Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO KONSERWATYSTÓW I LIBERAŁÓW”, NR 30 (1997)
ROSJA
NG – RELIGII.JEŻEMIESIACZNOJE PRIŁOŻENIJE K NIEZAWISIMOJ GAZIETIE
O ile sama „Niezawisimaja” raczej nigdy nie trafi do naszego przeglądu prasy, o tyle warto zwrócić uwagę na comiesięczny dodatek do pisma, którego ostatnie wydanie poświęcone jest problemom religii w dzisiejszej Rosji. Sergiusz Wasiljew komentuje wyniki ostatniego Soboru Biskupów Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Zdaniem autora mamy do czynienia z zauważalnym okrzepnięciem rosyjskiego kościoła. Jest to szczególnie zauważalne w sferze szeroko pojętych stosunków ekumenicznych. Już od kilku lat wzbiera w Rosji antyekumeniczna fala, zresztą sam patriarcha Aleksy II nigdy nie należał do entuzjastów tej idei, choć nigdy otwarcie jej nie zwalczał. Jednakże obecna sytuacja wymaga konkretyzacji i radykalizacji stosunku prawosławia do ruchu ekumenicznego. Wspólnoty protestanckie wchodzące wraz z prawosławiem w skład Światowej Rady Kościołów (ŚRK) coraz bardziej oddalają się w swoim „nauczaniu” od tradycji starochrześcijańskiej. Otwarcie i bezmyślnie propaguje się ideę kapłaństwa kobiet, małżeństwa homoseksualne i lesbijskie, wielkim problemem są też niezgodne z tradycją, nieraz wręcz bluźniercze nowe tłumaczenia Pisma Świętego, niewiele mające wspólnego z Septuagintą (biblią grecką). Wprawdzie protestanci nadal wspomagają finansowo kościół rosyjski, „czy można jednak sprzedawać duszę za miskę soczewicy”, zapytywał na Soborze metropolita Odessy Agafangel. Inną przyczyną niechęci do ekumenizmu jest katolicka (głównie greckokatolicka) ofensywa na Ukrainie Zachodniej. Już dwa lata temu duża grupa biskupów zażądała wystąpienia Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego z ŚRK. Dziś idea ta nie ma praktycznie przeciwników nawet wśród bardziej liberalnych hierarchów. Zresztą od pewnego czasu również niezwykle wpływowy Kościół Grecki zamierza opuścić ŚRK, analogiczną decyzję zamierzają też podjąć serbscy biskupi. Wprawdzie ostateczny werdykt w tej sprawie podejmie mający się odbyć za kilka lat sobór panprawosławny (VIII Sobór Powszechny wedle prawosławnej rachuby), wydaje się jednak, że los ekumenizmu jest już przypieczętowany. Wasiljew zwraca również uwagę na fakt, że rośnie wpływ kościoła rosyjskiego za granicą, głównie za sprawą zagranicznych diecezji w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej. W chwili obecnej można nawet mówić o cichej rywalizacji na tych terenach między Rosjanami a posiadającym honorowy prymat greckim Patriarchatem Konstantynopola. Innym problemem, nad którym obradował Synod była kwestia kanonizacji rodziny carskiej. Tu, wbrew oczekiwaniom większości wiernych, biskupi byli dalecy od jednomyślności i postanowili decyzję o ewentualnej kanonizacji przekazać do najwyższej instancji, czyli Soboru Lokalnego (uczestniczą w nim również, obok biskupów księża i laicy). Na uwagę zasługuje tu wypowiedź metropolity Niżnego Nowogrodu Mikołaja, hierarchy dalekiego od skrzydła liberałów: „To nie do wyobrażenia – człowiek będący przy zdrowych zmysłach i w pełni sił zrzeka się władzy państwowej i kontroli nad wojskiem, odrzuca kościelne namaszczenie i w rzeczywistości odwraca się od swojego narodu. Ostatnio kanonizowaliśmy (tu następuje szereg nazwisk hierarchów kościelnych zabitych przez bolszewików) … i za ich śmierć ponosi winę ostatni car”.
W artykule zatytułowanym „Ajatollah w monasterze św. Daniela” znajdujemy min. krótki wywiad, jakiego udzielił „NG” przy okazji wizyty w Moskwie ajatollah Muchamed Ali Taschiri, odpowiedzialny w rządzie ajatollahów za międzynarodowe kontakty religijne i kulturalne. Irański hierarcha w swej wypowiedzi przedstawił teologiczne podstawy islamskiego antyamerykanizmu, który uzyskał ostateczna formę w pracach imama Chomeiniego. Zgodnie z muzułmańską, zakorzenioną w Koranie, myślą religijną każda siła dążąca do zdobycia panowania nad całym światem i głosząca otwarcie, że niesione przez nią idee nie mają alternatywy ma korzenie szatańskie. Dlatego też według islamskiej teologii politycznej na miano Szajtana zasługiwały niegdyś zarówno Związek Sowiecki, jak Stany Zjednoczone. Obecnie mamy już tylko jednego Szajtana. Ajatollah Taschiri powrócił też do sprawy Rushdiego. W książce Rushdiego nie znajdziemy niczego oprócz chęci obrazy wierzących muzułmanów. Na jej stronach znajdują się jedynie obelgi pod adresem Proroka, jego rodziny i Koranu. Nagłaśnianie książki, próby – na razie nieudane – jej ekranizacji są dowodem, że na Zachodzie prowadzi się zmasowany atak na świętości islamskie. Wyrok wydany na Rushdiego nie może być, wyjaśnia ajatollah Taschiri, traktowany jako akt zemsty na osobie. Jest on natomiast widzialnym znakiem kontrataku islamu przeciw wszystkim jego wrogom.
„Święta tradycja i projekty geopolityczne” to tytuł tekstu Aleksandra Panszyna. Autor pisze, że choć prawosławie wciąż stanowi oś rosyjskiej kultury i historii, to obecnie jego realny wpływ polityczny jest we współczesnej Rosji niewielki. Jedyny rosyjski „prawicowy klerykał” dużego formatu to ideolog ruchu „Dierżawa” generała Ruckoja Konstanty Duszenow. Jednak krach „Dierżawy” w ostatnich wyborach wskazuje dobitnie, że prawosławie traktowane jako ideologia polityczna nie ma dziś większych perspektyw. Na pewno jedną z przyczyn jest niechętna wobec zaangażowania politycznego postawa duchowieństwa, szczególnie odkąd zabrakło metropolity petersburskiego Jana, niekwestionowanego przywódcy rosyjskiego prawosławnego konserwatyzmu. Gdzie więc mają szukać ideologicznych fundamentów politycy tacy jak Aleksander Lebiedź, którzy nie mogą oprzeć się całkowicie ani na prawosławiu, ani tym bardziej na hasłach demoliberalnych? Zdaniem Panszyna odpowiedzi na to pytanie dostarcza pojawienie się w gronie bliskich doradców Lebiedzia wpływowego moskiewskiego intelektualisty Gejdara Dżemala. Na pierwszy rzut oka Dżemal jest islamistą. Sam lubi określać siebie jako islamskiego fundamentalistę. W rzeczywistości jednak jest Dżemal abrahamicznym tradycjonalistą, spiritus movens rosyjskiego tradycjonalizmu intergralnego. Dżemal przyjął islam w wieku dojrzałym, uznając go za “najbardziej ostrą formę współczesnego tradycjonalizmu ezoterycznego”. W Rosji ów tradycjonalizm jest dziś niezwykle popularny w kręgach intelektualnych, w orbicie ruchu znajdują się oprócz Dżemala min. Aleksander Dugin, Edward Limonow, Jurij Mamlejew i środowisko pisma „Czarodziejska Góra”. W aspekcie intelektualnym jest to niezwykle kuszące i fascynujące zjawisko duchowe, zakorzenione w europejskim „arystokratyzmie ducha” z początków obecnego stulecia. Nie jest możliwe zwięzłe streszczenie poglądów ezoterycznych tradycjonalistów; całe ich spektrum może być ujęte jedynie w większym dziele, takim na przykład jak „Rewolucja konserwatywna” Dugina. W odróżnieniu od Dżemala Dugin wybrał sobie jako „bazę” prawosławie i wydał niedawno monografię o ezoteryce prawosławnej. Co wyróżnia tradycjonalistów w gronie rosyjskiej prawicy ? Przede wszystkim niezwykła, misjonarska aktywność polityczna. Tradycjonaliści otwarcie określając się jako “najbardziej prawicowi” starają się zaszczepić swoje idee we wpływowych kręgach politycznych. Tradycjonalizm jest również ciekawy z religijnego punktu widzenia. Jest to, jak twierdzi Panszyn, ideologia wielopoziomowa, podobna do rosyjskiej matrioszki. Pierwszy poziom to głęboko przemyślana identyfikacja z jedną z wielkich religii światowych (tradycji). Pod pierwszą warstwą kryje się następna, bardziej prawdziwa. Dla tradycjonalistów ważna jest nie ta konkretna religia, którą „wyznają” na pierwszym poziomie, lecz pewna wspólna tradycja sakralna religii abrahamicznych – chrześcijaństwa, islamu i judaizmu. Zagłębiając się dalej zauważyć można, że sednem tej “Świętej Tradycji” jest swoisty panteizm i manicheizm. Nic więc dziwnego, że większość intelektualnych guru tradycjonalizmu ezoterycznego to albo kompletni ateiści (jak Jean Thiriart), albo – z punktu widzenia ortodoksji chrześcijańskiej – dekadenccy bluźniercy (Nietzsche). Tradycjonalistów łączy głębokie przekonanie, że ze starcia sił porządku i chaosu to właśnie te ostatnie wychodzą zwycięsko. Czują się oni obco w świecie święcącej triumfy angloamerykańskiej cywilizacji mondialistycznej, a w szerszej perspektywie uważają oni całą drogę jaką przebyła cywilizacja europejska od czasów Grecji sokratejskiej za ślepą uliczkę. Tradycjonaliści ezoteryczni to wyrafinowani intelektualnie współcześni gnostycy. Mimo cechującej ich dekadenckiej postawy filozoficznej, tradycjonaliści w Rosji nie rezygnują z zaangażowania politycznego. Ich ideologia jest radykalna i w wyostrzony sposób eschatologiczna, i ten eschatologizm właśnie chcą oni przekazać ruchom politycznym, z którymi współpracują. Ich ideał – samotny bohater przeciwstawiający się w pojedynkę magmie zdesakralizowanego świata może przecież podobać się również profanom nieobeznanym z tradycją sakralną.
Gejdar Dżemal niejednokrotnie twierdził, że między chrześcijaństwem a islamem nie istnieją żadne istotne sprzeczności, że skrzydło islamizmu, które on reprezentuje bez problemu znalazłoby wspólny język ze zwolennikami metropolity Jana (Dżemal jest zapewne w tej opinii wiernym uczniem Fritjofa Schuona, wybitnego współczesnego tradycjonalisty, autora min. książki “Chrześcijaństwo/Islam: wizja ekumenizmu ezoterycznego” – red). Są to jednak, zdaniem Panszyna, płonne nadzieje. Prawosławni konserwatyści wierzą bowiem w zbawczą ofiarę Chrystusa, a nie dla przykładu w „Głowę Bafometa” lub „Jajo Świata” i sakralna mitologia tradycjonalistów jest im obca. Środowisko prawosławnego fundamentalizmu zapatrzone jest w średniowieczne ideały Świętej Rusi, które są pewnym historycznym konkretem. Jest ono zakotwiczone w pewnej historycznej ciągłości, namacalnych faktach i rzeczywistej rosyjskiej tradycji. Dla tradycjonalistów takie podejście nosi znamiona konformizmu. Ważna jest bowiem nie tyle “przeszłość”, co „projekt”. Jak mówi Dżemal „Idea bolszewicka zbudowana była na fundamentach Antychrysta, była zatruta u samych źródeł. Ale sam fakt, że była to idea tytaniczna jest znamienny. Oznacza on, że Rosja nie może istnieć jako zwykłe państwo, jakieś tam społeczeństwo otwarte (tu łączymy się z Dżemalem w niesmaku wobec tego pojęcia – red). Rosja winna być podmiotem historii, gotowym do wykonania globalnego projektu historycznego”. Zamiast tradycji mamy więc Tradycję i Projekt a zamiast historii Historię. Idee tradycjonalistów ezoterycznych są, zdaniem Panszyna, zbyt abstrakcyjne, wysublimowane i, paradoksalnie, pozytywistyczne. Przeniesienie ich na grunt realnej polityki, oznaczać będzie ich kres, degenerację do postaci prymitywnego, plemiennego mistycyzmu ruchów masowych, podobnie jak stało się to w Niemczech w latach trzydziestych. Na razie jednak Dżemal i jego współpracownicy umiejętnie wykorzystują koniunkturę polityczną. Dlatego możemy się spodziewać, że w dokumentach programowych tworzonej obecnie przez gen. Lebiedzia partii znajdziemy pewien dystans wobec prawosławia oraz wzmianki o (wiecznie żywej) Tradycji.
NIEMCY
GEGENGIFT
W zeszłorocznym, listopadowym, wydaniu pisma umiarkowanych konserwatystów Heimo Schwilk w artykule “Bezbarwność jako cnota” szkicuje portret Helmuta Kohla. Uścisk dłoni kanclerza jest fenotypiczny. Ta obwisłość, wiotkość jego ręki jest wyrazem obojętności wobec wszystkiego, co nie zalicza się do bezpośredniej strefy jego władzy – lub nie daje się z zyskiem do tej sfery wciągnąć. Wiele inwektyw kierowanych przeciw kolosowi z Oggersheim wykorzystuje jego niezgrabną, zwalistą sylwetkę. Ale wyzwiska przekładające fizyczną deformację na wymiar polityczny są nie tylko niesmaczne, ale również powierzchowne. Tłuściochowatość Kohla nie emanuje filistersko-biedermajerowkiej przytulnością, ale wręcz przeciwnie: migotliwą niepewnością politycznego parweniusza z prowincji, który ciągle oblizuje sobie wargi z powodu tryumfów nad politycznymi przeciwnikami. Nie tylko w pogardliwym uścisku dłoni, ale w nerwowej fizjonomii leży klucz do politycznego obrazu charakteru Helmuta Kohla. Nikogo nie powinna zmylić jowialność jaką prezentuje Kohl w kontaktach ze swoimi przyjaciółmi takimi jak George Bush, Felipe Gonzales, Michaił Gorbaczow. Ta jowialność znika, gdy chodzi o przeciwników w Niemczech i w CDU. Tutaj technika władzy Kohla polega na bezwzględnym, pełnym pogardy traktowaniu wszystkich stojących mu na drodze. Strauss, Vogel, Rau, Lafontaine i Scharping to ci, których wypchnął z toru prowadzącego do urzędu kanclerskiego. “Wieczny kanclerz”, który na ostatnim zjeździe CDU ronił łzy ze wzruszenia, kiedy 95% delegatów poparło go na przewodniczącego partii, zawdzięcza swoją karierę także swojej zdolności do prowadzenia pozbawionej jakichkolwiek sentymentów polityki personalnej uprawianej zza kulis z prawdziwą wirtuozerią. Tych, którzy jak Lothar Späth, Heiner Geissler czy Kurt Biedenkopf przeciwstawili mu się z całkiem merytorycznych powodów, odsunął na bok. Innych z kolei, takich jak Norbert Blum, Wolfgang Schäuble, Volker Rühe, Steffen Heitmann i Roman Herzog, przesunął w górę wiedząc, że jest to konieczne ze względów taktycznych. Posiada wyjątkowy talent wymuszania “dobrowolnej” lojalności. Tam, gdzie to się nie udaje, Kohl stosuje metodę spychania na margines, wykluczenia poprzez odesłanie na skraj partyjno-politycznego spektrum.
Należy zadać pytanie, czy Helmut Kohl, który doszedł do władzy w 1982 roku obiecując duchowo-moralny zwrot, wykorzystał ją, aby skorygować błędy socjalliberalnej koalicji. Niestety, obietnice Kohla nie zostały spełnione, po zapowiedziach nie nastąpiły czyny. Niemcy przeżywają strukturalny kryzys społeczny. Nie załatwione pozostają zasadnicze kwestie reformy podatków, systemu rent, oświaty. Polityka rodzinna, budżetowa i finansowa są katastrofalne. Bilionowe zadłużenie, za które odpowiada obecny rząd spadnie na barki młodego pokolenia. Systemowi opieki socjalnej grozi implozja. Niewielką pociechą jest to, że rządy SPD byłyby czymś jeszcze gorszym. Kohl może prezentować się wprawdzie jako „mniejsze zło” niż socjaldemokraci, ale Niemcy potrzebują czegoś więcej niż hasło „Lepsi od socjałów”. Po 14 latach kanclerzowania Kohl zdaje się pogrążać w politycznym autyzmie, nie dostrzegając rzeczywistych problemów kraju, co z pewnej odległości przypomina gerontokratyczne skostnienie przywódców SED. To, czym w NRD była Stasi, tym dziś jest w Niemczech terror politycznej poprawności, który ustanawia myślowe tabu i pokrywa kraj trupią sztywnością przemilczeń, tuszowania tego, co niewygodne. Związki zawodowe twardo bronią swojego socjalnego Eldorado nie troszcząc się o konkurencyjność niemieckiej gospodarki. Nadal bez przerwy napływają setki tysięcy azylantów, których ilość podwoiła się w okresie rządów Kohla, i tworzą coraz więcej etnicznych gett. Dlaczego Kohla nie przejmuje fakt, że rekordowo zadłużone Niemcy rok po roku płacą 20 miliardów marek (siedem razy więcej niż Francja) do kasy Unii Europejskiej i są na trzecim miejscu, jeśli chodzi o wpłaty na Organizację Narodów Zjednoczonych? Dlaczego Kohl milczał, kiedy Trybunał Konstytucyjny wydał swój skandaliczny werdykt w sprawie krzyży? Dlaczego w obliczu narastającej przestępczości Kohl nie zrobił nic dla zasadniczej reformy prawa karnego? Kohl milczy w najważniejszych dla narodu kwestiach. Rezultatami jego polityki osmozy, to znaczy systematycznego wysysania wszystkich nurtów ideowo-politycznych i kierowanie ich na niejasny “kurs środka” są: duchowa stagnacja, obniżenie poziomu moralnego, socjalne zeskorupienie i powszechna niwelacja. Kiedy po upadku Schmidta Kohl objął władzę, jeden z lewicowych publicystów nazwał go pogardliwie “niemym gadułą”. Dzisiaj lewica, nawet jeśli go nie kocha, to darzy respektem. Bowiem Kohl wcale nie przeszkadzał lewicowo-liberalnym „emancypatorom” w ich dziele niszczenia wartości, nie przywołał do porządku Rity Süssmuth, gdy ta sławiła zasługi pokolenia 68 dla rozwoju „społeczeństwa obywatelskiego”. Gdzie mógł naśladował Zielonych i zaakceptował zasadę proporcjonalnej reprezentacji kobiet, jak gdyby zadaniem chrześcijańskiej demokracji było tworzenie jak największej ilości alternatyw dla roli matki. Kohl nie był falochronem dla lewicowej fali, lecz na tej fali żeglował. Niemiecki superkanclerz nawet nie próbował konserwatywnego roll-back, tak jak to zrobiła Margaret Thatcher. Nie był zdolny w polityce – inaczej niż w partii, gdzie szaleje jego instynkt samozachowawczy – ani do decyzji ani do wywołania polaryzacji. Oczywiście Kohl ma zasługi w dziele zjednoczenia Niemiec, choć należy pamiętać i o tym, że godząc się w 1987 roku na oficjalną wizytę Honeckera w Bonn przeszedł na „realistyczny kurs”, który jego partia od dawna przygotowywała np. śląc do Berlina Wschodniego miliardowe kredyty. Po zjednoczeniu Niemcy nadal nie prowadzą zdecydowanej polityki zagranicznej. Traktat z Maastricht oznacza likwidację niemieckiego państwa narodowego i związanie Niemców w ramach Stanów Zjednoczonych Europy. To przyniesie nowe ryzyka, których kanclerz sukcesu nawet nie przeczuwa. Odrębna droga Niemców z niemieckiego ogródka z krasnalami na zaminowanepole Wielkiej Europy może zaprowadzić Helmuta Kohla pełnymi niebezpieczeństw, bocznymi drogami do tego miejsca, z którego jego pokolenie wyruszało 50 lat temu.
W tym samym numerze „Odtrutki” znajdziemy opowiadanie „Eurovision” z gatunku political fiction Michaela Ludwiga. Europa jest rządzona żelazną ręką przez Europartię powstałą po rozwiązaniu wszystkich innych partii. Jej honorowym przewodniczącym jest były kanclerz Niemiec Helmut Kohl liczący sobie 96 lat. Nie orientuje się on już dokładnie, co się wokół niego dzieje, gdyż od dłuższego czasu cierpi na chorobę Alzheimera. Tylko jedna jedyna reakcja świadczyła o tym, że szara masa jego mózgu nie została jeszcze całkowicie zniszczona: kiedy ktoś w jego obecności wypowiedział słowo „Europa”, wówczas kiwał on żywo głową i wydawał radosne, bulgotliwe dźwięki. Wówczas wszyscy obecni klaskali i śpiewali „Sto lat” jednemu z najważniejszych architektów Rzeszy Europejskiej. Te przejawy uwielbienia sprawiały, że zamglone zazwyczaj oczy Helmuta Kohla rozbłyskiwały jak spadające gwiazdy na ciemnym niebie. W szkołach nowej Europy zlikwidowane zostały języki ojczyste, jakimi posługiwali się mieszkańcy poszczególnych prowincji. Nauka odbywa się w esperanto, wszystkie media otrzymały surowy nakaz, aby 50% programów nadawane było w tym języku. Oprócz tego Minister Równości zarządził, aby co roku wykreślać 100 słów z języka narodowego. W Europie sprzedaje się tylko dwa gatunki lodów: malinowe „De Gasperi” i waniliowe „Adenauer”. Zakazane jest palenie tytoniu. Najpierw brukselska centrala obłożyła wyroby tytoniowe olbrzymim podatkiem. Skutek był taki, że powstał czarny rynek. Wówczas zakazano w ogóle palenia. Euroministerstwo Zdrowia oświadczyło, że ten, kto pali szkodzi zdrowiu całego narodu europejskiego i musi być surowo ukarany. Każdy kto został przyłapany na paleniu lub udowodniono mu to na podstawie badań lekarskich musiał przez rok odrabiać pańszczyznę w stalowni znajdującej się pomiędzy Strasburgiem a Metzem. Piwosze muszą się zadowalać jednolitymi Euroszczynami.
Wewnętrzne granice w Europie zostały zniesione, natomiast zewnętrzne umocnione murami i zabezpieczone przy pomocy najnowocześniejszych urządzeń elektronicznych. Uzbrojeni po zęby żołnierze służby granicznej otrzymali rozkaz strzelania do każdego, kto chciałby nielegalnie dostać się do europaństwa lub nielegalnie je opuścić. Eurokraci uznali, że Europa ma zostać uformowana w jednolitą całość, której już nigdy nie rozerwą wewnętrzne sprzeczności. Tylko w ten sposób, głosiła oficjalna doktryna, wyeliminuje się wojny pomiędzy byłymi sąsiadami. Brukselska centrala zarządziła najpierw reformę oświaty. Historia została zastąpiona przedmiotem nazwanym „Wiedza o przyszłości”. Celem reformy było wymazanie z pamięci ludzi wspomnienia przeszłości, gdyż, jak głosiły liczne oświadczenia wydawane w Brukseli, napięcia i konflikty powstają przede wszystkim dlatego, że zbiorowa pamięć przechowuje dawne wrogości i urazy. Jeśli udałoby się zasypać rowy wykopane przez odmienności historii poszczególnych narodów, to nieufność do Inności zamieniłaby się w zaufanie do Równości wszystkich. I tak zaczęło się wielkie oczyszczanie pamięci ze wszystkiego, co mogłoby zagrozić europejskiej jedności. “Naprzód w świetlaną przyszłość” – tak brzmiało jedno z haseł, które eurokraci skandowali przy każdej nadarzającej się okazji, a także bez okazji. Eurooddziały szturmowe dokonywały obław i rewizji konfiskując książki sprzed powstania Rzeszy Europejskiej, które mogłyby przypominać o dawnej samodzielności i niezależności narodów. W niemieckiej prowincji z bibliotek prywatnych i publicznych usuwano Pieśń Nibelungów, utwory Walthera von der Vogelweide, romantyków itd. Zamiast nich na bibliotecznych regałach stały takie np. pozycje: Helmut Kohl „Oggersheimerczyk projektuje Europę” (tom 1 i 2), Richard von Weizsäcker „Siwe włosy i toga – o uroku pietyzmu w zjednoczonej Europie. Mowy zebrane”, Wolfgang Schäuble „Razem jesteśmy silni, czyli o konieczności Stanów Zjednoczonych Europy”, Rita Süssmuth „Biedna dziewczyna, kochane dziecko – biografia kobiety, która miała szczęście doczekać Zjednoczonej Europy”, Joschka Fischer „Buntownik, który walczył dla Europy”, prokurator generalny Piet van der Wahn „Dokumentacja sprawy Brunnera. Proces przeciw wrogowi narodu europejskiego”.
Bohater opowiadania Ludwiga Thorsten Freiberg dwukrotnie złamał prawa europejskiego państwa. Najpierw wziął udział w nielegalnym piwnym party, na którym pito piwo uwarzone według receptury sprzed kilku wieków. Potem, prowadząc lekcję geografii, nieopatrznie użył zakazanego słowa „niemiecki”. Odnotowano to w jego aktach personalnych. Wiedział, że za trzecim razem ukarany zostanie rocznym pobytem w obozie reedukacyjnym w Luksemburgu. Ale nie mógł się oprzeć pokusie posiadania i czytania książki zatytułowanej „Niemieckie legendy o bohaterach”. W końcu eurosłużba bezpieczeństwa wpada na jego trop. Zostaje ujęty i brutalnie pobity. Odzyska przytomność w towarowym pociągu z zakratowanymi oknami, który wiezie go do centralnego punktu zbiorczego dla dysydentów. A stamtąd wysłany zostanie do pracy przymusowej w kopalni, w stalowni lub fabryce mączki rybnej. Jeśli będzie miał szczęście, trafi do pracy w rolnictwie.
KETZERBRIEFE
Dwumiesięcznik „heretyków” nie jest pismem religijnym, ale zajmuje się wszystkim, co było lub jest zakazane przez kogokolwiek. Broni prześladowanych rewizjonistów Holocaustu, przeciwstawia się atakom na sekty, podejmuje tematy przemilczane przez media lub podlegające różnym formom cenzury. Numer 56 pisma przynosi informację o prześladowaniach, jakie dotknęły prof. Siegwarta-Horsta Günthera, któremu władze chcą odebrać tytuł profesorski; w inspirowanym przez nie procesie został skazany na karę grzywny. Wszystko dlatego, że prof. Günther, który wykładał od 1956 na uniwersytetach w USA, Wielkiej Brytanii, Polsce, Egipcie a od 1990 roku w Iraku, nie tylko prowadził kampanię za zniesieniem embarga nałożonego na Irak, lecz także rozpowszechnia tezę o stosowaniu przez armię USA w czasie wojny z Irakiem pocisków ze wzbogaconym uranem. Prof. Günther przeprowadził wiele badań i obserwacji medycznych w Iraku stwierdzając znacznie podwyższony procent rozmaitych zniekształceń u noworodków, zwiększoną liczbę poronień i wiele innych zjawisk (także wśród zwierząt), które mogły być spowodowane napromieniowaniem radioaktywnym. Podobne zjawiska wystąpiły również u grupy amerykańskich weteranów biorących udział w operacji „Pustynna Burza”. Nie wiadomo na pewno, czy profesor Günther ma rację, ale zaciekłość, z jaką jest prześladowany przez czynniki polityczne w Niemczech, wskazuje, że jest coś na rzeczy w jego oskarżeniach. W tym samym numerze znajdziemy omówienie interesującej książki amerykańskiego autora Roberta Gellately‘ego „Gestapo i niemieckie społeczeństwo”. Autor zadał sobie trud dokładnego przebadania zachowanych w całości akt Gestapo z kilku okręgów i doszedł do wielu ciekawych wniosków. M.in. stwierdził, że tajna policja państwowa nie była w żadnym razie opanowana przez narodowych socjalistów czyli przez wypróbowanych towarzyszy partyjnych Hitlera sprzed przejęcia władzy. Jeszcze w 1937 roku jej szef Müller nie był członkiem partii narodowosocjalistycznej. Hitler przejął po prostu cały aparat policji politycznej ówczesnych landów, przede wszystkim Prus, i obsadził go niewielką liczbą swoich zaufanych ludzi.
Autor stwierdził również, że funkcjonariuszy tajnej policji państwowej było zadziwiająco niewielu. Jeśli powstawało wrażenie, że są wszechobecni i wszystko wiedzą, to było to możliwe dzięki masie informatorów. Niektórzy byli pozyskani do współpracy w różny sposób (byli wśród nich np. duchowni i Żydzi), ale większość informacji uzyskiwała Gestapo od dobrowolnych denuncjatorów, wśród których najwięcej było gospodyń domowych mających czas na obserwację, podsłuchiwanie i „zaglądanie do cudzych garnków” a przy tym często męczonych przez zawiść. Ta gotowość gospodyń domowych do współpracy z władzą potwierdza tezę, że kobiety są raczej konserwatywnym elementem w społeczeństwie. Drugą grupę donosicieli (na której nie można jednak było polegać tak jak na pierwszej) tworzyli małżonkowie chcący pozbyć się „drugiej połowy”. Donosili więc na Gestapo, aby uzyskać “rozwód po wielko- niemiecku” (w tej grupie również przeważały kobiety). Trzecia wreszcie interesująca obserwacja, to taka, że ludność niemiecka wcale nie była tak entuzjastycznie nastawiona do różnych posunięć reżimu narodowosocjalistycznego. Gellately pokazuje to na przykładzie stosunku do Żydów udowadniając, że znaczna większość “aryjskich” Niemców wcale nie zamierzała w życiu sąsiedzkim czy zawodowym przestrzegać zaleceń oficjalnej „polityki rasowej”. Potrzeba było rozbudowanej sieci donosicieli, aby stopniowo wymusić na obywatelach respektowanie tego, czego życzyły sobie władze.
Numer 68 pisma poświęcony jest w całości b. Jugosławii i wypełnia go w trzech czwartych duży artykuł amerykańskiej autorki Sarah Flounders “Bośniacka tragedia. Nieznana rola USA”. W przedmowie do tego tekstu Peter Priskill pisze, że jego autorka w niczym nie przypomina tych znikczemniałych postaci w Niemczech, które jako „pacyfiści” uprawiają politykę wojenną, podżegają do wojny przeciw małym narodom nie chcącym się ugiąć przed dyktatem amerykańskim, i którym na drodze do ministerialnych posad nie śmierdzi żaden brudny trik. To nie kto inny jak Joschka Fischer i jego „zielona” banda podżegaczy wojennych rozpowszechniając propagandowe kłamstwa na temat Serbów spopularyzowała w Niemczech interwencję NATO w byłej Jugosławii. Dawni pacyfiści prą dziś do wojen, po rozkazy jeżdżąc do Waszyngtonu. Priskill pisze dalej, że tzw. opinia publiczna składa się z zastraszonych, pojedynczych przedmiotów władzy. Jest to armia konformistów będących jedynie pustymi formami wypełnianymi codziennie przez rozkazy emitowane z mass-mediów i bezsilnych wobec fali hałaśliwych kłamstw. Społeczna opinia publiczna jest zastępowana przez “wirtualną” opinię publiczną Internetu, która nie tyle oferuje nowe możliwości komunikacji, ile iluzję nieograniczonej komunikacji. To, co straszy na infoautostradzie to prawie wyłącznie echo prasowej propagandy. Kłamstwa mają nie tylko krótkie nogi, lecz również wielkie stacje nadawcze i domy prasowe, a do tego tłuste diety poselskie. Priskill odnosząc się do tekstu Sarah Flounders pisze, że nieco inaczej trzeba spojrzeć na rolę Niemiec w wojnie na Bałkanach. Jak wynika z artykułu Flounders Stany Zjednoczone od początku planowały rozbicie Jugosławii, a Niemcy (które najszybciej uznały dyplomatycznie Chorwację i Słowenię) były tylko ich psem łańcuchowym, który robił to, czego od niego żądano.
Sarah Flounders dowodzi, że jedynie w pewnej mierze wojna na Bałkanach spowodowana była wzajemną, głęboko zakorzenioną, etniczną nienawiścią małych narodów. To rząd Stanów Zjednoczonych podłożył ogień na Bałkanach. W każdym stadium wydarzeń Waszyngton występował w roli podpalacza dolewającego oliwy do ognia. To rząd USA jest w wielkim stopniu odpowiedzialny za rozpad Jugosławii i za wojnę domową. Nic tu nie nastąpiło przypadkowo lub przez nieuwagę, wszystko wynikało i wynika ze strategicznych planów i decyzji. Każdy krok podjęty przez USA służył rozszerzeniu wojny i przyczyniał się do powstania coraz większych podziałów w regionie. Na rok przed rozpadem Jugosławii, 5 listopada 1990 roku amerykański Kongres uchwalił tzw. Foreign Appropriations Law 101-513. Jeden z artykułów tej ustawy przewidywał, że w ciągu sześciu miesięcy USA zaprzestaną udzielania jakiejkolwiek pomocy Jugosławii, zerwą z nią stosunki handlowe i nie udzielą jej żadnych kredytów i pożyczek. Poza tym ustawa przewidywała, że w każdej z jugosłowiańskich republik odbędą się oddzielne wybory, których przebieg i wyniki kontrolować będzie Departament Stanu. Dopiero po spełnieniu tego warunku poszczególne republiki będą mogły starać się o pomoc finansową. Był to wyrok śmierci dla jugosłowiańskiego rządu. Akcja amerykańska doprowadziła do gwałtownego rozpadu państwa i wojny domowej. Jugosławia nie była już potrzebna jako bufor pomiędzy NATO i Paktem Warszawskim. Rozpoczęła się walka o ten strategicznie ważny region będący mostem pomiędzy Europą a Bliskim Wschodem. Historia Bałkanów jest oczywiście historią walk zamieszkujących je ludów, ale walki te trzeba widzieć w kontekście zmagań obcych mocarstw o panowanie nad tym regionem. Historia Bałkanów to historia walki o ich podział, historia ciągle na nowo wytyczanych granic i ustalania stref wpływów, uzbrajania oddziałów najemników i międzynarodowych konferencji w Paryżu, Berlinie, Londynie czy Hadze. To samo działo się w ostatnich kilku latach.
W dalszej części swojego artykułu Sarah Flounders pokazuje mechanizmy propagandy wojennej, do której zaprzęga się dziś najlepszych profesjonalistów od public relations. Na początku 1992 roku gazeta „New York Newsday” opublikowała artykuł o serbskich obozach. Następnie jedna z firm od public relations odpowiednio manipulując tymi informacjami przekonała rozmaite środowiska opiniotwórcze i polityczne, że Serbowie to “faszyści”. Od tego momentu ruszyła propagandowa fala przeciw Serbom wykorzystująca skojarzenia z okresem II wojny światowej („serbskie obozy śmierci”) i silnie oddziałująca na emocje. W antyserbskiej propagandzie wykorzystano też oskarżenie, które wywołało oburzenie milionów ludzi i wpłynęło na ich poglądy: Serbowie mieli dokonywać masowych gwałtów, będących systematycznie stosowanym środkiem prowadzenia wojny, planową i celową strategią dowództwa bośniackich Serbów. Od jesieni 1992 do wiosny 1993 roku ukazywały się sensacyjne doniesienia, że do 100.000, a co najmniej 20.000 muzułmańskich kobiet zostało zgwałconych przez żołnierzy z jednostek bośniackich Serbów. Bez wątpienia, tak jak to zwykle zdarza się na wojnie, były kobiety, które padły ofiarą gwałtu. Ale tu chodziło o coś innego. Minister spraw zagranicznych Bośni-Herzegowiny podał w czasie negocjacji w Genewie, że zgwałcono 30.000 muzułmańskich kobiet i dziewcząt. Media donosiły, że bośniaccy Serbowie dokonywali gwałtów, aby kręcić filmy pornograficzne (filmów takich nigdy nie odnaleziono). „New York Times” pisał o 20.000 zgwałconych kobietach, „Newsweek” o 50.000. Jeden z francuskich reporterów postanowił sprawdzić, jak to się ma do rzeczywistości: „50 km od Tuzli opowiedziano mi, żebym się udał na teren uniwersytetu w Tuzli, gdzie znajduje się 4.000 zgwałconych kobiet. Kiedy byłem 20 km od Tuzli, liczba zgwałconych spadła do 400. Na 10 km od Tuzli mowa była o 40. Kiedy w końcu dotarłem na miejsce, odnalazłem 4 kobiety, które były gotowe potwierdzić, że zostały zgwałcone”. Jest jasne, że dla celów propagandowych dokonano multiplikacji rzeczywistych przypadków gwałtu osiągając w ten sposób fantastyczne liczby. Informacje o gwałtach miały oczywiście wywołać oburzenie wśród szerokich mas odbiorców, ale szczególnie nakierowane były na wpływowe organizacje kobiece w USA, które zaczęły wywierać naciski na wszystkich wstrzemięźliwie zapatrujących się na interwencję w tym regionie.
Sarah Flounders przytacza cały szereg rozpowszechnianych przez mass-media informacji, które nigdy nie znalazły potwierdzenia. Zwykle każdą liczbę mnożono co najmniej przez dziesięć, aby uzyskać odpowiedni efekt propagandowy. Słynna była historia ze szpitalem w Gorażde rzekomo zbombardowanym przez Serbów – okazało się potem, że wystarczyła miotła, aby uprzątnąć szpital, który zresztą cały czas normalnie funkcjonował. Inny przykład to eksplozja na małym, otoczonym domami placu targowym w Sarajewie 28 sierpnia 1995 roku. Zginęło wówczas 37 osób. Oskarżono wtedy bośniackich Serbów, że to oni wystrzelili pocisk z moździerza. Dało to pretekst do nalotów na pozycje serbskie. Jednak eksperci są zgodni co do tego, że pocisk został wystrzelony z bardzo bliskiej odległości, być może nawet z dachu pobliskiego domu. Wszystko wskazuje więc na to, że była to prowokacja – pytanie tylko, czy dokonana samodzielnie przez bośniackich muzułmanów, czy też za wiedzą i zgodą ich amerykańskich doradców. Wspomnieć tu także trzeba o rzekomej masakrze muzułmanów koło Srebrenicy – od miesięcy już całe ekipy ryją tam ziemię w poszukiwaniu ciał 8000 zamordowanych. Jakoś jednak nie można odkryć masowych grobów dawno przecież „odkrytych” przez amerykańskie satelity (w zeszłym roku ukazała się na Zachodzie książka Miry Beham „Wojenne werble”, w której autorka analizuje propagandę wojenną okresu wojny na Bałkanach i udowadnia, że groby pod Srebrenicą są puste – red. „Stańczyka”).
Sarah Flounders opisuje dokładnie, jak USA robiły wszystko, aby najpierw wywołać, a potem przedłużyć wojnę, jak sabotowały wszelkie próby zawarcia pokoju, jak popierały politycznie i militarnie rząd Izetbegovica, zagrzewając go do walki. Autorka ukazuje rolę Centralnej Agencji Wywiadowczej w bałkańskich wydarzeniach, przypomina o „byłych” amerykańskich generałach dowodzących de facto armią bośniacką itp. Wskazuje również na konsekwencje nałożenia sankcji gospodarczych na Jugosławię (Serbię i Czarnogórę) – umożliwiły one USA, dzięki kontroli ruchu po Dunaju, kontrolę nad całą gospodarką regionu. Ta kontrola zostanie utrzymana także po zniesieniu sankcji i zakończeniu wojny. Sarah Flounders zwraca również uwagę na to, że sekretarz generalny ONZ Buthros Ghali kilkakrotnie krytykował rolę USA na Bałkanach, co, jak już dzisiaj wiemy, kosztowało go utratę stanowiska. Dzisiaj można już powiedzieć, że Waszyngtonowi udało się w zasadzie osiągnąć swój cel: opanować ważny strategicznie obszar świata, podzielić go, zainstalować tam zależne od siebie rządy, aby dominować politycznie i gospodarczo, nie dopuścić, aby Europa choć trochę się uniezależniła. Sukces operacji „Bałkańska Burza” stanowi ważny krok na drodze osiągnięcia panowania nad światem. Interwencja amerykańska na Bałkanach może również posłużyć jako model dla ewentualnej akcji w poradzieckich republikach.
RUNDY
W tym czasopiśmie zajmującym się mediami Reginald Rudorf ocenia film o Hitlerze wyświetlany również w zeszłym roku w Polsce. Jak zwykle, pisze Rudorf, reżyser pokazuje nam rozhisteryzowane kobiety i masowe pochody. Mamy narodowosocjalistyczny show-biznes zamiast rzetelnej informacji. Film opiera się na propagandowym kinie tamtych lat. Do tego skrócone wypowiedzi świadków wydarzeń, a na dokładkę zwierzenia takich artystów „politycznej poprawności” jak hrabina Dönhof czy Walter Jens, którzy zgodnie z duchem czasu manifestują po raz tysięczny swoje obrzydzenie do Hitlera zamiast spróbować wyjaśnić, dlaczego ten demon potrafił psychologicznie zapanować nad całym narodem. Rudorf przypomina swoje dzieciństwo: w 1938 roku jako Hitlerjunge stałem kilka godzin w brunatnej koszuli, wśród dziesiątków tysięcy ludzi na skraju ulicy w Lipsku i czekałem, aż objawi nam się Hitler we własnej osobie. Wreszcie przybył. Wódz w kabriolecie „Mercedes”. Krzyczałem z entuzjazmem, gdy zobaczyłem Adolfa: „Heil, Heil, Heil”. Dlaczego krzyczałem? Bo żyło się przyjemnie. W sobotę chodziłem zwykle do „Scali”, aby oglądać amerykańskie westerny, czytałem kryminały – niemieckie, ale w amerykańskim stylu, chodziłem z rodzicami na Five o’clock tea do kawiarni w parku, gdzie wieczorami jazzował swingband złożony z czarnych muzyków. Wieczorami jeździliśmy naszym samochodem do „Edenu” – najlepszego klubu variete w Lipsku. Mój przyjaciel pożyczał mi Jacka Londona i inne przygodowe książki. W Hitlerjugend fascynowały nas rajdy, wycieczki, gry terenowe itd. Jeździliśmy w Karkonosze, wspinaliśmy się na Śnieżkę. Z taty radioodbiornika marki „Philipps” z magicznym, zielonym okiem słuchałem Nata Conelli z Londynu. U kolegi, syna dyrektora ZOO słuchaliśmy płyt Louisa Armstronga. Z babcią chodziłem do kina na różne komedie. Kiedy Hitler przemawiał, ludzie wystawiali w oknach swoje „harfy Goebbelsa”. Ruch na ulicach zamierał. Daleko niósł się głos wodza ośmieszającego „perfidny Albion”. Wszyscy byli zachwyceni. Ciotka Elza popłynęła statkiem do Anglii. Bokser Schmeling wrócił zeppelinem z Ameryki. We włoskiej lodziarni za jedną markę można było dostać olbrzymią porcję lodów. W gimnazjum uczyliśmy się łaciny i angielskiego. Nic nie kojarzyło się z wojną. Nic z obozami koncentracyjnymi. Życie było przyjemne. I to, a nie żaden demonizm zapewnił Hitlerowi sukces. Nie było bezrobotnych. Do tego autostrady. Volkswageny (auta ludowe) dla milionów, radioodbiorniki dla wszystkich. „Siła przez Radość”. Dobrobyt dla ludu – i tyle narodowej dumy, ile kto zapragnął. Potem Polska w 18 dni, Francja, pół Europy. Afryka. Później dopiero był Oświęcim, później demon zmarnował swój naród – i to był Hitler, ale nie ten z filmu.
JUNGES FORUM
Numer 3-4/95 wypełnia w całości duży artykuł Lothara Penza „Symptomy końca moderny”. Autor wskazuje na skutki społeczne, gospodarcze i kulturalne systemu, który nazywa „liberalno-oświeceniowym absolutyzmem”. Skutki te są dość dobrze znane i nie ma potrzeby ich tu wymieniać. Warto natomiast przytoczyć uwagi Penza na temat narodowego socjalizmu i Trzeciej Rzeszy. Przypomina on opinię Ralfa Dahrendorfa, że narodowosocjalistyczna polityka narodowych socjalistów była radykalną manifestacją moderny, a III Rzesza w wielu dziedzinach była prekursorką Niemieckiej Republiki Federalnej (np. jeśli chodzi o zatrudnianie tzw. gastarbeiterów). System narodowosocjalistyczny nie był wrogiem Zachodu, lecz jedynie konkurentem liberalnych elit angloamerykańskiego systemu „samotnego tłumu”. Narodowy socjalizm w takim samym stopniu jak angloamerykański liberalizm akceptował zasady industrializacji, racjonalizmu, produktywizmu i tayloryzmu. Dlatego choć próbował przezwyciężyć angloamerykański indywidualizm poprzez kolektywizm, to w rzeczywistości niczego nie przezwyciężał, bo wychodził z tych samych fundamentalnych założeń, co system, który chciał przezwyciężyć. Internacjonalistyczny charakter armii i struktur produkcyjnych w czasie wojny świadczy o tym, że III Rzesza tylko z pozoru była „nacjonalistyczna”. W rzeczywistości dążyła do “imperialnego”, wielonarodowego państwa masowego, którego paradygmatem jest imperium rzymskie. Nacjonalistyczna czy socjalistyczna „wspólnota”, głoszona przez propagandę reżimu, była jedynie fałszywą etykietą dla urawniłowki masowego społeczeństwa industrialnego.
SLEIPNIR
W zeszycie 6 z 1995 roku znajdziemy drugą część artykułu Marka Webera na temat współpracy syjonistów i Trzeciej Rzeszy (pierwszą część omawialiśmy w „Stańczyku” nr 27). Weber pisze, że poparcie dla syjonizmu ze strony kierownictwa partii i państwa niemieckiego nie było ani bezwarunkowe, ani bezgraniczne, ponieważ uważało ono, że dopóki wpływowe kręgi żydowskie w USA, Wielkiej Brytanii i innych krajach, mobilizują rządy i narody przeciw narodowosocjalistycznym Niemcom, kierując się nieprzejednaną nienawiścią, dopóty powstanie suwerennego państwa żydowskiego w Palestynie niczego nie rozwiąże. W okólniku wystosowanym do dyplomatów przez ministra spraw zagranicznych zwracano uwagę na to, że żydowskie państwo w Palestynie nie leży w interesie Niemiec, ponieważ nie przyjmie ono wszystkich Żydów, a stanie się za to dodatkowym centrum władzy Żydostwa na tej samej zasadzie jak Moskwa jest centrum władzy światowego komunizmu. W 1937 roku, kiedy to nasiliły się napięcia i walki pomiędzy Żydami i Arabami w Palestynie, prasa niemiecka bardziej przychylnie odnosiła się do Arabów, co odzwierciedlało zmianę kursu w polityce rządu. Memorandum Wydziału Żydowskiego SS ostrzegało, że proklamowanie państwa żydowskiego stworzyłoby nowego wroga Niemiec, mogącego wpływać na sytuację na Bliskim Wschodzie. Państwo żydowskie byłoby również w stanie popierać mniejszość żydowską w innych państwach. Minister Ribbentrop ostrzegał w okólniku ze stycznia 1939 roku, że powstanie państwa żydowskiego jest zagrożeniem dla Niemiec, gdyż państwo takie wzmocniłoby Żydów dając im możliwość uzyskania statusu prawnomiędzynarodowego.
Na wiosnę 1938 roku problematyką tą zajął się osobiście kanclerz Rzeszy. Mimo, iż od dawna był sceptycznie nastawiony do syjonizmu i widział zagrożenia związane z ewentualnym powstaniem państwa żydowskiego w Palestynie, kanclerz podjął decyzję, aby jeszcze mocniej popierać żydowską emigrację do Palestyny. Dla kanclerza Hitlera ważniejsze było pozbycie się Żydów z Niemiec. W tym samym czasie (1937-39) rząd brytyjski bardzo zaostrzył restrykcje wobec imigracji żydowskiej do Palestyny. Dlatego służba bezpieczeństwa SS zawarła tajny układ z podziemną grupą syjonistyczną Mossad le-Aliyah Bet, aby wspólnie przemycać Żydów do Palestyny. Efektem intensywnej współpracy między Mossadem i SS było wysłanie do Palestyny kilku konwojów pełnych Żydów i przechytrzenie brytyjskiej straży nadbrzeżnej. Mimo oporu Brytyjczyków, w latach 1938-39 zarówno legalna jak i nielegalna imigracja Żydów niemieckich i austriackich do Palestyny jeszcze bardziej się nasiliła. Na październik 1939 roku planowane było wysłanie do Palestyny 10.000 emigrantów, ale wybuch wojny stanął temu na przeszkodzie. Jeszcze w marcu 1942 roku istniał w Niemczech przynajmniej jeden żydowski kibuc, będący obozem treningowym dla Żydów chcących wyemigrować z Niemiec.
W centrum niemiecko-syjonistycznej współpracy tamtego okresu znajdował się tzw. układ o transferze, który zezwalał dziesiątkom tysięcy niemieckich Żydów na emigrację do Palestyny wraz z majątkiem. Układ znany także jako „Ha‘vara“ (po hebrajsku „transfer”) zawarty został w sierpniu 1933 roku. Poprzedzony był rozmowami pomiędzy Chaimem Arlosoroffem – sekretarzem politycznym Jewish Agency a palestyńskim centrum Światowej Organizacji Syjonistycznej. Ten niezwykły układ przewidywał zdeponowanie przez Żydów chcących wyemigrować do Palestyny ich pieniędzy na specjalnych kontach w Niemczech. Z pieniędzy tych finansowany był zakup maszyn rolniczych, materiałów budowlanych, nawozów sztucznych itd., które następnie eksportowano do Palestyny, gdzie sprzedawała je żydowska spółka „Ha’vara” z Tel Avivu. Pieniądze ze sprzedaży przekazywano emigrantom żydowskim z Niemiec stosownie do wielkości zdeponowanych sum. W ten sposób „Ha‘vara” wspierała niemiecki eksport do Palestyny. Później ta praktyka została uzupełniona przez handel wymienny: pomarańcze z Palestyny w zamian za drewno, ciężarówki, maszyny i inne towary. Dzięki układowi o transferze spełnione zostało życzenie syjonistów, jeśli chodzi o osiedlanie się Żydów w Palestynie i import kapitału, równocześnie rząd niemiecki realizował swój cel pozbycia się grupy narodowościowej uznanej przezeń za obcą. Układ o transferze był bardzo gorąco dyskutowany przez delegatów na kongresie syjonistycznym, który odbył się w Pradze w 1933 roku. Wyrażano obawy, że układ podmyje żydowską politykę bojkotu gospodarczego Niemiec. Jednak przeważyły głosy, że układ jest korzystny dla strony syjonistycznej. Kongres syjonistyczny odbyty w Szwajcarii w 1935 roku potwierdził poparcie dla układu. W1936 roku Jewish Agency – syjonistyczny rząd cieni w Palestynie – przejęła kontrolę nad spółką „Ha‘vara”, która działała aż do wybuchu II wojny światowej.
Nie wszyscy politycy i wyżsi urzędnicy w Niemczech byli zwolennikami układu o transferze. Przy wielu okazjach krytykował go konsul generalny w Jerozolimie Hans Döhle, wskazując na irytację niemieckich i arabskich biznesmenów, dla których układ oznaczał zmniejszenie zysków, i na to, że oficjalne poparcie dla syjonizmu prowadzi do utraty rynków w świecie arabskim (nadmienić warto, że przeciwnikiem układu był też rząd brytyjski). Także minister spraw wewnętrznych Rzeszy uważał, że układ jest niekorzystny dla Niemiec. Tylko kanclerz Rzeszy mógł rozstrzygnąć tę sporną kwestię. Zajmował się on nią w lipcu i wrześniu 1937 roku, i ponownie w styczniu 1938 roku. I za każdym razem decydował, żeby układ nadal obowiązywał. Niemieckie Ministerstwo Gospodarki powołało do życia nową spółkę „International Trade and Investment Agency” (INTRIA), która umożliwiała Żydom z zagranicy wspomaganie Żydów niemieckich, osiadłych w Palestynie. Również inne państwa europejskie (m.in. Polska) zawarły z syjonistami układy podobne do tego jaki zawarły Niemcy.
Układ „Ha‘vara” miał wielkie znaczenie dla syjonizmu i dla przyszłego państwa Izrael. W sumie przetransferowano z Niemiec do Palestyny 70 milionów dolarów (w tym 13,8 miliona marek, które przeznaczył na cele związane z układem Bank Rzeszy). Dzięki transferowi „nastąpiła gospodarcza eksplozja w Palestynie, co przyczyniło się w niemałym stopniu do zbudowania państwa żydowskiego w Palestynie”. Wiele inwestycji z tamtego okresu po dziś dzień odgrywa ważną rolę w gospodarce Izraela. Można zaryzykować twierdzenie, że Trzecia Rzesza Hitlera uczyniła więcej dla rozwoju żydowskiej Palestyny niż jakiekolwiek inne z państw. Mark Weber przypomina jeszcze jeden epizod z dziejów współpracy syjonizmu i Trzeciej Rzeszy. Na początku stycznia 1941 mała, ale znacząca organizacja syjonistyczna zaproponowała niemieckim dyplomatom w Bejrucie zawarcie formalnego polityczno-wojskowego układu z Rzeszą Niemiecką. Ofertę złożyła radykalna grupa podziemna „Bojownicy o wolność Izraela”, lepiej znana jako “Grupa Sterna”. Jej przywódca Abraham Stern zerwał z organizacją o nazwie „Narodowa Organizacja Wojskowa” (Irgun Zwai Leumi), ponieważ uznał, że jest ona zbyt ugodowa wobec Wielkiej Brytanii, którą uważał za głównego wroga syjonizmu. Grupa Sterna wysunęła propozycję rozwiązania kwestii żydowskiej w Europie i aktywnego udziału w wojnie po stronie Niemiec. Zachowany dokument zawierał poparcie dla ewakuacji mas żydowskich z Europy do Palestyny, gdzie powstanie państwo żydowskie. Syjoniści Sterna uważali, że przyszłe państwo Izrael powinno zawrzeć sojusz z Rzeszą Niemiecką, co wzmocni pozycję polityczną Niemiec na Bliskim Wschodzie. Proponowali współpracę z Trzecią Rzeszą w dziedzinie wojskowej, politycznej i informacyjnej oraz aktywne uczestnictwo w wojnie po stronie Niemiec, udział w działaniach wojennych w celu podbicia Palestyny, gdyby utworzony został odpowiedni front, ale także poza obszarem Palestyny. Propozycja grupy Sterna tak się kończyła: „Współpraca izraelskiego ruchu wolnościowego idzie po linii jednego z ostatnich przemówień kanclerza Rzeszy Niemieckiej, w którym pan Hitler podkreślił, że wykorzysta każdą konfigurację i koalicję, aby izolować i pokonać Anglię”. Warto tu dodać, że członkiem grupy Sterna był przyszły minister spraw zagranicznych i premier Izraela Yitzhak Shamir, który wiedział o planie sojuszu z Niemcami. Ponieważ strona niemiecka nie odpowiedziała na propozycję (w tym czasie polityka Rzeszy zmieniła kurs na wyraźnie proarabski), Shamir nie mógł walczyć po stronie Hitlera. Ale nadal walczył przeciw Brytyjczykom organizując m.in. zamachy terrorystyczne, w których zginęli minister lord Moyne i szwedzki ambasador ONZ hrabia Bernadotte. Dla pogłębienia znajomości poruszanej przez Webera problematyki warto sięgnąć do następujących książek, niestety, nie wydanych w Polsce: Edwin Black The Transfer Agreement (1984), Leni Brenner Zionism in the Age of Dictators (1983), Francis R. Nicosia The Third Reich and the Palestine Ouestion (1985), David Yisraeli The Palestine Problem in German Politics 1889-1945 (1974). Poza tym w numerze „Sleipnira”: Andriej Welikanow “Rozmowa z aniołem”, Heinrich Rombach “Apokryficzne historie myślowe”, Bassam Tibi „Zapaść wielokulturalnej polityki w Ameryki”, Anatolij Iwanow “Faszyzm jako straszak”, Wolfgang Wippermann „Od Rassiniera do Leuchtera: historia i geneza kłamstwa oświęcimskiego” oraz wiersze Andreasa Röhlera.
JUNGE FREIHEIT
Niemiecki prawicowy tygodnik „Junge Freiheit” zamieszcza w swoim wydaniu z końca listopada 1996 roku artykuł „Niemcy potrzebują narodowej lewicy”, którego autorem jest Rolf Stolz, od 1967 roku niezależny działacz lewicy, współzałożyciel i były członek władz naczelnych partii „Zielonych”. Na początku swojego artykułu Stolz dokonuje obrachunku z ruchem „Zielonych”, który u swych źródeł był, według niego, próbą połączenia dla wspólnego działania ludzi z prawicy i lewicy. Ale ta szansa została zaprzepaszczona. Konserwatywne skrzydło ruchu ekologicznego skupione wokół Herberta Gruhla zostało amputowane, po czym lewe skrzydło zyskało przewagę i szybko uległo degeneracji. Z ultralewicowych bojowników walk ulicznych zrobiły się mieszczańskie tłuściochy, z jakobinów optujących na seminariach za dyktaturą fanatyczni zwolennicy ponadnarodowej dyktatury z siedzibą w Maastricht. Autor pyta dalej, czy w Niemczech istnieje jeszcze narodowa lewica, czyli lewica, która kocha swój kraj takim, jaki on jest, nie chcąc równocześnie pozostawić go takim jakim jest. Lewica patriotyczna i wskazująca drogę do tego, aby Niemcy zachowywały to, co w nich dobre i mogły osiągnąć to, co najlepsze. I odpowiada na to pytanie, że taka narodowa lewica egzystuje dzisiaj jedynie jako mała, niezorganizowana mniejszość. Ale ważne jest, że istnieje, choć Niemcy potrzebują narodowej lewicy w innej formie i o wiele silniejszej. Stolz pisze dalej, że ci na lewicy, którzy zawsze odrzucali i zwalczali nacjonalizm i szowinizm, stoją dziś naprzeciw tych kręgów lewicy, które nienawidzą Niemiec i wszystkiego, co niemieckie. Część z nich chce po prostu zniszczenia Niemiec i wykrzykuje z wściekłością „Zdychajcie Niemcy!” (co jest pogłosem dawnego „Zdychaj Żydzie!”), inni, mniej radykalni chcą „łagodnego”, ostatecznego rozwiązania kwestii niemieckiej poprzez likwidację narodowych odrębności w ramach „Europy SA” sterowanej z Brukseli przez ponadnarodowe koncerny. Jądrem politycznej i osobistej tożsamości patriotycznej lewicy jest, według Stolza, nierozerwalna więź łącząca internacjonalizm i patriotyzm, miłość do ludzkości i miłość do własnego narodu, zainteresowanie i podziw zarówno dla kultury światowej, jak i dla własnej kultury i języka. Patriotyczna i narodowa lewica, twierdzi Stolz, potrzebna jest również po to, aby stworzyć przeciwwagę dla nadmiernego akcentowania czy wręcz absolutyzowania kwestii narodowych przez prawicę, co łatwo zamienia się w szowinizm.
Stolz pisze, że nie ma sensu powoływanie jakiejś nowej partii skupiającej siły patriotyczne. Należy, krok po kroku, bez złudzeń, że osiągnie się wielkie sukcesy tworzyć oddolny ruch patriotyczny, gdzie byłoby miejsce zarówno dla prawicy jak i lewicy. Taki ruch nie naśladujący funkcjonujących jeszcze (ale już schyłkowych) form organizacyjnych, ma szansę zaistnienia. Widać to w Belgii, gdzie jeszcze nieśmiało formuje się ruch przeciw politycznemu gangsteryzmowi i w Niemczech, gdzie wszędzie wyczuć można, na razie ukryty, gniew szerokich warstw narodu. W dalszym ciągu swojego artykułu Rolf Stolz zastanawia się, jacy ludzie i jakie siły polityczne mogą współtworzyć niemiecki ruch patriotyczny. Uważa on, że nie ma w nim miejsca dla sił antydemokratycznych z prawa i z lewa, dla ludzi z prawicy i z lewicy skłonnych do stosowania przemocy. Poza tym jednak ruch powinien być otwarty i skupiać ludzi i środowiska o różnych poglądach i światopoglądach gotowych walczyć o lepsze, suwerenne, wolne i pokojowe Niemcy. Stolz nie ma złudzeń, że powstanie i działanie tego ruchu spotka się z przyjazną reakcją działających w Niemczech partii i środowisk politycznych. Należy się liczyć z próbami usadowienia wewnątrz niego prowokatorów i politycznych kryminalistów, których zadaniem będzie skompromitowanie ruchu przy najbliższej okazji. Ale jeśli uda się utrzymać odpowiedni dystans do fałszywych przyjaciół i uniknąć wywoływania niepotrzebnej wrogości, jeśli uda się nauczyć od wrogów wykorzystywać samo ich istnienie i ich błędy, to wówczas patriotyczny ruch niemiecki, istniejący ponad frontem lewica-prawica, będzie miał przyszłość.
Z kolei Claus-M. Wolfschlag zajmuje się wyświetlanym również w Polsce filmem Volkera Schlöndorffa Król Olch. Pisze, że niemieccy reżyserzy lubią kręcić tzw. Nazi-Filme, łączące w sobie „wyższe wartości moralne” z „wartościami rozrywkowymi”. Widzowie mogą śledzić na ekranie sceny jak z horrorów, przeżywać barbarzyńską przeszłość oblewając się zimnym potem i konsumując popcorn. Reżyser Blaszanego bębenka postanowił powtórzyć swój sukces sprzed lat i nakręcił Króla Olch – film o outsiderze, który trafia do towarzystwa łajdaków bez sumienia, wikła się we własną winę, by w końcu stanąć twarzą w twarz z “bestialstwem przeszłości, która nigdy nie może zostać zapomniana”. Film Schlöndorffa kosztował 27 mln marek. Studio Babelsberg dało 6 mln, sporo sponsorzy z Anglii i Francji. Ze swoich środków na wspieranie kinematografii Nadrenia-Westfalia przekazała 3,38 mln, Berlin-Brandenburgia – 3,5 mln, Unia Europejska -1,12 mln, Westdeutscher Rundfunk-1,2 mln i federalne ministerstwo spraw wewnętrznych raczej skromne 180 tysięcy marek. Niestety, po czterech tygodniach wyświetlania filmu w kinach okazało się, że obejrzało go jedynie 130 tysięcy widzów. Zrozpaczony Schlöndorff pytał: „Jak to się dzieje, że wierzyłem w coś, co nikogo innego nie interesuje?” Na domiar złego lewicowi krytycy filmowi sceptycznie odnieśli się do filmu, zarzucając reżyserowi, że uprawia apologetykę narodowego socjalizmu w manierze Leni Riefenstahl. Schlöndorff bronił się, twierdząc, że chciał jedynie zobrazować duchowy klimat czasów narodowego socjalizmu. To już wywołało śmiech i drwiny: lewicowy liberał wczuwa sie w emocje i przeżycia Hitlerjugend! W każdym razie Schlöndorff jest przegrany: jako finansowy bankrut, jako apologeta narodowego socjalizmu lub nawet jako naiwny kawalarz. Kinową publiczność niezbyt to wszystko interesuje, wszak za rogiem grają nowy film ze Schwarzeneggerem.
ÖKOLOGIE
Przeglądając numery pisma konserwatywnych ekologów z przełomu 1995/96 roku natrafiliśmy jak zwykle na wiele ciekawych artykułów. I tak Constanze Lehmann nawołuje kobiety, aby karmiły piersią. Wszak kobieca pierś odpowiada idealnie instynktowi ssania u noworodka. Intymny kontakt przez skórę matki i dziecka, wzmocnienie systemu odpornościowego, lepszy rozwój mózgu – to wszystko są zalety karmienia piersią. Autorka zwraca uwagę na konieczność utrzymania rodziny jako najmniejszej komórki wspólnoty. Nie zastąpią jej sztucznie tworzone przechowalnie dla dzieci. Wskazuje na zadziwiające analogie kosmosu i człowieka (mikrokosmosu). Okazuje się, że oś Ziemi zatacza krąg w ciągu 25920 lat. Dorosły człowiek zaś oddycha przeciętnie 18 razy na minutę czyli w ciągu 24 godzin 25920 razy. Oś Ziemi obraca się o 1 stopień w ciągu 72 lat, puls człowieka bije przeciętnie 72 razy na minutę. Stosunek oddychania do pulsu wynosi 1:4(18:72). Ziemia obraca się o 360 stopni w ciągu 24 godzin. Stosunek między jednym obrotem Ziemi a liczbą minut jednego dnia wynosi również 1:4. Badaczom udało się też odkryć związek pomiędzy fazami księżyca a kobiecą płodnością. Dopiero obserwacja tego naturalnego, kosmobiologicznego cyklu pozwala dopełnić metodę naturalnej regulacji poczęć. Współczesny homo consumens zaludniający wielkie miasta nie potrafi już głęboko doświadczać natury. Żyje w sztucznym, pozornym świecie. Potrafi godzinami jechać samochodem przyjmując anormalną postawę ciała. Cielesny i duchowy upadek staje się nieuchronny.
Heinz-Siegfried Strelow pyta „co to znaczy być konserwatystą”? I cytuje Günthera Andersa: „Nie wystarczy zmienianie świata, musimy go także zachować. W tym sensie, my – przeciwnicy bomb wodorowych, reaktorów jądrowych i satelitów napędzanych uranem jesteśmy dziś prawdziwymi konserwatystami, a mianowicie konserwatorami – podczas gdy producenci i zwolennicy tych urządzeń uważający się za konserwatystów czy liberałów, są dzisiaj terrorystycznymi rewolucjonistami. Albowiem rewolucjonizują oni w całości plan Stworzenia”. Jesteśmy konserwatystami, pisze Strelow, którzy nie zamierzają powracać do czasów sprzed Rewolucji Francuskiej i nie chcą restauracji sojuszu Tronu i Ołtarza. Chcemy zachować naturę jako podstawę życia ludzi. Przeciwstawiamy się ślepej wierze w państwo, odrzucamy kult postępu i myślenie w kategoriach władzy. Chcemy ograniczenia władzy aparatów na rzecz tego, co naturalne i organiczne. Dlatego odrzucamy tradycję uosabianą np. przez Carla Schmitta, który pogardzał romantyzmem, Ernsta Niekischa czy Ernsta Jüngera z jego kultem Robotnika. Wolimy od nich Ludwika Klagesa czy Alberta Schweitzera. Chcemy zachować naturę w jej różnorodności, łącznie z różnorodnością ludzkich wspólnot kulturalnych i językowych. Nie chcemy mieć nic wspólnego z dzisiejszymi „konserwatystami” powtarzającymi za Franzem Josefem Straussem, że konserwatysta musi maszerować na czele technicznego postępu. Jako “kulturowo-ekologiczni” konserwatyści opowiadamy się za narodem przeciw potędze państwa, za federalizmem przeciw centralizmowi i biurokracji. Naszym wrogiem jest pożerający tradycje i przyrodę kapitalizm realizujący dziś wskazania Marksa i Engelsa piszących o „idiotyzmie wiejskiego życia”, o „opanowaniu sił natury”, „użyciu chemii w przemyśle i uprawie ziemi” itp. Zarówno industrialny kapitalizm, jak i komunizm czy faszyzm są ze sobą zgodne, gdy chodzi o kult maszyny, techniki, postępu, pieniądza i władzy. Są one efektem „moderny”, która prowadzi do zniszczenia natury i kultur. Dlatego musimy się im przeciwstawić rozbijając niwelatorskie struktury.
W innym artykule anonimowy autor nawołuje do uczynienia z kultury tematu ekologicznego. Stwierdza, że dawni „Zieloni” umościli sobie wygodne gniazdka w społeczeństwie industrialnym, albo cofnęli się do lewicowo-autonomistycznej subkultury, która jako przejaw „kultury asfaltu” reprezentuje brudny, wielkomiejski hedonizm. Jeśli pod pojęcie „kultury” podciągniemy za-równo sztukę jak i kulturę życia i dnia codziennego, to łatwo dostrzeżemy, że nasza epoka jest wyjątkowa w swojej degeneracji. Ludzie żyją dziś pod rządami „telekracji”. Nigdy jeszcze nie dorastało całe pokolenie, które od dzieciństwa nie spędza czasu na grach i zabawach sprzyjających kreatywności i rozwojowi osobowości, ale uczestniczy w ogólnym obniżeniu poziomu kulturalnego zajmując się grami komputerowymi lub oglądając horrory na video. Do tego dochodzi fast food: schemizowane, sztucznie aromatyzowane, przesłodzone i przetłuszczone jedzenie. Konserwatywni ekologowie powinni zwalczać rozmaite kulturalne „mody” sprowadzające kulturę do poziomu ładnie opakowanych towarów. Symbolem tej „kultury” może być produkowana przy pomocy komputera muzyka techno, która nie zna żadnego naturalnego rytmu i dlatego pozbawiona jest duszy. Sprężyną konserwatyzmu, pisze autor w zakończeniu artykułu, nie jest „kulturowy pesymizm”, ale radość z barwności świata. Dla-tego ekologowie powinni być zarówno „naturalnymi”, jak i “kulturalnymi” konserwatystami.
Heinz-Siegfried Strelow pisze o romantyzmie odkrywając, że tam tkwią korzenie konserwatywnej ekologii. Na przykład w malarstwie Caspara Davida Friedricha, który swoimi „Katedrami natury” czy „Krzyżem w górach” przerzuca pomost pomiędzy naturą i religijnością – nie mieszczącą się zresztą w wizji chrześcijańskiej i dlatego zwalczaną przez Kościół. Inny przykład to poeta Joseph Eichendorff. W jego pieśniach i wierszach mieści się wszystko: las i kwiaty, katedra i chata węglarza, światło poranka, chłód wieczoru, noc pełna gwiazd, bieg chmur i welon deszczu, dźwięk i barwa, szczęście świata i ból świata – Eichendorff czci świat w jego wiecznych a więc prawdziwych formach. Obce mu były utopie i abstrakcyjne projekty przyszłości. W swoich pismach politycznych ukazuje się jako zdeklarowany konserwatysta. Był tym, który ostrzegał, bo wcześnie rozpoznał niebezpieczeństwa, dostrzegał, by użyć jego języka, jak nad lasami formują się ciemne zwały chmur przeszywane pierwszymi błyskawicami. W jednej z jego bajek pojawiają się alegoryczne postacie złych duchów nowej epoki: państwa policyjnego i wielkiego przemysłu. Przybywają one, aby aresztować panią Libertas i zakuć ją w kajdany. Czyż romantyzm może być bardziej aktualny?
Hans-Christof Kraus omawia poglądy filozofa Güntera Rohrmosera. Jego zdaniem, w fazie kryzysu znajduje się zarówno socjalizm, jak i liberalizm. W legalizacji aborcji przejawia się też kryzys państwa prawnego. Jednak zasadniczy kryzys to, według Rohrmosera, kryzys kościołów i ogólnie świadomości religijnej. W swoich rozważaniach nawiązuje on do Lutra, Herdera, Hegla i Dostojewskiego. Rohrmoser z jednej strony, podobnie jak Hegel akceptuje polityczne wolności, które datują się od Rewolucji Francuskiej (dystansując się tym samym od tradycjonalistycznego konserwatyzmu), z drugiej zaś uważa, że jednostka, aby nie być wydana na pastwę abstrakcyjnej wolności, musi być włączona w system religijnie podbudowanej moralności i odpowiedzialności. Właśnie z doświadczenia możliwości radykalnej wolności wynika świadome dążenie ku Bogu, ku uczestnictwu w tym, co Boskie, i konsekwentne podporządkowanie się nakazom Boga. Zarówno nadużycia władzy politycznej w systemach totalitarnych, jak i nadużycia coraz bardziej nieograniczonej wolności w schyłkowym liberalizmie są dowodem, że potrzebne jest państwo, które obdarzone jest autorytetem na tyle, aby mogło gwarantować wolność i które równocześnie chroni i zachowuje instytucjonalne i moralne fundamenty wspólnoty. Rohrmoser analizując współczesny kryzys ekologiczny, odrzuca formułowany niekiedy zarzut, że to chrześcijaństwo jest zań odpowiedzialne, bo wpoiło ludziom nakaz “czynienia sobie ziemi poddaną”. Rohrmoser uważa, że należy ten nakaz odczytywać w kontekście świata starożytnego. “Czynić sobie poddaną” a więc „sprawować władzę” oznaczało wówczas również „otaczać troską”. Biblijny nakaz nie oznacza więc niszczenia natury, ale wręcz przeciwnie, opiekowanie się nią. Rohrmoser wskazuje też na to, że niektóre nurty ruchu ekologicznego operują całkowicie bezrefleksyjnym pojęciem natury. Wyobrażenie, że można odzyskać utraconą bliskość natury i całościową z nią jedność choćby dzięki nowym naturalno-religijnym mitologiom, wychodzi z założenia, że natura jest jedynie naturą uzdrawiającą, chroniącą i żywiącą. Ten punkt widzenia nie uwzględnia faktu, że natura może być niewyobrażalnie okrutna, i napawać człowieka przerażeniem.
Rohrmoser, jak wielu innych przed nim, mówi o religijnym odrodzeniu. Jest w pełni świadom, że wiara związana jest z instytucjami, i że instytucje pełnią niezwykle ważną funkcję w życiu społecznym. Jak jednak ma się dokonać religijne odrodzenie, jeśli jego najprostszy warunek, a mianowicie dobrze funkcjonujące instytucje kościelne, nie jest spełniony? I jak powstrzymać proces sekularyzacji? Rohrmoser słusznie uważa, że brak nam dziś zaufania do działań i mocy Boga. Ale łudzi się, kiedy przy pomocy długich filozoficznych rozważań i filozoficznych wywodów próbuje przedstawić konieczność nowej wiary. Albowiem wiara nie jest czymś, co wyrasta z teoretyczno-racjonalnych przesłanek czy też z refleksji nad problemami współczesności, lecz z religijnych uczuć, z instytucji i wrażeń, których nie można wyfilozofować czy wyteoretyzować. One są lub ich nie ma. A obecnie ich nie ma, przynajmniej wśród narodów zachodniego kręgu kulturowego. Fakt, że Rohrmoser tego nie widzi lub nie chce widzieć, stanowi największą słabość jego myśli. Mimo to warto słuchać tego, co ma do powiedzenia.
Alfred Mechtersheimer, w latach 1987-1990 rzecznik frakcji “Zielonych” w Bundestagu, obecnie narodowy pacyfista i zwolennik patriotycznej polityki, wyraża się sceptycznie na temat udziału żołnierzy niemieckich w tzw. akcjach pokojowych. Jego zdaniem USA skłaniają czy wręcz zmuszają ONZ do takich akcji tylko wówczas, gdy leży to w amerykańskim interesie. Do tej pory interwencje ONZ zwykle doprowadzały jeszcze do zaostrzenia konfliktów, a nie do ich pokojowego rozwiązania. Zagrożenia dla Niemiec widzi Mechtersheimer dwojakiego rodzaju: jedno to amerykanizacja, drugie – jugosławizacja. Pod pojęciem amerykanizacji rozumie on pochopne posłuszeństwo wielu niemieckich polityków wobec życzeń Amerykanów. Natomiast „jugosławizacja” grozi Niemcom w wyniku błędnej polityki imigracyjnej. Jak stwierdziła komisja Bundestagu, jeśli nie zmieni się przyrost naturalny ludności niemieckiej, to w roku 2015 będzie w Niemczech 50 milionów Niemców i 35 milionów obcokrajowców. W większości wielkich miast Niemcy stanowić będą mniejszość pośród pozaeuropejskich, głównie islamskich imigrantów. Mogą oni, po wprowadzeniu praw wyborczych dla obcokrajowców, być interesującym rezerwuarem głosów dla partii, kwestią natomiast pozostaje, na ile przetrwają w Niemczech wartości chrześcijańskie. “Jugosławizację”, twierdzi autor, możemy przeżywać prawie każdego dnia obserwując jak rywalizujące grupy etniczne toczą uliczne bitwy lub dokonują zamachów bombowych. Aktualna polityka imigracyjna jest w rzeczywistości programem przyszłej wojny domowej. Ale o tym nie wolno głośno mówić. Obecnie w Niemczech nie istnieje coś takiego, jak wolność słowa. Regulacja poglądów funkcjonuje tu bardziej bezbłędnie i bez zakłóceń niż w dyktaturze lub systemie totalitarnym. Mechtersheimer postuluje stworzenie szerokiego ruchu o luźnej strukturze organizacyjnej skupionego wokół kwestii narodowych, ekologicznych i socjalnych i działającego poza podziałem lewica-prawica: „wolę narodowego lewicowca niż prawicowego internacjonalistę”.
Autor podpisujący się JF występuje przeciw inżynierii genetycznej. Życie jest ponadludzkim tworem, cudem, którego ludzie nie są w stanie bez reszty pojąć. Tymczasem uzurpują oni sobie prawo ingerencji w najgłębsze podstawy życia stawiając się tym samym poza wzajemnym oddziaływaniem człowieka i środowiska. Wyrywają się ze związku łączącego wszystkie stworzenia, odrzucają zasadę, że życie pochodzi od życia, a wszystko, co żywe ma swe źródła w jednej świętości. Waltraud Ley, mieszkanka jednej z niemieckich wsi opisuje zagładę niemieckiego chłopstwa i chłopskiej kultury. Padły one ofiarą “strukturalnych zmian”, po których rolnicy stanowią 4% ludności w Niemczech. Elfriede Fink prezentuje Baldura Springmanna – kultową postać konserwatywnego niemieckiego ruchu ekologicznego. 84-letni dziś Springmann postanowił, gdy miał lat 15, że nie przejmie po swoim dziadku fabryki śrub, ale zostanie chłopem. W 1936 roku kupił ziemię w jednej z meklemburskich wsi. Po wojnie zbudował gospodarstwo w Holsztynie. W 1990 roku mógł znowu powrócić do Meklemburgii i przejąć swoje dawne gospodarstwo, które przestało być częścią spółdzielni produkcyjnej. Dla Springmanna życie chłopskie jest świadomym włączeniem się we wzajemne związki człowieka i natury oraz podporządkowaniem życia kosmicznym rytmom. Wyobcowaniu i naciskowi na maksymalizację zysku cechującym industrialne społeczeństwo masowe przeciwstawia on rytm pracy (jako treści życia) i wypoczynku. W1954 roku Springmann przestawia swoje gospodarstwo na produkcję biodynamiczną, nie używa nawozów sztucznych i pestycydów. Od połowy lat siedemdziesiątych angażuje się w różne inicjatywy na rzecz ochrony środowiska i działa w ruchu przeciw elektrowniom atomowym. Należał do założycieli partii „Zielonych”, ale opuścił ją szybko widząc, że nie istnieje wystarczający opór wobec infiltracji ze strony lewicy. Potem zakłada Partię Ekologiczno-Demokratyczną. W końcu jednak zniechęcony partyjną polityką odsuwa się od bezpośredniej działalności politycznej. Obecnie działa w ruchu Niezależni Ekologowie Niemiec, ostatnio ogłosił swoją autobiografię.
Friedrich Romig, wykładowca uniwersytecki z Wiednia, założyciel ruchu Zjednoczeni Zieloni Austrii, doradca d/s polityki europejskiej austriackiego biskupa Krenna widzi źródła współczesnego niszczenia natury w oświeceniowym projekcie oderwania człowieka od Boga i wszelkiego autorytetu, a odwołania się tylko do rozumu pojedynczego człowieka. Celem ma być autonomiczny, rozumny człowiek. Gdy jednak zapytamy, co jest rozumne, wtedy słyszymy odpowiedź, że to, co służy życiu. A życiu służy to, co korzystne jest dla „ja”. A jak wiadomo, człowiek chciałby zawsze odnosić jak największą korzyść. W rezultacie ekonomiczna kalkulacja zaczyna określać wszystkie działania, i tylko to jest rozumne i racjonalne, co służy maksymalizacji korzyści. Tej ekonomicznej kalkulacji podporządkowane jest całe dzisiejsze życie. To, co tu nie pasuje, jest tłumione i spychane na bok. Dalej pisze Romig o dominacji technomorficznego myślenia wpajanego już dzieciom. Pokazuje się im modern world, w którym nie ma miejsca na naturę, na bajki, ludowe pieśni, lecz tylko na gry komputerowe, kosmiczne zabawki itp. Tworzy się całkowicie sztuczny świat, wielkomiejską pustynię bez reszty zagarniającą naturę – w końcu jedyna zieleń to plastikowa choinka na Boże Narodzenie. Technika stała się dziś, zdaniem Romiga, celem samym w sobie. Wydaje się miliardy tylko po to, aby ktoś mógł sobie poskakać po Księżycu lub pospacerować sobie w przestrzeni kosmicznej. Technika nie służy już człowiekowi, lecz go zabija. Romig cytuje znanego uczonego Erwina Chargaffa, który stwierdził: „Technika wraz z swą matką, nowoczesną nauką przyrodniczą, pryska krwawą flegmą na życie człowieka: badania kosmiczne tak samo jak bakteriologia, genetyka tak samo jak badania nad energią, psychologia tak samo jak matematyka’.
Romig wymienia najważniejsze przyczyny współczesnej ekologicznej katastrofy:
- Kapitalistyczna gospodarka rynkowa, będąca dziś kartelem władzy złożonym z wielkiej finansjery, wielkiego przemysłu, naukowo-badawczych koncernów i mass-mediów. Ten kartel jest systemem udzielania sobie wzajemnych korzyści kosztem życiowej substancji narodów i natury.
- Władza kartelu jest możliwa, bo zawodzi polityka, która nie jest już troską o dobro wspólne, lecz nagim zaspokajaniem potrzeb możnych tego świata należących do klasy politycznej i biurokracji. Liberalna polityka głosząca hasła wolności, praw i godności człowieka stworzyła system bezkrwawej dominacji, totalitarny reżim niewolący ludzi. Konsumpcją zabawia on ludzi na śmierć. Jak powiedział Botho Strauss: „Ten system nie potrzebuje ścinać głów, on czyni je zbędnymi”.
- Klęska polityki bierze się stąd, że wypływa ona z hedonistycznej i utylitarystycznej etyki opierającej się na zasadach bogacenia się, zrywania więzi wspólnot i rodzin, braku odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń, wyzyskiwaniu natury i zastosowaniu morderczej techniki.
- Hedonistyczna i utylitarystyczna etyka jest owocem Oświecenia, czyli odrzucenia tego, co wieczne, trwałe, ponadindywidualne, święte i boskie. Wraz tym odrzuceniem przestaje bić serce każdej kultury. W miejsce kultury życia wchodzi kultura śmierci.
- Oświecony człowiek chce być autonomiczny, chce sam rozstrzygać, co jest Dobrem a co Złem, sam być Bogiem i w ten sposób unika odpowiedzialności wobec Boga i innych stworzeń. „Czy jestem stróżem brata mego?”- pyta Kain, budowniczy miasta i kowal (prekursor produkcji przemysłowej).
- Ostatnia przyczyna kryzysu ekologicznego leży w naszym chaotycznym stosunku do Stworzenia. Każda polityka, pisał Reinhold Schneider, jest „eksponentem religii”. Nic nie jest tylko profańskie; wszystko w Stworzeniu – człowiek, drzewo, ptak, ryba, ziemia, woda, powietrze, ogień – ma swój udział w świętości. Kto tej świętości nie szanuje, na tego „przyjdzie sąd”. Nie mamy na ziemi wiecznej ojczyzny. Ale naszą drogę tutaj musimy przejść zdecydowanie, bez wahań, heroicznie. Nie wolno nam odrzucić broni i zdezerterować, musimy podtrzymać to, co upada, bronić odważnie tego, co zagrożone – nawet jeśli klęska jest pewna – i musimy nasze spojrzenia kierować ku temu, co wieczne. Jest to jedyna możliwość, aby także dziś prowadzić udane życie i osiągnąć to, co Arystoteles nazywa „prawdziwym szczęściem”. Ta eudaimonia jest jednak osiągalna tylko poprzez pielęgnowanie cnót: sprawiedliwości, mądrości, odwagi i umiarkowania oraz poprzez wprawianie się w miłości, nadziei i wierze. Martin Heidegger, który chciał wygnać kwestię Boga z filozofii i nic nie chciał wiedzieć o „bycie człowieka ku Bogu”, przyznał w końcu: “Filozofia nie może zmienić obecnego stanu świata. Nie odnosi się to tylko do filozofii, ale do wszystkich ludzkich myśli i dążeń. Tylko Bóg może nas jeszcze uratować. Pozostaje nam jedyna możliwość, w myśleniu i poezji przygotować gotowość na objawienie Boga lub na nieobecność Boga w upadku”. I dodał szeptem, że „giniemy w obliczu nieobecnego Boga”.
Reinhard Falter pisze, że człowiek współczesny czyli homo oeconomicus insapiens ignoruje wszystko, co nie przynosi mu korzyści. A przecież należy uwzględniać nie tylko czynniki ekonomiczno-ekologiczne, ale również wartości estetyczne, kulturalne i psychologiczne. Można powiedzieć, że dziecko dorastające nad brudnym kanałem będzie miało inny obraz rzeki niż dziecko mogące oglądać dziki strumień leśny. Dla tego pierwszego rzeka nigdy nie będzie miała archetypicznego znaczenia, które nadajemy historii czy własnemu życiu. Dalej pisze Falter, że dzieje Zachodu to dzieje przesuwania się punktu ciężkości z religijnego ku instrumentalnemu pojmowaniu świata. Zarówno sztuka, jak i nauka osiągnęły najpierw pewną samodzielność wobec sfery religijnej, potem państwo i gospodarka. Historycznie rzecz biorąc znajdujemy się dziś w miejscu, gdzie aspekt religijny został zepchnięty w prywatność tracąc ogólnospołeczną moc obowiązującą. Jednym z tego efektów jest absurdalna walka o przedłużenie życia i zmaksymalizowanie doznań. Ludzie wierzą w ciągły postęp przynoszący coraz więcej doczesnych, materialnych dóbr, i boją się instynktownie, że ktoś mógłby zabrać im tę wiarę. Ale trzeba im ją odebrać, w przeciwnym razie ciągle aktualne będą słowa Ludwika Klagesa: „Cywilizacja posiada cechy rozszalałej żądzy mordu”.
Heinz-Siegfried Strelow analizuje zjawisko amerykańskiego bioregionalizmu. Bioregionalizm odrzuca liberalną koncepcję uniwersalnej tożsamości, zgodnie z którą człowiek jest abstrakcyjnym elementem świata mającym zrezygnować z tego, co lokalne i prowincjonalne. Ludzie zaczynają rozpoznawać, że mogą żyć autentycznym życiem, tylko wówczas, gdy ich tożsamość zakorzeniona jest w specyficznych, niepowtarzalnych miejscach. Jeśli ktoś odrzuca swoją szczególną, lokalną tożsamość, to wówczas traci dobroczynną, szerszą i uniwersalną ludzką tożsamość. Każdy staje się wówczas wykorzenionym człowiekiem. Bioregionalizm chce bronić różnorodności kultur zagrożonej przez kapitalistyczną monokulturę („Cola-Colonisation”). Bioregionaliści są przekonani, że zniszczenie bioregionalnej tożsamości wraz ze zniwelowaniem kulturalnych i etnicznych różnic prowadzi do globalnego umasowienia w rozwodnionej, zdominowanej przez wielkie kapitalistyczne centra jednolitej cywilizacji światowej, która „wytwarza” wykorzenionych, pozbawionych ojczyzny i niezdolnych do odpowiedzialności ludzi.
Człowiek powinien na nowo odkryć bardziej naturalne, pełne prostoty formy życia, nauczyć się odczuwać jedność ze światem wokół, by w końcu zrozumieć, że to, co najpiękniejsze to “welcome home”. Bioregionalizm wyraźnie skłania się ku biocentryzmowi jako przeciwieństwu antropocentryzmu i ku „naturalnej religijności”, która wszystkie zjawiska natury pojmuje jako część tego, co boskie. Stąd biorą się oskarżenia bioregionalistów o pogaństwo. Ale, pisze Strelow, jest czymś fałszywym traktowanie bioregionalizmu jako jakiegoś anty-chrześcijaństwa. Zamiast naśladować w tych oskarżeniach fanatycznych, purytańskich kaznodziejów telewizyjnych, którzy biblijny nakaz „czynienia sobie ziemi poddaną” interpretują jako zezwolenie na niszczenie i wyzysk natury, należy raczej szukać w chrześcijaństwie duchowej postawy afirmującej życie i stworzenie, odkrywać jego ekologiczną tendencję. Bioregionaliści popierają małe gospodarstwa rolne, odrzucają monokulturowość, orientują się na specyficzne potrzeby lokalnych wspólnot, odwracają sie od masowych produktów, szczególnie gdy chodzi o żywność i lekarstwa, preferują niezatrutą żywność z własnego ogrodu i własnego regionu, rodzina jest dla nich ważniejsza niż zawodowa “samorealizacja”, pielęgnują tradycje i obyczaje swojej ziemi, sprzeciwiają się zabetonowywaniu i drutowaniu kraju, są wrogami manipulacji genami, wiwisekcji, a debaty na temat „sztucznego życia” uważają za zboczenie umysłowe, są zwolennikami małych wspólnot, które same się rządzą, a nie silnego państwa. Czy jest to nowa utopia, czy może całkiem realna wizja lepszego, szlachetniejszego życia? Odpowiedź na to pytanie przyniesie przyszłość.
Constanze Lehmann protestuje przeciw testom na zwierzętach. Każdy powinien np. zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście potrzebne mu są te wszystkie kremy, dezodoranty o obcym, nienaturalnym zapachu, żele i inne substancje, którymi zaklajstrowuje się pory skóry (dlaczego wstydzimy się zapachu swojego ciała)? Szaleni naukowcy w swoich laboratoriach wymyślają coraz to nowe produkty tego rodzaju. Dlatego celu męczy się i kroi zwierzęta. Przede wszystkim przemysł farmaceutyczny potrzebuje wielkich ilości “zwierzęcego materiału”. Nasze ciało jest cudowną, doskonałą całością – tymczasem naukowcy bezczelnie ośmielają się produkować substancje, aby dokonywać interwencji w nasz organizm. Już choćby dla wyprodukowania pigułki antykoncepcyjnej trzeba zabić niezliczoną ilość zwierząt. Autorka postuluje również powrót do konopi jako materiału do wyrobu odzieży. Z konopi można również produkować papier. Constanze Lehmann sprzeciwia się także przymusowym szczepieniom.
Lotte Lohde pisze o konieczności posiadania ojczyzny. Dla wielu ludzi słowo „ojczyzna” brzmi dziś staromodnie. Chcą być wszędzie jak u siebie w domu. Chcą być obywatelami świata. Nie są wszak roślinami, które zapuszczają korzenie w ziemię. Są mobilni. Nie są zwierzętami, które mogą żyć tylko w swoim biotopie. Potrafią rosnąć wszędzie. Czy rzeczywiście mogą? Z pewnością, jeśli pod słowem „rosnąć” rozumiemy trawienie białka, tłuszczu i węglowodanów. Ale życie ludzkie nie jest tylko trawieniem. Od dawna wiadomo, że małemu dziecku potrzebne jest „ciepło gniazda”, aby zyskać „pra-zaufanie”, które pomoże mu później znosić kryzysy, jakie niesie życie. Ojczyzna jest takim “ciepłem gniazda” dla dorosłego człowieka. Dlatego nie można się godzić z tymi wszystkimi, dla których ojczyzna jest tylko sentymentalnym pojęciem, z nieszczęsnymi technokratami myślącymi jedynie w kategoriach koniunktur, którzy każdego człowieka nie dającego się przesuwać jak pionek raz w tę raz w drugą stronę traktują jako czynnik zakłócający realizację ich projektów. Ojczyzna każdego człowieka jest systemem koncentrycznych kół. Najpierw jest krąg rodzinnego gniazda, potem krąg rodzinnej miejscowości, potem regionu z jego dialektem i obyczajami. Następny krąg to duża ojczyzna, wspólnota języka i kultury. A wreszcie, w naszym przypadku, największą ojczyzną jest “chrześcijański Zachód”, który dla nie-chrześcijan jest metaforą wspólnoty wartości, w których żyjemy. Ojczyzna daje poczucie bezpieczeństwa i pewności, ale także oparcie, co zapobiega np. szerzeniu się przestępczości. Dlaczego ilość przestępstw wśród obcokrajowców jest trzykrotnie większa niż wśród Niemców? Dlatego, że nie czują się oni związani żadnymi normami: te z ich ojczyzny już straciły ważność, te miejscowe są im obce. Warto pamiętać, że krajem o największej przestępczości i największej ilości morderstw są „wielokulturowe” Stany Zjednoczone. Posiadanie ojczyzny zgodne jest z zasadą różnorodności życia. Zniszczenie ojczyzn to zniszczenie całego bogactwa ludzkiej kultury.
Heinz-Dietrich Strelow śledzi związki pomiędzy ekologią i monarchią. Zastrzega się na wstępie, że nie chodzi mu o dynastyczne nostalgie, ale o wspólną wizję świata. Współczesne państwa przemysłowe cechuje przeakcentowanie aspektów technicznych i racjonalnych. Manifestuje się to również w strukturach politycznych, które zorganizowane są tak jak struktury mechaniczne, i dlatego – jak każda aparatura – prą ku jeszcze większej wydajności i optymalności osiągalnych dzięki racjonalizacji i centralizacji. Ład monarchiczny jest tego przeciwieństwem: jest symbolem organicznie rosnącej formy i ciągłości ponad epokami. Monarchia jest „wyrazem zbiorowych prawd”, ponieważ monarchiczny mit ma korzenie, które nie tkwią w techniczno-racjonalnym myśleniu. Idea monarchiczna związana jest z pojęciem oikos. Greckie oikos, od którego pochodzi słowo „ekologia” to tyle co dom jako chroniąca i żywiąca jedność, ojczyste miejsce dla rodziny, służby i zwierząt domowych. Jako praforma władzy politycznej „dom” jest rodzajem monarchii w mikroskali z ojcem na szczycie. Dom przechodzi w ród, ród w naród, i to co pojawiło się w rodzinie jako zarodek widzimy później jako państwo. Jeśli odwrócić perspektywę, wówczas wszystkie relacje i ustroje noszą piętno wielkiej rodziny. Ponieważ ta rodzina, ten “dom” jest nie do pomyślenia bez ojca jako głowy rodziny, stąd monarchię możemy traktować jako praformę świata i państwa. To mówili już dawni konserwatyści. Dziś możemy się powołać na antropologów. Np. Maurice Bloch stwierdził, że identyfikacja z rodziną królewską dlatego jest tak silna, ponieważ symbolizuje ona mistyczną prarodzinę trwającą wiecznie. Być może właśnie wówczas, kiedy rodzinne więzy składa się w ofierze materialistycznej dowolności, odżywają tęsknoty monarchiczne. Philipp Wolf-Windegg odwołując się do studiów C. G. Junga odsłonił psychologiczne sprężyny myślenia monarchicznego: wizja królestwa jest symbolem „kosmicznej całości” a więc częścią organicznego odczucia świata. Inny ważny aspekt pokazujący związek politycznej ekologii i monarchii, to okoliczność, że obalenie monarchii było rezultatem „odczarowania świata” (Max Weber) czyli tego procesu nowoczesności, który doprowadził do zniszczenia chłopskiego społeczeństwa i do władzy technokratów. Może nawet ważniejsze jest umiejscowienie monarchy: podczas gdy republikański prezydent reprezentuje szczyt linearnie zbudowanego systemu państwowego, to zgodnie z idealnym obrazem monarchii, król jest „ponadpartyjnym” jądrem wspólnotowego organizmu. Przypada mu rola rozjemcy codziennych politycznych sporów. Lub jak to ujął Lao-Tse: monarcha jest odpowiedzialny za zachowanie harmonii i równowagi sił w świecie. Ważną zaletą monarchii jest to, że gwarantuje utrzymanie struktury federalistycznej. To właśnie monarchów w dużym stopniu cechowała tolerancja wobec różnorodności narodów, grup etnicznych, stanów i korporacji żyjących na terytorium ich królestwa. A więc monarcha jako ten, który przynosi ekologiczne wybawienie? Z pewnością nie jest to odpowiedź na palące kwestie współczesności. Zbyt wyraźnie brzmią w uszach słowa Reinholda Schneidera, że wizja monarchii w świecie bomby atomowej i zniszczenia natury jest anachronizmem. Powinniśmy jednak pamiętać o tym, że dawna zasada monarchiczna, czerpiąca z oikos bliska jest nam ekologom. Być może ma rację Ernst Jünger twierdząc, że człowiek wyposażony jest w „niemożliwy do wykorzenienia instynkt monarchiczny”.
I jeszcze dwie informacje wyłapane przez redakcję w prasie codziennej. Holenderski przedsiębiorca reklamuje swój produkt wart 270.000 marek – elektronicznie sterowany automat do dojenia krów, który ‘pracuje 24 godziny na dobę, aby zapewnić ludziom i krowom optimum wolności”. I druga informacja: „Satelity mogą szukać zaginionych dzieci. Jednak dzieci musiałyby być wyposażone w specjalny odbiornik”. Okablować dzieci i po kłopocie.
VORDERSTE FRONT
Organ antysystemowej, narodowo-rewolucyjnej opozycji, zajmujący godne miejsce w corocznym raporcie niemieckiej policji politycznej, w swoim piątym numerze jak zawsze opowiada się za odbudową Rzeszy: „Korona Rzeszy leży dziś w błocie ulicy-kto ją podniesie i wywalczy, ten będzie ją nosił. Gdzieś z ciemności rozbrzmiewają jego kroki. Czekamy na niego walcząc”. Poza tym pismo przedstawia tradycje religijne Japonii, przypomina meksykański ruch “Złotych Koszul” i żegna zmarłego na emigracji w Hiszpanii legendarnego towarzysza walki Corneliu Codreanu i jego następcę w Legionie Michała Archanioła, więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego. Był nim oczywiście Horia Sima. Głównym tekstem tego numeru jest obszerny artykuł zatytułowany „Przyszłość Stanów Zjednoczonych”. Nie sposób go w całości streścić, ograniczymy się więc do przedstawienia niektórych wątków. Anonimowy autor artykułu (anonimowy ze względu na policję polityczną) pisze, że pod wieloma względami Związek Radziecki i USA były do siebie podobne. Pierwszy chciał stworzenia „człowieka radzieckiego”, drugie chcą stworzyć „człowieka amerykańskiego”. Podobnie jak ZSRR Stany Zjednoczone nie są takim samym państwem jak inne, ale wierzą, że mają globalną misję do spełnienia. ZSRR i USA są przeciwieństwem państwa europejskiego opartego na zasadzie zakorzenienia. ZSRR był, a USA są potęgą światową w dużej mierze dlatego, że udało im się opanować pogrążone w politycznej agonii państwa europejskie.
W dalszym ciągu swojego artykułu autor przedstawia historię powstania i rozwoju USA, omawia geostrategiczne warunki Ameryki Północnej. Pisze również, że współczesna Kalifornia jest paradygmatycznym modelem Zachodu, idealnym centrum, krainą, za którą tęsknią ci, którzy wyznają zachodnie wartości. W Kalifornii mieszkaliby najchętniej wszyscy „Ludzie Znikąd”. Jest to kraj, gdzie zlewają się w jedno wszystkie leitmotywy Zachodu nie wchodząc z sobą konflikt: słodkie nieróbstwo i pomysłowość rodem z naukowego laboratorium, hipermodernizm drapaczy chmur lub przemysłu informatycznego oraz neoprymitywizm dziewiczej natury, szare megalopolis i rajska łagodność ogrodów, wieczne wakacje i mrówcza pracowitość. Kalifornia jest kondensacją Zachodu, Superameryką będącą kulminacją a zarazem stacją końcową zachodniej cywilizacji. Jest absolutnym przeciwieństwem autentycznej, przywiązanej do ziemi Europy, odwrotnością europejskiego mitu. Od lat sześćdziesiątych wszystkie ataki na to, co naprawdę europejskie pochodzą z Kalifornii. Ta histeryczna kraina, sztuczne jezioro, do którego spływają strumienie imigrantów jest miejscem „nie-historii”, „nie-dziania się” a równocześnie miejscem bezustannie zmieniających się mód. Kalifornia niczego nie wynalazła, wszystko ściągnęła z Europy, aby to zniekształcić, pozbawić wszelkiego sensu, przyozdobić szalonymi disneylandzkimi ornamentami i zaprezentować światu. Jako punkt zbiorczy szaleństwa, zwierciadło naszych bubli i naszej dekadencji wylała się kalifornitis na powojenną generację europejskiej młodzieży, która oduczyła się własnej kultury i padła ofiarą długiego ciągu iluzji i parodii tradycyjnego ducha Europy. Ta kraina nad Ocanem Spokojnym jest krainą fantazji, a nie akcji, tam nie przeżywa się, nie doświadcza życia, lecz je śni.
Autor artykułu zastanawia się, jaka będzie przyszłość Ameryki. Ktoś np. mógłby zadać znane pytanie, ile dywizji ma Meksyk. Na początku wieku Meksyk liczył 13,6 milionów mieszkańców, w 1989 roku 84,3 miliony, na początku następnego tysiąclecia będzie miał najprawdopodobniej 105 min mieszkańców. Cały czas trwa napór Meksykanów na północ, Los Angeles jest dziś drugim co do wielkości meksykańskim miastem. Geograficzna bliskość kraju pochodzenia, więzi łączące meksykańskich imigrantów z ojczyzną sprawiają, że ich sytuacja jest zasadniczo odmienna od sytuacji innych nie-europejskich imigrantów. Ich wielka ilość, geograficzne skoncentrowanie na południowym zachodzie, inny podkład rasowy i religijna homogeniczność zapobiegają choćby językowej integracji. Dlatego nie jest czymś niemożliwym, że to hiszpański może stać się nawet językiem urzędowym. Jest także rzeczą bardzo istotną, że Meksykanie przybywający na południowy zachód USA me czują się imigrantami, ale Meksykanami, którzy przenieśli się z jednej części swojego kraju do drugiej, którą kiedyś im odebrano i która okupowana jest przez obce państwo. Według tej logiki, to nie oni, lecz Angloamerykanie są imigrantami, którzy muszą się dopasować. Ewentualne zwycięstwo języka hiszpańskiego skłoni białą ludność tych stanów do przeniesienia się bardziej na północ. Wówczas logiczny stanie się podział stanów południowo-zachodnich. Część „meksykańska” nie będzie de facto odróżnialna od Meksyku. Również Kalifornia będzie dzielić się na dwie części: północną zamieszkałą prawie wyłącznie przez białych oraz środkową i południową zaludnioną przez biało-meksykańsko-azjatycko-afrykańską mieszaninę.
Istotna jest także kwestia Ouebecu dążącego do secesji (w podręcznikach do historii prowincji Saskatchewan są trzy linijki na temat Ouebecu, w podręcznikach Ouebecku trzy linijki na temat Saskatchewanu). Gdyby do niej doszło, Kanada straciłaby rację bytu. Nowa Funlandia poszłaby własną drogą, podczas gdy pozostałe prowincje atlantyckie mogą się przyłączyć do niej lub Stanów Zjednoczonych. Niepewny jest los Ontario stanowiącego demograficzne, gospodarcze i historyczne centrum Anglokanadyjczyków, bo żyje tam, we wschodniej części silna mniejszość franko-kanadyjska. Kolumbia Brytyjska spogląda na Pacyfik i ma wspólne interesy geopolityczne z pacyficznymi stanami USA. Ale Kanada bez obu wybrzeży jest bez wartości. Trzy prowincje preriowe (Alberta, Saskatchewan i Manitoba) będą odkrywać własne interesy i częściową, wspólną tożsamość z sąsiednimi regionami USA. Nie należy nie doceniać czynników gospodarczych. Więzi gospodarcze są coraz silniejsze na kierunku północ-południe, a słabsze między prowincjami kanadyjskimi. Kwestią otwartą pozostaje, co będzie ze słabo zaludnioną Północą Kanady. Żyją tam zarówno biali, jak i ludność tubylcza.
Gdyby Kanada się rozpadła, to Stany Zjednoczone powiększyłyby się o niektóre prowincje kanadyjskie. Ale to zintensyfikowałoby równocześnie tendencje odśrodkowe. Przyłączenie Brytyjskiej Kolumbii i prowincji preriowych odepchnęłoby na większy dystans stany wschodnie i przyspieszyłoby opisane wyżej procesy w stanach południowo-zachodnich.
Coraz ostrzejszy staje się w USA problem murzyński. Aktywiści murzyńscy zaczynają traktować białych zwolenników segregacji rasowej nie jako wrogów, ale jako sojuszników. Obie grupy widzą w obecnym establishmencie wspólnego wroga nr 1. Jeśli Meksykanie odniosą sukces w walce o terytorialną autonomię, to tendencje do terytorialnej segregacji ras nasilą się jeszcze bardziej. Nie należy pomijać też stanów południowych, które są odpowiednikiem Ukrainy w ZSRR. Mimo tego, że wiele łączy Rosjan i Ukraińców czy Południowców i “Północniaków”, to wiele też ich dzieli. Dla Południa ważne są dwa procesy: po pierwsze exodus ludności murzyńskiej na Północ, po drugie fakt, że wielkie fale imigrantów, najpierw z Europy, a potem z innych kontynentów ominęły Południe. Dlatego nadal w pewnej mierze zachowało się na Południu poczucie odrębności. Gdyby kryzys obecnej Unii pogłębił się, kraj Dixie pójdzie własną drogą. Przy okazji autor artykułu prostuje niektóre nieporozumienia na temat Ku-Klux-Klanu. Po zwycięstwie Północy nastąpił na Południu okres tzw. przebudowy (Reconstruction): Południe zostało podporządkowane administracji wojskowej, która z kolei dała wolną rękę różnym podejrzanym typom napływającym z nimi z Północy w celu poszukiwania łatwego zarobku. Ręka w rękę przy wyzysku, okradaniu i maltretowaniu zwyciężonych działali podjudzeni Murzyni i rodzimi przestępcy. Wówczas powstała organizacja samopomocy Ku-Klux-Klan, która stworzyła “Invisible Empire” czyli „Południowe państwo podziemne”, istniejące równolegle do administracji okupacyjnej. Było ono solidarnie wspierane przez Południowców i spełniało funkcje policyjne, sądowe i administracyjne. Z reguły tworzyli je ludzie, którzy zajmowali stanowiska w odpowiednich instytucjach przed wojną domową. Ku-Klux-Klan wywalczył zniesienie administracji wojskowej, i ludzie Klanu powrócili na swoje wcześniej zajmowane stanowiska. W tym momencie istnienie Klanu straciło sens i organizacja w naturalny sposób zniknęła. Założony w 1915 roku w Georgii Ku-Klux-Klan lub organizacje powstałe po przymusowej integracji rasowej noszą tą samą nazwę, ale zarówno jeśli chodzi o cele, jak i skład socjalny wyraźnie różnią się od pierwotnego Klanu.
Wbrew szeroko rozpowszechnionym opiniom poszczególne rasy w USA wcale nie żyją razem. Stosunkowo słabe zaludnienie kontynentu pozwalało Białym przez długi czas uciekać przed problemami. Po wymuszonej integracji rasowej, każdy, kto mógł sobie na to pozwolić, przeprowadzał się poza miasto. Większość dzielnic jest homogeniczna pod względem rasowym. Tylko w niewielu miastach funkcjonuje komunikacja miejska łącząca dzielnice kolorowe (biedniejsze) z białymi (bogatszymi). Nawet w stanach południowych są całe okręgi, gdzie nie mieszka żaden Murzyn. Co cieka-we, czegoś takiego nie było przed zniesieniem ustawowej segregacji rasowej! Gotowość do wspólnego życia z innymi rasami raczej więc zmalała niż się zwiększyła. Wynika to stąd, że po utracie tożsamości etnicznej (choć obserwować też można dziś tendencję powrotu do korzeni etnicznych), głównym czynnikiem tożsamości stała się rasa, która jest tym samym w USA, co w Europie narodowość. Okoliczność, że walka rasowa w USA zawsze pozostawała potencjalną możliwością, jest powodem, że idea walki klasowej nigdy nie zakorzeniła się w USA tak jak w Europie. Dla Stanów Zjednoczonych istnieją dwie drogi: ewolucja obecnego stanu rzeczy w kierunku statycznego społeczeństwa typu indyjskiego, gdzie klasowe i rasowe sprzeczności utrwalone są w postaci systemu kastowego, albo krwawa wojna rasowa, która stworzy nowe narody i państwa. Jeśli nie uda się utrzymać „anglojęzycznego Amerykanina” jako prototypu obywatela USA, krajowi grozi libanizacja. Jeśli w USA wybuchnie rewolucja, to będzie to rewolucja „rasistowska” i zakończy się zniszczeniem tych, którzy przegrają albo podziałem kraju i stworzeniem rasowo homogenicznych organizmów państwowych, czemu towarzyszyć będą wypędzenia i przesiedlenia.
Inny aspekt życia amerykańskiego to bierność polityczna obywateli. Podawane w Europie dane o 40-50 procentach biorących w wyborach są mylące. Albowiem obejmują one tylko zarejestrowanych wyborców. Tymczasem tylko połowa uprawnionych do głosowania wpisuje się do rejestrów wyborczych. Oznacza to, że 50% to tak naprawdę 25%. Prezydent wybrany niewielką większością głosów wybrany zostaje przez 13% obywateli. Co drugiemu Amerykaninowi jest całkowicie obojętne, który z dwóch kandydatów wygra. Przy wyborach innych niż prezydenckie frekwencja wyborcza jest jeszcze niższa. Ale kiedy pojawia się rzeczywiście alternatywna kandydatura (lub za taką jest uważana) frekwencja wyborcza wyraźnie rośnie. Tak było w przypadku wyborów gubernatorskich w Luizjanie, gdzie w 1991 roku startował okrzyczany jako rasista David Duke. Oznacza to, że duża część wyborców nie bierze udziału w wyborach, ponieważ, ich zdaniem, nie dają one żadnego wyboru, a ludzie z establishmentu politycznego mają w rzeczywistości te same poglądy i te same cele. Innymi słowy sporo ludzi w USA pojmuje, bardziej instynktownie niż rozumowo, że przy wyborach chodzi jedynie o to, który pajac jest lepszą marionetką dla tych, co naprawdę rządzą.
STANY ZJEDNOCZONE
CHRONICLES. A MAGAZINE OF AMERICAN CULTURE
W numerze 3 (1995) R. Cort Kirkwood podaje nieco danych na temat imigracji. Między rokiem 1980 a 1990 liczba ludzi, którzy mówią w domu językiem innym niż angielski wzrosła o 37%. Między rokiem 1986 a 1991 liczba studentów, którzy nie mówią dobrze po angielsku wzrosła o 50%. Połowa ludności Los Angeles mówi w domu innym językiem niż angielski. 50% imigrantów nie mówi dobrze po angielsku (a 25% z nich to ci, którzy w ogóle nie mówią po angielsku lub mówią bardzo słabo). Llewellyn H. Rockwell jr wspomina Ronalda Reagana, który rządził dwie kadencje i nie spełnił żadnej „konserwatywnej” obietnicy wyborczej. Deficyt budżetowy wzrósł trzykrotnie, budżet zwiększył dwukrotnie, nastąpiło sześć podwyżek podatków, zwiększyła się władza policji federalnej, powstały dwie nowe agencje rządowe, wojska amerykańskie nadal patrolowały cały świat. Twarda prawica zawsze mówiła, że Reagan to neokonserwatysta, czyli liberał udający konserwatystę. Twierdziła, że Reagan znajdował się zawsze pod wpływem holywoodzkich lewicowców, był ukochanym prezesem czerwonych związków zawodowych a jego bohaterem był dyktator Franklin Delano Roosevelt. Jako prezydent Reagan nie zrobił nic, co by zaprzeczało tym opiniom.
Thomas Fleming analizuje proces przejmowania w USA coraz większych kompetencji władczych przez Sąd Najwyższy. Tym samym problemem zajmują się dwaj profesorowie prawa William J. Ouirk i R. Randall Bridwell. Sąd Najwyższy uzurpuje sobie prawo być jedyną i ostateczną instancją, jeśli chodzi o interpretowanie zgodności ustaw federalnych i stanowych z konstytucją. Zaczyna to przypominać absolutyzm sędziowski podobny do władzy Sędziów w dawnym Izraelu. Konstytucja USA jest dziś de facto Konstytucją Sędziowską – to sędziowie interpretują ją, reinterpretują, wypełniają istniejące w niej luki a w niektórych przypadkach nawet „unieważniają” ją. Autorzy przypominają np., że w 1986 roku sędzia William Brennan stwierdził publicznie, że kara śmierci jest karą „niezwykłą i okrutną” czyli taką, której stosowanie jest zabronione przez Ósmą Poprawkę. Autorzy twierdzą, że Sąd Najwyższy stał się nie tylko „trzecią izbą ustawodawczą”, ale uzurpuje sobie wiele kompetencji władzy wykonawczej. Ma on nieograniczoną władzę definiowania własnej kompetencji. Żałosny stan bezpieczeństwa publicznego i innych dziedzin np. oświaty, którymi bardzo często zajmuje się Sąd Najwyższy najlepiej świadczy o tym, jak kraj wychodzi na sędziowskiej władzy.
Ronin Colman (biznesman z Republiki Teksasu) w artykule “Federalizm vs. secesja” optuje za secesją Południa, o ile nie nastąpi powrót do zasad prawdziwego federalizmu. Nie może być zgody na rządy waszyngtońskiej kleptokracji, która zagarnia coraz więcej kompetencji, które kiedyś posiadały stany. Z jednej strony coraz więcej jest ustaw ograniczających prawo do posiadania broni, a równocześnie funkcjonariusze 53 agencji rządowych posiadają broń i mogą dokonywać aresztowań. Kongres nawet nie zamruczy, kiedy agenci federalni zachowują się jak obce wojska okupacyjne, dokonując najść na mieszkania bez pukania do drzwi w maskach i strojach typu ninja. W stanach południowych rozmiarów masowych nabiera oddolny ruch „Dziesiąta Poprawka/Suwerenność Stanowa/Secesja”. Jego aktywiści uważają, że jeśli daremne okażą się wszystkie sposoby restauracji konstytucyjnego federalizmu, to jedyną drogą uniknięcia tyranii rządu federalnego i jego wspólników z Sądu Najwyższego będzie rozwiązanie unii lub legalna secesja. Profesor Michael Hill prezes The Southern League napisał na łamach „The Southern Patriot”: „Liga Południowa nie postuluje obalenia rządu Stanów Zjednoczonych; przeciwnie, życzymy sobie po prostu, żeby Południowców pozostawiono w spokoju i żeby mogli kierować swoimi sprawami tak niezależnie jak to było pod konstytucją z roku 1787″. Ludzie na Zachodzie i na Południu mówią: albo nastąpi powrót do litery i ducha konstytucji albo poszczególne stany będą miały moralną, polityczną i prawną legitymizację do tego, aby swobodnie kształtować swoje losy.
Samuel Francis zastanawia się, dlaczego taką burzę wywołały w USA dwie książki na tematy rasowe: „Krzywa Bella: Inteligencja i struktura klasowa w życiu Ameryki” Richarda J. Herrensteina i Charlesa Murray‘a oraz “Rasa, ewolucja i zachowanie” J. Phillipe‘a Rushtona. Francis przypomina, że Murray musiał opuścić w 1990 roku neokonserwatywny Manhattan Institute, ponieważ wyraził chęć zbadania i napisania pracy na (zakazany) temat rasowych różnic w inteligencji. Większość krytycznych recenzji z tej pracy była albo niemerytoryczna albo nierzetelna. Głupotą wyróżnił się Richard Neuhaus, który na łamach konserwatywnego „National Review“ stwierdził, że „społeczeństwo zależy od tabu i zakazów, więc autorzy nie powinni publikować swojej pracy”. Inne czasopisma takie jak „New Republic” czy „New York Review of Books” sięgnęły do rutynowych argumentów oskarżając Murray‘a i Herrensteina, że są „neonazistami” lub opierają się na „neonazistach”. Podobnie potraktowano książkę Rushtona. Jest to zrozumiałe, ponieważ obie książki (dość łagodnie) kwestionują egalitarne i środowiskowe ideologie stanowiące fundament demoliberalnego państwa menedżerskiego. Jeśli bowiem dogmat, że ludzie i ich zachowanie są tylko wytworami ich społecznego środowiska, nie jest akceptowany bez zastrzeżeń, wówczas zasadnicza wiara państwa menedżerskiego – możliwość planowania, przebudowy, inżynierskiego manipulowania i kierowania socjalnymi i gospodarczymi instytucjami przy pomocy scentralizowanego rządu – okazuje się wiarą daremną i w konsekwencji aparat państwa menedżerskiego nie ma żadnego sensu poza utrzymaniem politycznej i kulturalnej władzy elit, które zależą od istnienia tego aparatu. Dlatego wyżej wymienione książki nie zostały potraktowane jako zwykłe intelektualne faux pas ale jako bezpośredni atak na obecną klasę intelektualną i mitologie, które podtrzymują jej panowanie. Kiedy ktoś obserwował jak intelektualno-dziennikarska awangarda państwa menedżerskiego atakuje książki i ich autorów, miał wrażenie, że ta awangarda jest jak zwierzę złapane w pułapkę, którego przerażone i pełne paniki oczy szukają gorączkowo drogi ucieczki.
Tezy Herrensteina i Murray‘a są już od dawna dość dobrze znane: inteligencja człowieka jest w bardzo dużym stopniu dziedziczna, ma wpływ na sukces życiowy i na wiele socjalnych patologii. Mimo histerycznej wrzawy liberalnych mediów, ta część książki, która jest poświęcona zależności ilorazu inteligencji i rasy, raczej rozczarowuje. Herrenstein i Murray mają taka samą progresywistyczną fobię na punkcie problematyki rasowej jak ich krytycy. Stwarzają wrażenie, że nie są pewni, czy coś takiego jak rasa w ogóle istnieje i unikają jak tylko mogą używania słowa „rasa”. Swoje wnioski na temat zależności ilorazu inteligencji i przynależności rasowej opierają głównie na wcześniejszych badaniach prof. Richarda Lynna. Stwierdził on, że amerykańscy Murzyni, których genetyczne wyposażenie zawiera znaczną domieszkę “białych” genów spowodowaną wcześniejszym krzyżowaniem rasowym, mają iloraz inteligencji przeciętnie o 15 punktów niższy niż biali Amerykanie, natomiast Murzyni „bardziej czyści rasowo” o 30 punktów niższy. Niezależnie od wszystkich uników stosowanych przez Herrensteina i Murray‘a ich książka dowodzi, że rzeczywiście istnieją różnice pod względem inteligencji zależne od rasy i że większość tych różnic ma charakter genetyczny. Wpływ na różne dziedziny życia w Ameryce mają fakty opisane w książce: 1) mała dzietność ludzi z wyższym ilorazem inteligencji, 2) wysoka dzietność ludzi z niższym ilorazem inteligencji, 3) napływ imigrantów z grup o niskim ilorazie inteligencji (około 57% legalnych imigrantów ma iloraz inteligencji znacznie poniżej ilorazu inteligencji białych Amerykanów; przeciętny iloraz inteligencji u imigrantów wynosi poniżej 100 punktów).
Polityczne i społeczne recepty zalecane przez Herrensteina i Murray‘a są ambiwalentne. Duża część tych recept to zrewidowane i złagodzone formy etatystycznej i egalitarystycznej polityki praktykowanej w tym stuleciu. Zdają się oni akceptować większość egalitarystycznych, redystrybucjonistycznych i etatystycznych założeń tej polityki. Dlatego przy lekturze ich książki nieodparcie przypomina się opinia Jamesa Burnhama, że neokonserwatyści, chociaż sami o sobie sądzą, że zerwali z doktryną lewicy, nadal zachowują „liberalną gestalt” i nie oczyścili się z lewicowych reakcji moralnych i psychicznych. Niemniej, Herrenstein i Murray dostarczyli mocnych argumentów przeciw egalitaryzmowi i za znaczną redukcją poziomu rządowej interwencji w rynek i stosunki społeczne, nawet jeśli ich konkretne propozycje są sprzeczne z wnioskami i tezami, jakie zawarli w swojej książce. „Krzywa Bella” jest pracą znaczącą, lecz jej znaczenie wynika bardziej z kontrowersji, jakie wzbudziła i z faktu, że naruszyła pewne tabu niż z samej jej treści. Dziwna niechęć autorów do wyjścia poza to, co wynika z ich wyliczeń, której towarzyszą przemilczenia na temat przyszłości amerykańskiego społeczeństwa, ich strach przed jakimikolwiek uogólnieniami, ich wykręty w sprawie rasy, ich lęk przed możliwością oskarżenia o to, że są „nieliberalni”, ich przywiązanie do fundamentalnych wartości egalitarnych i politycznej struktury, która się na nich opiera, sprawiają, że ich długo oczekiwana książka przynosi więcej rozczarowania niż to konieczne.
Inaczej jest z książką prof. Rushtona „Rasa, ewolucja i zachowanie”. Rushton, ceniony psycholog z Uniwersytetu w Western Ontario był wielokrotnie oszczerczo atakowany na łamach kanadyjskiej prasy, szczuto na niego lewicowy motłoch, potępiali go ministrowie, grożono mu wyrzuceniem z pracy a nawet postawieniem przed sądem na mocy osławionego Race Relations Law. Wszystko to dlatego, że ośmielił się dyskutować kwestię różnic rasowych. Biorąc pod uwagę reakcje na jego książkę, wolno by było przypuszczać, że chodzi o płomienny traktat polityczny. Ale tak nie jest. Przeciwnie, praca Rushtona jest bardziej poważna i beznamiętna niż ta Herrensteina i Murray‘a. Rushton pisze ogólnie o różnicach genetycznych i o genetycznej bazie wielu rozmaitych rodzajów ludzkiego zachowania. Pokazuje istotne dziedziczne korelacje (niezależne od rasy) dla takich zachowań jak altruizm i agresja, poziom aktywności, skłonność do przestępstw, dominacja, emocjonalność, seksualność, psychopatologia, a nawet postawy polityczne czy religijne oraz inteligencja. Równocześnie dokumentuje różnice rasowe, zarówno fizyczne, jak i mentalne i behawioralne np. rozmiary czaszki i mózgu, poziom testosteronu, kształt genitaliów.
Różnice mentalne pomiędzy rasami nie są natury tylko psychologicznej, ale, jak wykazały badania Arthura Jensena nad czasem reakcji, mogą mieć, np. gdy chodzi o inteligencję, bazę neurologiczną. Przy badaniach rozmiarów mózgu stosuje się dzisiaj rezonans magnetyczny, co pozwala dokładniej ustalać różnice rasowe. Rushton, idąc śladami innych badaczy, wykazuje, że istnieje ścisły wzór rasowego zróżnicowania w takich cechach jak: przedsiębiorczość, aktywność, przestrzeganie reguł, siła popędu seksualnego, wymiary genitaliów, inteligencja i rozmiar mózgu. Wskazuje również na wymagające dalszych badań różnice rasowe, jeśli chodzi o poczucie rytmu, zapach ciała, siłę głosu, strukturę kości, muskulaturę i biochemiczną fizjologię. Inaczej niż Herrenstein i Murray Rushton nie ma żadnych wątpliwości, że podział na rasy jest czymś całkowicie realnym. Poglądowi, że rasa jest tylko społecznym konstruktem, twierdzi, zaprzecza świadectwo biologii. Specjaliści medycyny sądowej potrafią rozpoznać przynależność rasową nie tylko badając proteiny we krwi czy informacje zawarte w DNA, ale też rozmiary i kształt czaszki. Rushton w odróżnieniu do Herrensteina i Murray‘a unika politycznych postulatów, ale w zakończeniu swojej książki krytykuje teorie egalitarystyczne. Egalitaryści powtarzają bowiem stale tę samą śpiewkę, że już choćby samo zwracanie uwagi na różnice pomiędzy rasami nieuchronnie prowadzi do ludobójstwa. Rushton uważa, że to nie naukowe teorie skłaniają jednych ludzi do mordowania innych. Nie istnieje też żadna ideologia, która nie mogłaby stać się usprawiedliwieniem dla nienawiści i mordu – dotyczy to jak najbardziej ideologii równości, jak pokazuje to przykład Rewolucji Francuskiej czy bolszewickiej. To nie teorie o naturze ludzkiej, lecz totalitaryzm w służbie fanatyzmu sprawia, że ludzie są mordowani.
Cliff Kincaid poddaje analizie „prawdziwego Rusha Limbaugh”. Pisze, że Limbaugh – żarliwy reaganista nie głosował na Reagana; Limbaugh – obrońca wartości rodzinnych dwa razy się rozwodził; Limbaugh – głoszący, że „Chrystus jest odpowiedzią” nie chodzi do kościoła; Limbaugh – zwolennik silnej armii i amerykańskiego interwencjonizmu uniknął służby w wojsku w okresie wojny wietnamskiej; Limbaugh – gorący zwolennik Republikanów i multimilioner dał w latach 1992- 94 marne tysiąc dolarów na Partię Republikańską. Zapewne, nikt nie jest doskonały i nie zawsze głoszone poglądy zbieżne są z życiową praktyką. Ale przecież istnieć musi jakiś związek pomiędzy stosowaną retoryką polityczną i moralną. Nie może być tak, że konserwatyści głoszą powrót do tradycyjnych wartości, a potem to wszystko jest ośmieszone, bo wychodzi na jaw, że mają nieślubne dzieci lub uwikłani są w afery homoseksualne. W przypadku Limbaugh nie chodzi jednak tylko o rozbieżność pomiędzy głoszonymi poglądami a życiem, co nie byłoby jeszcze największym złem, chociaż trudno być wiarygodnym komuś, kto ubolewa nad wzrostem liczby rozwodów w USA mając na koncie dwa rozwody – zawsze może przynajmniej ożenić się po raz trzeci (jak zrobił Limbaugh) i ogłosić to światu jako dowód przywiązania do wartości rodzinnych. Chodzi także o same jego poglądy. Widać wyraźną ewolucję Limbaugh na lewo. O ile np. w początkach swojej kariery protestował on ostro przeciw aborcji i prawom dla homoseksualistów, o tyle dziś rzadko porusza te tematy. Limbaugh nie tylko udzielił wywiadu “Playboyowi” i „Penthousowi”, ale pojawił się w programie wyprodukowanym przez przyjaciół Clintona i zaczął nadawać w eterze reklamy „New York Timesa”! Limbaugh ewoluuje od twardego konserwatyzmu do „konserwatyzmu umiarkowanego”, który tylko w szczegółach różni się od demoliberalizmu. Limbaugh w coraz mniejszym stopniu porusza ważne tematy społeczne i kulturalne skupiając się na problematyce gospodarczej. Limbaugh z dobrymi efektami zwalczał projekt reformy służby zdrowia proponowany przez Clintona, ale wszedł w alians z clintonistami popierając NAFTA i GATT. Coraz wyraźniej widać, że Limbaugh chce uznania ze strony „holywoodzkiej lewicy” i że chciałby brylować na koktailach organizowanych przez demoliberalną elitę na Manhattanie. Limbaugh tak bardzo zdryfował na lewo, że stał się głównym wodzirejem burmistrza New York City Rudolpha Giuliani, który ma osiągnięcia jeśli chodzi o zwalczanie przestępczości, a który równocześnie maszerował w „gay rights paradę” i nakazał policji chronić nielegalną demonstrację w obronie „praw” pedofilów. Tenże Giuliani poparł liberalnego ideologa Mario Cuomo na gubernatora. Zdesperowany Limbaugh tłumaczył mętnie swojej publiczności, że to wszystko stąd, że Giuliani zawsze chciał być Demokratą – fakt, którego Limbaugh wcześniej nie zauważył.
Limbaugh zajmuje bardzo niejasne stanowisko w sprawie imigracji. Oświadczył, że rozumie dlaczego Kalifornijczycy chcą zakończyć opiekę socjalną dla nielegalnych imigrantów, a równocześnie poparł swoich „przyjaciół” Benneta i Kempa, którzy nadal chcieli opiekować się nielegalnymi imigrantami (neokonserwatysta Kristol uznał, że Kemp i Bennet wykazali się “prawdziwą polityczną odwagą”!). Limbaugh stał się, twierdzi Kincaid, tubą propagandową starego, lewicowego czyli rockefellerowskiego skrzydła Partii Republikańskiej (dziś bez Rockefellera). Co najgorsze Limbaugh przyjmuje pozy intelektualisty, „Doktora Demokracji”. Jego „Institute of Advanced Conservative Studies” rozdaje dęte stopnie „naukowe” tym, którzy chcą je kupić. Z pewnością Limbaugh odniósł sukces – przynajmniej finansowy, nic dziwnego, bo jak sam stwierdził, w „słodkim powietrzu wolności wysiłek i osiągnięcia są najlepiej wynagradzane. To jest największa obietnica Ameryki, której Ameryka zawsze dotrzymuje”. A tymczasem po raz pierwszy w historii największą procentowo grupą emigrującą ze Stanów Zjednoczonych są tu urodzeni Amerykanie – ich liczbę szacuje się na 250.000 rocznie. Konserwatyści, konkluduje Kincaid, niewiele już mogą oczekiwać od Rusha Limbaugh. Będzie on już tylko robił pieniądze – dla sprawy konserwatywnej jest raczej stracony.
Poza tym w numerze Frank Brownlow pisze o Philipie Larkinie, Arnold Beichman o biografii Clintona, James J. Novak o Keynesie, Michael Hill nawołuje ludność stanów Południa, aby tworzyła “regularną milicję”, co przewiduje Druga Poprawka, i nie dopuściła do tego, aby rząd w Waszyngtonie pozbawił ją prawa do noszenia broni, bo jeśli zostanie rozbrojona, to otworzy się droga do osiągnięcia zasadniczych celów: obalenia konstytucji, zbudowania państwa policyjnego i rozpuszczenia Stanów Zjednoczonych w „Nowym Porządku Światowym”. I jeszcze ciekawostka z artykułu Jacoba Neusnera na temat antysemityzmu (można podziwiać wysiłek autora dokonującego rozróżnień pomiędzy: nienawiścią do Żydów, antyjudaizmem, antysemityzmem, szczuciem na Żydów, antyizraelizmem, antysyjonizmem itd.) Neusner podaje, że Żydzi służący w armii fińskiej walczyli ramię w ramię z esesmanami przeciw bolszewikom. Tak to się dziwnie plecie na tym kochanym świecie – dodajmy od siebie.
W numerze kwietniowym Michael Hille pisze o mordzie dokonanym na 19-letnim Michaelu Westermanie z Elkton (Kentucky). Został on napadnięty i zastrzelony przez czterech młodych, czarnych mężczyzn. Jak stwierdziła policja „zamordowali go oni, ponieważ na swoim samochodzie umieścił flagę Południa”. O sprawie informowały lokalne media i to krótko, bo zajęły się zaraz trzema płonącymi krzyżami, które pojawiły się w okolicy. Dla mediów i dla FBI płonące krzyże są ważniejsze niż zamordowanie człowieka. Jedna z gazet napisała, że mordercy sądzili, że ich celem jest „rasista”. Można się domyślać, że gdyby ofiara mordu była “rasistą”, to wszystko byłoby w porządku. Gdyby mordercami byli biali młodzi ludzie a ofiarą Murzyn (np. ubrany a la Malcolm X), to sprawa trafiłaby na czołówki ogólnokrajowych gazet. Ale biała ofiara nie wzbudza w mediach sympatii, gdyż ta zarezerwowana jest dla lekarzy-aborcjonistów lub czarnych „kierowców” z Los Angeles. Należy obserwować, czy szefowie wymiaru sprawiedliwości Imperium Amerykańskiego uznają, że płonące krzyże są gorszym przestępstwem niż zamordowanie człowieka. Jeśli tak, to ludzie wierni dziedzictwu Południa muszą zacząć się bronić sami.
Samuel Francis zaczyna swój artykuł „Gonstycki Newt” od opisu „umysłowości studenta drugiego roku”. Posiadacz takiej umysłowości już co nieco przeczytał, ale nie potrafi rozróżnić, które idee są wartościowe, które nie, a które wreszcie są po prostu idiotyzmami. Nie wszyscy ludzie wyrastają z „umysłowości studenta drugiego roku”. Zdarza się, że pozostają na tym poziomie, robią doktoraty a niekiedy są nawet wybierani do Kongresu. Chyba jednak tylko raz na sto lat zdarza się, żeby człowiek o „umysłowości studenta drugiego roku” został spikerem Izby Reprezentantów. A tak jest dziś. Konsekwencje płynące z faktu, że ktoś o takiej umysłowości jest obdarzony realną władzą polityczną, mogą być znacznie gorsze od konsekwencji referatu napisanego przez studenta drugiego roku. Kiedy Newt Gingrich zaczął publicznie głosić swoje idee, Amerykanie mieli prawo być zdumieni. Obywatele, którzy głosowali na Republikanów, uczynili to, ponieważ chcieli obniżenia podatków, zwiększenia bezpieczeństwa na ulicach, zredukowania biurokracji, ściślejszej kontroli nad imigracją i ograniczenia aktywności Ameryki w różnych częściach globu. Żaden z wyborców nie przypuszczał, że głosując na Republikanów, głosuje za przyspieszeniem globalnej transformacji porównywalnej do tej, jaka dokonała się w okresie neolitu przy przejściu od nomadyzmu do rolnictwa i życia osiadłego, oraz do Rewolucji Przemysłowej XVIII wieku. A właśnie o takiej transformacji marzy Newt Gingrich i ku takim zmianom chce poprowadzić swój kraj, jeśli nie całą planetę.
Za swoim guru, popfuturologiem Alvinem Tofflerem Gingrich nazywa tę transformację „Trzecią Falą”. Spiker Izby Reprezentantów wziął wraz z Tofflerem udział w konferencji „Virtual America” sponsorowanej przez Fundację Postępu i Wolności, którą kieruje jego były doradca Jeff Eisenach. Na konferencji tej wystąpiła niezwykle sympatyczna, lecz całkowicie bezmózgowa Arianna Huffington propagująca swoje teorie o „Czwartym Instynkcie”. Odłóżmy jednak na bok “Czwarty Instynkt” i zajmijmy się „Trzecią Falą”, która według Tofflera jest epokową zmianą społeczną, gospodarczą i polityczną wywołaną pojawieniem się komputerów i innych postindustrialnych technologii. Przyniesie ona nowy sposób życia, nową strukturę rodziny, nowe instytucje czyli nową cywilizację – „pierwszą naprawdę ludzką cywilizację na naszej planecie”. Po rewolucji neolitycznej i Rewolucji Przemysłowej surfujemy teraz pod światłym przewodnictwem Newta Gingricha ku ostatecznemu celowi jakim jest „high-tech happyland”. Okazuje się, że Gingrich wierzy w to wszystko tak samo, jak student drugiego roku wierzy we wszystko, co przeczyta w „New York Timesie”. W swojej książce „Window of Opportunity” Gingrich zachwala nam różne cuda techniki, którymi będziemy się mogli rozkoszować w “nowej erze” np. „home video – Computer system” na bieżąco rejestrujący obraz twojego basenu kąpielowego, albo „personalized health chair”, dzięki któremu będzie można ustalić sobie odpowiednią dietę itd. itp. Występując na konferencji „Virtual America” Gingrich powiedział, że ma takie poglądy od wielu lat. Możemy przypuszczać, że jedyne, co się zmieniło, to to, że Newt Gingrich wyraźniej dostrzega rolę, jaka przypadła właśnie jemu w poprowadzeniu Ameryki, a może i całego świata ku „Trzeciej Fali”. Porównując obecne czasy z końcem XVIII wieku, Gingrich przypomniał, że Adam Smith był prorokiem ery przemysłowej a brytyjski premier William Pitt Młodszy tym, który poprowadził Brytyjczyków w „Drugą Falę”. Analogia jest oczywista: dzisiaj prorokiem jest Alvin Toffler a Gingrich jest Pittem Młodszym. Tu warto nadmienić, że Gingrich znany jest z pochłaniania książek o księciu Wellingtonie, Bismarcku i F. D. Roosevelcie a jego przemówienia zawierają często aluzje do tych postaci, szczególnie do Roosevelta, który jest chyba dla niego wzorem współczesnego męża stanu. To dużo mówi o ambicjach obecnego spikera Izby Reprezentantów.
Każdy, kto zna myśl Erica Voegelina rozpozna od razu, że cała ta ideologia „Trzeciej Fali” to nic innego jak przejaw współczesnego „gnostycyzmu”. Według Voegelina „gnostycyzm” ma cztery główne zasady: 1) koncepcja historii jako sekwencja trzech epok, z których trzecia jest Trzecim Królestwem, ostatnim etapem dziejów, w którym osiągnięta zostanie doskonałość świata, społeczeństwa i człowieka; 2) prorok wypracowujący teorię; 3) charyzmatyczny lider realizujący teorię w praktyce; 4) „braterstwo autonomicznych osób”, czyli klasa, partia, rasa czy inna zbiorowość będąca historycznym podmiotem świeckiego zbawienia. Dziś Trzecim Królestwem jest „Trzecia Fala”, prorokiem Alvin Toffler, liderem Newt Gingrich, “autonomiczną wspólnotą osób” ci, którzy wierzą w „Trzecią Falę” i niekwestionowane przywództwo Newta Gingricha. Prorok i jego lider przekonują nas, że „Trzecia Fala” jest antytezą totalitaryzmu i przyniesie więcej decentralizacji, więcej wolności, więcej szans dla jednostki etc. Oczywiście nie oni pierwsi tak mówią. Głoszą tę “nową ewangelię” różni ludzie „na prawicy” tacy jak Jude Wanninski, George Gilder, Vin Weber i Jack Kemp. Niestety, może się okazać, że wszystko będzie dokładnie odwrotnie niż myśli sobie Newt Gingrich i inni “trzeciofalowcy”. Skomputeryzowany system kontroli ciała, choroby, diety itd. ułatwi zadanie scentralizowanej biurokracji. Komputer będzie „podejmował decyzje” za jednostkę. To samo da się powiedzieć o innych nowych technologiach. Ktoś “podłącza się” do networków, baz danych itp., których nie zbudował i których nie kontroluje. Wszystkie te gadżety i usługi bez wątpienia posiadają pewną wartość – od opieki nad niepełnosprawnymi do poprawienia poziomu gry w golfa, ale sądzić, że mogą one przynieść człowiekowi wolność, to wielkie złudzenie. Komputery i nowe technologie dają możliwość takiego zniewolenia człowieka, o jakim nawet się nie śniło gnostyckim prorokom i liderom z przeszłości. Twierdząc, że technologie a nie ludzkie idee, moralne wartości i społeczne instytucje czynią nas wolnymi, Newt Gingrich w pełni podpada pod definicję gnostyka. Sama wiara w technologię jest rodzajem gnozy. Kiedy wreszcie technologia nas oświeci (a potem wyzwoli) swoim blaskiem, to nie tylko nie będziemy już potrzebować takich urządzeń jak książki, ale całej, zmurszałej struktury tradycyjnej cywilizacji, którą Mr. Toffler z radosnym szczebiotem odsyła na śmietnik. Zdehumanizowana wizja przyszłości roztaczana przez Lidera Gingricha może na krótką metę przynieść pewną dozę decentralizacji, kiedy jednak maszyny „Trzeciej Fali” zastąpią społeczne instytucje i moralną dyscyplinę, to nie sądźmy, że pozostanie nam wiele wolności.
W artykule „Haiti i Imperium Amerykańskie” Llewellyn H. Rockwell Jr pisze, że po zakończeniu Zimnej Wojny amerykańscy neokonserwatyści podzielili się na dwa obozy: uniwersalistyczny i neonacjonalistyczny. Uniwersaliści dowodzą, że amerykańska polityka zagraniczna powinna mieć jeden zasadniczy cel – krzewienie socjalnej demokracji na całym globie przy pomocy siły militarnej. Dla prominentnych rzeczników tego obozu takich jak Greg Fossedal, Ben Wattenberg i Josh Muravchik żadne miejsce na świecie nie powinno być wolne od błogosławieństwa rządów neokonserwatystów narzuconych przez Departament Stanu, CIA i armię. A co, jeśli inne kraje nie chcą socjalnej demokracji zainstalowanej przez Amerykę? To jest nieuprawnione pytanie, nieuprawniona myśl. Dla uniwersalistycznych neokonserwatystów jedynie ksenofobowie mogą twierdzić, że nie każdy życzy sobie państwa opiekuńczego, powszechnego głosowania, praw obywatelskich i wyborów co cztery lata. Skoro, według uniwersalistów, Amerykanie powinni zrezygnować ze swojej kulturalnej tożsamości, to tym bardziej powinny to zrobić inni. A wówczas otworzy się droga do stworzenia „powszechnego narodu”.
Neokonserwatywni neonacjonaliści reprezentowani przez takie postacie jak lrving Kristol, Jeane Kirkpatrick i Charles Krauthammer zgadzają się w zasadzie z uniwersalistami. Ale zgłaszają sprzeciw. Oczywiście, mówią, wszystkie państwa powinny mieć socjalną demokrację, ale nie zawsze leży w narodowym interesie Ameryki wysyłanie gdzieś uzbrojonych „social workers”. Dla neonacjonalistów istnienie niedemokratycznego reżimu na naszej półkuli nie jest lepszym czy gorszym powodem do interwencji niż gdyby istniał on za oceanem. Neonacjonaliści nie czynią geograficznych dystynkcji. Czym w takim razie jest „interes narodowy”? O tym rozstrzygają neokonserwatywne elity odpowiedzialne za politykę zagraniczną biorąc pod uwagę wiele czynników, których nie można wyliczyć przed zaistnieniem sytuacji krytycznej takiej np. jak zagrożenie dla permanentnej sex party w kuwejckim pałacu. Na pewnej płaszczyźnie wewnętrzne dyskusje wśród neokonserwatystów są sztuczne. Oba obozy chcą potężnej armii, gigantycznego budżetu na cele pomocy zagranicznej, rzesz ekspertów od polityki zagranicznej, rozbudowy agencji szpiegowskich. Oba popierały wojnę z Irakiem, domagały się interwencji w Bośni, oklaskiwały radośnie bombardowanie rzekomych spiskowców szykujących zamach na George‘a Busha, chcą zniszczenia Korei Północnej i ślinią się na samą myśl o drugiej wojnie z Irakiem. Ale nie ma wśród nich zgody, co do wszystkich wojen. Neonacjonaliści nie chcieli interwencji na Haiti, w Somalii i Rwandzie, gdyż obawiali się, że te akcje zdyskredytują militaryzm. Ale nawet uniwersaliści mieli kłopoty z inwazją na Haiti, kraj, gdzie rządzi voodoo, gdzie wśród mas panuje przemoc i analfabetyzm, gdzie nie istnieje nic, co choćby podobne było do rządów prawa. Dla bezpieczeństwa Ameryki nie ma żadnego znaczenia, czy Haiti jest rządzone przez Aristide‘a, kapłanów voodoo czy jednego z ich zombies. Jako ludzie cywilizowani, życzymy Haitańczykom jak najlepiej. Jako obywatele i podatnicy mówimy: wasze kłopoty to wasze kłopoty. Podobnie myśleli nasi prekursorzy ze Starej Prawicy w grudniu 1914 roku, kiedy amerykańscy marines zostali wysłani na Haiti, aby skonfiskować 500.000 dolarów w złocie z haitańskiego skarbca, które zdeponowano w National City Bank w Nowym Jorku. Kiedy nastąpiła już pełna inwazja w lipcu 1915 roku, National City Bank przejął skarb Haiti i zmusił ówczesne władze do pożyczenia od siebie 40 mln dolarów na wysoki procent. Wojska amerykańskie zajęły wówczas haitańskie urzędy celne, aby zagwarantować spłatę kredytu. Zastępca Sekretarza Marynarki Franklin D. Roosevelt oświadczył w 1920 roku: „Fakty są takie, że to ja napisałem konstytucję Haiti [1918], i jeśli wolno mi tak powiedzieć, sądzę, że jest to całkiem dobra konstytucja”. Dlaczego dobra? Ano dlatego, że zmieniła pochodzące z 1804 roku prawo zabraniające cudzoziemcom posiadania ziemi na Haiti. Dzięki temu amerykańskie korporacje mogły, pod osłoną amerykańskiego wojska, skonfiskować 260.000 akrów najlepszej ziemi uprawnej.
W wiele lat później prezydent Eisenhover wysłał marines na Haiti, aby pomogły utrzymać się przy władzy „prozachodniemu” Papie „Doc” Duvalierovi. „Prozachodni” oznaczało wówczas i oznacza dziś „będący własnością USA”. Nie wiadomo dokładnie, w jakim celu wysłał wojska na Haiti prezydent Clinton. Wiemy natomiast, że amerykańscy żołnierze maszerowali wzdłuż i wszerz kraju, wyważali drzwi do prywatnych domów i firm, konfiskowali prywatną broń zachęcając tym samym motłoch to rabowania i niszczenia wszystkiego, co mu wpadło w rękę. Uwięziono zwolenników dawnego reżimu, zamknięto stacje radiowe i gazety, aresztowano każdego, kto miał broń lub sprzeciwiał się rządowi Stanów Zjednoczonych. Wyglądało to tak, jak chętnie robiłby Clinton w Ameryce. W pierwszym swoim przemówieniu po ustanowieniu go prezydentem przez Stany Zjednoczone Aristide nawoływał tłumy, aby rabowali wszystkich tych, których uważają za zwolenników dawnego reżimu.
Dziś mówi się, że interwencja była udana. Haiti otrzymało rząd socjalistyczny z elementami voodoo, amerykańscy podatnicy już wypłacili temu rządowi pół miliarda dolarów pomocy, a to dopiero początek. Lata upłyną, aż jakiś rewizjonistyczny historyk odsłoni sieć wzajemnych interesów, które były przyczyną interwencji. Wiemy dziś, że zamieszana w całą aferę była rodzina Mevs operująca zarówno w Miami jak i w Port-au-Prince, której wynajęty człowiek z Waszyngtonu to znajomy Clintona z młodości. Wiemy, że wszyscy czarni kongresmeni zostali przekupieni po to, żeby dali akcji odpowiednią „rasową” przykrywkę. Wiemy wreszcie, że głównym punktem przerzutu narkotyków nie jest już Mena (Arkansas), lecz Port-au-Prince.
Naszym proamerykańskim centroprawicowcom dedykujemy opinię Ewy M.Thompson z jej artykułu „Pariasi i faworyci w Europie Środkowo-Wschodniej”: „Innym kawałkiem tego puzzla jest głęboko zakorzenione w amerykańskich elitach uprzedzenie wobec katolicyzmu, wyznania, do którego przyznaje się 98% Polaków. Antykatolicyzm jest ciągle antysemityzmem intelektualistów. Tak długo jak Polska pozostanie Polską, czyli tak długo, jak długo Polacy będą odmawiać zredukowania chrześcijaństwa do rozmiarów prywatnego hobby, tak długo traktowani będą przez amerykańską klasę rządzącą jak niedotykalni”.
FREEDOM NETWORK NEWS
W numerze listopadowym z zeszłego roku Jarret Wollstein atakuje nową ustawę o ochronie zdrowia przyjętą w sierpniu 1996 roku przez Kongres i podpisaną przez prezydenta. Na 328 stronach ustawy można znaleźć rzeczy, od których włosy się jeżą z przerażenia. Wprowadza ona nowe typy „przestępstw w dziedzinie opieki zdrowotnej”. Likwiduje w praktyce prywatność w dziedzinie medycznej. W ciągu 18 miesięcy ma powstać krajowa sieć komputerowa pozwalająca na przekazywanie bez zgody pacjentów ich danych chorobowych. Kiedy system zacznie działać poufne informacje na temat zdrowia pacjentów będą dostępne wszystkim agencjom rządowym z urzędem podatkowym włącznie. Lekarze (i szpitale), którzy odmówią dostarczenia danych o swoich pacjentach nie otrzymają pieniędzy od prywatnych firm ubezpieczeniowych lub od Medicare czy innych rządowych programów opieki zdrowotnej. Ustawa przewiduje drakońskie kary zarówno dla lekarzy, jak i pacjentów za popełnienie „healthcare crimes”. Za udzielenie fałszywej informacji można otrzymać do pięciu lat więzienia. Kara do dziesięciu lat więzienia grozi tym, którzy dokonają oszustw w ramach jakiegoś programu rządowego w dziedzinie ochrony zdrowia. Takim oszustwem może być przepisanie przez lekarza lub przyjęcie przez pacjenta jakiejś formy opieki medycznej, którą rządowi biurokraci uznają za „zbędną” czy za drogą. Celem tych przepisów jest ograniczenie kosztów przy pomocy kontrolowania rozmaitych kosztownych środków i usług medycznych.
James R. Elwood w artykule „Bill & Hillary Clinton: mafijne wartości rodzinne” pisze o skandalach i tajemnicach związanych z karierą Billa Clintona. Oprócz znanej afery Whitewater Elwood wymienia cały szereg innych przypadków korupcji, w które zamieszany był Clinton, jego żona i ich współpracownicy i znajomi. W swojej książce” UKŁAD: Bush, Clinton i CIA “ były oficer wywiadu lotniczego, inżynier i pracownik operacyjny CIA Terry Reed opisuje szczegóły swojej działalności w Arkansas i Meksyku przy nielegalnym popieraniu Contras w Nikaragui przez CIA i rząd Reagana. Reed pomagał zakładać tajne firmy produkujące broń w Arkansas i w Meksyku, szkolił pilotów z Contras na lotnisku w Menie (Arkansas). Brał udział w transferach pieniędzy organizowanych przez współpracowników Clintona – ówczesnego gubernatora Arkansas. Reed odkrył, że samoloty CIA wracały z Ameryki Środkowej przywożąc gotówkę i duże ilości kokainy. Większość gotówki była prana przez Arkansas Development Finance Authority. Reed uczestniczył w tajnym spotkaniu, w którym uczestniczyli Oliver North, William Barr (później prokurator generalny Busha), gubernator Clinton i agent Mossadu. Krótko potem operacja w Arkansas została zakończona. Nikt nie udowodnił, że Bill Clinton kogoś zamordował lub był zamieszany w jakieś morderstwo. Ale nikt nie może zaprzeczyć, że ciągnie się za nim ślad martwych ciał. Do 1996 roku było co najmniej 26 przypadków śmierci ludzi, którzy mogli coś wiedzieć o brudnych sprawkach Clintona lub jego bliskich przyjaciół. Najbardziej znany przypadek to śmierć Vinca Forstera, który pracował dla Clintonów. Istnieją poważne dowody, że Forster w ciągu kilku lat przed swoją śmiercią odbył liczne podróże do Szwajcarii. Są poszlaki, że liczni przedstawiciele obu głównych amerykańskich partii otrzymywali wypłaty z kont szwajcarskich i Forster nadzorował te operacje. 20 lipca 1993 roku ciało Forstera zostało znalezione w waszyngtońskim parku. Uznano to za samobójstwo, ale analizy kryminologiczne wykazują, że Forster został zamordowany gdzie indziej a jego ciało dopiero później przewieziono do parku. Ludzie Clintona łamiąc normalną policyjną procedurę przeszukali biuro Forstera, zanim pozwolili na to policji. Samobójczy list Forstera został znaleziony sześć dni później w torbie, która była już wcześniej przeszukana i w której nic nie znaleziono. List był podarty na 27 kawałków i nie miał odcisków palców. Wiele przypadków śmierci zostało uznanych za samobójstwa, mimo iż na ciele ofiar były rany postrzałowe. Inne mają charakter gangsterskich porachunków. Dwaj nastolatkowie z Arkansas Kevin lves i Don Henry byli świadkami nielegalnych operacji przeprowadzanych niedaleko Meny. Ich ciała znalezione zostały na torach przejechane przez pociąg. Lekarz stanu Arkansas Fahmy Malik uznał, że obaj „zasnęli na torach”. Ale drugi koroner stwierdził, że jeden z chłopców został pchnięty nożem w plecy a drugiemu rozbito głowę kolbą rewolweru. Potem położono ich na torach. Na tym samym terenie zostało zamordowanych jeszcze sześciu świadków. Inne ofiary to Jerry Parks, który był szefem ochrony w kampanii prezydenckiej Clintona, kobieta, z którą Clinton miał romans w 1978 roku, oraz agent CIA w Menie Barry Seal. W żadnej z tych spraw nikt nie został aresztowany. Nie musi to być nic dziwnego, jeśli pamiętamy jak prokurator generalny Janet Reno gmatwała śledztwo w sprawie Whitewater. Terry Reed pokazuje też, jak Ed Meese i William Barr gmatwali śledztwo w Menie, aby chronić administrację Republikanów.
3 kwietnia zeszłego roku sekretarz handlu Ron Brown i 34 amerykańskich przedsiębiorców zginęło w katastrofie amerykańskiego samolotu wojskowego niedaleko Dubrownika w Chorwacji. Uznano to za tragiczny wypadek. Ale później pojawiły się wątpliwości. Nick Guarino, redaktor biuletynu “Wall Street Underground” opublikował raport wskazujący na niektóre zagadkowe okoliczności katastrofy. Według raportu opartego na informacjach wysokich czynników wojskowych chorwacki szef obrony Niko Jerkuic został przekupiony przez agentów amerykańskich, aby wyłączył odpowiedni sygnał radiowy i kazał nadać inny kierując samolot wprost na pobliską górę. Jerkuic „popełnił samobójstwo” dwa dni później (miał rany postrzałowe w piersiach). „Samobójstwo popełnił” również kontroler lotów. Według raportu telewizje chorwacka, rosyjska i francuska podały, że na miejscu katastrofy odnaleziono „czarną skrzynkę” i przekazano marynarce wojennej USA. Dowództwo sił amerykańskich w Europie podało, że samolot posiadał „czarną skrzynkę”. Tymczasem ogłoszono oficjalnie, że w samolocie nie było „czarnej skrzynki”. Po raz pierwszy w historii lotnictwo wojskowe USA nie przeprowadziło dochodzenia w sprawie katastrofy. No i okazało się, że taśmy z wieży kontrolnej zniknęły! Nick Guarino analizuje 11 afer korupcyjnych, w które zamieszany był Brown (wcześniej jeden z głównych liderów Partii Demokratycznej). Afer tych nie udało się zatuszować i Brownowi groziło, że zostanie postawiony w stan oskarżenia. Miał grozić Clintonowi, że będzie sypał, jeśli dochodzenie nie zostanie umorzone. W kilka tygodni później samolot z Brownem rozbił się, Clinton ogłosił go bohaterem i dochodzenie zostało umorzone. Nie ma dowodów, że Clinton miał coś wspólnego ze śmiercią Browna, ale wiele niejasności całej sprawy wymagałoby wnikliwego dochodzenia.
Republikanie mający większość w Kongresie mieli w 1995 roku znakomitą okazję, aby przycisnąć Clintona i odsłonić jego ciemne sprawki, ale nie uczynili tego. Także w kampanii prezydenckiej Robert Dole skupił się na seksualnych aferach Clintona i jego skłonnościach do marihuany. Republikanie, poza wiedzą na temat rządów Clintona w Arkansas, mieli także inną amunicję. Dokonali oni kontroli ksiąg finansowych Izby Reprezentantów za okres 40 lat panowania Demokratów w Kongresie. Z przecieków wiadomo, że wyniki tej kontroli były przerażające, wykryty zasięg korupcji po prostu olbrzymi. W kierownictwie Republikanów jedni chcieli natychmiast opublikować wyniki kontroli, drudzy uważali, że należy je ujawnić w sezonie wyborczym. Ale nie zrobiono nic!
Nie należy się dziwić, że Republikanie postanowili nie ruszać Clintona. Byli szantażowani przez Demokratów: jeśli wy będziecie grzebać w Whitewater i innych sprawach, to my wyciągniemy waszą rolę w Menie a także wasze grzechy i grzeszki. Tym sposobem anglosaski system „check and balances” sprawdził się w praktyce. Republikanie są zainteresowani utrzymaniem status quo. Mają słuszne powody obawiać się, że utrącając Clintona mogliby zachwiać całym systemem politycznym, którego także oni są beneficjentami.
