«
»

Zapiski manarchisty

O STANISŁAWIE BRZOZOWSKIM, MARTINIE HOHMANNIE ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

03.29.19 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ
O STANISŁAWIE BRZOZOWSKIM, MARTINIE HOHMANNIE ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

Gdybym był bykiem, wolałbym umrzeć na arenie niż w rzeźni.

(Ernst Jünger)

*    *    *

W latach 1961-63 antropolog i socjolog Alicja Iwańska prowadziła w Meksyku badania terenowe nad kulturą Indian Mazahua. Swoje doświadczenia i przeżycia z Mbayo – wioski, w której mieszkała, opisała w książce Świat przetłumaczony (Instytut Literacki, Paryż 1968). Iwańska pokazuje jak kultura Indian Mazahua, podlegająca w poprzednich wiekach hispanizacji i chrystianizacji, poddana zostaje współcześnie procesowi „modernizacji” i „meksykanizacji” – chce się Indian przerobić na Meksykanów, m.in. poprzez budowanie dla nich Chat Przyszłości, czyli Racjonalnych Jednostek Mieszkaniowych. Pod naciskiem narodowej ideologii meksykańskiej, która na swoich sztandarach wypisała sobie El Progreso i La Revolución, tożsamość indiańska ulega daleko idącej transformacji dochodząc do granicy, po przekroczeniu której grozi jej zniknięcie. Z jednej strony Indianie nie chcą (i nie mogą) „żyć w muzeum”, a z drugiej chcieliby pozostać tymi, kim byli „od zawsze”. Tragizm ich położenia polegał na tym, że obu tych dążeń nie da się pogodzić.

Znajdziemy też u Iwańskiej godne poważnego namysłu uwagi na temat podobieństw kultury meksykańskiej i kultury polskiej, które – w odróżnieniu do „obiektywistycznej” kultury amerykańskiej (w USA) – są „personalistyczne”, stąd na przykład łatwiej załatwić tu coś przez osobiste znajomości niż drogami oficjalnymi.

Wynotowuję refleksję, która i dziś jest aktualna:

„Byle by tylko nie rozdmuchiwać tego »ognia słomianego«, o którym tak wiele mówiliśmy i milczeli, Wiktor, Władysław i ja, wówczas w 1942 roku, gdy nigdy nie wymieniając ani słowa »Polska« ani słowa «Przyszłość«, rozmawiało się bezustannie o Polsce Przyszłości. Chodziło o to, żeby nie była ona ani Młodopolska, ani »Słowiańska«, żeby nie była »głęboka« i »rozchełstana«, ale żeby nie była również tak zwyczajnie i naśladowczo i dekadencko-»zachodnioeuropejska«. Aby zrozumieć i zachować pewną świeżość, bezpośredniość, fantazję a wyczesać raz na zawsze to co bezczelnie powierzchowne, zakłamane, nieodpowiedzialne” (str.153).

*    *    *

„Sens strajku powszechnego polega, zdaniem Brzozowskiego, na eksperymentalnym niejako odsłonięciu utajonej głębokiej prawdy o istocie społeczeństwa – oto robotnicy przestając pracować uniemożliwiają funkcjonowanie całego społeczeństwa, dezorganizują jego sposób istnienia. Dowodzą zatem tego, powiada Brzozowski, że bez nich istnienie społeczeństwa jest niemożliwe, że wspiera się ono na nich i na ich pracy. Oraz tego – a to jest drugi istotny składnik jego myślenia – że oni sami mogą bez tego społeczeństwa istnieć” (Andrzej Walicki, Stanisław Brzozowski. Drogi myśli, PWN, Warszawa 1977, str.219).

Jak to możliwe, żeby człowiek o tak wybitnej inteligencji jak Brzozowski mógł być tak ślepy na rzeczywistość? Robotnicy mogą istnieć „bez społeczeństwa”? Toż to bzdura jakaś! A gdyby tak strajk powszechny ogłosili technicy, inżynierowie i wszyscy inni pracownicy organizujący produkcję? Co by robotnicy bez nich poczęli? A co by się stało, gdyby to przedsiębiorcy, właściciele fabryk w odpowiedzi na „strajk powszechny” robotników podjęli własny „strajk powszechny” ( wariant takiego strajku przedstawiła Ayn Rand w Atlasie zbuntowanym)? Zdemontowali i zabrali swoje maszyny i urządzenia techniczne, po czym wyjechali w siną dal? Czy wówczas robotnicy, którzy potrafią „zdezorganizować” sposób istnienia społeczeństwa, zapewniliby własnymi siłami jego funkcjonowanie? Ale co tam inżynierowie i przedsiębiorcy, wyobraźmy sobie strajk powszechny chłopów (rolników). Jest rzeczą oczywistą, że chłopi dłużej przeżyją bez tego, co produkują w fabrykach robotnicy, niż robotnicy bez chleba, mięsa, sera, jajek etc. Rolnicy mogą bez robotników istnieć, robotnicy bez rolników – nie. O wiele prawdziwsze byłoby więc następujące stwierdzenie: „oto rolnicy przestając pracować uniemożliwiają funkcjonowanie całego społeczeństwa, dezorganizują jego sposób istnienia. Dowodzą zatem tego, że bez nich istnienie społeczeństwa jest niemożliwe, że wspiera się ono na nich i na ich pracy. Oraz tego, że oni sami mogą bez tego społeczeństwa istnieć”.

Jak widać każda mitologizacja, tak i mitologizacja „robotnika” potrafi dokumentnie zaburzyć percepcję rzeczywistości społecznej nawet u tak przenikliwego jej obserwatora jak Brzozowski.

Walicki dziwi się poglądom Pierre-Josepha Proudhona: „Pisarz ten uznany przez Brzozowskiego za »człowieka o geniuszu tragiczniejszym niż marksowski« w zadziwiający sposób łączył anarchiczny stosunek do instytucji państwowych z gloryfikacją pracy, ideałem surowej dyscypliny wewnętrznej oraz obroną mocnych więzi społecznych wspartych na tradycyjnym modelu rodziny monogamicznej” (str.138). Dlaczego w „zadziwiający sposób”? Przeciwnie: w sposób całkowicie logiczny. Współcześnie dokładnie tę samą zależność pomiędzy anarchią a dyscypliną moralną i obyczajową, przestrzeganiem konwencji społecznych, etyką pracy i odpowiedzialności uzasadnił teoretycznie i empirycznie Hans-Hermann Hoppe. Jako przykład panowania zasady anarchia – mać pariadka” może posłużyć, żyjąca poza strukturami państwa, anarchistyczna komuna Amiszów, która wszak błyskawicznie by się rozpadła, gdyby zapanowały w niej obyczaje paryskiej czy warszawskiej cyganerii.

Tak na marginesie to przypominam sobie jak Robert Krasowski napisał kiedyś zgryźliwie o Bronisławie Wildsteinie, że z anarchisty (którym miał być podobno w latach studenckiej młodości) stał się prawicowym „Amiszem”. Uwięziony w lewicowych schematach ideologicznych Krasowski przeciwstawiał anarchistów Amiszom, nie rozumiejąc, iż to właśnie Amisze są prawdziwymi anarchistami.

„Sam Brzozowski przyznawał się do sympatii dla poglądów Maurassa i nie wahał się twierdzić, że dzieła ludzi uważanych za »reakcjonistów« są z reguły o wiele głębsze od literatury tworzonej przez postępowych intelektualistów” (Walicki, s.235). Identyczny pogląd co Brzozowski reprezentował niemiecko-grecki filozof polityki Panajotis Kondylis (1943-1998), który – wolny od jakichkolwiek „konserwatywno-reakcyjnych” nostalgii – z wielkim szacunkiem podchodził do teorii społecznych takich reakcjonistów jak np. de Maistre czy de Bonald, ponieważ myśliciele ci w o wiele mniejszym stopniu byli nosicielami „fałszywej świadomości” ideologicznej niż teoretycy społeczni, którym przyszło myśleć i tworzyć w ramach porządku mieszczańskiego i masowej demokracji. Mieli nieco większe szanse niż ich dzisiejsi koledzy po fachu na zachowanie niezależności myślenia, dlatego ich teorie – niezależnie od obecnych w nich klasowych i stanowych uprzedzeń – są głębsze i poznawczo bardziej płodne. Kondylis Brzozowskiego wprawdzie nie czytał, ale wybitne umysły dochodzą, niezależnie od siebie, do podobnych, i trafnych, wniosków

*    *    *

Ważna i dziś myśl Brzozowskiego (przytaczam za Walickim):

Niepodległość sama przez się nie zmienia nic w wewnętrznych stosunkach społeczeństwa, w jego zdolności do życia ( z pierwszej redakcji Legendy Młodej Polski).

*    *    *

W czasach przednowoczesnych (przeddemokratycznych) zwycięzca w wojnie nakładał na pokonanego trybut; nie potrzebował uzasadniać ani samego nałożenia trybutu, ani jego wysokości argumentami moralnymi czy prawnymi, ponieważ niepodważalnym argumentem był fakt zwycięstwa i posiadania przewagi nad pokonanym. Mógł pokonanego całkowicie zwolnić z płacenia trybutu, zmniejszyć go lub rozłożyć na raty, żeby nie doprowadzić trybutariusza do ruiny i nie sprowokować jego rozpaczliwego oporu czy wręcz buntu. Mógł go potraktować łagodnie przewidując, że zwyciężony dziś przyda mu się jutro jako lojalny klient czy sojusznik w rozgrywkach z innymi wrogami. Tak czy inaczej była to jego suwerenna decyzja.

W czasach nowoczesnych (demokratycznych) pod panowaniem ideologii humanitarystycznej zwycięzcy nie wypadało ot tak po prostu nakładać trybutu, potrzebne były uzasadniające go argumenty moralne i prawne – czyli pokonany miał zapłacić nie dlatego, że przegrał wojnę, ale dlatego, że był „winny” w sensie moralnym i prawnym. Z tych właśnie względów na „trybut” naklejono etykietę „reparacje”. Teraz ściągnięte z pokonanego naturalia czy też pieniądze, przestały być kontrybucją ściąganą na mocy starego jak świat prawa silniejszego, a stały się czymś należnym zwycięzcy mającego po swojej stronie racje moralne i prawne. Działał tu ten sam ideologiczny mechanizm pokrywania twardej rzeczywistości polityki siatką maskującą splecioną z humanitarystycznych frazesów, co w przypadku przemianowania istniejących dawniej „ministerstw wojny” na „ministerstwa obrony” (w następnym kroku nazwie się je „ministerstwami pokoju”). Tak czy inaczej nie uzyska się „reparacji” (kontrybucji), jeśli się nie dysponuje instrumentami nacisku natury wojskowej, ekonomicznej i finansowej. Niczego się nie osiągnie bez sprawnie zorganizowanej politycznej, dyplomatycznej, moralnej i psychologicznej presji, pod którą przeciwnik będzie się musiał ugiąć.

*    *    *

Opublikowanie przez Pawła Lisickiego powieści Epoka Antychrysta przypomina nam o konieczności ponownego wydania książki Esther Vilar Amerykańska papieżyca (wyd.pol. 1995, wyd. oryg. 1982). Zastanawiam się też, czy w czasach, niekiedy aż przesadnego, „dowartościowywania” roli kobiet w dziejach ludzkości, Lisicki nie powinien był zatytułować swojej powieści Epoka Antychrysty ?

*    *    *

Mowa nienawiści to mowa, której nienawidzą ci, co chcą jej zakazać (Andrew Napolitano)

 Tak, to prawda, media są czwartą władzą, ale co to są te trzy pozostałe? (Josef Depenbrock, dziennikarz niemiecki)

*    *    *

W biografii politycznej Wojciecha Wasiutyńskiego (Arka Przymierza. Wojciech Wasiutyński 1910 –1994, Arcana, Kraków 2008) autor, Wojciech Turek przytacza opinię bohatera swojej książki na temat Antoniego Dargasa, którego prezes Stronnictwa Narodowego na emigracji Tadeusz Bielecki wyznaczył na swojego następcę: „pierwszą troską Dargasa było przekonanie samego siebie, że wybrany został nie z poręki Bieleckiego, ale dla swoich własnych walorów” (s.333). Pewien mój znajomy, co się blisko władzy kręcił, sam antyszambrował i innych antyszambrujących z bliska obserwował, w intrygach politycznych i walkach o posady brał udział,  mówił mi: „Co któryś na wyższe stanowisko się wdrapie, dyrektorem, członkiem zarządu albo prezesem czegoś tam, zostanie, to ledwo na fotelu miesiąc, dwa posiedzi, a już zapomina, że na nim siedzi tylko dlatego, bo był pod X-a podwieszony, który go tam uplasował, bo chciał utrącić człowieka co był podwieszony pod Y-greka, z którym X się o jakieś ważne sprawy pożarł, ideowe oczywiście. Gość wszystko zawdzięcza X-owi, któremu akurat do jego układanki pasował, ale zaczyna święcie wierzyć, że na synekurę się dostał z castingu. Uwierzysz? Z castingu!!!”

*    *    *

 Dowcip statystów wysila się na pomysły jak wystrychnąć rywala przy szafunku wakansów, jak opanować trybunał lub ziemstwo, jak zerwać sejm (Władysław Konopczyński, Dzieje Polski nowożytnej, t.2, Warszawa 1936, str.184)

*    *    *

Przeglądając w czytelni czasopism biblioteki uniwersyteckiej stare numery „Znaku”, w numerze z lutego 2011 roku natrafiłem na tekst „Długi cień Hitlera” autorstwa historyka i politologa Arkadiusza Stempina, a w nim na następujące zdanie: „Kiedy chadecki poseł Martin Hohmann w przemówieniu w jednym z heskich prowincjonalnych miasteczek w 2003 roku mówił o Żydach biorących udział w rewolucji bolszewickiej, że należą do narodu oprawców (Tätervolk) został natychmiast zaliczony do antysemitów, a następnie decyzją Angeli Merkel wyrzucony z partii“.

Warto może starą „sprawę Hohmanna“ przypomnieć, ponieważ ukazuje realne mechanizmy życia polityczno-medialnego w Niemczech. 3 października 2003 roku poseł do Bundestagu z ramienia CDU Martin Hohmann wygłosił w swoim okręgu – gmina Neuhof (wschodnia Hesja) przemówienie czy może raczej pogadankę na tematy historyczno-polityczne. Słuchało jej ok. 120 członków lokalnej organizacji partyjnej. Została później opublikowana na stronie internetowej CDU w Neuhof. Pod koniec października rozpoczyna się kampania medialna, czyli, mówiąc dosadniej, medialna nagonka na Hohmanna zainicjowana w programie pierwszym telewizji publicznej przez główne wydanie dziennika telewizyjnego „Tagesschau“ a następnie przez magazyn „Tagesthemen“ na tym samym kanale. „Tageschau” poinformował milionową widownię, że „poseł CDU nazywa Żydów narodem sprawców” – nawiasem mówiąc Stempin określenie Tätervolk przetłumaczył błędnie jako „naród oprawców”, wyostrzając tym samym jego znaczenie. „Oprawca” to dosłownie Schinder; niemieckim odpowiednikiem może być ewentualnie Henker (kat) lub ogólniej Verbrecher, czyli „przestępca” lub „zbrodniarz”. Gdybyśmy tytuł wydanej w 1959 roku książki historyka Hermanna Lutza Verbrechervolk im Herzen Europas?, przełożyli jako Naród oprawców w sercu Europy?, byłoby to dopuszczalne tłumaczenie. Natomiast Täter ( ang. perpetrator) to po polsku nie „oprawca”, lecz „sprawca”, zwykle występujący w parze Täter (sprawca) – Opfer (ofiara).

Do nagonki na reprezentującego katolicko-konserwatywne środowisko w CDU posła – był ostatnim przedstawicielem tego nurtu o tak mocnych, wyrazistych poglądach – włączyły się liczne media prasowe oraz politycy wszystkich partii, łącznie z CDU. Przewodnicząca partii Angela Merkel skarciła posła, jego mowę nazwala „antysemicką”, złożyła wniosek o wykluczenie go z klubu parlamentarnego CDU/CSU, co też się stało, i zapowiedziała jego wykluczenie z partii. Zarząd krajowy CDU w Hesji zastosował się do sugestii przewodniczącej i po przeprowadzeniu partyjnego dochodzenia wyrzucił Hohmanna.

Według Stempina Hohmann „mówił o Żydach biorących udział w rewolucji bolszewickiej, że należą do narodu oprawców [sprawców]”. Nie, wcale tak nie mówił, wystarczy sięgnąć do oryginału, żeby się o tym przekonać. Hohmann rozważał kwestię, czy całkiem liczny udział Żydów w bolszewizmie, ich obecność w Czeka i NKWD upoważnia kogokolwiek do nazywania narodu żydowskiego „narodem sprawców”. I stwierdził wyraźnie, że Żydów, mimo iż ich rodacy brali aktywny udział w zbrodniach bolszewizmu, nie wolno nazywać „narodem sprawców“. Czyli powiedział coś dokładnie odwrotnego niż to, o co oskarżali go dziennikarze i politycy. Inna sprawa, że oskarżenie o „antysemityzm” pojawiło się niejako automatycznie, ponieważ według ideologii panującej już samo tylko, możliwie najdelikatniejsze, napomknięcie, że współtwórca zbrodniczego, bolszewickiego systemu zniewolenia Lew Dawidowicz Trocki urodził się jako  Lejba Bronsztajn,  może zostać poczytane za „antysemityzm”.

Zakładając, że podstawą oskarżenia o „antysemityzm” są dziś pewne przyjęte przez oskarżycieli odpowiednie konwencje semantyczne i regulacje językowe, to oczywiście pogadanka Hohmannaa była „antysemicka”. Jak słusznie zauważył rabin Daniel Lapin, „antyliberalizm” (antylewicowość) przedefiniowano na „antysemityzm”. Cytuję Lapina: „Przyszedł czas, aby oskarżenie o antysemityzm rozpoznać jako to, czym naprawdę jest: bronią polityczną mającą zamknąć usta krytykom liberalizmu [lewicy]”.

Dodajmy jeszcze, że Hohmann podstawowe zło XX wieku upatrywał w „bezbożności” (Gottlosigkeit). Zgodnie z jego diagnozą prawdziwymi sprawcami i „wykonawcami zła” są „bezbożnicy ze swoimi bezbożnymi ideologiami“”. Być może to właśnie tak zdecydowana krytyka „bezbożności” spowodowała, że katolickiego posła napomniał biskup Fuldy; najwidoczniej w przekonaniu biskupa „bezbożność” nie zasługuje na aż tak negatywną ocenę.

Jednakże z drugiej strony, czy poseł nie podważył swojej własnej argumentacji , obciążając pewną kategorię ludzi („bezbożnicy”) zbiorową winą (odpowiedzialnością) za zło? Wszak sam stwierdził dobitnie, że tego typu wnioskowanie jest niedopuszczalne. Czymże jednak bylibyśmy, gdybyśmy nie mieli uprzedzeń na przykład do „bezbożników”? Jakimiś robotami pozbawionymi ludzkich odruchów.

Sprawę Hohmanna następująco podsumował Michael Klonovsky:
Przemówienie, który spowodowało wykluczenie z partii posła CDU Hohmanna, media Republiki Federalnej Niemiec cytowały prawie tak samo tendencyjnie i tak samo wypaczając jego treść jak prasa narodowosocjalistyczna cytowała mowę Tomasza Manna o Ryszardzie Wagnerze, która ostatecznie doprowadziła do pozbawienia go obywatelstwa. Człowiek jakoś się uspokaja, widząc pewne stałe składniki charakteru narodowego.

*    *    *

Do straszących nas internetem i internetowymi korporacjami niczym jakimiś diabelskimi mocami dołączyła Anne Applebaum lamentująca (przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”) nad rozpowszechnianiem „tendencyjnych, przesadzonych i spiskowych informacji śmieciowych”, nad „kampaniami dezinformacyjnymi w zachodnich demokracjach”. Zgrozą wielką napełniają amerykańską publicystkę  „techniki wypaczające informacje”, kampanie oczerniania, zamieszczanie fałszywych i mętnych reklam politycznych, manipulacje, rosnąca popularność agresywnych i skrajnych poglądów. Horror, po prostu horror!

Najprawdopodobniej chodzi w tym wszystkim wyłącznie o to, że dotychczasowi producenci „śmieciowych informacji”, wszyscy, którzy wcześniej stosowali nagminnie „techniki wypaczające informacje”, prowadzili „kampanie dezinformacyjne” i „kampanie oczerniania” (zob. wyżej „sprawę Hohmanna”) boją się o utratę swojego monopolu w tej dziedzinie. Do tej pory nie musieli się obawiać, że na ich kampanie dezinformacyjne inni odpowiedzą własnymi kampaniami dezinformacyjnymi, że „technikami wypaczania informacji”, którymi się tak sprawnie posługiwali, dysponować będą także ich wrogowie. Dlatego z taką determinacją zwalczają „mowę nienawiści” – dotychczas  mieli na nią wyłączność, przeto ogarnia ich furia, kiedy ktoś inny wyłączności tej nie respektuje, skierowując „nienawiść” na nich i na drogie ich sercom ideologiczne wartości. Doprawdy położenie w jakim się znaleźli, jest nie pozazdroszczenia. W obliczu tak niekorzystnego dla dotychczasowych „panów dyskursu” obrotu wydarzeń Applebaum postuluje, aby korporacje typu YouTube – i inne serwisy – zmieniły swoje „algorytmy” w taki sposób, żeby „znane źródła dezinformacji” nie osiągały „szczytowej oglądalności”. Ale kto wskaże, które źródła są „źródłami (rzetelnej) informacji” a które „źródłami (rzetelnej) dezinformacji”? Zapewne jacyś fachowcy z odpowiednich komórek medialno-politycznych. A kto dobierze i wybierze fachowców? Zapewne przywódcy polityczni, którzy, zdaniem Applebaum, powinni przejąć „kontrolę nad anarchią informacyjną”, ponieważ  w przeciwnym wypadku owa anarchia „pożre wszystkich”. Kiedy już przejmą kontrolę,  z pewnością zagwarantują sobie i swoim medialnym akolitom monopol na posiadanie „środków produkcji prawdy”.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Applebaum jest tak przerażona tym, że w internecie przybywa informacji niewyprodukowanych przez ludzi, ale przez naśladujące ich „boty”. A jakaż to różnica? Przecież wiele słownych czy obrazkowych wypowiedzi krążących po infosferze, choć jest autorstwa żywych ludzi, niczym nie różni się od tych produkowanych przez owe tajemnicze, groźne istoty zwane „botami”. Applebaum straszy nas „botami”, zaś prof. Andrzej Zybertowicz (w polsatowskim programie Popołudniowe Graffiti), innymi, równie niebezpiecznymi stworami – „trollami”: „najmarniejsze trolle pełnią pewną funkcję destrukcyjną wobec zachodniej cywilizacji”. „Boty” i „trolle” zaczynają się (funkcjonalnie) upodabniać do „bakcyli”, czyli ześwieczczonych demonów:

Te sławne »bakcyle«, odpowiedzialne za wszelkie zło, nie są wszak niczym innym i nie mogą być niczym innym jak tylko wyrafinowanym szwindlem starego adwersarza! Idzie tu tylko o to, aby dowieść, że nasze dolegliwości mają naturalne a nie duchowe przyczyny. (…) Fizjologowie je widzieli, owe mikroby. Widzieli je swoimi wielkimi oczami. Ach! Dzielni ci ludzie zadali sobie tak wiele trudu, że w końcu już nie pojmują, iż zasada zła specjalnie dla nich przybrała tę formę (Leon Bloy)

Zastanawia i niepokoi fakt, że Applebaum i Zybertowicz, sytuujący się wszak na przeciwnych biegunach ideowego spektrum, są ze sobą zgodni nie tylko w kwestii czyhających na nas zewsząd „botów” i „trolli”. Badacz z Torunia, postawił następującą tezę: „Zachód stworzył takie technologie, jak Google, Facebook, Twitter, które są w zasadzie darmowo dostępne na całym świecie i ktoś, kto ma złą wolę, zasoby i umiejętności koordynacji, może te technologie wykorzystać przeciw wolności, żeby przydusić demokrację liberalną” – wypada tu zauważyć, że owa mityczna „liberalna demokracja” wystarczająco mocno dusi samą siebie; żadne technologie typu Google nie są do tego potrzebne.

Propozycje Zybertowicza, którego wnikliwe diagnozy zagrożeń, jakie niesie ze sobą „technoewolucja” i rządy technokratów, z wielką uwagą czytam, są, niestety, identyczne z postulatem Applebaum „przejęcia kontroli nad anarchią informacyjną” przez polityków. Aby uratować „cywilizację zachodnią” i „liberalną demokrację” konieczna jest, zdaniem Zybertowicza, „interwencja rządów” mająca na celu uregulowanie zasad rządzących cyberprzestrzenią oraz jej „instytucjonalne uporządkowanie”. Nie może ona już dłużej być – jak to ma miejsce obecnie – „Dzikim Zachodem”  (który, nota bene, wcale nie był taki znowu „dziki” – zob. Terry L. Anderson, Peter J. Hill, The Not So Wild, Wild West: Property Rights on the Frontier, 2004).  Bądźmy pewni: ludzie złej woli z entuzjazmem podchwycą te propozycje, aby ograniczyć zasięg niezależnych mediów i zamknąć usta „dysydentom”.

Cóż za paradoks: Applebaum i Zybertowicz ostrzegają, że rozmaite technologie dają się „wykorzystać przeciw wolności”, a jednocześnie wołają na pomoc politycznych „regulatorów” i „kontrolerów”, którzy pierwsze co zrobią, to wykorzystają przyznane im władcze uprawnienia, aby – pozostawiając nienaruszone technologiczne możliwości ograniczania wolności – pozbawić nowe technologie wolnościowego potencjału, jaki mimo wszystko (jeszcze) posiadają w zakresie swobodnego krążenia informacji, idei, światopoglądów politycznych, koncepcji intelektualnych itd. Po raz kolejny sprawdzi się pesymistyczna przepowiednia XIX-wiecznych reakcjonistów, że nadchodząca demokracja będzie „systemem zorganizowanego kłamstwa”.

*    *    *

Przed paniką na tle działalności internetowych gigantów ostrzega Doug Casey: „Te korporacje [Facebook, Google, Amazon etc.] nie są groźne. Nie mogą człowieka wtrącić do więzienia. Nie mogą go opodatkować, nie mogą nim zarządzać, nie mogą wysłać do niego o 5 rano specjalnej jednostki policyjnej. Realnym problemem jest natomiast wykorzystywanie ich przez rząd. Rząd lubi wielkie korporacje. Łatwiej z nimi wchodzić w układy niż z gromadą mniejszych firm”.

Panice nie powinniśmy ulegać, to jasne, ale czy na pewno Google nie ma nic wspólnego z Gogiem, o którym przeczytać możemy w Apokalipsie św. Jana 20, 8?

*    *    *

Przeglądam  Dykcyonarz biograficzny powszechny, czyli krótkie wspomnienia żywotów ludzi wsławionych cnotą, mądrością, przemysłem, męstwem, wynalazkami, błędami. Od początku świata do najnowszych czasów. Warszawa, nakładem Gustawa Leona Glüksberga księgarza przy ulicy Miodowej N.497 Pod Filarami, 1851. Na stronach 306-307 znajduje się biogram: „Schön (Andrzej), lub Schoney, po polsku Szeen, rodem z Głogowa, był przez Stanisława Sokołowskiego professora retoryki w akademii krakowskiej wysłany do Włoch. Za powrotem uczył kolejno filozofii, matematyki i retoryki, następnie 9 razy był obierany rektorem akademii. Umarł w 1615. Wiele pisał, ale nic ważnego”.

Ostatnie zdanie pozwalam sobie zadedykować wszystkim nam piszącym.

Tomasz Gabiś

Źródło „Arcana” nr 143 (2018)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»