TOMASZ GABIŚ
O ELIGIUSZU NIEWIADOMSKIM, ENDECJI I FRIEDRICHU ADLERZE
Kiedy któryś z naszych demokratów wygłasza polityczno-historyczną homilię, to jaki tam topos niechybnie się pojawi, jaki archetypiczny bohater musi, po prostu musi, wyruszyć w drogę ku tragicznej śmierci? Oczywiście prezydent Gabriel Narutowicz, no i ten, którego przeznaczenie rzuciło na drogę jego życia, morderca Eligiusz Niewiadomski, a także, nieodmiennie, endecja, która pchnęła artystę-malarza do politycznego mordu (ciekawe, że nikt z liberalnych demokratów nie ma krzty współczucia dla Niewiadomskiego, który skończył wszak pod kulami plutonu egzekucyjnego, a czyż kara śmierci nie jest – w oczach liberalnego demokraty – ”mordem w majestacie prawa”?)
Osobiście do ruchu narodowego nigdy przekonania większego nie miałem, bo za bardzo schlebiał masom ludowym. W przypadku Narutowicza enedcy wykazali się kompletnym brakiem instynktu państwowego: gdy ich kandydat przepadł, wpadli w regularny amok i wszystko by zrobili, żeby legalny wybór Narutowicza podważyć, co jednak nie znaczy, że to oni włożyli rewolwer w rękę mordercy. Tam jakieś ciemne, do dzisiaj niewyjaśnione sprawy rozgrywały się za kulisami.
Historycy podają, że na grobie Niewiadomskiego młodzież narodowa składała kwiaty. Gloryfikowali zabójcę głowy państwa, może więc sprawiedliwie ponieśli historyczną klęskę. Z własnej winy przegrali a nie przez “Żydów”, „masonów” czy Marszałka. Jan Emil Skiwski pisał, że endecja to nie był obóz polityczny, ale edukacyjno-wychowawczy, dlatego też nigdy nie zdobyła realnej władzy. Dla takiego hiperideowego ugrupowania bardzo istotne są sojusze polityczne na płaszczyźnie międzynarodowej, które zawsze są w pewnej mierze sojuszami ideologicznymi. Skiwski wskazywał na to, że endecja wchodząc w 1939 roku do obozu antyniemieckiego automatycznie znalazła się w jednym obozie z bezbożnym bolszewizmem („żydokomuną”), największym wrogiem religii katolickiej, własności prywatnej, tradycji etc., oraz z antykatolickim anglosaskim protestantyzmem, a zatem z – używając dawnego języka endecji – „żydomasonerią”. Tym samym zaprzeczyła fundamentalnym zasadom swojej ideologii. W rezultacie utraciła ideową wiarygodność, a jej ideowa tożsamość – z wyjątkiem antygermanizmu – rozmyła się lub wręcz wyparowała. Musiała więc nieuchronnie ulec ideologicznemu rozkładowi i zniknąć ze sceny politycznej.
Cytowany wyżej Wacław Zbyszewski – powołując się na Cata-Mackiewicza– pisał: „Endecy są u nas tym, czym są Duchobory w Rosji, są kwintesencją narodu, ale tak samo jak Duchobory nigdy nie doszli do rządów w Rosji i zawsze byli uciskani przez cerkiew prawosławną, choć byli esencją prawosławia, tak i u nas endecy nigdy nie dojdą do władzy, zawsze ich jakaś lewica czy jacyś Żydzi wykiwają”.
Miałem kiedyś – było to w drugiej połowie lat 80. zeszłego wieku – kolegę politologa, który prawicą się pasjonował i zawodowo ją badał; każda prawicowa grupka, choćby się składała wyłącznie z prezesa i jego zastępcy, bardzo go interesowała. Pewnego razu zaprosił mnie na spotkanie z dwoma narodowcami z Wybrzeża, oni tacy byli narodowi, że nawet Jędrzeja Giertycha podejrzewali, że jest niemieckim Żydem i masonem. No i tak sobie gawędzimy przy herbacie o różnych ważkich problemach społecznych i politycznych, ja wtedy byłem w fazie ostro wolnościowej, więc nazwisko pewnego amerykańskiego – by użyć ich politycznego slangu – „żydoliberała” padło, no i atmosfera od razu lekko się zmroziła. W końcu przybysze z Wybrzeża postanowili nas rzucić na kolana – do teczki sięgają i z czcią nabożną, niczym relikwię, kładą nam przed oczy książeczkę, a było to dziełko Romana Dmowskiego Kościół, naród i państwo nielegalnie przez nich wydane. Spojrzeliśmy po sobie, w końcu samiśmy jakieś mało czytelne broszury wydawali, żeby naród prawdę poznał, więc co to za rewelacja, ale oni nam uroczyście oznajmiają, że dziełko jest absolutnie wiernym odwzorowaniem wydania przedwojennego, na takim samym papierze, taką samą czcionką, okładka identyczna w stu procentach, po prostu klona wyprodukowali i nam kazali podziwiać; oni chyba klęczniki mieli do czytania Dmowskiego. Pomyśleliśmy sobie, że taki polityczny fetyszyzm całkiem nam nie leży i na tym zakończyła się moja krótka przygoda z ruchem narodowym. Muszę jednak wyraźnie podkreślić, że nigdy nie cierpiałem na endocjofobię. Andrzej Kijowski w Dziennikach zanotował w 1975 roku, że Kazimierz Brandys sprzymierzyłby się z samym diabłem, byleby nie dopuścić endecji do władzy – widocznie w hierarchii moralnej Brandysa (i jego środowiska) endek znajdował się szczebel niżej od diabła. Ja natomiast uważam, że, mimo wszystko, endek stoi wyżej niż diabeł.
W grudniu 2017 roku minęło 95 lat od śmierci Gabriela Narutowicza; ukazało się z tej okazji wiele okolicznościowych artykułów; najbardziej kuriozalny był chyba ten opublikowany w „Do Rzeczy” przez Rafała Ziemkiewicza, który uznał Eligiusza Niewiadomskiego za „ewidentnie chorego psychicznie”. Ziemkiewicz nazywa go „kompletnym świrem”, wygadującym na procesie „psycholskie androny”. Sąd miał, zdaniem Ziemkiewicza, obowiązek skierować go na przymusowe badania, które by ponad wszelką wątpliwość stwierdziły niepoczytalność, a więc i niemożność uznania odpowiedzialności karnej podsądnego, ponieważ zaś tego nie zrobił, to „na obłąkanym malarzu” dokonano „mordu sądowego”. Ziemkiewicz cytuje fragment broszury Eligiusz Niewiadomski w oświetleniu psychiatrii (1923) autorstwa „jednego z najwybitniejszych psychiatrów owych czasów”, Maurycego Ursteina: „nie był on zdolny właściwie pokierować swoim życiem i zdobyć sobie należne stanowisko społeczne”; „pozwolił się stopniowo opanować ideom, które, być może, pierwotnie wynikały jeszcze z niechęci osobistych, lecz które w następstwie rozwinęły się w tak oczywiście niedorzeczny sposób, że ich związek ze stanowiska psychologicznego wcale ująć się nie daje. Do tego się dołącza wielka nietrafność, raczej zupełny brak sądu, słaba wola, megalomania w ocenianiu własnej osoby, typowe idee reformatorskie, nieobliczalne postępki, dziwactwa w obejściu i inne cechy charakterystyczne dla katatonii”.
Ten bełkot Ursteina Ziemkiewicz potraktował z pełną powagą , zrobił z Niewiadomskiego „wariata” i tym prostym sposobem zamknął sprawę, poniekąd „uniewinniając” zamachowca, no bo skoro psychiatra orzekł, że był „wariatem”, to nie mógł odpowiadać za swoje czyny. Dlaczego człowiek starannie planujący zamach, posiadający określone poglądy ideowe i polityczne, z których narodziła się idea zamachu na prezydenta Narutowicza, miałby być „wariatem”? Swoją „diagnozą” Ziemkiewicz pozbawia Niewiadomskiego godności osoby ludzkiej jako odpowiedzialnego podmiotu moralnego, który z rozmysłem zastrzelił niewinnego, bezbronnego człowieka, za co został jak najbardziej sprawiedliwie skazany na śmierć i stracony, co przeciwnicy kary śmierci niechybnie uznaliby za „mord w majestacie prawa” ( na temat „psychiatryzowania” politycznych zamachowców zob. Thomas Szasz, „The case of John Hinckley” http://archive.spectator.co.uk/article/11th-july-1981/9/the-case-of-john-hinckley).
Sześć lat przed śmiercią Narutowicza od kuli zamachowca, kiedy trwała wielka wojna i narody Europy wykrwawiały się w bratobójczej walce, 21 października 1916 roku w południe, premier Austrii w Austro-Węgrzech hrabia Karl von Stürgkh jak co dzień udał się do hotelu Meißl & Schadn w centrum Wiednia, aby spożyć smaczny i obfity obiad – w cesarstwie austro-węgierskim demokracja była wtedy jeszcze w powijakach i politycy żadnych „body-guardów” dla ochrony przed demosem nie mieli. Nagle obok jego stolika pojawił się jakiś mężczyzna, wprawdzie bez krzyża na piersi, ale z brauningiem w kieszeni. Krzycząc „Precz z absolutyzmem! Chcemy pokoju!”, trzykrotnie wypalił premierowi w głowę, w ten niezbyt przyjemny sposób przerywając mu konsumowanie wykwintnego posiłku.
Któż był tym austriackim Niewiadomskim? Nie kto inny jak socjaldemokratyczny poseł Herr Doktor Friedrich Adler, syn Wiktora Adlera, założyciela i przywódcy austromarksistów, znajomego Władimira Iljicza Lenina. W maju 1917 roku mordercę premiera pana doktora Adlera skazano na karę śmierci zamienioną przez cesarza Karola na 18 lat więzienia a następnie amnestionowano. Adlera-Niewiadomskiego gorąco bronił m.in. znany fizyk Albert Einstein. Zbierał nawet w Zurychu podpisy pod petycją do cesarza o ułaskawienie mordercy, zaofiarował się też, że wystąpi jako świadek obrony na jego procesie. Jeszcze trzy lata przed śmiercią stwierdził, że Austriacy zasługują na dozgonny szacunek za to, że nie pozbawili życia Friedricha Adlera. Nie dali czapy mordercy, i co bystrzejsi obserwatorzy od razu zrozumieli, że dni cesarstwa są policzone. Rządzący chcieli mieć czyste ręce, a jak pisał Żarko Petan, z czystych rąk władza wyślizguje się najprędzej. Okazali słabość, a za słabość wrogowie szybko wystawią ci rachunki.
W mowie wygłoszonej na sali sądowej sprawca ohydnego politycznego mordu wyjaśnił szlachetne motywy swojego czynu – był to protest przeciw wojnie! Lewicowa prasa gloryfikowała mordercę, zrobiła z niego męczennika i więźnia politycznego. Po upadku monarchii Adler-Niewiadomski powrócił tryumfalnie do polityki jako bohater ruchu antywojennego. Spokojnie, jak gdyby nigdy nic, kontynuował działalność publiczną, był redaktorem pisma „Walka”, sekretarzem partii, posłem. W 1925 został sekretarzem generalnym Międzynarodówki Socjalistycznej, po 1938 r. był nieformalnym liderem austriackich socjalistów na emigracji.
W 1979 r. w stulecie urodzin Adlera austriaccy Czerwoni czcili swojego Niewiadomskiego jak bohatera. Pewna dama z socjaldemokratycznego rządu wychwalała go pod niebiosa jako człowieka….wiernego konstytucji. Człowiek, który trzema strzałami w głowę zlikwidował premiera kraju toczącego wojnę, wzorem wierności konstytucji! To po prostu zapiera dech w piersiach. Zaprotestował wówczas Fryderyk von Hayek, który niestety wywarł mniejszy wpływ na życie intelektualne w Austrii niż dwaj panowie Adlerowie. W liście do „Die Presse” autor Konstytucji wolności pytał, że jak to być może, że polityczny morderca jest wychwalany przez członka rządu. Ale tacy już są Czerwoni, ta ich niewiarygodna bezczelność wręcz obezwładnia; zawsze idą w zaparte, bronią swoich do końca. Podłym mordercą może być Niewiadomski, na anatemę zasługują jego gloryfikatorzy, zaś Adler to szlachetny bojownik o wielką sprawę, któremu należy oddawać cześć.
Po 1945 r. Adler-Niewiadomski w austriackiej socjaldemokracji już się nie zmieścił, ponieważ uderzał w niemiecko-narodowe tony, krytykował narzuconą przez zwycięzców koncepcję narodu austriackiego, czyli „trzeciego narodu niemieckiego”, lansowaną po wojnie, podobnie jak w NRD propagowano koncepcje „drugiego narodu niemieckiego”. Oświadczył, że jest to reakcyjna i obrzydliwa utopia i zadeklarował: „Gdybym miał wybierać pomiędzy nią a narodem niemieckim, to wybrałbym naród, dla którego Faust Goethego i mowy Lassalle`a nie należą do zagranicznej literatury”. Nota bene jego ojciec w 1918 roku opowiedział się za anschlussem, co w dwadzieścia lat później zostało zrealizowane; wprawdzie troszkę inaczej, niż to sobie Adler senior wymarzył, bo marzył, że w zjednoczonej Rzeszy rządzić będą międzynarodowi socjaliści, a tymczasem do władzy dorwali się narodowi socjaliści, ale zawszeć to jakiś anschluss i jacyś socjaliści. Co ciekawe, Friedrich Adler jako fizyk krytykował teorię względności, czym budzi moją sympatię, gdyż powszechnie obowiązujące teorie zawsze jakieś podejrzane mi się wydają; lubię zasadę, żeby nie przyznawać racji tym, którzy już mają rację.
Czy ktoś sobie wyobraża, żeby w Polsce istniała ulica Eligiusza Niewiadomskiego? Oczywiście nie, nawet jeśli miał on niepodważalne zasługi dla polskiego życia kulturalnego. Tymczasem w Wiedniu spokojnie biegnie sobie ulica Friedrich-Adler-Weg upamiętniająca austriackiego Niewiadomskiego!
Tomasz Gabiś
