«
»

Archiwum Stańczyka

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO POSTKONSERWATYWNE”, NR 35 (2000)

01.11.18 | brak komentarzy

Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO POSTKONSERWATYWNE”, NR 35 (2000)

USA

SMITH‘S REPORT

Pismo przynosi wiele informacji ze świata, ciekawostek, relacji z politycznych i intelektualnych debat na wysoce 'niebezpieczne tematy”. Redaguje je Bradley R. Smith, libertarianin postawiony w 1960 roku przed sądem za sprzedawanie w swojej księgarni w Los Angeles zakazanej wówczas książki Henry Millera Zwrotnik Raka. Bradley jako integralny wolnościowiec stara się nagłaśniać książki i teksty przemilczane lub zakazane. W numerze 41 (kwiecień 1997) Smith analizuje wywiad jakiego udzielił Elie Wiesel dziennikowi „New York Times” (5 II11997). Znany noblista wspomina w wywiadzie o tym, jak „cudem przeżył”. Ale nie chodzi o obóz w Oświęcimiu. Mianowicie, mówił Wiesel, w 1956 roku został potrącony w Nowym Jorku przez taksówkę: „Przeleciałem cały blok. Taksówka uderzyła mnie na rogu 45. i Broadway‘u, a karetka zabrała mnie przy 44”. Analiza planu miasta, wizja lokalna, analiza balistyczna i medyczna wykazały, że Elie Wiesela zawiodła jego “memory”. Albowiem musiałby on przelecieć w powietrzu ok. 90 metrów wznosząc się w najwyższym punkcie swojego lotu na wysokość 20 metrów. Aczkolwiek gdyby przyjąć, że młody Wiesel ważył 60 kg, taksówka 800 kg i jechała z prędkością 80 km/godz to ilość energii (19750 dżuli) mogła teoretycznie być wystarczająca, aby przenieść Elie Wiesela po odpowiedniej trajektorii na odległość 90 metrów. Ale prawdopodobieństwo przeżycia po zderzeniu z ulicznym brukiem jest praktycznie równe zeru. Byłoby to rzeczywiście „cudowne ocalenie”. Niemniej Elie Wiesel przeżył i jako „accident survivor” przewieziony został karetką do jednego ze szpitali. Ale tam pozbawieni ludzkich uczuć, chciwi lekarze najpierw przeszukali mu kieszenie w poszukiwaniu gotówki lub jakiegoś dokumentu, który potwierdzałby, że jest ubezpieczony. Ale ponieważ nic nie znaleźli, więc odmówili mu pomocy. Karetka zawiozła go do drugiego szpitala, gdzie wszystko się powtórzyło. Wreszcie pomocy udzielił mu pewien żydowski lekarz. W swoich wspomnieniach zatytułowanych All Rivers Run to the Sea (Nowy Jork 1995) Wiesel również opisuje, jak leciał w powietrzu niby „postać z obrazu Chagalla” (str. 293). Ale występuje tu tylko jeden szpital. Z kolei analiza opowiadania Wiesela „The Accident” (1961) wykazała, że bohater opowiadania imieniem Józef także został uderzony przez taksówkę w tym samym miejscu, w tym samym czasie co realny Elie. Ale, co ciekawe, fikcyjny Józef przeleciał w powietrzu tylko kilka jardów, a więc o wiele mniej niż rzeczywisty Elie w opowiadaniu opublikowanym 30 lat wcześniej : wywiad w „New York Timesie” lekarz również odmawia przyjęcia „ocaleńca” Józefa, ale nie dlatego, że nie ma on ubezpieczenia, ale dlatego, że uznano go za umierającego, dla którego nie ma ratunku. Wątek ubezpieczenia pojawił się dopiero w 1995 roku w wywiadzie dla “New York Timesa“, co zapewne należy widzieć w kontekście reformy ubezpieczeń podjętej przez prezydenta Clintona.

W numerze 47 (październik 1997) znajdziemy omówienie nowej książki kanadyjskiego historyka Jamesa Bacque‘a Crimes and Mercies. Bacque dowodzi, że ludobójczy plan autorstwa sekretarza skarbu USA Henry Morgenthaua został częściowo zrealizowany w latach 1946-47 przynosząc wiele ofiar wśród Niemców. W numerze 49 (grudzień 1997) pismo drukuje artykuł Richarda Widmanna na temat „niewygodnej historii”. Widmann pisze, że współcześni historycy bardzo często unikają przytaczania dokumentów, które z takich czy innych względów są niewygodne. Jednym z takich dokumentów jest zaprotokołowana wypowiedź premiera Winstona Churchilla z 6 lipca 1944 roku, dotycząca ataku gazowego na Niemcy. Premier Churchill oświadczył jest rzeczą absurdalną powoływać się w tej sprawie na względy moralne. Należy dokonać „zimnej kalkulacji”, czy takie posunięcie opłacałoby się Wielkiej Brytanii. I dalej stwierdzał premier Churchill: „Możemy ‘skropić‘ miasta w Zagłębiu Ruhry i inne miasta w Niemczech w taki sposób, że większość ludności będzie wymagać stałej opieki medycznej”. Według Widmanna istnieje ciekawa koincydencja: mamy tajny dokument z wynurzeniami premiera Churchilla na temat ewentualnego gazowania Niemców, nie mamy natomiast dokumentu mówiącego, że kanclerz Hitler rozważał lub nakazał gazowanie Żydów. Zarówno David Irving, jak i Joachim C. Fest i William Shirer uważają, że takiego rozkazu nie było. Przyznają to również J. Noakes i G. Pridham, autorzy trzytomowej pracy Nazism: A History in Documents and Eyewitness Accounts 1919-1945. Noakes i Pridham stwierdzają: „Nie odnaleziono żadnego pisemnego rozkazu Hitlera dotyczącego eksterminacji Żydów a dowody rozkazu ustnego są jedynie dowodami pośrednimi”.

W numerze 50 (styczeń 1998) znajdziemy omówienie artykułu prof. Noemi Seidman, który ukazał się w „Jewish Social Studies” (jesień 1996). Prof. Seidman analizuje w nim pewien mało znany epizod biografii twórczej Elie Wiesela. Znany pisarz deklarował, że zachowywał milczenie na temat swoich wojennych i obozowych przeżyć do 1958 roku, kiedy to ukazało się w języku francuskim pierwsze wydanie jego wspomnień zatytułowanych Noc. Okazuje się jednak, że w 1956 roku Elie Wiesel opublikował w języku jidysz pierwszą wersję swoich wspomnień zatytułowaną Un di velt hot geshvign (A świat milczał). Prof. Seidman dokonała analizy porównawczej tekstu w jidysz oraz wersji francuskiej i angielskiej, odkrywając, że wiele ustępów obecnych w wersji pierwotnej albo zniknęło z tłumaczenia francuskiego i angielskiego albo zostało zmienionych. Okazuje się, że tekst w jidysz, a więc przeznaczony dla żydowskiego czytelnika jest o połowę dłuższy niż tekst przeznaczony dla Francuzów, Amerykanów etc.

Numer 51 (luty 1998) przynosi artykuł na temat reperkusji procesu Rogera Garaudy‘ego postawionego przed sądem za opublikowanie książki Mity założycielskie polityki izraelskiej. Proces francuskiego muzułmanina wywołał wielkie zainteresowanie w świecie arabskim, Arabscy politycy, intelektualiści, działacze związkowi i religijni jak i zwykli obywatele wyrażali głośno swoje poparcie dla 84-letniego Garaudy‘ego. Palestyński Związek Pisarzy wyraził swoją pełną solidarność z jego „odważną walką o wolność”. W Katarze utworzony został komitet poparcia dla Garaudy‘go, który wezwał Arabów do działania „przeciw intelektualnemu terroryzmowi syjonistów”. Gazeta „Al-Khaleej” z Dubaju przeprowadziła kampanię prasową na rzecz Garaudy‘ego zamieszczając na pierwszej stronie wezwanie do zbiórki pieniędzy dla prześladowanego intelektualisty. Szejk Ahmad Kuftaro, najwyższy autorytet sunnickich muzułmanów w Syrii wypowiedział się przeciw kneblowaniu ust Garaudy‘emu zaś Islamski Komitet Praw Człowieka z Iranu oświadczył, że proces Garaudy‘go jest “przejawem nierespektowania zasady wolności słowa”. Proces skrytykowali ostro czołowi libańscy adwokaci. Arabska Unia Dziennikarzy wezwała dziennikarzy europejskich, aby bronili prawa Garaudy‘go do swobodnego wyrażania opinii. Zona prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich Zayed ibn Sułtan Al-Nahayan Garaudy‘go kwotą 50.000 dolarów. Arabska Organizacja Praw Człowieka w Jordanii poparła Garaudy‘ego „we wszystkim, co napisał” i wyraziła żal, że Francja „dostała się pod wpływ syjonistów”. 100 parlamentarzystów irańskich podpisało petycję w sprawie Garaudy‘go, 100 palestyńskich pisarzy demonstrowało przed Francuskim Centrum Kulturalnym w Gazie, Egipska Partia Pracy potępiła działania władz francuskich, podobnie zrzeszenia adwokatów w Syrii i Sudanie. Kuwejckie Stowarzyszenie Praw Człowieka wystosowało list protestacyjny do ambasadora francuskiego. Egipski laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1988) Naguib Mahfouz napisał na łamach „Al-Ahram Weekly”, że jest zdumiony, iż we Francji istnieje prawo, które czyni przestępstwem „kwestionowanie Holocaustu”. Jak to jest możliwe, pytał Mafhouz, że we Francji wolno być ateistą, ale nie wolno kwestionować liczby zabitych Żydów. Egipski noblista wyraził opinię, że żaden historyk nie powinien być karany za swoje prace.

W numerze 54 (maj 1998) znajdziemy relację z prelekcji na temat II wojny światowej, jaką na Washington State University wygłosił 13 kwietnia 1998 roku znany brytyjski historyk David Irving. Trwającemu półtora godziny wykładowi Irvinga przysłuchiwało się ponad czterystu studentów, którzy w wielu miejscach bili brawo lub wybuchali śmiechem słuchając anegdot lrvinga. W numerze 56 (lipiec 1998) Richard Widmann zajmuje się siłą oddziaływania fotografii i filmu. Ta siła jest tak ogromna, że niektórzy widzą nawet to, czego nie ma na fotografiach lub w filmach. I tak na przykład jedna z recenzentek filmu Lista Schindlera S. Spielberga opisała scenę z filmu, w której „opary gazu osnuwają nagie żydowskie kobiety”. Jak wiedzą ci, którzy widzieli film Spielberga, takiej sceny w filmie nie ma. Widmann przypomina zdjęcie, jakie ukazało się w amerykańskim magazynie „Life” w marcu 1944 roku. Na tym zdjęciu ładna, młoda kobieta pisze list do swojego przyjaciela-marynarza, dziękując mu za „czaszkę Japońca, którą jej przysłał”. Pisząc list, kobieta wpatruje się w leżącą przed nią czaszkę pochodzącą ze zwłok zabitego japońskiego żołnierza, którego, jak wynika z komentarza, nazwała czule Hirohito. Niestety nie posiadamy zdjęcia niemieckiej dziewczyny zamieszczonego w którymś z masowych magazynów okresu Trzeciej Rzeszy, wpatrującej się w abażur z ludzkiej skóry czy coś podobnego. Gdyby taka fotografia istniała na pewno zostałaby zreprodukowana milion razy w gazetach, podręcznikach do historii, filmach dokumentalnych. Ale, niestety nie istnieje. Jeden z czytelników pisma zwraca uwagę na wyświetlany w amerykańskiej telewizji film King Kong (rok produkcji: 1933). W filmie tym King Kong jest obrzucany „bombami gazowymi”, co pokazuje jak bardzo motyw gazu musiał być zakorzeniony wśród masowej publiczności okresu międzywojennego.

W numerze 58 (październik 1998) Samuel Crowell (pseudonim jednego z uniwersyteckich historyków) przypomina panikę, jaka wybuchła 30 października 1938 roku, kiedy amerykańskie radio nadało Wojnę światów H. G. Wellsa. Crowell przytacza doniesienia prasowe i relacje zamieszczone w książce Howarda Kocha The Panic Broadcast (Nowy Jork 1970). Przerażeni ludzie uciekali wówczas przed „atakiem gazowym”. Jeden ze świadków sądził, że to Niemcy dokonali ataku przy pomocy „bomb gazowych”. Crowell pisze, że histeria sprzed sześćdziesięciu lat jest dobrym przykładem na to, jak łatwo ludzie poddają się panice i jak łatwo wierzą w wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. W numerze 59 (listopad 1998) anonimowy historyk stara się odpowiedzieć na pytanie, jak zmarła Edyta Stein. Edyta Stein znajdowała się w grupie 987 Żydów z Holandii deportowanych do Oświęcimia. Przybyła do obozu 8 sierpnia 1942 roku. Jej aresztowanie i internowanie w obozie było bezpośrednio związane z działaniami hierarchii Kościoła katolickiego w Holandii, która głośno zaprotestowała przeciw niemieckiej polityce deportacji. Chociaż Stein była z urodzenia Żydówką, to, zdaniem autora, jej deportowanie nastąpiło nie z powodu tego, że nią była, ale w wyniku represji będących reakcją niemieckich władz okupacyjnych na protesty hierarchii kościelnej. Stąd, chociaż z jednej strony była ona ofiarą prześladowań ze względu na swoje pochodzenie, to z drugiej strony bezpośrednia przyczyna jej deportacji nie może być oddzielona od religii, którą przyjęła. Z 987 osób deportowanych w tamtym transporcie 464 osoby zostały zarejestrowane w Oświęcimiu, zaś pozostałe, wśród nich Edyta Stein, zostały wysłane do Brzezinki. Przyjmuje się, że Edyta Stein zginęła w komorze gazowej ulokowanej w tzw. bunkrze. Ale jest to tylko hipoteza, której, jak do tej pory, nie udowodniono w stu procentach. Dlatego wolno wysunąć inną hipotezę. Jest mało prawdopodobne, żeby Edyta Stein została przewieziona gdzieś dalej, do Łodzi, Sobiboru czy Kowna, dokąd, jak wynika z dokumentów, przewiezieni zostali przez Oświęcim niektórzy Żydzi holenderscy. Jest raczej rzeczą pewną, że znalazła ona swoją Golgotę w Oświęcimiu. Należy pamiętać o tym, że Edyta Stein w okresie I wojny światowej zgłosiła się na ochotnika jako pielęgniarka i opiekowała się austriackimi żołnierzami w tzw. Seuchenlazarett, gdzie odbywali oni rekonwalescencję po tyfusie, cholerze i innych chorobach zakaźnych. Jest więc rzeczą prawdopodobną, że, biorąc pod uwagę jej doświadczenie i jej powołanie wysłano ją do Brzezinki, aby opiekowała się więźniami chorymi i umierającymi na tyfus, którego epidemia szalała wówczas w obozie. Bez wątpienia Edyta Stein z poświęceniem i oddaniem, tak samo jak kapłani i siostry zakonne w okresie Czarnej Śmierci, opiekowała się chorymi i umierającymi, a w końcu zaraziła się i zmarła. Nawet więc jeśli nie zginęła w komorze gazowej jako Żydówka, to zmarła jako męczenniczka reprezentująca najlepsze tradycje Kościoła, będąc uosobieniem miłosierdzia pośród śmierci niewinnych, która zbierała swoje krwawe żniwo w pierwszej połowie XX. wieku.

W numerze 60 (grudzień 1998) pismo przytacza fragment relacji z wizyty studentów w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. W relacji zamieszczonej w jednym ze studenckich czasopism zacytowano słynne powiedzenie opozycyjnego wobec rządów Hitlera pastora Martina Niemoellera, które studenci przeczytali w muzeum: „Najpierw przyszli po socjalistów, a ja milczałem, bo nie byłem socjalistą. Potem przyszli po związkowców, a ja milczałem, bo nie byłem związkowcem. Potem przyszli po Żydów, a ja milczałem, bo nie byłem Żydem. Potem przyszli po mnie – i nie było nikogo, kto by się za mną wstawił”. Problem w tym, że zazwyczaj cytowana i wiarygodna wersja zaczyna się od słów: ‘Najpierw przyszli po komunistów…” Zapewne w obawie, żeby Amerykanie nie mieli jakichś niesłusznych myśli, dyrekcja Muzeum Holocaustu opuściła “komunistów”. I tak powstała nowa wersja „pamięci”.

W numerze 62 (luty-marzec 1999) znajdziemy informację, że film wideo zawierający wywiad z drem Franciszkiem Piperem z Muzeum Oświęcimskiego jest już dostępny pod internetowym adresem Bradley‘a Smitha. Pismo omawia też sprawę znanego dziennikarza Christophera Hitchensa. Hitchens, liberalny dziennikarz brytyjski skrytykował kampanię propagandową, która spowodowała wycofanie się wydawnictwa St. Martin z publikacji książki Davida Irvinga o Goebbelsie, i uznał Irvinga za “wielkiego faszystowskiego historyka”. Innym razem zaatakował Matkę Teresę nazywając ją „faszystowską albańską karlicą” (jako liberał Hitchens uwielbia przymiotnik “faszystowski”). W „Washington Times” Edward J. Epstein nazwał Hitchensa „negacjonistą Holocaustu”. Musiało to mieć związek z jakimiś zakulisowymi rozgrywkami w establishmencie angloamerykańskim, bo nie wiadomo dokładnie o co chodzi. Wiadomo jednak, że Hitchens otrzymał od Bradley‘a Smitha manuskrypt książki Samuela Crowella Komory gazowe Sherlocka Holmesa. W książce tej Crowell analizuje m.in. motyw śmiercionośnego gazu w literaturze i propagandzie okresu międzywojennego. Inne ciekawe wydarzenie to film Errola Morrisa „Mr. Death”, do którego ten „niezależny producent filmowy” zaprosił Freda Leuchtera znanego konstruktora komór gazowych i innych urządzeń służących do wykonywania kary śmierci w USA. Kiedy film w pierwotnej wersji został pokazany studentom na Harvardzie reakcje publiczności, wbrew zamierze¬niom reżysera, były dość przychylne wobec wynurzeń Leuchtera na temat komór gazowych. Errol Moris był wstrząśnięty, czemu nie należy się dziwić. W innym artykule poruszona jest sprawa zdjęcia eksponowanego w materiałach Muzeum Holocaustu. Zdjęcie to przedstawia tłum więźniów w pasiakach witających w Dachau amerykańskich żołnierzy. Nad tłumem powiewa amerykańska flaga. Muzeum Holocaustu opatrzyło zdjęcie następującym podpisem; „Byli więźniowie Dachau obchodzą pierwszą rocznicę swojego wyzwolenia wywieszając własnoręcznie zrobioną amerykańską flagę 30 kwietnia 1946 roku, National Archives, Washington”. Współpracownikowi „Smith‘s Report” Richardowi Widmannowi wydało się dziwne, że więźniowie z Dachau przybyli do obozu po upływie roku, przebrali się znów w pasiaki i świętowali rocznicę wyzwolenia. Widmann sięgnął do książki Josepha Hallowa Niewinni w Dachau, gdzie również zamieszczona została ta fotografia. Ale tutaj przedstawiała ona scenę z wyzwolenia obozu 30 kwietnia 1945 roku. Aby wyjaśnić sprawę Widmann skontaktował się z National Archives w Waszyngtonie. I otrzymał informację, że znajdująca się posiadaniu archiwum fotografia rzeczywiście zrobiona została 30. kwietnia 1945 roku. Innymi słowy Muzeum Holocaustu po prostu przesunęło datę zrobienia fotografii o rok. W jakim celu tak postąpiło, pozostawiamy domyślności czytelników. Zapewne chodziło o umocnienie „memory”.

USA-BERICHT

Nieduże pismo w języku niemieckim (redaktor i wydawca Hans Schmidt) reprezentuje bezkompromisową, antysystemową prawicę, nastawione głównie na obserwowanie tego, co dzieje się „za zamkniętymi drzwiami Waszyngtonu”. Sporo też informacji na temat posunięć i aktywności żydowskiego establishmentu w USA. Warto po nie sięgnąć, aby dowiedzieć się trochę więcej o naszym obecnym „amerykańskim protektorze” (termin Zbigniewa Brzezińskiego). Jest to konieczne szczególnie dla elit z protektoratu, które w swojej grze z protektorem o większą niezależność muszą dysponować wiedzą szerszą niż ta dostarczana im przez propagandystów protektora. W piśmie razi trochę bardzo emocjonalny i wysoce polemiczny ton większości tekstów, ale pismo jest ostro opozycyjne, więc nie ma się czemu dziwić. W końcu jest demokracja i pluralizm. Przeglądamy więc numery z 1998 i 1999 roku.

W numerze 3 (marzec 1998) Hans Schmidt prezentuje dwa przykłady amerykańskich reklam: jedno z wydawnictw zachęca do kupna biografii „legendarnego dowódcy z SS pułkownika Seppa Dietricha”, natomiast firma produkująca modele do składania (głównie broni) używa jako motywu reklamowego niemieckich czołgów i niemieckich uniformów z lat 2. wojny światowej. Według Schmidta bardzo dobrze się to w USA sprzedaje, gdyż znaczne grupy młodzieży amerykańskiej są zafascynowane III. Rzeszą i Adolfem Hitlerem.

W numerze 4 (kwiecień 1998) ciekawa hipoteza na temat ataków na amerykańskie firmy produkujące papierosy. Ma się niekiedy wrażenie, że jest to powtórka z czasów prohibicji alkoholowej. Według pisma firmy papierosowe znajdują się w większości w rękach białych WASP-ów, którzy zachowali konserwatywne przekonania i sympatie. Idzie więc o to, aby pod kamuflażem troski o zdrowie obywateli, wyeliminować tych przemysłowców, którzy wspierają, również finansowo, różne ugrupowania prawicy. Według autora prohibicja alkoholowa była wymierzona przede wszystkim w producentów piwa, którzy w dużej części byli niemieckiego pochodzenia. Dlatego prohibicja zniszczyła całkowicie siłę polityczną amerykańskich Niemców, co spowodowało, że nie byli oni zdolni do przeprowadzenia żadnej zorganizowanej akcji politycznej przeciw przystąpieniu USA do wojny z Niemcami.

W numerze 9 (wrzesień 1998) wśród doniesień z „frontu antyrasistowskiego” napotykamy na informację, że jednostki amerykańskich Marines należą do tych, które najmocniej bronią się przed przyjmowaniem kobiet i zachowują pewne formy rozdziału ras, co wywołuje wściekłe ataki „liberałów”. W marynarce wojennej nowe trendy zwyciężyły, co spowodowało, twierdzi „US-Bericht”, że rodzice sprzeciwiają się, aby ich synowie zaciągali się ochotniczo do tego rodzaju sił zbrojnych. I jeszcze ciekawostka historyczna: w amerykańskim piśmie „George” z lipca 1998 roku podano, że termin „Endlösung” został użyty w niemieckiej gazecie „Münchener Post” (wrogiej narodowym socjalistom) w grudniu 1931 roku. Poza tym Hans Schmidt stwierdza stanowczo, że osławione Protokoły Mędrców Syjonu są z pewnością falsyfikatem, gdyż tylko głupiec mógłby zapisywać tego typu idee, a Żydzi nie są przecież głupcami. Poza tym, uważa Schmidt, Protokoły napisane są stylem rozwichrzonym, takim bez ładu i składu, więc nie mogą być dziełem Żydów, którzy raczej myślą systematycznie, na chłodno, w wykalkulowany sposób.

W numerze 11 (listopad 1998) znajdziemy spekulacje, czy osławiona Monika Levinsky była narzędziem w rękach Mossadu. W1995 roku Levinsky dostała się jako wolontariuszka do Białego Domu dzięki poparciu grubej ryby z Manhattanu Waltera Kay‘a, znajomego jej rodziców. W krótkim czasie po przybyciu do Waszyngtonu zaczęła trwającą 18 miesięcy aferę seksualną z prezydentem Clintonem. W czasie jednego z intymnych spotkań prezydent zostawił ślady swojej spermy na jej sukience. Ale Levinsky nie wyprała jej, lecz, w porozumieniu ze swoją matką Marcią Lewis (obecnie żoną R. P. Straussa) ukryła ją. Głównym doradcą Clintona w czasie “Zippergate” był Harold Ickes. To on zezwolił Monice na ponad trzydzieści tajnych spotkań z prezydentem. A co robili wówczas tacy bliscy współpracownicy prezydenta związani z żydowskim establishmentem jak Lanny Davis, Ann Lewis, Rahm Emanuel czy „Rasputin” Clintona, znany z odmiennych preferencji seksualnych Dick Morris? Wszyscy udawali, że nic nie widzą. Wiemy dziś, że Walter Kay zakupił, często drogie, prezenty, które Monika Levinsky podarowała prezydentowi. Jest jasne, że Levinsky na bieżąco informowała Kay‘a o postępach swojego romansu z prezydentem. Jeśli Kay manipulował Moniką Levinsky, to kto stał za Kay‘em? Jedno jest pewne: po aferze z Levinsky swoją władzę umocnił triumwirat: Sandy Berger, William Cohen i Madelaine Albright (być może więc, nasuwa się wniosek, że Levinsky nie była „agentką Mossadu”, ale jednym z pionków, jakich waszyngtońskie frakcje i koterie używają w walce o władzę – red.) Hans Schmidt stara się również wyjaśnić, dlaczego mimo afery z Moniką Levinsky, nawet po ujawnieniu jego wypowiedzi przed komisją Starra, Clinton nadal cieszy się popularnością wśród amerykańskiego ludu. Schmidt spekuluje, że lud amerykański całą sprawę interpretuje prosto, jak to lud: „Żydzi chcą wykończyć naszego prezydenta”. I dlatego właśnie go popierają. Śmiała to hipoteza, której nie sposób zweryfikować bez badań przeprowadzonych przez niezależne ośrodki badania opinii publicznej. W innym artykule Hans Schmidt opisuje zjawisko spontanicznej segregacji rasowej w USA. Jeśli ktoś na przykład zajrzy na szkolne podwórka podczas przerwy, to zobaczy, że dzieci dzielą się ściśle według kryteriów rasowych. Zaobserwować można to zjawisko także na różnych imprezach sportowych lub kulturalnych. Zdaniem Schmidta jeśli w Ameryce dojdzie do załamania gospodarczego, to wojna rasowa jest nieunikniona. Przewidując taką możliwość, rządząca elita wzmaga wysiłki, aby ograniczyć dostęp obywateli do broni palnej.

W numerze 12 (grudzień 1998) znajdziemy opis taktyki stosowanej przez lewych liberałów w celu dobrania się do cudzych pieniędzy. Idzie o kampanię przeciw firmom tytoniowym. Okazuje się, że nie tylko adwokaci zarobili na tym krociowe sumy. Firmy tytoniowe zostały zmuszone do wypłacania dużych sum organizacjom zajmującym się “wychowaniem dzieci wolnych od wpływu tytoniu”. Rzecz jasna, te organizacje, różne „centers” etc. zajmują się przy okazji kształtowaniem charakterów i umysłowości dzieci w ogóle. I, co oczywiste, ich funkcjonariusze rekrutują się z samych lewych liberałów. Teraz dostaną oni więcej forsy, aby mogli je wydać na samych siebie, swoich kolesiów i swoją paskudną robotę. W numerze 3 (marzec 1999) ciekawostki z dziedziny stosunków rasowych w USA. Statystyki wykazują, że w USA z powodu pożarów w domach ginie ok. 8.000 dzieci, z których połowa to dzieci murzyńskie, chociaż Czarni stanowią 12% ludności USA. Badania wykazały, że Biali i Czarni w USA oglądają całkiem inne programy telewizyjne. Np. pięć najpopularniejszych „czarnych” programów ma u Białych oglądalność następującą: 15, 91, 93,106, 84. Tak więc czwarty pod względem oglądalności u Czarnych program „For your love” plasuje się u Białych na miejscu 106. Pismo przytacza krótki komentarz z „Newsweeka” (30.11.1998), z którego dowiadujemy się, że żydowscy klienci szwajcarskich banków nie są zadowoleni z akcji organizacji żydowskich przeciw bankom szwajcarskim, gdyż obawiają się, że niepowołane osoby będą miały dostęp do ich tajnych kont. Pismo spekuluje, czy aby akcja nie była częściowo motywowana właśnie zamiarem dokonania przeglądu tych kont i zidentyfikowania tych bogatych Żydów, którzy nie kwapią się, aby sponsorować organizacje żydowskie i państwo Izrael.

W numerze 5 (maj 1999) znajdziemy komentarz na temat projektu ustawy dyskutowanego w Kongresie (inicjatorem ustawy w Senacie był Frank R. Lautenberg, a w Izbie Reprezentantów – Nita M. Lowey). Ustawa ma zapobiec nadużywaniu alkoholu przez kierowców. Niby to piękne, że chce się zapobiec wypadkom spowodowanym przez pijanych kierowców. Ale nakazany jest sceptycyzm. Przychodzi bowiem na myśl ustawa wprowadzona w latach siedemdziesiątych, kiedy to doszło do „kryzysu paliwowego”, za który obwiniano Arabów, chociaż, zdaniem Hansa Schmidta, odpowiedzialny był całkiem ktoś inny. Jak pamiętamy, przez pewien czas ustawiały się kolejki przed stacjami benzynowymi, a kiedy „kryzys” minął, trzeba było płacić za benzynę o 100% więcej niż wcześniej. Winni byli oczywiście “źli Arabowie”. Aby zmniejszyć zużycie benzyny, rząd amerykański wprowadził przepis o ograniczeniu prędkości do ok. 88 km/godz. To szaleństwo trwało prawie 25 lat, kiedy to Kongres zniósł ten przepis. Było to szaleństwo, jeśli zdać sobie sprawę, że na prostych jak sznur, pustych autostradach amerykańskiego Zachodu trzeba było jechać z prędkością 88 km/godz. Jaki więc cel miało wprowadzenie tego przepisu, bo że nie chodziło o oszczędzanie benzyny, to chyba jasne? Otóż wcześniej firmy ubezpieczeniowe miały zwyczaj nie ubezpieczać dalej tych kierowców, którzy zbyt często przekraczali prędkość. Przy nowych przepisach liczba takich ludzi oczywiście wzrosła. I jak za skinięciem czarodziejską różdżką pojawiło się naraz wiele nowych firm ubezpieczeniowych, które za o wiele wyższą stawkę ubezpieczać zaczęły tych kierowców, którzy zostali wyrzuceni ze starych firm ubezpieczeniowych. Zapytać więc należy, kto stoi za ustawą o zwalczaniu jazdy po alkoholu. Z pewnością lobby adwokackie, któremu powoli kończą się zyski, jakie przyniosło mu prześladowanie przemysłu tytoniowego. Teraz adwokaci zyskają z pewnością wielu nowych klientów – przewiduje się, że dzięki ustawie liczba wszystkich więzionych Amerykanów może wzrosnąć nawet do dwóch milionów. Już od dawna media przekonują obywateli, że więźniowie powinni pracować i zarabiać na swoje utrzymanie. Muszą więc pracować. Od pewnego czasu rośnie liczba prywatnych więzień, do których więzienia stanowe przekazują nadwyżkę więźniów. Te prywatne więzienia, aby być zyskownymi instytucjami, potrzebują więźniów, którzy by zarabiali tzn. pracowali. Innymi słowy nowa ustawa ma zapewnić prywatnym więzieniom tanią siłę roboczą.

W numerze 7 (lipiec 1999) Hans Schmidt potępia ostro aresztowanie w Niemczech prawicowego publicysty Erharda Kempera, który osadzony został w więzieniu w Moguncji za wypowiedzi na tak zwane „niebezpieczne tematy”. Schmidt analizuje również artykuł z “New York Timesa” (3 V 1999) poświęcony postaci głównodowodzącego NATO generała Wesleya K. Clarka. Nowojorski dziennik ujawnił, że generał Clark jest żydowskiego pochodzenia, o czym on sam, podobnie jak Madeleine Albright, dowiedział się dopiero niedawno. Schmidt wysuwa również dość zdumiewającą hipotezę na temat zbombardowania przez NATO ambasady chińskiej w Belgradzie. Zdaniem Schmidta część amerykańskich patriotów jest negatywnie nastawiona do Chin, gdyż, według ich opinii, internacjonalistyczni WASP-owie popierający Clintona, robią wielkie pieniądze na handlu z Chinami. Ponieważ wielu oficerów armii amerykańskiej to patrioci, więc postanowili zepsuć te interesy. Innymi słowy, spekuluje Schmidt, oficerowie ci posłużyli się fałszywymi mapami i doprowadzili w ten sposób do zbombardowania ambasady.

GANPAC BRIEF

Wydawany również przez Hansa Schmidta anglojęzyczny biuletyn o tematyce podobnej do „USA-Bericht”. W numerze z września 1998 roku znajdziemy ciekawy artykuł Michaela Hoffmana II o osławionym Armandzie Hammerze. Wiosną 1952 roku J. Edgar Hoover siedział w swoim biurze w waszyngtońskiej siedzibie FBI. Na jego biurku leżało ściśle tajne dossier, gruba teczka 61 -280 opatrzona tytułem: „Hammer- Bezpieczeństwo Wewnętrzne – Rosja”. Zawierała ona dokumentację na temat 54-letniego komunistycznego finansisty Armanda Hammera. Wynikało z niej, że pieniądze z biznesów Hammera były rozprowadzone wśród sowieckiego podziemia w USA. W latach 20. Hammer był głównym ogniwem networku zaopatrującego w pieniądze szpiegowskie siatki sowieckie w Nowym Jorku i Londynie. Hoover wiedział o wiele wcześniej, że Hammer był komunistycznym agentem i głównym specjalistą od prania pieniędzy dla Włodzimierza lllicza Lenina. Zajmowała się tym jego firma Allied-American Company, której trzej dyrektorzy byli mianowani przez Moskwę. Za swoje zasługi dla Sowietów Hammer odznaczony został (jako jedyny amerykański biznesmen) orderem Lenina. Ojciec Armanda Hammera, lekarz, który spowodował śmierć kobiety podczas dokonywania aborcji, założył Amerykańską Partię Komunistyczną w 1919 roku. Swojego syna nazwał Armand, ponieważ symbolem Socjalistycznej Partii Pracy, prekursorki partii komunistycznej, do której Armand wstąpił mając lat 16, była ręka i młot (Arm and Hammer). Armand Hammer to uosobienie komunizmu, najbardziej czerwony z Czerwonych spośród wszystkich znanych lewicowców w historii USA. W1952 roku Hoover znalazł się w dylemacie, senator Joseph McCarthy naciskał, aby Senat zajął się dochodzeniem w sprawie Hammera i jego człowieka w Kongresie, którym był republikanin Al Gore senior. Hoover powinien coś zrobić, ale nie zrobił nic: nie tylko, że nie dostarczył dokumentów obciążających Hammera, ale nawet nie przeszkodził mu w otrzymaniu lukratywnych kontraktów i licencji od rządu. Spowodował jedynie, że Hammer został delikatnie przesłuchany przez agentów FBI w Nowym Jorku. Co powstrzymało Hoovera przed zdecydowanym działaniem w sprawie Hammera? Hoover rozumiał, że McCarthy przychodzi za późno: Hammer zdążył już stworzyć agenturalną siatkę, która obejmowała ludzi na wysokich stanowiskach, politycznych bossów i kongresmenów. Podjęcie akcji przez FBI oznaczałoby mobilizację tych ludzi przeciw Hooverowi. Dlatego zamknął dossier Hammera, napisał na teczce: „ma polityczne poparcie” i odesłał do archiwum, gdzie pozostawała zamknięta do końca życia Hammera, który zmarł 10 grudnia 1990 roku. Hoover, który utrzymał się przez 30 lat na swoim stanowisku dzięki wyczuciu stosunków władzy, uznał, że nie ma sensu rzucać wyzwania siłom, które mogą go obalić. Postanowił nie podejmować żadnych kroków. Został pokonany przez Hammera, który później został zaufanym człowiekiem „twardego antykomunisty” Nixona (dla którego załatwiał płatności przy aferze Watergate), a potem innego „twardego antykomunisty” Ronalda Reagana, dla którego był pośrednikiem w kontaktach z Gorbaczowem (wśród niezależnych obserwatorów sceny politycznej w USA panuje przekonanie, że Edgar Hoover był przedmiotem szantażu ze strony mafii i Ligi Przeciw Zniesławianiu, obie te organizacje miały wejść w posiadanie zdjęć, zrobionych w Roney Plaza Hotel w Miami, kontrolowanym przez mafię, gdzie Hoover od czasu do czasu mieszkał w towarzystwie swojego, hm, bliskiego przyjaciela Clyde‘a Tolsona. Jeśli kompromitującymi Hoovera zdjęciami dysponowała zarówno mafia, jak i Liga Przeciw Zniesławianiu, to co stało na przeszkodzie, żeby nie mogła nimi dysponować komunistyczna agentura w USA kierowana przez Hammera – red.). W1961 roku szef kontrwywiadu FBI Walter Sulivan zaproponował dochodzenie w sprawie komunistycznych powiązań Hammera i Gore‘a. Hoover sprzeciwił się temu (Sulivan został potem zastrzelony). Również szef CIA James Angleton krył Hammera, którego uciekinier z Sowietów Anatolij Golicyn określił mianem sowieckiego „kapitalistycznego księcia”. Hammer musiał mieć zresztą swoje kontakty w FBI, o czym świadczy fakt, że w 1975 roku szefem jego ochrony został agent specjalny Hoovera Edmund Birch. Rodzina Hammerów miała również przyjaciół w Departamencie Stanu. Cała rodzina Hammerów była nietykalna. Ojciec Armanda, który spowodował śmierć kobiety podczas nielegalnej aborcji, otrzymał na powrót licencję lekarską, chociaż w tamtych czasach aborcja była przestępstwem. Syn Hammera Julian zastrzelił swojego kolegę Bruce‘a Whitlocka w 1955 roku. Oskarżenie przeciw niemu zostało wycofane z powodów formalnych.

Armand Hammer miał swoich przyjaciół w Kongresie takich jak senator Owen Brewster (Maine) i Styles Bridges (New Hampshire) oraz członek Izby Reprezentantów Emmanuel Celler (Nowy Jork). Byli oni po prostu kupieni przez Hammera, ale nie należeli do jego najbardziej wewnętrznego kręgu. Natomiast człowiekiem, który do tego kręgu należał, był senator Albert Gore senior (demokrata, Tennessee). W zamian za świadczone przez niego usługi polityczne Hammer ofiarował mu 50% udziałów w jednej ze swoich firm. Jako przewodniczący senackiej Komisji Spraw Zagranicznych, czyli jednego z najważniejszych wydziałów legislacyjnych rządu federalnego Gore „wylobbował” miliard dolarów na plan rozwoju produkcji nawozów sztucznych, z którego skorzystał Związek Sowiecki i agrochemiczny oddział należącej do Hammera firmy Occidental Oil. Jedna z podróży Hammera do Moskwy została zaaranżowana przez Gore`a (finansował ją Departament Handlu). Bez Gore‘a Hammer nie mógłby na taką skalę prowadzić swojej prosowieckiej działalności i utrzymać swojego networku, który, jak stwierdził były dyrektor Occidental Oil Carl Blumay, był organizowany via KGB. W dalszej części swojego artykułu Hoffman omawia szczegółowo bardzo zawikłane relacje łączące Gore‘a, Hammera, Occidental Oil z pułkownikiem Kadafim, który po obaleniu monarchii znacjonalizował wszystkie zagraniczne firmy naftowe, ale odszkodowanie zapłacił tylko jednej: Occidental Oil Company Hammera. Dodatkowo Hammer uzyskał rekompensatę od Sowietów. Gore i Hammer mieli swój udział w operacjach, które Kadafi przeprowadzał razem z szefem Stasi Marcusem Wolfem. Hammer potrafił docenić usługi świadczone mu przez Gore‘a: zrobił go wicedyrektorem Occidental Oil Corporation i szefem Island Creek Coal, trzeciej co do wielkości amerykańskiej firmy zajmującej się wydobyciem węgla. Jako wicedyrektor Occidental Oil Corporation Gore senior przeznaczył miliony dolarów na fundusz Armand Hammer Art Museum w Los Angeles.

Obecny wiceprezydent USA Al Gore junior był w dużej mierze wychowankiem Armanda Hammera, który był dla niego drugim ojcem. Czego mógł się nauczyć od „wujka Armanda”? Hoffman uważa, że Armand Hammer mógł nauczać innych tylko tego, co sam nauczył się od komunistów: a ci nauczyli go, że przekupstwo i szantaż to najlepsze metody zdobywania politycznych wpływów. Hammer doskonale rozpoznał znaczenie leninowskiego “żelaznego prawa konspiracji” i według tego prawa postępował. Okazał się godnym swego mistrza Lenina. To Hammer dał 20.000 tysięcy dolarów pani Reagan na zmianę wnętrz w Białym Domu, to Hammer przekazywał duże sumy na polityczne finansowanie F. D. Roosevelta, B. Johnsona, R. Nixona, Jimmy Cartera, Geralda Forda i Ronalda Reagana. Był też mistrzem dezinformacji. Pod koniec życia, twierdzi Hoffman, Hammer a wraz z nim Saul Eisenberg, Albert Reichmann, Robert Maxwell i Albert Gore senior zaangażowani byli wspólnie w pewne przedsięwzięcie związane z produkcją samolotów wojskowych. Ale panowie ci, zdaniem Hoffmana, przeprowadzali równolegle akcję propagandową. Chodziło o to, że zarysowujący się stopniowo upadek Związku Sowieckiego groził tym, że odżyją, popularne w latach 20. i 30. tezy o ważnej roli żydowskich bolszewików w rewolucji i w zainstalowaniu reżimu komunistycznego w Rosji, w Czeka, w Armii Czerwonej. Dlatego wyżej wymienieni panowie, chcąc uprzedzić to niebezpieczeństwo, zastanawiali się nad tym, jak dokonać pewnych przewartościowań i pokazać Żydów raczej jako ofiary komunizmu i męczenników prześladowanych przez antysemitę Stalina, który, jak wiadomo, w znaczący sposób wspomógł powstanie państwa żydowskiego. Hammer, twierdzi Hoffman, był niezwykle zręcznym propagandystą. Już w 1932 roku próbował przedstawić swój dziesięcioletni pobyt w Sowietach jako archeologiczne poszukiwania skarbów rosyjskiej arystokracji. Ten nonsens upowszechnił także w swojej „autobiografii” zatytułowanej The Quest of the Romanoff Treasure, którą napisał jego ghost-writer Walter Duranty, korespondent “New YorkTimesa” i pracownik sowieckiego frontu propagandowego. W 1975 roku Hammer zaaranżował opublikowanie książki Boba Considine‘a The Remarkable Life of Dr. Armand Hammer. Książka ta jest pełna zmyśleń i miała na celu wybielenie komunistycznej przeszłości Hammera. Potem inni autorzy powielali wszystkie te kłamstwa.

W zakończeniu swojego artykułu Hoffman pisze, że gdyby Al Gore junior był synem agenta narodowych socjalistów, który był finansowany przez człowieka, którego ojciec był założycielem amerykańskiej partii narodowosocjalistycznej, to nie mógłby dostać posady nawet inspektora kontrolującego fermy drobiu w jakimś zapyziałym hrabstwie. Ponieważ jednak w jego przypadku chodziło nie o narodowych socjalistów, ale o komunistów, to może być wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, a nawet kandydatem na prezydenta. Dodajmy, że artykuł Hoffmana ozdobiony jest fotografią Lenina, którą wódz bolszewików ofiarował Armandowi Hammerowi. Na fotografii Lenin napisał własnoręcznie po angielsku: „Towarzyszowi Armandowi Hammerowi od Włodzimierza Uljanowa Lenina”. Data tej dedykacji – 21. XI. 1921.

FREEDOM NETWORK NEWS

Pismo amerykańskich libertarianów w wydaniu z lipca/sierpnia 1998 reklamuje książkę The Davidian Massacre. Autorka książki Carole Moore przeprowadziła niezwykle szczegółowe reporterskie dochodzenie, aby dowiedzieć się, dlaczego siły paramilitarne dokonały tego bezprecedensowego ataku na zabarykadowanych w swoim domu przedstawicieli sekty Koresha, który kosztował życie 24 mężczyzn, 35 kobiet i 23 dzieci. Moore pokazuje też jak rząd amerykański montował cover up dla całej akcji i jej rzeczywistego przebiegu. Gdy przeczytamy książkę, to poznamy “the shocking truth”. W wydaniu marzec/kwiecień 1999 znajdziemy arcyciekawy artykuł Jaretta B. Wollsteina „Wojsko przygotowuje się do wprowadzenia stanu wojennego w USA”. Wollstein, jeden z czołowych działaczy Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Indywidualnej Wolności przypomina wydarzenie sprzed pięciu lat: w miejscowości Dinuba w Kalifornii zamaskowani członkowie policyjnej formacji SWAT uzbrojeni w pistolety maszynowe wdarli się do domu 64-letniego robotnika rolnego i zastrzelili go, kiedy, jak potem zeznali, sięgał po nóż. Ta paramilitarna jednostka policyjna została poinformowana, że mężczyzna posiada nielegalnego “obrzyna”. Broń nie została znaleziona. Przed pięciu laty takie rajdy paramilitarnych jednostek nie były czymś zwyczajnym. Dzisiaj są. Dwóch na dziesięciu policjantów to dziś członkowie paramilitarnych jednostek typu SWAT. Departament Obrony jest obecnie najważniejszą instytucją w “wojnie z narkotykami”. Nic dziwnego, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat policja jest coraz bardziej zmilitaryzowana a jednostki wojskowe przekształcają sie w wewnętrzne siły policyjne. Prof. Peter Kraska z Eastern Kentucky University stwierdził, że między rokiem 1986 a 1996 liczba paramilitarnych akcji wzrosła z dziesięciokrotnie – z trzech do trzydziestu tysięcy. Obecnie rząd Stanów Zjednoczonych wykorzystując Y2K i “zagrożenie terrorystyczne” jako pretekst przygotowuje się, zdaniem Wollsteina, do wprowadzenia praw stanu wojennego, czyli ustanowienia wojskowej dyktatury. Te przygotowania są w toku. W ciągu ostatnich kilku lat wojsko i jednostki policyjne SWAT przeprowadziły cały szereg ćwiczeń wojskowych w miastach amerykańskich. W lutym 1999 roku członkowie elitarnego 160. Special Operations Aviation Regiment (tzw. Night Stalkers) dokonały próbnej inwazji na miasto Kingsville w Teksasie. Dziewięć czarnych helikopterów z rykiem silników wylądowało w mieście (jeden zapalił się po uderzeniu w słup linii telefonicznej). Żołnierze zaatakowali dwa puste budynki przy użyciu prawdziwych środków wybuchowych i prawdziwej amunicji. Strzelanina trwała dwie godziny.

W marcu 1999 roku 6.000 żołnierzy marines uczestniczyło w próbnej inwazji na Oakland w Kalifornii. Była to część odbywających się w całym kraju ćwiczeń wojskowych o kryptonimie “Urban Warrior”. Według dziennikarza z Berkeley Gara Smitha operacja „Urban Warrior” to ćwiczenia w przejmowaniu przez wojsko pod kontrolę obszarów miejskich. Niektóre wypowiedzi wyższych wojskowych zawierały sugestie, że siły zbrojne przygotowują się do akcji tłumienia buntów w miastach, włączając w to miasta amerykańskie. Inwazja na Oakland nie była jedyną: podobne akcje wojsko przeprowadziło w Monterey (Kalifornia), Anniston (Alabama), Detroit (Michigan), Chapel Hill (Płn. Karolina), Greensboro (Płn. Karolina), Corpus Christi (Teksas). Na początku maja tego roku 480.000 członków Gwardii Narodowej w 50 stanach uczestniczyło (po raz pierwszy od 1940 roku) w ćwiczeniach COMEX/MOBEX. Oficjalne wyjaśnienie brzmiało, że celem było sprawdzenie, jak jednostki Gwardii mogą działać, kiedy konwencjonalne środki komunikacji np. telefony przestaną funkcjonować w wyniku Y2K. Inne szczegóły ćwiczeń zostały utajnione. Według “Boston Globe” cała armia USA postawiona zostanie w grudniu tego roku w stan pogotowia z powodu Y2K. Departament Obrony określił 120 miast w USA jako potencjalne miejsca chaosu powstałego w wyniku Y2K lub terroryzmu. Departament Obrony przygotowuje jednostki, które by temu zapobiegły. W wielkich miastach amerykańskich doradcy wojskowi szkolą policjantów i uczestniczą wraz z nimi we wspólnych ćwiczeniach. Główny boss od Y2K John A. Koskinen oświadczył, że rząd tworzy regionalne centra dowodzenia, które mają zajmować się skutkami Y2K. Wykorzystuje się przy tym ośrodki antykryzysowe Departamentu Obrony, agencji wywiadowczych i FEMA. Według wspomnianego wyżej Gara Smitha przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego trwają od 1997 roku. Tworzy się specjalne oddziały antykryzysowe złożone z rezerwistów i członków Gwardii Narodowej. Podstawą prawną tych wszystkich działań jest dekret prezydenta Clintona wydany w lipcu 1996 roku i powołujący Presidential Commission on Critical Infrastructure Protection. Ostatnie dekrety Clintona praktycznie znoszą ograniczenia w użyciu sił wojskowych wobec obywateli USA. Kryptonim dla wprowadzenia stanu wojennego brzmi „Operation Garden Plot”. Dokumentem ważnym w tym kontekście jest dokument DODD 3025.12 Military Assistance for Civil Disturbances (MACDIS) wydany 4 lutego 1994 roku przez prokurator generalną Janet Reno. Ten dokument i 12.000 Executive Orders i Presidential Decision Directors (wydanych przez prezydenta Clintona i jego poprzedników) daje rządowi Clintona dyktatorską władzę konfiskowania i zajmowania wszelkiej broni, domów, kont bankowych, firm, szkół, samochodów, środków komunikacji, samolotów, jak również prawo wprowadzenia pracy przymusowej.

Oczywiście prawo wojenne nie będzie narzucone od razu, ale stopniowo, żeby nie zaalarmować obywateli i zminimalizować możliwość efektywnej opozycji. Jest mało prawdopodobne, aby w ciągu następnych kilku lat wprowadzono prawo wojenne w pełnej skali, o ile nie nastąpi wielki kryzys. Natomiast postępować będzie militaryzacja policji, w coraz większym zakresie stosowane będą dekrety prezydenckie, co pozwoli ominąć Kongres i prawa konstytucyjne, nasili się użycie wojska przy zwalczaniu przestępczości (handel i produkcja narkotyków), przy konfiskatach broni i uwalnianiu zakładników. Stan wojenny będzie wprowadzany na ograniczonych obszarach, tak jak w Los Angeles w czasie rozruchów w związku ze sprawą Rodney‘a Kinga. Armia będzie używana w przypadku ataków terrorystycznych, czemu towarzyszyć będzie ściślejsza kontrola nad mediami i przepływem informacji. Nigdy, pisze Wollstein, nie dowiemy się prawdy o kolejnych „podpaleniach Reichstagu” w typie bomby podłożonej w Oklahoma City. Końcowym rezultatem tego procesu, prorokuje Wollstein, będzie wojskowa dyktatura w Stanach Zjednoczonych, wprowadzona w tak zręczny i subtelny sposób, że wielu ludzi dopiero w obozach reedukacyjnych będzie miało czas na zastanawianie się, jak do tego mogło dojść. Trudno ocenić, na ile przewidywania Wollsteina okażą się trafne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Imperium Americanum musi przekształcać się wewnętrznie, gdyż nie może sobie pozwolić na to, aby Stany Zjednoczone, czyli jego metropolitalna prowincja przeszła jakieś poważne wstrząsy polityczne na tle socjalnym czy rasowym. Procesy zachodzące w USA mają raczej taki charakter, że uruchamiają siły odśrodkowe. Już od dawna wiadomo, że szkieletem państwa w USA są służby specjalne. Demokracja nie jest w stanie na dłuższą metę utrzymać imperialnego statusu. Być może więc władcy imperium chcą, zachowując demokratyczną fasadę, wprowadzić wojskową dyktaturę wojskową, aby utrzymać jedność państwa i uratować imperium. Należy te procesy śledzić z najwyższą uwagą, gdyż mają one wpływ na sytuację w całym imperium. Z czasem może się okazać, że demokratyczna fasada jest przeszkodą w funkcjonowaniu wojskowej dyktatury – przy czym należy pamiętać o tym, że ta wojskowa dyktatura nie, będzie dyktaturą podobną do dyktatur wojskowych znanych z XIX. i XX. wieku. Wypracuje ona nowe instrumenty władzy i przebuduje odpowiednio narzędzia i treści masowej propagandy. Może być wojskową dyktaturą, ale obywatele nie zobaczą na najważniejszych stanowiskach w państwie żadnego generała w mundurze.

THE WASHINGTON REPORT ON MIDDLE EAST AFFAIRS

W numerze z lipca/sierpnia 1998 opublikowany został artykuł Allana C. Brownfelda „Syjonizm i antysemityzm: dziwny sojusz w ciągu historii”. Brownfeld jest publicystą i współredaktorem „Lincoln Review”, pisma wydawanego przez Lincoln Institute for Research oraz redaktorem pisma “Issues” wydawanego przez American Council for Judaism. Na początku Brownfeld stwierdza, że jest starą taktyką oskarżanie krytyków Izraela o antysemityzm. W szeroko dyskutowanym artykule “Oskarżam” („Commentary”, wrzesień 1983) Norman Podhoretz oskarżył amerykańskich dziennikarzy prasowych i telewizyjnych o antysemityzm w związku z ich relacjami na temat wojny w Libanie. Podhoretz nie oskarżył ich o to, że są złymi dziennikarzami, że przekazują fałszywe informacje, nie, on ich oskarżył o antysemityzm. Krytykę polityki państwa żydowskiego Podhoretz uznał za “erupcję antysemityzmu”. Proces redefiniowania antysemityzmu zaczął się w 1974 roku, kiedy dwaj czołowi funkcjonariusze Ligi Przeciw Zniesławianiu Arnold Forster i Benjamin R. Epstein wydali książkę The New Antisemitism. Ten nowy antysemityzm nie oznaczał koniecznie wrogości wobec Żydów czy judaizmu, ale krytyczną postawę wobec Izraela i jego polityki. Nieco później inny aparatczyk z Ligi Przeciw Zniesławianiu Nathan Perlmutter stwierdził, że w Ameryce zanika tradycyjny antysemityzm. Zamiast jednak odtrąbić wielkie zwycięstwo Perlmutter utożsamił „interes Żydów” z „interesem Izraela” i wyszło mu, że każdy kto ma negatywną opinię o polityce izraelskiej, ten jest ipso facto antysemitą. Ta taktyka używania określenia „antysemita” w odniesieniu do dysydentów nie jest nowa. Znana dziennikarka Dorothy Thompson, która była nieugiętym wrogiem Hitlera, wypowiedziała się krytycznie o Izraelu wkrótce po utworzeniu tego państwa. Natychmiast została obwołana antysemitką. To, czego nie wiedzą Amerykanie, to fakt, że istnieje długa historia – od końca XIX. wieku do dziś – sojuszu syjonistów i prawdziwych antysemitów – od tych, którzy organizowali pogromy w Rosji po Hitlera we własnej osobie.

Założyciel nowoczesnego, politycznego syjonizmu Theodor Herzl w czasie, gdy był korespondentem jednego z pism wiedeńskich w Paryżu, utrzymywał dobre kontakty z czołowymi francuskimi antysemitami tamtego czasu. W swojej biografii Herzla The Labyrinth of Exile Ernst Pawel informuje, że ci, którzy finansowali i wydawali tygodnik „La Parole Libre” poświęcony „obronie katolickiej Francji przed ateistami, republikanami, masonami i Żydami” regularnie zapraszali Herzla do swych domów, a on chętnie z tych zaproszeń korzystał. Pawel pisze, że Herzl był zauroczony tymi ludźmi. Wysoko oceniał Herzl klasyczną pozycję antyżydowską La France Juive Edouarda Drumonta. Ba, ambiwalentne, zarówno negatywne, jak i pozytywne wrażenia wywołała u niego słynna (osławiona) książka Eugena Dühringa Kwestia żydowska. Po ukazaniu się Państwa żydowskiego Herzla Drumont zamieścił jej entuzjastyczną recenzję w „La Parole Libre”. W liście do Moritza Benedikta z końca 1892 Herzl napisał: „Nie oceniam ruchu antysemickiego jako w pełni szkodliwego. Pohamuje on ostentacyjne chełpienie się rzucającym się w oczy bogactwem, nałoży karby na bezwzględne postępowanie żydowskich finansistów i na różny sposób przyczyni się do edukacji Żydów (…) W tym względzie jesteśmy chyba zgodni”. Książka Herzla Der Judenstaat została niechętnie przyjęta przez wielu znanych Żydów, którzy uważali się za obywateli francuskich, niemieckich, angielskich wyznania mojżeszowego i nie byli zainteresowani powstaniem państwa żydowskiego. Natomiast z uznaniem przyjęli ją antysemici. Pawel zauważa, że argumenty Herzla były nieodróżnialne od tych, których używali antysemici. Jedna z pierwszych pochwalnych recenzji książki Herzla ukazała się w antyżydowskim piśmie „Westungarischer Grenzbote” wydawanym w Bratysławie przez Ivana von Simoni, członka węgierskiego parlamentu. Von Simoni wychwalał pod niebiosa książkę Herzla i tak był do niej entuzjastycznie nastawiony, że osobiście złożył Herzlowi wizytę. Herzl zapisał potem w swoim dzienniku: „Mój dziwny zwolennik, antysemita z Bratysławy Ivan von Simoni przybył, aby się ze mną zobaczyć. Niesamowicie bystry, wielce gadatliwy sześćdziesięciolatek o niezwykłej sympatii do Żydów. Przechodzi od doskonale racjonalnej rozmowy do kompletnych nonsensów, wierzy w oskarżenia o mord rytualny a równocześnie ma najbardziej rozsądne, nowoczesne idee. Uwielbia mnie”.

Brownfeld przypomina dalej o kontaktach Herzla ze słynnym (osławionym) ministrem spraw wewnętrznych Rosji Plehwem. Wskazuje na to, że rosyjscy syjoniści zgadzali się z rosyjskimi czynnikami politycznymi, że odpowiedzialność za pogromy Żydów w Rosji ponoszą członkowie żydowskie-go Bundu, którzy chcieli demokratycznych reform w Rosji. Syjoniści uważali, że Żydzi nie powinni brać udziału w życiu politycznym Rosji, lecz czekać na moment wyjazdu do Palestyny. Dlatego sympatykiem syjonistów był szef tajnej policji w Moskwie Zubatow, który widział w nich instrument neutralizowania działalności wywrotowej przeciw caratowi. W swojej książce The Fate of the Jews Roberta Strauss Feuerlicht podaje, że syjonizm cieszył się poparciem Zubatowa, podobnie jak wielu innych antysemitów w Rosji, ponieważ przenosił „kwestię żydowską” w inne miejsce. Według Feuerlicht zarówno Zubatow, jak i syjoniści chcieli zniszczenia socjalistycznego Bundu, Zubatow, bo widział w nich zagrożenie dla systemu politycznego, syjoniści zaś dlatego, że walkę Bundu o poprawę losu Żydów w Rosji uważali za zbędną i szkodliwą dla ich celów politycznych. Feuerlicht uważa wręcz, że syjoniści wcale nie chcieli poprawy sytuacji ludności żydowskiej w Rosji, gdyż to oznaczało mniejszą liczbę chętnych do emigracji do Palestyny. Feuerlich pisze w swojej książce, że syjoniści oddawali Zubatowowi usługi agenturalne i robli dywersyjną robotę wewnątrz Bundu. Brownfeld przypomina poza tym układ zawarty przez Żabotyńskiego z hetmanem Petlurą i kontakty syjonistów z narodowymi socjalistami, z którymi łączyło ich przekonanie o znaczeniu czynnika „rasy” i wrogość wobec asymilacji Żydów. Brownfeld przypomina syjonistów, którzy chwalili Hitlera za jego rozprawę ze wspólnym wrogiem – liberalizmem. Należał do nich m.in. rabin dr Joachim Prinz, który wyemigrował do USA, gdzie został wiceprezesem Światowego Kongresu Żydów i liderem Światowej Organizacji Syjonistycznej. W opublikowanej w 1934 roku książce My Żydzi Prinz wyrażał swoje uznanie dla tzw. Niemieckiej Rewolucji i klęski liberalizmu. Wraz z klęską liberalizmu, pisał Prinz, upadła jedyna forma życia politycznego, która wspierała asymilację Żydów. Prinz stwierdzał, że zwycięstwo narodowego socjalizmu wyeliminowało asymilację i mieszane religijnie małżeństwa jako opcję dla Żydów, i że nie należy się z tego powodu smucić. Prinz widział spełnienie celów syjonizmu w tym, że Żydzi są zmuszeni identyfikować się jako Żydzi. Chcemy, pisał Prinz, zastąpić asymilację nowym prawem: opowiedzeniem się za przynależnością do narodu żydowskiego i rasy żydowskiej. Żyd, który deklaruje się jako Żyd, może jedynie szanować i respektować państwo oparte zasadzie czystości narodu i rasy, stwierdzał rabin Prinz.

Brownfeld przypomina też znaną propozycję jednej z grup syjonistycznych skierowaną do władz Rzeszy (do aktywistów tej grupy należał przyszły premier Izraela Icchak Szamir). W propozycji tej (ze stycznia 1941 roku) syjoniści z uznaniem witali deklaracje polityków Rzeszy Niemieckiej o „radykalnym rozwiązaniu kwestii żydowskiej przez ewakuację”. Ewakuacja mas żydowskich z Europy, jest warunkiem wstępnym rozwiązania kwestii żydowskiej – tak uważali zarówno syjoniści, jak i narodowi socjaliści. To rozwiązanie powinno polegać na osiedleniu mas żydowskich w ich ojczyźnie – Palestynie i na utworzeniu państwa żydowskiego w jego historycznych granicach. W dalszym ciągu syjoniści wyrażali swoje zadowolenie z dobrej woli rządu Rzeszy Niemieckiej i jej władz wobec syjonistycznej działalności w Niemczech i wobec syjonistycznych planów emigracji. Stwierdzali dalej, że utworzenie historycznego państwa żydowskiego na narodowych i totalitarnych podstawach oraz związanego traktatem z Rzeszą Niemiecką wzmocniłoby przyszłą pozycję Rzeszy Niemieckiej. Icchak Szamir i jego koledzy oferowali aktywny udział w wojnie po stronie Niemiec i podkreślali, że współpraca izraelskiego ruchu wyzwoleńczego szłaby po linii ostatnich wystąpień kanclerza Rzeszy, pana Hitlera. Władze Rzeszy nie przyjęły propozycji syjonistów, ponieważ uznały, że są niewielką grupką, która nie reprezentuje żadnej siły (szkoda, może powstałby jakiś odział żydowskiej Waffen-SS – red.).

W dalszym ciągu swojego artykułu Brownfeld powołuje sie na książkę rabina Davida J. Goldberga To the Promised Land. A History of Zionist Thought. Goldberg analizuje w niej życie i poglądy Włodzimierza Żabotyńskiego, który wywarł wielki wpływ na Menachema Begina. Nadrzędną zasadą filozofii politycznej Żabotyńskiego, było podporządkowanie się idei ojczyzny, wierność charyzmatycznemu liderowi, nadrzędność celów narodowych nad konfliktami klasowymi. Żabotyński irytował się, kiedy w 20 lat później oskarżano go o naśladowanie Mussoliniego i Hitlera. Jego irytacja była uzasadniona: on ich nie naśladował, ale antycypował. Dla Żabotyńskiego, podobnie jak dla innych europejskich nacjonalistów, nie było wyższej wartości niż naród i ojczyzna. Nie dziwi więc jego sympatia dla ukraińskich nacjonalistów. W 1911 roku Żabotyński opublikował artykuł na cześć Tarasa Szewczenki, wychwalając go za pobudzanie ducha narodu ukraińskiego. Inną ciekawostkę przytoczyła Lore Dickstein w omówieniu na łamach „The New York Times Book Review” książki Im Memory‘s Kitchen. A Legacy From The Women of Terezen. Dickstein pisze o Anny Stern, która chciała w 1939 opuścić Czechy. Miała ona odbyć rozmowę z Adolfem Eichmannem. Ten spytał ją, czy jest syjonistką. Tak, odpowiedziała Stern. Dobrze, rzekł Eichmann, ja też jestem syjonistą i chcę, żeby wszyscy Żydzi wyjechali do Palestyny. Wielu autorów zwracało już uwagę na ideologiczne pokrewieństwo narodowego socjalizmu i syjonizmu. Oba ruchy widziały Żydów przez pryzmat kategorii etnicznych, oba wychodziły z tych samych nacjonalistycznych przesłanek. W swojej książce The Meaning of Jewish History rabin Jacob Agus pisze, że skrajni przedstawiciele politycznego syjonizmu zgadzali się z antysemitami w kilku sprawach: 1. emancypacja Żydów w Europie była błędem, 2. Żydzi w krajach Europy mogą wywierać jedynie wpływ negatywny, 3. wszyscy Żydzi na świecie są jednym narodem niezależnie od swoich politycznych sympatii, 4. wszyscy Żydzi są czymś wyjątkowym i nie mogą zintegrować się z narodami europejskimi, 5. antysemityzm jest naturalną reakcją wynikającą z narodowych uczuć Europejczyków. Nic dziwnego, że Alfred Rosenberg powoływał się na syjonistów, którzy twierdzili, że Żyd nie może być Niemcem. Rosenberg, przesłuchiwany w Norymberdze, oświadczył, że studiował żydowskich historyków i że pozytywnie oceniał fakt powrotu znacznej części narodu żydowskiego do własnych narodowych tradycji i separowania się od innych narodów. W publikacjach narodowych socjalistów przytaczano stwierdzenie znanego syjonistycznego historyka Simona Dubnowa: „Asymilacja jest zwyczajną zdradą ideałów narodu żydowskiego. Nie można ‘stać się’ członkiem rodziny, plemienia lub narodu. Można nabyć prawa i przywileje wynikające z obywatelstwa obcego narodu, ale nie można nabyć narodowości. Emancypowany Żyd we Francji nazywa sam siebie Francuzem wyznania żydowskiego. Czy to oznacza, że stał się częścią narodu francuskiego? Nie. Żyd, nawet jeśli urodził się we Francji i tam żyje, pozostaje mimo to członkiem narodu żydowskiego”. Nie ulega wątpliwości, że syjonizm był ruchem nacjonalistycznym pokrewnym ruchom nacjonalistycznym w krajach europejskich i dzielił z nimi zarówno wielkość, jak i iluzje i błędy. W tym kontekście razi oskarżycielski ton artykułu Brownfelda, ton zupełnie nie na miejscu. Przecież współpraca syjonistów z nacjonalistami, z antysemitami, z Zubatowem, z narodowymi socjalistami, z faszystami (o swoich bardzo dobrych kontaktach z prezesem włoskiej partii faszystowskiej Benito Mussolinim pisał Nahum Goldmann) była polityką bardzo mądrą i dalekowzroczną, i przyniosła znakomite rezultaty tzn. doprowadziła w końcu do powstania państwa żydowskiego. Był to najzwyczajniejszy w świecie polityczny „deal”, korzystny dla obu stron. Nie ma się tu czym oburzać. A że współcześni syjoniści nie lubią się chwalić tymi epizodami z przeszłości (choć mają słuszne powody do dumy), to już całkiem inna kwestia.

FREE SPEECH

Pismo skrajnej, rewolucyjnej i niepodległościowej, prawicy amerykańskiej, dla której kultową książką są Dzienniki Turnera, więc trzeba się przygotować na silne emocje. Przeglądając numery z ostatnich kilku lat natrafiliśmy na artykuł Kevina Alfreda Storma traktujący o tym, jak zachowywali się w Europie żołnierze zwycięskich armii. Warto go streścić, bo o zachowaniu żołnierzy Wehrmachtu napisano całe tomy, natomiast sprawy, o których pisze autor artykułu nie są specjalnie znane. Kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Berlina, w mieście było niewielu mężczyzn, na 2.700.000 mieszkańców dwa miliony to były kobiety. Nic dziwnego, że kobiety żyły w wielkim strachu przed seksualnymi atakami. Lekarze byli oblegani przez kobiety, które chciały wiedzieć jak najszybciej można popełnić samobójstwo, różnego rodzaju trucizny stały się poszukiwanym towarem. Jak można było przewidywać żołnierze Armii Czerwonej natychmiast przystąpili do dzieła: lekarze oceniają, że ofiarą gwałtów padło ok. 100.000 kobiet w wieku od lat 10 do 70. W Haus Dehlem, charytatywnej instytucji dla kobiet gwałcono kobiety ciężarne i te, które niedawno urodziły. 24 marca 1945 roku Armia Czerwona wkroczyła do Gdańska. I tutaj gwałty były na porządku dziennym, niektóre kobiety i dziewczęta były gwałcone po kilkanaście razy. Brytyjski arcybiskup Bernard Griffin zjeździł Europę, aby sprawdzić, co się tam dzieje. Według jego oceny w Wiedniu zgwałcono ok. 100.000 kobiet, niektóre wielokrotnie, także i tutaj ofiarami gwałtów padły kilkunastoletnie dziewczynki i stare kobiety. W Nysie zgwałcono ponad 100 zakonnic. W diecezji katowickiej było 66 ciężarnych zakonnic. Jeden z księży pisał w czasopiśmie “Nord America” w listopadzie 1945 roku, że były całe wioski, w których wszystkie kobiety były wielokrotnie gwałcone. Sylvester Michfelder, luterański pastor pisał na łamach „Christian Century”: „Nieodpowiedzialni bandyci w rosyjskich lub amerykańskich mundurach rabują pociągi. Kobiety i dziewczęta są gwałcone na oczach wszystkich”. 27 kwietnia 1946 roku Radio Watykan stwierdziło, że w okupacyjnej strefie sowieckiej słychać krzyk o pomoc „gwałconych dziewcząt i kobiet”. Nie wszyscy gwałciciele nosili czerwone gwiazdy. John Dos Passos w magazynie “Life” z 7 stycznia 1946 roku przytoczył wypowiedź amerykańskiego majora, który stwierdził, że „kobitki, wódka i łup to zapłata żołnierza”. Na łamach “Time” z 12 listopada 1945 roku ukazał się list żołnierza. Pisał on: „Normalna amerykańska rodzina byłaby zszokowana, gdyby wiedziała, jak zachowują się ‘Nasi Chłopcy’. Gazeta przytoczyła słowa pewnego sierżanta: „Nasza armia i armia brytyjska ma swój udział w rabunkach i  gwałtach. Nie jest to postawa powszechna, ale procentowo wystarczy, żeby być czarną plamą na honorze naszej armii, my również postrzegani jesteśmy jako armia gwałcicieli”. W Neapolu dowództwo dało oddziałom złożonym z Murzynów pełną swobodę w stosunku do włoskich kobiet. Efektem gwałtów i seksualnej eksploatacji było wiele małych Mulaciątek.

Rząd amerykański zakazał małżeństw żołnierzy z Niemkami (które widocznie zaliczono do niższej rasy), a równocześnie kazał rozdać wśród żołnierzy miliony prezerwatyw, aby mogli oni wyżywać się seksualnie na niemieckich kobietach, których mężowie nie żyli lub byli w niewoli. Wśród żołnierzy amerykańskich i brytyjskich gwałty nie były rzeczą tak powszechną jak wśród żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieci po prostu gwałcili wszystkie kobiety od 10 lat w górę, a jeśli ktoś w obronie przed gwałtem zabił żołnierza sowieckiego, to rozstrzeliwali 50 Niemców, jak donosił „Time” z 11 czerwca 1945 roku. Amerykanie i Brytyjczycy w większym stopniu wykorzystywali fakt, że bezdomne, często głodujące niemieckie kobiety były gotowe oddać się temu, kto dał im trochę jedzenia dla nich lub ich dzieci. Ale mimo to kobiety były gwałcone. W Stuttgarcie żołnierze francuskich oddziałów kolonialnych znajdujących się pod dowództwem Eisenhovera (prawdopodobnie w większości kolorowi) zgwałcili 2.000 kobiet. W ciągu tygodnia zgwałcili tyle kobiet, ile zgwałcili niemieccy żołnierze we Francji w ciągu czterech lat okupacji. W sumie twierdzi autor żołnierze Armii Czerwonej i armii zachodnich aliantów zgwałcili więcej europejskich kobiet niż kiedykolwiek w historii świata. Pismo przypomina, że jedyny znany przypadek nawoływania wprost żołnierzy do gwałcenia kobiet to płomienne apele llji Erenburga.

Na łamach „Free Speech” z lipca 1997 roku znajdziemy uzupełnienie do powyższego artykułu. Otóż w maju 1944 roku siły alianckie zdobyły Monte Cassino w Apeninach – wcześniej bombowce alianckie obróciły w kupę gruzów mieszczące się tam opactwo z 6. wieku. W siłach alianckich walczyli Marokańczycy w liczbie 12.000. W boju nie odznaczali się specjalnie, ale byli świetni w podrzynaniu gardeł jeńcom po zakończeniu tej czy innej bitwy. W noc po zakończeniu bitwy o Monte Cassino i po wycofaniu się oddziałów niemieckich, tysiące Marokańczyków opuściło miejsca zakwaterowania i rozbiegło się po wioskach wokół Monte Cassino. Gwałcili każdą kobietę i dziewczynę, która wpadła im w ręce. Szacuje się, że zgwałcili ok. 3000 kobiet w wieku od 11 do 86 lat. Zabili również 800 mężczyzn, którzy stanęli w obronie kobiet. Ponad 100 ze zgwałconych kobiet zmarło. Marokańczycy ustawiali się w długich kolejkach, aby gwałcić najpiękniejsze dziewczęta. Zgwałcili również kilkunastu młodych mężczyzn. Poza tym niszczyli domy i kradli wszystko, co miało jakąś wartość.

W innym artykule Strom odbrązawia Martina Luthera Kinga. Pisze, że komuniści natychmiast po objęciu władzy zawsze przystępowali do “przepisywania” historii, aby zgodna była z aktualną linią partii. Wielcy ludzie i bohaterowie narodowej historii byli wyrzucani z podręczników szkolnych, szkalowani albo dopasowywani do komunistycznej wersji historii, zaś komunistyczni killerzy i przestępcy „kanonizowani”. Czy ktoś mógłby uwierzyć, że coś podobnego może zdarzyć się w Stanach Zjednoczonych? A jednak tak właśnie się stało: w styczniu każdego roku media wprost dławią się z zachwytu nad „wielebnym doktorem Martinem Lutherem Kingiem juniorem”. King ma swoje ogólnokrajowe święto, którego nie ma żaden inny Amerykanin, ani Waszyngton, ani Jefferson, ani Lincoln. Kim był naprawdę Martin Luther King, Jr? Na pewno nie tym, kim uczyniła go legenda. Urodził się w 1929 roku jako syn czarnego kaznodziei nazywanego “Daddy King”. “Daddy King” nazwał swojego syna Michael. W 1935 roku wpadł na pomysł, aby samemu nazwać się Martin Luther King. Zażyczył sobie, żeby tak się do niego zwracano. W ten sposób Michael stał się Martinem Lutherem Kingiem juniorem. Żadna z tych zmian nie została nigdy zalegalizowana w sądzie. Dlatego prawdziwe nazwisko syna „Daddy Kinga” brzmi po dziś dzień Michael King.

W1947 roku Michael King wygłosił swoje pierwsze publiczne kazanie w Ebenzer Baptist Church. Było ono plagiatem kazania protestanckiego duchownego Harry Emersona Fosdicka. Pierwsza książka Kinga zatytułowana Stride Toward Freedom została przepisana z kilku źródeł, z których żadne nie zostało wymienione. Prace Kinga z teologii systematycznej napisane na Boston University i Crozer Theological Seminar to również plagiaty. Esej Kinga „The Place of Reason and Experience in Fiding God” zawiera całe fragmenty przepisane z pracy teologa Edgara S. Brightmana The Finding of God. Inna praca Kinga „Contemporary Continental Theology” to w dużym stopniu plagiat z książki Waltera Marshalla Hortona. Dysertacja Kinga “A Comaparison of the Conceptions of God in the Thinking of Paul Tillich and Harry Nelson Wieman” zawiera ponad pięćdziesiąt fragmentów zaczerpniętych z dysertacji Jacka Boozera „The Place of Reason in Paul Tilllich‘s Concept of God”. W części poświęconej Tillichowi jedynie 49% zdań zawiera pięć lub więcej własnych słów Kinga! Lewicowy sympatyk Kinga David J. Garrow w artykule opublikowanym na łamach “The Journal of American History” ujawnił, że w kompilowaniu jego prac pomagała Kingowi żona Coretta Scott King, która była jego sekretarką. Zdaniem Garrowa prace Kinga to prawie bez wyjątku streszczenia i kompilacje z innych autorów. Mimo to jego uniwersyteccy nauczyciele dawali mu dobre oceny a w końcu przyznali mu tytuł doktorski, chociaż z pewnością na niego nie zasługiwał. W 1991 roku komisja z Boston University przyznała, że King popełnił plagiat. Ale równocześnie oznajmiła, że odebranie mu tytułu doktorskiego byłoby niecelowe.

W 1957 roku w dniu Święta Pracy odbyło się spotkanie, w którym uczestniczył Martin Luther King junior. Spotkanie odbyło się w dziwnej instytucji nazywającej się Highlander Folk School i mającej swoją siedzibę w Monteagle (Tennessee). Ta instytucja założona została przez Mylesa Hortona odpowiedzialnego za organizowanie partii komunistycznej na terytorium Tennessee, i Dona Westa – organizatora partii komunistycznej w Północnej Karolinie. Oprócz Kinga, Hortona i Westa w spotkaniu wzięli udział Abner Berry i James Dumbrowski – obaj członkowie partii komunistycznej. Na spotkaniu omawiano plan podróży po stanach południowych mającej na celu wywoływanie demonstracji i zamieszek. Od 1955 do 1960 roku towarzyszem Kinga, współpracownikiem i osobistym sekretarzem był Bayard Rustin, który w 1936 roku wstąpił do Ligi Młodych Komunistów. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych Rustin sądzony był za uchylanie się od służby wojskowej i homoseksualizm. W lutym 1957 roku uczestniczył w 16. Konwencji Komunistycznej Partii USA. W miesiąc później on i King założyli Southern Christian Leadership Conference (SCLC). Prezesem SCLC został Martin Luther King, a wiceprezesem wielebny Fred Shuttlesworth, który był równocześnie prezesem kryptokomunistycznej organizacji o nazwie Southern Conference Educational Fund. Do jej kierownictwa należał Carl Braden, związany z procastrowską grupą Fair Play for Cuba Committee. Dyrektorem programowym SCLC był Andrew Young, późniejszy ambasador Cartera przy ONZ, szkolony we wspomnianej już komunistycznej Highlander Folk School. Krótko po swojej wizycie w Moskwie w 1958 roku Bayard Rustin zorganizował pierwszy słynny marsz Kinga na Waszyngton. Oficjalny organ partii komunistycznej „The Worker” otwarcie oświadczył, że marsz był dziełem komunistów. W1961 roku Rustin przestał być sekretarzem Kinga, ale w sierpniu 1963 roku był jednym z głównych organizatorów marszu na Waszyngton. W 1961 roku funkcję sekretarza i doradcy Kinga przejął od Rustina Jack O‘Dell, znany też jako Hunter Pitts O‘Dell, członek partii komunistycznej od 1956 roku i od 1962 roku członek krajowych władz KP USA. Kiedy patriotyczna prasa ujawniła komunistyczne powiązania O‘Della, King zwolnił go ze stanowiska, po czym zrobił go szefem nowojorskiego biura SCLC.

W 1963 roku czarnoskóry Robert Williams z Monroe w Płn. Karolinie udał się do Pekinu. 20 dni przed marszem na Waszyngton Williams skłonił Mao Tse Tunga, aby wyraził poparcie dla ruchu Kinga. Willimas miał w tym czasie swoją siedzibę na Kubie, skąd trzy razy w tygodniu występował w hawańskiej rozgłośni radiowej „Radio Free Dixie”, która swoim zasięgiem obejmowała południe USA. W swoich radiowych wystąpieniach Williams wzywał Czarnych do stosowania przemocy wobec Białych. W tym czasie Williams napisał książkę Negroes With Gun. A kto napisał przedmowę do tej książki? Nie kto inny jak Martin Luter King. Wydawcami książki byli ludzie wspierający działalność procastrowskiego Fair Play for Cuba Committee. Trzeba tu dodać, że wizerunek Kinga, jako zwolennika ”non-violance”, został stworzony na użytek propagandy. King nie miał nic przeciw temu, aby w skład SCLC wchodzili członkowie czarnych grup nawołujących do przemocy i ją praktykujących. King napominał ich jedynie, aby stosowali „tactical non-violance“. Zdaniem biografa i sympatyka Kinga Davida J. Garrowa, King określał się prywatnie jako marksista. W swojej książce The FBI and Martin Luther King opublikowanej w 1981 roku Garrow cytuje Kinga, który na posiedzeniach funkcjonariuszy SCLC mówił: „idziemy ku nowej erze, która musi być erą rewolucji. Cala struktura życia amerykańskiego musi być zmieniona. Jesteśmy zaangażowani w walkę klasową”. Jedną z najważniejszych postaci kierujących zza kulis Kingiem był komunista Stanley Levison, który podejrzewany był o to, że za jego pośrednictwem Moskwa przekazywała pieniądze amerykańskim komunistom. To Levison był mentorem Kinga i mózgiem jego działań. To Levison redagował książkę Kinga Stride Toward Freedom i załatwiał dla niego sprawy wydawnicze. Levison wypełniał nawet za Kinga zeznania podatkowe. To Levison naprawdę kontrolował zbieranie funduszy na SCLC i na jej agitacyjną działalność. To Levison napisał wiele przemówień Kinga, który określał go jako swojego „najbliższego przyjaciela”. I to te bliskie związki Kinga z Levisonem spowodowały, że FBI zainteresowała się Kingiem.

Nie należy sądzić, że w FBI byli „rasiści”, którzy chcieli pozbyć się Kinga. Wyższy funkcjonariusz FBI William C. Sullivan, który odpowiedzialny był za inwigilację Kinga, określał się jako „liberał” i stwierdził, że początkowo był w stu procentach za Kingiem, ponieważ widział w nim potrzebnego lidera Czarnych w ich dążeniu do uzyskania “praw obywatelskich”. Równocześnie Sullivan ujawnił trochę faktów zawartych w kartotece Kinga utajnionej do 2027 roku. Okazuje się, że King sporo funduszy zbieranych na działalność “ruchu praw obywatelskich” przeznaczał na alkohol i prostytutki, również białe, co zgodne było z jego przekonaniem, że nie kolor skóry się liczy, ale takie czy inne zalety. W czasie podróży Kinga po kraju było normą sprowadzanie przezeń do hotelu prostytutek, często dwóch naraz, z którymi odbywał pijackie seks-party trwające niekiedy kilka dni. Także ostatnią noc przed zamachem spędził King z trzema kobietami: z dwoma „uprawiał seks” a trzecią bił. Poza prostytutkami King lubił kobiety zamężne, których wiele uwiódł. Sullivan, który w ciągu 30 lat pracy w FBI poznał najbardziej ukryte strony ludzkiego życia, powiedział, że King należał do siedmiu ludzi, których spotkał w czasie służby w FBI, będących takimi seksualnymi degeneratami. Cóż więc zostaje ze stworzonego na użytek publiczny mitu Kinga? Nic. Nie nazywał się Martin Luther King, Jr ale Michael King. Jego doktorat to plagiat. Nie był żadnym “wielebnym”, ale seksualnym degeneratem. Nie był samodzielnym liderem, ale marionetką otoczoną i manipulowaną przez komunistów. I takiego „świętego” czczą dziś Amerykanie. O tempora, o mores!

FREEDOM DAILY

Numer listopadowy z 1998 roku przynosi omówienie książki Thomasa E. Mahla Desperate Deception: British Covert Operations in the United States 1933-44. Autor omówienia Richard M. Ebeling przypomina, że w latach 1939-41 USA pozostawały krajem neutralnym zaś duża część tzw. opinii publicznej i niektóre osobistości życia politycznego sprzeciwiały się wejściu USA do wojny w Europie. Aby tę sytuację zmienić Brytyjczycy zorganizowali w USA kampanię propagandową, której kulisy szczegółowo przedstawia w swojej książce Thomas E. Mahl. Krótko po wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku rząd brytyjski powołał do życia specjalną agencję o nazwie British Security Coordination (BSC), która miała swoja siedzibę w Nowym Jorku. Jej dyrektorem był William Stephenson (pseudonim „Interpid”). Wymieńmy kilka udanych akcji przeprowadzonych przez BSC. W październiku 1941 roku prezydent Roosevelt wygłosił do narodu przemówienie, w którym oznajmił, że jest w posiadaniu mapy zdobytej u Niemców, pokazującej planowaną przez Hitlera inwazję Brazylii. Roosevelt wykorzysta! tę mapę jako środek nacisku na Kongres, aby znieść niektóre paragrafy ustaw o neutralności. Ta mapa została wykonana przez Brytyjczyków w Toronto i „podegrana” do Białego Domu. W listopadzie 1941 roku rząd brytyjski uznał, że za mało jest fotografii przedstawiających zbrodnie niemieckie. BCS stworzyło w Kanadzie studio filmowe, gdzie były produkowane takie fotografie. Na tych sfałszowanych fotografiach statyści i aktorzy przebrani w niemieckie mundury odgrywali sceny masowych egzekucji niewinnych ludzi (ciekawe, czy któreś z tych fotografii trafiły na słynną w Niemczech wystawę dokumentującą zbrodnie Wehrmachtu? – red.). Sfałszowane zdjęcia były szeroko kolportowane w USA.

Brytyjczykom udało się pozyskać dla swoich celów wiele osobistości życia publicznego w USA np. komentatora radiowego Waltera Winchella, pisarkę i publicystkę Dorothy Sayers, Waltera Lippmana, Marshalla Fielda, Henry Luce‘a i innych. Część z nich została pozyskana przy pomocy „sponsoringu”, inni świadomie uczestniczyli w probrytyjskiej kampanii propagandowej. Brytyjczykom udało sie nawet wpłynąć na treść podręczników szkolnych i komiksów. Inną metodą było rozsiewanie oszczerczych plotek wobec tych członków Kongresu, którzy opowiadali się za „izolacjonizmem”. Celem oskarżeń stał się np. Hamilton Fish, którego brytyjscy agenci wpływu oskarżyli o branie pieniędzy od Niemców. Brytyjczycy mieli także swój udział w nominowaniu Wendella Willkie‘go na kandydata partii republikańskiej do urzędu prezydenta w 1940 roku. Willkie znany był z probrytyjskiego nastawienia, podczas gdy jego kontrkandydat Robert Taft uchodził za „izolacjonistę”. Brytyjczycy wsadzili swoich ludzi do ośrodków badania opinii publicznej, wpływali na związki zawodowe i organizacje kombatanckie. Te i inne metody opisane przez Mahla w jego książce pokazują, jak szeroki był zakres działania brytyjskiej agentury wpływu w USA. Dodać jednak należy gwoli sprawiedliwości, że to raczej Roosevelt posłużył się Brytyjczykami, gdyż przed Pearl Harbor nie mógł, z przyczyn wewnątrzpolitycznych, sam rozwinąć probrytyjskiej propagandy. Wygodniejsze dlań było, żeby to Brytyjczycy przekonywali Amerykanów do udziału w wojnie przeciw Niemcom.

NIEMCY

UNABHÄNGIGE NACHRICHTEN

 

Miesięcznik informacyjny niemieckiej prawicy narodowej i niepodległościowej przynosi w każdym numerze masę wiadomości i komentarzy z życia polityczno-społecznego Niemiec, Europy i świata. W numerze 4 (1997) znajdziemy ważny dokument historyczny, a mianowicie rozkaz Stalina nr 0428 z 17. listopada 1941 roku. Rozkaz mówił, że wszystkie wsie i inne zabudowania wzdłuż marszrut armii niemieckiej mają być zniszczone w promieniu 20-30 km. Podobnie inne miejscowości w głąb na 60 km od głównej linii walk. Oddziały dywersyjne przebrane w uniformy niemieckie mają przeprowadzać różnego typu akcje: niszczenie i pod- pałanie wsi i domostw etc. Ten rzadko wspominany dokument znajduje się w Krajowym Archiwum w Waszyngtonie. W numerze 5 (1997) “Niezależne Wiadomości” reprodukują zdjęcie, które pojawia się często w podręcznikach i książkach historycznych. Umieścił je w swojej skrajnie antyniemieckiej książce Daniel Goldhagen opatrując podpisem: „Podczas masakry Żydów w Iwanogorodzie na Ukrainie niemiecki żołnierz celuje przed kamerą na żydowską matkę i jej dziecko”. Już wcześniej eksperci od fotografii mieli wątpliwości, co do autentyczności tego zdjęcia. Ale nawet jeśli zdjęcie jest autentyczne, to i tak nie przedstawia tego, co głosi podpis. Szwedzka gazeta „Sydsvenska Dagbladet” zdemaskowała fałszerstwo dokonane przez Goldhagena i innych „historyków”. Mianowicie fałszerze reprodukują tylko lewą połowę zdjęcia. Szwedzki historyk Alf. W. Johansson w artykule „Nożyczki jako broń” napisał: „Jeśli widzi się całą fotografię, to rozgrywa się na niej całkiem inna scena. Po prawej stronie fotografii widać trzech mężczyzn, którzy szukają schronienia za czymś, co wygląda na przykrytą maszynę rolniczą. Jest oczywiste, że szukają schronienia przed wymianą strzałów lub innym niebezpieczeństwem, które nadchodzi z prawej strony, poza fotografią. Niemiecki żołnierz celuje nie w kobietę, lecz w kierunku tego zagrożenia. Kobieta z dzieckiem biegnie naprzód, aby znaleźć schronienie razem z mężczyznami”. Pismo podaje, że w przypadku ok. 90% fotografii na znanej wystawie o zbrodniach Wehrmachtu brak jest danych źródłowych. Większość tych zdjęć pochodzi ze Związku Sowieckiego lub titowskiej Jugosławii, a więc krajów, gdzie praktykowano na szeroką skalę orwellowską propagandę.

W tym samym numerze cytat z przemówienia prezydenta Herzoga, który nawoływał do zwalczania każdego totalitaryzmu, obojętnie jakiej barwy. Obok informacja o skazaniu na 6 miesięcy więzienia bez zawieszenia ewangelickiego pastora Manfreda Jungera za rozprowadzanie ulotek, o skazaniu odsiadującego dwuletnią karę więzienia Güntera Deckerta na dalsze 27 miesięcy więzienia za to, że zorganizował w przeszłości wykład Davida Irvinga i sprzedawał książkę Podstawy historii najnowszej , oraz Udo Walendego, który za wydanie broszur historycznych skazany już został wcześniej na 15 miesięcy więzienia, na dalsze 14 miesięcy więzienia bez zawieszenia. W numerze 1 (1998) redaktorzy przypominają, że od końca maja 1945 roku w sowieckiej niewoli znajdowało się 3,2 miliona żołnierzy niemieckich. Przynajmniej 1,1 miliona zmarło, ponad 35.000 zostało skazanych na śmierć lub długoletni pobyt w obozach. W piśmie znajdziemy też omówienie wydanej niedawno dokumentacji zatytułowanej Rozstrzelani o świcie – los chłopców z „Werwolfu”. Od połowy maja 1945 roku w sowieckiej strefie okupacyjnej NKWD rozpoczęła falę aresztowań na podstawie najmniejszych podejrzeń lub denuncjacji. Aresztowanych torturowano i zmuszano do przyznania się do winy. Potem sądy wojskowe skazywały ich na śmierć lub na wieloletni pobyt w obozach pracy. W wielu przypadkach młodzi chłopcy oskarżani byli o przynależność do konspiracyjnej organizacji „Werwolf”. Szacuje się, że ofiarą terroru NKWD padło wówczas ponad 3400 młodych ludzi (wśród nich pewna część dziewcząt). Być może niektórzy z nich naprawdę należeli do podziemnego ruchu oporu, którego celem była walka z bolszewickim okupantem, i zostali rozstrzelani tak samo jak młodzi Polacy walczący w szeregach AK lub w leśnych oddziałach po 1945 roku. W „Niezależnych Wiadomościach” znajdziemy kilka nazwisk młodych Niemców poległych w walce z bolszewickim najeźdźcą: Klaus Tauer (lat 17, rozstrzelany 18.04.1946), Hans Landt (lat 17, rozstrzelany 30. 05. 1946), Klaus Eylert (lat 16, rozstrzelany 18. 04. 1946), Joachim Douglas (lat 17, rozstrzelany 18.04.1946), Theo Relher (lat 18, rozstrzelany 4. 06.1946), Karl Hackinger (lat 17, rozstrzelany 13.06.1946), Wolfgang Heber (lat 17, rozstrzelany 4. 06.1946), Walter Raschke (lat 18, rozstrzelany 4. 06.1946), Walter Wild (lat 19, rozstrzelany 4. 06.1946), Bodo Luftig (lat 18, rozstrzelany w kwietniu 1946). Oddali życie dla niepodległości swojej ojczyzny, zginęli z rąk bolszewickich oprawców.

Poza tym w numerze omówienie publikacji z „Sunday Timesa”. W brytyjskiej gazecie wypowiedział się 73-letni Peter Mason dowódca specjalnej grupy killerów, która w okresie okupacji Niemiec w latach 1946-1948, za wiedzą i zgodą rządu Jej Królewskiej Mości, tropiła i mordowała „nazistowskich zbrodniarzy wojennych”. Mason stwierdził, że jego „szwadron śmierci” wyszukiwał w obozach jenieckich i mordował tych „nazistowskich zbrodniarzy wojennych”, którzy nie byli dość prominentni, aby stanąć przed trybunałem w Norymberdze. Mimo, że była to oczywista zbrodnia wojenna, Mason oświadczył: „Niczego nie żałuję, jestem dumny z tego, co robiłem”.

Z tego numeru „Wiadomości Niezależnych” dowiadujemy się o innej zbrodni wojennej. Mianowicie w Norwegii i Danii internowani tam niemieccy żołnierze byli wbrew konwencjom międzynarodowym wykorzystywani przy rozbrajaniu min, co polegało na tym, że musieli w jednym szeregu iść po zaminowanym terenie. Sprawę ujawnił norweski magazyn “Morgenbladet”. Dyrektor kopenhaskiego Royal Arsenal Museum Thomas Pedersen na podstawie tajnych do tej pory dokumentów oszacował, że ok. 500 niemieckich jeńców wojennych zostało w ten sposób zamordowanych. W numerze 4 (1998) ciekawy przykład niemieckiej neurozy: przy przebudowie Reichstagu władze postanowiły zrezygnować z użycia marmuru z Bawarii, gdyż ze względu na jego stosowanie w budowlach Trzeciej Rzeszy jest on „faszystoidalny” i „ideologicznie obciążony”. Poza tym informacja o trwających od 1995 roku w Paryżu rokowaniach na temat międzynarodowych inwestycji. Układ MAI (Multilateral Agreement on Investment) to, jak wyraził się generalny dyrektor Organizacji Światowego Handlu (WTO) Renato Ruggiero, “konstytucja, jednolitej, globalnej gospodarki”. Według „Niezależnych Wiadomości” układ MAI oznacza koniec narodowej suwerenności i przekazanie władzy w ręce międzynarodowych koncernów, które nie będą w przyszłości ograniczone praktycznie żadnymi prawami i ustawami państw narodowych. To same te koncerny stają się quasi-państwami. W numerze piątym (1998) cytat pokazujący poziom „demokratycznej kultury politycznej” w Niemczech. Gerhard Głogowski z SPD, minister spraw wewnętrznych w Dolnej Saksonii oświadczył: „Nie rozróżniam NPD, Republikanów, DVU. To jest dla mnie prawicowo-radykalne bagno. Znaczyłoby to sortować gówno według zapachu”.

Z tego numeru dowiedzieć się możemy o szpiegostwie gospodarczym uprawianym przez amerykańską National Security Agency. Służą do tego celu urządzenia nasłuchowe zbudowane w Niemczech podczas Zimnej Wojny. Dziś po upadku bloku wschodniego używane są do podsłuchiwania rozmów telefonicznych w Europie. Amerykańskie służby przechwytują również rozmowy prowadzone przez telefony komórkowe, pocztę e-mailową i faksy, buszują po Internecie włamując się do baz danych. Deputowany do Parlamentu Europejskiego Gerhard Schmidt (SPD) stwierdził, że w porównaniu z NSA Stasi to klub radioamatorów. Celem amerykańskich służb są przede wszystkim patenty, wynalazki, szczegóły konstrukcyjne głównie jeśli chodzi o elektronikę, chemię, przemysł farmaceutyczny. W numerze 6 (1998) reprodukcja listu jaki Gerhard Schröder (obecny kanclerz) wysłał 31. stycznia 1986 roku do towarzysza Egona Krenza, członka kierownictwa rządzącej w NRD partii komunistycznej. Schröder pisał m.in: „Rozmowy w NRD były otwarte i przyniosły wiele informacji. Szczególne wrażenie wywarł na mnie Erich Honecker. Z pewnością potrzebuję wytrwałości w tym pełnym pracy roku wyborczym. Ale również i Ty będziesz potrzebował z pewnością sił i przede wszystkim zdrowia na Wasz zjazd partii i wybory do Izby Ludowej. Życzę Ci tego z całego serca”.

W numerze 7 (1998) pismo powraca do sprawy Ericha Priebkego, reprodukując fotografię rozerwanego na pół 13-letniego Piero Zuccharetiego, który zginął podczas zamachu bombowego na oddział żołnierzy niemieckich na Via Rasella w Rzymie 23. marca 1944 – w zamachu zginęło 33 żołnierzy i 10 włoskich cywilów, wśród nich mały Piero. Znane są nazwiska komunistów, czyli de facto sowieckich agentów odpowiedzialnych za śmierć tego niewinnego dziecka: Rosario Bentivegna, Carla Capponi i Pasquale Balsamo. W tym samym numerze znajdziemy reprodukcję plakatu rozklejonego w miejscowości Tuttlingen datowanego na 1. maja 1945 roku. Francuskie władze okupacyjne informują ludność miasteczka, że za każdego zabitego żołnierza francuskiego zostanie rozstrzelanych 50 zakładników. W numerze 8 (1998) „Wiadomości Niezależne” podają za pismem „Podatnik” dane na temat zadłużenia wewnętrznego państwa: w 1950 zadłużenie wynosiło (dla RFN) 20,6 mld marek, w 1956 – 42 mld, w 1962 – 60,4 mld, w 1968 -117,1 mld, w 1974 -192,4 mld, w 1980 – 468, w 1986 – 801 mld, w 1992 (dla całych Niemiec) – 1345,2 mld. Stan zadłużenia na 1.08.1998:2 biliony 288 miliardów 210 milionów 710 tysięcy 400 marek. Przyrost na sekundę: 3203 marki.

W numerze 11 (1998) pismo reprodukuje fotografię, którą wykorzystano na znanej wystawie mającej dokumentować zbrodnie wojenne Wehrmachtu. Fotografia przedstawia grupę kilkudziesięciu mężczyzn, częściowo lub całkowicie rozebranych. Ubrania złożyli na ziemi. Za nimi widać rzekę. Na wystawie zdjęcie to opatrzone jest podpisem „Żydzi przed egzekucją”. W rzeczywistości zdjęcie pochodzi z propagandowej książki wydanej przez władze Generalnej Guberni i przedstawia mężczyzn szykujących się do kąpieli, co zresztą wynika jasno z samej fotografii. Wystawa o zbrodniach Wehrmachtu nie została zorganizowana ze szczególną dbałością o historyczną dokładność. Polski historyk Bogdan Musiał odkrył na niej zdjęcia dokumentujące zbrodnie NKWD, które organizatorzy wystawy opatrzyli fałszywymi podpisami tak, aby zwiedzający sądzili, że chodzi o zbrodnie Wehrmachtu. „Wiadomości Niezależne” postulują zorganizowanie nowej wystawy zatytułowanej „Zbrodnie kobiet niemieckich w latach 1939-45”. Wystawa miałaby dokumentować fakt, że niemieckie kobiety bardzo mocno wspierały reżim narodowosocjalistyczny i uczestniczyły w prowadzeniu i organizacji wojny a tym samym w zbrodniach Wehrmachtu. Wystawa pokazuje znany już, ale na nowo opracowany materiał fotograficzny dokumentujący zbrodniczą działalność kobiet niemieckich: pracę przy żniwach, czyli pracę na rzecz zaopatrzenia frontu, pracę w fabrykach zbrojeniowych i fabrykach amunicji, czyli współuczestnictwo w zbrodniach Wehrmachtu, otaczanie opieką i czułością żołnierzy przybywających z frontu na urlop a tym samym fizyczne i psychiczne wsparcie dla zbrodniarzy z Wehrmachtu, co dodawało im sił dla dokonywania dalszych zbrodni, rodzenie dzieci i świadoma odmowa dokonywania aborcji a przez to wydawanie na świat sprawców przyszłych zbrodni, służba w obronie przeciwlotniczej a tym samym udział w mordzie na załogach samolotów bombardujących miasta niemieckie, służba w łączności a tym samym świadome przekazywanie zbrodniczych rozkazów, służba jako sanitariuszki a tym samym świadome przyczynianie się do odbudowania siły bojowej zbrodniarzy z Wehrmachtu. Na rok 2000 planowana jest kolejna wystawa: „Owczarek niemiecki – zbrodniarz o czterech łapach”.

W numerze 12 (1998) przynosi ciekawą informację z frontu antyrasistowskiego: holenderski „Czarny Piotruś” (Zwarte Piet), który towarzyszył co roku św. Mikołajowi nie będzie już czarny. Władze oświatowe nakazały, żeby w szkołach podstawowych dzieci nie oglądały „czarnej jak sadza” postaci. Od stuleci „Czarny Piotruś” miał w uszach kolczyki, grube wargi, kędzierzawą czuprynę i czarną twarz. Teraz musi być biały ewentualnie żółty albo niebieski. Dzieci nie będą też śpiewać o „Czarnym Piotrusiu”, ale o „kochanym Piotrusiu”. W tym samym numerze informacja o włoskim stowarzyszeniu „Człowiek i Wolność”, które zebrało 10.000 podpisów pod petycją do prezydenta, aby zakończył „procesy zemsty”. Chodzi przede wszystkim o proces Ericha Priebkego. Pod petycją podpisało się kilku członków rodzin rozstrzelanych zakładników. Wcześniej występowali oni w charakterze oskarżycieli posiłkowych, ale kampania zemsty i nienawiści tak ich wzburzyła, że złożyli swoje podpisy pod petycją. Przewodniczący stowarzyszenia dr Paolo Giachini potępił w wydanym oświadczeniu tych „ekstremistów”, którzy “sieją nienawiść”.

W numerze 3(1999) znajdziemy informację, że brytyjska poczta wypuściła znaczek ku czci generała lotnictwa zwanego „Bomber-Harris”, który jest w dużej mierze odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy niemieckich cywilów w tym dzieci, kobiet i starców, którzy zginęli podczas bombardowań dzielnic mieszkaniowych w miastach niemieckich. Numer 5 (1999) to prawie w całości huraganowy atak na udział niemieckich żołnierzy w interwencji w Kosowie i na samą interwencję. Do przejęcia władzy czerwono-zieloni ideolodzy pluli na żołnierzy w ogóle, na Wehrmacht i na Bundeswehrę, a teraz wysyłają ich, aby brali udział w wojnie napastniczej, sprzecznej z prawem międzynarodowym i konstytucją Niemiec. Trzeba zakończyć piszą “Wiadomości Niezależne”, stan zwasalizowania Niemiec. Niemieccy żołnierze nie mogą być żołdakami i pachołkami Amerykanów! Ani jednej kropli niemieckiej krwi dla matactw Albright and Company! Czy minister obrony Rudolf Scharping zasiądzie kiedyś na ławie oskarżonych przed nowym “trybunałem norymberskim”, aby odpowiedzieć za zbrodnię przeciw ludzkości, czyli za rozpętanie wojny? W tym numerze pismo przedrukowuje list jaki odbywający karę dożywotniego więzienia 86-letni major w stanie spoczynku Erich Priebke wystosował przewodniczącego komisji Bundestagu d/s praw człowieka i pomocy humanitarnej Christiana Schwarza-Schillinga. W liście czytamy m.in.: “Od dzisiaj żołnierze są w akcji przeciw Belgradowi. Oby zaoszczędzone im było to, co my z najwyższego rozkazu musieliśmy przeprowadzić w marcu 1944 roku – operację odwetową z powodu tchórzliwego i podstępnego zamachu bombowego na niemieckich żołnierzy-policjantów z Południowego Tyrolu. 42 z nich zginęło, 68 odniosło zostało okaleczonych. Na mocy obowiązującego prawa wojennego odwet był całkowicie legalny, co przez nikogo nie było kwestionowane, również przez rzymski sąd wojskowy w 1948 roku”. W tym samym numerze dwa cytaty z Winstona Churchilla: “Ta wojna jest angielską wojną i jej celem jest zniszczenie Niemiec” (3. września 1939), „W tej wojnie nie szło tylko o zlikwidowanie faszyzmu w Niemczech, ale o odzyskanie niemieckich rynków zbytu” (marzec 1946). I jeszcze cytat z dzienników ministra marynarki USA Jamesa Forestalla, który przytacza opinię amerykańskiego ambasadora w Londynie Josepha Patricka Kennedy‘ego (ojca późniejszego prezydenta): „An Francuzi ani Brytyjczycy nie uczyniliby Polski powodem do wojny, gdyby nie stały nacisk Waszyngtonu. Chamberlain oświadczył, że Ameryka i [tu następuje wyliczenie pewnej liczby nazwisk, których przytoczenie mogłoby zostać uznane za „sianie nienawiści” – red.] zmusili Anglię do wojny”.

W numerze 5 (1999) można przeczytać wypowiedź b. kanclerza Helmuta Schmidta: „Tabu jest wszystko, co choćby w najodleglejszy sposób mogłoby być powiązane z tematem «Żydzi w Niemczech». Od czasu debaty Walser-Bubis jest dla mnie jasne, że wówczas wybuchłoby piekło. Sądziłem kiedyś, że powinno być możliwe robienie żartów z krawata Michela Friedmana (czołowy autorytet moralny w Niemczech – red.) i nie zostać napiętnowanym jako antysemita. Dzisiaj jest dla mnie jasne, że to jest w ogóle nie do pomyślenia. Powiedziano by: «Schmidt robi sobie żarty z Żydów»”. Za berlińską gazetą „Berliner Morgenpost” „Wiadomości Niezależne” przytaczają relację z Berlina, gdzie w niektórych szkołach, np. w szkole im. Anny Frank, według zgodnych relacji rodziców, nauczycieli i władz szkolnych młodzi Turcy i Arabowie terroryzują niemieckie dzieci. W klasie 5a na 26 uczniów tylko czwórka to Niemcy. Petra Sertcan, która kiedyś była żoną Turka oświadczyła: „Moja córka Lisa i pozostałych troje dzieci są traktowane przez obcokrajowców jak mniejszość i dyskryminowane”. W szkole jest 75% obcokrajowców, w najniższych klasach nawet 90%. Zdarza się, że w całej klasie jest tylko dwoje uczniów – Niemców. W innych szkołach berlińskich coraz częstsze są przypadki agresywnego zachowania obcokrajowców wobec tubylców. Zdaje się, że eksperyment z „wielokulturowym społeczeństwem” nie bardzo się udał.

W numerze 9 (1999) „Wiadomości Niezależne” po raz kolejny wracają do sprawy tajnego dodatku do konstytucji Niemiec. Od jakiegoś czasu w niemieckich środowiskach niepodległościowych krąży kopia tajnego dokumentu (jego autentyczność nie została potwierdzona ponad wszelką wątpliwość) z archiwum niemieckich służb specjalnych. Z dokumentu tego wynika, że 21. maja 1949 roku tymczasowy rząd Niemiec Zachodnich zawarł tajne porozumienie z mocarstwami alianckimi, na mocy którego mocarstwa alianckie sprawują kontrolę nad mediami w Niemczech do 2099 roku i zatrzymują „w zastaw” niemieckie rezerwy złota. Protokół miał również zmuszać każdego nowego kanclerza Niemiec do podpisania swego rodzaju „lojalki” wobec mocarstw alianckich tzn. zobowiązania, że będzie przestrzegał tych „ustaleń”. „Wiadomości Niezależne” są zdania, że tajny protokół jest formalnym potwierdzeniem niesuwerennego charakteru państwa niemieckiego. Pismo uważa, że kanclerz Schroeder jeszcze przed zaprzysiężeniem pojechał do Waszyngtonu, aby podpisać „lojalkę”. “Wiadomości Niezależne” przypominają, że 95 milionów uncji niemieckiego złota warte 60 mld marek spoczywa w za ważącymi kilkadziesiąt ton drzwiami w znajdującej się na najniższym, piątym piętrze ”poziomu E“ piwnicy „New York Federal Reserve Bank” (wykutej w skale na głębokości 25 metrów, na południowym krańcu Manhattanu, 100 metrów od Wall Street). Rząd niemiecki nie może swobodnie dysponować tymi rezerwami. Oto najlepszy dowód, według „Wiadomości Niezależnych”, że Niemcy są amerykańskim protektoratem. W tym samym numerze pisma znajdziemy dowcip: „Minister spraw zagranicznych Joschka Fiszer jest przygnębiony bardziej niż zwykle. Jego kolega z rządu Trittin pyta, co się stało. Na to Fischer: «Jutro mam w Bundestagu wielkie przemówienie na temat naszej polityki zagranicznej, a pani Albright jeszcze nie przystała mi tekstu»”. Za systemową gazetą „Stuttgarter Nachrichten” pismo opisuje ciekawy przypadek, jaki odnotowano w jednym z miast w pobliżu Stuttgartu. Dwaj ludzie, obaj żonaci, obaj z czwórką dzieci: jeden z zawodu instalator zarabia netto 3593 marki, drugi, bezrobotny otrzymuje 712, 80 marek zasiłku dla bezrobotnych, 1000 marek „socjalu”, 1190 marek zasiłku na dzieci, 520 marek na mieszkanie i 1000 marek zasiłku wychowa¬czego – razem: 4552,80 marek. Pierwszy mężczyzna jest tubylcem, drugi obcokrajowcem. „Stuttgarter Nachrichten” podają, że 65% utrzymujących się z opieki społecznej osób w wieku od 18 do 24 lat to obcokrajowcy, zaś w wieku 25 do 50 lat – 50%. Według „Wiadomości Niezależnych” te dane pochodzą od urzędników, którzy „poufne dokumenty” przesyłają do gazet. Uzyskanie normalną drogą danych o kosztach imigracji jest bardzo trudne, gdyż władze celowo nie wyszczególniają ich w zestawieniach statystycznych, aby, jak to ujął jeden z działaczy CDU, “nie wywoływać negatywnych emocji wobec obcokrajowców”. Pismo przytacza szereg przykładów plugawienia języka niemieckiego różnymi „amerykanojęzycznymi” terminami. Na przykład niemiecka Telekomunikacja zaczęła używać takich pojęć jak „City-Call” lub „German-Call”. Kolej pstrzy dworce napisami typu: „Service-Point” czy „Ticket Counter”. Są już przypadki, że dworcowe toalety nazywają się „McClean-Center”. Może i słusznie, tam „wielokuturowi Niemcy” mogą się udać, gdy na żołądku zaciąży im zbytnio „McRzyg”.

DESG-INFORM

W numerze 5 (1999) pismo będące organem Deutsch-Europäische Studiengesellschaft publikuje bardzo interesujący artykuł, którego autor podpisuje się  Bruno Tellegra. Rozważa on konsekwencje wprowadzenia euro dla Republiki Federalnej Niemiec. Uważa on, że konserwatywna i narodowa, pozaparlamentarna opozycja w Niemczech nie ma racji odrzucając euro. Walczyła ona gwałtownie przeciw europejskiej walucie, błędnie sądząc, że Niemcy to kraj demokratyczny, a skoro według sondaży większość Niemców opowiadała się przeciw rezygnacji z marki niemieckiej, to rządzący powinni to wziąć pod uwagę. Ale, jak wiadomo, nie wzięli, bo RFN to nie jest demokracja, a nawet jak by była, to między nią a teatralną farsą nie byłoby praktycznie żadnej różnicy. Tellegra uważa, że nie ma sensu opłakiwać marki niemieckiej. To marka była ostatnim elementem, który podtrzymywał w istnieniu Republikę Federalną. Nikt w Niemczech nie był zdolny wykrzesać w sobie zapału dla tzw. patriotyzmu konstytucyjnego, o którym erefenowscy uczeni paplali dzień i noc. Ale „patriotyzm marki niemieckiej” to było coś rzeczywistego, coś na kształt „żywej konstytucji”. Bez marki niemieckiej Republika Federalna Niemiec dawno już przestałaby istnieć. To marka była ostateczną podporą tego państwa. I to czyniło ją złotym cielcem, wokół którego tańczyli wszyscy Niemcy, łącznie z konserwatystami. A prezes Banku Federalnego był tym najwyższym kapłanem, którego kazania na temat polityki pieniężnej podobne były do interpretacji Koranu przez imama. Po wprowadzeniu euro ostatnia podpora upadła i tym samym Republika Federalna złożona została do grobu. I za to trzeba podziękować rządzącym, pisze Tellegra. Marka niemiecka była największą iluzją powojennego niemieckiego mieszczaństwa, była jego opium. Każdy mieszczanin patrzył na markę i wykrzykiwał: „Znowu jesteśmy kimś, Republika Federalna to nasze państwo”. A teraz iluzja prysła, idylla się skończyła, przepadł najważniejszy symbol Republiki Federalnej Niemiec, rozwiał się mit cudu gospodarczego. My, pisze Tellegra, dla których RFN nie jest „naszym państwem”, a jedynie rynkiem zbytu dla amerykańskich towarów, nie powinniśmy walczyć o markę, bo byłaby to walka o zmurszały porządek mieszczański, walka w obronie stanu posiadania mieszczaństwa.

FRANCJA

JUSQU’A NOUVEL ORDRE. JOURNAL D’AUJOURD’HUI POUR L’HOMME DE DEMAIN

“Aż do Nowego Porządku. Dzisiejsze pismo dla człowieka jutra” – tak można mniej więcej przetłumaczyć nazwę nowego francuskiego czasopisma, którego pierwszy numer ukazał się jesienią 1999 r. Mottem pisma jest “Od oporu do rewolucji”. Redakcja mieści się w Paryżu. Wydawcą jest Eric Vlascoff, redaktorzy podpisują się pseudonimami, wśród których odnajdziemy tak wdzięczny jak Alexandre Koba oraz całą grupę Czarnych Szczurów i Białych Myszy. Większą część debiutanckiego numeru pisma francuskich „eurorewolucjonistów” zajmuje dossier poświęcone Europie. Guillame d’Ivoz w krótkim szkicu “Europa: rzeczywistość i konieczności” zaznacza, że początki idei europejskiej można odnaleźć w bitwie w wąwozie termopilskim, chociaż niektórzy odnajdują je w papieskim apelu o jedność chrześcijan po upadku Konstantynopola, a jeszcze inni dopiero w XIX wieku. W1919 r. Paul Valery sformułował taką definicję Europy: wszędzie, gdzie imiona Kajusa, Trajana i Wergilego, wszędzie, gdzie imiona Platona, Arystotelesa i Euklidesa mają jednakowe znaczenie i autorytet, tam jest Europa. Każda rasa i każda ziemia, które były romanizowane i chrystianizowane oraz podporządkowały się naukom greckim, są bez wątpienia europejskie. Celtowie kilka wieków przed Chrystusem zaprezentowali po raz pierwszy oznaki kontynentalnej jedności na płaszczyźnie etnicznej i duchowej. Idea europejska była rozwijana przez Imperium Rzymskie (Oktawian August w 29 r. przed Chrystusem przybrał tytuł Imperatora), a później przez chrześcijaństwo. Odnajdziemy ją u Karola Wielkiego, Fryderyka II Hohenstaufa, Ludwika XIV, Napoleona i Hitlera. Drieu La Rochelle zauważył, że „Europejczyków dzieli odrobina historii, a łączy ich bardzo dużo”. Po zakończeniu II wojny światowej państwa europejskie zostały włączone w proces integracyjny powodujący wciąż sporo kontrowersji (wspólny pieniądz, suwerenność państw, brak zainteresowania „obywateli europejskich”). Europa wciąż w sercach wszystkich młodych nacjonalistów pozostaje marzeniem o wielkiej potędze. Wspomniany już Koba podjął temat „Europa pod znakiem krzyża”. Zauważa, że cywilizacja rzymska nie była w stanie stworzyć propozycji duchowej w wymiarze globalnym. Stało się nią chrześcijaństwo, które przetrwało upadek imperium i począwszy od konwersji Chlodwiga zaczęło podbijać barbarzyńskich zdobywców. W drugiej połowie VIII wieku pomogło Karolowi odbudować zachodnie cesarstwo. Choć przetrwało ono zaledwie trzydzieści lat po śmierci założyciela, pozostało symbolem dla wszystkich politycznych marzycieli na naszym kontynencie. Jego kontynuacją było Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, pozbawione trwałego bytu politycznego, lecz będące natchnieniem dla Hohenstaufów, Napoleona i Wilhelma Hohenzolerna. Znamienne jest, że w 1945 r. oddziały SS z uporem i najwyższym poświęceniem broniły karolińskiego Akwizgranu. Duch europejski przejawił się ewidentnie także w krucjatach bliskowschodnich, hiszpańskiej rekonkwiście i krzyżackich podbojach w Europie północno-wschodniej. Papiestwu nie udało się uzyskać hegemonii w Europie choćby dlatego, że inni władcy potrafili posługiwać się schizmami (Henryk VIII) lub herezjami (niemieccy władcy popierający Lutra) dla osłabienia wpływów Watykanu. Pomimo to chrześcijaństwo pozostaje jednym z fundamentów naszej kultury i filarów jedności opartej poza tym na czynnikach politycznych i biologicznych.

Guillaume d’Ivoz zatytułował swoje rozmyślania: „Imperium, czyli porzucone marzenie”. Odnotowuje, że od Karola Wielkiego do Zyty Habsburg mieliśmy w Europie do czynienia z niezliczonymi próbami zjednoczenia Eu-ropy. Europejczycy ciągle szukają swojego dziedzictwa, czyli Imperium Romanum. Wielce charakterystyczna dla tego powracania do korzeni była specyficzna krucjata Fryderyka II Hohenstaufa. Ten „stupor mundi” zabrał na pokłady swoich okrętów naukowców (oczywista analogia z Napoleonem), którzy mieli pomóc w odkryciu „drugiej połowy nas samych”. Wszyscy inni cesarze Zachodu aż do Wielkiej Rewolucji Francuskiej próbowali znaleźć jakąś „summa imperii”, zbudować autorytet wystarczający do podporządkowania mozaiki ludów, kultur, praw i religii. Imperium można zbudować wyłącznie posługując się zasadami tolerancji i wzajemnego poszanowania w relacjach pomiędzy różnymi wspólnotami. Dlatego właśnie Fryderyk próbował budować mosty porozumienia między muzułmanami a chrześcijanami. Kontynuacją jego wysiłków było Cesarstwo Habsburgów, respektujące prawa, obyczaje, religie i patriarchów ludów zamieszkujących terytorium państwa. Nikt z poddanych nie był sam, bo wszyscy byli połączeni siecią moralnych zobowiązań. Według Benoista-Mechin Fryderyk i jego duchowi następcy w żadnym wypadku nie dążyli do „asymilacji” i „uniformizacji”. Nie zamierzali zmieniać żadnej grupy podług swojej woli. Tym właśnie różnili się od Napoleona i Hitlera. Przepojony ideami rewolucyjnymi „generał Vendemiaire`a” pragnął panować nad jednym narodem ukształtowanym „a la française”, co jest typowe nie dla imperializmu, lecz dla kolonializmu.

Zupełnie inaczej myślał Król-Słońce, gdy po zajęciu Alzacji ostrzegał ministrów chcących zmieniać lokalny system prawny: „Zostawcie w spokoju Alzację”. (Wiemy już zatem dlaczego Alzacja wciąż jest francuska, a z napoleońskich podbojów nic nie udało się utrzymać – red.). Władca powinien być skromny i znać swoje miejsce w szeregu poprzedników i następców. Ludwik XIV nauczał delfina, że sztuka rządzenia opiera się na znajomości swoich ograniczeń. Znał je papież Leon III, gdy koronował w Rzymie Karola, aby przeciwstawić się w interesie Europy roszczeniom bizantyjskiej imperatorowej Ireny. Zapomniało nich Grzegorz IX, rzucając klątwę na Fryderyka i nie zostawiając w ten sposób cesarzowi, co cesarskie. Pomimo, a raczej w wyniku takich demonstracji siły, papiestwo nie uniknęło rozłamów, co jeszcze bardziej utrudniło konstruowanie Imperium. Aktualnie główną przeszkodą w tym dziele nie są już ambicje suwerenów i papieży, lecz zasady demokratyczne. W szkicu zatytułowanym „Ogniem i mieczem” Guillaume d`Ivoz pisze, że „niekochanej” Republice Weimarskiej brakowało kogoś takiego jak królowa Luisa (symbol oporu przeciw Napoleonowi), Metternich czy Bismarck.

W końcu pojawił się mąż opatrznościowy w postaci Hitlera. Prezes NSDAP i kanclerz Rzeszy Niemieckiej, człowiek skromnego pochodzenia przepełniony lewicowym idealizmem podjął pierwszą w dziejach próbę zjednoczenia Europy na bazie rasowej. Uczynił tak m.in. dlatego, że nie miał zaufania do starych instytucji i starych metod. W tradycyjnym Kościele widział starszą siostrę demokracji, która zachęcała je do szkodnictwa. Miało ono być przezwyciężone za pomocą rasy i krwi. Hitler był duchowym synem Kanta i Fichtego, którzy widzieli w narodzie niemieckim najbardziej wysublimowaną rasę, a w języku Teutonów mowę najczystszą ze wszystkich. Dla austriackiego kaprala niderlandzki i flamandzki były tylko germańskimi dialektami. W państwie mającym obejmować oprócz Niderlandów Alzację, Szwajcarię, Austrię i kraje bałtyckie rządziłaby elita, której pepinierą była SS. Formacja ta swoje powstanie zawdzięcza Gobineau, Chamberlainowi i Wagnerowi – w jego nutach do Zygfryda wyraźnie pobrzmiewa wizja przyszłej rasy panów. Ideologia narodowego socjalizmu czerpała też pełnymi garściami z Hegla i von Treitschkego. Z Nietzschego führer przejął ideę nadczłowieka, nie próbując nawet zrozumieć całej reszty rozważań. Na takim podłożu myślowym tworzono III Rzeszę, a od 1939 r. po prostu Rzeszę. Zgubiło ją ślepe podporządkowanie ideologii, a nawet religii pragnącej zmienić człowieka w Dionizosa, o którym pisał Nietzsche. Hitler uważał, że pierwotne reguły chrześcijaństwa były właściwe, narodowo-socjalistyczne, ale wypaczył je święty Paweł. Dla niemieckiego przywódcy grzechem pierworodnym jest grzech przeciw krwi i rasie. Trzeba starać się, aby ludzie byli podobni do swoich stworzonych przez boską moc pierwowzorów. O tym wszystkim można przeczytać w Mein Kampf, bowiem narodowy socjalizm, podobnie jak komunizm, miał swoją „świętą księgę”. Różnica polegała na tym, że w przeciwieństwie do ateistycznego i antyreligijnego komunizmu, nazizm nie stawiał sobie za cel zniszczenia wiary religijnej, wierzył w boski pierwiastek obecny w każdym człowieku. Pierwiastek ten powinien przejawiać się w miłości do rasy. To przekonanie spowodowało złe traktowanie Słowian uważanych za niższych rasowo. Dlatego też Rosjanie, którzy po 22. VI. 1941 r. traktowali Hitlera jak Zbawcę, później szczerze go znienawidzili i pokonali. Ideologiczne przesłanki sprawiły, że kanclerz Hitler przestał zachowywać się jak mąż stanu i przegrał. W ten sposób umożliwił demokratyzację Europy, a demokracja według Nietzschego nieświadomie produkuje Tyranów. W co będą oni wierzyli, pokaże czas.

Françcois Ryssen rozpisał się na temat: “Anglia i kontynent: nieuchronne zbliżenie tektoniczne”. Francuski publicysta przyznaje, że w dziedzinie militarnej i w ekonomii Anglicy wyprzedzili potomków Galów, ale za to, jeżeli chodzi o malarstwo, literaturę, muzykę i nauki, to Wyspiarze powinni mieć kompleksy. Inna różnica polega na tym, że Francuzi z lekkością potrafią zaniedbywać swoje interesy, posuwając się nawet do walki z tradycyjnymi aliantami (Irak, Serbia), a Albiończycy konsekwentnie i bezwzględnie walczą o to, co jest korzystne dla ich kraju. Tak więc istnieją zasadnicze różnice między dwiema nacjami i dla każdego prawdziwego dżentelmena jest oczywiste, że za Kanałem mieszkają jacyś murzyni. Podobnie jak Francuzów Anglicy nie lubią też Hiszpanów, Włochów, Irlandczyków czy Niemców. We wszystkich portach świata marynarze fraternizują się. Jedyny wyjątek stanowią Anglicy, którzy utrzymują „splendid isolation”. Podczas konfliktu rybackiego z Hiszpanią jedna z gazet brytyjskich opublikowała artykuł o wątpliwym pochodzeniu rodaków Cervantesa. Włosi dostali swoją lekcję na stadionie Heysel. Swift, ukochany pisarz małych Anglików, proponował sprzedawać Irlandczyków w sklepach mięsnych. Niemcy byli wybijani jak karaluchy podczas II wojny światowej, a ich miasta zostały zniszczone wraz z bezcennymi zabytkami Średniowiecza. Duńczycy zostali bezlitośnie zbombardowani podczas wymierzonej w Napoleona blokady kontynentalnej. Niedawno w Londynie postawiono pomnik sir Harrisowi – ojcu strategicznych bombardowań kontynentu. Jest to piękny wyraz pozbawionego skrupułów, moralizatorskiego purytanizmu.

Churchill mówił o wyborze między Europą a pełnym morzem i Anglia oczywiście wybrała ocean. Nie ma podłości, jakiej nie dopuściliby się Brytowie w polityce zagranicznej. Ich okrucieństwo dorównuje żydowskiemu opisanemu w Starym Testamencie. Rosjanie w trakcie podboju Syberii prawie nie zabijali miejscowej ludności, podczas gdy Anglicy w Indiach masakrowali kogo popadnie. Według autora można wykorzystać te skłonności Brytyjczyków przeciw falom imigrantów zalewających Stary Kontynent. Wszyscy Francuzi kibicowali angielskim fanom podczas Mundialu, gdy ci starli się w Marsylii z etnicznymi bandami. Ten incydent ma stwarzać pewne nadzieje na przyszłość.

A.G. dzieli się rozważaniami o Rewolucji dusz. Konstatuje, że po 1945 r. Europa straciła busolę. Przypomina słowa Degrelle’a o utracie przez nią zmysłu moralnego, idei społecznej i wiary w siebie samą. Aby zmienić ten stan, należy powrócić do duchowego dziedzictwa i substancji etnicznej. Należy z głęboką nieufnością podchodzić do amerykańskiej wizji świata, w którym jednostka powinna poszukiwać szczęścia na ziemi poprzez uwolnienie się od wszelkich agresywnych sił. Ten optymistyczny symplicyzm zakłada naiwnie (podobnie jak komunizm – red.), że możliwe jest usunięcie strachu i cierpienia – dwóch uczuć stanowiących samą esencję życia. Opierająca się na takich założeniach filozofia amerykańska znajduje się na antypodach duchowości europejskiej, ponieważ przemianowuje ludzkie ułomności takie jak hedonizm, egoizm czy materializm na cnoty indywidualizmu czy samorealizacji. American way of life polega na konsumpcji i natychmiastowej satysfakcji bez względu na walory estetyczne i duchowe. W Europie zawsze bardziej ceniło się poświęcenie i wyrzeczenie w imię wyższych ideałów. Poszukiwanie Graala nie jest alegorią, lecz rzeczywistością zapisaną w każdym z nas. Degrelle pisał, że życie tylko wtedy jest coś warte, gdy nakierowane jest na doskonalenie i wielkość i że my Europejczycy wierzymy w światło gwiazd. Dlatego musimy odrzucić laicyzm i powrócić do europejskiej mistyki. Potrzebna jest degrellowska rewolucja dusz.

„USA, Europa: jaka przyszłość?” to tytuł ostatniego w dossier szkicu A. van Garde’a. Pisze on, że aktualna monokracja północnoamerykańska jest efektem dążenia do potęgi wynikającego z fundamentu ideologicznego Ameryki. Fundamentem tym jest chęć zemszczenia się na Europie za to, że kiedyś odrzuciła twórców Nowego Świata. Różniąca się od Europy historią, tradycją, pojęciami, sposobem życia i ideami Ameryka jest antytezą Starego Świata. Jest ona produktem umowy społecznej, a nie powolnego rozwoju, a przynależność do zaoceanicznego „narodu” wynika z indywidualnej decyzji, a nie z dziedzictwa krwi. Europa jest „polityczna”, a Ameryka ideologiczna, według Tomasza Molnara karmi się swoją ideologią. Ideologia ta charakteryzuje się duchem sekciarstwa, czyli realizacją starotestamentowej wizji narodu wybranego, powołanego do skierowania świata w stronę lepszego jutra. Ameryka przynosi światu światło i dlatego jej wszystkie wojny są wojnami sprawiedliwymi, moralnymi i mesjanistycznymi krucjatami, demokratycznymi dżihadami. Do tego dochodzi jeszcze utopijny liberalizm postulujący prymat ekonomii nad polityką i kult sukcesu będącego kryterium hierarchii społecznej. Nie można też zapomnieć o imigracjonizmie. Odrzucając korzenie i dorobek kulturowy Europy, Ameryka hołduje koncepcji „melting-potu” opartej na założeniu równości ras. Aktualnie patrzy ona z góry na całą ziemię leżącą u jej stóp po upadku ZSRR. Tom Wolfe spekuluje, że być może znajdujemy się na początku 600-letniego Pax Americana. Co prawda istnieją jeszcze takie państwa jak Indie, Chiny czy Iran, które mają pewne ambicje, ale ze względu na ograniczone możliwości możemy w ich przypadku mówić co najwyżej o półsuwerenności. Co do naszego kontynentu, to, jak twierdził Maurycy Bardèche, stanowi on obecnie zwykły termin geograficzny oznaczający fragment cywilizacji amerykańskiej. Jednak nic nie trwa wiecznie i za Oceanem dostrzegamy już wyraźne symptomy upadku. 23 miliony dorosłych to analfabeci, 3 miliony ludzi narkotyzuje się, a współczynnik zabójstw jest 7 razy większy niż w Europie. Napływ przybyszów z Trzeciego Świata zmienia strukturę polityczną kraju. Postępuje bałkanizacja i ghettyzacja. Do tego jeszcze wzrasta zadłużenie. Taka sytuacja zwiększa szanse Imperium Europejskiego na uwolnienie się spod hegemonii i przywrócenie europejskiej dominacji.

Poza dossier europejskim w numerze warto jeszcze przeczytać refleksję Koby p.t. „Kosowo: od tragedii do manipulacji. Zrozumieć zanim się osądzi”. Trzeba zatem wiedzieć, że Kosowo, bogato wyposażone przez naturę w metale i węgiel, położone między Wschodem i Zachodem oraz chrześcijaństwem i islamem, tradycyjnie było miejscem spotkania cywilizacji i dobrym punktem wyjścia w stronę serca Europy wzdłuż kosowskich rzek. Poprzez bałkańskie doliny dotarli do niego Słowianie, którzy w VI wieku opanowali terytorium między Dunajem, Adriatykiem i Macedonią. W Kosowie osiedlili się Serbowie, którzy stworzyli dwa państwa, zjednoczone w XII wieku przez Stefana Nemanję. Na początku XIII wieku serbska niepodległość była uznana na Wschodzie i Zachodzie. W państwie rozwijały się kościelne i pozakościelne struktury typowe dla prawosławia. Cofanie się cesarstwa bizantyjskiego oraz osłabienie Bułgarii po bitwie pod Kiustendiłem (1330), spowodowały (“natura abhorret vacuum”), że za króla Duszana (1331-1355) Serbia weszła w zenit swej potęgi. Centrum carstwa znajdowało się w Kosowie, gdzie przeważnie urzędował władca, gdzie znajdowała się siedziba niezależnego patriarchatu i liczne monastyry i gdzie kwitło rolnictwo na równi z handlem i funkcjonowały liczne kopalnie. Jednak słabi następcy Duszana nie byli w stanie przeciwstawić się rosnącej potędze Turków i doszło do traumatycznej klęski na Kosowym Polu (1389). W1521 r. padł Belgrad, co oznaczało koniec jakiejkolwiek serbskiej autonomii. Kosowo, skąd Serbowie masowo uciekali przed osmańskim uciskiem, coraz bardziej się albanizowało i islamizowało. Królestwo serbskie po kolejnych powstaniach i wskutek rosyjskiej presji odrodziło się w 1882 r. pod berłem Milana Obrenowicia. Po wojnach bałkańskich i I wojnie światowej bohaterscy i zwycięscy Serbowie utworzyli Jugosławię, która borykała się z niechęcią sporej części Chorwatów marzących o własnym państwie i posuwających się nawet do zabójstwa, za niemieckim poduszczeniem, króla Aleksandra. Pokonaną i rozbitą w czasie II wojny światowej Jugosławię zjednoczył ponownie Tito, zwalczający wszelkie regionalne nacjonalizmy. Ograniczał on serbskie wpływy, będące przyczyną napięć. Z tego powodu dał autonomię Kosowu w 1974 r. Poświęcił je na ołtarzu jugosłowiańskiej jedności. Po śmierci Marszałka słabość federacji ukazała się w całej pełni. Już kilka miesięcy po pogrzebie, w marcu 1981 r. wybuchły antyserbskie zamieszki w Kosowie. Od tej pory systematycznie postępuje systematyczna destrukcja duchowego i historycznego patrymonium Serbów w ich kolebce. Albański napór spowodował reakcję w postaci masowych serbskich manifestacji w 1988 i 1989 r. Były one organizowane przez Miloszevicia, który przedkomunistyczny nacjonalizm odgrzał na użytek teraźniejszych potrzeb. Jugosłowiański przywódca obsadził Serbami wysokie stanowiska w prowincji i zlikwidował jej autonomię. Z obawy przed podobnym losem Słoweńcy i Chorwaci ogłosili niepodległość. Albańczycy początkowo ograniczali się do biernego oporu, ale wkrótce doszło do szybkiej radykalizacji. Stały za nią niepodległościowe (zorientowane maoistowsko) i nacjonalistyczne organizacje, utworzone na początku lat 80-tych i powiązane z mafią narkotykową. To ona popierała ekstremistyczną UCK, która w końcu zdominowała umiarkowaną większość uosabianą przez Ibrahima Rugovę. Co było dalej, wszyscy wiemy. Na koniec autor nawołuje, aby Europa wobec Kosowa i w ogóle miała własną politykę i przestała być amerykańskim protektoratem, porównywalnym do Japonii A.D. 1945, zarządzanej przez Mc Arthura.

WŁOCHY

METAPOLITICA. NUOVI CIELI E NUOVA TERRA

Włoskie pismo alternatywne ukazywało się przez kilkanaście lat, po czym zapadło w stan uśpienia, z którego się następnie wydobyło i w związku z tym mamy możliwość zapoznania się z drugim numerem nowej serii periodyku, wydanym na okres kwiecień–czerwiec 1999. Jego mottem jest cytat z Apokalipsy: „Et dixit qui sedebat in throno: ecce nova facio omnia”. Pod hasłem tym podpisuje się wydawca i redaktor naczelny w jednej osobie Silvano Panunzio, który siedzibę czasopisma umieścił w Wiecznym Mieście. Zgodnie z receptą Hitchcocka numer zaczyna się fragmentem Apokalipsy opisującym upadek Wielkiego Babilonu. Z kolei Roberto Russano z Uniwersytetu w Bari napisał komentarz „O dramacie bałkańskim (Niekompatybilność prawa wewnętrznego i międzynarodowego)”. Zastrzegając się, że nie jest zwolennikiem Miloszevicia, autor dostrzega łamanie prawa międzynarodowego przez Aliantów. Jednym z nich były również Włochy, choć ich Konstytucja w art. 11 zakazuje stosowania przemocy zbrojnej w stosunkach międzynarodowych oprócz przypadku wojny obronnej. Artykuł 78 włoskiej ustawy zasadniczej przewiduje natomiast, że ewentualny udział w wojnie powinien być najpierw przedyskutowany przez obie izby parlamentu, a następnie oficjalnie zadeklarowany przez prezydenta. Przed 1939 rokiem Liga Narodów, a szczególnie pakt Brianda-Kelloga, zalecały unikanie zbrojnego sposobu rozwiązywania problemów międzynarodowych. Podobne stanowisko zajęła ONZ, stwierdzając, że państwa członkowskie powinny unikać w stosunkach wzajemnych siły lub groźby jej użycia. Ponieważ na Bałkanach stronami konfliktu były kraje członkowskie ONZ, to interwencja militarna NATO bez zgody Rady Bezpieczeństwa stanowiła pogwałcenie Karty NZ. Chodzi generalnie o to, aby użycie armii w relacjach międzypaństwowych było sankcjonowane przez instytucję znajdującą się super partes. Oznaczałoby to radykalną zmianę zindywidualizowanego systemu stosunków międzypaństwowych zatwierdzonego przez Traktat Westfalski. ONZ miałaby zastąpić Kościół i Cesarza, orzekających niegdyś, która wojna jest sprawiedliwa. Dziś rolę taką odgrywają USA, decydujące według swoich własnych interesów, czy interweniować w obronie uciśnionych Kosowarów, Kurdów, Kuwejtczyków albo Tybetańczyków. Doktryna obrony praw człowieka spełnia dziś taką rolę jak niegdyś doktryna Trumana albo Breżniewa.

Parsifal napisał „Kilka krótkich uwag o kryzysie europejskim”. Autor uważa, że wojna w Kosowie leży w interesie Antyeuropy. Serbów można określić jako Radżputów Zachodu. Podobnie jak Indianie lub Biali Hunowie są przeznaczeni do śmierci w walce. Mają w genach zapisane bestialstwo i heroizm. Nie można im jednak przypisywać ludobójstwa, będącego powtórzeniem rzezi dokonywanych przez Jozuego podczas podboju Ziemi Obiecanej. Można ich najwyżej obwiniać o przeprowadzenie czystki etnicznej na wzór przesiedlenia żydów do Babilonii. Przypadek jugosłowiański potwierdza tezę Spenglera o końcu cezaryzmu w Europie. Pozostawia się przy sterze rządów pokonane władze w Belgradzie po to, aby męczyły się ze zniszczonym krajem tak samo jak Saddam Husajn z Irakiem. W ten sposób realizowany jest amerykański mondializm, stanowiący nową wersję konspiracjonizmu, który skaził dziewiętnastowieczną politykę europejską. Maskuje się prawdziwe cele rozgrywki. Odkryjemy je, gdy uświadomimy sobie z całą ostrością, że wraz z pierwszymi bombardowaniami podskoczył na Wall Street wskaźnik Dow Jonesa i Bill Gates, a wraz z nim miliony pracowników, mógł mieć powody do radości. Aspekty geopolityczne, takie jak omawiana na Kongresie Berlińskim w 1878 r. kwestia dostępu Słowian do morza, są być może jeszcze istotne dla Anglików, ale nie dla Jankesów. Tym ostatnim chodzi o ożywienie przemysłu zbrojeniowego, o osłabienie gospodarki europejskiej poprzez obciążenie jej kosztami odbudowy Jugosławii, co utrudni euro stworzenie poważnej alternatywy dla dolara, oraz o zademonstrowanie niezdolności państw europejskich do samodzielnych skutecznych działań militarnych. Pro domo sua nasuwa się wniosek, że Europa nie będzie się liczyć bez przezwyciężenia sprzeczności między Anglią a Kontynentem oraz między nacjonalistyczną prawicą i internacjonalistyczną, socjalizującą lewicą. Nie ma sensu również pogłębianie sprzeczności między chrześcijaństwem a islamem. Wspólne stanowisko obu religii w takich kwestiach jak rodzina, rozrodczość, feminizm czy lichwa jest godne zauważenia. Pisanina niektórych gazet o „wojnie religijnej” jest kompletnie anachroniczna.

Bohort to określenie autora tekstu „Błękitny Dunaj” (Samobójstwo Europejczyków). Publicysta przypomina, że muzyka Straussa, rozchodząc się koncentrycznie od Wiednia, towarzyszyła wielu zakochanym, wzruszając ich swą lekkością, słodyczą i pogodnością. Nieco inne tony rozbrzmiewały w niemoralnym Paryżu, ukaranym za to przez haubice Bismarcka pod Sedanem. (Tak przynajmniej twierdził Wilhelm Ferrero w książce Młoda Europa). To Wiedeń był prawdziwą stolicą romantycznej Europy, historycznym centrum wszystkich szlachetnych polityk, wszystkich eleganckich dyplomacji. (W 1815 r. mówiło się przecież, że Kongres nie pracuje, lecz tańczy). Później barbarzyńcy sprofanowali i zniszczyli Mitteleuropę. Czym byłby Rzym bez mostów na Tybrze, a Florencja bez mostów na Amo? Tym samym czym dzisiaj jest Belgrad, ta “biała forteca”, bezsilnie spoglądająca na zalegające Dunaj sterty żelastwa. W błękitnych falach utonęły romantyczne sny młodości i ani dolar, ani euro już ich nie reanimują.

Przechodzimy teraz do „Kuriera metapolitycznego” opracowanego przez Gerainfa. Możemy się z niego dowiedzieć, że w Japonii nasila się wśród młodych tendencja brania ślubu w kościele z całą katolicką oprawą. Wychodząc naprzeciw temu zapotrzebowaniu społecznemu hotele urządzają pomieszczenia z odpowiednim wystrojem i urządzają tam fikcyjne uroczystości ślubne, aby po kilku tygodniach równie wspaniale przeprowadzić niby rozwód po zakończeniu pseudo-miesiąca miodowego. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać na widok uniwersalnej ekspansji Las Vegas. Przeciwstawia się jej m.in. prezydent Iranu Mohammad Khatami. Jako pierwszy przywódca perski od rewolucji 1979 r. odwiedził on Europę, gdzie zaskoczył wielu swoją wypowiedzią, w której przypomniał, że Zachód ma swoje korzenie w cywilizacji antycznego Rzymu. Przypominając Platona zaapelował, aby politycy ustępowali miejsca ludziom kultury, co umożliwi narodom wypowiadanie się w sposób swobodny. Zauważył wreszcie, że w każdym pojedynczym Europejczyku zachodni rozum spotyka się ze wschodnią duszą. Ignorowanie tego faktu czyni egzystencję niekompletną. Niewątpliwie jest ona taka w warunkach współczesnej pseudo-demokracji, opisanej w dziele Ezry Pounda Praca i lichwa. Północnoamerykański poeta opisuje świat, w którym decyzje nie są już podejmowane przez rządy i parlamenty, lecz przez finansowe oligarchie, będące jedynymi rzeczywistymi współczesnymi suwerenami. Również słynny rodak Pounda – pogromca Atlantyku Charles Lindbergh – był zaniepokojony różnymi niebezpiecznymi zjawiskami. Zauważył, że m.in. dzięki jego przelotowi świat się skurczył i została zachwiana delikatna równowaga między postępem społecznym a rytmem natury. Ten filoeuropejczyk głęboko ubolewał nad modernistyczną utratą pamięci historycznej.

Wraz z Aldo La Fatą powracamy do przemyśleń Khatamiego, zawartych w książce Religia, wolność i demokracja. Znajdują się tam eseje prezentujące szyickie „spojrzenie na świat współczesny”. Aktualny przywódca irański próbuje pogodzić modernizm z tradycją, religię z demokracją i rewolucję z ewolucją. Taki kompromis miałby ułatwić dialog i wymianę kulturalną z Zachodem. Można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z ustępstwem silnej myśli islamskiej na rzecz słabego kulturowo modelu demokracji zachodniej. Islamski przywódca może sobie na to pozwolić, gdyż czuje poparcie wciąż, oprócz nielicznych wyjątków, twardo trzymającego się wiary swojego ludu. W tej sytuacji koncesje nie mogą być głębokie z powodu ryzyka alienacji. Khatami bynajmniej nie idzie w stronę libertynizmu i nie pieje hymnów na cześć demokracji jako jedynie słusznej i doskonałej formy rządów. Nie jest on jednak z drugiej strony teoretykiem „walki zbrojnej” przeciw Zachodowi, ani “radykalnym fundamentalistą” wykorzystującym religię tak jak Europejczycy swoje ideologie. Nie głosi też hasła „islamizacji Zachodu”. (W tym miejscu warto by jednak przypomnieć, że opisywany przez Miłosza ketman był dosyć szeroko praktykowany przez szyickie duchowieństwo – red.) Skupia się na walce z „radykalizmem religijnym” i „tradycjonalizmem”. Pisze, że tradycja, której czas minął, jest wyłącznie ciasną klatką tłamszącą osobowości i dusze. Ludzie będący jej zakładnikami odrywają się od ortodoksji, popadają w anachronizmy, idolatrię i przesądy. Są oni tyle samo warci co powierzchowni moderniści. Nie wolno tonąć w przeszłości lub teraźniejszości. Trzeba mieć odwagę patrzenia w przyszłość spoczywającą w rękach Boga. Perski lider odrzuca następnie koncepcję wolności jako „możliwości działania i życia jak się chce”. Jest ona zupełnie obca jego kulturze. Muzułmanie znają arabskie słowo „falah”, oznaczające wolność od skłonności, żądzy materialnych i stricte ziemskich ideałów. Jedyna prawdziwa wolność to ta, która umożliwia człowiekowi zbawienie. Wolność moralna i duchowa powinna uautentyczniać i uwznioślać wolność społeczno-polityczną. Przysługuje ona ludowi, a lud to „ostateczny arbiter tworzący państwo. Na tym polega demokracja”. „Większość” powinna rozstrzygać o tym, kto ma rządzić i w jaki sposób. W Iranie lud stworzył państwo religijne (nazywane przez Włochów „etycznym” lub „konfesyjnym”). Ponieważ władzę sprawuje tam kler, to można je też określić jako republikę arystokratyczną z religijnym podłożem.

Pojęcie demokracji u Khatamiego tym się różni od zachodnich ujęć, że jest religijne, a nie laickie. Suwerenność powszechna jest uznawana w takim zakresie, w jakim respektuje przysługującą człowiekowi godność duchową i boską. Ważniejsze od wyborów między polikracją a monokracją są wewnętrzne wybory człowieka. W tym miejscu widzimy doskonale przepaść oddzielającą myślenie Khatamiego od poglądów przywódców europejskich. Irańczyk zdecydowanie odrzuca demokrację alla europea, polegającą na tym, że sukces osiąga się nie dzięki własnej cnocie, lecz za pomocą siły i lekceważenia dobra wspólnego. Ogólnie irański myśliciel nie odrzuca kompletnie Zachodu i nie kapituluje przed nim. Wyraża nadzieję, że chrześcijaństwo europejsko-azjatyckie wyrwie się z wiekowego odrętwienia metafizycznego i porzuci ideę utopijnej cywilizacji globalnej oraz odetnie się od ekonomicznych szaleństw liberalnego kapitalizmu. W przypadku prób deptania godności innych Khatami zapowiada opór z użyciem wszelkich dostępnych środków. Jednakże bardziej od siły militarnej wierzy on w siłę swojej wiary. Przypomina koraniczny werset z Sury Krowy, który brzmi następująco: „Czyńcie wojnę za sprawę Boga przeciw tym, którzy czynią wojnę, lecz nie bądźcie agresorami”. Rewolucja Islamska nie przewiduje fizycznego zniszczenia Zachodu lub jego przymusowej konwersji religijnej. Khatami oczekuje, aż z popiołów politycznego Zachodu narodzi się autentyczna cywilizacyjna i religijna Europa. Apeluje do europejskich intelektualistów, jeśli jeszcze tacy istnieją, aby przemyśleli politykę i przeznaczenie swoich narodów. Żeby im w tym pomóc zapowiada zorganizowanie w 2000 r. ważnej konferencji na temat czterech wielkich cywilizacji śródziemnomorskich: rzymskiej, greckiej, egipskiej i perskiej. (Charakterystyczne jest zaliczenie, pomimo geograficznych barier, Persji do Śródziemnomorza – red.) Oprócz tego w numerze same fundamentalne i głębokie teksty. Giuseppe Provenzano pisze o Kontemplacji Prawdy, Massimo Fanfani o Perspektywach wyższej astrologii, a Giovanna Mattino o Uniwersalnym obywatelstwie rzymskim. Wreszcie w artykule redakcyjnym rozważa się problem Boskiej inicjatywy. W poczuciu braku kompetencji do właściwego skomentowania tych nieco „ciemnych” tekstów, ograniczamy się do odnotowania i zachęcamy do lektury.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»