«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO POSTKONSERWATYWNE”, NR 34 (1999)

12.13.17 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO POSTKONSERWATYWNE”, NR 34 (1999)

AUSTRIA

DIE WEISSE ROSE

Katolicko-konserwatywne czasopismo z Wiednia poświęciło jeden ze swoich poprzednich numerów I wojnie światowej. Redaktor naczelny pisma Albert Pethö w artykule zatytułowanym „Wielka wojna. Koniec czasów nowożytnych i jego skutki” pisze, że I wojna światowa była inną wojną niż wszystkie dotychczasowe wojny i jej konsekwencje były poważniejsze niż konsekwencje innych wojen. Zmieniła ona oblicze świata i stała się zasadniczą cezurą historyczną, taką samą jak upadek Rzymu czy odkrycie Ameryki. Była traumatycznym przeżyciem, które wywarło niezatarte piętno na XX. wieku. Jej koniec był zarazem początkiem nowej, jeszcze nienazwanej epoki – naszej epoki. Latem 1914 roku wydarzył się ten podły, skrytobójczy mord, który okazał się najbardziej brzemiennym w skutki mordem od zamordowania Abla. Strzały w Sarajewie pociągnęły kontynent europejski w krwawe interno maszerujących przeciw sobie milionowych armii. Kiedy w roku 1918 ta krwawa rzeź się zakończyła, przyniosła skutki, jakich nie przewidywali najwięksi pesymiści. Europa utraciła swoją dominującą pozycję w świecie. Z perspektywy powojennej lata przedwojenne jawią się jako złoty wiek, a lata powojenne pogrzebały oświeceniowy przesąd, że rozwój ludzkości to automatyczny postęp, czyli zmiana na lepsze. Europa dzięki Metternichowi zyskała wcześniej stabilny ład, którym wprawdzie zachwiały: rewolucja 1848 roku, wojna krymska, Solferino i Königgratz, wojna niemiecko-francuska, ale który trwał wiele dziesięcioleci, przyniósł Europie gospodarczy i techniczny rozwój. Kościół katolicki utrzymywał swoją silną pozycję, co wraz z powstaniem ruchów chrześcijańsko-społecznych przyczyniło sie do stopniowego rozwiązywania kwestii socjalnej. W 1900 roku swoją kulminację osiągnął zapoczątkowany w roku 1492 proces opanowania świata przez mocarstwa europejskie. Koncert tych mocarstw zdominował ziemski glob, aczkolwiek na przełomie XIX. i XX. wieku dołączyli doń dwaj zamorscy członkowie: USA i Japonia. Ten świat, który myślał o sobie, że będzie trwał, zamienił się nagle w koszmar. Dlaczego tak się stało?

Pethö pisze, że świadomość określa byt, a ta świadomość w XIX. wieku zaczęła być w coraz większym stopniu zdominowana przez nacjonalizm, któremu towarzyszyły nurty liberalno-ateistyczne. Idiotyczne hasło „samostanowienia narodów” zniszczyło wytworzone przez wieki historyczne struktury. Do nacjonalizmu i liberalizmu doszedł kult nauki, która stała się namiastką religii. Jednak mimo zbrojeń, narodowych histerii, tworzących się bloków to równowaga sił, a z nią pokój mogłyby zostać utrzymane, gdyby nie kwestia bałkańska, która dotyczyła najżywotniejszych interesów Austrii. Tutaj był punkt zapalny stworzony przez politykę Serbii, za którą stała Rosja jako główny motor konfrontacji. To Rosja kryła Serbię i jej politykę wymierzoną zarówno w Turcję jak i w Austrię, to Rosja próbowała złamać równowagę sił w Europie – Pethö identyfikując Rosję jako głównego odpowiedzialnego za wybuch I wojny światowej powtarza tezy amerykańskiego historyka Harry Elmera Barnesa sformułowane już w 1928- drugim w kolejności odpowiedzialnym za wybuch wojny była Francja pragnąca rewanżu za przegraną wojnę z Niemcami. Pethö wskazuje na skomplikowaną sytuację wewnętrzną w Rosji. Car był nastawiony pokojowo, ale był słaby, natomiast silna i kontrolująca politykę państwa w decydującej fazie frakcja prowojenna o narodowo-liberalnym zabarwieniu, zachęcana przez francuskie kredyty do zbrojeń parła do wojny z państwami centralnymi. Niewiele lat wcześniej Rosja przegrała konfrontację zbrojną z Japonią i straciła wpływy w Azji Wschodniej. To skłoniło polityków rosyjskich do szukania laurów zwycięstwa w Europie. Rosja udzieliła poparcia Serbii, której polityka groziła tym, że cały południowo-słowiański kompleks krajów pod berłem austriackich cesarzy ogarnie irredenta, co w ostatecznej konsekwencji mogłoby przynieść rozpad cesarstwa. Ta strategia Rosji musiała z konieczności doprowadzić do wojny. Gdyby Rosja ją wygrała, to zrealizowałaby swoje wojenne cele: aneksja Prus Wschodnich i Galicji, być może Węgier i Konstantynopola.

Pethö zwraca uwagę na fakt, że Rosja carów wybrała sojusz z Francją i Anglią, czyli z liberalno-masońskimi demokracjami zamiast sojuszu z konserwatywnymi monarchiami (Austria, Niemcy, Turcja). Ale decydowały nie względy ideologiczne, ale geopolityczne. W każdym razie Rosja prąc do wojny popełniła błąd, przeceniła swoje siły, co zakończyło się upadkiem cesarstwa rosyjskiego, który z kolei przyczynił się do upadku cesarstwa austriackiego, niemieckiego i tu-reckiego. Francja w pełni popierała prowojenną politykę Rosji, zaś Anglia nie uczyniła żadnego kroku, aby jakoś opanować kryzys, nie zgłosiła żadnej konstruktywnej propozycji, przeciwnie, w momencie najwyższego napięcia, po ultimatum Austrii wystosowanego do Serbii raczej opowiedziała się za Rosją przeciw Austrii. Oczywiście ciężkie błędy popełniły również Niemcy i Austria, ale tylko Serbia, Rosja i Francja życzyły sobie naprawdę ogólnoeuropejskiej wojny.

I wojna światowa była końcem starego świata, co symbolizuje fakt, że na początku żołnierze maszerowali do ataku w czerwonych bluzach i w kepi a kawalerzyści galopowali z szablami uniesionymi nad głową, zaś na końcu były stalowe hełmy, okopy, granaty, gazy bojowe, miotacze płomieni, czołgi, okręty podwodne i samoloty. O wyniku tej wojny rozstrzygnęła postawa Stanów Zjednoczonych. Pethö wskazuje na sprzeczności interesów gospodarczych USA i Niemiec, a także na fakt, że rozwój floty niemieckiej spowodował, iż flota brytyjska musiała koncentrować swoją uwagę na Morzu Północnym, co spowodowało, że Stany Zjednoczone zaczęły wypełniać próżnię i również rozbudowywać flotę. Celem USA było złamanie potęgi morskiej Brytyjczyków na Atlantyku (a w konsekwencji na innych oceanach) a równocześnie niedopuszczenie do wzmocnienia pozycji Niemiec na Atlantyku. Amerykanie czekali z interwencją aż do momentu, gdy stało sie oczywiste, że Anglia i Francja mogą przegrać wojnę, a w każdym razie nie mogą jej same wygrać. USA pragnęły takiego wyniku wojny, który zbliżał świat do globalnego porządku zgodnego z interesami i liberalnymi wyobrażeniami Waszyngtonu. Te nadzieje się spełniły. Cztery cesarstwa czy też, jak je wówczas określano, “autokracje”, przestały istnieć. Z chaosu i ruin Rosji wypełznął bolszewizm, z chaosu i ruin Niemiec – narodowy socjalizm. Ich protagoniści zainscenizowali krwawy marsz moderny. Obalenie domów panujących otworzyło drogę tyranom. Za swoją błędną politykę w 1914 roku Rosja zapłaciła straszliwą cenę. Skutkiem tej polityki było zwycięstwo bolszewizmu a w rezultacie samodestrukcja Rosji, która dzisiaj odrzucona zostaje do granic Piotra Wielkiego.

W 1918 roku, wraz z rozbiciem starej Austrii zniszczone zostało ostatnie katolickie mocarstwo na świecie. Zniszczyli je: prezydent Wilson, francuski narodowy socjalista Clemenceau i brytyjscy liberałowie. Po zniszczeniu Habsburgów i Hohenzollernów przyszedł Hitler. Modernizacyjna dynamika narodowosocjalistycznych Niemiec nie pozostawiła kamienia na kamieniu ze starej Europy. I wszyscy, którzy w 1918 roku zdradzili Austrię – Czesi i Słowacy, Węgrzy i Polacy, Rumuni i Rusini, Słowianie południowi i Włosi a także Niemcy austriaccy, zebrali to, co zasiali. Nie można bezkarnie uderzyć w tron i proklamować republiki. Większość krajów, które powstały na gruzach monarchii austriackiej dostały się pod panowanie narodowego socjalizmu a potem komunizmu. Zachodni alianci, czyli Francja i Anglia, odnieśli pyrrusowe zwycięstwo. Zadłużone u Amerykanów, coraz bardziej spychane przez nich na drugorzędną pozycję wpadły w przygotowaną przez Wersal następną katastrofę, w drugą wojnę światową. Odbudowana po 1945 roku zachodnia Europa utraciła kolonialne imperia i mogła zażywać pokoju i prosperity tylko dzięki łaskawości Wielkiego Brata zza Atlantyku.

Koniec I wojny światowej przyniósł również upadek Imperium Osmańskiego. Generał Mustafa Kemal obronił Turcję przed całkowitym pokawałkowaniem, do czego w swojej hybris dążyli zwycięzcy. Ale „modernizując” Turcję Kemal zniszczył gruntownie wszystkie tradycyjne więzi. Nienawidził religii, „obalił” kalifat, wypędził chrześcijańskich Greków i zakazał noszenia fezów mężczyznom i zasłon kobietom. Powstało oderwane od tradycji państwo narodowe, z tożsamością zredukowaną do zmumifikowanego idola “Atatürka”. Zniszczenie Imperium Osmańskiego jest źródłem permanentnego kryzysu na Bliskim i Środkowym Wschodzie trwającego przez cały XX. wiek.

Dwudzieste stulecie z dwoma wojnami światowymi, narodowym socjalizmem w Niemczech, komunizmem w Rosji, Chinach, Indonezji i Afryce, z dekolonizacją i niezliczonymi wojnami, z wędrówką ludów, bombą atomową, masowym zabijaniem dzieci nienarodzonych i początkami eutanazji starców, jest najkrwawszym, najobrzydliwszym, najbardziej bluźnierczym stuleciem w całej dotychczasowej historii ludzkości. Stara Austria, symbol Ancien Regime’u, ponadnarodowa, arystokratyczna, feudalna, głęboko chrześcijańska, centrum i ostatni fragment Świętej Rzeszy Rzymskiej była w tym stuleciu anachronizmem. Z pewnego punktu widzenia można zinterpretować I wojnę światową jako wojnę moderny przeciw starej Austrii. I na nieszczęście dla nas wszystkich, moderna tę wojnę wygrała. Ale ludzka godność i humanizm były po stronie tamtej Austrii, która upadła. Dlatego, kończy swój artykuł Pethö, opowiadamy się za anachronizmami. I chcemy je mieć z powrotem.

Robert Rill swój artykuł „A na ziemi pokój. Papież Benedykt XV i samobójstwo Europy” zaczyna od przytoczenia słów Piusa X: „Z chęcią oddałbym życie za utrzymanie pokoju w Europie”. Papież wygłosił je tuż przed wybuchem I wojny światowej. Jednak wojna wybuchła, zaś krótko potem 3 września 1914 roku kardynał Giacomo della Chiesa został wybrany papieżem i przyjął imię Benedykt XV. Uważany jest za „politycznego papieża”. Jego talenty dyplomatyczne szybko dostrzeżono w kurii. Kardynał – sekretarz stanu Rampolla del Tindaro (nazywany „watykańskim Talleyrandem”) wysłał go w 1887 roku na stanowisko nuncjusza w Madrycie, na którym pozostawał do 1907 roku. Potem objął archidiecezję bolońską. Wybierając imię Benedykta XV papież nawiązał do Benedykta XIV (1740-1758). I to na dwóch płaszczyznach: po pierwsze Benedykt XIV również był (od 1731 roku) arcybiskupem w Bolonii, po drugie w okresie austriackiej wojny o sukcesję, kiedy podczas pierwszych lat panowania cesarzowej Marii Teresy zagrożona była całość monarchii habsburskiej, prowadził politykę neutralną, ale nakierowaną na utrzymanie status quo. Taką samą politykę prowadził Benedykt XV w okresie I wojny światowej.

Określił on tę wojnę jako „samobójstwo narodów europejskich”. Papież pozostał neutralny, ale to nie oznacza, że bezczynny. Jego interwencje i działania na polu charytatywnym (pomoc dla ludności cywilnej, rannych, jeńców wojennych itd.) spowodowały, że Watykan doczekał się miana „drugiego Czerwonego Krzyża”. W 1921 roku w Konstantynopolu postawiono papieżowi pomnik na znak wdzięczności. Uparte opowiadanie się papieża za pokojem, i to wówczas, kiedy różne kraje gotowały się dopiero do przystąpienia do wojny, obserwowane było przez zachodnich aliantów z podejrzliwością i niechęcią. Zarówno allokucje Bożonarodzeniowe z 1914 roku jak i jego wezwanie do ogólnoeuropejskich dni modlitwy ze stycznia i lutego 1915 roku, kwitowane były insynuacjami, że papież popiera „agresywną politykę państw centralnych”. W grudniu 1916 roku Anglia odpowiedziała na pokojowe posłanie papieża, że „każdy krok papieża w kierunku zawarcia pokoju, byłby bardzo źle przyjęty w sytuacji, gdy państwa centralne znajdują się w korzystnym położeniu”. Często mówi się, że rok 1917 oznacza początek współczesności – przystąpienie Ameryki do wojny, rewolucję w Rosji, początek końca starej Europy. Wielka inicjatywa pokojowa więźnia Watykanu, stracona szansa pokojowego współistnienia kultur na Starym Kontynencie, miała w tym kontekście globalny wymiar. Latem 1917 roku papieska propozycja pokojowej mediacji miała na celu zakończenie wojny i zapobieżenie światowej rewolucji. Na tym tle widać z całą wyrazistością ową nędzę terytorialnego głodu obecnego u zachodnioeuropejskich nacjonalistów. Warto przypomnieć tu również stanowisko amerykańskiego Departamentu Stanu wobec pokojowej inicjatywy papieża latem 1917 roku. Departament Stanu oświadczył m.in., że zawarcie pokoju prowadziłoby do tego, że „nowonarodzona Rosja” byłaby narażona na interwencje i na kontrrewolucję. Każdy komentarz jest tutaj zbędny. Amerykanie, kryjąc za bombastyczną frazeologią swoje imperialne cele, oświadczyli 27 sierpnia 1917 roku: „Celem tej wojny jest uwolnienie wolnych narodów świata od zagrożenia spowodowanego militarną potęgą kierowaną przez nieodpowiedzialny rząd”. USA nie były zainteresowane inicjatywą pokojową papieża, gdyż chciały kontynuacji wojny, dającej im wyjątkową szansę narzucenia swojego Pax Americana. Papieska inicjatywa pokojowa nie przyniosła efektu z powodu totalnych roszczeń zachodnich narodowo-liberalnych ideologii. Rozpoczęła się epoka ludobójstwa, nienawiści klasowej, dyktatur, innymi słowy, nastąpiła inauguracja nowoczesności.

Poza tym w numerze Peter Broucek koryguje błędne wyobrażenia i sądy na temat ostatniego cesarza Austrii Karola I (Karola IV – króla Węgier), Ronald F. Schwarzer pokazuje katastrofalne skutki hasła „Lepiej Hitler niż Habsburg”, które przyświecało Beneszowi, Gregor Schusterschitz cofa się do lat 1914-1918, aby wyjaśnić przyczyny obecnego kryzysu na Bałkanach. Tradycyjnie już pismo, tym razem piórem Klausa Lange, bezlitośnie krytykuje chadecką Austriacką Partię Ludową, która, niegdyś filar państwa, dziś jako całkowicie skorumpowana pod względem ideowym i światopoglądowym, jest dodatkiem do rządzących socjalistów. Chadecy całkowicie ulegli moralno-ideologicznemu terrorowi lewicy, i oddali jej pole we wszystkich praktycznie dziedzinach życia społecznego i kulturalnego.

KSHATRIYA

Wydawcą pisma poświęconego filozofii i tradycji w duchu Juliusa Evoli jest Robert Schwarzbauer, a redaktorem naczelnym – Martin Schwarz, który należy do najlepszych w Europie znawców myśli evoliańskiej. Nazwa pisma jest określeniem indyjskiej kasty wojowników, której duchowość w odróżnieniu do duchowości braminów oznaczała czynną realizację transcendencji. Innymi przykładami takiej postawy są japońscy samuraje, templariusze, święta wojna w islamie czy Archanioł Michał w chrześcijaństwie. Tradycja, o której pisał urodzony sto lat temu (19 V 1898, zm. 11 V11974) Julius Evola, nie oznacza przeszłości, lecz ponadczasową rzeczywistość, którą może uchwycić philosophia parrennis i sophia parrenis. Ale jest ona również trwającym przez kolejne cykle wspomnieniem Złotego Wieku, od którego moderna oddaliła sie zarówno temporalnie, jak i horyzontalnie. Myśliciele Tradycji pragną przygotowywać drogę powrotu dla Złotego Wieku, nie oddając się wszakże iluzjom.

W numerze znajdziemy pochodzący z 1936 roku artykuł Evoli o religijności w Tyrolu. Wspaniałość Tyrolu, pisał Evola, nie jest wspaniałością skał, lecz lodu. Świat jest tu biały nie tylko z powodu wielkiego, zachodniego lodowca. Natura przygotowuje się niejako na przemianę w sferze czystego światła lodu, jest tu wznoszenie się, spokój, melancholia. Odczuwamy tutaj to, co elementarne. Spotykamy fragmenty tradycyjnej, zamkniętej w sobie religijności, tak jak byśmy żyli jeszcze w średniowieczu. Gdy idziemy górską ścieżką, nagle dolina zwęża się w wąski przesmyk. W tle wznosi się szczyt, wokoło dzikie skały: żółto-czarne, jakby drewno i kamień, ale bez zimnej i przygniatającej struktury kamienia. Widać skały, a potem chaty – zarys wioski. Domki z drewna, ale nie ma znaku życia, otwarte drzwi, puste okna, ani ludzi, ani zwierząt, jedyny dźwięk to szum niewidocznych wodospadów z regionu lodu. Na poboczu drogi stoi wielki krzyż z datą i wyblakłym napisem po niemiecku, brzmiącym mniej więcej tak: „Ty, który wędrujesz, zatrzymaj się na chwilę, popatrz na lód i na znak Pana, który umarł dla naszego zbawienia, i uczył nas, że śmierć jest drogą do życia” Według zagadkowej legendy święty Gral, mistyczny kamień światła symbolizujący duchową tradycję, przebył drogę z Montsalvat de Salvatiera w Hiszpanii do Bawarii a potem do Tyrolu. W Innsbrucku, w „srebrnej kaplicy” znajdują się posągi legendarnych przodków „ostatniego europejskiego rycerza” Maksymiliana I., posągi króla Artura i rycerzy Grala. Być może w Tyrolu, w izolacji i w oporze przeciw rzeczywistości zachowało się coś z tamtego tajemniczego dziedzictwa. Pochodzenie rasy dynarskiej i północno-dynarskiej nie jest jasne. Jej dawne wierzenia w zmienionej formie przetrwały w chrześcijaństwie. To jest źródło np. specyficznej odmiany krzyża, znanej zarówno w tyrolskich dolinach, jak i w miastach takich jak Innsbruck. Mamy tu znak koziorożca uformowany z myśliwskich trofeów, które wokół postaci Chrystusa tworzą solarną aureolę w tym samym promienistym kształcie jak w religiach pierwotnych. Na dachach domów spotkać można interesujące zestawienia krzyża z wizerunkami zwierząt, odmiennych w różnych dolinach, kojarzącymi się z archaicznymi „totemami”. Są to znaki religijności, która odrywa się od zwyczajnej, konwencjonalnej lub sentymentalnej płaszczyzny i wkracza na płaszczyznę duchowej syntezy. W jednej z dolin droga prowadząca do strefy lodu jest ukształtowana jako Droga Krzyżowa. Poszczególne stacje następują po sobie w długich odstępach, od Męki aż do Zmartwychwstania, aż do miejsca, w którym kończy się świat skał a zaczyna świat wiecznego lodu. Wszystko to znajduje się w okolicy poza bardzo uczęszczanymi alpejskimi trasami, i jest jak nieznany i cichy rytuał, a mimo to pełen żywego ducha.

Przypominam sobie, pisał Evola, nabożeństwo w jednym z kościołów. Panował w nim prawdziwy i specyficzny ład. Po prawej stronie mężczyźni, po lewej kobiety, wszyscy w tradycyjnych strojach. W środku stoi grupa mężczyzn w jakby wojskowych uniformach, z flagami i sztandarami. Wszyscy śpiewają motyw podany przez organy, wzmocniony przez trąbki. Mimo fałszywych tonów jest w tym jakaś wielkość. W Tyrolu nie ma wioski, choćby najmniejszej i leżącej najdalej na uboczu, która nie miałaby swojej własnej kaplicy i własnego krzyża postawionego na przełęczy lub w innym widocznym miejscu. Kiedy wiatr i śnieżyca przewrócą go, stawia się go ciągle na nowo: jakby ciche zaproszenie, aby przemieniać i uzupełniać to, co jako zwykła estetyczna emocja płynie z kontemplacji natury w jej wyższej formie duchowego znaczenia. Są to okruchy dawnego świata, który nie przetrwa długo. Tyrol stał się modny. Międzynarodowa publiczność złożona ze „światowych” turystów napływa tu latem i zimą rozpełzając się ku najodleglejszym zakątkom gór, gdzie powstają nowe hotele a dawne się modernizuje. Wioski zaczynają przypominać centra turystyczne i narciarskie. Tradycje i stroje sprawiają wrażenie obiektów wystawionych na pokaz, co równa się ich wykorzenieniu, a równocześnie przybysze się „tyrolizują” przebierając się w miejscowe stroje. Wszystko to jest początkiem końca. Jeszcze jedno pokolenie a mieszczańskie bagno współczesnego świata pochłonie ostatnie okruchy tego, co pochodzi z życia, które jest jedynym życiem zasługującym na miano życia prawdziwego i normalnego.

W tym samym numerze Alexander Miklos Barti zajmuje się relacją tradycji i Trzeciej Rzeszy. Barti pisze, że w tzw. opinii publicznej rozpowszechnione jest mniemanie, jakoby Trzecia Rzesza była państwem antynowoczesnym. Mówi się w tym kontekście o “powrocie do barbarzyństwa” czy też o „zerwaniu z cywilizacją”. Dlatego warto przyjrzeć się zjawisku Trzeciej Rzeszy z punktu widzenia tradycji. Łatwo wówczas dostrzec fakt, że Trzecia Rzesza była ważnym etapem na drodze Niemiec ku modernie. Pozorne odrodzenie tradycyjnych elementów np. swastyka jako symbol państwa, było niczym innym jak fluorescencją, która jest symptomem gnicia zwłok. Jak wiemy żadne państwo tradycyjne nie jest państwem centralistycznym. Takie państwo, które ma swoje korzenie w absolutyzmie np. Ludwika XIV. opiera się na całkowitym zniszczeniu autonomii feudalnych a poprzez to na rozbiciu autentycznego stosunku wierności pomiędzy królem i wasalem. Można przy okazji zauważyć, że określenie się Fryderyka Wielkiego jako „pierwszego sługi państwa” jest świadectwem zdegenerowanego rozumienia godności królewskiej w okresie jeszcze sprzed rewolucji francuskiej. To, co we Francji nastąpiło wcześnie: niwelacja księstw i wytworzenie państwa centralistycznego, które swój smutny, ale logiczny punkt kulminacyjny osiągnęło w 1789 roku, nie zaznaczyło się tak mocno w Rzeszy Niemieckiej – w 1789 roku istniały tu nadal niezależne księstwa. Mówiono o rozbiciu Rzeszy Niemieckiej, i rzeczywiście Rzesza ta była wydana na łup coraz bardziej skoncentrowanych mocarstw jak Francja czy Anglia, zwłaszcza, że coraz ważniejszym czynnikiem władzy stawał się handel, który jest również niszczycielem tradycji. Także po powstaniu Rzeszy w 1871 roku, a nawet w okresie Republiki Weimarskiej Rzesza Niemiecka była zorganizowana na sposób federalistyczny, w czym przejawiały się pozostałości tradycyjnej i organicznej wspólnoty. I właśnie przeciw tym strukturom narodowi socjaliści motywowani niskimi instynktami władzy prowadzili zaciekłą walkę. Kiedy ją wygrali, powstało totalne państwo wodzowskie, które wprawdzie w patetycznych przemówieniach powoływało się na wierność wodzowi, ale w rzeczywistości panował w nim klimat wzajemnej kontroli i rywalizacji pomiędzy „książętami” stojącymi na czele poszczególnych prowincji (Gau). Nie arystokratyczne umiarkowanie, asceza i transcendencja charakteryzowała najwyższą sferę tego państwa, lecz chciwość, dążenie do prywatnego wzbogacenia się i megalomania drobnomieszczańskich indywiduów. Potomków starej arystokracji uważano – najczęściej słusznie – za zdegenerowanych, i dlatego chciano stworzyć „nową arystokrację krwi i ziemi”. Te próby skazane były na klęskę, gdyż były nowoczesnym konstruktem opartym na doktrynie genetycznego dziedziczenia i na zasadach selekcji wywodzącej się z ideologii postępu, nie uwzględniały natomiast w żadnej mierze wartości metafizycznych. Ten związek z tym, co niższe, czyli z ziemią, widać wyraźnie, jeśli pamięta się, że Heinrich Himmler, Reichsführer SS, czyli człowiek odpowiedzialny za elitę narodowosocjalistycznego państwa, studiował nauki rolnicze i (bez powodzenia) prowadził kurzą fermę. Totemistycznemu rozumieniu rasy odpowiadał element kolektywistyczny polegający na nadmiernym akcentowaniu wspólnoty narodowej i pracy. W tym sensie Trzecia Rzesza była rzeczywiście socjalistycznym państwem pracy. W niezliczonych manifestacjach, jak tych w czasie norymberskich zjazdów partyjnych, odsłaniała się prawdziwa twarz i samo- zrozumienie narodowego socjalizmu: był potężną kolektywną masą, uporządkowaną i zuniformizowaną. Na końcu Trzeciej Rzeszy ta jakość tego tworu okazała się w całej pełni, co musiało otworzyć oczy ostatniemu tradycyjnie myślącemu i żyjącemu człowiekowi: był to upadek dokonujący się w tytanicznej walce, w którym bez żadnych przeszkód eksplodowały niższe, materialne siły. W stalowych burzach, w gradzie bomb a więc czystej ilości, zamilkła wszelka transcendentna duchowość. Gdy tak spojrzymy na Trzecią Rzeszą to zobaczymy, że utorowała ona drogę dwom najbardziej antytradycyjnym państwom na ziemi: „Stanom Zjednoczonym Ameryki” i „Związkowi Socjalistycznych Republik Radzieckich”, których flagi nieprzypadkowo miały identyczny symbol: pięcioramienną gwiazdę.

Martin Schwarz cytuje opinię Guido Stucco na temat Evoli: „Evola pokazuje drogę po stromej i samotnej ścieżce, która jest alternatywą zarówno wobec drogi koinoia – czysto ludzkiego związania ze światem propagowanej w ostatnich kilkudziesięciu latach, jak i duchowo-mieszczańskiego indywidualizmu szerzonego przez ruch New Age”. Ta samotna ścieżka, pisze Schwarz, może piąć na szczyt góry. Duchowy akt leży przede wszystkim we wspinaczce, rozwijając się potem w legendy związane z górami, i w doświadczenie lodu, burzy, deszczu i słońca. Prochy Evoli powróciły po jego śmierci do jego ukochanej Monte Rosa i pochowane zostały w wiecznym lodzie: wejście na szczyt jako symbol zmartwychwstania. Współczesne przeciwieństwo tego przeżycia znajduje swój symbol w jeździe na nartach: „ W jeździe na nartach współczesny duch czuje się u siebie, ten współczesny duch zatruty jest przez prędkość, stałą zmianę, przyśpieszenie”. Kiedy czytamy Evoli „Medytacje na szczytach. Górska wspinaczka jako metafora duchowego poszukiwania”, to, pisze Schwarz, zostawiamy za sobą nowoczesnego ducha i osiągamy wyżyny, gdzie lód i światło łączą się ze sobą w wiecznej radości.

KOMMENTARE ZUM ZEITGESCHEHEN

330 specjalne wydanie pisma austriackiej prawicy narodowej (na prawo od Haidera) to jeden duży artykuł Guntera Rehaka zatytułowany „Metamorfozy antyfaszyzmu”. Rehak (ur. 1939) był w latach 1955-85 członkiem Socjalistycznej Partii Austrii, jednym z czołowych działaczy Związku Socjalistycznych Studentów Austrii i osobistym sekretarzem kanclerza Bruno Kreisky‘go. Jego artykuł to tekst wykładu, jaki wygłosił na 31. Akademii Politycznej organizowanej przez Roboczą Wspólnotę na rzecz Demokratycznej Polityki (AFP) w Mautendorf k/Salzburga. AFP jest przez skrajnych antyfaszystów austriackich zaliczana do „skrajnej prawicy”. Rehak stwierdza na początku, że nie wiadomo dokładnie, kiedy po raz pierwszy pojawił się termin “antyfaszyzm”. Ale jego historia zaczyna się bez wątpienia w roku 1925, kiedy to Benedetto Croce i kilku innych włoskich liberałów opublikowało Manifest Antyfaszystowski. Ten manifest był skierowany przeciw ówczesnemu faszystowskiemu rządowi Włoch i jako taki był przejawem normalnej postawy opozycyjnej. Antyfaszyzm w rozumieniu Crocego był czymś całkowicie odmiennym od dzisiejszego terminu „antyfaszyzm”. Tutaj warto przypomnieć, że kiedyś zapytano Crocego, czy byłby gotów napisać historię faszyzmu. Croce odpowiedział, że nie. Z dwóch powodów, po pierwsze dlatego, że tak nienawidzi faszyzmu, iż nie mógłby podejść do tematu z pożądaną chłodną rzeczowością. Po drugie dlatego że, mimo tej nienawiści, musiałby wskazać na pozytywne aspekty faszyzmu i na dobre intencje reprezentantów ruchu i systemu faszystowskiego, które chcieli oni w praktyce zrealizować. Widać tu wyraźnie, jak bardzo konkretny, historyczny antyfaszyzm Crocego różni się od współczesnego antyfaszyzmu. Rehak wspomina jak jeszcze za życia Honeckera na zaproszenie Komunistycznej Partii Austrii przyjechał do Wiednia ostatni premier NRD Hans Modrow. Wygłosił on prelekcję w Domu Alberta Schweitzera. Broniąc Honeckera stwierdził m.in. patetycznie, że jednego można być pewnym, a mianowicie tego, że Honecker przez całe życie był antyfaszystą. W tym jednym zdaniu, twierdzi Rehak, wyraża się fakt, że od początku przymiotnik „antyfaszystowski” był kamuflującym określeniem dla organizacji i działaczy komunistycznych. Potwierdzeniem tego jest nadreprezentatywność, a niekiedy wręcz dominacja komunistów we wszystkich ponadpartyjnych instytucjach antyfaszystowskich. Jest faktem, że antyfaszyzm jako szeroki polityczny koncept sformułowany został w drugiej połowie lat dwudziestych na jednym z posiedzeń Kominternu jako podstawa polityki Trzeciej Międzynarodówki. Prawie w tym samym czasie sformułowana została także przez Komintern tzw. teoria socjalfaszymu. Teoria ta mówiła, że faszyzm i socjaldemokracja to bracia-bliźniaki. Z punktu widzenia komunistów socjaldemokraci byli nawet groźniejszym przeciwnikiem. Obie teorie zostały sformułowane w tym samym czasie przez te same gremia, i około roku 1928 roku stały się obowiązujące w ruchu komunistycznym.

Stworzone wówczas pojęcie „antyfaszyzmu” przechodziło kilka faz. Pierwsza faza to faza koncepcyjna, a więc moment, kiedy sformułowana zostaje teoria antyfaszyzmu, nastąpiło to pod egidą sowieckich komunistów, którzy uczynili antyfaszyzm wytyczną dla międzynarodowego ruchu komunistycznego. Rehak uważa, że należy widzieć to przez pryzmat walk frakcyjnych w sowieckiej partii komunistycznej. Koncepcji permanentnej rewolucji Trockiego Stalin przeciwstawił tezę o budowie socjalizmu w jednym kraju. Ale po odrzuceniu internacjonalizmu w wersji Trockiego potrzebna była nowa koncepcja, która, nie wchodząc w sprzeczność z koncepcją “budowy socjalizmu w jednym kraju”, byłaby jednocześnie instrumentem oddziaływania na politykę w różnych krajach świata. Taką użyteczną koncepcją był właśnie antyfaszyzm. Faszyzm stał się tym, „przeciwko czemu” są komuniści. Antyfaszyzm był uniwersalnym konceptem, pozwalającym wrzucić do jednego worka wszystkich konkurentów i przeciwników komunizmu i mobilizować przeciw nim agresywne emocje. Już wówczas pewna irracjonalność była zamierzonym składnikiem tego konceptu. Należy przy tym zauważyć, że koncept ten został stworzony jeszcze przed dojściem do władzy w Niemczech narodowych socjalistów, przed wybuchem wojny i zanim narodowi socjaliści mogli prowadzić swoją politykę wobec krajów okupowanych. Od samego początku był antyfaszyzm konceptem mającym zabijać propagandowo, i skierowanym także przeciw socjaldemokratom. Po fazie koncepcyjnej nadszedł czas praktyki politycznej. Antyfaszyzm, zastąpiwszy koncepcję międzynarodowej rewolucji Trockiego, miał służyć do realizacji celów politycznych komunistycznej centrali w innych krajach. To jest agresywna, stalinowska faza antyfaszyzmu, która czasowo dzieli się na fazę przedwojenną, wojenną i powojenną. W okresie przedwojennym istniały dla komunistów dwie możliwości: wejście do rządu jako koalicjant lub zwalczanie wrogiego rządu, także na drodze zbrojnej. Obie możliwości były wykorzystywane i niekiedy występowała ich kombinacja. Sposób pierwszy odpowiadał koncepcji Frontu Ludowego, która zaczęła być realizowana od początku lat trzydziestych i w sposób oczywisty sprzeczna była z teorią socjalfaszyzmu, gdyż socjaldemokraci mieli być elementem „frontów ludowych”. Ale taktyka polityczna była ważniejsza dla komunistów niż wcześniejsze założenia teoretyczne. Niemniej wyeliminowanie socjaldemokratycznych konkurentów lub przeciwników pozostawało stałym celem komunistów.

Drugi wariant przedwojennego antyfaszyzmu stalinowskiego, czyli otwarta walka z systemem politycznym lub z jakimś ruchem politycznym to wojna domowa w Hiszpanii, gdzie szło o to, aby zdominowaną przez lewicę republikę obronić przed akcją legitymistycznej, monarchistycznej i faszystowskiej opozycji – był to wzorcowy przykład „walki antyfaszystowskiej”. Międzynarodowe Brygady w sensie liczebnym były mało znaczące, ale posiadały siłę jako symbol „walki z faszyzmem”. Stalinowskie kadry były po stronie republikańskiej jedynymi, które miały za sobą mocarstwo, czyli Związek Sowiecki. Te stalinowskie kadry swoje główne zadanie widziały w tym, aby zlikwidować inne nurty socjalistyczne. Nie tylko grupy trockistowskie, ale i anarchistyczne oraz syndykalistyczne zostały zlikwidowane przez stalinowców (a nie przez legitymistów lub faszystów). Było więc tak jakby antyfaszyzm stalinowców kierował się przeciw innym grupom lewicowym, całkiem w duchu koncepcji zniszczenia socjalfaszyzmu.

Druga wojna światowa to w pierwszej fazie sojusz stalinowskiego antyfaszyzmu z reżimem narodowosocjalistycznym, czyli z niemieckim wcieleniem faszyzmu. Stalinowscy antyfaszyści przedstawiali to kiedyś i czynią tak i dziś, że sojusz ten był konieczny dla pokoju na świecie, i że w następnej fazie agresywne narodowosocjalistyczne Niemcy napadły na antyfaszystowski, „miłujący pokój” Związek Radziecki. Teraz antyfaszyzm stalinowski mógł dokonać zwrotu i sprzymierzyć się z Anglią i USA dla wspólnej walki z niemieckim faszyzmem. Stalinowski antyfaszyzm posłużył po wojnie jako instrument do rozbudowania imperium sowieckiego we wschodniej i środkowo-wschodniej Europie, innymi słowy, jego cel – zdobycie wpływów politycznych w innych krajach został zrealizowany.

Po wojnie umacnia się na Zachodzie antyfaszyzm żydowski, który jest reakcją na prześladowania Żydów w okresie wojny. Istnieje jeszcze antyfaszyzm w krajach zachodnich, będący de facto antygermanizmem i zapożyczający wiele tez od antyniemieckich nurtów w Anglii czy Francji. Komunistyczny antyfaszyzm poststalinowski wszedł w konflikt z żydowskim antyfaszyzmem w momencie, kiedy Związek Sowiecki, szukając możliwości ekspansji postawił na sojusz ze światem arabskim. Ponieważ trwał wówczas konflikt arabsko-izraelski to komuniści, stawiając na Arabów musieli opowiedzieć się przeciw Izraelowi. Zresztą już wcześniej Stalin wykańczając żydowskich komunistów (Slansky, Rajk) zamanifestował odejście od wcześniejszej polityki proizraelskiej. W latach sześćdziesiątych Sowieci zaczęli atakować syjonizm jako rasizm i formułować antyizraelską propagandę w antyfaszystowskim slangu. Z czasem okazało się, że współpraca bloku sowieckiego z krajami arabskimi, widoczna we współpracy na forum ONZ, nie przynosi spodziewanych rezultatów. Następuje wówczas nowa faza antyfaszyzmu, a mianowicie komunistyczny antyfaszyzm szuka zbliżenia z antyfaszyzmem żydowskim, czyli z antyfaszyzmem w Europie Zachodniej i USA. Według Rehaka przy przejściu do tej fazy ważną rolę odegrała tzw. afera Waldheima. Międzynarodowe ataki na Waldheima były atakami na b. sekretarza ONZ, będącego wykonawcą postanowień ONZ, które przeforsowali poststalinowcy w sojuszu z Arabami. Blok komunistyczny nie wsparł Waldheima w momencie, kiedy ten został zaatakowany, co było sygnałem w kierunku żydowskiego antyfaszyzmu: pozwalamy upaść eksponentowi naszej, wrogiej Izraelowi polityki, co jest z naszej strony znakiem dobrej woli i chęci współpracy. Tym samym tradycyjny komunistyczny antyfaszyzm zaczął tracić swoje polityczne znaczenie, a w jakiś czas potem rozpoczął się upadek bloku sowieckiego.

Zdaniem Rehaka antyfaszyzm (z wyjątkiem historycznego antyfaszyzmu w typie antyfaszyzmu Crocego) był i jest dzisiaj wyłącznie instrumentem służącym celom politycznym. Nie posiadał żadnej namacalnej treści, lecz mógł i nadal może być stosowany tak jak wymaga tego sytuacja polityczna. Faszystą jest ten, kto na danym etapie jest wrogiem, choćby na poprzednim etapie był sojusznikiem. Służy do realizacji celów politycznych i jest użyteczny jako wykreowane pojęcie wroga. Jest zwierciadlanym odbiciem antysemityzmu: także i tutaj definiuje się w sposób dość niewyraźny pewną grupę, o której mówi się, że jest winna wszystkiemu, i sytuacja może się polepszyć, jeśli się ją pokona. Ludziom niezadowolonym ze swego losu mówi się: „Wszystkiemu winni są faszyści, możecie robić z nimi, co chcecie, jak się ich zniszczy, to będzie lepiej”. Dzisiaj, twierdzi Rehak, w całej pełni widać, że antyfaszyzm nie ma żadnej treści, lecz jest wyłącznie instrumentem dla poszerzenia i utrwalenia władzy politycznej i gospodarczej. Dzisiejszy antyfaszyzm to w gruncie rzeczy kryptonim szeroko rozlanej lewicowo-liberalnej, progresywistycznej, feministycznej, „gejowskiej” ideologii. Jeśli przyjrzeć się jego metodom i sposobom działania to można powiedzieć, że antyfaszyzm jest „kontynuacją faszyzmu przy pomocy tych samych środków”.

FAKTEN

Miesięcznik wydawany przez ugrupowanie o nazwie Krytyczni Demokraci sytuuje się na prawo od Partii Wolnościowej. W numerze drugim z zeszłego roku w artykule wstępnym zatytułowanym „Zdradzony 1848 rok” redakcja przypomina setną rocznicę rewolucji 1848 roku. Studenci, mieszczanie i robotnicy walczyli wówczas o wolność słowa, dzisiaj metternichowską cenzurę prewencyjną zastąpiła antyfaszystowska cenzura represyjna. Bojownicy 1848 roku walczyli pod hasłem „Honor, Wolność, Ojczyzna”, walczyli o wolność jednostki chronioną przez demokratyczne państwo narodowe, dziś austriaccy politycy chcą, aby Austria była rządzona przez brukselskich komisarzy, i likwidują osobistą wolność obywateli poprzez masowe podsłuchy i inne prawa ograniczające wolności polityczne. W 1848 roku robotnicy walczyli o swoje prawa socjalne, dziś „socjaldemokratyczni” politycy rządzący Austrią chcą prawa te ograniczać. W 150 lat po rewolucji marcowej obywatele Austrii tracą prawa, które wówczas wywalczyli.

W innym artykule „Fakty” zajmują się problemem napływu imigrantów do Austrii. Francuski, lewicowy socjolog, prof. Gilles Kapel z paryskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych w swojej książce Allah na Zachodzie pisze, że muzułmańscy imigranci wcale nie chcą się integrować, przeciwnie izolują się od otaczającego ich społeczeństwa. Poparcie zyskują wśród nich islamiści. Jeśli proces ten będzie trwał, napisał Kapel, czeka Europę seria społecznych eksplozji a w końcu wewnętrzny rozkład. Nie tylko w Paryżu, ale i w Berlinie, dawni zwolennicy „integracji” zaczynają się zastanawiać nad dawnymi koncepcjami i ich skutkami. W Berlinie na początku lat 80. żyło 230.000 obcokrajowców, dzisiaj – 440.000.. Wszyscy berlińscy politycy byli kiedyś zgodni, że największa grupa obcokrajowców – turecka, zintegruje się z niemieckim społeczeństwem, zachowując jednocześnie swoje tradycje religijne i kulturalne. Dziś widać jednak, że wielu Turków drugiej i trzeciej generacji zachowując swoje religijne i kulturalne tradycje izoluje się od niemieckiego społeczeństwa i „reislamizuje”. Większość młodych Turków w Niemczech jest obecnie bardziej „turecka” niż ich rodzice. Obowiązująca od dawna teza, że poprzez dzieci także rodzice zbliżą się do społeczeństwa niemieckiego okazała się liberalno-socjalistyczną bzdurą. W całej Europie obserwuje się, że muzułmanie żyją we własnym mikrokosmosie społecznym, bez konieczności kontaktów z narodami europejskimi. W ostatnich dwudziestu latach powstała szeroko rozgałęziona infrastruktura muzułmańska: sklepy spożywcze, piekarnie, kawiarnie, banki, agencje turystyczne, biura adwokackie, wideoteki, małe firmy itd. W Austrii sytuacja jest także alarmująca. W niektórych austriackich miastach mieszka procentowo więcej obcokrajowców niż w Berlinie (16%). W Wiedniu żyje, nie licząc przebywających nielegalnie i naturalizowanych, prawie 19% obcokrajowców, w wiedeńskim okręgu Fuünfhaus 33,5%, w Margareten 27,6%, w Hernals 27,1%, w Leopoldstadt 25,3%, w Ottakring 26,3%. Czy nie należałoby, pyta redakcja „Faktów” zmienić polityków, zanim oni zmienią naród?

W innym artykule autor podpisujący się dr Manegos pisze o pewnym dziecku wychowywanym przez samotną matkę. Ponieważ matka pracuje, dziecko każdego dnia odprowadzane jest do jednego z wiedeńskich przedszkoli. Ale dziecko nie chce tam chodzić. Często płacze, mówi, że jest chore, prosi, aby je zostawić w domu. Okazuje się, że w tym przedszkolu dzieci mówiące po niemiecku stanowią mikroskopijną mniejszość. Inne dzieci mówią po turecku, po chorwacku, po czesku, po polsku, a nawet po chińsku. Niemieckojęzyczne dzieci nie mogą się z nimi porozumieć. A tyle się dziś mówi, pisze autor artykułu, o konieczności wielokulturowego społeczeństwa, potępia „rasizm”, grozi karami sądowymi tym, których uznaje się za wrogich obcokrajowcom. Cała lewicowa prasa zgodnym chórem wychwala napływ obcokrajowców. Tymczasem w niektórych dzielnicach Wiednia na ulicach prawie nie słychać języka niemieckiego, ale co to obchodzi redaktorów i polityków, którzy mieszkają w odległych podmiejskich dzielnicach. Dzieci powinny przede wszystkim uczyć sie języka ojczystego. To, czego nauczą się w pierwszych latach swojego życia, decyduje o ich przyszłości. Im większa sprawność językowa, tym lepsze wyniki w szkole, tym lepiej przychodzi czytanie, tym lepiej można się dalej kształcić. Dzieci, które pięć dni w tygodniu żyją w obcym środowisku, nie mają możliwości nauczenia się dobrze mówić po niemiecku, a co za tym idzie, będą miały później gorsze wyniki w nauce. Czyż nie jest, pyta autor, prawem niemieckich dzieci, rosnąć w niemieckojęzycznym środowisku? Jak daleko w swojej perwersji mogą posunąć się politycy, którzy chwalą mieszaninę języków? I przyglądają się bezczynnie, jak płaczą dzieci, które źle się czują w obcym środowisku. Niech będą przeklęci ci, którzy są temu winni, kończy nieco patetycznie autor.

„Fakty” zamieszczają również pośmiertną pochwałę Ernsta Jüngera. Przypominają słowa redaktora tygodnika „Der Spiegel” Rudolfa Augsteina, który po śmierci Martina Heideggera napisał, że wraz z nim zmarł ostatni myśliciel, który wędrował przez niemieckie lasy. Albowiem nie ma już w Niemczech takich samotnych miejsc, w których mogliby rozwijać się duchowo myśliciele i filozofowie. Ale Augstein zapomniał o Ernście Jüngerze, i nie wziął pod uwagę tego, że ludzie, którzy wędrują po niemieckich lasach, aby rozmyślać lub czytać w samotności, nie czytają tygodnika „Der Spiegel” i nie piszą listów do jego redakcji. Chociaż Grupa 47, która zdominowała powojenne życie literackie w Niemczech, usiłowała zepchnąć Jüngera na margines, to z roku na rok zyskiwał on coraz liczniejsze grono czytelników. Jünger pokazał, że uczciwy, prawy człowiek może zawsze iść własną drogą, że nikt nie musi się dać skorumpować, ani w monarchii, ani w anarchii, ani w dyktaturze, ani w demokracji. Jünger pokazał nam, jaki może być Niemiec.

„Fakty” przynoszą również informację o austriackim artyście Odinie Wiesingerze, który od dawna już jest celem ataków ze strony lewicowej mafii rządzącej życiem kulturalnym Austrii i sponsorowanej przez państwo. Nazywa ona Wiesingera „ulubieńcem prawicy”. Ale Odin Wiesinger maluje i rzeźbi nie zważając na to szczekanie. Wie dobrze, dlaczego go tak nie lubią lewicowi artyści: „Nie sikam na obrazy, nie smaruję krwią wszystkiego naokoło. Tworzę sztukę zwyczajnymi środkami”. Twórczość Wiesingera dowodzi, że, wbrew temu, co sądzą autorzy nagradzanych perwersji, wielkość może leżeć w tym, co zwyczajne. Autor podpisujący się scriptor opisuje skandal z obrazami Egona Schielego. Obrazy te, pochodzące z tzw. zbioru Leopolda i będące własnością państwa austriackiego zostały wypożyczone nowojorskiemu Museum of Modern Art. Jest rzeczą oczywistą nawet dla laika, że jako wypożyczone powinny zostać zwrócone właścicielowi. Tymczasem w czasie trwania wystawy zgłosili się ludzie, którzy utrzymywali, że to oni są prawowitymi właścicielami dwóch obrazów. Nowojorski prokurator Robert Morgenthau nakazał je zarekwirować. Austriackim muzealnikom jako powód podaje się to, że dwie rodziny, które zgłaszają roszczenia do obrazów jedyną szansę widzą w tym, żeby zostały one w USA. Stała się rzecz niesłychana: wypożyczone na podstawie odpowiedniej umowy do innego kraju obrazy zostają zarekwirowane! Czegoś takiego historia muzealnictwa jeszcze nie notowała! Mówi się, że pierwotni właściciele obrazów nie przeżyli wojny, co miałoby moralnie usprawiedliwiać tak skandaliczną akcję. Ale nie o to przecież chodzi. Obrazy powinny zostać zwrócone obecnemu właścicielowi, następnie zaś austriacki sąd rozstrzygnąłby, komu się one należą. Zatrzymanie obrazów w USA pozwala wysnuć dwie hipotezy: albo uważa się, że austriackim sądom nie należy ufać, gdyż są to takie sądy, które nie chcą uznawać nawet udokumentowanych roszczeń do jakichś dóbr, albo też na odwrót, uważa się, że austriackie sądy są bardzo obiektywne i właśnie dlatego nie rozstrzygnęłyby sprawy po myśli tych, którzy zgłaszają roszczenia do obrazów. Tertium non datur. Niezależnie od tego, która hipoteza jest słuszna, mamy do czynienia ze skandalicznym postępowaniem. Oczywiście w całej sprawie mamy do czynienia z różnymi “przypadkami”. „Przypadkiem” czekano do ostatniego dnia wystawy, “przypadkiem” jest, że nowojorskie muzeum „zapomniało” o zapewnieniu obrazom tzw. ochrony federalnej, co jest rutynową procedurą, “przypadkiem” też akurat w tym samym czasie, kiedy wybuchła afera w Nowym Jorku, w innym kraju wypłynął nieznany dotąd obraz Schielego. Dodać należy, że Fundacja Leopolda zaproponowała powołanie międzynarodowej komisji do zbadania sprawy i i zgłosiła gotowość uznania jej rozstrzygnięcia. Wszystko to nie powstrzymało prokuratury w USA przed zarekwirowaniem i przetrzymaniem obrazów jako „skradzionych”. Nie jest istotne, jak zakończy się ta sprawa. Istotne jest, że zabezpieczona prawem międzynarodowym własność została zarekwirowana i nie oddaje się jej obecnemu właścicielowi. Jest to kpina z prawa i nic więcej.

W tym samym numerze Walter Marinovic kreśli sylwetkę znanego austriackiego prawicowego polityka, publicysty i autora książek, który w zeszłym roku obchodził osiemdziesiąte urodziny. Otto Scrinzi, bo o nim mowa, od młodych lat zaangażowany był w działalność na rzecz narodu i ojczyzny. W czasie wojny służył jako lekarz na froncie. W 1945 roku dostał się w ręce partyzantów Tito, ale udała mu się brawurowa ucieczka. Po wojnie działał w Karyntii. W 1980 roku rozczarowany do, nazbyt jego zdaniem kompromisowej, polityki Partii Wolnościowej założył własne ugrupowanie Akcja Narodowo-Wolnościowa, które jednak nie odniosło politycznego sukcesu. Przy okazji swoich osiemdziesiątych urodzin Otto Scrinzi wyznał: ‘Urodziłem się jako prawicowiec, żyłem jako prawicowiec i mam nadzieję, że umrę jako prawicowiec”. Taka stałość poglądów jest, naszym zdaniem, godna najwyższego podziwu.

W numerze piątym właśnie Otto Scrinzi pisze o przemocy wobec dzieci i o przemocy używanej przez dzieci i młodzież. Psychologowie, policjanci, prawnicy, politycy biją na alarm zaniepokojeni rozszerzaniem się tych zjawisk. Wcześniej można było wszystko wyjaśniać wojną i Oświęcimiem, ale po pięćdziesięciu latach te argumenty się zużyły. To nie generacja wojenna wychowała młodych przestępców i to nie do generacji wojennej należą ci, którzy zabijają i gwałcą dzieci (Scrinzi pisze, że jako lekarz wystawił w ciągu pięćdziesięciu lat opinie pięciuset ludziom, którzy popełnili ciężkie przestępstwa – żaden z nich nie był dawnym żołnierzem). Statystyki przestępczości odzwierciedlają stan współczesnego społeczeństwa. Każde społeczeństwo ma takich przestępców, na jakich zasługuje. Nasza epoka, która w bezustannym poszukiwaniu przyjemności i zabawy cofa się do infantylnego stadium, zaciera struktury i granice wiekowe, także w dziedzinie przestępczości. Zamiast stawić czoła faktom, zamiast pomnażać i wzmacniać moralne „uchwyty”, nadal forsuje się tzw. antyautorytarne wychowanie i oskarża tzw. represywne społeczeństwo. Rodzinę przedstawia się jako źródło zła, popularyzuje kult dzieci i młodzieży, czego istotnym motywem jest chęć zwiększenia sprzedaży na młodzieżowym rynku. Ogranicza się prawa rodziców, w rodzicielskim klapsie widzi się akt przemocy wołający o policję i prokuratora. Jutro dzieci będą mogły dochodzić przed sądem swoich praw do kieszonkowego. Podwyższa się wiek, od którego zaczyna się odpowiedzialność karna, obniża zaś wiek, w którym otrzymuje się prawa wyborcze i prawo do prowadzenia samochodu. Obniża się również wiek chroniący przed wykorzystaniem seksualnym. Równocześnie następuje zmiana w sferze wartości, w której zaczynają dominować: niezdolność, aby z czegoś zrezygnować, postawa roszczeniowa, bezrefleksyjne zaspokojenie instynktów, naśladowanie przemocy ze świata dorosłych. Statystyki są nieubłagane: w stosunku do okresu międzywojennego przestępczość młodocianych wzrosła wielokrotnie. Należy zwrócić uwagę na błędną, antyrodzinną politykę podatkową, która zmusza kobiety do podejmowania pracy a tym samym do oddawania dzieci do żłobków i przedszkoli. Kto jest zbyt tchórzliwy, aby w interesie wolności, ładu i bezpieczeństwa sprawować władzę pod panowaniem prawa, ten nie poradzi sobie z przestępczością. Kto wzrastającą przestępczość chce „zwalczać” wzrastającą liberalizacją prawa, ten będzie jutro ofiarą. Kto dyscyplinę, odpowiedzialność, poczucie obowiązku i staranie o dobro wspólne wyrzuca za burtę jako “mieszczański”, ba „faszystowski”, balast, ten sam sobie kopie grób. Kto wszelkie negatywne zjawiska uważa za cenę, jaką musimy płacić za prawo do wolności i samorealizacji, ten toruje drogę anarchii. Pośród powszechnej dewaluacji wartości obniżają się naturalne bariery i hamulce wobec dzieci oraz – o czym się chętnie zapomina – wobec bezsilnych i chorych starców.

Dr Karl Suschegg zastanawia się nad problemem lojalności żołnierzy wobec politycznego kierownictwa państwa. Asumpt do refleksji dostarczyła mu radiowa wypowiedź generalnego inspektora Bundeswehry Hartmuta Baggera. Zapytany przez dziennikarza, czy jego lojalność wobec politycznego kierownictwa ma jakieś granice, generalny inspektor odpowiedział, że tak, i uzasadnił swoje stanowisko. Dziennikarz zapytał go również, czy sądzi, że w przypadku przekształcenia się Zimnej Wojny w wojnę gorącą, obie armie niemieckie strzelałyby do siebie. Inspektor generalny odpowiedział, że sądzi, iż tak by się stało. Innymi słowy generalny inspektor zakłada, iż dowództwa obu armii niemieckich byłyby lojalne wobec swojego politycznego kierownictwa. Gdyby, pisze dr Suschegg, wybuchła wojna pomiędzy dawnymi wojennymi sojusznikami, to rozegrałaby się ona w pierwszym rzędzie na ziemi niemieckiej i zagrożona byłaby substancja narodu niemieckiego. Czy więc generalny inspektor nie powinien raczej odpowiedzieć, że w takim przypadku dowódcy obu armii niemieckich powinni wypowiedzieć posłuszeństwo kierownictwu politycznemu, ponieważ lojalność ma swoje granice? Kiedy w lipcu 1944 roku część niemieckich oficerów wymówiła posłuszeństwo kierownictwu politycznemu, to alianci potraktowali to jako „porachunki w bandzie gangsterów”, ale może oni mieli rację, może należało wtedy stwierdzić, że istnieją granice lojalności, bo kierownictwo polityczne działa na szkodę narodu? I tak też w Norymberdze oskarżano generałów, że zamiast wypowiedzieć posłuszeństwo kierownictwu politycznemu, ślepo słuchali jego rozkazów – być może uczyniliby tak, gdyby alianci nie wysunęli żądania „bezwarunkowej kapitulacji”. I ukarano ich za to, że tego nie uczynili, posyłając ich na szubienice lub zamykając w więzieniu. Tymczasem generałowie Bundeswehry i enerdowskiej Armii Ludowej mieliby być bezgranicznie lojalni wobec kierownictwa politycznego, mieliby ślepo słuchać rozkazów, których wykonanie groziło zniszczeniem narodu niemieckiego! Dodajmy, że być może zostaliby powieszeni (rozstrzelani) gdyby tych rozkazów nie posłuchali. Takie to są zawikłania historii: raz wiesza się tych, którzy do końca wykonywali rozkazy, innym zaś razem tych, którzy rozkazów nie chcieli wykonać.

Autor podpisujący się scriptor porusza bulwersującą sprawę testamentu austriackiego pisarza i dramaturga Thomasa Bernharda (zm. 1989). Autor artykułu nie kryje swojej niechęci do twórczości Bernharda, którą określa jako „literacko-orgiastyczne, wypływające z neurotycznego przymusu, lżenie ojczyzny i narodu”. Nie odmawia mu jednak językowego mistrzostwa. Ale nie w tym rzecz, kto i jak ocenia twórczość Bernharda. Rzecz w tym, że Bernhard pozostawił testament, w którym zabronił drukowania i wystawiania w Austrii swoich dzieł, ponieważ, jak napisał, „nie chce mieć nic wspólnego z państwem austriackim”. Kiedy treść testamentu stała się znana, wielu przedstawicieli austriackiego życia kulturalnego zaczęło wylewać krokodyle łzy nad decyzją pisarza, choć przecież była ona świadectwem niesłychanej konsekwencji Bernharda, który nigdy nie chciał mieć nic wspólnego z Austrią i jej mieszkańcami, więc nie chciał z nimi mieć nic wspólnego także i po śmierci i wybrał pośmiertną emigrację. Tymczasem zaczynają mnożyć się głosy mówiące, że „nie należy przeceniać znaczenia testamentu”. Inni znowu twierdzą, że „Thomas Bernhard wygłaszał często opinie, które potem zmieniał”. Co należy tłumaczyć: „Ludzie, nie bierzecie Bernharda zbyt poważnie, bo on nie zawsze wiedział co mówi i robi”! Gdy chodziło o twórczość Bernharda, o jego stałe lżenie ojczyzny i narodu, to wszystko było w porządku. Wtedy był pisarzem, który wie dobrze, co mówi i robi, ale gdy chodzi o testament, który pewnym ludziom nie pasuje, to należy Bernharda po śmierci ubezwłasnowolnić i jego testament unieważnić. Dlatego, pisze scriptor, niezależnie od tego, kto jaki ma stosunek do twórczości Bernaharda, trzeba bronić jego prawa do wyrażenia ostatniej woli i przeciwstawić się tym, którzy tej woli nie chcą respektować.

NIEMCY

DESG-INFORM

W numerze 4-5 biuletynu wydawanego przez Deutsch-Europäische Studiengesellschaft z 1998 roku znajdziemy krótki portret Marcela Deat’a pióra Roberta Steuckersa. Deat był francuskim filozofem i socjologiem, nauczycielem w jednym z elitarnych liceów paryskich, teoretykiem i akty-wistą socjalistycznym. Dość szybko dostrzegł, że francuski socjalizm znalazł się w ślepej uliczce. Partie, organizacje i związki zawodowe zbonzowiały, zmieszczaniały i zwapniały. Deat próbował w latach trzydziestych odnowić socjalizm. W grudniu 1933 roku opublikował manifest „Neosocjalizm – ład, autorytet, naród”, który stał się manifestem założycielskim nowego ugrupowania o nazwie „Socjalistyczna Partia Francji – Unia Jeana Juaresa”. Politycznie ugrupowanie poniosło porażkę, kiedy niektóre jego odłamy poparły w 1936 roku Front Ludowy. Inspiracją dla Deat‘a był „planizm” lidera belgijskich socjalistów Hendrika de Mana. Ale te idee nie znalazły oddźwięku wśród francuskich socjalistów. Deat był tym, podobnie jak jego towarzysz z Belgii, głęboko rozczarowany. W tym rozczarowaniu należy szukać źródeł późniejszej kolaboracji Deat‘a i de Mana z Niemcami. Obaj ci wybitni bojownicy europejskiej socjaldemokracji próbowali potem realizować swoje idee we współpracy z niemieckimi narodowymi socjalistami. Do tego dochodziło ich pragnienie zachowania pokoju w Europie. To Deat zadał pytanie: „Umierać za Danzig?”. Uważał, że trzeba współpracować z Niemcami i równocześnie dążyć do „wewnątrzpolitycznego zwrotu”, który miał polegać przede wszystkim na wzmocnieniu narodu francuskiego. Czasopismo Deat’a „Redressement” głosiło, że należy inspirować się antykapitalistycznymi tendencjami w Niemczech i we Włoszech, aby poprzez wyeliminowanie destruktywnej walki klasowej uzdrowić gospodarkę francuską. Deat uważał, że silna gospodarka, socjalne bezpieczeństwo i wewnętrzny pokój pozwolą uniknąć wojny w Europie. Po 1940 roku Deat wysunął propozycję stworzenia jednej partii, której celem byłoby urzeczywistnienie idei przedwojennego neosocjalizmu. Ale inne kolaboracyjne siły polityczne odrzuciły tę propozycję. Deat stworzył więc własne ugrupowanie „Rassemblement National Populaire” (RNP), którego aktyw tworzyli przede wszystkim działacze socjalistycznych związków zawodowych. Zaangażowanie we współpracę z Niemcami w żadnym razie nie oznaczało przesunięcia na prawo. Przeciwnie, koledzy Deat‘a Albertini i Zoretti wysunęli postulat „orientacji na lewo” i budowy „socjalistycznej Francji”. Głównymi punktami programu RNP były: integracja w ramach Nowej Europy, solidarna polityka zagraniczna, stworzenie „Nowego Człowieka” (oczywisty lewicowy postulat!), wytworzenie we Francji „narodowej wspólnoty” (communaute populaire). Przypadek Deat’a nie był jedyny, wiele innych sił i organizacji lewicowych, socjalistycznych popierało kolaborację z narodowosocjalistyczym okupantem. Wbrew temu co stale powtarza konformistyczna antyfaszystowska historiografia, zaangażowane w kolaborację były nie tylko nurty prawicowe, konserwatywno-katolickie, ale także progresywistyczna lewica, rozczarowana skostniałym socjalizmem przedwojennym. Warto też wiedzieć, że socjologia Deat‘a miała wpływ na poglądy de Gaulle’a, zaś jego towarzysz Albertini zrobił karierę w powojennej Francji. Został on dyrektorem Institute Occidental i specjalistą od historii gospodarczej. Do dzisiaj studenci na uniwersytetach posługują się jego klasyfikacjami doktryn ekonomicznych. W tym sensie Albertini jest dziedzicem idei Deat‘a we francuskiej politologii.

NEUE WERTE

Quasi-samizdatowe pisemko niemieckiej prawicy narodowej zamieściło w jednym ze swoich numerów satyryczny tekst pt. „Zakoz łuniformów, czyli jak nełonazisty umiejom sie maskować”: „Nełonazisty zakłucajom pokuj na świycie i wszelkom radoche. Łoni noszom najczyńściyj łubrania, które wyglondajom jak łuniformy. Poniewosz to jes dzisiej zakozane to łuni sie maskujom, co jo chciołby tu pokozać. Wszyńdzie w naszym społeczyństwie som łuniformy, we które sie nełonazisty przebiyrajom. W tyn sposób łoni łomijajom prawo i sie łubierajom w łuniformy lygalnie. Weźma na tyn przykłod kolejorzy, za nich letko mogom sie przebiyrać nełonazisty. Łuniformy kolejorzy som doś podobne do łuniformów SS, wiync muszom być zaroz zakozane. Albo zoboczcie se tych kuchorzy, łoni majom biołe łubrania, z czopkom i fartuchym, także samo jak marynorze nazistowscy, a kuchorzy tysz było pełno u nazistów. Tu można zoboczyć prawdziwom gymbe nełonazistów, a mianowicie gymbe sadysty, czynsto krew albo resztki jedzynio majom przyklejone do jaki. To koże wnioskować, że nełonazisty, aby sie wprowiać w swoich barbarzyńskich czynach, maskujom sie jako kuchorze albo rzeźniki, żeby zabijać krótko i bez bulu biydne zwierzoki [tu następuje zdanie, które byliśmy zmuszeni wyciąć ze względu na treści mogące być interpretowane jako szerzenie nienawiści; ten akt autocenzury uważamy za nasz obywatelski obowiązek nałożony na nas przez paragraf 256 i 257 kk. – red.]. Nastympne łuniformy majom na tyn przykłod ślusorze, kelnery, mlyczorze, policyjanty, dochtory, strażoki, nawet ci u MacDonalda, no i we wojsku tysz, wszyńdzie som łuniformy, we które sie mogom przebiyrać nełonazisty. Czeba wiync zakozać wszyskich łuniformów, bo inaczy bydom sie nełonazisty lygalnie łuniformować. Każdyn dymogratyczny łobywatel musi być za generolnym zakozem łuniformów, bo jak nie bydzie, to łoznaczo to, że łon som jes tysz nełonazistom. Dlatego powołołżym do życia łorganizacje ło nazwie «ogólny zakoz łuniformów» To tyle na razie, wosz pedagog naroda i łowca nazistów” [tu następuje podpis, który zmuszeni byliśmy opuścić (zob. wyżej) – red.]

ETAPPE. ZEITSCHRIFT FUR POLITIK, KULTUR UND WISSENSCHAFT

Redagowany i wydawany w Bonn przez Heinza-Theo Homanna i Güntera Maschke nieregularnik przynosi w swoim jedenastym wydaniu m.in. tekst Franka Como „Chimera Ameryki. Krytyka cywilizacji u Howarda Phillipsa Lovercrafta”. Literatura fantastyczna, pisze Como, ma opinię reakcyjnej. W H. P. Lovercrafcie mamy przedstawiciela tego gatunku, w pełni potwierdzającego to podejrzenie. Urodził się 20 sierpnia 1890 roku w Providence (Rhode Island). Jego ojciec umarł po długim okresie śpiączki, sparaliżowany w ostatnim stadium syfilisu, gdy miał on osiem lat. Matka zakończyła życie w 1921 roku w szpitalu dla obłąkanych. Nic dziwnego, że dziedziczne choroby staną się ważnym motywem w dziele Lovercrafta. Chorowity i zdziwaczały Lovercraft spędził prawie całe swoje życie pod opieką kobiet, najpierw matki, a potem różnych ciotek. Od dzieciństwa był samotnikiem i namiętnym pożeraczem książek. Już w wieku sześciu lat pisał wiersze. Po załamaniu nerwowym opuścił w 1908 roku szkołę średnią i mieszkał do końca życia w swoim domu w Providence. Tę egzystencję przerwał pobyt w Nowym Jorku (1924-26), gdzie Lovercraft bezskutecznie starał się o posadę w jednym z wydawnictw, oraz przez krótkie małżeństwo (marzec-grudzień 1924) z właścicielką sklepu z kapeluszami, rosyjską Żydówką Sonią H. Green. Utrzymywał się ze sprzedaży opowiadań tanim pismom, z małych spadków i przerabiania tekstów debiutantom. Prowadził życie pustelnika, spał zwykle w ciągu dnia i opuszczał dom po zmroku (jego matka uważała go za odrażająco brzydkiego), by odbywać długie spacery po starych dzielnicach swojego miasta. Ale utrzymywał żywy kontakt listowny z wieloma osobami, głównie z wielbicielami jego twórczości – jego korespondencja jest wręcz olbrzymia. Zmarł 15 marca 1937 roku na raka jelit. Na kamieniu nagrobnym widnieje napis „Jestem Providence”. We wrześniu 1938 roku cała starówka Providence została pochłonięta przez morze.

Opinie na temat twórczości Lovercrafta były skrajnie przeciwstawne: hiszpański eseista Jose Louis Garcia zaliczał go do dziesięciu najwybitniejszych pisarzy świata, zaś znany amerykański krytyk literacki Edmund Wilson uważał jego utwory za kicz. Niemniej Lovercraft zdobył sobie szerokie rzesze czytelników w USA i w Europie. Nie ulega wątpliwości, że wywarł duży wpływ na rozwój literatury fantastycznej. Oczyścił literacki horror z gotyckiego dreszczyku, zastępując go dramaturgicznym konceptem „kosmicznego zła”, w którym mieszanina składników mitologicznych, czarnej magii, teozofii i astrofizyki tworzy obraz uniwersalnej grozy. Z pewnością można go uznać za najwybitniejszego odnowiciela gatunku od czasu Edgara Allana Poe. Stworzył doskonałą pseudo-mitologię i demonologię, imaginacyjną religię z kompletem bogów i fikcyjnym Necronomiconem jako Biblią. W jego wizji tylko słaba bariera oddziela normalny świat od świata groźnych, monstrualnych bóstw, które czają się w niezgłębionych mrokach i zakątkach kosmosu, zawsze gotowe, aby szerzyć przerażenie i śmierć, i aby po długim śnie ponownie wziąć świat w swoje posiadanie.

Lovercraft był pod wielkim wrażeniem rozwoju nauk przyrodniczych i wplatał do swoich opowiadań motywy oparte na najnowszych wynikach badań naukowych. Ale w przeciwieństwie takich optymistów jak Verne czy Wells był pesymistą w odniesieniu do nauki, wstrząśniętym nowym obrazem świata, jaki szerokim masom prezentowała fizyka i astronomia: niepojęty, mechaniczny, nie posiadający żadnego celu, obojętny, bezduszny kosmos rządzony przez arbitralne siły, w którym nie ma miejsca na nadzieję dla człowieka, na boski ratunek, bo firmament jest pusty, bez Stwórcy troszczącego się o swoje Stworzenie. W utworach Lovercrafta naukowcy starają się wydobyć na światło dzienne tajemnice, które lepiej żeby pozostały ukryte. Mogą oni odkryć tak straszne aspekty rzeczywistości, że ludzie albo popadną w obłąkanie albo uciekną ze śmiercionośnego światła w spokój i bezpieczeństwo nowej, mrocznej epoki. Ciekawość poznawcza człowieka i wtargnięcie nauki w tajemne, zakazane strefy otworzy na oścież bramy grozie. Dla Lovercrafta kliniczne, sztuczne światło nauki nie tylko oświetla wnętrze pozbawionego Boga i wypróżnionego z sensu świata, ale powoduje powstanie długich cieni kładących się na cywilizacji, która wkroczyła na drogę wiodącą ku zagładzie.

Lovercraft z przerażeniem obserwował rozwój wielkich metropolii. Ich najpełniejszym ucieleśnieniem był dlań Nowy Jork – miejsce kulturalnego rozkładu, zaniku tradycji i rosnącego wpływu obcych, ciemnoskórych ras. Nie istnieje już stary Nowy Jork, podobnie jak nie istnieje stary Londyn czy stary Paryż – te stare miasta są już martwe, to co widzimy to źle zabalsamowane trupy. Współczesne wielkie miasta są labiryntami, wieżami Babel pełnymi chaosu i brudu, gdzie gniją rzeczy i myśli. Wszystko ulega zeslumsowieniu, panuje socjalny rozkład a ciemne, pierwotne rasy zaludniają miasta i praktykują tam swoje pradawne kulty, ceremonie i rytuały. Co ciekawe, apokaliptyczna wizja Lovercrafta nie zawiera możliwości ratunku polegającego na ucieczce na wieś czy do małego miasteczka, albowiem nie są one już idyllicznymi miejscami, gdyż i tam wdziera się degeneracja i rozkład. Nie napływ obcych ras jak w nowojorskiej megalopolis ale kazirodztwo, mord, perwersje, przemoc, sodomia, zabobon, czarna magia, choroby dziedziczne i zidiocenie to przyczyny rozkładu wiejskich społeczności. Wszędzie następuje atak tego, co nowe i obce na tradycyjny ład. Ameryka i tak przecież uboga w tradycje nie potrafi obronić swojego europejskiego dziedzictwa, lecz wchłania z ochotą zarodki własnej śmierci. Równocześnie dawne instytucje i praktyki, które kiedyś ustanawiały sens zastępowane są przez nowe idee polityczne – przez iluzje sprawiedliwości i wolności, które okazują się potem być tylko oszukańczymi projektami. Droga powrotna jest zamknięta, to, co pozostaje, to życie pozbawione punktów orientacyjnych. Ameryka Północna to dla Lovercrafta pacjent cierpiący na suchoty, który nie przeczuwa jeszcze swojej choroby, choć jego wewnętrzne organy – metropolie, miasta i wioski – znajdują się już częściowo w stanie rozkładu. Tygiel, w którym mieszają się narody ukazuje już pęknięcia i może rozlecieć się na kawałki. Lovercraft, choć żył w USA, uważał się za Anglika przeniesionego do Ameryki – proponował nawet, żeby Stany Zjednoczone powróciły do korony brytyjskiej.

Obok sztuki i filozofii grecko-rzymskiego antyku najwyżej cenił sobie angielską kulturę 18. wieku, którą uważał za szczytowy punkt europejskiego życia duchowego. Po nim nastąpił fatalny wiek XIX. z jego ideologicznymi szaleństwami, stanowiący przejście do ery industrialnej, do nowoczesnej epoki maszyn. W 20. wieku według Lovercrafta wzeszło ostatecznie złe ziarno liberalizmu i kapitalizmu: powstała pozbawiona tradycji cywilizacja techniczna, magmowate społeczeństwo masowe, w którym klasyczne cnoty: odwaga, szczodrobliwość i umiłowanie prawdy zastąpione zostały przez żądzę zysku, geszefciarstwo i egoizm. Socjalnemu upadkowi towarzyszy degeneracja literatury, muzyki i architektury. Wraz z rozkładem tradycyjnych form władzy następuje nieunikniony rozkład społeczeństwa i kultury – Lovercraft wieścił to na długo przed Spenglerem. Nie krył swojej wrogości do demokracji i cytował z pełną aprobatą Georga Roberta Gissinga: „Nie jestem przyjacielem ludu. Każdy instynkt mojej istoty jest antydemokratyczny, i przechodzi mnie dreszcz, kiedy pomyślę, co stanie się z naszą Anglią, gdy nieodwołalnie zacznie rządzić demos”.

Jeśli chodzi o poglądy Lovercrafta na problemy rasowe, to, jak zaświadcza jego żona, zgadzał się on z koncepcjami Adolfa Hitlera, którego programowe dzieło czytał, gdy ukazało się w angielskim przekładzie i, dodajmy, dobrze się sprzedawało w świecie anglosaskim. Lovercraft opowiadał sie zdecydowanie za czystością rasową a rasę nordycką uważał za bardziej wartościową niż inne rasy. Napływ przedstawicieli innych ras do Ameryki uważał za zagrożenie dla narodowej jedności i przepowiadał, że WASP-owie nie dadzą sobie rady z procesem rasowej dywersyfikacji i nie zapobiegną przekształceniu się białej Ameryki w amorficzny, wielorasowy twór. Lovercraft nie był pisarzem politycznym, lecz przede wszystkim pisarzem uprawiającym gatunek literatury fantastycznej. Ale na podstawie zarówno jego utworów jak i innych źródeł można zrekonstruować jego polityczny światopogląd. Cierpiał z powodu rozprzestrzeniania się industrialno-reproduktywnego społeczeństwa masowego i uważał za konieczną dogłębną reformę społeczną. Kulturalnym spustoszeniom spowodowanym przez postmieszczańską demokrację i spekulacyjny kapitał finansowy przeciwstawiał idee „faszystowskiego socjalizmu”: opiekę nad bezrobotnymi, podniesienie poziomu kulturalnego warstw niższych, sprawiedliwy podział bogactwa narodowego. Powszechne prawo wyborcze uznawał za całkowicie bezużyteczne w erze cywilizacji technicznej, ponieważ tylko niewielu ekspertów jest w stanie pojąć złożone mechanizmy społeczne. Był zwolennikiem panowania technicznej elity, dobieranej według starannie opracowanych kryteriów selekcji. Był wrogiem marksizmu, ideologii linearnego postępu, Oświecenia i indyferentnego pluralizmu liberalistycznej moderny. Opowiadał się za silnym, autorytarnym państwem. Podziwiał Mussoliniego, pogardzał masami, był równocześnie wysokim kapłanem czarnego romantyzmu, elitarystycznym estetą i cezarystycznym decyzjonistą. Żywił niechęć do Żydów, aczkolwiek nie przenosił jej na płaszczyznę osobistą – ożenił się z Żydówką i korespondował z młodymi żydowskimi pisarzami np. z Robertem Blochem. Jego uwielbienie dla formy, dobre wychowanie, artystyczny temperament przezwyciężały wszelkie jego niechęci i resentymenty. Być może fantastyczna short story była najbardziej adekwatnym medium dla jego opanowanej przez lęk świadomości.

Amerykański konserwatysta Paul Gottfried w tekście „The Conservative Crackup” opisuje proces rozpadu amerykańskiego ruchu konserwatywnego. Wewnętrzne walki pomiędzy różnymi frakcjami konserwatywnymi toczyły się już w okresie reaganowskiej koalicji, ale po upadku Związku Sowieckiego i zaniku antykomunizmu jako spoiwa wszystko wydostaje się na powierzchnię i postreaganowski konserwatyzm wszedł w fazę dezintegracji, która jest dziś posunięta tak daleko, że na łamach „Washington Times”paleokonserwatywny publicysta Samuel Francis określił amerykański ruch konserwatywny jako „collection of zombies”. Postreaganowska prawica podzieliła się na dwie główne frakcje: neokonserwatystów i paleokonserwatystów zaciekle się zwalczających. Pierwszą grupę stanowią zimnowojenni demokraci, którzy przyłączyli się do reaganowskiej koalicji z uwagi na zbyt lewicowy kurs swojej partii, drugą pozostałości starej prawicy. Neokonserwatyści są zwolennikami państwa opiekuńczego i ruchu praw obywatelskich, ale wrogami „przegięć” charakteryzujących oba zjawiska, paleokonserwatyści są pryncypialnymi przeciwnikami państwa opiekuńczego i ruchu praw obywatelskich, pierwsi to w dużej mierze nowojorscy Żydzi, drudzy zaś odwołują się do tradycji chrześcijańskiej, pochodzą z amerykańskiego heartlandu, głównie z Południa. Ważną różnicą między oboma było podejście do komunizmu: oba były antykomunistyczne, ale paleokonserwatyści widzieli w komunizmie najpełniejsze wcielenie ideałów lewicy podczas gdy neokonserwatyści widzieli w komunizmie głównie zdradę ideałów lewicowych i starali sie utożsamić komunizm z antydemokratyczną i „antysemicką” prawicą. Neokonserwatyści byli lewicowymi antykomunistami, dla których mało ważne było to, że komunizm jest zaprzeczeniem tradycyjnych wartości moralnych i kulturalnych i konserwatywnych zasad politycznych. Najważniejszymi przyczynami ich niechęci wobec komunizmu i sowietyzmu były: likwidacja związków zawodowych, represje wobec demokratycznych socjalistów i marksistowskich humanistów oraz, dodatkowo, antyizraelska polityka obozu komunistycznego i szykanowanie Żydów chcących wyjechać do Izraela.

Sprzeczności pomiędzy oboma grupami pojawiły się już w latach osiemdziesiątych, kiedy to np. neokonserwatyści w sojuszu z liberalnymi dziennikarzami wycięli konserwatywnego Południowca M. E. Bradforda kandydującego na stanowisko dyrektora agencji rządowej National Endowment forthe Humanities i wsadzili tam swojego człowieka Wiliama Benneta. Oskarżyli oni Bradforda o rasizm z powodu kilku jego niepochlebnych uwag na temat Abrahama Lincolna. Od tamtego czasu „conservative wars” nabrały coraz większej zaciętości. Neokonserwatyści np. Midge Decter, oskarżyli Jo Sobrana, redaktora „National Review” o antysemityzm, ksenofobię i rasizm. Takich samych argumentów użyli przeciwko Rockford Institute i Patrickowi Buchananowi. Neokonserwatysta Charles Krauthammer napiętnował Buchanana jako „sympatyka nazistów”. Richard John Neuhaus, zatrudniony w Rockford Institute, oskarżył instytut o antysemityzm, co miało związek z opublikowanym na łamach pisma instytutu „Chronicles” pochwalnego artykułu na temat Gore Vidala. Ponieważ z Vidalem pokłócili się przyjaciele Neuhausa Buckley i Podhoretz, więc Neuhaus uznał pochwały paleokonserwatystów za zakamuflowany atak na nich. No i zaatakował swoich chlebodawców. Zażarte walki trwają i nasilają się coraz bardziej i praktycznie ruch konserwatywny w USA już nie istnieje. Sobrana Buckley, który paktuje z neokonserwatystami, całkiem wyrzucił z „National Review”, a w wyniku intryg i ataków neokonserwatystów Samuela Francisa usunięto z „Washington Times”. Neokonserwatyści za każdym razem grają pod liberalne centrum i pod lewicę, gdzie mają sojuszników w walce z paleokonserwatystami. Stosują taktykę stalinowskiego „centralizmu demokratycznego” wobec dawnych towarzyszy z koalicji reaganowskiej, tych, których nie mogą kontrolować próbują zniszczyć finansowo, socjalnie i zawodowo. Paleokonserwatyści, gdyby mieli możliwość, zapewne postąpiliby tak samo, ale ponieważ nie mają, więc oskarżają neokonserwatystów o kontrolę myśli i lewicowo-liberalne resentymenty. Przedstawiają się jako obrońcy okopów św.Trójcy, jako ludzie zasad atakowani zewsząd przez neokonserwatywnych konformistów i karierowiczów będących na usługach lewych liberałów. W tej walce przewagę mają neokonserwatyści dysponujący dużymi funduszami i mający wpływy w mediach. Od różnych fundacji dostają rocznie ponad 30 min dolarów, mogli kupić bojowego prawicowca Paula Weyricha, mają pieniądze, aby sponsorować prosyjonistyczne imprezy dla religijnych prawicowców. Sami zarabiają rocznie kilkaset tysięcy dolarów, jeden z ich ludzi Alan Bloom dostał od jednej z fundacji grant w wysokości 3 min dolarów, podczas gdy niedawno zmarły prof. Bradford zarabiał na uniwersytecie w Dallas tyle co portier. Paleokonserwatyści nie mają zbyt wiele pieniędzy i dostępu do ogólnokrajowych mediów, ale nadrabiają to inteligentną agresywnością czy wręcz furią, pomysłowo i bezlitośnie atakują neokonserwatystów, prowokacyjnie, złośliwie wyśmiewają wszystkie pielęgnowane przez nich tabu i nie zostawiają suchej nitki na ich intelektualnych i politycznych idolach (zob. omówienie dyskusji o stanie prawicy w organie paleokonserwatystów “Chronicles” w „Stańczyku” nr 18).

Gottfried pokazuje, że między innymi z powodu taktyki “świętego patrona” amerykańskiego konserwatyzmu Billa Buckley‘a, postreaganowska prawica nie dysponuje żadnym wspólnym korpusem idei intelektualnych. Buckley od początku podporządkowywał wszystko celom politycznym tzn. antykomunizmowi i antysowietyzmowi. Dlatego przeprowadzał ciągłe czystki na prawicy. To on zepchnął na margines John Birch Society, które nie chciało poprzeć w imię zwalczania Sowietów wojny wietnamskiej. W latach osiemdziesiątych Buckley zbliżył się do lewicowo-liberalnych antykomunistów czyli późniejszych neokonserwatystów i stał się bardzo filosyjonistyczny i filosemicki, chociaż do 1961 roku był zaprzyjaźniony z filologiem klasycznym Revilo Oliverem, który znany był z „mocnych” tekstów antyżydowskich. Ale motywacją Buckley‘a, kiedy atakował Murray‘a Rothbarda i Ronalda Hamowego nie było to, że byli oni Żydami, ale to, że jako libertarianie przeciwstawiali się paninterwencjonizmowi Waszyngtonu. Buckley stworzył na prawicy intelektualną próżnię, którą wypełnił antykomunizm i antysowietyzm. Dzisiaj, kiedy stały się one anachroniczne, ruch konserwatywny rozpada się. Neokonserwatyści z powrotem przesuwają się na lewo i od lewych liberałów różnią się jedynie krawatami. Z punktu widzenia lewicy są oni nieszkodliwi, a z punktu widzenia paleokonserwatystów są „politycznie poprawnymi przeciwnikami politycznej poprawności”. Co ciekawe jednak także paleokonserwatyści zaczynają poszukiwać inspiracji ideowej u poprzedniej generacji lewicy. Niektórzy z nich np. Samuel Francis sięgają do Gramsciego, C. Wrighta Millsa, Herberta Marcusego czy Christophera Lascha widząc w nich tych, którzy potrafili przejrzeć i zdiagnozować zasadnicze mechanizmy systemu, choć oczywiście, nie będąc konserwatystami, nie byli w stanie podać środków zaradczych i sformułować alternatywy. Paleokonserwatyści odkrywają dziś, że krytyczna teoria społeczna lewicowych intelektualistów była słuszna, gdyż, tak jak współczesna prawica, opisywali oni system amerykański jako zdominowany przez megakorporacje, menedżerów-biurokratów i socjalnych terapeutów. Oczywiście, istnieje zasadnicza różnica pomiędzy paleokonserwatystami a dawną Nową Lewicą. Lewicowcy atakowali system w imię równości, zaś paleokonserwatyści uważają nierówność za naturalny stan ludzkiej egzystencji. Oskarżają przeto nową klasę menedżersko-terapeutyczną nie o elitaryzm, ale o to, że posługuje się hipokrytycznie hasłami równości, aby zacierać i delegitymizować różnice pomiędzy płciami i hierarchie rodzinne. Paleokonserwatyści przepuszczają najmocniejszy atak na media i znienawidzonych „werbalizatorów” widząc w nich “kapłanów nowej klasy rządzącej”. Uważają, że lewicowo-liberalny establishment i media desygnują pewne grupy (kobiety, obcokrajowcy, Czarni, dzieci, niepełnosprawni, Indianie itd.) na ofiary, co jest strategią polityczną umożliwiającą coraz większą kontrolę życia społecznego. „Ofiary” są instrumentem politycznym w ręku rządzącego establishmentu. Równocześnie dokonuje się kryminalizacji amerykańskiej przeszłości, aby uczynić ludzi bardziej podatnymi na dokonywane dziś moralne przewartościowania.

Gottfried wskazuje na podobieństwo komentarzy społecznych w “Chronicles” i zamieszczanych wcześniej w socjalistycznym magazynie „Democracy”. W obu przypadkach „państwo terapeutyczne” diagnozowane jest jako zgniły owoc korporacyjnej współczesności, i w obu postuluje się populistyczne rozwiązania dla odrodzenia władzy wspólnot lokalnych. Te same argumenty można spotkać w piśmie „Telos” będącym kiedyś organem “frankfurckiego marksizmu”. Redaktor “Telos” Paul Piccone i redaktor „Chronicles” Thomas Fleming nawiązali bliskie kontakty. Obaj uważają, że nie istnieje już podział na prawicę i lewicę, a jedynie podział na wrogów i zwolenników „menedżerskiego państwa opiekuńczego”. Niektórzy paleokonserwatyści odkrywają też problematykę ekologiczną. Antyimigracjonistyczne i proekologiczne pismo „Social Contract” drukuje artykuły autorów pochodzących z obu krańców ideowego spektrum. Redaktor pisma Wayne Lutton sam określa się jako paleokonserwatysta. Taki rozwój wydarzeń nie jest niczym dziwnym, twierdzi Gottfried (współpracownik zarówno “Chronicles” jak i „Telos”), w obliczu rozpadu “konserwatywnego dziedzictwa” w erze postreaganowskiej.

Jaka będzie przyszłość amerykańskiego ruchu konserwatywnego, zastanawia się Gottfried, kończąc swój artykuł. Na pewno neokonserwatyści, pozbawieni obecnie patronatu republikańskiego prezydenta nad swoim networkiem, będą musieli trochę zacisnąć pasa. Na pewno nie wszystkim z nich uda się „załapać” na dobre pozycje w obrębie lewo-liberalnego establishmentu. Z kolei paleokonserwatyści nie mają niczego do stracenia, oprócz bomb, którymi ciskają w swoich wrogów. Gottfried radzi, aby konserwatyści znowu zaczęli ze sobą rozmawiać i zrezygnowali z obkładania oponentów ekskomuniką. Ani „cezaropapizm” Buckley‘a ani „neo-stalinowskie” metody ludzi z „Commentary” nie pomogą amerykańskiemu konserwatyzmowi. Jeśli nie nastąpi ucywilizowanie dyskusji, to pozostaną jadowite oskarżenia i groźby, czarne listy, wygłaszanie nakazanych formułek politycznych. Rada Gottfrieda jest całkiem słuszna, trudno jednak przypuszczać, że ktoś jej posłucha.

Dag Krienen w obszernym artykule snuje rozważania nad Rozważaniami o Rewolucji Francuskiej Edmunda Burke‘a i zastanawia się, co z myśli burke‘ańskiej jest dla nas nadal aktualne. 9 lipca 1797 roku w małej posiadłości Beaconsfield zmarł Irlandczyk wyznania anglikańskiego, który trzy lata wcześniej przestał być członkiem Izby Gmin. Przed śmiercią zażyczył sobie ów „most honorauble gentleman”, aby pochować go przy kościele parafialnym, ale nie w grobowcu rodzinnym, lecz na nieoznaczonym miejscu. Zażyczył sobie tak „ze względu na francuskich rewolucjonistów”. Ten strach przed losem swoich kości był całkiem uzasadniony w świetle doświadczeń z różnymi współczesnymi rewolucjami, które nie omieszkiwały profanować grobów. Na szczęście polityczna historia Anglii tak się potoczyła, że rewolucjoniści nie mieli okazji wywleczenia z grobu doczesnych szczątków zmarłego. A to, że się tak właśnie potoczyła, było także jego zasługą. Edmund Burke (1729-1797) brytyjski parlamentarzysta i pamflecista zaliczany jest do klasyków konserwatyzmu, a swoją sławę i znaczenie zawdzięcza przede wszystkim Rozważaniom o Rewolucji Francuskiej. Krienen odwołuje się do najnowszego (Berlin 1991) wydania Rozważań, które jest na nowo opracowanym wydaniem ich pierwszego tłumaczenia dokonanego przez Friedricha von Gentza. Gentz, uczeń Kanta i początkowo zwolennik Rewolucji Francuskiej właśnie pod wpływem dzieła Burke‘a przeszedł na pozycje kontrrewolucyjne. Gentz nie tylko przełożył Rozważania, ale opatrzył je obszernymi notami i komentarzami, próbując, prawie można by powiedzieć, w typowo niemiecki sposób skonstruować na podstawie Rozważań systematyczną konserwatywną filozofię, co raczej nie było po myśli Burke’a. Ważne jest to, że Gentz wchłonął impulsy niemiecko-pruskiego wariantu Oświecenia, tym samym u źródeł niemieckiego konserwatyzmu leży nie tylko romantyczne zafascynowanie ludem-narodem, ale także, właśnie dzięki Gentzowi, kantowskie „Oświecenie” i angielski konserwatyzm Burke‘a.

W pierwszej części swojego artykułu Krienen poświęca nieco uwagi niemieckiemu wydawcy i komentatorowi Rozważań Hermannowi Klennerowi wywodzącemu się ze szkoły marksistowskiej. Klenner, mimo iż nie można mu odmówić znajomości tematu, irytuje swoją skłonnością do traktowania myśli Burke`a (i Gentza) jako elementu „nadbudowy” i do ciągłego „demaskowania” obu panów. Klenner pragnie wszystko „postawić na nogi” tak jak Marks Hegla, co jest tylko świadectwem umysłowego lenistwa i traktowania nóg jako najważniejszego duchowego organu człowieka. Krienen pisze, że niekiedy usiłuje się wygrywać Burke‘a – obrońcę Irlandczyków, Hindusów i kolonistów amerykańskich przeciw Burke‘owi – fanatycznemu wrogowi rewolucji, robiąc z niego jako Whiga prekursora dziewiętnastowiecznych liberałów. Jest to zniekształcenie wynikające z przeniesienia na późniejsze czasy podziałów z XVIII wieku. Burke nie dokonał żadnego zwrotu. Związany był z „frakcją” Whigów, która w tym czasie, prawie bez przerwy zasiadała na ławach opozycji, mogła i musiała więc, z braku innych możliwości, uprawiać „politykę zasad” a Burke, wyśmienity mówca i pamflecista polityczny dostarczał tej polityce duchowych fundamentów i środków. Burke nie był żadnym protoliberałem a wiążąc się z Whigami był tak naprawdę obrońcą całej naturalnej arystokratycznej elity brytyjskiej, której Whigowie byli częścią. Przy czym wbrew temu, co sądził Marks, nie był Burke jakimś prymitywnym „lokajem w służbie oligaachii”, ale człowiekiem, który święcie był przekonany, że broni jedynie prawdziwego, ustanowionego przez Boga ładu świata, którego zniszczenie nie było dlań drogą do jakiegoś „nowego ładu”, ale coraz bardziej nieludzkiego postępu ku chaosowi. Taki Burke nie miał więc większych szans, aby recypowali go wierzący w postęp liberałowie XIX. wieku. Ci albo go przemilczali, albo uznawali za niespełna rozumu, albo też robili z niego „liberalnego” polityka – zwolennika ewolucyjnego reformizmu. Jedynie takie krnąbrne typy jak niemieccy romantycy lub inne podejrzane konserwatywne indywidua mogły się interesować całym światopoglądem Burke‘a i widzieć w nim swojego patrona.

Dzisiaj oczywista wydaje się diagnoza Burke‘a, że rewolucyjne pryncypia, będące centralnymi politycznymi pryncypiami moderny, są całkowicie niezdolne do ufundowania jakiegokolwiek stałego i sprawiedliwego ładu. Ale równocześnie jest oczywiste, że ta diagnoza nie wynikała z żadnego pełnego systemu filozoficzno-politycznego, który mógłby być potem rozwijany i przetwarzany. Jego obraz świata jest ściśle związany z dawnym „kosmosem” brytyjskiej, lub szerzej europejskiej arystokracji, z owym societas civilis, i to w dwojakim sensie: a mianowicie zarówno z konkretnym ładem społeczno-polityczno-kulturalnym jak i z całym systemem wyobrażeń i pojęć, które go gwarantowały, i które tworzyły gmach idei oparty na scholastyce i jej arystotelesowskiej interpretacji. Ten świat chciał Burke „konserwować”, ale ten świat na zawsze odszedł w przeszłość. Mocne zakorzenienie w tym „starokonserwatywnym” świecie pozwoliło Burke‘owi w sposób bezlitosny, pełen drwiny i pogardy obnażyć już na samym początku moderny nierozwiązalne aporie jej przewodnich zasad. Świat Burke‘a odszedł na zawsze w przeszłość, ale rola Burke‘a jako pierwszego antymodernisty i wroga moderny winna skupiać uwagę współczesnych antymodernistów.

W dalszym ciągu swojego artykułu Krienen szkicuje główne rysy burke‘ańskiego obrazu świata, podkreśla znaczenie apologii przed-sądów i bezrefleksyjnie akceptowanych obyczajów, wyjaśnia, jak Burke rozumiał substancję „konstytucji” brytyjskiej itd. Na tym tle pokazuje, skąd brał się zasadniczy sprzeciw Burke‘a wobec rewolucji francuskiej. Za aktualne również i dziś uważa Krienen, nie zawsze wyrażone wprost, przekonanie Burke‘a kryjące się za jego krytyką „diabelskich idei” rewolucjonistów, a mianowicie przekonanie, że rewolucja, a więc każda polityczna katastrofa jest wynikiem fałszywych idei. Przy czym to przywiązywanie tak wielkiej wagi do roli idei nie wynikało u Burke’a z jakiegoś oderwanego od realnych procesów społecznych rozumienia polityki, ale wręcz przeciwnie: idee jako takie są u niego same politycznymi siłami o wielkim znaczeniu, ponieważ tworzą ramy działania dla wszystkich istniejących w społeczeństwie “ambitions”. W burke‘ańskim obrazie świata “ambitions” są antropologiczną konstantą, popędem do posiadania, do władzy i prestiżu, które same z siebie nie znają żadnego ograniczenia, lecz są „maszyną pożądań”, w której zaspokojenie każdego, konkretnego pożądania stale produkuje następne. Obyczaje, instytucje i opinie mają na celu posterować tą eksplozją pożądań w pewne sensowne kanały i zahamować ich dynamikę, określając horyzont prawowitych „ambicji” i uspokajając człowieka – tę „maszynę pożądań”. Istnieją idee, które ograniczają i sterują dynamiką ludzkich “ambicji”, ale są i takie, które ową nieskończoną ludzką dynamikę, która sama z siebie nie zna ograniczeń, „rozgraniczają”, a wraz z nią „rozgraniczają” istniejące siły socjalne. I właśnie totalne „rozgraniczenie” (Entgrenzung) jest według Burke‘a zasadniczym skutkiem „filozoficznych” idei, które prowadziły do rewolucji tzn. idei Oświecenia. Sposób argumentacji Burke‘a w tej kwestii jest aktualny do dziś. Przede wszystkim idzie o jego polemikę przeciw abstrakcyjnemu pojęciu wolności, które abstrahuje od wszelkich konkretnych stosunków socjalnych i politycznych i oddaje ją do dyspozycji „wolnej”, czyli niczym nieograniczonej woli. Takie pojęcie wolności może (i powinno) delegitymizować każdy konkretny społeczny porządek, albowiem taka mechaniczno-negatywna wolność może być bronią przeciw każdemu ładowi społecznemu, który z natury rzeczy jest zawsze represywny, bo musi opierać się na ograniczeniu wolności czynienia tego, co się komu podoba. Abstrakcyjnie pojęta wolność rozumiana jako usunięcie każdej przeszkody sprawia, że w obliczu nieskończonej dynamiki ludzkich pożądań, wszystko staje się możliwe. Tak więc fałszywa idea wolności prowadzi do zniszczenia wszystkich duchowych (opinions and manners) a później instytucjonalnych kanałów tłumiących “ambitions”. Jako pojęcie czysto negatywne, negujące potencjalnie każdy porządek abstrakcyjna wolność staje się legitymizacją nieskończonej wielości możliwych działań i pcha społeczeństwo ku anarchii. Nie jest ona zdolna stać się żadną bezpośrednią, pozytywną siłą społeczną, ale jedynie wyzwala siły społeczne.

Rozpętane ambicje konkretnych grup społecznych potrzebują idei, które służą realizacji ich roszczeń. Taką ideą, która „nowym ludziom” pomogła w zniszczeniu instytucji dawnego reżimu stojących im na drodze, była idea praw człowieka. Te prawa człowieka są dla Burke‘a przede wszystkim ideologicznym instrumentem, przy pomocy którego nowe grupy starają się otworzyć zamknięte przed nimi dotychczas obszary władzy. Jego analiza ideologii praw człowieka do dzisiaj zachowuje swoją ważność. Prawa człowieka rozwijają własną, niebezpieczną dynamikę, ponieważ mają charakter wyłącznie, totalnie instrumentalny. Nigdy nie można powiedzieć, że prawa człowieka zostały zrealizowane, albowiem każdorazowo stoją one do dyspozycji nowych „ambitions”, tak że ciągle na nowo pod ich egidą mogą maszerować następne grupy, pragnące obalenia danego porządku (politycznego, prawnego, własnościowego) lub udziału w nim tzn. udziału we władzy (politycznej, ideologicznej, ekonomicznej etc.). Prawa człowieka są doskonałym (i prowadzącym ad absurdum) instrumentem delegitymizacji. Ich dynamika jest niepowstrzymana. Każda grupa (elita) używa praw człowieka dla osłabienia lub zniesienia konkretnych instytucji czy przywilejów, które stoją jej na drodze, ale kiedy osiągnie ona swój cel, użyta przez nią ideologia praw człowieka przechodzi w inne ręce, i nowe siły używają ją przeciw niej. Dlatego jeśli dana grupa (elita) chce utrzymać swoją władzę oznajmiając, że prawa człowieka zostały właśnie przez nią w pełni zrealizowane, to może to uczynić jedynie przy użyciu takich lub innych, jawnych lub skrytych form przemocy wobec tych, którzy powołują się na prawa człowieka skierowując ostrze przeciw tej grupie (elicie). Dodajmy tu, czego Krienen nie pisze, że ten sam proces zachodzi wówczas, kiedy ideologii praw człowieka używa się jako politycznego instrumentu na płaszczyźnie międzynarodowej. Także i wówczas jedynym sposobem, aby uniemożliwić innym zastosowanie praw człowieka przeciw mocarstwu posługującemu się nimi dla osiągnięcia swoich celów politycznych, jest zastosowanie przez to mocarstwo siły jako ostatecznej instancji przy rozstrzygnięciu, czy w danej sytuacji i w danym momencie prawa człowieka są czy nie są respektowane.

Następnym, do dziś aktualnym elementem analizy Burke`a jest jego krytyka ówczesnych intelektualistów, oświeceniowych filozofów i ich adeptów. Przy czym nie chodzi o częste wśród konserwatystów anatemy rzucane na intelektualistów, którzy swoim racjonalizmem wszystko „rozkładają”. Burke‘owi, kiedy atakuje owych „philosophers”, idzie o ich klasowe (kastowe) interesy. Ci „philosophers” czyli tzw. „literary cabal” byli dlań kluczową grupą rewolucji, która łączyła w sobie dwa momenty: po pierwsze byli oni potencjalnie „niwelatorami” jako takimi, i po drugie jako konkretna grupa socjalna mogli zyskać najwięcej w przypadku, gdy ta niwelacja obejmie centralne instytucje societas civilis. „Spisek literatów” jest metaforą, która opisuje system idei i tych, którzy je w sensie socjalnym reprezentują i propagują. To oni wywołali „revolution in sentiments, manners and moral opinions”, która w oczach Burke‘a była najgroźniejszym jądrem rewolucji. Jego krytyka ideowego systemu Oświecenia, owego „new conquering empire of light and reason” nie była sporem z „filozofami” na płaszczyźnie filozoficznej, ale była rodzajem socjologii intelektualistów i socjologii idei. Abstrakcyjny rozum oderwany od konkretnej socjalno-kulturalnej rzeczywistości nie zawiera w sobie żadnej limitującej go zasady. Natomiast łączy się on z konkretnymi, wyzwolonymi od normalnych mechanizmów i niekontrolowanymi “pożądaniami” tych, którzy uważają się za jego nosicieli, czyli z konkretnymi „pożądaniami” filozofów. Prowadzi to w konsekwencji do tego, że „philosophers” realizują swoje “pożądania” zachowując całkowicie abstrakcyjny stosunek do świata i ludzi. Potencjalnie więc mogą uczynić możliwym wszystko i mogą pragnąć także zniszczenia wszystkiego, co im przeszkadza. Ich elementarnym interesem klasowym (grupowym) jest likwidacja societas civilis. Mogą nimi być naukowcy chcący przekształcić świat w jedno wielkie laboratorium, w którym wyłącznie oni sami określają ramowe warunki eksperymentów i w którym nie ograniczają ich takie śmieszne błahostki jak granice państw, ład własnościowy, prawa czy moralność. Mogą nimi być także (a może przede wszystkim) przedstawiciele nauk społecznych i „humanistycznych”, którzy chcą modelować świat według własnych wzorów. Tak więc zniszczenie trzymających ich w ryzach zasad dawnego społeczeństwa jest socjalnym, grupowym interesem „filozofów”. Ale ich znaczenie jest daleko ważniejsze. A mianowicie są oni animatorami i inspiratorami dla wszystkich nowych sił, dla wszystkich nowych „pożądań” i ambicji. Ponieważ jednak nigdy nie jest możliwe zrealizowanie wszystkich roszczeń i planów, wąska elita intelektualna cały czas musi utrzymywać szerokie masy w nadziei, że kiedyś nastąpi wreszcie spełnienie utopii, nadziei która naprawdę nigdy nie może zostać spełniona (obiecują im życie w kraju nieograniczonych możliwości, które realnie toczyć się musi w slumsach).

Burke wie, że ludzie, którzy raz ulegli pochlebstwom łajdaków mogą w zimnym rozumie polityki widzieć jedynie bezsensowną cenzurę i ograniczenia, których nie mogą znieść. Równocześnie Burke wie, że nigdy szerokie masy, ale zawsze wąskie elity wprawiają w ruch idee i rzeczy. Dlatego „filozofowie” są dlań kluczową grupą także na płaszczyźnie władzy politycznej. Po pierwsze dlatego, że jako konkretna grupa realizują swój najbardziej pierwotny interes polegający na ustanowieniu „kulturalnej hegemonii” i przekształceniu się w „nową warstwę kapłańską” (tak jak ją prawie 200 lat później opisał Helmut Schelsky). I po drugie dlatego, że jako „producenci sensu” stanowią centralną dźwignię dla innych grup dążących do radykalnych zmian społecznych (i do władzy). Mogli wówczas (i mogą dziś) nią być, ponieważ, jak uważał Burke, od samego początku Oświecenie było w swej strukturze jednolitym duchowym ruchem, którego centralne idee, niezależnie od pewnych subtelnych różnic, można było odnaleźć u wszystkich grup rewolucyjnych. Idee te stanowiły przeto jedyny wspólny wyznacznik dla wszystkich rewolucjonistów w całym, nieprzejrzystym rewolucyjnym krajobrazie. „Filozofowie” jako grupa socjalna byli niezbędnym ogniwem dla wszystkich możliwych sił rewolucyjnych. Albowiem dla Burke‘a nowoczesny intelektualista, „bujający” się swobodnie to tu to tam, nie jest już agentem lub klientem konkretnego interesu (konkretnego pana) lub określonej warstwy społecznej, ale jako typ, właśnie ze względu na swoją “wolną naturę”, zajmuje kluczową pozycję społeczną, ponieważ tylko on może dostarczyć legitymizacji rozproszonym i kierującym się w różne strony „ambicjom” najrozmaitszych grup społecznych oraz połączyć i zintegrować na tej płaszczyźnie koalicje i zmienne kombinacje tych „ambitnych” grup.

Nie ulega wątpliwości, pisze w podsumowaniu Krienen, że Burke pozostanie konserwatywnym klasykiem. Nieprzemijające są jego prawdy na temat natury ludzkiej, warta studiowania jest jego „doktryna politycznej mądrości”. Jest jednak rzeczą oczywistą, że nie jest już możliwe odwołanie się do tego ładu socjalno-polityczno-kulturalnego, do którego odwoływał się Burkę. Dla postnietzscheańskiego konserwatyzmu świat Burke‘a to zwłoki, nawet jeśli ten czy ów nowy dr Frankenstein chciał je ożywić. Znaczenie Burke’a dla współczesnego konserwatywnego myślenia nie leży w jego konkretnych wyobrażeniach ładu, ale w jego funkcji krytycznej tzn. w tym, że już u samego początku politycznej moderny nasypał soli w niektóre jej otwarte rany, opisał jej zasadnicze cechy oraz sportretował jej ludzkie typy. Jak napisał jeden z amerykańskich konserwatystów, „paryscy filozofowie” Burke‘a sprzed dwóch wieków siedzą także i dziś w Paryżu, Nowym Jorku (Frankfurcie, Warszawie etc.) i gadają bezustannie o „współczuciu”, o „wrażliwości”, broniąc nowych praw, w tym niezbywalnego prawa do rozszerzania królestwa perwersyjnych występków.

Aby zrozumieć znaczenie Burke‘a dla współczesnej krytyki systemu liberalnego należy jeszcze raz podkreślić dwa wątki jego antymodernistycznej diagnozy:

  1. Rozpętanie bezgranicznej dynamiki starych i nowych potrzeb i roszczeń, którym odpowiadają „ruchy socjalne” nie dające się ustabilizować na żadnym poziomie. Centralny ideologiczny środek delegitymizacji, czyli prawa człowieka mają czysto instrumentalny charakter, dlatego nie mogą ustanowić żadnego trwałego ładu, lecz są uwiecznieniem chaosu. Mogą one służyć (i służą) każdej, najbardziej perwersyjnej lub absolutnie niespełnialnej (politycznej, materialno- ekonomicznej) „potrzebie”, mogą służyć (i służą) jako ideologiczny instrument dla dowolnej „ambicji” każdej grupy lub „mniejszości”. Ich zastosowanie jest „bezgraniczne”.
  2. Typ współczesnego intelektualisty jako promotora i beneficjenta takiego procesu został przez Burke‘a, chyba po raz pierwszy, opisany w protosocjologicznej manierze, przy czym zaznaczyć należy, iż Burke był świadom, że i po konserwatywnej stronie musi pojawić się odpowiednik „filozofa”, gdyż idzie wszak o zdobycie „kulturalnej hegemonii”, o uzyskanie koniecznego „monopolu” na „stanowienie sensu”. Burke wiedział o tym, bo sam był przecież „man of letters”, czyli „intelektualistą”. Zasługa Burke‘a w “zdemaskowaniu” grupowego interesu intelektualistów jest tym większa, że późniejsza analiza marksistowska przypisywała intelektualistom jedynie funkcję w ramach „nadbudowy”, co było dla nich wygodne, bo oddalało od nich podejrzenie, że mają jako grupa jakieś samodzielne interesy na płaszczyźnie władzy. Dodajmy tu, że dzisiejsza liberalna kasta intelektualistów mająca monopol na „stanowienie sensu” nie jest oczywiście zainteresowana, tak samo jak dawni „filozofowie”, w tym, żeby ktoś odsłaniał jej władcze, „kapłańskie” roszczenia i prerogatywy, i ukrywa je za ideologiczną maską “praw człowieka”, stosując taktykę chowania się za „ofiary”, którymi się posługuje jako instrumentem politycznym i środkiem moralnego szantażu (zob. wyżej uwagi Paula Gottfrieda).

Wydaje się, że podstawa myślenia Burke‘a, jego trwanie przy civil society, zostały ostatecznie obalone przez modernę. Czy jednak może spełnić się jej obietnica nowej syntezy „wolności” i „ładu”? Jeśli bowiem w 1789 roku tkwi początek rozpętania wszystkich „ambicji”, wypuszczenia na wolność człowieka jako monstrualnej „maszyny pożądań”, to jak da się tę dynamikę ustabilizować w porządek, w którym dałoby się żyć? W XIX. wieku taką możliwość dawało z jednej strony „przyjście jakiegoś generała”, który robił porządek, albo ekspansja ekonomiczna i stworzenie państwa socjalnego, w którym każdy miałby choćby iluzję stale rosnącego dobrobytu i socjalnego awansu. Ale co będzie, jeśli po 200 latach okaże się, że postęp i wzrost maja granice, że nie da się choćby w części zaspokoić rozbudzonych roszczeń? Przede wszystkim materialnych, a przecież liberalizm chce “społeczeństwa światowego”, nie może więc się uchylić przed spełnieniem materialnych roszczeń potencjalnie wszystkich mieszkańców planety. Kiedy zakończy się naprawdę marzenie o ciągłym postępie i wzroście, na co komu będzie niezbywalne prawo do płatnego urlopu zagwarantowanego w Karcie ONZ? Prognozy Burke‘a w odniesieniu do Rewolucji Francuskiej spełniły się co do joty po dziesięciu latach, czy spełnią się także po dwustu? Cóż wtedy pozostanie? Wszak powrót do societas civilis jest już niemożliwy. Nie pozostaje nic innego, jak podążyć za słowami młodszego konserwatywnego klasyka, który postulował aby „stworzyć dopiero warunki, które warto byłoby zachowywać”. Alternatywą byłoby, zgodnie z Burke’m, panowanie „of some popular generał” lub, jak pisał Burke w „A Letter to a Noble Lord” (1796), zbójców i bandytów przebranych za filozofów i mówiących ich językiem. Kto wie, może więc spełni się proroctwo sformułowane przez Burke‘a „tylko” dla Francji w zakończeniu Rozważań, i świat „w obecnym kształcie raczej nie przetrwa, ale zanim przybierze ostateczną postać, być może będzie musiał przejść, jak powiada nasz poeta [Joseph Adison] «przez wiele jeszcze nie wypróbowanych postaci» i we wszystkich tych przeistoczeniach zostanie oczyszczony przez ogień i krew” (tł. Doroty Lachowskiej, Edmund Burke Rozważania o rewolucji we Francji, Warszawa-Kraków 1994, str. 258. W tłumaczeniu Gentza jest: „oczyszczony i na nowo narodzony w ogniu i krwi”.

W tym samym numerze „Etappe” znajdziemy, uzupełniający niejako wywody Krienena, artykuł Martina Mosebacha na temat innego wielkiego kontrrewolucjonisty i reakcjonisty Józefa de Maistre‘a i jego Rozważań o Francji. Ta opublikowana w 1789 roku książka de Maistre‘a pokazuje tworzenie się reakcyjnych idei w ich najwcześniejszym stadium. Mosebach uważa, że warto ją czytać nie ze względu na jakieś przenikliwe analizy, bo takowych w niej nie ma ale przede wszystkim dlatego, że jest ona wprost nieocenionym materiałem dla studiowania reakcyjnej mentalności w jej „stanie natury”. Późniejsze krytyki rewolucji są głębsze, historycznie dokładniejsze, politycznie lepiej uzasadnione, filozoficznie bardziej gruntowne. Kto jednak chce zrozumieć szok gwałtu i poczucie obrabowania wywołane przez rewolucję i które doprowadziły powstań w Wandei, ten znajdzie tego autentyczne ślady na stronach i pomiędzy wierszami dzieła de Maistre‘a, który oniemiały i ze zgrozą patrzy na okrucieństwa i spustoszenia rewolucji.

Volker Beismann w artykule „Poszukiwanie śladów w labiryncie. Publicystyka polityczna we wczesnej twórczości Friedricha Georga Jüngera” analizuje, przemilczaną zazwyczaj, publicystykę niemieckiego pisarza z okresu Republiki Weimarskiej a więc z czasów, gdy należał on do radykalnej, narodowo-rewolucyjnej prawicy. Oczywiście, stwierdza w konkluzjach Beismann, publicystyka Jüngera należy w wielu aspektach do zamkniętej epoki historycznej, ale znaleźć w niej można wiele diagnoz i ocen, które wręcz irytować mogą swoją aktualnością. „Etappe” zamieszcza również tekst „O źródłach nauki o człowieku i przemiany pojęcia rasy w okresie od 16. do 18. wieku”, którego autorem jest William Gueydan Roussel, i który został opublikowany po raz pierwszy na łamach czasopisma „Europäische Reuve” w lipcu 1939 roku. Stanowił studium wstępne do najważniejszej publikacji Roussela – książki Świt rasizmu-człowiek obserwator człowieka (Paryż 1940). Rosussel poznał w 1933 roku Carla Schmitta i zaprzyjaźnił się z nim. Współpracował przez pewien czas z „Comission d’etudes judeo-macconiques” i z czasopismem Rosenberga „Weltkampf”. W grudniu 1941 roku został przez Niemców osadzony w areszcie, skąd wyszedł po dwóch miesiącach. W kwietniu 1944 roku opuścił Francję udając się do Szwajcarii. We Francji został in absentia skazany na śmierć za kolaborację. Po krótkim pobycie w szwajcarskim więzieniu wyemigrował wiosną 1947 roku do Argentyny, gdzie publikował w języku hiszpańskim. Należał do starej szkoły katolickiego konserwatyzmu. Jego zasługą jest pokazanie, że korzenie nowoczesnego rasizmu wraz z przynależącym doń antysemityzmem tkwią w oświeceniowych naukach o człowieku i w pozytywizmie.

I na koniec przyjrzyjmy się jeszcze przepięknemu mikro-esejowi Axela Matthesa “Dzwony, dzwony. Mata hermeneutyka dźwięków liturgicznych”. Tony, pisze Matthes, są czystymi kryształami, szumy są wyschłą galaretą tonów. Unamuno: „Dzwony dalej rozbrzmiewały w ciszy”. Dziś zsekularyzowane, pomiędzy autami i ulicznym hałasem. Dźwięk dzwonów przywodzi na myśl jakąś nazwę, jakieś słowo. Każdy dzwon jest jedyny w swoim rodzaju, jest skomplikowaną, pełną nabożnego skupienia, magiczną rzeczą. Dzwony Kremla, Westminsteru, Kaplicy Sykstyńskiej, każdy z nich ma swoje szczególne, dźwiękowe właściwości, jedne rozbrzmiewają jakby coś unosiły w spokoju, inne huczą dumnie, dudnią pompatycznie, niekiedy dzwon brzmi jakby utykał lub skakał, kiedy indziej jest sztucznie miarowy, lub brzmi jak rozpaczliwe wołanie, jak śmierć. Samotnie jak dzwonek przy budce dróżnika: okrzyk przerażenia, a zaraz po nim potwór i bezładny stukot pociągu towarowego. Trzeba częściej bić w dzwony, aby czcić, uświęcać, przywoływać wielkie sprawy. Dzwony powinny bić przy ponownym pojawieniu się Oriona lub Wenus, przy szczególnych koniunkcjach. Dobre wiersze pisze się dla ślepych a nie dla głuchych. Muszą nas przedźwięczać jak tony i dzwony, które stale dźwięczą w górę, ku niebu. Żaden inny instrument nie jest tak mało ziemski, wszystkie dzwony służą wszechświatowi, przywołują człowieka do porządku świata, albowiem są „słowem” danym nam przez Boga, albo kultem, przy pomocy którego schylamy ku sobie naturę i nastrajamy ją przychylnie. Dzwony oczarowują, przemieniają rudę ziemi w czysty dźwięk, znoszą siłę ciężkości, ich tony, wiecznie dźwięczące w ciszy eteru, stają się światłem. Sphaera mundi, lub jak mówiono w średniowieczu: musica mundana, niesłyszana muzyka ciała niebieskiego. Dzwon – pierwsza ofiara ziemi składana przezeń niebu, jej siła, jej ciężar, jej głębia – dzwon wszystko odwraca na drugą stroną, zamienia ziemię w ducha. W dzwony zaklęta jest historia. Ludzie, którzy nie potrafią słuchać dzwonów, mają nieczyste sumienie, odstręczają duchowo, uwikłani są w swoje pożądliwości, zatwardziali, niewolni, bez pokory. Albowiem karły opierają się dzwonowi i go nie cierpią. Trzeba „znosić” dzwon, gdyż jest on słowem Boga. Uświadomić sobie jasno jak nienaturalne są wszystkie nowe techniczne hałasy – i jak odpoczywa dusza na Cap corse, gdzie oddycha i przyjmuje tylko głosy ziemi, gwiazdy.

WIELKA BRYTANIA

FINAL CONFLICT

Ostre, narodowo-radykalne pismo Third Position, reprezentujące nurt fundamentalnej antysystemowej, antykomunistycznej i antykapitalistycznej opozycji politycznej i prawicowej kontrkultury, odpowiednik naszego „Szczerbca”, ale w porównaniu z organem NOP-u mniej tu treści, prawie nie ma większych artykułów programowych, historycznych czy politycznych a za to dużo drobnych informacji z kraju i ze świata, ciekawostek, złośliwych żartów, recenzji muzycznych etc. A także kronika represji i prześladowań aktywistów narodowej opozycji w Europie i USA. Brytyjscy radykałowie nie znają żadnych tabu np. jedno z pism satyrycznych reklamują prowokacyjnie jako „śmieszniejsze od Listy Schindlera„, Dziennik Anny Frank nazywają “wyciskaczem łez” a liberalnego demokratę Żyrynowskiego określają pogardliwie “pieszczoch [***]”, więc łatwo sobie wyobrazić co z nich za gagatki. Aż strach to czytać, a co dopiero omawiać. Ale raz kozie śmierć.

W numerze 10 znajdziemy ciekawy artykuł zatytułowany „Nienawiść rasowa czy sprawiedliwość społeczna”. Autor artykułu winą za to, że do Wielkiej Brytanii napływają z pozaeuropejskich kręgów cywilizacyjno-kulturalnych obcokrajowcy innych ras, obarcza brytyjską burżuazję, która sprowadza tańszą siłę roboczą, aby była konkurencją dla białej klasy robotniczej. Oczywiście, kapitaliści chcą kontrolowanej imigracji i popierają repatriację kolorowych przestępców, ale los narodu jest im obojętny, zaś kolorowi obcokrajowcy nie interesują ich tak długo, jak długo nie zbliżają się do ich domówi ich córek. Za szeroką imigracją opowiada się obecna klasa polityczna, która chce rozbić jedność narodową, przekształcić ludność Wielkiej Brytanii w zwalczające się grupy, aby w ten sposób, stosując zasadę „dziel i rządź”, utrzymać się przy władzy. Autor artykułu konstatuje, że reakcją na napływ kolorowych obcokrajowców jest powstanie w Wlk. Brytanii, podobnie jak w USA, rozmaitych form nieformalnego apartheidu (separacji rasowej). Należy, postuluje autor, zrozumieć, że to nie kolorowi obcokrajowcy czy przedstawiciele innych ras są głównym wrogiem, należy im raczej współczuć, gdyż i oni są wyzyskiwani przez kapitalistów. Należy porzucić wszelkie formy propagandy wyrażające pogardę dla innych ras. Trzeba szukać sojuszników np. wśród Czarnych separatystów w typie Farrakhana, gdyż mają oni identyczne cele jak Biali separatyści.

Dalej pisze autor artykułu, że narody i rasy od niepamiętnych czasów uważały, że ich własna kultura i sposób życia warte są, aby je chronić i ich bronić nawet narażając się na śmierć. Nacjonalizm, będący wyrazem takiej postawy, nie posługuje się hasłami „rasowej wyższości”. Celem nacjonalistów jest ochrona i obrona własnych obyczajów i tradycji. Wiedzą oni, że rasy są różne. Sprzeciwiają się więc próbom zacierania różnic rasowych, dokonywanym czy to przy pomocy siły czy też medialnego prania mózgów. Z drugiej strony nie powinni naśladować tych, którzy uważają Czarnych za najgłupszych i podniecają się książkami na temat różnic między rasami w ilorazie inteligencji, bo to umacnia ich wiarę, że rasa biała składa się z samych geniuszy. Jest błędem branie rozmaitych badań naukowych za podstawę światopoglądu i traktowanie ich jako motywacji do politycznej działalności. Cóż bowiem się stanie, jeśli jacyś inni naukowcy udowodnią, że poprzednio głoszone tezy były fałszywe i że to Czarni są inteligentniejsi od Białych? Zawali się wówczas ideologia “rasowej wyższości” i jej zwolennicy będą musieli szukać jakiegoś innego zajęcia. Są przecież testy, które wykazują, że Japończycy i Żydzi są inteligentniejsi niż Biali. Czy ich “rasowa wyższość” daje im prawo, aby nami rządzili? Nawet jeśli by się okazało, że Biali są głupcami, którzy nie potrafią prawidłowo napisać swojego nazwiska kijem na piasku, to i tak mają prawo, żeby rządzić się sami i aby chronić swoją kulturę i swoje obyczaje.

W tym numerze znajdziemy również artykuł na temat Belgii. Bruksela jest znana jako stolica eurokratów, ale jest też stolicą Belgii. A czym właściwie jest Belgia? Większość ludzi myśli, że Belgię zamieszkują Belgowie, którzy mówią po belgijsku. Ale jak wiadomo Belgię zamieszkują dwa narody: Flamandowie na północy i Walończycy na południu. Belgia została stworzona przez europejskie mocarstwa, które chciały, aby pomiędzy nimi była strefa neutralna. Przez długi czas Flamandczycy byli zdominowani ekonomicznie i kulturalnie przez francuskojęzyczne południe. Ale świadomość narodowa Flamandczyków budziła się powoli. W okresie I wojny światowej Flamandczycy bili się dzielnie przeciw Niemcom, ale to Niemcy w okresie, gdy okupowali Belgię wspierali flamandzką tożsamość. W 1917 roku jedna z flamandzkich organizacji de Vlaamse Raad ogłosiła niepodległość Flandrii. Po 1918 roku wróciły władze belgijskie i wielu flamandzkich niepodległościowców znalazło się w więzieniu. Ale narodowy ruch flamandzki rozwijał się nadal, powstawały flamandzkie partie polityczne, organizacje i stowarzyszenia. Ważną rolę odegrał w tym czasie ruch narodowych solidarystów (Verdinaso) Jorisa van Severena, który uważany jest do dziś za najważniejszy flamandzki ruch narodowo-wyzwoleńczy. 10 maja 1940 roku Niemcy dokonały inwazji Belgii. Armia belgijska została pokonana po 18 dniach. Katolicko-socjalistyczny rząd uciekł do Francji. Ale król Leopold III pozostał w kraju ze swoją zwyciężoną armią i poddał się Niemcom. Podczas odwrotu armii belgijskiej państwowa służba bezpieczeństwa wykorzystała okazję, aby “wyeliminować siły antybelgijskie”. Zlikwidowano Jorisa van Severena, ale także pewną liczbę Czerwonych, Włochów, Polaków a nawet niemieckich Żydów. W okresie wojny wielu Flamandczyków, licząc na to, że, tak jak w I wojnie światowej, Niemcy poprą ich niepodległościowe aspiracje, wstąpiło już w 1940 roku do dywizji SS-Wiking, do marynarki wojennej i Luftwaffe. Ale najwięcej Flamandczyków walczyło od lipca 1941 roku przeciw bolszewickiej Rosji np. w dywizji SS – Langemarck. Ale inaczej niż w okresie I wojny światowej, w czasie drugiej wojny światowej działały grupy Ruchu Oporu, które atakowały i zabijały flamandzkich nacjonalistów, zaś ci atakowali i zabijali członków tych grup. Podobnie jak w Jugosławii, choć oczywiście na mniejszą skalę, mieliśmy w ramach wojny do czynienia z wojną domową. 1 września 1944 Belgia została „wyzwolona” przez siły alianckie. Rozpoczęły się polowania na flamandzkich patriotów, wielu z nich zostało zastrzelonych, wiele kobiet zgwałcono, dziesiątki tysięcy ludzi wtrącono do obozów koncentracyjnych. Flamandzki nacjonalizm został praktycznie rozbity. Ale stopniowo, w latach pięćdziesiątych tendencje narodowo-wyzwoleńcze w narodzie flamandzkim znowu zaczynają odżywać i wzmacniać się (ciąg dalszy w następnym numerze). W tym numerze ciekawa informacja z Hiszpanii. W wielu miastach hiszpańskich do dzisiaj istnieją place i ulice nazwane imieniem gen. Franco, jak również jego pomniki. W Santander znajduje się plac generalissimusa Franco, ulica Primo de Riviery. Godne szacunku przywiązanie do tradycji.

W numerze 11 znajdziemy wyrazy solidarności z represjonowanymi działaczami Narodowego Odrodzenia Polski: „Comrades in Poland under attack” i żądanie natychmiastowego wypuszczenia na wolność więźniów sumienia z NOP. Poza tym wywiad ze współczesnymi rumuńskimi kontynuatorami ruchu legionowego Zeliu Codreanu, którzy opowiadają m.in. o daninie krwi złożonej przez legionistów, o prześladowaniach jakie spadły na nich z rąk komunistów i narodowych socjalistów. W dokończeniu artykułu o Belgii i niepodległościowych ruchach flamandzkich zawarte są informacje o najsilniejszej obecnie partii narodowo-wyzwoleńczej – Bloku Flamandzkim i przepowiednie o przyszłości Belgii. Według autora artykułu Belgia rozpadnie się prędzej czy później, tak jak Jugosławia czy Czechosłowacja. Amerykańscy prognostycy twierdzą, że w 2010 roku Europa będzie wyglądać prawie tak samo jak dziś – z jednym wyjątkiem: przestanie istnieć Belgia. Według Amerykanów zachodnia Walonia zostanie włączona jako prowincja do Francji, wschodnia Walonia wejdzie w skład Luksemburga, a Flandria będzie niepodległa i połączona silnymi więzami ekonomicznymi i społecznymi z Holandią. Rozpad Belgii będzie bezgłośny tak, że właściwie tego nie zauważy. W tym numerze wywiad z aktywistą ruchu „Back to the Land”. Opowiada on o tym jak grupa narodowych radykałów postanowiła powrócić na wieś, do naturalnego sposobu życia w bliskim związku z przyrodą, czyli praktycznie urzeczywistnić hasła „Rural Revolution”. W tym numerze znajdziemy także informację o Amnesty International. Informację zaczerpnięto z antyfaszystowskiego pisma „Searchlight” (według FC jest to pismo brytyjskiej służby bezpieczeństwa). Działacze Amnesty International stwierdzili, że ludzie uwięzieni za „popieranie narodowej, rasowej lub religijnej nienawiści” nie są przez Amnesty International uważani za więźniów sumienia. Podobnie jak za więźniów sumienia nie uważa Amnesty International więzionych “negacjonistów Holocaustu”. Trudno w tym miejscu powstrzymać się od śmiechu na widok działaczy Amnesty International, którzy dokonują selekcji: ten więzień ma „słuszne poglądy”, więc go bronimy, a ten „niesłuszne poglądy”, więc go nie bronimy, niech zdycha w więzieniu cholerny faszysta, jeszcze za mało dostał! Chyba najwyższy czas, żeby aktywiści Amnesty International już oficjalnie przeszli do służby państwowej jako prokuratorzy, policjanci czy oficerowie służby bezpieczeństwa. Postawa Amnesty International jest potwierdzeniem czysto instrumentalnego charakteru „praw człowieka” (zob. analiza myśli Burke’a przez Daga Krienena w omówieniu pisma “Etappe”). Ponieważ ideologia „praw człowieka” została zrealizowana w momencie, gdy jej dawni zwolennicy (koledzy ludzi z Amnesty International) zdobyli władzę lub dominację ideologiczną, to przeszła ona w ręce opozycji politycznej – nacjonaliści, rasiści, faszyści, narodowi socjaliści, rewizjoniści lub ci, którzy są za takich uważani. Teraz oni powołują się na „prawa człowieka”, walczą o „wolność słowa”, o „prawdziwą demokrację” itd. Obecna władza nie może tego uznać, bo zagraża to jej interesom. Dlatego Amnesty International represji wobec opozycji nie może uznać za „łamanie praw człowieka” a karania za „kwestionowanie Holocaustu” za cenzurę i ograniczanie „wolności słowa”. Gdyby tak postąpiła to też stałaby się opozycją, a przecież jest elementem obecnej władzy.

W numerze 14/15 znajdziemy przytoczoną za „Daily Telegraph” wypowiedź szefa kablowej Channel 5 Elsteina. Stwierdził on, że ma nadzieję, iż w pierwszym dniu nadawania 6 milionów widzów zasiądzie przed telewizorami. O co mu chodziło, pyta FC, o jakieś odszkodowania czy co? Poza tym informacja o akcji ulotkowej w kinach, gdzie wyświetlano film „Evita”. Aktywiści Trzeciej Pozycji rozdawali widzom ulotki informujące, kim naprawdę była Evita Peron. Kiedy na ekranie pojawiała się Madonna, ulokowani w strategicznych miejscach na widowni opozycjoniści buczeli i gwizdali. Przed kinami rozdawali postery z napisem „Evita była bohaterką-Madonna to śmieć”. W tym numerze również wywiad z Carlem Klangiem, amerykańskim muzykiem, gitarzystą, pieśniarzem i autorem tekstów, odpowiednikiem naszego Kaczmarskiego czy Kelusa. Najbardziej znane jego protest-songi to „Niebezpiecznie jest mieć rację, kiedy rząd jej nie ma”, “Czuwaj, bo nadchodzi stan wojenny”, “Papierowy pieniądz”, „Chcemy odzyskać ten kraj”, „Rezerwa Federalna nie jest wcale federalna”, „Siedemnaścioro małych dzieci” (poświęcony dzieciom zabitym przez amerykańską służbę bezpieczeństwa w Waco), „Zabierzcie ręce od naszej broni”, „Dlaczego banksterzy utrzymują nas w ciemnocie”, „Zły, plugawy, zgniły spisek”, „Jestem nieznanym żołnierzem”, „Nie będę walczyło Nowy Porządek Światowy”, „Nie rzucajcie pereł przed wieprze”, „Gdziekolwiek orły się zbierają” (ballada o Randy Weawerze – białym separatyście, jego żonie i synu zabitym przez amerykańską służbę bezpieczeństwa – o Weawerze zob. omówienie pisma „Liberty” w tym numerze „Stańczyka”). Poglądów Klanga nie będziemy tu przedstawiać, gdyż są one odwrotnością oficjalnej ideologii. Klang z dumą śpiewa “I am the Resister”. Może powinien wpiąć sobie w sweter opornik? W tym numerze FC również historia norweskiego nacjonalizmu, w której oczywiście znalazło się miejsce dla norweskich ochotników walczących z bolszewizmem także pod Stalingradem.

No i wreszcie coś naprawdę extra: wywiad, jakiego udzielił FC siedzący w amerykańskim więzieniu Gary Yarbrough z radykalnie antysystemowej grupy The Order, która skupiała białych separatystów. Gary Yarbrough nie zgadza się z określeniem członków grupy jako zwolenników “supremacji Białych”, gdyż takie określenie sugeruje władzę Białych nad nie-Białymi. The Order chce narodu Białych, zaś inni niech się sami rządzą gdzie indziej. Rząd, mówi amerykański opozycjonista, twierdzi, że jesteśmy „rabusiami” i “mordercami”, ale rząd amerykański jest ostatnim, kto innych miałby prawo oskarżać o „rabunek” i „morderstwo”. Nasza grupa, mówi Yarbrough, po prostu odebrała rządowi małą część tego, co rząd ukradł obywatelom przy pomocy niesprawiedliwych podatków. Odzyskaliśmy 7 milionów „sfałszowanych” dolarów, które [***] banksterzy zagrabili obywatelom poprzez wywindowane ceny i wysokie opodatkowanie. Z tych 7 mln dolarów rząd odzyskał tylko 500.000. Dziesięciu z nas skazano na kary od 40 do 100 lat więzienia. To była cena za opór wobec tyranii rządu zdrady narodowej z Waszyngtonu. Byliśmy atakowani przez [***] popleczników tyranii. My nie chcieliśmy przemocy, ale wobec nas stosowano przemoc i musieliśmy się bronić. Skoro nas zwalczano przemocą, to i my odpowiedzieliśmy przemocą. Taka jest cena wolności. Na pytanie o wydarzenia w Waco, Randy Weavera i wybuch w Oklahomie, Yarbrough odpowiada, że nie były to jakieś „starcia z federalnymi”, ale zbrodnie popełnione przez rząd, który jest poza kontrolą „We the People”, i przewiduje, że takie zbrodnie będą się zdarzać także w przyszłości. Siedzący od kilkunastu lat w więzieniu amerykański buntownik, zapytany przez FC, czy gdyby mógł, to powtórzyłby wszystko co robił, odpowiada: „Zawsze byłem i będę przeciw tyranii”. (…) W numerze 16 dobra rada: „Zawsze zamawiaj dwa albo trzy piwa naraz, żeby bez potrzeby nie przerywać poważnych dyskusji politycznych”.

*** (w omówieniu FC wykropkowaliśmy słowa szerzące nienawiść, ten akt autocenzury uważamy za nasz obywatelski obowiązek nałożony na nas przez paragraf 256 i 257 kk. – red.)

USA

LIBERTY

W numerze 2 (vol.7) amerykańskich wolnościowców zwraca uwagę przed wszystkim tekst Gerry Spence‘a zatytułowany „Najpierw przyszli po faszystów…”. Jest to fragment książki Spence‘a From Freedom to Slavery: The Rebirth of Tyranny in America. Spence jest znanym adwokatem, który podjął się obrony białego separatysty Randy Weavera oskarżonego o morderstwo. Napisał wówczas do niego list jego przyjaciel Alan J. Hirschfield, były prezes Columbia Pictures i Twentieth Century Fox, który poprosił go, aby wycofał się z obrony Weavera. Hirschfield pisał m.in. że takie grupy jak The Aryan Nation, The Brotherhood czy The Order, których ideologię podziela Weaver mają jeden cel – szerzyć nienawiść do innych. Członkowie tych grup, pisał Hirschfield, kwestionują Holocaust i głoszą rasową supremację. Nie idzie o to, żeby odmawiać Weaverowi prawa do możliwie najlepszej obrony, ale o przesłanie jakie niesie ze sobą fakt, że wybitny adwokat podejmuje się takiej obrony. Ośmieli to orędowników ideologii Weavera i zachęci innych bezmózgich siewców nienawiści, aby przyłączyli się do nich. Dalej pisał Hirschfield, że poczuwa się do związku z całym swoim żydowskim dziedzictwem i niekończącym się ciągiem prześladowań, jakie cierpieli Żydzi na całym świecie. Nie ma, stwierdzał Hirschfield, gorszej grupy, niż ta z którą związany był Weaver. Ci ludzie głoszą nienawiść i przemoc wobec Czarnych i innych mniejszości bez żadnego innego celu jak tylko sama nienawiść. Oni nie chcą innego rozwiązania jak tego, którego chciał Hitler. Dlatego, pisał Hirschfield, zwracam się do Ciebie, abyś zrezygnował z obrony Weavera, gdyż Twoje zaangażowanie wzmocni tych ludzi.

Odpowiedź Garry Spence‘a brzmiała w skrócie tak: Drogi Przyjacielu etc., Randy’go Weavera spotkałem w areszcie tego dnia, kiedy się oddał w ręce policji. W jego oczach nie było blasku. Był nieogolony i brudny. Nie miał na sobie nic oprócz plastikowego więziennego kombinezonu. 11 dni trwał w oporze przeciw rządowi, w końcu poddał się. Jego żona nie żyła. Jego syn nie żył. Jego przyjaciel był bliski śmierci. On sam był ranny. Utracił wolność, utracił wszystko. Powiedziałem do niego: „Nazywam się Garry Spence. Jestem prawnikiem, o którego pan prosił. Zanim zaczniemy rozmowę, chciałbym, aby pan zrozumiał, że nie podzielam pańskich politycznych czy religijnych przekonań. Wielu moich najlepszych przyjaciół to Żydzi. Moja córka wyszła za Żyda. Moja siostra ma czarnoskórego męża. Adoptowała czarne dziecko. Odrzucam wszystko, co głosili naziści. Jeśli będę pana bronił to nie ze względu na pańskie polityczne czy religijne przekonania, lecz ze względu na pańskie prawo jako obywatela amerykańskiego do uczciwego postępowania sądowego”. Odpowiedział spokojnie: „To wszystko, o co proszę”. Pozwól Alanie, że przedstawię Ci fakty. Przestępstwo, jakie popełnił Weaver polegało na tym, że nie stawił się w sądzie, gdzie miał być sądzony za posiadanie nielegalnej broni. To pierwsze przestępstwo nie było jego przestępstwem. Został zwabiony w pułapkę – celowo, systematycznie, cierpliwie zwabiony w pułapkę przez agenta federalnego, który namówił go, aby, wbrew prawu federalnemu, obciął lufy dwu swoich strzelb. Randy Weaver nigdy w swoim życiu nie posiadał nielegalnej broni. Nigdy nie był zamieszany w produkcję nielegalnej broni. Pomysł sprzedaży nielegalnej broni nie pojawił się w jego głowie aż do chwili, kiedy agent rządowy zasugerował mu to i zachęcił do działania wbrew prawu. Rząd wiedział, że Weaver potrzebuje pieniędzy. To człowiek biedny jak mysz kościelna. Miał na utrzymaniu trzy córki, syna i żonę. Żył w lasach, w drewnianej chacie, bez elektryczności i bieżącej wody. Chociaż jest mężczyzną drobnym i wątłym, z delikatnymi dłońmi, zarabiał uczciwie na życie jako drwal. Weaver myli się. Jego poglądy są błędne. Jego stosunek do ludzi jest zły. Zrobił źle, kiedy nie stawił się w sądzie, aby się bronić. Ale to my pierwsi popełniliśmy błąd. My propagujemy mit, że żyjemy jeszcze w demokracji, wiedząc, że tak nie jest, że nie jesteśmy wolni, że rząd nie służy nam, lecz nas niewoli. Chociaż mówiliśmy o wolności, wiedzieliśmy, że rząd nie jest już sługą, lecz panem. Staliśmy jak strachliwe owce, kiedy wilk zabijał – najpierw słabe, potem zbłąkane, potem te, które były na skraju, aż w końcu całe stado należało do wilka. Nie troszczyliśmy się o słabe i zbłąkane. One nie były częścią stada. Nie troszczyliśmy się zbytnio o te na skraju. Same wybrały sobie to miejsce. Ale kiedy wilk utorował sobie drogę do centrum, odkryliśmy, że to my jesteśmy teraz na skraju. Teraz musimy patrzeć wilkowi prosto w oczy. I on nas będzie zjadał po kolei.

Amerykanie walczyli kiedyś pod hasłem „Give me liberty or give me death”. Dziś mamy nowego króla, który koronowany został w chwili, kiedy wzruszaliśmy ramiona na bezprawne aresztowania. Został koronowany w chwili, kiedy skapitulowaliśmy przed reżimem, dla którego ważni byli nie ludzie, ale korporacje, władza i pieniądze. Nowy król włożył koronę, kiedy odwróciliśmy głowę, kiedy biednych i zapomnianych oskarżano niesłusznie, odwracaliśmy głowy nie dlatego, że byli oni źli, ale dlatego, że z naszego punktu widzenia byli nieistotni, nie dlatego, że byli specjalnie niebezpieczni, ale dlatego, że byli bezsilni lub dlatego, że byli naszymi wrogami. Zapomnieliśmy o lekcji historii: gdy odbiera się prawa naszym wrogom, to równocześnie odbiera się je nam.

Kiedy Randy Weaver nie pojawił się na rozprawie sądowej, bo stracił zaufanie do rządu, zebraliśmy owoce naszych błędów. Rząd nie zamierzał chronić jego praw. Rząd miał i ma nadal jeden cel: wyeliminować tego obywatela ze społeczeństwa. Pozwól, Drogi Alanie, że przedstawię ci fakty. Grupa agentów rządowych wśliznęła się na oddaloną od ludzkich siedzib, małą posiadłość Weavera. Mieli przeprowadzić rekonesans przed zamierzonym aresztowaniem. Nie ostrzegli Weavera, że przyszli. Przybyli bez nakazu sądowego. W żadnym momencie nie przedstawili się, że są agentami federalnymi. Weaverowie mieli trzy psy, wśród nich ponad jednorocznego labradora, którego najgroźniejszą bronią był ogon, którym mógł zabić dorosłego człowieka. Ten pies imieniem Striker był członkiem rodziny Weaverów. Nie tylko towarzyszył dzieciom, ale ciągnął zimą sanki, którymi przywożono wodę ze źródła znajdującego się powyżej chaty. Kiedy psy wyczuły intruzów, podniosły alarm. Wówczas Randy Weaver, jego przyjaciel Kevin Harris i czternastoletni syn Weavera – Sam Weaver wzięli broń i wyszli z chaty, aby sprawdzić, co się dzieje. Kiedy agenci federalni zobaczyli szczekającego Strikera, zastrzelili go. Sam Weaver, który miał wzrost dziesięcioletniego dziecka, kiedy usłyszał skowyt Strikera i zobaczył, że pies upadł, odpowiedział ogniem. Agenci federalni strzelili również trafiając go w ramię. Chłopiec odwrócił się i zaczął biec. Wówczas agenci federalni, którzy nadal nie ujawnili swojej tożsamości, strzelili mu w plecy i zabili go. Kevin Harris był świadkiem zastrzelenia psa. Potem zobaczył, że zastrzelony został Sam. Kevin nie miał wyboru, był pewien, że intruzi także go zabiją. W obronie własnej podniósł broń i strzelił w kierunku agentów, którzy zabili Sama, i o których nie wiedział, że są agentami. Potem, ponieważ wśród agentów powstało zamieszanie, udało mu się wycofać do chaty. Tymczasem Randy Weaver, który poszedł w innym kierunku, słyszał tylko strzały, skowyt psa i wymianę ognia, która nastąpiła potem. Zaczął wołać syna i strzelił w powietrze, aby zwrócić uwagę chłopca. Krzyczał i krzyczał: “Wracaj do domu Sam, wracaj do domu”. W końcu chłopiec odkrzyknął: „Idę, tato”. Były to ostatnie słowa, jakie Randy Weaver usłyszał od swojego syna. Później, tego samego dnia Randy Weaver, jego żona Vicki Weaver i Kevin Harris poszli po ciało Sama i zanieśli je do szopy, znajdującej się przy chacie, gdzie go rozebrali i obmyli jego rany. Następnego dnia Randy Weaver, jego szesnastoletnia córka Sarah i Kevin Harris poszli do szopy. Wówczas snajperzy otworzyli ogień. Randy Weaver został trafiony w ramię. Cała trójka pobiegła z powrotem do domu. Vicki Weaver z dziesięciomiesięcznym dzieckiem na ręku otworzyła im drzwi. W momencie, gdy trójka wbiegała do domu, Vicki Weaver została trafiona, powoli opadła na kolana, uderzając głową w podłogę. Jej mąż podbiegł do niej i wziął dziecko. Kiedy podniósł jej głowę, zobaczył, że odstrzelono jej pół twarzy. Także Kevin Harris został trafiony. Miał powyrywane mięśnie ręki i przestrzelone w kilku miejscach płuca. Randy Weaver i Sarah Weaver położyli ciało zabitej na podłodze chaty i przykryli je kocem. Tak leżało ono przez następne dziewięć dni trwającego oblężenia. Wówczas było tam już pełno uzbrojonych policjantów, helikopterów, radio, telewizja itd. Nie będę Ci pisał, jaki horror przeżywała rodzina Weaverów w tym czasie. Powiem tylko, że w końcu Bo Gritz, były dowódca Randy Weavera w Siłach Specjalnych, przybył, aby pomóc w negocjacjach. Gritz przekonał go, żeby się poddał. Randy Weaver poddał się, po części dlatego, że był przekonany, iż podejmę się jego obrony.

Zgadzam się z Tobą, Alanie, że moja obrona Randy Weavera może uwiarygodnić jego polityczne przekonania. Ale może ona też być przesłaniem dla tych, którzy nie godzą się na kryminalne akcje rządu. Traktuję obronę Weavera jako zwrócenie uwagi na kwestię, która przekracza kwestię ruchu białych separatystów czy ideologię wyższości jednej rasy nad drugą, albowiem ostatecznym wrogiem ludzi nie jest gniewna grupa nienawiści, ale sam rząd, który utracił szacunek dla jednostki. Największym wrogiem demokracji nie jest handlarz narkotyków, głupawy polityk czy zwariowany skinhead. Największym wrogiem jest Nowy Król, który stał się tak potężny, że może mordować bezkarnie własnych obywateli. Rozumiem, że moja obrona Weavera może być błędnie odczytana jako poparcie dla polityki Aryan Nation, ale ja chcę udowodnić, że ciągle jeszcze jesteśmy narodem, w którym prawa jednostki, niezależnie od jej rasy, barwy skóry czy religii, są najwyższą wartością. Gdybym, Drogi Przyjacielu, odstąpił, jak prosisz, od obrony Randy Weavera, musiałbym porzucić wiarę, że ten system jest jeszcze cokolwiek wart. Postąpiłbym gorzej niż agenci rządowi, którzy zabili tych ludzi, gdyż ja uczyłem się bronić ludzi, a nie ich zabijać. Byłbym kimś gorszym niż mój klient, który miał odwagę bronić swoich przekonań. Straciłbym szacunek dla samego siebie. I nie mógłbym już być Twoim przyjacielem, bo nie może być przyjaźni bez szacunku. Dlatego proszę Cię, abyś tego ode mnie nie żądał. Proszę Cię za to o Twoje modlitwy, Twoje zrozumienie, i Twoją dalszą przyjaźń. Twój na zawsze Garry Spence.

Nie pozostaje nic innego, jak wyrazić szczery podziw dla Garry Spence‘a. W końcu cóż by się takiego stało, gdyby faszysta poszedł na krzesło elektryczne. Czy jest sens się oburzać z tego powodu, że zabito faszystkę i faszyściątko? Three cheers for Garry Spence! Jeśli ktoś chciałby obejrzeć kolorowy, dwugodzinny film wideo The Weaver Incident, musi tylko skontaktować się z: Freedom Videos, BM Truth, London, WC1N 3XX, England, UK i zapłacić 17 funtów. Będzie mógł zobaczyć tragiczne wydarzenia na Weaver Mountain (Nord Idaho – Weaver Mountain to nazwa nadana przez opozycję amerykańską wzgórzu Ruby Ridge, gdzie mieszkał Weaver). Film pokazuje, jak armia kilkuset agentów FBI i BATF oraz policjantów przygotowuje się – z wozami bojowymi, artylerią, helikopterami i moździerzami – do ataku na drewnianą chatę w głuchym lesie, gdzie ukrył się z rodziną uzbrojony w strzelbę groźny faszysta Randy Weaver.

W tym samym numerze dawny socjalista i działacz Nowej Lewicy David Horowitz pisze o prawicowych i lewicowych faszystach. Jaka jest różnica pomiędzy prawicowymi faszystami np. skinheadami a lewicowymi faszystami? Ano taka, odpowiada Horowitz, że skinheadzi nie dostają grantów od fundacji i instytucji państwowych, nie wspierają ich władze uniwersytetów i nie kręci się o nich filmów, które ich gloryfikują i które pokazuje się potem w telewizji publicznej. Horovitz opisuje swoje przeżycia z różnych debat i prelekcji na uniwersytetach, podczas których musiał być chroniony przez strażników. Kiedy raz skrytykował lewicowych faszystów z Czarnych Panter, to zagłuszono go, a studentom, którzy go zaprosili, zagrożono pobiciem. To zdarzało się wielokrotnie. Horovitz przytacza historię z Uniwersytetu Północnej Karoliny, gdzie jeden ze studentów napisał sarkastyczny list do gazetki studenckiej krytykując demonstrację planowaną przez czarnych studentów. Dwaj czarni studenci znaleźli go i pobili. ‘Od razu wiedziałem, że list został opublikowany” – powiedział potem pobity student, który, na szczęście zachował poczucie humoru. Nie ulega wątpliwości, że studenci spodziewają się przemocy ze strony lewicowych faszystów. A ci używają przemocy i zmuszają groźbami do milczenia swoich oponentów, ponieważ wiedzą, że nie poniosą żadnych konsekwencji. Jak kraj długi i szeroki dyscyplinuje się studentów lub grupy studenckie, które używają „nieprawidłowego” słownictwa lub w ogóle są politycznie niesłuszne. Natomiast nie było jeszcze przypadku, żeby lewicowi faszyści, którzy otwarcie stosują groźby i przemoc, aby zastraszyć inaczej myślących, byli w jakikolwiek sposób dyscyplinowani przez władze uczelni. Demagodzy głoszący przemoc tacy jak Louis Farrakhan, Sister Souljah czy Khalid Muhammad są nie tylko mile witanymi gośćmi w college‘ach i na największych uniwersytetach, ale dostają za swoje występy spore sumy, które pochodzą z ogólnych opłat za studia. A taki David Duke nawet czubka nosa nie mógłby pokazać na jakimś uniwersytecie. To samo, co dzieje się na campusach, dzieje się w skali całej przestrzeni polityczno-kulturalnej. Kiedy wandale z ACT-UP sprofanowali mszę w katedrze św. Patryka (coś, na co nie ważyli się nawet komuniści w Europie Wschodniej) to celebruje się to wydarzenie w filmie “Stop the Church” pokazywanym w publicznej telewizji. Publiczna telewizja PBS pokazała pięć filmów gloryfikujących Czarne Pantery i ani jednego, który wskazywałby na morderstwa i przestępstwa, jakie ta grupa popełniła, lub potępiający ich wezwania do użycia przemocy. Kiedy murzyńscy komuniści w rodzaju Angeli Davis albo Elaine Brown – kapo z Czarnych Panter, prezentowani są w ogólnokrajowej prasie, to zawsze z szacunkiem, bo przecież reprezentują bezsilnych i pozbawionych głosu. Również Davida Duke‘a i skinhedów można przedstawić jako tych, którzy mówią w imieniu bezsilnych i pozbawionych głosu, ale nikt tego nie robi, i nikt nie odnosi się do nich z szacunkiem. W zakończeniu swojego artykułu Horovitz pisze, że jeśli publiczny dyskurs jest blokowany przy pomocy gróźb i zastraszania przez politycznych faszystów, to demokracja jest w kłopotach. Najwyższy czas ich rozpoznać i przestać otaczać ich szacunkiem. No cóż, jednak Horovitz jako ex-lewicowiec nadal żyje sentymentalnymi marzeniami.

W tym numerze „Liberty” warto jeszcze zwrócić uwagę na artykuł Clarka Stooksbury‘ego na temat posiadania broni przez obywateli. Stooksbury jak przystało na libertarianina opowiada się oczywiście za tym, żeby obywatele mieli swobodny dostęp do posiadania broni. Dyskusje na temat, czy zezwolić obywatelom na posiadanie broni czy też nie, oraz jaki wpływ ma posiadanie broni na poziom przestępczości trwają już od dawna. Stooksbury pisze, że nie ma jakiejś prostej zależności między posiadaniem (nieposiadaniem) broni przez obywateli a poziomem przestępczości, gdyż poziom przestępczości zależy od wielu czynników politycznych, społecznych i kulturalnych. Na przykład Japonia jest właściwie krajem „bez przestępstw”. Tokio jest najbezpieczniejszym miastem świata. W stolicy Japonii mieszka jedynie 59.000 posiadaczy legalnej broni. Na milion mieszkańców Tokio przypada czterdzieści zarejestrowanych napadów, zaś w Nowym Jorku 11.000. Morderstw z użyciem broni palnej jest w USA co najmniej 200 razy więcej niż w Japonii. W1988 roku oficjalna liczba morderstw wynosiła w Japonii rocznie 1,2 na 100.000 mieszkańców, podczas gdy w Ameryce 8,4. Rabunków jest w Japonii 1,4 na 100.000 mieszkańców, w Ameryce zarejestrowano 220,9. Japończycy posiadają jedynie ponad 500.000 wiatrówek, strzelb myśliwskich itp. Pistolety i rewolwery są całkowicie zakazane. Otrzymanie pozwolenia na broń jest trudne. Można by więc łatwo wywnioskować, że istnieje prosta zależność między ilością posiadanej przez obywateli broni i poziomem przestępczości. Problem jest jednak bardziej skomplikowany, albowiem kontrola nad posiadaniem broni jest tylko nieodłączną częścią całej, rozbudowanej mozaiki kontroli społecznej. W kulturze japońskiej jednostka podporządkowuje się społeczeństwu i rządowi. Obywatele kontrolują nawzajem swoje zachowania, a równocześnie władze państwowe mają dużą swobodę w postępowaniu z przestępcami lub podejrzanymi o przestępstwo. Japońska policja jest najpotężniejsza na świecie zarówno dlatego, że cieszy się niekwestionowanym autorytetem w społeczeństwie, jak i dlatego, że nie zna ona rozmaitych prawnych i formalnych ograniczeń w swoim działaniu. Japonia ma autorytarną i konformistyczną kulturę, w której praktycznie nie ma „wolności obywatelskich” w stylu amerykańskim. Każdy dom w Japonii może być w każdej chwili poddany rewizji. Japońskie prawo zezwala na przeszukiwanie własności każdego obywatela podejrzanego o noszenie broni palnej, sztyletu lub noża, i każdego obywatela, który według policjanta, ze względu na swoje nienormalne zachowanie lub inne okoliczności, może być podejrzany o to, że zagraża życiu lub zdrowiu innych osób. Japońska policja ma prawo kontrolować wszystkie praktycznie dziedziny życia obywateli. Dwa razy w roku policjanci odwiedzają domy i mieszkania Japończyków i wypełniają formularze Residence Information Card, które zawierają informacje, jakie osoby mieszkają w danym domu, z kim kontaktować się w nagłych przypadkach, w jakich stosunkach pozostają do siebie lokatorzy, jakie samochody posiadają itd. Jest więc rzeczą oczywistą, że na niski poziom przestępczości wpływ ma cały układ kulturalno-społeczny, a nie tylko ścisła kontrola nad posiadaniem broni. Równocześnie trzeba zauważyć, że w Japonii na 100.000 mieszkańców przypada 21,1 samobójstw, podczas gdy w USA 12,2. Paradoksalnie, zwolennicy ścisłej kontroli nad posiadaniem broni argumentują, że taka kontrola redukuje liczbę samobójstw.

W Wielkiej Brytanii do początku wieku XX wieku nie było praktycznie żadnej kontroli nad bronią palną. Histeria antyanarchistyczna przed I wojną światową, potem wojna, która przyniosła zwiększenie ingerencji rządu w życie prywatne obywateli, po wojnie obawy przed obcokrajowcami i rewolucjonistami spowodowały, że w 1920 roku parlament uchwalił ustawę o broni palnej, zezwalającą na sprzedaż broni tylko ludziom, którzy mieli ku temu „słuszne powody”. Od tego czasu posiadanie broni w Wielkiej Brytanii było obkładane coraz mocniejszymi restrykcjami. Równocześnie zaczęło dominować wrogie nastawienie do kultury samoobrony. Doszło do tego, że kiedy w 1987 roku pewien Brytyjczyk został brutalnie napadnięty przez dwóch mężczyzn w kolejce podziemnej i w obronie własnej wbił w brzuch jednemu z napastników ostrze ukryte w lasce, został skazany przez sąd za noszenie „broni służącej do ataku”. W Wielkiej Brytanii, inaczej niż w USA, posiadanie broni palnej uważane jest za przywilej klasy wyższej, dlatego szersze kręgi społeczne łatwo godzą się na ograniczanie dostępu do tych „zabawek arystokracji”.

W Kanadzie istnieje bardzo restryktywne prawo w dziedzinie dostępu do broni. Niski jest tam również poziom przestępczości. W Kanadzie, inaczej niż w USA, broń palna nigdy nie była ważnym elementem kultury. Obecne przepisy dotyczące posiadania broni pochodzą z 1977 roku. Zaostrzone zostały w 1991 roku. Trudno powiedzieć, jaki jest związek między tymi przepisami a poziomem przestępczości. Rząd kanadyjski utrzymywał, że obostrzenia wprowadzone w 1977 roku wpłynęły na obniżenie liczby morderstw. Ale statystyki mówią, że liczba morderstw spadła wcześniej. Natomiast liczba napadów z bronią w ręku wzrosła po 1977 roku. Szwajcaria jest państwem, które obrońcy zakazu dostępu do broni, starają się raczej omijać w swoich analizach. W Szwajcarii, gdzie wszyscy mężczyźni objęci są obowiązkową służbą wojskową, pistolety maszynowe są po prostu w domach. Jak powiedział kiedyś Metternich, Szwajcaria nie ma armii, Szwajcaria jest armią. Przykład Szwajcarii, gdzie broń palna jest powszechnie dostępna a poziom przestępczości niski, pokazuje, jak nonsensowny jest argument, że to sama broń jest przyczyną przestępstw i przemocy. W Szwajcarii są 2 miliony sztuk broni palnej – w tym 600.000 pistoletów maszynowych – na sześć milionów mieszkańców. Wymagane jest pozwolenie na rewolwery, ale prawie wszyscy je otrzymują. W niektórych kantonach wolno bez ograniczeń chodzić z ukrytą bronią, w innych trzeba zwrócić się o pozwolenie, które łatwo można otrzymać. Poziom przestępczości jest identyczny w jednych i drugich kantonach. Postawa Szwajcarów wobec broni palnej wynika z demokratycznej ideologii opartej na dwóch zasadach: „jeśli broń jest oznaką władzy, to lud musi mieć broń” oraz „jeśli rząd nie chce ufać ludowi, to lud nie może ufać rządowi”. W Szwajcarii, gdzie „każdy” ma broń, liczba zabójstw na 100.000 mieszkańców jest o kilka dziesiątych procenta mniejsza niż w Japonii, gdzie nikt nie posiada broni. W Szwajcarii liczba rozbojów i gwałtów w stosunku do liczby ludności jest większa niż w Japonii, ale liczba włamań mniejsza. Poziom przestępczości zależy więc przede wszystkim od tradycji, kultury i innych czynników społecznych, a nie od tego, czy obywatele mają czy nie mają broni. W każdym razie przykład Szwajcarii świadczy o tym, jak absurdalny jest argument, że to “broń jest przyczyną przestępstw”.

Stoocksbury podaje też kilka ciekawostek z USA. Okazuje się, że, niestety, policjanci gorzej strzelają niż „cywile”. Np. kiedy policja strzela do przestępców prawdopodobieństwo, że trafieni zostaną przypadkowi ludzie jest 5,5 razy wyższe niż w przypadku, gdy do przestępców strzelają „cywile”. Stoocksbury wyśmiewa również tych policjantów, którzy opowiadają się za ograniczeniem swobodnego dostępu do broni. Jak amerykańscy policjanci uzbrojeni w pistolety kaliber 9 mm mogą na serio argumentować, że pistolet nie zapewnia efektywnej ochrony przed przestępcami. Jeśli nie zapewnia, to po co oni go noszą? Podsumowując, Stoocksbury pisze, że różne kultury mają swoje własne tradycje, własne mity i symbole, które wiążą się z bronią. W Ameryce postacią, która niejako uosabia stosunek Amerykanów do broni jest kowboj. Niech inni mają swoich bohaterów, ja, pisze dumnie Stoocksbury, jestem Amerykaninem. Moimi bohaterami byli zawsze kowboje.

W tym numerze znajdziemy również interesujący przykład tego, jak dobre intencje przynoszą wątpliwe skutki. Stephen Cox twierdzi, że cesarz Konstantyn Wielki wydał dekret, który mówił, że nikt nie może zostać skazany, jeśli nie przyzna się do przestępstwa. W rezultacie, aby uzyskać przyznanie się oskarżonego, zaczęto stosować tortury.

JOURNAL OF HISTORICAL REVIEW

Dawno już to czasopismo historyczne nie gościło w naszym przeglądzie. Nadrabiając zaległości, sięgamy do numeru 3 (1997), w którym Mark Weber ukazuje okoliczności zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki. 6 sierpnia 1945 roku bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę zabiła w jednej chwili 90.000 ludzi. 40.000 ludzi zostało rannych, a wielu z nich zmarło później w wyniku choroby popromiennej. Trzy dni później nastąpiło drugie atomowe uderzenie na Nagasaki, w wyniku którego zginęło 37.000 ludzi a 43.000 zostało rannych. W sumie obie bomby spowodowały śmierć ok. 200.000 ludzi. W dniach pomiędzy oboma bombardowaniami Rosja Sowiecka przyłączyła się do Stanów Zjednoczonych w ich wojnie przeciw Japonii. Stalin złamał traktat o nieagresji zawarty z Japonią w 1941 roku. W tym samym dniu, kiedy zniszczone zostało Nagasaki, sowieckie oddziały zaczęły wlewać się do Mandżurii rozbijając siły japońskie. Chociaż sowiecki udział w wojnie nie miał praktycznie żadnego wpływu na jej wynik, Moskwa, przyłączając się do konfliktu, odniosła ogromne korzyści polityczne. 10 sierpnia rząd japoński ogłosił gotowość zaakceptowania amerykańsko-brytyjskiej deklaracji z Poczdamu o „bezwarunkowej kapitulacji”, stawiając jeden warunek, a mianowicie, że zachowane zostaną prerogatywy cesarza. Następnego dnia przyszła amerykańska odpowiedź, w której rząd amerykański stwierdzał, że w momencie kapitulacji władza cesarza i rządu japońskiego podporządkowana zostaje naczelnemu dowódcy sił sprzymierzonych. Ostatecznie, 14 sierpnia Japonia zaakceptowała deklarację poczdamską i ogłoszono „przerwanie ognia”. 2 września na pokładzie „Missouri” w Zatoce Tokijskiej japońscy delegaci podpisali akt kapitulacji. Niezależnie od kwestii moralnych, należy zapytać, czy zrzucenie bomb atomowych było konieczne ze względów militarnych. Japonia była pokonana już w czerwcu 1945 roku. Zarówno flota, jak i lotnictwo były całkowicie zniszczone. Bez żadnych przeszkód amerykańskie bombowce latały jak chciały nad terytorium Japonii, niszczyły japońskie miasta obracając je w perzynę. To, co pozostało z japońskich fabryk i warsztatów, próbowało jeszcze kontynuować produkcję wojenną, ale brak surowców stopniowo ją uniemożliwiał. W kwietniu odcięte zostały dostawy ropy naftowej. W lipcu ok. jednej czwartej japońskich domów było zniszczonych. Brakowało żywności, ludzie otrzymywali głodowe racje. W nocy z 9 na 10 marca fala 300 amerykańskich bombowców uderzyła na Tokio zabijając ok. 100.000 ludzi. Bombowce zrzuciły prawie 1.700 ton bomb siejąc zniszczenie w całej stolicy, paląc całkowicie ok. 16 mil kwadratowych miasta i niszcząc jedną czwartą budynków. Milion mieszkańców straciło dach nad głową. 23 maja nastąpił największy nalot lotniczy wojny na Pacyfiku: 520 superfortec B-29 zrzuciło 4.500 ton bomb zapalających na centrum zbombardowanej 11 tygodni wcześniej stolicy. Wywołując straszliwe burze ogniowe, bomby zapalające zniszczyły centrum handlowe Tokio i dzielnicę rozrywki Ginza. W dwa dni później, 25 maja 502 superfortece zrzuciły na Tokio 4.000 ton bomb. W sumie te dwa naloty zniszczyły 56 mil kwadratowych japońskiej stolicy. W Tokio zginęło 160.000 ludzi. Można tu dodać, że w przypadku Hiroszimy, Nagasaki, Tokio i innych miast japońskich mieliśmy do czynienia z prawdziwym holocaustem: paliły się nie zwłoki w krematoriach, ale żywcem spalonych zostało setki tysięcy ludzi w tym starcy, kobiety, dzieci, noworodki, chorzy, kalecy itd. Tokio miało głównie drewnianą zabudowę, więc pożary rozprzestrzeniały się z olbrzymią szybkością. W środku miasta utworzył się ognisty krąg tak gorący i wysoki, że załogi nadlatujących bombowców meldowały, iż na wysokości dwóch mil czuć było zapach palonego, ludzkiego mięsa. W marcu 1945 roku, a więc w miesiącu, kiedy zaczęło się niszczenia miast japońskich bombami zapalającymi, magazyn marynarki wojennej „Leatherneck” zamieścił rysunek olbrzymiej wszy (Louseous Japanicas) z monstrualną twarzą przypominającą twarz Japończyka. Tekst przy rysunku informował, że epidemia tych wszy zaczęła się 7 grudnia 1941 roku na Hawajach. I dalej czytamy: “ The Marine Corps, especially trained in combating this type of pestilence, was assigned the gigantic task of extermination”. Za najbardziej efektywne w zwalczaniu „wszy japońskiej” uznano miotacze płomieni, moździerze, granaty i bagnety. I dalej pisano, że nie nastąpi całkowite zwalczenie epidemii, zanim źródła plagi, tereny wylęgania się wszy japońskiej wokół Tokio nie zostaną całkowicie unicestwione (completely anihilated). I tak się też stało: nastąpiła rzeczywista eksterminacja – zagłada setek tysięcy Japończyków, głównie ludności cywilnej.

Jeszcze przed atakiem na Hiroszimę generał lotnictwa Curtis Le May z dumą oświadczył, że amerykańskie bombowce „cofnęły Japonię do epoki kamienia łupanego”. Inny generał lotnictwa Henry Arnold napisał w swoich wspomnieniach w 1949 roku, że z bombą atomową czy bez niej Japonia była na skraju załamania. Potwierdził to były japoński premier Fuminaro Konoye, który powiedział, że ataki bombowców B-29 były wystarczającym argumentem na rzecz zawarcia pokoju. Weber pisze, że już wiele miesięcy przed zakończeniem wojny japońscy politycy i wojskowi wiedzieli, że klęska jest nieunikniona. W kwietniu 1945 roku nowy rząd japoński z Kantaro Suzuki na czele miał za zadanie zakończenie wojny. Kiedy w maju skapitulowały Niemcy, Japończycy zdawali sobie sprawę, że teraz cała wojenna furia Anglików i Amerykanów zwróci się przeciw nim. Amerykańskie kierownictwo dzięki złamaniu kodów japońskich, wiedziało z rozszyfrowanych depesz wysyłanych przez japońskie ministerstwo spraw zagranicznych do placówek dyplomatycznych za granicą, że Japończycy chcą zakończenia wojny na możliwie najlepszych warunkach.

W swojej książce Atomic Diplomacy: Hiroshima and Potsdam (1965) historyk Gar Alperovitz pisał, że już we wrześniu 1944 roku Japończycy sondowali możliwość zawarcia pokoju. W połowie kwietnia 1945 roku wywiad amerykański informował, że Japończycy szukają sposobu na modyfikację warunków zakończenia wojny, Departament Stanu był przekonany, że cesarz włączył się w wysiłki zmierzające do przerwania walk. Dopiero po wojnie obywatele USA dowiedzieli się, że Japończycy chcieli zakończenia wojny. Reporter „Chicago Tribune” Walter Trohan został zmuszony przez cenzurę wojenną do rezygnacji z opublikowania artykułu na ten temat. Mógł się ukazać na łamach „Chicago Tribune” i “Times-Herald” 19 sierpnia 1945 roku. Trohan ujawnił, że 20 stycznia 1945 roku, na dwa dni przed opuszczeniem Jałty, prezydent Roosevelt otrzymał od generała Douglasa MacArthura 40-stronnicowe memorandum, w którym była mowa o pięciu próbach wstępnych rokowań podejmowanych przez wysoko postawione osobistości japońskie. To memorandum dowodzi, że Japończycy wysuwali takie same warunki kapitulacji jak te, które ostatecznie przyjęte zostały przez Amerykanów 2 września to znaczy całkowita kapitulacja z zagwarantowaniem nietykalności cesarza. Niektórzy historycy powątpiewali w autentyczność memorandum, które miał Trohanowi udostępnić admirał William D. Leahy. Ale ani Biały Dom, ani Departament Stanu nigdy nie zakwestionowały jego autentyczności. Były prezydent USA Herbert Hoover, który mieszkał w sąsiedztwie MacArthura zaniósł mu w 1951 roku, kiedy generał wrócił z Korei, artykuł Trohana. Według Hoovera generał MacArthur potwierdził prawdziwość memorandum we wszystkich szczegółach. W kwietniu i w maju Japończycy wysunęli za pośrednictwem Szwecji i Portugalii propozycje zawarcia pokoju, z jednym warunkiem: cesarz musi pozostać nietykalny. Propozycje przekazane zostały Departamentowi Stanu, który nie wyraził nimi zainteresowania. W połowie czerwca japoński minister spraw zagranicznych Shigenori Togo został przez Najwyższą Radę Wojenną zobowiązany do poszukiwania sposobu zawarcia pokoju za pośrednictwem Rosji Sowieckiej. 22 czerwca cesarz zwołał posiedzenie Najwyższej Rady Wojennej i zobowiązał jej członków do poszukiwania sposobu zakończenia wojny. Na początku lipca służby amerykańskie zdeszyfrowały depeszą skierowaną z Tokio do ambasadora Japonii w Moskwie, z której wynikało, że cesarz osobiście zaangażował się w wysiłki na rzecz zawarcia pokoju. Japończycy byli gotowi przystać na wszystkie warunki Amerykanów oprócz obalenia cesarza. Potomek liczącej 2.600 lat dynastii cesarz Hirohito uważany był przez naród japoński za „pół-boga” (do 15 sierpnia, kiedy to cesarz ogłosił przez radio kapitulację Japończycy nie słyszeli jego głosu). Japończycy obawiali się, że Amerykanie upokorzą cesarza a nawet skażą go na śmierć jako zbrodniarza wojennego. 12 lipca cesarz oświadczył byłemu premierowi Fumimaro Konoye, że trzeba zawrzeć pokój, niezależnie od surowości warunków. Ze wszystkich wypowiedzi czynników japońskich i z tajnych depesz wynika jasno, że Japończycy byli w pełni świadomi, iż wojna jest przegrana i że Japonia musi skapitulować. Jedyne, czego chcieli, to nietykalność dla rodziny cesarskiej. Decyzja o kapitulacji została podjęta przez rząd japoński w połowie czerwca 1945 roku, zanim zostały zrzucone bomby atomowe i zanim Rosja Sowiecka weszła do wojny. Gdyby Amerykanie byli gotowi zrezygnować z żądania „bezwarunkowej kapitulacji”, przyjmując jeden jedyny warunek Japończyków w odniesieniu do cesarza, wojna zakończyłaby się wcześniej i wiele tysięcy ludzi nie straciłoby życia. Gorzka ironia historii sprawiła, że amerykańscy przywódcy pozostawili ostatecznie cesarza jako symbol władzy i ciągłości, gdyż słusznie sądzili, że Hirohito będzie użyteczny jako marionetka w rękach władz okupacyjnych.

Prezydent Truman twardo bronił decyzji użycia broni atomowej, twierdząc, że „oszczędziła miliony ludzkich istnień”, gdyż doprowadziła do szybkiego zakończenia wojny. Usprawiedliwiając swoją decyzję Truman oświadczył, że „pierwsza bomba atomowa została zrzucona na Hiroszimę, na bazę wojskową, ponieważ chcieliśmy przy tym pierwszym ataku, uniknąć, tak dalece jak było to możliwe, zabijania ludności cywilnej”. Było to oczywiste kłamstwo, gdyż ofiarą bomby stała się przede wszystkim ludność cywilna. Jeśli chciano zademonstrować przywódcom japońskim potęgę nowej broni, to nie potrzeba było niszczyć całego miasta. A już w żadnym przypadku takiego usprawiedliwienia nie można zastosować w przypadku Nagasaki. Mimo iż sprawa jest zupełnie oczywista, większość Amerykanów zaakceptowała oficjalne wyjaśnienia. Przyzwyczajeni do prymitywnej propagandy portretującej Japończyków jako podludzkie bestie, Amerykanie z radością powitali nową broń, która mogła zniszczyć jak najwięcej pogardzanych Azjatów i pomścić japoński atak na Pearl Harbor. Żołnierze amerykańscy, którzy wierzyli, że bomba atomowa szybciej zakończyła wojnę pozwoliła im szybciej wrócić do domu, mówili „Dziękujemy Bogu za bombę atomową”. Po ogniowym zniszczeniu Hamburga w lipcu 1943 roku, po zniszczeniu Drezna w lutym 1945 roku, po zniszczeniu Tokio i innych miast japońskich amerykańscy przywódcy, jak ocenił to później generał Leslie Groves, przyzwyczaili się do masowego zabijania ludności cywilnej.

Ale nie brakło też głosów krytycznych. Dziennikarz „New York Timesa” Hanson Baldwin napisał: „jesteśmy potomkami Dżyngis-chana”. Norman Thomas nazwał zniszczenie Nagasaki „największym pojedynczym okrucieństwem tej okrutnej wojny”. Wstrząśnięty był Joseph P. Kennedy – ojciec prezydenta JFK. „Christian Century” najważniejszy organ prasowy amerykańskiego protestantyzmu ostro potępił zbombardowanie Hiroszimy i Nagasaki. Podobnie czołowe pismo katolickie USA „Commonweal”. Także papież Pius XII potępił zrzucenie bomb atomowych na miasta, które było „zbrodnią przeciw Bogu i człowiekowi”. Również wśród politycznych i wojskowych przywódców USA odzywały się głosy sprzeciwu. Generał Dwight Eisenhover w rozmowie z sekretarzem wojny Henry L. Stimsonem odbytej w połowie lipca 1945 roku, podczas której Stimson poinformował go o planowanym ataku atomowym, wyraził opinię, że atak ten jest całkowicie zbędny z wojskowego punktu widzenia, gdyż Japonia jest faktycznie pokonana i żadna inwazja na wyspy japońskie nie będzie potrzebna. Tak samo uważał generał Bonnie Fellers, admirał William Leahy i admirał Ernest King. Generał MacArthur wielokrotnie wypowiadał się po wojnie na ten temat i nieodmiennie dowodził, że zrzucenie bomb atomowych było zbędne z wojskowego punktu widzenia. Generał Curtis LeMay, późniejszy szef sztabu sił powietrznych stwierdził krótko: „Bomba atomowa nie miała nic wspólnego z zakończeniem wojny”. Historyk i dziennikarz Edwin P. Hoyt pisał w swojej książce Japan‘s War: The Great Pacific Conflict (1986): „Dwie bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki były lukrem na cieście i nie spowodowały takich spustoszeń jak obrzucenie miast japońskich bombami zapalającymi. Bombardowania przeprowadzone przez B-29 przyniosły zniszczenie 3.100.000 domostw, pozbawiły dachu nad głową 15 milionów ludzi i zabiły ok. miliona ludzi. To te bezwzględne bombardowania sprawiły, że Hirohito zrozumiał, iż jeśli będzie to konieczne dla osiągnięcia «bezwarunkowej kapitulacji» Amerykanie całkowicie zniszczą Japonię i zabiją wszystkich Japończyków, i to skłoniło go do powzięcia decyzji o zakończeniu wojny. Bomba atomowa była rzeczywiście przerażającą bronią, ale nie ona była przyczyną japońskiej kapitulacji, jak chce to mit, który trwa po dziś dzień”. Historyk Dennis D. Weinstock w swojej książce The Decision to Drop the Atomie Bomb (1996) dochodzi do wniosku, że zrzucenie bomb atomowych było nie tylko niepotrzebne, ale opierało się na polityce zemsty, która zaszkodziła amerykańskim interesom: „W kwietniu 1945 roku japońscy przywódcy zrozumieli, że wojna jest przegrana. Jedyną przeszkodą dla kapitulacji było upieranie się Stanów Zjednoczonych przy bezwarunkowej kapitulacji. Japończycy chcieli przede wszystkim wiedzieć, czy Stany Zjednoczone pozwolą Hirohito pozostać na tronie. Bali się, że Stany Zjednoczone usuną go z tronu, postawią przed sądem jako zbrodniarza wojennego a nawet stracą. (…) Bezwarunkowa kapitulacja była polityką zemsty i zaszkodziła narodowemu interesowi Ameryki. Przedłużyła wojnę w Europie i we Wschodniej Azji oraz pomogła Związkowi Sowieckiemu rozszerzyć swoją władzę na tych obszarach”. Fizyk Leo Szilard, który odegrał ważną rolę przy stworzeniu bomby atomowej, argumentował przeciwko jej użyciu. W 1960 roku Szilard stwierdził publicznie: „Gdyby to Niemcy zrzucili bomby atomowe na miasta, to zdefiniowalibyśmy to jako zbrodnię wojenną, skazalibyśmy w Norymberdze na śmierć Niemców winnych tej zbrodni i powiesilibyśmy ich”.

W innym artykule Mark Weber pisze o długo utajnionym raporcie napisanym w czerwcu 1945 roku przez US Army‘s Chemical Warfare Service, który mówi o planowanym ataku gazowym na Japonię, mającym poprzedzać ewentualną inwazję wysp japońskich. 30-stronicowy dokument określa „strefy ataku gazowego” na dokładnych mapach Tokio i innych głównych miast japońskich. Wojskowi planiści wyselekcjonowali 50 miejskich i przemysłowych celów w 25 japońskich miastach m.in. w Tokio, Osace, Jokohamie, Kobe i Kioto, które uznali za szczególnie “dogodne cele ataku gazowego”. Ataki gazowe, pisali wojskowi planiści, w proponowanym zakresie i natężeniu mogą łatwo zabić 5.000.000 ludzi. Raport mówi o tym, że na 15 dni przed lądowaniem na wyspie Kuishiu amerykańskie bombowce zrzucą wczesnym rankiem na Tokio i inne miasta 54.000 ton śmiercionośnego fosgenu. Użyte miały też być inne gazy: gaz musztardowy i cyjanowodór. Plan ataku gazowego został zaaprobowany przez szefa US Chemical Warfare Service majora-generała Williama N. Portera. Sporządzono jedynie pięć kopii tego supertajnego dokumentu, który ujrzał światło dzienne w 1991 roku. Chociaż oficjalnie mówiono w 1945 r., że USA użyją gazu jedynie w ramach odwetu za użycie gazu przez Japończyków jako pierwszych, to w tajemnicy wojskowi przywódcy całkowicie poważnie rozpatrywali możliwość pierwszego uderzenia gazowego. Latem 1945 roku amerykańskie lotnictwo zabijało dziesiątki tysięcy Japończyków obrzucając miasta bombami zapalającymi. Przejście do zabijania gazem mogłoby być więc łatwe. W czerwcu 1945 roku, jak dowodzą inne dokumenty, admirał Ernest King otrzymał tajny raport szefa sztabu generała George‘a C. Marshalla w sprawie ataku gazowego. Obaj byli najważniejszymi doradcami prezydenta Trumana. 18 czerwca 1945 roku prezydent Truman spotkał się w Białym Domu z doradcami wojskowymi i cywilnymi, aby przedyskutować plan ewentualnej inwazji Japonii. Najwyraźniej plan ataku gazowego został na niej zaaprobowany, gdyż w dwa dni później wydane zostały rozkazy, aby zwiększyć produkcję kilku typów gazu i utworzyć zapasy w wielkości przewidywanej w raporcie, o którym była mowa wyżej. Jak napisali dwaj historycy Thomas B. Allen i Norman Polmar, raport z czerwca 1945 roku „podnosił zabijanie ludności cywilnej wroga na poziom wyższy od wszystkiego, co widziano w okresie II wojny światowej . Nie jest znany żaden inny dokument z okresu II wojny światowej zalecający tak masowe zabijanie cywilów”. Dodajmy, że raport ten, ewentualnie protokoły konferencji, na której omawiano i zaaprobowano „ostateczne rozwiązanie kwestii japońskiej” poprzez eksterminację przy pomocy gazu (także cyjanowodoru!) 5 milionów japońskich „wszy” lub „szczurów” nie są przytaczane bezustannie jako dowód demonicznego zła cechującego amerykańskich liderów, jako świadectwo „apokaliptycznej nienawiści” do Japończyków. „Konferencja ludobójców”, protokół z zebrania „organizatorów Zagłady” zniknęły w orwellowskiej dziurze w pamięci.

W innym artykule Gregory P. Pavlik także powraca do kwestii zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, rozpatrując ją z punktu widzenia etyki i prawa międzynarodowego. Ponieważ stanowisko autora nie jest trudne do odgadnięcia, to zajmijmy się kilkoma innymi poruszonymi przez niego wątkami. Pavlik, zresztą nie on pierwszy, kwestionuje propagandowy mit, że japoński atak na Pearl Harbour był aktem niczym nie sprowokowanej agresji. Oczywiście, Japończycy dążyli do podboju lub podporządkowania sobie Korei, Mandżurii, Chin, Francuskich Indochin, Malajów i Birmy. Ich celem było stworzenie pod swoim imperialnym przywództwem tzw. Greater East Asian Co-Prosperity Sphere. Nie ulega jednak żadnych wątpliwości, że chcieli uniknąć konfliktu wojennego z USA. Po wytyczeniu granic swojego azjatyckiego imperium chcieli osiągnąć wynegocjowany pokój. W żadnym razie atak na Pearl Harbour nie był elementem długofalowego planu rządu japońskiego. Atak ten musi być rozpatrywany w szerszym kontekście, przy uwzględnieniu polityki prezydenta Roosevelta, który zawarł porozumienie z Churchillem, że włączy się w konflikt azjatycki, jeśli Brytyjczycy zostaną zaatakowani, dostarczał amunicji zarówno Brytyjczykom, jak i Rosjanom, nałożył embargo przeciw Japonii na ropę naftową i metale oraz wysłał „nieoficjalnie” w 1941 roku oddziały amerykańskie („Flying Tigers”), aby atakowały Japończyków w Chinach. Wszystkie te posunięcia były aktami wojennymi i naruszały neutralność USA. Jeśli się uwzględni te fakty, to atak na Pearl Harbour nie może być uznany za akt niczym niesprowokowanej agresji. Wojna ze Stanami Zjednoczonymi nie była ani celem, ani pragnieniem Japończyków.

Ci, którzy pochwalają atak atomowy na Hiroszimę i Nagasaki, wywodzą, że był on konieczny, aby złamać opór Japończyków. Ale założenie, że Japończycy będą chcieli po-święcić ostatniego człowieka zanim zakończą wojnę, jest nonsensem, pisze Pavlik. W rzeczywistości (jak wiemy z omówionego wyżej artykułu Marka Webera-red.) rząd japoński o już o wiele wcześniej był gotów skapitulować. Japończycy chcieli jedynie kapitulacji pozwalającej im „wyjść z twarzą”, co polegało na wysunięciu warunku dotyczącego nietykalności rodziny cesarskiej. Japońska oferta kapitulacji wyszła w momencie, kiedy kapitulacja miała sens. Amerykańska blokada wysp odcięła je od wszystkich źródeł surowców i sprawiła, że zarówno żołnierze, jak i cywile pozbawieni byli elementarnych środków do życia. Historycy to wiedzą, a jednak wbrew wszelkiej logice starają się znaleźć argumenty uzasadniające użycie broni atomowej. Nasuwa się podejrzenie, że chodziło nie o strategię militarną, ale o politykę. Wiadomo, że w lipcu 1945 prezydent Truman konsultował japońską ofertę kapitulacji ze Stalinem w Poczdamie. Fakt tych konsultacji, które odegrały kluczową rolę przy podjęciu decyzji, powinien kierować naszą uwagę na, jak napisał historyk William L. Neumann, „historyczne aspiracje Rosji w Azji” i “ekspansjonistyczny element w stalinowskim komunizmie”.

Pavlik przypomina wcześniejsze akcje wojenne przeciw Japonii. W 1863 roku japońskie miasto Kagoshima zostało zniszczone przez brytyjską marynarkę pod dowództwem admirała Kupera – przyczyną była chęć uzyskania koncesji handlowych. Stany Zjednoczone mają długą historię stosowania wojennej taktyki przeciw Japonii rozpoczętej w 1854 roku „dyplomacją kanonierek” komandora Perry‘ego. W 1864 roku amerykańskie okręty wzięty udział w zniszczeniu miasta Shimonoseki. W 1908 roku prezydent T. Roosevelt wysłał okręty wojenne ku wybrzeżom Japonii. Ten typ militarnej dyplomacji był podstawą polityki prezydenta F. Roosevelta. Większość decyzji dotyczących rozbudowy floty wojennej i posunięć wojskowo-politycznych na Pacyfiku, już w 1934 roku – skierowana była przeciw Japonii. Polityka prezydenta Roosevelta opierała się na amerykańskich, lub szerzej, zachodnich precedensach.

Pavlik wysuwa hipotezę, że atomowy atak na Niemcy nie byłby zaakceptowany, gdyż mimo wszystko Niemcy uważane były za część białej, chrześcijańskiej cywilizacji. Natomiast Japonia leżała poza jej kręgiem a Japończycy byli „dzikusami”, wobec których, tak jak to działo się wcześniej w przypadku ludów pozaeuropejskich, nie obowiązywały reguły wojenne. Dla Pavlika nie ulega żadnej wątpliwości, że atomowy atak na Japonię był łatwiejszy do przyjęcia, ponieważ Japończycy należeli do innej rasy. Dowodzi tego propaganda nienawiści produkowana przez Departament Wojny i inne agencje – rządowe lub nie. W tej propagandzie rasistowskie ataki na Japończyków są stałym motywem. Propagandowe filmy wyświetlane w kinach całego kraju podniecały histerię wojenną pokazując Japończyków o żółtych twarzach i wyszczerzonych zębach. Amerykańską publiczność zachęcano, aby biła brawo, kiedy na ekranie zasłużony koniec spotykał „żółte karły”. Analiza tej propagandy wykazuje, że rząd amerykański grał na rasowej niechęci do Japończyków i ją wzmacniał. Gazety pisały o Japończykach: „żółte małpy”, „żółte bękarty” itp. „Journal of Historical Review” reprodukuje w tym numerze trochę przykładów antyjapońskiej propagandy. Oprócz wspomnianej wyżej „japońskiej wszy”, mamy rysunek z prasy amerykańskiej przedstawiający karłowatego Japończyka jako podczłowieka o zezwierzęconej twarzy i postawie, którego otaczają naukowcy zastanawiający się, co też może się dziać w japońskim umyśle. Na innym rysunku widzimy groteskową postać japońskiego killera o monstrualnych rysach twarzy, który wznosi sztylet, by wbić go w przerażoną kobietę. Na prasowym rysunku mamy japońskiego żołnierza jako gigantycznego King-Konga, który ściska w potwornej łapie bezbronnych, małych ludzi. Wokół niego, na ziemi leżą stosy zabitych i pomordowanych. Na innym rysunku amerykański orzeł zabija monstrualnego gada, który ma na grzbiecie napis „Japan” a do ogona przywiązaną jakby flagę z napisem „Żółte niebezpieczeństwo”. Tego typu rysunki były typowe dla amerykańskiej propagandy wojennej, która miała na celu wpoić obywatelom nienawiść do “żółtych podludzi”, aby ze spokojem przyjęli palenie żywcem dziesiątków tysięcy kobiet, dzieci i starców. W grudniu 1944 roku 13% ankietowanych Amerykanów opowiedziało się za tym, żeby zabić wszystkich (!) Japończyków.

Poza tym w numerze analiza kłamstw i przeinaczeń historii w przemówieniach prezydenta Clintona, które bez wątpienia mają większą wagę polityczną niż kłamstwa prezydenta w sprawie jego afery seksualnej z Moniką Levinsky. Pismo informuje także o oświadczeniu dwudziestu jeden włoskich naukowców i historyków (opublikowane w dzienniku „La Stampa”), w którym krytykują oni ograniczenia wolności słowa polegające na sądownym karaniu autorów „kwestionujących Holocaust”. W oświadczeniu jako przykład przytoczona jest jedna z książek szwajcarskiego autora Jürgena Grafa, która zakazana została przez władze francuskie. Naukowcy podpisani pod oświadczeniem to profesorowie różnych włoskich uniwersytetów, reprezentujący prawicę, lewicę i centrum. Domagają się oni zniesienia praw ograniczających badania historyczne i apelują do świata nauki, do dziennikarzy i polityków, aby zareagowali na ten stan rzeczy.

WŁOCHY

BEHEMOTH

„Kwartalnik kultury politycznej” ukazuje się w Rzymie od 13 lat pod batutą Teodora Klitsche de la Grange. W zespole redakcyjnym odnajdziemy znaną wiernym czytelnikom „Stańczyka” postać Güntera Maschke. 23 numer pisma z I połowy 1998 r. przynosi nam tekst redaktora naczelnego poświęcony moralnej polityce i etyce politycznej. Autor przypomina, że według Machiavellego państwo powinno chronić poddanych, zapewnić im pokój oraz wewnętrzne i zewnętrzne bezpieczeństwo. Hobbes w „Lewiatanie” pisał, że państwo jest po to, aby zapewnić poddanym egzystencję i dobrobyt, a cnota poddanych winna polegać na posłuszeństwie prawom stanowionym przez państwo. Rządzący, dysponujący zalegalizowaną przemocą, powinni kierować się dobrem państwa, a nie czynnikami etycznymi. Odmienne poglądy głosił człowiek, z którym brytyjski myśliciel polemizował w swoim głośnym dziele, a mianowicie kardynał Robert Bellarmino. Ten ostatni bronił znaczenia czynników transcendentnych w polityce oraz podkreślał znaczenie papieskiej potestas indirecta. Władza świecka ma być podporządkowana władzy duchowej, książęta powinni słuchać papieża. Z kolei Benedykt Croce podkreślał oderwanie polityki od moralności. Powtarzał za starożytnymi, że najpierw vivere, a dopiero potem ben vivere. Człowiek moralny nie może realizować swojej moralności inaczej jak tylko poprzez akceptację logiki polityki. Tak więc na pierwszym miejscu jest państwo, a dopiero na drugim system wartości. Polityka ma swoją moralność, ale jest to moralność autonomiczna. Max Weber ze swej strony uważał, że absolutna etyka nie przejmuje się konsekwencjami, a polityka ma obowiązek tak czynić. Stąd rozróżnienie między etyką przekonań a etyką odpowiedzialności. W polityce dobre przekonania nie zawsze powodują dobre rezultaty. Również pierwsi chrześcijanie wiedzieli doskonale, że świat jest rządzony przez demony i kto zajmuje się polityką, musi używać przemocy. Kto tego nie rozumie, ten jest w działalności politycznej jedynie naiwnym dzieckiem.

Do końca XV wieku obowiązującym powszechnie dogmatem była wypowiedź świętego Pawła: “omnis auctoritas a deo”. Między innymi dlatego Hobbes nie uznawał prawa do oporu, nawet wówczas, gdy władza nie przestrzega zasad chrześcijańskich. Lepiej jest polegać na władzy niż na poddanych. Nawet ojciec Sieys przestrzegał przed opieraniem społeczeństwa na wysiłkach cnoty. Państwo liberalno-demokratyczne, które było proklamowane w Deklaracji Niepodległości USA, ma zmierzać do zapewnienia szczęścia i bezpieczeństwa swym obywatelom, w związku z czym moralność i religia stają się ich prywatnymi problemami. Wolność publiczna i indywidualna ma być chroniona przed nadużyciami popełnianymi przez władzę. Dla takich ludzi jak Constant charakterystyczna jest laicka, realistyczna i pozbawiona złudzeń wizja władzy, daleka od wszelkiego moralizowania. Parafrazując Carla Schmitta można powiedzieć, że odwołują się do moralności ci, którzy mogą ją łamać, ponieważ dysponują środkami przymusu. Zarówno Schmitt, jak i Croce zauważyli, że również w prawie międzynarodowym praktykuje się instrumentalne wykorzystywanie moralności. Croce napisał, że walki polityczne nie są walkami moralnymi etycznych jednostek, ale jednostek ekonomicznych. Kto w polityce odwołuje się do moralności, ten przemienia moralność w politykę. Władza nie powinna się legitymować dobrymi intencjami i moralnością rządzących, lecz ich zdolnościami politycznymi. Np. Cavour wykorzystał skłonności Napoleona III i zjednoczenie Italii dokonało się między innymi dzięki obecności księżnej di Castiglione w łożu cesarza Francuzów. Wskutek sekularyzacji władcy nie rządzą już deo auctore, lecz jure proprio, będąc „reprezentantami” lub „mandatariuszami” kolektywu albo nawet ludu. Również współczesny monarcha jest traktowany jako „premier fonctionnaire, magistrat Supreme”. Zdolność osądzania według kryteriów politycznych, a nie moralnych, jest czymś fundamentalnym dla demokracji.

Moralistyczne podejście do polityki jest charakterystyczne dla „ideologii” oligarchistycznych. „Arystokraci” różnego rodzaju są przekonani o swojej etycznej wyższości. W cieniu koncepcji oligarchicznych bujnie rozkwita roślina podwójnej prawdy – jednej dla oświeconych władców, a drugiej dla ciemnego ludku. Ekshibicjonizm moralistyczny jest charakterystyczny np. dla leninizmu, gdzie grupująca najlepszych partia przewodzi nieświadomej klasie robotniczej. Leniniści są przekonani o swojej wartości i wielkości, czego brakuje tym, których nazwano „messieurs les ronds de cuire”. Nie mówiono tak bynajmniej o Heglu, który rozważał różnice między katolickim i protestanckim podejściem do państwa. Katolicy nie są skłonni przypisywać państwu prawości i etyczności per se. W krajach katolickich Kościół przeciwstawia swoją etyczność państwu. Hegel i Fichte bronili Machiavellego, ponieważ Niemcy na początku XIX wieku znajdowały się w podobnej sytuacji jak Italia w wieku XVI. Koncepcja Machiavellego była defensywna ponieważ jego ojczyzna była w defensywie, najeżdżana przez Niemców, Francuzów, Hiszpanów i Turków. Z kolei Niemcy po rewolucji w Paryżu musieli się bronić przed Napoleonem i reprezentowaną przez niego ideologią, na usługach której było prawo ułatwiające dyskwalifikację i demoralizację wroga. Z politycznego punktu widzenia panowanie prawa oznacza legitymizację status quo, „w czym są zainteresowani wszyscy ci, którzy dzięki prawu konsolidują swoją władzę polityczną i ekonomiczną” (tak twierdzi sam Carl Schmitt). W państwie liberalno-demokratycznym, opartym na zasadzie podziału władz, prawo umacnia przewagę jednej władzy nad drugą. Według Hobbesa taka sytuacja jest głęboko niezdrowa, ponieważ “władza ulegająca podziałowi nie może funkcjonować”. W państwie współczesnym trudno jest się doszukać związku pomiędzy wyżej wspomnianą potestas indirecta a władzą świecką, która ma wcielać w życie prawo. Ideałem w państwie liberalno-demokratycznym jest „prawo tworzące legalne fundamenty dla dającego się skalkulować, funkcjonującego systemu”. Natomiast według Hobbesa kamieniem węgielnym państwa jest relacja między opieką a posłuszeństwem. W państwie liberalno-demokratycznym stosunki te ulegają zaburzeniu, ponieważ rośnie w nim znaczenie korpusu urzędniczego, który nie pochodzi z wyborów i nie poczuwa się do odpowiedzialności przed wyborcami.

Mamy do czynienia z dwoma wolami: z jednej strony pragnienia elektoratu, a z drugiej aspiracje urzędników. Taka sytuacja stwarza możliwość ewolucji w stronę państwa policyjnego. Państwo liberalno-demokratyczne jest logiczną i spójną konsekwencją separacji polityki od religii, ekonomii, moralności i wszelkich przejawów aktywności społecznej. Moralność ma zapewnić triumf dobra, natomiast państwo powinno zmierzać do unikania zła. Polityka zmierzająca do dobra kończy się fatalnie. Nie jest przypadkiem, że największe natężenie poszukiwania perfekcji odnajdziemy w abstrakcyjnych republikach utopistów, niemożliwych do wcielenia w życie. Jak zauważył Machiavelli, zmierzając do absolutnego dobra, trzeba usunąć tych, którzy są źli. Usuwa się ich gwałtownymi środkami, a dobro nie może zrodzić się z gwałtu. Państwo burżuazyjne, w przeciwieństwie do marksistowskiego, jest makiawelistyczne, bo opiera się na realistycznym rozpoznaniu natury ludzkiej i jego cele są negatywne. Nie pretenduje ono do polepszania sztuki, ekonomii czy moralności. Polityka jest tutaj traktowana niezwykle zawężająco, nie próbuje się ukształtować nowego człowieka czy stworzyć społeczeństwo bezklasowe. Prawo, choć jest bardziej potomkiem polityki niż moralności, w państwie tego typu jest wyraźnie oddzielone od polityki właśnie. Nie oznacza to bynajmniej, że powinno być podporządkowane moralności, bo staje się wówczas uwielbianą ikoną, zbiorem wzniosłych frazesów niemożliwych do realizacji. Ihering pisał, że prawo nie jest czymś wzniosłym, a jedynie środkiem mającym zapewnić egzystencję społeczeństwa. W sytuacji wyboru między jego życiem a prawem trzeba wybrać życie. Najpierw przetrwanie, a dopiero potem przestrzeganie reguł prawa. Tak należy rozumieć rzymską maksymę salus rei publicae suprema lex esto.

Poza tym w numerze Antonio Areddu rozwodzi się na temat poglądów edukacyjnych i politycznych Jana Jakuba Rousseau. Szanowny autor m.in. przekonuje czytelników, że państwo opisane w Umowie społecznej nie jest utopią, lecz pewnym modelem porządkującym, wyidealizowaną syntezą ustroju Genewy, greckiej polis i republikańskiego Rzymu. Na przekór stosunkom panującym w rodzinnym mieście p. Rousseau postulował zupełną laicyzację polityki. Czegoś więcej można się dowiedzieć z dzieł filozofa, do których siłą rzeczy odsyła publicysta „Behemotha”, co i my czynimy. Teraz jeszcze rzut oka na esej Lelio La Porty poświęcony G. Lukacsowi i liberalizmowi. Węgierski myśliciel, w przeciwieństwie do Norberta Bobbio, nie uważał, że demokracja jest prostą konsekwencją liberalizmu. Najważniejszym elementem demokracji to według niego obrona praw obywatelskich i politycznych. Lukacs osobiście bronił przed opresyjnym reżimem amerykańskim Angeli Davis, przyrównując jej sprawę do procesów Dreyfusa oraz Sacco i Vanzettiego. Poza tym oczywiście bronił Marksa przed dogmatycznymi następcami wielkiego syna Trewiru. Wreszcie Luigi di Bartolo zastanawia się „Dlaczego rozwój?” W ramach pluralizmu pozostawiamy czytelnikom odpowiedź na to intrygujące pytanie.

 

 

 

 



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»