Z CZASOPISM, „STAŃCZYK. PISMO POSTKONSERWATYWNE”, NR 36-37 (2002)
STANY ZJEDNOCZONE
AMERICAN RENAISSANCE
Po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów w Stanach Zjednoczonych okazało się, że kandydat Demokratów Albert Gore odniósł ogromny sukces w dużych miastach amerykańskich. Jego przeciwnik – George W. Bush jr. zebrał najwięcej głosów na prowincji amerykańskiej czyli w tzw. Heartlandzie. Przy tej okazji posypało się wiele komentarzy politycznych. Jednakże jedynie w prasie prawicowej wskazywano na występowanie etnicznych podziałów w amerykańskim elektoracie jako na przyczynę takiego a nie innego rozłożenia głosów w wyborach prezydenckich. Wśród czasopism, które już od dziesięciu lat wskazują na występowa-nie politycznych preferencji w zależności od pochodzenia etnicznego jest pismo „American Renaissance” kierowane przez Jareda Taylora – autora kontrowersyjnej książki Paved with Good Intentions. The Failure of Race Relations in Contemporary America zajmującej się właśnie problemami rasowymi w USA. Taylor napisał też dwie inne książki: Shadows of the Rising Sun. A Critical View of the Japanese Miracle oraz The Tyranny of the New and Other Essays. Jego artykuły ukazywały się (do momentu, kiedy zajął się problematyką stosunków rasowych) w „Wall Street Journal”, „Boston Globe”, „Baltimore Sun”, „San Francisco Chronicie” i innych pismach. Należał do redaktorów „PC Magazine”. Potem w 1991 roku założył ”American Renaissance”, na którego łamach bez uwzględniania żadnych norm politycznej poprawności i bez przestrzegania jakichkolwiek tabu porusza się kwestie rasowe, problemy imigracji i tzw. wielo-kulturowego społeczeństwa. Dowodem na całkowitą niezależność pisma są choćby analizy poświęcone miastom amerykańskim.
Zacznijmy prezentację od artykułu problemowego pt. „Miniona wielkość amerykańskich miast”, pióra Williama Boggsa. Chociaż biali stanowią 70% populacji kraju, Seattle jest jednym z niewielu dużych amerykańskich miast z białą (70%) większością. Spośród 42 miast liczących ponad 300.000 tylko 13 ma białą większość. W siedmiu miastach posiadających ponad milion mieszkańców, żadne nie ma białej większości. Siedem miast posiada następujący procentowy udział białej ludności: Nowy Jork – 28, Los Angeles -13, Chicago – 26, Philadelphia – 48, Houston – 25, Dallas – 34, San Diego – 47, Detroit – 25. W mniejszych miastach sytuacja wygląda podobnie. Na przykład Waszyngton (DC) ma 24 % białych, Atlanta 29%, New Orlean 31%. Do wyjątków należy Boston z 52 %, Phoenix z 62% oraz Pittsburgh i Indianapolis z 70%. Jeszcze parę dekad temu wszystkie duże miasta w Stanach posiadały białą większość. Dopiero napływ czarnej ludności z wiejskiego Południa, szukającej pracy w dużych aglomeracjach, w połączeniu z liczną imigracją z krajów Trzeciego Świata odmieniły skład etniczny miast. W kilku przypadkach transformacja ludnościowa przebiegała niezwykle szybko. Miami – dla przykładu – ma obecnie latynoskie oblicze z 10-procentową białą mniejszością. A jeszcze w 1960 r. było tam 90 % białych. Miasta takie jak Miami nie zmieniły swego oblicza tylko dlatego, że napłynęło tam wielu przedstawicieli mniejszości etnicznych. Transformacja zaszła tam również pod wpływem masowego exodusu białych na przedmieścia. Boggs zauważa, że w ślad za odpływem białych na przedmieścia zaczął się postępujący upadek dużych aglomeracji. W miastach rośnie przestępczość, ponoszone są ogromne wydatki na opiekę społeczną, szkoły w nich są w rozpaczliwym stanie, drogi miejskie zaś nie są reperowane a śmieci pozostają nie wywiezione. Do symboli dekadencji należy niszczejąca sygnalizacja uliczna. Biali przybywają aktualnie do miast jedynie po to, aby załatwić wszelkie urzędowe sprawy, do pracy, do muzeum itd. i natychmiast w swej masie powracają na przedmieścia. Miasta przestały być dla Białych miejscem zamieszkania. Co więcej, wraz ze wzrostem liczebności ludności kolorowej idzie jej większy udział w zarządzaniu miastami. Zarządy miast takich jak Waszyngton, Detroit, Newark, Atlanta, Nowy Orlean znajdują się pod kontrolą Czarnych. Burmistrzami Los Angeles, Cleveland, Atlanty, New Haven a nawet Seattle są czarni burmistrzowie. Wziąwszy pod uwagę obecne położenie miast oczywiste wydaje się, że ich władze domagają się zwiększenia centralnych dotacji. Wspomina się nawet o „Planie Marshalla” dla miast amerykańskich. Inni chcą, aby stopniowo przyłączać do aglomeracji miejskich „suburbs” (przedmieścia), które powstały jak grzyby po deszczu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W ten sposób ludzie, którzy wcześniej uciekli z miast, ponownie byliby do nich przyłączeni. AR cytuje znanego socjologa Charlesa Murraya, który uważa, że miasta amerykańskie upodobniły się do indiańskich rezerwatów – obcych terytoriów, subsydiowanych z zewnątrz. Jeśli do tego ostatecznie dojdzie, aglomeracje amerykańskie stracą wiodącą rolę jaką przez dziesięciolecia pełniły – na polu kultury, handlu, i produkcji. Na dodatek dynamiczny rozwój telekomunikacji, bogata sieć dróg podmiejskich i rewolucja informatyczna obejmująca coraz większe obszary życia amerykańskiego sprawiają, że Ameryka zaczyna się skutecznie obywać bez miast. Z wyjątkiem osób bardzo zamożnych, których stać na finansowanie enklaw luksusu w morzu miejskiego bałaganu i biedy, dla większości białych miasto stało synonimem alienacji.
Wyżej opisaną sytuację najlepiej widać na przykładzie Nowego Jorku. Dekadencję NYC opisuje ten sam autor w innym numerze „AR” następująco: „Nowy Jork zmienił się za sprawą wielkich migracji w ostatnich dziesięcioleciach. Bezpieczne, tchnące życiem i optymistyczne – w blisko 80 % białe miasto w roku 1960, w latach dziewięćdziesiątych stało się synonimem przestępczości i zubożenia.(…) Pomiędzy 1960 i 1990 rokiem biała populacja zmniejszyła się o połowę – miasto straciło w ten sposób około 2,5 mln ludzi – podczas gdy ludność czarna i latynoska wzrosła odpowiednio o 74% i 291 %. Biali, z których połowa to Żydzi, stanowią obecnie 43% mieszkańców miasta”. Wskutek tych zmian Nowy Jork stopniowo przekształca się w miasto Trzeciego Świata. Jego więzienia w 1990 r. w 95 % były zapełnione przez Czarnych i Latynosów. Oznacza to, iż 23% Czarnych w wieku od 20 do 29 lat znajduje się albo za kratami, na przepustce lub zwolnieniu warunkowym. Około 940 tys. mieszkańców NYC jako źródło utrzymania podaje zasiłki socjalne. Gdyby ich wyodrębnić, tworzyliby oni miasto, które zajęłoby dziewiąte miejsce na liście najbardziej zaludnionych w USA. Tak rozwinięty system świadczeń społecznych powoduje, że Nowy Jork ma bardzo wysokie podatki w porównaniu z innymi miastami. Jednakże i to nie wystarcza na pokrycie wszystkich świadczeń – 10 % nowojorskiego budżetu jest fundowana z kasy federalnej. W tej sytuacji najbardziej cierpią prace niezbędne przy odnowieniu infrastruktury miejskiej. Zamyka się mosty dla ruchu samochodowego – okazuje się, że 56% mostów jest strukturalnie uszkodzonych, zaś 70% nie jest w stanie utrzymać ciężaru, dla którego zostały zaprojektowane. Od 1991 r. biblioteki publiczne są zamknięte w poniedziałki. Stale ogranicza się ilość stacji metra – w samym 1991 r. zamknięto 15 wejść i przejść podziemnych. Czas oczekiwania na miejsce w szpitalu wynosi 10,3 godziny. O położeniu szkół podstawowych i średnich najlepiej świadczy fakt, iż przeznacza się rocznie z kasy miejskiej ok. 30 min dol. na służby ochroniarskie w placówkach szkolnych. Wykrywacze broni zainstalowane są już w 14 szkołach średnich. Sensacją stało się wykrycie przez nauczycieli z Brooklynu trzyletniego dziecka, które przyszło do szkoły z naładowanym pistoletem. Nie dziw, że w tej sytuacji część młodzieży przychodzi na zajęcia w kamizelkach kuloodpornych! Jeśli dodać do tego obrazu widok popękanych chodników i jezdni, zaśmieconych parków, przedsiębiorstw przenoszących się do innych miast, aby tam dalej prowadzić biznes, otrzymamy świat w którym przyszłość może być tylko gorsza niż teraźniejszość. I w tym stanie rzeczy są jeszcze ludzie prowadzący interesy na Manhattanie, którzy chcieliby nadal widzieć NYC jako pępek świata! To pragnienie zapewne nigdy już się nie spełni.
AUSTRALIA
NEW DAWN MAGAZINE. A JOURNAL OF RADICAL NON-CONFORMITY. ALTERNATIVE NEWS AND INFORMATION
Australijskie pismo, którego nonkonformizm jest niekiedy tak radykalny, że nie będziemy omawiać wielu zamieszczonych w nim tekstów, publikuje jednak artykuły interesujące i dobrze udokumentowane. W numerze 30 przeczytać możemy wywiad, jakiego Adamowi Parfrey‘owi udzielił Bo Gritz, bohater wojny w Wietnamie, oficer amerykańskich Sił Specjalnych a dziś jeden z liderów milicji opozycyjnych wobec rządzących Ameryką. Bo Gritz był uczestnikiem wielu akcji przeprowadzonych przez Siły Specjalne w Ameryce Południowej i Azji Południowo-Wschodniej. Jednak doszedł do wniosku, że wiele z tych akcji służyło jako przykrywka dla operacji przerzutu i handlu narkotykami, w które zamieszanych było wielu wyższych urzędników CIA i Pentagonu. Bo Gritz wprowadza nas w to, co dzieje się za kulisami oficjalnej polityki, przedstawia świat zaciekłych walk frakcyjnych, niejasnych powiązań polityków i świata przestępczego. Kilka interesujących liczb znajdziemy w artykule „Produkcja potrzeb” Kirpatricka Sale (nr 34). Sale podaje, że w 1994 roku obroty przemysłu reklamowego w USA wyniosły 150 miliardów dolarów. 21.000 reklam telewizyjnych, milion stron reklam prasowych, 14 miliardów katalogów i 38 miliardów tzw. śmieci reklamowych przesyłanych pocztą, milion bilboardów, posterów i innych znaków reklamowych – te liczby robią naprawdę duże wrażenie. W numerze 41 M. Sabeheddin zamieszcza laudatio Ewy Duarte Peron (1919-1952) znanej na świecie jako Evita. Film o Evicie granej przez Madonnę Sabeheddin uznaje za celowe zniekształcenie prawdy o towarzyszce życia generała Juana Domingo Perona i próbę zohydzenia „Duchowej Przywódczyni Narodu Argentyńskiego”, założycielki Peronistycznej Partii Kobiet, która zrobiła dla nich więcej niż wszystkie feministki razem wzięte. Autor artykułu uważa, że Evita, jej życie i ideowe przesłanie może być i dzisiaj natchnieniem dla wszystkich „skrzywdzonych i poniżonych”, zaś narodowy chrześcijański socjalizm czyli justycjalizm generała Perona to ideologia wiecznie żywa. Sabehhedin przypomina, że kiedy Evita zmarła na raka w 1952 roku to w jej pogrzebie uczestniczyło 2 miliony ludzi. Cała Argentyna, oprócz „finansowej oligarchii” opłakiwała tę, która mówiła „Peron jest naszym słońcem, Peron jest naszym życiem. Nie chcę być niczym innym jak tylko sercem Perona”.
W numerze 53 znajdziemy artykuł znanego rosyjskiego myśliciela polituycznego Aleksandra Dugina zatytułowany „Ostatni prezydent. Zagadka Williama Clintona”. Clinton, pisze Dugin, jest ostatnim prezydentem Stanów Zjednoczonych w tym tysiącleciu, jest ostatnim akordem kadencji, prezydentem fukuyamowskiego „końca historii”. Jego polityczny i ideologiczny image ma wiele postmodernistycznych cech. Ale obiektywne znaczenie tej emblematycznej postaci jest radykalnie odmienne od tego, co się powszechnie o niej sądzi. Jej banalność, brak wyrazistych konturów niosą w sobie głębsze znaczenie. Clinton objął władzę w momencie, kiedy Stany Zjednoczone będące esencją „post-historii” objęły dominację nad całą ludzkością. Dzisiaj nasza planeta jest swego rodzaju kolonią USA, i w tym kontekście William Clinton został „panem świata”. Z ideologicznego punktu widzenia w Clintonie znajdują się oddzielne, ale połączone w jedność elementy. Po pierwsze Clinton jest nietypowym Demokratą. Typowi Demokraci określani są jako „lewica” i charakteryzuje ich: wyczulenie na kwestie socjalne, obniżanie podatków biednym i podnoszenie bogatym, poparcie dla roszczeń rozmaitych mniejszości (etnicznych, seksualnych, religijnych), pacyfizm, obniżka wydatków wojskowych, stawianie „podstawowych wartości ludzkich” ponad interesy Ameryki, ideologia „praw człowieka”, poparcie dla międzynarodowych organizacji typu ONZ, szukanie „prawicowego spisku” za każdym kryzysem, dążenie do stworzenia Jednego Świata bez na-rodów, państw i granic, radosny luz. Odwracając te cechy uzyskamy typowego Republikanina: dążenie do obniżki wydatków socjalnych, obniżka podatków dla bogatych, priorytet norm moralnej większości, zwiększenie wydatków wojskowych, najważniejszy jest interes Ameryki, antysocjalizm i antykomunizm, ideologia wolnej przedsiębiorczości, krytyka międzynarodowych organizacji typu ONZ, poszukiwanie „lewicowego spisku” za każdym kryzysem, “ascetyczna” powaga, nie ideał Jednego Świata ale ideologia amerykańskiej dominacji. Demokrata Clinton nie spełnia kryteriów typowego Demokraty, stąd niektórzy partyjni towarzysze zarzucali mu, że jest „zbyt prawicowy”, czyli za bardzo „republikański”. Ideologiczny sekret Clintona polega na tym, że możemy u niego wykryć elementy „prawicy” i „lewicy”, które są typowe dla naszej epoki. Clinton jest idealnym wcieleniem liberała, liberała a nie demokraty czy też liberalnego demokraty. Reprezentuje on panujący dziś wyłącznie model ideologiczny, który stał się najwyższą normą politycznej poprawności końca XX. wieku. Liberalizm Clintona jest ideologią, której ekonomiczna część jest „prawicowa” („gospodarka rynkowa”) a polityczna część „lewicowa”. Ta ideologia jest podstawą międzynarodowej strategii służącej przejęciu kontroli nad całym globem. William Clinton jest Demokratą w sferach, które nie obejmują gospodarki i polityki zagranicznej. Uśmiecha się, jest łagodny, tolerancyjny, sympatyzuje z mniejszościami i z feminizmem, jest „wrażliwy społecznie”, lubi mówić o “prawach człowieka”. Można by go uznać za Demokratę bardziej jeszcze stereotypowego niż Kennedy. Ale gdy chodzi o podatki, wolną przedsiębiorczość, a szczególnie, gdy chodzi o rolę USA w polityce międzynarodowej Clinton bliższy jest prawicy. To podczas rządów Clintona Ameryka przeprowadziła agresywne akcje w Iraku, Afganistanie, Serbii. Ta mieszanina ideologiczna czyni z Clintona „ostatniego prezydenta” w tym sensie, w jakim Nietzsche mówił o „ostatnim człowieku”.
Całej politycznej biografii Clintona towarzyszą skandale seksualne. Ktoś mógłby sądzić, że pragmatyczny polityk, który zajmuje najwyższą pozycję w najpotężniejszym państwie świata, powinien potrafić powściągać swoje seksualne apetyty a przynajmniej ukrywać swoje sekrety. Ale psychologiczny portret Clintona nie pozwala nam przypuszczać, że mamy do czynienia z człowiekiem mało inteligentnym, który nie potrafi kontrolować własnego zachowania. Tu chodzi o coś innego. Być może najbliższy prawdy jest psychoanalityk Paul Lovinger, który przedstawił następujące wyjaśnienie: William Clinton i jego żona Hillary (“Billy and Hilly”) są współczesną analogią boskiej pary, przeróbką antycznych mitologicznych „boga” i „bogini”. Dokładnie tak postrzega ich infantylna amerykańska publiczność wychowana na komiksach, hollywoodzkich baśniach i horrorach. Hillary jest Wielką Matką Ameryki. Troszczy się o biednych i mogą na nią liczyć aktywne kobiety i pasywni mężczyźni. Jej publiczna funkcja odpowiada greckiej bogini Herze. Natomiast Bill Clinton jest oczywiście wcieleniem swawolącego Zeusa otoczonego przez nimfy z obsługi Białego Domu. Jego seksualne eskapady mają zarówno psychologiczne, jak i mityczne znaczenie. Clinton jest dowodem na płodną siłę amerykańskiego mężczyzny i jego powszechną atrakcyjność. Fakt, że Hillary, stale oszukiwana przez męża, jest zawsze gotowa bronić go w obliczu ataku wrogów, świadczy o tym, że nie mamy do czynienia ze spontanicznymi ludzkimi emocjami, lecz z dokładnie zaplanowaną psychodramą odgrywaną na scenie globalnego teatru (do-dajmy tutaj, że Hillary tak samo jak Hera jest aseksualna w oczach mężczyzn, ale być może nie w oczach kobiet, o czym świadczą uparte plotki o jej skłonnościach do przedstawicielek własnej płci – gdyby Hillary rzeczywiście była lesbijką, to wyjaśniałoby to w pewnym stopniu dwie sprawy: postępowanie Billa odpychanego przez jej fridigitas i brak u niej uczucia zazdrości). Nie jest wykluczone, że afery seksualne Williama Clintona to element public relations, manewr polityczny, który ma odwrócić uwagę od tego, że „zdradził” Demokratyczne ideały i nie wypełnił praktycznie żadnej ze swoich wyborczych obietnic. Nie ma sensu krytykować Williama Clintona. Jego osoba, jego działania i słowa pokazują rzeczy takimi, jakie są. Clinton jest odbiciem historii, skromnym aktorem odgrywającym swoją partię, nie można w niej nic zmienić, nawet intonacji, nie mówiąc już o słowach. Niektórzy mają do niego pretensję o to, że nie podejmuje żadnych decyzji, ale po „końcu historii” żadne decyzje nie są możliwe. Clinton niczego nie zmienił w historii Ameryki, ale nic nie można zmienić. Ostatni prezydent, ulizany baptysta, globalistyczny „pan tego świata”, z władzą nad całą planetą, nie jest w stanie niczego spełnić. Jego fizjonomia mówi: „To było wszystko. Dlaczego oczekujecie czegoś więcej. Och, dajcie spokój, bądźcie realistami. To było definitywnie wszystko”. Game over.
W wydaniu nr 59 Susan Bryce publikuje artykuł “Wojownik 21. wieku”, w którym prezentuje współczesne trendy rozwojowe w armii amerykańskiej. Bryce pisze, że armia USA pracuje nad nowymi programami i projektami, których realizację ma umożliwić z jednej niewiarygodnie szybki rozwój techniki komputerowej połączonej z miniaturyzacją wszelkiego typu urządzeń a z drugiej biotechnologia i coraz lepsze poznanie ludzkiego systemu nerwowego. Podstawą długofalowego planowania wojskowego jest wypracowany w Departamencie Stanu dokument „Joint Vision 2010”. Zgodnie z tym dokumentem wysiłek techniczny i organizacyjny powinien być skierowany na to, aby armia amerykańska mogła przeprowadzać akcje wojenne lub quasi-wojenne w każdym punkcie świata, do którego oddziały wojskowe winny dotrzeć w jak najkrótszym czasie. „Joint Vision” tworzy ogólne ramy dla programów armii lądowej („Army After Next“) i powietrznej („Airforce 2025”). Podobne programy mają marynarka wojenna i oddziały marines. Program „Army After Next” ma określić, jak walczyć będzie armia w tym stuleciu, jakich rodzajów broni i sprzętu będzie używać i które ze współczesnych rodzajów broni i sposobów walki staną się przestarzałe. Sztab generalny uważa, że „army after next” będzie bardziej „elastyczna” i „lżejsza”. Zakłada się, że licząca 5.000 żołnierzy brygada powinna od momentu otrzymania rozkazu potrzebować 96 godzin, aby dotrzeć do dowolnego miejsca na ziemi i być gotowa do akcji, dywizja licząca 11.000 żołnierzy -120 godzin, a pięć dywizji – 30 dni. Przewiduje się, że w roku 2010 dwie trzecie ludności świata będzie mieszkać w miastach i na terenach zurbanizowanych. Dlatego armia musi być przygotowana do walki na tych obszarach. Amerykańscy marines przeprowadzili już na terenach zurbanizowanych serię ćwiczeń pod kryptonimem “Urban Warrior”. Podczas tych ćwiczeń stosowano nowe formy taktyki i testowano eksperymentalne technologie przydatne podczas walki w miastach i na obszarach zurbanizowanych. Do tych eksperymentalnych technologii rozwijanych przez Defense Advanced Research Projects Agency należą tzw. Tactical Mobile Robots, które po raz pierwszy pojawiły się ramach programu kosmicznego, a w przyszłości mają znaleźć zastosowanie w walce na terenach miejskich. Te roboty to pomocnicy przyszłych „wojowników 21. wieku”. Będą one zdolne do penetrowania budynków, niszczenia przeszkód, tworzenia map topologicznych struktur miejskich z dokładnością 90%, prowadzić obserwację przy pomocy wmontowanych kamer etc. TMR to jeden z wielu produktów nowych technologii wojennych, które zmienią charakter walki.
Program „Airforce 2025” opracowany przez lotnictwo zakłada, że przyszłe konflikty zbrojne będą „wojnami błyskawicznymi” o niezwykle wysokim tempie przeprowadzania operacji, o minimalnych stratach i zniszczeniach. Te “błyskawiczne wojny” oparte będą na niewiarygodnie szybkim przepływie informacji. Kto osiągnie informacyjną dominację , ten wygra. „Platformy informacyjne”, miniaturowe satelity, bezzałogowe pojazdy lotnicze, komunikacyjna infrastruktura, inteligentne oprogramowanie, nowe formy interakcji człowieka i komputera – to są podstawowe kwestie dla prowadzenia wojen przyszłości. Dla celów wojskowych spożytkowane też będą wyniki badań nad strukturą i działaniem ludzkiego mózgu. Zmieniają się technologie, zmienia się pole walki i taktyka prowadzenia działań wojennych. Zmieniają się również relacje pomiędzy ludźmi i technologiami. Wszystko to stworzy nowy typ „wojownika 21. wieku”.
W artykule „Brain Zapping. Electronic Mind Control” (wydanie 59. i 60.) Jason Jeffrey twierdzi, że zmiany będą jeszcze głębsze a to, co znamy z powieści fantastyczno-naukowych czy też z Archiwum X stanie się rzeczywistością. W tajnych laboratoriach rządowych i wojskowych prowadzi się badania nad wpływaniem na umysły ludzi i ich podświadomość, nad modyfikacją ludzkich reakcji i zachowań, nad hipnozą. Przeprowadzane są eksperymenty z narkotykami, wywoływaniem na odległość halucynacji i pożądanych stanów emocjonalnych, modyfikowaniem ludzkiej percepcji. Rozwijane są psychotechnologie, które znamy z takich powieści jak Neuromancer Williama Gibsona. Znane z Archiwum implanty i biochipy to nie dzieło „obcych”, ale całkiem realnych ludzi. Celem jest stworzenie broni, która nie zabija, ale pozwala opanować i kontrolować przeciwnika. Jak najmniej krwi, jak najmniej fizycznej przemocy, ale cel jest taki sam jak w przypadku wszystkich dawnych konfliktów zbrojnych: narzucenie swojej woli przeciwnikowi.
W numerze 63 stała autorka pisma Susan Bryce stara się odpowiedzieć na pytanie, kiedy zacznie się powolny spadek wydobycia ropy naftowej a wraz z nim przejście do epoki „postnaftowej”. Przytacza powiedzenie z Arabii Saudyjskiej: „Mój ojciec jeździł na wielbłądzie, ja jeżdżę samochodem, mój syn lata samolotem – jego syn będzie jeździł na wielbłądzie”. To powiedzenie przypomina ludziom, że ilość ropy naftowej nie jest nieskończona. Na przełomie wieków postęp technologiczny umożliwia geologom w miarę dokładnie określić wielkość zasobów ropy naftowej na świecie. Cały glob został już przeszukany i wiemy już, ile ropy i (gazu ziemnego) nam zostało. Odkryto wprawdzie kilka nowych złóż ropy, ale niewielkie. Geologowie zajmujący się poszukiwaniem i wydobywaniem ropy stosując odpowiednie modele matematyczne i symulacyjne obliczenia twierdzą, że szczyt wydobycia ropy przypadnie na początek dekady naszego stulecia (gdyby nie wliczać zasobów znad Zatoki Perskiej to szczyt ten już został osiągnięty). Potem następować będzie powolny spadek. Przewiduje się, że w roku 2050 wydobycie ropy może spaść do poziomu lat 60. Susan Bryce twierdzi, że wielkie amerykańskie korporacje oraz wysoko ulokowane czynniki polityczne i gospodarcze z różnych międzynarodowych gremiów zdają się podzielać te opinie. Stąd, według autorki, trwające już gorączkowe poszukiwania nowych źródeł energii, odnawialnych źródeł energii, przyspieszenie prac badawczych nad stworzeniem i wykorzystaniem nowych paliw, szukanie oszczędności w zużyciu ropy etc. Na przyjście ery „postnaftowej” musi przygotować się rolnictwo, które zużywa jej wielkie ilości. Dlatego coraz więcej nakładów przeznacza się na inżynierię genetyczną roślin. Rozwój „gospodarki elektronicznej” ma również sprzyjać ograniczeniu zużycia ropy. Susan Bryce konstatuje, że era „postnaftowa” przyniesie wielkie zmiany w bardzo wielu dziedzinach ludzkiego życia i, być może, stworzy możliwości, aby dziedziny te ukształtować lepiej niż to było w erze naftowej.
Stałym tematem pojawiającym się na łamach pisma jest rozwój środków kontroli i nadzoru i ich wykorzystanie w polityce, gospodarce i innych dziedzinach życia społecznego. W numerze 32 Steve Davies pisze, że dzisiejszy świat nie jest światem orwellowskim, ale raczej Nowym Wspaniałym Światem Huxley‘a. Nie jest to świat brutalnych tyranów, ale świat oparty na ideologii Harmonii, zanikły w nim różnice pomiędzy instytucjami państwowymi i prywatnymi organizacjami, celem jest osiąganie kompromisu i zgody. Nie ma jednego Wielkiego Brata. Obserwujemy natomiast stały i szybki rozwój sieci komputerowych i zintegrowanych baz danych. Komputery i dostęp do sieci dają jednostce wielkie możliwości zdobywania informacji, ale równocześnie komputerowe sieci pozwalają współczesnym elitom kumulować informacje o obywatelach na skalę dotychczas niespotykaną. Żyjemy w społeczeństwie postorwellowskim, gdzie kontrola jednostki jest łagodna i niedostrzegalna gołym okiem, władzy prawie nie widać, ale nie istnieją tajemnice, które byłyby jej niedostępne. W numerze 35 Steve Davies definiuje technologie inwigilacji jako technologie, które pozwalają monitorować, śledzić i namierzać ruchy, czynności i komunikowanie się jednostek. Należą do nich środki wizualnego utrwalania, urządzenia podsłuchowe, komputerowe systemy informacyjne i systemy identyfikacji. Karty identyfikacyjne, mikrokamery, paraboliczne mikrofony, urządzenia działające na podczerwień, systemy namierzania samochodów, zautomatyzowane systemy oparte o identyfikację na podstawie odcisków palców, urządzenia biometrycznej kontroli i identyfikacji, urządzenia do przechwytywania rozmów z telefonów komórkowych i poczty elektronicznej – na światowym rynku kupić można to wszystko i jeszcze wiele więcej.
Davies wylicza główne firmy zajmujące się produkcją środków inwigilacji i wskazuje na stały wzrost obrotów w tej branży. Producenci z Europy Zachodniej i USA eksportują swoje wyroby do wszystkich krajów świata. W numerze 36 Steve Davies omawia bliżej praktyczne przykłady zastosowania produktów przemysłu inwigilacji. W stanie Massachusetts w 1995 roku zaczęto realizować plan zwalczania przestępczości. Stworzono stanową bazę danych zawierającą zdigitalizowane fotografie 4,2 miliona kierowców. W ciągu sekundy można zestawić czyjąś fotografię z obrazami zawartymi w bazie danych i zidentyfikować człowieka, którego ta fotografia przedstawia. System rozpoznaje strukturę twarzy i pozwala dokonać identyfikacji także wówczas, kiedy sfotografowany człowiek od niedawna nosi okulary, zmienił fryzurą etc. Znany jako Computerized Facial Recognition system umożliwi w przyszłości identyfikowanie sfotografowanych ludzi poprzez równoczesną konfrontację fotografii ze zdigitalizowanymi fotografiami twarzy magazynowanymi w różnych instytucjach. Jest też możliwe sprzężenie CFR z systemami kamer wideo zainstalowanych w miejscach publicznych. Te kamery osiągają już taką ostrość obrazu, że pozwalają odczytać napis na pudełku od papierosów z odległości z kilkuset metrów. Sprzężone z CFR stworzą możliwość nie tylko obserwacji danego człowieka, ale i jego natychmiastowej identyfikacji. Drugą dziedziną dynamicznie się rozwijającą jest biometria – proces zbierania, przetwarzania i przechowywania szczegółów fizycznych cech człowieka. Najbardziej popularne formy biometrycznych kart identyfikacyjnych opierają się na skanowaniu siatkówki, geometrii dłoni, odcisków palców, rozpoznawaniu głosu, zdigitalizowanych fotografiach. Biometria znajduje zastosowanie w najrozmaitszych dziedzinach i pozwala identyfikować klientów opieki społecznej, imigrantów, pacjentów szpitali, pasażerów samolotów etc. Najrozmaitsze instytucje prywatne i rządowe zaczynają wprowadzać ten system Davies przewiduje, jakie skutki przyniesie doskonalenie systemów rozpoznawania głosu ludzkiego. Aktualnie takie systemy jak Power Secretary i Dragon Dictate pozwalają komputerowi rozpoznawać do stu słów na minutę z prawie stuprocentową dokładnością. Słowa zamieniane są na tekst pojawiający się na ekranie lub też kierowane do komputera instruują go, co ma robić. Klawiatura w ogóle nie jest używana.
Skutkiem coraz większych możliwości komputerów i integrowania systemów będzie to, że przestanie istnieć wiele stanowisk pracy w biurach, urzędach, bankach, firmach przemysłowych – zbędni staną się ci, którzy do tej pory potrzebni byli jako „pośrednicy” pomiędzy maszyną a człowiekiem lub jako ci, którzy musieli twarzą w twarz spotykać się z ludźmi, aby ustalać ich tożsamość i obsługiwać ich. W zakończeniu swojego artykułu Davies przewiduje pogłębiającą się fuzję człowieka i maszyny. Tak jak nikogo nie dziwią już silikonowe piersi, sztuczne penisy, bioniczne uszy oraz inne formy umieszczania rozmaitych obiektów w ludzkim organizmie, tak samo przestają dziwić, znane do tej pory z powieści science fiction, mikrochipy wszczepiane w ludzki mózg i inne organy. Kiedy dojdzie do tego system analizy DNA, wtedy inwigilacja obejmie cały ludzki organizm, nasze życie będzie otwartą księgą dla firm ubezpieczeniowych, pracodawców i agencji rządowych. Podobną problematyką, co Davies, zajmuje się znana nam już Susan Bryce w numerze 50. Wchodzi dziś do użytku druga generacja broni kinetycznej, chemicznej i optyczno-akustycznej. Udoskonala się istniejące już środki obezwładniające i paraliżujące. Bryce wymienia w tym kontekście generatory ultradźwięków powodujące dezorientację, wymioty, zakłócenia słuchu i równowagi, mdłości, techniki stymulacji wizualnej i wywoływania iluzji takie jak pulsujące w „epileptycznym” rytmie światła o wysokiej intensywności i hologramy używane do aktywnego kamuflażu, broń termiczną, laserową i magnetyczną, gaz pieprzowy wywołujący przejściową ślepotę, nowe niezwykle szybko działające środki obezwładniające, uspokajające i wywołujące sen (niektóre oparte na heroinie), sieci do chwytania pokryte chemicznymi środkami lub naelektryzowane, wyrzutnie kleistej piany. Pragnie się osiągnąć dwa cele: broń ma skutecznie obezwładniać i unieszkodliwiać a nie zabijać (jak najmniej krwi), ma dosięgać i trafiać jednostki w tłumie.
W numerze 62 Richard K. Moore twierdzi, że film „Matrix” nie jest futurologiczną wizją, ale opisem rzeczywistości. Każdy, kto widział ten film, zapamiętał scenę, kiedy Morfeusz zachęca Neo, aby wybrał między tabletką czerwoną i niebieską. Ci, którzy wybierają tabletkę niebieską, żyją w sfabrykowanej przez media kolektywnej iluzji, w „matrix reality”, która nie jest nawet cieniem na ścianie platońskiej pieczary, nie jest nawet odległym odbiciem rzeczywistości. Ci, którzy wybierają tabletkę czerwoną, budzą się ze snu, przebijają się przez medialny konsensus iluzji i poznają prawdę, która kryje się poza siecią propagandowych haseł i sloganów, poza całkowicie zafałszowanym obrazem historii. Moore zachęca do lektury książek, które, według niego, są tym samym, co czerwone pigułki z filmu „Matrix”: Michael Parenti The Sword and The Dollar. Imperialism, Revolution and Arm Race, Make-Believe Media, Inventing Reality, William Blum Killing Hope. U.S. Military and CIA lnterventions since World War II, William Greider Who Will Tell the People. The Betrayal of American Democracy, Richard Douthwaite The Growth lllusion. Zawsze będą ludzie, którzy wybiorą prawdę. Rządzące elity zdają sobie z tego sprawę, wiedzą, że zawsze pewna część obywateli nie będzie wierzyć w „matrix reality”. Chodzi tylko o to, aby utrzymać pod kontrolą grupy i jednostki, które lubią czerwone pigułki. Moore pisze, że trzeba czytać także książki i inne oficjalne publikacje, ponieważ czasami odsłaniają one prawdę o rzeczywistości i ujawniają sposoby kreowania „matrix reality”. Jako przykład podaje prace jednego z ważnych propagandystów prof. Samuela Huntingtona. Kiedy przeczyta się jego Kryzys demokracji, to nie potrzeba sięgać do teorii spiskowych, gdyż Huntington bez osłonek pisze o strukturze, celach i posunięciach globalistycznej elity. Jego Zderzenie cywilizacji to klasyczna już pozycja „matrix reality”, która odsłania jej szkielet, ujmując codzienną oficjalną retorykę w zrozumiałe, proste ramy. Moore zaleca też czytanie „Foreign Affairs”, gdyż jest to najlepsze źródło pozwalające śledzić przesunięcia i zmiany w „matrix reality” i mieć wgląd w sposób myślenia obecnej elity. Oczywiście trzeba umieć czytać między wierszami, rozszyfrowywać aluzje, dopowiadać to, co niedopowiedziane.
W tym samym numerze znajdziemy wywiad z W. Adamem Mandelbaumem, byłym pracownikiem amerykańskiego wywiadu wojskowego, autorem książki Psychic Battlefield, w której opisuje on badania i eksperymenty CIA i wywiadu wojskowego nad zjawiskami paranormalnymi. Wieczne marzenie wywiadu to posiąść „na odległość” dostęp do miejsc, ludzi i informacji. Zdaniem Mandelbauma istnieje symbioza pomiędzy wojskiem, agencjami wywiadowczymi a tym, co paranormalne i okultystyczne. Jego zdaniem, tak jak istnieje kompleks wojskowo-przemysłowy, istnieje też kompleks wojskowo-okultystyczny. Mandelbaum przypomina, że brytyjski system wywiadowczy został stworzony kilka wieków temu przez sir Francisa Walsinghama, który używał „czarownic” jako szpiegów. Walsingham współpracował też z astrologiem, spirytystą i wróżbiarzem Johnem Dee, który miał przepowiedzieć klęskę Wielkiej Armady i egzekucję Marii Stuart. Już w naszych czasach, w okresie II. wojny światowej Ian Fleming z wywiadu brytyjskiego, twórca postaci Jamesa Bonda współpracował ze znanym „czarownikiem” Aleisterem Crowley‘em. Dodajmy tutaj, że niektórzy inni autorzy twierdzą, że Winston Churchill obawiając się w 1940 roku klęski Wielkiej Brytanii spowodowanej zastosowaniem przez kanclerza Hitlera magii ręki (niemieckie pozdrowienie) wezwał na pomoc właśnie Aleistera Crowley‘a. Crowley poradził mu, żeby magii Hitlera przeciwstawił magię palców rozwartych w literę V czyli znaku używanego wcześniej przez masonów i symbolizującego dwa skrzyżowane sztylety – jednego przeciw monarchii, jednego przeciw Kościołowi. Jak wiadomo, magia Churchilla okazała się silniejsza niż magia Hitlera, aczkolwiek jej adept Churchill został przez nią pochłonięty i stracił imperium. Wydaje się, że książka Mandelbauma mogłaby posłużyć jako punkt wyjścia do zbadania „ezoterycznych źródeł liberalnej demokracji”. Jak widać „New Dawn” to bez wątpienia jedno z ciekawszych pism alternatywnych, które kieruje się opinią wypowiedzianą w wywiadzie przedrukowanym w numerze 32: “Polityczne konflikty są manifestacjami widocznymi na powierzchni. Jeśli powstają konflikty, można być pewnym, że określone sitwy pragną, aby te konflikty trwały, bo mają nadzieję odnieść korzyść z tej sytuacji. Zajmować się konfliktami politycznymi na powierzchni, to robić błąd byka na arenie, to rzucać się na płachtę. Po to jest polityka, żeby nauczyć cię płachty. Tak jak torreador uczy byka, uczy go, aby za nim podążał, aby był posłuszny płachcie”. Te słowa wypowiedział William Seward Burroughs, autor sławnej powieści Nagi lunch, mentor i przyjaciel Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca, w wywiadzie udzielonym Gregoremu Corso i Allenowi Ginsbergowi w 1961 i opublikowanym w piśmie „Journal for the Protection of All People” (wykład Burroughsa „Czterej Jeźdźcy Apokalipsy” znajdziemy w numerze 37 “New Dawn”).
NIEMCY
CRITICÓN
W artykule wstępnym do numeru 143. znakomitego konserwatywnego kwartalnika, który z Monachium przeniósł się do Bonn i wychodzi pod nowa redakcją (Gunnar Sohn i Wolfram A. Zabel) Critillo zajmuje się tzw. opinią publiczną. Przypomina, że takie słowa jak „publiczność”, „opinia publiczna”, „publicystyka” itp. pojawiły się w latach 1780-1820. Miały one określać nową instancję regulującą współżycie obywateli. Opinia publiczna była sztandarem, którym liberałowie wymachiwali podczas walki przeciw „państwu zwierzchniczemu” i władzy książąt i królów. Załatwianie spraw państwowych w gabinecie, czyli w pomieszczeniu przylegającym do komnat książęcych i nie posiadającym własnego wejścia, gdzie książę wraz ze swoimi tajnymi radcami i sekretarzami (łac. secretarii=tajni), pochylał się nad arcanami (łac. arcana=tajemnice) polityki, uznane zostało za przejaw arbitralności władzy, za coś typowego dla absolutnej władzy jednostki, ba, za tyranię. Światło rozumu miało przepędzić noc zakulisowych intryg i spisków. Oświecona i rozumna opinia publiczna stała się w XIX. wieku wyłącznym panem. To „nowe mocarstwo” stało się dominującą siła całego stulecia. Jego bronią była prasa. Jawność stała się światłem („w świetle opinii publicznej”), zaś to, co nie chciało się jej poddać było ciemnością, wylęgarnią ciemnych mężów, obskurantów i „tajniaków”. Jak pisał jeden z liberałów w 1848 roku: „czym dla ziemi jest słońce, tym jawność jest dla państwa”. Amerykański prezydent Woodrow Wilson chciał jeszcze w XX. wieku przy pomocy „jawności” złamać władzę trustów a w polityce zagranicznej znieść tajną dyplomację. Jednak paryską konferencję pokojową z 1919 trudno uznać za szczyt jawności, zaś z trustami musiał Wilson dość szybko pójść na kompromis. Na „uniwersalne królestwo jawności” trzeba było jeszcze trochę poczekać. Ale droga w tym kierunku została wytyczona. Konstytucyjny kompromis pomiędzy państwem a społeczeństwem polegał na tym, że grupy nie-państwowe zyskały możliwość wpływania na procesy polityczne. Prawa i wolności, podział władz, uznanie opozycji, pluralizm, państwo prawa miały gwarantować współżycie w jednym państwie różnych grup światopoglądowych, religijnych i politycznych.
Ale ten stan nie trwał zbyt długo, albowiem pojawiły się dwa nowe czynniki władzy: państwo partyjne i mass-media. Oba wyrosły na gruncie masowej demokracji, która niesie ze sobą inne formy integracji niż porządek konstytucyjny. Zasadę, na której oba te czynniki się opierają, znajdziemy już u Juwenala a brzmi ona: „panem et circenses”. O „chleb” troszczą się partie opiekuńcze, partie „zapewniające dobrobyt”, partie socjaletatystyczne, o „igrzyska” troszczą się mass-media. Sfera jawności gwałtownie się rozszerzyła zbliżając się do stanu określanego przez Sloterdijka jako „synchroniczne społeczeństwo światowe” – wszystkie kontynenty kąpią się w tym samym audiowizualnym prysznicu. Jawność opanowała najgłębsze sfery prywatności, wywlokła na zewnątrz to, co pod podszewką i nikt nie może się jej wymknąć. Równocześnie jednak „medialna opinia publiczna” odizolowała się od ludzi tak samo jak państwo partyjne. Mówi się dziś o wolności poglądów i wolności komunikowania. Wolność poglądów jest prawem każdego, wolność komunikowania prawem tych, którzy dysponują mediami czy to jako właściciele czy też jako zleceniodawcy lub dziennikarskie koterie czyli prawem 0,1% społeczeństwa. Wolność komunikowania jest zatem przywilejem. Jeśli swoją olbrzymią przewagę techniczną wykorzysta ona przeciw zwykłej wolności poglądów, to o żadnej wolności poglądów nie może być mowy. Opinia publiczna zawłaszczona przez media staje się zagrożeniem. Nie ma żadnego prawnego środka wobec tego zagrożenia: wobec zniesławienia, oszczerstw, publicznego napiętnowania, niszczenia politycznej i prywatnej egzystencji. Jawność dotarła ponownie tam, skąd w końcu XVIII. wieku rozpoczęła swoją drogę, ku absolutnemu panowaniu, ku nowej arbitralności, ku nowym arcanom, nad którymi w gabinetach pochylają się nowi książęta, tajni radcy i sekretarze. Problem polega na tym, że temu nowemu absolutyzmowi „opinii publicznej”, temu nowemu „obskurantyzmowi” jawności nic nie można przeciwstawić, ponieważ medialna opinia publiczna i elita władzy są jednym i tym samym. Tak rozwiało się jeszcze jedno naiwne liberalne złudzenie: zamiast jawności są nowe tajemnice i zakulisowe intrygi dysponentów „opinii publicznej”, zamiast tworzenia opinii publicznej od dołu do góry, mamy odgórne sterowanie opinią publiczną.
Hans-Christof Kraus zajmuje się problemem: romantyzm i krytyka moderny. Na temat romantyzmu (europejskiego a niemieckiego w szczególności) toczyły się od początku ostre spory. Zarzucano romantyzmowi wrogość do Oświecenia, rewolucji i postępu. Tak zaczęło się to od Heinego i do dziś się nie skończyło. Benedetto Croce określił romantyzm jako „moralną chorobę”, gdyż romantycy nie potrafili, jego zdaniem, zrozumieć, przeżyć i potwierdzić liberalnego rozwoju. W tym samym duchu, tylko z użyciem ostrzejszych epitetów, pisali marksistowscy krytycy romantyzmu: dla Lukácsa romantyzm to skrajny przykład reakcyjnego obskurantyzmu. Byli oczywiście tacy, którzy akceptowali zarzuty postępowców, liberałów i marksistów nadając im pozytywny sens. Na przykład Paul Kluckhon widział w romantyzmie jedno ze źródeł duchowej walki przeciw jednostronnemu racjonalizmowi i wartościom rodem z kantoru, przeciw bezdusznej kulturze i dominacji tego, co ekonomiczne. Inni konserwatywni pisarze i badacze pisali o romantyzmie w tym duchu, podkreślając jego aktualność w dążeniu do umocnienia uczuć narodowych i religijnych ideałów oraz w sprzeciwie wobec pozytywizmu i naturalizmu. Widzieli oni w romantyzmie utwierdzenie wartości tego, co naturalne, organiczne, ojczyste. Ale pojawili się też konserwatywni krytycy romantyzmu, którzy przyłączyli się do opinii postępowców i marksistów, ale nadali im negatywny sens. Widzieli oni w romantyzmie siłę rewolucyjną, progresywną, modernistyczną propagującą skrajny subiektywizm i „okazjonalizm”. Najsławniejszym przedstawicielem tego nurtu był Carl Schmitt, który w swojej pracy Polityczny romantyzm zdegradował romantyzm do niepoważnego estetycyzmu i arbitralnego subiektywizmu. U Schmitta romantyzm to ruch, który w swoim jądrze wykazuje typowe cechy moderny: brak formy i trwałych punktów odniesienia. Podobnej krytyki romantyzmu dokonał Alfred Baeumler. Z kolei Karl Heinz Bohrer wysunął tezę, że romantyzm był nurtem, który przygotował europejską modernę: Kierkegaarda, Nietzschego, Baudelaire‘a, surrealizm, psychoanalizę, prozę Musila i Benjamina. Dla Bohrera jest to powód, aby pozytywnie oceniać romantyzm.
Według Krausa najgłębszą treścią romantyzmu jest – dokonywana na różnych poziomach i w różnych formach – fundamentalna krytyka moderny. A moderna to, idąc z Maxem Weberem, oddzielenie porządków życia i sfer wartości, rosnąca nieprzejrzystość i abstrakcyjność świata, w którym żyje człowiek, racjonalizacja absolutnie wszystkich dziedzin ludzkiej egzystencji. Nowoczesny człowiek wstawiony jest w różne, podległe innym prawom porządki życia. Tradycyjna jedność sfer – osobisto-rodzinnej, socjalno-ekonomicznej, prawno-politycznej i religijnej, które w czasach przednowoczesnych mieściły się pod sklepieniem powszechnie obowiązującego, religijnie legitymizowanego, porządku wartości, została zniszczona. Człowiek nowoczesny zmuszony jest poruszać się stale pomiędzy różnymi sferami wartości i godzić roszczenia jednej sfery z roszczeniami innych sfer. Romantyzm jest sprzeciwem wobec powstającego nowoczesnego kapitalizmu i nowoczesnego państwa, którego biurokracja i administracja tworzą najbardziej zracjonalizowaną formę władzy, jest reakcją na „odczarowanie świata”. Romantyzm poszukuje traconej jedności i całości, pragnie je odzyskać poprzez stworzenie własnego obrazu świata: obrazu człowieka, natury, historii, sztuki, polityki. Romantyzm protestuje przeciw oddzieleniu człowieka od natury i odrzuca mechanicystyczne pojmowanie natury typowe dla nowoczesnej nauki. Człowiek jest integralną częścią natury, stąd czysto empiryczno-racjonalny sposób myślenia zamyka człowiekowi drogę ku całości bytu, ku uniwersum, pozbawia go wymiaru religijnego, niszczy misterium natury. Romantyczna filozofia natury jest odwrotnością nowoczesnego pojmowania natury odwołującego się do Bacona, Hobbesa, Kartezjusza i Newtona i polegającego na teoriopoznawczym oddzieleniu „ja” i „świata”, poznającego podmiotu i przedmiotu, którym są zjawiska natury.
Romantyzm zwraca się przeciwko narastającej sekularyzacji, przeciw kultowi postępu i wierze w możliwość stałego doskonalenia człowieka i świata, przeciw utopijnym roszczeniom autonomicznej jednostki opartym na wyabsolutnionym „ratio”. Dla romantyków mikrokosmos i makrokosmos pozostają ze sobą w tajemnym związku, to, co wielkie i to, co małe rządzi się tymi samymi prawami, nic nie jest samo dla siebie, wszystko jest włączone w wyższy, boski ład. Wszechświat jest absolutnym organizmem, manifestacją boskości i absolutnego ducha. Romantyczne rozumienie historii nie opiera się na idei linearnego postępu, ale wykrywa jedność przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. W polityce romantyzm chce „konstruktywnej restauracji”, chce nowego, które zachowuje elementy utraconego „złotego wieku”. Wrogiem romantyków jest biurokratyczne, bezduszne państwo, państwo-fabryka, państwo-maszyna. Opowiadają się za „republikańską monarchią”, w której jest miejsce na uczucia i wzruszenia, za ideą Imperium a przeciw państwu-rewolucyjnemu, państwu, które jest martwym mechanizmem.
Romantyzm pożąda uniwersalności, chce jednoczyć sztukę, mitologię i religię a tym samym dokonać ponownego „zaczarowania świata”. Obserwując jak „nieskończona muzyka wszechświata” zamienia się w „jednostajny klekot straszliwego młyna”, romantycy postulują jedność wszystkiego, co żywe, tworzą obraz naturalno-boskiego kosmosu, który jest jednością tego, co organiczne i nieorganiczne, i który zawiera w sobie to, co duchowe i to, co fizyczne. Romantycy przeprowadzają fundamentalną krytykę moderny poprzez przeciwstawienie jej własnego obrazu świata, w którym istnieje łączność i jedność zjawisk politycznych, filozoficznych, religijnych, poetycko-artystycznych, chcą harmonii, syntezy i uniwersalności, zjednoczenia oddzielonych porządków życia, zintegrowania sfer ducha, chcą totalności, w której jednym są: wiara i wiedza, religia i filozofia, rozum i uczucie, republika i monarchia, protestantyzm i katolicyzm, mikrokosmos i makrokosmos. Co z idei romantyzmu zachowuje swoja ważność, pyta na zakończenie autor artykułu. Nie mamy tam co szukać bezpośrednich recept czy wręcz teoretycznych lub praktycznych wskazówek, które miałyby nam pomóc w rozwiązywaniu współczesnych problemów. Choćby z tego powodu, że procesy, które romantycy obserwowali w chwili, kiedy się rodziły, nabrały takiego tempa i takiej mocy, że ich fundamentalna krytyka jest bezsilna i bezpłodna. Ale jako punkt wyjścia do nowej krytyki moderny, jako podstawa do skorygowania wielu jej błędnych pojęć i założeń także współcześnie zachowuje romantyzm swoje znaczenie. Romantyczna filozofia natury, romantyczny obraz świata jako prajedności zjawisk mogą nadal służyć naszemu myśleniu i naszemu poszukiwaniu sensu, mogą nas inspirować, aby w wielości dostrzegać jedność a w jedności wielość.
Walter Hoeres zwraca uwagę na aktualność niektórych idei Nietzschego. Pisze, że nietzscheański „patos dystansu” zyskuje na aktualności w czasach wszechobecnego „kumpelstwa” i poufałości, w czasach, kiedy grzebanie w intymnych sferach ludzkiego życia stało się ulubionym sportem a wyrazem politycznej moralności jest znajomość wewnętrznych motywów, jakie kierują uczestnikami życia publicznego. Krytyka moralności trzody u Nietzschego przydatna jest w czasach, kiedy słyszymy bez ustanku, żeby „być razem”, kiedy pojęcie wspólnoty staje się pseudonimem dla masowych kolektywów. W czasach, kiedy stłoczeni jesteśmy ponad miarę, warto przypominać sobie to, co pisał Nietzsche na temat niepowtarzalności, cenności człowieka, na temat szacunku dla samego siebie, który jest warunkiem szacunku dla innych ludzi. Hoeres stwierdza, ze nic nie straciła na aktualności nietzscheańska krytyka utylitaryzmu będącego zawsze drogą ku egalitaryzmowi, kolektywizmowi i kultowi płaskiej przeciętności.
Walter Post powraca do I wojny światowej i jej przyczyn. Przypomina, ze już w latach 20. historycy w Niemczech i we Francji poddali rewizji stworzoną na użytek wojennej propagandy wersję o przyczynach wojny i odpowiedzialności za jej wybuch. Ale szczególne zasługi w tym względzie mieli dwaj historycy amerykańscy Harry Elmer Barnes i Sidney Bradshaw Fay. Opublikowane w 1926 roku dzieło Barnesa Geneza wojny światowej oraz wydana w 1928 roku książka Fay‘a Przyczyny wojny światowej należą po dziś dzień do najlepszych pozycji na temat wybuchu I wojny światowej. Rewizjoniści pod każdym względem górowali nad tymi historykami, których zasadniczym celem było uratowanie jak najwięcej z wojennej propagandy. Badali oni zachowanie wszystkich stron konfliktu, stosowali do nich te same miary i procedury. W okresie międzywojennym ich prace cieszyły się znacznym uznaniem i byliby oni narzucili własny najbardziej obiektywny obraz konfliktu, gdyby nie II wojna światowa. Polityczny układ sił na świecie, jaki wyłonił się w jej wyniku, zepchnął do defensywy rewizjonistów, spowodował, że upowszechniać zaczęto ponownie propagandową wersję historii I wojny światowej, wersję, która była rzutowaniem wstecz propagandowej wersji II wojny światowej. Tylko niewielu historyków na świecie i w Niemczech nawiązywało do osiągnięć szkoły rewizjonistycznej lat 20. i 30. (wśród niemieckich historyków na szczególne uznanie zasługuje Erwin Hólzle, autor książki Die Selbstentmachtung Europas, Getynga 1975).
Post przypomina konstelację sił, jaka wytworzyła się w Europie w ostatniej ćwierci XIX stulecia, i pokazuje zmiany zachodzące w stosunkach pomiędzy głównymi aktorami europejskiej sceny politycznej: Anglią, Francją, Niemcami, Austro-Węgrami i Rosją. Z jednej strony od początku lat. 90. następowało zbliżenie między Francją i Rosją, z drugiej zaś coraz ściślejszy stawał się związek Niemiec i Austro-Węgier. Anglia zachowywała pozycję czujnego obserwatora obu bloków, których wrogość stawała się coraz bardziej odczuwalna. Post uważa, że to polityka Anglii w ostatecznym rozrachunku zadecydowała o wybuchu wojny. Gdyby Anglia nie dała zielonego światła, wojny by nie było. W globalnym układzie sił dominującą pozycję zajmowały wówczas Stany Zjednoczone, Rosja i Wielka Brytania, oraz, choć pozostająca w tyle za Wielką Trójką, Francja. W brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych zdawano sobie sprawę, że Anglia nie bardzo jak może przeciwstawić się wzrostowi potęgi Ameryki i Rosji. Pomiędzy Anglią i Rosją istniały sprzeczności interesów w Azji (Persja, Chiny, północna granica Indii). Gdyby Rosja ukończyła budowę linii kolejowej ku północnej granicy Indii, sytuacja geopolityczna Anglii w tym regionie znacznie by się pogorszyła. Miedzy Anglią i Francją istniały z kolei napięcia na tle kwestii kolonialnych w Afryce. Stosunki angielsko-niemieckie cierpiały z powodu szybkiego rozwoju gospodarczego Niemiec i coraz silniejszej konkurencji na rynkach światowych. Niemiecki udział w handlu światowym osiągnął w 1913 roku prawie 13%. W1893 roku Niemcy przegonili Anglię w produkcji stali. O tym, jak przedstawiciele angielskiej elity oceniali sukcesy gospodarcze Niemiec, świadczy rozmowa, którą w 1910 roku toczyli przywódca torysów lord Balfour i ówczesny ambasador USA w Londynie Henry White:
Lord Balfour: „Prawdopodobnie jesteśmy głupcami, że nie potrafimy znaleźć powodu, aby wypowiedzieć Niemcom wojnę zanim zbudują zbyt dużo okrętów i zabiorą nam nasz handel”.
White: „Jak to możliwe, że może Pan na płaszczyźnie politycznej rozważać coś tak niemoralnego jak sprowokowanie wojny przeciw narodowi, który wam nie zagraża i który ma takie samo prawo posiadać flotę jak Pan. Jeśli chcecie konkurować z niemieckim handlem, to pracujcie więcej”.
Lord Balfour: „To by oznaczało obniżenie naszego standardu życia. Być może wojna byłaby dla nas czymś prostszym”.
White: „Jestem przerażony, że akurat Pan wyznaje takie zasady”.
Lord Balfour: „Czy to jest kwestia prawa czy bezprawia? Możliwe, że jest to tylko kwestia naszej dominacji”.
Bez wątpienia lord Balfour miał rację: chodziło o dominację. Londyn miał wiele powodów, aby wyjść ze swojej „splendid isolation” i szukać sojuszników. Brytyjczycy zdecydowali się szukać zbliżenia z Francją i na dłuższą metę porozumienia z Rosją. Berlin rzeczywiście budował okręty, pragnąc, aby jego flota była drugą flotą świata, co przez Londyn odczuwane było jako wyzwanie i doprowadziło do niemiecko-brytyjskiego wyścigu zbrojeń morskich. W1912 roku brytyjski minister wojny lord Haldane przybył do Berlina, aby negocjować ograniczenie tego wyścigu. Chociaż rozmowy nie zakończyły podpisaniem układu, to w następnych latach obie strony zasadniczo trzymały się propozycji, aby stosunek brytyjskich i niemieckich pancerników wynosił 16:10. Stosunki niemiecko-angielskie stopniowo uległy poprawie i na wiosnę 1914 roku doszło do negocjacji w sprawie podziału portugalskich kolonii w Afryce i uregulowania kwestii kolei bagdadzkiej. Być może więc, gdyby nie inne okoliczności polityczne doszłoby miedzy Anglią i Niemcami do jakiegoś modus vivendi. Ale stało się inaczej. Tempa nabierało bowiem zbliżenie francusko-rosyjskie. W 1912 roku premierem Francji został Raymond Poincare, który nie ukrywał, że celem jego życia jest ponowne przyłączenie do Francji Alzacji-Lotaryngii. Ale nie chodziło tylko o tę prowincję, której odzyskanie nie było możliwe bez wojny, ale o zapobieżenie wzrostowi potęgi niemieckiej i dominacji Rzeszy na kontynencie europejskim. Z kolei Rosja koncentrowała swoją politykę na Europie Południowo-Wschodniej, na Konstantynopolu i Dardanelach. Car Mikołaj II, choć nie był gorącym zwolennikiem wojny, to w 1913 roku przedstawił ambasadorowi brytyjskiemu swoje wyobrażenia o rozpadzie Austro-Węgier i ich podziale. W otoczeniu cara silna była „partia wojny”. Jej cele zbieżne były z celami „partii wojny” skupionej wokół Poincare‘go, który w międzyczasie został prezydentem Francji. Dla Austro-Węgier coraz większym zagrożeniem była Serbia, która wzywała słowiańskich braci do wyzwolenia z „habsburskiego więzienia narodów”. Belgrad dążył do stworzenia Wielkiej Serbii kosztem monarchii habsburskiej. W Wiedniu zdawano sobie dobrze sprawę, że secesja południowo-słowiańskich poddanych pobudziłaby nacjonalizmy innych narodów i zainicjowała rozpad cesarstwa. Temu z kolei nie mogły spokojnie przyglądać się Niemcy, które czuły się okrążone i w Austro-Węgrach widziały jedynego pewnego sojusznika. Z kolei jako protektor słowiańsko-prawosławnej Serbii występowała Rosja. Zaczęła się wytwarzać taka konstelacja polityczna, w której lokalny konflikt na Bałkanach mógł wywołać wojnę pomiędzy Austro-Węgrami i Rosją. Zaś w tej wojnie po stronie Rosji stanęłaby Francja a po stronie Austro-Węgier – Niemcy.
Walter Post pisze, że „partie wojny” w Petersburgu i w Paryżu zdawały sobie z tego dobrze sprawę i dążyły do wykorzystania tej sytuacji. Ich optymizm brał się stąd, że ich siły zbrojne były liczniejsze niż siły Austro-Węgier i Niemiec. W 1914 roku armia niemiecka liczyła 812.000 żołnierzy, armia monarchii habsburskiej 424.000, armia rosyjska 1.300.000 i francuska 846.000. W sumie naprzeciwko 1.236.000żołnierzy państw centralnych stało 2.146.000 państw „dwójprzymierza”. Mimo tej przewagi „partie wojny” w Petersburgu i Paryżu uważały, że ich zwycięstwo będzie pewne tylko wówczas, gdy będą miały po swojej stronie Anglię. Wysiłki Paryża i Petersburga okazały się skuteczne: w listopadzie 1912 roku minister spraw zagranicznych Anglii sir Edward Grey w pełnej tajemnicy dał ambasadorowi francuskiemu w Londynie Paulowi Cambonowi przyrzeczenie, że w przypadku wojny europejskiej Anglia stanie po stronie Francji. Rosja zasypywała Londyn rozmaitymi propozycjami współpracy m.in. zaproponowała konwencję w dziedzinie marynarki, która przewidywała na wypadek wojny wspólną akcję na Bałtyku, której elementem było przewiezienie na angielskich okrętach żołnierzy rosyjskich na Pomorze, skąd mieli maszerować na Berlin. Wszystkie te otoczone ścisłą tajemnicą kontakty i rozmowy były jednak znane Berlinowi dzięki informacjom dostarczonym przez agenta niemieckiego, sekretarza ambasady rosyjskiej w Londynie Benno von Sieberta. Dla Berlina plany Paryża i Petersburga były potwierdzeniem obaw, że Niemcy mają zostać okrążone i zaatakowane przez silniejszą koalicję. Również i w Berlinie wpływy zaczęła zyskiwać „partia wojny”, której eksponentem był szef sztabu generalnego Helmuth von Moltke opowiadający się za tym, aby to Niemcy same wybrały najbardziej korzystny moment dla zaatakowania wrogów. Kanclerz Bethmann-Hollweg był temu przeciwny, ale i on brał pod uwagę możliwość wojny, gdyby środkami polityczno-dyplomatycznymi nie udało się rozbić tworzącej się antyniemieckiej koalicji. Benthmann-Hollweg liczył na to, że dzięki zastosowaniu planu Schlieffena bardzo dobrze wyszkolonej armii niemieckiej uda się szybko zwyciężyć Francję a następnie stawić skuteczny opór Rosji. W pierwszej połowie 1914 roku powstała w Europie, niewidoczna na powierzchni, bardzo napięta sytuacja. I właśnie w takiej sytuacji dochodzi do zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonkę.
Jest rzeczą dziś pewną, że za terrorystami z organizacji „Zjednoczenie albo Śmierć” stały serbskie wojskowe służby specjalne. Zaś Belgrad miał „krycie” ze strony Petersburga. Po zamachu rząd rosyjski natychmiast obiecał nieograniczone poparcie Serbii na wypadek odwetowej akcji Wiednia. Dla Wiednia zamach był dobrym, moralno-politycznym pretekstem, aby zablokować serbskie ambicje i odbudować prestiż monarchii w Europie Południowo-Wschodniej. Dla Wiednia ważne było bezwarunkowe poparcie Berlina. Wiedeń zanim zdecydował o podjęciu kroków przeciw Serbii odczekał do zakończenia wizyty Poincare‘go w Petersburgu. Francuski prezydent przybył do stolicy Rosji 20 lipca. O atmosferze, jaka tam wówczas panowała najlepiej świadczą słowa wielkiej księżnej Anastazji, które w swoich wspomnieniach zanotował ambasador francuski Paleologue. Podczas kolacji księżna powiedziała mu: „Przeżywamy historyczne dni, święte dni… wojna wybuchnie i z Austrii nic nie zostanie. Wy weźmiecie z powrotem Lotaryngię. Nasze armie spotkają się Berlinie. Niemcy zostaną zniszczone”. W czasie rozmów w Petersburgu Poincare przyrzekł carowi, że Francja będzie bezwarunkowo popierać Rosję. Oba rządy zdecydowały, że nie dopuszczą do naruszenia suwerenności Serbii. 23 lipca, kiedy francuski prezydent opuścił Petersburg, ambasada austriacka w Belgradzie przekazała rządowi serbskiemu ultimatum. „Partie wojny” w Paryżu i Petersburgu były gotowe zaryzykować wojnę latem 1914 roku z tego względu, że w polityce brytyjskiej następowały pewne przesunięcia, które mogły pokrzyżować ich plany. Część polityków brytyjskich była zaniepokojona zbyt silnym wiązaniem Anglii z polityką Francji (w Londynie nie wiedziano wszystkiego, co sir Edward Grey obiecał Francuzom) i Rosji. Od początku 1914 roku widać też było pewien spadek napięcia w stosunkach brytyjsko-niemieckich. Gdyby sprawy szły w tym kierunku, to do lata przyszłego roku polityka stworzenia Trójprzymierza przeciw Niemcom i Austro-Węgrom mogła nie dojść do skutku. Dlatego też wojna musiała wybuchnąć już tego lata. Gdyby zaś nie wybuchła, to należało przynajmniej osiągnąć zwycięstwo dyplomatyczne i osłabić prestiż Berlina i Wiednia. Dodatkowo tę sytuację komplikowała polityka kanclerza Bethmanna-Hollwega, który chciał wykorzystać kryzys lipcowy, aby rozbić tworzące się Trójprzymierze. Dlatego “napiął sytuację” dając pełne poparcie Wiedniowi. Kanclerz musiał liczyć się z wybuchem wojny, szczególnie, że kierownictwo polityczno-wojskowe Niemiec rozważało przecież możliwość pierwszego uderzenia. Należy pamiętać o tym, że w tamtej napiętej atmosferze, w klimacie politycznym, w którym dominowały idee imperializmu i socjaldarwinizmu wielu polityków i wojskowych z różnych krajów uważało wojnę za nieuchronną.
Ostatnie dni lipca 1914 roku to seria następujących po sobie błyskawicznie wydarzeń, których ostatecznym efektem jest wojna. 25 lipca rosyjska Rada Koronna podejmuje decyzję o częściowej mobilizacji przeciw Austro-Węgrom, tego samego dnia Belgrad odrzuca ultimatum Wiednia w najważniejszym punkcie. Serbia i Austro-Węgry rozpoczynają mobilizację. Następnego dnia Rosja zaczyna wprowadzać w życie decyzję o mobilizacji. 28 lipca Wiedeń wypowiada wojnę Serbii. Tego samego dnia w Petersburgu zapada decyzja o mobilizacji przeciw Austro-Węgrom 13 korpusu armijnego. 25 lipca Petersburg otrzymuje od Paryża poparcie dla podjętych środków wojskowych. 27 lipca brytyjski pierwszy lord admiralicji książę Louis Battenberg ogłasza gotowość wojenną floty, co w Paryżu i Petersburgu odczytywane jest jako sygnał poparcia ze strony Londynu. 29 lipca car godzi się na ogłoszenie powszechnej mobilizacji. W ciągu tego samego dnia cesarz Wilhelm II przysyła telegram do cara doradzając umiarkowanie i wyrażając nadzieję, że kryzys zostanie zażegnany środkami dyplomatycznymi. Car odwołuje rozkaz o powszechnej mobilizacji. „Partie wojny” w Petersburgu i Paryżu naciskają na cara, aby odwołał odwołanie rozkazu. Tymczasem od 26 lipca Berlin i Londyn próbują pośredniczyć w rozmowach pomiędzy Wiedniem i Petersburgiem, aby doprowadzić do załagodzenia konfliktu. Kanclerz Bethmann-Hollweg, który zaostrzył kryzys chcąc go wykorzystać do rozbicia Trójprzymierza, teraz stara się zapobiec zbliżającej się katastrofie, radzi Wiedniowi, aby był gotów do ustępstw i przyjął propozycję pośrednictwa, ale jest już za późno. Wiedeń nie chce wycofać się z zamiaru ukarania Serbii. 30 lipca car odwołuje odwołanie rozkazu o powszechnej mobilizacji. W tym momencie wszystkie dyplomatyczne wysiłki, aby zlokalizować konflikt między Austro-Węgrami i Serbią okazują się daremne.
Powszechna mobilizacja w jednym państwie musiała, wedle ówczesnych pojęć, wywołać powszechną mobilizację w państwie sąsiednim, co otwierało automatycznie otwierało sekwencję: powszechna mobilizacja, koncentracja sił i otwarcie działań wojennych. 31 lipca na wiadomość, że Rosja ogłosiła powszechną mobilizację, powszechną mobilizację ogłasza Wiedeń. Berlin wprowadza stan zagrożenia wojennego, w ultymatywnej formie wzywa Petersburg do odwołania mobilizacji w ciągu 12 godzin i apeluje do Paryża, aby zachował neutralność na wypadek wojny niemiecko-rosyjskiej. Brak reakcji powoduje, że Berlin ogłasza 1 sierpnia powszechną mobilizację i wypowiada wojnę Rosji, co jest już tylko formalnością. Tego samego dnia mobilizację ogłasza Paryż. Teraz wszystko zależy od postawy Londynu. Tam rozstrzygną się losy Europy na następne dziesięciolecia. Jak wiemy sir Edward Grey w tajemnicy nawet przed innymi członkami gabinetu i przed parlamentem związał politykę Anglii z polityką Francji a poprzez Francję z polityką Rosji. Petersburg i Paryż nie podjęłyby ryzyka wywołania wojny, gdyby nie rachuby na sojusz z Anglią. Dwie ważne osobistości w brytyjskim MSZ – podsekretarz stanu sir Arthur Nicholson i sir Eyre Crow parły ku udziałowi Anglii w wojnie argumentując, że Anglia musi mieć przyjaźń z Rosją ze względu na swoje interesy w Azji. Sir Edward Grey wahał się przez pewien czas, ale w końcu przystąpił do „partii wojny”. Jedynym jego problemem było to, jak usprawiedliwić wejście do wojny przed resztą gabinetu, przed parlamentem i opinią publiczną. Miał nadzieję, że Niemcy pogwałcą neutralność Belgii, co rzeczywiście zakładał niemiecki plan wojenny. Londyn mógłby wtedy odegrać rolę protektora małego neutralnego narodu „napadniętego” przez mocarstwo (neutralność Belgii była de facto formą zależności od polityki brytyjskiej nakierowanej na kontrolę ujścia Renu).
30 lipca kanclerz Bethmann-Hollweg przez brytyjskiego ambasadora w Berlinie złożył Londynowi propozycję, że Niemcy gwarantują nienaruszalność terytorialną Francji, jeśli Anglia pozostanie neutralna. Gray odrzucił tę propozycję. Anglia była panem sytuacji. Cesarz Wilhelm II zanotował 30 lipca, że Anglia ma Niemcy w sieci dając im do wyboru: albo zostawią na pastwę losu swojego najlepszego sojusznika Austro-Węgry a wtedy Anglia pozostanie neutralna, albo też Niemcy i Francja wmieszają się w konflikt a wówczas Anglia poprze Francję i Rosję. Cesarz określił to jako „najwspanialszy sukces polityki angielskiej”. Już po wojnie admirał Tirpitz i rosyjski minister wojny Suchomlinow wyrazili w swoich wspomnieniach przypuszczenie, że Anglii szło w rzeczywistości o to, aby Niemcy i Rosja rozszarpały się wzajemnie, co pozwoliłoby jej za jednym zamachem pozbyć się obu uciążliwych konkurentów. Zdaje się, ze zarówno Niemcy, jak i Rosjanie okazali się mądrzy po szkodzie.
1 sierpnia niemiecki ambasador w Londynie książę Lichnowsky odbył rozmowę z Grey‘em i zaproponował, że Niemcy będą respektować neutralność Belgii, jeśli Anglia pozostanie neutralna. Grey odpowiedział wymijająco, na co Lichnowsky zapytał, jakie warunki winny spełnić Niemcy, żeby Anglia pozostała neutralna. Grey znowu odpowiedział wymijająco. Dalsze rozmowy były bezprzedmiotowe. 2 sierpnia gabinet brytyjski potwierdził przyrzeczenie, którego Grey udzielił Cambonowi w listopadzie 1912 roku. Była to de facto decyzja o przystąpieniu do wojny (na znak protestu do dymisji podali się ministrowie Morley i Burns). 3 sierpnia Berlin wypowiedział wojnę Francji i tego samego dnia oddziały niemieckie przekroczyły granicę belgijską. Niemcy tylko w ten sposób mogli uzyskać dogodną pozycję strategiczną i pokonać błyskawicznie Francję, aby następnie wszystkie siły rzucić przeciw Rosji. Naruszenie neutralności Belgii było warunkiem koniecznym takiego manewru. Ale równocześnie dawało to Londynowi upragniony moralny pretekst do przystąpienia do wojny. 4 sierpnia Londyn przekazał Berlinowi ultimatum, w którym żądał respektowania neutralności Belgii i wycofania oddziałów niemieckich. Po upływie terminu ultimatum Londyn zerwał stosunki dyplomatyczne z Berlinem, co w praktyce równało się wypowiedzeniu wojny. Podczas gdy na ulicach europejskich miast tłumy, które nie miały pojęcia o tym, co dzieje się za kulisami, wiwatowały na cześć wojny, w kręgach kierowniczych Rzeszy Niemieckiej panowało przygnębienie. A sir Edward Grey wypowiedział swoje słynne zdanie, że w Europie pogasły światła. Wypada dodać, że był jednym z tych, którzy je zgasili.
Analiza przeprowadzona przez Waltera Posta pokazuje, że można o przyczynach I wojny światowej pisać ze spokojem i uwzględnieniem mechanizmów politycznych, które występują u wszystkich stron konfliktu. Miejmy nadzieję, że w ten sam sposób pisać się będzie o przyczynach II wojny światowej. W tym samym numerze znajdziemy artykuł Joachima F. Webera będący dobrym uzupełnieniem artykułu Waltera Posta. Tekst Webera „Pancerniki, próba sił i wojna” jest omówieniem książki anglosaskiego autora Roberta K. Massiesa Łupiny gniewu. Wielka Brytania i nadejście I wojny światowej. Weber chwali książkę za obiektywną analizę polityki brytyjskiej w przededniu wojny. Massies unika moralistycznego żargonu i koncentruje się na aspektach geopolitycznych i wojskowych. Wielka Brytania była jednym z pięciu ówczesnych mocarstw, które mogło sobie pozwolić na elastyczną politykę i poprzeć albo sojusz niemiecko-austrowęgierski albo francusko-rosyjski. Jednak wybrała w końcu kurs antyniemiecki, którego przyczyny, zdaniem Massiesa, leżą przede wszystkim w obawie przed rosnącą w siłę flotą niemiecką. Massies analizuje bez emocji, rzeczowo i spokojnie rywalizację brytyjsko-niemiecką i dochodzi do wniosku, że polityka niemiecka w dziedzinie zbrojeń na morzu była wyzwaniem dla Anglii a równocześnie wcale nie służyła realnym interesom niemieckim. Do konfliktu brytyjsko-niemieckiego nie doszłoby, gdyby z jednej strony Niemcy prowadziły bardziej realistyczną polityką siły zamiast kierować się iluzorycznymi ambicjami mocarstwowymi i względami prestiżowymi, zaś z drugiej strony gdyby Anglia nie kierowała się coraz silniejszymi antyniemieckimi resentymentami. Weber podkreślając rzeczowość i obiektywność Massiesa zauważa jednak, że i jemu nie udaje się napisać historii tamtego konfliktu bez przyjęcia założeń, które są naturalne i oczywiste dla strony brytyjskiej, ale nie są ani oczywiste ani naturalne dla strony niemieckiej (i nie tylko niemieckiej). Tym założeniem jest, że stuletnie panowanie Anglii nad morzami i oceanami zapoczątkowane zwycięstwem trafalgarskim to coś, co inni muszą po prostu uznać za fakt, za coś, co nie podlega dyskusji. Nic dziwnego, że Massies uważa, iż brytyjska flota była nastawiona na defensywę i Anglia musiała zareagować tylko dlatego, że Niemcy budując własną silną flotę wojenną zagrozili Anglii (czyli jej niepodzielnemu panowaniu nad morzami) i zostali z tego powodu uznani za wrogów. Problem polega jednak w polityce na tym, kto już ma a kto jeszcze nie ma. Anglia miała swoje „panowanie nad światem”. Średniej wielkości wyspiarski naród był obecny na wszystkich oceanach świata a jego kolonialne imperium miało w szczytowym momencie 21 milionów kilometrów kwadratowych – Rosja miała 16 milionów km kwadratowych zaś na trzecim miejscu byli Francuzi. Po tym jak przez kilka stuleci Brytyjczycy używając wszelkich środków przemocy, intrygi, podstępu osiągnęli światowy Pax Britannica, to mogli ze spokojnym sumieniem nastawić się na obronę. Aczkolwiek nie całkowicie, gdyż na przykład Burowie, których republiki zostały przez Brytyjczyków podbite po krwawej „wojnie agresywnej”, raczej nie uznaliby tego za „defensywę” (obrona tak, ale i atak, gdy trzeba zdobyć złoto- i diamentonośne złoża).
Niemcy, które osiągnęły zjednoczenie najpóźniej, nie miały żadnych zamorskich posiadłości. W miarę jednak jak stawały się wysokorozwiniętym państwem przemysłowym, chcieli i oni swojego „miejsca pod słońcem”. I nie dlatego, żeby się opalać – takiej mody jeszcze wówczas nie było – ale aby zdobyć rynki zbytu i zagwarantować sobie dostęp do surowców. Ponieważ jednak rzeczywiście cenne kolonie były już rozdzielone, to jedynym instrumentem dla osiągnięcia równouprawnienia w stosunkach z już istniejącymi mocarstwami i dla wzmocnienia politycznego prestiżu była flota. W epoce mocarstwowej polityki zamorskiej flota była tej polityki zasadniczym atrybutem. Jednak Brytyjczycy widzieli w tym autentyczne zagrożenie, choć Niemcy nie mieli wcale agresywnych zamiarów wobec Wielkiej Brytanii. Niemcy zaś nie rozumieli, dlaczego ktoś miałby się czuć zagrożony tym, że chcą oni mieć coś, co pozwoli im rozmawiać z Anglią, Francją, Rosją czy USA jak równy z równym. Nawet najbardziej zdecydowani zwolennicy polityki morskiej jak Tirpitz widzieli we flocie środek, który sprawi, że Niemcy zostaną uznane za mocarstwo, że będą mogły być atrakcyjnym sojusznikiem i korzystać z uczestnictwa w europejskim panowaniu nad światem. Jednak to, co dla Niemców było „równouprawnieniem”, było dla Anglii „zagrożeniem”, gdyż, co logiczne, „równouprawnienie” oznaczało konieczność podzielenia się władzą, a tego Brytyjczycy sobie nie życzyli. Czy była inna droga? Oczywiście, pisze Weber, Niemcy musiałyby zrezygnować “dobrowolnie” z ekspansji kolonialnej a przede wszystkim z budowy marynarki wojennej. Ale co by dała taka rezygnacja w sytuacji, gdy Niemcy szybko się rozwijały, przodowały w nauce i technice, przegoniły Anglię w produkcji węgla, żelaza i stali, szybko rósł ich eksport i zwiększał się stale udział w handlu światowym, rosła liczba ludności. Niemiecka flota handlowa była po brytyjskiej drugą co do wielkości i szykowała się do zajęcia pierwszego miejsca. Jest bardzo mało prawdopodobne, że Niemcy, które dobrowolnie zrezygnowałyby z budowy floty wojennej, cieszyłyby się życzliwością Anglii. Prędzej czy później Anglia położyłaby siłą kres wzrostowi Niemiec ku pierwszej potędze handlowej. A w każdym razie mogłaby za każdym razem swobodnie dyktować nowe warunki w handlu światowym. Anglii szło zatem o prostą rzecz, o to, aby z nikim nie dzielić swojej władzy nad morzami, a już szczególnie z uciążliwymi kuzynami z kontynentu, którzy nierzadko zachowywali się jak źle wychowani nuworysze. I tak doszło do próby sił w 1914 roku. Ta próba nie zakończyła się w 1918 roku, ale była kontynuowana w latach 1939-45. Potem już żadne mierzenie sił nie było już konieczne, bo zarówno Rzesza Niemiecka jak i Imperium Brytyjskie przestały istnieć.
Walter Post omawia nowe, rozszerzone wydanie książki Paula Carella (właśc. Paula K. Schmidta) Nadchodzą! Inwazja w 1944 roku. Post zastanawia się m.in. nad zagadkowym, jego zdaniem, zachowaniem prezydenta Roosevelta w 1944 roku. Przypomina, że wpływowe kręgi wojskowe Rzeszy Niemieckiej były w 1944 roku gotowe do zawarcia pokoju z Anglosasami, aby w ten sposób móc odeprzeć “nawałę bolszewicką”. Von Runstedt, Kluge czy Rommel liczyli, że Anglosasi zrezygnują z żądania „bezwarunkowej kapitulacji”, co otworzy drogę do rokowań i umożliwi odsunięcie rządzącej ekipy od władzy. Nadzieje te nie były całkiem pozbawione podstaw. Jak ujawnił w swoich wspomnieniach ex-szef CIA William Casey, naczelny dowódca alianckich sił inwazyjnych generał Eisenhower z uwagi na możliwość wielkich ofiar podczas inwazji, preferował rozwiązanie polityczne. Nie było to czymś nadzwyczajnym, jeśli brać pod uwagę, że już w czerwcu 1943 roku wojskowi amerykańscy wynegocjowali z włoskimi wojskowymi kapitulację. Eisenhower nie miał żadnych precyzyjnych planów co do powojennej przyszłości Niemiec i Europy, ale chciał przeszkodzić Stalinowi w opanowaniu Europy Środkowo-Wschodniej. Po tym jak Stalin powołał do życia „Narodowy Komitet Wolne Niemcy” a tym samym zalążek przyszłej władzy komunistycznej w Niemczech, Eisenhower chciał pozyskać prozachodnich generałów niemieckich poprzez zaoferowanie Niemcom honorowej a nie bezwarunkowej kapitulacji i równocześnie skrócić kampanię na zachodzie.
Kontakty z opozycyjnymi grupami w Wehrmachcie istniały już wcześniej dzięki pośrednictwu mieszczącej się w Szwajcarii centrali amerykańskich służb kierowanych przez Allana Dullesa. Ale bezwarunkowej kapitulacji z planem Morgenthau‘a w tle Niemcy nie mogli zaakceptować. W kwietniu 1944 roku Eisenhower zwrócił się ze swoimi propozycjami do prezydenta Roosevelta, ale ten je odrzucił, stwierdzając, że Hitlera trzeba pokonać bez pomocy wewnątrzniemieckiej opozycji. Jednak Eisenhower i jego doradcy naciskali nadal, przedstawiając prezydentowi memorandum z nowymi propozycjami, ale i tym razem Roosevelt ich nie zaakceptował. Dwa tygodnie przed inwazją Eisenhower jeszcze raz zwrócił się do Roosevelta, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Do dziś nie są wyjaśnione przyczyny takiego zachowania Roosevelta. Nie wiemy też, co działo się w jego najbliższym otoczeniu, w którym działali tacy prosowieccy agenci wpływu jak Harry Dexter White. Częściowa kapitulacja Niemiec w 1944 roku dawałaby Stanom Zjednoczonym dobrą pozycję w Europie: Waszyngton mógłby praktycznie sam podyktować warunki pokoju i powojennego porządku w Europie, bez konieczności oglądania się na Stalina. Liczne miasta europejskie nie zostałyby zniszczone, miliony ludzi nie straciłyby życia i nie zostałyby wygnane z ojczyzny, Europie Środkowo-Wschodniej oszczędzone byłoby czterdziestoletnie panowanie sowieckiego komunizmu ze wszystkimi jego skutkami, amerykańsko-sowiecki konflikt interesów, który w kilka lat po wojnie doprowadził do Zimnej Wojny, miałby całkiem inny przebieg, powstrzymanie naporu sowieckiego z pomocą zależnych od USA, ale nie zniszczonych i nie podzielonych Niemiec byłoby o wiele łatwiejsze i tańsze. Jednak uparte trwanie Roosevelta przy “bezwarunkowej kapitulacji” przyniosło Europie wiele niepotrzebnych nieszczęść a Stalinowi umożliwiło podbój połowy kontynentu.
Czy wiemy, kim jest Hans Ulrich Wehler? Wiemy dzięki nieocenionej „Gazecie Wyborczej”, która zamieściła z nim wywiad informując, że jest on „jednym z najwybitniejszych historyków niemieckich”, „twórcą słynnej w Niemczech bielefeldzkiej szkoły historii społecznej”, „autorem monumentalnej Niemieckiej historii społecznej oraz wielu prac na temat nacjonalizmu”. Więcej o jednym z „najwybitniejszych historyków niemieckich” dowiemy się od Johannesa von Biebersteina, który przypomina ideową drogę Hansa-Ulricha Wehlera. „Wybitny historyk” wielokrotnie stwierdzał, że do swoich najważniejszych nauczycieli zalicza Karola Marksa. Od niego „wybitny historyk” nauczył się „nieporównanie więcej niż od Rankego”. György Lukács, zwolennik stalinowskich czystek, który Lenina uważał za największego myśliciela po Marksie” to dla naszego „wybitnego historyka” Wehlera „genialny umysł”, który pokazał jak poprzez „zetknięcie z pierwotną siłą napędową marksizmu” można wyjść poza ortodoksyjne dogmaty. W 1980 roku Wehler chwalił “demokratyzacyjny potencjał tkwiący radach robotniczych i żołnierskich”. Mistrzem „wybitnego historyka” Wehlera jest niejaki Arthur Rosenberg (nie mylić z Alfredem Rosenbergiem!). Tenże prekursor “historii społecznej” był przywódcą ultralewicowego skrzydła Komunistycznej Partii Niemiec. To Rosenberg jako komunistyczny deputowany do Reichstagu stwierdził na posiedzeniu parlamentu w listopadzie 1926: „Jesteśmy wrogami tego państwa” (tu mógłby sobie podać rękę z Alfredem Rosenbergiem). Wzorowemu antyfaszyście Wehlerowi nie przeszkadza to, że Rosenberg chciał rewolucyjnego obalenia Republiki Weimarskiej, czym „torował drogę Hitlerowi”. Jego idol Rosenberg stwierdził w 1922 roku na konferencji prasowej Międzynarodówki Komunistycznej, że „władza sowiecka ma obowiązek unieszkodliwić swoich wrogów”. W swojej Historii bolszewizmu z 1932 roku (nowe wydanie 1966!) ten wyrzucony z KPD za trockistowskie odchylenie marksista pisał, że „Stalin był zmuszony użyć przeciw kułakom całej siły państwa”. Według Rosenberga „To, co osiągnęli bolszewicy w ramach rosyjskiej rewolucji, pozostanie nieśmiertelnym historycznym czynem”. To właśnie Rosenberg stał się dla Wehlera i innych neomarksistów niemieckich godnym naśladowania interpretatorem “historii społecznej” Niemiec pierwszej połowy XX. wieku.
Historia Republiki Weimarskiej komunisty Rosenberga z 1935 roku była przez Wehlera i jego kolegów tak wychwalana pod niebiosa, że już w 1973 roku miała trzynaste (!) wydanie. To m.in. dzięki Wehlerowi „dzieło” niemieckiego bolszewika stoi na regale każdego nauczyciela historii w Niemczech. Czy może zatem dziwić, że nasz „wybitny historyk” Wehler znajdował dużo zrozumienia dla rosyjskich bolszewików i w 1973 roku wyraził swój żal z tego powodu, że w pokoju brzeskim bolszewicy musieli zgodzić się na „separatystyczną samodzielność” Ukrainy, Finlandii i krajów bałtyckich! Wehler – wybitny historyk czy komunistyczny propagandysta? A może po prostu, jak go się czasami określa, „szef lewicowej mafii historyków w Niemczech”? Nie ulega wątpliwości, stwierdza Bieberstein, dokonując analizy porównawczej, że historiografia Wehlera i jego uczniów tylko w niuansach różniła się od tego, co pisali oficjalni historycy Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Nie dziwi więc fakt, że jeszcze tuż przed upadkiem muru berlińskiego Wehler nie życzył sobie zjednoczenia Niemiec, bo przecież „realny socjalizm” mimo błędów i wypaczeń był godny zachowania. Dzisiaj, po upadku komunizmu, Związku Sowieckiego i Niemieckiej Republiki Demokratycznej Hans-Ulrich Wehler, który w jednej ze swych książek nazywał komunistyczny przewrót „wymianą elit” a czerwony terror „groteskową przesadą zrodzoną w fantazji drobnomieszczaństwa”, dostosował się do nowej sytuacji politycznej i ze zwolennika rewolucyjnej utopii “Trzeciej Drogi” wiodącej pomiędzy „mieszczańską socjaldemokracją” i „proletariackim bolszewizmem” stał się piewcą „zachodniej wspólnoty wartości”, z tym tylko, że tę „wspólnotę wartości” reprezentuje według niego część ideowego spektrum rozciągająca się od postkomunistów Gysiego do chrześcijańskich lewicowców Geisslera. Wszyscy inni do tej wspólnoty nie należą. Immanuel Geiss zaobserwował u Wehlera „bezwzględną nietolerancję”. Z taką „nietolerancją” wyrzuca Wehler poza „zachodnią wspólnotę wartości” tych, którzy ze „zmodernizowanym marksizmem” nie chcą mieć nic wspólnego. Tyle Johannes von Bieberstein o „jednym z najwybitniejszych historyków niemieckich” będącym w rzeczywistości przedstawicielem zmodernizowanego marksizmu i tendencyjnej lewicowej historiografii. Poza tym w numerze Klaus Hornung zastanawia się na tym, jaka powinna być realistyczna polityka bezpieczeństwa, Martin Pabst analizuje sytuację burskiego konserwatyzmu, Tomislav Sunić pokazuje, na czym polega „komunistyczne odczucie życia”, Ernst Heuss oskarża lewicę o to, że jej socjalne projekty prowadzą do niszczenia rodziny.
W numerze 144 znajdziemy portret Friedricha von Schlegla autorstwa Camillii Becher. Warto podkreślić, że Schlegla zajmowała idea „prawdziwego cesarstwa”, którego wcieleniem było nie cesarstwo Napoleona, lecz Habsburgów. W nim widział wzór dla uniwersalnej monarchii europejskiej. Dziś wolno sądzić, że ideałem byłoby połączenie cesarstwa Habsburgów jako wewnętrznego ładu Imperium z cesarstwem Napoleona jako ekspansywną siłą polityczną i militarną. Caspar Schrenck von Notzing rekonstruuje historię „opinii publicznej”, “jawności” etc. Jednym z bohaterów jego eseju jest w ogolę w Polsce nieznany, a w Niemczech dzisiaj przemilczany znakomity, przedwcześnie zmarły myśliciel Hanno Kesting idący śladami Arnolda Gehlena, Alfreda Webera, Aleksandra Rüstowa i Hansa Freyera. W swojej dysertacji Utopia i eschatologia (1952) Kesting analizował humanitarny patos Oświecenia, który doprowadził do pozbawionego hamulców przemoralizowania sfery politycznej, co z kolei przyczynia się do korozji państwa i coraz mocniejszego ograniczanie jego możliwości działania. Idee swoje rozwinął Kesting w książce Historiozofia i światowa wojna domowa (1959). W pracy Opinia publiczna i propaganda (1966) Kesting stwierdzał, biorąc za przedmiot badania polityczne zmiany końca XVIII. wieku, że wyobrażenie, iż „opinia publiczna” w przeciwieństwie do partykularnych interesów reprezentuje całość i spełnia funkcję „oświecającą” i „rozjaśniającą” jest całkowicie niezgodne z rzeczywistością. „Opinia publiczna” ma swoje źródło w wąskim kręgu osób, które dysponują środkami komunikacji, i jest de facto propagandą. Powoływanie się opozycji na „opinię publiczną” pozwala jej przedstawić się jako reprezentanta „całości”, podczas gdy rząd jako dysponent władzy państwa już tę całość reprezentuje. Korzenie współczesnej „opinii publicznej” tkwią w Rewolucji Francuskiej, to wówczas „ludzkość”, „liberalizm” i media połączyły się w jedno. I tak trwa to do dzisiaj. Początki „pierwszej całościowej teorii totalnej propagandy” wykrywa Kesting w Traktacie o duchu publicznym Dieudonne Thiebaulta, który nie był jakobinem, ale liberalnym demokratą.
Dzisiaj, pisze Caspar von Schrenck-Notzing opinia publiczna została bez reszty wchłonięta przez media. Nikomu dzisiaj nie przyjdzie do głowy, aby kojarzyć ją z wolnością, dyskusją nad ideami i koncepcjami etc. Opinia publiczna dziś to kampanie propagandowe, rozbudzanie histerii, skandale, manipulacje, przemilczanie etc. Pojedynczy człowiek ma do wyboru: albo powtarzać za mediami to, co one mu przekazują albo milczeć. Ale „bezpieczeństwo milczenia” także może się skończyć. Podczas jednej za kampanii propagandowych znalazł się niedawno polityk, który oświadczył: “Kto milczy, ten jest winny”. Nawet milczenie okazuje się powodem do oskarżenia. Kiedy Botho Strauss napisał, że reżim telekratycznej opinii publicznej jest najmniej krwawym panowaniem przemocy a zarazem najbardziej wszechobejmującym totalitaryzmem w historii, to nie był to felietonowy banał. Opinia publiczna służyła kiedyś jako instrument walki z absolutyzmem, aby skłonić go do podzielenia się władzą. Jest ona bezużyteczna wobec nowego absolutyzmu, ponieważ sama jest dziś instrumentem panowania klasy polityczno-medialnej. Ta diagnoza znajduje potwierdzenie w innych artykułach zamieszczonych w tym wydaniu konserwatywnego kwartalnika, które w dużej mierze poświęcone jest mediom.
Heinrich Lummer pisze, że media zawsze stylizowały się na kontrolerów władzy, ale kto kontroluje kontrolerów, którzy sami stali się nową władzą, państwem w państwie. Ute Scheuch stara się dociec, jakie są relacje pomiędzy politykami i dziennikarzami. Kto jest, od kogo zależny: politycy od dziennikarzy czy dziennikarze od polityków? Zdaniem Ute Scheuch media i politycy odgrywają antagonizm, a w rzeczywistości mamy do czynienia z ich ścisłą symbiozą. Ute Scheuch pokazuje jak bardzo media są zglajchszaltowane, jak ustala się listę obowiązkowych tematów, które poruszyć musi każdy, kto występuje publicznie. Niemiecka publicystka konstatuje nabierającą coraz większej intensywności tendencję do przeprowadzanych przez media moralnych egzekucji tych, których poglądy nie mieszczą się w ujednoliconym spektrum ideowo-politycznym. Wzywa ona, aby nie poddawać się dyktatowi lewicy, która po upadku realnego socjalizmu szuka wspólnej platformy w totalitarnym antyfaszyzmie. Joachim Hentze z ironią rekonstruuje dziennikarzy portret własny. Uważają się oni za ludzi szlachetnych, dobrych i zawsze gotowych pomagać innym. Ale w ich samoocenie nawet nie pojawia się autorefleksja, która wykazałaby, że są nie tyle grupą zawodową co elitą władzy, zwartą, homogeniczną, reprezentującą bardzo ograniczone spektrum poglądów. Ciekawym dokumentem jest list wspomnianego wyżej dramaturga Botho Straussa do redakcji pisma „Theater heute”, którego kiedyś był redaktorem. W związku z esejami i publikacjami Straussa pismo zarzuciło mu kontakty z „ponuro-reakcyjnymi kręgami”. Nie, nie, „Theater heute” to nie jest pismo wydawane pod patronatem odpowiedniej komisji Komitetu Centralnego SED, które musiało „pożegnać się z autorem”, bo ten przeszedł na pozycje „reakcyjne”, to jest opiniotwórcze pismo kulturalne w Niemczech. Strauss suwerennie, spokojnie, z pełną ironii wyniosłością odpowiedział domorosłym politrukom z “Theater heute”, pisząc m.in. że będzie nadal czytał Ciorana, Davilę, Jüngera czy Ceronettiego, bo lubi tych autorów.
Hans-Joachim von Leesen omawia wyniki konferencji naukowej, na której historycy wojskowości z Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Włoch i Francji prezentowali referaty dotyczące wojny powietrznej. Przypomina, że pokój wersalski zakazywał Niemcom produkcji jakichkolwiek samolotów. W tym samym czasie wszystkie pozostałe kraje rozwijały swoje lotnictwo, także wojskowe. Dopiero w 1926 roku zwycięzcy zezwolili Niemcom na produkcję samolotów cywilnych, lecz utrzymali w mocy zakaz produkcji ciężkich silników samolotowych. W 1933 roku niewielkie firmy niemieckie wyprodukowały razem 33 samoloty. Po tym jak w 1933 roku na genewskiej konferencji rozbrojeniowej niepowodzeniem zakończyły się wysiłki nakłonienia innych państw do zahamowania zbrojeń lotniczych, Niemcy opuściły Ligę Narodów i rozpoczęły wyrównywanie swoich zbrojeń do poziomu innych państw. Ale dopiero w 1936 roku Niemcy były zdolne do produkcji nowoczesnych myśliwców. W 1937 rozpoczęto produkcję samolotów bojowych drugiej generacji. Luftwaffe miała wówczas „na stanie” 4.000 samolotów, w tym żadnego czteromotorowego bombowca. Jeśli chodzi o poziom technologiczny produkcji, to w momencie wybuchu wojny niemieckie lotnictwo wojskowe było w tyle za innymi państwami. Ponieważ w latach 1918-33 produkcja samolotów wojskowych praktycznie w Niemczech nie istniała, to konstruktorzy i technicy niemieccy nie mieli takiego doświadczenia jak ich koledzy w innych krajach. Nie było wysokokwalifikowanych menedżerów w branży lotniczej, którzy mogliby pokierować produkcją samolotów na masową skalę. Stąd wiele było improwizacji.
Zbrojenia lotnicze w Niemczech tak samo jak w innych krajach miały swoje źródło w doświadczeniach I wojny światowej. Za wszelką cenę chciano uniknąć sytuacji, kiedy fronty zastygają na całe miesiące a straty w ludziach rosną. Dlatego uznano, że należy postawić na lotnictwo. Ważną rolę odegrało tutaj fundamentalne dzieło o wojnie powietrznej autorstwa włoskiego generała Giulio Douheta. W swojej książce, która ukazała się na początku lat dwudziestych, Douhet dowodził, że w przyszłej wojnie bronią rozstrzygającą o sukcesie będzie lotnictwo. Warunkiem jego skuteczności będą ataki na ludność cywilną mające na celu złamanie jej woli oporu. Ale niemieckie dowództwo lotnictwa wojskowego nie kierowało się tą doktryną. Według niego przyszła wojna rozstrzygnie się na europejskim teatrze wojennym a nie w głębi danego kraju. Zadaniem Luftwaffe jest utrzymać przewagę w powietrzu nad terytorium wroga, aby w ten sposób wesprzeć działania sił lądowych i morskich. W drugiej kolejności lotnictwo miało służyć do zniszczenia źródeł energii wojsk wroga i przerwanie jej dopływu na front, czyli zniszczenie linii komunikacyjnych, fabryk zbrojeniowych etc. Niemiecka doktryna w dziedzinie operacji lotnictwa została najlepiej wyrażona w instrukcji nr 16, która „streszczała” główne zadania Luftwaffe (obowiązywała ona przez całą wojnę). Według tej instrukcji pierwszym zadaniem była „walka przeciw lotnictwu wroga”, dalej „uczestnictwo w akcjach wojsk lądowych i marynarki”, i wreszcie „walka przeciw źródłom energii wojsk wroga”, przy czym stwierdza się, że cele ataków powinny był tak wybrane, aby akcje lotnictwa współgrały z działaniami wojsk lądowych i marynarki wojennej. Z instrukcji tej wynika też, że nie było zamiarem Luftwaffe atakowanie ludności cywilnej. Zgodnie z instrukcją „cele w gęsto zaludnionych obszarach oraz cele w bezpośredniej bliskości obiektów, których atakowanie z powietrza jest zakazane, mogą być atakowane tylko poprzez zrzucenie bomb dokładnie na ten cel”. Jest rzeczą oczywistą, że chciano uchronić ludność cywilną wrogiego państwa przed bombami. Motywowane to było zarówno “tradycyjnym humanitarnym myśleniem” i było zgodne „klasyczno-kontynentalną tradycją prowadzenia wojny”. Z pewnością także nie uważano tego sposobu prowadzenia wojny za efektywny. Tymczasem w Anglii sprawy wyglądały inaczej. Już w ostatnim roku I wojny światowej powołano do życia Royal Air Force jako samodzielny rodzaj broni. W październiku 1918 roku brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa sporządziło ekspertyzę, w której stwierdzono, że lotnictwo winno poprzez ataki powietrzne złamać morale niemieckiej ludności cywilnej. Złamanie morale a więc woli przetrwania i oporu miało już wówczas pierwszeństwo przed zniszczeniem fabryk. Wówczas do tego nie doszło, bo wojna zakończyła się szybciej.
W 1923 roku szef brytyjskiego sztabu sił powietrznych sir Hugh Trenchard wyraził opinię, że w następnej wojnie Royal Air Force winno zostać użyte do złamania morale ludności cywilnej. Najważniejsze jest zniszczenie dzielnic mieszkaniowych i zadanie strat ludności cywilnej. W latach trzydziestych brytyjscy generałowie lotnictwa z generałem Harrisem na czele, uważali, że Niemcy zostaną bombardowaniami zmuszeni do kapitulacji. Brali oni przy tym pod uwagę, że wróg sięgnie po te same środki, ale uważali, iż Brytyjczycy mają twardszy charakter i przetrzymają ataki bombowe. W1934 roku Wielka Brytania rozpoczęła zbrojenia lotnicze oparte na tej doktrynie wojennej. Największy nacisk miał zostać położony na budowę bombowców. Od wczesnych lat trzydziestych za „potencjalnego wroga” kierownictwo polityczno-wojskowe Wielkiej Brytanii uważało Niemcy i to przeciw Niemcom miały zostać zastosowane bombowce. W 1936 roku utworzono tzw. Bomber Command. W1938 roku rząd brytyjski zdecydował o produkcji 12.000 samolotów. Już w połowie lat trzydziestych zaczęto rozwijać program budowy ciężkich bombowców dalekiego zasięgu, które były potrzebne, aby móc prowadzić zaplanowaną strategiczną wojnę powietrzną przeciw ludności cywilnej. Zaniedbano jednak produkcję strategicznych myśliwców, które stanowiłyby ochronę bombowców podczas lotów daleko w głąb terytorium wroga (za ten błąd drogo zapłaciły później załogi brytyjskich bombowców). Natomiast wysoki poziom produkcji (i jakości) osiągnięto w dziedzinie lotnictwa taktycznego – szybkie myśliwce brytyjskie o niedużym zasięgu miały przewagę nad niemieckimi myśliwcami.
Stany Zjednoczone wyprodukowały w 1935 roku pierwszy model szybkiego bombowca dalekiego zasięgu i rozpoczęły produkcję “latających fortec”. Ale Amerykanie nie zamierzali wówczas używać ich przeciw ludności cywilnej, gdyż ataki na ludność cywilną uważali za nieefektywne i niemądre. W styczniu 1941 roku wojskowi amerykańscy i brytyjscy rozpoczęli wspólne planowanie strategii wojny powietrznej przeciw Niemcom. Amerykanie chcieli przede wszystkim atakować centra siły wojskowej a więc nie w pierwszym rzędzie ludność cywilną. Tej strategii trzymali się do 1944 roku. Podobnie jak Niemcy tak samo Związek Sowiecki i Francja nie były nastawione na strategiczną wojnę powietrzną przeciw ludności cywilnej. Francja trzymała się Anglii, z którą w 1938 roku zawarła układ o stacjonowaniu brytyjskich sił lotniczych na jej terytorium i o koordynacji powietrznych systemów obronnych. Francuskie lotnictwo tak jak niemieckie było przewidziane do taktycznego wspierania oddziałów lądowych i marynarki. Amerykańska definicja wyjaśnia różnicę pomiędzy „taktyczną” i „strategiczną” wojną powietrzną: strategiczne bombardowania to ataki na kraj wroga, jego ludność cywilną i przemysł – ludność cywilna jest zatem zamierzonym, świadomie zaplanowanym celem ataku bombowego. Natomiast taktyczna wojna powietrzna to działania lotnictwa we współpracy z wojskami lądowymi i marynarką na froncie – bombowce są wówczas faktycznie przedłużeniem artylerii. Również w ramach taktycznej wojny powietrznej ucierpieć może ludność cywilna, ale nie jest to ani zamierzone, ani zaplanowane. W ramach strategicznej wojny powietrznej to ludność cywilna jest w pierwszym rzędzie celem ataku.
Kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy wypowiedziały Polsce wojnę, niemieckie samoloty zaatakowały polskie lotniska, umocnienia wojskowe, węzły kolejowe, mosty, połączenia drogowe. W sposób jednoznaczny można stwierdzić, że chodziło o taktyczne operacje Luftwaffe. Warszawa była broniona przez polskie oddziały wojskowe. Pięciokrotnie strona niemiecka wzywała Warszawę do poddania się i pięciokrotnie wezwania te zostały odrzucone. Zrzucono ulotki na miasto, w których wzywano ludność cywilną do opuszczenia miasta wolnymi drogami. Dopiero potem nastąpił ciężki nalot, który miał wesprzeć oddziały szturmujące Warszawę. Wówczas stolica Polski skapitulowała. Nalot nastąpił zgodnie z międzynarodowym prawem wojennym, które dopuszcza atak lotniczy na bronione miasto leżące na linii frontu. Zarówno w wojnie z Polską, jak i potem z Francją Luftwaffe trzymała się instrukcji nr 16: wojna powietrzna była wyłącznie wojną taktyczną a nie strategiczną. Rotterdam był zacięcie broniony przez armię holenderską, mimo iż oddziały niemieckie wdarły się w obszar miasta. Wezwania do kapitulacji pozostawały bez odpowiedzi. Dopiero w momencie, kiedy niemieckie bombowce były już w locie nad miasto holenderski naczelny dowódca zgodził się na podjęcie rokowań o kapitulacji. Część bombowców zawrócono, ale 57 maszyn nie zdążyło otrzymać informacji i zrzuciło swoje bomby na dzielnicę na skraju miasta, gdzie znajdowały się pozycje wojsk holenderskich. Chociaż zrzucono tylko normalne bomby burzące, to wybuchły pożary, które zniszczyły jedną szóstą miasta. Zginęło od 600 do 900 Holendrów zarówno żołnierzy jak i osób cywilnych. Alianckie komórki od wojny psychologicznej zrobiły z tego zgodnego z prawem wojennym bombardowania „terrorystyczny atak”, w którym zginęło 30.000 ludzi. Niemiecki atak bombowy na Belgrad 6 kwietnia 1941 roku również nie był strategicznym atakiem na ludność cywilną, gdyż jego celem były obiekty wojskowe, centra komunikacyjne etc. Bomby zrzucono także na pałac królewski (analogia z bombardowaniami NATO jest oczywista – red.).
Po kapitulacji Francji Niemcy rozpoczęli ataki bombowe na statki brytyjskie, a od sierpnia 1940 roku na cele wojskowe oraz zakłady lotnicze w pobliżu wybrzeża w północno- wschodniej Anglii. Celem było zdobycie panowania nad przestrzenią powietrzną Wysp Brytyjskich, dlatego głównym celem stało się lotnictwo i przemysł samolotowy. Kiedy więc naprawdę rozpoczęła się strategiczna wojna powietrzna? Z początkiem maja 1940 roku, kiedy to brytyjskie samoloty zrzuciły bomby, także nocą, na dzielnice mieszkaniowe w zachodnich Niemczech. Do 13 maja Brytyjczycy dokonali 51 ataków na cele niewojskowe i 14 ataków na mosty, linie kolejowe, zakłady zbrojeniowe. Od 25 sierpnia 1940 roku brytyjskie bombowce zaczęły nocne naloty na Berlin. Tym atakom towarzyszyła coraz ostrzejsza propaganda. W sierpniu 1940 roku brytyjski minister informacji Duff Cooper zapowiedział w prasie i przez radio, że Royal Air Force „spulweryzuje” Hamburg. W Niemczech, jak świadczą o tym raporty służby bezpieczeństwa o nastrojach, ludność była coraz bardziej niezadowolona brakiem reakcji na nocne naloty dzielnic mieszkaniowych. W związku z tym Hitler w odpowiedzi na groźby Coopera wygłosił przemówienie, w którym zapowiedział, że Niemcy „wymażą z powierzchni ziemi” miasta brytyjskie. Ale te zapowiedzi Hitlera nie zostały zrealizowane do momentu, kiedy Brytyjczycy dokonali ośmiu nalotów na Berlin. W nocy z szóstego na siódmego września Niemcy dokonali ataku na Londyn, przy czym bombowce miały rozkaz bombardować dworce, doki i zakłady zbrojeniowe. Także i w tym przypadku wojna powietrzna miała być przygotowaniem i uzupełnieniem ewentualnej inwazji Wysp Brytyjskich.
Lotnictwo niemieckie nie było w stanie skutecznie zwalczać lotnictwa brytyjskiego, atakować celów ważnych z wojskowego punktu widzenia i jednocześnie prowadzić terrorystyczną wojnę powietrzną przeciw brytyjskim miastom. Względy humanitarne nie miały już wówczas znaczenia. Trwające ataki lotnicze na Berlin wywołały niemieckie przeciwuderzenia. Ale nadal obowiązywała dyrektywa, że ataki na dzielnice mieszkaniowe pozostają ostatecznym środkiem nacisku i na razie nie będą stosowane. Także oficjalnie deklarowane jako ataki odwetowe bombardowania Londynu skierowane były na obiekty przemysłowe. Ale bombardowania dzielnic mieszkaniowych przez Royal Air Force trwały nadal. Po tym jak Brytyjczycy zbombardowali dzielnice mieszkaniowe Monachium 14 listopada 1940 roku niemieckie bombowce zaatakowały nocą Coventry. I tym razem celem były zakłady lotnicze i inne fabryki zbrojeniowe, które położone były pośród dzielnic mieszkaniowych. Zniszczone zostało wówczas 6% zabudowanej powierzchni miasta (dla porównania podczas nalotu na Hamburg zniszczono 74% zabudowanej powierzchni miasta). Zginęło ok. 400 mieszkańców Coventry, 800 zostało ciężko rannych. Podczas ataku trafiona została katedra w Coventry, która uległa zniszczeniu w wyniku pożaru. Także i tego ataku nie można zakwalifikować jako celowego uderzenia w ludność cywilną. Nieoficjalnie przyznawała to również strona brytyjska, jednak dla celów propagandowych atak rozdęto do olbrzymich rozmiarów i przedstawiono jako atak terrorystyczny na ludność cywilną. Ze swej strony dla celów wewnętrznej propagandy Niemcy rozdmuchali ten atak, aby uspokoić ludność i pokazać jej, że niemieckie lotnictwo jest zdolne odpowiedzieć na bombardowania dzielnic mieszkaniowych w Niemczech.
W nocy z 28 na 29 marca 1942 roku brytyjskie lotnictwo wypróbowało koncepcję bliskiego doradcy Churchilla, lorda Cherwella (Lindemanna), która miała przynieść najlepsze rezultaty. Według tej koncepcji najbardziej efektywne miały być bombardowania robotniczych dzielnic mieszkaniowych, gdyż domy w zamożnych dzielnicach są zbyt rozrzucone i wymagają zwiększonej porcji bomb, zaś fabryki i cele wojskowe są chronione i trudniejsze do atakowania. Lubeka ze swoim średniowiecznym centrum (łatwo palące się budynki z pruskim murem) i słabą obroną przeciwlotniczą stała się celem bombardowania. Rezultat: zniszczonych zostało 1.000 domów mieszkalnych i wiele zabytków, którymi na cały świat szczyciła się „królowa Hanzy”. Warto przypomnieć, że w brytyjskim radio Tomasz Mann wyraził satysfakcję ze zniszczenia swojego rodzinnego miasta. W podobny sposób jak Lubeka został krótko potem zbombardowany Rostock. Hitler w odwecie zarządził wówczas ataki na ważne kulturalnie miasta brytyjskie (Bath, York, Cantenbury). W tym momencie także strona niemiecka przystąpiła do wojny powietrznej przeciw ludności cywilnej, choć oczywiście nie posiadała wystarczających środków, aby prowadzić ją tak skutecznie jak Anglosasi. Reakcją na naloty na Lubekę i Rostock było zainicjowanie rozwoju broni umożliwiającej ataki dywanowe. Wyprodukowano ją w 1944 i nadano nazwę V1. Posłużyła ona jako środek do ataków na miasta. Po przystąpieniu USA do wojny powietrznej amerykańskie czterosilnikowe fortece latające przeprowadziły próbne ataki na cele wojskowe, a więc nie na ludność cywilną. Ponieważ Amerykanom brakowało myśliwców do ochrony bombowców, ponosili duże straty i zaprzestali bombardowań. Dopiero 13 grudnia 1943 roku nowe myśliwce dalekiego zasięgu towarzyszyły bombowcom podczas ataku na zakłady przemysłowe i wojskowe, urządzenia portowe i linie komunikacyjne w Kilonii.
Kiedy niemieckie lotnictwo praktycznie wyeliminowane zostało z walki, także Amerykanie przeszli do bombardowań dzielnic mieszkaniowych miast niemieckich. Ostatnie wielkie uderzenia z powietrza przeprowadzili Anglosasi w drugiej połowie lutego 1945 roku, aby zniszczyć miasta średniej wielkości, które do tej pory wcale lub w niewielkim stopniu dotknięte zostały bombardowaniami. Celem tych ataków było osiągnięcie celu psychologicznego: wywołać u ludności poczucie całkowitej bezsilności i zapewnić sobie w ten sposób jej uległość po bliskim zakończeniu działań wojennych. Prezydent Roosevelt traktował te bombardowania jako karę za „spisek przeciw zachodniej kulturze”. 23 lutego 1945 roku Amerykanie przeprowadzili najbardziej skoncentrowany niszczycielski atak na miasto niemieckie w okresie drugiej wojny światowej. Podczas tego ataku na Pforzheim zniszczyli 83% miasta i zabili co najmniej 1/3 mieszkańców. W sumie po stronie niemieckiej liczba ofiar wojny powietrznej wyniosła co najmniej 600.000 ludzi czyli dziesięć więcej niż po stronie brytyjskiej (rzecz jasna ludność cywilna USA nie ucierpiała w ogóle z powodu bombardowań niemieckiego lotnictwa). W zakończeniu swojego artykułu Hans-Joachim von Leesen pisze, że chociaż przed wojną nie podpisano żadnej międzynarodowej konwencji odnoszącej się do wojny powietrznej, to reguły prowadzenia wojny zawarte w konwencji haskiej całkowicie wystarczają, aby wojnę powietrzną prowadzoną świadomie i celowo przeciw ludności cywilnej uznać za złamanie prawa międzynarodowego.
W tym samym numerze Bernd Kugel pisze o wybitnym, nieżyjącym już historyku niemieckim Hellmucie Diwaldzie, który dlatego, że był wybitnym historykiem nie jest w Polsce znany a jego książki, choćby świetna Historia Niemców, nie są na polski tłumaczone. Z kolei Stefan Hanz kreśli sylwetkę powieściopisarza Hansa Lipinsky‘ego-Gottersdorfa, który pochodził z okolic Kluczborka i określał się niekiedy jako „Wasserpolack”. Także i ten pisarz jest w Polsce nieznany, co nie dziwi z uwagi na wysoką rangę artystyczną jego dzieła Die Prosna-Preussen. W Polsce znany jest właściwie tylko jeden pisarz niemiecki nazwiskiem Böllgrasslenz. Miejmy jednak nadzieję, że i Lipinsky-Gottersdorf trafi kiedyś do polskiego czytelnika. Albrecht Jebens zajmuje się geopolityką i jej najwybitniejszym niemieckim przedstawicielem Karlem Haushoferem. Jebens przypomina, że geopolitycy zawsze krytykowali politykę opartą na założeniach ideologicznych: socjalistycznych, narodowosocjalistycznych, liberalnych, rasistowskich. Dlatego, pisze Jebens, istniał zawsze, choćby ukryty, konflikt pomiędzy ideologiczną, nacjonalistyczną polityką Hitlera a geopolityką, która widziała Niemcy w ramach europejskich a Europę na tle sytuacji globalnej. Geopolityka wychodziła od koncepcji imperialnej i ogólnoeuropejskiej, zaś narodowi socjaliści byli niemieckocentryczni i nie potrafili wyjść poza tradycyjne myślenie w kategoriach narodowych. Niemiecka geopolityka nie odniosła sukcesu i zakończyła swój żywot w 1945 roku wraz z samobójczą śmiercią Haushofera. Natomiast w Związku Sowieckim, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych rozkwitała i nadal kwitnie. O tym, jaką rolę Amerykanie przypisywali (niesłusznie) geopolityce niemieckiej świadczy fakt, że po zajęciu Monachium gorączkowo poszukiwali „Instytutu Geopolitycznego”, w którym, jak przypuszczali, miało pracować 1.000 ludzi. Znaleźli jedynie gabinet profesora Haushofera.
W numerze 145 Caspar Schrenck-Notzing porównuje Orwella i Huxley‘a. Los obu najważniejszych utworów tych pisarzy 1984 oraz Nowego Wspaniałego Świata podobny jest do losu Podróży Guliwera Swifta. Z dzieła Swifta zrobiono zabawną książkę dla dzieci, z 1984 i Nowego Wspaniałego Świata lekturę dla szkół średnich, aby uczniowie wiedzieli, że świat, który opisują Orwell i Huxley, nie ma nic wspólnego ze światem współczesnym. Tymczasem obie powieści nic nie straciły ze swojej aktualności, obie opisują świat „po końcu historii”, świat, w którym prawdziwa przeszłość została wymazana z umysłów ludzi żyjących wyłącznie w teraźniejszości nie podlegającej zmianom. Obie powieści trafnie identyfikują propagandę jako instrument władzy, który stawia człowieka w nowej, dowolnie manipulowanej rzeczywistości i pozbawia go jakiegokolwiek odniesienia do prawdy. Tę sytuację Orwell odkrył już podczas pobytu w Hiszpanii. Pisał: „Już w młodości zauważyłem, że gazety żadnego wydarzenia nie przedstawiają właściwie, jednak dopiero w Hiszpanii widziałem po raz pierwszy relacje, które nie miały żadnego związku z faktami, nawet takiego związku, jaki ma zwyczajne kłamstwo, i widziałem gazety w Hiszpanii, które to rozpowszechniały, oraz gorliwych intelektualistów wyciągających emocjonalne konsekwencje z wydarzeń, które nigdy nie miały miejsca”.
W tym samym numerze Tomasz Molnar omawia mity moderny. Pisze, że epoka Oświecenia zbliża się nieuchronnie do końca. Spoglądając wstecz możemy bez trudu zauważyć, że choć zaczynała od ambitnego zamierzenia, aby zlikwidować mity i zaprowadzić rządy Rozumu, to wytworzyła szereg nowych mitów to znaczy ideologie pełne emocjonalnych, obrazowych elementów. Do takich mitów należy darwinowski obraz małpy, która schodzi z drzewa i zaczyna chodzić na dwóch nogach. Ponieważ nie potrzebuje już rąk do wspinania się na drzewa, może ich używać do chwytania przedmiotów i wytwarzania narzędzi. W konsekwencji rozwija się jej mózg i tak dalej. Problem polega na tym, że istota, która „zeszła z drzewa” była nie małpą, lecz człowiekiem. Inne mity moderny to heglowska historia o panie i niewolniku, freudowskie opowiadanie o zamordowaniu ojca, russowska opowieść o umowie społecznej, marksistowska wizja doskonałego społeczeństwa bezklasowego i będąca jej przedłużeniem wizja doskonalącego się kosmosu propagowana przez Teilharda de Chardina oraz nietzscheański mit o autonomicznym człowieku “po śmierci Boga”. Molnar uważa, że nowoczesny człowiek tak samo pragnie mitów jak jego dawni przodkowie. Żyjemy w świecie zdesakralizowanym, ale potrzeba mitów nie jest mniejsza niż kiedyś. Buduje się je z materiału, jaki jest do dyspozycji: nauka, technologia, psychologia, walka nowych tytanów (konflikty socjalne). Być może człowiek nowoczesny poszukując legitymizacji i wyjaśnienia świata, pożąda mitów bardziej jeszcze i bardziej jest przywiązany do swoich iż człowiek dawnych epok. Ale nowe mity nowoczesnego człowieka są immanentne a ich symboliczna siła niewielka. Słaby jest też ich potencjał, gdy chodzi o opowiadanie historii: nowe mityczne narracje są abstrakcyjne, gdyż inaczej nie mogłyby być uznane za „naukowe”, co jest współczesnym synonimem „prawdziwe”. Ale mit musi być prawdziwy.
My jednak nie potrafimy tak jak Grecy Homera żyć w dwóch światach, to jest dziś monopol dzieci i kilku plemion, które zachowały swoją fantazję. Grecy byli bardzo realistycznym narodem, tak bardzo, że wydarzenia pozostające poza ich kontrolą przypisywali interwencji bogów. My jesteśmy do tego niezdolni od chwili, kiedy wyobcowaliśmy się z natury i natury człowieka. Nie mamy zaufania do własnej duszy. Stąd niemożność opowiadania opowieści: nie wierzymy w fikcję, bo nie wierzymy w rzeczywistość. Dlatego nasze mity są słabowite i wątłe, nie potrafią dowieść swojej prawdy tak jak grecka mitologia, która przy każdym zrządzeniu losu okazywała swoją skondensowaną prawdę. Wątłość współczesnego mitu staje się oczywista, kiedy wspomniane wcześniej siedem mitów potraktujemy jako jedną długą podróż mającą przynieść nam odkrycie czegoś istotnego. Mamy więc początek podróży (Darwin, Freud, Rousseau), podróż (Hegel, Marks), osiągnięcie celu (Teilhard de Chardin, Nietzsche). Porównajmy to z eposem o Odyseuszu, o jego przygodach i walkach, o powrocie do rodzinnej Itaki: jedna fabuła a każdy odnajdzie w niej siebie. W przeciwieństwie do Odysei nowoczesna narracja i jej mityczne składniki to czysta utopia, fałszywa, sucha, nieludzka. Jest ona całkiem fikcyjna u Darwina i Freuda, brutalna u Hegla i Marksa, nadludzka w fałszywym sensie, bo wroga transcendencji u Nietzschgo i Teilharda de Chardin. Nie ma w niej ludzkiej miary a jedynie nadęta, negatywna ambicja bez osiągalnego rozwiązania. Mit, który winien pomóc człowiekowi znosić jego niemożliwą do przezwyciężenia egzystencję, pokazuje go jako zwierzę lub maszynę. To są opowieści o przemocy lub zezwierzęceniu, które poprzez galaktyczną ewolucję docierają do końca będącego ubóstwieniem. Abstrakcyjna intelektualna igraszka, nadająca się do dyskusji w „talk showach”, bez korzeni w duszy, antyopowieść w siedmiu nudnych rozdziałach.
W tym samym numerze Gerhard Eiselt wykazuje, że powojenny antytotalitarny konsensus obowiązujący w Niemczech coraz wyraźniej zamienia sie pod wpływem lewicy i lewicowych liberałów w „konsensus antyfaszystowski” skierowany przeciw demokratycznej prawicy a otwarty dla komunistycznej czy postkomunistycznej lewicy, Helmut Stubbe-da-Luz postuluje ożywienie idei republikanizmu, która byłaby lekarstwem na skostniałe rządy partyjno-państwowej nomenklatury, Rene Häusler omawia prawno-polityczne aspekty procesu i stracenia Ludwika XVI. wskazując na fakt, że szło o walkę polityczną pomiędzy rewolucyjnymi frakcjami, które posługiwały się królem jako instrumentem w starciu o utrzymanie i zdobycie władzy. Proces i egzekucja monarchy miały doprowadzić do zmiany wewnętrznego układu sił i wyeliminowania bardziej umiarkowanych rewolucjonistów, którzy bronili swojej już osiągniętej pozycji przed radykałami. Wszelkie prawne argumenty, które wówczas wysuwano były jedynie kamuflażem dla bezwzględnej walki politycznej. Rene Häusler przytacza opinię, jaką wyraził francuski autor Claude Mettra. Stwierdził on, iż król był “winny” w tym sensie, że nie sprostał wymogom historycznej chwili i nie był zdolny do zapewnienia monarchii dalszej egzystencji. Nie mógł zdecydować się, jaką drogę wybrać, czy „oświeconego despotyzmu” czy też „republikańskiej monarchii” opierającej się w sprawowaniu władzy na przedstawicielstwie ludu. Król jako ojciec narodu zawiódł, „oszukał” go okazując się niegodnym swojego urzędu. „Naród” dokonał mordu na niegodnym “ojcu”, ale jednak „ojcu”, i nie pozostało mu nic innego, jak skrucha i ukaranie samego siebie. Dlatego terror lat 1793-94 był bolesną karą, jaką Francja nałożyła sama sobie, aby poprzez cierpienia i krew uwolnić się od ciężaru grzechu “ojcobójstwa”. Poza tym w numerze Albrecht Jebens kreśli portret Ernsta Moritza Arndta, Andreas K. Winterberger Murray‘a Rothbarda, zaś Armin Mohler podziwia realistyczne malarstwo amerykańskie.
W numerze 146 poświęconym w dużej mierze związkom religii i polityki znajdziemy m.in artykuł Tony Tamerlana „Sir Robert Filmer” poświęcony jednemu z klasyków europejskiej myśli politycznej, który swoją pośmiertną egzystencję zawdzięcza głównie temu, że John Locke awansował go na swojego osobistego wroga. Autor przedstawia poglądy i życie Filmera (1588-1653) i stwierdza, że choć jego doktryna polityczna należy oczywiście do przeszłości, to zawiera ona ciągle aktualne elementy takie jak teoria suwerenności, krytyka władzy większości, krytyka „liberalnej” legitymizacji władzy. Klaus Hornung dowodzi, że totalitaryzm niejedno ma imię, i że totalitarna pokusa i stale możliwe przejście ku despotyzmowi towarzyszą jak cień liberalnej demokracji. Hornung pokazuje, że w Niemczech i w Europie powracają przebrane w antyfaszystowski kostium znane z przeszłości totalitarne style myślenia i działania: kamuflowanie walki o władzę poprzez moralizatorskie administrowanie prawdą, określanie wroga politycznego jako reprezentanta sił Zła, mesjańskie obietnice „prawdziwej” antyfaszystowskiej demokracji, totalny konformizm w ocenie historycznych faktów, jakobiński terror cnoty, panowanie medialnych, politycznych i naukowych nadzorców.
W tym samym numerze o. Lothar Groppe SJ poddaje krytyce ciągłe wyznania winy za lata 1933-45 dokonywane przez niemiecki Kościół. Jakby kontynuacją tego tekstu jest artykuł Klausa Motschmanna, w którym autor pokazuje na przykładzie powojennego Kościoła ewangelickiego w Niemczech, jak podobne wyznawanie win i pokutnicze „antyfaszystowskie” rytuały doprowadziły do zlewicowania tego kościoła, do przekształcenia go w kanał do transportowania socjalistycznej ideologii, do potępienia antykomunizmu (SPD to przy niemieckim Kościele ewangelickim partia prawicowo-reakcyjna). Kościół ewangelicki tak intensywnie wzywał wiernych, aby “zwalczali Hitlera w sobie”, że nie miał czasu bronić swojej tradycyjnej teologii, która zresztą, jak powszechnie wiadomo, „ponosiła odpowiedzialność za Hitlera”. Walter Hoeres ubolewa nad procesami, jakie zainicjował Sobór Watykański II. Autor dostrzega coraz mocniejszą tendencję do demokratyzacji Kościoła, co jest konsekwencją zakwestionowania monarchicznego obrazu Boga i hierarchicznego ładu wszechświata. Demokratyzacja podważa sens sakralnego kapłaństwa, wysuwa na plan pierwszy kwestie celibatu i kapłaństwa kobiet, likwiduje dawną liturgię jako zbyt mało egalitarną. W kontekście posoborowej reformy liturgii Hoeres z pasją potępia zniszczenie dawnego ładu przestrzennego kościołów nakierowanego na główny ołtarz i cytuje opinię Alfreda Lorenzera z jego książki Sobór księgowych, że mieliśmy w tym przypadku z ikonoklazmem, który przyćmiewa wszystkie historyczne fale destrukcji. Ani protestanccy obrazoburcy, ani różni rewolucjoniści nie niszczyli tak systematycznie przestrzeni sakralnej i nie działali tak na zimno. Ulrich Motte przypomina, że popularna w kręgach lewicowych postać pastora Dietricha Bohnhoeffera jest bardziej skomplikowana niż się to wydaje jego współczesnym admiratorom. Bohnhoeffer, pisze Motte, z pewnością uznany by został dzisiaj za religijnego fundamentalistę i konserwatystą, gdyby oczywiście komuś chciałoby się sięgnąć do różnych jego tekstów. W tym numerze znaleźliśmy tytuł głównego organu prasowego w Niemczech: “Spiegelsternzeit”. I jeszcze bardzo trafna uwaga na temat “przezwyciężania przeszłości: „Tysiącletnia Rzesza Hitlera trwała 12 lat, ale niemieccy intelektualiści, dziennikarze i politycy będą potrzebować tysiąca lat, aby je przezwyciężyć”.
FRANCJA
L’ AUTRE HISTOIRE
W siódmym numerze pisma (redaktor naczelny: Trystan Mordrel) możemy przeczytać o nauczycielu, który rozebrał się przed klasą, aby pokazać jej demokrację w gołej postaci. My się jednak nie będziemy tym specjalnie podniecać, ponieważ naszą uwagę przyciągnął tekst „Francuski ekspert w Tokio”. W mieście tym odbyła się po kapitulacji wojsk cesarskich „japońska Norymberga”. W porównaniu z tym, co działo się w Europie, wygląda na to, że pokonani Japończycy mieli sprawiedliwszy proces niż ich niemieccy sojusznicy. Wynikało to zapewne z tego, że wojna na Pacyfiku była mniej ideologiczna, bardziej przypominała banalny konflikt imperialny i znacznie rzadziej jest przedstawiana jako konflikt absolutnego Dobra z absolutnym Złem. W tej sytuacji możliwa była obrona Japończyków przez amerykańskich adwokatów. Japońscy mecenasi nie byli przygotowani na wielki proces w stylu amerykańskim (w Japonii w ogóle jest mało spraw sądowych, gdyż zwyczajowo spory rozstrzyga się w inny sposób – red.), w związku z czym zwrócili się o pomoc do kolegów po fachu zza Oceanu, którzy uczynili propagandową maskaradę nieco mniej tragiczną. Sam świadek (Fernard Gabrillage) został skazany we Francji na zapomnienie, ponieważ jego zeznania były nieprzydatne dla gaullistowskiej mitologii, której trudno jest przedstawić w korzystnym dla Wolnej Francji świetle to, co działo się w Indochinach w latach 1940-45.
„Uśmiercanie bez pióropusza” to tytuł rozważań Para Tudri na temat afery Rogera Garaudy i ojca Piotra. Autor porównuje polowanie medialne, jakie urządzono nad Sekwaną z nagonką na Giordano Bruno. Przybliżając postać Garaudy‘ego Tudri pisze, że od 1933 r. był on członkiem Komunistycznej Partii Francji a w 1956 r. wszedł w skład jej politbiura, jednakże w 1970 r. wykluczono go z partii za stwierdzenie, że ZSRR nie jest krajem socjalistycznym. W latach 90-tych znów zbliżył się do komunistów, a w międzyczasie przeszedł na islam i animował w skali światowej dialog chrześcijańsko-marksistowski. Wszystko było dobrze, póki jego islamskie fascynacje nie zaprowadziły go na ciernistą ścieżkę antysemityzmu. Uległ palestyńskiej propagandzie, dzięki której ze zdumieniem odkrył niecne praktyki „jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie”. Swoje odkrycia opisał w dziele Mity założycielskie polityki izraelskiej, którego nikt nie chciał wydać oprócz jednej skrajnie lewicowej firmy. W końcu w 1996 r. tekst ukazał się na łamach rozprowadzanego ukradkiem pisma. Czujne reżimowe publikatory rozpętały kampanię porównywalną z nagonką na GRECE w 1979 r. lub na innego lewicowca – Paula Rassiniera, który po wyjściu z obozu w Dorze wydał pierwszą rewizjonistyczną książkę o II wojnie światowej Kłamstwo Ulissesa. Garaudy’ego poparł jego stary przyjaciel ojciec Piotr, który przy okazji wspomniał coś o holocauście urządzonym przez Jozuego Kanaanejczykom.
Ojciec Piotr do tej pory był we Francji osobą powszechnie poważaną, człowiekiem ratującym w czasie wojny Żydów i małego brata de Gaulle’a. Później zdemokratyzował charytatywność, używając w 1954 r., podobno jako pierwszy, mediów w celu pomocy biednym. To wszystko stało się nieważne po przyłączeniu się do rewizjonistów, choć sam duchowny podkreślał, że on ich potępia, a jedyny wyjątek czyni dla swego przyjaciela. Te same gazety, które umieszczały aureolę nad głową ojca Piotra, teraz przystąpiły do linczu. Do nagonki przyłączył się Kościół, stwierdzając, że nie stoi już na stanowisku przebrzmiałego antyjudaistycznego chrześcijaństwa. Odkryto nagle, że uwielbiany dotąd francuski ksiądz ma powiązania z propalestyńskimi, skrajnie lewicowymi weteranami włoskich Czerwonych Brygad. Jednak nie udało się zrobić z niego gestapowca, a z Garaudy- 'ego – Himmlera. Apel ojca Piotra o przeprowadzenie debaty pomiędzy oficjalnymi i opozycyjnymi historykami spowodował wypowiedź samej Simone Veil, która opowiedziała się przeciw słynnej, zabraniającej Auschwitzluge ustawie Gayssota, uchwalonej zaraz po zbeszczeszczeniu przez nieznanych sprawców cmentarza w Carpentras stwierdzając, że prawdy historycznej nie można narzucać za pomocą norm prawnych. Pojawiły się też głosy w prasie („L’Événement du jeudi” i „Le Figaro”) porównujące sprawę do procesu Galileusza i polowania na czarownice. Tym niemniej większość bywalców salonów wykazała się czujnością polityczną i skazała atakowanych na infamię. Główny zarzut to banalizowanie shoah poprzez porównywanie go z masakrami dokonywanymi przez Jozuego podczas zdobywania Ziemi Obiecanej. Garaudy twierdzi, że takie wydarzenia jak masakra w Deir Yassin w roku 1948 czy też niedawny wyczyn Barucha Goldsteina w Hebronie nie są dziełem przypadku, lecz wynikają z fascynacji biblijnym opisem Holocaustu przed Holocaustem. Jednakże nikt nie ośmielił się skomentować tej części książki Garaudy’ego, w której bezpośrednio rozprawia się on z „mitami antyfaszystowskiego syjonizmu”. Opisuje kolaborację przed 1939 r., polegającą np. na tym, że Betar był w Niemczech jedyną tolerowaną milicją paramilitarną nie związaną z NSDAP. Cytuje opinię Heydricha z 1935 r., dotyczącą odróżnienia syjonistów od żydowskich asymilatorów i konieczności współpracy z tymi pierwszymi. Odkrywa list grupy Sterna do przywódców III Rzeszy, w którym wysuwają oni koncepcję stworzenia narodowego i totalitarnego państwa żydowskiego, związanego traktatem przyjaźni z Germanią i walczącego po jej stronie w czasie wojny.
Innym wątkiem poruszonym przez pana Rogera jest Norymberga. Cytuje on przepisy obowiązujące w czasie procesu, które zwalniały sąd z obowiązujących powszechnie reguł dotyczących procedury dowodowej i nakazujących możliwie szybkie przeprowadzenie postępowania. Poza tym nakazano uznawanie za autentyczne dokumentów przedstawianych przez aliantów. Następny wątek to liczba ofiar shoah. Garaudy przypomina, że oficjalni historycy zmniejszyli liczbę zamordowanych w Auschwitz z 4 milionów do nieco ponad miliona, a pomimo to ciągle operuje się okrągłą cyfrą 6 milionów Żydów zabitych przez Hitlera. Jak na razie nie odbyła się debata między strażnikami dogmatu a heretykami, której domaga się ojciec Piotr, ale przykład ZSRR dowodzi, że ustawy nie są w stanie powstrzymać rozprzestrzeniania się idei. Historia uczy, że ci, którzy dzisiaj tak namiętnie w wilczym stadzie krzyczą na odszczepieńców mają zapewne najwięcej wątpliwości (modli się pod figurą, a diabła ma za skórą, jak to zgrabnie ujął lud polski – red.) i jutro z niespotykanym wigorem zaatakują niemodne już prawdy.
Poza tym w numerze tekst „Krwawe Święta w Buenos Aires” o peronistowskim terrorze w latach 70-tych, którego ofiarą padł m.in. generał Arumburu – czołowy wróg peronizmu w latach 50-tych. Sam Peron na wygnaniu w Hiszpanii zachowywał się dwuznacznie, a po wspomnianym zamachu expressis verbis pozdrowił morderczych Montoneros. Potem nastąpił powrót caudilla z wygnania, jego szybka śmierć i operetkowe rządy wdowy Isabelity. W końcu armia przejęła władzę, której już nikt nie chciał sprawować i brutalnymi metodami rozprawiła się z partyzantami. Epilog jest taki, że większość społeczeństwa łatwo zaakceptowała amnestię dla obu stron konfliktu, demonstrując jednocześnie wrogość wobec metod i celów guerrilleros. Ci ostatni zapomnieli, że wojny wygrywa się najpierw w sercach ludzi. Last but not least możemy poczytać o książce lorda Artura Ponsonby Fałszerstwa czasu wojny, która stanowi swoiste vademecum wojennej dezinformacji propagandowej w rodzaju stosów rączek, które mieli obcinać niemieccy Hunowie dzieciom na okupowanych terenach.
NOUVELLE ÉCOLE
W 50 numerze sztandarowego organu prasowego francuskiej Nowej Prawicy znajdziemy duży blok tematyczny poświęcony latom 30-ym. Alain de Benoist pisze, że był to okres dyktatorskich reżimów, będących prawowitym lub nieprawowitym potomstwem francuskiej Rewolucji. „Homo novus” wkroczył na arenę dziejów ubrany w czarną lub brunatną koszulę. Nigdy przedtem nie mobilizowano mas w takim stopniu i nigdy zawód po rozbudzonych nadziejach nie był tak głęboki. Renzo de Felice stwierdził, że rok 1939 zakończył rozpoczęty w 1914 roku proces opanowywania europejskiej opinii publicznej przez polityczne religie. Długoterminowym skutkiem rozpoczętej po sarajewskim zamachu rzeźni jest ekonomiczno-technologiczna globalizacja i towarzyszące jej poczucie depresji intelektualnej. Po epoce totalnej mobilizacji przyszedł okres kompletnej demoralizacji. Religie polityczne nie zniknęły, ale wybitnie poszarzały. Panuje opisany przez Maxa Webera uniwersalizm oparty na filozoficznym idealizmie i społeczno-historycznym imperializmie bez Imperium. Twardy totalitaryzm ustąpił miejsca swojej zniewieściałej odmianie.
David Mata jest autorem eseju „Jose Ortega y Gasset, zapoznany wizjoner”. Wielki hiszpański filozof dojrzewał w atmosferze porażki poniesionej przez jego ojczyznę w wojnie z USA. W związku z tym zalicza się go do „pokolenia 1968” wraz z takimi postaciami jak Maezt, Unamuno, Baroja, Costa czy Azorin. Podczas gdy ten ostatni zagłębił się w „infrahistorii”, w mistycznym Średniowieczu, to Ortega y Gasset ożywiał się nadzieją połączenia duchowego bogactwa Hiszpanii z europejską jasnością i przenikliwością. Dostrzegał oczywiście również problemy trapiące Europę. Stwierdził, że nowa wiara, która w XVII wieku zatriumfowała nad chrześcijaństwem, po trzech stuleciach weszła w fazę upadku. Człowiek XX wieku, podobnie jak Cyceron, za dużo wie, jest zbyt ukształtowany i zsocjalizowany, tęskni za autentyczną kulturą. Ponieważ jednak jest zbyt głęboko zanurzony w sobie ukształtowanym przez cywilizację atakuje ją i marzy o powrocie do natury. Chciałby, jak niegdyś Grecy, chodzić nie po ziemi, lecz po Matce-Ziemi, Demeter. Hiszpański filozof był bardzo daleki od powszechnie uprawianej współcześnie kulturowej bigoterii. Widział potężną porcję magii i idolatrii w nieustannych litaniach na cześć kultury, w jej ubóstwianiu. Chcemy, aby nas zbawiła zamiast nas samych. W efekcie mamy wielką nadprodukcję idei, prawdziwą inflację kulturową. Bach jest podawany jako sandwich pomiędzy Brelem a Hallidayem, Mozart sąsiaduje z głupiutkimi piosneczkami. Kultura rzucana na pożarcie masom traci swoją prawdę. Ludzie stają się duchowo wykastrowani, ponieważ żyją zapożyczonymi ideami. Nie ma już szans na spokojną i godną głębię, bo jednostki ludzkie wyrzuca się poza ich własne zawiasy.
Tego typu poglądy można odnaleźć u Husserla, Diltheya, Simmela i Schelera. Jednak eseje Ortegi y Gasseta są oryginalne, bo skrzą się wesołym blaskiem jak grawiury Poussina czy Velasqueza. Jego wkład do fenomenologii jest duży dzięki rozmachowi wizji, jasności i serdeczności oraz łatwości pogardzania. Choć Hiszpan czerpał z głębokich pokładów niemieckiej filozofii, potrafił się uwolnić od jej przyciężkości. Z drugiej strony był jak najdalszy od francuskiej choroby „ludowości”, dosyć rozpowszechnionej w Hiszpanii. Z typowym celtiberyjskim żarem stwierdził, że sklepikarz jest najbardziej obrzydliwym typem ludzkim. Ortega y Gasset zawsze był czujny i gotowy do walki. Niestety za Pirenejami jego następcy są zupełnie inni – posługują się jakimś hermetyczną, techniczną terminologią, piszą sami dla siebie. Są wykorzenionymi algebraistami z laboratorium, zamkniętymi w swoich scholastycznych formułkach. Nie odnajdziemy u nich takich ciekawych spostrzeżeń jak u wielkiego poprzednika, który zauważył, że gdy po XIII wieku chrześcijaństwo stało się mniej ekstremistyczne, gdy weszło na drogę kompromisów, to skutkiem tego było nasilające się od XV wieku obsesyjne dążenie do sprawiedliwości społecznej. Następnie przychodzi niewinny burzyciel w osobie Montaigne’a i głęboki kryzys ze skutkami w postaci gnozy z Princeton i fali ze Wschodu, mieszczących się w opisanych przez Ortegę granicach współczesnego agnostycyzmu. Hiszpan podkreślał przejściowość liberalizmu, który utoruje drogę nowej hierarchii, nowemu porządkowi społecznemu. Jak na razie masowy człowiek jest zadowolony z siebie i zepsuty przez otaczający go komfort oraz przez medyków, psychologów i speców od ubezpieczeń społecznych. Karmiony jest opowieściami o demokracji, która ma być główną podstawą egzystencji, co wydaje się być najgorszą ekstrawagancją. Tak to już jest, gdy zamienia się bojowy duch Średniowiecza na merkantylizm industrializmu i próbuje się negować naturalną arystokratyczność każdej społeczności. Wszyscy padają na kolana przed Comtem i przed bogiem Heglem, którzy nie wywarliby żadnego wpływu w epoce zdominowanej przez normalne myślenie. Ortega wolał zuchwałego i osamotnionego Schopenhauera. W sztuce wolał Vasarely’ego czy Mondriana od burżuazyjnego realizmu, będącego bezprecedensową monstrualnością nie mającą odpowiednika w żadnej innej epoce. Wyżej od niego stawiał corridę – ten symbol broniącej się przed zburżuazyjnieniem i przed egzystencjalizmem Hiszpanii. Nie gustował zbytnio w anglosaskim modernizmie ani we francuskim moralizmie, natomiast upajał się Nietzschem, Heideggerem, Spenglerem, Simmelem i Diltheyem. Francuzi zamiast nich wolą się podniecać jakimiś popłuczynami po Marksie czy Freudzie.
Kolejny tekst w bloku poświęconym latom 30-ym napisał Luc Pauwels. Jego bohaterem jest „Joris van Severen, arystokrata flamandzki i europejski”. Jest on niesłusznie pomijany, gdy jako wielkie postaci belgijskiej „prawicy” w okresie 1930-1945 wymienia się tylko Leona Degrelle’a, Józefa Strela, Piotra Daye’a, Jakuba Leclercqa, Felicjana Marceau (Ludwik Carette), Roberta Pouleta i Pawła Crockaerta. Wszyscy oni byli frankofonami, co musi nieco dziwić w kraju, gdzie Flamandowie stanowią większość. Jednym z nich był wiejski syn van Severen, który dojrzewał w okopach Wielkiej Wojny, kiedy „wszystko było zdominowane przez Nietzschego”. Młody żołnierz stawał się coraz bardziej rewolucjonistą, wierzącym nie w demokrację, a w oligarchię arystokratów. Marzył o wyzwoleniu „ludu flamandzkiego” z belgijskiej opresji, czyli z francuskiej dominacji. Nie oznacza to bynajmniej, że żywił jakąś szczególną nienawiść do Francji. Świadczy o tym zestaw jego frontowych lektur, gdzie obok Goethego i Dostojewskiego znaleźli się Baudelaire, Verlaine, Rimbaud, jak również święty Tomasz, Ruysbroeck, Pascal, Bloy, Pguy, Claudel, Suares, Barres, Psichari, Shaw, d’Annunzio, Hello. Szczególnie imponowało mu dążenie do absolutu tego przedostatniego, tak ewidentne w Triumfie śmierci. Śmierć rzeczywiście szalała na froncie. Armia belgijska, gorzej wyposażona niż francuscy i brytyjscy alianci, ponosiła duże straty, co powiększało etniczne napięcia. Większość żołnierzy była niderlandzkojęzyczna, ale wśród oficerów było już inaczej i z tego powodu wielu zginęło tylko dlatego, ponieważ nie rozumieli rozkazów. Stawiano im pomniki w kształcie krzyża celtyckiego, pozbawione belgijskich symboli, za to ozdobione skrótem AW-WK („Wszystko dla Flandrii, Flandria dla Chrystusa”). Ci, którzy budowali te stele – działacze studenckich stowarzyszeń flamandzkich, domagali się niderlandzkojęzycznych oddziałów oraz uniwersytetu państwowego ze swoim językiem wykładowym. Ponieważ odrzucono te postulaty, „frontowcy” zeszli do podziemia. Zaczęli domagać się autonomii, szermując hasłem: „Oto jest nasza krew, a gdzie są nasze prawa?”, wyrytym krwawymi literami na słynnym kamieniu w Merchtem. Władza jednak była nieugięta, a sam król Albert organizował prześladowania „flamandziarzy”. Pomimo to van Severen awansował na oficera. Wskutek obcowania z żołnierzami zrozumiał, że nie było dla nich ważne, co posiadają (nic specjalnego), lecz to, kim są – Flamandami mówiącymi po niderlandzku, co mogło oznaczać jedynie to, że Marks mylił się zasadniczo w ocenie natury ludzkiej. Rację miał natomiast Adler, który odrzucał socjalizm ukierunkowany wyłącznie na fragment społeczeństwa i potępiał „marksistowską nienawiść sprawiedliwości”.
Swoje poszukiwania myślowe van Severen kontynuował po wojnie na uniwersytecie w Gandawie, jednakże w czerwcu 1919 r. wysłano go wraz z armią okupacyjną do Niemiec. Skutek był taki, że potępił „szatański traktat wersalski, który zimno skalkulowanymi środkami zmasakrował ludy i rozrzucił wszędzie ziarna wojny”. W opinii takiej utwierdziła go lektura książki Keynesa The Economic Consequences of the Peace. Wkrótce naszego weterana frontowego wybrano przewodniczącym Algemeen Vlaams Hoogstudenten Verbond (Zrzeszenie Studentów Flamandzkich) z siedzibą w Gandawie. Razem z kolegami założył Komitet im. Joe Englisha, która to organizacja wymyśliła odbywające się do dzisiaj IJzerbedevaart (pielgrzymki nad Izerę, gdzie walczyła armia belgijska). W latach 20-tych marzył o zsyntetyzowaniu germańskości, łacińskości i rosyjskości w ducha europejskiego, a następnie m.in. dzięki lekturze Tagore osiągnięciu w sobie euroazjatyckiej jedni. Podniecał się występami baletu Diagilewa w Paryżu, skandalem wywołanym przez Cocteau i Picassa wskutek wystawienia spektaklu Parade, Idą Rubinstein triumfującą w Świętym Sebastianie męczenniku d’Annunzia, odkrytym Proustem, Bretonem z jego manifestem surrealistycznym oraz dadaizmem Tzary. Wolał Paryż od Brukseli, gdzie miał mieszkanie, od kiedy został deputowanym. Uważał stolicę Belgii za sztuczne miasto, które powinno być ponownie sflamandyzowane. W 1921 r. założył przegląd Ter Waarheid (W stronę prawdy) – „Miesięcznik religijny, artystyczny i polityczny”, gdzie zawzięcie atakował burżuazyjno-kapitalistyczny establishment. Lansował tam koncepcję zjednoczenia wszystkich ludów niderlandzkich od Fryzji do Calais. Na płaszczyźnie teoretycznej inspiracją dla niego była praca anarchizującego socjalisty Augusta Vermeylena Kritiek der Vlaamse Beweging, gdzie odnajdziemy slogan: „Być Flamandem po to, aby stać się Europejczykiem”.
Van Severen pisał Stanach Zjednoczonych Europy oraz o Europejskiej Republice Federalnej. Realizując tę ideę nawiązał kontakty z przywódcą nacjonalistów bretońskich Olierem Mordrelem oraz z Jungdeutscher Orden Arthura Mahrauna. Pragnął kontynuować tradycję polityki romantycznej Herdera, Wordswortha – autora Poems Dedicated to National Independence and Liberty oraz Southeya. Bazę filozoficzną znalazł w tomizmie dzięki m.in. lekturze Listów księdza Woronieckiego pełniącego urząd rektora KUL-u. To pozwalało mu pomimo podziwu dla Maurrasa i Massisa uniknąć ich germanofobii. Podkreślał, że naród jest ważny, ale nie jest bogiem. Co do państwa, to nie powinno ono „respektować zasady narodowości”, lecz „odbijać narodową rzeczywistość”. Taka jest fundamentalna różnica między dyskursem narodowościowym z 1789 r. i wilsonizmem a podejściem Herdera i Barresa. W pojmowaniu państwa van Severen był bliżej Arystotelesa i św. Tomasza niż faszystów, traktujących państwo jako byt najwyższy, absolutny i samowystarczalny. Daleki był od pojmowania demokracji na wzór Rousseau jako religijnego mitu sprowadzającego się do politycznego panteizmu, gdzie tłum zastępuje Boga. Dostrzegał potrzebę istnienia w państwie pewnych elementów demokracji, ale rozumianej po chrześcijańsku jako pewna tendencja socjalna, demofilia lub jako demokracja polityczna w ujęciu Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu. Opowiadał się za mieszaną formą rządów, łączącą element monarchistyczny z arystokratycznym i demokratycznym. Poza tym państwo powinno być nacjonalistyczne w takim sensie, jaki temu pojęciu nadał Barres w książce Scenes et doctrines du nationalisme.
Nacjonalizm ma być zdyscyplinowanym klasycyzmem uprawianym w ojczyźnie, czyli ziemi, gdzie umarli nasi przodkowie, podczas gdy apatrydzi traktują ją jako obszar, gdzie można robić najlepsze interesy. W 1928 r. w trakcie parlamentarnej debaty Joris van Severen stwierdził expressis verbis, że celem flamandzkiego nacjonalizmu jest restauracja niderlandzkiej jedności, co oznacza odrzucenie koncepcji federalizacji Belgii, która powinna się zupełnie rozpaść. Wybory w 1929 r. były udane dla ruchu flamandzkiego, gdyż ilość jego deputowanych zwiększyła się z sześciu do dziesięciu i pierwszy raz wybrano czterech senatorów z ramienia tego ugrupowania, jednakże sam van Severen nie uzyskał mandatu. Doszedł do wniosku, że dotychczasowe metody walki są nieskuteczne i w 1931 r. stworzył wraz z poetą Wiesem Moensem i syndykalistą Juulem Declercquiem Verdinaso Verbond van Dietse Nationalsolidaristen (Związek panniderlandzkich narodowych solidarystów). Organizacja ta nie była partią polityczną i nie uczestniczyła w wyborach. W Anvers powstały oddziały milicji flamandzkiej. Van Severen ogłosił „totalną walkę”. W całej Flandrii i w Amsterdamie otwarto panniderlandzkie Domy. W 1932 r. odbył się w Tielt w militarnej atmosferze pierwszy doroczny Landdag Verdinaso w cieniu pomnika “panniderlandzkiego księcia” Albrechta Rodenbacha, pod którym van Severen złożył snopek. Ruch nabierał rozmachu. Przywódca chciał, aby był narodowy i solidarystyczny w duchu encykliki Ouadragesimo Anno. Solidaryzm pojmował jako syndykalizm – coś bardzo bliskiego antymarksistowskiemu socjalizmowi.
Czerpał z myśli La Tour du Pina, Karla von Vogelsanga, Alberta de Muna, Adama Muellera, Jorisa Helleputte’a, Maurice’a Barresa, Wilhelma von Kettelera i wczesnego George’a Valois. Opowiadał się za trzecią drogą – pomiędzy lewicową walką klas w postaci dyktatury proletariatu i prawicową walką klas przejawiającą się jako dyktatura władz finansowych. Można uznać go za wizjonera, ponieważ jego koncepcja 17 Prowincji to nic innego jak zapowiedź Beneluksu. Trzeba cenić jego niezależność – również od Mussoliniego i Hitlera, od których różniła go zdecydowana niechęć wobec państwa totalitarnego. W przeciwieństwie do rexistów nigdy nie wziął pieniędzy od Niemców względnie Włochów. Na pierwszy i jedyny kongres faszystowski, który zebrał się w 1934 r. w Montreux verdinasowcy nie zostali zaproszeni. Należy ich raczej zakwalifikować do nurtu rewolucyjnych konserwatystów. Sam van Severen, jako jedyny działacz polityczny w krajach niderlandzkojęzycznych, określał się w ten sposób.
Swój dystans wobec narodowego socjalizmu podkreślił w trakcie kryzysu czechosłowackiego, kiedy to w telegramie do premiera Spaaka zaanonsował swoją lojalność i podporządkowanie królowi Leopoldowi III oraz chęć służenia ludowi („są w ojczyźnie rachunki krzywd…” – red.). Popierał neutralistyczną politykę swojego monarchy oraz holenderskiej Wilhelminy. 2 listopada 1939 r. znalazł się wśród założycieli wymyślonej przez katolickiego senatora Nothomba Ligi Niepodległości Narodowej. Oświadczył, że będzie walczył zarówno w przypadku ataku na Belgię, jak i na Holandię. Pomimo wszystkich tych posunięć 10 maja 1940 r. jako znajdujący się na “czarnej liście” został aresztowany i osadzony w brugijskim więzieniu razem z komunistami, Żydami, flamandzkimi nacjonalistami, włoskimi antyfaszystami oraz czeskim wariatem. Wkrótce potem został przewieziony do francuskiego Abbeville i zastrzelony bez żadnych formalności wraz z 77 innymi więźniami. W 1942 r. niemiecki trybunał wojskowy w Paryżu wydał wyrok śmierci na sprawcę masakry. Po wojnie jego imieniem nazwano główną ulicę Abbeville. Rząd belgijski nie uznał za stosowne po pokonaniu Niemiec ustosunkować się do sprawy i nie zgodził się na przewiezienie zwłok do kraju. Prymas Belgii van Roey nie pozwolił na odprawienie mszy w intencji pomordowanych. Jednak co roku 20 maja – w rocznicę śmierci van Severena ma miejsce pielgrzymka do jego grobu, która odbywa się w absolutnej ciszy.
Lat 30-tych dotyczy też tekst Gilberta Destres o grupie Nowego Porządku, w której działał (kto by się spodziewał?) Denis de Rougemont oraz rozważania Karola Champetiera na temat dość zawikłanych relacji między George’m Bataille a faszyzmem. Poza tym w numerze prehistoria, opisywana przez Andre Cherpilloda (problem pisma w epoce prehistorycznej) oraz Giovanniego Monastrę (zagadnienie symboli „Jin-Jang” w imperium rzymskim), antropologiczne dywagacje de Benoist o gustach i kolorach oraz (jakżeby inaczej) indoeuropejskie refleksje Bernfrieda Schleratha i Jana Haudry.
HOLANDIA, BELGIA
TEKSTEN, KOMMENTAREN ET STUDIES
W 97 numerze nieszablonowego niderlandzkiego pisma znajdujemy artykuł Alaina de Benoist „O metodach Nowej Inkwizycji”. Znany nam doskonale autor demaskuje płatnych lewicowców, kontestujących niedawno burżuazyjną moralność, a dzisiaj znajdujących się w pierwszym szeregu politycznego reformizmu i moralnego konformizmu ramię w ramię z legionem prawicowców. Z tego nieuchronnie wynika, że dystynkcja prawica/lewica nie ma już znaczenia, gdyż linia frontu biegnie między wolnymi a niewolnymi, między krytycznymi a niekrytycznymi. Przeciwników dominującej linii próbuje się pokonać poprzez poszerzanie zjawiska, które można nazwać jednością myślenia, nową inkwizycją, myśleniem poprawnym politycznie lub policją myśli. Nieuchronnie nadciąga nowa cenzura. Jej przyczyn należy szukać w początkach XIX wieku, kiedy wskutek wcześniejszych poczynań Kartezjusza i Bacona zaczął dominować nad światem duch techniki. Kosmos zaczęto traktować jako geometryczny model funkcjonujący na podobieństwo zegarka. Siłą napędzającą machinę jest korzyść. Bacon pisał expressis verbis, że zamierza on zbudować fundamenty świątyni ery powszechnej korzyści. Zatriumfował utylitaryzm. Ojciec de Saint Pierre – wynalazca pojęcia uniformizacji – nawoływał do przebudowy maszyny politycznej w ten sposób, aby osiągnąć większą publiczną korzyść. W takim państwie władca będzie działał za pomocą różnych sił, składających się na „maszynę społeczną”. W efekcie dochodzi do autonomizacji ekonomii, posługującej się czysto arytmetycznymi wartościami kosztów i zysków. Państwo nie walczy już o zachowanie harmonii społecznej – ma nie przeszkadzać w zaspokajaniu potrzeb zindywidualizowanych ludzkich atomów. Urzędnicy państwowi przekształcają się w technokratów, a Comte oraz przede wszystkim Saint- Simon tworzą teoretyczne podstawy technokracji. Technika i nauka mają zastąpić tradycyjnie rozumianą politykę. Aby całość mogła sprawnie działać, potrzebne jest, żeby cała ludzkość miała jeden, wspólny cel – racjonalność działań umożliwiającą zorganizowany postęp ekonomiczny. To umożliwi wymarzone przez Saint-Simona zastąpienie rządzenia ludźmi przez administrowanie rzeczami. Politycy nie będą już wybierać między celami, lecz między środkami. Dochodzi do neutralizacji wszystkich systemów myślowych oraz do dekonfliktyzacji działań politycznych. Partie dyskutują tylko na temat środków osiągnięcia jedynie słusznego rozwiązania, na temat naukowych i technicznych szczegółów, co nieuchronnie podnosi znaczenie ekspertów. Ideologie mają ustąpić miejsca “realistycznemu podejściu”. Kennedy stwierdził onegdaj, że ideologiczne etykietki nie mają żadnego związku z rozwiązaniem. W ramach globalnej technostruktury „koniec ideologii” oraz „koniec historii” oznaczają wszechogarniającą konwergencję. Jedynym istotnym problemem globu jest optymalne wykorzystanie zainwestowanych kapitałów. Alain Minc ogłasza, że w przeciwieństwie do demokracji kapitalizm jest naturalnym sposobem życia zbiorowego. Paul Nizan stwierdził, że ostatnich ludzi wypiera homo oeconomicus, w którego głowie jest miejsce tylko na Political Correctness (PC). Pierre-Andre Taguieff określił to zjawisko jako “negatywną leksykalną eugenikę”. Ci, którzy się z nią nie zgadzają, powoli są spychani do getta porównywalnego z radzieckim samizdatem. Umiesz-cza się ich na czarnych listach. W ramach walki o zbudowanie „otwartego społeczeństwa” zamyka się możliwości kolportażu trefnym książkom i czasopismom (Orwell się kłania).
Na uniwersytetach zaczyna obowiązywać Berufsverbot wobec niebłagonadiożnych. Opozycjonistów publicznie określa się mianem szarlatanów i organizuje się wymierzone w nich akcje protestacyjne (rewolucja kulturalna na niby). Krytycy są nazywani nazistami. Niekonformistycznych adwokatów wykreśla się z listy, a radiostacje się zamyka, jeśli „zbyt szeroko” korzystają z wolności opinii. Na poczcie stosuje się “klauzulę sumienia” wobec niewłaściwych wydawnictw. W jednym z liceów napiętnowano już jako „niebezpiecznie rewizjonistyczne, ksenofobiczne, monarchistyczne i ultranacjonalistyczne” dzieła nie kogo innego, jak giganta samizdatu Aleksandra Sołżenicyna!!! Oprócz niego potępiono między innymi Taguieffe’a, Sormana i Bainville’a. Coraz bardziej podejrzani są: Bataille, Gide, Orwell, Carrel, Renan, Dumezil, Cioran, Eliade, Genet, Artaud, Malet, Pound, Morand, Colette, Baudelaire, Hemingway, Nabokov, Montherlant, Schmitt, London, Yourcenar, Heidegger, jak również Szekspir, Wolter, Balzac i Dostojewski. Czystki z 1945 r. bynajmniej się nie skończyły. Ciągle dopisuje się postscriptum do procesu Celine’a, a Carrela oskarża się o to, że był prekursorem Eichmanna. Subtelni przeciwnicy kary śmierci głęboko żałują, że nie mogli po raz drugi rozstrzelać Brasillacha. Mówiąc krótko Index librorum prohibitorum nie jest już układany w Watykanie, lecz w paryskich redakcjach. Tam planuje się współczesne polowania na czarownice. Przeciwników oficjalnej linii określa się mianem np. „pseudohistoryków” głoszących „pseudonaukowe” teorie. Należy unikać z nimi kontaktu, żeby się nie zarazić. Nie dyskutuje się z nimi, tylko ośmiesza, a jednocześnie robi z nich neofaszystowskie potwory. „Wiecznie żywy” Hitler ciągle jest przydatny. Dzięki niemu ciągle można piętnować tych, którzy nie wierzą w antyrasistowskie i antyfaszystowskie bajeczki i nie bardzo zgadzają się z Adorno czy Horkheimerem. Wówczas stosuje się wobec nich to, co Leo Strauss nazwał reductio ad hitlerum. Wszelki nonkonformistyczne idee dyskredytuje się jako „faszystowskie”. Wszelkie indywidualności pozostające poza słuszną kohortą są automatycznie nazistami i rewizjonistami. Reprezentują oni absolutne zło, przy którym czymś zupełnie nieznaczącym są wszelkie ułomności panującego systemu. Upiór „faszyzmu” zasłania wszystkie absurdy i dramaty współczesności oraz ukrywa intelektualną niemoc fasadowych intelektualistów, nie potrafiących znaleźć recepty na kryzys neoliberalizmu. Ci, którzy nie z nami, są diabolizowani i stawiani poza ramami oświeconej ludzkości. Toczy się przeciw nim “totalną wojnę”, w której wymierzone w „absolutnych wrogów” medialne lincze są usprawiedliwione jako środek walki z „absolutnym złem”. Mamy do czynienia z taką samą paranoją, jakiej ulegają namiętni czytelnicy Protokołów Mędrców Syjonu. Wszędzie szuka się wrogów, z tym, że zamiast Żydów są nimi dzisiaj antysemici. Traktuje ich się tak, jak traktowały podsądnych trybunały moskiewskie w latach 30-tych. Ci, co przyznają się do winy, są winni, a wypierający się winy są winni jeszcze bardziej. Im głośniej zaprzeczają, tym bardziej są podejrzani (wszak „prawdziwa cnota krytyk się nie boi” – red.). Policja myśli osądza pisarzy nie za to, co napisali, ale za to, co powinni napisać (czyli za brak czujności – red.). Po co szukać winnego, skoro można go sobie po prostu wybrać? Paradoks historii polega na tym, że to, co było trefne kilkadziesiąt lat temu (np. antykolonializm), dziś jest jak najbardziej a la mode i w związku z tym naśladowcy niegdysiejszych kontestatorów są dzisiaj inkwizytorami. Każdy reżim w jakiś sposób walczy z niewygodnymi dla siebie opiniami. Dziś brak „wolności dla wrogów wolności” polega na tym, że prześladuje się tych, którzy nie chcą padać na kolana przed ideologią „praw człowieka”. Jak uczy doświadczenie, cenzura jest nieskuteczna (czy w komunizmie również? – red.). Jednakże aktualnie rządzący mają do dyspozycji lepsze narzędzia kontroli niż Żdanow czy McCarthy. Pomimo to nieustraszony de Benoist wzywa do walki o wolność, o wolność słowa przede wszystkim.
O innym bojowniku pisze Pieter Jan Verstraete w artykule „Historyk czy ojciec chrzestny? David lrving: profil”. Z tekstu wynika, że kontrowersyjnego Brytyjczyka można umieścić w dość nielicznej grupie Anglików zafascynowanych niemieckością (wszak zdecydowana większość wyspiarzy zapatrzona jest tylko i wyłącznie w swoją nację). W młodości lubił szokować obnoszeniem się z Mein Kampf, utrzymywał kontakty z sir Oswaldem Mosleyem oraz działał w Stowarzyszeniu Anglo-Germańskim. Następnie przerwał studia na rok po to, aby pracować jako prosty robotnik u Thyssena w Zagłębiu Rury. Tam zainteresował się głębiej inną niż oficjalna, bardziej przychylną dla pokonanych, wersją II wojny światowej. Dużą rolę odegrała lektura książki niekonformistycznego historyka A. J. P. Taylora The Origins of the Second World War. Wkrótce Irving sam zaczął pisać książki, których większość wyszła zarówno po angielsku, jak i po niemiecku. Już druga z nich Der Untergang Dresdens stała się bestsellerem. W sumie napisał ich już trzydzieści, osłabiając w ten sposób oficjalną, „churchillowską” interpretację wojennych wydarzeń. Przedstawia Hitlera nie jako krwawego potwora, lecz zwalczającego korupcję patriotę, nie wiedzącego o realizowanym przez Himmlera Endlösung. Któryś z przeciwników stwierdził, że Hitlers War równie dobrze mógłby napisać sam Führer. Inny napisał, że Irving jest sztandarowym historykiem niemieckich neonazistów. Faktem jest, że opozycyjny brytyjski badacz z lubością demonstruje wojenne błędy i grzechy pogromców nazizmu. Churchilla np. przedstawia jako marionetkę w ręku amerykańskich Żydów, którzy pchnęli go do wojny wbrew opinii króla, dyplomacji i arystokracji. Opinia autora artykułu jest taka, że pomimo wszelkich zastrzeżeń jest Irving historykiem, a jednocześnie może być dla niektórych ojcem chrzestnym rewizjonizmu, gdyż nie zgadza się z obowiązującą wykładnią, a to w sumie wystarcza.
Poza Europę wyprowadza nas Patrick Bouts poprzez Ducha Shinto. Zaczyna od tego, że w 1945 r. na Japonię spadły trzy bomby. Pierwsze dwie były atomowe, a trzecia ideologiczna, atakująca duchowe podstawy społeczeństwa. To, co wtedy działo się w Kraju Kwitnącej Wiśni można przyrównać do okupacji Sasów przez Karola Wielkiego – w obu wypadkach nastąpił zdecydowany nacisk skierowany na wykorzenienie dotychczasowej religii. Co prawda wielu misjonarzy i orientalistów uważało, że Shinto nie jest żadną religią. Twierdzono, że w “drodze bogów” nie można odnaleźć żadnego credo, żadnego kodeksu moralnego, za grosz metafizyki ani też żadnej linii oddzielającej ludzi od bogów. Nie był to bynajmniej pierwszy atak na dwutysiącletnie wyznanie, naciskane od dawna przez buddyzm, konfucjanizm i chrześcijaństwo. Pomimo tego pozostało ono narodową religią, w skali globalnej porównywalną jedynie z judaizmem. W zadziwiający sposób wykazuje odporność na obce wpływy. Można to tłumaczyć (w przeciwieństwie do judaizmu – red.) brakiem dogmatyzmu i otwartością, która uniemożliwia walkę. Ta elastyczność umożliwiła w XIX wieku japoński skok do współczesności. Shintoizm oznacza ontologiczną i biologiczną jedność między ludźmi, „bogami” (Kami) oraz mineralnym i zwierzęcym światem. Mamy tu do czynienia z absolutnym monizmem czy też “unitaryzmem”, podobno podobnym do wierzeń przedchrześcijańskiej Europy. Japońska religią ma być jak najdalsza od pokus czasowej linearności i mechanistycznego fatalizmu. Zamiast grzechu kultywuje ona cnotę w mniej więcej arystotelesowskim ujęciu. Podstawą dla cnoty jest grupa – nie ma dobra poza społeczeństwem i rodziną. Tu widzimy zasadniczą różnicę między hinduistycznym pojęciem bhakti – opierającym się na wyłącznej ocenie przez Boga, a japońską koncepcją oceniania przez świat, naród i miejsce urodzenia. Autor, idąc szlakiem Heideggera, twierdzi na koniec, że na Dalekim Wschodzie Daleki Zachód może (omijając Bliski Wschód) odnaleźć swoją drugą twarz. Pozostając na Dalekim Wschodzie przyjrzyjmy się wraz z tajemniczym HN książce Henka Wubbena Północna Korea. Głodny tygrys. Korea leży pomiędzy Chinami a Japonią, wskutek czego zachowała samodzielność, ale chińskie wpływy zawsze były w niej silniejsze niż w Kraju Wschodzącego Słońca. Przejawiło się to przede wszystkim w tym, że nie przetrwały w niej lokalne religie, wyparte zupełnie przez konfucjanizm i buddyzm. Przetrwało natomiast państwo w postaci królestwa z ludnością podzieloną na cztery prawie szczelnie oddzielone od siebie kasty. Duch sekciarstwa niezwykle przyczynił się do sukcesu odniesionego w nowożytnej epoce w Kraju Świeżego Poranka przez fanatyczne i dogmatyczne denominacje północnoamerykańskie. Z podobnych przyczyn triumfy święcił na południe od rzeki Jalu komunizm, który od początku był komunizmem z narodową twarzą. Dlatego właśnie mógł Kim-Ir-Sen, po usunięciu internacjonalistów, stworzyć rasistowski i ultranacjonalistyczny reżim. Trzeba go zaliczyć do innej kategorii czerwonych przywódców niż Bierut, Ulrich czy Rakoczi, których podstawową legitymacją do sprawowania władzy były radzieckie czołgi. Prowadził własną politykę zagraniczną, czego najlepszym dowodem był samodzielny atak na Południową Koreę w 1950 r., niemalże zakończony Blitzkriegiem. Jednak Pusan stał się dalekowschodnim Stalingradem. Trzeba było się zadowolić północną częścią półwyspu, gdzie po śmierci Stalina już bez żadnych przeszkód rozkwitł kult Ukochanego Przywódcy. Przypomniano stare animistyczne mity, w tym przede wszystkim opowieść o mającym słoneczny rodowód bohaterze Tangunie, będącym praprzodkiem wszystkich Koreańczyków. Holenderski badacz porównuje to zjawisko do nagłaśniania w hitlerowskich Niemczech opisanego przez Tacyta w Germanii grobu Tuisco i Mannusa oraz do koncepcji Guido von Lista. Belgijska Partia Pracy, mająca siostrzane stosunki z koreańską kompartią, została oskarżona o rasizm i nacjonalizm. I gdzież tu sprawiedliwość? Na pewno nie jest ona równie rącza jak przebiegający 100 mil przez noc koń Czo-Li-Ma, będący symbolem Dżucze – ideologii koreańskiej niepodległości, wobec której marksizm pełni już tylko pomocniczą rolę.
Oprócz tego w numerze „Bóg, ludzie i zmysły” Luca Pauwelsa, „Apologia wściekłości” Dirka Bollena, wywiad ze święcącym triumfy niemieckim pisarzem Martinem Mosebachem, ekologiczne rozważania Guy de Maertelaere „Od Paryża do Geraardsbergen”, wywody Koenraada Logghe „O papudze jako mistycznym ptaku w różnych starych kultach”, Franka Hensena konstatacje na temat nonsensów prezentowanych w muzeach, „Co powinien jeść naród podczas wojny?” Janusa Meerboscha (kluczowy problem to możliwość zastąpienia masła przez margarynę) oraz „Tubylec w swojej własnej okolicy, czyli filozofia i praktyka bioregionalizmu” Guy de Maertelaere. I to by było na tyle.
