«
»

Notatki pogodnego krytykanta

O FAŁSZYWYCH CYTATACH, JÓZEFIE GOEBBELSIE, „DENAZYFIKACJI” ULIC W NIEMCZECH, „CZWARTEJ RZESZY” ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

12.10.20 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O FAŁSZYWYCH CYTATACH, JÓZEFIE GOEBBELSIE, „DENAZYFIKACJI” ULIC W NIEMCZECH, „CZWARTEJ RZESZY” ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

 Strzeżmy się demokratów przynoszących prawa! (Bob Black)

* * *

W „Zeszytach Literackich” nr 142 (2018 nr 2) włoski eseista i historyk literatury Claudio Magris w artykule Ryzyko cytowania pisze, że autorstwo wielu najsłynniejszych zdań jest uważane za oczywiste, lecz przekonanie to często mija się z prawdą. I podaje przykład: „To nie Goebbels powiedział, kiedy słyszę słowo »kultura«, odbezpieczam mojego browninga, lecz Hanns Johst, nazistowski dramaturg”.

Rodak i znajomy Magrisa Adriano Ausilio, tropiący błędne cytowania i niedokładne atrybucje słynnych zdań, wyjaśnił mu, skąd wziął się u niego upór w tropieniu tego rodzaju błędów: „Ponieważ wraz z pojawieniem się internetu i mediów społecznościowych rozpowszechniła się nowa tendencja. Niekontrolowany użytek czyniony z cytatów. Bierze się za dobrą monetę słowa i zdania tylko dlatego, że się je gdzieś przeczytało lub usłyszało, i nie troszczy się już o sprawdzenie, czy pochodzą z miarodajnego źródła”. Magris zastanawia się, czy jednak nie grozi nam „mania dokładności”, popadnięcie w formalizm, który „traci z pola widzenia istotę rzeczy, skoro te błędne cytaty nie fałszują myśli autora, przeciwnie, przywołują to, co w niej najważniejsze? […] pistolet Johsta w dłoni Goebbelsa oddaje dobrze stosunek nazistów do kultury”. Ausilio w pewnej mierze się z nim zgadza, ale uważa, że zawsze trzeba interweniować w wypadku instrumentalnego potraktowania cytatu. Pozwolę więc sobie zainterweniować, ponieważ sam Magris traktuje instrumentalnie zdanie „Kiedy słyszę słowo »kultura«, odbezpieczam mojego browninga”.

Po pierwsze, stwierdzenie, że „powiedział to Hanns Johst”, jest niedokładne. Równie dobrze można by przytoczyć cytat: „Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę ścisnął, natężył i razem wyświecił, może bym sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił” i poinformować czytelnika, że „powiedział to Adam Mickiewicz”, choć słowa te wypowiada, stworzony przez Mickiewicza, bohater literacki Konrad w Dziadach części III. Gdyby przyjąć sposób interpretacji Magrisa, to mielibyśmy prawo sądzić, że to Adam Mickiewicz „może by sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił”. Podobnie jest ze słowami o kulturze i browningu, które wypowiada Friedrich Thiemann, jeden z bohaterów, pisanego w latach 1928-32, a wystawionego po raz pierwszy w 1933 roku, dramatu Johsta Leo Schlageter. Ponadto zapytać należy, czy rzeczywiście – jak chce Magris – „pistolet Thiemanna [Johsta] w dłoni Goebbelsa oddaje dobrze stosunek nazistów do kultury”? Nie chodzi oczywiście o, opisaną w setkach książek i artykułów, koncepcję kultury i praktykę polityki kulturalnej niemieckich narodowych socjalistów, ale o to, co właściwie miał na myśli jeden z bohaterów sztuki Johsta, wypowiadając słowa, które po 1945 roku weszły na stałe do erudycyjnego zasobu polityczno-dziennikarskiej braci.

W scenie dyskusji z Leo Schlageterem na temat sposobów walki o odzyskanie pełnej suwerenności przez Rzeszę, Thiemann mówi, że ostatnie, co by zrobił, to przejmował się ideami, „tą rupieciarnią z XIX wieku”: „Braterstwo, równość, wolność, piękno i godność! Na słoninę łapie się myszy. A tu naraz, w środku gadaniny: ręce do góry! Rzuć broń! Jesteś republikańskim bydłem wyborczym! – Jak najdalej od tej całej światopoglądowej sieczki. Tu się strzela ostrymi nabojami. Kiedy słyszę »kultura«, odbezpieczam mojego browninga”. Sens tych słów jest jasny: Thiemann rozpoznaje, że „kultura” – oczywiście nie jako zjawisko i fakt społeczny, ale jako pojęcie funkcjonujące w retoryce politycznej – jest takim samym frazesem co braterstwo, równość czy wolność; frazesem, na który mają się nabierać naiwni („słonina, na którą łapie się myszy”), maskującym rzeczywiste stosunki władzy – za wzniosłą gadaniną o „kulturze” kryje się realna siła („Ręce do góry! Rzuć broń!”). Słysząc słowo „kultura”, Thiemann odbezpiecza swojego brauninga, ponieważ podejrzewa, że za chwilę może się zacząć strzelanina. Tak samo odbezpieczyłby broń, gdyby usłyszał „braterstwo”, „równość”, „wolność”.

* * *

 Nie mieć żadnej myśli i potrafić ją wyrazić – oto sztuka dziennikarska (Karl Kraus)

Pisane konstytucje tyle są warte co papier, na którym są drukowane (Paweł Popiel)

* * *

Zaskakującą informację na temat niemieckiego ministra propagandy dra Józefa Goebbelsa podaje prof. Eugeniusz Cezary Król: „Goebbels skracał sobie ostatnie tygodnie życia w bunkrze pod Kancelarią Rzeszy czytając ośmiotomową, niezwykle gruntowną rozprawę o królu Prus [Fryderyku Wielkim] pióra angielskiego pisarza Thomasa Carlyle`a” (Król, Propaganda i indoktrynacja narodowego socjalizmu w Niemczech 1919–1945, Warszawa 1999, s.185). Ciekawe, czy zdążył przed końcem życia przynajmniej doczytać do końca. Swoją drogą, czy jakikolwiek współczesny minister byłyby zdolny do przeczytania ośmiotomowego dzieła?

* * *

Szereg krytycznych uwag pod adresem Goebbelsa znajdziemy w dzienniku Alfreda Rosenberga (zob. Alfred Rosenberg, Dziennik 1934-1944, przeł. Michał Antkowiak, Warszawa 2016):

„Forma przemowy Goebbelsa, w której agitator z 1928 roku po raz kolejny wziął górę nad ministrem, oszołomiony własnymi słowami” (s.133); „Szanowny pan [Goebbels] omylił się podobnie jak we wszystkich głębszych kwestiach” (s.231); „w ogóle wszystko, do czego przyłoży rękę Goebbels staje się bezpostaciowe”; (s.247), „Goebbels molestuje pracownice, w partii moralnie odizolowany” (s.250); „Goebbels krzyczał wtedy [1924] na prawo i lewo: »Hitler zdradził socjalizm«” (s.254); „Tak więc dr Goebbels »kieruje« do narodu samego siebie we wszelkich lustrzanych odbiciach” (s.431); „nie mamy do czynienia z zawodowym aktorem, ale z człowiekiem, który gra ministra” (s.434).

W zapisie z 11 grudnia 1939 r. Rosenberg przytacza wypowiedź samego „Wodza” niezadowolonego z produkcji filmowej będącej wszak oczkiem w głowie ministra: „Jeśli chodzi o filmy fabularne nie sposób odnaleźć w nich stwierdzenia faktu, że mieliśmy narodowosocjalistyczną rewolucję, są ogólnopatriotyczne, lecz narodowosocjalistycznych brak, krytykuje się rozmaite profesje, ale dobrać się do skóry żydowskim bolszewikom nasz film się nie odważa” (s.283). No proszę, kto by pomyślał, że Goebbels i jego filmowcy bali się „dobrać do skóry żydowskim bolszewikom”!

* * *

W Ministerstwie Propagandy pracował pewien człowiek, potrafiący doskonale imitować styl mówienia swojego szefa. Co roku podczas świąt Bożego Narodzenia bawił pracowników i samego ministra. W kulminacyjnym momencie występu wykrzykiwał w jego niepodrabialnym stylu: „Przedtem aktorki musiały przechodzić przez łóżka Żydów, dzisiaj my tam jesteśmy!”

Goebbels widząc Röhma palącego papierosa: „Niemieckie kobiety nie palą”.

Kiedy aktor i kabareciarz Willi Schaeffers (1884-1962) objął kierownictwo berlińskiego „Kabaretu komików”, zameldował się u swojego pryncypała, ministra propagandy. Minister był akurat poirytowany z powodu jakichś kupletów śpiewanych w kabarecie czy też żartów konferansjera. „Wie Pan, drogi Schaeffers“ – powiedział Goebbels – „obecny rząd zrobił tyle dla niemieckich ludzi teatru, że wyprasza sobie, aby w podziękowaniu za to mieszano go z błotem“. „Panie ministrze” – zapytał Schaeffers – „to jak mamy robić kabaret?” Goebbels: „Bądźcie pozytywnie przeciw!”

(cyt. za: Gerd Knabe, Lachen um Adolf Hitler. Humor im Dritten Reich, Knüllwald 1988)

* * *

 Feministka – wadera, która chce być basiorem-przewodnikiem stada (Lou Rollins)

* * *

Któż nie zna maksymy dra Goebbelsa: „Kłamstwo tysiąc razy powtórzone staje się prawdą”. W ciągu dziesięcioleci, jakie upłynęły od samobójczej śmierci ministra, w różnych wariantach powtarzano je setki tysięcy razy, jeżeli nie częściej. Przedstawiciele zwalczających się obozów polityczno-ideologicznych, uczestnicy prasowych czy internetowych „polemik” często zarzucają sobie nawzajem, że kierują się tą dewizą Goebbelsa (tzw. argumentum ad Goebbelsum).

Amerykański historyk, znawca propagandy narodowosocjalistycznej Randall Bytwerk (Calvin University) , autor wielu publikacji na ten temat m.in. Bending Spines. The Propagandas of Nazi Germany and the German Democratic Republic (2004) oraz Landmark Speeches of National Socialism (2008) (zob. też jego German Propaganda Archive – https://research.calvin.edu/german-propaganda-archive/) po kilku latach badań i poszukiwań stwierdził dość stanowczo: nikt nigdy nie podał źródła tego cytatu, nigdy nie znaleziono go w żadnym tekście Goebbelsa ani w żadnym jego publicznym wystąpieniu. Jest zresztą rzeczą oczywistą, że publicznie Goebbels nigdy by w odniesieniu do własnych metod propagandowych czegoś takiego nie powiedział; wszak żaden, nawet najmniej rozgarnięty, propagandysta czy „spin doktor” nie przyzna publicznie, że posługuje się kłamstwami. Tym bardziej dr Goebbels, który wobec swoich słuchaczy i czytelników chętnie przedstawiał się jako bojownik o prawdę, grzmiał przeciwko „kłamliwej propagandzie zagranicznej”, głosił, że „prawda jest zawsze silniejsza niż kłamstwo”, o sobie samym mówił, że jest „wierny prawdzie”. Oczywiście kłamał, ale w masowej demokracji kłamstwo jest elementem systemowym, więc nie ma sensu, aby mu – podobnie jak jego odpowiednikom w Moskwie, Londynie i Waszyngtonie – z tego powodu czynić zarzut. Oni jego oskarżali o kłamstwa, a on ich – oskarżenia w każdym wypadku były prawdziwe.

Zdanie o „tysiąckrotnym powtarzaniu kłamstwa” nie występuje w dziennikach ministra, nie odnaleziono go też w innych źródłach, na przykład w zapiskach z prywatnych rozmów z Goebbelsem odbywanych w zaufanym kręgu. Wniosek Bytwerka: „Jeśli wypowiedź Goebbelsa cytowana jest zawsze bez podania źródła i wielu poważnych badaczy jej źródła nie znalazło, mimo iż od lat go szukali, to wolno przyjąć, że jest fałszywa”. Jej źródłem była najprawdopodobniej któraś z gazet lub innych publikacji amerykańskich czy też angielskich lat 1939-1945 , w których opisywano i krytycznie oceniano metody niemieckiego ministra propagandy: „Goebbels sądzi, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Następnie tę opinię włożono w usta Goebbelsowi, przypisując mu jej autorstwo.

Niekiedy fałszywy cytat z Goebbelsa występuje w wersji: „Kiedy opowiada się wielkie kłamstwo i wystarczająco często się je powtarza, to w końcu ludzie w nie uwierzą”. Jest to nawiązanie do fragmentu z Mein Kampf , gdzie Adolf Hitler pisze o obarczaniu gen. Ludendorffa winą za klęskę Niemiec w I wojnie światowej, nazywając oskarżenie generała „wielkim kłamstwem”, w które łatwowierna masa narodu uwierzy prędzej niż w małe (zob. A. Hitler, Mein Kampf, München 1938, s.252). Jak zauważa Randall Bytwerk, także i ten cytat jest błędnie przytaczany i opacznie interpretowany, ponieważ Hitler zarzuca posługiwanie się „wielkim kłamstwem” „Żydostwu i jego marksistowskim organizacjom bojowym”. Nie znaczy to oczywiście, że w praktyce on sam nie uciekał się do „wielkich kłamstw” (jak czynili to wszyscy przywódcy masowych demokracji od Moskwy przez Londyn do Waszyngtonu), ale nie opowiadał się otwarcie i szczerze za rozpowszechnianiem „wielkich kłamstw” jako taktyką propagandową swojej partii; przeciwnie, czytelnik Mein Kampf miał wyciągnąć z tego wniosek, że taka metoda jest mu obca i wstrętna. Dodajmy na marginesie, że stosowanie metody „wielkiego kłamstwa” Goebbels przypisywał Brytyjczykom, którzy – jak pisał – jeśli kłamią, to od razu na wielką skalę i trwają przy kłamstwie, choćby nie wiadomo co się działo. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy w tym akurat przypadku mówił prawdę, czy kłamał.

* * *

Zarówno w czasach, kiedy działał dr Goebbels i jego koledzy po fachu w innych stolicach, jak i obecnie, w czasach „nowych Goebbelsów”, o wiele od niego sprawniejszych i dysponujących środkami technologicznymi, o których doktorkowi nawet się nie śniło, ludzie powinni słuchać rad pewnego anarchisty. Radzi on, aby wierzyć:

w 10% tego, co słyszymy,

w 20% tego, co czytamy,

w 50% tego, co widzimy,

w 0% tego, co mówią rządy i media.

* * *

Zawsze słuchaj ekspertów. Powiedzą ci, czego masz nie robić i dlaczego masz tego nie robić. A potem zrób to! (Robert A. Heinlein)

* * *

Czasami nie mogę się nadziwić informacjom podawanym na temat tego, co się dzieje u naszych sąsiadów za Odrą. Szukając czegoś w Sieci, natknąłem się na stary artykuł Grzegorza Górnego Nowi patroni z Trzeciej Rzeszy opublikowany w 2012 roku w „Rzeczpospolitej” (być może tylko w wydaniu internetowym). Oto fragment tego artykułu:

Kiedy w 2005 r. rządząca Niemcami wielka koalicja CDU – SPD postanowiła powołać do życia Widoczny Znak przeciwko Ucieczkom i Wypędzeniu, dla niektórych środowisk stało się to sygnałem, że zmienia się podejście elit władzy do polityki historycznej. Jednym z przejawów tego procesu stało się powoływanie na patronów dla instytucji publicznych działaczy zasłużonych dla Trzeciej Rzeszy. Oczywiście, odwoływanie się do nich nie miało charakteru rehabilitacji ideologii nazistowskiej. W przypadku takich postaci, jak Flick czy von Braun, podkreślano ich zasługi w rozwoju przemysłu, modernizacji kraju czy postępie technologicznym.

Jak mówi nasze stare powiedzenie: ogary poszły w las, z tym, że nie ogary, ale Żydzi, i nie do lasu, ale do synagogi, a poza tym wszystko się zgadza. Chodziło bowiem nie o nadanie szkołom imienia Friedricha Flicka i Wernhera von Brauna, ale o jego odebranie! Ufundowane przez niemieckiego przemysłowca gimnazjum w westfalskim Kreuztal (skąd pochodził) nosiło jego imię od 1969 roku do 2008 roku, kiedy to ze względu na przeszłość patrona nazwę zmieniono. Z kolei gimnazjum we Friedbergu (Bawaria) nosiło imię Wernhera von Brauna od 1979 roku; w 2014 jeden ze współtwórców programu kosmicznego NASA, przestał być patronem szkoły.

W Niemczech już od lat ma miejsce druga (lub trzecia) fala „denazyfikacji” ulic, szkół, instytucji. Polega to na tym, że przedstawiciele tzw. społeczeństwa obywatelskiego znajdują patrona szkoły czy ulicy, mającego jakąś plamę na życiorysie lub podejrzanego o posiadanie poglądów niezgodnych z panującą obecnie ideologią, mobilizują tzw. opinię publiczną i rozpoczynają „spontaniczną” akcję mającą na celu zmianę nazwy. Ofiarą takiej pośmiertnej „dzikiej lustracji” padła m.in. poetka z niemieckich Prus Wschodnich Agnes Miegel. Po publikacji Czarnych zeszytów Martina Heideggera pojawiły się żądania, aby zlikwidować katedrę jego imienia na uniwersytecie we Fryburgu.

Natomiast od początku drugiej dekady naszego wieku postępuje się bardziej metodycznie, mianowicie władze samorządowe różnych miejscowości powołują komisje, których zadaniem jest „lustracja” patronów ulic. Utworzono je m.in. w Offenburgu, Hannowerze, Bremerhaven, Moguncji, Münster, Oldenburgu, Uelzen, Stuttgarcie. W Monachium komisja sprawdziła 6100 ulic, aby znaleźć obciążonych politycznie lub ideologicznie patronów. Powstała w 2012 roku we Fryburgu Bryzgowijskim komisja historyczna przebadała 1300 nazw ulic (i 60 placów) prześwietlając biografie polityczne i ideologiczne ich patronów. Komisja przyjęła następującehistoryczne, etyczne i polityczne – kryteria zdatności danej osoby do bycia patronem ulicy: prześladowania mniejszości, stosunek do dyktatury, militaryzm, nacjonalizm, szowinizm, kolonializm, antysemityzm. Członkowie partii narodowosocjalistycznej lub innej organizacji tamtej epoki, mieli – mimo swoich zasług na polu nauki, kultury, techniki czy gospodarki – małe szanse na utrzymanie się jako patroni, no, chyba, że poza płaceniem składek, w partii się nie udzielali.

Członek Rady Miasta Johann Jacob Renner, który posiadał swoją ulicę od 1888 roku, do NSDAP wstąpić nie zdążył, ponieważ żył na przełomie XVI i XVII wieku, jednak stracił patronat z powodu swojego „wrogiego nastawienia do kobiet”. W niektórych przypadkach komisja zaleciła wyjście kompromisowe: pozostawienie dawnej nazwy, a jednocześnie umieszczenie obok tablicy informującej o grzechach patrona. Na przykład prawnik, humanista Ulrich Zasius (1461-1535), mający zasługi jako twórca prawa miejskiego dla Fryburga, został napiętnowany za to, że zawierało ono przepisy niekorzystne dla Żydów. Mieszkaniec Fryburga dowie się, że pisarz i historyk Ernst Moritz Arndt (1769-1860) był „wrogiem Francuzów i Żydów”. Zabłąkany na Johann-Gottlieb–Fichte-Straße turysta zostanie poinformowany, że ów Fichte (1762-1814) to „nacjonalistyczny filozof i zaprzysięgły wróg Francji”. Na ulicy Gustava Freytaga (1816-1895) zawiśnie tablica z informacją, że pisarz „upowszechniał antyżydowskie i antypolskie stereotypy”. Przechodzień spacerujący ulicą Heinricha Hansjakoba (1837-1916), katolickiego księdza i pisarza, dowie się, że występował on przeciwko „żydowskiemu kapitalizmowi“. Noblista Gerhart Hauptmann (1862-1946) swoją ulicę szczęśliwie zachowa, ale teraz każdy mieszkaniec Fryburga będzie wiedział, że „sympatyzował z narodowym socjalizmem”. Pozostawiono też ulicę Karola Linneusza (1707-1778), zalecając jednocześnie umieszczenie tablicy z informacją, iż szwedzki uczony był, niestety, „zwolennikiem biologistycznie uzasadnionej hierarchii płci oraz doktryn rasowych”.

Nie trzeba chyba dodawać, że na miejsce starych patronów przychodzą nowi, tym razem nieskazitelni demokraci reprezentujący antynacjonalizm, antymilitaryzm, antykolonializm itd.

* * *

 Huh, ya’ think it’s funny

Turnin’ rebellion into money.

(The Clash)

* * *

Mówiło się kiedyś, że Unia Europejska ma na celu zeuropeizowanie Niemiec, okiełznanie ich siły europejską konstrukcją polityczną. Tymczasem powstała– jak zewsząd słychać – Unia Euroniemiecka. Chciano wyeliminować zagrożenie ze strony Niemiec, a tu przykra niespodzianka: Niemcom udało się Unię przekształcić w, powolne im, narzędzie realizacji narodowych celów i interesów. Niemcy nazwały się po prostu Unią Europejską i rządzą całą Europą. Bodajże w 2013 roku późniejszy minister spraw zagranicznych prof. Jacek Czaputowicz ironizował, że posłów do niemieckiego parlamentu powinni wybierać wszyscy Europejczycy, ponieważ to Bundestag decyduje o sprawach całej Europy. Z kolei Marine Le Pen w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej ujawniła wstydliwą tajemnicę, że prezydent Francji jest dziś wicekanclerzem Niemiec.

W rządzie Berlusconiego ministrem spraw zagranicznych był niejaki Antonio Martini; oświadczył on kiedyś bez ogródek, że Unia Europejska miała być środkiem do europeizacji Niemiec, a tymczasem stała się instrumentem germanizacji Europy. Co ciekawe, po tej odważnej diagnozie Martini nie wezwał innych krajów europejskich, aby wspólnie z Włochami natychmiast opuściły Unię Europejską, co położyłoby kres procesowi germanizacji Europy. Cóż za niekonsekwencja!

W tygodniku „Myśl Polska”, nr 7-8 (10-17.02.2019) – nazwisko autora/autorki tej opinii wypadło mi z pamięci – przeczytałem, że Niemcy „czekają na moment, kiedy będą mogli znowu przystąpić do realizacji swoich 1000-letnich marzeń o budowie ogólnoeuropejskiego Reichu”. Jednym ze sposobów na realizację tego „tysiącletniego marzenia” okazała się europejska unia walutowa. Przed jej stworzeniem przewidywano, że okiełzna siłę marki niemieckiej, jednak dzisiaj okazuje się – jak zewsząd słyszę – że to Niemcy są największymi beneficjentami unii walutowej. Stało się więc dokładnie to samo, co w przypadku Unii Europejskiej: Niemcy uczyniły wspólną walutę instrumentem geofinansowym umożliwiającym zdominowanie Europy. I tym razem członkowie elit politycznych Francji, Włoch, Hiszpanii, Grecji, Portugalii dali się sprytnym Niemcom przerobić jak dzieci, by potem jedynie bezsilnie się przypatrywać, jak ci realizują swój plan zapanowania nad Europą. Widać stąd, że niemiecka elita polityczna o głowę, albo i dwie, przerasta elity innych państw europejskich, i będzie rzeczą niezwykle trudną a nawet niemożliwą, pokonanie tak wytrawnych graczy. Tak czy inaczej, jedynym sposobem na pozbawienie Niemiec przewagi, wynikającej z istnienia unii walutowej, byłaby jej likwidacja, jednak, dziwnym trafem, eksploatowani przez Niemców jej członkowie wcale się do tego nie kwapią. Kolejna, niewytłumaczalna niekonsekwencja. Jedyne wyjaśnienie to takie, że gdyby zechcieli wystąpić z unii walutowej, to interwencja armii „IV Rzeszy” byłaby pewna.

Dla bardzo wielu Polaków niemiecka hegemonia w Europie jest psychologicznie trudna do zniesienia, bo przecież od 1939 roku, robiliśmy wszystko co możliwe, aby temu zapobiec. Niestety, daremnie. Niemcy – tym razem bez użycia czołgów i samolotów, podbili cały kontynent, tworząc „IV Rzeszę”, którą dla niepoznaki nazwali „Unią Europejską”. Czy zatem, biorąc pod uwagę położenie geopolityczne Polski, sąsiadującej z hegemonem Europy, realizm polityczny nie nakazywałby przyjęcia bardziej ugodowego kursu wobec takiego mocarstwa ?

W obecnych warunkach musiałoby to oznaczać porzucenie w publicystyce dotyczącej Niemiec i Niemców „emocjonalnej grafomanii” (kapitalne sformułowanie Małgorzaty Szpakowskiej) oraz rezygnację z prowadzenia, częstokroć histerycznych, kampanii propagandowych zagrzewających do antyniemieckiej „insurekcji”. Wprawdzie na razie możliwa jest tylko „insurekcja” psychologiczno-werbalno-symboliczna („ujadanie na Szwaba”) , jednakże stałe podsycanie nastrojów „powstańczych” może w dalszej przyszłości zaowocować rzeczywistą narodową katastrofą. Dlatego obowiązkiem politycznych realistów jest wylewanie na rozpalone głowy naszych antyniemieckich zagorzalców kubłów zimnej wody, czyli uparte przypominanie o rachunku sił. Nie wolno dopuścić do tego, aby zyskali w przyszłości szansę dopisania jeszcze jednego rozdziału do „dziejów głupoty w Polsce”.

* * *

Wspólne dobro – dobro tych, którzy używają wyrażenia „wspólne dobro” (Lou Rollins)

Kobieta zaprotestowała, mówiąc: „Oczywiście, że była to słuszna wojna. Mój syn na niej poległ” (Khalil Gibran)

* * *

Na portalu wpolityce.pl przeczytałem rozmowę z prof. Bogumiłem Grottem, przeprowadzoną z okazji wydania, opracowanej przezeń, książki Przedhitlerowskie korzenie nazizmu, czyli dusza niemiecka w świetle filozofii i religioznawstwa zawierającej dwie rozprawy: Bogdana Suchodolskiego Dusza niemiecka w świetle filozofii oraz Leona Halbana Mistyczne podstawy narodowego socjalizmu. W rozmowie prof. Grott stwierdza, że Niemcy nie zostały, niestety, głębiej przeorane przez idee Oświecenia oraz ideową spuściznę rewolucji francuskiej, toteż nacjonalizm niemiecki nie umarł i ciągle jest groźny. Całą nadzieję pokłada prof. Grott w masowej imigracji, która oznaczamieszanie się ludności napływowej z autochtonami”, co może doprowadzić do powstania nowego pod względem kulturowym społeczeństwa i do „zatarcia dawnej niemieckości”. Chodzi o to, aby „powstał jakiś amalgamat, w którym rozpłynie się germanizm”.

Prof. Grott nie jest specjalnie oryginalny, gdyż ta koncepcja liczy sobie już lat prawie osiemdziesiąt, a jako pierwszy zgłosił ją publicznie prof. Earnest Albert Hooton, amerykański antropolog, rasolog, somatolog i eugenik wykładający od 1913 roku na Uniwersytecie Harvarda. W styczniu 1943 r. nowojorska progresywna gazeta „PM” zadała kilku znanym osobistościom pytanie „What are we going to do with the Germans?” Redakcja zwróciła się m.in. do Dorothy Thompson, Alberta Einsteina, Franza Boasa oraz właśnie do Earnesta Hootona, który przedstawił amerykańskiej publiczności swój prywatny autorski pomysł na urządzenie stosunków społecznych w Niemczech po zakończeniu wojny. Zaproponował, żeby 10-20 milionów niemieckich mężczyzn przymusowo wysiedlić z Niemiec do krajów wcześniej okupowanych i tam skierować do pracy przymusowej, a jednocześnie na terytorium Niemiec osiedlić możliwie wielu imigrantów, głównie młodych mężczyzn, którzy nawiązywaliby kontakty seksualne z niemieckimi kobietami. Będąc eugenikiem, Hooton chciał „złe skłonności” Niemców, uznawane przezeń za wrodzone i zakorzenione w ich biologii, usunąć redukując stopę urodzeń „czystych” Niemców poprzez krzyżowanie Niemek z przedstawicielami innych narodowości tak, aby cechy nie-germańskie weszły do puli genetycznej Niemców. Zamiast politycznej, społecznej i ideologicznej reedukacji Hooton proponował ich „genetyczną degermanizację”, czyli transformację biologiczną. Jak widać, marzyła mu się realizacja projektu rasowo-etnicznej eugeniki na całkiem sporą skalę, którego celem byłoby wyleczenie Niemców z wrodzonej agresywności, a tym samym z militaryzmu, rasizmu i nacjonalizmu.

Jeszcze bardziej radykalną propozycję niż ta wysunięta przez prof. Hootona, zgłosił bliżej nikomu nieznany, ale najwidoczniej bardzo ambitny obywatel USA Theodore Newman Kaufman, stojący na czele Amerykańskiej Federacji Pokoju (w unii personalnej był prezesem i jedynym członkiem tej organizacji). W marcu 1941 roku, zanim jeszcze USA znalazły się (formalnie) w stanie wojny z Niemcami, opublikował własnym sumptem broszurę Germany Must Perish (Niemcy muszą zginąć), w której proponował przymusowe wysterylizowanie 48 mln niemieckich mężczyzn i kobiet w wieku reprodukcyjnym, co po dwóch pokoleniach spowodowałoby według niego wymarcie narodu niemieckiego. Ot, taka nieśmiała propozycja „ostatecznego rozwiązania kwestii niemiec­kiej”.

Minister Goebbels skwapliwie wykorzystał w swojej propagandzie broszurę Kaufmana – od lipca 1941 r. kazał drukować fragmenty w prasie i odczytywać je przez radio na wszystkich kanałach. Podobno wydrukowano 5 mln egzemplarzy broszury tak, aby dotarła do szerokich mas. Podano też fałszywą informację, jakoby Kaufman jest bliskim współpracownikiem Samuela Irvinga Rosenmana, doradcy prezydenta Franklina Delano Roosevelta, sugerując w ten sposób, iż jego eksterminacyjne fantazje są oficjalnym planem Białego Domu. 24 lipca 1941 roku „Völkischer Beobachter” okłamał czytelników, dając na okładkę informację, że to sam Roosevelt domaga się sterylizacji narodu niemieckiego. Jeszcze pod koniec 1944 roku propaganda Goebbelsa używała propozycji Kaufmana jako argumentu, mającego przekonać naród niemiecki, że jeśli narodowosocjalistyczna Rzesza Niemiecka przegra wojnę, czeka go zagłada. A naród wierzył, bo niby dlaczego miał nie wierzyć propagandzie własnego rządu, wszak i dzisiaj w tzw. państwach demokratycznych miliony ludzi wierzą bezkrytycznie w to, co rządy i masowe media podają im do wierzenia. Historycy zastanawiają się niekiedy, dlaczego Niemcy z taką zaciekłością stawiali opór wrogom, mimo iż szanse na zwycięstwo malały z miesiąca na miesiąc, dlaczego trwali wiernie przy reżimie aż do samego końca. Być może dlatego, że uwierzyli, iż wrogowie zgotują im taki los, jaki zapowiadał Kaufman, a właściwie, jak mylnie sądzili – oszukani przez narodowosocjalistyczne masowe media – osobiście prezydent Roosevelt.

Należy tu przypomnieć, że ekscentryczne pomysły Kaufmana także nie były niczym oryginalnym, lecz stanowiły przetworzenie idei, jakie wylęgły się w głowie amerykańskiego pastora i pisarza, zwolennika eugeniki dr Newella Dwighta Hillisa (1858 – 1929). W opublikowanej w 1918 roku broszurze The Blot on the Kaiser’s Scutcheon (1918) w rozdziale „Judasz pośród narodów” Hillis pytał retorycznie „Czy niemieckich mężczyzn należy eksterminować?” (Must German Men Be Exterminated?). Hillis wywodził:

W czasach Tacyta Germanin był nieświadom tego, co robi, kiedy brał dzieci swoich wrogów i rozbijał ich główki o mur [motyw dziecięcych główek rozbijanych o mur będzie się pojawiał w propagandzie przez następne sto lat – TG]. Niemcy z 1914 i 1918 roku dalej bestialsko mordują dzieci, jedyna różnica polega na tym, że rzeź jest dziś dzięki naukowemu okrucieństwu bardziej wydajna i lepiej skalkulowana, aby podsycić grozę i rozprzestrzenić strach. Leopard nie zmienił swoich cętek. Grzechotnik jest większy i ma więcej trującego jadu w gruczole. Niemiecki wilk urósł; podczas gdy kiedyś rozdzierał gardła dwóch owiec, teraz może rozszarpać dziesięć jagniąt w o połowę krótszym czasie.

Cóż więc można w tej beznadziejnej sytuacji robić? Człowieka ogarnia poczucie bezsilności, kiedy widzi daremność prób ucywilizowania Niemców. Ani edukowanie, ani wychowanie nic nie dają. Stąd też wielu ludzi – twierdzi autor – czuje, że na świecie nie ma miejsca dla Niemców. Pastor Hillis wie, że te „bestie muszą zostać wygnane ze społeczeństwa”, dokładnie tak jak urzędy zdrowia starają się wytępić choroby w rodzaju tyfusu czy cholery:

 W zupełnej desperacji mężowie stanu, generałowie, dyplomaci, redaktorzy mówią obecnie wręcz o obowiązku eksterminacji narodu niemieckiego [w oryg. the duty of simply exterminating the German people – TG]. Niedługo odbędzie się spotkanie chirurgów z całego kraju, na którym będzie dyskutowany plan opierający się na prawie stanowym Indiany. To prawo upoważnia stanową radę chirurgów do zastosowania nowej bezbolesnej metody sterylizacji wobec zatwardziałych przestępców i nie rokujących nadziei na poprawę idiotów. Rezultatem tej konferencji powinien być apel o zwołanie światowej konferencji rozpatrującej możliwość sterylizacji dziesięciu milionów żołnierzy i oddzielenie ich kobiet tak, że kiedy to pokolenie Niemców przeminie, cywilizowane miasta, państwa i rasy pozbędą się tego strasznego raka, którego należy wyciąć z ciała społecznego.

Kiedy dziesięć milionów niemieckich żołnierzy zostanie bezboleśnie wysterylizowanych, narodowi niemieckiemu trzeba pozwolić, żeby wymarł. Mamy tu, zarysowany w pełnej krasie, ideał eugeniczny dla całej ludzkości – jej uszlachetnienie poprzez oczyszczenie z Niemców.

Oczywiście, radykalne metody „Endlösung der deutschen Frage” zaproponowane przez Hillisa i Kaufmana były trudne, choćby ze względów praktycznych, do zrealizowania, ale pojawiły się też propozycje bardziej umiarkowane np. amerykańskiego prawnika Louisa Nizera, który w broszurze zatytułowanej What to do with Germany (1943) zgadzał się z poglądem, że sterylizacja Niemców byłaby najbardziej skutecznym rozwiązaniem, na które w pełni zasłużyli, jednakże stoją temu na przeszkodzie względy etyczne. Nizer odrzucił także propozycję prof. Hootona, ponieważ opiera się ona na błędnych doktrynach rasowych. Cóż zatem pozostaje? Oprócz reedukacji i zmiany mentalności Niemców, przede wszystkim „gospodarcze rozbrojenie” Niemiec, czyli demontaż wszystkich fabryk i maszyn produkujących materiały wojskowe. Przemysł maszynowy, stalownie, elektrownie i ważne „przemysły ciężkie” powinny zostać zniszczone lub wyłączone spod niemieckiej kontroli. Również sekretarz skarbu USA Henry Morgenthau sugerował dezindustrializację i reagraryzację Niemiec – jego sugestie na temat powojennej polityki wobec Niemiec wyciekły w sierpniu 1944 roku a propaganda Goebbelsa nie omieszkała ich nagłośnić przedstawiając „plan” jako środek do „zagłodzenia 30 mln Niemców”.

Wystarczyłoby zrealizować pomysły Nizera i Morgenthau`a a potężne gospodarczo Niemcy stałyby się krajem rolniczo-pasterskim. Gdyby tak potoczyła się historia, nie mielibyśmy dzisiaj żadnych problemów z niemiecką dominacją nad Europą – niemieccy rolnicy raczej by nie zbudowali nowej „Mitteleuropy”, Unii Euroniemieckiej, nie mówiąc już o pangermańskiej „IV Rzeszy”. To my bylibyśmy dominowali nad Niemcami, a nie oni nad nami. W Niemczech działałoby duże „stronnictwo polskie” i nasza dobrze rozbudowana agentura a niemieckie kręgi patriotyczno-niepodległościowe nie ustawałyby w protestowaniu przeciwko „dyktatowi Warszawy”, atakowaniu „polskich gazet dla Niemców” i „niemieckojęzycznych mediów znajdujących się w rękach polskich właścicieli”. Najbardziej zapalczywe grupki niepodległościowej opozycji wzywałyby do „powstania z kolan” i zrzucenia jarzma „polsko-francuskiego kondominium”. Czyż to nie piękna, przynosząca pocieszenie, alternatywna historia Polski?

Tomasz Gabiś



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»