TOMASZ GABIŚ
O EKSPANSJI ANGIELSZCZYZNY, PRZEKŁADZIE KULTURY NARCYZMU CHRISTOPHERA LASCHA, STARYM KRECIE ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH
Niektórzy sądzą, że rewicy i plawicy nie można pomyrić. To całkowicie nieplawdziwy pogrąd! (Ernst Jandl)
Poeta, tłumacz literatury angielskiej i amerykańskiej Michał Kłobukowski mówił: „Coraz więcej języków na świecie, w tym także polski, ulega zapapraniu przez angielski. Wielu młodych Polaków, zwłaszcza w potocznej rozmowie, raz po raz wtrąca słowa angielskie lub kalki z angielskiego. Już prawie wszyscy przeszli na angielskie następstwo czasów i bardzo się dziwią, kiedy im się mówi, że można inaczej. Nie wiem, jak poloniści w szkołach podstawowych objaśniają zasadę podmiotu domyślnego. Sądząc po efektach, pewnie sami już jej nie znają. Ja w swoich przekładach staram się słów angielskich nie zostawiać, a stosować składniowych anglutów sumienie mi nie pozwala” (zob. Zofia Zaleska, Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016).
Kilka lat wcześniej na łamach „Rzeczpospolitej” Teresa Stylińska w artykule Śmietnik polski alarmowała, że coraz bardziej, pod wpływem angielszczyzny, rozrasta się językowy „śmietnik polski”; angielszczyzna coraz mocniej wnika do języka polskiego, przebiera się w polskie szaty i wypiera stare, dobre słowa np. „prezydent” zastąpił „przewodniczącego” („prezesa”). Proces ten – podkreślmy za Stylińską – jest czymś całkowicie odmiennym od świadomego adaptowanie słów, których nam brakuje.
W rozmaitych strukturach administracyjnych od dawna już istnieje stanowisko „oficera prasowego”, a od pewnego czasu także „oficera rowerowego”. Całkiem niedawno pojawił się „oficer równości” – ci, którzy z „urzędnika” zrobili „oficera”, w tym akurat przypadku postąpili słusznie, ponieważ „równość” może zapanować tylko w społeczeństwie zorganizowanym na zasadach wojskowych – dryl, musztra, rozkaz, dyscyplina, posłuch.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat oszałamiającą karierę zrobił czasownik „dedykować” i jego pochodne. Niedawno przeczytać mogliśmy chociażby wypowiedź nowego ministra zdrowia: „Teraz zmieniamy charakter naszego reagowania, odchodzimy od środków stosowanych w ujęciu ogólnokrajowym, na rzecz środków dedykowanych do regionów, dostosowane do skali zjawiska” (za portalem wpolityce.pl). „Dedykowane do regionów” – podziwiajmy wkład ministra we wzbogacanie polszczyzny. W różnych kontekstach można przeczytać, że coś tam miało nie „imponujące”, „ogromne”, „kolosalne” rozmiary, ale „epickie” (ang. epic), albo że coś „ma dla systemu krytyczne znaczenie” (ang.critical – „kluczowe”, „zasadnicze”). Przykłady tego typu można mnożyć.
Od czasu opublikowania artykułu Stylińskiej minęło dziesięć lat i sytuacja językowa z roku na rok się pogarsza. Zalewają nas barbaryzmy: Znana piosenkarka urządziła baby shower; Ponad 33% przedsiębiorstw uważa, że cloud computing im pomógł ; Sektor automotive dobrze sobie radzi; Przyszłością branży jest omnichannel; Kanclerz Merkel jest zwolenniczką austerity; Urzędy i sądy zaopatrują się w mini shieldy; Mam nadzieję, że Kowalski to playmaker; Nadchodzi gamechanger tej kampanii wyborczej; Coraz więcej ludzi wybiera coliving; Nie można lekceważyć employer branding; W ofercie Tauronu pojawia się coraz więcej rozwiązań dotyczących smart city i smart home; Agencja aktywnie włącza się w rozwój branży offshore itd. itp.
Na pierwszej stronie dziennika „Rzeczpospolita” mogliśmy przeczytać: „Niedozwolone tax free urzędników”. Z kolei były prezydent Platformy Obywatelskiej w wywiadzie dla weekly magazine „Polityka” powiedział: „To powód niepewności, czy ten geograficzny wschód to nie jest zbyt duży hazard dla Europy rozumianej jako kontynent wolności”. „Zbyt duży hazard”, cóż to może znaczyć? W Brukseli i w Strasburgu wśród tamtejszych unijnych polityków roi się zapewne nie tylko od politycznych hazardzistów, ale także od namiętnych miłośników ruletki i pokera, ale o jakim hazardzie mówił prezydent? Jakim cudem „geograficzny wschód” może być „hazardem”? No tak, najwidoczniej były prezydent zapomniał, że istnieje stare, dobre polskie słowo „ryzyko” (ang. hazard). Przechodząc ulicą przyglądam się przez chwilę wyświetlanemu za sklepową szybą filmikowi poruszającemu jakieś ważkie sprawy społeczne, pojawiają się w nim napisy, coś w rodzaju „miłość i bliskość a nie terror”. Jaki terror? Gdzie tu terroryści? Domyślam się w końcu, że autorzy filmiku w miejsce polskiego „strachu” czy „przerażenia” dali angielski „terror”. Czekam na konduktora, który zapyta: „Jaka jest destynacja Pańskiej podróży?”
Stylińska zwracała w swoim artykule uwagę m.in. na fakt , że coraz częściej nazwiska rosyjskie, bułgarskie, greckie, arabskie – wszystkie, które w oryginale pisane są innym niż łaciński alfabetem, podaje się często nie w polskiej transkrypcji, jak każą reguły przekładania nazw i nazwisk z alfabetów niełacińskich, lecz w transkrypcji angielskiej. Dobitny wyraz językowego niechlujstwa i umysłowego lenistwa. Co mnie osobiście doprowadza do szewskiej pasji, to wzorowanie się na angielskiej ortografii i pisanie od dużej litery wyrazów w tytułach np. utworów muzycznych.
Wspomnieć w końcu należy o całkowicie bezsensownym nadawaniu angielskich nazw rozmaitym miejscom, imprezom, instytucjom. Zawsze dziwiło mnie, dlaczego po szynach mkną pociągi InterCity, dlaczego Wielkie Święto Książki reklamuje się jako Big Book Festival? W jakim celu przegląd filmów dokumentalnych nazwano Millenium Docs Against Gravity? Czytam, że otwarto galerię z kolekcją rekwizytów i kostiumów filmowych nazywającą się Movie Gate. Ogłoszenie z gazety: „Koncert w ramach wrocławskiego Vertigo Summer Blues Festival odbędzie się w Hotel The Bridge MGallery”. Trudno o lepsze przykłady prowincjonalizmu .
W Polskiej Lidze Futbolu Amerykańskiego grają takie kluby jak: Panthers Wrocław, Falcons Tychy, Seahawks Gdynia, Green Ducks Radom, Barbarians Koszalin, Jaguars Kąty Wrocławskie, Kings Kraków. Organizatorzy, działacze i gracze wyobrażają sobie niechybnie, że grając w futbol amerykański automatycznie niejako znajdują się – wprawdzie tylko symbolicznie – wśród drużyn grających w lidze amerykańskiej. A kiedy ktoś wyobraża sobie, że gra w lidze amerykańskiej, to nie może nazywać się po prostu Pantery Wrocław, Sokoły Tychy czy Jaguary Kąty Wrocławskie, boć przecież takich obcych nazw nikt by w USA nie zrozumiał, gdyby wymieniono je w FoxNews.
We Wrocławiu mamy istne zatrzęsienie anglojęzycznych nazw kawiarni, sklepów, knajp, budynków. Wyróżnia się spośród nich Sky Tower – nazwa górującego nad miastem drapacza chmur wzniesionego przez bankiera Leszka Czarneckiego. Jednak w tym akurat przypadku pusta anglojęzyczna etykieta jest całkowicie na miejscu – nazwa „Niebiańska Wieża”, a zwłaszcza „Niebiańska”, byłaby wysoce niestosowna dla, przeniesionej nad Odrę wprost z Dubaju, zaburzającej sylwetę miasta, koszmarnej czarnej rury, przy której wieża Mordoru to szczytowe osiągnięcie architektoniczne. Rzec można, że jest to architektoniczna, estetyczna, społeczna nicość rzucona w górę i zastygła w niemym wrzasku.
Dodajmy, że wrocławska ulica trafnie określiła tę monstrualną budowlę jako „ku…s Czarneckiego”.
* * *
Podlega dyskusji. Eseje Christophera Hitchensa (przełożył Radosław Madejski, Sonia Draga, Katowice 2017) to książka dość opasła, na szczęście sam ją sobie ścieniłem, jedynie kartkując większość esejów na tematy społeczno-polityczne, których powierzchowność nie dziwi u kogoś, kto miał nadzieję, że „globalny kapitalizm” doprowadzi do realizacji ideałów marksizmu, trockizmu i socjalizmu (oczywiście, że doprowadzi, jednak cieszyć się ma z czego). Natomiast z prawdziwą przyjemnością przeczytałem jego eseje na temat literatury i kultury anglosaskiej.
Z okładkowej notki, we współczesnej polszczyźnie nazywanej „blurbem”, dowiadujemy się, że Hitchens opisuje m.in. „ustawiczną agonię antysemityzmu i dżihadu”. Ktoś w wydawnictwie Sonia Draga przetłumaczył oryginalnego „blurba”, w którym użyto sformułowania persistent agonies of anti-Semitism and Jihad. Ponieważ liczba mnoga jakoś mu nie pasowała, bo jakby to brzmiało „ustawiczne agonie antysemityzmu i dżihadu”, więc zamienił ją na pojedynczą. Agony w angielskim, „agonia” w polskim to typowi „fałszywi przyjaciele” tłumaczy. Oczywiste jest, że Hitchens nie opisuje „ustawicznej agonii antysemityzmu i dżihadu”, lecz „stale powtarzające się paroksyzmy antysemityzmu i dżihadu”.
* * *
Osiągnięcie przez angloamerykańszczyznę statusu języka międzynarodowego, sprawiło, że słabną bodźce do poznawania innych języków europejskich. Zdarzyło mi się kiedyś czytać obszerny artykuł w poważnym kwartalniku na temat europejskiej unii walutowej. Mimo iż dwoma najważniejszymi państwami w tej unii są Niemcy i Francja, mimo iż w krajach tych ukazało się wiele książek, artykułów naukowych i publicystycznych na ten temat, to we wspomnianym artykule cytowane były wyłącznie prace w języku angielskim. Oczywista oznaka, że autor nie zna ani francuskiego, ani niemieckiego.
Pół wieku temu ubolewał Jarosław Iwaszkiewicz: „Oczywiście znajomość języka francuskiego po ostatniej wojnie zmalała u nas znacznie. Dotkliwie się to odczuwa w młodszym pokoleniu. Koledzy francuscy mojego wnuka w długiej podróży po Polsce (obracali się w środowisku młodzieży) natknęli się pierwszy raz na znajomość francuskiego w moim domu, gdzie zaczęli rozmawiać ze starymi. Przestarzały sposób – tak gorzko wyśmiany niedawno przez jednego z żółtodziobych polonistów – sprowadzania do domów wychowawczyń z obcym językiem należy do minionej przeszłości. Jakiś jednak sposób uczenia języków obcych musi się znaleźć. I Boy, i inni bardzo wiele tłumaczyli z francuskiego – ale to znajomości języka nie zastąpi”. (Iwaszkiewicz, Ludzie i książki, Książka i Wiedza, Warszawa 1971, s. 255).
Na szczęście nadal swoje trudne rzemiosło uprawiają znakomici tłumacze z języka francuskiego np. Renata Lis, której zasługą było to, że lektura Ameryki Jeana Baudrillarda (Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2011) mogła stać się niegdyś dla mnie lekturą wciągającą, by nie powiedzieć upajającą, ba, narkotyczną wręcz.
Na zabawną pomyłkę natknąłem się czytając w jej przekładzie Rozmowy przed końcem – (z Jeanem Baudrillardem rozmawia Philippe Petit, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001). W przypisie na stronie 54 Renata Lis wyjaśnia, że Roger Garaudy skazany został [przez niezawisły sąd – TG] na grzywnę w wysokości 240 tys. franków (ok. 40 tys. dolarów): „Do procesu doszło po tym, jak rewizjonistyczne wydawnictwo La Vieille Taupe (czyli z grubsza – Stary Babsztyl) w 1996 roku wydało jego książkę Les mythes fondateurs de la politique israélienne (Mity założycielskie polityki izraelskiej)”.
Tłumaczka nazwę wydawnictwa przełożyła w znaczeniu przenośnym, podczas gdy należało podać je w brzmieniu dosłownym, gdyż chodzi o wydawnictwo Stary Kret – zwierzątko, które pojawia się w Hamlecie (akt 1, scena piąta) – Hamlet zwraca się do Ducha: „Ha, stary krecie, tak szybko w ziemi pracujesz? Wyborny z ciebie minier”. Przez następne dwa wieki stary kret rył pod ziemią aż dotarł do Wykładów z filozofii dziejów i Wykładów z historii filozofii Hegla, potem na krótko zatrzymał się w Epilogu do roku 1849 Aleksandra Herzena , by wreszcie tryumfalnie zagościć w 18 Brumaire‘a Ludwika Bonaparte Karola Marksa: „Ale rewolucja jest gruntowna, (…) robotę swoją wykonuje metodycznie. (…) A gdy dokona tej drugiej połowy swej pracy przedwstępnej, Europa zerwie się ze swego miejsca i zawoła triumfująco: »dzielnie ryłeś, stary krecie!«”. W 1917 roku Róża Luxemburżanka uczyni go tytułowym bohaterem swojego artykułu opublikowanego w komunistycznym piśmie „Spartacus“. W następnych dziesięcioleciach Stary Kret wędrował sobie tylko znanymi podziemnymi korytarzami, aż zawędrował do Paryża, gdzie bardzo aktywnie działała ultralewicowa grupa Socialisme ou Barbarie (Socjalizm albo Barbarzyństwo), do której – obok Castoriadisa, Leforta, Morina i Lyotarda – należał Pierre Guillaume. Kiedy w 1963 roku w grupie doszło do rozłamu, przyłączył się on do rozłamowców skupionych wokół czasopisma „Pouvoir ouvrier” (Władza robotników), a w 1965 roku założył księgarnię La Vieille Taupe (Stary Kret), funkcjonującą do 1972 roku. W siedem lat później powołał do życia wydawnictwo La Vieille Taupe; dołączył do niego m.in. Alaine Guionnet, wcześniej kierujący ultralewicową grupką Oser lutter, oser vaincre! (Odważ się walczyć, odważ się zwyciężyć!). I to Stary Kret a nie Stary Babsztyl (taka nazwa byłaby absolutnie nie do przyjęcia dla lewicy) wydał wspomnianą pracę Garaudy`ego oraz inne obrazoburcze pozycje np. wznowienie Le Mensonge d’Ulysse (I.wyd.1950) autorstwa anarchopacyfisty i socjalisty Paula Rassiniera oraz Vérité historique ou vérité politique ? Le dossier de l’affaire Faurisson. La question des chambres à gaz innego przedstawiciela radykalnej lewicy Serge`a Thiona.
Peter Sloterdijk nazywa kreta „totemicznym zwierzęciem lewicy”, które obecnie utraciło swoje polityczne znaczenie, a komunistyczny filozof Antonio Negri idzie nawet w swej zdradzie kreta tak daleko, że „deleguje je do innego obozu politycznego. Znowu wyłania się kret myślenia reakcyjnego” (zob. Sloterdijk, Gniew i czas. Esej psychologiczno-polityczny, przeł. Arkadiusz Żychliński, Wydawnictwo Naukowe „Scholar”, Warszawa 2011, s.212). Serdecznie witamy Starego Kreta w naszym obozie! Bierzcie się do kreciej roboty reakcyjni podkopnicy!
Á propos Sloterdijka, to wyznaję szczerze, że lektura polskiego tłumaczenia grubej Krytyki cynicznego rozumu znużyła mnie w swoim czasie doszczętnie, takie to ciężkie było – brnąłem i brnąłem coraz bardziej zmęczony i zdaje się , że do końca nie dobrnąłem. Dopiero później przekonałem się, że styl Sloterdijka cechuje pewna nie-niemiecka lekkość, że nadaje on niemczyźnie swoistą taneczność, igra pojęciami i słowami, bawi się paradoksami, metaforami i odwróceniami ustalonych znaczeń, zachowując jednocześnie, rzecz prosta, ścisły rygor wywodu filozoficznego. Źródłem jest zapewne jego frankofilia.
Jedyne co mnie nieco poirytowało w przekładzie Żychlińskiego to to, że zakorzenione (sprawdziłem w moim słowniku Das Deutsche Wort sprzed prawie stu lat) w języku niemieckim słowo militant („bojowy”, „wojowniczy”, „wojujący”, „agresywny”, „radykalny” itp.) oddaje jako „militantny” np. „militantny islam”. Nigdy wcześniej takiego wyrazu w polskiej literaturze nie spotkałem. Nie rozumiem, jaki sens ma wprowadzanie do polszczyzny neologizmu, który w żadnej mierze jej nie wzbogaca; no i do tego zbitka trzech spółgłosek „ntn”, jakoś mi to zupełnie do ucha nie wpada. Natomiast spodobało mi się użycie przez Żychlińskiego takich pięknych słów jak „decymacja”, „inchoatywny”, „indygnacja”, „gniewliwiec”.
* * *
Trzeba przyznać, że tłumacze mają niekiedy dość niezwykłe pomysły. Na przykład Andrzej Kopacki i Adam Lipszyc w przekładach tekstów Waltera Benjamina („Literatura na Świecie” 2011 nr 5-6) niemieckie Trauerspiel „transkrybują” na „trauerszpil” – Alegoria i trauerszpil, Znaczenie języka w trauerszpilu i tragedii. Przyszło mi do głowy, że to może jakieś nawiązanie do jidysz, w którym wszak mamy purim-szpil czy kinder-szpil, a ponieważ Trauer to w jidysz trojer, tytuły tekstów Benjamina brzmiałyby Alegoria i trojerszpil oraz Znaczenie języka w trojerszpilu i tragedii. No nie, chyba jednak nie.
* * *
Stanisław Barańczak należy do uznanych tłumaczy literatury angielskiej, w tym dramatów Szekspira. Jak pamiętamy, w Makbecie (akt IV, scena 1) wiedźmy gotują swój diabelski wywar. W tłumaczeniu Barańczaka trzecia wiedźma wrzuca do kotła m.in. „płat wątroby bezbożnika” (Makbet, Wydawnictwo Znak, Kraków 2000, s. 98). Józef Paszkowski tłumaczy to jako „język bluźniącego Żyda“. W oryginale mamy „wątrobę bluźniącego Żyda” – liver of blaspheming Jew. Barańczak, powodowany zapewne szlachetnymi intencjami, żeby nie „budzić demonów antysemityzmu”, wyrzucił „Żyda” zastępując go bliżej nieokreślonym „bezbożnikiem”. Wykastrować w imię politycznej poprawności tekst Szekspira? Tego się doprawdy po Barańczaku nie spodziewałem.
* * *
„Natomiast w tej chwili, po pierwsze – pośpiech jest wszechobecny, a po drugie – wszyscy tłumaczą. Za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś gazeta znowu zwolniła dwieście osób, myślę: no tak, teraz połowa z nich pójdzie tłumaczyć z angielskiego, bo uważają, że potrafią, a co gorsza, większość wydawców też tak uważa. (…) Dziś jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem z łapanki” (Michał Kłobukowski).
Powyższą opinię wybitnego tłumacza dedykuję (w starym znaczeniu tego słowa) tłumaczom i redaktorom książki Christophera Lascha Kultura narcyzmu. Amerykańskie życie w czasach malejących oczekiwań (przełożyli Grzegorz Ptaszek i Aleksander Skrzypek, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2015) pozwalając sobie – jako zwykły czytelnik i znający angielski na tyle, na ile znać go powinien każdy polski inteligent – na wyrażenie drobnych wątpliwości co do kilku wybranych przez tłumaczy wersji przekładu.
Dlaczego mamy w tłumaczeniu „ścisłe przestrzeganie szabatu” (s. 137), skoro nie chodzi o Żydów. Strict observance of the Sabbath to u Lascha (Culture of Narcissism, W.W. Norton&Company, New York – London 1991, s.111) „ścisłe przestrzeganie niedzieli”. Jeden z podrozdziałów nosi tytuł From „Self-Culture” to Self-Promotion through „Winning Images”, co tłumacze błędnie przekładają jako „Od »kultury jaźni« przez »wyobrażenie o zwycięstwie« do autopromocji”. Powinno być: „Od »kultury jaźni« do autopromocji za pomocą »wyobrażenie o zwycięstwie«”. Poza tym, czy aby na pewno self-culture to „kultura jaźni”? „Kulturze ja(źni)” odpowiada culture of self, natomiast self-culture oznacza podejmowane własnym wysiłkiem samodzielne przyswajanie wartości kulturalnych.
„Potępiając spekulację i rozrzutność, podtrzymując znaczenie »przemysłu pacjenta«, zachęcając młodzież do startu zawodowego…” (s.84). W oryginale (s.57) czytamy: In condemning speculation and extravagance, in upholding the importance of patient industry, in urging the young men to start at the bottom. Z patient industry, czyli „cierpliwej pilności” (wytrwałości, pracowitości itp.) tłumacze zrobili „przemysł pacjenta”, a dodatkowo w przypisie wyjaśnili, co to jest ów zagadkowy „przemysł pacjenta”: „Autor ma na myśli usługi terapeutyczne”.
„Sukces pojawił się jako koniec sam w sobie” (s.85) „Koniec sam w sobie”? Czyżby tłumacze zapomnieli, że end to także „cel”? Zresztą całe zdanie jest bezsensowne z kompletnie poplątaną składnią: „Teraz sukces pojawił się jako koniec sam w sobie, zwycięstwo nad rywalami, którzy zachowali zdolność do wpajania sensu samoakceptacji”. W oryginale czytamy: Now success appeared as an end in its own right, the victory over your competitors that alone retained the capacity to instill a sense of self-approval (s.59). Czyli na przykład: „Teraz sukces jawił jako cel sam w sobie, zwycięstwo nad rywalami, które jako jedyne zachowało zdolność, by wzbudzić poczucie samoakceptacji”.
William Philips i Philip Rahv to według tłumaczy „dwaj krytycy literatury marksistowskiej” (s. 118). Nawet nie zaglądając do oryginału domyślamy się, że chodzi o „marksistowskich krytyków literackich”, bo takowymi byli redaktorzy komunistyczno-trockistowskiego „Partisan Review” .
Z polskiego wydania książki Lascha dowiadujemy się, że w latach sześćdziesiątych biali radykałowie przejęli od Murzynów slogan „Do góry, na mur, pokonać skurwysyna” (s.94). Co to u licha znaczy? Dlaczego „do góry”? Na jaki „mur”? I jakiego to „skurwysyna” należy pokonać? Mający swoją genezę i historię slogan (zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Up_Against_the_Wall_Motherfucker) znaczy tyle co „Pod ścianę matkojebco”. Hasło to zostało „spopularyzowane przez politycznych radykałów i rzeczników jako kontrkultura”. Czyich „rzeczników”? Co to znaczy „spopularyzowane jako kontrkultura”? W oryginale mamy: Political radicals and spokesmen for counterculture. To zupełnie jasne: „spopularyzowane przez politycznych radykałów i orędowników kontr-kultury”.
„Na początku XIX wieku uczniowie zobaczyli bliski związek pomiędzy politycznym a ekonomicznym »początkiem«” (s.159). Na litość Boską, jacy uczniowie? Rzecz jasna, nie uczniowie, lecz badacze społeczeństwa, obserwatorzy życia społecznego (students of society). W oryginale czytamy: At first, the nineteenth century students of society saw a close connection between political and economic „initiation” (s.133). Tłumacze jakoś sobie połączyli at first i the nineteenth century i wyszło im „na początku XIX wieku”, podczas gdy Lasch pisze ogólnie o badaczach z XIX wieku. Zupełnie niepotrzebnie zamienili „inicjację” (initiation) na „początek”, ponieważ mowa jest właśnie o „wtajemniczeniu”, wprowadzeniu w życie polityczne i gospodarcze (zawodowe).
„O wiele później w latach czterdziestych Norman Podhoretz napisał swoje wprowadzenie do kultury literackiej z perspektywy nauczyciela, który uosabiał wszystkie ograniczenia inteligenckiej wrażliwości, a mimo to przekazał swojej studentce niezbędne rozumienie świata, będące poza jego doświadczeniem” (s.161). Toż to jakieś horrendum! Podhoretz (ur.1930) swoje wspomnienia z młodości obejmujące lata 40. Making It opublikował w 1967 roku (co zresztą podane jest w przypisie). To nie on przekazał swojej studentce niezbędne rozumienie świata, ale to jego, kilkunastoletniego wówczas ucznia, w kulturę literacką wprowadzała pewna nauczycielka: More recently, Norman Podhoretz has described his introduction to literary culture, in the 1940s, at the hands of a teacher who exemplified all the limitations of the genteel sensibility yet conveyed to her student an indispensable sense of the world beyond his experience (s.136).
Tłumacze jakby nie rozumiejąc tego, co czytają, przekładają more recently błędnie jako „o wiele później”, tymczasem kilka zdań wcześniej Lasch wspomina o książce z 1912 roku, czyli wydanej już dawno, natomiast książka Podhoretza, została opublikowana w 1967 roku, czyli „niedawno” (more recently) w stosunku do czasu, kiedy pracował nad Kulturą narcyzmu (ukazała się w 1979 roku).
Lasch napisał: In the late thirties and forties, the popularization of progressive education and of debased versions of Freudian theory brought about a reaction in favor of “permissiveness”(s.162). Jednak polski czytelnik przeczyta coś innego: „W późnych latach trzydziestych i czterdziestych popularyzacja nowoczesnej edukacji oraz deprecjonowanie teorii Freuda przyczyniły się do propagowania permisywizmu” (s.187). Skąd tu się wzięło nagle „deprecjonowanie teorii Freuda”, skoro Lasch mówi o debased versions of Freudian theory. Moim skromnym zdaniem należy to rozumieć jako „zwulgaryzowane wersje teorii Freuda”. To one oraz postępowa edukacja przyniosły reakcję na te tendencje w wychowaniu, które Lasch opisuje w poprzednim podrozdziale.
„Badacze starości (…) optymistyczni w swoim reformatorskim melioryzmie” (s. 234). W przypisie tłumacze wyjaśniają mniej wykształconemu czytelnikowi, co to jest melioryzm, mianowicie „przekonanie człowieka do tego co lepsze”. Czy należy to rozumieć w ten sposób, że badacze starości „przekonują ludzi do tego co lepsze?” Oxford Dictionary podaje: meliorism – belief that mankind tends to meliorate and that conscious human effort may further this tendency. Najwidoczniej tłumacze nie posiadają słownika albo nie chce im się do niego zajrzeć, więc samodzielnie tworzą nową definicję „melioryzmu”. Być może niezbyt uważnie odczytali hasło „melioryzm” w wikipedii: „przekonanie o naturalnym dążeniu człowieka ku dobru, ku temu co lepsze, doskonalsze”.
„Nowa klasa panująca administratorów, biurokratów, fachowców i ekspertów, która posiada kilka atrybutów właściwych wcześniej dla klasy panującej – poczucie dumy miejsca, »zwyczaj dowodzenia«, pogardę dla klas niższych – pojawiła się w taki sposób, że jej istnienie jako klasy jest często niezauważalne (s.242). „Duma miejsca” – dosłowny przekład idiomu pride of place, który z niczym się polskiemu czytelnikowi nie kojarzy – oznacza słownikowo „najwyższą pozycję w grupie czy w jakiejś hierarchii”. Ze względu na kontekst, w jakim występuje u Lascha, można by go oddać np. jako „okazywanie dumy ze swojej wysokiej pozycji”. Ewentualnie „okazywanie wyższości”. Habit of command to nie tyle „zwyczaj dowodzenia”, co raczej „nawyk rozkazywania” czy „nawyk wydawania poleceń”.
Całe zdanie: A new ruling class of administrators, bureaucrats, technicians, and experts has appeared, which retains so few of the attributes formerly associated with a ruling class – pride of place, the „habit of command”, disdain for the lower orders – that its existence as a class often goes unnoticed (s.218) przetłumaczono błędnie – nową klasę rządzącą , która się pojawiła (has appeared), cechuje właśnie to, że nie posiada atrybutów typowych dla poprzedniej klasy panującej: zachowała ich tak mało (so few) , że jej istnienie jako klasy jest często niezauważalne. Gdyby atrybuty takie jak okazywanie poczucia wyższości, zwyczaj wydawania rozkazów i poleceń czy okazywanie pogardy ludziom z warstw niższych, posiadała, to byłaby zauważalna. Tłumacze, źle rozumiejąc zdanie, musieli zapchać dziurę w treści i wymyślili, że nowa klasa „pojawiła się w taki sposób, że jej istnienie jako klasy jest często niezauważalne”. O tym, jaki to był sposób, czytelnika nie raczyli poinformować.
„Radykalna burżuazja, szukając w latach sześćdziesiątych i wczesnych latach siedemdziesiątych uwolnienia własności od jej feudalnych i merkantylnych ograniczeń..” (s.247) „Radykalna burżuazja” to coś innego niż „burżuazyjni radykałowie” jak jest w oryginale (s.223). I nie „szukając uwolnienia własności ” (w oryg. seeking ), ale „usiłując uwolnić własność od..” lub „dążąc do uwolnienia własności od..”
Lasch twierdzi, że – jak to ujęli tłumacze – „liberalizm obecnie utożsamiał się bardziej z klasami zamożnymi i kontestującymi rzeczywistość” (s.247). Występuje tu jakaś ewidentna sprzeczność, ponieważ sens całego fragmentu jest przecież odwrotny – mówi o odchodzeniu od radykalnych haseł i postulatów. Skąd więc wzięły się klasy „zamożne i kontestujące rzeczywistość”? Czyżby Lasch coś pokręcił? Nie, pokręcili tłumacze. W oryginale mamy more well-to-do and observing classes (s.223) chodzi zatem o klasy zamożne i przestrzegające (w domyśle) prawa, zasad, reguł społecznych itp. Zatem nie „kontestujące” rzeczywistość, wręcz przeciwnie, bardziej prawomyślne, godzące się na ograniczenia jakie narzuca rzeczywistość. Czyżby tłumacze omyłkowo posłużyli się antonimem słowa observing, czyli contesting ?
„Po upadku Rekonstrukcji oraz związanego z nim istotnego ożywienia idee amerykańskiego liberalizmu przestały docierać do rzemieślników, drobnych rolników i niezależnych przedsiębiorców” (s.247) Dlaczego z upadkiem Rekonstrukcji było „związane istotne ożywienie”? „Istotne ożywienie” czego? Co się stało, że rzemieślnicy, drobni rolnicy i niezależni przedsiębiorcy nie mieli już okazji do przyswajania sobie idei liberalizmu? Całe zdanie jest błędnie przetłumaczone, w oryginale czytamy bowiem: After the collapse of the reconstruction and the radical agitation associated with it, American liberalism no longer spoke for the artisan, the small farmer and the independent entrepreneur (s.223). To znaczy: „Po upadku Rekonstrukcji i związanej z nią radykalnej agitacji, amerykański liberalizm przestał przemawiać w imieniu rzemieślników, drobnych rolników i niezależnych przedsiębiorców” [ewentualnie „przestał wstawiać się za nimi” „przestał bronić ich interesów”]. „Przyczyniło się to gruntownej reformy społeczeństwa” (s.223). W oryginale mamy: It undertook to reform society from the top down. It odnosi się do liberalizmu, czyli to „liberalizm podjął odgórną [nie gruntowną] reformę społeczeństwa”. Elementami tej reformy były m.in. „profesjonalizacja służby cywilnej” oraz „potęga miasta”. „Potęga miasta” jako składnik reformy społecznej? Oryginał mówi coś zupełnie innego: break the power of the urban machine, czyli „złamanie władzy wielkomiejskiej machiny politycznej”.
Redakcja naukowa polskiego wydania informuje nas w przypisie: „Rekonstrukcja – okres w historii Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej, kiedy nastąpiła próba odbudowy państwa” (s.247). Od redakcji naukowej wymagać należałoby chyba większej dokładności. Każdy leksykon, każda encyklopedia, każdy podręcznik historii USA powie nam, że „Rekonstrukcja” to okres politycznej, społecznej i ekonomicznej „przebudowy” Południa przez Północ.
„W przemyśle zarządzanie naukowe wyparło szkołę związków międzyludzkich starając się zastąpić współpracę autorytarną kontrolą” (s.247) . W oryginale mamy coś dokładnie odwrotnego: In industry, scientific management gave way to the school of human relations, which tried to substitute cooperation for authoritarian control (s.223) – „w przemyśle zarządzanie naukowe ustąpiło miejsca szkole stosunków międzyludzkich, która próbowała zastąpić autorytarną kontrolę współpracą”.
Z sobie tylko wiadomych powodów tłumacze kilkakrotnie przekładają progressivism jako „postęp” np. The new modes of social control associated with the rise of progressivism – „nowe modele [raczej sposoby, metody] kontroli społecznej związane z rozwojem postępu” (s. 248). „Rozwój postępu”? Może jeszcze lepiej np. „postępy postępu”? American progressivism, which have successfully countered agrarian radicalism… – „Amerykański postęp, który skutecznie przeciwstawił się radykalizmowi rolniczemu” (s. 247). Tytuł jednego z podrozdziałów brzmi „Postęp a rozwój nowego paternalizmu”, podczas gdy w oryginale mamy Progressivism and the Rise of the New Paternalism.
„Te sprzeczne uczucia (…) biorą początek z poczucia bezdomności i wysiedlenia, których dzisiaj doświadcza tak wielu mężczyzn i kobiet” (s.269). „Poczucie wysiedlenia”? U Lascha są feelings of homelessness and of displacement. Zatem feeling of displacement oznacza poczucie braku zakorzenienia, poczucie wykorzenienia, wyobcowania itp. Tłumacze biorą pierwsze słownikowe znaczenie i po kłopocie. A redaktor najwyraźniej podczas redagowania tekstu został dokądś „wysiedlony” albo sam się „wysiedlił”.
Tłumacz literatury hiszpańskojęzycznej Carlos Marrodán Casas w rozmowie z Zofią Zaleską (zob. Zaleska, Przejęzyczenie…) wspomina dawne czasy: „W tamtych latach redaktor znał język oryginału, ale przede wszystkim miał czas i chęć, aby się w tekst dokładnie zagłębić. Ale i dziś nie mam złych doświadczeń z redaktorami. Dla mnie ważniejsze od znajomości oryginału jest bowiem u redaktora doskonałe ucho na wszelkie zgrzyty w polskim tłumaczeniu”. „Poczucie wysiedlenia” zgrzyta i zgrzyta, ale niestety ani tłumaczom, ani redaktorom nie zazgrzytało. Widocznie nie mieli ani czasu, ani chęci, aby się w tekst dokładnie zagłębić. Na wszelki wypadek sprawdziłem jeszcze, jak tłumacz Google`a przełożyłby feeling of displacement. Okazało się, że identycznie jak uczynili to tłumacze Kultury narcyzmu – „poczucie wysiedlenia”. Natomiast wspomniane wyżej patient industry tłumacz Google`a przełożył nie jako „przemysł pacjenta”, ale jako „przemysł pacjentów”.
* * *
Dzięki nieocenionemu Wydawnictwu Aletheia polski czytelnik otrzymał dzieło George`a Steinera Po wieży Babel. Aspekty języka i przekładu (Warszawa 2018); tłumacze tego trudnego, niezwykle gęstego treściowo dzieła Olga i Wojciech Kubińscy dokonali ogromnej pracy wznosząc się na szczyty kunsztu translatorskiego w dziedzinie eseistyki. W tym przypadku koncepcja Jerzego Jarniewicza o tłumaczu jako autorze lub tłumaczu w roli autora, znajduje swoje pełne potwierdzenie (zob. J. Jarniewicz, Przewrót pałacowy czy sukcesja? O tłumaczu w roli autora [w:] tenże, Tłumacz między innymi. Szkice o przekładach, językach i literaturze, Wrocław 2018). Steiner jest wprawdzie jedynym autorem dzieła After Babel, ale autorami Po wieży Babel są Steiner oraz Olga i Wojciech Kubińscy.
Steiner wskazuje na skutki (s.572nn), wynikające z tego, że angielski osiągnął status języka światowego, stał się „wulgatą amerykańskiej potęgi i angloamerykańskiej technologii i finansjery”, uległ umiędzynarodowieniu na skalę, jakiej nie znał żaden język w historii. Dlatego też „w wielu społeczeństwach import angielszczyzny, z jej z konieczności syntetycznym, standardowo »upakowanym« polem semantycznym, przyczynia się do erozji autonomii rodzimej mowy i kultury. Celowo czy nie, amerykańska i brytyjska angielszczyzna, dzięki rozpowszechnieniu na całym świecie, stanowi podstawowy czynnik niszczący naturalne zróżnicowanie językowe”.
Globalizacja języka angielskiego ma konsekwencje nie tylko dla innych języków, ale także dla niego samego; cytowany już Michał Kłobukowski zauważa w rozmowie z Zofią Zaleską, że angielski wdzierając się w inne języki, „ugina się pod tym brzemieniem. Przez to, że coraz więcej nie-Anglosasów mówi i pisze po angielsku, pojawia się na świecie dużo tekstów powiedzianych i napisanych złą, a co najmniej sztuczną angielszczyzną. Jeśli posłucha pani Euro News i bbc, zorientuje się pani, że w tej pierwszej stacji słychać zupełnie inny angielski, bardzo często sztywny i nienaturalny”.
Podobnie uważa Steiner: „Zewnętrzne atrybuty angielszczyzny coraz częściej opanowują użytkownicy, którym zupełnie obca jest historyczna tkanka tego języka, cały inwentarz odczuwanych moralnych, kulturowych bytów w nim osadzonych. Pejzaże doświadczenia, pola idiomatycznego, symbolicznego, wspólnotowego odniesienia nadające językowi specyficzną wagę, albo ulegają zniekształceniu w przekazie, albo gubią się całkowicie. W miarę rozprzestrzeniania się na całej kuli ziemskiej, »międzynarodowa angielszczyzna« zaczyna przypominać rozcieńczony pokost, cudownie płynny, lecz pozbawiony wyrazu”.
Język angielski stając się ogólnoświatową lingua franca i zamieniając w globish nabiera formy języka sztucznego swego rodzaju esperanta, pozbawionego historycznej i semantycznej pamięci, a jak pisze Steiner, „jedynie czas i rodzime podłoże mogą dać językowi tę współzależność formalnych i semantycznych składników, która »przekłada« kulturę na czynne życie”. Gdyby to globalne upowszechnienie angielskiego – konkluduje Steiner – osłabiło rodzimy geniusz języka, byłaby to tragicznie wysoka cena. To miał zapewne na myśli niemiecki pisarz Michael Klonovsky: „O ile inne języki zagrożone są jedynie w swoim istnieniu, o tyle angielski w swojej substancji”.
Steiner zwraca uwagę na wysiłki podejmowane przez inne wspólnoty językowe, aby przeciwstawić się anglosaskiemu zalewowi w najbardziej wrażliwym punkcie tożsamości. Inwazję franglais starają się powstrzymać Francuzi, w Niemczech słychać od czasu do czasu głosy ludzi zatroskanych ekspansją engleutsch czy też denglisch, choć tutaj przywiązanie do rodzimego języka narodowego może zostać objęte podejrzeniem „nacjonalizmu”, który prowadzi wiadomo do czego. Tak czy inaczej najwyższy czas wypowiedzieć wojnę „pidżinom” w tym także polgielskiemu. Wojna ta, jeśli będzie zwycięska, uratuje także język angielski – język Szekspira, Joyce`a i Larkina.
* * *
W ostatnich dwudziestu latach ukazało się w Polsce wiele przekładów z dziedziny politologii, głównie z języka angielskiego. Niestety, duża część z nich to pozycje, których poziom – pomijając lewicowe nachylenie – jest raczej średni. Osobiście już od początku lat 90. zeszłego wieku dopominam się o wydanie po polsku Machiavellians – Defenders of Freedom (1943) Jamesa Burnhama a także dwóch książek Cyryla N. Parkinsona – The Law and the Profits (1960) w wielce pouczający i zabawny sposób przedstawiającą historię opodatkowania (niemiecki przekład nosił tytuł Wszystko z naszych pieniędzy) oraz przede wszystkim Evolution of Political Thought (1958).
Jako politolog i historyk polityki Parkinson należał do starej, dobrej szkoły angielskiego liberalnego konserwatyzmu, który odwoływał się nie do wielkich idei, ale do common sense, wychodził od obserwacji życiowych faktów, od empirii i trzeźwego, racjonalnego oglądu rzeczywistości, a nie od teoretycznych konstrukcji. Takie „praktycystyczne” podejście niesie ze sobą rozmaite intelektualne ograniczenia, ale dobrze koryguje i „stawia na ziemi” nazbyt niekiedy abstrakcyjne i spekulatywne „wzloty myśli” spotykane w traktatach myślicieli i filozofów politycznych kontynentalnej Europy. Jeśli towarzyszy mu przy tym humor i ironiczny dystans, to książki reprezentujące ten nurt konserwatywnej politologii spełniają całkowicie stary dobry postulat, aby bawiąc uczyć lub ucząc bawić. Odnosi się to w pełni do Ewolucji myśli politycznej. Jest ona zarówno historią idei politycznych, jak i historią polityki pokazywaną nie chronologicznie, ale poprzez pryzmat ewolucji i funkcjonowania systemów oraz instytucji politycznych (arystokracja, monarchia, oligarchia, demokracja, dyktatura).
Parkinson pisze o władzy, biurokracji, rodzinie, prawie, własności, instytucjach religijnych, ale także i o tym, jak konie albo wynalazek strzemienia wpłynęły na politykę. A wszystko to oparte na bogatym materiale historycznym i etnograficznym z różnych epok i kontynentów. Dowiemy się między innymi, skąd wzięła się tendencja do deifikacji monarchów, jaką funkcję pełniły pojedynki, o związku reguł zakonnych z pisaną konstytucją, o tym dlaczego przyjaźń Aten była bardziej niebezpieczna niż ich wrogość, o wkładzie jezuitów do rozwoju teorii demokracji, o purytańskiej idei „wszyscy są równi, ale niektórzy są równiejsi”, o wpływie kazań metodystów na styl przemówień politycznych i związkowych apeli, o tym, jak na decyzje rozmaitych ciał politycznych wpływają takie czynniki jak pora dnia, czas trwania obrad, temperatura czy rodzaj wentylacji w pomieszczeniu, w którym ciała te obradują, oraz o wielu innych frapujących kwestiach. Oczywiście dowiemy się wówczas, jeśli któreś z polskich wydawnictw zechce wreszcie opublikować tę znakomitą książkę.
* * *
Diabli dykcjonarz Ambrose Bierce`a (Korporacja Ha!art, Kraków 2019) to kawał naprawdę świetnej (i zaiste twórczej pod każdym względem), roboty zarówno translatorskiej, jak i edytorskiej Mateusza Kopacza. Chyląc czoła w podziwie, pozwalam sobie zacytować kilka, stale aktualnych, haseł z dykcjonarza:
Alians. W polityce międzynarodowej: sojusz dwóch złodziei, którzy trzymają wzajemnie dłonie w swoich kieszeniach i nie są w stanie osobno ogołocić trzeciej.
Aresztowany. Przyłapany na gorącym uczynku bez kwoty odpowiedniej, żeby zadowolić policjanta.
Armia. Nieproduktywna klasa społeczna, która broni narodu marnotrawiąc wszystko, co może skłonić przeciwnika do najazdu.
Demagog. Przeciwnik polityczny.
Konserwatysta. Polityk rozkochany w obecnym bezprawiu, w odróżnieniu od liberała, który pragnie je zastąpić nowym.
Konsul. W polityce amerykańskiej: osoba, która nie otrzymawszy urzędu z rąk ludu, otrzymuje go z rąk ekipy rządzącej pod warunkiem, że opuści kraj.
Nepotyzm. Powołanie własnej babci na urząd dla dobra partii.
Plutokracja. Republikańska forma rządów, której największą siłą jest pycha rządzonych – wydaje im się, że to oni mają władzę.
Polityka. Walka interesów udająca ścieranie się zasad. Zarządzanie sprawami politycznymi dla korzyści prywatnej.
Referendum. Prawo poddania ustawy pod powszechne głosowanie w celu poznania nonsensusu opinii publicznej.
Społeczeństwo. Nieistotny element w zagadnieniach ustawodawczych.
Ustawodawca. Osoba, która jedzie do stolicy kraju, by mnożyć przepisy i majątek.
Tomasz Gabiś
Źródło: „Arcana” nr 155 (2020)
