«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW”, NR 29 (1996)

08.08.17 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW”,  NR 29 (1996)

NIEMCY

CRITICÓN

W numerze 139 monachijskiego kwartalnika Mladen Schwartz ocenia rządy Franjo Tudjmana, Helmut Stubbe-da Luz pisze o nowych organizacjach w krajobrazie politycznym Niemiec, Heinz-Siegfried Strelow o konserwatywnym dziennikarzu i publicyście Rudolfie Kircherze a prof. Gerard Radnitzky o socjalizmie wprowadzanym europejskimi tylnymi drzwiami. Radnitzky przypomina oczywistą prawdę, że historia sukcesu Europy w poprzednich stuleciach to historia różnorodności i konkurencji: państw, narodów, regionów, kultur narodowych, infrastruktur, systemów prawnych i podatkowych, obyczajów itd. Dzisiaj czołowi politycy Europy i potężne grupy interesów opowiadają się za systemem, w którym różnorodność i konkurencja mają zostać wyeliminowane przy pomocy „harmonizacji”. Realizacja traktatu z Maastricht musi, zdaniem Radnitzky‘ego doprowadzić do obniżenia dobrobytu i ograniczenia wolności w Europie. „Harmonizacja” nie jest bowiem oddolnym i organicznym procesem trwającym stulecia i opartym na selekcji oraz konkurencji, ale „harmonizacją” odgórną i sztuczną wykoncypowaną za biurkiem przez politycznych i gospodarczych konstruktywistów. Jeśli traktat z Maastricht stanie się rzeczywistością, to europejski cud może się powtórzyć, tyle że w odwrotnym kierunku. „Harmonizacja” to nic innego jak zglajchszaltowanie Europy, to stworzenie państwa opiekuńczego na kontynentalną skalę. Powstanie jednolitego systemu podatkowego oznaczać będzie powołanie do życia kartelu poborców podatkowych, który bez przeszkód będzie mógł przykręcać śrubę podatkową. Nastąpi centralizacja władzy, co wzmocni zakres kompetencji euroelity nazwanej przez sir Alfreda Shermana, byłego doradcę p. Thatcher „euromafią”. Europejski Bank Centralny emitujący jednolitą walutę to wymarzona konstelacja dla „politycznych przestępców-inflacjonistów” chcących dobrać się do oszczędności obywateli. Maastricht i projekt Zjednoczonej Europy to w rzeczywistości realizacja egalitarnych koncepcji na kontynentalną skalę, to nic innego jak „eurokatastrofa”.

W tym samym numerze Josef Schüsslburner zajmuje się Chinami, Tybetem i dyskusjami na ten temat w Niemczech. O Mao-Tse-Tungu pisze publicysta „Criticónu”, że był narodowym socjalistą. Stalin trafnie rozpoznał, że Mao nie rozumiał najbardziej elementarnych prawd marksizmu. Jako urodzony człowiek władzy Mao rozpoznał, że humanitarne frazesy marksizmu/socjalizmu nadają się świetnie do totalnego rozszerzenia władzy, podobnie jak polityka praw człowieka, wyabstrahowana z historycznego i prawno-państwowego kontekstu i nabierająca dlatego moralno-bojowego wymiaru może iść w parze z terrorem, co udowodniła choćby chwalebna rewolucja francuska. Z Hitlerem łączyła Mao przede wszystkim skłonność do teatralnego inscenizowania polityki. Przypuszczalnie to właśnie, obok fekalnego języka kulturalnej rewolucji, uczyniło Mao tak popularnym wśród niemieckich rewolucjonistów pokolenia 68. Jedynie posłusznie przestrzegane przez nich normy „kultury politycznej” tzn. wytyczne amerykańskiej władzy okupacyjnej, zmuszały ich do tego, aby maskować sympatię do tej nieniemieckiej formy narodowego socjalizmu poprzez wychwalanie twórczo-marksistowskiego charakteru myśli Mao (w ten sposób ludzie pokolenia 68 wpasowywali się w amerykańską koalicję wojenną z zarządcą Gułagu – Józefem Stalinem). Bez wątpienia, w przeciwieństwie do Hitlera, Mao nie miał obsesji na tle rasowym, ale idee tego typu nie były dlań czymś całkowicie obcym. W zgodzie z tendencjami chińskiego marksizmu lat 30-tych Mao uważał walkę rasową za maskę walki klasowej. Jego wulgarna wrogość do obcokrajowców jest faktem. Jeśli słusznie mówi się, że Hitler urodził się w Wersalu, to równie słuszne byłoby stwierdzenie, że Mao urodził się w Szanghaju. Nic bardziej nie uczyniło widocznym półkolonialnego statusu Chin (w którym liberalne interesy gospodarcze splatały się z politycznym naciskiem z zewnątrz) niż „international settlements”, gdzie narzucone Chińczykom przywileje dla cudzoziemców szły w parze z rasowo uzasadnianą pogardą dla tubylców, która swój wyraz znalazła w tabliczkach z napisami „Chinese and Dogs Not Allowed” umieszczanych w parkach przez przedstawicieli zachodniej wspólnoty wartości. Brutalny reżim Mao był rezultatem zwycięskiej wojny domowej, którą wywołał upadek monarchii będący dla Chińczyków nie tylko zmianą ustroju państwa, ale upadkiem kosmicznego ładu i metafizycznym wstrząsem. Upadek monarchii zaś został w dużej mierze spowodowany wspólną akcją „world community” w Chinach w 1900 roku.

Podziwiany przez niemiecką lewicę (narodowo)socjalistyczny reżim Mao szczególnie “odznaczył” się w Tybecie zajętym przez chińskie oddziały w 1950 roku: w wyniku chińskiej inwazji życie straciło ok. 1,2 mln osób (20% ludności), zniszczonych zostało 6000 z 9254 klasztorów i budowli sakralnych (“kulturalną rewolucję” przetrwało w nienaruszonym stanie tylko 14). Inwazja Tybetu była jaskrawym pogwałceniem prawa międzynarodowego, ponieważ status Tybetu jako suwerennego państwa nie może być kwestionowany. Chińczycy mogliby się ewentualnie powoływać na, mające raczej wymiar religijny, specjalne stosunki między Dalaj Lamą i chińską monarchią, które przypominają stosunki pomiędzy dawnym niemieckim cesarstwem i papiestwem. Tak jednak jak Niemcy nie mogą z tych stosunków wysnuwać roszczeń wobec państwa kościelnego, tak samo Chiny nie mogą mieć żadnych roszczeń do Tybetu. Jeśliby chciałoby się widzieć uzasadnienie dla roszczeń chińskich wobec Tybetu w tym, że w przeszłości Tybet uważał chińskiego cesarza za cakravarti-raja (buddyjskiego pana świata), to trzeba by przyznać Chinom w ogóle prawo do roszczeń do panowania nad światem, gdyż idea buddyjskiego pana świata była rzeczywiście uniwersalna. Wraz z upadkiem monarchii chińskiej, 13 Dalaj Lama, Ngawang Losang Thubten Gyatso (1875-1933) uznał w 1912 roku te specjalne stosunki za zakończone, podobnie jak związana z chińskim domem panującym (Zewnętrzna) Mongolia ogłosiła wobec Chin swoją secesję i utrzymała swoją niezależność (z poparciem Rosji) do dnia dzisiejszego, podczas gdy najpierw Anglia a później Indie nie wsparły dostatecznie mocno niepodległościowych aspiracji Tybetu. Suwerenność Tybetu dokumentuje też fakt, że w czasie II wojny światowej Tybet, w przeciwieństwie do Chin, nie wypowiedział wojny Rzeszy Niemieckiej i pozostał neutralny.

Polityka chińska, zarówno przed jak i po śmierci Mao, stawiała sobie za cel doprowadzenie do całkowitego zniknięcia narodu tybetańskiego i jego kultury. Głównym elementem tej polityki było i jest masowe osiedlanie Chińczyków w Tybecie, co sprawiło, że Tybetańczycy są dziś mniejszością we własnym kraju. Do tego dochodzi polityka przymusowej sterylizacji i przymusowej aborcji. Ta ostatnia, jak wynika z wiarygodnych relacji, ma również łączyć się z mordowaniem już narodzonych, co nie byłoby niczym dziwnym, gdyż – choć nie chcą tego przyznać „liberalni” zwolennicy aborcji – zabijanie dziecka, przynajmniej w późnym stadium ciąży, przed urodzeniem, przechodzi płynnie w zabijanie dzieci po narodzeniu.

Schüsslburner omawiając dyskusje prowadzone w Niemczech na temat Tybetu zwraca uwagę na fakt, że krytyka chińskiej polityki pochodzi przede wszystkim ze strony „zielonej” lewicy i zawiera argumenty, które użyte w innym kontekście zostałyby przez tę samą lewicę uznane za „faszystowskie”. Mówi się więc o tym, że masowy napływ chińskich imigrantów prowadzi do wynarodowienia, cytuje się z aprobatą hasło “Tybet dla Tybetańczyków”, akceptuje żądanie Dalaj Lamy, aby Chińczycy przybyli do Tybetu powrócili do Chin, wskazuje na negatywne skutki ekologiczne masowej imigracji. “Zielona” lewica niemiecka nie żąda, aby Tybet był krajem „otwartym na świat” i „przyjaznym dla imigrantów”, który mieszkającym tam Chińczykom przyznaje drugie obywatelstwo i gwarantuje co najmniej udział w wyborach komunalnych, czego „zielona” lewica wymaga od Niemiec. Jak można wytłumaczyć to zaangażowanie na rzecz Tybetu „zielonej” lewicy, która tak mało angażuje się na rzecz własnego narodu? Według Schüsslburnera „zielona” lewica tak jak większość Niemców nie charakteryzuje się zbyt wysoką odwagą cywilną, dlatego swoje aspiracje i emocje wobec potężnych wyraża stosując swego rodzaju maskaradę. Ponieważ “kultura polityczna” w Niemczech jest odnogą nowojorskiej subkultury politycznej, jej niemieckie organy prasowe czuwają, aby wytyczne amerykańskich władz okupacyjnych przestrzegane były nadal w procesie „self-reeducation”, Niemcy muszą optować za tym, żeby ich kraj był “otwarty na świat” i respektował wynikające z „godności człowieka” prawo imigranta z dowolnego zakątka świata do osiedlenia się w Niemczech. Muszą sobie gratulować, że odstąpili 25% swojego terytorium Polakom i muszą być szczęśliwi, że w ramach europejskiej integracji określanej przez Francuzów, ale kontrolowanej przez Anglosasów, pozostanie im trochę autonomii. W poparciu dla niepodległościowych i narodowych dążeń Tybetańczyków, niemieccy poputczicy liberalnego globalizmu, dają wyraz swojemu niezadowoleniu z tego, że muszą posłusznie wypełniać wytyczne władz okupacyjnych. Pokazują, że są głęboko zranieni utratą dawnych obszarów wschodnich Rzeszy i że boją się stracić swoją (lewicowo)niemiecką tożsamość. Mówią o suwerenności i narodowej niezależności Tybetu, aby wyrazić swój niepokój, że ów „związek z Zachodem”, który bezustannie akcentują, ma także swoje złe strony. Niemcy muszą dziś zaklinać się na wszystkie świętości, że nie chcą dla siebie żadnej „specjalnej, odrębnej drogi” (Sonderweg). Ponieważ nie jest to zgodne z ich duchowo- emocjonalnym stanem, manifestują swoje niezadowolenie popierając „specjalną, odrębną drogę” dla Tybetu.

Schüsslbumer zwraca uwagę na jeszcze jeden ciekawy aspekt zainteresowania „zielonej” lewicy Tybetem. Choć papież Jan Paweł II jest dla niej tylko panem Wojtyłą, to nie ma ona żadnych oporów, aby oddawać cześć „papieżowi-królowi” z Tybetu i tytułować go „Jego Świątobliwość Dalaj Lama”. Co równie dziwne, stanowisko papieża w sprawach etyki seksualnej, aborcji czy eutanazji spotyka się niezmiennie z krytyką „zielonej” lewicy, natomiast Dalaj Lama, którego stanowisko jest w tych sprawach identyczne lub bardzo zbliżone do papieskiego, takiej krytyce nie podlega. Być może, sugeruje autor artykułu, w tej czci, jaką „zielona” lewica otacza 14  Dalaj Lamę przejawia się podświadoma tęsknota za dawną niemiecką instytucją księcia-metropolity.

W zakończeniu swego artykułu Schüsslburner stwierdza, że za niemieckim poparciem dla Dalaj Lamy i dla niepodległościowych dążeń Tybetu przemawiają całkiem uzasadnione względy polityczne: w Azji Wschodniej potencjalnym sojusznikiem Niemiec jest Japonia a nie Chiny. Poza tym Japończycy żywią wiele sympatii dla Mongołów, którzy z kolei są przyjaciółmi Tybetańczyków. A więc jest to bardzo korzystna sytuacja: przyjaciel przyjaciela mojego przyjaciela. Schüsslburner ostrzega też Tybetańczyków, że amerykański liberalizm tak długo będzie wspierał ich sprawę, jak długo może mu ona służyć jako instrument w ich dążeniu do „demokratyzacji” i „liberalizacji” Chin. Kiedy cel ten zostanie osiągnięty, to USA z radości, że najludniejszy kraj świata wreszcie jest demokracją – co byłoby spełnieniem prawie stuletniego marzenia amerykańskiego liberalizmu/protestantyzmu – pozostawią tym demoliberalnym Chinom nie tylko Tybet ale i Mongolię oraz inne „mało rozwinięte terytoria” jako „demokratyczny obszar zasiedlenia”, gdyż w ten sposób nastąpi „rozszerzenie sfery wolności”, co było formułą uzasadniającą aneksję terytoriów indiańskich. Problem Tybetu zostanie rozwiązany w ten sposób, że w ramach wolności religijnej Tybetańczycy będą mogli praktykować swoje prymitywne rytuały (tak jak Indianie).

Erik von Kuehnelt-Leddihn analizuje przeszłość i teraźniejszość chrześcijańskiej demokracji. Przypomina, że papież Leon XIII w encyklice “Graves de Communi” zabronił używania terminu „chrześcijańska demokracja” w polityce. Z kolei Szwajcar Alexandre Vinet już 150 lat temu zwrócił uwagę na to, że w określeniu „chrześcijańska demokracja” słowem głównym jest „demokracja” a „chrześcijańska” tylko przymiotnikiem, który z czasem zostanie przezeń połknięty. Kuehnelt-Leddihn widzi genezę partii chrześcijańskich czy katolickich w fakcie, że wraz z powstaniem demokracji parlamentarnej dla Kościoła powstał problem, jak bronić wiary, kultury i cywilizacji chrześcijańskich przed demokratycznie rządzącymi partiami nie tylko antyklerykalnymi, ale również wrogimi wierze. Było to szczególnie istotne w krajach, w których katolicy stanowili mniejszość. Decyzja wejścia na demokratyczną arenę polityczną była dla Kościoła decyzją z wielu względów bardzo trudną. Sprawą szczególnie trudną i skomplikowaną był wzajemny stosunek Kościoła i partii politycznych. Największe i niemożliwe do uniknięcia niebezpieczeństwo wynikało z utożsamienia Kościoła i partii u szerokich mas, gdyż błędy i kompromitacje partii chrześcijańskich automatycznie były przypisywane Kościołowi. A przecież partie powstają i upadają, natomiast Kościół pozostaje i czyni się go odpowiedzialnym za to, co te partie narobiły. Dopiero po II wojnie światowej zabroniono księżom kandydowania do parlamentu (dlatego jezuita o. Drinan wybrany do amerykańskiej Izby Reprezentantów, musiał złożyć mandat). Taka bez wątpienia wybitna postać jak prałat Seipel, który był kanclerzem Austrii, wielce zaszkodził Kościołowi swoimi wypowiedziami i posunięciami politycznymi. Ciągle też pojawiała się kwestia, jak dalece przywódcy partii katolickich są „podporządkowani” Kościołowi – w większości przypadków jest to całkowicie nieuzasadnione, „mieszczańskie” podejrzenie. Np. niemieckie Katolickie Centrum otwarcie przeciwstawiało się mieszaniu się Rzymu do polityki wyznając zasadę, że w sprawach pozakościelnych nikt nie będzie mu wtrącał swoich trzech groszy. Niemniej podejrzenie to było ciągle wysuwane i pozostawało obciążeniem, choć nie poważnym problemem. Problemem takim było natomiast istnienie partii chrześcijańskich w trybach parlamentarnej demokracji z jej niezliczonymi moralnymi zagrożeniami. Ponieważ w demokracji parlamentarnej główny interes partii polega na łowieniu głosów, a nie na dążeniu do tego, aby służyć dobru wspólnemu i przestrzeganiu przy tym praw moralnych; korupcja szerzy się zarówno wśród wyborców jak i wybranych. Moisei Ostrogorski stwierdził: „Do najbardziej nikczemnych indywiduów, jakie wydała ludzkość od Kaina do Tartuffe‘a, demokracja dodała nową odmianę: polityka”. Czy chrześcijańscy politycy do tej odmiany nie należą? Oczywiście, było i jest wiele kobiet i mężczyzn, którzy z najczystszych pobudek, z troski o wiarę, Kościół i ojczyznę wybierali i wybierają karierę w partiach chrześcijańskich. Tym samym jednak dostają się w obręb systemu, który nie służy wartościom, jakie chcą reprezentować (nie oznacza to, że nie było w przeszłości zasługujących na szacunek chrześcijańskich polityków). Trzeba zdawać sobie sprawę, że cały parlamentarny system ma głęboko „niechrześcijański” charakter. Główne zadanie partyj to nie służenie dobru wspólnemu, ale zwalczanie się nawzajem przy pomocy intryg, kłamstw, argumentów ad hominem, oszczerstw, potwarzy, podejrzeń, szyderstw, gróźb, szantażu itd.

To, co najbardziej niechrześcijańskie w parlamentarnej demokracji, to, jak zauważył już Bierdjajew, jej indyferentny stosunek do prawdy. Zasadzie „one man is as good as any other man” odpowiada równorzędność wszystkich politycznych opinii. Wszystkie przekonania, światopoglądy i ideologie są równouprawnione, wszystkie mają prawo przy wystarczającej liczbie głosów sprawować władzę, tworzyć prawo i uprawiać swoją politykę. Marksista (mienszewik lub bolszewik), „prawicowy liberał”, “chrześcijański demokrata”, konserwatysta, Zielony – każdy ma takie samo prawo do sprawowania władzy (zakaz istnienia i działania partii „neonazistowskiej” w Niemczech jest sprzeczny z demokratyczną logiką). W chrześcijaństwie natomiast prawda, błąd i kłamstwo nie są równouprawnione. Partie chadeckie działające w łączności z Kościołem lub innymi wspólnotami chrześcijańskimi nie mogą żyć z takim systemem w harmonii (o ile traktują poważnie swoje chrześcijaństwo). Jest dobrym prawem Kościoła wzywać wiernych, aby nie głosowali na partie o antychrześcijańskim programie, ale powinien się wystrzegać zalecania wyborcom głosowania na określone partie chrześcijańskie.

Kuehnelt-Leddihn robi bilans politycznej działalności chadecji: Chrześcijańsko-Socjalna Partia Austrii z lat 1918-1919 – całkowite fiasko, jejnastępczyni Austriacka Partia Ludowa głosowała po II wojnie światowej za wszystkimi ustawami socjalizującymi, ale nie za zniesieniem narodowosocjalistycznego prawa małżeńskiego i innych brunatnych ustaw, włoska Democrazia Christiana razem z komunistami walczyła o odnowę republiki (trzeba znać dytyrambiczną mowę De Gasperiego o wspaniałym uniwersalizmie bolszewizmu wygłoszoną 23 lipca 1944 roku, wydrukowaną w „II Popolo” 25 lipca), a później cały czas zawierała z nimi rozmaite tajne porozumienia, belgijscy chadecy nie byli w stanie sprzeciwić się zabijaniu nienarodzonych, niemieckie Centrum głosowało w Reichstagu w 1933 roku za przyznaniem specjalnych uprawnień Adolfowi Hitlerowi, chilijska chadecja Eduardo Freia wyniosła do władzy Salvadora Allende, hiszpańska CEDA zawiodła całkowicie, żałosny był koniec francuskiej MPR. Jak mogą chrześcijańskie partie funkcjonować w systemie, którego Alfą i Omegą jest kompromis, pyta Kuehnelt-Leddihn. „Dios o Nada!” św. Teresy z Avila nie może rozbrzmieć w halach wielopartyjnej demokracji, gdzie rządzą dwie zasady: dyscyplina klubowa i brak kręgosłupa. Upadek włoskiej Democrazia Christiana jest szczególnie pouczający, choć szczególny ze względu na oczywiste powiązania ze światem przestępczym. Hańba jaka spadła na włoskich chadeków jest większa niż hańba socjalistów, gdyż używali oni określenia „chrześcijańska”. A partia chrześcijańska albo stoi moralnie wyżej niż inne partie albo musi zniknąć. Tu jest największy dylemat partii chrześcijańskich: są „niezbędne” i równocześnie „niemożliwe”. Gdyby naprawdę były chrześcijańskie, nie miałyby szans w demokracji.

Tomasz Molnar analizuje zjawisko „politycznej poprawności” szalejącej na amerykańskich uniwersytetach. Nie zgadza się on z tymi konserwatystami, którzy w „political correctnes” widzą następstwo marksistowskich dogmatów i postaw. Według Molnara „political correctnes” jest efektem długiego procesu, w którym curriculum w coraz większym stopniu dyktowane jest oddolnie. Kiedy przed stu laty pierwszy student na Harvardzie otrzymał prawo decydowania o ułożeniu swojego toku studiów, wtedy zapoczątkowany został proces kulturalnej demokratyzacji na uniwersytetach. Jest w tym nieubłagana logika: jeśli każdy młody człowiek w klimacie kulturalnego permisywizmu rozstrzyga o tym, jakie kursy ma zaliczyć, to dlaczego nie można by napisać na nowo całego planu nauczania np. wyrzucając „martwych białych mężczyzn” jak Homer, Platon, Dante, Milton, Goethe a na ich miejsce wprowadzając „żyjące kolorowe kobiety”? To nie marksistowska inspiracja stoi u podłoża “politycznej poprawności”, jak chcą niektórzy konserwatyści, ale tendencja do coraz silniejszej demokratyzacji na uniwersytetach, która przejawia się w tym, że coraz to inne pressure groups próbują zdominować campus, raz reprezentujące świat biznesu, drugi raz rewolucyjne ideały, a znów innym razem taką czy inną modę polityczną, intelektualną czy seksualną. “Polityczna poprawność” jest tylko nowym wydaniem inwazji uniwersytetów dokonywanej przez rozmaite lobbies na przestrzeni ostatnich stu lat, tym razem inicjatorami są grupy studenckie. Ci młodzi ludzie wierzą, że “biała cywilizacja” znajduje się w stanie rozkładu i należy zainstalować nowe wartości dla XXI wieku. O tych samych „nowych wartościach” mówi obecna para prezydencka, szczególnie First Lady. Ten sam dyskurs słychać było od czasu prezydentury Kennedy’ego. Potrzeba było jednego pokolenia, aby w łagodnym klimacie Kalifornii dyskurs ten zrodził pierwsze owoce.

Molnar pisze również, że choć słusznie należy ubolewać nad tym, że z planów nauczania wyrzuca się „martwych białych mężczyzn” to trzeba równocześnie pamiętać o tym, że obowiązujący na prawie wszystkich uniwersytetach amerykańskich kurs „Europejskiej cywilizacji” obejmujący w ciągu jednego semestru Homera, Arystotelesa, Montaigne‘a, Eliota itd. był w rzeczywistości swego rodzaju witryną, z której każdy brał sobie to, co chciał, niż solidną podstawą sądu i smaku w kwestiach kulturalnych. W pewnym więc sensie studenci mają rację, że chcą likwidacji tego, co wygląda jak smutny cmentarz martwych europejskich mężczyzn.

Molnar uważa, że ruch „politycznej poprawności” widzieć należy w szerszym kontekście współczesnej amerykańskiej ideologii. Od roku 1945, a w spotęgowanym wymiarze od upadku Związku Sowieckiego Stany Zjednoczone uważają się nie tylko za politycznego hegemona naszego globu, lecz również za kulturalne centrum planety. W ostatnim półwieczu Nowy Jork w imieniu całego kraju rości sobie pretensje do roli kulturalnego centrum świata, które nadaje ton także w kwestiach mody, kuchni, malarstwa, edukacji, nawet turystyki. Nie jest tu ważne, czy te roszczenia odpowiadają rzeczywistości czy też nie. Ważna jest wiara w hegemonię Nowego Jorku. Oraz to, że w przeciwieństwie do Rzymu, który opierał się jako kulturalne centrum na Atenach, czy do Wersalu, który opierał sie na Rzymie, Nowy Jork przekonany jest o swojej absolutnej „bezzałożeniowości” i wierzy, że niczego nie zawdzięcza poprzednikom. Tak samo jak w swej roli politycznego hegemona, uważają Stany Zjednoczone, że na płaszczyźnie kulturalnej są czymś całkowicie nowym i są w stanie na nowo definiować znaczenie kultury. Nadchodzące nowe tysiąclecie nadaje większą wiarygodność roszczeniu do wyjątkowości i wzmacnia przekonanie, że Ameryka poprowadzi ludzkość w nowe, szczęśliwsze tysiąclecie – także w dziedzinie kultury. “Polityczna poprawność”, niezależnie od tego, czy świadomi są tego czy nie, propagujący ją studenci i profesorowie, jest metodą upewnienia się o wyjątkowości Ameryki, o jej niezależności od wszystkich wcześniejszych cywilizacji i kultur, ba, o jej nowych komunikacyjnych wymiarach, o     nowych, nieistniejących dotychczas formach kultury, które Ameryka tworzy. Konserwatywny socjolog amerykański George Gilder z wielkim entuzjazmem wyraził oczekiwanie, że w następnym pokoleniu kultura skondensowana zostanie do mikroskopijnych aparatów telewizyjnych, które, noszone na palcu, będą w stanie przekazywać nauki geniuszy i kulturalne dokonania wielkich artystów. Amerykańska rewolucja kulturalna będzie więc przede wszystkim natury technologicznej, ale ponieważ techniczna komunikacja i kultura są dziś uznawane za ekwiwalenty, Ameryka na nowo odkrywa i definiuje znaczenie kultury. Jest rzeczą bez znaczenia, czy wielokolorowa masa na amerykańskich uniwersytetach atakująca kulturalny imperializm „martwych białych mężczyzn” świadoma jest tych zmian w definicji kultury. W każdym razie wyraża ona nową świadomość: Ameryka wygrała zimną wojnę i wojnę kultur, nie potrzebuje więc już podpierać się Europą i jej przeszłością, jej starymi formami sztuki i literatury. To Ameryka i jej kultura reprezentują dziś ludzkość. Nowa kultura nie jest w niczym podobna do innych kultur, które ją poprzedzały. Ameryka kroczy nowymi drogami zmuszając swoją starą rywalkę Europę do uznania amerykańskiej przewagi we wszystkich dziedzinach. Wystarczy opuścić wschodnie wybrzeże z jego niewieloma, związanymi z Europą uniwersytetami i porozmawiać ze studentami i profesorami na uniwersytetach środkowego zachodu, by stwierdzić, jak mało mają oni wspólnego z „martwymi, białymi, europejskimi mężczyznami”. Stare kursy jeszcze nominalnie obowiązują, ale już niedługo. Rozmowy pokazują, że przedmiot “europejska kultura” nie wzbudza zainteresowania i  dlatego zjawisko „politycznej poprawności” zyskuje na znaczeniu i nie napotyka oporu. Można je z czystym sumieniem uwolnić od zarzutu, że jest późnym wytworem marksizmu lub jego pozostałości. Za sto lat będziemy mówić o gigantycznej rewolucji, w ramach której marksizm był tylko pierwszą falą. Sposób życia Amerykanów, stosunki społeczne i moralne zostaną odwrócone. Nie Rosja, lecz Ameryka jest ojczyzną rewolucji, rewolucji, która dotyczy rodziny, szkoły, religii i prawa.

Według Molnara dokonująca się w USA rewolucja kulturalna nie przyniesie żadnych „nowych wartości”, żadnego powszechnego katalogu tych wartości. Studenci w Stanford i na innych uniwersytetach mogą być zgodni w swoich żądaniach, aby wyrzucić na śmietnik „martwych, białych europejskich mężczyzn”, ale w większości innych spraw mają odmienne zdania. Twarde jądro przywództwa ruchu „politycznej poprawności” rozpoznaje, że w pewnym sensie Ameryka jest dziś bezpańskim krajem, z którego każde lobby może wykroić sobie swoje małe państwo. Meksykanie, Arabowie, Pakistańczycy, Chińczycy i Afrykanie mogą wspólnie walczyć przeciw „białemu imperializmowi kulturowemu” ale po zwycięstwie ta koalicja musi się rozpaść i każdy będzie walczyło jak największy łup dla siebie. Stara, w przybliżeniu anglosaska Ameryka może w tej rozgrywce typu „każdy z każdym” zapewnić sobie pozycję mniejszości z permanentnymi wyrzutami sumienia z powodu „kolonializmu”. Konserwatyści, powtarza Molnar, nie trafiają w sedno, twierdząc w starej manierze, że idzie o rodzaj marksistowskiego „przewrotu”. Ta rewolucja ma wymiary większe i głębsze niż ta z roku 1968. A ponieważ dzisiaj każdy młody człowiek uczęszcza do college‘u, obejmuje ta rewolucja wielkie masy, które łatwo dają się manipulować. Przynajmniej w części jest ona wyrazem tego, że Ameryka osiągnęła kulturalną niezależność od Europy. Prawdziwe znaczenie ruchu “politycznej poprawności” polega na separacji Ameryki od resztek jej europejskich komponentów. Wielu studentów i profesorów uczestniczących w tym ruchu pochodzi z Trzeciego Świata. Widzą oni w Ameryce potencjalne laboratorium planetarnego planowania przyszłości, także dla siebie samych. Spora część Amerykanów jest zawsze gotowa wziąć udział w takiej przygodzie poszukując tożsamości i z nadzieją, że pozbędą się permanentnych wyrzutów sumienia. Ich celem jest, aby nie musieli już spoglądać w europejskie lustro swojej przeszłości i aby osiągnąć niezależność na progu trzeciego tysiąclecia, które jest równocześnie trzecim stuleciem amerykańskiej „latarni morskiej ludzkości”.

Hans B. von Sothen rekonstruuje historię „antyfaszyzmu”, który był i jest jednym z najbardziej skutecznych instrumentów politycznych, jakim posługują się liberałowie i lewica. Autor analizuje rolę pojęcia “antyfaszyzm” w propagandzie komunistycznej lat dwudziestych i trzydziestych. „Antyfaszyzm” był oczywiście terminem ściśle związanym z komunistyczną definicją „faszyzmu”. Np. Józef Stalin nazwał socjaldemokrację “umiarkowanym skrzydłem faszyzmu”. W 1934 roku na 7. Kongresie Kominternu w Moskwie Georgij Dimitrow zdefiniował „faszyzm” jako „jawną terrorystyczną dyktaturę najbardziej reakcyjnych, szowinistycznych i imperialistycznych elementów kapitału finansowego”. Komuniści używali hasła „antyfaszymu” w różnych celach. W Niemczech w 1932 roku Thälmann powołał do życia Akcję Antyfaszystowską, która z jednej strony była ofertą sojuszu z socjaldemokracją a równocześnie próbą rozbicia jej bazy. W okresie wojny (po 1941 roku) „antyfaszyzm” został przez Stalina użyty jako ideologiczny kit koalicji antyniemieckiej. Cały powojenny “antyfaszyzm” w Niemczech i innych krajach zachodnich wywodzi się z ideologicznych wyobrażeń Komunistycznej Partii Niemiec, Międzynarodówki Komunistycznej i sowieckiej polityki zagranicznej. Teorię “faszyzmu” (i „antyfaszyzmu”) stworzyli również przy użyciu socjologii i neopsychoanalizy teoretycy Szkoły Frankfurckiej wywodzący się z marksistowskiego Instytutu Badań Społecznych działającego przed 1933 rokiem w Niemczech. Erich Fromm, Max Horkheimer i Theodor W. Adorno posługiwali się szeregiem pojęć, które weszły na stałe do ideologii „antyfaszyzmu” takimi jak: „osobowość autorytarna”, „ucieczka od wolności”, „jednostki potencjalnie faszystowskie”. Przywódcy rewolty studenckiej 1968 roku dokonali, jeśli chodzi o faszyzm, syntezy „antyautorytarnej” ideologii Szkoły Frankfurckiej i stalinowskiego ujęcia faszyzmu. Widać to najwyraźniej u Rudiego Dutschke, Ulryki Meinhof czy w publicystyce na łamach czasopisma „Konkret”. W dalszym ciągu swojego artykułu autor pokazuje jak, zgodnie z receptami Stalina, rozszerzano zakres pojęcia „faszyzm”. Faszystowski okazywał się cały świat tzw. późnego kapitalizmu, faszystowskie były metody stosowane w Izraelu wobec Palestyńczyków, faszystowskie były reżimy wojskowe w Ameryce Płd., faszystowska była Republika Płd. Afryki itd. itp. Wszystko, czego nie lubiła lewica było i jest „faszystowskie”. Dzisiaj „antyfaszyzm” jest jedynym właściwie kitem ideologicznym lewicy wszystkich odcieni.

Gunnar Sohn drąży temat „wolność i konserwatyzm”. Pisze m.in., że to, co zagraża dzisiejszemu demokratycznemu społeczeństwu to nie zwykłe załamanie porządku społecznego lub przejęcie władzy przez „silnego człowieka”, ale tyrania przeciętności. W epoce zdeformowanej demokracji i państwa partyjnego wszystko zdąża ku stanowi rozmytej przeciętności. Ludzie są do siebie podobni i irytują się każdym odchyleniem od tego podobieństwa. Dalecy od tego, aby zachować własną odrębność, starają się jej pozbyć i zatracić się w masie, która w ich oczach jako jedyna reprezentuje prawo i władzę. W efekcie następuje zanik elit, słabnie twórczy impuls zrodzony z przeciwieństw, ludzie stają się bezbarwnymi numerami, które są identyczne w ramach systemu społecznego i mogą być dowolnie wymieniane. Obniża się ogólny poziom inteligencji. Promujące egalitaryzm państwo partyjne opiera się na selekcji negatywnej. Niczego bardziej nie obawiają się dzieci państwa partyjnego niż kompetencji, kwalifikacji i esprit. Struktura „partii państwowych” takich jak CDU i SPD ulega postępującej sklerotyzacji. Posiadacze urzędów zamykają się przed dopływem z zewnątrz inteligencji, fachowości i niezależności. Kierownicze gremia partyjnego kartelu przypominają zamknięte kluby, do których wstęp mają ludzie wygodni dla insiderów i lubiący tak jak oni zaduch przeciętności. Fantazja i duch przedsiębiorczości są zabijane. Tworzy się porządek społeczny, który powoli, ale pewnie, zbliża się do stanu niewolnictwa, który nazywany jest demokracją, lecz w rzeczywistości jest nowym absolutyzmem. Tocquevile przepowiedział „socjalne państwo opiekuńcze”, które troszczy się o wszystkich obywateli żądając w zamian bezwzględnego konformizmu i posłuszeństwa. Jest to planowe społeczeństwo rządzone przez biurokratyczną elitę. Nie ma w nim miejsca na wolność i indywidualność. Stopniowo demokratyzowane są coraz większe obszary życia społecznego, coraz więcej spraw nie zależy już od decyzji jednostek. Dzisiaj tworzy się koalicja dla wprowadzenia dodatku rodzinnego, jutro koalicja na rzecz subwencji dla klubów sportowych. Skutek tych tworzonych ad hoc koalicji? Każdy z ręką w kieszeni drugiego.

W Niemczech, pisze Sohn, mamy do czynienia z pełzającym socjalizmem, który wspierają obie partie państwowe: CDU i SPD. W1950 roku państwo przejmowało 30% tego, co wypracowali obywatele, w roku 1975 już 50%, w latach dziewięćdziesiątych ponad 50%. W 1995 roku normalnie zarabiający Niemiec musiał oddawać państwu ponad 50% dochodów. Dziś przeciętny Niemiec musi pracować dla państwa do pierwszych dni lipca. Jest to znacznie więcej niż pracować musiał w średniowieczu chłop pańszczyźniany dla swego pana. Współczesne Niemcy to państwo wysokich podatków, które na zimno wyzyskuje obywateli, dokonuje nieodwracalnego demontażu wolności i sprzyja kolektywizacji społeczeństwa. Współczesne państwo, pisze Sohn, pomnaża jak rak swoje komórki i przejmuje funkcje, które przysługują jednostce, rodzinie lub innym wspólnotom. Konserwatyści muszą przeciwstawić się temu procesowi, twardo bronić wolności przed totalitarnymi ideologiami, współczesnym jakobinizmem i politycznymi misjonarzami. Wolnościowy porządek społeczny i gospodarczy nie ma nic wspólnego z hedonizmem, którego tak obawiają się konserwatyści. Na odwrót, to egocentryczna ideologia samorealizacji niszczy podstawy ładu rynkowego i żywi się wyłącznie substancją ciężko wypracowanego dobrobytu. Dzisiejszy hedonizm jest produktem „emancypacyjnego” ruchu 1968 roku. Optycznie daje się on odczytać na otyłych sylwetkach dawnych liderów ruchu, których propaganda indywidualności zrodziła czysty konformizm. Lewicowa hegemonia kulturalna nie jest dziś reprezentowana przez ludzi z leninowskimi bródkami i w ekologicznych sandałach ale przez yuppies w garniturach od Bossa jeżdżących kabrioletami BMW. Polityczny moralizm służy tej klienteli jako sposób na pozbycie się wyrzutów sumienia. Potrzebny jest nowoczesny konserwatyzm, który wypowie wojnę kaście lewicowych producentów sensu, kończy swój artykuł Gunnar Sohn.

ETAPPE

W 10 numerze bońskiego nieregularnika wydawanego przez H.-T. Homanna i Güntera Maschke o Niemcach jako o narodzie niezdolnym do bycia narodem pisze Walter Seitter. Stwierdza on, że istniejące do 1806 roku Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego było z pewnością interesującą konstrukcją polityczno-prawną. Ale uczyniła ona Niemcy podzielonym i bezsilnym kolosem w środku Europy. Kiedy ta stara Rzesza upadła, w jej miejsce nie powstała żadna stabilna struktura polityczna. Zamiast państwa były: klasyka i romantyzm, filozofia i muzyka. Dopiero w 1871 roku powstało niemieckie państwo narodowe, które zapędziło się w I wojnę światową,  zostało w niej poturbowane i nieco okrojone. W okresie narodowego socjalizmu i w II wojnie światowej to państwo narodowe skompromitowało się jeszcze bardziej. Znany socjolog Helmuth Plessner napisał po wojnie, że naród niemiecki powinien zrezygnować z roli narodu państwowego (Staatsnation) a oba państwa niemieckie powinny uznać się nawzajem i wejść w federacyjne sojusze ze swymi sąsiadami. I tak właśnie się stało. Ale ta konstrukcja upadła kilka lat temu. Sojusz wschodni upadł i państwo wschodnioniemieckie rzuciło się w ramiona państwa zachodnioniemieckiego. W ten sposób Niemcy zmuszeni zostali, aby mimo wszystko stworzyć państwo narodowe. Nie będzie to sprawą łatwą po 45 latach anarodowej polityki i po wcześniejszych blamażach narodowej państwowości niemieckiej. Seitter przypomina, że Hitler nie był zdolny do właściwej i konsekwentnej polityki narodowej. Chodziło mu o politykę mocarstwową: Niemcy poprzez terytorialne nabytki i hegemonialne sojusze stać się miały czołową potęgą Europy, co byłoby odskocznią do prowadzenia polityki światowej. Przejawiło się to w ideologii narodowosocjalistycznej: nacjonalizm przykryty został warstwą rzekomo naukowego rasizmu, który nie był rasizmem niemieckim, lecz aryjskim.

„Aryjski” rasizm był (biorąc pod uwagę pochodzenie terminu) azjatycki a jego przesłanie było ponadnarodowe. To właśnie “aryjski” rasizm, a nie niemiecki nacjonalizm mógł stać się punktem wyjścia do walki z całym światem. Z narodowego punktu widzenia rasistowski antysemityzm był zaprzeczeniem idei narodowej. Hitler chciał “aryjskiego” imperium, które powstać mogło tylko poprzez międzynarodową walkę przeciw rzekomo międzynarodowemu Żydostwu. Przykrycie niemieckiego nacjonalizmu warstwą „czystego” rasowo internacjonalizmu musiało doprowadzić do tego, że wielu Niemców żydowskiego pochodzenia zostało wykluczonych z narodu a Słowianie uznani za „podludzi”. Narodowi socjaliści byli protagonistami niemieckiego nacjonalizmu, ale tylko w tym sensie, że byli moralnie i intelektualnie niezdolni do nacjonalizmu. Reprezentowali Niemców w ich niezdolności do bycia narodem. Tym łatwiej było Niemcom przystosować się po 1945 roku do podziału narodu i wpasować w oba ponadnarodowe a nawet ponadkontynentalne bloki. I czuli się w tym dobrze jako moralni protagoniści przezwyciężenia państwa narodowego. Jedni byli najlepszymi komunistami, drudzy byli (i są nadal) prymusami zachodniej demokracji. Ale upadek muru berlińskiego sprawił, że na nowo powstało niemieckie państwo narodowe. Jednak fakt ten napotyka na opór Niemców, przede wszystkim Niemców zachodnich, którzy sądzili, że wyszli z okresu powojennego jako zwycięzcy i nie mogą pojąć, że to oni muszą się przestawić. Jakże to, właśnie oni mają się zdobyć na odbudowanie państwa narodowego, które uznane zostało za przestarzałe? To oni mieliby na wschodzie stworzyć stolicę w Berlinie, który zdyskredytowany został najpierw przez narodowych socjalistów a potem przez komunistów? Czyż nie znaleźli w Europie Zachodniej wypróbowanego, ponadnarodowego porządku? Integracja zachodnioeuropejska motywowana była nie tylko ekonomicznie, ale również politycznie. Ale polityczna motywacja nie przyniosła powstania formy politycznej: była tylko imperialna, skierowana przeciw wschodniemu imperium. Koniec tego imperium ujawnił, że integracja Europy Zachodniej nie dysponuje żadną formą polityczną. Widać też jasno, że za imperialno-gospodarczą fasadą zachodnioeuropejskiej integracji wcale nie zniknęły państwa narodowe. To Niemcy dali to sobie wmówić, ponieważ nie wiedzą oni, czym jest naród.

Niemcy, pisze dalej Seitter, sądzą, że nacjonalizm jest wtedy, gdy się głośno wrzeszczy, gdy powiewają tysiące flag i maszerują kolumny. Dlatego też uważają, że przejawem nacjonalizmu jest podpalanie domów przez skinheadów. W rzeczywistości skinheadzi – pro-dukt anglosaskiej kultury młodzieżowej – pokazują jak robi się nacjonalizm, kiedy się nie wie, czym jest naród. Skinheadzi robią nacjonalizm, ponieważ nie chcą go robić ci, którzy powinni – politycy i intelektualiści. Skinheadzi są symptomem odrzuconego nacjonalizmu. Symptom ten występuje dlatego, ponieważ nieuniknione jest powstanie państwa narodowego. Wynika to z rozpoznania obecnej sytuacji, na którą składają się: rozpad imperium sowieckiego i kryzys imperium amerykańskiego, kryzys zachodnioeuropejskiej integracji, kryzys systemów zbiorowego bezpieczeństwa. Ale postulat zbudowania niemieckiego państwa narodowego nie wychodzi z założenia, że państwo narodowe jest jedyną właściwą formą polityczną. Może ono być zastąpione przez inną formę polityczną. Ale do tego potrzeba politycznych wysiłków, a nie ekonomicznych iluzji.

W Niemczech wola politycznej formy nie może dziś obejść państwa narodowego, jednakże powinno ono mieć pewne specyficznie niemieckie cechy, gdyż nie idzie przecież o to, aby kopiować model francuski lub jakikolwiek inny. Należy zachować i wzmocnić będący spadkiem po starej Rzeszy wewnętrzny federalizm, aby silny rząd w Berlinie nie wyjałowił regionów. Należy też uznać, że zjednoczenie Niemiec jest niepełne. Głównym elementem tej „niepełności” jest państwowa suwerenność Austrii, co umożliwia Niemcom zachowanie drugiego aktualnego reliktu starej Rzeszy a mianowicie tego, że istnieje druga niemiecka stolica poza terytorium Niemiec: Wiedeń jako zewnętrzny, quasi-rzymski suplement dla Berlina. Pozycja Austrii pośredniczy też pomiędzy wewnętrznym federalizmem a potencjalną zewnętrzną federacją. Niemieckie państwo narodowe musi mieć zdolność do federacji i to takiej, która wychodzi poza dotychczasową integrację Europy Zachodniej.

Frank Como zajmuje się formami egzekucji od końca Średniowiecza do współczesności. Autor pisze, że dawne metody egzekucji robią dziś wrażenie makabrycznego barbarzyństwa, płodów chorej wyobraźni. Zagadką pozostaje też dla dzisiejszego człowieka fakt, że publiczne rytuały egzekucyjne przyciągały tysiące ludzi, dla których egzekucja stanowiła punkt kulminacyjny spektakularnego święta ludowego. Nawet najbardziej okrutne formy egzekucji cieszyły się szerokim poparciem ludności. Należy pamiętać, pisze autor, że w czasach przednowoczesnych, przed upadkiem wiary, najbardziej okrutne metody egzekucji znajdowały swoje usprawiedliwienie w złożonym i pełnym sprzeczności zazębianiu się kulturalnych, religijnych i politycznych wyobrażeń i interesów. Pragnienie rozwijającej się państwowości, aby monopol zabijania okazać publicznie inscenizując w ten sposób demonstrację władzy, uzupełniało się idealnie z zakorzenionymi głęboko w świadomości ludowej religijnymi i archaiczno-magicznymi obrazami świata i przynależącymi do nich wyobrażeniami na temat winy i kary. Przednowoczesne widzenie rzeczywistości, logika działania i pojmowania prawa różnią się ogromnie od tych z końca XX wieku. I tak np. celem dawnego systemu karnego nie było wymierzanie sprawiedliwości, lecz odbudowanie zakłóconego przez zbrodnię religijno-moralnego ładu świata (ordo mundi). Złoczyńca musiał ponieść karę, aby wspólnota nie była narażona na Boski gniew i aby uniknęła nieszczęścia.

Społeczeństwo oczyszczało się ze zbrodni nakładając na zbrodniarza karę, której surowość odpowiadała ciężkości zbrodni. Stąd najbardziej nawet okrutne formy egzekucji nie były arbitralnymi aktami władzy, ale zawsze pozostawały częścią zróżnicowanego systemu kar, który reglamentowany był przez tradycyjne rytuały i którego przestrzeganie było wyraźnym żądaniem ludności. Oprócz tego publiczna egzekucja była w każdym przypadku odstraszającym przykładem i środkiem, który zwierzchność uznawała za skuteczny dla demonstracji swej władzy i dla postraszenia ludu. Oprócz kary śmierci przednowoczesne prawo karne znało cały szereg kar cielesnych i pociągających za sobą utratę czci: oślepienie, obcięcie ucha, palca, ręki lub języka, napiętnowanie (wypalenie znaku na czole, policzkach lub na plecach), publiczne biczowanie, postawienie pod pręgierzem, banicję. Kary więzienia mające na celu „resocjalizację” przestępcy nie były znane. Więzienie czy loch służyły jedynie do przetrzymywania przestępcy do chwili ogłoszenia wyroku, który zwykle bywał zaraz potem wykonywany. Więzienia i domy pracy jako miejsca, w których następować ma u przestępcy proces poprawy, rozwijają się intensywnie dopiero w XVIII wieku.  Również rola publiczności przy egzekucjach miała różne aspekty. Po pierwsze, egzekucje musiały być wykonywane publicznie, ponieważ bez milczącego przyzwolenia i poświadczenia przypatrującego się ludu nie posiadały one, w sensie socjalnym, prawnej ważności; po drugie, publiczność kontrolowała, czy egzekucja przebiega we właściwy sposób; po trzecie, widzowie poprzez modlitwy i prośby o wstawiennictwo dopełniali chrześcijańskiej posługi, co w większości przypadków było życzeniem skazańców.

W wyraźnym konflikcie do dążenia władzy, aby publiczność była możliwie bierna, znajdowały się tradycyjne wyobrażenia, zgodnie z którymi lud mógł jeszcze wpływać na przebieg egzekucji. Było to widoczne szczególnie w przypadku możliwości okazania łaski. Lud uważał np., że nieudana egzekucja – jeśli przy ścięciu kat kilkakrotnie nie trafił lub jeśli zerwał się sznur pod wisielcem – jest znakiem palca Bożego, wobec czego skazaniec powinien zostać uwolniony. Ułaskawienie miało być konieczne także wówczas, gdy dziewczyna krótko przed egzekucją obiecała delikwentowi, że wyjdzie za niego za mąż lub gdy kat wziął za żonę skazaną kobietę. Dla władzy zwierzchniej tego typu ułaskawienia były nie do przyjęcia: prawomocny wyrok miał być w każdym przypadku wykonany. Ta sprzeczność pomiędzy ludowymi wyobrażeniami a dążeniami władzy państwowej prowadziła między XVI i XVII wiekiem do tumultów wśród publiczności, w czasie których dochodziło do obrzucania katów obelgami, zadawania im ran a nawet ich zabijania. Mniej gwałtowne stały się te konflikty w późnym wieku XVIII i na początku wieku XIX, kiedy publiczność przekształcała publiczne egzekucje w barwne święta ludowe i masowe imprezy rozrywkowe. Za miejsca na trybunach wznoszonych wokół miejsca kaźni żądano opłat; dziesiątki bud z napojami zaopatrywały publiczność – kaźń pomyślana przez państwowe instancje jako sposób wzbudzania strachu stawała się atrakcją jarmarku, teatr grozy zamieniał się w komedię. Jeszcze bardziej drastycznym wykroczeniem przeciw oficjalnym ceremoniom kary był handel egzekucyjnymi utensyliami np. szubienicznymi sznurami lub częściami ciała skazańców, a także rytuały krwi, które celebrowane były przez wielu uczestników spektaklu. I tak krew ściętych uważano za szczególnie skuteczny środek leczniczy np. przeciw epilepsji. Także spożywanie określonych organów miało przynosić ozdrowieńcze skutki. W XVII wieku wolno było katom za pozwoleniem sędziowskim napełniać małe kubki krwią spływającą z uciętej szyi i sprzedawać. Oświecenie, które zmieniło obraz człowieka, i rozwój wiedzy medycznej pogłębiły przepaść pomiędzy ludowymi obyczajami i dążeniem władzy, aby uczynić egzekucję wyrazem państwowej przemocy i wygnać „zabobon” z miejsca kaźni. W okresie późniejszym stopniowo rezygnowano z publicznych egzekucji i zaczęto wykonywać je za murami więzień.

Frank Como opisuje dalej rodzaje kar, które stosowano wyłącznie wobec kobiet: zdrajczyń, złodziejek, morderczyń dzieci, trucicielek i „aborcjonistek”. Do takich kar należało utopienie i pogrzebanie żywcem. Ta druga kara polegała na tym, że skazaną kładziono do dołu wyłożonego ciernistymi krzakami a potem zasypywano. W niektórych przypadkach skazanej wkładano rurkę do ust, aby mogła dłużej oddychać. Właściwa egzekucja polegała na tym, że kat zostawiał odsłonięte miejsce od serca skazanej aż do powierzchni ziemi, po czym wbijał jej w pierś zaostrzony palik drewniany. Ta metoda miała zapewne swe źródło w ludowych wyobrażeniach o wampirach – ciernie i pal miały przeszkodzić straconej w opuszczeniu grobu. Dłuższy czas skazane na śmierć kobiety nie podlegały ścięciu, co mogło się wiązać z szeroko rozpowszechnioną wiarą, że temu, kto zobaczy krew kobiecą lub jej dotknie, przytrafi się nieszczęście. Jednak w ciągu wieku XVII i XVIII nastąpiło równouprawnienie i ścięcie, toporem lub mieczem, stało się dominującą metodą egzekucji dla skazańców obu płci. Topór był najczęściej używanym narzędziem kaźni, jednak między XVI a XVII wiekiem zastąpiony został przez miecz. Ta kariera miecza nieprzypadkowo korespondowała z użyciem miecza jako symbolu władzy państwowej. Como zwraca uwagę na fakt, że skazańcom tylko luźno wiązano ręce, aby mogli złożyć dłonie do modlitwy.

Już w XV i XVI wieku próbowano usprawnić ścinanie głów, zdarzało się bowiem niestety, że kaci, choć wytrwale trenowali, ścinając łby padłych zwierząt, nie potrafili za jednym zamachem ściąć głowy skazańca, co oczywiście przysparzało mu niepotrzebnych cierpień. We Włoszech, Anglii i w Niemczech skonstruowano urządzenia, które miały, nie zawsze opanowane po mistrzowsku przez kata rzemiosło, zastąpić bardziej precyzyjnymi instrumentami zadawania śmierci. Jedno z takich urządzeń skonstruowano w Szkocji i było ono bardzo podobne do gilotyny. O tych prekursorskich wynalazkach nie wiedział deputowany Józef Ignacy Guillotin, kiedy 10 października 1789 roku zaproponował Zgromadzeniu Narodowemu, aby – uwzględniając zasady postępu i humanitaryzmu – usprawnić i zestandaryzować metodę egzekucji. Wszyscy, niezależnie od stanu, do jakiego należeli i od rodzaju zbrodni mieli być traceni w jednakowy sposób. Właściwym konstruktorem gilotyny był chirurg dr Louis. 25 kwietnia 1792 roku zgilotynowano pierwszego skazańca. Przed wielką publicznością zebraną na placu Greve ścięto rabusia Pelletiera – szybko, dokładnie, w mało widowiskowy sposób. Widzowie byli raczej rozczarowani. Ale to właśnie tego dnia narodził się mroczny symbol okrucieństw Rewolucji Francuskiej.

Wyłącznie męską karą było aż do wieku XVIII powieszenie. Śmierć na stryczku, jedna z najstarszych metod egzekucji w ogóle, była uznawana za karę szczególnie niehonorową i stosowano ją przede wszystkim wobec włamywaczy i złodziei – recydywistów. Początkowo wieszanie złoczyńców przypominało lincz: lina zarzucona na konar drzewa, zawiązana pętla i aparatura do egzekucji była gotowa. Za czasów Karola Wielkiego budowane są już solidne szubienice, których konstrukcja zmienia się z czasem. Umieszczane są na wzgórzach wisielców, które w późnym średniowieczu były manifestacją statusu miast posiadających przywilej wymierzania sprawiedliwości. Lud uważał te miejsca za bardzo niebezpieczne ze względu na błąkające się tam duchy powieszonych. Budowane w późniejszych czasach szubienice były zaiste czymś imponującym. Np. w Paryżu zbudowano szubienicę, na której można było powiesić równocześnie kilkanaście osób. Była ona dwupiętrowa, miała szesnaście filarów i ok. 15 metrów wysokości. Ale prawdziwym „miastem szubienic” był Londyn: na całym jego obszarze, nie tylko na peryferiach, ale i w centrum rozsianych było dziesiątki szubienic, które nadawały swoiste piętno sylwetce miasta.

Zgodnie z obyczajami tamtych czasów Żydów skazanych na stryczek wieszano żywych głową w dół, nierzadko z dwoma żywymi psami po lewej i po prawej stronie delikwenta. Powieszone za tylne łapy psy gryzły i drapały skazańca. W 1588 roku we Frankfurcie nad Menem zainscenizowano szczególnie długą walkę człowieka i zwierząt: powieszony Żyd wyzionął ducha po siedmiu dniach, psy po ośmiu. Żydowską szubienicą nazywano drugie piętro szubienicznej konstrukcji. Uważano wówczas, że im wyżej ktoś jest powieszony, tym bardziej hańbiąca jest kara. Zwłoki wisielców pozostawiano, aby wisiały na szubienicy, wydając je na działanie burz i wiatrów i na żer ptakom. Wisielcom nie przysługiwał pogrzeb. Zwłoki rozkładały się i kawałkami spadały na ziemię. Z jednej strony miało to być widoczne ostrzeżenie dla obywateli, z drugiej zaś było wyrazem przekonania ludu, że dusza wisielca nie powinna zaznać spokoju a jego ciało ofiarowane bożkom burzy i ich świętym ptakom. W Anglii konserwowano niekiedy wisielców, zakuwano ich w kajdany i wieszano na specjalnej szubienicy (hanging in chains). Zdarzało się, że tacy zakonserwowani wisielcy latami wisieli na szubienicy. W kilku europejskich krajach istniały lokalne odmiany metod egzekucji za pomocą stryczka np. garota używana w na Półwyspie Iberyjskim.

Gra z inscenizowaną grozą osiągała swój punkt szczytowy w dwóch najbardziej krwawych formach egzekucji: ćwiartowaniu i łamaniu kołem. Obu karom podlegali wyłącznie mężczyźni i stosowano je tylko w przypadku szczególnie brutalnych i podstępnych zbrodni. Łamanie kołem groziło za zamordowanie rodziców lub żony, za trucicielstwo i mord na tle rabunkowym. Ćwiartowani byli zdrajcy stanu i zamachowcy polityczni. Oba te rytuały zabijania, choć względnie rzadkie, odzwierciedlają dwa istotne elementy kary: po pierwsze, zamierzone przez władzę państwową działanie odstraszające, po drugie, archaiczne wyobrażenie o usprawiedliwionej i oczyszczającej karze, które coraz mniej pasowało do zaczynającej się epoki racjonalności. Obie te niecodzienne kary przyciągały z natury rzeczy najliczniejszą publiczność i wykonywano je najczęściej na największym placu w danej miejscowości. Istniały różne warianty ćwiartowania. Skazaniec przywiązywany był nago do stołu, następnie kat wypruwał mu wnętrzności, obcinał głowę a w końcu ćwiartował – organy wewnętrzne były zakopywane w ziemi, pozostałe części ciała wsadzano na wysokie pale ustawione przy drogach. Albo też przywiązywano nogi i ręce skazańca sznurami do czterech koni, które pędzono w cztery strony. W wielu przypadkach nawet cztery silne konie były w stanie rozerwać ciało skazańca dopiero wówczas, gdy kat poprzecinał mu ścięgna. Tak umarł np. Francois Damiens, który usiłował zabić Ludwika XV. Wcześniej torturowano go rozpalonymi obcęgami, topionym ołowiem i wrzącą żywicą. Po poćwiartowaniu jego zwłoki zostały jeszcze powieszone a w końcu spalone. Wstępem do rytuału ćwiartowania i łamania kołem było doprowadzenie skazańca na miejsce kaźni. Niekiedy skazańca zawijano w świeżą skórę krowią i koń powoli ciągnął go tam, gdzie miała odbyć się egzekucja. Nie chodziło przy tym o dostarczenie ludowi rozrywki czy o wyszydzenie skazańca. Lud wierzył bowiem, że napełnione złem ciało skazańca może zanieczyścić sprawiedliwą ziemię miejsca kaźni – krowia skóra miała chronić miejscowość i jej mieszkańców przed szkodliwymi „promieniowaniami” delikwenta.

Specjalną formą egzekucji było palenie skazańców. Śmierć przez ogień gwarantowała całkowitą eliminację skazanego (popiół i kości wrzucane były do rzeki). Śmierć w płomieniach groziła za najbardziej haniebne przestępstwa: heretyctwo, czarownictwo, podpalenie, fałszowanie pieniędzy, homoseksualizm, kazirodztwo i sodomię. Spalenie dokonywało się na stosie (odmianę tej kary – gotowanie delikwenta w oleju – praktykowano szczególnie w późnym średniowieczu). Niekiedy, zanim jeszcze stos został podpalony, kat mógł w drodze szczególnej łaski dokonać uduszenia skazańca. Także Gioralamo Savanarola został powieszony, zanim przekazano go płomieniom. Takie akty łaski nie były czymś niezwykłym. Natomiast żywcem palono zwykle heretyków. Na stosie palone były także czarownice, gdyż lud wierzył, że tylko oczyszczająca siła ognia może odegnać złe czary. Palenie czarownic nie było przy tym rozrywkowym widowiskiem dla ludu, lecz aktem wiary dokonywanym dla większej chwały Bożej, którego ramy tworzyły często kazanie i suma. Stos stawał się sceną religijnego spektaklu, na której dokonywało się męczeństwo. Skazaniec mógł jeszcze wierząc w zbawienie wkroczyć na drogę ku śmierci; widzowie przeżywali spalenie nie jako unieszkodliwienie szkodnika, lecz jako oczyszczający akt pokuty i jako godną żalu śmierć współchrześcijanina. Była to forma wyrażająca nabożność i prawdziwie chrześcijańskie współczucie.

Pod wpływem idei Oświecenia stopniowo zmienia się oblicze publicznego ceremoniału egzekucyjnego. Znikają takie kary jak ćwiartowanie, łamanie kołem, utopienie (najdłużej różne formy egzekucji utrzymują się w Anglii). Wisielców kat dyskretnie usuwa i grzebie. Z początkiem XIX wieku ciało skazańca przestaje być wyłącznym centrum kary. W miejsce cierpień ciała (jak pokazał Michel Foucalt) wchodzą cierpienia duszy: pozbawienie wolności, izolacja, racjonowanie jedzenia, praca przymusowa. Rozwój więziennictwa odpowiada zmieniającej się antropologii. Krytyka surowych kar, która zaczyna się wraz z Oświeceniem, prowadzi bocznymi drogami do postawienia gilotyny na Placu Rewolucji. Nowoczesność porzuca wszystkie tradycyjne i religijne treści publicznej egzekucji. W masowych egzekucjach okresu jakobińskiej dyktatury, które były technicznie możliwe dzięki całkowicie funkcjonalnemu gilotynowaniu, śmierć skazańca nie jest już ani odbudowującym ład aktem pojednania człowieka ze Stwórcą, ani też inscenizowanym z pompą spektaklem mającym wzbudzać strach w ludzie. Egzekucja staje się w większości przypadków pozbawioną emocji, powszednią rutyną – eliminacją kryminalistów, a szczególnie politycznych opozycjonistów, którzy bez właściwego przewodu sądowego zostają arbitralnie uznani za wrogów państwa. W tej mierze gilotyna jako „postępowe i humanitarne” narzędzie egzekucji otwiera fatalną tradycję, która swój kulminacyjny punkt osiągnie w wielkich politycznych czystkach i prześladowaniach XX wieku z ich zindustrializowanymi metodami egzekucji. Metamorfozy form, metod i instrumentów publicznej egzekucji pokazują, jak pod wpływem ideologii „Rozumu” zanikają religijne i rytualne treści i sensy. Zwycięża „humanitaryzm”, który najpierw znosi egzekucję publiczną a potem egzekucję samą, ponieważ zanika poczucie transcendencji, w miejsce której przychodzą polityczne utopie i obietnice doczesnego zbawienia.

W tym samym numerze ETAPPE  Ulrich Fröschle zajmuje się twórczością Gottfrieda Benna i jego poglądami na sztukę i politykę, Siegfried Baur wygłasza pochwałę Ernsta Noltego, Reinhard Farkas analizuje menedżera jako współczesny typ panowania, Axel Mattthes interpretuje szaleństwo Nietzschego, Rudolf Borhardt (tekst z 1951 roku) konstatuje upadek narodu niemieckiego, Dag Krienen omawia najnowsze publikacje dotyczące wybuchu II wojny światowej, Claus-M. Wolfschlag dyskusje na temat estetyki faszystowskiej a Claudia Gerhards nowe książki o twórczości Ernsta Jüngera (w tym wydaną w Niemczech książkę znanego czytelnikom „Stańczyka” prof. Wojciecha Kunickiego). Przytoczmy na zakończenie kilka refleksji H.-T. Homanna na temat religijnego stanu Europy. Chrześcijaństwo nadawało narodom Europy jednolitą formę religijną i kulturalną. Czy ma ono w sobie tyle witalności, aby nadal pełnić tę rolę? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na ten duchowy problem egzystencjalny Europy. Na przełomie tysiącleci, wydana na łup imigracji z krajów islamskich Europa zastygła w agonii, szuka militarnego bezpieczeństwa w USA a swojej socjalnej integracji w czymś tak niepewnym jak wzrost gospodarczy, proporcje podziału dochodu narodowego i materialny dobrobyt. Imigranci przybywają do Europy bez gotowości dopasowania się do historycznie ukształtowanego profilu społeczeństw, które ich przyjmują: obcy bierze ziemię, aby potem pozostać wiernym duchowemu kosmosowi własnej kultury. Powstaje w Europie społeczeństwo patchworku, dywan utkany z heterogenicznych, konkurencyjnych systemów norm. Polityczny konsensus osiągany jest tutaj poprzez mechaniczne „kwotowanie”. Newralgiczny punkt konfliktu znajduje się na płaszczyźnie religijnej, na której formułowane są ostateczne kwestie egzystencji, sensu i normy. “Odczarowanie świata” uderzyło przede wszystkim w chrześcijaństwo, co nie byłoby możliwe bez ambiwalentnego teologicznego racjonalizmu chrześcijaństwa. Kodyfikacja uniwersalnych praw człowieka jawi się jako ubogi kondensat na końcu nowoczesnej waporyzacji ponadnaturalnej wiary w Boga. Nasuwa się pytanie, czy chrześcijaństwo nie utraciło ostatecznie roli najważniejszego czynnika duchowej jedności Europy i czy, szczególnie w swojej późnomieszczańskiej, „wyczerpanej” formie, może być ono platformą dla samoobrony i samozachowania Europejczyków. Ekspansja chrześcijaństwa ku religii światowej nastąpiła dopiero w tym stuleciu i dalej postępuje, gros chrześcijan żyje poza Europą. Dlatego utrzymanie chrześcijaństwa nie jest już identyczne z zachowaniem europejskich form kultury. Wydaje się, że jest wręcz przeciwnie, jeśli zważyć, że chrześcijaństwo wszystkich konfesji w Europie raczej pozytywnie przyjmuje przekształcanie się naszego kontynentu w obóz przejściowy, w coraz większym stopniu staje się „internacjonalistyczne” i nie uwzględnia narodów jako czynnika pośredniczącego pomiędzy jednostką/rodziną a ludzkością; odnosi się wrażenie, pisze Homann, że religijny kryzys kontynentu nabiera coraz większej prędkości; rozpad religijnego dziedzictwa, gasnąca siła kulturotwórcza chrześcijaństwa wskazują na to, że Europa traci swoją religijną skórę. Co dalej? Stoimy bezradni przed tym pytaniem.

USA

LIBERTY

W numerze 4 (vol. 6) Douglas Casey analizuje pojęcie Nowej Klasy. Przypomina, że po raz pierwszy zastosował ten termin Milovan Dżilas przy opisie państwowo-partyjnej biurokracji w krajach komunistycznych. Później pojęcie „Nowa Klasa” zaczęto stosować w odniesieniu do warstwy rządzącej w zachodnich demokracjach. Ta Nowa Klasa inaczej niż burżuazja opisywana przez Marksa nie zajmuje się produkcją dóbr materialnych, lecz eksperymentuje z ludzką naturą, majstruje przy polityce i manipuluje społeczeństwem. Materią, w której pracuje są symbole, słowa i idee. Do Nowej Klasy należą pisarze, wydawcy, reżyserzy, ludzie z mediów, średnia i wyższa biurokracja, lobbyści, pracownicy „grup interesu publicznego” i organizacji charytatywnych, akademicy, ludzie od rozrywki, prawnicy, artyści, analitycy, konsultanci itd. Ludzie tacy istnieli od zarania cywilizacji, ale dopiero w wieku XX tak się rozmnożyli, że tworzą całą klasę. Dzięki telewizji, ogólnokrajowym gazetom i komunikacji lotniczej mogą oni mówić jednym głosem. Jak każda elita także i Nowa Klasa znajduje przyjemność w byciu na szczycie i pragnie zachować swoją pozycję. Jednym z istotnych elementów ideologii Nowej Klasy jest wrogość wobec wolnego rynku. Natomiast jest Nowa Klasa zwolennikiem demokracji politycznej – głównie dlatego, iż słusznie sądzi, że jest w stanie manipulować postawami wyborców.

Nowa Klasa zajmuje się „rozwiązywaniem problemów społecznych”, co przyjmuje zazwyczaj formę moralnych krucjat. Ponieważ jej członkowie współpracują ze sobą, ze sobą się spotykają, ze sobą dyskutują sądzą, że wszyscy widzą rzeczywistość tak samo, jak oni. Dzięki kontroli nad mediami, rozrywką i edukacją, mogą ustalać parametry publicznych debat i określać ich generalny kierunek kontrolując w ten sposób myślenie obywateli. Nowa Klasa, której symboliczną postacią jest Woody Allen, ma w pogardzie tradycyjne wartości. Według Casey‘a Nowa Klasa coraz bardziej się rozrasta i staje się coraz bardziej wpływowa. To po jej stronie jest marksowski „historyczny imperatyw”. Równocześnie jednak jej idee tracą stopniowo na nośności i ważności, czemu towarzyszy wewnętrzna ideologiczno-polityczna dekompozycja.

W tym samym numerze Jeff Walker przeprowadza wywiad z Royem Childsem Jr. (nieżyjącym już dziś wydawcą i aktywistą anarchokapitalizmu). Childs opowiada m.in. o tym, jak mając siedemnaście lat dyskutował w końcu lat pięćdziesiątych z trockistami z ruchu antywojennego. Trockiści nienawidzili go, ponieważ udowadniał im, że, jeśli chcą zakończyć wojnę, to powinni zlikwidować podatek dochodowy, aby rząd nie miał pieniędzy na finansowanie jej. Childs nie rozumie, jak Churchill mógł popierać Stalina przeciw Hitlerowi skoro obaj byli takimi samymi łotrami. Wypowiedzieć wojnę Niemcom z powodu inwazji Hitlera na Polskę i zakończyć ją wydaniem Polski w ręce Stalina to przykład hipokryzji politycznej, jaką trudno byłoby znaleźć w historii ludzkości, twierdzi Childs. Uważa on, że obozy koncentracyjne Hitlera nie były wzorowane na sowieckich łagrach, ale na rezerwatach dla Indian w USA, które z kolei pod wieloma względami czerpały z doświadczeń Anglików w Irlandii, gdzie Irlandczycy mieli być skupieni na niewielkich obszarach będących pod stałą obserwacją i kontrolą policyjną. Childs mówi dużo na temat Ayn Rand. Twierdzi, że autorka „Atlas Shrugged” nienawidziła na płaszczyźnie intelektualnej Fryderyka von Hayeka, uważała go za moralnego tchórza a jego książkę „Droga do niewolnictwa” za najniebezpieczniejsze dzieło, które kiedykolwiek napisano.

W numerze 6 (vol. 6) Brian Doherty zajmuje się AIDS. AIDS, pisze on, jest czymś więcej niż chorobą, jest raz symbolem politycznej opresji, raz oznaką świętości lub hańby, to znów symbolem tragedii wyzwolenia, znakiem, że nie ma Boga lub że istnieje Bóg, który się gniewa. AIDS zmienił postawy ludzi wobec profilaktyki, seksualności i homoseksualizmu i zmusił wielu ludzi do zakwestionowania idei będącej streszczeniem zachodniej kultury: wiary w to, że potrafimy kontrolować świat natury przy pomocy naszej woli i technologii, i nagiąć go do naszych potrzeb i zachcianek. Jedni twierdzą, że zbyt mało poświęca się uwagi AIDS, ponieważ ofiary choroby należą w większości do środowisk zmarginalizowanych społecznie, drudzy natomiast uważają, że zbyt wiele pieniędzy wydaje się na zwalczanie choroby, ponieważ jej ofiary i ich obrońcy mają lepsze kontakty z mass mediami niż np. ci, którzy chorują na raka. „Cisza=śmierć“ – dzięki temu sloganowi, jest rzeczą niemożliwą, aby nie słyszeć o AIDS, nawet jeśli przepowiednie na temat AIDS się nie spełniły. Każdemu wydaje się, że wie coś o AIDS, każdy ma opinię na ten temat, nawet jeśli ta opinia opiera się na wiedzy z rządowych ulotek zalecających korzystanie z prezerwatyw. Jest tyle głosów i tyle hałasu z powodu AIDS, że racjonalny dyskurs jest niekiedy całkowicie zagłuszony. Być może histeria w związku z AIDS ma zamaskować bankructwo idei służącej rozmaitym politycznym i finansowym interesom. Doherty powołuje się na książkę prof. Roberta Root-Bernsteina, który w swojej książce „Przemyśleć AIDS: tragiczne koszty przedwczesnego konsensusu” wysunął argumenty będące ciosem w naukowców, urzędników, działaczy i dziennikarzy tworzących establishment AIDS. Prof. Root-Bernstein udowadnia bowiem, że HIV (Humań Immunodeficiency Virus) powszechnie uznawany za przyczynę zespołu chorób określanego jako AIDS, w rzeczywistości może być tylko jednym, jeśli w ogóle, z czynników wywołujących AIDS. Root-Bernstein nie jest pierwszym badaczem wysuwającym taką tezę. Pierwszym heretykiem był specjalista w dziedzinie biologii molekularnej z Berkeley Peter Duesberg. Herezja głoszona przez Duesberga, że HIV nie powoduje AIDS przyniosła ten efekt, że Krajowy Instytut Zdrowia nie przyznał mu grantu na dalsze badania (w komisji, która podjęła decyzję o obcięciu funduszy dla Duesberga zasiadała matka jednego z dzieci Roberta Gallo – rzekomego odkrywcy HI V oraz osoba będąca właścicielem patentu na jeden z testów wykrywających antyciała HIV). Duesberg stał się wrogiem nr 1 dla Roberta Gallo, który zapowiedział, że uczyni wszystko, co w jego mocy, by zapobiec rozpowszechnianiu idei Duesberga

Po Duesbergu wystąpił Charles A. Thomas – były profesor biochemii na Harvardzie, który skupił wokół siebie grupę retrowirusologów, epidemiologów i immunologów kwestionujących obowiązujące dogmaty na temat AIDS. Doherty przypomina, że w kwietniu 1984 roku Margaret Heckler – sekretarz Health and Humań Services z dumą oświadczyła, iż amerykański lekarz Robert Gallo odkrył przyczynę AIDS. Miał to być retrowirus rzekomo wyizolowany w laboratorium Gallo i nazwany HIV. Heckler obiecała również, że w ciągu dwóch lat wynaleziona zostanie szczepionka przeciw niemu. Roszczenie Roberta Gallo do tego, aby zostać uznanym za odkrywcę HIV dało początek splotowi kontrowersji, nieporozumień i, być może, oszustw, związanemu z teoretycznym romansem HIV i AIDS. Okazało się, że wirus został wykryty rok wcześniej przez francuskiego naukowca Luca Montagniera z Instytutu Pasteura. Montagnier posłał wirusa Robertowi Galio, aby ten go przetestował. Rozwinęła się dyskusja na temat, kto jest właściwym odkrywcą i kto ma prawo opatentować testy wykrywające obecność antyciał retrowirusa i pośrednio jego samego. Spór zakończył się porozumieniem zawartym pomiędzy rządami Francji i USA, na mocy którego podzielono zyski i uznano Roberta Gallo i Luca Montagniera za „współodkrywców” HIV. Ale w jakiś czas później reporter „Chicago Tribune” John Crewdsen i Krajowy Instytut Zdrowia, który przeprowadził własne, wewnętrzne dochodzenie wykryli, że Gallo świadomie usiłował przywłaszczyć sobie odkrycie HIV oraz, że jedna z jego prac, w której pokazywał, w jaki sposób HIV powoduje AIDS zawiera „błędne przedstawienie faktów” lub „fałszerstwa”. Sam Gallo przyznał, że wirus, którego użył przy sporządzaniu swojego testu, był jednym z tych przysłanych mu przez Instytut Pasteura. Francuzi domagają się teraz zwrotu nieprawnych zysków, które idą w dziesiątki milionów dolarów i uznania Montagniera za jedynego odkrywcę HIV. W międzyczasie rząd USA wydał miliardy dolarów, ponieważ przyjęto tezę Gallo, że “HIV sam i bez pomocy wywołuje AIDS”. Ale po 10 latach okazuje się, że było to niezbyt opłacalne. Nadal nie ma szczepionki i nadal nie wiadomo, w jaki sposób retrowirus wywołuje szereg dolegliwości, chorób i infekcji, które nazywane są AIDS. Trzeba tu przypomnieć, pisze Doherty, że AIDS nie jest chorobą per se lecz syndromem – terminem oznaczającym sytuację, w której silne załamanie systemu odpornościowego prowadzi do tego, że organizm pada ofiarą szeregu chorób takich jak gruźlica, herpes i inne. Choroby te istniały, zanim wyizolowano HIV i będą istnieć także wtedy, gdy HIV w jakiś sposób zostanie wyeliminowany. Silne załamanie systemu odpornościowego diagnozowane jest jako AIDS, jeśli stwierdzi się obecność antyciał HIV-a i jeśli nie ma innej widocznej przyczyny dla tego załamania. Ale u około połowy pacjentów uznanych za chorych na AIDS HIV nie występuje. Jak dowodzi prof. Root-Bernstein, większość ludzi z diagnozą AIDS znajduje się w takich warunkach biologicznych lub angażuje się w takie zachowania, które znane są jako osłabiające system immunologiczny, obojętnie z czy bez tajemniczego HIV. Nie jest do dziś znany dokładny mechanizm działania HIV – przyznają to nawet zwolennicy ortodoksyjnego podejścia do AIDS i wolą mówić, że HIV to „tajemniczy” wirus. Bez tej tajemnicy obracający wieloma miliardami dolarów przekazanymi przez rząd przemysł wokół HIV niewiele miałby do roboty.

Karry Mullis, wynalazca reakcji łańcucha polimerycznego umożliwiającej wykrywanie takich wirusów jak HIV stwierdził: „Tajemnica tego przeklętego wirusa ma swe źródło w tych 2 mld dolarów wydawanych na niego każdego roku. Weź jakiś inny wirus i wydaj na niego 2 miliardy a też odkryjesz wiele związanych z nim tajemnic”. Zarówno Duesberg, jak i Root-Bernstein próbują w ostatnich latach zwrócić uwagę opinii publicznej na fakty, które rodzą wątpliwości, czy HIV, tajemniczy lub nie, rzeczywiście jest odpowiedzialny za wszystkie te straszne rzeczy, tak jak to przedstawiają zwolennicy standardowego paradygmatu. Opozycja wobec tego paradygmatu nie jest jednolita: Duesberg twierdzi, że HIV jest całkowicie niegroźny, natomiast Root-Bernstein uważa, że HIV może odgrywać jakąś rolę przy załamaniu systemu immunologicznego. Duesberg sądzi, że za AIDS odpowiedzialne jest przede wszystkim zażywanie narkotyków, Root-Bernstein uważa, że w grę wchodzić może wiele czynników. Ale kwestia, co powoduje AIDS jest kwestią drugorzędną wobec zakwestionowania przez obu badaczy tezy, że HIV jest jedyną przyczyną AIDS. HIV jest często (ale nie zawsze) wykrywany tam, gdzie wykryto AIDS. Gallo uważa jednak, że nie ma AIDS bez HIV. Takie postawienie sprawy sugeruje, że HIV jest nowym mikrobem (stąd pojawiające się opinie, że jest on ubocznym skutkiem eksperymentów z bronią biologiczną lub szatańskim wynalazkiem, którego celem jest eliminacja ludzi „niepożądanych”). Prof. Root-Bernstein zdecydowanie odrzuca tezę, że AIDS lub HIV to coś nowego dla świata przełomu lat 70-tych i 80-tych. Skrupulatna analiza literatury pozwoliła mu odkryć historie choroby ludzi z zeszłego stulecia, którzy umarli dokładnie tak samo jak ludzie, o których mówi się dzisiaj, że umarli na AIDS. HIV odkryty został w próbkach zamrożonej krwi z 1959 roku. Nie ma żadnych podstaw do twierdzenia, że HIV i AIDS pojawiły się nagle w późnych latach 70-tych. Kiedy to sobie uświadomimy, coraz jaśniej dostrzeżemy słabość oficjalnej hipotezy na temat HIV.

Rzekomy „okres utajenia” wirusa jest coraz bardziej wydłużany a ludzie będący nosicielami HIV żyją dłużej i dłużej. W 1986 roku mówiło się, że mogą żyć krócej niż dwa lata, na początku 1992 roku mówi się o 10 lub 15 latach. Być może trzeba przyjąć, że diagnoza “HIV positive” nie oznacza wcale wyroku śmierci. W przeciwnym razie „okres utajony” będzie wydłużany w nieskończoność, aby tylko uratować tezę, że “HIV jest jedyną, konieczną i wystarczającą przyczyną AIDS’. A ratować ją trzeba, gdyż zależy od niej wiele karier i wiele reputacji (włączając w to reputację rządu Stanów Zjednoczonych). Również epidemiologia AIDS nie potwierdza tezy, że HIV jest, przekazywanym drogą płciową, mikrobem będącym jedyną przyczyną AIDS. Obok jednostkowych przypadków takich jak przypadek kochanka Rocka Hudsona – Marca Christiana, który przeżył około 600 zbliżeń seksualnych (bez żadnej ochrony) z umierającym Hudsonem i nie zaraził się HIV, mamy statystyki wykazujące jasno, że AIDS nie stał się plagą, która wyszła poza grupy wysokiego ryzyka: homoseksualistów, chorych na hemofilię i narkomanów. Oficjalne statystyki ogłoszone przez Center for Disease Control szacują, że wśród mieszkańców USA liczba nosicieli HIV jest stała i wynosi ok. 1 miliona (w jednym roku u ok. 3% z nich rozwijają się symptomy AIDS). A więc epidemia nie wybuchła. Jak na zaraźliwego wirusa HIV wykazuje dziwne preferencje dla pewnych typów ludzi, a także większe dla mężczyzn niż dla kobiet. Np. 90% przypadków AIDS w USA to mężczyźni, choć np. w Afryce dystrybucja wirusa według płci jest bardziej równomierna. Nie ma wyjaśnienia, jak to się dzieje, że dokonywana przez wirus selekcja ze względu na płeć zależy od kontynentu.

Według Root-Bernsteina to nie mikrob, ale różne dla populacji obu kontynentów czynniki prowadzące do załamania systemu odpornościowego są odpowiedzialne za tę różnicę. Fakt, że AIDS nie rozprzestrzenił się na dużą skalę poprzez prostytutki świadczy o tym, że nie jest to standardowa choroba przekazywana drogą płciową. Z wielu badań wynika, że obecność antyciał wirusa HIV nie zwiększyła się w sposób znaczący pośród nie zażywających narkotyków prostytutek z głównych miast Zachodu. Z badań opublikowanych w „American Journal of Public Health” wynika, że infekcja HIV jest niska lub nie występuje wcale u prostytutek, które nie zażywają narkotyków. Prof. Root-Bernstein wysuwa hipotezę, że nagłe załamanie systemu odpornościowego ma wiele przyczyn i żaden nowy mikrob nie jest tu konieczny. Z jego żmudnych i dokładnych badań wynika, że główne grupy wysokiego ryzyka jeśli chodzi o AIDS, charakteryzują się podejmowaniem zachowań, których skutkiem jest załamanie systemu immunologicznego, dlatego hipoteza o jednej, nowej przyczynie takiego załamania w ogóle nie jest potrzebna. Wśród przyczyn załamania sytemu odpornościowego i szeregu infekcji i chorób kwalifikowanych jako AIDS prof. Root-Bernstein wymienia: wielokrotne zetknięcie się krwi i nasienia, wewnętrzne urazy spowodowane przez seks analny i praktyki seksualne znane jako „fisting”, które bardzo się upowszechniły wśród homoseksualistów w latach 70-tych i 80-tych; wielokrotne transfuzje krwi; narkoza i operacje chirurgiczne; nadużywanie antybiotyków, opiatów i pewnych typów lekarstw; ciężkie niedożywienie; narażenie na rozmaite infekcje przenoszone drogą płciową.

Badania prof. Root-Bernsteina skłaniają do wniosku, że jest rzeczą mało sensowną kierowanie funduszy na badania nad AIDS przy założeniu, że HIV jest jedyną konieczną i wystarczającą przyczyną choroby. Istnieje tu historyczna paralela: całe lata i mnóstwo pieniędzy stracono na poszukiwanie „jednej przyczyny” raka. Dziś wiadomo, że w grę wchodzi wiele czynników. W przypadku AIDS zakładano, że pozornie nowe zjawisko musi mieć jedną, nową przyczynę. W rzeczywistości pojawienie się AIDS na dość szeroką skalę w Ameryce wynika z socjologicznie uwarunkowanej eksplozji ryzykownych zachowań związanych z seksem i narkotykami a także z nowym ryzykiem zdrowotnym dla chorych na hemofilię i dla tych, którym przetacza się krew. Jeśli chodzi o Afrykę, to przyczyn AIDS szukać należy w starych problemach niedożywienia i złych warunków sanitarnych oraz z nowym rozpowszechnieniem się chorób przekazywanych drogą płciową. Ale retrowirusolodzy tacy jak Robert Gallo (który wcześniej uważał, że odkryty przez niego wirus powoduje leukemię) byli skuteczni w walce o rządowe fundusze i udało im się zagwarantować dla siebie monopol, jeśli chodzi o granty dla badań nad AIDS i HIV.

Doherty uważa, że książka prof. Root-Bernsteina nie spowoduje szybko jakiegoś przełomu. Chociaż dobrze udokumentowana i profesjonalnie napisana, na pewno zostanie obrzucona inwektywami i nikt nie będzie starał się, aby zbijać punkt po punkcie postawione w niej tezy (taki los spotkał wcześniej prace Duesbergera). Root-Bernstein twierdzi, że wielu jego kolegów zgadza się z nim prywatnie, ale boją się mówić o tym publicznie z obawy, że utracą fundusze na badania. Emocjonalna energia aktywistów AIDS, dla których rządowe pieniądze są jedyną nadzieją połączona z kulturalnym znaczeniem „oficjalnych” wyjaśnień przyczyn AIDS przenika naszą kulturę i tworzy potężną zaporę przeciw “heretykom”. Nawet dziennikarze piszący o „heretykach” narażeni są na ataki i represje. Jeden z dziennikarzy „Miami Herald” został zwolniony z pracy, ponieważ krytykował AZT (zaaprobowane przez władze „lekarstwo” przeciw AIDS). Stało się to pod naciskiem Martina Delaney‘a – szefa Project Inform, grupy aktywistów od AIDS finansowanych przez firmę produkującą AZT, której zyski zależą od podtrzymania oficjalnej hipotezy o HIV. Project Inform specjalizuje się w atakach na dziennikarzy podważających tą hipotezę. Delaney puścił w obieg sześciostronnicową diatrybę zawierającą osobiste ataki na „heretyków” i oskarżył jedną z dziennikarek, że rozpowszechnia fałszywe informacje i jest zagrożeniem dla zdrowia publicznego. Postulował nawet, żeby zakazać jej pisania o AIDS i HIV. Od samego początku hipotezie o HIV towarzyszyły oszustwa i nadzieje na finansowe zyski oraz na naukowe kariery. Od początku też ignorowano inne możliwe wyjaśnienia przyczyn AIDS. Dziś coraz częstsze są głosy kwestionujące ortodoksję. Swoich łam udzieliło Duesbergerowi pismo „Policy Review“, w „National Review” i „American Spectator” tematem zajął się Tom Bethell. Mury zaczynają być podkopywane i prędzej czy później się zawalą.

W tym samym numerze Aaron T. Steelman przypomina pewne liczby z okresu prezydentury championa wolnego rynku Ronalda Reagana: wzrost wydatków na opiekę socjalną ze 157 mld dolarów w roku 1980 do 184 mld dolarów w roku 1988. W numerze 1 (vol. 7) R. W. Bradford wskazuje na niebezpieczeństwo socjalizacji medycyny w USA, Randal O’Toole oskarża prezydenta Clintona o to, że jego polityka leśna zagraża amerykańskim lasom, William P. Moulton opisuje historię rektora uniwersytetu stanowego w Maine Dale Licka, który chciał stanąć na czele uniwersytetu stanowego w Michigan i który został wykończony przez wrogów, ponieważ w 1989 roku powiedział, że biali i czarni lekkoatleci różnią się od siebie pod wieloma względami i że specyficzne warunki fizyczne czarnych sportowców predestynują ich do osiągania w niektórych dyscyplinach lepszych wyników niż biali, co uznane zostało za rasizm. Chester Alan Arthur składa sprawozdanie z krajowej konwencji Partii Libertariańskiej a Stephen Cox szkicuje portret Izabeli Paterson, która w latach trzydziestych i czterdziestych poświęciła się atakowaniu piórem kolektywistycznego państwa, jakie jej zdaniem powstało w USA. Żądała rozdzielenia biznesu i polityki, nienawidziła zarówno wielkich biznesmenów i finansistów chcących rządzić krajem, jak i socjalistów chcących tego samego. Była przeciwniczką programów rządowych mających „podnieść dobrobyt narodu”, gdyż jej zdaniem, przyniesie to dobrobyt jedynie wąskiej “klasie rządzącej”, która dąży do ustanowienia monopolu władzy. Była przeciwna przymusowemu poborowi do wojska i moralnym krucjatom – podobnym do I wojny światowej – które mogły jedynie powodować interwencję USA w sprawy wewnętrzne innych krajów. Sprzeciwiała się rządowym manipulacjom walutą, prohibicji, upaństwowieniu szkolnictwa i cenzurze. Jej najwyższą wrogość budzili Wielcy Inżynierowie chcący modelować świat i ludzi według swoich planów. Ci Wielcy Inżynierowie, do których zaliczała zarówno bolszewików, jak i liderów demokracji, kierują się materialistyczną filozofią i traktują społeczeństwo jak przemysłowy mechanizm dający sobą sterować. Uważała się za podróżnika podróżującego po skolektywizowanym świecie, podróżnika, który ciągle znajduje powody, aby dziwić się osobliwemu zachowaniu się tubylców. Napisała setki artykułów prasowych, kilka powieści i tomów opowiadań. Jej najbardziej znaną książką z dziedziny socjologii i filozofii politycznej jest wydana w 1943 roku praca „Bóg maszyny” (Stephen Cox streszcza jej główne idee i przyznajemy od razu, że nie wygląda to nazbyt zachęcająco).

W 1949 roku Paterson musiała odejść z „Herald Tribune”, gdzie publikowała ćwierć wieku. Ponieważ pryncypialnie sprzeciwiała się systemowi państwowych ubezpieczeń socjalnych, odmówiła przyjmowania emerytury. Był to jej samotny, osobisty bunt przeciw kolektywistycznemu państwu. Pisała okazjonalnie do założonego przez Williama F. Buckley‘a w latach 50-tych pisma „National Review”. Zmarła w 1961 roku w wieku lat 75 lat. „Lberty”  zamieszcza również jej aforyzmy. Zacytujmy kilka: „Królestwa upadają raczej przez deficyt niż giną od miecza”, “Żadna większość nie może rozgrzeszyć jednostki”, „Jest rzeczą konieczną, aby pamiętać zawsze, że literatura to nie plan pięcioletni”, „Prawie każdy chce być równocześnie sławny i niewidzialny”, „Największym niebezpieczeństwem, jakie kryje się w żądaniu, aby być zrozumianym, jest to, że żądanie zostanie spełnione. Następnym krokiem jest rozwód”, „Pieniądze są szczególnie wulgarne wówczas, gdy inni je posiadają”, „Psychologia: nauka, która mówi nam, kim są psychologowie”, „Ochotnicza straż pożarna jest zwykle tak samo niebezpieczna jak ogień”.

Poza tym w numerze Jeff Rigenbach surowo ocenia Ronalda Reagana: półanalfabeta i półgłówek, którego jedyną „zasługą” jest to, że jak nikt inny w świecie, skompromitował ideę wolnego rynku – poprzez bezustanne wmawianie naiwnej publiczności, że jego polityka (potężny wzrost wydatków rządowych, potężny wzrost interwencji rządu w życie prywatne obywateli poprzez kosztującą wiele miliardów dolarów „wojnę z narkotykami” i krucjatę przeciw pornografii) była polityką wolnorynkową. Dzięki Ronaldowi Reaganowi, mamy dziś legion głupców między jednym wybrzeżem a drugim, którzy głoszą, że „próbowaliśmy wolnego rynku i to nie działało”. Brian Doherty pisze o cyberprzestrzeni i psychodelicznych narkotykach, których prorokiem jest Terence McKenna zajmujący dziś miejsce Timothy Leary’ego. Jego pop-antropologia mówi, że konsumpcja grzybów (psylocybów) miała wielkie znaczenie w rozwoju ludzkości, ponieważ bardzo pozytywnie wpłynęła na ludzki mózg. Psylocybina, uważa Terence Mckenna, powoduje wyostrzenie wzroku, co było wielką zaletą w przypadku dawnych myśliwych. Wokół psychodelicznych grzybów, nazywanych “pożywieniem bogów” na różnych kontynentach powstały kultury, które później ustąpiły miejsca kulturom opartym na takich narkotykach jak alkohol, kawa i cukier, które niszczą Ziemię. Terence McKenna twierdzi również, że podbój przez Europejczyków Nowego Świata spowodowany był właśnie pożądaniem kawy i cukru. Terence McKenna chwali wprawdzie psychodeliczne narkotyki oparte na grzybach, uważa jednak, że inne narkotyki, za których legalizacją się opowiada, powinny być opodatkowane, kontrolowane i regulowane przez rząd. Władze powinny też sponsorować propagandę zniechęcającą do tych narkotyków. Tym samym Terence McKenna okazuje się być nietolerancyjnym prohibicjonistą i nie zasługuje na szacunek prawdziwych “psychodelic voyagers“, wyrokuje Brian Doherty.

THE FREEMAN. IDEAS ON LIBERTY

W numerze lipcowym z zeszłego roku William J. Watkins Jr rozważa niektóre aspekty „jednoczenia Europy” wskazując na zagrożenia, jakie dla Europy niosą kolektywistyczne i centralistyczne pomysły brukselskiej biurokracji. Autor przypomina, że 60% elektoratu UE to przeciwnicy traktatu z Maastricht a 65% opowiada się przeciw rezygnacji z walut narodowych. Zwraca również uwagę na to, że tzw. Wspólna Polityka Rolna zjada połowę budżetu Unii Europejskiej. Jeśli Unia się rozszerzy i przyjmie biedniejsze kraje Europy Środkowo-Wschodniej to wydatki wzrosną niebotycznie. Jeśli nadal utrzymywana będzie obecna polityka rolna, to dopuszczenie do WPR pięciu milionów polskich chłopów wymagać będzie wzrostu nakładów budżetowych Unii o 74 mld dolarów. Tego typu transfer środków z pewnością wywoła niezadowolenie tych, których dochody konfiskowane są przez technokratów z Brukseli. W tym samym numerze znaleźliśmy interesujący artykuł na temat internowania Japończyków i japońskich Amerykanów w czasie drugiej wojny światowej. Autorzy artykułu Steven B. Caudill i Melody Hill przypominają, że 19 lutego 1942 roku prezydent Roosevelt podpisał dekret 9066 nakazujący masową deportację Japończyków i obywateli amerykańskich pochodzenia japońskiego z Zachodniego Wybrzeża w głąb kraju. Dekret podpisany został w momencie wybuchu histerii spowodowanej przez atak japoński na Pearl Harbor. Powodem deportacji miała być obawa przed szpiegostwem lub działaniami tzw. piątej kolumny. Ale obaw takich nie podzielały służby wywiadu i kontrwywiadu. Stąd domniemywać wolno, że to nie względy bezpieczeństwa były powodem deportacji i internowania Japończyków i Amerykanów japońskiego pochodzenia.

Kiedy wybuchła wojna w Europie prezydent Roosevelt postawił przed FBI zadanie utrzymania bezpieczeństwa wewnętrznego. Zanim jeszcze Japończycy dokonali ataku na Pearl Harbor, FBI i wywiad marynarki wojennej sporządziły listy podejrzanych obcokrajowców. Choć na listach było 250-300 nazwisk, to tylko 40 lub 50 osób uznanych zostało za realne zagrożenie. W ciągu dwóch dni po ataku na Pearl Harbor wszyscy ci podejrzani zostali zatrzymani. FBI stwierdziło, że te środki w sposób wystarczający zapobiegają groźbie szpiegostwa. Dodatkowym argumentem na to, że to nie bezpieczeństwo było powodem deportacji i internowania, jest fakt, iż nie internowano żadnych Japończyków czy Amerykanów japońskiego pochodzenia na Hawajach, które leżą bliżej Japonii i gdzie wielu ich zamieszkiwało. Na Hawajach zatrzymano jedynie pojedyncze podejrzane osoby. Jeśli to nie względy bezpieczeństwa decydowały o deportacji i internowaniu, to co? Na to pytanie autorzy udzielają odpowiedzi. Przypominają najpierw historię imigrantów i osadników japońskich na Zachodnim Wybrzeżu, głównie w Kalifornii. Pierwsi Japończycy przybyli na Hawaje (wówczas protektorat amerykański) jako robotnicy kontraktowi w 1884 i 1885 roku. Później zaczęli osiedlać się w Kalifornii. Od samego początku rozmaite środowiska polityczne, władze stanowe, związki stanowe sprzeciwiały się osadnictwu Japończyków w Kalifornii. W1905 roku powstała Asiatic Exlusion League, w skład której wchodzili działacze związkowi i robotnicy, i która za cel stawiała sobie „oczyszczenie” Kalifornii z Azjatów. Jej działalność cieszyła się poparciem we wszystkich warstwach społecznych Kalifornii. Następne lata przynoszą cały szereg ustaw i zarządzeń uniemożliwiających lub znacznie utrudniających Japończykom osiedlanie się w Kalifornii.

Mimo rozmaitych restrykcji, ci Japończycy, którzy nabyli ziemię w Kalifornii, dobrze na niej gospodarowali i osiągali bardzo dobre plony. W 1940 roku japońscy farmerzy z Kalifornii produkowali 90% fasoli, seleru, pieprzu i truskawek,  50 do 90% karczochów, ogórków, grochu, szpinaku i pomidorów (do konserwowania), 25 do 50% szparagów, kapusty, kantalupy, marchwi, sałaty, cebuli, kawonów. Pracowici, zatrudniający swoje żony i dzieci w gospodarstwie z powodzeniem konkurowali z białymi farmerami. To wszystko wraz z prowadzoną od 1905 roku kampanią propagandową przeciw Japończykom spowodowało, że na fali antyjapońskiej histerii w związku z Pearl Harbor dokonano deportacji i internowania Japończyków. W rzeczywistości więc nie względy bezpieczeństwa państwa, ale nacisk białych farmerów i ich politycznych reprezentantów spowodował akcję przeciw Japończykom. Po deportacji Japończyków ich farmy zostały za bezcen (zamiast jednego dolara wartości farmy płacono 4 centy) sprzedane białym farmerom, którzy zagarnęli również to, co było na polach lub już w magazynach. Wartość ziemi należącej do japońskich farmerów miała w 1940 roku szacunkową wartość ponad 72 min dolarów. Po wojnie Japończykom zwrócono tylko bardzo niewielką część wartości tego, co utracili. Nie zezwolono powrócić do domów, co w sposób oczywisty zaprzecza tezie, że chodziło o względy bezpieczeństwa – wszak po wojnie tego typu względy były nieistotne. W 1988 roku rząd amerykański przeprosił Japanese-Americans za internowanie i przyznał 60.000 internowanym lub ich potomkom po 20.000 dolarów.

WŁOCHY

PAROLIBERA

 

W drugim numerze periodyku odnajdujemy godny uwagi tekst naczelnego Nino Reiny o kato-komunizmie lat 90-tych “Włoska anomalia: katolicy i komuniści. Dlaczego postchadecy dostali się pod przywództwo socjaldemokratów?”. Przyczyna leży w dużym stopniu za granicą. W okresie 1945-89 włoska scena polityczna ze względu na wymogi zimnej wojny była zmajoryzowana przez dwie opcje, przedstawiające w mikroskali bipolarny układ globalny: chadecja miała reprezentować tak zwany świat liberalny i zachodni czyli demokrację parlamentarną, a partia komunistyczna Wschód czyli demokrację ludową. Paradoksalnie po upadku ZSRR ruch komunistyczny w swoich dwóch odgałęzieniach (PDS i Rifondazione comunista) powiększył obszary swoich wpływów, a chadecja zmarginalizowała się. Jej byli aktywiści rozproszyli się, a resztówka wyznająca radykalny socjalizm na użytek chrześcijan według recepty Bernanosa i Mauriaca zgodziła się na dominację komunistów. Stało się tak dlatego, ponieważ katolicyzm przegrał batalię na polu kultury właśnie, zanim jeszcze doszło do klęski politycznej. Produkowano co prawda teorie polityczne, ale w coraz mniejszym stopniu były one odwrotnością pomysłów komunistycznych, ponieważ były coraz bardziej pragmatyczne, co skończyło się aferą Tangentopoli. Przejście na pozycje lewicowe było możliwe dzięki miriadom publikacji katolickich przekładających antymodernizm Kościoła na język antyzachodni, antykapitalistyczny i trzecioświatowy. W celu wyjaśniania rzeczywistości posługiwano się ekonomicznymi i socjologicznymi analizami marksistowskimi. W pismach chrześcijańskich odnajdujemy mieszankę marksistowsko-egzystencjalno-fenomenologiczno-strukturalistyczną, nie służącą niczemu i niczego nie uczącą. Opóźnienie świata katolickiego w zakresie kultury, antropologii i moralności spowodowało bezbronność katolików wobec poglądów lewicy i postkomunistów na skalę niespotykaną w żadnym innym kraju europejskim. W tej sytuacji po kompromitującej liderów chadeckich aferze Tangentopoli lewe skrzydło partii otrzymało od postkomunistów glejt niewinności w zamian za podporządkowanie. W ten sposób dokonał się proces konwergencji katolików i komunistów, zauważalny od dawna na wielu szczeblach życia społeczno- ekonomicznego. Władzę przejęła „nowa klasa”, czyli „nomenklatura”, której wszystkie cechy odnajdziemy w Romanie Prodi.

Teraz zapoznamy się z poglądami lewicowego dziennikarza Pasquale Almirante na temat „Prawica i lewica”. Żurnalista powołuje się na Le Goffa, który zwrócił uwagę na to, że w Średniowieczu tylko jedna klasa umiała pisać i czytać i to jej oczami oglądamy ludową kulturę tej epoki. Tę niesprawiedliwość próbują nadrobić tacy ludzie jak Neruda, Passolini czy Brecht przywracający godność masom. Brecht w „Matce Courage” poucza plebejuszy, że nie warto umierać za króla lub cesarza. Marks dokonuje tego, co później Nietzsche, mianowicie uwalnia człowieka od przesądów i ukierunkowuje go w stronę wszechstronności Leonarda da Vinci. Ucieleśnienie podobnej idei odnajdziemy w wykreowanej przez Hermanna Hesse postaci Goldmunda. Nietzscheański Zaratustra poprzez „dialektyczny” cykl wiecznego powrotu zmusza do nowego spojrzenia na ekonomię, socjologię i sztukę, co daje szansę odzyskania Nietzschego przez lewicę. Zaratustriański jest Mao, gdy w trakcie rewolucji kulturalnej zrywa z burżuazyjną interpretacją rzeczywistości. Jest to coś zupełnie innego niż gwałtowna negacja postępu społecznego na archipelagu Gułag. Tak więc Gułag nie jest lewicowy w przeciwieństwie do Remarque’a, piętnującego w „Na zachodzie bez zmian” militaryzm niemiecki. Niemilitarystą jest też Grophius ze swoim Bauhausem oraz Picasso z Guerniką (Picasso jest tak prawicowy, jak Guernica faszystowska). Hiszpański malarz podziwiał afrykańską sztukę prymitywną w przeciwieństwie do prawicy odrzucającej ją jako wytwór „niższej rasy”. Po Picassie mamy jeszcze Becketta z jego Godotem, który, jak się okazuje, czeka na demokratyczno-komunistyczną przyszłość. Ta przyszłość to radość, równość i ochrona natury. (Ciekawe, czy w Polsce znalazłby się jeszcze ktoś tak przepełniony prometejskim optymizmem – red.).

Nino Reina polemizując ze swoim przyjacielem z lewicy apeluje do niego o porzucenie wypracowanej przez Gramsciego pozy „organicznego intelektualisty”, bardziej przywiązanego do partyjnej prawdy niż do wolności poszukiwań i „nauczającego masy” jak się robi rewolucję. Taka postawa po upadku komunizmu i po ujawnieniu się całej głębi teoretycznego kryzysu marksizmu jest anachroniczna. Z całą siłą należy przeciwstawić się lansowanemu przez Gramsciego „monopolowi kulturowemu lewicy”, dzięki któremu miała ona wygrać „wojnę pozycyjną” i opanować związki zawodowe, prasę, szkolnictwo, urzędy e tutti quanti. Kultura to nie tylko Neruda, Passolini i Brecht. Nie wolno zapominać o takich postaciach jak: twórca futuryzmu Filippo Marinetti, największy filozof włoski Giovanni Gentile, prawnik Alfredo Rocca, d’Annunzio, Prezzolini, Pirandello, a poza Włochami: Heidegger, Jünger, Pound, Hamsun, Eliade, Sołżenicyn. Kończymy polemikę, aby przyjrzeć się rozważaniom Nico Dell’Aquila „Europa: perspektywy nowego stulecia”. Autor dostrzega zmierzch państwa narodowego, które nie jest w stanie zapewnić ochrony odrębności wszystkim ludom. Przyszłościową alternatywą dla niego jest struktura federalno-imperialna, gdzie pomimo konfliktów różne tradycje kulturowe będą się nawzajem wzbogacać. Dell’Aquila nie ukrywa, że wojna w Jugosławii kładzie się cieniem na tej wizji. Komunistyczna przeszłość wschodniej Europy z wszechobecnym prymatem polityki utrudnia krajom tej części kontynentu przejście z ewidentnego totalitaryzmu demoludowego do zachodniego totalizmu opartego na demokracji mało demokratycznej, ale za to bardzo liberalnej. Europa zapomina o sobie samej i swoim kulturowym dziedzictwie, będącym efektem spotkania się różnych kultur: nordyckiej, śródziemnomorskiej, euro-azjatyckiej i euro-afrykańskiej. Świadomość nieporównywalnej specyfiki jest warunkiem sine qua non nieulegania zaoceanicznemu „kolonializmowi ekonomicznemu” i marzeniom o końcu historii. Publicysta przywołuje na koniec Benedetta Croce, który w 1931 r. w swojej „Historii Europy w XIX w.” napisał: „Francuzi, Niemcy, Włosi i wszyscy inni kierują swoje myśli w stronę Europy i ich serca biją dla niej tak jak przedtem dla mniejszych ojczyzn”. (Szczególnie mocno serca biły wzajemną nienawiścią parę lat po napisaniu przez filozofa tych podniosłych słów – red.). Dell’Aquila uważa, że idziemy w kierunku wyznaczonym przez włoskiego myśliciela i w przyszłym wieku odzyskamy utraconą harmonię i znowu nauczymy się być Europejczykami.

Poza tym w numerze Gustavo Selva przypomina, że mimo wszystko można być jednocześnie katolikiem i prawicowcem. Sergio Pignato zajmuje się krytycyzmem post-faszystowskim, podkreślając upadek „silnej” myśli i potrzebę redefinicji wielu pojęć. O tym, czy przyszłość szkoły leży w autonomii czy w prywatyzcji pisze Giuseppe Grasso. Z kolei profesor Antonio Di Grado zastanawia się jak „powstrzymać ekspansję fenomenu mafii” i potwierdza jej kolaborację z aliantami przed lądowaniem na Sycylii. „Koniec pozytywizmu – śmierć mitu” to tytuł eseju Enrique Moliny. Innym mitem, czyli Freudem, zajmuje się Noe De Callar. Cytuje on wypowiedź profesora Sullowaya: „Psychoanaliza została zbudowana na ruchomych piaskach. Jest ona jak dziesięciopiętrowy budynek rozpadający się z braku cementu”. Massimo Cultraro bada wpływ koncepcji matriarchatu Bachofena na Evolę. I na koniec wraz z Dariem Marią Gullim przypominamy, że komiks ma już sto lat i ciągle lansuje „superbohatera z superproblemami”, uwikłanego w latach 90-tych w nowe i irracjonalne mechanizmy.

BELGIA

NOUVELLES DE SYNERGIES EUROPEENNES. ORGANE EUROPEEN DE SYNERGIES EUROPEENNES.

Dwudziesty numer dodatku do renomowanego pisma „Vouloir” nie zawodzi naszych oczekiwań. Przynajmniej jeśli chodzi o wieści z Rosji. Gilbert Sincyr dzieli się krótko wrażeniami z Moskwy. Z jednej strony dezorientacja mas i amerykańska omnipotencja (dolar, coca-cola, MacDonald). Z drugiej wysoki poziom patriotycznej części elity rosyjskiej. Sincyr odniósł korzystne wrażenie z rozmów z takimi ludźmi jak: redaktorzy przeglądu kulturalno- politycznego „Ataka” Żarikow i Gajewski, redaktor naczelny pisma „Zawtra” Aleksaner Prochanow, filozof i pisarz Edward Limonow, politycy Żyrinowski, Fratow oraz Diaków, profesor geopolityki w moskiewskiej szkole wojskowej imienia Frunzego (rosyjski Saint-Cyr) pułkownik Morozow oraz mistrz “Swami” z moskiewskiej szkoły sziwaistycznej „Tantra Sangha”. Autor notki ma nadzieję, że właśnie tacy ludzie przeciwstawią się amerykanizacji i wywrą wpływ na przyszłość świata w przyszłym stuleciu. Otwartym pozostaje pytanie, czy po dwutysięcznym roku odnowi się sojusz niemiecko-rosyjski. „Czy znowu oś Berlin-Moskwa?” zastanawia się Aldo Ferrari. Przypomina on, że historyczna ewolucja tych dwóch krajów przebiegała w sposób “nienormalny”. Z tego powodu różnica między Niemcami a Zachodem jest większa niż między Niemcami a Rosją. (Potwierdza to tezę Konecznego o niemieckim bizantynizmie – red.). W XVIII i XIX wieku między tymi dwoma krajami istniała duża interakcja kulturowa, co spowodowało, że europeizacja Rosji była właściwie germanizacją i protestantyzacją. Dlatego nie należy się dziwić, gdy we współczesnej Rosji antyokcydentalizm idzie w parze z germanofilią. Tak jest w przypadku Żyrinowskiego, który szuka w zjednoczonych Niemczech sojusznika przeciw Chinom i krajom islamskim (Nota bene według Huntingtona są to dwaj główni wrogowie Zachodu. Różnica polega na tym, że rosyjski polityk szczególne niebezpieczeństwo upatruje w Turcji, będącej nadzieją Atlantydów – red.).

Koncepcja Żyrinowskiego przypomina w ogólnych zarysach pakt Ribbentrop-Mołotow: podział Polski, Anschluss Austrii, pozbawienie niepodległości Czech i Słowenii oraz powrót Rosji na Ukrainę, Białoruś, do Mołdawii i republik bałtyckich. Inną formą rosyjskiego neonacjonalizmu, nie sięgającego, jak w przypadku Żyrinowskiego, do panslawizmu, jest ekstremalny antyokcydentalistyczny eurazjatyzm, którego oficjalnym organem są „Elementy”. W trzecim numerze tego pisma redakcja przypomina przedwojenny artykuł „Niemcy między Europą i Zachodem” Moellera van den Brucka, gdzie jest mowa o potrzebie istnienia specjalnych związków między Niemcami a Rosją. W tym samym numerze warto zwrócić uwagę na tekst w.w. pułkownika Morozowa „Relacje niemiecko-rosyjskie: aspekt geostrategiczny”. Pułkownik podkreśla, że współpraca Niemców z Rosjanami zawsze przynosiła obu stronom korzyści. Wynika to z tego, że oba mocarstwa są geopolitycznie „kompatybilne”, gdyż jedno leży w środku Europy, a drugie zajmuje centrum Eurazji. Czynnikiem utrudniającym współpracę jest słabość państw położonych między Szczecinem a Taganrogiem oraz między Tallinem a Krętą oraz słabość samej Rosji, co skłania Niemcy do ekspansji w tym kierunku. Jednakże aktualna ofensywa ekonomiczna Niemiec nie narusza życiowych interesów Rosji, co ułatwia sojusz, który zmniejszyłby amerykańską obecność w Europie oraz dominację Waszyngtonu w skali globalnej. Warunkiem sine qua non tego aliansu jest porzucenie przez Niemcy uprawianej przez nich od lat 50-tych polityki integracji europejskiej – konkluduje Aldo Ferrari.

Teraz zapoznamy się z nowymi Tezami kwietniowymi, zamieszczonymi przez Anatola Iwanowa we wzmiankowanym już periodyku “Ataka”. Pan Iwanow powołuje się na Ortegę y Gasseta, który twierdził, że wybierając między prawicą a lewicą człowiek potwierdza, że zasługuje na miano imbecyla. Trzeba stwierdzić fakt dominacji od początku lat 60-tych w narodowym ruchu rosyjskim czynników tradycjonalistycznych (prawosławni, autokraci etc.). Napawa smutkiem, że te siły od 1989 r. przegrywają wszystkie wybory. Poniższe gorzkie uwagi autor dedykuje takim postaciom jak: generał Ruckoj (ruch „Dzierżawa”), generał Sterligow (Unia Patriotów), rzeźbiarz Kłykow (Rada Kraju), pułkownik Miłosierdow (Partia Rosyjska) etc. Podstawową przyczyną porażek prawicy jest brak aktualnego programu społecznego. Wizja „narodowego kapitalizmu” jest utopią z powodu braku klasy średniej. 1/10 populacji jest bardzo bogata, a reszta bardzo biedna. Taki jest skutek burżuazyjnej kontrrewolucji przeprowadzonej przez mafie. Dla mafiosów od historycznego dziedzictwa ważniejszy jest portfel. Wytwarza się model kapitalizmu kompradorskiego, typowego dla krajów kolonialnych. Kapitał „narodowy” jest zbyt słaby, aby rozwijać się bez pomocy państwa.

Iwanow nie podziela optymizmu Gorodnikowa, autora książki „Historyczne przeznaczenie rosyjskiego nacjonalizmu”, głoszącego nieuchronność wyparcia kompradorów przez kapitał narodowy. Przykład Egiptu w okresie Nasera i Sadata pokazuje jak kapitał kompradorski może poradzić sobie z kapitalizmem patriotycznym. Konkluzja autora jest taka, że jedynym wyjściem jest narodowy socjalizm, oczywiście nie w wersji Hitlera, ale Bakunina i Herzena. Należy wyrażać interesy narodu, a nie tylko narodowej burżuazji. Interesy narodowe w najlepszy sposób reprezentuje państwo narodowe, ale nie w mechanicznej wersji francuskiej, charakterystycznej dla włoskiego faszyzmu, dla rosyjskiego nacjonalizmu przed 1917 r. oraz dla ZSRR z jego koncepcją narodu radzieckiego. Kładzie się tu nacisk na integralność terytorialną, podczas gdy dla nacjonalistów „niemiecko-herderowskich” ważniejsza jest „integralność narodowa”. „Herderowcy” są gotowi pogodzić się z utratą Czeczenii, ale domagają się odzyskania sfery geopolitycznej, w której Rosjanie stanowią większość. Oznacza to rekonkwistę północno-wschodniej Estonii, Białorusi, wschodniej Ukrainy, Krymu, Republiki Naddniestrzańskiej (Transnistrii), Abchazji oraz północnego Kazachstanu. Taki jest program rosyjskiego irredentyzmu. Uzupełniony on jest hasłem popierania wszelkich ruchów antyamerykańskich. Sojusz z Jankesami w imię rasowej wspólnoty jest nieracjonalny, gdyż degradacja biologiczna poszła tak daleko, że jest już za późno na „ratowanie białej rasy”. USA potrzebują Rosjan wyłącznie jako najemników lub lokajów. Istnieje możliwość porozumienia z każdym ruchem wyzwolenia narodowego na bazie „herderowskiej” definicji narodu.

Teraz oddamy głos Aleksandrowi Andriejewiczowi Prochanowowi – niegdysiejszemu naczelnemu renomowanego miesięcznika „Literatura radziecka”,  później wydawcy zamkniętego po „rozstrzelaniu” parlamentu pisma „Dień”, a dzisiaj stojącemu na czele opozycyjnego tygodnika „Zawtra”. Opowiada się on za nacjonalizmem imperialnym, głoszącym potrzebę przyłączenia do Rosji również tych terenów, gdzie Rosjanie stanowią mniejszość. W tym dziele można liczyć na pomoc nacjonalkomunistów, którzy myślą racjonalnie, choć napędzają ich irracjonalne uczucia narodowego upokorzenia i wyrządzonej społeczeństwu krzywdy. Z kolei otoczenie Jelcyna dzieli się na “nacjonalkapitalistów” i „kompradorów”. Konflikt pomiędzy nimi jest permanentny. Aktualnie prezydent wspiera się na narodowcach i dlatego nie można go traktować jak zwykłej amerykańskiej marionetki. Główną postacią tego środowiska jest generał Korżakow (jak wiemy, już go odsunięto – red.). Wśród kompradorów najważniejsi są: Czernomyrdin, Jawliński i Liwczyc. Ten pierwszy powadzi potajemne rokowania z czeczeńskimi przywódcami na temat podziału zysków z użytkowania istniejących i planowanych naftociągów. Prawdziwą przyczyną wojny na Kaukazie jest rywalizacja mafii. Mafia przyszła z Zachodu i jest ewidentne, że wszystko, co importowane z Europy jest złe. Pogląd ten podziela zapewne przywódca „Robotniczej Rosji” Wiktor Ampiłow, który uzyskał w wyborach prezydenckich 4,5% głosów. Uświadamia on redakcję i nas wszystkich, że część narodowców czyli Narodowa Unia Rosyjska Aleksandra Barkaszowa i Narodowy Front Bolszewicki Edwarda Limonowa popiera Jelcyna, choć w przypadku Limonowa można mieć wątpliwości co do szczerości jego intencji. Natomiast Partia Rosyjska Wiktora Korczagina oraz ludzie pułkownika Miłosierdowa opowiadają się za Ziuganowem. Ampiłow przestrzega tego ostatniego, że jeżeli dalej będzie zajmował centrystowskie stanowisko w kwestii własności, dopuści się zdrady w obliczu kradzieży rosyjskich surowców przez zachodnie spółki. Ziuganow postąpił słusznie wtedy, gdy na Forum w Davos podkreślał różnice między Unią Europejską a USA – przyznaje Ampiłow. We Francji, Włoszech, Hiszpanii i trochę mniej w Niemczech kochają Rosjan i trzeba to wykorzystać. Tako rzecze przewodniczący “Robotniczej Rosji”.

Teraz wraz z Robertem Steuckersem przejrzymy książkę Giorgio Galii „La politica e i maghi. Da Richelieu a Clinton”. Magia zniknęła z powierzchni wraz ze zwycięstwem chrześcijaństwa, ale trwa w podziemiu. Nic zatem dziwnego, że w podziemnym bunkrze berlińskim Hitler niepokoił się zarówno nadciągającymi radzieckimi czołgami, jak i starożytną przepowiednią, według której rozkwitnięcie migdałowca zapowiada w 1945 r. śmierć lwa. Wielu polityków, których traktujemy jako postacie racjonalne, oddawało się ezoterycznym praktykom. Oto trochę przykładów: Hobbes (fascynacja „niewidzialnymi ciałami”), Blanqui, Antonin Artaud, Stalin, Reagan, Ceausescu, Dante, Mussolini, Gorbaczow, Peron (ze swoim Lopezem Regą), Max Weber, Churchill z Mackenzie Kingiem, Dracula. Polityka europejska ewoluowała między paranormalnością a okultyzmem, między magią a alchemią. Ostatnim nadwornym reprezentantem nauk tajemnych był astrolog Karola I Stuarta William Lilly, ale ezoteryzm pojawia się za kulisami we Franji okresu Wielkiej Rewolucji, w wiktoriańskiej Anglii, Rumunii Codreanu, Portugalii Pessoi („okultyzm etnoluzytański”), w USA, Argentynie, faszystowskich Włoszech, bolszewickiej Rosji. Według Galliego można mówić o „magicznym bolszewizmie”. Marks przed śmiercią w Londynie miał uprawiać praktyki magiczne. Jacques Derrida odkrył zaszyfrowaną treść „Kapitału”, potwierdzającą „satanizm” Marksa. Do tych wątków nawiązał Stalin podpisując swoje pierwsze prace pseudonimami “Demonoszwili” i „Besoszwili”. Według Aleksandra Dugina bolszewizm nie zniszczył ezoterycznej tradycji rosyjskiej. Rzeczywistą ideologią ZSRR nie był materialistyczny komunizm, lecz kosmizm. Pierwszym doktrynerem kosmizmu był Fiodorow, który w 1851 r. doznał „iluminacji”. Głosił on konieczność stworzenia „Nowego Człowieka Teurgicznego” poprzez procesy naukowe i psychiczne. Poglądy Fiodorowa przejął Bogdanow – oficjalny ideolog komunistyczny. Tak więc komunizm jest utopijny, teurgiczny i magiczny. Szatan jest w nim obecny jako “bóg proletariatu”. W powieści fantastyczno-futurystycznej „Czerwona gwiazda’ Bogdanow opisuje budowę komunizmu na Marsie. Planeta ta w nomenklaturze gnostyczno-kabalistycznej oznacza spokrewnioną z Szatanem Semele. Tenże Bogdanow założył Instytut Transfuzji Krwi, chcąc w ten sposób zregenerować ludzkość. Takie praktyki są symptomatyczne dla „satanistycznych kultów”. Dla Prochanowa egipska symbolika ściętej piramidy mauzoleum Lenina oznacza obecność ezoteryzmu za racjonalną fasadą komunizmu. Bolszewizm w swoich początkach był silnie zainfekowany ideą rezurekcji zmarłych, powstrzymaniem procesu gnicia i transformacją zwłok do nowego życia. Taka jest przyczyna konserwacji mózgu i ciała Lenina.

„Kosmiczny” komunista Andrzej Płatonow planował wysadzenie w powietrze Pamiru po to, aby środkowoazjatyckie wiatry mogły użyźnić subarktyczną tundrę. Przez całe lata Płatonow wyliczał, ile potrzeba na to dynamitu. Oprócz tego stworzył mesjaniczne i fantastyczne powieści science-fiction. Cała kosmiczna epopeja radziecka nosi ślady „iluminizmu” Fiodorowa. W latach 60-tych eschatologia kosmiczno-bolszewicka wraca do korzeni. Następuje wzrost zainteresowania parapsychologią, radiestezją, hipnozą. Gorbaczow kontynuuje ten neokosmizm, gdyż termin „pierestrojka” nawiązuje do Fiodorowa i Wier- nackiego (głosiciel kosmizmu i ojciec radzieckiej bomby atomowej). Jelcyn powrócił do racjonalizmu.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»