«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 28 (1996)

06.16.17 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW” NR 28 (1996)

NIEMCY

FRAKTUR

Pismo katolickich tradycjonalistów, nie stroni od tematów politycznych. W jednym z zeszłorocznych numerów Frank Ridley zajmuje się agenturą CIA w Europie Zachodniej. W1994 roku brytyjski dziennikarz i członek redakcji lewicowego „Guardiana” Richard Gott został zdemaskowany jako długoletni informator KGB. W jakiś czas potem Peregrine Worsthorne z konserwatywnego „Sunday Telegraph” ujawnił, że otrzymywał różne prezenty od finansowanego przez CIA „Kongresu na rzecz Wolności Kulturalnej”. „Kongres” działał szczególnie aktywnie w latach pięćdziesiątych organizując konferencje i sympozja, na których występowali antykomunistyczni intelektualiści. Wydawał także kilka czasopism. W Niemczech był to „Der Monat”, którym kierował Melvin J. Lasky (najpierw człowiek Office of Strategie Services, a później CIA będącą następczynią OSS), w Anglii „Encounter” , w Austrii „Das Forum”, we Włoszech „Tempo Presente”, we Francji „Preuves”.

Ridley pisze, że korzenie Office of Strategie Services sięgają roku 1941, kiedy to prezydent Roosevelt mianował pułkownika Williama Donavana dyrektorem agencji propagandowej Office of the Coordinator of Information, której głównym zadaniem było urabianie amerykańskiej opinii publicznej tak, aby przychylniej odnosiła się do przystąpienia USA do wojny. W OCI zatrudnieni byli znani dziennikarze i publicyści. W 1942 roku OCI zostało przebudowane: propagandę wewnętrzną przejęło Office of War Information. Natomiast szpiegostwo poza granicami kraju i „czarna propaganda” przypadły OSS. Według Ridleya współpracownikami OSS byli m.in. Arthur Goldberg (później sędzia Sądu Najwyższego i ambasador USA przy ONZ), słynny reżyser filmowy John Ford, Paul Sweezy (marksista, wydawca „European Political Report”), Walt Rostow (później doradca prezydenta Johnsona), John Birch (działał w Chinach, zginął pomagając oddziałom Mao-Tse-Tunga; nie wiadomo dlaczego uznano go za męczennika „antykomunizmu”), Herbert Marcuse (przedstawiciel Szkoły Frankfurckiej, mentor rewolty studenckiej 1968 roku), Robert M. W. Kempner (jeden z oskarżycieli w Norymberdze i w tzw. Wilhelmstrasseprozess), Hans Hirschfeld (później szef kancelarii rządu w Berlinie Zachodnim w okresie Willy Brandta, pracował także dla wywiadu sowieckiego). OSS wspierało komunistyczną partyzantkę na całym świecie, pomagało Mao-Tse-Tungowi, Ho-Chi-Minhowi i Tito. Biuro zostało rozwiązane we wrześniu 1945 roku. W1947 roku powołano do życia Centralną Agencję Wywiadowczą, w której znalazło się wielu współpracowników OSS. Jednym z agentów CIA był Jay Lovestone (właściwie Jacob Liebstein), który kierował jedną z trockistowskich partii w USA. Najpierw był agentem OSS a potem CIA. To on po 1945 roku koordynował przekazywanie funduszy od amerykańskich związków zawodowych AFL-CIO na rzecz odbudowy związków zawodowych w Europie. Lovestone i jego ludzie mieli za zadanie wpływać na skład kierownictwa europejskich związków zawodowych. Ridley jest zdania, że związki zawodowe, środowiska polityczne i kulturalne Europy Zachodniej po 1945 roku były w bardzo dużym stopniu nasycone amerykańską agenturą.

W tym samym numerze znajdziemy również zapiski węgierskiego księdza prof. dr. Adalberta Majtenyi‘ego (1907-1992), który zawsze twardo bronił Kościoła i prawd religii katolickiej przed wrogami – najpierw przed narodowymi socjalistami, potem przed komunistami a od lat sześćdziesiątych, kiedy zamieszkał w Austrii, przed posoborowymi neomodernistami. Majtenyi uważał, że “oryginalność” Drugiego Soboru Watykańskiego polegała na zanegowaniu wcześniejszych form i treści religii katolickiej. Budowa nowego Kościoła Soborowego jest już ukończona; nowi kapłani są całkiem innymi ludźmi. Nie rozumieją starego kleru i nie chcą go rozumieć. Kościół przedsoborowy stoi w sprzeczności z nowym pojęciem Kościoła. Jest tak, jakby Kościół sprzed 1965 roku był Kościołem fałszywym! Dlatego właśnie ekskomunikowany został abp Lefebvre: ponieważ tak niezłomnie trzymał się pierwotnej wiary. Dalej pisze ks. Majtenyi, że „ekumena”, która ma zastąpić prawdziwą religię, nie pasuje do żadnej religii; w każdej religii jest ciałem obcym. We wspólnocie z innymi, „konkurencyjnymi” religiami, także własna ponosi klęskę. Próba stworzenia wspólnoty w dziedzinie religii jest psychologicznym i logicznym absurdem. Nieuznawanie roszczenia do prawdy Kościoła katolickiego prowadzi dziś do całkowitego odwrócenia stosunków: katolikowi wolno dziś wierzyć w to, w co kiedyś wierzyli liberałowie, wolnomyśliciele czy sekciarze. To, co czynili Mindszenty, Stepinac, Beran czy też papieże – męczennicy wczesnego chrześcijaństwa byłoby dzisiaj czymś bezsensownym. Nie miałoby żadnego sensu oddawanie życia za dzisiejszy Kościół Soborowy, ponieważ taki Kościół nawet przez Diabła nie jest prześladowany. Ale prawda nie może zostać zlikwidowana – i rzeczywiście jest prześladowana. Kto walczy przeciw „nowej” wierze Kościoła Soborowego i trwa przy starej prawdzie tak jak abp Lefebvre, ten zostaje “ekskomunikowany”! Kościół Soborowy jest Kościołem zdemokratyzowanym a demokratyzacja to nic innego jak zwrot „na lewo”, czyli innymi słowy obniżenie poziomu. To, co szlachetne, dystyngowane, wytworne, inteligentne nie jest uwzględniane przy kształceniu księży. W zdemokratyzowanym Kościele, w którym nikt nie chce się uczyć, każdy wszystko rozumie i wszyscy o wszystkim dyskutują, nie ma miejsca na kulturę, także na kulturę grecko-rzymską, bo nie ma miejsca na „elitarność” i nikt nie może być „dyskryminowany”. W Kościele Soborowym tendencja taka pojawia się nie tylko w liturgii, ale także w teologii i w całym stylu życia.

AUSTRIA

DIE WEISSE ROSE

jest świetnie redagowanym i niezwykle interesującym czasopismem austriackich konserwatystów. Od niedawna jego środowisko przyjęło status partii politycznej, której czołowi działacze wywodzą się z nurtu dysydenckiego w łonie Austriackiej Partii Ludowej (jest to austriacka odmiana chadecji, sparaliżowanej niestety ugodowym kursem wobec socjaldemokracji). Kwartalnik ten określa się jako „czasopismo przeciw duchowi czasu”. Numer 2/95 przynosi cały szereg ciekawych artykułów i analiz. Miłośnicy historii mogą przeczytać o zwycięstwie reakcji w 1848 roku, a także o sprzysiężeniu jakobinów w 1794, inny artykuł, pod tytułem „Sprzysiężenie jakobinów 1995” omawia serię zamachów dokonanych za pomocą wybuchających listów w latach 94-95. Interesujące są analizy dotyczące czasów współczesnych. Mateusz Thun- Hohenstein przedstawia sytuację Austrii jako kraju opanowanego przez nieudolną lewicowo-liberalną oligarchię, która swój kraj traktuje jak łup do podziału i skłania się ku totalitaryzmowi. Autor wzywa chadecję do zerwania politycznej współpracy z socjalistami oraz do przyjęcia nowego prawicowego programu. Podobnie Ronald Schwarzer piętnuje centrolewicowe oblicze Partii Ludowej i obnaża mechanizmy, które prowadzą w niej do utrącania kandydatury każdego konserwatywnego działacza.

Albert Pethö snuje rozważania na kanwie 50 rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej pod znamiennym tytułem „Europa w ruinie”, zwracając uwagę na ideologizację i instrumentalizację austriackiej historii XX wieku. Twierdzi on, że jądrem austriackiej tożsamości jest katolicyzm i duch habsburski, wszystko inne nie liczy się. Przykładem pozytywnej sylwetki polityka jest portret polityczny Józefa Klausa, chadeckiego ministra finansów w latach 1961 -63, a następnie kanclerza Austrii od 1964 do 1970 r. Była to era świetności jego partii. Klaus myślał kategoriami racji stanu, a nie interesu partyjnych funkcjonariuszy. Jego wizja polityczna sięgała dalej, podjął próbę przywrócenia swojej partii katolickiego oblicza światopoglądowego, pragnął pozyskać osobę Ottona von Habsburga jako siły politycznej służącej dobru kraju, lansował katolicyzm polityczny. Zwalczał pojawiające się lewicowe tendencje w łonie chadecji. Jego projekt określano nawet terminem „austro-gaullizmu”. Rok 1968 przyniósł wzrost fali nastrojów lewicowych, a rok 1970 wyborczą klęskę chadecji, do czego przyczyniły się też i wewnątrzpartyjne tarcia. Z dzisiejszego punktu widzenia, można żałować, że Józef Klaus wykluczył możliwość koalicji z liberałami, a socjaliści posiadali tylko względną większość, lecz taki układ kłócił się z jego poglądem, że najsilniejsza partia powinna wyłonić kanclerza. Historia pokazała, że taka rycerska postawa wobec socjalistów Kreisky’ego była błędna. Klaus wycofał się w sferę życia prywatnego, w 1995 roku obchodzono jego 85 urodziny.

Amatorzy tematyki religijnej znajdą w omawianym numerze trzy ważne artykuły na temat sytuacji Kościoła w Austrii. Profesor Wolfgang Waldstein w swoim artykule „Kościół w rozbiórce” analizuje drogę, którą przebył Kościół od „otwartości” do ślepej uliczki. Wydarzenia minionego roku ujawniły wyraźny zarys „nowego Kościoła” uwolnionego od więzi z Rzymem, z własnymi dogmatami, określającego się jako otwarty i z własną para-hierarchią swoistej republiki rad. Ów twór nie potrzebuje już biskupów dających wskazania, a główny nurt życia płynie od bazy ku górze, jak w każdej demokracji. Najgorsze, że przedstawiciele tego kierunku usadowili się już mocno w oficjalnych strukturach Kościoła, przejęli od Marcuse`go jego pojęcie tolerancji na rzecz oczywiście tylko postępowych tendencji, które zakładają nietolerancję wobec konserwatyzmu. Co jest postępowe, a co konserwatywne orzekają “nieomylni mędrcy” sami. Autor przytacza tu wynik analizy dokonanej przez Eryka Vogelina już w 1952 roku: „Totalitaryzm jako egzystencjalne panowanie gnostycznych aktywistów jest końcową formą postępowej cywilizacji”.

W tym miejscu należy pokrótce przypomnieć wydarzenia, które poruszyły austriackich katolików w 1995 roku, omówione w dodatkowych biuletynach informacyjnych „Die Weisse Rose”. Arcybiskup Wiednia ks. Hans Hermann Groer, mianowany na to stanowisko przez papieża w 1986 roku z zamiarem korekty wewnątrzkościelnego kursu zbaczającego na lewo, od początku urzędowania wystawiony na niewybredne ataki lewicowo-liberalnych mediów, stał się przed samą Wielkanocą obiektem ohydnej kampanii, nie mającej dotąd w Austrii precedensu. 27 marca 95 r. tygodnik „Profil” wyciągnął historię 37 letniego byłego seminarzysty, który w czasach szkolnych był rzekomo seksualnie wykorzystywany przez obecnego arcybiskupa. Rozpoczęła się prawdziwa nagonka na człowieka, w której wzięły udział wszelkie media. Ta niby wolna i niezależna prasa nagle zgodnym chórem rozpętała histerię, której celem był nie tylko sam ks. arcybiskup, ale też sama idea celibatu, jako źródło wszelkiego zła. W tej atmosferze prysł nastrój przygotowań do Świąt Wielkanocnych. Następne wydarzenia pokazały, że była to tylko uwertura do właściwej rozgrywki. Po takim podgrzaniu atmosfery przystąpiono do właściwej batalii jaką było przeprowadzenie swoistego referendum w sprawach Kościoła – „Kirchenvolksbegehren”. Postępowi aktywiści mieli przygotowane pięć postulatów, pod którymi rozpoczęli akcję zbierania podpisów. Chodziło o zatarcie różnicy między klerem a laikatem oraz współudział świeckich w wyborze biskupów, dalej dopuszczenie kobiet do stałego diakonatu i święceń kapłańskich, pozostawienie celibatu wolnemu wyborowi duchownego, poluzowanie zakazów w dziedzinie życia seksualnego oraz stosowania środków antykoncepcyjnych, a na koniec więcej zrozumienia dla ludzkich słabości zamiast straszenia karą za grzechy. Jak widać jest to czytelny kurs na rozkład moralności i dyscypliny kościelnej. Nakręcone media z ochotą ruszyły do kampanii propagandowej za podpisywaniem postulatów. Grupa inicjatywna progresistów miała reklamę za darmo. Nie zabrakło “autorytetów moralnych” spieszących z poparciem. W ośmiomilionowej Austrii zebrano ponad 500.000 podpisów, co odtrąbiono jako wielki sukces. Austriaccy konserwatyści skupieni wokół „Die Weisse Rose” odpowiedzieli kampanią zbierania podpisów pod przeciwnymi postulatami, domagając się odrzucenia wszelkich form demokratycznego współdecydowania przy obsadzaniu stanowisk biskupów, ścisłego przestrzegania celibatu, przywrócenia obowiązku noszenia szat duchownych przez kler, odrzucenia dążeń do kapłaństwa kobiet oraz zwolnienia teologów i katechetów szerzących herezje. Ta akcja nie mogła oczywiście liczyć na żadne poparcie mediów. Jesteśmy świadkami morderczej walki o panowanie nad Kościołem w Austrii, gdzie chodzi nie tylko o rząd dusz, ale też o majątek i finanse Kościoła, które wpadłyby w ręce funkcjonariuszy, wywodzących się z „aktywnego laikatu”. Sam biskup byłby już tylko marionetką.

W omawianym numerze czasopisma godny uwagi jest też artykuł ks. dr. Franciszka Ehgartnera, który ze spokojem po kolei udowadnia, sprzeczność ostatnich postulatów modernistów z podstawowymi dokumentami II Soboru Watykańskiego. Artykuł nosi tytuł „Biskupi i podpalacze” i nie szczędzi słów krytyki postępowemu skrzydłu episkopatu, które ze zrozumieniem lub wręcz aprobatą odniosło się do idei referendum, z podziwem przyjęło wynik i szykuje się na serio do dialogu. Autor cytuje wypowiedzi, które padały już wcześniej z biskupich ust, że „Eucharystia musi być jak wagon restauracyjny w Intercity, dla wszystkich dostępna” albo „To, co od bazy wychodzi jest dobre”, czy też „nie musi być tak na wieki, aby ksiądz był bezżenny”. Progresiści szermują hasłem o „prawie wspólnoty do Eucharystii” (w podtekście: znieśmy rygory, a będzie więcej księży), o dziwo jakoś nie mówi się o prawie wiernych do sakramentu pokuty. W sumie, przy 10% praktykujących, księży jest dostateczna ilość, a mając samochód można wybrać sobie Mszę św. o dowolnej porze. Należy się raczej modlić nie o wielu kapłanów lecz o świątobliwych kapłanów.

Godny uwagi jest też artykuł Ernsta von Ehrenburga „O próbie polityki ustępstw”, będący krytycznym uczczeniem 90-tych urodzin kardynała Franciszka Königa, jednego z czołowych progresistów na ostatnim soborze, w latach 1965-1980 kierownika watykańskiego Sekretariatu d/s Niewierzących. Kardynał był czołową postacią Kościoła w Austrii, na którym odcisnął wyraźne piętno, mówi się, że wiele nominacji biskupich zależało od jego wpływu. W polityce stosował zasadę równego dystansu od wszystkich partii politycznych, a Partia Ludowa od lat 70-tych nie mogła już liczyć na poparcie kościoła.

STANY ZJEDNOCZONE

CHRONICLES. A MAGAZINE OF AMERICAN CULTURE

W numerze pierwszym (1995) najlepszego konserwatywnego czasopisma amerykańskiego poświęconym głównie problemowi przestępczości Samuel Francis w artykule „Planetarny glina” pisze, że FBI otworzyła swoje biuro w Moskwie, które jest już jej 22-gim biurem za granicą. FBI na całym świecie pragnie zwalczać „przemytników narkotyków, terrorystów, przestępców w białych kołnierzykach, zwolenników etnicznych czystek, staruszków, którzy byli przed laty dozorcami w Dachau, białych rasistów odmawiających szpiegowania dla Biura d/s Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej, domowych palaczy tytoniu, nielicencjonowanych religijnych fanatyków, posiadaczy broni palnej, którzy kupują więcej niż jeden pistolet w miesiącu, biznesmenów osuszających bagna na swoim terenie oraz innych nieprzyjemnych i niebezpiecznych ludzi, których niegodziwość jest tak rozpowszechniona na całym świecie, że jej zwalczanie przekracza możliwości małych, biednych, suwerennych państw”. Dyrektor FBI Louis Freeh mówi o “początku globalnej strategii przeciw zorganizowanej przestępczości”. Tak oto powstaje „teoria o szeroko rozgałęzionym spisku przestępców przeciw cywilizacji”. Już dawno stało się jasne, że po upadku ZSRR architekci Nowego Porządku Światowego poszukują nowego wroga. Saddam Hussein był i od czasu do czasu bywa nadal użyteczny dla mobilizacji oddziałów wojskowych, kiedy urzędujący prezydent potrzebuje szybkiej wojny, która może przysporzyć mu głosów w wyborach. Ale Hussein i podobni doń hitleroidzi nie mogą być wystarczającym usprawiedliwieniem dla długofalowego planowania globalnych potrzeb Lewiatana. Nie nadają się też do tego celu rozmaite kartele narkotykowe, terrory-styczne gangi czy też tajne stowarzyszenia nazistowskich zbrodniarzy wojennych spiskujących, aby za-władnąć planetą w przyszły czwartek, ani inne czarne charaktery, przy pomocy których manipuluje się masami, aby uwierzyły, że wciąż mamy groźnych wrogów i dlatego potrzebujemy megapaństwa, aby nas przed nimi broniło. Ale jeśli zebrać wszystkie czarne charaktery razem, nazwać je „zorganizowaną przestępczością”, to można wówczas dość łatwo przekonać masy, że potrzebne jest wzmocnienie władzy rządu na skalę globalną, bo tylko wówczas władza może kontrolować, powstrzymywać i obronić nas przed “zorganizowanymi przestępcami”. Wizja zorganizowanej na skalę globalną przestępczości będącej „zagrożeniem”, wobec którego USA i inne państwa muszą mobilizować swoje zasoby odpowiada interesom podstarzałych, zawodowych „zimnowojennych wojowników” i elity menedżerów od bezpieczeństwa państwa, którzy pod nieobecność zagrożeń byliby zmuszeni szukać sobie innego zajęcia. Dlatego np. Roy Godson i William Olson z National Strategy Information Center napisali, że “globalna sieć przestępczych gangów nadaje mobilność, efektywną infrastrukturę komunikacyjną międzynarodowym powiązaniom przestępczego biznesu”. Ale, pisze Francis, międzynarodowa przestępczość nie jest niczym nowym – znana jest we współczesnym świecie przynajmniej od czasu piratów z Karaibów w XVII i XVIII wieku – i w żadnym razie nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla centralizowania władzy policyjnej w nowe ponadnarodowe struktury. Piraci zwalczani byli przez floty i obywateli suwerennych państw i nikomu nie przyszłoby do głowy, że konieczne jest powoływanie do życia nowych struktur ponadnarodowej biurokracji wykonującej funkcje, które mogły z powodzeniem wykonywać rządy poszczególnych państw.

Ale, co oczywiste, usprawiedliwione zatroskanie zorganizowaną przestępczością nie jest jedynym, a może nie jest nawet rzeczywistym powodem tworzenia globalnej policji. O co chodzi, łatwo można wywnioskować z wypowiedzi senatora Johna Kerry brzmiącej jak wstępniak redaktora „National Review“ z lat pięćdziesiątych medytującego na temat komunizmu: „Zagrożenie dla naszych interesów ze strony zorganizowanej, między-narodowej przestępczości jest o wiele bardziej poważne niż sądziliśmy. Zorganizowana przestępczość to nowy komunizm, to nowe monolityczne zagrożenie Rzecz jasna, zorganizowana przestępczość w żadnym sensie nie jest „groźnym monolitem”. Jest raczej luźnym konglomeratem gangsterów szukających łatwych pieniędzy, którzy nawet częściej skaczą sobie do gardła niż amerykańscy kongresmeni i senatorowie. Ale jest rzeczą wygodną ukazywanie międzynarodowej przestępczości jako „monolitu”, ponieważ wówczas konieczne staje się istnienie tak samo monolitycznej, globalnej biurokracji, która będzie ją zwalczać. Ten ponadnarodowy monolit jest właśnie tym, co ludzie tacy jak senator Kerry widzą jako część aparatu rządzącego Nowego Porządku Światowego. Dla embrionalnego rządu światowego jest rzeczą pożądaną posiadanie własnych sił policyjnych. Prawne podstawy dla globalnego wymierzania sprawiedliwości zostały już stworzone poprzez konwencję ONZ-u o ludobójstwie i zdefiniowanie różnych „międzynarodowych przestępstw”. ONZ powołała już trybunały do osądzenia zbrodni popełnionych na Bałkanach i w Rwandzie. Jest sprawą oczywistą, że to, czego poszukują architekci globalnej policji to nie jest rzeczywista sprawiedliwość lub rzeczywiste bezpieczeństwo, ale precedens, wyrazisty przypadek, w którym okrucieństwa rozpalą publiczną wyobraźnię do tego stopnia, że pozalegalna interwencja „społeczności międzynarodowej” będzie usprawiedliwiona i stanie się modelem dla przyszłych, już rutynowych interwencji. Globalizacja władzy policyjnej jest przedłużeniem nacjonalizacji władzy policyjnej, do której od lat trzydziestych w USA dążyła menedżerska lewica. Jednym ze stałych narzekań liberałów w odniesieniu do J. Edgara Hoovera jest to, że „ignorował” on lub „zaprzeczał istnieniu” zorganizowanej przestępczości w USA. Dziś większość Amerykanów, także konserwatystów podziela tę opinię. Być może Hoover nie wszystko robił jak należy, ale u podstaw jego postępowania wobec „zorganizowanej przestępczości” leżał zasadniczy sprzeciw wobec centralizacyjnego trendu państwa narodowego. Hoover był zdania, że zwalczanie przestępczości jest przede wszystkim sprawą władz stanowych i lokalnych a FBI powinna udzielać im pomocy technicznej i pokazywać model wysokiego profesjonalizmu. Organizatorzy krucjaty przeciw „zorganizowanej przestępczości” pochodzili z politycznej lewicy. Ich krucjata wykorzystywała sensacyjny wymiar “zorganizowanej przestępczości” w celu uzyskania poparcia dla projektów rozszerzania władzy policji federalnej. We wczesnej erze Hoovera FBI mogła interweniować w miastach i stanach tylko w tej mierze, w jakiej dziś USA mogą interweniować w Rosji czy Rwandzie. Żądanie „zwalczania zorganizowanej przestępczości” zredukowane zostało w końcu do prostego żądania, aby odsunąć na bok władze lokalne i stanowe jako skorumpowane i nieudolne i aby zastąpić je federalną władzą megapaństwa z tak charakterystyczną dla rozdętej biurokracji kompetencją i uczciwością. I taki sam postulat pojawia się i dziś. Sędzia Freeh powiedział w senacie: „Trzeba zrobić więcej, ponieważ nie możemy sobie dziś pozwolić na ten sam rodzaj błędów, które popełnione zostały w przypadku zagrożenia lalą gangsteryzmu w latach dwudziestych i trzydziestych”. Istnieje więc dokładna paralela między dążeniem do nacjonalizacji sił policyjnych kilkadziesiąt lat temu, której sprzeciwiał się Hoover a obecnym dążeniem do globalizacji tych samych funkcji rządu. Ale ani „wojna” przeciw zorganizowanej przestępczości prowadzona przez rząd federalny od lat dwudziestych ani obecna „wojna” przeciw międzynarodowej przestępczości nie są tak naprawdę skierowane przeciw przestępczości. Obie te „wojny” to tylko prze-jaw dążenia do centralizacji władzy – najpierw na szczeblu federalnym przeciw stanom, miastom i gminom, dziś na płaszczyźnie globalnej przeciw suwerennym państwom narodowym – w rękach biurokratycznych elit, które zyskawszy umiejętności i technologie pozwalające im oderwać się od własnych narodów i kultur pragną sięgnąć po autonomiczną władzę na skalę planetarną. Nie ma jednak żadnego dowodu, że centralizacja sił policyjnych przyniesie lepsze efekty przy zwalczaniu przestępczości niż efekty, jakie osiągnęła ONZ przy zapobieganiu i karaniu ludobójstwa. Po 60 latach ciągłego rozrostu władzy rządu federalnego mamy dziś miasta, po których nie jest bezpiecznie chodzić nawet za dnia. Teraz mówi nam się, że także państwo narodowe jest przestarzałe tak samo jak autonomia stanów i gmin i że jedynie stworzenie ponadnarodowej władzy może umożliwić pokonanie nowego „wroga” – wszechobecnej i nieśmiertelnej, „monolitycznej” i globalnej przestępczości. Już to słyszeliśmy przedtem, kończy swój artykuł Francis. Dlatego nie powinniśmy zaciągać się na globalną wojnę z przestępczością, tak jak i na żadną inną oszukańczą „wojnę” wypowiedzianą przez megapaństwo wrogom, których wymyśla ono, by móc realizować swoje własne cele.

Philip Jenkins zajmuje się problemem wielokrotnych morderców. Stwierdza, że każde społeczeństwo ma swoją mitologię, swój szczególny zbiór bohaterów i potworów. W ostatniej dekadzie w Ameryce Płn. w demona lub potwora wcielił się wielokrotny morderca – postać powszechnie obecna w kulturze masowej. Powszechna fascynacja wielokrotnymi mordercami podlega różnym „demaskatorskim” interpretacjom, ale nie sięgają one ku mitologicznym podstawom filmów i książek przedstawiających tychże morderców. Tutaj potworny, nieludzki morderca ścigany jest przez bohaterskiego „myśliwego”, który wystawiając na niebezpieczeństwo własną duszę porusza się po pogranicznych obszarach psychiki, bo tylko tam może spotkać i pochwycić potwora. Temat wielokrotnego morderstwa jest więc kolejną manifestacją mitycznej walki Dobra ze Złem. Masowy odzew, na jaki owa manifestacja napotyka, wskazuje na potrzebę umieszczenia aktualnych problemów w kontekście moralnym i heroicznym, akceptującym absolutną prawdziwość koncepcji cnoty i grzechu, czyli, krótko mówiąc, w kontekście religijnym. Kulturze masowej udało się dostarczyć interpretacji te-go, co jest obiektywnie złe moralnie. A tego typu interpretacja nieobecna jest dziś w publicznym dyskursie, także w kościołach. Siła i wpływ wyobrażeń związanych z wielokrotnymi morderstwami wyjaśniają wiele z popularnych postaw wobec przemocy i zbrodni, postaw, których nie uwzględniają ustawodawcy i socjologowie. Wielokrotne morderstwa mówią nam coś o granicach moralnego relatywizmu. Dalej pisze Jenkins o samym zjawisku wielokrotnego morderstwa, które należy do bardzo rzadkich przestępstw. W danym momencie jest prawdopodobnie od 50 do 80 aktywnych wielokrotnych morderców, aktywnych w tym sensie, że dokonali już morderstw i zamierzają zabić znowu. Ci mordercy mają na „sumieniu” prawdopodobnie ok, 400 ofiar rocznie, co stanowi mniej niż 1% wszystkich morderstw i 0,01% wszystkich zgonów w danym roku. Nie jest to zjawisko nowe. Per capita było prawdopodobnie tyle samo wielokrotnych morderców w USA w pierwszych trzech lub czterech dekadach tego stulecia co obecnie. Ich ilość spadła w połowie wieku, aby wzrosnąć znowu w późnych latach sześćdziesiątych. I to ten wzrost spowodował, że mówi się o “epidemii” wielokrotnych morderstw, które tak zyskowne okazały się dla wielu filmowców i autorów powieści kryminalnych. Przy rozpatrywaniu problemu wielokrotnego morderstwa, pisze Jenkins, najważniejsze jest to, co mówią nam one na temat niesłychanego potencjału destrukcji drzemiącego w człowieku. Należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że ok. 1/5 wielokrotnych morderstw popełniana jest przez grupy. Trudno pojąć, że jedna osoba potrafi zamordować wielu ludzi, ale jeszcze trudniej pojąć, że trzy lub cztery osoby podjęty decyzję, aby wspólnie zrealizować tak krwawe przedsięwzięcie. Zawodzą tutaj wszelkie konwencjonalne, psychologiczne wyjaśnienia. Takich wyjaśnień jest wiele i polityczni aktywiści różnych nurtów używają tematu wielokrotnych morderstw dla przekazania swojej wersji przyczyn plag dręczących ludzkość. Bojowe feministki uważają wielokrotne morderstwa za przejaw „femicydu”, za formę terrorystycznego mizogynizmu, co oczywiście stoi w sprzeczności z faktem, że ofiarami tych morderstw padają często chłopcy lub mężczyźni. Motywy seksualne nie są jedynymi przy wielokrotnych morderstwach. Nie występują wcale w przypadku licznych morderstw dokonywanych na pacjentach przez osoby (obu płci) z personelu medycznego. Wielokrotne morderstwa nie są wyłącznie męską prerogatywą. Około 1/5 wielokrotnych morderców stanowią kobiety. A ponieważ kobiety preferują mord przy użyciu środków trudniej wykrywalnych przez lekarzy i policję, to można przypuszczać, że ich udział jest nawet większy. Było rzeczą bardzo zabawną obserwowanie intelektualnej ekwilibrystyki feministek i mediów, aby udowodnić, że siedmiokrotna morderczyni z Florydy Aileen Wurnous nie jest oczywistym przykładem wielokrotnego mordercy.

Jest rzeczą interesującą, że niektórzy mordercy są czasami najbliżsi właściwemu wyjaśnieniu swojego działania. Mówią oni niekiedy o „wewnętrznym ja” czy też o „wewnętrznej ciemności” nieświadomie powtarzając koncepcję Junga o „cieniu”, tym ciemnym i groźnym wytworze sił i doświadczeń zepchniętych głęboko w podświadomość. Ta wewnętrzna ciemność może być personifikowana jako obiektywna rzeczywistość utożsamiana z Szatanem czy demonem a nawet z perwersyjnym obrazem Boga. Niektórzy mordercy mówią o tym, że działali jako słudzy Szatana. Nie jest też niczym dziwnym, że pisarze chcąc opisać wielokrotnych morderców uciekają się do terminologii, która tak dalece wyszła z mody, że wydaje się wręcz humorystyczna. Mówią o „potworach”, „demonach”, wampirach”, “wilkach w ludzkiej skórze” a więc o tych, którzy są źli. Cała przepaść dzieli tego typu interpretacje od tego, co na temat wielokrotnych morderców piszą socjolodzy, psycholodzy, kryminolodzy. Żadna teoria psychologiczna czy socjologiczna nie posiada słownictwa potrzebnego, aby opisać działanie takiego człowieka jak Randy Kraft, programista komputerowy z Kalifornii, który w latach 1975-83 zabił 50 lub 60 chłopców i młodych mężczyzn. Takie terminy jak „dysfunkcjonalny” czy “antyspołeczny” tracą tu jakikolwiek sens. Wielokrotni mordercy są problemem, przed którym współczesne, ześwieczczone społeczeństwa stają bezradne. Wiemy tylko, czujemy intuicyjnie, że ich postępowanie jest tak bardzo oddalone od normy moralnej, iż z pewnością zasługują na to, aby uznać ich za złych. Zawodzą tu wszelkie socjopsychologiczne wyjaśnienia. Taka zbrodnia jest rezultatem radykalnego zerwania ze zwyczajnym biegiem ludzkich spraw, jej źródłem jest „wewnętrzna ciemność”. W „oficjalnym” języku polityków, urzędników, naukowców i mass mediów nie występują takie pojęcia jak „grzech” czy „zło”. Równocześnie mityczny wymiar wielokrotnego morderstwa wskazuje na głód takich interpretacji wśród szerokich kręgów społecznych. Reakcje elit i ludu na zbrodnię i przemoc dzieli intelektualna i kulturowa przepaść. W zakończeniu swego artykułu Jenkins pisze, że kiedy zaczynał się wiek XX było sprawą oczywistą dla ludzi wykształconych, że będzie on wielkim stuleciem nauki i oświecenia. Dziś, kiedy ten ponury wiek powoli dobiega końca, jest rzeczą równie oczywistą, że nauka nie potrafiła wyjaśnić i ujarzmić bestii w człowieku i że najwyższą formą oświecenia jest uznanie tego faktu. Możemy skonstatować klęskę języka, który nie potrafił zaoferować możliwej do przyjęcia terminologii dlatego, co jest „wewnętrzną ciemnością”. Jeśli bowiem nie jest ona „złem”, to czym jest?

W tym samym numerze również Philip Jenkins pisze o różnych metodach działania policji i prokuratury w USA. To prawda, stwierdza, że Stany Zjednoczone to nie NRD a FBI to nie STASI, ale nie sposób zauważyć zmian, jakie nastąpiły w praktyce policyjnej, szczególnie na szczeblu federalnym w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci. Coraz częściej stosowane są metody prowokacji, infiltracji i denuncjacji. Idea używania szpiegów i prowokatorów przeciw wrogom politycznym jest ideą tak starą jak Stany Zjednoczone. W drugiej połowie XIX wieku agencja detektywistyczna Pinkertona udoskonaliła ją w starciach ze szpiegami Konfederatów i   terrorystami Unii. Potem w wieku XX FBI zaczęła infiltrować lewicowe ugrupowania i organizacje polityczne, szczególnie komunistów. W połowie lat siedemdziesiątych FBI podjęła infiltrację różnych grup reprezentujących spektrum od liberalnej do radykalnej lewicy, które nie miały żadnych znaczących kontaktów ze szpiegami z bloku sowieckiego. Później FBI zajęła się handlarzami narkotyków, skorumpowanymi politykami i związkami zawodowymi powiązanymi ze zorganizowaną przestępczością. Np. w 1980 roku FBI przeprowadziła spektakularną akcję mającą na celu wykrycie powiązań kasyn w New Jersey ze światem przestępczym. W ramach tej akcji agent FBI udawał arabskiego szejka chcącego inwestować w Atlantic City. W rezultacie oskarżonych zostało 5 reprezentantów i 1 senator. FBI infiltruje też świat biznesu i stosuje tu rozmaite formy prowokacji. Tego typu taktyka jest często skuteczna. Rozbito np. wiele rodzin mafijnych. Właściwie wszystkie udane operacje przeciw producentom i handlarzom narkotyków opierają się na infiltracji i prowokacji. Tego typu metody są jedynymi, które mogą przynieść pozytywne efekty w przypadku przestępstw bez ofiar i opartych na zgodzie obu stron, kiedy nikt, nawet jeśli został poszkodowany nie idzie ze skargą na policję. Metody te nie są jednak neutralne politycznie. Decyzje podejmuje tu prokurator generalny, który ma zwykle mocne powiązania polityczne a także własne ambicje polityczne. Istnieje więc możliwość, że wykorzysta swoje prerogatywy w celu niszczenia lub dyskredytowania przeciwników politycznych. W przypadku wspomnianej wyżej akcji z udziałem “arabskiego szejka” wysuwano podejrzenia, że to rząd Cartera chciał pozbyć się niewygodnych polityków. Nawet jeśli trudno tu o pewne dowody, to i tak zawsze pozostanie trudna do rozstrzygnięcia kwestia, według jakich kryteriów dokonano selekcji celów akcji i czy wybór tych a nie innych osób nie był podyktowany względami politycznymi.

Inny problem pokazuje przykład Michaela Matthewsa, b. burmistrza Atlantic City. W latach osiemdziesiątych uchodził on za bliskiego przyjaciela lokalnej rodziny mafijnej. FBI zorganizowała „sting operation” (od filmu „Sting”) i Matthews został przyłapany na próbie wyłudzenia pieniędzy od pewnej korporacji. Ale prokuratura zaoferowała mu bezkarność o ile będzie, pełniąc nadal urząd, informatorem przekazującym władzom informacje obciążające jego przyjaciół z mafii. Aby go zachęcić prokurator powiedział mu o innym polityku z New Jersey, który przystał na taki układ. Wiemy o tym wszystkim, ponieważ Matthews nie przyjął propozycji prokuratora i wybrał proces, ale nie wiemy, ilu innych polityków i urzędników w USA zaakceptowało taką propozycję. Pozostają oni na stanowiskach służąc Departamentowi Sprawiedliwości i udając przed wyborcami, że wypełniają udzielony im mandat. Inny przykład tego typu to przywódca związkowy Jackie Presser, który w latach 1977-86 był informatorem FBI. W tym czasie kierowany przez niego związek był jednym z niewielu, które popierały Republikanów, co wiązało się ze szczodrymi dotacjami dla tej partii. Nie wiemy ilu było i jest takich „Presserów” oraz w jakim stopniu poprzez swoich agentów i informatorów FBI steruje losami związków zawodowych, organizacji politycznych, firm i związków wyznaniowych. Wiadomo też, że FBI rekrutuje również do swoich akcji sędziów i adwokatów. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zrozumieć jak wielkie możliwości sterowania “niezawisłym” wymiarem sprawiedliwości otwierają się przed rządzącymi. Inny problem związany ze stosowaniem metod policyjnej prowokacji polega na tym, że agent czy informator musi uczestniczyć lub przyzwalać na przestępcze działania, co z kolei dzieje się za wiedzą i zgodą władz policyjnych i prokuratorskich. Przyzwolenie na mniejsze zło jest tu usprawiedliwiane korzyściami dla dobra publicznego. Sęk w tym, że mniejsze zło jest często bardzo dużym złem. Wiemy z przeszłości, że policja kontrolowała istotną część handlu narkotykami w Nowym Jorku i innych większych miastach. Policjanci rozprowadzali narkotyki. Niektórzy „swoi” dealerzy służyli jako pośrednicy, otrzymywali narkotyki, które sprzedawali, i przekazywali informacje policji. Tylko część z tych narkotyków wracała z powrotem do policji po konfiskacie, reszta była zapłatą dla dealerów. Nie ma powodów, aby przypuszczać, że podobnie nie jest i teraz. Nawet zakładając, że wszyscy policjanci to ludzie o kryształowych charakterach, to ryzyko korupcji jest olbrzymie.

Podobne niebezpieczeństwa wiążą się z całym systemem policyjnych informatorów, którym zapewnia się bezkarność (chyba, że popełnią morderstwo) o ile wydadzą w ręce policji przestępców mających mniej szczęścia. Informatorzy, koncesjonowani przez państwo gangsterzy, „nagrywają” różne kryminalne akcje, które potem policja rozpracowuje, za co jest chwalona i za co otrzymuje pieniężne gratyfikacje. Cynicy mówią nawet, że “dobry” wydział policji to taki, który wykrywa więcej przestępstw niż sam kreuje. Różnica pomiędzy informatorem a prowokatorem łatwo się zaciera, co powoduje, że powstają problemy co najmniej tak samo poważne jak te, które miały przy jego pomocy zostać rozwiązane. Klasyczny przykład z przeszłości to działalność carskiej Ochrany, która tak efektywnie penetrowała grupy opozycyjne, że policyjni agenci kontrolowali i kierowali zamachami terrorystycznymi. Agenci wymykali się kontroli i aby się uwiarygodnić podejmowali coraz poważniejsze akcje łącznie z mordowaniem polityków. W 1914 roku pół aparatu policyjnego zajmowało się przestępstwami organizowanymi przez drugą połowę. Ten dziwaczny podwójny świat, ten chaos luster jest zjawiskiem typowym dla służb specjalnych, wywiadów i kontrwywiadów. W latach siedemdziesiątych pewna brytyjska gazeta zwróciła się do aktualnych i byłych pracowników wywiadu z pytaniem, jaka powieść najlepiej oddaje ducha ich profesji. Spodziewano się pochwał takich pisarzy jak Tom Clancy, John le Carre a nawet Ian Fleming. Tymczasem większość pytanych wskazało na powieść G. K. Chestertona „O człowieku, który był Czwartkiem” opisującą, jak wiadomo, walkę policji brytyjskiej z anarchistami. Okazuje się potem, że wszyscy członkowie Centralnej Rady Anarchistów są agentami policji a tajemniczy Niedziela jest równocześnie głównym anarchistą jak i tym, który zwerbował ich do pracy w policji. Jeśli komuś może wydać się to nazbyt fantastyczne, to niech przypomni sobie z lat osiemdziesiątych sprawę agenta FBI nazwiskiem Frank Varelli, który penetrował grupy opozycyjne wobec polityki amerykańskiej w Ameryce Środkowej. Stworzono nawet pozory zagrożenia terrorystycznymi zamachami np. na prezydenta Reagana, gdyż wówczas służby mogły uniknąć kontroli ze strony Kongresu. Nie jest przesadą stwierdzenie, że w pewnym momencie połowa terenowych biur FBI zajęta była w mniejszym lub większym stopniu zagrożeniami, które przez tę FBI zostały stworzone. Nie jest to rzadki przypadek w historii USA. Trudno powiedzieć, czy Ku Klux Klan i grupy neonazistowskie osiągnęły już status Komunistycznej Partii USA, której połowa składu członkowskiego w latach pięćdziesiątych wystawiana była przez FBI i inne agencje rządowe, ale są tego bliskie.

Infiltracja i prowokacja policyjna przynoszą nierozwiązywalne dylematy w przypadku terroryzmu. Agencje rządowe próbują infiltrować grupy uważane za potencjalnie niebezpieczne, agenci muszą się uwiarygodnić uczestnicząc w niebezpiecznych lub przestępczych akcjach. Ale gdzie i kiedy trzeba przeprowadzić linię między biernym uczestnictwem a aktywnym wspieraniem czy wręcz inicjowaniem różnych akcji? Jak dalece można dopuszczać do tego, że terrorystyczne akcje w ogóle się odbywają? Grupa, która najprawdopodobniej dokonała zamachu bombowego na Pan Am Flight 103 przez długi czas infiltrowana była przez agenta związanego z tajnymi służbami Jordanii i Niemiec. Zamach bombowy na World Trade Center w Nowym Jorku ujawnił całą skomplikowaną sieć podwójnych i potrójnych agentów. Grupa terrorystyczna infiltrowana była przez służby specjalne Egiptu i przez FBI, która na długo wcześniej wiedziała, że planowany jest zamach terrory-styczny w Nowym Jorku, lecz nie przedsięwzięła żadnych kroków, aby mu zapobiec. CIA rekrutowała i trenowała terrorystów a FBI ich śledziła. Silne związki łączące różne grupy dysydentów, opozycjonistów, terrorystów itd. wyjaśniają wiele niejasnych okoliczności różnych wydarzeń, które często interpretuje się jako spisek. Terroryści dokonujący zamachu, politycznego morderstwa itp. są zwykle inwigilowani, infiltrowani przez którąś z rządowych agencji. Aby uniknąć podejrzeń o wspólnictwo czy też zaniedbanie obowiązków, agencja robi wiele wysiłków dla ukrycia swoich związków z zamachowcami. Jest to dalszy ciąg cover-upu, który owocuje matactwami w śledztwie, zacieraniem śladów i oczywiście wzbudza dalsze podejrzenia, stwarza nowe niejasności, pozwala na snucie rozmaitych domysłów. Tak sprawa ma się zarówno w przypadku masakry uczestników demonstracji przeciw Klanowi w 1979 roku czy wcześniej, zabójstwa Kennedy‘ego. Jenkins zwraca również uwagę na to, że paralelnie do coraz większego zakresu stosowania metod infiltracji i prowokacji policyjnej coraz powszechniejsze staje się wykorzystanie przez policję denuncjacji. Dzieci muszą przymusowo wysłuchiwać w szkole antynarkotykowego agitpropu. Namawia się je, aby donosiły na przyjaciół lub członków rodziny „dla ich własnego dobra”. Szkoły i media rozpowszechniają orwellowskie przesłanie o plagach takich jak „molestowanie dzieci” a równocześnie rozwija się sieć anonimowych „hot lines” i „tip lines” służących do denuncjowania rodziców, bliskich czy sąsiadów. Do popularnych programów telewizyjnych należą programy o prawdziwych przestępstwach. Widzowie tych programów mają pomagać policji w znalezieniu przestępców. Na początku chodziło o wielokrotnych morderców lub terrorystów, ale obecnie widzowie są zachęcani do denuncjowania unikających płacenia alimentów, złodziei psów a nawet tych, którzy łamią jakieś miejskie przepisy. Niedaleki jest dzień, kiedy denuncjowani będą ludzie wypowiadający nieprawomyślne uwagi na tematy „etniczne” lub polityczne.

W tym samym numerze Steven Goldberg zajmuje się morderstwami popełnianymi przez czarnoskórych obywateli USA. Brutalna prawda jest taka, że szokująco wysoki poziom przemocy w USA ma swoje źródła w ponadproporcjonalnej ilości morderstw popełnianych przez niewielką liczbę młodych, czarnych mężczyzn. Smutną rzeczywistością jest, że choć czarni mężczyźni stanowią 6% amerykańskiej populacji to właśnie oni popełniają ponad połowę morderstw w Ameryce, przy czym morderstw tych dokonują młodzi mężczyźni stanowiący tylko niezbyt duży procent z owych 6%. Według statystyk Interpolu, gdyby stosunek liczby morderstw do liczby ludności był taki sam jak w przypadku Białych, to stosunek ilości morderstw do liczby ludności byłby mniej więcej taki sam jak w Luxemburgu czy na Malcie (przy czym należy pamiętać o tym, że są w USA stany, w których ta proporcja jest niższa niż w krajach europejskich i stany – szczególnie te najbardziej wielorasowe – gdzie proporcja ta jest o wiele wyższa). Strach Białych przed czarnymi mordercami jest w dużej mierze nieuzasadniony, ponieważ ofiarą morderstw popełnianych przez Czarnych padają inni Czarni. 90% białych ofiar jest mordowanych przez Białych i 95% czarnych ofiar jest mordowanych przez Czarnych. Goldberg uważa, że problem tak wielkiej ilości morderstw popełnianych przez młodych, czarnych mężczyzn zagraża przetrwaniu wspólnoty Czarnych w USA. Nie uda się jednak zahamować niszczenia czarnej większości przez czarną mniejszość, jeśli czarna większość nie będzie chciała spojrzeć prawdzie w oczy i nie przestanie winą za ten stan rzeczy obciążać “rasistowskie społeczeństwo” w Ameryce.

W numerze drugim Samuel Francis pisze o kwestii rasowej w USA i jej wpływie na politykę. W związku z głosowaniem w Kalifornii nad propozycją, aby nielegalni imigranci nie byli uprawnieni do korzystania z usług publicznych takich jak opieka socjalna, publiczna oświata i służba zdrowia ujawniły się wyraźne podziały rasowe: nie-Biali głosowali przeciw, Biali w większości za. Nie jest to niczym zaskakującym, uważa Francis. Od wielu już lat politycznie zorganizowane nie-białe mniejszości otwarcie chlubią się swoją etniczną tożsamością, rozwinęły wpływowe lobbies reprezentujące ich interesy i w sposób bardzo efektywny uczyniły prawowitą opinię, że mają prawo myśleć, czuć, głosować i zachowywać się zgodnie ze swoją rasową tożsamością, równocześnie dążąc do tego, żeby taka opinia nie była prawowita w odniesieniu do Białych. Wielu, być może większość Białych pozwalało na to a nawet wspierało tę tendencję. Ale głosowanie w Kalifornii może oznaczać zmianę. Biali zaczynają głosować zgodnie ze swoimi interesami postrzeganymi jako sprzeczne z interesami innych grup. Jeśli ten trend się utrzyma, to jego konsekwencją będzie pojawienie się w USA polityki rasowej, jakiej nie było do tej pory. Zarówno Demokraci, jak i Republikanie starają się ten trend powstrzymać (przy czym Demokratów dotyka on bardziej, gdyż jednym z jego przejawów jest to, że biali mężczyźni z tzw. klasy pracującej porzucają Demokratów na rzecz Republikanów). Dwaj czołowi neokonserwatyści – wieczny kandydat na prezydenta Jack Kemp i Bill „Pan Cnota” Bennett pospieszyli do Kalifornii wygłaszać przemówienia do białych mas i przekonywać je, że amerykańska tożsamość narodowa nie opiera się na narodowości, rasie czy religii, lecz na pewnym ideologicznym credo, na zespole zasad i idei. Oczywiście tezy Kempa i Benneta są zgodne z tym, co powszechnie mówi się na temat amerykańskiej tożsamości. Ale są dwa problemy: po pierwsze tezy te są nieprawdziwe, po drugie niebezpieczne a nawet samobójcze. Są nieprawdziwe, ponieważ amerykańska tożsamość narodowa stworzona została przez brytyjskich osadników i późniejszych europejskich imigrantów, jest więc wyłącznym tworem białych Europejczyków. Dlatego ta tożsamość, niezależnie od tego, co mówią politycy w swoich przemówieniach i deklaracjach, nie jest jakąś bladą abstrakcją propagowaną przez Kempa i Bennetta. Redukowanie tego kulturalnego i rasowego dziedzictwa do bezkrwistych „idei i zasad” jest nie tylko dowodem dogłębnej ignorancji, ale bezwstydnej zdrady tego dziedzictwa. Wywody Kempa i Bennetta są niebezpieczne dlatego, że w sposób najbardziej zasadniczy fałszują naturę narodu i każdej kolektywnej tożsamości politycznej innej niż „dyskutujące społeczeństwo”. Jeśli bycie Amerykaninem opiera się na zespole zasad i idei, to każdy człowiek żyjący na świecie, który je wyznaje byłby Amerykaninem. To oczywiście może uradować tłumy imigrantów napływających przez otwarte granice, co było właśnie zamiarem Kempa i Bennetta, ale oznacza to, że osoba nie wyznająca tych zasad i idei nie jest Amerykaninem. Tym samym koncepcja Kempa i Bennetta jest de facto podstawą nowego totalitaryzmu. Także Związek Sowiecki oparty był na zespole zasad i idei a Rosjanie, którzy nie chcieli wyznawać tego ideo-logicznego credo byli surowo karani. W jaki inny sposób może zachować wewnętrzną jedność państwo definiujące się przy pomocy ideologicznego credo? Jeśli ktoś wierzy w credo Kempa i Bennetta, to może być doskonałym Amerykaninem w slumsach Buenos Aires albo w dżungli w Rwandzie i nie ma żadnych powodów, aby przyjeżdżać tutaj lub jechać gdziekolwiek. Po drugie, jeśli wyznawane credo jest tym, co czyni z człowieka Amerykanina, to dlaczego nie przeprowadzać testów ze znajomości tego credo u wszystkich imigrantów, ba, u wszystkich urodzonych w Ameryce, i dlaczego tych, którzy nie są wyznawcami „Ewangelii według Jacka i Billa”, nie spędzić razem i odesłać z powrotem lub wysłać gdziekolwiek?

Jeśli brać gadaninę Kempa i Bennetta bardziej na serio niż większość sloganów z nalepek uchodzących wśród neokonserwatystów za wyrafinowaną teorię polityczną, to może ona posłużyć jako ideologiczne uzasadnienie dla o wiele bardziej restryktywnego i opresywnego reżimu niż mógłby go wymyślić jakikolwiek biały rasista. Głosowanie w Kalifornii, pisze dalej Francis, wskazuje na to, że czynnik rasowy odgrywać będzie coraz większą rolę polityczną i stanie się znaczącym składnikiem definicji Amerykanina, co będzie tylko powrotem do korzeni. Następuje relegitymizacja rasowego aspektu amerykańskiej tożsamości narodowej. Jeśli inne rasy i grupy etniczne określają się pod względem rasowym i działają zgodnie ze swoją rasową tożsamością, to ani one ani ich biali sojusznicy nie powinni być zdziwieni, że tak samo zaczynają robić Biali. Ale jest i szerszy wymiar pojawienia się na nowo w Ameryce polityki rasowej. Proces ten jest bowiem wyzwaniem dla mitu Człowieka Ekonomicznego wyznawanego za-równo przez lewicę jak i prawicę. To właśnie przywiązanie do tego mitu przesłaniającego religijny, narodowy, kulturalny wymiar ludzkiej egzystencji kazało Kempowi i Bennettowi pospieszyć do Kalifornii. Jeśli rasowa świadomość dojrzeje tak wśród Białych jak i nie-Białych, to upadnie cała mitologia Człowieka Ekonomicznego i jej wyznawcy mogą zasilić szeregi trwale bezrobotnych.

Anthony Harrigan zajmuje się przemilczaną (u nas pisał o tym Józef Mackiewicz) sprawą wydania przez aliantów Sowietom i Józefowi Tito ok. 2 milionów jeńców wojennych. Przez pięć dziesięcioleci przemilczano te fakty i ukrywano je przed opinią publiczną. Dokumenty i materiały opatrzono klauzulą tajności, co uniemożliwiło badania historyczne. Pionierską pracą na ten temat była książka Juliusa Epsteina „Operacja Keelhaul” wydana w 1973 roku. Na pierwszej stronie swej książki Epstein napisał: „Operacja Keelhaul jest kryptonimem, który armia Stanów Zjednoczonych nadała swoim własnym – ściśle tajnym – dokumentom na temat przymusowej repatriacji co najmniej dwóch milionów jeńców wojennych i dipisów w ręce katów Stalina i do obozów pracy niewolniczej”. Polityka ta prowadzona była w latach 1944-47. W Anglii sprawą tą zajął się Nikolai Tolstoy – tutaj sytuacja była nawet gorsza ze względu na brak angielskiego odpowiednika ustawy o wolności informacji i możliwość użycia praw o zniesławieniu, co umożliwiało zamknięcie ust historykom i dziennikarzom. Repatriacja Rosjan i Jugosłowian była jawnym pogwałceniem zarówno konwencji haskiej z 1907 roku jak i konwencji genewskiej z 1929 roku. I była to, jak napisał Epstein, zbrodnia popełniona nie przez narodowych socjalistów i komunistów, ale przez władze wojskowe zachodnich aliantów. Przedstawiciele władz sowieckich otrzymali możliwość wstępu do obozów jenieckich zarówno w USA, jak i w Europie i mogli wybierać sobie tych, których chcieli mieć w swoich rękach. Repatriacje przeprowadzano z wielką brutalnością – więźniów bito i ładowano do bydlęcych wagonów w Europie i na sowieckie statki w USA. To, co działo się na obszarach kontrolowanych przez Anglików opisał książę Nikolai Tolstoy w książkach „Ofiary Jałty” i “Mini-ster i masakry”. Tolstoy opisuje wydanie Sowietom w maju 1945 roku dziesiątków tysięcy Kozaków – mężczyzn, kobiet i dzieci nigdy nie posiadających sowieckiego obywatelstwa. Operacja ta została przeprowadzona na ustny rozkaz Harolda Macmillana, brytyjskie-go ministra-rezydenta na obszar basenu Morza Śródziemnego, późniejszego premiera i lidera Partii Konserwatywnej. Brytyjski establishment nie chciał do-puścić do tego, aby prawda o tamtych wydarzeniach wyszła na światło dzienne. W 1989 roku sąd próbował uciszyć Tolstoya grożąc mu za zniesławienie najwyższą karą w historii Anglii – 1,5 miliona funtów. Sędzia powiedział przysięgłym, że Tolstoy jest „fanatykiem” i „historykiem-amatorem”, choć jego prace historyczne i literackie cieszą się uznaniem w Anglii i na świecie. Naoczni świadkowie, zarówno z Anglii, jak i z zagranicy nie zostali dopuszczeni do składania zeznań, choć wielu z nich przybyło z różnych stron świata, aby mówić o okrucieństwach popełnionych przez 5 Korpus Brytyjski i wyjaśnić, kto jest za to odpowiedzialny. Władze próbowały skonfiskować dokumenty zgromadzone przez Tolstoya na temat tamtych wydarzeń. Jego książki wycofano z obiegu i usunięto z bibliotek. Brytyjski establishment robi wszystko, aby świat się nie dowiedział, że późniejszy premier Wielkiej Brytanii odpowiedzialny był za zbrodnie wojenne. W przypadku Operacji Keelhaul ofiary były jeńcami wojennymi. W przypadku akcji Brytyjczyków natomiast repatriacji podlegali również starcy, kobiety i dzieci, którzy byli bici przez brytyjskich żołnierzy i zaganiani do wagonów lub samochodów tak jak wcześniej Żydzi przez Niemców. Dzieci odrywano od matek i wrzucano na platformy. Wielu ludzi popełniło samobójstwo. Żołnierze brytyjscy strzelali do stawiających opór.

Podobny przebieg miało wydanie Słoweńców i przedstawicieli innych narodów Jugosławii w ręce Tity. Wielu z nich zostało natychmiast rozstrzelanych. Przez lata Nikolai Tolstoy nie miał dostępu do archiwów brytyjskich, co utrudniało mu jego badania. Sytuacja zmieniła się, kiedy swoje tajne archiwa otworzyli Rosjanie, którzy pomogli Tolstoyowi w jego pracy. Z rosyjskich dokumentów wynika, że negocjatorzy z 5 Korpusu Brytyjskiego i SMERSH ściśle współpracowali ze sobą. Co więcej, istnieją poszlaki, że to Brytyjczycy pierwsi zasugerowali stronie sowieckiej plan repatriacji. W zakończeniu artykułu Harrigan wyraża nadzieję, że władzom brytyjskim nie uda się zamknąć ust Tolstoyowi i że następni historycy będą kontynuować badania rozpoczęte przez niego i przez Epsteina.

Poza tym w numerze George Watson zajmuje się Alfredem Rosenbergiem i jego pisarstwem, które jest dla niego „tryumfem nudy”, Ralph de Toledano omawia niemiecko-rosyjską symbiozę w okresie od I do II wojny światowej, Bill Kaufmann przedstawia sylwetkę córki Teodora Roosevelta Alice Roosevelt, Paul Gottfried demaskuje kłamstwa rozpowszechniane przez neokonserwatystów na temat prawicy amerykańskiej i opisuje jak lewicowe pismo „Telos” przeszło na prawicę, Donald Warren przybliża amerykańskiemu czytelnikowi Jörga Haidera i jego partię, Ralph E. Ancil omawia poglądy Wilhelma Röpke a Mark Warren podaje kilka ciekawostek na temat malarstwa Adolfa Hitlera. Według Warrena Hitler posiadał autentyczny talent malarski. Dlatego jest rzeczą dość dziwną, że dwukrotnie nie przyjęto go do Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu. Jak wiadomo Hitler uważał, że to Żydzi uniemożliwili mu studiowanie na Akademii. Miał w pewnym sensie rację, ponieważ rektor Akademii i część profesorów byli Żydami. Patrząc od strony psychologicznej, pisze Warren, można tu doszukiwać się źródeł wrogości Hitlera do Żydów, która wcześniej, przed przybyciem do Wiednia, u niego nie występowała. Znana jest wypowiedź Hitlera z okresu wojny, że jego największym marzeniem było wędrować jako malarz po Italii. Kto wie, gdyby przyjęto go do Akademii, być może historia świata potoczyłaby się inaczej. Warren pisze, że był w jego życiu dzień, kiedy znajdował się dość blisko Hitlera – 3 lutego 1945 roku, gdy w B17 leciał nad Berlinem. Na pewno w tym dniu Hitler jeszcze bardziej skłonny był marzyć o wędrowaniu po Italii i utrwalaniu na płótnie włoskich pejzaży.

THE LAST DITCH

czyli „okopy św. Trójcy” to pismo wydawane przez ostatnich obrońców wolności w Ameryce, „rewolucjonistów na wymarciu, rannych reakcjonistów, tych, którym nie udało się przebrnąć przez system oświatowy reżimu, ginących zwolenników American Dream”. Redaktor naczelny Nicholas Strakon pisze: „Tak, wszyscy jesteśmy martwi z powodu kilku wartości, które są nam wspólne. Wszyscy jesteśmy indywidualistami, kochamy wolność i opłakujemy cywilizację Zachodu. I dlatego staliśmy się widmami w naszym własnym kraju”.Niektórzy z nas, pisze Strakon, mają jeszcze resztki nadziei i odmawiają przyjęcia do wiadomości, że podróżują karawanem. Inni są pesymistami. Dla nich The Last Ditch nie jest redutą, ale posterunkiem obserwacyjnym, z którego mogą śledzić jak operacje zbierania trupów przeprowadzają dwaj potężni i obrzydliwi wrogowie: totalitaryzm i barbarzyństwo. Pesymizm należy rozumieć tak: jeśli Amerykanie są szczęściarzami to cały system – państwo-lewiatan, sfaszyzowana gospodarka, zatrute instytucje, zbrutalizowane społeczeństwo – ulegnie kolapsowi jeszcze za ich życia; jeśli Amerykanie nie są szczęściarzami, to kolaps czeka ich samych, a system przetrwa w szarą przyszłość. Sądzę, pisze Strakon, że Amerykanie zużyli już swój łut szczęścia. W dzisiejszych Stanach Zjednoczonych panuje system „grzecznego totalitaryzmu”. “Wieczny Reżim” rozszerza coraz bardzie swoją władzę, jest coraz bardziej sprytny i wyrafinowany a przez to może przedłużać swą egzystencję w nieskończoność. Choć nie „wieczny” w sensie absolutnym – żadna instytucja stworzona przez ludzi nie jest nieśmiertelna – reżim amerykański przetrwa wystarczająco długo, aby umocnić się i ufortyfikować na tyle, żeby być niezagrożonym przez rewolucję, i wystarczająco długo, aby zlikwidować całkowicie wolność w USA. Zrobi to z pomocą narodu amerykańskiego, w sposób demokratyczny. „Wieczni Władcy” Ameryki niszczą resztki starej burżuazyjnej kultury i redukują produktywną klasę średnią do wykorzenionej, poddańczej Partii Zewnętrznej. Robią to we współpracy z radykalną lewicą – jest to małżeństwo Ciemnych Garniturów i Czerwonogwardzistów. W „The Last Ditch” nie ma „pochwał heroicznych enterprenerów, którym po 14 latach walki udało się gdzieś w Montanie sprywatyzować wywóz śmieci”, nie ma też nic o wyborczych wysiłkach aparatczyków z Partii Libertariańskiej. Za to znajdziemy analizy tego, co nam robią, kto to robi i ile cierpień będziemy musieli znieść, zanim będą usatysfakcjonowani. W tym względzie nie będzie miał żadnych złudzeń ten, kto przypomni sobie, jaką wizją przyszłości rozkoszuje się O‘Brien z „1984” Orwella: wizją buta depczącego ludzką twarz – na zawsze. Nie oznacza to, pisze Strakon, że wydawcy The Last Ditch pragną dopuścić do tego, aby strategiczny pesymizm uniemożliwił im dostrzeganie wydarzeń na płaszczyźnie taktycznej. Dobrze Wychowani Totalitaryści choć sprytni i potężni – nie są ani wszechwiedzący ani wszechmocni. Mogą walczyć ze sobą, mogą popełniać błędy podczas dokonywania inwazji na społeczeństwo. Będziemy zamieszczać „raporty z pola bitwy” obiecuje Strakon. Na tym polu bitwy od czasu do czasu dostrzec możemy niewielu zwolenników wolności i kultury angażujących się w aktywny, zorganizowany opór. Jeśli uznamy ich opór za godny zainteresowania, będziemy go obserwować sceptycznym okiem. Jeśli ich opór jest autentyczny, oddamy hołd rebeliantom, choć nie podzielamy ich optymizmu. Będziemy badać te momenty w historii Zachodu, które skierowały ją na fałszywe tory, i wady, które okazały się tak fatalne. Zapyta ktoś, po co to robimy, jeśli uważamy, że polityczne propozycje i zorganizowany aktywizm prowadzą do skutków odwrotnych od zamierzonych; że nasza kultura gaśnie a nasza sprawa jest przegrana? Dlatego, że nawet w klęsce przeżyć musimy nasze życie. My „martwi Amerykanie” chcemy, aby nasza „śmierć” pozostała na długi czas metaforą. Możemy przedłużyć naszą widmową obecność, jeśli znajdziemy praktyczne odpowiedzi na kilka ważnych pytań: czy możemy choćby na jakiś czas uniknąć, wymknąć się, uciec lub ukryć przed naszymi najeźdźcami. Czy będziemy mogli wówczas żyć we względnie ludzki, cywilizowany sposób; dopóki nasi władcy na to nam pozwalają, musimy nasze dzieci trzymać z daleka od rządowych szkół, gdzie nauczyciele uczą ich totalitaryzmu a ich „koledzy szkolni” – barbarzyństwa. Ale czego my mamy uczyć nasze dzieci, aby przygotować je do życia w Nowym Ciemnym Świecie? Gdzie szukać pocieszenia? W religii? W wielkiej sztuce, muzyce i literaturze Zachodu? Co mamy robić, gdy reżimowe zbiry przyjdą po nas, po naszych krewnych, naszych przyjaciół, sąsiadów lub – cóż za kosz-marna wizja – po nasze dzieci? Nasze odrzucenie aktywizmu w żadnej mierze nie oznacza kapitulacji – ale jakże trudno podjąć decyzję – szczególnie jeśli jest wybór pomiędzy ryzykiem męczeństwa, które pozostawi nasze dzieci bez naszej pomocy a podporządkowaniem się w nadziei, że uda nam się ochronić coś z tego, co kochamy.

Będziemy szukać odpowiedzi, pisze Nicholas Strakon, ale trzy rzeczy nie podlegają dla nas dyskusji. Po pierwsze: możemy zapomnieć o wznieceniu kulturalnej i intelektualnej rewolucji za naszego życia. Jest już za późno. Nasi przeciwnicy dokańczają swoją rewolucję. My jesteśmy poza nawiasem naszej epoki. Ale cokolwiek stanie się z amerykańską cywilizacją w najbliższym czasie, ludzie zamieszkiwać jeszcze będą te ziemie przez setki czy tysiące lat. Musimy – jak pisał Orwell – „po trochu rozszerzać obszar zdrowia psychicznego”, od jednostki do jednostki, w nadziei pozostawienia czegoś potomnym. Ci „post-Amerykanie” – być może żyjący w reżimie łagodniejszym niż ten, w którym my żyjemy – będą mogli odczytać nasze dziedzictwo jako ostrzeżenie, zakładając, że dziedzictwo to przetrwa dziurę pamięci sprokurowaną przez nasz reżim. Nieważne jak się potoczy historia, pozostawienie takiego dziedzictwa jest aktem wierności wobec przyszłości. Po drugie: niezależnie od tego, czy ktoś nas słyszy czy nie, czy dołączy do nas czy nie, uważamy, że jest naszą misją stać i być świadkiem jak zapadają ciemności. Jest to akt wierności wobec tego, czym była kiedyś nasza cywilizacja. Po trzecie: choć możemy o sobie myśleć jako o starcach, nasi władcy uważają nas za dzieci – niesforne, niekochane, molestowane. Lecz my jesteśmy dorośli. Jesteśmy mężczyznami i kobietami, którzy powinni być wolni. Musimy pozbyć się złudzeń, żeby nie być jak dzieci lub jak niewolnicy. Musimy widzieć świat takim, jakim jest naprawdę – w całej jego grozie, i mówić o tym. To jest akt wierności wobec nas samych.

W numerze 5(1995) znajdziemy m.in. wywiad z Lindą Thompson, adwokatem, działaczką milicji i przewodniczącą Amerykańskiej Federacji Sprawiedliwości. Celem Federacji jest na powrót uczynić USA konstytucyjną republiką. Nie ma dziś, według niej, w USA żadnej instytucji, która broniłaby praw i wolności obywateli. Przeciwnie siły bezpieczeństwa w USA przekształciły się w federalne Gestapo. Są one w coraz większym stopniu zmilitaryzowane i nieodróżnialne od siebie, mimo iż noszą różne nazwy. W wywiadzie Linda Thompson wiele mówi na temat zamachu bombowego w Oklahoma City. Odrzuca ona wersję wydarzeń podawaną przez, jak to określa, obecny reżim. Aresztowany jako podejrzany o dokonanie zamachu Timothy McVeigh byłby według tej wersji niezwykle inteligentnym człowiekiem: wypożyczył ciężarówkę, pojechał do Michigan, gdzie kupił nawóz sztuczny, który wyjął z plastikowych worków i umieścił w 55-galonowych pojemnikach wraz z odpowiednią ilością paliwa do silników diesla, przymocował do nich detonatory, zawiózł to wszystko do Oklahoma City nie wysadzając sam siebie w powietrze, zaparkował ciężarówkę przed budynkiem federalnym, po czym ją zdetonował. Z drugiej zaś strony McVeigh jest nieprawdopodobnym głupcem: ucieka tym samym samochodem, którego używał wcześniej, gubi tablice rejestracyjne gdzieś po drodze, przekracza dozwoloną prędkość, zatrzymany zostaje przez policję, w policyjnym samochodzie gubi kartkę, na której są słowa: “Kupić więcej materiałów wybuchowych”. Dopiero, kiedy znalazł się w areszcie zrobiono mu „portret pamięciowy”! Niejasna jest sprawa z ciężarówką. Najpierw władze podały, że chodziło o Hondę Civic wypełnioną tylko tysiącem funtów nawozu. Ciekawe, że człowiek wynajmujący ciężarówki nie potrafił dokładnie opisać McVeigha do momentu, kiedy pokazano mu „portret pamięciowy” zrobiony już po aresztowaniu domniemanego zamachowcy. McVeigh jest wielkim mężczyzną o wyrazistych rysach twarzy i jest rzeczą mało prawdopodobną, żeby nie został zapamiętany, gdyby to on wynajmował ciężarówkę. Jak to się stało, że policja zatrzymała go nie mając jego rysopisu? Co więcej, zatrzymano go za wykroczenie, które według prawa nie pociąga za sobą zatrzymania. Za brak tablicy rejestracyjnej i przekroczenie szybkości nie wsadza się nikogo do aresztu. McVeigh miał na siedzeniu w samochodzie pistolet, co jest legalne, ale dziwne zważywszy, że miał uciekać z miejsca przestępstwa. Jeszcze dziwniejsze jest to, że nie strzelił do policjantów. Ktoś z zimną krwią wysadza przed chwilą budynek pełen ludzi a potem daje się bez żadnego oporu zatrzymać przez policję za przekroczenie prędkości! Istnieją, według Lindy Thompson poważne wątpliwości, czy wybuch rzeczywiście nastąpił na zewnątrz budynku. Są poważne przesłanki, by sądzić, że ten zakres i typ zniszczeń mogły spowodować bomby umieszczone w strategicznych miejscach wewnątrz budynku, który był zbudowany tak, aby wytrzymać uderzenie huraganów czy fali powietrznej po wybuchu bomby atomowej. Linda Thompson twierdzi również, że na filmie video nakręconym tuż po zamachu przy ruinach wysadzonego budynku rozpoznać można człowieka, który uważany jest za prowokatora, związanego z niektórymi agendami rządowymi założyciela grup opozycyjnych wobec obecnego reżimu, i który miał powiązania z bardzo niebezpiecznymi ludźmi (dwóch z nich oczekuje na egzekucję). Być może nie miał nic wspólnego z zamachem, ale dlaczego znalazł się akurat tam w takiej chwili? To należałoby wyjaśnić. Zamach w Oklahoma City trzeba widzieć, według Lindy Thompson, w kontekście walk frakcyjnych w łonie reżimowej biurokracji szczególnie pomiędzy FBI, DEA (Agencja Antynarkotykowa) oraz BATF (Biuro d/s Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej odpowiedzialne za masakrę kobiet i dzieci w Waco) a CIA. Idzie oto, kto będzie kontrolował prezydenturę. Jeśli na fali rozpętanej przez reżimowe media histerii na tle zamachu w Oklahomie uchwalona zostanie ustawa o zwalczaniu terroryzmu, to FBI uzyska olbrzymią władzą i sprawą już całkowicie 'nieistotną będzie to, kto jest prezydentem. To służby specjalne będą naprawdę rządzić Ameryką.

Walka pomiędzy FBI a CIA toczy się również w kontekście wojny izraelsko-muzułmańskiej. CIA jest bardziej skłonna do porozumienia z Arabami, podczas gdy FBI jest fanatycznie proizraelska. To FBI współpracuje blisko z żydowską Ligą Przeciw Zniesławianiu, która jest w rzeczywistości ramieniem izraelskiego wywiadu. Liga wielokrotnie pomagała FBI w szpiegowaniu obywateli USA. Były przypadki, twierdzi Linda Thompson, że grupy Ku-Klux-Klanu składały się wyłącznie z agentów FBI i ludzi z Ligi. Obecny prezydent USA Bill Clinton to, według Lindy Thompson, po prostu marksista. Poza tym FBI ma go w ręku, ponieważ może go szantażować, bo wie wszystko o jego ciemnych sprawkach z okresu, gdy był gubernatorem Arkansas.

Phil Collier przypomina sprawę znanego konserwatywnego publicysty Joe Sobrana, który stał się celem ataków zainicjowanych przez redaktora „Commentary” – neokonserwatystę Normana Podhoretza i jego żonę Midge Decter. Sobran skrytykował w jednym z tekstów sekularyzm propagowany przez lewicowe pismo The New Republic i zapytał, dlaczego TNR znana z pro- izraelskiego fanatyzmu, zachwala sekularyzm dla USA, ale nie dla Izraela wspieranego pieniędzmi amerykańskich podatników. W kilka miesięcy później Midge Decter rozpoczęła kampanię przeciw Sobranowi wysyłając do znanych dziennikarzy listy oskarżające go o antysemityzm. Wśród dowodów antysemityzmu Decter wymieniła zacytowanie przez Sobrana kilku antychrześcijańskich fragmentów Talmudu i potępienie przez niego nalotów bombowych na Libię. Dziś w USA, pisze Collier, aby nie być oskarżonym o antysemityzm, trzeba nie tylko bez zastrzeżeń akceptować wszystkie akcje Izraela przeciw Arabom, ale także akcje wojskowe USA przeciw Arabom włączając w to także wojnę nad Zatoką Perską. Kampania przeciw Sobranowi była dobrze zorganizowana: do gazet, gdzie ukazywały się jego teksty napływały listy od czytelników żądających, aby go więcej nie drukować. Dwutygodnik „National Review”, którego Sobran był współredaktorem zasypywany był żądaniami, aby go zwolnić. Podhoretz zażądał, aby już nigdy w “National Review” nie ukazywały się teksty Sobrana poruszające kwestie żydowskie. Całkiem świadomie dążono, aby zrujnować finansowo Sobrana. Jeden z pracowników „National Review” wyraził obawę, że pismo może przestać się ukazywać. Przestraszony szef „National Review” William F. Buckley Jr zamieścił w piśmie wielki esej „W poszukiwaniu antysemityzmu”, w którym próbował z jednej strony dopasować się do takich fanatyków jak Podhoretz a z drugiej strony nie stracić czytelników NR będących fanami Sobrana. W końcu Sobran odszedł w ogóle z „National Review”.

Jednym z najbardziej aktywnych uczestników kampanii przeciw niemu był wydawca The New Republic Martin Peretz, którego hipokryzja jest wręcz niesłychana. Kiedy dr Baruch Goldstein dokonał masakry w Hebronie, Peretz pisał o nim, że reprezentuje on margines marginesu nie mający żadnego związku z tymi, którzy na całym świecie popierają Izrael. Kiedy jednak Arab Rashad Baz zastrzelił kilku chasydów na Brooklynie, to oczywiście nie był on „marginesem marginesu”. Jego czyn „zrodził się w kulturze przepojonej ideą przemocy wobec Żydów”. Peretz nie pominie żadnej okazji, aby winą za “Holocaust” obciążyć chrześcijaństwo. On też oskarżył kościół prawosławny na Bałkanach, że „pobłogosławił ludobójstwo w Bośni”. Nigdy jednak Peretz nie wspomniał o „etnicznych czystkach” dokonanych w 1948 roku przez Izrael i towarzyszących im masakrach. To wszystko jest udokumentowane przez rewizjonistycznych historyków izraelskich takich jak Benny Moris, Tom Segev, Simcha Flaphan, Ariel Yitshaki, Uri Milmstein. Izraelskie czystki etniczne są analogiczne do tych dokonywanych na Bałkanach i innych znanych w historii. To, co je odróżnia od tamtych, to to, że Izraelczycy przy pomocy potulnych mediów amerykańskich potrafili zrobić skuteczny cover-up dla swoich akcji. Collier przypomina, że Peretz był w 1982 roku entuzjastycznym zwolennikiem izraelskiej inwazji na Liban, w czasie której (na koszt amerykańskich podatników) zabitych zostało ok. 20.000 ludzi. Peretz odwiedził Liban w trakcie inwazji i napisał potem artykuł, który izraelski pisarz Avishai Margolit porównał do reportaży pisanych przez komunistycznych fellow-travellersów z Zachodu odwiedzających ZSRR w latach trzydziestych. Peretz należy do ludzi wierzących, że Żydzi górują moralnie nad wszystkimi innymi ludźmi, którzy w większości są antysemitami, o ile nie zgadzają się z nim w 100%. Jest to wyraz prymitywnego, fanatycznego trybalizmu, któremu towarzyszy nienawiść i pogarda dla wszystkich nie- Żydów. Ataki Peretza przynoszą zaszczyt tym wszystkim, którzy są ich przedmiotem.

Collier pisze również, że środowiskom żydowskim w USA udało się narzucić „linię partyjną” we wszystkich kwestiach dotyczących historii Żydów od starożytności do powstania państwa Izrael aż po dzień dzisiejszy. Obecny nacisk na “polityczną poprawność” wynika stąd, że inne grupy, szczególnie Czarni i homoseksualiści, widząc sukces odniesiony przez środowiska żydowskie w przeforsowaniu swojej linii, zdecydowały się zastosować taką samą taktykę. Wielu żydowskich „twardogłowych” jest wściekłych na to, że inni próbują osiągnąć to, co im samym udało się osiągnąć. Collier analizując artykuł Billa Buckleya z „National Review” zauważa, że Buckley wspomina o tabu, których nie należy naruszać, a które naruszył Sobran (a także Buchanan). Buckley stwierdził nawet, że naruszanie tych tabu, może prowadzić do „ludobójczej katastrofy”. Podobne wnioski można wyciągnąć analizując wypowiedzi Midge Decter, która z histeryczną wściekłością zareagowała na przytoczenie przez Sobrana kilku antychrześcijańskich fragmentów z Talmudu. Decter nie twierdzi, że cytaty nie są prawdziwe. Ona sądzi, że jeśli wyjdą na jaw żydowskie sekrety, to ukryty antysemityzm eksploduje. Collier pisze, że, na odwrót, kłamstwa i cover-up bardziej przyczynią się do prawdziwego antysemityzmu niż mogłaby to sprawić uczciwość i prawda. Jednym z tabu, którego naruszenia boją się Buckley, Decter i inni, jest udział Żydów w rewolucji bolszewickiej. A przecież tabu to naruszył np. prof. J. Talmon, wykładowca na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. W 1974 roku na sympozjum, z którego materiały opublikowane zostały przez Instytut Yad Vashem, Talmon mówił o „żydowskich przywódcach rewolucyjnego reżimu w Rosji i żydowskich komunistach w krajach Wschodniej Europy”. To, o czym mówił Talmon, było powszechną opinią w latach dwudziestych. Masy uchodźców z Rosji przybywały w tamtym czasie do Berlina. Przywozili ze sobą informacje o tym, że “żydowscy przywódcy rewolucyjnego reżimu w Rosji” (określenie Talmona) mordują chrześcijan na wielką skalę. Miało to wielki wpływ na opinię publiczną w Niemczech. I trzeba pamiętać, że chodziło o miliony ofiar zamordowanych, zanim Józef Stalin przejął władzę. O tym nie wolno dziś mówić w Stanach Zjednoczonych. Prawdziwe przestępstwo Sobrana i Buchanana polegało na tym, że nie chcieli uznać tego tabu. W konkluzji swego artykułu Collier pisze, że należy odrzucić kolektywną odpowiedzialność – obojętnie czy taką odpowiedzialnością obarczani są Żydzi, Arabowie, chrześcijanie czy ktokolwiek inny. Kolektywna wina i kolektywna kara to największe zbrodnie tego stulecia. Najwyższy czas ponownie odkryć odpowiedzialność indywidualną.

Poza  tym w numerze Roland N. Neff zajmuje się niektórymi aspektami polityki wojennej Roosevelta II (wyrażając zdziwienie, że ludzie płakali, kiedy ten potwór umarł), zrzuceniem bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki nie omieszkując wspomnieć o wojnie z Irakiem czyli o operacji „Pustynna Rzeź”. Także Nicholas Strakon powraca do II części wojny światowej i analizuje slogan „bezwarunkowa kapitulacja”. Propagandyści zachodnich aliantów byli zachwyceni tą formułą, mimo iż oznaczała śmierć milionów ludzi. Pozwalała uniknąć dyskusji, po co naprawdę toczy się wojnę. Warunkowa kapitulacja oznaczałaby negocjowany pokój – wiele targowania się na temat wielu kłopotliwych kwestii. Roosevelt II nie chciał negocjować z państwami Osi: miał pełne ręce roboty przy negocjowaniu z Churchillem rozmontowania brytyjskiego imperium i przejęcia przez USA tego, co z niego zostanie. Gdyby zachodni przywódcy nie uznali bezwarunkowej kapitulacji za najważniejszy cel wojny, wtedy nie tak kosmiczne, ale bardziej przyziemne kwestie mogłyby „zakłócić” publiczną debatę – kwestię niejasnej przyszłości Polski, z powodu której Anglia i Francja rzekomo przystąpiły do wojny, kwestię bombardowania ludności cywilnej, kwestię, kto ma kontrolować bliskowschodnią ropę, kwestię niepodległości Indii, Malajów, Indonezji i Indochin. I wreszcie kwestię wysiłków Zachodu, aby uratować i rozszerzyć totalitarne imperium Stalina. Tak więc postulat „bezwarunkowej kapitulacji” doprowadził do atomowego zbombardowania Hiroszimy i Nagasaki. I do niezliczonych ofiar w Europie. Był to wspaniały podarunek dla propagandy Goebbelsa. Czy ktoś może sobie wyobrazić, co myśleli niemieccy żołnierze, gdy słyszeli, że ich jedyną nadzieją na pokój jest bezwarunkowa kapitulacja przed Stalinem? I poddanie jemu i jego żołnierzom swoich żon, sióstr, córek i matek? Jak wielu amerykańskich żołnierzy musiało stracić życie w imię „bezwarunkowej kapitulacji”, pyta Strakon w zakończeniu swego artykułu.

FREEDOM NETWORK NEWS

W jednym z zeszłorocznych numerów FNN Vincent H. Miller zajmuje się okolicznościami zamachu w Oklahoma City. Oczywiście, pisze Miller, zamach mógł być dziełem „świrów”, którzy chcieli zemścić się na BATF i FBI za masakrę w Waco lub robotą arabskich terrorystów. Ale jest bardzo wiele niejasności wokół zamachu. Dziwne jest np., dlaczego w momencie eksplozji w budynku nie było agentów BATF, mimo iż nastąpiła ona krótko po dziewiątej, a więc w normalnych godzinach urzędowania. Dziwnym zbiegiem okoliczności to właśnie w wysadzonym budynku zmagazynowane były materiały i dowody związane z masakrą dokonaną przez BATF i FBI w Waco. Okazało się, że sejsmograf Uniwersytetu Oklahoma zarejestrował nie jeden, lecz dwa wybuchy – w odstępie kilku sekund. Sugeruje to, że były dwie eksplozje w krótkiej sekwencji. Niektórzy eksperci uważają również, że charakterystyka „bomby samochodowej” nie odpowiada typowi zniszczeń, jakich doznał budynek. Sposób, w jaki ułożyło się rumowisko jest według nich inny, niż miałoby to miejsce, gdyby bomba wybuchła w samochodzie przed budynkiem. Jest rzeczą nieprawdopodobną, żeby bomba rzekomo skonstruowana przez Timothy McVeigha spowodowała tak potężne zniszczenia. Stąd pojawiły się spekulacje, że znajdujące się w budynku kolumny zostały wysadzone przy pomocy materiałów o dużej sile wybuchu a bomba w samochodzie posłużyła jako przykrywka dla właściwego wybuchu. Jedna ze stacji telewizyjnych z okolic Oklahoma City przeprowadziła własne dochodzenie w sprawie zamachu zatrudniając dwóch byłych pracowników FBI i jednego byłego pracownika BATF. Okazało sie, że Timothy McVeigh został aresztowany wcześniej niż to podały władze. Natomiast szef straży pożarnej oświadczył publicznie, że strażacy znaleźli wewnątrz budynku dwie bomby, które nie wybuchły. Wyszło również na jaw, że agenci BATF byli bardzo zajęci w noc przed zamachem. A mianowicie śledzeniem… Timothy McVeigha! Ale go zgubili! McVeigh był tej nocy widziany przez wiele osób i wszystkie dokładnie go sobie przypominały. Zamach w Oklahoma City wykazuje podobieństwa do zamachu na World Trade Center. Agent FBI, który infiltrował grupę terrorystyczną, działał według instrukcji FBI, uczył członków grupy, jak skonstruować bombę, kupił materiały potrzebne do jej zbudowania, wybrał cel a w końcu naciskał na nich, aby jej użyli. Przypomnieć też należy, że w latach sześćdziesiątych FBI zorganizowała napad na biuro, gdzie rejestrowano poborowych.

W jednym z następnych numerów FNN przynosi dalsze informacje na temat zamachu w Oklahoma City. Pozostaje sprawą niewyjaśnioną, dlaczego w momencie wybuchu nie było w budynku pracowników BATF? A przecież McVeigh to na nich chciał się rzekomo zemścić za masakrę w Waco. Gdzie oni wszyscy byli tamtego ranka? Jeden z prowadzących śledztwo miał potwierdzić, że ludzie z BATF zostali ostrzeżeni i nie przyszli do pracy. W pracy nie było również tego dnia innych wysokich urzędników z FBI, Agencji Antynarkotykowej i innych służb. W kręgach amerykańskiej opozycji pozaparlamentarnej dość powszechnie porównuje się wybuch w Oklahoma City do podpalenia Reichstagu. Wyjątkowe uprawnienia (Ermächtigungsgesetze), jakie otrzymał potem Hitler można porównać z ustawą o zwalczaniu terroryzmu, która prezydentowi a także agencjom rządowym takim jak FBI czy BATF daje w ręce olbrzymią władzę. Zamach w Oklahoma City zbiegł się akurat w czasie, kiedy ustawę tę przepychano przez Kongres.

POPULATION REASERCH INSTITUTE REVIEW

Pierwszy tegoroczny numer dwumiesięcznika przynosi wstrząsającą serię artykułów dotyczących przede wszystkim antyrodzinnej polityki komunistycznych Chin i       zastosowania programów kontroli urodzin w Kambodży, Salwadorze, Indonezji i Bangladeszu. Cykl rozpoczyna rozmowa z Antonio De Los Reyes, który w latach 1978-82 pracował w kilku organizacjach kontroli populacji na Filipinach. Będąc świadkiem tego, jak kontrola populacji zaczęła sięgać po przymus sterylizacji i antykoncepcji z czasem zbliżył się do ruchu obrony życia; dziś jest Przewodniczącym Rady Laikatu Katolickiego na Filipinach. Jak twierdzi, na początku był daleki od wrażliwości na wartości moralne. To, co zwróciło jego krytyczną uwagę na działania kolejnych centrów populacyjnych to koncentracja uwagi tych instytucji na rozmiarze (w ich rozumieniu za dużym) wzrostu populacji. To były złe rozwiązania źle postawionych problemów. Japonia miała 2 razy więcej ludzi, a jej poziom dobrobytu był znacznie wyższy – mówi De Los Reyes, wskazując jednocześnie na to, że faktycznym powodem problemów Filipin jest zła redystrybucja dochodu narodowego.

Ciężar nadzoru ze strony Banku Światowego i innych funduszy antyrodzinnych wciąż rzutuje na filipińską rzeczywistość. Mimo zmiany konstytucji Marcosa w 1987 r., która wcześniej przyznawała rządowi prawo do swobodnego decydowania o ilości mieszkańców Filipin, duża ilość organizacji i pracowników socjalnych zaangażowanych w propagandę aborcji, antykoncepcji i sterylizacji wciąż odciska poważne piętno na kształcie filipińskiej polityki rodzinnej, – wyjaśnia De Los Reyes. Jednak za najważniejszy tekst numeru należy uznać esej prof. Clowes’a pt.”Od wyboru do przymusu”. Sam tytuł streszcza główną tezę tekstu, jaką jest ewolucja myśli i działań antyrodzinnych od etapu walki o tzw. wolność wyboru do przymusowo stosowanej sterylizacji, zakazu posiadania dzieci i drakońskiej polityki antyrodzinnej.

Ten stan antyrodzinnego terroru ze strony państwa panuje już w 35 zwykle rozwijających się krajach. Należą do nich m.in.:

  1. Salwador – w tamtejszych szpitalach obowiązują wskaźniki przeprowadzanych sterylizacji. Dokonuje się jej często bez wiedzy i zgody sterylizowanych osób.
  2. Kambodża – gdzie wmawia się kobietom, że nie będą mogły wyjść za mąż dopóki nie przyjmą aborcyjnego środka Depo-Provera.
  3. RPA – tamtejsze Murzynki dostają zastrzyki Depo- Provera. Pracownicy służby zdrowia wykonujący je, wmawiają im, że Depo pomoże im „dostarczać mleko”. Czarne kobiety nie mogą dostać żadnej pracy, dopóki nie przedstawią swojej karty kontroli populacji. Po obaleniu apartheidu program rozszerza się na pozostałe grupy etniczne w RPA.
  4. Indonezja – w l. 70-tych tamtejsze wojsko rozprowadzało wkładki wewnątrzmaciczne (połowa kobiet była zmuszona do ich użycia). Nauczycielom zakomunikowano, że nie dostaną pieniędzy dopóki nie będą uczestniczyć w programie kontroli urodzeń.
  5. Bangladesz – w 1983 roku wojsko zabierało kobiety, które były matkami trójki i więcej dzieci do obozów w celu przeprowadzenia przymusowej sterylizacji. W następnych latach pomoc zagraniczna w okresie głodu była rozdawana pod warunkiem wykazania dokumentów stwierdzających sterylizację. Tak drastyczne metody nie spotykają się, wbrew oczekiwaniom, z protestem ze strony tzw. rozwiniętych krajów Zachodu, ani ze strony środowisk opiniotwórczych w zakresie zagadnień populacyjnych.

Bernard Berelson i Jonathan Liberson tymi słowami podsumowali sytuację coraz większej ilości przemocy i przymusu w dziedzinie kontroli populacji: Poziom wdrażania przymusowej polityki powinien być proporcjonalny do stopnia powagi zaistniałych problemów. Powinna ona być wdrażana tylko po wcześniejszym wyczerpaniu mniej przymusowych metod. Powstaje pytanie jakie motywacje stoją za ludźmi, którzy chcą wydawać miliony dolarów na politykę kontroli populacji? Zaangażowani w ten proces urzędnicy ONZ, a także innych antynatalistycznych agend, mówią, że chodzi przede wszystkim o altruistyczną troskę o stan środowiska (w szerokim tego słowa znaczeniu), czy też o tzw. walkę z biedą, co jak słusznie zauważa Theresa Bell w jednym z ostatnich numerów HLI Report kończy się przede wszystkim walką z biednymi.

Jednak co innego niż pobudki altruistyczne możemy znaleźć w wielu amerykańskich dokumentach rządowych, czy też międzynarodowych. W studium Bezpieczeństwa Narodowego Memo 200 możemy m.in. przeczytać: „Kontrola populacji jest potrzebna aby osiągnąć kierownictwo interesów handlowych USA na świecie. Bez prób pomocy w rozwoju społecznym i gospodarczym tych krajów świat mógłby zbuntować się przeciwko tak silnej obecności handlowej USA

Osobnym tematem wśród zagadnień polityki antynatalistycznej na świecie są Chiny. Kierunek i bezwzględność polityki państwa dobrze oddaje cytat z przewodniczącej partii komunistycznej z prowincji Chanxi, Zhang Boxinga: „Te kobiety, które dały życie jednemu dziecku muszą założyć wkładkę, pary które mają dwójkę dzieci muszą poddać się sterylizacji albo męża, albo żony, a kobiety które zaszły w nieplanowaną ciążę muszą dokonać aborcji tak szybko jak to możliwe”. Wykresy płodności kobiet pracujących w dużych skupiskach przemysłowych muszą być umieszczone tak, aby były widoczne dla sprawdzających je pracowników socjalnych. Inni obserwują zachowania kobiet, aby ewentualnie stwierdzić zajście w ciążę. Specjalny rodzaj służb objeżdża w podobnym celu obszary wiejskie sprawdzając czy kobiety uczestniczą w programie kontroli urodzeń. Aby sprawdzić, czy któraś nie usunęła wkładki robi się systematyczne zdjęcia rentgenowskie. Kobiety z drugim dzieckiem, jeśli nie chcą zgodzić się na aborcję, są poddawane torturom, a także wstrzymuje się im racje żywieniowe. Mimo to chiński komunistyczny rząd twierdzi, że program kontroli urodzeń jest „ściśle dobrowolny”. Jeśli nawet uda się donosić ciążę do ostatnich dni, poród nie musi być szczęśliwy. Jak podał The Washington Post „lekarze” w chińskich szpitalach często posuwają się do tego, aby brutalnie zabić dziecko na miejscu tuż po urodzeniu. Anonimowy lekarz informujący o tym procederze mówi o setkach dzieci uśmierconych w ten sposób w Chinach.

Jeśli okaże się, że urodziły się bliźniaki, matka stawiana jest przed okrutnym wyborem, które z nich chce zatrzymać. Drugie jest natychmiast od niej zabierane i zabijane.

Z racji pozwolenia chińskiego rządu na posiadanie tylko dwójki dzieci, pozycja dziewczynek jest prawdziwie opresyjna – nie będą one mogły utrzymać rodziców na starość, nie będą w stanie tak ciężko jak chłopcy pracować. Z tych względów, aby dać szansę na drugie dziecko, około 15 do 30 milionów nowonarodzonych dziewczynek zabito bez bezpośredniego przymusu państwa przez ostatnie 20 lat. Dzieje się tak szczególnie na wsi. Ten prawdziwy horror znajduje swoje uzasadnienia i podbudowę „naukowo-filozoficzną” w umysłowych ośrodkach marksistowskich. „Nie ma uniwersalnych i abstrakcyjnych praw człowieka … z marksistowskiego punktu widzenia, wszystkie prawa pojawiają się historycznie i oparte są na stosunkach ekonomicznych przyjętych w społeczeństwie”- głosi jeden z chińskich magazynów w artykule poświęconym kontroli populacji.

Wyżej zasygnalizowaliśmy problem i powody milczenia potęg światowych wobec oczywistego ludobójstwa. A przecież mamy na Zachodzie do czynienia z rozwiniętymi instytucjami społeczeństwa obywatelskiego. Wiadomo, że głośno krzyczą na alarm środowiska obrony życia. Ale czy nawet zwolennicy aborcji i kontroli urodzeń mogą sobie pozwolić na tolerowanie takich praktyk z jakimi mamy do czynienia w Chinach? Wydaje się, że nawet milczenie jest zdradą…Jest jednak znacznie gorzej. Oprócz milczącej części kontrolerów populacji, mamy do czynienia z cała serią wypowiedzi przywódców tego nurtu, gorąco popierających chińskie piekło. Molly Yard – była przewodnicząca Krajowej Organizacji Kobiet (feministyczna organizacja na rzecz aborcji i praw mniejszości seksualnych): „Uważam politykę rządu chińskiego za jedną z najinteligentniejszych na świecie”. Paul Ehrlich, autorytet ONZ-owski, lider ruchu na rzecz zerowego przyrostu ludności uznał program chiński za ‘energiczny i efektywny” oraz „za program wiodący pośród wielkich eksperymentów w zakresie zarządzania populacją i zasobami naturalnymi”.

Lester R. Brown, Przewodniczący WorldWatch Institute: „Główną różnicą między Chinami, a innymi gęsto zaludnionymi krajami jest to, że Chińczycy byli dalekowzroczni w swych planach dotyczących populacji i zasobów oraz mieli odwagę przenieść swe spostrzeżenia w sferę polityki”. „Przymus w sprawach reprodukcji jest tylko symptomem większego zagadnienia, które sięga głębiej niż skonfliktowane ideologie obu stron debaty aborcyjnej. Fundamentalny problem leży w odrzuceniu zasad moralnych przez podejmujących decyzje” – kończy swój wstrząsający przegląd Brian Clowes.

Jednak ku zaskoczeniu czytelników PRI Review to nie tekst Clowesa jest najbrutalniejszym doniesieniem z frontu walki z cywilizacją śmierci. Steven Mosher w artykule „Sale śmierci” przybliża problem chińskich sierocińców, gdzie w ramach programu zerowego przyrostu naturalnego …zabija się dzieci śmiercią głodową. Dokumentacja medyczna jest nad wyraz wymowna… Oto próbki z jej zawartości: Ke Yue, dziewczynka, przywieziona do sierocińca w listopadzie 1989 roku w miesiąc po jej urodzeniu. Dwa i pół roku później 9 czerwca 1992 lekarz sierocińca zapisał w karcie, że ma ona rozwinięte niedożywienie 3 stopnia. 10 czerwca została odwieziona do szpitala, gdzie tego samego dnia zmarła. Jako powód śmierci wpisano “zupełne niedożywienie”. Huo Qiu, dziewczynka urodzona w lutym 1988 przybyła do sierocińca 3 stycznia 1991 w wieku 3 lat. Półtora roku później 16 czerwca 1992 stwierdzono u niej „zupełne niedożywienie”. Tydzień później zmarła. Ba Chong, dziewczynka przywieziona do sierocińca w dzień po urodzeniu 3 stycznia 1992, ważyła 2,8 kilograma. 17 czerwca została odwieziona do szpitala, gdzie stwierdzono „zupełne niedożywienie”, po czym nastąpiła infekcja. 30 czerwca, w sześć miesięcy po przybyciu do sierocińca zmarła. Sun Zhu, dziewczynka urodzona w maju 1989 roku, przywieziona do sierocińca w miesiąc później. Przy końcu lipca cierpiała na niedożywienie 3 stopnia. Mimo postępującego zobojętnienia nie przepisano żadnego szczególnego postępowania medycznego. Zmarła 3 dni później. Zeng Yuan, dziewczynka urodzona 25 października 1991 została przywieziona do sierocińca 30 listopada 1991 ważąc 4,5 kilograma. Już trzy dni później stwierdzono u niej niedożywienie drugiego stopnia. 12 grudnia była już zobojętniała na bodźce zewnętrzne. Dwa tygodnie później zmarła.

Kiedy te i wiele innych danych zostało opublikowane w Raporcie Human Rights Watch/Asia (ss.173 i następne: Death by Default: A Policy of Fatal Neglect in China’s State Orphanages) Instytut Dziecięcy w Szanghaju zaczął głośno protestować, utrzymując, że dane tam zawarte są sfabrykowane. Władze chińskie zaprosiły nawet zachodnich dziennikarzy do zwiedzenia kilku takich placówek w celu oglądu sytuacji na miejscu. Dla nikogo nie ulegało jednak wątpliwości, że w tym wypadku chodziło o pokazowe placówki wzorem tych, jakimi chwalili się przez zachodnimi „autorytetami” sowieccy nadzorcy. Nie tylko zresztą w Szanghaju, ale w skali całych Chin dokonywało się i dokonuje tego typu okrucieństw. Już w 1993 roku South China Morning Post z Hong-Kongu opublikował zdjęcia i informacje na temat podobnych praktyk w Prowincji Guangxi. Personel tej placówki ocenia, że około 90% (!) dziewczynek tam przybywających jest zabijanych. W1995 roku brytyjska telewizja nakręciła film o humanitarnej pomocy niesionej chińskim sierocińcom przez amerykańskie instytucje charytatywne. Cały wolny świat (film został nadany w brytyjskim Kanale 4, a także w USA w programie „Oko w oko z Connie Chung”) mógł zobaczyć dzieci cierpiące od permanentnego niedożywienia, niektóre wręcz przywiązane do drewnianych „toalet”. We wrześniu niemiecki dziennikarz Jürgen Kremb opublikował na łamach Der Spiegel (nr 37/1995) podobny materiał o sierocińcu w Harbinie w północno-wschodnich Chinach.

Od czasu, kiedy Deng Xiaoping uznał, że „być bogatym jest wspaniale”, wielu oficjeli partii komunistycznej wzięło sobie to głęboko do serca. Zaowocowało to również nową sytuacją dla chińskich dziewczynek, które do tej pory stanowiły 90% ofiar polityki zerowego wzrostu populacji zaprowadzonej przez komunistów przy poparciu zachodnich ekspertów. Tym nowym aspektem jest użyteczność. Handel dziećmi i zatrudnianie ich w obozach pracy, które eksportują na Zachód nowoczesne, tanie produkty konsumpcyjne – oto nowe „perspektywy”, jakie otwierają się przed chińskimi dziećmi. Mimo, że Pekin zaprzecza jakoby miały miejsce takie procedery, sierocińce żądają 3000 dolarów „ofiary”. Świat jest bezsilny wobec takich wypadków. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Jednak można powiedzieć coś więcej. Świat chce być bezsilny wobec polityki eksterminacji ludności z krajów, które swoim przyrostem naturalnym zagrażają udawaniu nowego porządku światowego, którego głównym protagonistom i narzędziem są Stany Zjednoczone. Uzasadnienie dla bezczynności i zobojętniania opinii publicznej krajów zachodnich dają uczone rozprawy profesorów tamtejszych uniwersytetów, którzy zawsze znajdą usprawiedliwienie i wyższe racje dla śmierci milionów, szczególnie gdy chodzi o życie dzieci nienarodzonych, bezdomnych, kalekich, albo ludzi starszych.

JAPONIA

CHUOKORON

Wśród niezwykle bogatego spektrum japońskich miesięczników poświęconych sprawom polityki i ideologii, pismo “Chuokoron” (Opinie Środka) należy wymienić na jednym z pierwszych miejsc. Warto się zapoznać z jego treścią choćby dlatego, że z opiniami wyrażanymi w “Chuokoron” liczą się japońskie elity intelektualne, także i te, którym niekoniecznie odpowiada ideowe oblicze pisma. Pozycja „Chuokoron” na prawym skrzydle jest niepodważalna, a ze względu na bardzo wyważony ton zamieszczanych tam publikacji można określić to pismo jako organ umiarkowanej prawicy. W numerze z marca 1995 r. ukazała się rozmowa redakcyjna między Kazuyą Fukudą (prawicowy dzienni-karz i krytyk literacki) i Jiro Yamaguchim (pisarz, prawnik, naukowiec), zatytułowana “Kto zaciemnił epokę powojenną?” Jest to jeden przykład z istnego zalewu publikacji, mających na celu podsumowanie czy też rozliczenie owych 50-ciu lat, które upłynęły od zakończenia II wojny światowej. W Japonii rok 1995 stał się rokiem rozliczeń i podsumowań z dwóch względów: pierwszy, to wspomniana już 50-ta rocznica zakończenia wojny, która w Japonii, inaczej niż w Europie, nie jest postrzegana jako zamknięty rozdział historii. Jak zobaczymy dalej, związane z nią kwestie budzą wiele emocji i kontrowersji, a okrągła rocznica stała się okazją do zajadłych sporów. Drugi wzgląd, to fakt, iż rok 1995 był rokiem największego trzęsienia ziemi, jakiego doświadczyła Japonia od r. 1923. Wielkie Trzęsienie Ziemi Hanshin odcisnęło wyraźne piętno na zbiorowej świadomości Japończyków, stało się cezurą historii, punktem przełomowym, który można uznać za koniec pewnej epoki i początek nowej. W tym kontekście łatwiej zrozumieć postawioną na początku rozmowy tezę, iż trzęsienie ziemi ujawniło pewne problemy, charakterystyczne dla społeczeństwa japońskiego okresu powojennego.

Yamaguchi porównuje spustoszone klęską żywiołową Kobe do krajobrazu zniszczeń po drugiej wojnie światowej. Zadziwia go postawa ludzi wobec katastrofy, ich spokój i obojętność. Współcześni Japończycy zachowują się inaczej niż ci, którzy musieli odbudować kraj po przegranej wojnie. Biernie czekają na działania władz, mało widoczne są przejawy aktywnej pomocy w usuwaniu skutków klęski. Yamaguchi przytacza przykład matki, która błaga o pomoc w wyciągnięciu dziecka spod gruzów, a grupa młodych ludzi mijają, żartując beztrosko. Pisarz przypisuje winę za takie postawy powojennemu systemowi edukacji i rozpadowi więzi wspólnoty, tradycyjnie bardzo silnych w społeczeństwie japońskim. W dalszej części dialogu mówi o lewicowych intelektualistach, którzy podważyli szacunek do wszelkiej władzy, będącej według nich zagrożeniem swobody jednostki. Za główny składnik demokracji uważają oni pogoń jednostek za egoistycznie pojmowanymi własnymi dążeniami, pomijają zaś troskę o dobro publiczne. „Naturalna” wspólnota społeczeństwa japońskiego należy do czasów przedwojennych, uległa zniszczeniu wraz z wojną. A zatem odbudowa po trzęsieniu ziemi nie sprowadza się jedynie do postawienia nowych budynków, ale musi też objąć pracę nad odbudową więzi międzyludzkich i społecznych.

Co do II wojny światowej, to już sama różnorodność nazw, jakimi się ją w Japonii określa, takich jak “Wojna na Pacyfiku” czy „Wojna Wielkiej Azji Wschodniej”, wskazuje na złożoność problemu. Fukuda zwraca uwagę, iż określenie „Wojna na Pacyfiku” powstało, gdy amerykańska cenzura okupacyjna zabroniła używania określenia „Wojna Wielkiej Azji Wschodniej”. To ostatnie jest zdaniem Fukudy bardziej adekwatne. Sformułowanie „Wojna na Pacyfiku” cechuje amerykanocentryzm, nie oddaje ono faktu, iż wojna objęła swym zasięgiem znaczną część Azji. W dalszej części dialogu rozmówcy powątpiewają w słuszność standardów, narzucanych światu przez Amerykę. Mowa jest o przestępcach wojennych klasy B i C, niesprawiedliwie skazanych przez Trybunał Tokijski. W odróżnieniu od zbrodni wojennych klasy A, czyli tzw. „zbrodni przeciwko pokojowi” (chodziło tu o dążenie i podżeganie do wojny, w szczególności do wojny agresywnej; kategorią tą objęto polityków i generałów, którzy zostali obarczeni winą za rozpętanie wojny na Pacyfiku), zbrodnie wojenne klasy B („konwencjonalne zbrodnie wojenne”) wiązały się z łamaniem praw i obyczajów wojennych (np. okrucieństwo wobec jeńców), zaś zbrodnie klasy C (“zbrodnie przeciwko ludzkości”) były to przestępstwa popełnione na ludności cywilnej. W kategoriach B i C znaleźli się oficerowie niższych stopni, żołnierze i osoby cywilne, które zostały osądzone w pośpiechu i, w odczuciu wielu Japończyków, w sposób urągający prawu i sprawiedliwości. W wielu wypadkach błędnie określono odpowiedzialność poszczególnych osób, czego rezultatem było np. skazywanie podwładnych zamiast przełożonych, faktycznie odpowiedzialnych za pewne decyzje.

Główny problem polega jednak nie tyle na tym, że osoby te skazano niesprawiedliwie, ale na tym, że Japończycy biernie poddali się osądowi z zewnątrz. Nie rozgrzesza ich ani niesprawiedliwość obcych sędziów, ani relatywizm moralny typu: „Mocarstwa Zachodu mają na sumieniu podobne zbrodnie, więc i nam wolno”. Fukuda określa się jako patriota, któremu zależy na tym, aby jego naród był na wysokim poziomie moralnym i umiał sam nazywać po imieniu zarówno swoją dumę, jak i swoje przestępstwa. Kluczowym słowem jest tu „podmiotowość”- naród japoński musi ją odzyskać, aby świadomie i samodzielnie rozliczyć się zarówno ze sprawą odszkodowań wojennych, jak i z szerzej pojętą własną historią. Brak owej podmiotowości miał negatywny wpływ na całą epokę powojenną. Korzenie tego problemu tkwią jeszcze w czasach wojny, a w jego powstaniu niebagatelny udział mieli lewicowi intelektualiści. System totalnej mobilizacji, jaki panował w Japonii podczas II wojny światowej, nosił wyraźne ślady wpływów socjalizmu. System ten właściwie przetrwał do dziś, tyle, że zmienił się cel, postawiony przed narodem: miejsce “kraju silnej armii” zajęła „odbudowa gospodarki”. Istotne elementy systemu podatkowego i bankowego współczesnej Japonii są pozostałością czasów wojny totalnej.

Brak podmiotowości narodu japońskiego zaznacza się również w dziedzinie polityki zagranicznej. Powojenna Japonia odrzuciła możliwość samostanowienia. Naszych rozmówców oburza fakt, iż Japończycy spokojnie wygłaszają zdanie: “Amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa są konieczne, aby zapobiec militaryzacji Japonii”. Sprowadza się to do wyręczania się Amerykanami w „brudnych” sprawach, za jakie uważane są kwestie armii i obronności kraju. Okazuje się, że okupacja nie skończyła się wraz z wyjściem wojsk okupacyjnych. Jej symbolem pozostaje narzucona przez Amerykanów konstytucja. Wielokrotnie nawoływano do jej poprawienia, ale każdy, kto chciał wprowadzić w niej jakiekolwiek zmiany, narażał się na zarzuty, iż sprzeciwia się wolności, demokracji, pokojowi i prawom człowieka. Lewica japońska uczyniła „zachowanie konstytucji” jednym ze swych sztandarowych haseł, a prawicy nie udało się doprowadzić nawet do tego, aby naród w referendum wypowiedział się, czy jest za, czy przeciwko owej konstytucji. I znów – chodzi tu nie tyle o samą treść ustawy zasadniczej, choć jest ona oczywiście kontrowersyjna, ale o to, aby naród sam faktycznie decydował o swoim losie.

Spory dotyczące konstytucji koncentrują się głównie wokół jej dwóch artykułów: pierwszego i dziewiątego. Pierwszy mówi o tym, że cesarz jest symbolem jedności narodu, a więc o zachowaniu instytucji cesarstwa, która w pierwszych dniach po zakończeniu wojny wydawała się mocno zagrożona. Mówiono wówczas o tym, że cesarz Showa powinien stanąć przed sądem jako współodpowiedzialny za zbrodnie wojenne lub przynajmniej abdykować. Zdaniem Fukudy mogłoby to nawet w pewien sposób „oczyścić” atmosferę w kraju. Nie zgadza się z nim Yamaguchi, który uważa, że to, iż cesarz pozostał nietknięty, miało na dłuższą metę pozytywne skutki. Z drugiej strony, zachowanie instytucji cesarstwa i osoby monarchy miało i ma fundamentalne znaczenie dla japońskiej prawicy. Artykuł pierwszy konstytucji został niejako „okupiony” artykułem dziewiątym, który mówi o wyrzeczeniu się przez Japonię prawa do prowadzenia wojny i posiadania armii. Nietrudno zgadnąć, że ten właśnie artykuł szczególnie upodobała sobie pacyfistyczna lewica. Zaś z punktu widzenia konserwatystów tak długo, jak długo przestrzegany będzie artykuł dziewiąty, nie będzie można myśleć o prawdziwej suwerenności i niezależności kraju. Ciekawe są dalsze rozważania, dotyczące roli cesarza w społeczeństwie japońskim. Na systemie cesarskim opiera się współczesna Japonia, zarówno przedwojenna, jak i powojenna. Dynastia cesarska i ryż to symbole tożsamości narodu japońskiego. Kryzys spowodowany nieurodzajem ryżu zachwiał podstawami egzystencji Japończyków podobnie, jak słowne ataki na cesarzową Michiko. Cesarz znajduje się w centrum japońskiej tradycji tak samo, jak uprawa ryżu, która wymagała zawsze wspólnego wysiłku, mającego na celu nie osobiste korzyści poszczególnych osób, ale dobro całej społeczności. System ten okazał się równie wydajny w dziedzinie produkcji półprzewodników, jak w dziedzinie rolnictwa. Rozmówcy „Chuokoron” zauważają jednak, że traci on powoli swoją skuteczność. Japończycy muszą wypracować nowy system, oparty nie tylko na instytucji cesarza jako symbolu tożsamości, ale na odpowiedzialności za siebie, samostanowieniu i podmiotowej etyce. Natomiast kwestią otwartą pozostaje pytanie, czy w czasach, kiedy pozycja Ameryki jako gwaranta bezpieczeństwa i rozwoju międzynarodowego handlu odchodzi w przeszłość, Japonia będzie w stanie spełniać w rejonie Azji i Pacyfiku podobną rolę.

SEIRON

O ile pismo „Chuokoron” (Opinie Środka), skłania się nieco, jak zresztą sama nazwa wskazuje, ku politycznemu centrum, o tyle „Seiron” (Słuszne Argumenty) reprezentuje poglądy twardej prawicy japońskiej. Ostra retoryka pisma nie zostawia żadnych wątpliwości, a liczne wdzięczne archaizacje – niestety trudne do oddania w polskim przekładzie – świadczą o konserwatyzmie pisma nie tylko w dziedzinie ideologii, ale i języka. Numer „Seiron” z września 1995 r. został w całości poświęcony tematyce związanej z II wojną światową. Numer otwiera artykuł „Przywrócić cesarskie pielgrzymki do Yasukuni” pióra (po japońsku należałoby powiedzieć „pędzla”) Keiichiro Kobori, germanisty i działacza prawicy, który walnie przyczynił się do publikacji materiałów obrony, odrzuconych przez Trybunał Tokijski. Kobori jest wielkim przeciwnikiem sposobu myślenia, znanego jako „Pogląd Trybunału Tokijskiego na historię”; pogląd ów w dużym uproszczeniu można określić jako antyjapoński i proamerykański. Już na początku artykułu mowa jest zresztą o „zemście” i „linczu”, bo tak właśnie autor nazywa sąd nad japońskimi zbrodniarzami wojennymi, który miał miejsce w Tokio. Zaś tytułowa Yasukuni to nazwa jednej z tokijskich świątyń, szczególnie przeznaczonej do składania hołdu japońskim bohaterom narodowym. Oddaje się w niej cześć duchom poległych we wszystkich wojnach, jakie prowadziła Japonia od czasów ery Meiji (1868-1912). Po procesie tokijskim potajemnie czczono tam również dusze niektórych skazanych. Wielkie kontrowersje budzi kwestia „państwowego” kultu, uprawianego w Yasukuni poprzez pielgrzymki kolejnych premierów Japonii; za-początkował je w latach 80-tych znany z konserwatyzmu premier Yasuhiro Nakasone.

W pierwszej części artykułu autor zaprzecza tezie, jakoby wojna skończyła się w 1945 r. wraz z ustaniem ognia na frontach. Począwszy od konstytucji, poprzez system prawny, administrację, gospodarkę i oświatę, aż po religię amerykańska armia okupacyjna wprowadziła przemocą reformy, narzucając Japończykom amerykańską ideologię i walcząc z japońską duchowością. Zatem na poziomie duchowym wojna toczy się nadal. Autor przeciwstawia się, zdeformowanemu jego zdaniem, obrazowi epoki powojennej. Inny jest tu punkt widzenia zwycięskich aliantów, inny – narodów zwyciężonych. Dla tych pierwszych podpisanie aktu kapitulacji Japonii mogło być przypieczętowaniem pewnego zwycięstwa. Pokonaną Japonię czekały jednak kolejne ciosy, bardziej niszczące, niż bombardowania. Należały do nich sądy wojenne – szacuje się, iż w ich wyniku straciło życie ok. 1100 osób. Obywatele kraju pokonanego wyzbyli się co prawda strachu przed bezpośrednim zagrożeniem życia, ale koniec działań wojennych stał się dla nich początkiem „pokoju godnego bydląt”. W tej sytuacji nie było oczywiście mowy o wolności słowa, myśli i przekonań. Ani informacje o niecnych postępkach żołnierzy wojsk alianckich, ani powszechna krytyka administracji okupacyjnej, ani też krytyka Trybunału Tokijskiego nie mogły się przedostać przez cenzurę, określaną przez Koboriego angielskim zwrotem „mind control” (kontrola myśli). Władze okupacyjne rządziły w sposób despotyczny. W takich to warunkach narodziła się, od samego początku zdeformowana, „powojenna demokracja”.

Druga część artykułu zawiera ostrą krytykę tzw. uchwały parlamentu z okazji 50-tej rocznicy zakończenia wojny. Gwoli wyjaśnienia: dyskusja nad uchwałą rozpoczęła się od tekstu zaproponowanego przez Partię Socjalistyczną, który zawierał radykalne potępienie japońskiej „wojny agresywnej” i „polityki kolonialnej”, a także przeprosiny za zbrodnie popełnione w jej toku. Sprzeciwiało mu się prawe skrzydło Partii Liberalno- Demokratycznej, zwracając m.in. uwagę na fakt, że za wojnę w tym rejonie świata winę ponosi nie tylko Japonia i nie tylko ona prowadziła politykę kolonialną, a mocarstwom zachodnim ani w głowie nie postanie pomysł, żeby przepraszać byłe kolonie. Sformułowania uchwały stały się przedmiotem międzypartyjnych przetargów i w rezultacie jej mocno rozwodniona treść nie zadowoliła ani prawej, ani lewej strony sceny politycznej. Lewica uznała, co prawda, uchwałę za „krok naprzód”, ponieważ znalazły się w niej takie sformułowania, jak „działania agresywne” i „głęboka refleksja” nad zbrodniami popełnionymi na narodach Azji. Niemniej jednak lewicowe japońskie media mocno podkreślały “połowiczny” charakter tego aktu skruchy.

Kobori nazywa tekst uchwalony przez japoński parlament „haniebnym” i stwierdza, że przy jego tworzeniu partyjne interesy wzięły górę nad tym, co słuszne i sprawiedliwe. Uderza go fałsz takich sformułowań, jak „żałoba po wszystkich ofiarach wojny na całym świecie”. Autor artykułu pyta szyderczo, czy panowie z parlamentu uważają, że przez wyrażenie “głębokiej refleksji” spłacili wojenne długi wobec krajów sąsiednich. Nie spłacili na pewno długu wobec swoich rodaków, którzy zginęli podczas wojny. Autor domaga się, aby naród czcił i opłakiwał własnych bohaterów. Konkretnym przejawem tej czci ma być przywrócenie cesarskich pielgrzymek do świątyni Yasukuni. Ostatnia wizyta cesarza w Yasukuni miała miejsce w roku 1985 (czyli w 50 r. panowania poprzedniego cesarza Showa; Kobori posługuje się oczywiście tradycyjną japońską chronologią, w której panowanie cesarza wyznacza erę). Trzeba stworzyć w kraju atmosferę i warunki, które umożliwią cesarzowi oddawanie czci poległym. Obecność monarchy na uroczystościach ku czci ofiar bomb atomowych zrzuconych na Hiroshimę i Nagasaki, bitwy o Okinawę czy nalotów na Tokio jest, według autora artykułu, „zielonym światłem” wskazującym właściwe tendencje w zachowaniu cesarza.

Temat ścigania japońskich przestępców wojennych powraca w artykule Fuyuko Kamisaka, zatytułowanym „Na nowo zapytać o znaczenie zbrodni”. Autorka podaje przykład tzw. „gwałtu nankińskiego”, w którego wyniku zginęło, jak się współcześnie uważa, ok. 40.000 osób. Według raportów Naczelnego Dowództwa Sił Sprzymierzonych, opublikowanych w pierwszym roku po wojnie miało to być 20.000, na procesie tokijskim zaś przyjęto pochodzącą z jednostronnych świadectw liczbę 260.000-300.000 ofiar. To, że istnieją aż takie rozbieżności w relacjach, wskazuje na złożoność rzeczywistości historycznej, z jaką mamy do czynienia. Autorka próbuje dociekać prawdy, ukazując fakty historyczne w szerszym kontekście. Np. oskarżeń o to, że Japończycy głodzili jeńców wojennych, przetrzymywanych w obozach na terenie kraju, nie można rozpatrywać w oderwaniu od faktu, że w tym czasie przymierało głodem całe społeczeństwo japońskie; trudno się zatem było spodziewać, że jeńcy będą traktowani lepiej, niż właśni obywatele.

Fuyuko Kamisaka mówi o Trybunale Tokijskim jako o „sądzie zwycięzców”. Podkreśla niesprawiedliwość wynikającą z faktu, iż winnych zbrodni wojennych szukano jedynie wśród pokonanych. Przywołuje postać indyjskiego sędziego Pala, który ogłosił po procesie tokijskim własny wyrok, ponieważ oficjalny werdykt uznał za niesprawiedliwy. O       tym, że winni zbrodni II wojny światowej znajdowali się również wśród narodów zwycięskich, dowiedzieć się możemy z artykułu Akiry Kochi, wykładowcy uniwersytetu w Aichi i absolwenta Columbia University. Artykuł zatytułowany jest „Kto wydał i zrealizował rozkaz ataku atomowego?”. Urodzony w Hiroshimie profesor Kochi poświęcił wiele pracy badaniom nad amerykańskimi źródłami, związanymi z decyzją zrzucenia bomby atomowej na to miasto u schyłku II wojny światowej. Istnieje co najmniej 5 teorii, wyjaśniających przyczyny użycia przez Amerykanów wówczas nowej broni:

1) Prezydent Truman wydał rozkaz zrzucenia bomby atomowej, aby przyspieszyć zakończenie wojny; 2) Użycie nowej broni było właściwie eksperymentem naukowym – chciano wypróbować jej skuteczność, a mieszkańcy Hiroshimy stali się królikami doświadczalnymi; 3) W plan produkcji broni jądrowej, tzw. Manhattan Project, zainwestowano zbyt wiele, aby móc jej potem nie wykorzystać; 4) Wybuch bomby nie był potrzebny, aby zmiażdżyć Japonię, ale aby utrwalić hegemonię Ameryki i stać się ostrzeżeniem dla Związku Radzieckiego. Dlatego mówi się niekiedy, że była to „ostatnia bomba II wojny światowej i pierwsza «zimnej wojny»”; 5) Atak na Hiroshimę miał być swego rodzaju odwetem za atak Japończyków na Pearl Harbour.

Z tych teorii najbardziej rozpowszechniona jest pierwsza, nauczana na lekcjach historii zarówno w Ameryce, jak i w Japonii. Amerykanie posuwają się nawet do stwierdzenia, że Japończycy powinni im być wdzięczni za szybkie zakończenie wojny, gdyż oszczędzili im w ten sposób kolejnych ofiar. Taki sposób myślenia budzi oburzenie autora artykułu; przytacza on zdanie swojej rodaczki, stwierdzające, że Japończycy są Amerykanom winni wdzięczność za pomoc w powojennej odbudowie, ale na pewno nie za atak atomowy. Jeżeli Japończycy komuś są winni wdzięczność, to raczej tym, którzy padli ofiarą owego „zakończenia wojny”. Akira Kochi rozprawia się następnie z teorią „odwetu za Pearl Harbour”. Zwraca uwagę na to, że Pearl Harbour i   Hiroshima to dwa wydarzenia, których w żaden sposób zestawić się nie da. W Perłowym Porcie rozegrała się bitwa między regularnymi żołnierzami; przyniosła ona ciężkie straty również wśród japońskich napastników. Natomiast Hiroshima to zbrodnia popełniona na bezbronnej ludności cywilnej.

Większa część artykułu poświęcona jest jednak polemice z teorią pierwszą, uznaną przez Kochiego za całkowicie fałszywą. Nazywa ją wręcz „wielkim kłamstwem” naszego wieku. Chociaż prezydent Truman wziął na siebie odpowiedzialność za decyzję o użyciu broni jądrowej, to jednak z jego sprzecznych wypowiedzi wynika, że to nie on był bezpośrednim rozkazodawcą. Kochi największą winą obarcza generała Grovesa, szefa Manhattan Project. Przedstawia go jako człowieka o chorobliwej ambicji, pragnącego zwrócić na siebie uwagę za wszelką cenę. Groves przetrzymywał pewne informacje i wykorzystywał je w sposób samowolny, niezgodny z intencjami prezydenta. Trumanowi zależało na tym, aby bomba zniszczyła obiekty wojskowe, Groves zaś “poszerzył” tę koncepcję o zbombardowanie miasta. Na liście miast, które jako stosunkowo duże i mało dotąd zniszczone nadawały się do tego eksperymentu, znajdowało się początkowo również Kioto, stara stolica Japonii i jeden z najcenniejszych zespołów średniowiecznej architektury na świecie. Okazuje się, że człowiekiem, który uratował Kioto przed atomową zagładą, nie był, jak się powszechnie sądzi, wieloletni ambasador USA w Japonii Edwin Reischauer, ale ówczesny sekretarz obrony Henry Lewis Stimson. Na decyzji zaważyły wspomnienia z wizyty Stimsona w Kioto – miała ona miejsce prawie dwadzieścia lat wcześniej. Kochi cytuje słowa sekretarza obrony, skierowane do Grovesa: „Ta wojna kiedyś się skończy, a tradycji narodu niszczyć nie wolno”.

Wśród podsumowań powojennego półwiecza nie mogło zabraknąć wspomnienia o najbarwniejszej chyba postaci japońskiej prawicy i jednym z najpopularniejszych pisarzy, jakich wydała współczesna Japonia; chodzi oczywiście o Yukio Mishimę. Pisze o nim Yuko Saeki w artykule z serii „Debata powojennego pokolenia nad powojennymi ideologami”. Autorka wspomina wstrząsające wrażenie, jakie zrobiła na niej świeżo obcięta głowa Mishimy, pokazana przez żądną sensacji telewizję. Spektakularne samobójstwo pisarza było przesłaniem, mającym poruszyć zniewieściałych współczesnych ludzi. Niechęć do zniewieściałości przeradza się u Mishimy w antyfeminizm, gdyż kobieta symbolizuje nijaką, przeciętną istotę ludzką, pragnącą jedynie nudnej codzienności. Zamerykanizowany człowiek współczesny, którego system wartości sprowadza się do pacyfizmu i humanitaryzmu, nie czuje smaku życia i nie jest w niczym lepszym od barbarzyńcy. Ów „smak życia” Mishima znajduje – paradoksalnie –w kulcie śmierci („Bushido jest poszukiwaniem śmierci”), a także w kulcie ciała i męskiej siły fizycznej. Klimat dzieł Mishimy to klimat dekadencji, na przekór której żołnierze podtrzymują sprawność bojową wiedząc, że, być może, nie doczekają końca „epoki Pokoju”, żyjący w czasach, w których nie wybuchnie wojna, a mimo to wciąż podtrzymujący sprawność bojową. Silne męskie ciało ma być siedzibą idei, najwyżej cenionych przez pisarza, który stworzył swoistą estetykę miłości i śmierci. Ideologia Mishimy była jak ładunek wybuchowy, demaskowała zniewieściałość „człowieka epoki powojennej”. Wymuszała odejście od nudy codzienności i przyłączenie się do pogoni za ideałem.

BELGIA

VOULOIR

114\118 numer sztandarowego pisma Nowej Prawicy zaczyna się od prezentacji sylwetki znanego północnoamerykańskiego lingwisty pochodzenia żydowskiego Noama Chomskiego. Ten lewicowy intelektualista nie ulega terrorowi politycznej poprawności, czego najlepszym dowodem jest to, że w 1980 r. zgodził się napisać przedmowę do książki francuskiego „rewizjonisty” Roberta Faurissona. Dwa lata później Chomsky zdecydowanie skrytykował izraelską interwencję w Libanie, co spowodowało, że został ekskomunikowany przez trzech rabinów. Ostatnio wyróżnił się zdecydowanym potępieniem amerykańskich wyczynów militarnych w trakcie wojny w Zatoce. W umieszczonym na łamach ”Vouloir” wywiadzie, zatytułowanym „Oszałamiający wzrost biedy”, Chomsky oskarża Clintona o to, że jako „Nowy Demokrata”, czyli przedstawiciel konserwatywnego skrzydła Partii Demokratycznej, w gruncie rzeczy nie różni się od Busha i od ludzi z „Wall Street Journal”. Clinton w ogóle nie interesuje się postępowymi ideami. Potwierdza to tezę, że dwie wielkie partie amerykańskie są dwoma awatarami jednego ugrupowania, broniącego interesów wielkiego przemysłu. W trakcie kampanii wyborczej w 1984 r. Republikanie posługiwali się argumentami Keynesa, uzasadniając potrzebę wzmożonych zbrojeń. Demokraci ze swej strony głosili konieczność ograniczeń fiskalnych, co nie mieści się bynajmniej w repertuarze prawdziwej lewicy. Program Reagana jest zadziwiająco podobny do platformy wyborczej Kennedy’ego. Prawdziwa władza znajduje się w rękach wielkich potentatów ekonomicznych, a społeczeństwo jest w dużym stopniu zdepolityzowane, o czym świadczy niska frekwencja wyborcza. Powracając na chwilę do wspomnianego wyżej Kennedy`ego warto przytoczyć opinię Chomskiego na temat rzekomego pacyfizmu zamordowanego w Teksasie prezydenta. Pacyfizm był rzekomy, bo to właśnie Kennedy doprowadził do eskalacji wojny w Wietnamie, a jego śmierć nie spowodowała specjalnych zmian w agresywnej polityce amerykańskiej. Do zasadniczych zmian nie doszło też po upadku ZSRR. Aby uzasadnić zbrojenia i utrzymywanie baz na całym świecie stworzono wizerunek hord międzynarodowych terrorystów, manipulowanych przez Kadafiego. Pisano, że sandiniści maszerują na Teksas, a flota Grenady blokuje drogi morskie. Bezpieczeństwu amerykańskiej metropolii zagrażali też baronowie narkotykowi sterowani przez szalonego Noriegę. Wreszcie odkryto, że Attyla wcielił się w Bestię z Bagdadu, która nie chciała okazać posłuszeństwa Wujowi Samowi. Musi on ciągle podejmować wyzwanie i usilnie zwalczać rozliczne „trzecioświatowe zagrożenia”. Tak opisuje oficjalną wersję amerykańskiej polityki zagranicznej Noam Chomsky w książce „Deterring Democracy”.

Ludwik Sorel pisze o ONZ, uniwersalizmie i wielkich przestrzeniach. Ład międzynarodowy będzie kształtowany w najbliższym czasie przez tetrarchię, składającą się z USA, Rosji, Japonii i dużych państw europejskich. Tetrarchia ta ma trzymać w ryzach „nowych barbarzyńców”. Świat będzie policentryczny, co oznacza koniec rooseveltowskiego ”one-worldismu”. Coraz większą rolę będą odgrywać organizacje regionalne w rodzaju KBWE, będącej „Nowym Kongresem Wiedeńskim”. W ramach KBWE ma być wypracowany pakt bezpieczeństwa zbiorowego, który stanie się podstawą dla Organizacji Narodów Europejskich (a z udziałem Rosji eurazjatyckich). W ten sposób spełnia się wizja Carla Schmitta, wizja „nomosu”, opartego na równowadze między Wielkimi Przestrzeniami.

Upadek Związku Radzieckiego nie spowodował uformowania się homogenicznego świata, co wielu obserwatorów prorokowało w 1990 r. Zamiast świata jednobiegunowego mamy do czynienia z ”pluriversum”, będącym zaprzeczeniem koncepcji końca historii. Ważnym elementem ”pluriversum” może być Turcja. Tak ”pluriversum” może być Turcja. Tak wynikałoby przynajmniej z książki Grahama Fullera i Iana Lessera ”Turkey’s New Geopolitics. From the Balkans to Western China”, którą omawia Robert Steuckers w recenzji zatytułowanej „Nowa geopolityka turecka”. Po upadku ZSRR przed politykami tureckimi rozwarła się przestrzeń od Bałkanów po chińskie granice, zasiedlona przez 150-200 milionów turkofonów. Turcja staje przed szansą opanowania opisanego przez Mackindera „Serca Lądu” („Terre du Milieu”), a przynajmniej jego części. Jednakże rządzący Turcją wahają się, gdyż po zakończeniu zimnej wojny trzeba przeorientować politykę zagraniczną. Jako antyradziecki człon NATO Republika Turecka miała strzec Bosforu i Dardaneli oraz flankować Kaukaz. Jej rola była ściśle określona. Dzisiaj jest wiele możliwości – prawdziwy „embarrras de richesse”. I tak kusi powrót na Bałkany, gdzie po imperium osmańskim zostało 9 milionów muzułmanów, ale na przeszkodzie stoi wrogość Grecji. Inną alternatywą jest zwrócenie się w stronę Kaukazu, co było niemożliwe od początku XIX wieku, od kiedy pojawiła się tam Rosja. Ale tutaj na przeszkodzie stoją Kurdowie i Ormianie. Przy ekspansji na południe trzeba by zetrzeć się z Syrią i Irakiem, które zdecydowanie protestują przeciw budowaniu tureckich zapór na Tygrysie i Eufracie, co może być przyczyną wojny o wodę. Na wschodzie przeszkodą dla ekspansji może być indoeuropejski sojusz Rosjan, Tadżyków i Persów. W innej wersji Rosja może wystąpić jako obrońca chrześcijan, uciśnionych przez muzułmanów. Biorąc jeszcze pod uwagę, że Wspólnota Europejska traktuje siebie jako „klub chrześcijański” i dystansuje się od Turcji, nie ma się co dziwić, że nad Bosforem nasila się fundamentalizm islamski kosztem mistycyzmu spod znaku derwiszów, sufizmu i Konyi, umiarkowanych alawitów i prozachodniego kemalowskiego laicyzmu. Nawiązując do opcji, o których już była mowa, Turcja może się odnaleźć w Konsorcjum Morza Czarnego, w Organizacji Współpracy Ekonomicznej obok Iranu i Pakistanu, w Organizacji Morza Kaspijskiego (gdzie Turcji aktualnie nie ma), grupującej Azerbejdżan, Persję, Turkmenię, Kazachstan i Rosję, czy wreszcie w Unii Państw Turkofońskich, co byłoby jednoznacznym wyzwaniem dla Rosji. Drogę do Wspólnoty Europejskiej zamykają Turkom Niemcy, ale USA utrzymują uprzywilejowane stosunki z Ankarą i w interesie Jankesów jest czynić tak dalej, gdyż model turecki jest dla nich do zaakceptowania w przeciwieństwie do bardziej antyzachodnich reżimów Bliskiego i Środkowego Wschodu. Dzięki Turcji Amerykanie mogą trzymać w szachu Rosjan, Europejczyków i Persów. Pomagają im w tym epatujący publikę cierpieniami ludności Sarajewa pożyteczni idioci z gazetowo-telewizyjnego cyrku paryskiego. Ci clowni mass mediów są nieświadomym narzędziem waszyngtońskiej polityki ”divide et impera”. Dla Francji i Rosji byłoby korzystne, gdyby Turcja przyjęła orientację „ottomańską”, co oznacza zainteresowanie przede wszystkim Zatoką Perską i Półwyspem Arabskim. Waszyngton zawsze będzie się temu sprzeciwiał.

Pozostając przy geopolityce przytoczmy wypowiedź Włodzimierza Żyrynowskiego na Zjeździe Partii Liberalno-Demokratycznej. Przypomniał on tam główne tezy swojej książki „Skok na Południe”. Otóż według Żyrynowskiego Rosja ma prawo do granic potwierdzonych przez KBWE w Helsinkach w 1975 r. Konferencja ta potwierdziła istnienie naturalnych stref wpływów. Dla Stanów Zjednoczonych taką strefą jest Ameryka Łacińska, dla Europy Afryka, a dla Rosji Turcja, Iran i Afganistan. Lider PLD wyraził nadzieję, że USA nie powtórzą błędów Bonapartego i Hitlera. Jednocześnie wyraził ubolewanie z powodu inwazji MacDonalda i gumy do żucia. „Dla rosyjskiego dziecka urodzonego w 1985 r. jedynym Bogiem jest dziś Dolar”. Goszczący na zjeździe Gerhard Frey z niemieckiej DVU nawoływał: „Powinniśmy wspólnie przeciwstawić się amerykanizacji naszych narodów”. Żyrynowski podkreślił na koniec, że historyczną misją Rosji jest ocalenie cywilizacji. O ocaleniu przynajmniej Rosji myśleli też uczestnicy II Kongresu Ruchu „Robotnicza Rosja”. W trakcie obrad pisarz Edward Limonow wyraził rozczarowanie postawą umiarkowanej i koncyliacyjnej opozycji. Redaktor naczelny czasopisma „Elementy” Aleksander Dugin zapewniał słuchaczy o solidarności europejskich narodowych rewolucjonistów z Ruchem i pozdrowił wielkiego lidera radykalnej opozycji Wiktora Ampiłowa, niezłomnie walczącego o wyzwolenie i odrodzenie Rosji. Niektórym z obserwatorów obrady „Robotniczej Rosji” wydały się podobne do zjazdu partii bolszewickiej na krótko przed Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową.

Opuszczamy białokamienną Moskwę i szlakiem znanym rosyjskim armiom gromiącym janczarów udajemy się na Bałkany. Tu naszym cicerone będzie Jean-Gilles Malliarakis, który przedstawi nam „Grecki punkt widzenia na konflikt grecko-macedoński”. Grecy twierdzą, że to, co oni nazywają pseudopaństwem ze stolicą w Skopje zagraża ich integralności terytorialnej. Obawy te znajdują potwierdzenie w macedońskiej konstytucji, gdzie jest mowa o wsparciu uciśnionych braci. Bracia ci zamieszkują m.in. Saloniki i ich sprawiedliwa walka może być dla Turcji pretekstem do zajęcia salonickiego portu. Byłoby to zgodne z globalnym planem amerykańskim, elementem którego jest odzyskanie przez Turcję pozycji w południowo-wschodniej Europie. Zmieniamy przewodnika, ale pozostajemy na Bałkanach. „Albania, kraj derwiszów” to tytuł recenzji napisanej przez Roberta Steuckersa, recenzji książki Natalii Clayer „L’Albanie, pays des derviches. Les ordres mystiques musulmans en Albanie a l’epoque post-ottomane (1912-1967)”. Autorka opisuje albańskie bractwa muzułmańskie, które, w przeciwieństwie do innych europejskich państw postottomańskich, są w Kraju Arnautów niezwykle żywotne. Największymi organizacjami tego typu są konfraternie Bektaszów i Halwetów. Bektaszyzm odegrał wielką rolę w procesie narodzin i umocnienia się albańskiego nacjonalizmu. W pierwszym szeregu albańskich nacjonalistów znajdujemy wielu ludzi z bektaszowskiego „kręgu zewnęrznego”. Bektaszowski mistycyzm nadał szczególne zabarwienie albańskiemu islamowi, oddalając go od konwencjonalnego ottomańskiego sunnizmu. Bektaszyzm narodził się w XIII wieku na Bałkanach i odnajdziemy w nim wiele elementów chrześcijańskich i prechrześcijańskich. Zdecydowana większość mistrzów (baba) w sekcie była pochodzenia albańskiego, czasem zdarzali się Turcy, natomiast nigdy nie było wśród nich Słowian. Ten zdecydowanie albański charakter bractwa wyjaśnia, dlaczego sprzeciwiło się ono panowaniu ottomańskiemu po utworzeniu w 1878 r. sławnej Ligi z Prizrenu. Bektasze promowali język albański nawet wtedy, gdy reżim młodoturecki prowadził intensywną politykę osmanizacji. Mistycy skutecznie lansowali alfabet łaciński wbrew tureckiej władzy, forsującej pismo arabskie. Po uzyskaniu niepodległości bektasze byli prześladowani przez sprawującego rządy prawosławnego biskupa Fana Noli, a później przez króla Ahmeda Zogu. Stosunki uległy normalizacji dopiero w 1930 r. W czasie okupacji włoskiej hierarchia bektaszowska zachowała dystans wobec przybyszów zza Cieśniny Otranto, a niektórzy bracia wzięli udział w ruchu oporu, również w jego komunistycznej części. W 1945 r. zwycięscy komuniści rozwiązali bractwa religijne, a w 1967 r. zakazali wszelkich obrzędów religijnych. Bektaszyzm przetrwał w sąsiednich krajach, w Egipcie i wśród albańskiej diaspory w USA.

Teraz zostawimy mały kraj bałkański na rzecz małego kontynentu. Przyjrzymy się „Wizji Europy” w ujęciu kogóż by innego, jak nie samego Steuckersa. Podkreśla on, że Europa w wersji natowskiej stała się zaledwie jakimś nadmorskim kantorem wymiany. Europa nie jest pełna bez zachodnich Słowian, Prusaków, Sasów, Węgrów, Rumunów, Bałtów i Rosjan. Środowisko „Vouloir” nigdy nie traktowało tych narodów jako barbarzyńców skazanych na izolację. To jest tradycyjne stanowisko Nowej Prawicy. Przynajmniej w pierwszym okresie, kiedy najważniejsza była belgijska grupa „Młoda Europa” pod przywództwem Jean Thiriarta. Później Nowa Prawica odsunęła się od polityki, zajmując się intelektualnymi rozważaniami i poszukiwaniem korzeni. Po odejściu Wilhelma Faye grupa ta przestała w ogóle zajmować się badaniem politycznych mechanizmów i fluktuacji polityki międzynarodowej. Alain de Benoist, stary badacz libida Matzneff i niedorośli obrońcy ostatniej paryskiej reduty Nowej Prawicy tworzą kultową sektę neopogańską i środowisko „Vouloir” nie chce już uczestniczyć w tym spektaklu neoplatońskich „Gramscich prawicy”, chwalących „literaturę odangażowaną” i zamkniętych w swoim solipsyzmie. Zostawmy zatem Nową Prawicę i spójrzmy na wschód. Wówczas dostrzeżemy, że Europa to nie tylko Wspólnota Europejska + Skandynawia + trzy państwa „Grupy Wyszehradzkiej” + Austria + inne państwa z katolicką większością. Nowa Europa jest nie do pomyślenia bez krajów prawosławnych. Tymczasem żadna z dominujących na Zachodzie ideologii nie jest w stanie zinterpretować kultury prawosławnej, ponieważ te ideologie są więźniami współczesnych przesądów. Zachód jest dotknięty kulturową sklerozą, o której pisali już w zeszłym stuleciu Tiutczew, Danilewski, Leontiew i Dostojewski. Nie potrafi pojąć podstawowej dla duchowości prawosławnej idei człowieka kosmicznego (jego chrześcijańskim awatarem jest Chrystus Pantokrator), opisanej przez Mirceę Eliadego. Idea ta była fundamentem religijności ludowej i pogańskiej w całej Europie. Powrót do niej powinien ułatwić porozumienie. Byłoby ono konieczne, jeśli miałaby się spełnić wizja Samuela Huntingtona „The Clash of Civilizations?” przedstawiona na łamach „Foreign Afffairs”. Autor rozciąga pojęcie “Zachód” na byłe kraje socjalistyczne i przewiduje konflikt tego bloku z krajami islamskimi, które mogą być w sojuszu z chińskimi „konfucjanistami”, hinduistami i buddystami. Japonia ma pozostać sojusznikiem Zachodu. Alternatywą dla tego układu są sojusze Rosji z Indiami i Indii z Japonią. Potencjalny alians Tokio i New Delhi bardzo poważnie niepokoi Waszyngton i Canberrę.

W Europie nowa jakość, potrzebna w obliczu nowych wyznań była poszukiwana na spotkaniu intelektualistów niemieckich, austriackich, kroackich, słoweńskich, serbskich, albańskich (z Albanii i Kosowa), polskich, czeskich, słowackich, północnowłoskich, węgierskich i jeszcze jakichś innych. Uchwalili oni deklarację ze Stainz, w której postulują Europę regionów i różnorodności kulturowej. Koordynator obrad w Stainz, dr Wolfgang Mantl, konstatuje, że istnieje tęsknota za wspólną europejską „przestrzenią obywatelską” (gemeineuropäische Zivilität) i chęć przekreślenia Jałty. Idzie to w parze ze zużyciem się dotychczasowych wyjaśnień historii i nastaniem postmodernizmu w rozumieniu Jana Franciszka Lyotarda. Następnym charakterystycznym zjawiskiem jest świadomość konieczności kooperacji międzynarodowej (Pentagonale, Wyszehrad) i konstruowania ponadnarodowego regionalizmu (Alpy-Adriatyk). Wreszcie nie można przeoczyć, że zrygoryzowane ideologie nie znajdują już uznania u Europejczyków. Zanikły wszelkie formy „kultury partycypacji”. Niepodzielnie królują “prywatyzm”, cynizm i ultraindywidualizm. Tako rzecze dr Mantl.

Według jednego z uczestników obrad w Stainz, austriackiego socjaldemokratycznego jurysty profesora Ernesta Trosta, ten splot czynników ewokuje konieczność proklamacji „Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Europejskiego”. Nie byłaby to nowa wersja monarchii naddunajskiej ani neojakobińskiej III Rzeszy, ale rodzaj “dachu” albo “baldachimu” nad częściowo suwerennymi jednostkami terytorialnymi. To Cesarstwo powinno prowadzić politykę, która przekreśliłaby nie tylko Jałtę, ale i Wersal. Francuski pułkownik Bernede ubolewa, że traktaty pokojowe po I wojnie światowej unicestwiły dwa imperia: austro-węgierskie i ottomańskie. Pułkownik przyznaje narodom Mitteleuropy prawo do korzystania z Adriatyku, narodom naddunajskim prawo do korzystania z rzeki łączącej Morze Czarne niemalże z Atlantykiem, Bułgarom miejsce na Bałkanach obok innych potencji prawosławnych, łącznie z Serbią. Przeznaczeniem Turcji jest Mezopotamia, dzisiaj „zneutralizowana” dzięki Wojnie w Zatoce. Kraina owa powinna być dla Europejczyków oknem na Ocean Indyjski. Pan pułkownik przyznaje a posteriori, że Francuzi niepotrzebnie dążyli do zniszczenia za wszelką cenę monarchii Habsburgów, okrojenia Bułgarii i Turcji oraz sprowadzenia Węgier do minimalnych rozmiarów. Wojna w Zatoce była powtórzeniem starego błędu, polegającego na rozczłonkowaniu linii Hamburg-Basra. Po lekturze Huntingtona i Bernede’a dochodzimy wraz ze Steuckersem do wniosku, że za koncepcją wyodrębnienia na wielkim kontynencie eurazyjskim antagonistycznych stref: „okcydentalnej” (eurorosyjskiej) i muzułmańskiej kryje się chęć zagrodzenia drogi do Oceanu Indyjskiego Europejczykom, Rosjanom, kemalistowskim Turkom, baasistowskim Arabom i niewahabbistycznym muzułmanom. Powinna sobie zdawać z tego sprawę przyszła elita paneuropejska. Według p. Steuckersa istnieje już materiał ludzki nadający się do przetworzenia w taką elitę właśnie.

Kontynuując nasze ulubione wątki geopolityczne przejrzymy refleksje Lucjana Favre’a „Geopolityka europejska: Eurazja jako przeznaczenie” a propos książki Pierre Behara „Une geopolitique pour l’Europe. Vers une nouvelle Eurasie?”. Behar powołuje się na generała Jordisa von Lohausena, aby uwiarygodnić swoją tezę o ruchomości Europy. Von Lohausen napisał: „Europa nie jest typowym kontynentem, takim jak Afryka, Australia czy Antarktyda. Jest ona dziełem Europejczyków, a nie prezentem od natury. Europa nie kończy się po tej czy tamtej stronie Uralu, rozciąga się do linii, którą jest w stanie obronić”. Ural nie ma znaczenia z geopolitycznego punktu widzenia. Europa do tej pory była „azjatyckim przylądkiem”. Teraz ma szansę odnaleźć swoją jedność geograficzną i rozprzestrzenić się od Atlantyku do Pacyfiku. Aby lepiej zrozumieć problemy europejskie warto jest wiedzieć, że nasz kontynent dzieli się na trzy części. Na północy mamy wielką równinę zamieszkałą przez Germanów, Bałtów i Słowian. Przy braku naturalnych granic ludy te bez przeszkód stykają się ze sobą, co niejednokrotnie prowadzi do konfliktów. Na południe od równin wyrastają Alpy, Karpaty i Bałkany. Te ostatnie są „poszarpane i strome”, co utrudnia wykrystalizowanie się stabilnych stref zamieszkania. Trzecia część Europy to wyspy lub prawie wyspy (helleńska, włoska, iberyjska, duńska, norweska i Azja Mniejsza). Prawie wyspy są pomostami w stronę świata arabskiego, Afryki, Azji i Wielkiej Północy. Na te strefy geograficzne nakładają się dwie „przestrzenie ludzkie”. Na zachodzie widzimy obszar stabilności, a na wschodzie strefę chronicznej niestabilności. Do tego wszystkiego trzeba dodać niezwykle ważny czynnik, jakim są oblewające Stary Kontynent z trzech stron wody. Behar podkreśla, że „Europa będzie talassokracją albo nie będzie jej wcale”. Drugim warunkiem mocarstwowości Europy jest przywrócenie wewnętrznej równowagi na kontynencie. Będzie to możliwe, jeśli odejdziemy od “samobójczej ideologii nacjonalistycznej” i powrócimy do gabinetowej dyplomacji w stylu Bismarcka, której głównym celem było podobno utrzymanie równowagi. (Teza dosyć kontrowersyjna, bo silne Niemcy siłą rzeczy naruszyły tradycyjny układ sił na kontynencie, a Bismarcka trudno posądzać o to, że nie był nacjonalistą – red.).

Niemcy są ponownie zjednoczone i przeniesienie stolicy do Berlina potwierdza dążność do hegemonii w środkowej Europie. Onegdaj potęga Niemiec była ograniczana przez austriacko-węgiersko-słowiańskie imperium Habsburgów. Na północy rysuje się Federacja Nordycka (kraje bałtyckie, Finlandia, Skandynawia) i zdaje się, że ten ostatni twór ma największe szanse wyjścia poza sferę koncepcji. (To znowu skromna opinia redakcji). Autor dostrzega pozytywne myślenie w takich inicjatywach jak Pentagonale, Heksagonale i Wspólnota Regionów Naddunajskich. W przeciwieństwie do Europy Środkowo-Wschodniej, na zachodzie zmiany nie są pożądane. Francja powinna dalej odgrywać rolę zwornika między Europą północną i południową, kontynentalną i atlantycką, stanowiąc odpowiednik (pendant) Rosji. Logiczne jest zatem, że także Rosja nie powinna być zdezintegrowana. Konieczna jest współpraca trzech słowiańskich republik WNP po to, by Europa mogła korzystać z bogactw Syberii i mieć wpływ na wydarzenia w mackinderowskim Sercu Lądu. Aby osiągnąć te cele niezbędny jest dialog z autentyczną „Rosją turańską”. Tylko w ten sposób będzie można skonstruować „wielką dynamiczną eurazyjską całość”. Operacja ta nie stoi w sprzeczności z pantureckimi zapędami Ankary. Imperium ottomańskie zastąpiło państwo bizantyjskie i jego upadek był korzystny dla wrogów Europy. Turcja ma do odegrania wielką rolę jako czynnik stabilizujący sytuację na Bliskim Wschodzie. Stabilizacja ta jest jedną z przesłanek zbudowania Europy Totalnej (określenie p. Harmela). Ta eurazjatycka Europa będzie zaprzeczeniem NATO. Dzięki otwarciu na wschód odnajdziemy „eurazyjski nomos”, o którym marzyli Haushofer i Carl Schmitt. Nowy porządek amerykańsko-zachodni otrzyma w ten sposób śmiertelny cios.

Znany już czytelnikom „Stańczyka” Klaudiusz Finzi dowodzi, że „Europa i Zachód to dwa sprzeczne pojęcia”. Głównym argumentem na poparcie tej tezy jest stwierdzenie Tomasza Jeffersona z 1808 r. Prezydent USA wyraził wówczas nadzieję, że zachodnia hemisfera na zawsze oddzieliła się od Europy i dzięki temu po tamtej stronie Atlantyku „lew i baranek będą żyć w spokoju i spoczywać jedno obok drugiego”. Odwróćmy się więc od Zachodu czyli Ameryki po to, aby przyjrzeć się wraz z nieocenionym Robertem Steuckersem książce Otmara Franza “Europa und Russland – Das Europäische Haus?” (Europa i Rosja – Wspólny Dom Europejski?). Na kartach tej książki profesor Wolfgang Pfeiler wymienia czynniki odróżniające Rosję od Europy: 1) Nieobecność intelektualnych tradycji europejskich; 2) bizantyjskie tradycje wyrażające się w idei hierarchicznego porządku uniwersalnego, który jest jednakowy dla państwa i dla kościoła; 3) w historii Rosji nie ma „walki o inwestyturę”, „imperium” i „sacerdotum” zlewają się w jednolity organizm kościelno-państwowy; 4) Rosja nie zaznała renesansu, a więc nie było odkrycia znaczenia jednostki; 5) nie odnajdziemy w dziejach Rosji reformy protestanckiej (luterańskiej lub kalwińskiej), nie było zatem wojen religijnych (chyba jednak czymś w rodzaju wojny było prześladowanie starowierców – red.), po których mogłaby nastąpić „neutralizacja” wartości religijnych (zjawisko takie wystąpiło w Europie począwszy od XVII wieku i filozofii Hobbesa), co powstrzymałoby zelotów od prób wprowadzania w życie „prawd metafizycznych” (taką prawdą pomimo swojego materializmu był również marksizm); 6) w Rosji zawsze dominowały: dynastyzm, imperialność i centralizm; państwo stanowiło instrument w ręku monarchy; 7) brak zindywidualizowanej kultury rycerskiej; 8) Oświecenie nie rozwinęło się w Rosji tak jak w Europie, reprezentowane było przez kilku profesorów, ale nie wywarło żadnego wpływu na lud i w efekcie takie pojęcia jak “rozum” i „nauka” były rozumiane w kontekście soteriologicznym; 9) nieprecyzyjność norm prawnych; 10) literatura odgrywała ważną rolę polityczną, prowadząc grę z cenzurą przemycała czasem pośrednie żądania reform lub zawoalowaną krytykę reżimu, co powodowało, że cieszyła się niesłabnącym powodzeniem, co zaczęło się kończyć wraz z “głasnostią” i likwidacją cenzury; 11) brak w rosyjskiej strukturze społecznej końca epoki marksistowskiej burżuazji, rzemieślników i wolnego chłopstwa; 12) Rosyjskie tradycje uniemożliwiają zatem urzeczywistnianie zachodnich idei liberalnych i demokratycznych.

Następnie profesor Pfeiler wymienia orientacje geopolityczne współczesnych rosyjskich ugrupowań politycznych: 1) neoizolacjoniści (filozof Kurginian, kozacy i monarchiści); 2) nieliczni zwolennicy rzuconej przez Sołżenicyna idei „Unii Słowiańskiej”; 3) zwolennicy odbudowy ZSRR (Front Ocalenia Narodowego, generał Makaszow, Giennadij Ziuganow, pułkownicy Sterligow i Ałksnis, częściowo Żyrynowski etc.); 4) „imperialiści”, dążący do rekonstrukcji imperium rosyjskiego sprzed rewolucji 1917 r. (Sterligow, Żyrynowski, Fiłatow); domagają się oni odzyskania Finlandii (oprócz Żyrinowskiego), Polski i krajów bałtyckich. Są wrogami orientacji zachodniej i popierają Miloszewicia, Castro i Saddama Husajna. Rosyjska dyplomacja porusza się między dwiema opcjami. Pierwsza to sojusz z USA. Drugi wariant jest eurazjatycki i w ujęciu centrysty Arkadiusza Wolskiego oznacza „chińską drogę” stopniowego wprowadzania kapitalizmu oraz współpracę z Japonią i „małymi smokami”. Europeiści to w praktyce „germaniści”, wierzący w to, że Niemcy zdominują Europę i narzucą jej rusofilską opcję. Nie chcą pamiętać o tym, że Niemcy nie są tak suwerenne jak w czasach Bismarcka. (Ale być może pamiętają, że przed Bismarckiem były chyba jeszcze mniej suwerenne niż dzisiaj, bo przecież nie istniały jako polityczna całość. Kto wie, co będzie za parę lat? – red.).

Wątek rosyjski jest wyraźnie obecny w wypowiedzi Salaha Hassana- rzecznika „Zjednoczonego Komitetu Intifady”, mającego swoją siedzibę w Jerozolimie. Wywiad nosi tytuł „Silna Europa może uratować Bliski Wschód”. Salah Hassan wyjaśnia, że byłych sojuszników ZSRR można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza to sojusznicy ideologiczni, tacy jak Angola, Mozambik, Jemen Południowy i Kuba. Druga grupa sprzymierzeńców obejmuje kraje związane z Sowietami z powodów strategiczno-militarnych. Tutaj umieścimy Irak, Syrię, Libię, Algierię, Jemen Północny, OWP, Tanzanię i Zambię. Po zakończeniu zimnej wojny możemy zaobserwować, że Kuba znalazła się na przeciwnym biegunie niż Irak i OWP. Wyspa Wolności była tak uzależniona od Moskwy, że teraz jest skazana na wegetację. Irak i OWP nigdy nie były uzależnione ekonomicznie od Związku Radzieckiego. Dla Bagdadu sojusz z największym państwem świata był potrzebny do tego, aby uwolnić siebie, a później cały Bliski Wschód od zachodniej dominacji. Zachód docenił to niebezpieczeństwo i dlatego uderzył na Irak po to, aby rozbić go na trzy części: kurdyjską bez dostępu do morza, szyicką bez hinterlandu i arabsko-sunnicką bez morza i bez interioru. Najlepszym rozwiązaniem dla Iraku i dla całego świata arabskiego byłaby wspólnota wszystkich krajów śródziemnomorskich. Kraje arabskie stanowią potężny rynek dla produktów europejskich i w ogóle lebensraum dla Starego Kontynentu.

I jeszcze tylko króciutko zasygnalizujemy ukazanie się dwóch książek o magii autorstwa Maksyma lntrovigne. Pierwsza nosi tytuł „La magie, les nouveaux mouvements magiques”, a druga „Il cappello del mago, i nuovi movimenti magici, dalio spiritismo al satanismo”. P. lntrovigne jest założycielem Centrum Badań nad Nowymi Religiami. Z pozycji autorytetu stwierdza on (jak informuje nas autor recenzji Krystian Bouchet), że istnieje ponad 60 organizacji magicznych, które tworzą 5 wielkich rodzin: wolnomularstwo, neopitagoreizm, magia ceremonialna, martynizm i różokrzyżowcy. Istnieją rozliczne związki między organizacjami magicznymi a polityką. I tak Maurycy Barres był jednym z 10 założycieli Zakonu Martynistycznego w 1891 r., grupa masońska Black Shrine (Czarne Sanktuarium) była animatorem ruchu Czarnych Muzułmanów, Garibaldi pełnił funkcję wielkiego mistrza światowego organizacji Memphis Mizraim. Po drugiej stronie Alp działał z kolei Franciszek Jollivet-Castelot, jednocześnie członek francuskiej kompartii i Francuskiego Towarzystwa Alchemicznego oraz jeden z czołowych Oświeconych Braci Różowego Krzyża. Kiedy w 1927 r. usunięto go z FPK, założył Komunistyczną Unię Spirytualistyczną (sic!). (Dialektycznie rzecz ujmując był materialistą, a jednocześnie nim nie był- red.).

TEKSTEN, KOMMENTAREN EN STUDIES

W 76 numerze kwartalnika znajduje się sporo tekstów poświęconych narodowościowym problemom Belgii i przyszłości tego państwa. Hildegonde de Bois wymienia strategiczne koncepcje w ruchu flamandzkim. Idea samorządności zakłada, że stopniowo, poprzez tworzenie regionów i federalizację, Flamandowie wybiją się na niepodległość. Radykalni nacjonaliści domagają się z kolei natychmiastowego połączenia z Holandią, czyli powrotu do sytuacji sprzed rewolucji 1830 r. Wreszcie idea większościowa opiera się na demograficznej przewadze Flamandów nad Walonami, co ma doprowadzić do przejęcia władzy w Belgii przez tych pierwszych dzięki procedurom demokratycznym. Przeciwnicy tej ostatniej koncepcji podkreślają, że Flandria i Niderlandy tworzą historyczną, geopolityczną i ekonomiczną całość. Należy więc skonstruować nowy Beneluks z naturalnym centrum we Flandrii. Jest już nazwa dla tej nowej politycznej unii – Nevlab (Nederland-Vlaanderen- Brussel). Ten prawnopaństwowy związek, pozbawiony obciążenia w postaci Walonii i Luksemburga, należałby do najbogatszych regionów świata. Potencjalny Nevlab można przyrównać do takich „superregionów” jak nadbałtycki (Litwa, Łotwa, Estonia) albo wyszehradzki (Polska, Czechy, Węgry). Niektórzy twierdzą, że korzystne byłoby utrzymanie specjalnych stosunków z Luksemburgiem poprzez przekształcenie Belgijsko-Luksemburskiej Unii Ekonomicznej we Flandryjsko-Luksemburską Unię Ekonomiczną. Bruksela otrzymałaby specjalny status, wzorowany na amerykańskim Dystrykcie Columbia. Nota bene francuskojęzyczni mieszkańcy tego miasta to jedyni mieszkańcy Belgii posiadający belgijską świadomość narodową. Pozostali frankofoni w mniejszym stopniu utożsamiają się z walońskością.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»