TOMASZ GABIŚ
O WYBORACH WE FRANCJI, FRANTZU FANONIE, PIOTRZE NOWAKU ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH
Epoka zbliża się do końca, kiedy wyczerpują się jej sztandarowe iluzje (Henry Miller)
***
Jesteśmy już po wyborach prezydenckich we Francji; widać wyraźnie, że V Republika weszła w fazę zmierzchu; nie jest to wprawdzie III Republika, którą Robert Brasillach z pewną przesadą określił jako “stare syfilityczne kurwiszcze, śmierdzące olejkiem paczulowym i kandydozą”, ale ma się wrażenie, że w nowej sytuacji historycznej zaczynają odtwarzać się dawne obozy polityczno-ideologiczne. Kibicowałem mocno Mélenchonowi, bo dzięki jego starciu z Mariną Le Pen sklerotyczna demokracja nabrałaby nieco rumieńców. Podobno wrzucono do urn miliony pustych kart do głosowania, tak jakby wyborcy nie mogli się zdecydować, kogo poprzeć. A przecież, zauważył sytuacjonista Gianfranco Sanguinetti, „trzeba być zdolnym do wyboru pomiędzy dwoma kandydatami na prezydenta, tak samo jak musimy być w stanie wybrać pomiędzy dwoma podobnymi towarami w sklepie”.
***
Podobno wycofać z polityki chce się Marion Maréchal-Le Pen, ale jest to zapewne posunięcie taktyczne. Słuchałem jej przemówienia na otwarcie kampanii wyborczej Marine le Pen, bardzo dobrze wypadła, no i jest o wiele ładniejsza niż ciotka. Mówiła, że przeciwko Marine występuje banda „onych”: Macr-on, Mélench-on, Ham-on i Fill-on. Zapowiedziała m.in. zmniejszenie liczby posłów z 577 do 300 oraz senatorów z 348 do 200, likwidację zbędnych szczebli samorządowo-administracyjnych, a także rozwiązanie Rady Społeczno-Ekonomicznej, ciała zupełnie niepotrzebnego , w którym zasiadają 223 osoby. Zapowiedź takich ostrych kadrowych cięć musiała w establishmencie wywołać panikę i wzmóc nienawiść do Frontu Narodowego.
***
W przeciwstawieniu Macron – Le Pen, kryje się – uważa niemiecki publicysta Gerd Held – głębsza prawda, wykraczająca, w długofalowej perspektywie, poza dzisiejszych aktorów. Na horyzoncie zarysowuje się nowe zgrupowanie sił politycznych, które przez następne lata i dziesięciolecia określi krajobraz polityczny. Są to dwa „demokratyczne liberalizmy”: macronowski – rozproszony, rozpływający się w tym co globalne, i lepenowski – skupiający, umacniający narodowe państwo konstytucyjne. Po jednej stronie Macron, czyli polityka roszcząca sobie prawo do totalnej „otwartości”, polityka bez jasno wyznaczonych granic i zasobów, w której wszystko co istotne regulują globalne i unijne procesy negocjacyjne. Po drugiej stronie Le Pen reprezentująca siły, które uważają, że odpowiedzialna polityka jest możliwa tylko na podwalinie ograniczonych zasobów, stosunków i interesów kraju. Polityczna prawowitość może funkcjonować tylko w ramach „zwartego” organizmu politycznego i przy odwołaniu się do ciągłości określonego narodu państwowego. Żadna inna, wyższa instancja niż narodowe instytucje nie przejmie odpowiedzialności za losy narodów; w demokracji są one nadal podstawowymi strukturami politycznymi.
Pierwszy obóz wyłonił z siebie „niezależnego” kandydata Macrona, który pozbawia funkcji stare partie rządzące (centrolewicę i centroprawicę), rozmazując kontury francuskiej demokracji. Po drugiej stronie partia, powstała jako ugrupowanie „ekstremistyczne”, która musiała przetrwać jako radykalna opozycja wobec starych partii podlegających erozji. Front Narodowy przeszedł drogę nie wzrastającej radykalizacji, ale odwrotnie – na nowo ożywił pozycje środka. Może reprezentować interesy i sprawy robotników oraz klasy średniej, które pasują do idei odpowiedzialnych „przed narodem”, suwerennych państw. W przyszłości Front Narodowy z jakimś koalicjantem może stworzyć większość zdolną do przejęcia władzy. Warto pamiętać, że Macron był w drugiej turze kandydatem całego establishmentu, a Marine Le Pen tylko jednej partii; podobnie było w Austrii, gdzie Hofer reprezentujący jedną tylko Partię Wolnościową rywalizował z Van Bellenem – kandydatem wszystkich pozostałych. Toteż sugerowana przez Helda możliwość objęcia władzy przez obóz typu lepenowskiego pojawi się dopiero wówczas, kiedy przejdą doń zbiegowie z obozu typu macronowskiego.
***
Druga tura wyborów prezydenckich we Francji była niewątpliwie starciem dwóch odmian „liberalnej demokracji”, ale można też spojrzeć na nie inaczej. Jak wszyscy doskonale pamiętamy, w 1995 roku Umberto Eco opublikował kanoniczny tekst „Wieczny faszyzm” (przedrukowany w ostatnim numerze gdańskiego „Przeglądu Politycznego”). Dwa lata wcześniej Ernst Nolte ogłosił tekst „Wieczna lewica”. Idąc śladem Noltego, można by mówić także o „wiecznej prawicy”, jednak skoro to autor Wahadła Foucalta okazuje się dziś aktualny, najlepiej będzie zradykalizować polaryzację i jego „wiecznemu faszyzmowi” przeciwstawić „wieczny komunizm”. Obecnie byłby to, rzecz prosta, „friendly fascism” i „friendly communism” lub inaczej „faszyzm z ludzką twarzą” i “komunizm z ludzką twarzą”. Zgodnie z tym schematem interpretacyjnym we Francji zmierzyli się „faszystka” Le Pen i „(euro)komunista” Macron, w Austrii „faszysta” Hofer z „(euro)komunistą” Van Bellenem, w USA „faszysta” Trump z „komunistką” Clinton, w Wielkiej Brytanii „faszystowscy” brexitowcy z „komunistycznymi” remainowcami. W Niemczech „faszyści” z Alternatywy dla Niemiec dzielnie walczą z potężnym „komunistycznym” blokiem od CSU do Partii Lewicy. Pomiędzy tymi obozami błąkają się grupki „eurofaszystów” np. zwolenników Imperium Europejskiego.
***
Niemiecki psycholog Alexander Meschnig powraca do wydarzeń z lat 2014-2016 analizując kulturę gościnności. Ówczesne sceny można interpretować jako masowo-psychologiczny, masowo-medialny autoentuzjazm, służący wywołaniu emocjonalnego rauszu, w którym w jedno stapia się polityka i moralność. Nawet „okrutną”, „zimną”, skąpą Merkel propaganda w ciągu kilku tygodni potrafiła zmienić w ciepłą, życzliwą wszystkim ludziom na świecie „mamusię Merkel“, kierującą się tym, co dyktuje jej serce i ratującą „europejskie wartości“.
Ponieważ jest rzeczą niemożliwą, aby zatroszczyć się o każdego człowieka, któremu wiedzie się gorzej niż nam, uchodźca/imigrant został skondensowany do postaci potężnego symbolu – nie tylko jest prześladowany i cierpiący , ale skonstruowano go także jako kwintesencję tego co Obce, Egzotyczne. To pozwala go wyidealizować bez potrzeby zwracania uwagi na jego empiryczną postać. Taki mechanizm psychologiczny nie jest możliwy w przypadku np. niemieckiego bezdomnego, niemieckiej staruszki wymagającej opieki, niemieckich zaniedbanych dzieci. To co realne, co jest tuż obok, emocjonalnie nie porusza, trzeba zatem znaleźć „Obiekt”, na który bez specjalnego wysiłku można rzutować moralną autogloryfikację. W medialnej inscenizacji uchodźca/imigrant zmutował do rodzaju „świętego“, który – uosabiając to co Obce – obiecywał wyznawcom wybawienie od narodowej i egoistycznej tożsamości. Tylko w ten sposób abstrakcyjna ksenofilia i narcystyczne emocjonalne upojenie własną dobrocią łączą się w moralnej hipertrofii, która, zrodzona z etyki przekonań, odsuwa na bok tarcia i bariery realnego świata. Rozpoznać w tym można mentalne predyspozycje wyrosłe na podłożu protestantyzmu z jego koncepcją grzechu i zbawienia, która zrodziła wybujałą etykę winy (stąd Szwecja jako raj dla imigrantów z obcych stron).
Jednakże zdaniem Meschniga, największe znaczenie ma ideologia „antykolonializmu“, celująca w „niegodziwości i zbrodnie białych Europejczyków”, których ekspansja na świat to najgorsze co mogło spotkać ludzkość. Szerzą tę ideologię niezliczone programy telewizyjne, książki zalegające stosami w księgarniach i mnóstwo oskarżycielskich gazetowych artykułów piętnujących (neo)kolonializm, wyzysk Afryki i innych nie-białych krajów. Każda krytyka tej ideologii naraża na zarzut braku człowieczeństwa. Konstruuje się asymetryczną konstelację moralną, ustawiającą Europejczyka w pozycji skruszonego grzesznika. Najpóźniej od lat 60. XX wieku wpaja się mieszkańcom Europy, że żyją na koszt innych; w najrozmaitszych wariantach powtarza się, mającą budzić wyrzuty sumienia, starą śpiewkę: „oni są tak biedni, ponieważ wy jesteście bogaci”. Jeśli bogactwo Europy warunkowane jest biedą innych, jeśli wzięło się z wyzysku „Trzeciego Świata“, to jest rzeczą sprawiedliwą i moralnym obowiązkiem przyjąć cały świat z otwartymi ramionami. Zbudowano rodzaj fikcyjnej „umowy dłużnej” pomiędzy „bogatą Europą“ a „biedną resztą“, na którą „wierzyciel” może się powołać, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota. W pewnym sensie imigranci odbierają to, co przez stulecia Europejczycy im zabrali i nadal zabierają. To wyjaśnia, pisze Meschnig, rozwiniętą postawę roszczeniową wielu przybyszy ( zręcznie wykorzystujących poczucie winy u Europejczyków, a ich humanitarność traktujących jako słabość) i konsumowanie – bez odczuwania ani krzty wdzięczności – wypracowanych już zasobów, jak gdyby im się słusznie należały.
Antropolożka kultury Sabine Hess (Uniwersytet w Getyndze) jest wyrazicielką szerokiego konsensu, kiedy oświadcza autorytatywwnie: „To jest wyparcie historii, wiara, że możemy nasz dobrobyt, który powstał w wyniku wielowiekowego wyzysku, po prostu zachować dla siebie” – typowo lewicowe wyobrażenie, że skoro ja mam, musiałem komuś zabrać, że bogactwo światowe to wielkość niezależna od produktywności, wystarczy je po prostu „sprawiedliwie” podzielić. Wspomnijmy tu analizę zawiści Helmuta Schoecka: by Europejczycy bez oporu godzili się na „sprawiedliwy” podział odbywający się ich kosztem, muszą zostać sparaliżowani przez lęk przed zawiścią, lęk powstający wówczas, kiedy wmówi się im, że ich bogactwo jest niezasłużone, zrodzone z wyzysku innych.
Krytykuje się niekiedy fakt, że masowa imigracja jest nie tyle imigracją do Niemiec czy innych krajów europejskich w poszukiwaniu pracy, ale do ich systemów socjalnych. Ta krytyka jest o tyle niesłuszna, że europejskie państwo socjalne zbudowane zostało na pocie i krwi mieszkańców Trzeciego Świata, zatem mają oni pełne prawo w nim partycypować. Jednocześnie Europejczycy są zobowiązani zwalczać przyczyny emigracji do Europy tzn. transferować pieniądze do tych krajów, skąd przybywają imigranci, co i tak jest spłatą tylko małej części długu.
Siegfried Kohlhammer w książce Leben wir auf Kosten der Dritten Welt? Über moralische Erpressung und Edle Seelen (Czy żyjemy na koszt Trzeciego Świata? O moralnym szantażu i Szlachetnych Duszach, I wyd. 1993) udowodnił na podstawie danych empirycznych, że źródłem bogactwa Europy są: produktywność pracy, wysoki poziom edukacji, rozwój nauki i technologii, właściwe instytucje, respektowanie praw własności itd. Narracja o wyzysku jest tylko kontynuacją starej opowieści o walce klasowej, o „sprawiedliwym” podziale bogactwa, o nowym zbawieniu świata, kiedy wszystkie narodowe i kulturalne różnice rozpłyną się w „uniwersalnej ludzkości“. Czyli, przeoczony przez Umberto Eco, „wieczny komunizm” powraca w nowym kostiumie.
***
W kontekście masowej imigracji do Europy konserwatywny publicysta niemiecki Thorsten Hinz przypomniał postać Frantza Fanona (1925-1961) psychiatry, polityka, politycznego teoretyka, którego książka Wyklęty lud ziemi (1961, wyd. pol. 1985) stała się Biblią dla całej światowej lewicy i podwaliną studiów postkolonialnych. Fanon pokazywał jak kolonizowani zaczynają się identyfikować z kolonizatorami, jak starają się myśleć i odczuwać w „białych” kategoriach, co sprawia, że rozpływają się w świecie Białych, tracą osobowość i tożsamość, stając się zombie.
Ludom skolonizowanym Fanon zalecał nie racjonalny dyskurs o uniwersalnych wartościach będących w rzeczywistości wartościami białych kolonizatorów, ale „dzikie utwierdzenie się w swojej absolutnie przeciwstawnej swoistości”. Proces „dekolonizacji“ przemienia nic nie znaczących widzów w uprzywilejowanych aktorów, tworzy „nowych ludzi“, ci co byli „ostatni, będą pierwszymi“. Europejskie bogactwo ogłosił Fanon własnością Trzeciego Świata, Europa jest jego dłużnikiem, dlatego musi płacić. Według Hinza, gdyby argumentację Fanona doprowadzić konsekwentnie do końca, to wynikiem byłaby likwidacja Europy (Białego świata). Częściowa i subiektywna prawomocność jego tez jest niekwestionowalna, ale identyfikowanie się z nimi oznaczałoby proklamowanie europejskiego samobójstwa. Do pewnego stopnia już to się dzieje – droga prowadzi od Wyklętego ludu ziemi Fanona do Obozu Świętych Raspaila. Wywyższeni moralnie potomkowie skolonizowanych gnają przed sobą, moralnie poniżonych, potomków dawnych kolonizatorów, którzy przejmują ich kategorie myślenia i odczuwania.
Zdaniem Hinza Niemcy znajdują się w szczególnym położeniu, z jednej strony bowiem należą do zagrożonej Europy, a z drugiej po 1945 roku też są kolonizowani przez „Zachód” (do 1989 przez „Wschód”). Uporać się z tą sprzecznością intelektualnie i politycznie – to kwestia przeżycia. Dla Niemców Fanon jest więc wrogiem Niemiec jako części Europy a zarazem sojusznikiem, dostarczającym intelektualnego i psychologicznego instrumentarium, które może służyć wyzwoleniu spod kurateli „zachodnich kolonizatorów”.
Dopowiedzmy tutaj, że Fanon wzywał europejskie masy do sojuszu z Trzecim Światem. Co prawda europejskie masy do tego sojuszu się nie kwapiły, natomiast spora część europejskich elit polityczno-kulturalno-medialnych – jak najbardziej. Lewica, która uznała Trzeci Świat za, nieistniejącą już w Europie Zachodniej, masową bazę rewolucyjną, do takiego sojuszu była chętna, co więcej postanowiła przenieść ten świat do Europy w postaci masowej imigracji . To „strzecioświatowienie” Europy przygotowali na płaszczyźnie intelektualnej, filozoficznej i ideologicznej teoretycy krytyczni, teoretycy postkolonializmu, wielokulturowości i imigracjonizmu dążący do ostatecznej „dekolonizacji”, to znaczy do przekształcenia potomków dawnych kolonizatorów w pozbawionych własnej tożsamości, mentalnie „skolonizowanych” zombie , co byłoby słuszną karą za dawny kolonializm.
Jeden ze swoich pierwszych tekstów, poświęconych przyjmowaniu przez kolonizowanych wartości i sposobów myślenia kolonizatorów zatytułował Fanon „Czarna skóra, białe maski“ (1952). Tymczasem już od lat trwa proces stopniowego odwrócenie ról – „Biała skóra, czarne maski”, co w dość groteskowy sposób symbolizuje akcja pewnego dziennikarza, który wysmarował sobie twarz na czarno i w tej masce spacerował sobie po ulicach Warszawy.
***
Francuski pisarz i filozof, autor książek Szloch Białego człowieka oraz Tyrania winy. Esej o zachodnim masochizmie Pascal Bruckner pisał , że pogrążoną w rozpamiętywaniu i pokutowaniu za winy i grzechy z przeszłości, męczoną wyrzutami sumienia Europę paraliżuje samonienawiść. Przeciętny Europejczyk jest skrajnie wrażliwą istotą, zawsze gotową odczuwać współczucie dla cierpień świata i brać za nie odpowiedzialność, zawsze pytając co Północ może zrobić dla Południa, zamiast pytać co Południe może zrobić dla samego siebie. Europejczycy urodzeni po II wojnie światowej są wyposażeni w pewność przynależności do wyrzutków ludzkości, do ohydnej cywilizacji, która dominowała i grabiła większą część świata przez stulecia w imię wyższości Białego człowieka. Żyjemy, pisał Bruckner, w klimacie autodenuncjacji, stale winni coś biednym, poniżonym imigrantom, tak jakby naszym obowiązkiem była nieskończona ekspiacja, wieczne zadośćuczynienie za to, co zagarnęliśmy innym . Fala skruchy rozlewa się przez wszystkie długości geograficzne i przez nasze rządy niczym epidemia. Europa winna jest imigrantom dach nad głową, pożywienie, opiekę medyczną, edukację, godne płace, szybkie załatwienie ich spraw i bolączek oraz oczywiście szacunek dla ich tożsamości. Zanim jeszcze postawili stopę na naszej ziemi, są wierzycielami ściągającymi długi.
Według Brucknera największym wrogiem Europy jest ona sama, ze swoją pokutniczą wizją przeszłości, z kompleksem winy powodującym korozję politycznego porządku, którego nie wolno definiować poprzez skruchę. Jak możemy oczekiwać, że będziemy szanowani, jeśli sami się nie szanujemy, jeśli media i literatura zawsze opisują nas od strony najgorszych cech? Prawda jest taka, że Europejczycy nie lubią samych siebie, lub nie lubią siebie wystarczająco, aby przezwyciężyć swój wstręt do własnej historii. Nie ma nic bardziej podstępnego niż zbiorowa wina przekazywana z pokolenia na pokolenie, będąca rodzajem permanentnego piętna.
Długo sądziliśmy, że Europa jest przyszłością Szwajcarii, lecz czy czasami, pyta Bruckner, nie jest prawdziwa teza przeciwna? A co, jeśli to Szwajcaria jest przyszłością Europy? Co, jeśli grozi nam helwetyzacja? W takim przypadku, nasz kontynent, starzejący się, wyrzekający się wolności, aby zyskać trochę spokoju i komfortu, zostanie zredukowany do wysokiej klasy sanatorium, oczekując na bycie rozszarpywanym kawałek po kawałku przez wszelkiego rodzaju drapieżców.
***
Na tle przytoczonych wyżej opinii Meschniga czy Brucknera, dziwnie niepokojąco brzmią niektóre sformułowania Piotra Semki z jego artykułu „Gdy Kilimandżaro było w Rzeszy” poświęconego berlińskiej wystawie „Niemiecki kolonializm” opowiadającej o historii kolonialnej Niemiec ( „Do Rzeczy”, 2017 nr 19). Semka pisze, że po prawie stu latach Namibia i Tanzania zażądały odszkodowań za stłumione onegdaj rebelie w niemieckich koloniach. I tak to komentuje: „Krwawa historia kolejny raz odbiła się naszym sąsiadom czkawką”. Ten ton ledwo skrywanej satysfakcji (Schadenfreude?) wydaje się zupełnie nie na miejscu w obliczu zjawisk zagrażających całej Europie. Z kolei pisząc o ogromnej rzeszy imigrantów napływających do Niemiec, Semka stwierdza dobitnie: „Kolonialna fala wróciła nad Ren jak niespłacony dług z przeszłości”. Zdanie jakby wyjęte z agitki wielokulturowców.
Semka nie chce dostrzec, że nie chodzi tu o żadne „rozliczenie się ” z kolonialną przeszłością, ale o opisywany wyżej przejaw „antykolonialnej” indoktrynacji, której celem jest psychologiczna obróbka Europejczyków , żeby zaaprobowali masową imigrację i budowę wielokulturowego, wielorasowego, wieloetnicznego, społeczeństwa, i zaakceptowali „sprawiedliwy” podział swojego bogactwa, oddając Innym „niespłacony dług z przeszłości”. Mamy do czynienia nie z „mierzeniem się” z epoką kolonialną, ale z najzwyczajniejszym w świecie posunięciem w ramach niszczącej Europę „polityki wstydu”. A Semka zdaje się temu przyklaskiwać, bo akurat chodzi o Niemców.
***
Swego czasu pewne poruszenie wywołał opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej” artykuł filozofa Piotra Nowaka „Czy zgotujemy imigrantom holokaust?” Redaktor „Kronosa” apelował w nim do muzułmanów, żeby nie przyjeżdżali do Europy: „Nie przyjeżdżajcie do nas. W Europie czeka was tylko śmierć. Zabijemy was”. Kilka innych cytatów: „Jeśli nie chcę mahometan w Europie, jeśli z przerażeniem odnoszę się do ich obecności na Starym Kontynencie, czynię tak z obawy o ich los; nie ze strachu przed nimi, ale o nich. Historia bowiem lubi się powtarzać i to bynajmniej nie jako farsa. Mówiąc krótko, oni tu zginą, zostaną wyeliminowani, zdeptani, wgnieceni w europejską ziemię, ponieważ warunki możliwości Zagłady (…) nie zostały usunięte. Dzieło zniszczenia może się powtórzyć zawsze na nowo, właściwie w każdej chwili”; „Najpierw Europejczycy osadzą ich w obozach internowania, a następnie wymordują”, „byliśmy i będziemy zawsze wykonawcami Zagłady”.
Biorący udział w dyskusji nad artykułem Nowaka Piotr Szumlewicz zinterpretował go jako antyimigrancką propagandę, zarzucając autorowi, że chce przestraszyć muzułmańskich imigrantów, aby zniechęcić ich do osiedlania się w Europie. O, sancta simplicitas! Toż Nowak właśnie zachęca, zaprasza, wskazuje drogę, otwiera gościnnie bramy Europy przez muzułmańska imigracją! Wszak potencjalny imigrant z Bliskiego Wschodu, który przeczytałby tekst Nowaka, zakrzyknąłby: „tam do Europy jadę, tam będę bezpieczny, tam mnie z empatią powitają”. Jeśli bowiem członek tamtejszej elity, profesor, intelektualista, redaktor poważnego czasopisma, na łamach opiniotwórczego dziennika dowodzi, że Europejczycy byli, są i będą gotowi do popełnienia ludobójstwa, portretuje ich jako wiecznych „urodzonych morderców”, to czego to jest świadectwem? Ano tego, że w europejskiej elicie polityczno-kulturalnej pełno jest etnomasochistów, ludzi czerpiących, jak pisał Giorgio Guzzoni, masochistyczną rozkosz z samorezygnacji i uniżoności wiecznej skruchy, niezdolnych (lub niechętnych) do autoafirmacji własnego – europejskiego i narodowego – bytu. Nawet przeciętnie inteligentny muzułmanin pojmie od razu, że idealnym terenem osiedleńczym jest ten, którego rdzenni mieszkańcy zostali przez europejskich flagelantów w typie Nowaka przygotowani pod względem moralnym i psychicznym do otwarcie jak najszerzej bram dla masowej imigracji muzułmańskiej. Nota bene porównywanie – jak to czyni Nowak – sytuacji dzisiejszych muzułmanów do Żydów z lat 30. i 40. to stary propagandowy chwyt stosowany rutynowo np. w Niemczech zarówno przez grupy muzułmańskie, jak i przedstawicieli (post)niemieckiej elity – ze trzy lata temu występując w emitowanym w niedzielę wieczorem w RTL popularnym telewizyjnym talk-show Günthera Jaucha, prof. Gesine Schwan oświadczyła bez ogródek: „Tym, czym kiedyś było żydostwo (Judentum), jest dzisiaj islam”.
Pozostawiając na boku tak patetyczne, że aż śmieszne, wywody Piotra Nowaka i traktując przez chwilę poważnie jego przepowiednie, należy stwierdzić, że są one całkowicie fałszywe. Nowak jest z pewnością znakomitym filozofem, ale politycznie intelektualistą wyjątkowo naiwnym. Żadnej, wieszczonej przezeń „rzezi muzułmanów” nie będzie z tej prostej przyczyny, że wchodzą oni w skład europejskiego bloku „komunistycznego” i są ważnym sojusznikiem w walce z „faszystami”. Ich młodość, witalność i agresywność czynią z nich świetny materiał na członków oddziałów bojowych gromiących „faszystów”. Nie znaczy to, że w Europie wykluczone są wojny domowe, jeśli blok „faszystowski” i blok „komunistyczny” będą się radykalizować, także na tle coraz zacieklejszej walki o podział kurczących się zasobów, nieuchronnego kryzysu państwa opiekuńczego i kłótni o spłatę góry długów.
***
Natrafiłem niedawno na tekst mowy wygłoszonej przez Andrzeja Stasiuka podczas uroczystości wręczenia mu w zeszłym roku Austriackiej Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury europejskiej. W dużej mierze jest to nagromadzenie, niegodnych autora Dukli, banalnych, wyświechtanych fraz dobrze znanych z „lewicowo-liberalnych” felietonów drukowanych od „Spiegla” po „El Pais”: że my Europejczycy się boimy, że próbujemy się skryć jak ślimak w swojej muszli, wybieramy przeszłość i tak dalej w tym stylu. Następnie Stasiuk przedstawił austriackim słuchaczom aktualną sytuację: „Całe kontynenty, które jeszcze niedawno były jedynie źródłem legend, surowców i niewolników stoją u bram. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że świat nigdy nie zastyga w bezruchu, że ludy wciąż będą się przemieszczać”. Niestety, w obliczu owego „przemieszczania się ludów”, zapomniawszy o tym, że świat nigdy nie zastyga w bezruchu, „…chcemy zejść do piwnicy i zgasić światło. Przeczekać nadejście historii, tak jak w zeszłym wieku przeczekiwało się nalot. Ale to się nie uda. Jesteśmy zbyt mali, a świat stał się zbyt wielki. Nie przeczekamy historii w naszych piwnicach, w naszych narodowych i państwowych norach. Gdy z nich wyjdziemy (jeśli ktoś nas wcześniej nie wywlecze), nie poznamy naszego starego świata”. Czyż nie byłoby czymś bardziej pożytecznym intelektualnie, gdyby Stasiuk od tego akapitu zaczął, a potem rozwinął swoją myśl? Co ujrzymy, gdy wyjdziemy z piwnic na światło dnia? Dlaczego, gdy wypełzniemy z nor, nie poznamy naszego świata ? Co się zmieni, że będzie on nie do poznania? Na te – niezadane pytania – pisarz nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ czas mu się skończył. Zdążył jeszcze tylko poinformować słuchaczy, że przebywał kiedyś w więzieniu. Wybitnie rozczarowująca mowa.
***
Doszły mnie słuchy, że niektóre polityczne środowiska w Polsce otaczają czcią Janusza Walusia – zabójcę lidera południowoafrykańskich komunistów Chrisa Haniego. Podobno ktoś zaproponował uczynienie go patronem ulicy w Radomiu, skąd pochodzi. Moim zdaniem Waluś to zwykły dureń polityczny – człowiek, którego działania przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych: chciał ratować „stary reżim”, a jedynie przyspieszył jego demontaż. Jest i druga możliwość zasugerowana przez Winnie Mandelę: to frakcja Nelsona Mandeli w Afrykańskim Kongresie Narodowym stała tak naprawdę za zabójstwem Haniego; to ona, wspólnie z elementami (z tajnych służb) Partii Narodowej, zlikwidowała Haniego. Oczywiście Winnie Mandela jest stronnicza, ale politycznie ma to sens – komunista Hani przeszkadzał bowiem i Mandeli, i reżimowym „reformatorom” w zawarciu ichniego porozumienia „okrągłego stołu”. Waluś byłby więc nie działającym na własną rękę, politycznym durniem, lecz niczego nieświadomym, manipulowanym, bezpośrednim wykonawcą zamachu, czyli „pożytecznym idiotą”. Ani politycznym durniom, ani „pożytecznym idiotom” pomników stawiać nie należy.
***
Zwolennikom oświecenia i oświecania do sztambucha:
„Czy światło słoneczne czy gwiazd migotanie, w tunelu zawsze ciemno pozostanie” (Erich Kästner)
Tomasz Gabiś
sierpień 2017
