przyswajał matematykę, poznał Biblię i kilku wielkich pisarzy swojego narodu napełniony jest światem, który w swej ruchliwości i otwartości daje mu niemożliwą do utracenia podporę i umożliwia mu dostęp do wszystkiego innego. Ale urzeczywistnienie takiego wychowania jest równocześnie selekcją”.

Walter Post raz jeszcze powraca do Operacji „Barbarossa” nawiązując do artykułu, jaki w renomowanym „Austriackim Czasopiśmie Wojskowym” opublikował rosyjski pułkownik Walerij Daniłow. W artykule tym zatytułowanym „Czy Sztab Generalny Armii Czerwonej przygotowywał prewencyjny atak na Niemcy?” przedrukowany został po raz pierwszy plan wojenny sowieckiego Sztabu Generalnego z 1941 roku. Fragmenty tego planu znane jako “plan Żukowa” opublikowane zostały po raz pierwszy w 1990 roku. Dokument datowany na maj 1941 roku zawiera szczegółowy plan ofensywy przeciw Niemcom i jest jakby odwrotnością hitlerowskiej Operacji “Barbarossa”. Post pisze, że plan Operacji „Barbarossa” znany był sowieckiemu Sztabowi Generalnemu już w grudniu 1940 roku. W tym samym czasie odbyła się w Moskwie narada wyższych dowódców Armii Czerwonej pod przewodnictwem marszałka Timoszenki. Na naradzie tej dyskutowano o przyszłej wojnie i postanowiono, że Armia Czerwona prowadzić będzie wojnę ofensywną. Szefostwo propagandy politycznej w armii otrzymało zadanie przygotowania żołnierzy do takiej wojny. W dyrektywie „O edukacji politycznej czerwonoarmistów i podoficerów Armii Czerwonej” z 15 maja 1941 roku można przeczytać m.in.: „Wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe są często interpretowane w następujący sposób: jeśli jakieś państwo jako pierwsze napadnie na inne państwo i prowadzi wojnę ofensywną, to jest to wojna niesprawiedliwa, i na odwrót, jeśli jakieś państwo zostanie napadnięte i tylko się broni, to taka wojna uważana jest za wojnę sprawiedliwą. Z tego można by wyciągnąć wniosek, że Armia Czerwona będzie prowadzić wyłącznie wojnę obronną. Zapomina się przy tym o tej prawdzie, że każda wojna toczona przez Związek Sowiecki jest wojną sprawiedliwą”.

W ciągu tygodni przed 22 czerwca 1941 roku Stalin udawał, że nie zauważa niemieckich przygotowań do ataku, unikał wszystkiego, co Berlin mógłby potraktować jako prowokację. To zachowanie Stalina było zawsze zagadką dla historyków. Teraz wiemy już dlaczego tak było: armia podlegająca koncentracji przed atakiem popada w bardzo trudną sytuację, jeśli sama zostanie zaatakowana. W maju i czerwcu 1941 roku niemiecki Wehrmacht i Armia Czerwona ścigają się, kto wcześniej zakończy przygotowania do ataku i uderzy jako pierwszy. Związek Sowiecki przegrał ten wyścig. Zachowanie kierownictwa sowieckiego można sensownie zinterpretować, jeśli przyjmie się, że za wszelką cenę starało się zyskać na czasie, aby zakończyć koncentrację swoich wojsk. Ponieważ to się nie udało i atak Wehrmachtu nastąpił wcześniej niż się spodziewano, nastąpiła militarna katastrofa. Ustawienie oddziałów Armii Czerwonej w żadnym stopniu nie odpowiadało koniecznościom prowadzenia wojny obronnej. Zamiast pod bramami Berlina Armia Czerwona znalazła się znowu pod bramami Moskwy. W konkluzji swojego artykułu Post pisze, że patrząc na całą sprawę obiektywnie, można definitywnie stwierdzić, że niemiecki Wehrmacht wbił się w nieukończoną koncentrację wojsk sowieckich. Tym samym lansowana po dziś dzień teza o „niespodziewanym, niesprowokowanym napadzie na pokój miłujący Związek Sowiecki” odesłana zostaje w dziedzinę propagandowych bajek.

Tematykę II wojny światowej porusza również Otto Wenzel, analizując niemiecką politykę wschodnią lat 1941-45 w świetle dzienników dra Józefa Goebbelsa – tego bez wątpienia najinteligentniejszego, ale i najbardziej pozbawionego charakteru spośród najbliższych współpracowników Adolfa Hitlera. Wenzel przypomina, że w styczniu 1943 roku Sztab Generalny opracował memorandum dotyczące problematyki wschodniej, które przedstawione zostało Hitlerowi. Sztab Generalny krytykował politykę prowadzącą do pogorszenia się nastrojów wśród ludności a w konsekwencji do aktywizacji grup partyzanckich: zamknięcie szkół, zaniedbania w dziedzinie opieki zdrowotnej, stosowanie kar cielesnych, zwracanie się do wszystkich przez „ty”, bezwzględne polowania na ludzi do pracy w Niemczech, złe traktowanie ochotników do pracy w Rzeszy, nieprzeprowadzenie reprywatyzacji. W memorandum proponowano: zwolnienie jeńców ukraińskich, estońskich i łotewskich, lepsze traktowanie jeńców, uprzywilejowane traktowanie dezerterów z Armii Czerwonej, oszczędzanie komisarzy, zaprzestanie bezsensownych kar zbiorowych, propagowanie i realizowanie reformy rolnej, zapobieganie gwałtom, brutalności itd. Sztab Generalny uważał również, że Hitler powinien wydać oświadczenie uznające wszystkich Rosjan walczących z bolszewizmem za pełnoprawnych Europejczyków. Rosjanie powinni mieć swój samorząd a własność prywatna upaństwowiona przez bolszewików powinna być zwrócona.

Już w 1940 roku szef sztabu generalnego 18 armii generał-major Marcks w swoim opracowaniu na temat polityki wschodniej Rzeszy proponował, aby administrację w krajach nadbałtyckich i na Białorusi przekazać rodzimym, niebolszewickim rządom. 3 marca 1941 roku Hitler uznał, że obszar ZSRR powinien zostać podzielony na państwa z własnymi rządami, których polityczną podstawą powinna być idea socjalistyczna. Dosłownie dyrektywa Hitlera brzmiała: „Naszym zadaniem jest najszybsze jak to jest możliwe, przy użyciu minimum sił wojskowych utworzenie uzależnionych od nas socjalistycznych organizmów państwowych”. Później jednak euforia początkowych zwycięstw w Rosji sprawiła, że Hitler zaczął mówić o kolonii, która miała być zarządzana i eksploatowana przez czterech „wicekrólów” – komisarzy Rzeszy. Obszary na Wschodzie uznał za „niemieckie Indie”. W kwietniu 1942 roku Hitler stwierdził, że podbite na Wschodzie narody powinny być utrzymywane na możliwie najniższym poziomie kulturalnym a własną administrację można im przyznać jedynie na szczeblu gminnym. Jednak od sierpnia 1941 roku w siłach zbrojnych rosło przekonanie, że opór sowiecki będzie można przezwyciężyć tylko wówczas, gdy „narodowi rosyjskiemu pokaże się lepszą przyszłość” i odwoła się rozkazy dotyczące likwidacji komisarzy i politruków. Kapitan Strikfeldt z Grupy Armii „Środek” sporządził memorandum, w którym proponował utworzenie „rosyjskiej armii wyzwoleńczej” i tymczasowego rządu emigracyjnego. Na tym dokumencie zwolniony w miesiąc później głównodowodzący armii marszałek polny von Brauchitsch napisał: „Uważam za decydujące dla wyniku wojny”. W marcu 1942 roku w memorandum, które wręczone zostało m.in. szefowi sztabu Halderowi, generał von Schenckendorff napisał, że narodowi rosyjskiemu należy obiecać stworzenie uwolnionego od bolszewizmu państwa rosyjskiego z własnym narodowym rządem oraz reformę rolną (rozwiązanie kołchozów) i wolność wyznania.

Goebbels podzielał „kolonialne ambicje” Hitlera. Ale i on zrozumiał, że potrzebna jest inna polityka na Wschodzie. W1944 roku, w obliczu pogarszającej się sytuacji na froncie, uznał za konieczne ogłoszenie „Proklamacji Wschodniej”. Opracował nawet jej projekt. Jeden z fragmentów brzmiał: ‘Walczcie dalej wraz z nami przeciw znienawidzonemu bolszewizmowi, krwawemu Stalinowi i jego żydowskiej klice, walczcie o wolność osoby, wolność religii i wolność sumienia, o zniesienie pracy niewolniczej, o własność, o wolne chłopstwo na własnej ziemi, o własną rolę i wolność pracy, o sprawiedliwość społeczną, o prawo wszystkich ludzi pracy do sprawiedliwej płacy, o szczęśliwą przyszłość waszych dzieci, o ich prawo do awansu społecznego i dalszego kształcenia bez względu na pochodzenie, o opiekę państwa nad chorymi i inwalidami, o wszystko, co zabrał wam bolszewizm”. Niestety Hitler nie chciał nic słyszeć o „Proklamacji Wschodniej”, gdyż uważał, że zostałoby to odczytane jako oznaka słabości. Część oficerów Wehrmachtu widziała generała Własowa w roli rosyjskiego de Gaulle‘a, chcąc go wykorzystać przeciw Stalinowi tak jak Churchill wykorzystywał de Gaulle‘a przeciw Petainowi. Ale to także nie przypadło do gustu Hitlerowi. Zmienił zdanie dopiero wówczas, gdy wojna miała się ku końcowi.

Z dzienników Goebbelsa wynika jasno, że w trakcie rozmów z Hitlerem wcale nie próbował on skłonić go do zmiany polityki na Wschodzie. Goebbelsowi szło przede wszystkim o otrzymanie od dyktatora stosownej porcji pochwał za swoje propagandowe sukcesy, o zaszkodzenie rywalom w partii i aparacie państwowym i o to, aby tłumić rosnące wątpliwości odnośnie niemieckiego zwycięstwa poprzez ciągłe przypominanie szczęśliwego zakończenia Wojny Siedmioletniej. Autor przytacza również niektóre opinie Goebbelsa i Hitlera na temat Stalina i systemu sowieckiego. Goebbels podziwiał brutalność Stalina i przyznawał, że z wielką chytrością prowadzi on polityczne i wojskowe sprawy Rosji Sowieckiej. Sukcesy kierownictwa sowieckiego przypisywał temu, że są to ludzie w dużej części „pochodzący z ludu rosyjskiego”, co odróżnia ich korzystnie od „zwapniałych arystokratów angielskich”. Także Hitler podziwiał Stalina. Z irytacją reagował, gdy ktoś nazywał Stalina “bankowym rabusiem”. Bronił go argumentując, że Stalin rabował banki nie dla siebie, ale w celu finansowania ruchu komunistycznego. W lipcu 1942 roku nazwał Stalina „genialnym facetem”. Uważał, że sowieckie planowanie gospodarcze ustępuje tylko niemieckim planom czteroletnim. Za osiągnięcie systemu sowieckiego uważał likwidację bezrobocia. Głupcami nazywał tych, którzy wyśmiewali się z systemu stachanowskiego.

Z dzienników Goebbelsa wynika również, że Hitler wolałby negocjować zawarcie pokoju ze Stalinem niż z Churchillem. Jeszcze 11 marca 1945 roku mówił Hitler o możliwości podjęcia rozmów ze Stalinem. Na dacie 10 kwietnia kończą się zapisy w dziennikach Goebbelsa. Z innych źródeł wiemy, że minister propagandy, podobnie jak jego szef, łudził się możliwością zawarcia pokoju ze Stalinem. Mianowany w testamencie Hitlera kanclerzem Rzeszy, kazał 30 kwietnia drogą radiową poinformować Stalina o samobójstwie Hitlera a ostatniemu szefowi sztabu generalnego generałowi Krebsowi rozkazał, aby przekazał sowieckiemu dowództwu, że chciałby podjąć negocjacje na temat kapitulacji Rzeszy Niemieckiej. Odrzucił jednak żądanie natychmiastowej kapitulacji wysunięte przez Moskwę. 1 maja odebrał sobie życie.

Poza tym w numerze Gunnar Sohn pisze o lewicowych ekologach, dla których „natura” pełni tę samą rolę, co “proletariat” u marksistów, Ulrich Motte w artykule o amerykańskich konserwatystach przypomina, że kolektywna mentalność Ameryki, jej podstawowe struktury religijne i polityczne są wytworem przede wszystkim lewicowo-protestanckich sekt, Armin Mohler analizuje tzw. związanie Niemiec z Zachodem a Anatolij Frenkin prezentuje wyniki najnowszych badań rosyjskich nad życiem i poglądami Lenina.

SLEIPNIR

Berliński dwumiesięcznik  powstał rok temu. Jego redaktorami i wydawcami są Andreas Röhler i Peter Töpfer wywodzący się z dawnej enerdowskiej prawicy. Pismo publikuje autorów reprezentujących różne nurty prawicy i nie tylko: jest nacjonalistyczna ekstrema, są rewizjoniści, konserwatywni rewolucjoniści, nowoprawicowcy, narodowi rewolucjoniści. Na łamach pisma znajdziemy również wiersze, opowiadania, wywiady. W numerze 1(1995) Heiko Luge pisze o postawie niemieckich konserwatywnych rewolucjonistów. Nie podążają oni za współczesną epoką, ale są wewnątrz niej jak pośród obcego świata – po części kuszącego i fascynującego – ale jednak nie ich świata. Konserwatywni rewolucjoniści nie wiedzą, czy ich idee i formy urzeczywistniły się kiedykolwiek w przeszłości, ale z przeszłości czerpią obrazy, archetypy, idoli, lęki i mity, które kondensują się w niemiecki mit. Żyją nie w przeszłości, lecz z tego, co dla nich jako dla Niemców obowiązuje zawsze. Nacjonaliści zarzucają konserwatywnym rewolucjonistom, że brakuje im pełnej więzi z narodem (Volk). Jest to o tyle słuszne, że konserwatywni rewolucjoniści jako „intelektualna” prawica są ludźmi operującymi zastrzeżeniami, mającymi na uwadze rozróżnienia, oddzielenia, specyfikacje. Należąc do narodu, pod pewnymi względami do niego nie przynależą. Tej słabości są świadomi. Wynika ona z niechęci do przeciętności i banalności. Słabość ta jest jednak równocześnie ich siłą. Wiedzą i czują codziennie jak szybko „naród” zamienia się w masę, jak łatwo nabiera cech motłochu, jak często tryumfuje w nim podłość. Dlatego „naród” jest dla nich „martwym materiałem polityki, który dopiero poprzez élan vital mitu wzbudzony bywa do życia”. Dopiero w drugiej kolejności jest etniczno-biologiczną wspólnotą, do której należą. Mitem dla konserwatywnych rewolucjonistów jest naród (Nation) w jego najwyższej formie politycznej – Rzeszy. Ludzka egzystencja widziana chłodnym okiem jest dość żałosną instytucją. Naród (Nation) i Rzesza są kuszącą i wyzywającą iluzją, szansą, aby przezwyciężyć ograniczoną jednostkową egzystencję poprzez wyższą, estetyczną formę; są symbolem tego, do czego dąży człowiek „posiadający rasę”. Walka o naród i Rzeszę jest walką przeciw przemijalności, przeciw czasowi. Gdyż czas jest na lewicy, na prawicy jest wieczność. To jest credo konserwatywnych rewolucjonistów, którego nie wyprą się, póki oddychają. Konserwatywni rewolucjoniści chcą być w centrum narodu a równocześnie dążyć w głąb – i wzwyż. Konserwatywni rewolucjoniści, pisze Heiko Luge w zakończeniu swojego artykułu, nie uchylą się przed wyzwaniami i próbami, jakie przyniosą nadchodzące lata, nawet jeśli przyszłość Niemiec jest dla nich czymś niepewnym. Ich zadaniem jest z jednej strony stworzenie mocnego systemu duchowego a z drugiej rozpalenie „awanturniczych serc” młodych Niemców do nowego, niezwykłego życia.

Poza tym w numerze Petra Morawe wyznaje „Jestem Niemką”, francuski anarchista i rewizjonista Serge Thion zamieszcza cztery listy: do grafomanów z „Le Monde‘a”, do syjonisty, do antysemity i do faszysty, Ralph Giordano pisze list do Andreasa Röhlera, Ahmed Rami list do prof. Roberta Faurissona, Germar Rudolf zajmuje się wolnością nauki, Rainer Baber informuje o łamaniu praw człowieka w Luksemburgu, Mohammed Hussein Fadl Allah wyjaśnia cele ruchu islamskiego, Reinhold Oberlercher zajmuje się stosunkiem Nowej Prawicy do narodu a Anatolij Michajłowicz Iwanow historią Rosji i stalinizmem. Ponadto przeczytać można wywiady: z Fredem Leuchterem i Domenico Fischellą, wiersze Jacquesa Werupa, Andreasa Röhlera i Hansa Friedricha Bluncka.

W numerze 2(1995) prawicowy heglista i dawny działacz radykalnej lewicy Reinhold Oberlercher pisze o Teodorze Adorno. Według Oberlerchera filozofowanie Teodora Adorno jest próbą zemsty na niemieckiej filozofii za Oświęcim. Jest to filozofowanie czysto destruktywne, jest w sensie heglowskim abstrakcyjną a nie konkretną negacją: to, co negatywne jest tylko negatywne, nie zawiera w sobie nigdy czegoś pozytywnego. Niemczyzna Adorna jest okrutna. Posługuje się on językiem niemieckim, ale mu nie służy. Jego filozoficzny atak kieruje się przeciw myśleniu w kategoriach tożsamości i systematyczności a więc przeciw duchowi języka niemieckiego. Adorno poddaje język niemiecki torturom. Język cierpi, ale niczego nie można w nim stworzyć. W porównaniu z „Logiką” Hegla czy „Kapitałem” Marksa najsłynniejsze dzieło Adorna „Dialektyka negatywna” jest „teoretyczną zerowością”, która, aby to ukryć, zmuszona jest powoływać się na Oświęcim. Adorno nie jest w stanie rozwiązać nawet najmniej istotnego problemu. Nie potrafi teoretycznie uzasadnić żadnego ze swych wielkich pojęć takich jak „świadomość”, “ideologia”, „panowanie”. W konkluzji swojego artykułu Oberlercher twierdzi, że starotestamentalny odwet Adorna, jego zemsta na niemieckiej filozofii za Oświęcim jest symboliczną prefiguracją rzeczywistej zemsty za Oświęcim, która grozi Niemcom ze strony Żydów.

W tym samym numerze francuski anarchista, rewizjonista, wydawca Faurissona i wróg syjonizmu Serge Thion rozważa skutki układu pokojowego podpisanego przez Jassira Arafata i premiera Rabina. Wielu ludzi na całym świecie, być może połowa Izraelczyków i jedna czwarta Palestyńczyków przyjęła układ z radością widząc w nim początek procesu pokojowego. Bez wątpienia pokój jest rzeczą pożądaną. Tym bardziej więc zdumiewa fakt, że nie wszyscy cieszą się z jego nadejścia. Kiedy po długotrwałej wojnie przychodzi pokój, to musi być zwycięzca i zwyciężony. W tym przypadku nietrudno wskazać pokonanego: Organizacja Wyzwolenia Palestyny od kilkunastu lat nie prowadziła żadnych akcji przeciw Izraelowi. Jej siły wojskowe stacjonujące w Libanie zniszczone zostały w 1982 roku przez armię Sharona. Od czasu, gdy Stany Zjednoczone utworzyły arabską koalicję przeciw Bagdadowi, palestyńskie kierownictwo znalazło się, jeśli chodzi o pieniądze, w duszącym uścisku właśnie tej koalicji, której rządy służą Waszyngtonowi. OWP już od lat traciła także poparcie wśród Palestyńczyków. Na terytoriach okupowanych, szczególnie w strefie Gazy umacniała się islamska opozycja. Arafat okazał się kiepskim dowódcą wojskowym. Ale okazał się wielkim dyplomatą. Pokonany na wszystkich frontach, przyparty do muru akceptuje to, co wydawało się nieakceptowalne. Taka jest logika klęski. Jednak to, co udało mu się w tej sytuacji wyrwać Izraelczykom stanowi wielkie, dyplomatyczne osiągnięcie. Nie należy jednak zapominać o drugiej stronie problemu. Jeśli Arafatowi udało się coś osiągnąć, to tylko dlatego, że Palestyńczycy na swojej ziemi walczyli z okupantem. To intifada i jej kamienie złamały pewność siebie syjonistycznych władców. Jeśli Izraelczycy ustępują, to dlatego, że Gaza utkwiła im kością w gardle. Jest to jedyny obszar, wobec którego nie mogą zastosować szantażu nuklearnego. Strefa Gazy jest ropiejącym wrzodem nadżerającym Izrael, na który nie ma lekarstwa. Od dawna już wiedzą w Jerozolimie, że jedynym wyjściem jest amputacja. Ale nikt nie chce wziąć strefy Gazy, zaś zostawienie jej w rękach jej mieszkańców to dla Izraela rzecz nie do przyjęcia. Stąd idea, aby zdać się na Arafata od lat gotowego wykorzystać każdą nadarzającą się sposobność, która pozwoliłaby mu przeżyć politycznie. Po armii izraelskiej i jej zamaskowanych zabójcach przyjdzie do strefy Gazy policja OWP. Przyszłość pokaże, ile zyskają na tym żyjący tam ludzie. Thion rozważa następnie możliwe skutki układu waszyngtońskiego dla Izraela. Izraelczycy dokonali chirurgicznego cięcia zamierzając użyć OWP jako nowej gwardii najemników w strefie Gazy. Rabin i Peres, którzy od 40 lat preferowali twarde metody nie zmienili swojej polityki z dnia na dzień. Cały czas prowadzą taką samą politykę tyle tylko, że przy pomocy środków dostosowanych do aktualnej sytuacji politycznej. A sytuacja zmieniła się, gdyż wraz z końcem Zimnej Wojny ważność Izraela w polityce światowej zmalała. Czy jednak, pyta Thion, wraz z zamianą OWP z reprezentanta interesów narodu palestyńskiego w oddział dozorców opłacany przez Amerykanów nie rozpocznie się początek końca państwa Izrael?

Thion przypomina, że to “ideologiczno-prawne monstrum” zrodziło sie w 1948 roku na mocy decyzji ONZ, która nie miała żadnego prawa do podejmowania takiej decyzji, czyli do oddania grupie obcych, pochodzących z różnych stron świata imigrantów części pewnego terytorium. Ale kwestia praw to kwestia uboczna. Ważne jest to, że po dziś dzień Izrael utrzymuje się przy życiu dzięki przemocy i terrorowi lub dzięki groźbie ich użycia. Dla zachodniej opinii publicznej wystarcza wielki krzyk o  prawdziwych cierpieniach, jakich Żydzi doznawali w Europie, aby przysłonić brutalne metody policji, dzięki którym państwo żydowskie wymusza swoją obecność, której prawowitości nie jest w stanie stworzyć żadna potęga światowa. Izrael zamieniając się w przyczółek amerykańskiego imperium zbudował arsenał aparatu ucisku. Ale pod tym względem jego przydatność raczej maleje. Broń nuklearna chroni Izrael przed sąsiadami, ale nie przed palestyńskimi tubylcami. Gdy jednak terror przestaje być skuteczny, nie można już panować dzięki przemocy. Ale w Izraelu wszystko nastawione jest na stosowanie przemocy. Wszystko inne jest bez znaczenia, jest programem dla turystów i syjonistycznym marketingiem mającym skłaniać diasporę do płacenia. Armia i służby specjalne są kręgosłupem systemu politycznego opanowanego przez byłych szpiegów i wojskowych, którzy poprzez wielki sektor zbrojeniowy kontrolują także pozostałe działy gospodarki. Oświata, prasa, całe życie społeczne determinowane są przez rygorystyczne koncepcje narodowego bezpieczeństwa bazujące w znacznej mierze na rasistowskim rozumieniu tożsamości, która odczuwana jest jako zagrożona przez obce i wrogie siły. Układ waszyngtoński może być uznany za pierwszą oznakę tego, że instrumentarium terroru przestało być skuteczne dla państwa żydowskiego i że zmuszone jest ono do zawierania kompromisów. Kompromisy te podważają jednak jego jedyną funkcję, jaką jest stosowanie terroru. To z kolei osłabi wewnętrzną mobilizację społeczną. Państwo żydowskie przystąpi do rokowań z Arabami, co musi w konsekwencji przynieść stworzenie nowej struktury państwa opartej o parytetowe przedstawicielstwo miejscowej ludności. Te same przyczyny, które spowodowały upadek opartego na apartheidzie państwa Białych w RPA, doprowadzą do schyłku i w końcu do upadku syjonistycznego tworu znanego jako państwo Izrael. Ta ideologiczna konstrukcja „państwa żydowskiego” wyląduje tam, gdzie znajdują się takie dziwaczne koncepcje jak „Tysiącletnia Rzesza”, „Nowy Człowiek” stalinowskiej teologii czy „Nieomylne myśli” przewodniczącego Mao. Poza tym w numerze Wolfgang Strauss pisze o przeszłości i teraźniejszości Czeczenii, Tomislav Sunić o Mojżeszu, Marksie i poganach, Hainz Tobi o narodowym komunizmie, Heinrich Rombach o Pascalu, Allama Tabatabai o roli religii we wspólnocie, Christian Böttger o etnosie, państwie i narodzie. Znajdziemy również wiersze Uwe Gressmanna i opowiadanie, którego autorem jest Peter Wawerzinek.

W numerze 3(1995) m.in. Heinrich Claussen analizuje wpływ „Szkoły Frankfurckiej” na życie społeczne i polityczne powojennych Niemiec. To „Szkole Frankfurckiej” i jej filozofii będącej mieszaniną neomarksizmu i psychoanalizy zawdzięczają Niemcy, zdaniem Claussena, tzw. reformę oświaty, zastąpienie lekcji historii „nauką o społeczeństwie”, pornografię i “uświadamianie seksualne” w szkołach, tzw. reformę prawa karnego i penitencjarnego. „Szkoła Frankfurcka” skutecznie podważyła autorytet rodziców oskarżając ich o „autorytarne” lub „faszystoidalne” postawy. Lansowane przez “Szkołę Frankfurcką” „antyautorytarne” wychowanie miało za zadanie zniszczenie wszystkich koniecznych autorytetów (oczywiście oprócz autorytetu jej liderów). To „Szkoła Frankfurcka” utorowała pod względem duchowym drogę Frakcji Armii Czerwonej, rewolcie studenckiej, ulicznym zamieszkom i tzw. marszowi przez instytucje, którego niszczące skutki można dziś obserwować. To również „Szkole Frankfurckiej” zawdzięczają Niemcy to, że w mediach nie ma niemieckiej muzyki marszowej i niemieckich pieśni ludowych. To dzięki „Szkole Frankfurckiej” prawie wygnano niemiecką klasykę z mediów. Kiedy, pyta dramatycznie Claussen, można było ostatnio zobaczyć w telewizji „Wallensteina” czy „Wilhelma Tella” Schillera, „Egmonta” Goethego lub sztukę Hermanna Burtego? Przypomina, że „Szkoła Frankfurcka” założona została w 1923 roku przez Pollocka i Horkheimera, którzy pospołu z Karlem Landauerem i Erichem Frommem stworzyli z teorii Marksa i  Freuda rewolucyjną mieszankę nazwaną “Teorią Krytyczną”, która tylnymi drzwiami rewolucji kulturalnej miała do ostatecznego zwycięstwa doprowadzić światowy proces rewolucyjny. Prawie wszyscy główni przedstawiciele „Szkoły Frankfurckiej” wyemigrowali z Niemiec do USA, gdzie w większości znaleźli uniwersyteckie posady. To oni stworzyli program „reedukacji” Niemców realizowany potem przez Amerykanów. W1946 roku Horkheimer objął nowo utworzoną katedrę socjologii i filozofii we Frankfurcie. Dołączyli do niego Teodor Wiesengrund Adorno, Aleksander Mitscherlich i jego żona. „Frankfurtczycy” mieli wpływy, posady i pieniądze. Mogli więc zabrać się za robotę, której celem była likwidacja wszystkich „faszystowskich” wartości: poczucia obowiązku, wierności, szacunku i miłości do rodziców, przyzwoitości, uczciwości, pracowitości, rzetelności itd. – nawet czystość okazała się „faszystoidalna” (dopiero nowa plaga wszy wpłynęła na złagodzenie tej opinii). Pod patronatem „frankfurtczyków” ukazywały się książki o konstruowaniu bomb, o partyzantce miejskiej i o społecznych pożytkach ze złodziejstwa (usprawiedliwienie kradzieży w supermarketach). Gromady postępowych pedagogów wychowanych na teoriach „Szkoły Frankfurckiej” zabrały się za wychowanie dzieci i młodzieży, którego celem było zniszczenie niemieckiej tożsamości narodowej. Duch „Szkoły Frankfurckiej” uosabia generalny atak na niemiecką i zachodnią kulturę. Wychowankowie „frankfurtczyków” zajmują dziś kluczowe stanowiska w systemie edukacji, w wydawnictwach dla dzieci i młodzieży, w wymiarze sprawiedliwości. Nasz język, nasze myślenie, kończy swój artykuł Claussen, określane są przez klimat intelektualny stworzony przez “Szkołę Frankfurcką”. Jej idee i teorie są zagrożeniem nie tylko dla narodu niemieckiego, ale także dla każdego innego narodu.

W tym samym numerze znajdziemy raport z konferencji na temat przyszłości Niemiec, która odbyła się na Columbia University w 1944 r. Raport zawiera zalecenia, które po wojnie Amerykanie powinni realizować, aby „zmienić charakter narodowy Niemców”. Innymi słowy biorący udział w konferencji psychiatrzy, psychoanalitycy, psychologowie, socjologowie, politolodzy, antropolodzy kulturowi wypracowali plan eksperymentu psychologiczno-społecznego na olbrzymią skalę. W konferencji wzięli udział m.in.: Teodor Abel, Franz Alexander, Margaret Mead, Talcott Parsons, Frank Tannenbaum, Erich Fromm, Ruth Benedict. W tym numerze znajdziemy również pierwszą część artykułu Marka Webera „Syjonizm i Trzecia Rzesza”. Wiosną 1935 roku port Bremerhaven opuścił pewien statek pasażerski. Jego celem była Haifa w Palestynie. Na burcie statku widniał hebrajski napis „Tel Aviv” a na maszcie powiewała flaga ze swastyką. Choć statek był własnością syjonistów, jego kapitan należał do NSDAP. Statek „Tel Aviv“ i jego wyprawa do Hajfy są jednym z kamieni mozaiki w historycznym epizodzie współpracy między syjonistami i Trzecią Rzeszą.

W latach trzydziestych syjoniści i narodowi socjaliści mieli jednakowe zdanie na temat tzw. kwestii żydowskiej. Uważali, że Żydzi i Niemcy są całkowicie odrębnymi narodami i że Żydzi nie powinni pozostawać w Niemczech. Zarówno jedni, jak i drudzy nie chcieli uznać Żydów mieszkających w Rzeszy za „Niemców wyznania żydowskiego”, lecz widzieli w nich członków odrębnej wspólnoty narodowej. Ideologia żydowskiego nacjonalizmu (syjonizmu) zobowiązywała swoich zwolenników do osiedlania się w żydowskiej ojczyźnie za jaką uważano Palestynę. Teodor Herzl (1860-1904), założyciel współczesnego syjonizmu twierdził, że problem antysemityzmu może być rozwiązany jedynie wówczas, gdy Żydzi będą żyć we własnym państwie. W swoim głównym dziele „Państwo żydowskie” pisał Herzl, że rozumie antysemityzm i traktuje ten „wielce skomplikowany ruch” bez nienawiści i lęku. Tzw. kwestia żydowska nie była według niego kwestią socjalną czy religijną, ale narodową. Syjonizm i jego koncepcja państwa żydowskiego miała być właśnie sposobem na „ostateczne rozwiązania kwestii żydowskiej”. W sześć miesięcy po zdobyciu władzy przez Hitlera “Syjonistyczny Związek w Niemczech”, największa syjonistyczna organizacja w Rzeszy Niemieckiej, wystosował memorandum do nowego rządu, w którym przedstawiał propozycje ułożenia stosunków między syjonistami a Niemcami i oferował syjonistyczne poparcie dla rozwiązania „kwestii żydowskiej”. Autorzy memorandum stwierdzali m.in., że “narodowe odrodzenie” w Niemczech oddziaływać musi także na życie grup żydowskich. Pisali, że i oni także opowiadają się przeciw małżeństwom mieszanym i za zachowaniem czystości krwi narodu żydowskiego. Przyznawali, że istnieje kwestia żydowska, która musi zostać praktycznie rozwiązana niezależnie od tego, czy dla osiągnięcia tego rozwiązania współpracować przyjdzie z ludźmi wrogo czy też przyjaźnie nastawionymi do Żydów.

Młody berliński rabin Joachim Prinz, który później osiedlił się w USA i został jednym z liderów Amerykańskiego Kongresu Żydowskiego napisał w opublikowanej w 1934 roku książce „My Żydzi”, że narodowosocjalistyczna rewolucja oznacza powrót Żydów do żydostwa i nawoływał, aby zaprzestać mówienia o asymilacji i opowiedzieć się za przynależnością do narodu żydowskiego. Wspólnota ideologiczna syjonistów i narodowych socjalistów była podstawą ich współpracy dla osiągnięcia tego, co uznawali za swój narodowy interes. Dlatego rząd Hitlera wspierał syjonizm i żydowską emigrację do Palestyny do momentu wybuchu wojny, która przeszkodziła w dalszej współpracy syjonistów i narodowych socjalistów. Trzeba pamiętać, że większość Żydów niemieckich uważała się najpierw za Niemców a dopiero potem za Żydów. Nie było wśród nich wielkiego entuzjazmu dla wyjazdu do Palestyny i dla trudów pionierskiego życia. Jednak liczba zwolenników syjonizmu stopniowo rosła. Do końca 1938 roku ruch syjonistyczny w Niemczech rozkwitał. Znacznie wzrósł np. nakład syjonistycznego tygodnika „Jüdische Rundschau”. Ukazywały się liczne książki syjonistyczne. Kongres Syjonistyczny, który odbył się w 1936 roku w Berlinie konstatował „silną obecność niemieckiego syjonizmu”. Szczególnie entuzjastycznie wspierała syjonizm SS. Wewnętrzne memorandum SS z czerwca 1934 roku postulowało „aktywne i szerokie wsparcie ze strony partii i państwa dla syjonizmu”, który uznano za najlepszy sposób, aby zachęcić Żydów niemieckich do emigracji do Palestyny. Należało według SS umacniać świadomość narodową Żydów. Memorandum zalecało wspieranie żydowskich szkół, żydowskich zrzeszeń sportowych i grup kulturalnych.

Oficer SS Leopold von Mildenstein przez pół roku podróżował po Palestynie razem z pełnomocnikiem Związku Syjonistycznego Kurtem Tuchlerem, aby zbadać możliwości osadnictwa dla Żydów. W dwunastoodcinkowej, ilustrowanej serii „Nazista w Palestynie’ opublikowanej przez gazetę „Der Angriff” w 1934 roku von Mildenstein opisywał swoją podróż wyrażając głęboki podziw i szacunek dla ducha pionierskiego i pracy żydowskich osadników. Chwalił syjonizm jako wielkie osiągnięcie dla narodu żydowskiego i całego świata. „Der Angriff” ufundował medal upamiętniający tę podróż, który na jednej stronie miał swastykę a na drugiej gwiazdę Dawida. W kilka miesięcy później von Mildenstein został awansowany na stanowisko szefa Wydziału Żydowskiego Służby Bezpieczeństwa SS. Jego zadaniem było wspieranie działalności syjonistów i emigracji Żydów. Oficjalne czasopismo SS „Das Schwarze Korps” w jednym z artykułów wstępnych napisało m.in.: „Nieodległy jest czas, kiedy Palestyna przyjmie swoich synów zagubionych ponad tysiąc lat temu”. W kilka miesięcy później ta sama gazeta pisała, że narodowy socjalizm nie zamierza w żaden sposób ograniczać żydowskiego życia narodowego, a przeciwnie rząd Rzeszy chce wspólnocie żydowskiej zagwarantować warunki nieskrępowanego rozwoju. Syjoniści przy wsparciu państwa pracowali nad “reedukacją” niemieckich Żydów, propagowali idee syjonistyczne, zbierali pieniądze, pokazywali filmy o Palestynie.

Po wojnie były przewodniczący Związku Syjonistycznego stwierdził, że Gestapo pomagało syjonistom w rozmaitych kwestiach dotyczących emigracji. Norymberski zjazd partii w 1935 roku przyjął tzw. „Ustawy Norymberskie”, które zakazywały zawierania małżeństw i utrzymywania stosunków seksualnych pomiędzy Niemcami i Żydami oraz uznawały Żydów za mniejszość narodową. W kilka dni później „Przegląd Żydowski” napisał: „Państwo niemieckie wychodzi naprzeciw postulatom Światowego Kongresu Syjonistycznego uznając Żydów w Niemczech za mniejszość narodową. Poprzez to staje się w ogóle możliwe wytworzenie normalnych stosunków pomiędzy Żydami i Niemcami. Dzięki nowym ustawom mniejszość żydowska w Niemczech może posiadać własne życie kulturalne i narodowe. Może tworzyć własne szkoły, własne teatry, własne związki sportowe, krótko mówiąc może sama we wszystkich dziedzinach życia narodowego kształtować swoją przyszłość”.

Georg Kareski, przewodniczący „Ruchu Neosyjonistycznego” i Kulturalnej Ligi Żydowskiej oraz były prezes Gminy Żydowskiej w Berlinie powiedział w wywiadzie opublikowanym w 1935 roku na łamach “Der Angriff”: „Od wielu lat uważałem jasne odgraniczenie spraw kulturalnych obu żyjących razem narodów za warunek bezkonfliktowego współżycia. Ustawy Norymberskie z 15 września 1935 roku wydają mi się, abstrahując od ich prawno-państwowych aspektów, iść całkowicie w kierunku respektowania samodzielnego życia obu narodów. Jeśli naród żydowski zachował swe istnienie dwa tysiące lat po utracie swojej państwowej samodzielności i mimo braku wspólnoty osiedlenia i jedności językowej, to ma to swe źródło w dwóch czynnikach: w jego rasie i w silnej pozycji, jaką miała rodzina w życiu żydowskim. Rozluźnienie obu więzi w ostatnich dziesięcioleciach było dla strony żydowskiej przedmiotem poważnej troski. Przerwanie procesu rozkładu w szerokich kręgach żydowskich spowodowanego małżeństwami mieszanymi jest z żydowskiego punktu widzenia czymś, co należy powitać z radością”. Specjalista do spraw żydowskich w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych dr Bernhard Lösner napisał na łamach „Reichsverwaltungsblatt” w listopadzie 1938: „Gdyby Żydzi mieli już własne państwo, w którym masa ich narodu czułaby się jak we własnym domu, to już dziś można by kwestię żydowską uznać za całkowicie rozwiązaną, także dla Żydów. Dlatego najmniejszy sprzeciw wobec ‘Ustaw Norymberskich ‘ był ze strony przekonanych syjonistów, gdyż wiedzą oni, że te ustawy także dla narodu żydowskiego są jedynym słusznym rozwiązaniem i dlatego, że wiedzą oni ponadto, iż budzący się ku świadomości samego siebie naród niemiecki przyjął te prawa, które naród żydowski praktykował przez tysiąclecia (zob. Księga Ezdrasza) i które uczyniły go zdolnym do narodowego cudu, jakim było utrzymanie swej krwi niezafałszowanej i czystej, mimo iż wszystkie jego odgałęzienia niezliczoną ilość pokoleń żyły w obrębie obcych narodowości”.

We współpracy z władzami niemieckimi grupy syjonistyczne utworzyły ok. 40 obozów i ośrodków gospodarczych, w których żydowscy osadnicy przygotowywali się do nowego życia w Palestynie. Co prawda w Norymberdze zakazano Żydom wywieszania flagi Rzeszy, to tutaj mogli jednak Żydzi wciągać na maszt biało-błękitną narodową flagę żydowską. Ta flaga uczyniona później państwową flagą Izraela powiewała nad syjonistycznymi obozami w hitlerowskich Niemczech. Służba Bezpieczeństwa Himmlera współpracowała z Haganą, podziemną organizacją wojskową syjonistów w Palestynie. Reprezentant Hagany Feivel Polkes był opłacany przez SS za przekazywanie informacji o sytuacji w Palestynie i za kierowanie tam strumienia osadników. Równocześnie poprzez swojego agenta w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy Hagana była dobrze poinformowana o planach niemieckich. Ta współpraca posunięta była aż do dostarczania przez SS broni potrzebnej do walki z Arabami. Po ekscesach „Nocy Kryształowej” SS nadal pomagała syjonistom i starała się, aby mogli oni kontynuować swoją działalność. Mocniej tylko kontrolowano tę działalność.

Poza tym w numerze m.in.: Wilhelm Keitel „Ostatnie dni”, Arthur Moeller van den Bruck „O Karolu Marksie”, Pierre Guilaume „Co wiedzą Francuzi o masakrze w Setif?”, Hans-Dietrich Sander „Tezy na temat Trzeciej Rzeszy”, korespondencja Germara Rudolfa z Instytutem im. Jana Sehna w Krakowie i wiersze Wilhelma Klemma.

UMKEHR. EINE ZEITSCHRIFT FÜR CHRISTEN, DIE DENKEN

Pismo ukazuje się jako nieregularny dodatek do Biuletynu Informacyjnego Bractwa św. Piotra. Wydawca: Internationale Priesterseminar St. Petrus, Kirchstr. 20, Witgratzbad, 88145 Opfenbach, RFN. Od 1993 roku ukazały się cztery zeszyty. We wprowadzeniu do pierwszego z nich o. Engelbert Recktenwald przywołuje cytat: „Nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1.15). Nawrócenie oznacza zmianę kierunku i to biblijne wołanie o nawrócenie oznacza dziś postawienie pod znakiem zapytania cały „postępowy” kurs, którym Kościół dryfuje przez ostatnie trzydzieści lat. Media i potężne liberalne lobby wywierają stałą presję w kierunku dalszych ustępstw i rozwodnienia wiary. Skandalem naszych czasów nie jest trwanie Kościoła przy celibacie, lecz rozpad katolickiego rozumienia, co to znaczy być księdzem i sam kryzys pojęcia kapłaństwa. Świeckie schematy myślowe i ludzkie od-niesienia wypierają z Kościoła Słowo Boże. Prawdziwym nawróceniem w Kościele musi być powrót do swego Założyciela, do rdzenia swej istoty, z odrzuceniem mrzonek i poklasku tego świata. Aby jednak tego dokonać, trzeba się przebudzić i ujrzeć w ostrym świetle prawdziwą i głęboką perspektywę wiary. Takiemu właśnie nawróceniu zamierza służyć pismo UMKEHR.

Prof. Robert Spaemann, znany filozof, porusza temat kultury europejskiej i banalnego nihilizmu. Natura człowieka, jego człowieczeństwo, nie są wytworem przyrody. To co my nazywamy kulturą jest ukształtowaniem życia wspólnoty przez takie treści, które to życie strukturyzują i nadają mu sens. Wszystkie te treści są ostatecznie względne. Jedyny adekwatny przedmiot ludzkiej autotranscendencji nazywamy Bogiem. Fryderyk Nietzsche uważał chrześcijańską ideę miłości Bożej za najwyższą ideę w dziejach ludzkości, ponieważ uczyła ona człowieka kierować się ku temu, co go przewyższa i w ten sposób człowiek uczył się przerastać samego siebie. Nietzsche uważał Boga za martwego i aby zapełnić to puste miejsce wymyślił funkcjonalny równoważnik idei Boga – Nadczłowieka. Ta utopia Nadczłowieka stała się namiastką religii, jak zresztą wszystkie utopie naszych czasów. Według Feuerbacha i Marksa utopie winny sprowadzać na przyszłą ziemię to, co ludzie posiadali dotąd w projekcji nieba. Sens ludzkiego działania winien ostatecznie wynikać z ziemskiej przyszłości całej ludzkości. Dla Marksa nie jest godnym uwielbienia człowiek współczesny, ale dopiero człowiek przyszłości. Czemuż jednak człowiek miałby stać się lepszy tylko dlatego, że będzie mu się lepiej wiodło? Według tej koncepcji to przyszłość staje się opium dla ludu. Przez łudzenie blichtrem nieokreślonej przyszłości utopijne projekty mają zastąpić to, co było najważniejsze dla człowieka wierzącego, to mianowicie, że Bóg jest żywą teraźniejszością, a blask przyszłej chwały bożej opromienia każdy dzień wierzącego chrześcijanina, nie tylko świąteczny. Obecność rzeczywistości Bożej w ludzkim życiu namaszczała i uświęcała każdą dobrze wykonaną pracę, trud, z pokorą przyjęte cierpienie a nawet biedę, o czym mówił papież Jan XXIII, wspominając swe dzieciństwo.

Współczesna utopia sprawia, że społeczeństwa zamieniają się w celowe i racjonalne organizacje, mające poprawiać warunki ziemskiego bytowania, a samo życie, nawet jeśli lepsze i piękniejsze, nie posiada już samo w sobie sensu wieczności. Kultura właściwie już prawie nie istnieje i tak naprawdę, to nie ma już czego świętować. W miejscu świąt pojawił się czas wolny. Z biegiem czasu umarła i sama utopia, a co zajęło jej miejsce? Antyutopia! Stwierdzamy, że tak hołubione namiastki religii rozpadły się w proch. Naturalnie powrót od ersatzu do oryginału jest możliwy, ale nad powrotem do Boga trzeba jeszcze popracować. Tymczasem znany amerykański filozof Ryszard Rorty głosi radykalną antyutopię. Według niego pożądanym obrazem jest społeczeństwo liberalne, w którym niebawem znikną wszelkie zasady poznawcze, etyczne i religijne, a jako rzeczywistość pozostanie jedynie radość i ból. Tak oto na miejsce nihilizmu wkroczył „banalny nihilizm”. Nietzsche przewidział go już sto lat temu i jasno scharakteryzował, w związku z tym mówił o „ostatnim człowieku”: „Co to jest miłość? Co to jest stworzenie? Co to jest tęsknota? Co to jest gwiazda? – Tak pyta ostatni człowiek i mruga. Ziemia stała się mała i skacze po niej ostatni człowiek, który wszystko pomniejsza… Wynaleźliśmy szczęście, mówią ostatni ludzie i mrugają. Opuścili oni tereny, na których ciężko się żyje, ponieważ potrzeba ciepła. Jeszcze kocha się sąsiada i ociera o niego, ponieważ potrzeba ciepła… Odrobina proszków od czasu do czasu, to pobudza przyjemne marzenia i dużo proszków na koniec, aby przyjemnie umrzeć. Jeszcze się pracuje, bo praca to rozrywka, ale pilnuje się, by rozrywka nie nadwyrężała. Nikt się nie bogaci i nikt nie biednieje, bo jedno i drugie jest zbyt uciążliwe. Czy ktoś chce jeszcze rządzić? Czy ktoś chce kogoś słuchać? To zbyt uciążliwe. Nie ma pasterza i nie ma stada. Każdy chce tego samego i wszyscy są tacy sami. Kto czuje inaczej, ten idzie dobrowolnie do domu wariatów”.

Ostatni człowiek Nietzschego jest wcieleniem banalnego nihilizmu, który dzisiaj zwie się liberalizmem i na wszystko, co mu nie ulega, ma gotowe określenie: fundamentalizm. W tym sensie fundamentalistą jest ten, kto poważnie traktuje to, co nie jest do jego dyspozycji. Dla banalnego liberalizmu wolność polega na mnożeniu możliwości wyboru. Nie pozwala on jednak uznać żadnej opcji, dla której opłacałoby się zrezygnować z wszystkich pozostałych. A o takiej właśnie opcji mówi Ewangelia: o skarbie ukrytym w roli, o kosztownej perle, dla której, ci co ją znajdą, wszystko oddadzą. Ów skarb dawał swoje siły witalne europejskiej kulturze, a ci którzy dla tego skarbu wszystko oddali, to byli święci. Chrześcijańska Europa nie składała się w przewadze ze świętych, wprost przeciwnie, ale istniała tak długo, dopóki nikt nie wątpił, że to święci obrali najlepszą jego część. Jeżeli Europa utraci ten skarb, to pozostanie jej już tylko banalny nihilizm, a więc koniec każdej kultury, która na to imię zasługuje.

Trzeci numer UMKEHR z lipca 1994 zawiera ciekawe studium Michela Verdanta “Bernanos i święci”. Georges Bernanos (1888-1948) francuski pisarz katolicki, autor głośnych powieści (Pod słońcem szatana 1926, Radość 1929, Pamiętnik wiejskiego proboszcza 1936, Monsieur Ouine 1943), połączonych tematem ingerencji zła w życie ludzkie i samotności człowieka, autor dramatu „Dialogi karmelitanek” 1948 [wydano też „Listy 1904-1948” (wybór polski 1974)]. Związany był z Action Franęaise, dał się też poznać jako polityczny pamflecista, atakujący faszystów, Żydów i część kleru katolickiego. Wobec spustoszenia w teologii i panoszenia się po katedrach oświeconych biblistów-agnostyków oraz wobec uprawiania teologii bez wiary, trzeba sięgnąć do wzorów postawy duchowej przedstawionej w powieściach Bernanosa i dającej się określić terminem „duch dziecięctwa”. Ten duch radosnego zaufania i głębokiej pokory jest przeciwieństwem bufonady utytułowanych półmędrków, których jakże proroczo nazywa Bernanos prawdziwym imieniem w swej powieści „Oszustwo”. W pisarzu odnajdujemy hagiografa naszych czasów, gdyż Bernanos świadomie wyposażył swoich bohaterów w wiele cech ubogiego proboszcza z Ars, świętego Jana z Vianney. Ten święty tak bardzo zafascynował pisarza, że cechy charakteru, psychologię, naukę moralną św. Jana odnajdujemy w postaci o. Donissan (Pod słońcem szatana), u o. Chevance w „Radości” i u o. d’Ambricourt z „Pamiętnika…”. Praktycznie w formie powieści Bernanos spopularyzował postać św. Jana. Ich pierwowzór, św. Jan Maria Vianney (1786-1859) był synem małorolnego chłopa, miał kłopoty z nauką i z trudem skończył seminarium. Święcenia kapłańskie przyjął w 1815 roku. Pracę duszpasterską rozpoczął jako wikary u boku swego starego proboszcza i protektora, a po jego śmierci został skierowany do zaniedbanego kościółka w Ars, gdzie na Mszę św. niedzielną przychodziło jedynie kilka osób z grona 230 wiernych.

Formalnie nie było tam nawet parafii, a młody kapłan nie przypuszczał, że przyjdzie mu tam spędzić długie 41 lat do końca swych dni (1818-1859). Św. Jan czuł się szczęśliwy, gdyż mógł żyć w skrajnym ubóstwie. Surowe życie, dobroć i życzliwość stopniowo zjednywały mu parafian. Po dziesięciu latach Ars było inną miejscowością. Sława kaznodziei, mówiącego od serca prostymi słowami oraz ofiarnego spowiednika zataczała coraz szersze kręgi. Do Ars, oprócz prostych wieśniaków, ściągały też elity z Paryża, w 1828 roku przybyło do Ars 20.000 wiernych. W ostatnim roku życia św. Jan wyspowiadał 80.000 osób, a przez całe 41 lat jego posługi kapłańskiej przewinęło się przez Ars milion osób. Święty był męczennikiem konfesjonału i do tego jeszcze umartwiał się surowymi postami i czynił pokutę w intencji swych penitentów. Cierpiał też bardzo, będąc przez 35 lat dręczonym przez szatana, który pokazywał mu się w nocy i nie dawał wypocząć.

Bohater Bernanosa przyjął regułę św. Jana za własną: „Jeżeli nie możemy się uświęcić przez niewinność, to stanie się to przez pokutę”. Papież Pius X ogłosił proboszcza z Ars błogosławionym w 1905, a w 20 lat później papież Pius XI kanonizował św. Jana z Vianney i ustanowił patronem wszystkich proboszczów Kościoła Rzymskiego. Jakież przeciwieństwo istnieje między świętym ascetą, nawołującym do nawrócenia i pokuty, a współczesnymi „postępowymi” duchownymi, walczącymi o coraz to nowe prawa i przywileje dla różnych grup społecznych lub wręcz dewiantów! Ileż zagubionych dusz odnalazło drogę do Boga przez konfesjonał św. Jana, podczas gdy dzisiaj na liberalnym Zachodzie praktyka indywidualnej spowiedzi jest praktycznie w zaniku.

U bohaterów Bernanosa odnajdujemy też ślady karmelitańskiej duchowości oraz inspiracje postacią św. Teresy z Lisieux. Jej duch napełnia bohaterkę powieści „Radość” Chantal de Clergerie. Autor przeciwstawia jej cichej prostocie oraz głębokiej duszy postać o. Cenabre, nowoczesnego „Judasza” bez wiary, dumnego, zniszczonego przez „świętokradztwo pragnienia wiedzy pozbawionej miłości i wewnętrznie przeżartego upadkiem przez dobrowolne zwątpienia”. Cechuje go chłód, który przeradza się w stan bezlitosnej pogardy do samego siebie. Chantal stara się żyć według wskazań ojca Chevance w radości i prostocie, tak samo jak Teresa odkrywa swoją „małą drogę” i rozumie, że wielkość nie jest koniecznym warunkiem świętości.

Bernanos żywił wielką cześć dla obu świętych córek Francji kanonizowanych w XX wieku. Joannę d’Arc ogłoszono świętą 16 maja 1920, a świętą Teresę 17 maja 1927. W „Liście do Anglików” pisał Bernanos w 1942 r.:

“Czyż nie jest wzruszająca myśl, że Kościół mojego kraju właśnie teraz, gdy zdaje się być gotów do wszelkich chłodnych spekulacji w ramach sterylnej mądrości, tak wysoko wynosi dwie dziewice: świętą Joannę i świętą Teresę”. Autor powyższych słów poprzez te święte apelował do Kościoła o odnalezienie zagubionej drogi, o powrót do źródeł, do Ewangelii, o rozbudzenie w świecie duchowości i o stworzenie nowego chrześcijańskiego społeczeństwa. Smutnej erze dwudziestego wieku, obciążonej wynaturzeniami totalitaryzmów, stawia Bernanos jako wzór wizję świata opartego na dążeniu do świętości. Gdy był młody pisał: „Chrześcijanie nie są nadludźmi, tak samo święci, a może nawet jeszcze mniej, bowiem są oni najbardziej ludzcy z ludzi. Święci nie są wyniośli, oni nie potrzebują dostojeństwa, to raczej wielkość bardziej ich potrzebuje”.

STANY ZJEDNOCZONE

LIBERTY

Magazyn amerykańskich „wolnościowców” (Vol. 6, nr 5) zamieszcza m.in. artykuł Chestera Alana Arthura na temat podatku VAT. Arthur pisze, że podatek VAT uderza przede wszystkim w ludzi mało i średnio zarabiających, ponieważ oni właśnie największą część swoich dochodów przeznaczają na dobra konsumpcyjne. W USA nie było do tej pory podatku VAT, ale prezydent Clinton nosi się z zamiarem jego wprowadzenia. Wprowadzenie nowego podatku jest zawsze niebezpieczniejsze od zwykłej podwyżki istniejących już podatków, ponieważ otwiera drzwi do dalszych podwyżek. W USA w 1913 roku wprowadzony został nowy podatek – podatek dochodowy. Wynosił on 1% od dochodów między 20000 a 50000 dolarów i dochodził do 5% od dochodów powyżej 500000 dolarów. Było to zanim jeszcze spowodowana przez politykę rządu inflacja zaczęła zjadać wartość pieniądza: gazeta kosztowała 2 centy, dzienne wynagrodzenie w wysokości 5 dolarów uważane było za wysokie, 20000 dolarów odpowiadało dzisiejszym 350 000 dolarom. W tamtych czasach mniej niż jeden Amerykanin na stu musiał wypełniać formularz podatku dochodowego. Kiedy podatek się utrwalił, politycy zaczęli uważać dochody ludzi za źródło dochodów rządu, z którego można czerpać wedle własnego widzimisię. W ciągu czterech lat maksymalna stopa opodatkowania wzrosła do 77% a niekiedy nawet do 92%. Równocześnie stopniowo redukowano ulgi podatkowe. Dziś praktycznie każdy Amerykanin płaci podatek dochodowy.

Dlaczego, pyta Arthur, zwolennicy większego i potężniejszego rządu popierają wprowadzenie podatku VAT. Jest pięć głównych powodów. Po pierwsze popierają oni każdy nowy podatek, ponieważ nie można ściągać podatku pierwej go nie wprowadziwszy. Po drugie jest rzeczą niezwykle trudną uchylanie się od płacenia VAT-u. Ponieważ wymaga on od firm rejestrowania kosztów każdego produktu, który sprzedają i wartości, którą doń doliczają, uniknięcie zapłacenia VAT-u jest praktycznie niemożliwe. Po raz pierwszy VAT został wprowadzony w 1954 roku we Francji, gdzie ludzie tradycyjnie uważali, że unikanie płacenia podatków nie jest czymś niemoralnym, i szybko rozprzestrzenił się na kraje południowej Europy, gdzie podatki widziane są w podobny sposób. Po trzecie VAT zapewnia stały strumień dochodów do budżetu nawet w okresie recesji czy depresji gospodarczej, kiedy inne źródła dochodów budżetowych wysychają. Jeśli czyjś dochód spada do zera, rząd nie może pobrać podatku dochodowego. Ale VAT wliczony jest w cenę żywności i innych dóbr niezbędnych do życia, które każdy musi kupić, nawet jeśli żyje z jałmużny lub z oszczędności. Po czwarte większość ludzi nie zauważa, że płaci VAT. Jest to podatek niewidzialny a obywatele nie skarżą się na to, czego nie widzą. Po piąte wreszcie VAT ściągany jest przede wszystkim z ludzi biednych i ludzi z klasy średniej a ich jest najwięcej. VAT wprowadza się więc z tego samego powodu, dla którego słynny włamywacz Willie Sutton zapytany dlaczego napada na banki, odpowiedział: „Bo tam są pieniądze”. Najwięcej pieniędzy jest u szerokich warstw społeczeństwa. Tam więc się ich szuka. Opodatkowanie bogatych jest dobrym sposobem na zdobycie głosów wyborczych biedniejszych zawistników, ale nie przynosi budżetowi wielkich dochodów. Arthur zwraca również uwagę na to, że VAT bije przede wszystkim w małe firmy, gdyż wielkie korporacje z ich komputerowymi systemami i armią księgowych lepiej go znoszą.

R.W.Bratford omawia wydaną w USA książkę „Naziści, komuniści, Klansmeni i inni: polityczny ekstremizm w Ameryce”. Bradford zauważa, że termin „polityczny ekstremizm” służy napiętnowaniu pewnych przekonań, które różnią się od poglądów wyrażanych przez centrum politycznego spektrum a przeto są z góry uważane za złe czy błędne, niewarte rozważenia. „Polityczny ekstremizm” jest pejoratywnym określeniem dla poglądów wyłamujących się z tzw. konsensusu. Niezgodność z tzw. konsensusem traktowana jest jako coś podejrzanego. Co ciekawe, ci, którzy z góry odrzucają jakieś poglądy jako „skrajne” odmawiając dyskutowania ich prawdziwości w dziwny sposób sami stosują metodę epistemologiczną, o której stosowanie oskarżają „ekstremistów”. Pojęcie „ekstremizmu” nie jest żadnym narzędziem poznania. Jego funkcją jest zablokowanie dyskusji, potępienie a nie wyjaśnienie jakiegoś zjawiska. Jest ono używane przez „centrystów” w taki sam sposób jak członkowie Ku Klux Klanu używają słowa „czarnuch”. „Polityczny ekstremizm” jest w gruncie rzeczy niedefiniowalny, gdyż jego określenie zależne jest od polityczno-ideowego kontekstu. W XIX wieku zwolennicy podatku dochodowego byli „ekstremistami”, dziś „ekstremistami” są ci, którzy żądają jego zniesienia. W Związku Sowieckim „ekstremistami” byli ci, którzy żądali bezstronnego procesu sądowego etc.etc. Gdyby przyjąć niektóre definicje „politycznego ekstremizmu” to „ekstremistami” byliby George Bush i Bill Clinton. Bradford pisze, że choć książka zawiera wiele błędów i nieścisłości (autorom zdarzyło się np. całkiem poważnie potraktować pewną partię założoną dla żartu przez dwóch studentów, którzy byli jej jedynymi członkami), to przynosi wiele ciekawych informacji. Okazuje się np., że Liga Przeciw Zniesławianiu tak ostro zwalczająca wszelkie przejawy „ekstremizmu” potrafi pozbawiać praw wynikających z Pierwszej Poprawki tych, z którymi się nie zgadza np. krytyków Izraela. Inną ciekawostką jest fakt, że uderzająco duży procent aktów przemocy dokonywanych przez grupy rasistowskie był inspirowany przez członków tych grup, którzy okazali się płatnymi agentami rządu (co potwierdza tezę wyrażoną kiedyś na naszych łamach, że to agenci stanowią bardzo często motor różnych konspiracyjnych czy opozycyjnych organizacji, które bez agentów nie byłyby zdolne do żadnego działania – red. Stańczyka). Inna ciekawostka: człowiek, który uzyskał 2 miliony dolarów od sowieckiego agenta i przekazał je Komunistycznej Partii USA był… agentem FBI.

Poza tym w numerze Jonathan Saville daje dobre rady rządowi, które pozwolą na zwiększenie podatków i wydatków. Należy stworzyć subsydia dla ludzi, którym się nie powiodło w życiu np. ludzie brzydcy powinni otrzymywać Dodatek od Brzydoty finansowany ze specjalnego opodatkowania przystojnych. Należy również wprowadzić zasiłek dla tych, którzy przeżyli zawód miłosny. Wysokość zasiłku byłaby zależna od ilości nieprzespanych godzin przypadających na jedną noc. Specjalne rekompensaty za zmarnowane życie powinni dostawać narkomani, alkoholicy oraz przestępcy, którym powinęła się noga. Rząd powinien również zapewnić całkowite utrzymanie ze dwu tuzinom państw – tym najbardziej skorumpowanym i niekompetentnym. Do państw tych należy wysyłać pieniądze, broń i doradców, którzy będą nauczać zasad amerykańskiej demokracji. Należy również zadbać o rozwój rodzimej biurokracji. Urzędnicy nie powinni dostawać tylu pieniędzy, na ile zasługują ale o wiele więcej. Jest to najlepszy sposób zapobieżenia temu, aby nie brali łapówek i nie okradali obywateli.

David Friedman zastanawia się jak powinno się rekompensować stracony czas i pieniądze ludziom niewinnie oskarżonym, Leland B.Yeager pisze o socjalizmie czyli o trupie, który nadal chodzi, Randal O‘Toole pokazuje jak Bill Clinton nagradza swoich zwolenników z grup specjalnych interesów, Charles Hamilton podaje do druku fragmenty nieopublikowanych wykładów konserwatywnego anarchisty Alberta Jay‘a Nocka, Sheldon Richman wyśmiewa tych, którzy oskarżają Ronalda Reagana i George‘a Busha o to, że zredukowali rozmiary rządu. W rzeczywistości za kadencji “wolnorynkowca” Reagana nastąpił najwyższy wzrost podatków w historii USA, biurokracja zwiększyła się o 200.000 osób, regulacje rządowe nadal się rozszerzały, tyle, że nieco wolniej. Uchodzący za zwolennika “wolnego handlu” Reagan był największym protekcjonistą wśród amerykańskich prezydentów od czasu Hoovera. O kadencji innego zwolennika „wolnej przedsiębiorczości” George‘a Busha nawet nie ma co mówić – wydatki rządu rosły szybciej niż za kadencji jakiegokolwiek prezydenta od czasu J.F.Kennedy‘ego, nowe regulacje i przepisy rwały kaskadą z rządowych agencji itd. Patrząc z tego punktu widzenia uznać można prezydenta Clintona za godnego następcę republikańskich poprzedników. I chyba rację mają ci, którzy twierdzą, że w USA rządzą dwie partie: Depublikanie i Remokraci.

Z numeru 6 (vol. 6) warto szerzej streścić artykuł Jesse Walkera na temat operacji „Przywrócić Nadzieję”. Warto dlatego, że jak wiadomo, American Boys wyruszyli niedawno, aby „przywracać nadzieję” w Bośni. Jesse Walker przypomina, że generał Mohamed Siad Barre obalił rząd somalijski w 1969 roku, co było początkiem jego dwudziestoletnich, dyktatorskich rządów. Barre posługiwał się retoryką marksistowską i praktykował trzecioświatowe złodziejstwo. Rozbudowywał siły zbrojne przy pomocy nowego sojusznika Somalii – Związku Sowieckiego. Gdy uznał, że jest już dostatecznie silny, dokonał w 1977 roku inwazji etiopskiego regionu Ogaden. Wtedy stała się śmieszna rzecz: Związek Sowiecki zmienił front i porzucił Barre‘go. Nagle broń z bloku wschodniego, a potem kubańscy żołnierze byli po stronie Etiopczyków. Barre zmuszony został do zmiany sojusznika i w jakiś czas później był już największym w Afryce odbiorcą amerykańskiej pomocy gospodarczej i wojskowej. Zmiana w polityce zagranicznej, przejście z obozu „socjalistycznego” do „kapitalistycznego” niczego nie zmieniło w polityce wewnętrznej. Krajowa Służba Bezpieczeństwa tępiąca realnych, potencjalnych i wyimaginowanych oponentów działała ze zdwojoną gorliwością. Rząd i związane z nim grupy dokonywały rabunku ziemi chłopów, wielbłądów i kóz pasterzy i żywności dostarczanej z zagranicy (heroldzi “Praw Człowieka” z Waszyngtonu niczego oczywiście nie widzieli). Klan Marehan, do którego należał Barre obrabowywał inne klany, które w wyniku tego wypowiedziały mu „totalną wojnę”.

Walker zwraca uwagę na postawę zachodnich polityków i ekspertów uznających planowe rabowanie obywateli za „polityką strukturalnego dostosowania” i na rolę rządu amerykańskiego popierającego reżim somalijski i umożliwiającego mu tym samym dalszy rabunek własnych obywateli. W latach osiemdziesiątych do Somalii zaczęli napływać Somalijczycy zamieszkujący na terytorium Etiopii, co dało Barre‘mu możliwość do żądania zwiększonej pomocy od zagranicznych „dobroczyńców”. Rząd somalijski oznajmił, że uchodźców jest 1,3 mln. W rzeczywistości było ich 800.000 a być może nieco mniej. Żywność przesyłana dla uchodźców (także dla tych nieistniejących) z zagranicy była częściowo sprzedawana, co zapewniało „dodatek do pensji” urzędnikom biorącym udział w systemie zinstytucjonalizowanej korupcji, część żywności szła na potrzeby armii, która od czasu do czasu robiła wypady do Ogadenu. Te wypady zwiększały represje władz etiopskich wobec zamieszkujących ten region Somalijczyków. Ci z kolei uciekali do Somalii zwiększając ilość uchodźców, co było przyczyną dalszych wołań reżimu o pomoc zagraniczną. W Somalii powstał system obozów dla uchodźców, z którego korzystać zaczęli także tubylcy. Prowadziło to do erozji klanowego systemu pomocy wzajemnej. Nomadowie zaczęli gromadzić się w lub przy obozach. Pojawił się problem higieny publicznej. Rodzina pasterska miała do swojej dyspozycji ok. 10 mil kwadratowych ziemi dla wypasu swoich kóz i wielbłądów. W obozach tłoczyć się musiała na niewielu jardach kwadratowych. Warunki sanitarne nie będące problemem na dużych przestrzeniach stały się źródłem epidemii i śmierci.

Trzeba tu pamiętać o tym, że grupowanie ludności w obozach było częściowo zaplanowane. Somalijscy przywódcy, podobnie jak inni przywódcy afrykańscy starali się zamieniać nomadów w ludność osiadłą, gdyż z nomadami trudno jest budować socjalizm. Nomadów trudno policzyć, trudno kontrolować, trudno opodatkować, trudno przymusowo wcielić do wojska. Wielu afrykańskich przywódców chcących uchodzić za „nowoczesnych” uważało istnienie nomadów za coś wstydliwego i irytującego. Chcieli oni, żeby symbolem ich państwa był „nowoczesny” hotel, a nie biednie ubrani ludzie ze swoimi stadami. To nastawienie panowało również wśród zachodnich ekspertów i dysponentów pomocy gospodarczej. Do drogich ich sercom modeli gospodarczych nie pasowali ludzie, których dochody nawet nie dawały się zmierzyć i nie można ich było z tego powodu zaplanować. W Somalii pojedynczy pracownicy agencji dostarczających żywność protestowali przeciw polityce niszczącej tradycyjne struktury społeczne, ale nie byli słuchani. Większość z tych agencji, choć określa się jako „organizacje pozarządowe” zależna jest od kontraktów rządowych zapewniających im stałe dochody. Dlatego, mimo, iż posługują się retoryką „samopomocy”, „samowystarczalności” i „polegania na sobie”, to działają one w biznesie dumpingowego pompowania żywności zagranicę. Jeśli pomoc ta pomaga przetrwać rządom, których polityka spowodowała problemy z żywnością, to oznacza to tyle tylko, że będzie więcej kontraktów rządowych na dostarczanie żywności.

Od 1989 roku Somalia ogarnięta jest wojną domową. W 1991 roku Siad Barre musi odejść. Rozpoczyna się walka o władzę między bandami opartymi na więzach klanowych. Najsilniejsze z nich to ugrupowania gen. Aidida i Ali Mahdiego Mohammeda. W grudniu 1992 roku amerykańscy marines pod flagą ONZ dokonują desantu na wybrzeżu Somalii, aby – jak głosi oficjalne uzasadnienie – bronić transportów z żywnością przed rabusiami (jak oceniano w ONZ ok. 80% tej żywności wpadało w ręce rabusiów). Jednak w tym czasie w Somalii nie było problemu głodu – w niektórych regionach istniały nawet nadwyżki żywności. Główną przyczyną śmierci Somalijczyków były choroby, czemu sprzyjało stłoczenie tysięcy ludzi w obozach. Ponadto napływ darmowej żywności nie pozwalał chłopom na zwiększenie produkcji. Korzyść odnosili jedynie farmerzy amerykańscy otrzymujący premie eksportowe.

Siły USA/ONZ w Somalii czyniły wielkie wysiłki, aby skonfiskować broń znajdującą się w rękach Somalijczyków. Doprowadziło to jedynie do koncentracji broni w rękach najniebezpieczniejszych klanów, gdyż najbardziej chętni do oddawania broni byli spokojni obywatele używający jej tylko w celach obronnych a więc najmniej odpowiedzialni za orgie przemocy. Zaś ci za przemoc odpowiedzialni nie kwapili się oddawać broni. Walka USA/ONZ w Somalii z posiadaniem broni była przedłużeniem walki toczonej w USA i przyniosła takie same efekty: gdy poza prawem jest posiadanie broni, broń posiadają jedynie ci, którzy stoją poza prawem. Do Somalii przeniosła się również toczona w kraju Wojna z Narkotykami. Media zamiast zajmować się prawdziwymi przyczynami kryzysu w Somalii nagle zaczęły zajmować się przede wszystkim narkotykami i odpowiedzialnością za szalejący w Somalii bandytyzm obarczać zażywany przez Somalijczyków narkotyk o nazwie khat. W rzeczywistości khat jest bardzo łagodną używką i jego związek z zachowaniem somalijskich bandytów jest mniej więcej taki sam jak związek między zachowaniem amerykańskich żołnierzy a piciem przez nich kawy i paleniem papierosów.

Jesse Walker zwraca uwagę na jeszcze jedną szkodliwą konsekwencję interwencji USA/ONZ w Somalii. Otóż w niektórych regionach kraju panował względny spokój, który zapewniało istnienie tradycyjnych instytucji, które przetrwały reżim Barre’go i funkcjonowały po upadku rządu centralnego. Zgromadzenia starszych (tzw. guurti) i lokalni liderzy działali wspólnie, skutecznie wypełniając zadanie zapewnienia ładu i bezpieczeństwa. Nadal istniał w tamtych regionach, wspomniany wyżej, system oparty na spontanicznej pomocy wzajemnej. Operacja “Przywrócić Nadzieję” naruszyła tę względnie stabilną sytuację w wielu regionach. Interwencja skierowana była na płd.-zachodni korytarz od Mogadishu do Baidoa i Kismayu, tam bowiem przede wszystkim operowały zbrojne grupy. Okupacja tej części kraju przez wojska USA/ONZ spowodowała, że bandy zaczęły przemieszczać się w regiony bardziej spokojne, z oczywistym negatywnym skutkiem dla tego spokoju. Nie ulega wątpliwości, pisze Walker, że cała operacja zakończyła się fiaskiem. Zachodzi pytanie, dlaczego została podjęta. Niektórzy twierdzą, że źródeł decyzji o interwencji szukać należy w rosnącej „islamofobii” części neokonserwatywnej elity amerykańskiej. Przekonanie o „globalnej intifadzie” napędzanej przez „islamski fundamentalizm” szeroko rozpowszechnione w kołach waszyngtońskich mogło skłonić rząd amerykański do szukania w Somalii bazy przeciw temu zagrożeniu tak, aby w razie konieczności bronić „umiarkowanych” władców Arabii Saudyjskiej.

Ale były jeszcze inne powody. Po pierwsze – ropa naftowa. Cztery zachodnie kompanie naftowe Conoco, Amoco, Chevron i Phillips Petroleum kontrolują prawa do wydobycia ropy naftowej na trzech czwartych terytorium Somalii (włączając w to tzw. Somaliland – region na północy, który w 1991 roku ogłosił niepodległość). Bez wątpienia kompanie te chciały bronić swoich inwestycji. O tym, że mogły one mieć wpływ na politykę rządu USA, świadczy choćby to, że w początkowej fazie interwencji należąca do Conoco posiadłość stała się de facto ambasadą USA. Po drugie Pentagon zyskał pretekst dla swoich starań o pieniądze. „Humanitarna interwencja”, która nawet nie udaje, że służy interesom państwowym Ameryki jest precedensem otwierającym drogę do dalszych akcji wojskowych w erze post-zimnowojennej. Dla Pentagonu operacja w Somalii była korzystna ze względu na „public relations”. Zdjęcia amerykańskich marines rozdających żywność głodującym dzieciom w Afryce dadzą się świetnie użyć w propagandzie. Po trzecie pożyteczny precedens otrzymała ONZ, precedens polegający na tym, że dała sobie prawo wysłania “międzynarodowych sił pokojowych” do Somalii bez zgody rządu tego kraju, która jest, teoretycznie przynajmniej, prawnym wymogiem przy podjęciu takiej akcji. ONZ uznała, że w Somalii nie istnieje „prawowity rząd” mogący ją zaprosić do siebie. Tym samym ONZ nadała sobie prawo określania „politycznej prawowitości”, co może być w przyszłości bardzo użyteczne. Sekretarz ONZ Bhutros Ghali (minister spraw zagranicznych Egiptu w okresie, gdy Egipt popierał reżim Barre‘go) jest zwolennikiem, silnej, aktywnej ONZ. Operacja „Przywrócić Nadzieję” przybliża go tego celu. Po czwarte wreszcie zwrócić należy uwagę na tych, których Graham Hancock nazwał „panami nędzy”, czyli na międzynarodowy aparat agencji zajmujących się dostarczaniem pomocy zagranicznej. Dla tego aparatu im więcej głodu na świecie tym lepiej: ich biznes kwitnie i płyną do nich duże pieniądze.

W konkluzjach swojego artykułu Walker stwierdza, że jeśli rząd USA naprawdę chce pomóc Somalii i innym krajom, to powinien zaprzestać dumpingowego wpompowywania do nich nadwyżek żywnościowych dokonywanego pod płaszczykiem „pomocy zagranicznej”. Najlepiej byłoby, gdyby zlikwidował państwowe subwencje prowadzące do powstania tych nadwyżek. Powinien równocześnie znieść bariery celne blokujące produktom rolnym z biednych krajów dostęp do rynku amerykańskiego. Powinien skończyć z polityką opartą na gospodarczej zależności tzn. zaprzestać finansowania takich instytucji jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Powinien stopniowo wstrzymywać pomoc żywnościową, być może w okresie przejściowym zaopatrując Somalijczyków w narzędzia rolnicze czy wielbłądy. Dotychczas bowiem rząd USA w daremnym dążeniu do zlikwidowania głodu na świecie subwencjonował jedynie choroby, despotyzm i chaos.

Poza tym w numerze Jane S. Show pisze o propagandzie ekologicznej w mediach, Glen Garvin opisuje swoje wrażenia po tygodniu słuchania państwowego radia (National Public Radio), które na okrągło uprawia lewicową propagandę. Garvin podaje przykład korespondenta NPR w Nairobi (Kenia) niejakiego Daniela Zwerdlinga. Ówże Zwerdling w swojej korespondencji z Nairobi poinformował słuchaczy, że rząd Kenii stoi na krawędzi bankructwa, szpitale nie mają pieniędzy na lekarstwa, szkoły na ławki, policja na samochody itd. Po czym Zwerdling daje wyjaśnienie tej sytuacji. Spowodowana ona została mianowicie tym, że „większość ludzi, która powinna płacić podatki, nie czyni tego”. To, że Kenia otrzymywała od rządów zachodnich ponad miliard dolarów rocznie, to Zwerdlinga nie interesuje, to, że pieniądze te były marnowane na subsydiowanie nierentownych przedsiębiorstw państwowych lub po prostu rozkradane, również. O prawdziwych przyczynach upadku gospodarczego Kenii słuchacz NPR się nie dowie. Podobnie jak o wielu innych rzeczach. Podsumowując tydzień słuchania NPR Garvin stwierdza, że czuje się tak jakby dokonał autolobotomii. Z kolei John McCormack pokazuje jak uznanie prawa własności i legalizacja polowań na słonie, Iwy, antylopy i inne gatunki zwierząt w RPA, Zimbabwe i Namibii spowodowały znaczne zwiększenie populacji tych zwierząt. I na koniec odnotowany przez LIBERTY postęp w dziedzinie demokracji: 73 lata temu kandydat na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych odmówił uczestniczenia w kampanii wyborczej, ograniczając swoją aktywność do okazjonalnych spotkań z dziennikarzami na werandzie swojego domu. Nie przeszkodziło mu to w wygraniu wyborów. Dziś prezydent USA bywa gościem lokalnej stacji radiowej w jakiejś Pipidówce w Teksasie, bo ma nadzieję, że dzięki temu wzrośnie jego osobista popularność.

EXECUTIVE INTELLIGENCE REVIEW

No i wreszcie trafił do naszego przeglądu nie kto inny jak sam Lyndon LaRouche, który po pięciu latach więzienia wyszedł w zeszłym roku na wolność (jego sześciu współpracowników nadal siedzi w więzieniu). Przypomnijmy, że ex-trockista LaRouche skazany został na 15 lat więzienia za oszustwa i niepłacenie podatków lub też, jak twierdzi on sam, za to, że rzucił polityczne wyzwanie rządzącemu w USA establishmentowi. LaRouche i jego żona Helga Zepp-LaRouche kierują również Europejską Partią Robotniczą. Ideologia ruchu La- Rouche`a to zadziwiająca mieszanina różnych elementów filozofii Platona, Leibniza, Schillera, idei Washingtona, Alexandra Hamiltona, Benjamina Franklina, Mathew i Henry‘ego Careyów, Fryderyka Lista. W dziedzinie gospodarczej larouszyści są wrogami wolnego handlu, opowiadają się za interwencjonizmem państwowym, wierzą w postęp technologiczny jako drogę do rozwiązania problemów ludzkości. Walczą z nadmiernymi ich zdaniem wpływami organizacji żydowskich takich jak Liga Przeciw Zniesławianiu, Światowy Kongres Żydów oraz z siatką międzynarodowych banków i instytucji finansowych, z „międzynarodowymi spekulantami”, z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym (IMF=lnstant Misery Found) i ich „marionetkami” w dziedzinie ekonomii takimi jak Jeffrey Sachs („niebezpieczny idiota”). LaRouche uważa poza tym, że imperium brytyjskie w pewnym sensie nadal istnieje dzięki dawnym powiązaniom i kontaktom (finansowym, ideowym i agenturalnym) a Londyn jest w stanie, także poprzez swoich ludzi w USA, wywierać wpływ na bieg spraw światowych. Np. w Azji wywiad brytyjski ma dokładnie rozpracowany każdy region, każdą miejscowość, nieomal każdą rodzinę. To Brytyjczycy nadal działają w Afganistanie czy Kaszmirze, to oni naprawdę rozpętali wojnę na Bałkanach, aby zniwelować skutki zjednoczenia Niemiec i zapobiec zwiększeniu wpływu zjednoczonych Niemiec w Europie. To Margaret Thatcher i jej amerykańscy poplecznicy tacy jak Lawrence Eagleburger, Brent Scowcroft i oczywiście sekretarz stanu USA James Baker odpowiedzialni są za wojnę na Bałkanach. LaRouche uważa oczywiście, że to Brytyjczycy są również odpowiedzialni za rozpętanie obu wojen światowych.

W dziedzinie obyczajowej, moralnej, estetycznej są larouszyści tradycjonalistami sprzeciwiającymi się różnym przejawom inżynierii socjalnej. LaRouche twierdzi, że zabójstwo J.F.Kennedy’ego, próba zabójstwa gen. de Gaulle’a i odsunięcie od władzy Konrada Adenauera inaugurują zmianę paradygmatu kulturowego, która ma przynieść zniszczenie cywilizacji chrześcijańskiej i zapoczątkować Erę Wodnika. Przejawem tej zmiany jest kontrkultura lat 60-tych oparta na rocku, narkotykach i seksie oraz rozmaite reformy edukacyjne (np. „nowa matematyka”), psychoterapia, „trening wrażliwości” itp.) Za ojców duchowych zmiany kulturowego paradygmatu uznaje LaRouche m.in. Williama Jamesa, Johna Dewey‘a, H.G.Wellsa, Bertranda Russela i Szkołę Frankfurcką. Przeglądając numery EIR z ostatnich dwu lat natkniemy się między innymi na artykuł Scotta Thompsona demaskujący sieć powiązań w angloamerykańskim establishmencie. Hollinger Corp. to potężna korporacja w dziedzinie mediów. Założyciel i szef korporacji Conrad Black jest protegowanym współpracownika lorda Beaverbrooka E.P.Taylora, który w czasie II wojny światowej stał na czele wydziału wojny gospodarczej w SOE (Special Operation Executive). To Taylor opracował prawo bankowe dla Kajmanów, aby można tam było dokonywać prania brudnych pieniędzy. Jednym z dyrektorów korporacji był Arthur Ross uważany za rezydenta MI-6 w Nowym Jorku, również protegowany lorda Beaverbrooka. Holinger Corp. jest właścicielem 80 dzienników w USA (ostatni zakup to Chicago Sun-Times) i 100 tygodników. Oprócz „Daily Telegraph” i „Sunday Telegraph” w Wlk.Brytanii do korporacji należy „Jerusalem Post”, kanadyjski „Financial Post” i „Caymanian Compass”. Niektórzy obserwatorzy uważają, że wiele zakupów dokonywanych przez korporację stało się możliwymi dzięki pieniądzom Li Kai Shinga z Honkong amd Shanghai Banking Corp. podejrzewanego o robienie rozmaitych interesów w tzw. Złotym Trójkącie. Do rady dyrektorów Hollinger Corp. należą: Peter Bronfman, szef korporacji Edper zbudowanej na handlu alkoholem i na prostytucji okresu prohibicji, R. Donald Fullerton – prezes Canadian Imperial Bank of Commerce kontrolującego operacje finansowe na Karaibach, Paul Reichmann – bliski przyjaciel pani Thatcher, menedżer u George‘a Sorosa zwanego popularnie „Rabusiem”. W skład międzynarodowego komitetu doradców Hollinger Corp. wchodzą: Margaret Tchatcher, która wiele skorzystała na przejęciu w 1985 roku „Daily Telegraph” przez Hollingera (ta najbardziej poczytna w świecie anglosaskim gazeta stała się organem rządu p. Thatcher), lord Peter Rupert Carrington członek-założyciel Kissinger Associates Inc., Henry Kissinger podejrzewany o to, że bardziej jest związany z brytyjskim MSZ-em niż ze swoimi amerykańskimi kolegami, włoski biznesmen Giovanni Angelli, stojący na czele kartelu zbożowego sponsor Ligi Przeciw Zniesławianiu Dwayne Andreas, Zbigniew Brzeziński, wydawca „National Review” William Buckley.Jr, sir James Goldsmith, sir Jacob Rothschild – prezes Instytutu Spraw Żydowskich, sir Evelyn Rothschild – właściciel N. M. Rothschild&Sons Ltd. w Londynie i Rothschild Bank w Zurychu, Paul Volcker b. szef Federalnego Funduszu Rezerw i obecny szef Północnoamerykańskiej Komisji Trilateralnej, lord Weidenfeld – stary przyjaciel Kissingera i dyrektor „Jerusalem Post”, b. sekretarz obrony USA Richard Perle. Inne osoby związane z Hollinger Corp. to Rupert Hambro-dyrektor Hambro Bank związanego w czasie wojny z Wydziałem Operacji Specjalnych (SOE) i brytyjski łącznik z włoską lożą P-2, Henry Kesvick – szef firmy Jardine-Matheson, który kontynuuje tradycje swojej rodziny związane z opium i Dalekim Wschodem. Hollinger Corp. jest właścicielem czasopisma „British Spectator”, z którym związany jest polityczny komentator „Sunday Telegraph” sir Peregrine Worsthorne będący równocześnie członkiem redakcji „American Spectator”. Redaktorem naczelnym „American Spectator” jest R. Emmett Tyrell, który rozpoczął kampanię propagandową przeciw prezydentowi Clintonowi zapoczątkowaną w „Sunday Telegraph” przez Ambrose Evansa-Pricharda – syna czołowej postaci w Biurze Arabskim wywiadu angielskiego mający bliskie związki z brytyjskim MI-6. Waszyngtońskim korespondentem „American Spectator” jest Tom Bethell – krewny lorda Nicholasa Bethella. Inni współpracownicy „American Spectator” to John Podhoretz – syn Normana Podhoretza z „Commentary”, żona Normana Midge Dexter, b. ambasador USA przy ONZ Jeane Kirkpatrick, b. urzędnik Departamentu Stanu Michael Leeden, którego b. Sekretarz Stanu Alexander Haig użył dla cover-up swojej i Kissingera roli w P-2. Trzeba przyznać, że wywiad LaRoucha działa bardzo sprawnie. Tylko jak się w tym wszystkim rozeznać?

W innym artykule Claudio Celani pisze o sytuacji we Włoszech wskazując na rolę, jaką we włoskiej polityce odgrywa tzw. Grupa Wenecka, z którą związany jest międzynarodowy koncern ubezpieczeniowy Assicurazioni Generale. Do Grupy Weneckiej zaliczani są: menedżer firmy Olivetti Carlo De Benedetti – właściciel (wraz z rodziną Caracciolo) największego dziennika włoskiego „La Repubblica” i największego tygodnika włoskiego „L‘Espresso”, b. min. finansów Bruno Visentini i Luciano Benetton, który jest również założycielem „Klubu Przedsiębiorców”, do którego należą m.in. Franco De Benedetti, Lino Romano – lider neapolitańskich biznesmenów, Claudio Buzziol (współwłaściciel firmy Replay). Zdaniem Celaniego wenecka oligarchia kontroluje zarówno „prawe”, jak i “lewe” skrzydło politycznego spektrum we Włoszech. I tak np. o stanowisko burmistrza Wenecji ubiegała się Marina Salamon jako reprezentantka “lewicy” i Aldo Mariconda jako reprezentant „prawicy”. Marina Salamon kieruje firmą Replay należącą do grupy Benettona i jest rzeczniczką “Klubu Przedsiębiorców”, pochodzi z bardzo starej weneckiej rodziny, jej ojciec jest menedżerem Doxy – głównej włoskiej agencji badania preferencji wyborczych, jej duchowym opiekunem jest lewicowy filozof Massimo Cacciari. Aldo Mariconda reprezentujący “prawicę” jest siostrzeńcem Bruno Visentiniego – “wielkiego starego człowieka” Partii Republikańskiej, który w wyborach poparł „blok postępowy”. Podobnie jak jego wujek Bruno, Mariconda wyszedł z Olivetti Corp., dla której pracował dziesięć lat za granicą. „Prawicowiec” Mariconda ma bardzo dobre kontakty ze swoim “lewicowym” wujem, podziwia również szefa Partii Demokratycznej Lewicy (b. komuniści) Achille Ochetto, który jest według niego „prawdziwym liberałem” (Ochetto i inny lider PDL spotkali się w Nowym Jorku z Georgem Sorosem, który poparł „Blok Postępowy”). Tak to we Włoszech ściera się “lewica” z „prawicą”. Z kolei William Engdahl pisze o włoskim holdingu Ferruzzi Finanziaria Spa. należącym do rodzinny Ferruzzi, który zbankrutował. Kluczowa postać afery Gabriele Cagliari został znaleziony martwy w celi mediolańskiego więzienia, gdzie czekał na proces oskarżony o korupcję. Trzy dni później b. chairman holdingu Raul Gardini został zastrzelony lub popełnił samobójstwo w swoim domu w Mediolanie. Wcześniej Sergio Castellari – urzędnik odpowiedzialny za nadzór joint venture Ferruzzi Finanziaria z wielką państwową korporacją ENI zmarł w tajemniczych okolicznościach. Jak to w Europie.

W innym artykule Mark Burdman zajmuje się osobą George‘a Sorosa, którego nazywa „międzynarodowym spekulantem”. Soros finansuje, według Burdmana, organizację Helsinki Citiziens’ Assembly. Czołowymi aktywistkami HCA są Sonja Licht – laureatka szwedzkiej Nagrody Pokoju i Mary Kaldor – znana postać międzynarodowego ruchu “pokojowego” lat osiemdziesiątych. Ojciec Mary lord Nicholas Kaldor (podobnie jak Soros pochodzący z Węgier) był ekonomicznym guru Brytyjskiego Towarzystwa Fabiańskiego założonego przez małżeństwo Webbów – zwolenników socjalizmu popierających w latach 30-tych politykę Związku Sowieckiego. Najlepszą przyjaciółką Mary Kaldor była Emma Rothschild – córka lorda Williama Rothschilda, przyrodniego brata lorda Jacoba Rothschilda, którego głównym partnerem w interesach jest sir James Goldsmith. Burdman twierdzi, że Soros jest tylko wystawionym na pierwszą linię człowiekiem Jacoba Rothschilda i        Jamesa Goldsmitha. To oni dwaj kryją się w rzeczywistości za imperium finansowym Sorosa.

W innym numerze EIR znajdziemy opracowanie na temat oskarżonego o korupcję, b. prezydenta Wenezueli Carlosa Andresa Pereza. Według autorów opracowania CAP był najbardziej oddanym człowiekiem rządu USA. Bez wahania poparł inwazję Panamy, w czasie której Amerykanie po raz pierwszy wypróbowali bombowce “Stealth” przeciw ludności cywilnej. Poparł również akcję przeciw Irakowi i inwazję Haiti. Wspierał obalonego przez wojskowych marksistowskiego rzeźnika Jeana-Baptiste Aristida, który powrócił ponownie do władzy na amerykańskich bagnetach. Aristide znany był z tego, że wydawał politycznych wrogów swoim zwolennikom, którzy mordowali ich podpalając zawieszone na ich szyjach opony napełnione benzyną. Tego właśnie Aristide‘a CAP przyjmował w Caracas jak króla, umieścił go w prezydenckim apartamencie hotelu Hilton i wydał ogromne sumy z kasy państwowej na utrzymanie Aristide‘a i armii jego doradców, ochroniarzy i sekretarek. CAP popierał narkoterrorystów w Kolumbii, sandinistów w Nikaragui i marksistów z Farabundo Marti Liberation Front w Salwadorze. W skład powołanego przezeń Komitetu Doradczego d/s Zagranicznych Inwestycji w Kolumbii weszli: Henry Kissinger, prezes Fiata Giovanni Agnelli, satanista Luciano Benetton, Jean Luc Lagardette – prezes francuskiego wydawnictwa Hachette publikującego pornografię dla kobiet, James Robinson z American Express, Hiszpanie Carlos March i Jose Angel Sanchez Asuain z grupy finansistów wokół socjalistycznego premiera Felipe Gonzaleza.

Z kolei Muriel Mrak-Weissbach omawia politykę Izraela w południowym Libanie. Izrael przeprowadził tam „czystki etniczne” wypędzając ze stron rodzinnych pół miliona ludzi. Potem artyleria i lotnictwo zrównały z ziemią domy, szkoły, szpitale niszcząc całą ekonomiczną infrastrukturę południowego Libanu. Joseph Brenda docieka, czy to rządy amerykański i brytyjski kryją się za próbami obalenia prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka, tak jak kryły się za obaleniem szacha Iranu i za zamordowaniem prezydenta Egiptu Anwara Sadata. Dough Mallouk zajmuje się działalnością Rusha Limbaugh. Według autora Rush Limbaugh należy do „prawego skrzydła” zwolenników Nowego Porządku Światowego. Do 1992 roku Limbaugh krytykował prezydenta Busha. W połowie tamtego roku zaproszony został do Białego Domu na rozmowę z prezydentem. Równocześnie Roger Ailes związany z aparatem Partii Republikańskiej został producentem nowego telewizyjnego show Limbaugh. I tak narodził się Bush Limbaugh. Charakterystyczne jest to, że Limbaugh atakuje opiekę socjalną i inne wydatki na ludzi z nizin społecznych, ale nie atakuje Funduszu Rezerw Federalnych pomagającego bogacić się finansowym pasożytom, atakuje radykalnych ekologów, ale nie atakuje wielkich fundacji związanych z Wall Street, które ich finansują, atakuje radykalne feministki i „wielokulturowców”, ale oszczędza ich patronów w establishmencie, atakuje tzw. hate crimes słowem nie wspominając, że głównym lobbystą na rzecz tego orwellowskiego ustawodawstwa jest Liga Przeciw Zniesławianiu. Limbaugh atakuje też przywódcę Czarnych Louisa Farakhana za „rasizm i antysemityzm”, co zgodne jest z linią forsowaną przez żydowską Ligę Przeciw Zniesławianiu i neokonserwatystów.

Z kolei Daniel Plott przypomina sylwetkę Roberta McNamary. McNamara miał obsesję na punkcie kwantyfikowania wszystkich procesów społecznych, gospodarczych i politycznych. Innymi słowy był maniakiem „liczenia fasoli”. Stał na czele najpierw Ford Motor Co., potem Departamentu Obrony a w końcu Banku Światowego. Według Plotta McNamara był wyznawcą „arystotelizmu” rozumianego jako metoda dzielenia zjawisk na statyczne kategorie, katalogizowania „faktów”, jako wymóg znalezienia dla każdego procesu odpowiedniej linearnej funkcji algebraicznej. Ten „arystotelizm” jest czymś całkowicie irracjonalnym. Stąd nie może dziwić fakt, że taki arystotelik jak Izaak Newton po cichu zajmował się okultyzmem. Podobnie, twierdzi Plott, było w przypadku McNamary. Inna ciekawa informacja zawarta w artykule to ta, że będąc prezesem Banku Światowego McNamara objeżdżał świat w towarzystwie swojej żony i brytyjskiego asystenta Williama Clarka, który nie czynił tajemnicy z faktu, że jest homoseksualistą. Clark był zwolennikiem fabianizmu małżeństwa Webbów. To fabianizm legł u podstaw koncepcji Wielkiego Społeczeństwa Lyndona Johnsona. McNamara chciał użyć Banku Światowego jako instrumentu dla zrealizowania koncepcji Wielkiego Społeczeństwa w Trzecim Świecie. Plott przypomina, że McNamara zetknął się z ideami fabiańskimi nie tylko przez Clarka. To właśnie kręgi fabiańskie, a w szczególności kolega Webbów, matematyk, pacyfista i wolnomyśliciel Bertrand Russel, zainicjowały powstanie Światowego Stowarzyszenia Parlamentarzystów na rzecz Rządu Światowego. Z tego Stowarzyszenia wyłoniły się później Pugwash Conferences służące Angloamerykanom i Rosjanom jako forum dyskusji na temat określonych zasad podziału władzy na świecie, w tym na temat możliwości użycia broni atomowej. Na konferencji Pugwash w Quebecu w 1958 roku wystąpił dr Leo Szilard, który rozwinął koncepcję Nuklearnego Odstraszania i Elastycznego Reagowania przejętą potem przez McNamarę, kiedy był sekretarzem obrony.

Cynthia Rush zajmuje się konferencją jaka odbyła się w Buenos Aires. Konferencja sponsorowana była przez Służbę Informacyjną USA (USIS) i Fundację na rzecz Integracji Latynoamerykańskiej. Na konferencji tej rabin Morton Rosenthal z Ligi Przeciw Zniesławianiu zaproponował, żeby Argentyna przyjęła dla swoich szkół wypracowany przez Ligę program „World of Difference”. Ten program wprowadzony już w wielu miastach amerykańskich ma, według autorki, pod pretekstem nauczania „tolerancji” i zwalczania „dyskryminacji” zniszczyć tradycyjne wartości chrześcijańskie obecne jeszcze w systemach edukacyjnych. Jednak w pewnej mierze propozycja Rosenthala jest niepotrzebna, bo w Argentynie pod rządami prezydenta Raula Alfonsina (1983-1989) promowany był i częściowo wprowadzony w życie podobny program, którego celem było wyeliminowanie „skłonności autorytarnych” w człowieku (źródła tego programu tkwią oczywiście w koncepcjach Szkoły Frankfurckiej, głównie Teodora Adorno wyłożonych w jego książce „Osobowość autorytarna”). Zwolennikiem tej socjalno-psychologicznej inżynierii był sekretarz Alfonsina d/s kultury, psychoanalityk Marcos Aguinis, który wsławił się stwierdzeniem, że w każdym człowieku czai się „faszystowski karzeł”. Krajowy Program Demokratyzacji Kultury kierowany przez Aguinisa w latach 1986-87, Kongres Pedagogiczny z 1984 roku i badania przeprowadzone przez Argentyńskie Towarzystwo Hebrajskie i B‘nai B‘rith wśród studentów w celu wykrycia „skłonności do dyskryminacji” – wszystko to było początkiem procesu kulturalnej transformacji w Argentynie i miało na celu „zneutralizowanie” wychowania religijnego i propagowanie „edukacji seksualnej”.

Cynthia Rush przypomina, że w Argentynie od lat działali “doktorzy” pragnący doprowadzić do erozji podstaw społeczeństwa. Jednym z nich był dr Enrique Pichon-Riviere, freudysta, który w latach czterdziestych studiował u dyrektorki Tavistock Institute for Humań Relations w Londynie i psychoanalityka dziecięcego Melanii Klein (Tavistock Institute zajmuje ważne miejsce w ideologii politycznej larouszystów, gdyż uważają oni, że ten Wydział Psychiatryczny Armii Brytyjskiej w okresie II wojny światowej jest wylęgarnią różnych projektów inżynierii socjalno-psychologicznej kierowaną do tego przez komórkę wojny psychologicznej wywiadu brytyjskiego. Tavistock Institute stanowi najważniejszy element „psychologicznego” networku światowego, do którego należą także np. Stowarzyszenie Psychologii Humanistycznej i “Third Wave“ Abrahama Maslowa i Carla Rogersa). Po powrocie do Buenos Aires rozwinął teorię „narkoanalizy” i zalecał używanie środków halucynogennych np. LSD do leczenia dzieci autystycznych. Pichon-Riviere był też socjalistą i uważał, że rozum i racjonalność determinowane są przez system stosunków społecznych i przez dominację jednej klasy nad drugą. Teorie te musieli poznawać studenci różnych uniwersytetów w Ameryce Południowej.

Inni psychiatrzy argentyńscy z Argentyńskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego współpracowali z Marcosem Aguinisem w programie “wykorzenienia skłonności autorytarnych”. Jeden z nich Nestor Carlinsky argumentował, że “autorytaryzm jest poważną chorobą, wymagającą specyficznej, intensywnej terapii i udoskonalenia metod diagnostycznych w celu wykrycia jej najbardziej subtelnych przejawów”. Tenże Carlinsky stwierdził, że „był zafascynowany swoją rolą jako instrumentu zmiany społecznej”. Przytoczmy jeszcze dwie opinie znalezione w EIR. Nasi liberałowie niechaj się dowiedzą, że tacy ludzie jak Adam Smith, David Ricardo, James Mill, John Stuart Mili byli pismakami wynajętymi przez Brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską. Natomiast nasi „hobbyści” czyli wielbiciele nauk Tomasza Hobbesa pewnie nie wiedzieli, że ich mistrz był nie tylko sekretarzem Francisa Bacona – założyciela masońskiego British Royal Society, ale i jego kochankiem. Poza tym EIR przynosi szereg ciekawych analiz np. na temat wspierania przez rząd w Waszyngtonie terrorystów z peruwiańskiego „Świetlistego Szlaku”, popierania przez USA ruchów separatystycznych w różnych krajach (np. Ujgurów i Tybetańczyków w Chinach i zapatystów w Meksyku), na temat handlu narkotykami i udziału w nim rozmaitych osób z USA w rodzaju płk. Olivera Northa, na temat kultu dinozaurów, który zapoczątkowany został nie przez Stevena Spielberga, ale w Anglii w latach czterdziestych zeszłego stulecia. Znajdziemy również ocenę ataków na prezydenta Clintona w związku z “aferą Whitewater” i „aferami seksualnymi” gubernatora Clintona (tzw.Troopergate), analizę poglądów Żyrynowskiego, czyli rosyjskiego Rusha Limbaugh, informacje o cenzurowaniu antyizraelskich książek w USA, o działalności Greenpeace (Brian Metcalfe, jeden z założycieli Greenpeace i lider organizacji w pierwszym dziesięcioleciu jej działania stwierdził: „Stworzyliśmy monstrum”), o niewyjaśnionych do dziś okolicznościach zamordowania Aldo Moro, o próbach odbudowania brytyjskich wpływów w Brazylii, o sytuacji w Rosji widzianej oczyma Stanisława Goworuchina i o wielu innych sprawach, aferach, skandalach, zakulisowych intrygach w światowej polityce.

W sumie EIR to czasopismo podejmujące wątki typowe dla pewnych nurtów prawicy, ale bez wątpienia lepiej je dokumentujące i dysponujące większą ilością informacji. Larouszystowska wizja świata jest dość obsesyjna i stanowi swoistą wersję teorii spiskowych. Unika jednak typowej dla tych teorii monokausalności. Nie istnieje tu jeden ośrodek kierujący całą globalną operacją, ale mamy do czynienia ze skomplikowanym „networkiem” osób, grup, organizacji, instytucji, które kierują „prawdziwą” polityką, co zresztą w czasach demokracji, zinstytucjonalizowanego kłamstwa, władzy mediów pokazujących jedynie powierzchnię rzeczy nie jest całkiem odległe od prawdy. Czy Lyndonowi LaRouche uda się jeszcze odegrać polityczną rolę? Trudno przewidzieć – na razie przesiedział 5 lat w więzieniu. Jeden z jego idoli John Fitzgerald Kennedy zamordowany został przez, użyjmy kodu LaRouche‘a, „skrajnie liberalną frakcję angloamerykańskiej oligarchii”. Jaki los czeka jego samego w tym świecie korupcji, przemocy, podstępnych intryg i otwartej walki z tradycyjnymi wartościami, któremu, jak sądzi, rzucił wyzwanie? Czas pokaże. Dla zainteresowanych podajemy adres EIR, P.O.Box 17390,Washington D.C.20041-0390, USA.

THE FREEMAN

W numerze 2(1995) William J. Watkins pisze o poglądach na gospodarkę wybitnego myśliciela konserwatywnego z pierwszej połowy XIX wieku Johna C. Calhouna, Joseph E. Petta zastanawia się nad przyszłością wolności gospodarczych na Alasce, Michael Levin krytykuje przymusową filantropię, Felix Livingston podważa mit o „bombie populacyjnej”, Mark J. Perry twierdzi, że szkoły publiczne, tak jak każde socjalistyczne przedsięwzięcie, skazane są na klęskę, Mark Skonsen zajmuje się sporem pomiędzy Szkołą Austriacką i monetarystami. Czy rzekomo rasistowskie wartości południowego rolnika mogą przekształcić się w „postępowy” sposób myślenia (według standardów z Waszyngtonu) poprzez zmiany w tym, co uprawia? Pozytywnej odpowiedzi na to pytanie udziela tekst Jana Chodesa „Kontrola ziemi jako kontrola umysłów” ukazując przy okazji jak polityka rządu federalnego dotycząca zwalczania rzekomego południowego rasizmu pod koniec wojny secesyjnej stanowi źródło współczesnych pogwałceń prawa własności. Mechanizm legislacyjny uruchomiony w latach 60-tych ubiegłego wieku nigdy nie został zatrzymany – wciąż nabiera rozpędu i dzisiaj widać jego konsekwencje w kilku aspektach: w nieustannie zwiększających się atakach rządu na miejską i rolniczą własność poprzez nielegalną, niekonstytucyjną konfiskatę i wymuszanie kontroli użytkowania ziemi jak również w kolosalnych subsydiach dla rolnictwa, które wywindowały ceny i wyeliminowawszy większość drobnych rolników wykreowały gigantyczny, monopolistyczny „agrobiznes”.

Wszystko zaczęło się w roku 1862. Wobec wstrzymania dostaw bawełny i trzciny cukrowej z Południa Kongres powołał do życia Departament Rolnictwa, który miał zorganizować odpowiednie uprawy w stanach północnych (oczywiście nakazując rolnikom, co mają uprawiać) oraz zająć się „edukacją” rolników. Gdy zaś wojna się zakończyła, trzeba było z kolei „reedukować” pokonanych południowców. Oznaczało to federalne pieniądze dla nowych szkół, tworzenie nowych, „postępowych” podręczników oraz nacjonalizację szkół istniejących. Na południowych stanach wymuszono konstytucje zawierające zapis o „bezpłatnym” szkolnictwie kontrolowanym przez rząd federalny. Za główny powód wojny (obok czysto propagandowego hasła zniesienia niewolnictwa) oraz symbol tożsamości Południa uznano bawełnę. Departament Rolnictwa przystąpił więc do realizowania programu mającego na celu zróżnicowanie upraw, tak, by były „dostosowane do potrzeb i warunków geograficznych”. Stosowano też inne metody wyeliminowania bawełny z umysłu Południowców – zmierzano do tego, by uprawiana ona była przez przybyszów z Północy, by Południowcy zmuszani byli do podejmowania nowych „mentalnie niezapalnych” upraw i wreszcie do tego, by Południe zaludnione zostało jak największą ilością Jankesów i imigrantów z Europy. „Rasiści” z Południa byli z kolei przenoszeni do stanów Północnych, gdzie mieli żyć wśród „postępowych” idei. Tak rozległe zadania wzięła na siebie nowa rządowa agencja pod charakterystyczną nazwą „Biuro Ludzi Wyzwolonych, Porzuconych Ziem i Uciekinierów”. Oczywiście termin „Ziemie Porzucone” odnosił się do milionów akrów prywatnych posiadłości nielegalnie skonfiskowanych, gdy armia Północy wzięła je przemocą wyrzucając bądź zabijając właścicieli. W czasach pokoju kompetencje i działalność Biura były rzecz jasna całkowicie niekonstytucyjne i polegały na masowych konfiskatach, nacjonalizacji, relokacji ludności i wreszcie na tworzeniu państwowych szkół – zmierzały więc do kontroli ziemi i umysłów. Ponieważ zaś prawo działa na podstawie precedensów, obecne gwałcące własność ustawodawstwo wynika z prawa tworzonego w omawianym tu okresie – w tzw. erze Rekonstrukcji, która jak widać nie została jeszcze dokończona.

WŁOCHY

PAROLIBERA

Pod koniec 1994 r. ukazał się zerowy numer kolejnego włoskiego pisma innego od tych, które omawiane są w „Forum”. Sycylijsko-europejski kwartalnik „Parolibera” jest wydawany w Adrano przez Nino Reinę i redagowany przez zespół z Robertem Lombardo na czele. Jak można oczekiwać, w numerze znalazł się tekst poświęcony politycznej ocenie Drugiej Republiki …i okolic. Nico Dell’ Aquila przypomina, że ubiegłoroczne wybory parlamentarne oznaczały zwycięstwo „obozu wolności i skutecznego rządzenia” nad obozem (autor używa terminu „biegun”) „postępowym” (czyli centro-lewicowym w nieco szerszym ujęciu). Główny element zwycięskiego obozu to Forza Italia. Zbiła ona kapitał polityczny dzięki wyraźnemu zdystansowaniu się od prowadzonej przez tradycyjne partie „gry politycznej”. Dzięki dysponowaniu mediami Berlusconiemu udało się wylansować obraz ugrupowania, któremu można zaufać. Szef koncernu „Fininvest” wciągnął masy do polityki poprzez powołanie w całym kraju sieci klubów, dających ludziom możliwość (albo iluzję możliwości) uczestnictwa w życiu politycznym. Nie ulega wątpliwości, że berlusconizm jest inkarnacją ekonomiczno-politycznego liberalizmu XVIII i XIX wieku. Zakłada on, że w człowieku najważniejszy jest homo economicus i decyzje polityczne powinny być podporządkowane ekonomii. Tak wyraźnego ekonomizmu nie odnajdziemy w Sojuszu Narodowym, w skład którego wchodzi przede wszystkim postfaszystowski MSI. Ugrupowanie to funkcjonowało na marginesie antyfaszystowskiej Republiki, aby w końcu doczekać się niesławnego końca socjalistyczno-chadeckiego modelu państwa, które dawało obywatelom żyć, ale nie wzbudzało w nich entuzjazmu, i w końcu runęło pod ciężarem zbytniej korupcji.

Liga Północna proponuje zapobieżenie powtórzeniu się takiej sytuacji w przyszłości za pomocą sfederalizowania państwa, co miałoby zmniejszyć biurokrację i uaktywnić obywateli. Oznaczałoby to odejście od jakobińskiego modelu państwa i zachowanie odrębności językowych i kulturowych. Italię należy podzielić na trzy makroregiony, gdzie zamiast przesadnego indywidualizmu powinien dominować interes wspólnot kulturowo-etniczno-lingwistycznych. Uniwersalizm jest ważniejszy od ekonomizmu. Ważniejsze są tradycyjne różnice między Północą a Południem niż niwelacyjne zakusy państwa. Jak widać różnice w obrębie zwycięskiego obozu były bardzo istotne i nic dziwnego, że nie udało się utrzymać jedności koalicji rządzącej. W kolejce czekają następni aktorzy i komedianci, aby zabiegać o poparcie ludu, gdy pogromcy I Republiki sami ugrzęzną głęboko w sieci powiązań i łapówek.

Odwieczne wady państwa i klasy rządzącej stwarzają szerokie pole dla „Pokusy marksistowskiej”, o której pisze Sergiusz Pignato. Przypomina on o związkach marksizmu z faszyzmem i zbliżonymi do niego kierunkami w pierwszych latach naszego wieku. Ruchy te były możliwe dzięki temu, że przestano traktować dzieła Marksa jak święte księgi. Patriarchą rewizjonistów był Bernstein, który przetarł szlak swoim frankofońskim następcom: Sorelowi, De Manowi i Déatowi. Niemieccy socjalszowiniści Bebel i von Vollmar na przekór ortodoksyjnemu Kautskiemu podważali autorytet II Międzynarodówki, głosząc, że nie umożliwia ona znalezienia właściwej odpowiedzi na palące pytania współczesności. 1914 rok przyznał rację lewicowym nacjonalistom. De Man zauważył, że masy robotnicze ryzykowały życie dla takich idei jak autonomia narodów czy sprawiedliwość w stosunkach międzypaństwowych, gdyż czuły się spadkobiercami pewnej tradycji kulturowej, co nakazywało im działać wbrew teoretycznym interesom klasowym. Déat podkreślał brak w klasycznym marksizmie analizy socjologiczno-psychologicznej. Z analizy tej wynika, że główna linia konfliktu nie przebiega między proletariatem a burżuazją. Obaj rewizjoniści korzystali z dorobku gałęzi wiedzy, które w czasach Marksa dopiero zaczynały się oddzielać od filozofii. Jednakże zarówno dla De Mana, jak i dla Déata punktem wyjścia pozostaje teoria ekonomiczna Marksa. De Man krytykuje marksowski determinizm, negujący możliwość zaistnienia “trzeciej drogi”. W 1933 r. zaprezentował on tę koncepcję na kongresie Belgijskiej Partii Robotniczej. Trocki dostrzegł w systemie mieszanym sposób na przeszkodzenie ukształtowaniu się wrogiemu klasie robotniczej bloku innych klas. Koncepcję belgijskiego socjalisty entuzjastycznie poparł Déat.

Tak narodził się korporatywizm, czerpiący natchnienie ze średniowiecznego państwa – tego największego wroga kapitalizmu. Korporatywizm czyli system intermedialny jest kluczową ideą neosocjalizmu i umożliwił dryf w kierunku faszyzmu. Wspólnym mianownikiem wielu ruchów umysłowych pierwszych 30 lat naszego stulecia (obok neo-socjalizmu są to ruchy katolicko-tradycjonalistyczne, nacjonalistyczne, futurystyczne, ugrupowania czerpiące inspirację z irracjonalistycznej i spirytualistycznej myśli Nietzschego i Bergsona) jest zakwestionowanie marksistowskich tez o determinującym dla świadomości charakterze bytu i kreatywnym dla procesów społeczno-politycznych i duchowych charakterze sposobu produkcji. Marksizm w gruncie rzeczy ujmuje klasę robotniczą statycznie jako wciąż biedną i rewolucyjną część społeczeństwa. Tymczasem już pod koniec lat 20. Andre Philip pisze o „burżuazyjnieniu” robotników, co pociąga za sobą konieczność uzupełnienia czysto ekonomicznej doktryny socjalistycznej elementami z zakresu moralności. Walka klasowa z płaszczyzny ekonomicznej powinna się przenieść na poziom etyczny. Egoistycznemu i płaskiemu burżuazyjnemu materializmowi należy przeciwstawić „realizm spirytualistyczny”. Summa summarum możemy powiedzieć, że odrzucenie determinizmu otworzyło przed rewizjonistami dwie możliwości: pierwsza to socjaldemokracja, druga to faszyzm. Różnica między De Manem a Mussolinim polega na tym, że ten pierwszy nie porzucił partii socjalistycznej. Jest to ten sam rewizjonizm, który występuje w dwóch formach. Widzimy więc z jednej strony rewizjonizm formalny, a z drugiej nieświadomy rewizjonizm idealny, ponieważ dla faszystów przeciwnikiem wciąż pozostawał odwieczny wróg socjalizmu czyli kapitalistyczna biała gwardia. Oczywiście faszyzm był zjawiskiem złożonym i obok marksizmu spotkamy tam szereg innych elementów. A jakie elementy odnajdziemy w dzisiejszym marksizmie, uwolnionym od ekonomizmu, determinizmu i mechanicyzmu? Pozostaje socjologia, która umożliwia traktowanie tej metaforycznej wersji marksizmu w kategoriach naukowych. W wersji tej podkreśla się konflikt między zorganizowaną w partie polityczne oligarchią a „niestowarzyszonymi”. Szerzy się faworytyzm, klientelizm i korupcja. „Nowy proletariat” to ci, którzy nie akceptują tego systemu. Rządzącą oligarchia pozbawia człowieka godności. Walka o sprawiedliwość społeczną rozegra się nie na płaszczyźnie ekonomicznej, lecz etycznej. Wolność nie będzie zależała od pieniądza, lecz od własnych walorów. Zatem bój trwa i „uno spettro s’aggira per l`Europa” (widmo cały czas krąży nad Europą).

Pozostając w Europie mamy szansę przypomnieć sobie o stuletnim Erneście Jüngerze dzięki Józefowi Ludwikowi Ontiverosowi, autorowi eseju „Jünger jako anarcha”. Zanim został anarchą, dzisiejszy nestor literatury niemieckiej w 1925 r. był obok Wernera Sombarta i Giuseppe Prezzoliniego jedną z głównych postaci rewolucji konserwatywnej. Pozostawał pod wpływem m.in. gwałtownego Ernesta von Salomona. W czasopiśmie „Arminius” pisywał wraz z Alfredem Rosenbergiem. Później trafił do redagowanego przez Ernesta Niekischa nacjonalbolszewickiego “Widerstandu”. Pomimo tej różnorodności Jünger zawsze pozostał konserwatywnym rewolucjonistą. Nie kładł on nacisku, jak Sombart, na aspekty ekonomiczne, ani na biologię, na której koncentrował się Giuseppe Prezzolini, podkreślający w swoim „Manifeście Konserwatystów”, że głównym prawem nie jest zmiana, ale utrzymanie, konserwacja. Dla Jüngera konserwatyzm to wyższego rzędu „antyczna radość i szlachetność”. Była ona możliwa dzięki temu, że człowiek posiadał pełny wymiar wewnętrzny, zagubiony w epoce mechanicznych wojen i tyranii mas. Będąc krytycznie nastawiony do narodowego socjalizmu podkreślał, że ceni w nacjonalbolszewizmie Niekischa nastawienie antyburżuazyjne i propracownicze oraz antyokcydentalizm i otwarcie na Wschód. Hitlera uważał za przejściowy fenomen z długotrwałymi skutkami. Był przeciwnikiem „austriackiego przybłędy”, nawet wówczas, gdy w mundurze Wehrmachtu brał udział w II wojnie światowej. Walczył nie za führera, a za Ojczyznę czyli terytorium zamieszkiwane przez organiczną wspólnotę. Jünger był przeciwnikiem ujmowania narodu w kategoriach abstrakcyjnego i opartego na kontrakcie społeczeństwa.

Dla Jüngera jako anarchy najwyższą wartością, bezwarunkową i absolutną jest akcja. Anarcha jest czystym samotnikiem. W przeciwieństwie do anarchistów nie wierzy w naturalną dobroć rodzaju ludzkiego ani w filantropijne utopie i formułki, które mają zbawić świat. Anarcha uznaje dyscyplinę i moralność wojny, dobrze się czuje w lesie, ogniu i górach, gdzie człowiek musi zrzucić socjalną maskę i przypomnieć sobie pierwotne doświadczenia. Nie jest anarcha żołnierzem, kapłanem czy burżujem. „Woli być winnym niż być burżujem”. Kocha niebezpieczeństwo i przegrane sprawy. Anarcha, chociaż samotny, jest otwarty na mit i akcję kreatywną. Samodzielnie musi szukać wartości, bo świat, gdzie wszystko jest oparte na kontrakcie abstrahującym od zaufania i honoru, jest ich pozbawiony. Anarcha żyje destrukcją, ale jej celem nie jest stworzenie lepszego świata. Żyje tylko swoją rebelią, której konsekwencje nie są dla niego szczególnie istotne. Nie jest misjonarzem, pragnącym przekonać lud do jakiejś wielkiej idei. Żegluje po nieznanych morzach w pobliżu bezdennych otchłani. Jest aktywnym nihilistą, zdolnym do powiedzenia „nie” duchowi epoki. Jünger przekształcił arystokratyczną rewolucję konserwatywną w konserwowanie energii życiowej w anarchicznym ujęciu. Odległy od politykowania, poświęcający się botanice, naukom przyrodniczym i antropologii, odwrócił się ze wzgardą od utopii, aby podkreślić znaczenie pojedynczego przeznaczenia każdego człowieka.

ARGENTYNA

DISENSO

W trzecim, już jesiennym numerze kwartalnika (chodzi naturalnie o jesień 1995 r.) Abel Posse snuje rozważania zatytułowane „Czwarty Świat”. Pierwszy Świat zatriumfował i ma aspiracje do rozprzestrzenienia swojego modelu w skali uniwersalnej. Drugi Świat był szary, ale zapewniał swoim mieszkańcom skromne bytowanie, jak w klasztornej klauzurze. Teraz miliony byłych obywateli radzieckich znalazły się w Trzecim Świecie, zamieniając nieciekawy żywot na coś jeszcze gorszego. Stalinizm został sprywatyzowany przez mafie, prywatyzacji uległa również korupcja. Nie ma dzisiaj polityków ani myślicieli, którzy wiedzieliby, co zrobić z masami ludzi sfrustrowanych i nie wierzących w lepszą przyszłość. Nie słuchają Bacha, nie wgłębiają się w Arystotelesa, nie wnikają w zawiłości prozy Prousta. Gromadzą się przed urzędami d/s zatrudnienia, ale z daleka omijają lokale partii politycznych. Zachód cały czas ich poucza, że życie polega na produkowaniu i wygrywaniu. Czują się zmarginalizowani i łączą się w młodzieżowe bandy. Nie lepszy jest los emerytów, samotnych w wielkich miastach i stanowiących mięso dla geriatrów. Wszyscy, którzy nie znajdują dla siebie miejsca, tworzą Czwarty Świat. Należy do niego rencista z Buenos Aires, bezrobotny z Ghany i żebrak z Nowego Jorku. (Niektórzy ograniczają Czwarty Świat tylko do odrzuconych w najlepiej rozwiniętych krajach – red.). Rządzące elity nie mają dla tych ludzi żadnych propozycji.

W dominujących w skali globu państwach obywatele są zagubieni i nie wiedzą, w którą stronę mają się udać. Niemiecki teolog z Tybingi Hans Küng podkreśla, że najpowszechniejszym uczuciem w ostatnich latach wieku jest znużenie, wszechogarniająca nuda. Człowiek ma prawo do wszystkiego, natomiast nie jest zobowiązany do niczego. Brakuje legendy, mitu, czegoś, co zmuszałoby do wysiłku. Młodzi uciekają w alkohol, decybele i narkotyki. Uprawiają autodestrukcję, bo nie czują się powołani do żadnego heroizmu, żadnej wielkości, szlachetności czy wielkoduszności. Są obywatelami Czwartego Świata, co oznacza pustkę. Nie interesuje ich wypełniona technologią przyszłość. Pogrążeni są w moralnej chorobie końca wieku, który jest jednocześnie zakończeniem pewnego cyklu rozwojowego.

Znany doskonale czytelnikom „Stańczyka” Robert Steuckers przygląda się poglądom Karola Schmitta na temat decyzji, my natomiast przestudiujemy esej znanego meksykańskiego pisarza Jose Luisa Ontiverosa „Diabeł i jego sztuczki”. Tekst jest dedykowany Hotirowi, który jest aniołem stróżem Meksyku. Ontiveros podkreśla, że diabeł i piekło zdecydowanie wyszły z mody, szczególnie po Vaticanum Secundum. Dlatego właśnie olbrzymią karierę mogło zrobić zgrabne sformułowanie z utworu „Przy drzwiach zamkniętych” Sartre’a: „piekło to inni”. Temu określeniu sprzeciwiła się katolicka pisarka Emma Godoy, przypominając Sartre’owi i nam wszystkim, że „piekło to nie są inni, piekło jest wciąż tym samym”. Warto w tym miejscu odwołać się do Baudelaire’a, który uważał, że największym podstępem diabła jest przekonanie ludzi, że szatan nie istnieje. W ten sposób łatwiej mu jest łowić dusze ludzi uformowanych przez modernistyczną czy też postmodernistyczną cywilizację, opartą na kłamstwie, a to przecież właśnie diabeł jest „Księciem kłamstwa”. Widzimy zatem, że współczesna cywilizacja jest jednocześnie ateistyczna i demoniczna. Chociaż nikt nie wierzy w diabła, każdy należy do jego królestwa, gdzie pieniądz jest ważniejszy od wszelkich innych wartości. Dużo na ten temat pisała rumuńska trójca: Ionesco, Vintila Horia i Corneliu Celea Codreanu.

W dzisiejszym świecie pełnym nudyzmu, samotności i demonicznej polityki królują małe literackie diabły, traktowane jak święte krowy i kapłani. Opanowany przez demony tłum oddaje im cześć. Ponieważ nie istnieje już “immanentnie perwersyjny” świat komunistyczny, niepodzielnie rozpościera się „immanentnie banalna” cywilizacja konsumpcyjna. W cywilizacji tej nikt nie jest w stanie prowadzić prawdziwej wojny duchowej, ponieważ jest pacyfistą, półdiabłem lub biednym diabłem. Także Meksyk jest w szponach szatana. Opiekuńczy Hotir buja gdzieś w swoim niebiańskim hamaku, pozwalając na mordowanie dwóch meksykańskich monarchów: Augustyna I i Maksymiliana Habsburga. Diabeł, który opętał Meksykanów jest szczególnie paskudny, zupełnie pozbawiony pięknej lucyferycznej pychy. Powoduje to, że Meksykanie coraz bardziej się degradują, oddając się bez reszty futbolowi, “wrześniowym fiestom” i Meksykankom – zbyt obfitym, a jednocześnie ubranym w ciasne stroje. Hotir patrząc na to musi czuć mdłości (podobnie jak autor, który niewątpliwie jest bardzo wymagający dla swego narodu – red.). Wszędzie widzi się jakieś szczurze opętanie i właściwie naród już nie istnieje. Jedyne co pozostaje, to udać się rankiem do ołtarza w Pocito i prosić Dziewicę z Guadalupe, aby anioł powrócił w godzinie Apokalipsy.

Oczekując na tę chwilę przyjrzyjmy się wraz z Edwardem Pinzanim „Współczesnej architekturze jako negacji sacrum”. Otóż zawsze było tak, że architektura wyrażała ducha tradycji, dostosowanego do czasu i miejsca. Renesans i barok przyniosły ze sobą nową jakość. Bezpowrotnie zagubił się właściwy dla gotyckich kościołów symbolizm, zanikła sztuka tworzenia witraży i święta przestrzeń przekształciła się w kicz, gdzie sprzedaje się pamiątki dla turystów. Zaledwie nieliczne wyjątki (np. barokowy klasztor kartuzów w Sewilli) nie poddają się tej regule. Frithjof Schuon napisał: “W gotyckiej katedrze jednostka jest w centrum Universum. W katedrze barokowej jest tylko w Europie”. Epoka ziemskiej ostentacji może jedynie płodzić kościoły dla profanów. Czymś takim są świątynie-szopy kwakrów i mormonów. W wieku XVIII straszliwa wspaniałość stylu francuskiego gubi wszelki symbolizm, parodiując sztukę grecką, co ma oznaczać „naturalizm”. Paradygmatami tej tendencji są Fontainebleau i Wersal. Kamień ustępuje miejsca żelazu. Widać to wyraźnie w budowanych przez porewolucyjną burżuazję hotelach, budynkach publicznych i letniskowych. Architektura jest coraz bardziej użytkowa. Kto jeszcze pamięta, że kolumna jońska lub koryncka przedstawiają oś ziemi, drzewo kosmiczne, drzewo życia, Yggdrasil? Kiedy nie potrafimy już odczytać znaczenia symboli, stają się one ozdóbkami bez znaczenia i budowniczowie rezygnują z nich.

W XX wieku największym architektem jest Gaudi, przedstawiciel katalońskiego modernizmu popierany przez sporą część katalońskiej burżuazji o orientacji katolickiej i liberalno-masońskiej. Tendencja modernistyczna, nie zrywająca radykalnie z przeszłością, w Austrii i Niemczech nosi nazwę Jugendstil, we Francji Art Nouveau, a we Włoszech Liberty. Wyzwanie tradycji zostało rzucone w 1925 r. na wystawie sztuk dekoracyjnych w Paryżu. Rodzi się tam Art Deco, sztuka pozbawiona wszelkich metafizycznych odniesień. Obok niej należy postawić radziecki konstruktywizm i prokapitalistyczny racjonalizm Le Corbusiera i CIAM (Międzynarodowy Kongres Architektury Nowoczesnej). Nie zapominajmy też o holenderskim neoplastycyzmie i puryzmie geometrycznym Miesa van der Rohe. Wszystkie te kierunki przynoszą degenerację architektury. Jest ona już tylko prostym formalistycznym ozdobnikiem, pozbawionym symboli. Tylko czysta forma: kwadraty i trójkąty (trójkąt jest symbolem masońskim, więc może jednak ta architektura niesie jakieś przesłanie? – red.). Symplifikacja budowli obniża koszty ich konstrukcji. Według Le Corbusiera „dom jest maszyną do mieszkania” i widzimy takie maszyny w Marsylii i Ville Radieuse, gdzie każdego ranka mieszkańcy biorą ożywczą kąpiel w betonie. W jego dziełach możemy odnaleźć skłonność do symbolicznego gnostycyzmu (a więc jednak nie da się uciec od symboli – red.). Być może bierze się to stąd, że sponsorem zorganizowanego w Atenach w 1930 r. pierwszego kongresu wspomnianej CIAM, której przewodniczył właśnie Le Corbusier, był nie kto inny jak Rockefeller –jeden z „architektów” współczesnego świata. W świecie tym jest coraz więcej porozciąganych miast bez centrum, gdzie szklane wieżowce połączone są nadziemnymi lub podziemnymi autostradami.

Wszystkie te tendencje nie cieszyły się w Europie wielką popularnością przed II wojną światową. Po 1945 r. demoludy przeżyły inwazję architektury stalinowskiej, a na zachód od Łaby zwyciężył model racjonalno-amerykański. W wielu miastach europejskich przedmieścia zbudowane są pod dyktando Jankesów. Paryskie banlieu jest tu może najbardziej znaczącym przykładem. Przykład amerykański jest niszczący dla architektury i w ogóle kultury europejskiej. Nie ma szans na to, aby zwycięzcy Jankesi ulegli czarowi europejskiej kultury, jak to było w przypadku Rzymian zafascynowanych dorobkiem Greków. Są oni dla Europy tym, czym Hiszpanie byli dla Azteków. Po prostu chcą zniszczyć kulturę europejską po to, by zastąpić ją swoją. Synteza jest niemożliwa z powodu zbyt dużych różnic. Toczy się prawdziwa wojna o tożsamość i przeznaczenie. Zza Atlantyku napiera kultura boga Merkurego, wspomaganego przez archaniołów Ilości i Pieniądza. Szerzą oni zniszczenie, nudę, monotonię, brudy i profanację. Będąca ich produktem antyarchitektura jest odzwierciedleniem martwego społeczeństwa. Tworzą je ogłupiałe masy prowadzone przez nielicznych, którzy „wiedzą”. Dążenie do reprodukowania modelu amerykańskiego ad infinitum prowadzi nas do królestwa Lewiatana. Na naszych oczach dokonuje się przyłączenie do tego państwa południowo-wschodniej Azji. Siły antyspirytualne są w ciągłej ofensywie. Aby im się przeciwstawić musimy nawiązywać do dorobku przodków. Niech natchnieniem będą dla nas muzułmańskie budowle Grenady i Kordoby, niemiecko-skandynawski Fachwerk, katedra w Sienie, tajlandzkie świątynie, domy Maorysów e tutti quanti. We współczesnym świecie, jak rzadkie ptaki, błyszczą samotnie dzieła Gaudiego i Franka Lloyda Wrighta. Pozostała współczesna architektura przekształca człowieka w humanoidalną maszynę, jednowymiarowe zwierzę demokratyczne, podporządkowane bez reszty Rockefellerom, Morganom i Rotschildom i potrafiące uwierzyć w każdą bzdurę.

Bynajmniej nie bzdury wypisuje Albert Buela. Analizuje on różne „Aspekty świata homogenicznego”. Jednym z tych aspektów jest egalitaryzm. Zaakcentowany szczególnie dobitnie w trakcie Rewolucji Francuskiej, znalazł swój wyraz na płaszczyźnie ekonomicznej w liberalizmie, a na płaszczyźnie socjalnej w marksizmie. Nieuchronnie prowadzi on do ateizmu (Bóg przecież ex definitione jest kimś wyższym) oraz pod hasłem kształtowania „autentycznego człowieka” do produkcji homunkulusów. Homogenizacja świata będzie oznaczać podporządkowanie całej ziemi globalnemu totalitaryzmowi. Standaryzacja naszej planety (następny aspekt homogenizacji) dokonuje się na płaszczyźnie językowej. Atak angielszczyzny śmiało można porównać do bombardowań II wojny światowej, powietrznych nalotów na Wietnam, Irak czy Malwiny. Obrona staje się bezpłodna, ponieważ już stary Hegel wiedział, że „ilość przechodzi w jakość” i ostrzeliwanie przez 24 godziny na dobę musi wytworzyć nową jakościowo sytuację.

Świat standardowy ze świętego czyni kanonika, bohatera przekształca w żołnierza (żołnierz od żołdu), geniusza w bibliotecznego szczura, artystę w snoba, a rzemieślnika w technika. Zestandaryzowany człowiek kupuje standardowe produkty i nie odnajdzie zagubionej indywidualności w standardowych mieszkaniach. Tworzący się na naszych oczach Nowy Wspaniały Świat charakteryzuje się jeszcze jedną cechą, określaną przez Jankesów słowem „light”, które w tym kontekście należałoby chyba przełożyć na polskie „luźny, lekki”. Mamy więc papierosy light, kawę light, takąż gumę do żucia, odtłuszczone mleko, dżinsową modę light albo light brodę aktora Mike’a Rourke. Substratem ideologicznym tego świata light jest soft-ideologia, wykluczająca istnienie prawdziwych konfliktów, które mają być zastąpione negocjacjami. Wszystko da się uzgodnić tak, aby zaspokoić interesy wszystkich lobbies i nie zachwiać prymatu ekonomii nad polityką. Takie jest przesłanie sztandarowego publicysty Nowego Świata Fukuyamy, wieszczącego triumf „kultury uniwersalnej konsumpcji i upowszechnienie zachodniej demokracji liberalnej jako ostatecznej formy ustroju”.

W przypadku Meksyku ten triumf może być dosyć łatwy ze względu na meksykańskie kompleksy, a przede wszystkim „Kompleks Malinche”, o którym pisze Ruben Salazar Mallen. Malinche była indiańską kochanką i tłumaczką Corteza, która urodziła pierwszego nowożytnego Meksykanina. Ta sytuacja jest praprzyczyną przekonania o wyższości i lepszości tego, co zagraniczne nad swojskim, które jest słabsze i ulega jak tubylka brodatemu konkwistadorowi. Co pozostało w świadomości z dorobku przedkolumbijskiego Meksyku? Legenda o Ouetzalcoatlu, pieśni Nezahualcoyotla i „Chilam Balam” Majów. Podbój pozbawił mieszkańców Meksyku dumy z własnej tożsamości i odrębności. Zupełnie inaczej było w przypadku Hiszpanii, okupowanej przez Rzymian i Arabów, czego efektem było wykształcenie się najdumniejszego i najbardziej pysznego narodu świata, zapatrzonego w siebie. Meksyk natomiast jest zapatrzony w obcych, od których czerpie wzorce. Ksiądz Hidalgo doszedł do wniosku, że przyszedł czas na niepodległość wskutek lektury francuskich książek. Francuskie idee były przeszczepiane na obcy im grunt, przy czym zapominano, że kultura nie może być imitowana. Ona musi być odczuwana. Naturalnym zjawiskiem była rewolucja 1910 r., zainicjowana przez czynniki miejscowe bez zagranicznej inspiracji. Później jednakże dominowali ci, którzy chcieli imitować bolszewików. Do głosu znowu doszedł stłumiony na parę lat kompleks Malinche.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»