«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO POSTKONSERWATYWNE” NR 32 (1998)

10.31.17 | brak komentarzy

Z CZASOPISM,  „STAŃCZYK. PISMO POSTKONSERWATYWNE” NR 32 (1998)

ROSJA

PRAWOSŁAWNAJA BIESIEDA

W numerze 2/97 moskiewskiego dwumiesięcznika prawosławnego znaj-dujemy artykuł o.Maksyma Kozłowa zatytułowany „Post Vaticanum II”. Rosyjski teolog poddaje analizie z prawosławnej perspektywy zmiany, jakie zaszły w Kościele rzymskokatolickim po Soborze. Pisze on min, że Sobór rozpoczynał się w atmosferze kryzysu w całym katolickim świecie, np. w samych tylko Stanach Zjednoczonych kapłaństwo porzucało około tysiąca księży rocznie, widoczny był też spadek liczby wiernych w kościołach. Nie było tak, jak mówią dziś niektórzy, że kryzys był skutkiem Soboru, w rzeczywistości zauważalny był on już wcześniej. Sobór miał być odpowiedzią na te negatywne zjawiska, a jego postanowienia przyniosły ogromne zmiany w życiu Kościoła. Dziś Sobór ten kojarzy się przede wszystkim z bezprecedensową w dziejach chrześcijaństwa reformą – reformą rzymskokatolickiej praktyki liturgicznej, polegającą min. na przetłumaczeniu tekstu Mszy św. na języki narodowe (autor pomija tu jeszcze ważniejsze zagadnienie, jakim jest zmiana samego rytu mszalnego – red). Bezprecedensową dlatego, że po raz pierwszy w historii chrześcijaństwa pojawiły się i zostały wprowadzone modlitwy, w tym kanony eucharystyczne nie będące owocem rozwoju życia kościelnego, lecz wynikiem pracy komisji teologicznych. Mimo, że tłumaczeń dokonały nadzorowane przez lokalne episkopaty komisje, rezultaty okazały się dalekie od oczekiwanych. Wielu katolików w rozmowach z autorem artykułu narzekało na zanik sakralnego charakteru nowej liturgii kościelnej i ich zdaniem to właśnie Novum??? Ordo spowodowało jeszcze większą niż przed Soborem ucieczkę wiernych z Kościoła. Jak zauważa o.Kozłow Sobór zalecił pielęgnowanie tradycji śpiewu gregoriańskiego w parafiach w Europie, pragnąc ograniczyć rzewną i nazbyt zmysłową post-barokową muzykę kościelną. Jednakże zalecenie to nie jest przestrzegane. Z kolei w krajach o innej niż europejska tradycji zaadaptowano miejscową kulturę muzyczną a nieraz i taneczną na potrzeby liturgii. O ile w niektórych, raczej rzadkich przypadkach praktyka taka jest dopuszczalna, o tyle uznanie jej za normę nie powinno w żadnym wypadku mieć miejsca. Jej owocem będzie poganizacja chrześcijańskich obrzędów, jak ma to miejsce np. w brazylijskich rytuałach condoble czy kubańskiej santerii. Ojciec Kozłow przywołuje tu rozważania Włodzimierza Sołowjowa na temat chrztu Rusi. Był on w pewnym sensie narodową ofiarą, rezygnacją z wielkiej części dawnej ludowej tradycji. Było to bolesne porzucenie „ciemności pogaństwa” w ewangelicznym, ontologicznym sensie tego słowa. Również i dziś prawdziwa ewangelizacja nie jest możliwa bez podobnych ofiar ze strony pogańskich lub półpogańskich narodów. Tymczasem posoborowi misjonarze wybrali ślepą uliczkę, inkorporując różnorakie religijno-kulturalne tradycje do katolicyzmu.

Rosyjski teolog zwraca uwagę na jeszcze jeden wyróżnik posoborowej reformy liturgicznej. W nowym Mszale Rzymskim widać tendencję do powrotu do bardzo dawnych modlitw, nieraz wręcz modlitw z czasów kościoła pierwotnego. Wiele nowych modlitw – w tym nowe kanony eucharystyczne – wzorowano na starożytnych modlitwach, zarówno wschodnich, jak zachodnich. Tym niemniej ta próba powrotu do źródeł nie przyniosła pożądanych rezultatów. Zamiast recepcji tych modlitw przez wiernych mamy raczej poczucie, że nastąpiło przerwanie wielowiekowej, rozwijającej się organicznie tradycji. To nie tyle „powrót do źródeł” co „podcięcie korzeni”. Reformy posoborowe to również znaczne skrócenie na Zachodzie obowiązkowych dla świeckich modlitw prywatnych (w Kościele prawosławnym tzw. modlitwy domowe są bardzo obszerne i mają formę skróconej liturgii godzin) oraz usunięcie z kalendarza wielu starożytnych świętych z niezwykle racjonalistycznym uzasadnieniem, że ich historycznej egzystencji nie da się udowodnić. To wreszcie skandaliczne skrócenie postu eucharystycznego do jednej godziny przed przyjęciem Eucharystii, co równa się de facto likwidacji tego postu. Oczywiście, pisze o. Kozłow Kościół rzymskokatolicki zachował swą substancję dogmatyczną (dogmat trynitarny z Filioque, prymat i nieomylność biskupa Rzymu, nowe dogmaty maryjne). Jednakże pierwsze co rzuca się w oczy przy rozmowach z posoborowymi katolikami, zarówno duchownymi, jak świeckimi to „protestantyzacja” ich stosunku do kościelnego autorytetu. Mimo, że Kościół rzymskokatolicki uchodzi za kościół autorytetu, ich postrzeganie świata nie jest hierarchiczne lecz demokratyczne i pluralistyczne. Powoduje to zachowania paranoidalne – np. podczas ostatniej papieskiej pielgrzymki do Francji niektórzy wierni „w ramach protestu” publicznie odwoływali obietnice chrztu, by w chwilę po tym otwartym akcie apostazji udzielać dziennikarzom wywiadów, w których podkreślali swój katolicyzm, przywiązanie do Kościoła itp. W zakończeniu swojego artykułu o.Kozłow powraca do Soboru Lokalnego rosyjskiego Kościoła, który obradował w latach 1917-18. Porównując materiały Soboru Lokalnego z dokumentami Vaticanum II znaleźć można olbrzymią ilość podobieństw. Dlatego też głosy niektórych współczesnych rosyjskich teologów wyrażających się na temat tego Soboru w samych superlatywach powinny być traktowane z nieufnością. Zapewne nie było przypadkiem, że tylko jedna z soborowych decyzji – przywrócenie patriarchatu zlikwidowanego przez Piotra I – została wprowadzona w życie. Oczywiście można mówić, że „przeszkodziła rewolucja i bolszewicy…”, ale my, jako ludzie wierzący, powinniśmy rozumieć, że zmiana warunków historycznych i Opatrzność to dwie różne rzeczy, konkluduje autor.

MOSKWA

Miesięcznik założony w 1957 roku, już w czasach radzieckich nastawiony narodowo i zawsze drukujący dobrą prozę i poezję. Od kilku lat pismo redagowane przez Leonida Borodina zdecydowanie ewoluuje na prawo. W marcowym numerze z tego roku Paweł Tiurin pisze o ikonie i carze, jako o formach Boskiej obecności w świecie. Nie chodzi tu oczywiście o oddawanie czci należnej wyłącznie Bogu osobom ludzkim czy dziełom sztuki. Jak pisze Tiurin od czasu upadku prarodziców w Raju człowiek utracił możliwość bezpośredniego oglądania Boga, pozostało w nim jednak głębokie pragnienie „odzyskania wzroku duchowego”. Jednym z przejawów owego pragnienia jest nieusuwalny z natury ludzkiej instynkt monarchiczny. Chęć posiadania ziemskiego monarchy – ojca jest w istocie próbą odtworzenia zniszczonej relacji między ludzkością a Królem Niebios. Istnieje szereg podobieństw w statusie ikonografii i monarchii. Bizantyjski kanon ikonograficzny zawiera w sobie nie tylko takie formy jak pojedyncze ikony, ikonami są również w jego rozumieniu świątynie, monastery, ikonostas w cerkwi. Św. Jan z Damaszku, jeden z czołowych obrońców kultu ikon pisał, że ikonami (obrazami) są również proroctwa starotestamentowe, ikoną Boga Ojca jest jego Syn, wreszcie każdy człowiek jest uczyniony „na obraz” swojego Stwórcy. Podobnie monarcha jest na ziemi ikoną Pana, stwierdza w ślad za bizantyjską tradycją Tiurin.

W kwietniowym numerze pisma wyróżnia się artykuł Iriny Miedwiediewej i Tatiany Szyszowej poświęcony programowi edukacji seksualnej przygotowanemu dla Rosji przez tzw. Międzynarodową Federację Planowania Rodziny (MFPR). Autorki stwierdzają na wstępie, że program „testowany” będzie tylko w miastach północnej i środkowej Rosji, bowiem jego autorzy obawiali się gwałtownego sprzeciwu wspólnot muzułmańskich na południu kraju. W chwili obecnej w Rosji panuje najgłębszy od kilkuset lat kryzys demograficzny, a mimo to celem programu jest ograniczenie liczby urodzeń. W programie nie można znaleźć choćby śladu tego, co zwykło nazywać się polityką prorodzinną, za to mnóstwo miejsca poświęca się “bezpiecznemu seksowi” i antykoncepcji. Nie ma też mowy o fakultatywności programu. Można spodziewać się, że jeśli „testowanie” programu zakończy się sukcesem (a na pewno tak właśnie się zakończy) to zostanie on wprowadzony jako obowiązkowy do rosyjskich szkół. Autorzy programu deklarują troskę o zdrowie rosyjskiej populacji. Dlatego też warto zobaczyć jak wpłynęło chociażby na zdrowie Amerykanów wprowadzone tam do szkół w roku 1970 wychowanie seksualne. Mamy więc: dwukrotny wzrost aborcji dokonywanych przez nastolatków, siedemdziesięcioprocentowy wzrost zachorowań na raka piersi dzięki pigułkom, plagę impotencji i lawinowy wzrost ilości gwałtów, narkomanię wśród dzieci („luz” w sferze seksu łatwiej osiągnąć „wyluzowując się” uprzednio narkotykami), dziesięciokrotny (!) przyrost liczby homoseksualistów wreszcie pedofilię, w Ameryce częściej określaną jako „child abuse”. Na szczególną uwagę zasługuje tu problem pedofilii, tym bardziej, że Rosja jest obecnie terenem chętnie penetrowanym przez zachodnich pedofilów. Rozpowszechnienie się pedofilii to jeden z najbardziej zatrutych owoców rewolucji seksualnej. Jeśli raz została zniszczona bariera międzypokoleniowa, jeśli o „tych rzeczach” można otwarcie rozmawiać, dyskutować w szkole i w domu, oglądać, to czemu nie można „tego” robić razem ? Rodzice-rewolucjoniści z lat sześćdziesiątych nie wyszli poza granice teorii, ponieważ sami zostali wychowani w stosunkowo tradycyjny sposób. Ale ich dzieci to już pokolenie „post-seksualne”. Właśnie ono walczy dziś na Zachodzie o „depatologizację” seksu, w tym również o „zrewidowanie” stosunku do pedofilii. Cel wprowadzenia wychowania seksualnego jest więc jasny – nie idzie tu oczywiście o żadne zdrowie, lecz o zniszczenie „starej” kultury i zastąpienie jej kulturą „nową”. Chodzi tu konkretnie o ateistyczny humanizm.

Wart uwagi jest fakt, że przewodniczący MFPR Alan Guntmacher był jednym z sygnatariuszy tzw. Drugiego Manifestu Humanistycznego z 1973 roku. W dokumencie tym czytamy min., że „wiara w Boga jest bezpodstawna. Tradycyjna moralność nie jest w stanie zaspokoić potrzeb i aspiracji współczesnego człowieka”. Należy więc postrzegać wszystkie programy edukacji seksualnej w szerszej perspektywie, jako jeden z elementów dechrystianizacji niegdyś chrześcijańskich społeczeństw. Erich Fromm pisał o „pogaństwie ery industrialnej”, jednak zdaniem Miedwiediewej i Szyszowej jest to błędna interpretacja. W pogaństwie mamy do czynienia z całym panteonem bogów, z rozbudowanym systemem zakazów, nakazów i ograniczeń, w tym również i seksualnych, choć nieraz miały one odmienną postać od chrześcijańskich. W obecnych czasach należy więc mówić nie tyle o pogaństwie, co o archaizacji i prymitywizacji, o powrocie do czasów przedpogańskich. Ten proces prymitywizacji widoczny jest np. w sposobie mówienia o człowieku jak o jakimś lepszym, trochę doskonalszym gatunku zwierzęcia. W taki właśnie sposób mówi się o człowieku podczas zajęć z “wychowania” seksualnego. Oczywiście, piszą autorki, nie należy myśleć, że mamy do czynienia ze światowym spiskiem, mającym na celu starcie z powierzchni ziemi wszystkiego co święte i dobre. Obecna sytuacja jest po prostu zwieńczeniem ekspansji swobód demokratycznych rozpoczętej w początkach XX stulecia, choć bezspornie istnieją pewne grupy ludzi zainteresowane kontynuacją tych procesów. Są to ci kapitaliści, którzy zarabiają na „sex industry” oraz opłacani przez nich heroldzi – seksuolodzy. W czasach industrialnych przemysł miał na celu zaspokojenie potrzeb. Dziś, w epoce postindustrialnej, potrzeby są najpierw tworzone i podsuwane konsumentom, a potem oczywiście „zaspokajane”. Dlatego też „sex industry” to nie tylko producenci gumowych lalek, porno-filmowcy i wydawcy “świerszczyków”, to także propagatorzy edukacji seksualnej i last but not least terapeuci pracujący z ofiarami „child abuse”.

W dalszej części swojego artykułu autorki zastanawiają się jakie skutki może przynieść wprowadzenie w Rosji powszechnej edukacji seksualnej. Niebezpieczeństwo nie polega tylko na tym, że tego rodzaju nauki zacierają treść takich chrześcijańskich pojęć jak grzech, nieczystość czy tajemnica małżeństwa. Problemem jest to, że „wychowanie seksualne” wprowadzone w dowolnej kulturze uderza w typowy dla niej archetyp człowieka. Dla archetypu “człowieka zachodniego chrześcijaństwa” charakterystyczne są dwie cechy: poszanowanie prawa i większy niż na Wschodzie nacisk kładziony na pojęcie osoby oraz rozwinięta zmysłowość. Obie te cechy dają się prześledzić w historii zachodniej Europy, widać je np. w ewolucji prawa od czasów Średniowiecza do Kodeksu Napoleona, w ocierającej się nierzadko o cielesną zmysłowość mistyce hiszpańskiej, w wystroju barokowych kościołów. Tradycyjne poszanowanie porządku i w ogóle większa dyscyplina spowodowała, że rewolucja seksualna napotykała na pewien opór społeczny, choć z czasem stawał się on coraz słabszy. Archetyp “wschodniochrześcijański” jest inny – z jednej strony bardziej amorficzny, niechętny wobec sformułowań prawnych, wręcz anarchistyczny („każdy Rosjanin jest w duszy anarchistą”), z drugiej strony mniej zmysłowy, mniej cielesny. Nie jest przypadkiem, że w języku rosyjskim, posiadającym najbogatszą leksykę wśród języków europejskich nie ma, za wyjątkiem terminologii medycznej i wulgaryzmów, słów opisujących aktywność seksualną i narządy płciowe. Taki stan rzeczy widzimy wszędzie, gdzie prawosławie jest lub było religią dominującą. Jak pisał rosyjski teolog o.Paweł Florenski „istnieją pewne wewnętrzne warstwy życia, które powinny pozostać tabu nawet wobec własnego Ja. Należy do nich tajemnica płci”. Nie oznacza to, że Rosjanom obca jest miłosna namiętność. Ma ona jednak inną formę. Czytając Tołstoja, Kuprina czy Turgieniewa znajdujemy opisy miłości, w których w jakiś niezwykły sposób łączą się w harmonijną całość namiętność z czystością. Ludzie archetypu zachodniego są bardziej racjonalni i tego typu syntezę trudno im pojąć. Dlatego też dla kultury zachodniej typowe są raczej skrajności: albo niepohamowana namiętność albo pełniąca rolę społecznego hamulca obłuda. O inności wschodniego archetypu świadczy fakt, że kluczowy dla zachodniej kultury mit miłosny o Tristanie i Izoldzie nie dotarł nigdy poza położoną na „granicy światów” Białoruś. Nie dotarł, ponieważ dalej duchowy wpływ prawosławia był zbyt mocny i Kościół przeciwstawiał się rozpowszechnianiu opowieści gloryfikującej i romantyzującej zdradę małżeńską. Dziś, gdy prawosławie w Rosji dopiero się odradza i działa w warunkach konkurencji z innymi wyznaniami, szczególnie z amerykańskimi sektami, bardzo łatwo będzie skruszyć ów i tak już mocno nadwątlony archetyp. Dlatego to, co działo się na Zachodzie przez trzydzieści lat w Rosji może potrwać trzy lub pięć. Desakralizacja, niszczenie niepisanych kulturowych tabu jest zamachem na życie narodu, przemienia go w stado obywateli – idiotów zajętych wyłącznie wytwarzaniem dochodu narodowego i konsumpcją. Dlatego też w kwestii edukacji seksualnej nie może być mowy o żadnych kompromisach przestrzegają autorki artykułu.

W tym samym numerze Andriej Nowikow zajmuje się „metafizyką telewizji”, konkretnie telewizji rosyjskiej czasów Jelcyna. Pisze on, że Rosjanie postrzegają dziś siebie jako członków społeczeństwa, „w którym możliwe jest wszystko”. Co jednak sprawia, że „wszystko” staje się “możliwe”? Czy główną przyczyną nie jest wirtualna kultura telewizji, utwierdzająca ludzi w takim przekonaniu? Możliwość uczynienia czegokolwiek zawsze wiąże się z wyobrażalnością. Wyobrażenie poprzedza czyn. Dlatego właśnie przestępczość mafijna, morderstwa, gigantyczne afery gospodarcze, okultyzm i        satanizm uzyskują prawo do życia poprzez transmisję telewizyjną, która czyni je realnymi dla większości ludzi. Wszystkie te zjawiska istniały oczywiście wcześniej, ale właśnie post-komunistyczna telewizja, znajdująca się w odróżnieniu od Zachodu poza ścisłą kontrolą grup nacisku (raczej nie jest zdominowana przez żadną z grup – red.), spowodowała że ów film grozy zstąpił z ekranów i  wkroczył do codziennego życia ludzi. Czym jest informacja, doprowadzana za pośrednictwem telewizorów do naszych domów, pyta Nowikow. Jest ona transcendentalnym DNA materii, tajemniczą istotą wszechświata. Materia stała się de facto funkcją informacji, bo patrzymy na nią pod kątem jej zawartości informacyjnej W Rosji można dziś mówić o teledeterminacji życia. Wiele wydarzeń inscenizuje się pod kątem ich oglądalności w telewizji. Tak było w przypadku Sacharowa, który z trybuny Zjazdu Deputowanych zwracał się “do ludzkości”, tak było też gdy wojsko niszczyło moskiewski “Biały Dom” na rozkaz grającego główną rolę „aktora” Graczowa. Spiker telewizyjny Kisielów, prowadzący „Itogi” (program podsumowujący wydarzenia polityczne tygodnia) znajduje się dziś w rankingu stu najbardziej wpływowych polityków Rosji. Powstaje nowa teleologia: cel formułuje przyczynę, obraz formuje przedmiot. Zdaniem Nowikowa można mówić o metafizyce przekazu telewizyjnego.

Metafizyka to sfera „obiektywnej abstrakcji”, bardzo przypominająca świat informacji, szczególnie informacji telewizyjnej jako nadającej abstrakcji przedmiotowość. Dzięki telewizji rodzi się specyficzny, informacyjny totalitaryzm, w którym przedmiot utożsamia się z wyobrażeniem, społeczeństwo z widzami, rzeczywiste zdarzenie z “newsem”, realność z wirtualnością. Telewizja stała się w ciągu kilku ostatnich lat w Rosji kluczową technologią socjopolityczną umożliwiającą „lepienie” społeczeństwa niczym plasteliny, nie jest to już dawna propagandowa tuba, która budziła co najwyżej śmiech, lecz finezyjne narzędzie zdolne do prowadzania w tkankę społeczną nowych stereotypów i usuwania starych. Telewizja może dziś przemienić aluzję polityka, gest generała, intencję ideologa w fakt życia, w stan ducha milionów ludzi. Z drugiej strony telewizja staje się superbronią dopiero wtedy, kiedy istnieje Reżyser, a ten jest w dzisiejszej Rosji najwyraźniej nieobecny. Jest uwolniony z butelki dżinn, ale nie ma pana, który wydawałby mu rozkazy. Cóż więc widać na ekranie ? Zmaterializowaną anarchię ludzkich snów i pragnień, wszystkich koszmarów czających się w ludzkiej podświadomości. Telewizja może nas formować, ale może też zanurzyć nas w nas samych, wyciągnąć na wierzch całe zło zaczajone w głębinach ludzkiej psychiki.

Poza tym w numerach “Moskwy” powieść political fiction Jurija Kozłowa “Studnia proroków”, nowe opowiadania Walentyna Rasputina, hagiograficzna nowela Aleksego Sołonicyna (ten sam, który zagrał św. Andrzeja Rublowa w filmie Tarkowskiego) „Bramy niebios” oraz obszerny dział poetycki.

ROSSIJA XXI

Wydawany w Moskwie dwumiesięcznik polityczny powiązany jest z nurtem antyliberalnej opozycji patriotycznej. Jednym z czołowych autorów pisma jest znany „izolacjonista” Sergiusz Kurginian. W numerze 7-8 z 1996 roku pisze on min. o perspektywach rosyjskiej państwowości. Nie ulega wątpliwości, że obecnie w Rosji ma miejsce nie tyle kryzys, co realny zanik państwowości. Na prowincji, szczególnie tej oddalonej od Moskwy, nie kwitnie separatyzm, po prostu nie ma im prawie żadnych więzi z rządem. Z kolei prezydent Jelcyn to nie tyle żywa osoba, co abstrakcyjna substancja władzy, specyficzna spółka akcyjna, której udziałowcami są różne grupy interesów. Grupy te są dwojakiego rodzaju. Pierwsza z nich to ideokraci, zwolennicy modelu mobilizacji państwowej, państwowcy- „dierżawniki”, wpływowi wojskowi, druga – to bardziej sprzyjający rozwiązaniom liberalnym bankowcy i przemysłowcy, obydwie grupy mają swoich ludzi w finansowo-przemysłowych molochach, takich jak „Most”, „Oneksim” czy „Menatep”. Pięć takich molochów kontroluje obecnie około 40% gospodarki Rosji. Jest oczywiste, że wszelka propaństwowa polityka może być prowadzona jedynie na zasadzie sensownego parytetu sił między dwoma grupami. Liczni po obu stronach zwolennicy rozwiązań siłowych, całkowitego zniszczenia przeciwnika zdaniem Kurginiana mylą się. Rosyjska państwowość jest dziś za słaba na podobne wstrząsy, które nie przyniosłyby politycznej stabilizacji, lecz kompletny upadek. Wariant siłowy zamknąłby przed Rosją możliwość wypracowania tak potrzebnej jej dziś nowej polityki imperialnej. Kurginian, wbrew poglądom większości rosyjskich prawicowców, uważa że podstawowym założeniem takiej nowej polityki jest uznanie Rosji nie za odrębną cywilizację lecz za supermocarstwo. Jest to konieczne ze względu na instrumentalizację pojęcia cywilizacji dokonaną przez Samuela Huntingtona i przyjętą przez Amerykanów za normę ich polityki światowej. Cywilizacje opisane w pracy amerykańskiego politologa nie mają nic wspólnego z klasyczną nauką o cywilizacjach, zapoczątkowaną przez Danilewskiego i pogłębioną przez Toynbee’go. Nie są to podmioty historii lecz obiekty manipulacji. Dla Rosji nie ma właściwie miejsca w koncepcji Huntingtona, dlatego też należy porzucić myślenie strategiczne w tych kategoriach.

Rosja jest supermocarstwem i naturalną dla niej formą bytu państwowego jest uniwersalne, ponadnarodowe imperium. Fatalnym błędem rosyjskich elit początku lat 90. było porzucenie tej zasady. Wielu polityków uznało, że skoro bycie supermocarstwem jest dla Rosji niezwykle kosztowne to należy przestać nim być. Rzeczywiście Stanom Zjednoczonym łatwiej jest być supermocarstwem, gdyż choćby ze względu na specyficzne położenie geograficzne Ameryka jest mocarstwem naturalnym. Z kolei Rosja to kraj geograficznie i etnicznie „niewygodny” i „nieprawidłowy”. Ale, pisze Kurginian, to nasz kraj i musimy sobie zdawać sprawę, że może on istnieć tylko jako imperium bądź w ogóle nie będzie istnieć. Państwo rozpostarte od Bałtyku do Pacyfiku, od Oceanu Arktycznego do Środkowego Wschodu i dysponujące bronią atomową nigdy nie stanie się jedynie „czynnikiem regionalnym” takim jak np. Brazylia. Może być tylko imperium lub gigantycznym obszarem chaosu, na którym zapanuje „stan przedpolityczny”. Cóż więc pozostaje Rosjanom dziś ? To, co zwykle – mozolne budowanie kolejnej formy imperium. Nie może to być oczywiście ani kopia imperium sowieckiego, ani naśladowanie amerykańskiego imperium opartego na liberalizmie i wolnym handlu. Jedynym wyjściem jest wariant pośredni – państwo, w którym współistnieją i współpracują sektor państwowy z prywatnym, gdzie lobby wojskowo-przemysłowe ma równie dużo do powiedzenia, co lobby bankowo-finansowe. Powodzenie takiej polityki zależne jest od tego czy w Rosji nastąpi pozytywna elitogeneza, czy zwaśnione grupy zdołają wypracować modus vivendi i wyłonić liderów, dla których los Rosji będzie ważniejszy od chęci „zduszenia czerwonych” czy „zmiażdżenia burżujów”. Dopiero jeśli uda się wytworzyć taki elementarny parytet pomiędzy skrzydłami rosyjskiej elity będzie można przystąpić do syntezy światopoglądowej, do kwestii cywilizacyjnej odrębności Rosji itp.

W tym samym numerze „Rossiji XXI” Wiaczesław Połosin śledzi przebieg kariery politycznej Borysa Jelcyna z perspektywy politologii fundamentalnej (sakralnej). Tekst ten ukazuje przemianę Jelcyna – zwykłego człowieka w Jelcyna – personę mityczną w świadomości rosyjskiego społeczeństwa. Jelcyn, „partyjny reformator”, sekretarz moskiewskiego komitetu partii pojawia się na scenie politycznej w momencie, gdy Rosja wstępuje na drogę “rozliczania się z przeszłością”, budowania “nowej polityki światowej” (min. moratorium na próbne wybuchy jądrowe), demitologizacji kluczowych wydarzeń i postaci ery sowieckiej. Jest to okres „przed Smutą”, kiedy stare elity jeszcze rządzą, nie posiadają już jednak żadnego autorytetu wśród mas. Jelcyn – zwalczający przywileje komunistycznych dygnitarzy i organizujący regularnie wielkie jarmarki ludowe – jawi się wtedy mieszkańcom Moskwy jako dobry Wielki Książę (jeszcze nie car), który zna życie ludu i jego potrzeby. Nowy bohater, odpowiednik staroruskiego herosa Danko budzi zrozumiałą niechęć w środowisku Złych Bojarów z moskiewskiego Gorkomu. Na zwołanym z inicjatywy Gorbaczowa nadzwyczajnym plenum Gorkomu dochodzi więc do politycznej kaźni bohatera, i tak oto Danko staje się w ciągu jednego dnia nowym Prometeuszem, którego wątrobę szarpie orzeł komunistycznej nomenklatury. Jednakże zabity bohater może być znów powołany do życia. “Godzina zmartwychwstania” nastaje w 1989 roku, kiedy Gorbaczow praktycznie traci swój charyzmat „Lenina dnia dzisiejszego”, co wiąże się z utratą poparcia przez aparat partii w Moskwie i Leningradzie. W marcu tego roku Jelcyn startuje w wyborach do Rady Deputowanych Ludowych i zdobywa 90 % głosów w Moskwie. W okresie przedwyborczej agitacji moskiewska żulia wypisuje kredą na murach i płotach zawołanie popleczników Borysa Godunowa z 1598 roku „Borisku na carstwo!”. W parlamencie Jelcyn pojawia się już nie jako Książę, lecz jako prawdziwy carewicz Borys, mogący pokonać fałszywego charyzmatyka Michaiła. Choć nie dochodzi jeszcze do konfrontacji (Borys to na razie monarcha potencjalny) czynniki mitotwórcze nadal działają na korzyść przyszłego prezydenta Rosji.

W 1990 roku Jelcyn kandyduje z Uralu do Rady Deputowanych Federacji Rosyjskiej, co wzbogaca jego polityczny image o dwie kolejne cechy mityczne: Jelcyn staje się bohaterem solarnym, Słonecznym Człowiekiem przybywającym ze Wschodu (jak Stalin), jest on jednak również (inaczej niż Stalin) narodowym bohaterem, który przez długie lata czerpał na prowincji siły z głębin rosyjskiej ziemi. Ta druga cecha upodabnia Jelcyna w mitycznej podświadomości mas do kolejnego herosa ze staroruskich eposów llji Muromca, który przez wiele lat leżał bezczynnie w chacie na piecu, by z dnia na dzień wyruszyć w niebezpieczną wędrówkę po ziemi ruskiej. Najważniejszym „momentem mitologicznym” było jednak pamiętne porwanie deputowanego Jelcyna przez “nieznanych sprawców” i wrzucenie go w worku do rzeki. Autor przypomina tu mit o martwym Ozyrysie, który został wrzucony w sarkofagu do Nilu, a także sakralne znaczenie wody w prawosławnym chrześcijaństwie (w święto Epifanii – Chrztu Pańskiego święci się nie tylko wodę w cerkwiach, lecz także rzeki i zbiorniki wodne). Do wody wrzucony został komunistyczny carewicz Borys, a wyszedł z niej po rytualnym obmyciu demokratyczny Car Borys. Nie jest ważne, pisze Połosin, czy epizod z workiem był wymyślony czy też wydarzył się naprawdę i został później zmitologizowany. Ważne jest, że przyniósł on Jelcynowi zwycięstwo w wyborach na stanowisko przewodniczącego Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej, czyniąc go de iure drugim, a de facto pierwszym człowiekiem w państwie. Od tej pory charyzmat Jelcyna przestaje być potencjalnym i zaczyna przejawiać się w kolejnych aktach politycznych: Jelcyn w specjalnym dekrecie ogłasza dzień Bożego Narodzenia dniem wolnym od pracy, Jelcyn nawiązuje kontakt z patriarchą Wszechrusi Aleksym II, Jelcyn zwalnia organizacje religijne od ogólnoradzieckich podatków itp. Kościół nie pozostaje dłużny wspierając Jelcyna podczas kampanii wyborczej na urząd prezydenta Rosji. Podczas jednego z programów wyborczych pewien duchowny i zarazem deputowany ludowy porównuje Jelcyna do legendarnego Witezia – Bogatyra, który musi odrąbać już nie trzy (jak w staroruskich bylinach), lecz pięć głów Smoka. Pięć głów Smoka to oczywiście pięciu konkurentów Jelcyna w wyborach. Po wygranych zdecydowanie wyborach Jelcyn dokonuje oficjalnej sakralizacji swojej władzy. Podczas ceremonii zaprzysiężenia obecni są zwierzchnicy wszystkich obecnych w Rosji wielkich religii, a zredagowany w ich wspólnym imieniu list gratulacyjny odczytuje patriarcha. Uświęcony Jelcyn rozprawia się niedługo potem z sierpniowym puczem, co pozwala mu bez kłopotów odsunąć od władzy fałszywego cara Michaiła. Od tego momentu staje się on w oczach społeczeństwa prawdziwym Imperatorem. Zapewne sam Jelcyn miał w stosunku do siebie podobne odczucia, kiedy w czerwcu 1992 roku odwiedzając Ławrę Św. Trójcy i Św. Sergiusza w święto Zesłania Ducha Świętego stwierdził przemawiając z patriarszego balkonu, że „od władzy może go odłączyć tylko Bóg”.

Jelcyn, pisze Połosin, posiada niezwykle rzadką umiejętność manipulowania kolektywną podświadomością mas, odwoływania się do odciśniętych w ukrytym narodowym ego archetypów. Problem jednak w tym, że umiejętność tą umie wykorzystywać jedynie w momentach walki o władzę. Postawiony samotnie na czele ogromnego państwa nie potrafił dać sobie rady z twardą materią realnej polityki. Nie chciał zostać Imperatorem pełniącym sakralne funkcje Sędziego i Głównodowodzącego, co w warunkach wielonarodowego mocarstwa byłoby optymalną formą sprawowania władzy prezydenckiej. Zamiast tego wolał zostać Monarchą Absolutnym, co we współczesnych realiach rosyjskich sprowadza się do bycia drobiazgowym nadzorcą resortów gospodarczych otoczonym przez zgraję szarlatanów, oszustów i agentów krajów zachodnich. Podobnie jak jego poprzednik sprzed stuleci car Borys Godunow, Jelcyn doszedłszy na sam szczyt nie sprostał rzeczywistości Wielkiej Smuty. Zapłacił za to destrukcją osobowości wyrażającą się min. w alkoholizmie. Car Borys nie jest już charyzmatykiem. Kto będzie następnym?

NIEMCY

CRITICÓN

W numerze 140 Tomislav Sunic zajmuje się współczesną wideopolityką. Przypomina twierdzenie Regisa Debray‘a, że minęły czasy klasycznej wojny idei. Na jej miejsce weszła wojna „dobrego wyglądu”. Mamy do czynienia z „ideology ot good look”. Wojna propagandowa trwa dalej, ale nie potrzebuje ona dekretów i komisarzy, wystarczy ekran telewizora. Kto chce brać udział w polityce, nie musi już wychodzić na ulicę albo podróżować do innych krajów. Bez wysiłku może z fotela przed telewizorem, uzbrojony jedynie w puszkę piwa i coś do pogryzania, czuć polityczny puls innych państw i odległych krajów. „Demobilizacja obywatela rozpoczyna się fizycznym unieruchomieniem telewidza”, pisał Debray. Współczesne społeczeństwo telewizyjne ma własne reguły gry, których politycy muszą przestrzegać, czy chcą tego czy nie. Wideosfera pożarła sferę słowa pisanego, obraz zdetronizował słowo. Liberalizm, który był na początku ideologią handlarzy, stał się dziś miękką ideologią politycznych aktorów. To nie przypadek, że coraz więcej polityków pochodzi z showbyznesu. Reagan rozpoczynał swoją karierę w Holywood. Charlton Cheston, Yves Montand, prezydent Brazylii Collor del Mello zaczynali jako aktorzy. Ostatni amerykański przedstawiciel polityki realnej Richard Nixon przyznał, że w 1960 roku przegrał z Kennedy`m, ponieważ nie był „likable” tzn. telegeniczny. Być może niemiecki kanclerz powinien bardziej zatroszczyć się o to, żeby schudnąć niż o europejskie rozbrojenie. Stałby się popularniejszy w kraju i zagranicą.

To, co liczy się w polityce, to nie zawartość głowy, ale jej wygląd. W epoce wideopolityki wzrasta rola elementu kobiecego, nawet wtedy, gdy chodzi o męskich aktorów. Im polityk bardziej kobiecy, sentymentalny, hermafrodytyczny, tym większą się cieszy popularnością. Nie ma dziś miejsca na twarze typu Bismarcka czy Pitta. Nie akceptują ich masy, które swój wolny czas spędzają przed ekranem telewizyjnym a światopogląd dostarcza im do domu anonimowa mediokracja. Między mediami a klasą polityczną panuje symbioza, której skutki są nie tylko polityczne, ale również psychologiczne i antropologiczne. Strategia „public relations” i hodowanie odpowiedniego „image’u” są dziś najważniejszą bronią. Już nie kierunek polityczny lub reprezentowana ideologia są decydującym czynnikiem, ale dobry wygląd i podobające się widzom wystąpienia. Pierwszą regułą jest to, że w wideosferze polityk musi być ekstrawertykiem. Introwertyczność, nie mówiąc już o poczuciu tragiczności, nie spotyka się z odzewem ze strony wideo-mas skupionych na „prime time”. Amerykański prezydent Clinton wygrał wybory prezydenckie stosując strategię „keep smiling” i młodzieńczą otwartość. Popularnością w USA cieszył się bardzo premier Major, ponieważ mówił krótkimi, dziecinnymi słowami możliwymi do zrozumienia nawet dla analfabety. W wideopolityce obowiązują trzy niepisane reguły: political correctness, użycie metajęzyka (baby talk), autocenzura. Wideopolityka posiada swój własny metajęzyk, nazywany we Francji „językiem owiniętym w bawełnę”. W Europie komunistycznej jeszcze niedawno istniał język „betonu”, język prymitywnej i wulgarnej propagandy. Każdy rozsądny człowiek łatwo to dostrzegał, i widział, że komunistyczny utopizm stoi na glinianych nogach i nie może trwać wiecznie. Inaczej liberalizm, który opakowuje swój utopizm w elegancki, lekkostrawny metajęzyk, który rozbraja potencjalnie krytycznych obywateli na Wschodzie i na Zachodzie. Natrętne “puszczanie oka”, sentymentalizm, bezustanna paplanina o prawach człowieka i innych podobnych tematach wywołują poczucie zadowolenia i wiodą prosto do wideopolitycznego sukcesu. Ulotny obraz telewizyjny wymyka się filozoficznemu sceptycyzmowi, telewizyjna pobożność znajduje dziś entuzjastyczną publiczność na całym świecie. Liberalny utopizm jest utopią, która zwyciężyła w skali globalnej. Liberalny optymizm łechcze ego nawet swoich wrogów i zapewnia sobie trwałą legitymizację. Politycy uparcie przywiązani do swoich idei i mocno akcentujący swoje racje szybko są dziś spychani na margines. Współczesny polityk musi mówić warunkowymi i okastrowanymi zdaniami zaczynającymi się od „wydaje się”, „jak można mniemać”, „założywszy” itp. Wszystko może oznaczać wszystko i dlatego też nic. Liberalny, wideopolityczny metajęzyk jest dlatego tak silną bronią, ponieważ nigdy nie kompromituje mówcy, który mówi wszystko i nic. Rzecz jasna, ten metajęzyk pochodzi z USA, które są superego całej politycznej klasy Europy. Jest to współczesna lingua franca, czy to się komuś podoba czy też nie. Popularność tego “baby talk” bierze się stąd, że, niezależnie od „prawicowego” czy „lewicowego” punktu wyjścia, jest to instrumentarium, które pozwala zamaskować istniejące ideologiczne sądy i namiętności, i prezentować je w „miękki” sposób. Oczywiście także liberalne społeczeństwo ma swoje tematy tabu, które jednak można odpowiednio potraktować, jeśli posiada się znajomość nowego metajęzyka. To, czy klasa polityczna wierzy w liberalne dogmaty czy też nie, jest mało ważne; ważne jest, jak te dogmaty użyć dla własnej korzyści.

Jednowymiarowa wideopolityka ma dziś pierwszeństwo przed trójwymiarową polityką realną. Współcześni politycy, zarówno z „prawicy”, jak i z „lewicy”, muszą posłusznie stawać w „obszarze telewizyjnym”, aby korzystnie przedstawić się publiczności. Ale obraz telewizyjny zmienia polityczną osobowość i polityczne zachowanie, co będzie miało w przyszłości poważne konsekwencje, nawet antropologiczne. Współcześni politycy stoją przed jednowymiarowym lustrem, które prowadzi ich raczej do Krainy Czarów, po której błądzi Alicja niż do własnego kraju. Ponieważ obraz telewizyjny poprzedza realne wydarzenia polityczne, współczesny polityk musi przybierać fikcyjną, wideopolityczną postać, jeśli chce utrzymać swoje miejsce na scenie. Współczesną mediokrację tworzą lewicowo-liberalne sitwy: w USA, we Francji, w Niemczech. Jeśli przeanalizować życiorysy znanych na całym świecie speców od „robienia opinii publicznej”, to zobaczymy, że przeszli oni tę samą drogę: od „kołnierzyka Mao do Rotary Club”. Z paleomarksistów i freudomarksistów stali się miękkimi wideo-apostołami apolitycznej liberalnej teologii. Ale nie oni są najważniejszym problemem. Ci ex-lewicowcy znajdują się w intelektualnej menopauzie, ich polityczny romantyzm wyczerpał się. Choć dysponują aparaturą, na której spoczywa wideo-władza, ich położenie nie jest ani stabilne ani pewne. Lewicowo-liberalna mediokracja, po rozstaniu się z własnym politycznym romantyzmem, wątpi sama w siebie. Świadoma jest skostnienia swoich dawnych doktryn. W permanentnych telewizyjnych symulacjach i potokach propagandy straciła swoje polityczne przekonania i nie wie już, w jakiego Boga ma wierzyć. Tak kopie ona sama sobie grób. Mimo to jej dominacja w mediach pozostaje niezłamana, ponieważ nie ma żadnego poważnego wroga i widocznej alternatywy. Jednak wideo-władza nie jest homogeniczna. Także lewicowo-liberalna mediokracja jest podzielona i trwa wewnątrz niej ostra walka o ekran telewizyjny. Każdy bowiem chciałby na nim podziwiać tylko samego siebie. Każdy, kto chciałby wystąpić przeciw lewicowo- liberalnej mediokracji, musiałby przestrzegać zasad wideo-polityki.

Winfried Knörzer zastanawia się nad współczesnym pojęciem konserwatyzmu, wychodząc od tez Panajotisa Kondylisa, który już przed laty wystawił konserwatyzmowi świadectwo zgonu. Współcześni konserwatyści, to według Kondylisa, tylko „staro-liberałowie”. Takie pojęcia jak „konserwatyzm”, „liberalizm”, „socjalizm” utraciły swoje znaczenie w epoce masowej demokracji i są używane przez rywalizujące o władzę elity tylko dlatego, że nie ma pod ręką innych, które w taki sam sposób mogłyby ideologicznie naładować zarówno stanowisko własne , jak i wroga. Interpretacja Kondylisa jest substancjalna tzn. przypisuje on pojęciu „konserwatyzmu” konkretną treść, która odnosi się do pewnej grupy społecznej (arystokracji). Odrzuca ona psychologiczno-antropologiczne pojęcie „konserwatyzmu”, gdyż taki „konserwatyzm” znajduje się w próżni i nie posiada politycznego znaczenia. Konserwatyzm psychologiczno-antropologiczny ma z powodu swojej abstrakcyjności dość wygodną pozycję – z tego punktu widzenia nic nie podlega zmianom, ponieważ konserwatywne odczucie życia manifestuje się w ciągle nowych formach. Równocześnie jednak zatrzymuje się w sferze przed-politycznej. Nie może on posłużyć jako uzasadnienie znaczenia nabywanego przez konserwatyzm w starciach politycznych. Knörzer uważa, że oprócz substancjalnej definicji konserwatyzmu, istnieje też możliwość interpretacji funkcjonalnej, umożliwiającej przedefiniowanie konserwatyzmu, tak aby to pojęcie nie było tylko „terminologicznym zombie”. Współczesny konserwatyzm musi na nowo przeanalizować swoje odniesienia do innych ideologii i do zmienionej sytuacji społecznej, zrewidować swój język tak, aby nie był on pustą gadaniną. Należy być jednak realistą: współcześni konserwatyści, jeśli chcą działać na rzecz zachowania duchowo-moralnych wartości i tradycji kulturalnych, tracą, ze względu na aktualną konstelację społeczno- gospodarczą opierającą się na dążeniu do wzrostu i ciągłej modernizacji, możliwość działania politycznego, zaś tam, gdzie działają politycznie, to z ich konserwatyzmu pozostaje tylko retoryka. Nie ma dzisiaj ani konserwatywnej polityki ani, z powodu kulturalnej hegemonii lewicy, znaczącego wpływu konserwatystów na życie duchowe narodu. Można by zgodzić się z Kondylisem, że konserwatyzm jako ruch ideologiczny zakończył się. Ale Knörzer jest ostrożnym optymistą, gdyż konserwatyzm nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nawet apoteoza moderny, kapitalistycznego liberalizmu sformułowana przez Fukuyamę, nie kończy się wizją świetlanej przyszłości, ale przepełniona jest głębokim sceptycyzmem. Spełniony, oparty wyłącznie na własnym interesie liberalizm nie zaspokoi ludzkiej potrzeby przynależenia do pewnej wspólnoty wartości. Utrata wszelkich więzi i wszelkich wartości byłaby końcem człowieczeństwa. Również proces modernizacji napotka granice i popadnie w kryzys, którego nie przezwycięży własnymi środkami. Wówczas nastąpi godzina powrotu konserwatyzmu.

W numerze 141 Caspar von Schrenck-Notzing zajmuje się propagandą. Jest ona dzisiaj wszechobecna. W rządzie Hitlera obok klasycznych ministerstw było ministerstwo oświecenia publicznego i propagandy. Czy to oznacza, że po Goebbelsie nie ma już żadnej propagandy? Była ona już wcześniej. Mocny impuls politycznej propagandzie nadała I wojna światowa. Pod koniec wojny nazwała się „public relations”. Mało znany jest wynalazca „public relations”, Edward L. Bernays, który zmarł niedawno jako ponad dziewięćdziesięcioletni starzec. Jego matka była siostrą Zygmunta Freuda, zaś żona Freuda była matką jego ojca. Przed wojną Bernays kierował w Nowym Jorku (dokąd przybył jako dziecko z Wiednia) agencją artystyczną. Po wybuchu wojny oddał się do dyspozycji „pierwszego amerykańskiego ministerstwa propagandy” czyli „Comitee of Public In-formation” kierowanego przez George‘a Creel‘a. W swojej książce Propaganda (1928) opisuje Bernays narodziny „public relations” z propagandy wojennej: „Naturalnie to zdumiewający sukces propagandy w okresie wojny otworzył oczy niewielu inteligentnym na możliwości sterowania opinią publiczną”. Nowa technika propagandowa polegała nie tylko na oddziaływaniu na jednostki, ale także na tym, aby pozyskać do współpracy ludzi ze wszystkich dziedzin życia, którzy cieszyli się autorytetem u tysięcy i setek tysięcy ludzi. Równocześnie wykorzystywali „manipulatorzy klisze myślowe i emocjonalne przyzwyczajenia publiczności, aby wywołać masowe reakcje na rzekome okrucieństwa, terror i tyranię przeciwnika wojennego. Było rzeczą naturalną, że inteligentni ludzie zaczęli po zakończeniu wojny stawiać sobie pytanie, czy podobnej techniki nie dałoby się zastosować do problemów, jakie pojawiły się w okresie pokoju”. Następne dziesięciolecia pokazały, jak wielkie są możliwości manipulowania i sterowania masami przy pomocy propagandy. Rządzące mniejszości mogą formować myślenie mas i kierować je w określonym kierunku. Rozwój propagandy podąża za rozwojem techniki. Epoka mediów elektronicznych doprowadziła propagandę do perfekcji. Niegdyś umiejętność rozróżniania pomiędzy rzeczywistością a pozorem stanowiła o godności człowieka, wraz z perfekcją propagandy pozór całkowicie pożera rzeczywistość.

Hans-Christof  Kraus przedstawia poglądy i tezy znanego historyka prof. Ernsta Noltego. Stara się przy tym prześledzić ewolucję tych poglądów na przestrzeni trzydziestu lat tzn. od momentu ukazania się w 1963 roku książki Noltego Faszyzm w swojej epoce do roku 1993, kiedy to Nolte opublikował pracę Punkty sporne – obecne i przyszłe kontrowersje wokół narodowego socjalizmu (między tymi datami Nolte opublikował jeszcze 14 książek). Tematyczny punkt ciężkości dzieła Noltego spoczywa na dwudziestym wieku i na różnorodnych formach światowego konfliktu pomiędzy marksizmem, faszyzmem i liberalizmem. Kraus przytacza m.in. sformułowane przez Noltego w drugiej połowie lat osiemdziesiątych tezy na temat narodowego socjalizmu. Nastąpiła tu dość wyraźna ewolucja: o ile wcześniej Nolte podkreślał przede wszystkim znaczenie rasizmu i pochwały wojny u Hitlera, to obecnie uważa on, że dla Hitlera sprawą centralną był stosunek do marksizmu i że uważał się on przede wszystkim za „antymarksistę”, a nawet za “anty-Lenina”. Od tego należy wychodzić, twierdzi Nolte, jeśli chce się zrozumieć i właściwie zinterpretować rasizm, antysemityzm i koncepcję „przestrzeni życiowej” Hitlera.

Do takiego wniosku doprowadziły Noltego badania nad antybolszewicką literaturą lat dwudziestych i trzydziestych, które uświadomiły mu, w jak wielkim stopniu odczuwany był ZSRR w Niemczech (jak i w całej Europie Zachodniej) jako zagrożenie i źródło strachu. Najpóźniej od roku 1923/24 NSDAP uważała się za coś w rodzaju anty-KPD, i z KPD prowadziła „ograniczoną wojnę domową”. Interpretując motywy prześladowania Żydów przez Hitlera, Nolte dochodzi do wniosku, że i w tym przypadku, najsilniejszym motywem był antymarksizm. Antysemityzm narodowych socjalistów był rodzajem nadzwyczajnego ścieśnienia i wyostrzenia antymarksimu, a nawet rodzajem antybolszewizmu. Nolte, pisząc o klęsce narodowego socjalizmu, wskazuje na istniejącą w nim sprzeczność. Z jednej strony był narodowy socjalizm buntem przeciw nowoczesnemu światu w imię „życia” i takich partykularnych realności jak „naród” i „rasa”. Z drugiej zaś musiał dla zrealizowania swych celów dążyć do „aryjskiego panowania nad światem”, wchłaniając w siebie uniwersalizm i odwracając w swoje przeciwieństwo „partykularyzm”. Był to gigantyczny paradoks, który spowodował klęskę narodowego socjalizmu. Nolte przedstawia i interpretuje historię XX wieku wychodząc poza rok 1945, który przyniósł upadek faszyzmu. „Europejska wojna domowa” zamienia się w momencie przystąpienia do wojny Stanów Zjednoczonych w „światową wojnę domową”, która pod nazwą „zimnej wojny” trwa do końca lat osiemdziesiątych. W tym kontekście zwraca Nolte uwagę na pozycję Niemiec. Odżegnując się od przeceniania tej pozycji, wskazuje na fakt, że los Niemiec, których historia to historia ideologicznych konfliktów i politycznych podziałów, stoi w centrum zimnej wojny, i to nie tylko dlatego, że w wyniku klęski 1945 roku zostały podzielone i okupowane przez zwycięzców. To w Niemczech była kolebka marksizmu, i to w Niemczech narodził się ruch, który chciał być najbardziej radykalnym i konsekwentnym ruchem antymarksistowskim. Dlatego Nolte uważa, że Niemcy są miejscem paradygmatycznej modyfikacji historii Europy, która ze swej strony jest punktem wyjścia dla historii świata. Nie jest więc przypadkiem, że zjednoczenie Niemiec, których podział był początkiem zimnej wojny, przypieczętowało jej koniec w 1990 roku.

Walter Hoeres marzy o tym, aby powróciło zdziwienie, oczywiście jako postawa wobec świata i innych ludzi. Od 17 wieku trwa racjonalistyczna rewolucja kulturalna, która doprowadziła do likwidacji zdziwienia. Zdziwienie, że świat wcale nie jest tak oczywisty jakby się na pierwszy rzut oka wydawało, jest podstawą filozofii i teologii. Zdziwienie zawiera w sobie elementarne pytanie o byt rzeczy, pytanie, dzięki któremu człowiek zyskuje właściwą sobie godność jako animal metaphysicum. Ze zdziwienia bierze się metafizyka, ponieważ to dzięki niemu człowiek pyta, dlaczego jest coś, czego mogłoby nie być, pyta o ostateczne kulisy widzialnej rzeczywistości. Zdziwienia nie należy rozumieć jako afektu lub uczucia, ale jako sposób dotarcia i doświadczenia bytu rzeczy. Należy tu wystrzegać się wszelkiej psychologii, która nie ma dostępu do wielkich, elementarnych doświadczeń ludzkiej egzystencji. Psychologia trywializuje zdumienie, redukuje je do czystego afektu lub dającego się psychologicznie ująć przeżycia. Psychologia, słusznie zauważył Heidegger, ma w sobie to natręctwo odczarowywania i spychania w dół. Nasza zdolność do zdziwienia polega na tym, że nasze poznanie ma w sobie otwartość, gotowość do przyjmowania i wchłaniania. To zdziwienie jest, według Arystotelesa, początkiem mądrości. Niczego nie wiemy z góry o rzeczywistości, i za każdym razem przeżywamy przygodę, której istota polega na tym, że ciągle na nowo natrafiamy na nieodkryty ląd i przeżywamy to, co nowe i nie-przeczuwane. Dlatego zaskoczenie nie jest przede wszystkim stanem psychologicznym, ale zasadniczą relacją między poznającym „ja” a przedmiotem, który, co wynika z natury tej relacji, jest zawsze czymś nowym, nieznanym, co wkracza w gotową go przyjąć jasność świadomości. Przy tym należy mieć na uwadze, że zdziwienie jest także elementarnym doświadczeniem tego, że wszystkie rzeczy są problematyczne. Dlatego dziwimy się rzeczom oczywistym, ba, to właśnie ich milcząca, nie ulegająca kwestii oczywistość prowokuje do zdziwienia, dlaczego to wszystko istnieje i dlaczego jest takie, jakie jest. W zakończeniu swojego artykułu pisze Hoeres, że „byt” jest „pełnią” i dlatego tym, co oznacza pełne emfazy słowo „pełnia rzeczywistości”. Ukazuje się wprawdzie w pojedynczych rzeczach, ale tylko na szerokość szczeliny: tak samo jak w najmniejszej kropli odbija się morze. Jeśli więc byt jest naprawdę pełnią rzeczywistości, to jest i pozostaje dla nas tajemnicą. Dlatego każda prawowita refleksja filozoficzna musi zaczynać się od rozważenia tej tajemnicy, dla której właściwe jest zdziwienie, które przechodzi w radykalne zadziwienie. Wówczas możemy dotrzeć do rzeczywistości, która nie wyczerpuje się w “nagich faktach”, do których redukujemy ją w nauce, jej laboratoriach i instytutach.

Andreas Razumovsky zajmuje się tzw. opinią publiczną i obłudą mediów. Interesujący jest jego opis sytuacji polityczno-moralnej w Austrii. Jego zdaniem Republika Austriacka już wiele lat temu upodobniła się do Włoch. Od dziesięcioleci trwa bezustanna seria skandali, podobnych do tych, które w końcu doprowadziły do zawalenia się systemu politycznego Włoch. Dotychczas, jeśli ktoś, obojętnie – dziennikarz, urzędnik czy polityk, starał się nagłośnić te skandale, ściągał na siebie momentalnie nienawiść całej kasty skorumpowanych polityków, był zwalczany, naznaczony jako parias. Wszechwładza partii politycznych w Austrii, które trzymają w swojej pajęczej sieci instytucje państwowe, społeczeństwo, gospodarkę, media i wymiar sprawiedliwości, nie dopuszcza do skutecznego zwalczania korupcji. A ludność jest otępiała i przyjmuje bez sprzeciwu każde kłamstwo. Według Razumovsky‘ego Austria to przykład „społeczeństwa zamkniętego”, rządzonego przez monopartię (złożoną z chadecji i socjaldemokracji). Media są w Austrii albo monopolistyczną własnością państwa albo, jak w przypadku prasy, zależne są od dotacji państwowych (czasopisma typu “crime and sex” można tu pominąć). Austriacka klasa rządząca tworzy szczelną „sieć władzy”, zwartą, solidarną załogę kolesiów tworzących „Wielką Koalicję”, która jest nieodwoływalna przy pomocy demokratycznych procedur. Obywatele są tu poddanymi, tak samo jak za czasów Metternicha, zastraszonymi, ogłupiałymi od spływającej na nich przez dziesięciolecia propagandy. Rządząca nomenklatura i media powtarzają bezustannie parareligijne frazesy typu „neutralność”, „partnerstwo socjalne”, „poziom życia” itp. Tzw. „upubliczniona opinia” kieruje się jedną zasadą: w jak największym stopniu wyeliminować u obywateli rozum i inteligencję, aby ich zdegradować do roli biernych odbiorców poleceń wydawanych przez rządzących.

Josef Schuesslburner, jeden z najbardziej oryginalnych publicystów niemieckiej prawicy pisze o pokoleniu 68 i jego „dokonaniach”. Przypomina, że twarde jądro 68-ków, otoczone przez lewicowoliberalnych poputczików ze sfer uniwersyteckich podarowało Niemcom i Włochom polityczny terroryzm. Angielska autorka Jillian Becker stwierdziła, że członkowie i sympatycy bandy Baader-Meinhof są “dziećmi Hitlera”. Jest to taki sam absurd jakby podkładaczy bomb z IRA określić jako „dzieci Churchilla” ze względu na obrzucanie bombami miast niemieckich. Włoskie Czerwone Brygady były dziećmi totalitarnego antyfaszyzmu Komunistycznej Partii Włoch, który amerykańscy wyzwoliciele mogli trzymać w szachu tylko dzięki zmobilizowaniu mafii (co w efekcie zrodziło godny uwagi model demokracji, który niedawno został zlikwidowany). Banda Baader-Meinhof była zaś w dużej mierze dzieckiem komunistycznego antyfaszyzmu rodem z NRD, i stamtąd otrzymywała niezbędne wsparcie. Politycznym punktem wyjścia ruchu 68 roku, pisze autor, był protest przeciw interwencji USA w Wietnamie. Przestraszonym Niemcom, którzy akurat doszli do dobrobytu, ten protest wydawał się powrotem do antyamerykanizmu, który, całkowicie niesłusznie, przypisywano anglofilskiemu Hitlerowi. W rzeczywistości protest ten był w Niemczech dopełnieniem amerykańskiej reedukacji. Administracja Kennedy‘ego chciała prowadzić wojnę przy pomocy high-tech. Kiedy, już po śmierci Kennedy’ego, okazało się, że nie da się zwyciężyć samą techniką, powstało niebezpieczeństwo, że także dzieci amerykańskiego establishmentu ze Wschodniego Wybrzeża będą musiały iść pod ogień w azjatyckiej dżungli. Wówczas establishment ten przypomniał sobie o koalicji z okresu wojny światowej pomiędzy zarządcą GUŁAG-u Stalinem a liberałem od bomby atomowej Rooseveltem, którego wrogość wobec Niemców przeszkodziła w zawarciu ideologicznie właściwszej (por. protofaszystowski New Deal) koalicji z Hitlerem.

Na odpowiedni sygnał z kręgów nowojorskiej subkultury, dzieci niedawnych Trizończyków wybiegły posłusznie na ulice z okrzykiem „Ho-Ho-Ho-Chi-Minh”. Powrót do koalicji z okresu wojny musiał przynieść korzyści internacjonalizmowi, gdyż za tym wszystkim nie stała miłość do Indochin, ale – przynajmniej w Niemczech – motywem było udowodnienie, że jest się lepszym wasalem mocarstw zwycięskich niż pokonana i poddana reedukacji generacja ojców. Krytyka amerykańskiego zaangażowania w Indochinach nie była połączona z apelem, aby dbać o własny, narodowy interes, ale ugruntowywała, jak dowodziły tego czerwone sztandary na demonstracjach, internacjonalizm, który kiedyś połączył Roosevelta i Stalina. 68-kowie, swoimi hasłami i kostiumami, dawali sygnał ideologicznym braciom w Wietnamie, żeby wytrzymali, bo “rewolucja” już prawie zwycięża. No i zwyciężyła, najbardziej skutecznie w Kambodży, która stała się dodatkowym polem bitewnym wojny w Wietnamie. Zwycięstwo tamtejszych 68-tków, tzw. Czerwonych Khmerów, przypieczętowane kapitulacją stolicy Phnom-Penh 17 kwietnia 1975 roku, umożliwiło realizację socjalistycznego programu reform, które miały wytworzyć czysto socjalistycznego człowieka. W ramach tych reform 3,5 mln mieszkańców miast czyli prawie połowa mieszkańców Kambodży zostało popędzonych jak bydło w dżunglę. W wyniku reform śmierć poniosło 500.000 ludzi. Do tego dochodzą masowe egzekucje dokonywane na żołnierzach, policjantach, urzędnikach, duchownych, przedstawicielach inteligencji. W sumie liczba ofiar sięga miliona. Ekscesy lewicowego radykała, progresisty i socjalistycznego supermodernisty (ale w pewnym sensie lewicowo-zielonego ekologa) Pol-Pota i jego bandy zakończyła udana interwencja wojsk zjednoczonego przez komunistów Wietnamu. Wówczas Pol-Pot zaczął odgrywać nacjonalistę i niepodległościowca, który pragnie tylko powstrzymać wietnamskie podboje. Ta taktyka się powiodła: tzw. wolny świat przemianowany dziś na „zachodnią wspólnotę wartości” wszedł w koalicję z dżunglowym bojownikiem Pol-Potem, co dowodzi, że ludobójstwo podjęte w imię reedukacji nie wyklucza członkostwa w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jak wiadomo Stany Zjednoczone postarały się o to, żeby reżim Pol-Pota reprezentował w ONZ państwo kambodżańskie zwane odtąd „Democratic Kampuchea”. A w Kambodży rządził rząd kolaborujący z Wietnamem. Kiedy zaczął się rysować na horyzoncie upadek ZSRR, kolaboracyjny reżim upadł. Wówczas doszło do realizacji owego eksperymentu, w ramach którego chcąca odgrywać rolę rządu światowego ONZ ustanowiła w Kambodży przejściową administrację kolonialną i zorganizowała tzw. wolne wybory. Niestety, wybory nie odbyły się w sprzyjającej atmosferze, gdyż żadna ze zwalczających się stron nie złożyła broni. Panuje w Kambodży demokracja, ale demokracja specyficzna łącząca w sobie różnorakie elementy.

Schuesslburner kończy swoje rozważania przypuszczeniem, że ludzie 68 roku w Niemczech to internacjonaliści, którzy identyfikują się tym mocarstwem, które podbiło ich kraj, i które równocześnie reprezentuje „postęp”, czyli z USA. Internacjonalizm pozwala im kolaborować z czystym sumieniem. Ostatecznym efektem władzy internacjonalistów, którzy opanowali dziś w Niemczech państwowo-partyjne i państwowo-medialne instytucje będzie upadek narodu niemieckiego. To rządzący internacjonaliści prowadzą „politykę europeizacji” i popierają masowy napływ imigrantów, których określają już mianem „współobywateli”, czego nie chce większość Niemców, i co byłoby dlatego niemożliwe do zrealizowania w demokracji. Zachodzi pytanie, czy pokolenie 68 wyróżniające się spośród innych pokoleń Niemców brakiem odwagi cywilnej i skrajną gotowością do podporządkowania się zagranicznym mocarstwom nie zamierza zrealizować ekstremalnych celów powojennej polityki USA wobec Niemiec, z których zrezygnowano kiedyś ze względu na wymogi realnej polityki? Tendencja do samozniszczenia (czyli zniszczenia własnego narodu) jest u ludzi roku 68 bardzo wyraźna. Jak straszliwe skutki może przynieść nienawiść do własnego narodu, pokazuje przykład Kambodży. Trzeba więc przezwyciężyć przeszłość pokolenia 68, co równocześnie da możliwość uporania się z przyszłością.

I na koniec diagnoza sytuacji w CDU pióra Klausa Hornunga. Chadecja niemiecka dokonuje samodemontażu, jej dawny szef Konrad Adenauer nie zyskałby dziś w niej poparcia większości. Od 1968 obserwować można powolny, ale stały proces socjaldemokratyzacji CDU. Gdy chadecja dochodziła do władzy w 1982 roku, obiecywała „duchowy zwrot”. Nic takiego nie nastąpiło, CDU nie dotrzymała ani jednej ze składanych wówczas obietnic. W gruncie rzeczy, z kosmetycznymi zmianami, kontynuowała CDU kurs socjaldemokracji. Jej przesunięcie na lewo jest tak mocne, że na prawo od niej zieje wielka próżnia, którą musi ktoś wypełnić np. Republikanie, którzy za czasów Adenauera byliby całkowicie normalną częścią CDU. Obecna chadecja nie jest w stanie zainicjować żadnej poważnej debaty o problemach i bolączkach obywateli. W samej partii szerzy się arogancja władzy. Na zjazdach partyjnych czołowi politycy Unii wygłaszają długie przemówienia, kradnąc czas delegatom, ale wychodzą, kiedy „baza” zaczyna mówić o swoich troskach. Poziom intelektualny i moralny funkcjonariuszy partyjnych i posłów znacznie się obniżył. Jedynym ich zmartwieniem jest, aby nie podpaść mediom, które gorąco popierają socjaldemokratyzację CDU. W końcu wyborcy zadadzą sobie pytanie: po co głosować na CDU, skoro można głosować na oryginalną SPD.

Poza tym w numerze Gerhard Eiselt wykrywa tabu i zakazy ustanowione przez obecne elity po to, aby nie dopuścić do dyskusji na tematy żywo interesujące obywateli, Klaus Motschmann przypomina powstanie Rzeszy Niemieckiej w 1871 roku i ocenę tego wydarzenia przez Marksa i Engelsa, dochodząc do wniosku, że obaj zostaliby dziś wykluczeni z lewicowej partii za swój pozytywny stosunek do niemieckiego państwa narodowego, Johannes Rogalla von Bieberstein pokazuje na przykładzie pisarza Waltera Jensa, jak niemiecka lewica żegna się z własną ojczyzną, Meinrad von Ow analizuje strategie feministek dążących do „depatriarchizacji” języka, przypominając, że to Adolf Hitler, starający się o poparcie kobiet, zważał zawsze na to, aby używać właściwych form: „moi niemieccy robotnicy i robotnice”, „narodowi socjaliści i narodowe socjalistki”.

JUNGE FREIHEIT

Ukazujący się w Berlinie tygodnik nie jest już tak ideowo twardy jak wówczas, gdy był miesięcznikiem. Ale i tak pozostaje jedynym konserwatywno-narodowym tygodnikiem w Niemczech. W jednym z październikowych numerów ukazał się wywiad z Günterem Maschke, jednym z najciekawszych prawicowych intelektualistów w Niemczech (zob. wywiad z nim w „Stańczyku” nr 18). Maschke urodził się w 1943 roku w Erfurcie, młodość spędził w Trewirze. Był w latach 1964/66 redaktorem ultralewicowego czasopisma studenckiego w Tybindze. Zdezerterował z Bundeswehry i wyemigrował najpierw do Wiednia, gdzie w 1967 roku organizował pozaparlamentarną opozycję i współpracował z prasą komunistyczną, a potem do Zurychu i Paryża. W1968 roku udaje się na Kubę, gdzie otrzymuje azyl polityczny i służy w armii kubańskiej. Po dwóch latach zostaje wydalony z Kuby z powodu „działalności kontrrewolucyjnej”. Wyleczony z lewicowych utopii przechodzi na twardą, zdecydowaną konserwatywno-narodową prawicę. Od 1973 roku mieszka we Frankfurcie nad Menem. Do 1985 roku jest felietonistą dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Od 1989 roku współwydawca prawicowego pisma włoskiego „Behemoth”. Redaguje wychodzące w Bonn czasopismo „Etappe”. Jest tłumaczem i wydawcą dzieł Juana Donoso Córtesa. Należy do najlepszych w Niemczech znawców myśli Carla Schmitta. Niedawno wiedeńskie wydawnictwo Karolinger Verlag opublikowało zbiór jego esejów i artykułów z lat 1973-1993 zatytułowany Uzbrojone słowo.

Uznawany jest za jednego z najbardziej ostrych krytyków niemieckiego parlamentaryzmu i „przezwyciężania przeszłości”. Otwarcie określa się jako „wróg konstytucji”. Maschke mówi w wywiadzie, że przestrzeń duchowej wolności w Niemczech praktycznie nie istnieje. „Przezwyciężanie przeszłości” stało sie czymś więcej niż tylko bezustannym, histerycznym dystansowaniem się od Hitlera i wykrywaniem rzekomych faszystowskich i neofaszystowskich zagrożeń. Rozciąga się je dzisiaj nawet na odległe epoki i obszary. Gdy ktoś pisze np. od średniowiecznej poezji miłosnej, to musi przy tym lamentować nad ówczesną degradacją kobiety przez autorytarny patriarchat i wskazywać na to, że już wtedy przeczuć można okropieństwa najciemniejszej epoki(1933-45 – tg). Gdy bada się wojny domowe pomiędzy greckimi miastami w starożytności to też trzeba moralizować w odpowiednim stylu. Taka jest tendencja. Nie wolno patrzeć na żadną epokę zgodnie z imperatywem Rankego, że wszystkie epoki są równie bliskie Bogu – należy wszystko polewać sosem sugestywnej, szantażującej moralności. Problem z przezwyciężaniem przeszłości nie polega jedynie na tym, że przy pewnych nazwiskach, datach i faktach muszę kłaść uszy po sobie i wypowiadać obowiązującą opinię, ale na tym, wszystkie wydarzenia historyczne muszę rozpatrywać przez pryzmat winy i torowania drogi wiadomo czemu. Przezwyciężanie przeszłości przenika i zatruwa nauki humanistyczne i niszczy zdolność do myślenia historycznego, psychologicznego itd. Ta niezdolność do postrzegania specyficznych dla każdej epoki uwarunkowań społecznych i historycznych, to ogłupienie jest znacznie groźniejsze niż political correctnes w odniesieniu do narodowego socjalizmu. Przezwyciężanie przeszłości jest dziś środkiem walki o władzę: każdy może zostać objęty podejrzeniem jako ten, kto posiada niebezpieczne, „reakcyjne” idee, które wiadomo do czego mogą doprowadzić. Ten sposób sprawowania władzy odkrywają także elity innych krajów np. we Francji. Jest to, według Maschkego symptom dekadencji społeczeństw, które same siebie nie chcą i niezdolne są do walki. W tych społeczeństwach ludzie nałogowo poszukują coraz to nowych przyjemności i ten nałóg “opłacają” ciągłymi aktami skruchy i pokuty. We Francji istniała kiedyś zdrowa „schizofrenia”: mówiono o prawach człowieka, ale postępowano zgodnie z racją stanu. Dziś Francja nie ma już sił, aby trzymać się tej „schizofrenii”. Odkryto tam nowe źródła władzy, i na każdego polityka, który przeżył odpowiedni okres historii Francji zawsze coś się znajdzie. W przypadku Szwajcarii sprawa jest sterowana. Szło przede wszystkim o osłabienie jej pozycji finansowej. To był oczywisty motyw.

Dalej mówi Maschke o tym, że obecna klasa polityczna Niemiec nie jest zdolna i nie chce prowadzić narodowej polityki. Zjednoczenie Niemiec nie jest dla niej stworzeniem możliwości prowadzenia bardziej samodzielnej polityki, lecz ma być swego rodzaju produktem ubocznym zjednoczenia Europy. W klasie politycznej Niemiec panuje antynarodowy konsensus. Oklaskuje ona likwidację ostatniej rezerwy siły niemieckiej: marki niemieckiej! Niemcom nie pozostanie nic, czym mogliby się posłużyć dla realizacji swojej racji stanu. Ale kiedy nie będziemy już mieli własnych pieniędzy, twierdzi Maschke, kiedy nasz kryzys wewnętrzny pogłębi się i nie będziemy mogli finansować Europy, wtedy będziemy największymi świniami w Europie i rozpoczną się kolejne, potężne kampanie propagandowe dotyczące przeszłości (1933-45 – red.). Powinniśmy być na to przygotowani. Maschke wyjaśnia dalej, że działanie obecnej klasy politycznej w Niemczech nie zaprzecza zasadzie, zgodnie z którą każda klasa polityczna dąży do zdobycia większego zakresu władzy. Rezygnacja z realizacji interesu narodowego na płaszczyźnie polityki zagranicznej jest rekompensowana zwiększeniem zakresu władzy w polityce wewnętrznej. Tutaj władza przyjmuje coraz wyraźniej formy totalitarne. Kohl, mówi dalej Maschke, jest Bismarckiem ze znakiem ujemnym: chce uniknąć możliwych zagrożeń na płaszczyźnie międzynarodowej nie poprzez wyzyskanie siły i przeprowadzanie państwa przez niebezpieczny teren, ale poprzez samoograniczenie siły, innymi słowy ze strachu przed śmiercią popełnia samobójstwo. Ale paradoksalnie ta polityka wcale nie prowadzi do tego, że inne państwa nabierają do Niemców zaufania: przeciwnie inni zaczynają nami pogardzać i przyglądać się nam z jeszcze większą podejrzliwością. Dalej diagnozuje Maschke sytuację intelektualnej prawicy w Niemczech. Stanowi ona według niego zjawisko o mikroskopijnych rozmiarach. Ernst Jünger miał powiedzieć, że od czasu afery Dreyfussa prawica nie istnieje. Dzisiejsza prawica wierzy w suwerenność ludu, reprezentuje wulgarny rousseauizm: lud jest dobry. Winą za wszystko obciąża prawica nie kapitalizm tak jak lewica, ale przemysł przezwyciężania przeszłości, aliantów albo zdeprawowaną telewizję. Prawica boi się powiedzieć, że naród niemiecki pod względem duchowym i intelektualnym zszedł na psy, ani trochę nie jest lepszy od klasy politycznej. Niektórzy prawicowcy kochają nawet naszą konstytucję i wierzą w fata morganę „konstytucyjnego patriotyzmu”. Nie rozumieją, że państwo i konstytucja są dziś w rękach takiego Joschki Fischera i jemu podobnych.

Przed intelektualną prawicą niemiecką jest długa i ciężka droga. Sytuacja jest dziś gorsza niż w latach pięćdziesiątych. Chociaż ówczesny parlamentaryzm w porównaniu z obecnym miał jeszcze jakiś poziom, to formułowana w tamtych czasach krytyka parlamentaryzmu jest o niebo lepsza od tego, co dziś piszą na ten temat prawicowcy mający przed oczami parlamentaryzm tak katastrofalny. Prawica ma dziś niezwykle słabą pozycję, i jeśli wrogowie tak ją demonizują, to dlatego, że są totalitarystami, i pragną zgnieść w zarodku każdą sprawę reprezentowaną przez mniejszość. Według wrogów prawica jest jednocześnie żałosna i bezsilna a z drugiej bardzo groźna. Jednak nie powinniśmy z tego wnioskować, że naprawdę jesteśmy groźni, ale, że nasi wrogowi mają nieomylny instynkt, który pozwala im rozpoznać i zdusić nawet najskromniejsze zarodki czegoś dobrego na prawicy. Możemy też wnioskować, że to nasi wrogowie w najpełniejszy sposób spełniają kryteria osobowości autorytarnej wypracowane przez szkołę frankfurcką. Dalej mówi Maschke, że trudno jest dziś stawiać opór tendencji do likwidacji państw narodowych. Jest jednak oczywiste, że zjednoczenie Europy nie doprowadzi do powstania „wielkiej przestrzeni”. Nie ma hegemona, nie ma zgody co do tego, kto jest wrogiem, nie ma homogeniczności państw członkowskich, nie istnieje żadna akceptowana przez wszystkich idea polityczna ani wspólna metafizyka, nie ma też zakazu interwencji dla potęg z obcej przestrzeni. Zjednoczenie Europy doprowadzi do latynoamerykanizacji Europy, do jej łatwiejszej penetracji przez Stany Zjednoczone. Dzisiaj nie chodzi nawet o zakaz interwencji dla mocarstw z obcej przestrzeni, ale o zakaz penetracji – niezwykle pożądany, lecz trudno wyobrażalny proces, gdyż trzeba by wyrwać Stany Zjednoczone ze splotów nerwowych Unii Europejskiej. Zresztą Unia Europejska najprawdopodobniej upadnie, gdyż po wprowadzeniu wspólnej waluty zintensyfikują się polityczne konflikty pomiędzy poszczególnymi państwami, ponieważ każde będzie szukało winnego w innym. Kryzysy natychmiast ulegną kontynentalizacji i nie będzie zgody co do tego, kto jest „winny”. Cała relacja ochrona-posłuszeństwo, która nie może funkcjonować bez jasnych autorytetów i odpowiedzialności, załamie się w tej pseudo-„wielkiej przestrzeni”. W narodach zapanuje niezgoda i rozpadającą się zjednoczoną Europę nawiedzi – nawet ostro nacjonalistyczna – demagogia. Cały proces będzie bardzo destruktywny. Gdyby chociaż to „zjednoczenie” zakładało wyparcie Stanów Zjednoczonych, gdyby istniała wspólna idea polityczna – to można by się zastanawiać. Gdyby….

Kohl i cała klasa polityczna nie chcą i nie potrafią zrealizować choćby do pewnego stopnia programu „niemieckiej Europy” tzn. Europy, w której Niemcy odgrywaliby ważną rolę polityczną. Oni chcą denacjonalizacji Niemiec i rozpuszczenia Niemiec w Europie. Poza tym są całkowicie podporządkowani Amerykanom, którzy chcą Niemców jako pomocników w realizacji swojej mesjańskiej ideologii. Obecna klasa polityczna Niemiec jest posłusznym instrumentem w rękach Amerykanów. Jak może być w interesie Niemiec uczestniczenie, choćby tylko finansowe, w takich świńskich akcjach jak techno-masakra Iraku, kraju, który nigdy Niemcom nie zagrażał. Takich interwencji jak ta w Iraku może być w przyszłości więcej. Udział w nich nie jest świadectwem normalizacji Niemiec, ani też żadnym narodowym obowiązkiem, przeciwnie jest to sprzeczne z ich narodowym interesem, kończy swój wywód Maschke.

DEUTSCHER WEG

Samizdatowe pismo antysystemowej prawicy narodowej zaciekle atakuje Układy Rzymskie, Unię Europejską, NATO, traktat z Maastricht, Organizację Narodów Zjednoczonych, wielki kapitał, światową centralę władzy w Nowym Jorku, mondialistów, brukselczyków, „łobuzów” i “kolaborantów” rządzących w Niemczech. W numerze z września- października 1997 roku pismo snuje wizje przyszłości Niemiec, Europy i świata. Możliwe jest objęcie w Niemczech władzy przez koalicję SPD-Zieloni-PDS. Wówczas spodziewać się można zakazów działalności „ekstremistycznych” czyli narodowo-patriotycznych ugrupowań, stowarzyszeń i czasopism. Nastąpi wzmożona „obserwacja” wszystkich sił narodowych, nasilą się rewizje i aresztowania, posłuszne władzy sądy będą wydawały coraz wyższe wyroki za działalność patriotyczną, pogorszy się sytuacja gospodarcza i zadłużenie wzrośnie do astronomicznych rozmiarów. W wyniku coraz większego napływu imigrantów nastąpi wzrost liczby radykalnych band, które atakować będą narodowo nastawionych Niemców (również wskazanych przez system). Nasilą się także walki pomiędzy bandami. Poprzez wybory całe dzielnice lub nawet miasta dostaną się pod kontrolę obcokrajowców, wygląd tych miast zmieni się nie do poznania w niedługim czasie, wybudowane zostaną minarety a bojowy islam uzyska przewagę nad pogrążonymi w dekadencji kościołami chrześcijańskimi. Bandy obcokrajowców będą szkolone i uzbrajane przez CIA i Mossad, aby mogły być wykorzystane do akcji w dniu X, kiedy wszyscy „niebezpieczni” nacjonaliści zostaną unieszkodliwieni, a niektórzy być może zlikwidowani w „noc św. Bartłomieja”. Wzmoże się szantaż i groźby wobec Niemców mające na celu wyduszenie kolejnych miliardów marek, pojawią się prowokacje np. podpalanie synagog, zamachy, podkładanie bomb itp. Takie instytucje jak armia, policja, wywiad i kontrwywiad ulegną internacjonalizacji i przejdą pod obcą kontrolę. Można się spodziewać, że rozmaite katastrofy ekologiczne będą wykorzystane do ustanowienia „demokratycznej” dyktatury w skali światowej. Optymistyczny scenariusz to przebicie się do władzy Le Pena we Francji i Haidera w Austrii, uzyskanie niepodległości przez Szkocję, Walię, Flandrię, Tyrol Południowy i Alzację, upadek plutokratycznej kliki rządzącej w USA a tym samym upadek powojennego reżimu w Niemczech. W takim przypadku należy oczekiwać desperackich, terrorystycznych akcji Mossadu, nawet z użyciem miniaturowych ładunków atomowych.

W innym artykule zamieszczonym na łamach pisma znajdziemy krytykę tzw. multikulturalizmu w USA. Realizacja w praktyce zasad „wielokulturowości” jest instrumentem władzy w rękach rządzącej elity, która napuszcza na siebie grupy rasowe i etniczne. Obecnie zarówno światowe ośrodki finansowe, fundacje, koła rządowe, media w rodzaju „New York Timesa”, CBS, Holywood propagują i wspierają „multikulturalizm”. Podobnie dzieje się w innych częściach świata (Europa Zach., Kanada, Australia i Nowa Zelandia). „Multikulturalizm” jest młotem, który ma wykuwać uległe narody, posłusznie podporządkowujące się Nowemu Porządkowi Światowemu. Chce się przekształcić narody w kłębowisko zwalczających się nawzajem grup, pozbawić je tożsamości i narodowej woli, i w efekcie zainstalować, nie znające granic, państwo policyjne chroniące interesów międzynarodowych megakoncernów. Siłą uderzeniową tego państwa ma być NATO, służące do karania tych narodów, które nie będą się chciały poddać globalnej tyranii. Przeciwieństwem „multikulturalizmu” jest moralna, religijna i kulturalna solidarność narodu. Koniecznym krokiem ku ozdrowieniu jest krytyczne spojrzenie na politykę prowadzoną przez Waszyngton, spojrzenie nie zmącone fałszywymi informacjami i kłamstwami rozsiewanymi przez rządzących. Zakładać dziś, że skorumpowane prostytutki polityczne w Waszyngtonie nas reprezentują, to tyle samo, co przeciąć sobie tętnice. Zarówno w Ameryce jak i Kanadzie i w większej części Europy rządzą politycy, o których w najlepszym przypadku można powiedzieć, że są ludźmi o marnych charakterach, a ich jedynym celem jest napychanie sobie kieszeni kosztem ogółu. Ale w USA żyje jeszcze duch 1776 roku, roku ogłoszenia Deklaracji Niepodległości. Znowu czujemy początki rewolty przeciw tyranii. Kto ma uszy do słuchania, ten może z oddali usłyszeć dźwięk dzwonów wolności zwołujących najdzielniejszych synów i córki narodu. Nie znają oni ani lewicy ani prawicy, ale znają zdrajców i nie boją się zadań, jaki przed nimi stoją. Niech zadrżą tyrani!

„Deutscher Weg” żąda m.in. wycofania wszystkich obcych wojsk z terytorium Niemiec, wystąpienia Niemiec z NATO, rewizji granic z Polską i Czechosłowacją, natychmiastowego zastopowania napływu obcych rasowo i kulturowo cudzoziemców, stopniowej deportacji z Niemiec pseudo-azylantów i obcokrajowców nie należących do europejskiego kręgu kulturowego, zakazu zabijania dzieci nienarodzonych, reformy edukacji w duchu narodowym, wprowadzenia do szkół nowych podręczników historii (bez kłamstw i fałszerstw, od których roi się w obecnych podręcznikach), zastąpienia panowania partyj przez „arystokratyczną demokrację”.

BELGIA

TEKOS

W 85 numerze pisma niderlandzkiej Nowej Prawicy, który ukazał się w 1997 r. trudno nie wczytać się w esej Gerda Klausa Kaltenbrunnera „Robert Michels i nieuchronność oligarchii”. Niemiecki badacz twierdzi, że w III Rzeszy za faszystów uznawano poza Włochami takich ludzi jak Ernst Jünger, Gottfried Benn, Martin Heidegger, jak również Oswald Spengler czy Carl Schmitt. Ludzie ci z powodu swojej inteligencji, stylu życia czy też nieortodoksyjnych poglądów na kwestię żydowską, problemy kultury czy rasy byli traktowani jako „völkisch unzuverlässig” (elementy niepewne pod względem narodowym), wyłamujące się z narodowosocjalistycznego schematu w stronę (prawdziwego faszyzmu). Pomimo tego, że Mussolini zawarł z Hitlerem sojusz, faszyzm pozostał w Tysiącletniej Rzeszy czymś podejrzanym. Protoplaści dzisiejszych „antyfaszystów” rozpoczęli działalność w latach 1933-34 jako strażnicy ideologicznej czystości państwa niemieckich robotników i chłopów. W kręgu ich zainteresowania znajdował się także socjolog Robert Michels, posądzany o faszystowskie odchylenie. Ten syn niemieckiego milionera studiował w Paryżu, Monachium, Lipsku i Halle, sympatyzował z lewicowymi socjalistami i nawet przyjaźnił się z Karolem Kautsky`m oraz z Różą Luksemburg. W1907 r. przeprowadził się do Italii, aby sześć lat później przyjąć włoskie obywatelstwo. Wykładał w Bazylei, Brukseli, Paryżu, Turynie i Florencji. W październiku 1922 r., bezpośrednio po „Marszu na Rzym” stał się członkiem partii faszystowskiej (i jak tu nie mówić o odchyleniu? – red.), publikował profaszystowskie artykuły w niemieckich gazetach i w nagrodę Duce mianował go profesorem uniwersytetu i faszystowskiej szkoły dla elity w Perugii. Michels zmarł w 1936 r. w Rzymie. Jego najbardziej znanym dziełem jest „Zur Soziologie des Parteiwesens in der modernen Demokratie”. Książka ta jest ciągle czytana z powodu swojej aktualności i to nie tylko przez socjalistów. Michelsa czyta się łatwiej niż Maksa Webera (nota bene Weber i Werner Sombart byli przyjaciółmi Michelsa), Wilfreda Pareto czy Emila Durkheima. Uważnymi czytelnikami książki o oligarchii partyjnej byli Arnold Gehlen i Joseph A. Schumpeter, którzy dużo zawdzięczają tej lekturze. Michels pisze barwnie i przedstawia wiele ciekawych sytuacji jak choćby „wielką walkę klasową” między lewicującymi działaczami pochodzenia robotniczego a ich kolegami partyjnymi wywodzącymi się z drobnej burżuazji w trakcie politycznych dyskusji napędzanych hektolitrami wina i piwa. Pomimo takiej atmosfery badacz życia partyjnego potrafił zachować trzeźwy umysł, w czym niewątpliwie pomogło mu to, że nie miał w sobie ani krzty rewolucyjnego dogmatyzmu z całą jego obłudą. Za gęstą zasłoną frazeologii Michels zauważył umacniającą się partyjną „biurokrację”, czyli oligarchię. Władzę w organizacji przejmuje „aktywna mniejszość”. Niemiecki socjolog z właściwą swojemu narodowi dokładnością opisał, wykorzystując ustalenia takich badaczy jak Pareto, Mosca czy Gumplowicz, „spiżowe prawo oligarchii”, przejmującej władzę w każdej partii politycznej. Młodzi intelektualiści z generacji Dutschkego, czerpiący natchnienie z przemyśleń Adorno, Blocha i Marcusego, próbowali teoretycznie i praktycznie jako działacze Zielonych obalić ustalenia Michelsa. Aktualnie Partia Zielonych jest tak samo zbiurokratyzowana jak inne niemieckie stronnictwa, jeszcze raz okazało się, że rację mieli: Sorel, Pareto i Michels.

Poza tym w numerze m. in. o Tolkienie – pisarzu zawieszonym między wyobraźnią a współczesnym światem, do którego można odnieść słowa Jüngera o zaangażowaniu w jedyną istotną walkę – walkę między siłami życia i śmierci. Omawiający postać wielkiego brytyjskiego literata Erie Lasalle podkreśla tradycjonalistyczny światopogląd Tolkiena. Hendrik Carette porównuje „Che” Gueverę z flamandzkim nacjonalistą Jorisem van Severenem. Umieszcza ich wraz z Bakuninem, księciem Kropotkinem i Wilhelmem Orańskim w kategorii tragicznych “losers”. Na van Severena silnie oddziałali tacy rozumiejący i głęboko opisujący tragizm życia pisarze francuscy jak: Bloy, Maurras, Sorel, Barres, Maritain, Bernanos, Peguy, Mounier czy Brasillach. Silnie oddziałali też na niego niemieccy rewolucyjni konserwatyści, a szczególnie Jünger i Niekisch. Van Severen, Guevera i Castro marzyli o lepszym świecie i dwaj pierwsi polegli w walce o niego. Wspólna dla nich wszystkich pewna mistyka skłoniła Bardeche’a do zadania pytania: „Czy Fidel Castro jest faszystą?” Tego rodzaju utopijni marzyciele są rycerzami przegranej sprawy i można im zadedykować lakoniczną myśl Ciorana: „les plus helles causes sent toujours les causes pardues”.

BUŁGARIA

NACIONALNE MŁODEŻKO SPISANE NIJE.

Młodzieżowe pismo narodowe o nazwie podobnej do tygodnika pana Urbana wychodzi w Sofii, a jego redaktorem naczelnym jest Nikoła Petrow. W trzecim numerze, który ukazał się latem 1997 r., Nikoła Stefanów pisze o „Wirusie separatyzmu”. Wirus ten rozprzestrzenia się dlatego, że w Europie prawie nie ma kraju nie borykającego się z problemami etnicznymi lub religijnych mniejszości u siebie lub u sąsiadów. Francuski politolog Alain Minc w swojej książce Nowe Średniowiecze wieszczy, że Europa będzie zmierzać w stronę ukształtowania się nowych regionalnych i swoistych imperiów, podobnych do niegdysiejszej Rosji albo „Świętego rzymskiego imperium narodu niemieckiego”. Ewolucja może ulec przyspieszeniu dzięki niespodziewanym rewolucjom w rodzaju włoskiej operacji „Czyste ręce”. Nowe Średniowiecze będzie nieprzewidywalne i pozbawione Boga. W dekadzie lat 90-tych we wschodniej Europie pojawiło się 17 nowych państw i podobny proces może zajść w zachodniej części kontynentu. Lider Bloku Flamandzkiego Lionel Vandenbergh mówi, że najlepiej będzie wziąć przykład z Czechów i Słowaków, którzy potrafili rozejść się w cywilizowany sposób. Idea „Europy regionów” pobudza do działania katalońską partię “Konwergencja i sojusz”, baskijskich „autonomistów”, włoską „Ligę Północną”, Szkocką Partię Nacjonalistyczną, korsykańską „Junkolta nacionalista” oraz Narodową Partię Południowego Tyrolu. Lider „Convergencia y Union’ Jordi Pujel, który jest jednocześnie premierem autonomicznego rządu Katalonii i przewodniczącym Stowarzyszenia Europejskich Regionów twierdzi, że regionalizm gwarantuje konkurencyjność i wydajność. Alvin Toffler uważa, że będzie się nasilać ruch w stronę decentralizacji i regionalizacji. Europa będzie zmierzać w stronę równowagi między państwami narodowymi i regionami. Giovani Angeli przewiduje, że np. Lombardia i Wenecja osiągną w ramach Włoch status zbliżony do niemieckiej Bawarii. Podobne idee lansuje Umberto Bossi, który jest najbarwniejszym włoskim politykiem od czasów Mussoliniego. Ideolog Ligi Północnej, czyli Gianfranco Miglio z mediolańskiego uniwersytetu podkreśla, że Bossi zdecydowanie różni się od Duce, ponieważ wódz faszystów był zwolennikiem silnej centralizacji, a przywódca Padańczyków jest federalistą. Lombardczycy chcą, aby przyszła Italia była federacją Północy, Środka i Południa w ramach “Europy regionów”. Północne prowincje włoskie byłyby silnie związane z południowymi kantonami Szwajcarii. W tej samej części Italii skupiający niemieckojęzycznych mieszkańców prowincji Irentino-Alto Adige „Heimat-Bund” otwarcie wzywa do zorganizowania referendum w przedmiocie uzyskania niezależności od Rzymu. Na Korsyce umiarkowana koalicja „Junkolta nacionalista” rywalizuje z terrorystycznym Frontem Wyzwolenia Narodowego. W Katalonii Pujo walczy o wpływy z nielegalną organizacją „Tiera Liure”. Ustanowienie katalońskiego językiem urzędowym spowodowało, że Hiszpanie poczuli się zagrożeni i głosowali w ostatnich wyborach masowo na Partię Ludową Aznara oraz na skrajnie prawicowy Front Narodowy Blasa Pinara. W Baskonii reprezentowana w regionalnym parlamencie w Bilbao Herri Batasuna ma coraz mniejszy wpływ na poczynania bojowników z ETA.

Jednak wszystkie działania separatystów w zachodniej części kontynentu są „burzą w szklance wody” w porównaniu z tym, co dzieje się albo może zdarzyć we wschodniej Europie, gdzie w dosyć luksusowej sytuacji są Polska i Czechy, ale i w tych krajach rosną obawy w związku z kwestionowaniem powojennego wysiedlenia pomorskich, śląskich i sudeckich Niemców. Niektórzy węgierscy politycy (np. ze Związku Swobodnych Demokratów) domagają się, aby madziarskie mniejszości w Rumunii, w Serbii, na Ukrainie i na Słowacji uzyskały terytorialną autonomię. Takie postulaty wywołują szczególny ferment w Bratysławie, gdzie Mecziar expressis verbis mówi o groźbie utraty części terytorium na rzecz południowego sąsiada. Krym ciągle jest jabłkiem niezgody między Rosją a Ukrainą, a na dodatek na półwysep wracają Tatarzy. Mołdawia nie może sobie poradzić z separatystyczną Republiką Naddniestrzańską. Jednak prawdziwą „ziemią obiecaną” dla separatyzmów są Bałkany. Z wyjątkiem Turcji i Grecji we wszystkich innych krajach tego regionu działają partie oparte na czynniku etnicznym lub religijnym. Jest to m.in. efekt poczynań reżimu Tito, lansującego takie sztuczne (przynajmniej według Bułgarów) narodowości jak “macedońska” czy „bośniacka”. W Bośni i Bułgarii mniejszości religijne przekształcają się w etniczne. Najbardziej agresywni są Albańczycy w Macedonii i Kosowie oraz „partie protureckie” w Bułgarii i serbskiej części Sandżaku. Wojna w Chorwacji osłabiła popieranych przez Belgrad serbskich separatystów, ale przykład Kurdystanu, gdzie armia turecka ciągle musi toczyć potyczki pokazuje, że niełatwo jest zupełnie spacyfikować tendencje odśrodkowe. Na Cyprze doprowadziły one w 1974 r. do trwającego wciąż spetryfikowania separatyzmu w postaci faktycznego, choć nie uznawanego przez społeczność międzynarodową, podziału wyspy. P. Stefanów uważa, że pokój w Europie zostanie zagwarantowany nie przez socjalistyczny internacjonalizm, ani nie przez kosmopolityczno-liberalny „regionalizm”, ale drogą wzajemnego poszanowania narodowo zorientowanych państw. Listy tych państw niestety nie podaje.

Przejdźmy zatem do omówienia tekstu Petyra Georgiejewa „Turecka ręka nad Bułgarią”. Dowiadujemy się, że Bułgaria jest obok Węgier jednym z dwóch europejskich państw, które „graniczą wyłącznie same ze sobą”, to znaczy z terytoriami niegdyś im odebranymi. Pomimo to w resztkowej Bułgarii pojawiają się jeszcze tendencje separatystyczne. Bukareszt finansuje „wołoskie stowarzyszenia oświatowe”, które domagają się „autonomii kulturowej”. OMO „llinden” kreuje się na obrońcę „narodu macedońskiego”. Największy problem stwarza jednak sąsiedztwo z prężącą muskuły Turcją. Ankarscy politycy uważają, że wszyscy bułgarscy muzułmanie są Turkami, co według Bułgarów jest oczywiście absurdem. Pomimo nieprzychylnego stanowiska Sofii już w latach 20-tych działały takie „stowarzyszenia kulturalno-oświatowe” jak „Turan”, „Altan Ordu”, „Szewkat” czy „Alpasłan”. Szczególnie aktywny był „Turan”, który próbował w latach 30-tych przekształcić się w partię etniczną, ale po zamachu stanu w 1934 r. został zdelegalizowany. Sofijskie władze popierały takie organizacje jak rodopska „Rodina”, które odegrały dużą rolę w zintegrowaniu muzułmanów z resztą narodu. Komuniści rozwiązali “Rodinę” i uznali istnienie „tureckiej grupy narodowościowej”, uruchomili 1200 tureckich szkół oraz 3 katedry na sofijskim uniwersytecie z tureckim językiem wykładowym. Wydawano wiele tureckojęzycznych gazet i czasopism oraz uruchomiono specjalne programy w radiu. W ten sposób wyhodowano “turecką inteligencję”, która stała się niezwykle podatna na panturanistyczną propagandę. Separatystyczne nastroje szczególnie się uwidaczniają po zwycięskiej operacji tureckiej armii na Cyprze w 1974 r., gdzie utworzono nowe państwo z półksiężycem na fladze. W Bułgarii nie przyniosła spodziewanych rezultatów akcja przesiedlania muzułmanów do Turcji w latach 80-tych ani próba asymilacji tych, którzy pozostali. Już od lat 60-tych działają bowiem takie separatystyczne organizacje jak: „Czelik”, „Atatrk”, „Topel”, „Turecki Związek Młodzieży”, “Nacionalist”. Aktywiści tych organizacji wieszają tureckie flagi na gmachach urzędowych i piszą petycje do ONZ. Pojawiają się żądania utworzenia „tureckiej republiki autonomicznej” o powierzchni 13 tysięcy km . W latach 80-tych dochodzi już do aktów terroru autorstwa bojowników „Szarych Wilków”, „Tureckiego Ruchu Wyzwoleńczego”, a przede wszystkim założonego w 1985 r. przez Ahmeda Dogana skrajnie ekstremistycznego „Tureckiego Narodowo-Wyzwoleńczego Ruchu w Bułgarii”. W 1990 r. tenże sam Dogan tworzy Ruch na rzecz Praw i Swobód Turków oraz muzułmanów w Bułgarii. Po decyzji BKP o przywracaniu muzułmanom tureckich imion zaczyna się returkizacja całych rejonów. W latach 90-tych radykałowie grupują się w separatystyczną Turecką Partię Demokratyczną Adama Kenana, domagającą się przekształcenia Bułgarii w państwo federacyjne. Wniosek jest taki, że wszelkie ustępstwa prowadzą do wzrostu tendencji separatystycznych. Autor domaga się posunięć prowadzących do zjednoczenia narodu i integracji państwa.

Pozostając w tym samym kręgu tematycznym zapoznamy się ze szkicem Dinko Draganowa “Mniejszości narodowe”. Bułgarski publicysta wraca do początku naszego stulecia, kiedy to rozpadły się trzy wielonarodowe imperia: austro-węgierskie, tureckie i rosyjskie. Na ich gruzach powstało szereg państw narodowych. Jednakże przy wyznaczaniu granic nowych tworów państwowych czynnik etniczny był na dalszym planie, bowiem najważniejsze były geopolityczne interesy zwycięzców. W efekcie znaczne części pokonanych narodów znalazły się pod obcym panowaniem. W 1913 r., po II wojnie bałkańskiej, Bułgarzy w Macedonii Warderskiej zostali podporządkowani Serbii, w Macedonii Białomorskiej Grecji, we wschodniej Tracji Turcji, a w południowej Dobrudży Rumunii. W Królestwie Serbów, Chorwatów i Słoweńców „poddanymi drugiej kategorii” byli wojwodińscy Niemcy i Węgrzy, banaccy Bułgarzy i Wołosi, kosowscy Albańczycy, macedońscy Turcy oraz dalmatyńscy Włosi. “Romania mare” objęła swymi granicami dobrudżańskich i besarabskich Bułgarów, transylwańskich Węgrów, Niemców i Bułgarów, Bukowińskich Ukraińców. Połowa terytorium zmartwychwstałego państwa polskiego była zamieszkana przez Ukraińców, Białorusinów i Litwinów, a w dużych miastach mieszkało sporo Niemców. W skład Czechosłowacji weszły niemieckojęzyczne Sudety i węgierskojęzyczny pas Naddunajski. W greckiej zachodniej Tracji mieszkali Bułgarzy, a w Turcji Grecy oraz Ormianie. Mówiący po niemiecku mieszkańcy Alzacji i Lotaryngii znów znaleźli się we Francji, germańscy południowi Tyrolczycy we Włoszech, a Irlandczycy ciągle narzekali na brytyjskie jarzmo. W tej sytuacji trudno się dziwić, że najbardziej pociągającym elementem „nowego porządku” Hitlera i Mussoliniego był postulat skorygowania granic zgodnie z etnicznymi realiami. Moralną podstawą niemieckich blitzkriegów była ochrona uciskanych niemieckich mniejszości. Oprócz Niemców do macierzy powrócili liczni Węgrzy, Bułgarzy i Albańczycy (pod berłem króla Wiktora Emanuela II, który do opanowanej przez siebie Albanii przyłączył Kosowo). Słowacy i Chorwaci uzyskali swoje narodowe państwa. Jednak podczas wojny z ZSRR Hitler zapomniał o czynniku narodowym i zbagatelizowanie oczekiwań Ukraińców stało się główną przyczyną zwycięstwa Stalina. Po upadku komunizmu rozpadły się wielonarodowe federacje: Związek Radziecki, CSRS i SFRJ. Powstały nowe państwa narodowe z nowymi mniejszościami narodowymi. Rzadko udawało się zlikwidować problem mniejszości bez wojny. Warto zatem wymienić te nieliczne wypadki: odebranie Rumunii wskutek II arbitrażu wiedeńskiego południowej Dobrudży i północnego Siedmiogrodu, oddanie przez Czechosłowację Rusi Zakarpackiej Ukrainie, odzyskanie przez Polskę Białegostoku w 1945 r. (Autor nie wymienia Monachium oraz I arbitrażu wiedeńskiego czyli przekazania południowej Słowacji Węgrom – red.).

Zazwyczaj przesunięcia graniczne były efektem starć zbrojnych między konkurującymi państwami. Prym dzierżą tutaj Bałkany. Np. w 1913 r. w ciągu miesiąca Turcy wypędzili (część z nich zmarła) 400 tysięcy zachodniotrackich Bułgarów. W tym samym czasie odbył się niszczycielski pochód Greków i Serbów przez Macedonię Wardarską i Macedonię Egejską. Dziesiątki tysięcy Bułgarów zginęło, setki tysięcy uciekło, a ci którzy pozostali zostali przekształceni w “południowych Serbów” lub „bułgarojęzycznych Hellenów”. Dwa lata później reżim młodoturecki przeprowadził „ostateczne rozwiązanie” kwestii półtoramilionowej mniejszości ormiańskiej. W 1922 r. wypędzono z prastarych małoazjatyckich siedzib milion Greków. W ZSRR przesiedlanie całych narodów przybrało ogromne rozmiary. Wojna domowa w Grecji wypędziła dodatkowe 50 tysięcy egejskich Bułgarów. Ceausescu przesiedlał węgierskich mieszkańców transylwańskich wsi do dużych miast. Zupełnie niedawno kraińscy Chorwaci uciekli przed Serbami, a wojna w Bośni zmieniła narodowościową mozaikę w trzy różnoetniczne kantony. Oprócz przymusowych przesiedleń mieliśmy do czynie-nia również z „dobrowolnymi”, choć granica jest dosyć płynna. I tak np. w latach 20-tych Bułgaria i Grecja zawarły dwa porozumienia o wymianie ludności, a w 1940 r. na podstawie porozumienia zawartego w miejscowości Craiova 67 tysięcy Bułgarów przesiedliło się z północnej Dobrudży do Bułgarii. To były wyjątki. Po 1945 r. bez porozumiewania się z nieistniejącym niemieckim rządem wysiedlono trzy miliony sudeckich Niemców, a oprócz tego siedem milionów ich rodaków z Pomorza, Śląska, Prus Wschodnich, Wojwodiny, Węgier i Transylwanii. Komunistyczne dyktatury uprawiały „miękką dyktaturę” wobec mniejszości, skłaniając je do wyjazdu lub asymilując. W rezultacie z liczącego w 1915 r. milion dusz skupiska siedmiogrodzkich Szwabów zostało 80 tysięcy osób, a z niecałych dwóch milionów rumuńskich uniatów 200 tysięcy. W socjalistycznej Jugosławii stopniowo malała liczebność Chorwatów w Wojwodinie i Bułgarów w zachodniej Pokrainie. W ten sposób osiągano etniczną jednorodność. Jednakże pomimo rozmaitych wysiłków i przepowiedni (np. gardzących małymi narodami Marksa i Engelsa – red.) w ciągu ostatnich 200 lat mniejszościowe kultury rozwinęły się i dzisiaj Szkocja, Walia, Baskonia, Katalonia czy Korsyka domagają się niezależności w ramach UE. Autochtoniczne narody chcą naprawić „grzechy historii” i zdobyć, choćby i ograniczoną, państwowość. W granicach Zjednoczonej Europy eksperci naliczyli 40 językowych mniejszości, liczących około 50 milionów ludzi.

Zmieniając problematykę przyjrzyjmy się krótkiej analizie Angeła Kositewa zatytułowanej „Kościół katolicki i prawica”. Drugi sobór watykański umocnił „lewicę katolicką”, szczególnie w III Świecie, gdzie jest ona silnie związana z marksistami. Wciąż nasilają się żądania zniesienia celibatu, dopuszczenia kobiet do seminariów duchownych, zgody na „swobodne związki seksualne”, aborcję i eutanazję. W tej sytuacji wybór na Stolicę Piotrową przedstawiciela bardziej konserwatywnej, wschodnioeuropejskiej części hierarchii nie był przypadkowy. Jan Paweł II z jednej strony nawiązał kontakty z innymi konfesjami, przechodząc do porządku dziennego nad protokolarnymi barierami, ale pomimo to twardo obstawał przy dogmatach, co sprowokowało ostre ataki ze strony „lewego skrzydła” społeczności katolickiej. Szczególne niezadowolenie wzbudziły kontakty papieża z „Opus Dei” – organizacją założoną przez Escrivę de Balaguera, który był bliskim doradcą Piusa XII i Franco. Osłabieniu uległy pozycje jezuitów. Ten zakon, będący niegdyś ostoją ortodoksji, przekształcił się w główny ośrodek „prądu modernistycznego” i tzw. „teologii wyzwolenia”, blisko związanej z marksistowską guerillą w Ameryce Łacińskiej. W 1982 r. papież powołał na stanowisko prefekta Kongregacji d/s Wiary (niegdysiejsza inkwizycja) kardynała Ratzingera, który pomimo nacisków kręgów związanych z międzynarodowym, kosmopolitycznym kapitałem finansowym włączył do nowego prawa kanonicznego stary paragraf usuwający z Kościoła masonów. Pochodzący zza żelaznej kurtyny następca Piotra nie dawał się nabierać na deklaracje komunistycznych reżimów mówiące o swobodzie praktyk religijnych. Nie cofnął się przed mianowaniem kardynałami dwóch zdecydowanych antykomunistów – arcybiskupów Pragi i Rygi. Efektem jego wizyty w Polsce było utworzenie „Solidarności”. Na początku lat 80-tych spotkał się z Reaganem i udzielił mu poparcia w walce z systemem komunistycznym.

Po upadku realnego socjalizmu papież mógł skupić się na problemach wewnątrzkościelnych. Zdecydowanie zaatakował „reformatorów” i lewicowców. Podczas kolejnych synodów twardo bronił celibatu i nie dopuszczał możliwości zgody na święcenia kapłańskie dla kobiet. Nie szedł na kompromisy z „kosmopolitami” i „teologami wyzwolenia”. Używał twardego języka wobec wszystkich wyłamujących się z kościelnej dyscypliny. Niejednokrotnie zasmucał zachodnich liberałów. W1993 r. podczas spotkania z milionem młodych północnoamerykańskich studentów nie zawahał się rzucić wyzwania ideom lansowanym przez Clintona, wzywając do obrony strzeżonych przez Kościół wartości moralnych. Dwa lata wcześniej przybysz „z dalekiego kraju” doprowadził do wściekłości stojących na stanowisku zachowania integralności terytorialnej Jugosławii socjalistyczny włoski rząd, popierając niepodległość katolickich republik Słowenii i Chorwacji. Plan reorganizacji Banku Watykańskiego przysporzył papieżowi wielu wrogów w środowisku włoskich polityków (np. były premier Andreotti) i to oni zapewne stali za zamachem na Placu św. Piotra, a nie niesłusznie posądzani Bułgarzy. P. Kositew optymistycznie uważa, że Jan Paweł II umocnił Kościół i ponownie uczynił go ostoją tradycyjnego konserwatyzmu i narodowej prawicy.

Prawica ma duże problemy w Albanii, a sąsiednie państwa mają duże problemy z Albańczykami. “Albański czynnik na Bałkanach” to tytuł geopolitycznego szkicu Dinko Draganowa. Informuje on nas, że największym albańskim miastem według Arnautów jest Skopje, co potwierdza tezę, że w przyszłym wieku w tej części Europy nie będzie specjalnie spokojnie. Tylko dwa bałkańskie państwa, a mianowicie Bułgaria i Rumunia, nie mają albańskiej mniejszości. Najwięcej kłopotów ze Skipetarami ma oczywiście Jugosławia. Jeszcze około 1950 r. stanowili oni „zaledwie” około 70% ludności Kosowa. Dzisiaj „serbska kolebka” już w 90% jest zaludniona przez Albańczyków. W 1989 r. Miloszević brutalnie zlikwidował kosowską autonomię. W odpowiedzi na to posunięcie „albański Gandhi” czyli Ibrahim Rugova proklamował „Republikę Kosowa”, nieuznawaną przez czynniki międzynarodowe, ale popieraną przez Kosowian. Podczas rokowań w Dayton zapomniano o trzecim pod względem liczebności narodzie byłej Jugosławii. Utworzenie partyzanckiej Armii Oswobodzenia Kosowa świadczy o wyczerpywaniu się cierpliwości Albańczyków. Nie wiadomo, czy zaakceptują oni ideę głównego przeciwnika Rugovy – Adema Demaczi, który wiele lat spędził w serbskich więzieniach. Ten popierany przez Waszyngton polityk lansuje koncepcję federacji, składającej się z Kosowa, Serbii i Czarnogóry, a w dalszej przyszłości także z Albanii i Macedonii. Jeżeli w ten lub inny sposób nie oddzieli się Kosowa od Serbii, to za 20-30 lat potomkowie Ilirów przypuszczalnie zrównają się liczebnością z serbskimi współobywatelami. W Montenegro 40 tysięcy Sziptarów domaga się na razie tylko autonomii kulturowej. W słabej Macedonii Albańczykom przewodzi dynamiczny Arben Dżaferi. Doprowadził on już do otwarcia albańskojęzycznego uniwersytetu koło Tetowa. W Tetowie i Gostiwarze przed urzędowymi budynkami spokojnie powiewają flagi z dwugłowym, czarnym orłem Skanderberga. Co najmniej 1/5 obywateli Macedonii mówi językiem używanym w Kraju Orłów. Albańczycy domagają się federalizacji i kantonalizacji Macedonii. Byłby to krok w kierunku powstania Wielkiej Albanii, która „przebywa w świadomości wszystkich Albańczyków”. Macedońscy, serbscy i czarnogórscy Arnauci utrzymują ścisłe kontakty, m. in. za pośrednictwem działającej w Prisztinie Rady Koordynacjnej Albańskich Partii Politycznych, która jest czymś w rodzaju zarządu swoistego parapaństwa. Bułgarski komentator stwierdza, że bez porozumienia między Albańczykami a Bułgarami nie będzie spokoju na Bałkanach. Przypomina, że przed wojną wysuwane były postulaty ustanowienia albańsko-bułgarskiej granicy w Macedonii.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»