«
»

Zapiski manarchisty

O MŁODYM MORAWIECKIM, JANUSZU BALICKIM, ANDRZEJU TALADZE, KONRADZIE RĘKASIE ORAZ INNYCH OSOBACH I SPRAWACH

06.18.18 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O MŁODYM MORAWIECKIM, JANUSZU BALICKIM, ANDRZEJU TALADZE, KONRADZIE RĘKASIE ORAZ INNYCH OSOBACH I SPRAWACH

Legitymizm monarchistyczno-dynastyczny dogorywa w prawno-rodzinnych sporach, wojnach o sukcesję i szykanach ze strony głowy rodu. Legitymizm demokratyczny dogorywa w nikczemności kruczków prawa wyborczego, w sporach dotyczących wyborów proporcjonalnych, podziału na okręgi wyborcze i wyliczeń okultystycznej wielkości jaką jest „większość”. Co gorsze? Najwyraźniej to ostatnie (Carl Schmitt)

***

Swego czasu socjologowie z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie przeprowadzili badania wiedzy, jaką młodzież niemiecka  ma na temat  historii najnowszej. Przebadano 4 600 osób, pytania obejmowały  cztery epoki: narodowy socjalizm, RFN, NRD i Niemcy  po zjednoczeniu. Tylko na jedną trzecią pytań  badani potrafili odpowiedzieć.  Ponad połowa nie wiedziała,  w którym roku zbudowano mur berliński. Co trzeci uczeń uważał, że kanclerz Konrad Adenauer  i kanclerz Willy Brandt byli politykami NRD, i że  szef enerdowskiej partii komunistycznej  Erich Honecker został wybrany demokratycznie . Prawie połowa badanych uczniów nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, co różni „demokrację” i „dyktaturę”.  60% badanych nie widziało różnicy pomiędzy posłami do Izby Ludowej NRD a posłami do Bundestagu. I nie ma się czemu dziwić: po zjednoczeniu Niemiec, pewna liczba dawnych posłów do Izby Ludowej dostała się do Bundestagu. Niczym, dosłownie niczym, nie odróżniali się od swoich zachodnich kolegów. Takie same frazesy, taka sama drętwa mowa, identyczne poglądy w zasadniczych kwestiach.

***

Wszystkich fanów twórczości Ernsta Jüngera ucieszy wydanie jego niewielkiej, opublikowanej po raz pierwszy w 1957 roku,  powieści „fantastycznej” Szklane pszczoły (przeł. Lech Czyżewski, posłowie Wojciech Kunicki, Korporacja Ha!art, Kraków 2017). „Fantastycznej”, a zarazem niezwykle realistycznej w opisie naszej stechnicyzowanej  „postnowoczesności”. Wypada czekać na należące do tego samego nurtu prozy fantastycznej Jüngera  Heliopolis, Eumeswil i Lampę Aladyna.

***

Rozgorzał spór wywołany przez IPN, który orzekł, że stojący w Rzeszowie Pomnik Czynu Rewolucyjnego dłuta Marian Koniecznego, powinien zostać wyburzony na mocy tzw. ustawy dekomunizacyjnej. W obronie monumentu stanął prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc oraz członkowie rzeszowskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich. Przyłączam się do nich, proponując jednocześnie, żeby monument przemianować na Pomnik Czynu.  Po prostu Czynu,  ponieważ u nas wiele wielkich słów pada, a po nich Czyny nie przychodzą.  Zatem do Czynu! Troszczyć się o otoczenie,  porządkować je i upiększać, chronić przyrodę ojczystą, szanować własny język i otaczać opieką materialne dziedzictwo kulturalne, nie deptać trawników etc. To jest prawdziwa „Czynów stal”!

***

W czołowej amerykańskiej gazecie czytałem kiedyś reportaż ze Święta Aryjskiego – międzynarodowego zlotu  skinheadów, zbowidowców z Ku-Klux-Klanu, niezłomnych narodowych socjalistów  i innych zwolenników supremacji białej rasy. Impreza odbywała w jednym z Regional Mountain Parks; łono przyrody, swastyka na swastyce, stragany uginają się pod esesowską odzieżą z lumpeksów, wszędzie pełno fotografii prezesa NSDAP, doktora Goebbelsa i innych idoli, masa odpowiedniej literatury z Moim bojem na czele do kupienia za parę dolarów,  hoże blond-dziewoje z Women for Aryan Unity sprzedają   pisemko „White Nationalist Baby” i podręczniki o wychowaniu dzieci  na dobrych Aryjczyków z dydaktycznymi opowiastkami typu „Adolf Hitler – Ten, Który Umiłował Dzieci i Zwierzęta”, „Adolf Hitler Niezwyciężony –  przyjdzie jeszcze dzień Jego zwycięstwa”, słoneczko świeci, grile się kopcą, zniżkowego budweisera  można się napić, folkowa kapela nordyckie melodie przygrywa, po prostu normalny piknik, niezła zabawa, i nikomu to nie przeszkadza, oczywiście tajne służby i ich współpracownicy uplasowani pośród piknikujących czuwają nad wszystkim jak najbardziej, ale od tego przecież są, żeby stać na straży wolności i prawa do wyrażania idei i poglądów. Co by nie mówić, w porównaniu z Europą Stany to naprawdę wolny kraj, w którym  ideowy i polityczny „pluralizm” traktuje się poważnie. Państwa europejskie coraz bardziej oddalają się od (pojmowanej jako typ idealny) pluralistycznej liberalnej demokracji, a coraz bardziej zbliżają do wzoru normalnego państwa ideologicznego (wyznaniowego).

***

Odkryłem, że jedyny sposób, by na pewno nie spóźnić się na  pociąg, to spóźnić się na wcześniejszy  (Gilbert Keith Chesterton)

***

Młody  Morawiecki wprowadził Jednolity Plik Kontrolny dla przedsiębiorców (młody Morawiecki to typowy „control freak”, który chce o bliźnich więcej wiedzieć niż mogła wiedzieć dawna bezpieka).  Teraz wszyscy przedsiębiorcy bez wyjątku, nawet ci najmniejsi, którzy do tej pory  wypełniali ręcznie ewidencję sprzedaży i zakupów i papierowe deklaracje zanosili do urzędu skarbowego, będą na bieżąco kontrolowani przez młodego Morwieckiego. Część z nich przebywa  jeszcze w epoce papieru (jaskiniowcy, po prostu jaskiniowcy) i chcieliby w niej pozostać, ale młody Morawiecki kolbami ustaw nauczy ich myśleć „nowocześnie”. Ci z „epoki papieru” muszą,  jak napisał „DGP”,  „przygodę z JPK”,  zacząć od „inwestycji w nowoczesność”, czyli od zakupienia komputera i zapłacenia za dostęp do internetu. Nie obejdzie się bez specjalnego oprogramowania, systemów zabezpieczeń itd. a to wszystko kosztuje. I tak kolejny strumień „szmalu”  płynie do kieszeni właścicieli i menedżerów firm internetowych, komputerowych itd., wszystko dzięki ministrowi, który odgrywa rolę ich akwizytora,  tyle że normalnie akwizytor może jedynie namawiać i perswadować, natomiast akwizytor Morawiecki  napędza im klientów stosując prawny przymus. Tak to dzięki  młodemu Morawieckiemu nasz kraj  „unowocześnia” się na potęgę.

Młody Morawiecki dostał też do ręki nowe narzędzie kontroli – system teleinformatyczny izby rozliczeniowej (STIR), na postawie którego będzie miał wgląd w rachunki bankowe przedsiębiorców oraz wykonywane na nich operacje. Dokładnie rachunki przedsiębiorstw będzie monitorować izba rozliczeniowa, która efekty swojej pracy codziennie będzie przekazywać młodemu Morawieckiemu, a ten będzie badał,  czy na rachunkach przedsiębiorców nie dochodzi do podejrzanych transakcji. Kiedy młody Morawiecki zauważy coś podejrzanego,  będzie mógł żądać od banków blokowania podejrzanych rachunków  na czas do 72 godzin lub do trzech miesięcy. Już teraz młody Morawiecki kontroluje poddanych ściślej niż dawni królowie, carowie i dyktatorzy, a niewykluczone, że i tego mu mało, więc za jakiś czas zapragnie jeszcze rozszerzyć zakres swojej kontroli nakładając na każdego przedsiębiorcę obowiązek zarejestrowania u niego służbowego telefonu oraz służbowego maila, którymi byłby zobowiązany się posługiwać przy prowadzeniu  spraw biznesowych – młody Morawiecki mógłby wówczas monitorować, nawet w czasie rzeczywistym, wszystkie rozmowy telefoniczne i maile wszystkich przedsiębiorców w Polsce. W późniejszym okresie przedsiębiorcy, nawet ci najmniejsi,  zostaliby zobowiązani do zainstalowania kamer w pomieszczeniach służbowych, biurach i magazynach swoich firm tak,  aby młody Morawiecki mógł na bieżąco kontrolować  o czym się tam mówi i co robi. Marzenie małego Mateuszka o absolutnej kontroli stałoby się rzeczywistością.

***

Czytając książkę Elżbiety Janickiej Sztuka czy naród? Monografia pisarska Andrzeja Trzebińskiego (Kraków 2006) natknąłem się na cytat z   opublikowanego na łamach „Sztuki i Narodu” artykułu  „Czego Polska oczekuje od swej sztuki?”  autorstwa poety, prozaika i krytyka literackiego Włodzimierza  Pietrzaka  (1913-1944): „Na naszej  polskiej ziemi najsilniejszym z doznań jakiegokolwiek wielkiego twórcy będzie dziejowe szamotanie się narodu zawieszonego własnym bezwładem między nicością a wielkością”. Warto zapamiętać: „dziejowe szamotanie się narodu zawieszonego własnym bezwładem między nicością a wielkością”. Jeśli spojrzeć z tej perspektywy, to o wiele lepiej zrozumie się polską politykę.

***

Po niemieckim zwycięstwie przemówienia, gazety i książki pełne byłyby rewelacji o bolszewickich zbrodniach przeciwko ludzkości i o masowych mordach na kobietach i dzieciach  popełnionych przez aliantów toczących  przeciwko nim wojnę powietrzną (Ernst Nolte)

***

Znalazłem w Sieci rozmowę z księdzem  profesorem Januszem Balickim opublikowaną w dodatku do „Rzeczpospolitej” „Plus Minus”. Ksiądz profesor jest teologiem i socjologiem, kierownikiem Katedry Polityk Publicznych Instytutu UKSW, kierownikiem Międzyinstytutowego Zakładu Badań nad Migracją UKSW.   Ksiądz profesor dostrzega „pewne korzyści płynące z kontaktu z islamem dla tej laickiej Europy”.  Islam kwestionuje bowiem sprowadzanie religii do prywatnego wymiaru. „Dlatego – argumentuje ksiądz profesor – setki czy tysiące mężczyzn modlących się w jednym meczecie musi obudzić sumienia niepraktykujących chrześcijan”. Ale dlaczego te tysiące mężczyzn ma się modlić w europejskich miastach? Czy nie wystarczy, że „niepraktykujący chrześcijanie” obejrzą ich sobie w telewizji, na filmach dokumentalnych, w Internecie? A może  ksiądz profesor ma nadzieję, że kiedy ów „niepraktykujący chrześcijanin” na żywo zobaczy te tysiące mężczyzn w swoim mieście,  to się przestraszy i – jak trwoga to do Boga – w te pędy pobiegnie do katolickiego kościoła i zacznie gorliwie praktykować?

Zdaniem księdza profesora, islam wciąż stara się zachować i egzekwować biblijny kodeks moralny –  przy założeniu jego pewnej modernizacji kodeks ów mógłby być wielkim wsparciem dla chrześcijaństwa, a tym samym dla współczesnego człowieka.  Niesamowite!  Zamiast apelować i zachęcać chrześcijan do czytania Pisma Świętego, ksiądz profesor zachęca do ich do czytania Koranu! Może należałoby  odpowiednio wielu  imamów do Polski sprowadzić, żeby wspierali zagubionych moralnie chrześcijan. I na koniec  ksiądz  profesor socjolog  wyjaśnia: „Historia ludzkości jest historią migracji. Mało tego, im dalej w czas, tym przemieszcza się więcej z nas. Człowiek od zawsze, dążąc do poprawy warunków życia, stara się dotrzeć tam, gdzie jest ono łatwiejsze.  Ludzie migrują tam, gdzie się wygodniej żyje”.   Cóż za kapitalna obserwacja!  Wniosek z tego taki, że  ruch migracyjny ustanie w momencie, kiedy poziom życia na całym świecie się wyrówna tzn. w Niemczech czy Holandii będzie taki sam jak w Nigerii, Somalii, Sudanie czy Egipcie. Migracja się zakończy, ponieważ nie będzie już miejsca, gdzie się wygodniej żyje:  wszyscy będą żyli równie niewygodnie. Wówczas trzeba będzie zamknąć Międzyinstytutowy Zakład Badań nad Migracją UKSW a  księdza profesora wysłać do konkretnej pracy duszpasterskiej wśród  osiedlających się w Europie imigrantów z innych części świata.

***

Kulturoznawca Marcin Napiórkowski na swoim blogu  „mitologiawspolczesna.pl  zajął  się  pracami  Janusza  Bieszka na temat Imperium Lechitów i  słowiańskich królów Lechii. Pryncypialnie skrytykował  absurdy od jakich roi się w tych pracach oraz spiskową wizję dziejów wyznawaną przez Bieszka , lamentując przy tym, że  oto niesławna post-prawda wkracza na arenę dziejopisarstwa. Nie tylko lewicowy Napiórkowski zniszczył Bieszka, także znany prawicowy felietonista Stanisław Michalkiewicz uznał, że są to „ubeckie rzygowiny”,  Lewica i prawica solidarne w sprzeciwie  wobec nowych mitologii  polskiej  historii! Brawo!

Napiórkowski pyta, dlaczego nagle z taką siłą odżyły genealogiczne fantazje? Czy internet stworzył przestrzeń, w której wytwarza się dziś kultura wiedzy zaskakująco podobna do wyobraźni XVII-wiecznych erudytów?  Naiwny Napiórkowski nie zdaje sobie nawet sprawy, ile genealogicznych fantazji dawnych erudytów zostało bezkrytycznie zaakceptowanych przez tzw.poważną naukę.  Napiórkowski i Michalkiewicz bronią status quo w dziejopisarstwie, natomiast Bieszek wydłuża historię – „tak samo jak historia Polski nie zaczęła się w 966 roku, tak samo pierwsze cywilizacje na ziemi nie powstały w IV tysiącleciu p.n.e. Proste, nietechniczne cywilizacje Sumeru, Egiptu czy dolin Indusu i Saraswati poprzedzało wiele prehistorycznych, przedpotopowych, wysoko technicznie i technologiczne rozwiniętych cywilizacji.”.  Są wreszcie i tacy rewizjoniści , którzy skracają historię świata.  Zachęcam Napiórkowskiego, żeby zamiast znęcać się na Bieszkiem, nimi się zajął. Niech spróbuje, może to stać się dla niego prawdziwą intelektualną przygodą.

***

Już dwa lata temu pisałem  krytycznie ( zob. http://nowadebata.pl/2015/12/13/o-golubiewie-tokarczuk-rodziewiczownie-i-ani-z-zielonego-wzgorza)   o Narodowym Czytaniu „Lalki”.  Najwidoczniej moich cennych uwag nikt w Kancelarii Prezydenta nie przeczytał, ponieważ  w  2016 roku lekturą Narodowego Czytania było „Quo Vadis” O miano lektury Narodowego Czytania 2017 ubiegały  się: „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego, „Pamiątki Soplicy” Henryka Rzewuskiego, „Beniowski” Juliusza Słowackiego oraz „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Wygrało „Wesele”. Na nic rady, namowy, tłumaczenia. Nadal katują naród lekturami szkolnymi i są z tego dumni i zadowoleni.  W rozmowie z portalem „wpolityce”  minister Wojciech Kolarski, podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP poinformował nas, że  lista proponowanych lektur została przygotowana we współpracy z instytutami polonistyki kilkunastu wyższych uczelni, z Biblioteką Narodową oraz Instytutem Badań Literackich PAN, wszystkie należą do kanonu polskiej literatury  (ależ się  ci poloniści przy wyborze z listy lektur strasznie namęczyli).  Według ministra i podsekretarza  istnieje pewien kanon dzieł polskiej literatury, które są dla nas wszystkich ważne, ponieważ kształtują naszą tożsamość:  „Narodowe Czytanie ma być dobrą okazją, żeby powrócić do lektur dzieciństwa, które zostały odłożone «na przyszłość», albo takich, które nie zostały przeczytane, a które należy znać właśnie dla tego, że to część wielkiej literackiej tradycji, która nas kształtuje, ponieważ stanowi część naszego narodowego dziedzictwa”.  Narodowe Czytanie jako powrót do lektur dzieciństwa, jako metoda poznania narodowego dziedzictwa literackiego?  Moim skromnym zdaniem Narodowe Czytanie ma sens jedynie jako akcja mająca zachęcić naród do czytania książek,  a nie  jako biczowanie   go pozycjami z narodowego kanonu. Czy nie lepiej byłoby – skoro 2017 rok był Rokiem Conrada – wybrać którąś z jego powieści np. Tajnego agenta?  Dlaczego zamiast Wesela Wyspiańskiego   naród nie może posłuchać Wesela w Atomicach Mrożka albo   Wesela raz jeszcze Marka Nowakowskiego? Poza tym apeluję do organizatorów Narodowego Czytania, aby posłuchali mądrej rady Jarosława Klejnockiego, który w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” (13-15 października) zaproponował, żeby do Narodowego Czytania zaprosić np. Roberta Lewandowskiego i jakiegoś popularnego jutubera. Ja dorzuciłbym jeszcze Zenka Martyniuka  i Roberta Górskiego. Jeśli Narodowe Czytanie nie zostanie zreformowane w tym duchu, to lepiej będzie  zakończyć jego żywot.  Bo raczej od czytania odstrasza niż do niego zachęca

***

Publicystę „Rzeczpospolitej”, dyrektora ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcę firm zbrojeniowych Andrzeja Talagę  pamiętam jeszcze z lat 90. zeszłego wieku, kiedy obaj pisaliśmy do „Nowego Państwa”. W  komentarzu politycznym na łamach „Rzeczpospolitej” wymienił on – bliskie memu sercu – zasady realizmu politycznego obowiązujące w polityce zagranicznej (zob. http://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/170829717-Andrzej-Talaga-Lepiej-z-Bandera-niz-z-Moskwa.html). Racja stanu – słusznie twierdzi Talaga – stoi ponad racjami moralnymi (można powiedzieć, że racja stanu znajduje się poza dobrem i złem). Jeśli racja stanu Polski wymaga budowania jak najbliższych, sojuszniczych stosunków z innym państwem, to nie powinniśmy zbytnio nagłaśniać krzywd wyrządzonych kiedyś naszym przodkom przez przodków obecnych obywateli tego państwa. Powinniśmy niejako wziąć w nawias dawne zbrodnie, jakie dotknęły naszych rodaków ze strony rodaków obywateli sojuszniczego obecnie państwa, a także przełknąć gloryfikowanie w sojuszniczym państwie formacji zbrojnych, które w tych zbrodniach brały udział.

W rozmowie przeprowadzonej przez Leonida Sigana  do  komentarza Talagi w następujących słowach odniósł się  Konrad Rękas:

„Redaktor Talaga minął już Himalaje absurdu i zbliża się powoli do Księżyca w swojej drodze na Mars głupoty. Dobrze, że ktoś taki jak Talaga istnieje, bo artykułowanie wprost tak bzdurnych i szkodliwych poglądów otwiera ludziom oczy na ewidentne konsekwencje konotacji polityki obecnego rządu. A więc dobrze, że tego typu radykałowie i wariaci mówią głośno to, co Macierewicz, Waszczykowski i inni robią po cichu”.

Jak Konrad Rękas, który  zalicza siebie (jak wnioskuję z jego deklaracji) do politycznych realistów,  może widzieć coś absurdalnego w postulacie Talagi, żeby w stosunkach z państwami sojuszniczymi  brać w nawias ideologię, historyczne zaszłości, rachunki dawnych krzywd w imię wyższych racji politycznych?  Talaga słusznie apeluje o to, by nie brnąć beznadziejnie w politykę racji moralnych (których i tak nie ma się siły przeforsować),  podkreśla, że w stosunkach pomiędzy zaprzyjaźnionymi państwami prawda historyczna powinna ustąpić przed prawdą strategiczną  (polityczną), czyli domaga się uprawiania realistycznej polityki a tymczasem Rękas  nazywa go „radykałem”  i „wariatem”!

Oburzenie Rękasa na Talagę należy chyba tłumaczyć tym, że Talaga inaczej niż on definiuje „polską rację stanu”: za sojusznika uznał Ukrainę a na wroga desygnował Rosję, natomiast Rękas widzi sojusznika w Rosji a w Ukrainie wroga. W takim  odwróconym układzie geopolitycznym wszystkie zalecenia Talagi płynące z zasad politycznego realizmu Rękas sumiennie wypełnia,  tyle że na odwrót: żąda nagłaśniania zbrodni przodków obecnych Ukraińców (Wołyń etc.), ponieważ jest to polityczne uderzenie we wrogą Ukrainę, a jednocześnie, jak przypuszczam,  uważa, że w imię dobrych stosunków z Federacją Rosyjską należy brać  w nawias i nie nagłaśniać zbytnio zbrodni przodków obecnych Rosjan (Katyń, akcja polska etc.). Ale żeby na  oczywiste dla każdego politycznego realisty postulaty  Talagi  reagować oskarżeniem, że  przekracza on „wszelkie granice renegacji narodowej i upodlenia narodowego”,   to chyba jednak lekka przesada. Ba,  Rękas nie zawahał  się nawet  przed obrzuceniem Talagi – doszczętnie już w dzisiejszej Polsce zużytą i  wypraną z jakiejkolwiek politycznej treści – inwektywą „zdrajca”  (zabrakło jeszcze tylko wyzwisk typu  „Targowica”, „ukraiński agent” itp.)   Tak emocjonalny, by nie powiedzieć histeryczny, atak Rękasa na publicystę „Rzeczpospolitej” bardziej by pasował do jakiegoś insurekcyjnego zagorzalca niż do kogoś uważającego się za „politycznego realistę”.

***

 Ekspert podobny jest do eunucha w haremie – ktoś kto wie o tym wszystko, ale nic nie potrafi z tym zrobić (Dean Acheson)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»