«
»

Historia i polityka, Zapiski manarchisty

SPÓR O FISCHERA (POLEMIKA Z ANDRZEJEM MADELĄ)

06.16.19 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

SPÓR O FISCHERA (POLEMIKA Z ANDRZEJEM MADELĄ)

 W numerze 141 (2018) „Arcanów” Andrzej Madela, z którym miałem niegdyś przyjemność uczestniczyć wspólnie w seminarium magisterskim na wrocławskiej germanistyce, opublikował artykuł „Bitwa o wojnę. Debata Fischerowska 1961-1976 a liberalizacja historiografii narodowej Niemiec”, w którym przypomniał tzw. spór o Fischera (Fischer-Kontroverse), czyli debatę na temat genezy I wojny światowej i „winy“ (odpowiedzialności) za jej rozpętanie. Była ona według autora intelektualnym prawybuchem, który wstrząsnął posadami wczesnego zachodnioniemieckiego dziejopisarstwa. Wstrząs ten spowodowały dwie zasadnicze tezy wysunięte przez Fritza Fischera: 1. kierownictwo polityczno-wojskowe Rzeszy Niemieckiej ponosi główną, decydującą a nawet wyłączną „winę” (odpowiedzialność) za rozpętanie I wojny światowej, która została przez nie długofalowo zaplanowana i przygotowana; 2. istnieje bezpośrednia ciągłość aneksjonistyczno-hegemonialnych zapędów wilhelmińskiej (Drugiej) Rzeszę i narodowosocjalistycznej (Trzeciej) Rzeszy (zob. też na tej stronie w dziale Historia i polityka artykuł: Tomasz Gabiś I wojna światowa między historią a polityką – rewizje, kontrowersje, nowe interpretacje).

Pozwolę sobie poczynić kilka uzupełnień do artykułu Andrzeja Madeli oraz uwag polemicznych, a także w paru punktach rozwinąć nieco poruszane w nim problemy.

Książka Fischera, która wywołała w Niemczech tak zażarty spór, nosi tytuł Griff nach der Weltmacht. Die Kriegszielpolitik des Kaiserlichen Deutschland, 1914–18. Madela tłumaczy ten tytuł jako Sięgając po władzę nad światem. Cele polityki wojennej cesarskich Niemiec 1914-18. Także tytuł recenzji z tygodnika „Die Zeit” Als Deutschland nach der Weltmacht griff  tłumaczy jako Kiedy Niemcy sięgały po władzę nad światem. Jednak wymieniając tytuł innej książki Fischera Weltmacht oder Niedergang: Deutschland im Ersten Weltkrieg, przekłada „Weltmacht” jako „imperium”. Gdyby chciał być konsekwentny, powinien tłumaczyć Władza nad światem albo upadek. Stwarza to zupełnie niepotrzebne zamieszanie. „Weltmacht” nie oznacza przecież „władzy nad światem“, lecz „potęgę światową“, „mocarstwo światowe“ – jest to dokładny odpowiednik angielskiego „world power”. „Griff nach der Weltmacht” można po polsku oddać ewentualnie jako „Roszczenie do roli mocarstwa światowego” lub też „Sięgnięcie po status potęgi światowej”, czyli w tym przypadku dołączenie do grona mocarstw na przełomie stuleci określających światową politykę. Wprawdzie dalej w tekście Madela taką właśnie interpretację podaje, jednak „sięganie po władzę nad światem” brzmi nazbyt drapieżnie i kojarzy się z dążeniem nie do uczestnictwa na równych prawa w Weltpolitik , lecz do ustanowienia własnej dominacji nad światem.

Warto też zwrócić uwagę, że w angielskim wydaniu książki Fischera w ogóle zrezygnowano z sensacjonalistycznego i poręcznego w cytowaniu przez brać dziennikarską, pierwszego członu „Griff nach der Weltmacht”, pozostawiając obiektywne i suche sformułowanie Germany’s War Aims in the First World War.

*  *  *

Madela pisze: „Tak jak u większości jego przeciwników, również w Fischerowskiej biografii nie brakuje silnego fragmentu narodowosocjalistycznego (z przynależnością do NSDAP i SA włącznie)”. Wśród oponentów Fischera byli oczywiście ex-członkowie NSDAP jak Erwin Hölzle, Egmont Zechlin czy Michael Freund. Wytrych leksykalny „w większości” jest jednak trudno weryfikowalny. Wspomnijmy więc, że do obozu antyfischerowskiego należeli np. Karl Dietrich Erdmann, który nie był ani w SA, ani w NSDAP, Golo Mann od 1933 roku na emigracji, który nie należał do NSDAP, lecz służył w armii amerykańskiej, Hans Rothfels z powodów rasowych pozbawiony posady uniwersyteckiej i zmuszony do emigracji. Kariera naukowa, mającego żydowskiego dziadka, Hansa Herzfelda, została przerwana po 1933 roku; z końcem semestru letniego 1938 roku pozbawiony został prawa nauczania i profesury, wegetował na marginesie, w 1943 aresztowano go na trzy miesiące. Ludwig Dehio, „ćwierć-Żyd“ według ustaw norymberskich, w Trzeciej Rzeszy musiał żyć „niezauważony“, nie mógł oczywiście nic publikować, przetrwał wojnę pracując jako archiwista. No i wreszcie, jak go określa Madela, „najzacieklejszy oponent Fischera”, Gerhard Ritter (1888-1967), od 1925 do 1956 r. profesor zwyczajny na Uniwersytecie Albrechta i Ludwiga we Fryburgu Bryzgowijskim. Nie tylko, że nie miał on jakiegokolwiek „ fragmentu narodowosocjalistycznego” w swojej biografii, lecz wręcz przeciwnie od początku był krytyczny wobec stosunków politycznych panujących w Niemczech po 1933 roku. Odrzucał totalitarne roszczenia reżimu . W 1940 roku opublikował książkę Machtstaat und Utopie. Vom Streit um die Dämonie der Macht seit Macchiavelli und Morus, w której inteligentni czytelnicy widzieli aluzyjną krytykę reżimu; czytano ją w kręgu Białej Róży rodzeństwa Scholl. Od 1938 roku Ritter był członkiem tzw. Kręgu Fryburskiego, grupy uczonych, którzy na tajnych spotkaniach debatowali nad kwestiami oporu i odbudowy przyszłego państwa z uwzględnieniem aspektów prawnych i religijnych, opracowywali memoranda dotyczące alternatyw dla narodowosocjalistycznej dyktatury. Jako wtajemniczonego w spiskowe plany Becka i Goerdelera, który widział w nim przyszłego ministra kultury, aresztowano go w listopadzie 1944 roku i osadzono w więzieniu, gdzie dotrwał do końca wojny (zob. hasło „Gerhard Ritter“ [w:] Lexikon des Konservatismus, hrsg. von Caspar von Schrenck-Notzing, Graz-Stuttgart 1996).

Jakaż przepastna różnica dzieli Rittera od Fischera! Ten drugi jako młody człowiek związał się z radykalną nacjonalistyczną prawicą, stanowiącą jądro bawarskiej SA. W 1933 r. wstąpił do SA a w 1937 r. do NSDAP. O ile Ritter był współzałożycielem Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche) w Badenii, o tyle Fischerowi bliskie było stanowisko proreżimowych ewangelików –„Niemieckich Chrześcijan”. Jego kariera naukowa rozwijała się w „nowych Niemczech” znakomicie: 1934 – doktorat, 1935 – habilitacja, 1935–1942 Privatdozent na uniwersytecie berlińskim, od 1942 profesor nadzwyczajny na uniwersytecie w Hamburgu. Współpracował z czołowym instytutem historycznym narodowego socjalizmu hamburskim Reichsinstitut für die Geschichte des neuen  Deutschlands, którego był stypendystą. Instytutem kierował „najważniejszy historyk w ruchu narodowosocjalistycznym” Walter Frank, energicznie wspierający powołanie Fischera na hamburski uniwersytet (za co ten serdecznie mu dziękował w liście z 1943 roku ). Internowany po 1945 Fischer, otrzymał ponownie wiosną 1947 r. posadę na uniwersytecie w Hamburgu, kontynuując karierę naukową w demokratycznych „nowych Niemczech”.

Rzecz prosta, ani „ładna” biografia Rittera, ani „nieładny” życiorys Fischera w najmniejszej mierze nie decydują o słuszności lub niesłuszności głoszonych poglądów. Fakt, że Ritter siedział w narodowosocjalistycznym więzieniu nie czyni trafniejszą jego opinii, iż książka Fischera to „nienaukowy pamflet”. Podobnie protekcja, jaką cieszył się Fischer ze strony dygnitarzy reżimu narodowosocjalistycznego w niczym nie osłabia jego argumentacji. Jednak jak to zwykle bywa w takich przypadkach, znaleźli się złośliwi, którzy nie przepuścili okazji, by sugerować, że Fischer, tak jak był koniunkturalistą w Trzeciej Rzeszy (do żarliwych narodowych socjalistów nie należał), pozostał nim w RFN, dobrze wyczuwając, skąd i dokąd zaczyna wiać Zeitgeist.

Byli też tacy, którzy podejrzewali powody osobiste: oskarżając kierownictwo polityczno-wojskowe o świadomy zamiar wywołania wojny europejskiej, Fischer chciał się rzekomo zrehabilitować za „błędy przeszłości”; nadgorliwość w obwinianiu własnego państwa i narodu płynąć miała z potrzeby ekspiacji i zadośćuczynienia za własne uwikłanie w politykę poprzedniego reżimu, co w pewnej mierze potwierdził jego zwolennik historyk Hans-Ulrich Wehler, interpretujący działalność Fischera jako rodzaj moralnego oczyszczenia. Tenże Wehler poinformował publiczność, że Fischer zwierzył mu się, iż pragnie wnieść wkład w powstanie „lepszych Niemiec”. Nie ma powodu, aby nie wierzyć w szczerość deklaracji hamburskiego historyka , że swoimi książkami chciał wnieść wkład w budowę „nowych, demokratycznych Niemiec” , jednak – powtórzmy banalną prawdę – prawidłowa postawa polityczna nie gwarantuje słuszności głoszonych tez i trafności argumentów.

*  *  *

Autorem wielce pochlebnej recenzji z Griff nach der Weltmacht ogłoszonej w tygodniku „Die Zeit” był Paul Sethe, współzałożyciel a do połowy lat 50. także współwydawca „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „publicystycznego okrętu flagowego powojennej chadecji”, a następnie szef działu politycznego „wyraziście prawicowej” „Die Welt”, z wykształcenia historyk, który uchodził za zdecydowanego konserwatystę, w związku z czym – zapewnia Madela – , „trudno go było posądzać o tani poklask dla kontrowersyjnych tez hamburskiego historyka”. Warto jednak wiedzieć, że Sethe (podaję za niemiecką wikipedią) w 1933 roku napisał pean na cześć Adolfa Hitlera jako tego, „na którego długo czekali najlepsi spośród nas”, w latach 1934-1943 był członkiem redakcji gazety „Frankfurter Zeitung”, dla której pisał także korespondencje z frontu. Należał do kompanii propagandowej Waffen-SS względnie Wehrmachtu. Był redaktorem naczelnym „Frankfurter Anzeiger”, od wiosny 1944 roku pracował także dla „Völkischer Beobachter”. Po zakończeniu pracy w aparacie medialnym „Wielkogermańskiej Rzeszy”, kontynuował karierę dziennikarsko-redaktorską w mediach RFN. Pochlebną recenzją pragnął zapewne, podobnie jak Fischer, wnieść wkład w powstanie „lepszych, demokratycznych Niemiec”, no i „odkupić” grzech zaangażowania po stronie „dawnego reżimu”. Nie zaprzecza to celności niektórych jego opinii: „Wolność prasy jest wolnością 200 bogatych ludzi do rozpowszechniania swoich poglądów”.

*  *  *

Możliwymi skutkami politycznych perypetii i biograficznych załamań ludzi związanych z „dawnym reżimem” zajął się Armin Mohler w swojej książce Tendenzwende für Fortgeschrittene (München 1978). Autor Konserwatywnej Rewolucji w Niemczech pokazał na przykładzie pisarza politycznego i dziennikarza Giselhera Wirsinga, rolę jaką w ewolucji RFN na lewo, odegrali byli członkowie partii narodowosocjalistycznej, w większości popierający dawny reżim głównie ze względu na możliwości zrobienia kariery. Zajmowali oni mniej lub bardziej eksponowane stanowiska w ówczesnych mediach lub instytucjach kulturalno-politycznych, a po 1945 roku w nowych warunkach kontynuowali działalność jako redaktorzy i komentatorzy polityczni.

Wirsing, sturmbannführer SS, który przed 1945 prowadził gazetę „Münchener Neuesten Nachrichten” i kierował, stojącym na wysokim poziomie, czasopismem „Signal”, z końcem wojny znalazł się w amerykańskiej niewoli. Podjął współpracę z tajnymi służbami USA (poprzednio współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa Rzeszy jako doradca w sprawach polityki międzynarodowej). W 1948 roku należał do współzałożycieli ewangelicko-konserwatywnego tygodnika „Christ und Welt”, w latach 1954–1970 był jego redaktorem naczelnym. W połowie lat 60. redakcja pod jego kierunkiem wzięła „kurs na reformy”, czyli na lewo. Jeśli wierzyć Mohlerowi, to nie kto inny jak „były nazista” Wirsing wydał konserwatywne czasopismo w ręce  lewicy, tak że w rezultacie stało się lichym naśladownictwem lewicowo-„liberalnego” tygodnika „Die Zeit”.

Według  Mohlera  temu, że w Niemczech nie istnieje konserwatywna prasa, winni są w pierwszej kolejności dziennikarze i publicyści pokroju Wirsinga, należący do beneficjentów Trzeciej Rzeszy. Po 1945 roku swojemu wcześniejszemu zaangażowaniu politycznemu chcieli oni zadośćuczynić lizusowską usłużnością wobec haseł „reedukacji” i uległością wobec lewicowego „ducha czasu” zapewniając sobie w ten sposób materialne i polityczne bezpieczeństwo. Bez tych oportunistów, podatnych, ze względu na „brunatną” przeszłość, na moralny szantaż , lewica w Niemczech nie byłaby tak silna. Wpływową uczynili ją właśnie ci, którzy po klęsce z pozycji „brunatnych” żwawo przeszli na pozycje „różowe” albo „czerwone”.

Oczywiście, nie wszyscy z nich przystali  do lewicy lub lewych „liberałów”. Część umościła się wygodnie w centrum, głosząc „ponadpartyjny humanitaryzm”, „przywiązanie do ogólnoludzkich wartości” i inne takie tam – Mohler cytuje w tym kontekście dziennikarza Waltera von Cube: „Kiedy ktoś mi mówi, że czci Alberta Schweitzera, to wiem, że był narodowym socjalistą”. Z tymi centrowymi „mięczakami”  bez własnego zdania bardziej zdecydowani lewicowcy z redakcji gazet i instytucji kulturalnych, załatwiali się szybko i bez wielkich ceregieli.

*  *  *

Oponentów Fischera Madela traktuje jako kontynuatorów międzywojennej niemieckiej historiografii poświęconej I wojnie światowej. Nie należy jednak zapominać o szerszym kontekście międzynarodowym, wszak w latach 20. i 30. XX w. ukazały się prace zarówno zawodowych historyków, jak i publicystów historycznych, którzy w „sporze o Fischera” stanęliby raczej po stronie Rittera i Freunda. Zwłaszcza w kręgu anglosaskim było wielu antyfischerowców avant la lettre: Francis Neilson Diplomacy Revealed (1921), Albert Jay Nock, The Myth of a Guilty Nation (1922), Sidney B. Fay The Origins of the World War (1928), Harry E. Barnes The Genesis of the World War: an Introduction to the Problem of War Guilt (1926) oraz In Quest of Truth and Justice: Debunking the War Guilt Myth (1928), Raymond Beazley The Road to Ruin in Europe 1890-1914 (1931). Michael H. Cochran w książce Germany not Guilty in 1914 (1931) przeprowadził zasadniczą, drobiazgową i niezwykle surową krytykę pracy Bernadotte E. Schmitta The Coming of the War 1914 (1930) napisanej w duchu „prefischerowskim”.

Inni autorzy odrzucający, w całości lub częściowo, tę wersję historii, którą w przyszłości przyjmie Fritz Fischer, to John S. Ewart, The Roots and Causes of the Wars (1914-1918) (1925), Frederic Bausmann, Let France explain (1922), G.L. Dickinson, The International Anarchy, 1904-1914 (1926), C. Hartley Grattan Why We Fought (1929), Oswald H. Wedel, Austro-German Diplomatic Relations 1908-1914 (1932), William L. Langer, European Alliances and Alignments (1939). Żaden z wymienionych wyżej nie należał, co oczywiste, do jakichś zapalonych „apologetów wilhelminizmu”. Nadmieńmy tu, że „apologeta wilhelminizmu” Ritter w okresie Republiki Weimarskiej dystansował się od historycznej szkoły „wielkoniemieckiej” a w rozpoczętych już przed 1945 rokiem studiach nad powstaniem militaryzmu w Niemczech przeciwstawiał zorientowany na Bismarcka ideał „sztuki państwowej“ (Staatskunst) poszukującej zawsze równowagi, jej zdegenerowanej formie – jednostronnemu, nakierowanemu na osiąganie krótkookresowych sukcesów „rzemiosłu wojennemu” ( Kriegshandwerk). Ostrej krytyce poddawał polityków i wojskowych II Rzeszy, zwłaszcza Ludendorffa i wnikliwie analizował strategiczne błędy „szkoły Schlieffena”.

                                                 *  *  *

Oponenci Fischera sformułowali zarówno wiele szczegółowych kontrargumentów wobec jego tez, jak i zarzutów natury metodologicznej. Krytykowali go za to, że jest bardziej prokuratorem niż historykiem, selektywnie podchodzi do materiału historycznego, brakuje mu metody i kryterium umożliwiającego porównywanie działań różnych podmiotów politycznych. Golo Mann uważał, że książka Fischera jest z gruntu błędna, brak w niej bardzo istotnych fragmentów rzeczywistości, które należy zrozumieć i opisać. Zarówno w Griff nach der Weltmacht, jak i w późniejszych książkach Fischer analizuje praktycznie wyłącznie stronę niemiecką. Takie podejście badawcze jest uprawnione, tyle że historykowi nie wolno na podstawie tego typu analizy stawiać ogólnych tez na temat przyczyn wybuchu wojny, nie mówiąc już o odpowiedzialności zań. Aby poznać przyczyny i powody „wielkiej wojny” z udziałem pięciu czy sześciu (łącznie z USA) mocarstw, nie można, jak czynił to hamburski historyk, ograniczać się wyłącznie do analizy przygotowań wojennych i celów strony niemieckiej, ale uwzględniać należy także zamiary, cele i posunięcia przeciwników.

Zarzuty te streścił Michael Freund pisząc: „Każdy czyn można pojąć tylko według czynu, na który odpowiada, każdego męża stanu można ocenić według jego adwersarzy. Ale Fischer za nic ma porównania. U niego Rzesza Niemiecka i Bethmann-Hollweg grają w widmową partię szachów, grają na szachownicy, na której widoczne są wyłącznie białe figury i dlatego widać na niej tylko ustawiczne atakowanie, wdzieranie się w niewinną ciemność. Na ekranie Fischera widzimy upiorne szpony Rzeszy, sięgające po stanowisko światowej potęgi, w anonimową pustkę”.

*  *  *

Madela słusznie zwraca uwagę na to, że „spór o Fischera” trwający z różnym nasileniem od 1961 do 1976 roku i zakończony ostatecznie zwycięstwem fischerowców, które otworzyło im drogę do objęcia wielu ważnych stanowisk w strukturach uniwersyteckich przypada na okres gwałtownego rozwoju szkolnictwa wyższego, wraz z towarzyszącą mu „demokratyzacją” i „egalitaryzacją” uniwersytetów. W 1950 roku było w RFN 129 000 studentów, w 1960 – 247 000, w 1965 –308 000, w 1970 – 422 000, w 1980 – 1 040 000. Pomiędzy 1960 a 1975 ilość profesur i docentur wzrosła o 400% a asystentów o 800%. Istotna dla opisywanej przez Madelę „liberalizacji” historiografii i coraz większego znaczenia „historii społeczno-strukturalnej”  była ekspansja nauk społecznych. Podczas gdy do lat 60. katedr socjologii było relatywnie mało, to później nastąpił gwałtowny wzrost ich liczby oraz liczby studentów socjologii (która, jak zauważył bodajże Friedrich von Hayek, ma zawsze jakiś związek z socjalizmem). Można postawić hipotezę, że nauczanie i badanie historii w duchu Rittera dostosowane było do ram względnie elitarnych uniwersytetów, natomiast historiografia postfischerowców do umasowionych szkół wyższych, co bynajmniej nie oznacza, że nie miała ona na swoim koncie rzeczywiście wybitnych osiągnięć.

Dla masy studentów historii i nauk społecznych potrzebne były materiały na niższym poziomie, lepiej dopasowane do ich umysłowości, prostsze, wprowadzające do analizy historycznej moralno-polityczne kryteria i oceny, wymagające przede wszystkim opanowania socjologicznego żargonu. Ilu z nich miałoby ochotę i było na tyle intelektualnie sprawnych, żeby od deski do deski przeczytać i zrozumieć czterotomowe dzieło Rittera Staatskunst und Kriegshandwerk. Das Problem des „Militarismus“ in Deutschland (München 1954–1968)? Ilu z nich chciałoby się wgryzać w niuanse „planu Schlieffena“ roztrząsane w innej książce Rittera Der Schlieffenplan. Kritik eines Mythos (München 1956), którą to rozprawę Henryk Wereszycki określił jako „doskonałą” i uznał, że analiza Rittera „przeprowadzona została z prawdziwym mistrzostwem, a w dodatku opiera się na bardzo konkretnym materiale źródłowym”.

Złym prognostykiem na przyszłość, znakiem, że poznanie i zrozumienie historii jako cel zaczyna schodzić na drugi plan, była debata na zjeździe Związku Historyków Niemieckich w 1964 roku, kiedy to – jak podaje Madela – licznie przybyła „studencka publiczność okrzykami, gwizdami i oklaskami wyrażała swoje poparcie dla Fischera a dezaprobatę dla jego oponentów”. To z tej publiczności rekrutowali się późniejsi asystenci, docenci i profesorowie historii – najwidoczniej tak pojmowali oni „debaty historyczne”.

*  *  *

Przesuwanie się, od drugiej połowy lat 60. , całego spektrum ideowego w RFN na lewo sprawiło, że dla nowych sił ideologicznych jedynie zawadą i anachronizmem mogli być tacy wybitni uczeni jak Ritter, świadomy tradycji patriota, który nigdy nie wyrzekł się narodowo-konserwatywnych poglądów, pozostał sceptyczny wobec masowej demokracji i systemu partyjnego, a za najlepszy ustrój uznawał „autorytarne państwo liberalne”.  Był instytucjonalistą – instytucje typu Kościół czy armia cenił wyżej niż struktury „partycypacyjne” typu partyjny parlament czy „emancypatorskie“ jak „opinia publiczna“. Zwolennik monarchii w czasach Republiki Weimarskiej , był przekonany, że to republika z jej demokratyczno-partyjnymi ekscesami utorowała Hitlerowi drogę do władzy. Kwestionował czysto niemiecką genezę narodowego socjalizmu, będącego, jego zdaniem, rewolucyjnym ruchem masowym, sukcesorem rewolucji francuskiej, rezultatem zgubnej polityzacji mas. Władzę Hitlera uznawał za „pohańbienie narodu niemieckiego przez polityczny motłoch“. Był krytykiem narodowego socjalizmu z prawa, z pozycji narodowo-konserwatywnych i chrześcijańskich, co mogło być traktowane tylko jako anomalia w sytuacji, kiedy narodowy socjalizm zdefiniowano jako prawicowy.

Mentor Fritza Fischera , Walter Frank, lansował koncepcję historiografii jako „nauki walczącej” (kämpfende Wissenschaft), czyli służącej celom politycznym narodowego socjalizmu. Można powiedzieć, że Fischer tę tradycję kontynuował, tyle że z odwróconym znakiem polityczno-ideologicznym : teraz historiografia miała służyć walce o „demokratyczne Niemcy”. Ritter sprzeciwiał się zarówno narodowosocjalistycznej, jak i demokratyczno-„liberalno”-lewicowej Tendenzhistorie. Nie oznaczało to, że historyk nie ma żadnych polityczno-edukacyjnych zadań, ale pojmować je należy w głębszym, uniwersalnym sensie zakorzenionym w tradycji Rankego (na temat poglądów Rittera w kwestii metod historycznych i roli historyka zob. Klaus Schwabe Change and Continuity in German Historiography from 1933 into the Early 1950s: Gerhard Ritter (1888-1967) [w:] Paths of Continuity. Central European Historiography from the 1930s to the 1950s , ed. by Hartmut Lehmann, James Van Horn Melton, 1994). Dlatego Ritter uważał, że tezy Fischera są nie tylko błędne, ale również szkodliwe, ponieważ przyczyniają się do, jak pisał, „samozmroczenia (Selbstverdunkelung) niemieckiej świadomości historycznej, które od czasu katastrofy 1945 r. wyparło wcześniejsze samoubóstwienie i obecnie coraz bardziej jednostronnie wydaje się zyskiwać przewagę. Wedle mojego przekonania będzie to miało nie mniej katastrofalne skutki jak wczorajszy hurrapatriotyzm”. Stąd też, wyznawał, „odłożyłem książkę [Fischera] nie bez głębokiego smutku; smutku i troski, kiedy myślę o przyszłym pokoleniu”.

*  *  *

Stronnicy i uczniowie Fischera zarzucali Ritterowi, Freundowi i innym historykom, że reprezentują postawę „apologetyczną” wobec wersji historii I wojny światowej ustalonej przez niemiecki establishment polityczno-naukowy po 1918 r. (tzw. kampania niewinności). Nie zauważali, że sami są „apologetami” wersji historii ustalonej przez propagandę wojenną i polityków strony zwycięskiej, którzy by znać „prawdę”, nie potrzebowali żmudnych badań historycznych – znali ją bowiem od samego początku, zanim jeszcze historycy zabrali się pracy. Politycy, których celem nie jest wszak docieranie do prawdy historycznej, lecz zdobycie, utrzymanie i poszerzenie zakresu władzy, bez specjalnego wysiłku potrafili – nie przeprowadziwszy badań archiwalnych, bez dostępu do źródeł (oprócz tych, które sami wytworzyli) – samodzielnie dojść do wyników, których prawidłowość potwierdzili potem historycy. W jakiś cudowny sposób „prawda polityczna” okazała się „prawdą historyczną”!

Fischer i jego zwolennicy śmiało rewidowali niemiecką historię wiernie podążając za historią napisaną przez zwycięzców. Redaktor naczelny tygodnika „Der Spiegel” Rudolf Augstein, który nadał tezom Fischera medialny impet, był dumny z tego, że „kala własne gniazdo”, ale kalał je „bolesnymi prawdami” zaczerpniętymi od potężniejszych graczy. Było to zjawisko nonkonformizmu na niższym, a konformizmu – na wyższym poziomie. Zwolennicy Fischera ( wśród nich Madela) chwalą go za to, że zapoczątkował w Niemczech „historiografię krytyczną”, nie dostrzegając, że na wyższej płaszczyźnie, umieszczona w innym kontekście, jawi się jako „historiografia bezkrytyczna”. Imanuel Geiss, doktorant i współpracownik Fischera, uznał jego tezy za „naruszenie największego tabu narodowego Niemców“. Miał zapewne rację, jednak nie zauważył, że jego mentor pozostawił nienaruszone „narodowe tabu” zwycięzców. No, chyba, że oni żadnych własnych „narodowych tabu” nie pielęgnowali, przeto nie było czego naruszać.

W swoich najbardziej radykalnych tezach „łamiący tabu” „krytyczni” historycy, popadają niejednokrotnie w „negatywny nacjonalizm”, i nagle, nie wiadomo jak, mogą się znaleźć w najlepszym, „narodowo-apologetycznym”, towarzystwie dżingoistów po drugiej stronie – to co u tych pierwszych jest „krytyczne”, „odważne”, „obrazoburcze” i „łamiące tabu”, okazuje się jedynie powtórzeniem oczywistych – by tak rzec – gazetowych „prawd politycznych”, które propagują ci drudzy. Nic więc dziwnego, że wyniesienie Fischera przez wydaną w Londynie w 1999 r. Encyclopedia of Historians and Historical Writing do rangi najważniejszego historyka niemieckiego XX wieku, pisarz Michael Klonovsky zinterpretował złośliwie jako „spóźnione podziękowania zwycięzców dla ich niemieckiego pomocnika”.

*  *  *

Madela wywodzi, iż „spór o Fischera”, choć on sam podobnie jak jego oponenci, uprawiał dziejopisarstwo skupione na wielkich wydarzeniach i wielkich postaciach , otworzyła nowy rozdział w niemieckiej historiografii, która doszlusowała do standardów międzynarodowych, przede wszystkim anglosaskich. Nie należy jednak zapominać o jej rodzimych źródłach. Prekursorami byli wszak marksistowscy, komunistyczni historycy Eckart Kehr i Arthur Rosenberg. O tym pierwszym w liście do swojego mistrza Hermanna Onckena z 24 września 1931 roku pisał Gerhard Ritter: „Ten pan powinien, jak się wydaje, habilitować się raczej w Rosji niż w Królewcu. Tam przynależy on w naturalny sposób; to jeden z niebezpiecznych dla naszej historiografii wytwornych bolszewików”.

Kehr i Rosenberg przyczyn I wojny światowej upatrywali w ustroju politycznym , układach społecznych i polityce wewnętrznej Rzeszy Niemieckiej. Takie podejście ma swoje uprawnione miejsce w historii wojny, ale pod warunkiem, że zastosuje się je do wszystkich wojujących stron – a więc także do autokratycznej carskiej Rosji, „masońskiej“ Republiki Francuskiej, monarchiczno-arystokratyczno-oligarchicznej Wielkiej Brytanii. Czy fakt, że , jak  mawiano, „nad imperium panuje 100 rodzin” a także to, że „at no time during the period discussed in this book did Britain experience democracy“ (Michael Bentley Politics without Democracy. Great Britain 1815-1914, London 1984), miały wpływ na strategię polityczną Wielkiej Brytanii oraz na wybór celów wojennych? Są autorzy anglosascy, którzy uważają, że miały. Ich zdaniem oprócz działających otwarcie „fanatycznych patriotów wojny” ważną rolę odegrały operujące zakulisowo polityczne sitwy, wpływowe grupy interesów, „money powers”, lobbies przemysłu zbrojeniowego, bossowie wielkiego biznesu etc. Pisał o tym  m.in. Francis Neilson w The Makers of War (1950), a w ostatnich latach John P. Cafferky, Lord Milner´s Second War: The Rhodes-Milner Secret Society. The Origin of World War One (2013)  oraz Gerry Docherty i Jim MacGregor, Hidden History. The Secret Origins of the First World War (2013).

*  *  *

Madela tak opisuje podejście do wybuchu I wojny światowej „nowych historyków” wyrosłych na „sporze o Fischera”:

„Miast przypisywać współodpowiedzialność za wybuch wojny wąskiej grupie przywódczej Drugiej Rzeszy forsowali własny model mentalno-politycznej ciągłości, który sięgał głęboko w wiek XIX i pozwalał precyzyjniej zrozumieć szeroko zakrojoną nacjonalizację mas społecznych, ich autorytarny patriotyzm, ich proces konserwatywnego utożsamiania się z monarchizmem, z których rząd wilhelmińskich Niemiec czerpał poparcie dla swoich wojennych działań”.

Tym oto sposobem chłop z Bawarii i robotnik z Hamburga stali się niemal równie odpowiedzialni za politykę i wojnę, co cesarze, kanclerze i generałowie ( nota bene zgodne jest to z demokratyczną doktryną „zbiorowej odpowiedzialności”, w myśl której wszyscy obywatele odpowiedzialni są za [wy]czyny swoich regentów), choć miliony zwykłych Niemców, podobnie jak zwyczajnych Francuzów, Rosjan czy Brytyjczyków, łaknęły jedynie (s)pokoju, i miały zupełnie inne problemy na głowie niż te dręczące polityków, wojskowych, przemysłowców i finansistów.

Chodziło, moim zdaniem, o upieczenie dwóch (polityczno-ideologicznych) pieczeni na jednym ogniu: oskarżać w stylu Fischera polityczno-wojskową elitę II Rzeszy, nie zdejmując przy tym „winy” z „nacjonalistycznego” narodu – moralna wyższość nad „winnym” narodem jest jednym ze źródeł legitymizacji władzy. Motywy ideologiczne takiego zabiegu były dość przejrzyste: obciążając winą za katastrofę I wojny światowej zarówno reakcyjną, arystokratyczną, antydemokratyczną elitę, jak i nacjonalistyczne masy, chciano wpoić Niemcom przekonanie, że ich obywatelskim obowiązkiem jest potępienie i odrzucenie wszelkich form ideologii „antydemokratycznej” i „nacjonalistycznej”, czyli wszystkich, szeroko pojętych, narodowych, konserwatywnych, prawicowych, patriotycznych, nie-egalitarystycznych tradycji politycznych i ideowych.

*  *  *

Madela słusznie wskazuje na to, że nieujawnione tło „sporu o Fischera” stanowiły narodowosocjalistyczne Niemcy. Gwałtowność debaty była spowodowana tym, że w pierwszej połowie lat 60. na agendę wszedł narodowy socjalizm. Inicjując debatę na temat I wojny światowej Fischer de facto otwierał debatę na temat epoki narodowego socjalizmu i wybuchu II wojny światowej. „Spór o Fischera” był debatą zastępczą na jej temat . Zapoczątkowując „krytyczny rozrachunek” z pierwszą wojną światową przygotowywał grunt pod nabierający coraz większego tempa i dynamiki rozrachunek z drugą. W pierwszych kilkunastu latach istnienia RFN , w warunkach ostrej konfrontacji bloków polityczno-wojskowych, kiedy potrzebna była maksymalna materialna i duchowa mobilizacja w obliczu sowieckiego zagrożenia, tego typu polityczno-psychologicznych operacji nie przeprowadzano, zdając sobie sprawę z tego, że osłabiają one narodową spoistość i mogą stać się narzędziem politycznym w rękach sił zewnętrznych. Dlatego rozrachunek z III Rzeszą znalazł się na porządku dziennym wówczas, kiedy w stosunkach pomiędzy blokami nastąpiło pewne odprężenie.

                                       *  *  *

Tezę Fischera o ciągłości imperialnej i wojennej polityki II i III Rzeszy można poważnie rozpatrywać, ale pod warunkiem, że równie poważnie potraktuje się ciągłość imperialnej polityki Wielkiej Brytanii, Rosji (Związku Sowieckiego), USA i Francji. Wypreparowana z kontekstu porównawczego teza Fischera o bezpośredniej ciągłości historycznej pomiędzy polityką cesarstwa a polityką państwa narodowosocjalistycznego, o podobieństwie czy wręcz identyczności podstawowych celów ich polityki zagranicznej i celów wojennych, musiała wywołać sprzeciw konserwatystów.

Michael Freund oburzony pytał, czy Theobald von Bethmann-Hollweg jest teraz Hitlerem 1914 roku? A dokładnie taki wniosek miał wysnuć czytelnik Fischera: kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg był prekursorem kanclerza Adolfa Hitlera, dążącego do wypełnienia z nawiązką jego marzeń i planów, zaś agresywna polityka celów wojennych Drugiej Rzeszy była prefiguracją, próbnym skokiem przed pozbawioną wszelkich hamulców polityką Trzeciej Rzeszy. Takiego ujęcia nie mógł zaakceptować Ritter, który podkreślał, że historyk musi rozumieć i osądzać każde historyczne zjawisko w kontekście uwarunkowań jego czasu i środowiska. Fryburski historyk podążał śladem Leopolda von Ranke, który w wykładzie z września 1854 roku powiedział, że „każda epoka jest równie bliska Bogu”, czyli mówiąc nie-teologicznie, nie jest stopniem czy etapem na drodze do „nowej” epoki, nie jest wstępem do czegoś innego. Każda epoka jest niepowtarzalna, ponieważ każda w samej sobie zawiera swój sens i wartość: „jej znaczenie polega nie na tym, co jest jej następstwem, ale w samej jej egzystencji, w tym co jest jej właściwe i własne”.

*  *  *

Skoro Niemcy były wyłącznym sprawcą II wojny światowej, to automatycznie wymagało to rzutowania ich sprawstwa wstecz do 1914 roku: jeśli ponoszą winę za katastrofę nr 2, to muszą ponosić ją także za katastrofę nr 1. Ponieważ polityczno-wojskowi przywódcy Rzeszy Niemieckiej 1933-1945 stanęli przed międzynarodowym trybunałem, to żądanie postawienia przed międzynarodowym trybunałem cesarza-przestępcy (wojenne zawołanie: „Hang the Kaiser!”) okazywało się – retrospektywnie – słuszne i usprawiedliwione . Gdyby natomiast kontynuowano interpretację I wojny światowej w duchu Rittera i jego kolegów, relatywizowałoby to spójny obraz historii legitymizujący ład polityczny zbudowany po 1945 przez zwycięzców – przez te same państwa,  które były wrogami wojennymi Rzeszy Niemieckiej w latach 1914-1918. Jak widać, zjawisko historycznej ciągłości występuje tak po jednej, jak i po drugiej stronie uczestników wielkich światowych konfliktów.

*  *  *

Dowodząc „ciągłości winy” pomiędzy Rzeszą wilhelmińską a Rzeszą hitlerowską, Fischer przeciwstawiał się próbom nawiązania – taki cel przyświecał Ritterowi czy Freundowi – do zerwanych linii tradycji narodowych sprzed 1933 roku. O ile Ritter czy Freund pragnęli, aby cesarska II Rzesza była dla RFN pozytywnym punktem odniesienia, o tyle ich przeciwnicy jak Fischer czy Augstein chcieli uczynić z niej wzorzec negatywny , ponieważ przejawiała mocarstwowe aspiracje, a te po 1945 r. są na zawsze passé, albowiem kończą się Hitlerem. Ponadto gdyby wcześniejsze tradycje polityczne i historyczne  zawierały „pozytywne” i godne kontynuacji składniki, to reprezentująca „zło absolutne” „Wielkogermańska Rzesza” Hitlera stawała się niezrozumiałym i niewytłumaczalnym zjawiskiem. „Wina” cesarza, nowy negatywny wizerunek cesarstwa, ciągłość celów polityczno-militarnych II i III Rzeszy były zatem niezbędne, aby Hitler i jego Rzesza w sposób organiczny i naturalny wyłaniały się z dotychczasowej historii Niemiec stanowiąc jej kulminację i ostateczne wypełnienie.

*  *  *

Zapoczątkowany przez Fischera nowy konsens w kwestii „winy” za wywołanie I wojny światowej był elementem ogólniejszej „teologii historycznej”, legitymizującej ład polityczny stworzony przez zwycięzców po 1945 roku jako wyraz sprawiedliwej kary za moralne przewiny narodu niemieckiego (w masowej demokracji obywatele potrafią widzieć politykę tylko w kategoriach moralnych),  a nie jako naturalną konsekwencję totalnej klęski państwa niemieckiego, umożliwiającej zwycięzcom realizację ich planów. W tym sensie poglądy Fischera miały wartość nie tyle jako historyczna analiza, ile jako składnik Wielkiej Narracji na temat zwyciężonych, którą musieli oni przejąć od zwycięzców i dalej „już z własnej woli” podtrzymywać i rozwijać. Miały więc ogromne znaczenie dla pedagogiki społecznej i reedukacji narodu niemieckiego oraz transformacji „niemieckiego charakteru narodowego” (zob. Klaus Bachmann Długi cień Trzeciej Rzeszy. Jak Niemcy zmieniali swój charakter narodowy, Wrocław 2005, s.45n ).

*  *  *

U Madeli czytamy: „Jeśli bowiem – jak sugerował Fischer – zalążki wielkomocarstwowych koncepcji tkwiły już w polityce przedwojennych wilhelmińskich Niemiec, to pod znakiem zapytania stawała cała droga jaką państwowość niemiecka przeszła od chwili zjednoczenia narodowego 1870/1871 aż do klęski i utraty jedności państwa w 1945 roku”. Rzeczywiście, jeśli to Rzesza Wilhelma II świadomie i z rozmysłem rozpętała I wojnę światową, aby „sięgnąć po władzę nad światem”, a jej kontynuacją była Rzesza Hitlera, która w tym samym celu rozpętała II wojnę światową, to cała historia Niemiec jako państwa narodowego zapoczątkowana zjednoczeniem w 1870 r. była obraniem „odrębnej drogi” (Sonderweg), czyli drogi błędnej, zejściem na historyczne manowce.

Ponieważ ciągłość nowoczesnej historii Niemiec to ciągłość niemieckiej historycznej winy od Bismarcka i Bethmanna-Hollwega do Hitlera, to odwoływanie się do historycznych tradycji II Rzeszy jest niedopuszczalne. Niemcy muszą zejść (zawrócić?) ze swojej „odrębnej drogi“ i wejść na drogę „zachodnią”, która jest drogą właściwą, ponieważ kroczyli nią zwycięzcy. Wprawdzie wcześniej historycy mówili niekiedy o „niemieckiej odrębnej drodze”, lecz waloryzowali ją pozytywnie; mówiono też o „odrębnym” czy też „szczególnym” (centralnym) położeniu Niemiec, a także o ich geograficznej, religijnej i historycznej specyfice, która, widziana na tle historii porównawczej narodów europejskich, była jedną z kilkudziesięciu „odrębnych dróg”, a nie odchyleniem od „anglosaskiej normalnej drogi”, będącej, co oczywiste, również, „drogą odrębną”.

Aby móc pójść „długą drogą na Zachód” i dojść do celu, należy – taki postulat pojawia się niejako automatycznie – zrezygnować z politycznych, duchowych i kulturalnych tradycji stanowiących podstawy „niemieckiej odrębnej drogi”. O tym, jakie tradycje należy porzucić, decyduje lewicowo-„liberalny” establishment – może to być równie dobrze niemiecki romantyzm co filozofia Hegla albo Heideggera, publicystyka Ernsta Jüngera co pisarstwo historyczne Gerharda Rittera itd.

*   *  *

Jednym z pierwszych autorów pojmujących historię Niemiec jako (negatywną) „odrębną drogę” był komunistyczny literat, późniejszy wysoki funkcjonariusz partyjny w NRD odpowiedzialny za kulturę Alexander Abusch, który w 1945 roku podczas pobytu na emigracji w Meksyku opublikował książkę Der Irrweg einer Nation (Błędna droga pewnego narodu). Zapewne zainspirowali go twórcy „naukowego komunizmu” ­– Karol Marks biadający we wstępie do Przyczynku do krytyki heglowskiej filozofii prawa (1844), że „historia Niemiec może pochwalić się ruchem, którego na firmamencie historycznym nie dokonał przed nią ani nie powtórzy za nią żaden naród”, i Fryderyk Engels interpretujący w liście do Franza Mehringa z 1893 roku niemiecką historię jako „jedną nieprzerwaną nędzę” (einzig fortlaufende Misere).

Marks, Engels, Kehr, Rosenberg, Abusch – biada narodowi, któremu komuniści piszą i interpretują historię!  Miejmy zawsze w pamięci przestrogę konserwatywnego polityka brytyjskiego Rhodesa Boysona: „Nie zaufałbym komunistom, nawet gdybym wiedział, że mówią prawdę”.

*  *  *

Logika historyczna „niemieckiej drogi odrębnej“, drogi fałszywej i prowadzącej do wyjątkowego zła, jest nieubłagana. Jeśli przyjmujemy, że zjednoczenie Niemiec przez Bismarcka przyniosło wszystkim tyle nieszczęść, to nie uniknie się pytania, jak mogło do niego dojść. Było ono dziełem Prus. Zatem historia Prus musi zostać „odrzucona”. Prus nie byłoby bez protestantyzmu, protestantyzmu bez Lutra. Bez Prus nie doszłoby do zjednoczenia Niemiec. Bez zjednoczenia Niemiec nie byłoby I wojny światowej a bez I wojny światowej – II wojny światowej, która była jej naturalną kontynuacją. W sumie więc za Hitlera odpowiada Luter. Ale za Lutra odpowiada to, co było przed nim. A za to, co było przed nim, to co było jeszcze wcześniej. Wniosek: niemiecka historia od samego początku zmierza ku Hitlerowi (a skoro Hitler to i „Auschwitz”).

Wspomniany wyżej Michael Freund wyrażał przypuszczenie, że Fischer pragnie „brudem Hitlera” obsmarować całą niemiecką historię. Hitler miał być „normą”, zjawiskiem typowym dla historii Niemiec i niemieckości. Mówiąc inaczej, „odrębną“, czyli fałszywą, drogą szła cała historia narodu niemieckiego począwszy od bitwy w Lesie Teutoburskim . Gdyby rzymskie legiony zwyciężyły Arminiusza, gdyby obszary przynajmniej do Łaby stały się częścią Rzymu, Hitler nie doszedłby do władzy. Na szczęście dla Niemców, w 1945 r. do Łaby doszli Rosjanie (komuniści) i Amerykanie (demokraci), którzy zwyciężyli Hitlera i „wyzwolili” Niemców spod jego panowania, za co ci powinni im być dozgonnie wdzięczni. Dawna, „odrębna” , błędna droga niemieckiej historii zakończyła się w maju 1945 roku. Jednocześnie rozpoczęła się nowa, właściwa i „słuszna” historia Niemiec, aczkolwiek porzucenie dziejowych bezdroży nastąpiło definitywnie dopiero w dwadzieścia lat później, gdyż „Pierwsza RFN”  lat 1949-69 była jednak państwem „postfaszystowskim” a w dziedzinie nauk historycznych dominowali wówczas, gotowi nadal podążać „odrębną” (błędną) drogą, „apologeci Drugiej Rzeszy” w rodzaju Gerharda Rittera.

Fischer ze swoimi tezami na temat I wojny światowej należał do konstruktorów tej – przyznaję, przedstawionej tu w nieco karykaturalnym skrócie – „historiozofii“, odpowiadającej (geo)politycznej sytuacji Niemiec „po klęsce” oraz wartościom demokratycznego państwa partyjnego i stanowiącej solidną legitymizację dla władzy nowej elity, która porzuciła raz na zawsze historyczne manowce, by zapewnić obywatelom życie w pokoju i dobrobycie.

*  *  *

Dobry przegląd głosów na temat „niemieckiej drogi odrębnej” znajdziemy w antologii „Sonderweg”. Spory o „niemiecką drogę odrębną” (wybór, opracowanie i wprowadzenie Hubert Orłowski, przeł. J. Kałążny, Poznań 2008, tu zwłaszcza: Thomas Welskopp, Tożsamość ex negativo. „Niemiecka droga odrębna” jako metaopowieść nauk historycznych w Republice Federalnej lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych). Najostrzejszy atak na ideologiczną doktrynę „niemieckiej drogi odrębnej” przeprowadził Wolfgang Kalz w książce Die Ideologie des „deutschen Sonderwegs”. Exkurse zur Zeithistorie (Künzell 2004). Ktoś kto historię własnego narodu diagnozuje jako patologiczną  in toto, ten proponuje mu ni mniej ni więcej, aby z niej wyemigrował. A jeśli mimo wszystko emigrować by nie chciał , musi odwoływać się i nawiązywać wyłącznie do jej „zdrowych” lewicowo-rewolucyjno-postępowo-„liberalno”-demokratycznych wątków, których okruchy dadzą się odnaleźć nawet w najbardziej spatologizowanych dziejach.

*  *  *

Wspomniany wyżej Imanuel Geiss, podsumowując rezultaty „sporu o Fischera” stwierdził w 1972 r., że „przeważający udział Rzeszy Niemieckiej w wybuchu I wojny światowej i ofensywny charakter niemieckich celów wojennych nie są już ani kontrowersyjne, ani kwestionowane”. Według Geissa, ze „sporu o Fischera” narodził się „nowy człowiek” – „rozsądny Niemiec“, który wyrzeka się wszelkiego rodzaju patriotycznych marzeń o Rzeszy ( a nawet zjednoczenia Niemiec). Aprobuje koniec niemieckiej polityki mocarstwowej, rozumiejąc, że takie aspiracje doprowadziłyby do trzeciej fazy niemieckiej polityki mocarstwowej, a tym samym do trzeciej, ponownie wychodzącej z Niemiec, wojny światowej. Przekładając Geissa na język realnej polityki, powiemy, że totalna klęska 1945 roku zakończyła definitywnie rolę Niemiec jako mocarstwowej potęgi ( Ernst Jünger czy Arnold Gehlen dostrzegali w tym wręcz „koniec historii Niemiec”), i że kolejny Griff nach der Weltmacht jest niemożliwy, a gdyby ktoś chciałby takie mocarstwowe aspiracje zgłosić, zostanie przywołany do porządku, także za pomocą środków militarnych.

W pierwszej połowie lat 80. XX w. politolog Kurt Sonntheimer stwierdził: „Ze względów wychowawczych uważam za konieczne podtrzymywanie tezy o prusko-niemieckim cesarstwie i jego strukturach jako prekursorskich wobec Hitlera, i to niezależnie od słuszności tej tezy. Tylko wówczas można będzie kontynuować w Niemczech drogę do demokratyzacji”. Według Sonntheimera kto podważa tezę o „niemieckiej drodze odrębnej”, ten przetrąca kręgosłup niemieckiej świadomości politycznej po 1945 roku, podważa zarazem prawowitość Republiki Federalnej, ponieważ „świadomość błędnego rozwoju historycznego Niemiec, świadomość obciążenia historyczną winą, kroczenia zgubną odrębną drogą jest absolutnie konstytutywna dla politycznej tożsamości Niemców w okresie po 1945 roku i to zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie”. Znany historyk Heinrich August Winkler stwierdził w 1986 r.: „W obliczu roli, jaką Niemcy odegrały w powstaniu obu wojen światowych, Europa nie może, i Niemcy także nie powinni już chcieć nowej Rzeszy Niemieckiej, suwerennego państwa narodowego. To jest logika historii, a ta jest według słów Bismarcka dokładniejsza niż pruska Najwyższa Izba Obrachunkowa”.

*  *  *

Madela z nieskrywanym zadowoleniem konstatuje, że w Niemczech rozwinęła się historiografia „odporna na nacjonalistyczne legendy”. Jednakże Niemcom, i nie tylko im, bo całej Europie, potrzebna jest historiografia w tym samym stopniu odporna na „nacjonalistyczne”, co „demokratyczno-progresywistyczno-lewicowe” legendy. Odporność na te drugie jady przydałaby się dziś nawet bardziej.

*  *  *

Skutki „liberalizacji” i „westernizacji” Niemiec uważa Madela, nie wiadomo właściwie dlaczego, za jednoznacznie dobroczynne. A przecież „westernizacja” może się w ostatecznym rozrachunku okazać przyjęciem „ciemnych stron Zachodu”, jego wad a nie jego rzeczywistych zalet. „Realny Zachód ” jest czymś zupełnie innym niż „Zachód idealny”, definiowany w wąskich, lewicowo-„liberalnych”, kategoriach. Należy bardzo starannie rozważyć, czy obowiązujące w ostatnich dziesięcioleciach ideologiczne dogmaty etykietowane jako „zachodnie wartości” nie są de facto „antywartościami”.

*  *  *

Jeśli, jak chce Madela, przeciwnicy Fischera byli „apologetami II Rzeszy”, to on i jego uczniowie – „apologetami lewicowo–progresywnej II RFN”. Nie wiadomo, co – dla Niemców – jest lepsze. Tych pierwszych darzy Madela widoczną niechęcią, co u polskiego autora, któremu II Rzesza kojarzy się z zaborcą, jest zrozumiałe. Niemniej jednak – jeśli patrzeć z szerszej perspektywy – wysokiej pozycji gospodarczej współczesnej RFN nie byłoby bez tego wszystkiego, co w dziedzinie przemysłu, techniki, nauki i kultury stworzono w okresie II Rzeszy.

*  *  *

Ten rodzaj „rozliczanie z przeszłością”, jaki uprawiał Fischer i jego następcy, zawsze, podkreślmy, zawsze, przesuwa kulturę polityczną na lewo. Śmiem wątpić, czy „radykalny demontaż struktur politycznego autorytaryzmu”, o którym w aprobatywnym tonie, pisze Madela (prywatnie odradzałbym nie-ironiczne używanie takiego języka rodem ze studenckich gazetek sprzed pół wieku), rzeczywiście wyszło Niemcom na dobre. Dlaczego zastąpienie – między innymi dzięki Fischerowi – Pierwszej RFN, czyli konserwatywno-narodowo-(ordo)liberalno-chrześcijańskiej, antykomunistycznej (antysocjalistycznej, antylewicowej) i antysowieckiej republiki przez Drugą RFN wraz z towarzyszącym temu przesunięciem całego spektrum polityczno-ideologicznego na lewo, miałoby przynieść Niemcom jakieś dobre owoce?

Chyba tylko ktoś Niemcom niechętny, kto im źle życzy, może z uznaniem witać przejście – jak to określił później politolog prof. Klaus Hornung – od koncepcji wolnościowo-pluralistycznego państwa prawa zaprojektowanego w Ustawie Zasadniczej z 1949 r. do koncepcji progresywistycznego „antyfaszystowskiego” państwa ideologicznego. Koncepcji, dodajmy, która stała się potem obowiązującą prawie w całej Europie, czego skutki widać obecnie gołym okiem

*  *  *

Do zasług postfischerowskiej szkoły historii społeczno-strukturalnej zalicza Madela jej „istotny udział w powstaniu liberalno-krytycznej sfery publicznej, w jakiej kwestie polsko-niemieckie począwszy od projektu Neue Ostpolitik rządu Brandta aż po drażliwe problemy uznania powojennych granic w układzie 2+4 z 12 września 1990 roku) mogły teraz zająć swoje stosowne miejsce”. Przypomnieć wypada, że jeszcze w 1963 roku ówczesny burmistrz Berlina Zachodniego Willy Brandt przestrzegał:  „Ten kto linię Odra-Nysa określa jako granicę, z którą naród niemiecki w duchu się pogodził, ten okłamuje Polaków”. W telegramie do ziomkowskiego Zjazdu Ślązaków w Kolonii w tym samym roku przedstawiciele kierownictwa SPD napisali, że „Verzicht ist Verrat” („rezygnacja [ z niemieckich Ziem Wschodnich ] to zdrada”). Telegram podpisali Erich Ollenhauer, Herbert Wehner i …Willy Brandt.

Zmiana kursu, jaka nastąpiła kilka lat później , nie powinna dziwić. Należy bowiem brać pod uwagę fakt, że granicy na Odrze i Nysie nie uznawano, ponieważ, choć nie była granicą w sensie geograficznym, była nią w sensie politycznym jako granica pomiędzy państwem należącym do bloku zachodniego a państwem należącym do bloku wschodniego. Dlatego też blok zachodni był zainteresowany, by była ona „wiecznie niezagojoną raną”, granicą „wiecznie krwawiącą”. W miarę postępującego odprężenia pomiędzy blokami, przechodzącymi od ostrej konfrontacji do „pokojowej koegzystencji” ta jej (geo)polityczna funkcja traciła na znaczeniu. Brandt mógł więc spokojnie złożyć w Warszawie podpis pod układem o normalizacji wzajemnych stosunków z Polską, ponieważ kwestia granicy uległa politycznej „neutralizacji”.

Na przełomie lat 80. i 90. blok zachodni przeprowadził zjednoczenie Niemiec, czyli dokonał przesunięcia swojej strefy wpływów na wschód, poprzez włączenie do niej m.in. NRD i Polski. Granica na Odrze i Nysie stała się granicą pomiędzy państwami należącymi do jednego bloku; przebiegała teraz wewnątrz jednej strefy wpływów. Jakikolwiek realny „spór o granice” rozsadzałby teraz wewnętrzną jedność bloku zachodniego, dlatego centrala zdusiłaby go w zarodku. Wprawdzie „liberalno-krytyczna sfera publiczna” w RFN odegrała w tych procesach pewną rolę, jednak była to rola drugorzędna.

*  *  *

Podsumowując rezultaty „sporu o Fischera” Imanuel Geiss stwierdził w 1972 r., że „przeważający udział Rzeszy Niemieckiej w wybuchu I wojny światowej i ofensywny charakter niemieckich celów wojennych nie są już ani kontrowersyjne, ani kwestionowane”. Wygląda jednak na to, że w ostatnich kilkunastu latach kontrowersje odżywają, utrwalone poglądy są kwestionowane, zaś znane fakty inaczej interpretowane. W pierwszej dekadzie XXI wieku ukazało się szereg prac historycznych poświęconych przedwojennej polityce zagranicznej Niemiec, Austro-Węgier, Francji i Wielkiej Brytanii pióra takich autorów jak Friedrich Kießling, Holger Afflerbach, Günther Kronenbitter, Stefan Schmidt, Andreas Rose, Konrad Canis. Dokonali oni poważnych korekt obrazu stosunków i konstelacji dyplomatycznych oraz polityczno-wojskowych w latach poprzedzających wojnę. Kulminacją tego procesu było ukazanie się książki australijskiego historyka Christophera Clarka Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914 ( wyd. niem. 2013, wyd. pol. 2017), która stała się w Niemczech bestsellerem i wywołała swego rodzaju Clark-Kontroverse. Mniej więcej w tym samym czasie ukazały sie także inne książki, o lata świetlne odległe od fischerowskiej ortodoksji: The Russian Origins of the First World War oraz July 1914.Countdown to War Seana McMeekina (obie wydane w Niemczech), Der Große Krieg: Die Welt 1914 bis 1918 Herfrieda Münklera, Die Büchse der Pandora. Geschichte des Ersten Weltkriegs Jörna Leonharda, The Darkest Days. The Truth Behind Britain’s Rush to War, 1914 Douglasa Newtona, 14/18: Der Weg nach Versailles Jörga Friedricha.

Ze wszystkich tych prac wyłania się niezwykle skomplikowany splot głębokich przyczyn i bezpośrednich powodów I wojny światowej. Tezy Fischera zostają zrelatywizowane, uznane za przesadne i jednostronne a w wielu aspektach zakwestionowane. Za zniekształcający rzeczywistość historyczną uważa się nazbyt „germanocentryczny“ punkt widzenia Fischera. Dostrzec można powrót do metodologicznych postulatów Rittera i Freunda: aby rozpoznać i zrozumieć przyczyny wielostronnego konfliktu z udziałem kilku mocarstw należy analizować cele, kalkulacje i działania ich wszystkich oraz wzajemne interakcje stolic. Dyskusje pomiędzy apologetami „winy” i apologetami „niewinności”, pomiędzy reprezentantami „antywersalskiego” i „prowersalskiego” konsensu w historiografii I wojny światowej zaczyna się traktować jako poznawczo jałowe. Dekompozycji ulega też stopniowo (podważana już wcześniej przez historyków anglosaskich) Wielka Narracja o „niemieckiej drodze odrębnej”, która tak naprawdę nie oddaje złożonej rzeczywistości historycznej, lecz jest w dużej mierze strategicznym pojęciem politycznym i tylko dlatego, siłą inercji, ciągle trwa.

O tym, jakie mogą być ewentualne, intelektualne i polityczne, konsekwencje pojawienia się fali nowych publikacji na temat I wojny światowej oraz „sporu o Clarka”, i czy jego tłem była – podobnie jak w przypadku „sporu o Fischera” – II wojna światowa, postaram się napisać innym razem.

Tomasz Gabiś

Źródło: „Arcana”, nr 145 –146 (2019)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»