Robert Whitaker to amerykański dziennikarz, historyk nauki, autor książek poświęconych medycynie, zwłaszcza psychiatrii. Za swoją pracę był wielokrotnie nagradzany; otrzymał m.in. George Polk Award for Medical Writing (1998) oraz National Association for Science Writers’ Award (1998). (więcej o autorze: https://www.tomaszgabis.pl/2021/03/07/rozmowa-z-robertem-whitakerem/). Poniższy tekst jest fragmentem książki Whitakera Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America.
ROBERT WHITAKER IDEOLOGIA BIOPSYCHIATRII – NARODZINY, ROZWÓJ I ZWYCIĘSTWO
Ciężkie czasy dla psychiatrii
Ignorowanie rzeczywistości
Psychiatrzy wkładają lekarskie kitle
Psychiatria i jej (M)ad Men
Czterogłosowy chór
Krytycy biopsychiatrii – ci, którzy wierzą w Obcych?
Nic dziwnego, że studenci medycyny bezkrytycznie zaakceptowali dogmaty biomedycznego redukcjonizmu w psychiatrii. Nie starczało im czasu na czytanie i analizowanie literatury źródłowej. Sam, dopiero po pewnym czasie i w miarę upływu stażu specjalizacyjnego, zrozumiałem, że psychiatrzy równie rzadko co studenci czytają krytycznie literaturę medyczną. (Collin Ross, profesor psychiatrii klinicznej w Southwest Medical Center w Dallas w stanie Teksas, 1995)
Jak dotąd krok po kroku przeanalizowaliśmy najważniejsze aspekty epidemii zaburzeń psychicznych, jaka wybuchła w Stanach Zjednoczonych na przestrzeni ostatnich 50 lat. Przegląd literatury medycznej pod kątem uzyskiwanych rezultatów leczenia każe jednak postawić kolejne pytanie. Dlaczego społeczeństwo przekonane jest, iż w ciągu ostatnich 50 lat mieliśmy do czynienia z „psychofarmakologiczną rewolucją” w psychiatrii, skoro literatura naukowa jednoznacznie wskazuje, że nic takiego nie miało miejsca? Jakie są źródła tego zadziwiającego złudzenia? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy wrócić do genezy „biologicznego modelu psychiatrii” i prześledzić jego rozwój, a następnie omówić narrację, którą na swój temat rozpropagowała psychiatria po tym, jak ów model przyjęto za obowiązujący.
Ciężkie czasy dla psychiatrii
Lata pięćdziesiąte XX w. to złote czasy w historii psychiatrii. Wydawało się wówczas, że każdego roku następują w niej przełomowe odkrycia i profesja ta miała wszelkie powody, aby widzieć przed sobą świetlaną przyszłość. Psychiatrzy otrzymali do swojej dyspozycji cudowne pigułki, dzięki czemu psychiatria upodobniła się do innych gałęzi medycyny. Kiedy Krajowy Instytut ds. Zdrowia Psychicznego (National Institute of Mental Health, NIHM) oraz inne środowiska zaczęły propagować teorię o nierównowadze chemicznej w mózgu jako przyczynie zaburzeń psychicznych wydawało się, że leki będą skutecznym antidotum na te fizjologiczne choroby. W słowach Geralda Klermana, byłego dyrektora NIMH, „amerykańska psychiatria uznała psychofarmakologię za swoją specjalność”. Jednak już dwie dekady później dobre czasy minęły i psychiatria pogrążyła się w głębokim kryzysie. Stała się celem rozmaitych ataków, a sytuacja zrobiła się na tyle poważna, że nawet samo jej istnienie stanęło pod znakiem zapytania. Jak w 1980 roku zauważył Melvin Sabshin, ówczesny dyrektor Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (American Psychiatric Association, APA), „profesja dostała się pod ciężki ostrzał z wielu stron, tracąc przy tym swoich sojuszników”.
Pierwszym poważnym problemem dla psychiatrii stało się intelektualne wyzwanie, jakie w 1961 roku rzucił jej Thomas Szasz, psychiatra na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Syracuse. Zakwestionował on bowiem podstawy jej legitymizacji. W książce Mit choroby umysłowej (The Myth of Mental Illness) dowodził, że zaburzenia psychiczne nie mają charakteru medycznego, a diagnozy psychiatryczne są wyłącznie etykietkami, jakie przykleja się ludziom zmagającym się z „życiowymi problemami” lub jednostkom zachowującym się w sposób niezgodny z normami społecznymi. Jego zdaniem psychiatrzy mają więcej wspólnego z policjantami i kapłanami aniżeli z lekarzami. Koncepcje Szasza wywołały poruszenie w środowisku psychiatrów, gdyż nawet media głównego nurtu, takie jak „ The Atlantic” i „Science”, uznały jego argumentację za trafną i istotną. Magazyn „Science” pisał, że traktat Szasza jest „ niezwykle odważny i pouczający… śmiały i niejednokrotnie genialny”. Jak relacjonował później Szasz w rozmowie z dziennikiem „New York Times”, „ podczas wielokrotnych dyskusji, prowadzonych w zadymionych pokojach, słyszałem opinię, że Szasz pogrzebał psychiatrię. Taką też miałem nadzieję.”
Jego książka zapoczątkowała powstanie „ruchu antypsychiatrycznego”, który wsparli znani europejscy i amerykańscy intelektualiści, w tym m.in. Michel Foucault, R. D. Laing, David Cooper czy Erving Goffman. Publicznie zaczęli oni kwestionować „medyczny model” zaburzeń psychicznych sugerując, że szaleństwo jest „zdrową” reakcją na działania opresyjnego społeczeństwa. Szpitale psychiatryczne zaczęto przedstawiać jako ośrodki służące sprawowaniu kontroli społecznej, a nie leczeniu. Pogląd taki dodatkowo rozpowszechnił i utrwalił film Lot nad kukułczym gniazdem, który w 1975 roku zdobył kilka Oskarów. W obrazie tym pielęgniarka siostra Ratched sportretowana jest jako zły glina, a film kończy się tym, że Randle McMurphy (Jack Nicholson) za nieprzestrzeganie szpitalnych zasad ukarany zostaje lobotomią.
Drugi problemem, z jakim psychiatria musiała się zmierzyć, była konieczność coraz silniejszej rywalizacji o pacjenta. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych rozkwitł w Stanach Zjednoczonych przemysł terapeutyczny. Pojawiły się tysiące terapeutów i konsultantów oferujących swe usługi „neurotykom”, do których – od kiedy Freud przywiózł do USA swoją kozetkę – psychiatria rościła sobie wyłączne prawa. Już w 1975 roku liczba terapeutów nie-psychiatrów przewyższyła liczbę praktykujących psychiatrów. Co więcej, z łask wypadły benzodiazepiny – neurotyczni pacjenci, którzy jeszcze w latach 60. ochoczo sięgali po owe „pigułki szczęścia”, teraz coraz chętniej wybierali terapię „krzyku pierwotnego” (primal scream therapy), pobyt w Instytucie Esalen lub jedną z wielu innych terapii „alternatywnych” mających na celu „uzdrowienie chorej duszy człowieka”. Częściowo wskutek rosnącej konkurencji średnie zarobki roczne psychiatrów w latach siedemdziesiątych wynosiły zaledwie 70 600 dolarów i chociaż wynagrodzenie to było jak na tamte czasy przyzwoite, to jednak plasowało psychiatrię na dole tabeli dochodów, jeżeli chodzi o lekarzy w Ameryce. David Adler, psychiatra z Uniwersytetu Tuftsa ostrzegał: „Specjaliści od zaburzeń psychicznych nie będący psychiatrami przejmują wiele, jeśli nie wszystkie obszary, które psychiatria uważała za swoją domenę”. W jego opinii uzasadniona była obawa, że psychiatria może po prostu „nie przetrwać”.
W obrębie psychiatrii pogłębiały się też podziały wewnętrzne. Mimo że wraz z pojawianiem się środka o nazwie torazyna model biologiczny zyskał przewagę, a większość psychiatrów zachwalała działanie leków, to jednak wielu freudystów, którzy jeszcze w latach pięćdziesiątych dominowali na amerykańskich uniwersytetach, nie zaakceptowało tego nowego oblicza psychiatrii. O ile uznawali oni pewną użyteczność leków psychiatrycznych, o tyle wciąż postrzegali zaburzenia psychiczne jako problem natury głównie psychologicznej. W rezultacie w latach siedemdziesiątych między wyznawcami teorii Freuda a zwolennikami „modelu biologicznego” rozgorzał głęboki, filozoficzny spór. Jakby tego było mało, w branży pojawiła się trzecia frakcja – zwolennicy „psychiatrii społecznej”. Grupa ta uważała, że psychozy i zaburzenia emocjonalne są często skutkiem konfliktu między jednostką a otoczeniem. W związku z tym, zmiana bądź stworzenie nowego, bardziej przyjaznego środowiska – jak uczynił to Loren Mosher w ramach Projektu Soteria – miało być skuteczną metodą leczenia. Podobnie jak freudyści, psychiatrzy środowiskowi odrzucali zastosowanie farmaceutyków jako fundamentu terapii, traktując je jako środki mogące w pewnych przypadkach okazać się pomocne, natomiast w innych – nie. Tym samym, jak podsumował to Melvin Sabshin, konflikt, który powstał między tymi trzema paradygmatami, wywołał w psychiatrii „kryzys tożsamości”.
Pod koniec lat siedemdziesiątych kierownictwo Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego otwarcie mówiło o tym, że psychiatria toczy walkę o „przetrwanie”. O ile w latach pięćdziesiątych była jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin medycyny, o tyle już w latach siedemdziesiątych odsetek absolwentów medycyny wybierających na swoją specjalizację psychiatrię spadł z 11% do niespełna 4%. W artykule Psychiatry’s Anxious Years „New York Times” interpretował ten gwałtowny spadek zainteresowania psychiatrią wśród przyszłych lekarzy jako „szczególnie bolesny akt oskarżenia sformułowany pod jej adresem”.
Ignorowanie rzeczywistości
Jeśli chodzi o ocenę własnej sytuacji w latach siedemdziesiątych XX w., to kiedy psychiatrzy spoglądali w lustro, widzieli profesję znajdującą się pod obstrzałem ruchu „antypsychiatrycznego”, której status materialny zagrożony był przez terapeutów spoza zawodu, i którą targały wewnętrzne konflikty. Jednak, co najważniejsze, psychiatrzy przymykali oczy na sedno problemu polegającego na tym, że leki psychiatryczne zawiodły, a ich sprzedaż spadała. I to właśnie ten czynnik przesądził o pogłębieniu się i utrwaleniu kryzysu w psychiatrii.
Gdyby leki psychotropowe pierwszej generacji były naprawdę skuteczne, pacjenci tłumnie ustawialiby się po nie w kolejkach do gabinetów psychiatrycznych. Poglądy Thomasa Szasza uważającego, że choroba umysłowa to „mit”, potraktowano by zapewne jako intelektualną ciekawostkę, wartą rozważań w kręgach akademickich, ale nie osłabiłyby popytu na leki wśród pacjentów, którym pomagałyby przecież normalnie żyć. Co więcej, gdyby psychiatrzy rzeczywiście dysponowali skutecznymi lekarstwami, nie musieliby się obawiać konkurencji ze strony psychologów i innego rodzaju terapeutów – nawet gdyby cierpiący na depresje i stany lękowe decydowali się spróbować leczenia krzykiem czy kąpieli błotnych, lub wybierali rozmowę terapeutyczną z psychologiem, to i tak zapewne chcieliby mieć w domu, choćby na wszelki wypadek, skuteczne tabletki przepisane przez psychiatrę. Nie byłoby również w psychiatrii tylu wewnętrznych podziałów – gdyby leki rzeczywiście przynosiły pacjentom długotrwałą ulgę, to cała profesja uznałaby medyczny model zaburzeń psychicznych za właściwy. W porównaniu z farmakoterapią inne formy leczenia – psychoanaliza i terapie środowiskowe – okazałyby się wówczas zbyt pracochłonne i w efekcie zbędne. A jednak psychiatria pogrążyła się w latach siedemdziesiątych w kryzysie, którego zasadniczą przyczyną był fakt, że aura „magicznych pigułek” otaczająca wcześniej leki psychiatryczne do tego czasu wyparowała.
Od kiedy w szpitalach psychiatrycznych zaczęto stosować tylko torazynę, wielu przebywających tam pacjentów wzbraniało się przed jej przyjęciem. Niechęć ta była tak duża, że niejednokrotnie markowano zażycie leku ukrywając go pod językiem. Takie zachowania były na tyle powszechne, że na początku lat sześćdziesiątych skłoniły producenta torazyny – firmę Smith, Kline and French – do produkcji tego specyfiku w formie płynnej, aby łatwiej można było przymusić pacjenta do jego przyjęcia. Inni producenci zaczęli produkować swoje neuroleptyki w formie zastrzyków domięśniowych, które można było opornym pacjentom podawać na siłę. Jedna z reklam torazyny w płynie w krzykliwym tonie ostrzegała odbiorców: „Uwaga! Pacjenci psychiatryczni znani są z UNIKANIA LEKARSTW”. We wczesnych latach siedemdziesiątych pacjenci, którzy doświadczyli przymusowego leczenia, zaczęli zrzeszać się oddolnie w rozmaite grupy takie jak np. „Insane Liberation Front” i „Network Against Psychiatric Assault”. Podczas manifestacji organizowanych przez te środowiska popularne było wypisywane na transparentach hasło: “hugs not drugs!”.
Protesty tych grup uwiarygodnił w oczach opinii publicznej film Lot nad kukułczym gniazdem. Co ważne, jego premiera miała miejsce krótko po tym, jak psychiatria musiała tłumaczyć się w związku z doniesieniami, iż w ZSRR neuroleptyki stosuje się do torturowania dysydentów politycznych. Najwyraźniej środki te wywoływały u zdrowych ludzi taki ból fizyczny, że woleli oni wyrzec się swoich poglądów i zaniechać krytyki komunizmu, niż przyjmować kolejne dawki np. haldolu (haloperydol). Według relacji rosyjskich dysydentów leki psychiatryczne zamieniały ludzi w „warzywa”, a „New York Times” przyrównał podawanie tych środków opozycjonistom do dokonywania „duchowego morderstwa”. W 1975 roku Birch Bayh, amerykański senator ze stanu Indiana, zainicjował senackie dochodzenie w sprawie wykorzystania neuroleptyków w amerykańskich instytucjach poprawczych dla dzieci i młodzieży. Publiczne przesłuchania przed powołaną w tym celu komisją zdominowali leczeni psychiatrycznie osadzeni. Zeznawali oni, że podawane im leki powodowały „potworny ból” oraz zmieniały ich w „emocjonalne zombie”. „Antypsychotyki”, mówił jeden z byłych pacjentów, „stosuje się tam nie po to, żeby nas leczyć, lecz aby się nad nami znęcać i mieć nas pod kontrolą. Tylko o to chodzi”.
Nagle przestano lekom tym przypisywać właściwości, dzięki którym kompletny szaleniec „potrafi spokojnie usiąść i zaczyna mówić do rzeczy”, jak reklamował te specyfiki magazyn „Time” w 1954 roku. I nawet jeśli w oczach opinii publicznej różowy obraz antypsychotyków rysowano od wielu lat, to benzodiazepiny tym razem na dobre straciły swoją dobrą reputację. Rząd federalny zaklasyfikował je do kategorii „schedule IV drugs” [ tj. leków mogących m.in. wywoływać uzależnienie – przyp. tłum.], a niedługo po tym fakcie senator Edward Kennedy publicznie stwierdził, że stosowanie benzodiazepinów zmienia życie pacjenta w „koszmar uzależnienia”. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że przeciwpsychotyki i benzodiazepiny to dwie kategorie leków, które zapoczątkowały „psychofarmakologiczną rewolucję” w psychiatrii. Negatywne światło, w jakim zaczęto je teraz przedstawiać, spowodowało w latach siedemdziesiątych gwałtowny spadek ich sprzedaży – z 223 milionów zrealizowanych recept w roku 1973 do 153 milionów w roku 1980. W artykule na temat „nerwowych lat” psychiatrii „New York Times” pisał, że studenci medycyny unikają tej specjalizacji przede wszystkim dlatego, że terapie psychiatryczne uważane są za „mało skuteczne”.
Jednak psychiatrzy nie tylko nie chcieli rozmawiać na ten niewygodny temat, ale nie chcieli nawet przyznać, że w ogóle istnieje jakiś problem. Jednocześnie wszyscy dobrze rozumieli, co tak naprawdę mogło zapewnić psychiatrii przewagę na rynku terapii psychicznych. Jak wspomina Arthur Platt, psychiatra z New Jersey, podczas jednej z konferencji psychiatrycznych z końca lat siedemdziesiątych jeden z głównych prelegentów ujął ten problem w następujących słowach: „Uratuje nas fakt, że jesteśmy lekarzami”. W przeciwieństwie do psychologów i pracowników społecznych psychiatrzy mieli prawo do wypisywania recept, co plasowało psychiatrię w określonym kontekście ekonomicznym stwarzającym psychiatrii określone możliwości: gdyby udało się odbudować dobry wizerunek leków psychotropowych, psychiatria mogłaby rozkwitnąć na nowo.
Psychiatrzy wkładają lekarskie kitle
W latach siedemdziesiątych rozpoczął się proces, który doprowadził do rehabilitacji leków psychiatrycznych w oczach opinii publicznej. W obliczu zagrożenia poglądami Tomasza Szasza głoszącego, że psychiatrzy nie są prawdziwymi lekarzami, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zaczęło nakłaniać psychiatrów, aby wyraźniej akcentowali swoją rolę jako medyków. W 1977 roku ówczesny prezes Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, Melvin Sabshin, nawoływał, aby „mocno wspierać wszelkie wysiłki na rzecz przywrócenia psychiatrii statusu nauki medycznej”. W piśmie „American Journal of Psychiatry” oraz w innych wydawnictwach branżowych zaczęły ukazywać się artykuły rozwijające tę strategię. Na przykład Arnold Ludwig, psychiatra z Uniwersytetu w Kentucky, tłumaczył, że „model medyczny bazuje na założeniu, iż podstawową tożsamością psychiatry jest tożsamość lekarza”. Z kolei Paul Blaney z Uniwersytetu w Teksasie twierdził, że zaburzenia psychiczne winny być postrzegane jak „choroby biologiczne” (ang. organic diseases). Samuel Guze z Uniwersytetu Waszyngtońskiego dodawał, że psychiatrzy powinni zatem koncentrować się na postawieniu właściwej diagnozy w oparciu o listę „symptomów i oznak choroby”. Jego zdaniem wyłącznie psychiatrzy posiadali „wykształcenie medyczne pozwalające im stosować najskuteczniejsze, znane nam, terapie, do których należą leki psychoaktywne i ECT (elektrowstrząsy)”.
Biopsychiatrzy proponowali model leczenia psychiatrycznego wzorowany na medycynie wewnętrznej, w ramach której lekarz bada pacjenta mierząc temperaturę, poziom cukru we krwi lub stosując inne testy diagnostyczne, a następnie, po zidentyfikowaniu schorzenia, przepisuje właściwy lek. Ta „remedykalizacja” psychiatrii oznaczała jednocześnie wyrzucenie na śmietnik „freudowskiej kozetki”, dzięki czemu psychiatrzy mieli nadzieję odzyskać pozytywny wizerunek w oczach pacjentów. David Adler, psychiatra z Uniwersytetu Tuftsa, uzasadniał tę koncepcję następująco: „opinia publiczna najsilniej utożsamia model medyczny z prawdą naukową”.
W 1974 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wybrało znanego psychiatrę z Uniwersytetu Columbia Roberta Spitzera, aby pokierował zespołem mającym zrewidować istniejącą klasyfikację zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, DSM) oraz nakłonić psychiatrów do leczenia pacjentów w oparciu o nową wersję tego podręcznika. Obowiązująca wówczas wersja DSM-II z 1967 roku zawierała, między innymi, freudowskie ujęcie „neurozy”, a Spitzer był jednym ze znanych krytyków tego typu kategorii diagnostycznych, które uważał za wysoce nierzetelne. W utworzonym przez niego zespole znalazło się również czterech innych ekspertów będących zdeklarowanymi zwolennikami biologicznego modelu psychiatrii, w tym wspomniany wyżej Samuel Guze z Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Spitzer zadeklarował, że DSM-III „bronić będzie medycznego ujęcia zaburzeń psychicznych”. Natomiast Jack Weinberg, prezes APA zapowiedział w 1977 roku, że nowa wersja DSM „rozwieje wszelkie wątpliwości odnośnie do tego, czy my psychiatrzy traktujemy swoją profesję jako dziedzinę medycyny”.
Trzy lata później Spitzer i jego współpracownicy opublikowali efekty swojej pracy. W DSM-III opisano 265 zaburzeń psychicznych, z których każde, zdaniem autorów, miało unikatowy charakter. W opracowywaniu tego 500-stronicowego podręcznika uczestniczyło w sumie ponad stu ekspertów, co miało świadczyć, iż reprezentuje on zbiorową mądrość amerykańskiej psychiatrii. Aby postawić diagnozę na podstawie DSM-III, psychiatra ustalał, czy u pacjenta występuje dostateczna liczba objawów uważanych za charakterystyczne dla danego zaburzenia. Na przykład „epizodowi ciężkiej depresji” przypisano 9 objawów, i jeśli lekarz potrafił u pacjenta zidentyfikować 5 z nich, to uprawniało go to do zdiagnozowania depresji. Spitzer zachwalał nowy podręcznik jako „sprawdzony w praktyce”. Jego zdaniem przeprowadzone próby wykazały, że dzięki nowej wersji DSM psychiatrzy z różnych ośrodków stawiają pacjentowi takie same diagnozy, co miało dowodzić, że przestały one być subiektywne. I podkreślał: „wiarygodność uzyskiwanych rezultatów przeszła nasze najśmielsze oczekiwania”.
Od tego momentu psychiatria dysponowała swoją, bazującą na modelu medycznym, „biblią”, której zalety zaczęto natychmiast publicznie wychwalać. Sabshin ogosił z dumą, że „DSM-III to znakomity dokument … wspaniałe tour de force”. Gerald Klerman przekonywał, że powstanie podręcznika DSM-III stanowi przełomowy moment w historii amerykańskiej psychiatrii, … [a] jego zastosowanie w praktyce potwierdza jej medyczną tożsamość i przywiązanie do naukowego charakteru medycyny.” Natomiast Jerrold Maxmen, psychiatra z Uniwersytetu Columbia, stwierdził, że „dzięki DSM-III naukowe podstawy psychiatrii zostały oficjalnie potwierdzone … o ile stara [bazująca na psychoanalizie] psychiatria oparta była na teorii, o tyle nowa psychiatria bazuje na faktach”.
Jednakże, jak zauważali sceptycy, nie było powodów, dla których DSM-III należałoby uznać za wielkie osiągnięcie naukowe, bowiem za przedstawioną w nim rekonfiguracją diagnoz psychiatrycznych nie stało żadne odkrycie naukowe. Biologiczne przyczyny zaburzeń psychicznych pozostawały nieustalone, co zresztą przyznawali sami autorzy podręcznika pisząc, że większości diagnoz „nie udało się jak dotąd w pełni potwierdzić w oparciu o dane dotyczące takich zależności jak przebieg kliniczny, rokowania, historia rodzinna i skuteczność leczenia.” Zatem w sposób oczywisty granice między chorobą a zdrowiem ustalono całkowicie uznaniowo. Dlaczego diagnoza depresji opierać się miała akurat na pięciu z dziewięciu objawów, uznanych za charakterystyczne tego zaburzenia? Dlaczego nie na sześciu? Albo czterech? Zdaniem Theodore’a Blau`a, prezesa Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, DSM-III było przede wszystkim „manifestem politycznym Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, nie zaś systemem klasyfikacji popartym dowodami naukowymi”.
Wszystkie te zastrzeżenia pominięto. Wraz z opublikowaniem DMS-III psychiatria publicznie przyodziała się w biały, lekarski kitel. Zwolenników teorii Freuda zepchnięto na margines, a jego koncepcja neurozy trafiła na śmietnik. Oczekiwano, że od tego momentu cała profesja zaakceptuje model medyczny. Jak oznajmił Sabshin, „nadszedł czas, w którym należy z całą mocą stwierdzić, że skończył się w psychiatrii kryzys tożsamości.” Branżowe pismo „American Journal of Psychiatry” na swoich łamach przekonywało psychiatrów do „mówienia jednym głosem nie tylko, aby wspierać swoją profesję, ale również by wzmocnić pozycję [psychiatrii] wobec innych specjalistów od zdrowia psychicznego zabiegających o prestiż i pacjentów”. Natomiast Ben Bursten, psychiatra z Uniwersytetu Tennessee, zauważył w 1981 roku, że zarówno model medyczny, jak i DSM-III były narzędziami, dzięki któremu udało się „ zewrzeć szyki … odeprzeć ataki z zewnątrz [i] rozgromić wrogów wewnętrznych.” I w rzeczy samej, na boczny tor odstawiono nie tylko freudystów, ten sam los spotkał Lorena Moshera i współpracującą z nim grupę psychiatrów społecznych.
Kiedy w 1971 roku Mosher zainicjował Projekt Soteria, wszyscy w branży mieli świadomość, że stanowi on zagrożenie dla założeń „medycznego modelu” zaburzeń psychicznych. W ramach tego eksperymentu grupę pacjentów ze świeżo zdiagnozowaną schizofrenią poddano terapii w warunkach domowych, pod opieką niespecjalistycznego personelu i bez użycia leków psychiatrycznych. Rezultaty takiego leczenia miały zostać skonfrontowane z analogiczną grupą leczoną za pomocą lekarstw psychiatrycznych w środowisku szpitalnym. Zagrożenie polegało na tym, że gdyby projekt Moshera przyniósł lepsze rezultaty od leczenia w grupie szpitalnej, to w jakim świetle postawiłoby to psychiatrię i jej terapie? Nie dziwi zatem fakt, że jak tylko Mosher zgłosił swój pomysł, czołowi amerykańscy psychiatrzy zrobili wszystko co w ich mocy, by jego eksperyment zakończył się niepowodzeniem. Mosher był, co prawda, szefem Centrum Badań nad Schizofrenią działającego w strukturach Krajowego Instytutu Zdrowia Psychicznego, ale i tak musiał zabiegać o dofinansowanie projektu w komisji nadzorującej przydział grantów na badania pozaszpitalne przyznawane przez tę instytucję. Komisja składała się z psychiatrów reprezentujących najlepsze amerykańskie uniwersytety i już na samym starcie ograniczyła zakres finasowania oraz czas trwania przedsięwzięcia: Mosher wnioskował o 700 tys. dolarów na pięć lat, a otrzymał 150 tys. dolarów na 2 lata. Wskutek tych cięć Projekt Soteria od samego początku zmagał się problemami finansowymi. Co więcej, kiedy w połowie lat siedemdziesiątych Mosher przedstawił pierwsze pozytywne wyniki swojego eksperymentu, komisja przypuściła kontratak. Ogłoszono, że eksperyment obarczony jest „poważnymi wadami”, a dowody na skuteczność terapii są „nader wątpliwe”. Komisja uznała, że Mosher kieruje się uprzedzeniami i zażądała pozbawienia go stanowiska kierownika projektu. Dwadzieścia pięć lat później Mosher wspominał: „Przesłanie było jasne. Skoro osiągane przez nas rezultaty były tak dobre, to musieli mnie przedstawić jako nierzetelnego badacza.” Niedługo potem całkowicie wstrzymano finansowanie Projektu Soteria, a Moshera zmuszono do ustąpienia ze stanowiska w Krajowym Instytucie ds. Zdrowia Psychicznego. I nie miało przy tym znaczenia, że końcowa ocena projektu była pozytywna, Komisja potwierdziła, że „elastyczna domowa terapia psychospołeczna, oparta na wspólnocie, bez stosowania lekarstw i bez udziału profesjonalnego personelu może być równie skuteczna co bardziej konwencjonalne terapie”.
Krajowy Instytut ds. Zdrowia Psychicznego już nigdy więcej nie sfinansował podobnego eksperymentu. Usuwając Moshera ze stanowiska wysłał czytelny sygnał do całego środowiska amerykańskich psychiatrów: ci, którzy nie popierają biologicznego modelu psychiatrii, kariery w zawodzie nie zrobią.
Psychiatria i jej (M)ad Men
Kiedy tylko opublikowano DSM-III, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne przystąpiło do promocji „medycznego modelu” zaburzeń psychicznych w społeczeństwie. Chociaż rozmaite stowarzyszenia medyczne od zawsze dbały o interesy finansowe swoich członków, był to pierwszy przypadek, kiedy organizacja lekarska na tak szeroką skalę zastosowała strategię marketingową znaną raczej z działań podmiotów o charakterze komercyjnym. W 1981 roku, aby „pogłębić identyfikację psychiatrów z modelem medycznym”, APA powołało w swoich strukturach „wydział ds. publikacji i marketingu”. Nie minęło wiele czasu, a całe Towarzystwo przekształciło się w niezwykle skuteczną machinę marketingową. W 1986 roku Paul Fink, będący wiceprezesem tej organizacji, tak zdefiniował jej cele: „Zadaniem APA jest ochrona zdolności zarobkowania przez psychiatrów”.
W pierwszym kroku APA powołało w 1981 roku do życia swoje własne wydawnictwo, którego celem było „przybliżenie opinii publicznej zarówno zalet, jak i aktualnego stanu wiedzy z zakresu psychiatrii”. W niedługim czasie publikowano już ponad 30 książek rocznie i – jak w 1983 roku zauważył Sabshin – „mają one duży wpływ, jeżeli chodzi o edukację obywateli w zakresie pozytywnych stron naszej profesji”. W ramach APA powstały też specjalne komisje opiniujące publikowane treści podręczników kierowanych do psychiatrów, co miało zapewnić spójność przekazu. Kiedy w 1986 roku w przygotowaniu była publikacja pt. Terapia zaburzeń psychicznych ( Treatment of Psychiatric Disorders) zatroskanie tą kwestią wyraził Roger Peele, jeden z oficjeli APA, pytając: „Kto powinien mieć prawo wypowiadania się na temat leczenia zaburzeń psychicznych? Tylko badacze? Tylko elita akademicka? Tylko członkowie APA wyznaczeni przez prezesa naszego Stowarzyszenia?”
Bardzo wcześnie w APA zdano sobie sprawę, że warto zbudować ogólnokrajową sieć „ekspertów”, promujących medyczny model zaburzeń psychicznych w mediach. W tym celu powołano do życia „instytut spraw publicznych” (ang. public affairs institute) mający nadzorować szkolenia wybranych członków organizacji w zakresie „technik stosowanych podczas występów w radio i telewizji.” Na przykład, tylko w 1985 roku APA zorganizowało aż 9 szkoleń pt. „Jak poradzić sobie podczas wywiadu telewizyjnego?”. Jednocześnie w każdym przedstawicielstwie regionalnym Towarzystwa powołano „przedstawiciela do spraw publicznych” (public affairs representative) odpowiedzialnego za „kontakty z mediami”. Sabshin podsumował te działania następująco: „mamy teraz sieć doświadczonych i wykwalifikowanych liderów będących w stanie poradzić sobie w kontaktach z każdym rodzajem mediów.”
Podobnie do innych organizacji handlowych, próbujących sprzedać swoje produkty, APA intensywnie zabiegała o dobre relacje z mediami i z radością witała każdą pozytywną publikację lub materiał telewizyjny na swój temat. Sabshin szczycił się tym, że w grudniu 1980 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zorganizowało całodniową konferencję dla mediów poświęconą „nowym odkryciom w psychiatrii”, w której „udział wzięli przedstawiciele najbardziej prestiżowych i poczytnych gazet w kraju”. Niedługo potem w telewizji wyemitowano „spoty świadomościowe” (public-service spots) popularyzujące stanowisko Towarzystwa w sprawie podłoża zaburzeń psychicznych. W ramach tej akcji APA sfinansowało też dwugodzinny program telewizyjny pt. „Twoje zdrowie psychiczne”, a także dostarczała mediom tzw. broszury informacyjne ( fact sheets) przekonujące o powszechności zaburzeń psychicznych i zachwalające skuteczność leków psychiatrycznych. Swój popularny program radiowy zaczął prowadzić Harvey Rubin, prezes komisji do spraw publicznych APA, przekonując w nim słuchaczy w całym kraju o zasadności medycznego modelu psychiatrii. W ramach wszechstronnej ofensywy medialnej Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zaczęło nagradzać dziennikarzy za „słuszne” materiały. Każdego roku Sabshin szczegółowo opisywał pozytywne efekty podejmowanych działań. Na przykład, w 1983 roku odnotował, że „z pomocą i z inspiracji Wydziału ds. Polityki Publicznej APA magazyn »U.S. News and World Report« opublikował jako temat przewodni, tzw. cover story, teksty o depresji zawierające wiele wypowiedzi znamienitych psychiatrów.” Dwa lata później Sabschin mógł się już pochwalić, że „rzecznicy prasowi APA występują w wielu popularnych programach telewizyjnych, w tym „Phil Donahue Show” czy „Nightline”. W tym samym roku APA „pomogło magazynowi »Reader’s Digest« opracować rozdział książki poświęconym problematyce zdrowia psychicznego”
Wszystkie te wysiłki bardzo się opłaciły. Gazety i magazyny zaczęły regularnie zamieszczać na pierwszy stronach doniesienia o trwającej w psychiatrii „rewolucji”. Na przykład czytelnicy „New York Times” dowiadywali się, że „występowanie depresji u ludzi jest uwarunkowane genetycznie” oraz że naukowcy „odkrywają właśnie biologiczne przyczyny strachu i lęku”. Dziennik przekonywał też, iż badaczom udało się odkryć „chemiczny klucz do leczenia depresji”. Tak jak zakładało Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, dzięki zaangażowaniu mediów społeczna wiara w biopsychiatrię z biegiem czasu się umacniała. W 1984 roku Jon Franklin opublikował na łamach „Baltimore Evening Sun” siedmioczęściowy artykuł pt. Mechanicy umysłu (Mind fixers) opisujący niezwykłe postępy w psychiatrii, które autor omawiał w kontekście historycznym:
Poczynając od czasów Zygmunta Freuda psychiatria funkcjonowała bardziej jak sztuka aniżeli nauka. Otaczająca ją aura magiczności, sposób działania bazujący na przeczuciu i subiektywnej ocenie, jej częste porażki sprawiały, że psychiatria była zaledwie przybranym dzieckiem nowoczesnej nauki. Jednak od ponad dekady psychiatrzy-badacze pracują w laboratoriach zaglądając w mózgi ludzi i zwierząt w poszukiwaniu wzorów chemicznych, które odkryją przed nimi sekrety naszych umysłów. I już dziś, w latach 80., ich wysiłek przynosi efekty. W zawrotnym tempie odkrywa się dziś wzajemnie oddziałujące na siebie molekuły, które inicjują myśli i uczucia… W rezultacie psychiatria jest już na granicy przeistoczenia się w naukę ścisłą, równie precyzyjną i opartą na mierzalnych rezultatach co genetyka molekularna. Niebawem wejdziemy w epokę inżynierii psychicznej, specjalnych leków i zaawansowanych terapii zdolnych uleczyć chore umysły.
Na potrzeby swoich artykułów Franklin rozmawiał z ponad pięćdziesięcioma czołowymi psychiatrami i określił tę nową naukę mianem „psychiatrii molekularnej, która pozwoli wyleczyć choroby psychiczne obecne nawet u 20 procent globalnej populacji”. Dodajmy, że za swój materiał dziennikarz otrzymał Nagrodę Pulitzera w kategorii „dziennikarstwo informacyjne”. (expository journalism).
Podobną narrację na temat psychiatrii popularyzowały pisane przez psychiatrów książki kierowane do szerokiej publiczności. W książce The Good News About Depression psychiatra z Uniwersytetu Yale Mark Gold pisał: „my, którzy zajmujemy się tą nową dziedziną nauki, nazywamy ją biopsychiatrią, czyli nową medycyną umysłu… Dzięki niej psychiatra wróciła do modelu medycznego uwzględniając wszystkie najnowsze osiągnięcia badań naukowych i ustanawiając, po raz pierwszy w swojej historii, systemowe metody nie tylko diagnozowania, leczenia i dobierania lekarstw, ale również zapobiegania cierpieniom psychicznym”. Jak pisał Gold, w ostatnich kilku latach w psychiatrii przeprowadzono„ jedne z najbardziej niezwykłych badań w historii medycyny: „Spenetrowaliśmy granice nauki i ludzkiej wiedzy, gdzie kryje się ostateczne zrozumienie wszystkich chorób psychicznych oraz sposoby ich skutecznego leczenia”.
Chcąc wskazać jedną publikację, która ugruntowała wiarę społeczeństwa w biopsychiatrię, należałoby wymienić książkę pt. The Broken Brain (Uszkodzony mózg) napisaną w 1984 roku przez Nancy Andreasen, która została później redaktorem naczelnym pisma „American Journal of Psychiatry”. The Broken Brain okrzyknięto „pierwszym, wszechstronnym opisem biomedycznej rewolucji w zakresie diagnozowania i leczenia chorób psychicznych”. W zwięzłej i przystępnej formie autorka wyłożyła zasady biologicznego modelu psychiatrii pisząc m.in.: „Główne zaburzenia psychiatryczne to zwykłe choroby i należy je traktować tak jak inne znane w medycynie schorzenia, np. cukrzycę, choroby serca lub nowotwory. W ramach tego modelu nacisk kładziony jest na trafne zdiagnozowanie konkretnego schorzenia, stosując procedury analogiczne do tych, jakimi kieruje się internista bądź neurolog.”
Książka Uszkodzony mózg nosiła znakomity tytuł, który sam w sobie zawierał główne przesłanie biopsychiatrii będące dla opinii publicznej łatwe do przyswojenia i zapamiętania. Jednak uwadze wielu czytelników umknęła jedna zasadnicza kwestia, o której autorka kilkukrotnie wspominała na łamach swojej książki. Pisała m.in. o tym, iż badacze nigdy tak naprawdę nie odkryli u ludzi, którym stawia się diagnozy psychiatryczne, uszkodzonego mózgu. Pojawiły się jedynie nowe narzędzie badawcze pozwalające im mieć nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda się to odkryć. Andreasen wyjaśniała: „Tym niemniej, duch rewolucji – czyli przeświadczenie, że niebawem sytuacja zmieni się radykalnie, nawet jeśli mamy na to czekać wiele lat – jest wyraźnie odczuwalny”.
Jednak dwadzieścia pięć lat później ów przełom nadal pozostaje melodią przyszłości, a biologiczne podstawy schizofrenii, depresji czy zaburzeń dwubiegunowych są wciąż nieznane. Mimo to opinię publiczną udało się przekonać, że jest inaczej, i z dzisiejszej perspektywy możemy łatwo przeanalizować strategię marketingową, dzięki której złudzenie to wypromowano jako fakt. Na początku lat osiemdziesiątych XX w. psychiatria obawiała się, czy przetrwa. Od siedmiu lat notowano gwałtowny spadek sprzedaży leków psychiatrycznych, a coraz mniej absolwentów medycyny chciało specjalizować się w psychiatrii. W reakcji na te negatywne tendencje Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne przygotowało i przeprowadziło wyrafinowaną kampanię marketingową mającą na celu przekonanie opinii publicznej do słuszności biologicznego modelu zaburzeń psychicznych. Działania te okazały się na tyle skuteczne, że, zaledwie po kilku latach, zapanował w opinii publicznej powszechny podziw nad postępami, które rzekomo dokonywały się w psychiatrii niemal każdego dnia. Trwała rewolucja, a psychiatrzy stali się „mechanikami umysłów” (ang. mind fixers). Jak w rozmowie z dziennikarzem, Jonem Franklinem, zauważył Michael Kuhar, „chemik mózgu” (brain chemist) z Uniwersytet Johnsa Hopkinsa, „eksplozja nowej wiedzy” miała doprowadzić nas do opracowania nowych leków i spowodować głębokie zmiany społeczne, które będą dla społeczeństwa „wspaniałe”.
Czterogłosowy chór
Należy zaznaczyć, że psychiatrzy nie byli jedyną grupą zainteresowaną wypromowaniem biomedycznej rewolucji w psychiatrii. W latach osiemdziesiątych na rzecz jej popularyzacji uformowała się potężna koalicja dysponująca zapleczem finansowym i ciesząca się intelektualnym prestiżem oraz moralnym autorytetem. Wspólnie środowiska te posiadały zasoby, narzędzia i status społeczny umożliwiający kształtowanie opinii publicznej niemal w dowolny sposób. Koalicja ta funkcjonuje po dziś dzień.
Jak widzieliśmy wyżej, do zbliżenia interesów finansowych lekarzy oraz firm farmaceutycznych doszło już w 1951 roku, kiedy Kongres przyznał lekarzom monopol/wyłączne prawo do wypisywania recept na lekarstwa. Jednak dopiero w latach osiemdziesiątych Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne i branża farmaceutyczna przeniosły swoje relacje na wyższy poziom i zasadniczo zawiązały „partnerstwo” w zakresie marketingu leków. W rezultacie APA oraz psychiatrzy z amerykańskich uniwersytetów stali się twarzą powstałego układu. Dzięki takiemu rozwiązaniu, przemysł farmaceutyczny mógł opinii publicznej pokazywać, niczym aktorów na scenie, wyłącznie „ludzi nauki”, jednocześnie finansując całe to biznesowe przedsięwzięcie.
Zręby pod to partnerstwo położono w 1974 roku. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne utworzyło wówczas specjalną grupę roboczą do oceny znaczenia, jakie dla przyszłości swojego funkcjonowania może mieć wsparcie ze strony firm farmaceutycznych. Ustalono wtedy, że wpływ ten może być „bardzo istotny” i już 1980 roku APA radykalnie zmieniło zasady swojego funkcjonowania. Chociaż do tej pory producenci leków zwyczajowo dostarczali wymyślne artykuły promocyjne na doroczny zjazd APA, finansowali też liczne imprezy organizowane przez tę organizację, to jednak ich przedstawicielom nie wolno było występować podczas takich wydarzeń z „naukowymi” prelekcjami. To zmieniło się w 1980 roku, kiedy zarząd Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego zezwolił, aby firmy farmaceutyczne sponsorowały naukowe sympozja, jakie odbywały się podczas dorocznych zjazdów tej instytucji. Rzecz jasna, za ten przywilej producenci leków musieli wnosić na rzecz APA specjalną opłatę. Nie minęło dużo czasu, kiedy podczas dorocznych zjazdów APA najczęściej odwiedzanymi i najbardziej popularnymi stały się wykłady finansowane przez branżę farmaceutyczną. Słuchaczom zapewniano wystawne posiłki i profesjonalnie przygotowane prezentacje wygłaszane przez rozmaite „panele ekspertów”. Sowicie opłacano prelegentów, a firmy dbały, aby ich wystąpienia przebiegały bez żadnych komplikacji. Jak zauważył Sabshin, „seminaria te przygotowuje się co do najmniejszego szczegółu, łącznie z wcześniejszymi próbami. Dodatkowo mają one znakomitą oprawę audiowizualną.”
Tym samym szeroko otwarto drzwi do pełnego „partnerstwa” między przemysłem farmaceutycznym i Amerykańskim Towarzystwem Psychiatrycznym i od tego momentu obaj partnerzy zaczęli wspólnie popularyzować w oczach opinii publicznej medyczny model psychiatrii oraz korzyści ze stosowania leków psychiatrycznych. APA zaczęło regularnie otrzymywać od producentów wsparcie finansowe dla swojej działalności. Branża zaczęła, na przykład, fundować stałe projekty edukacyjne oraz opłacać wykłady kliniczne w szpitalach ( ground rounds), które producenci – w słowach jednego z psychiatrów – „okraszali darmowym jedzeniem i alkoholem, by osłodzić uczestnikom trudy nauki”. Na przykład, kiedy w 1982 roku APA powołało w swoich strukturach komitet ds. działań politycznych, mający na celu prowadzenie lobbingu w Kongresie, inicjatywę tę w całości sfinansowała branża farmaceutyczna. Dokładała się też finansowo do organizacji warsztatów w zakresie współpracy z mediami. W 1985 roku Fred Gottlieb, sekretarz Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, przyznał, że każdego roku „na konto tej instytucji wpływają miliony dolarów pochodzące od branży farmaceutycznej”. Dwa lata później w wydawanym przez APA biuletynie „Psychiatric News” zobaczyć można było zdjęcie przedstawiciela firmy Smith, Kline and French wręczającego czek prezesowi APA, Robertowi Pasnau. Jeden z czytelników zaproponował wówczas zmianę nazwy APA na „Amerykańskie Towarzystwo Psychofarmaceutyczne” (American Psychopharmaceutical Association ). Organizacji zaczęło się finansowo dobrze powodzić, a jej dochody wzrosły z 10,5 miliona dolarów w roku 1980 do 21,4 milionów w roku 1987, czego owocem była przeprowadzka do nowej, luksusowej siedziby w Waszyngtonie. Bez skrępowania przedstawiciele APA zaczęli publicznie mówić o swoich „partnerach w branży farmaceutycznej”.
Dla firm farmaceutycznych największą korzyścią z tego układu była możliwość wykorzystania psychiatrów, reprezentujących czołowe amerykańskie uniwersytety, jako swoich „prelegentów”, podczas gdy ci przedstawiali siebie samych jako „niezależnych” specjalistów. Trudy współpracy uprzyjemniały ekspertom, organizowane podczas dorocznych spotkań APA, dobrze płatne sympozja. Określano je mianem wystąpień „edukacyjnych”, w których merytoryczną treść producenci leków obiecywali „nie ingerować”. Niemniej jeszcze przed wygłoszeniem prezentacje te ćwiczono i każdy mówca wiedział, że jeśli zacznie improwizować, czyli odbiegnie od scenariusza – poruszając, na przykład, temat skutków ubocznych lekarstw – to branża już nigdy z jego usług nie skorzysta. W związku z tym nigdy nie odbyło się sponsorowane przez branżę seminarium na temat „psychoz wywołanych nadwrażliwością” [na dopaminę – przyp. tłum.], ani o uzależniających właściwościach benzodiazepinów, ani o tym, że antydepresanty nie są skuteczniejsze od placebo. Prelegentów angażowanych przez firmy farmaceutyczne zaczęto nazywać „liderami opinii” ( thought leader), a ich regularne uczestnictwo w panelach eksperckich nadało im status „gwiazd” w ich profesji. Już na początku XXI w. za pojedynczy wykład otrzymywali oni wynagrodzenie oscylujące od 2 do 10 tysięcy dolarów. Jak wyznał Fuller Torrey, „niektórzy z nas uważają, że obecny system zaczyna swą formą przypominać elitarną prostytucję”.
„Liderów opinii” zaczęły regularnie cytować media, zaś Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne publikowało pisane przez nich podręczniki dla psychiatrów. To właśnie ci liderzy najmocniej wpłynęli na obraz zaburzeń psychicznych, jaki ukształtował się w oczach społeczeństwa, a kiedy pozwolili angażować się jako „prelegenci”, producenci leków zaczęli wykorzystywać rozmaite kanały i sposoby ich wynagradzania. W 2000 roku „The New England Journal of Medicine” pisał, że „liderzy opinii pełnią funkcje konsultantów dla firm, których produkty badają, zasiadają w ich komitetach doradczych, uczestniczą w sponsorowanych przez branżę sympozjach, wchodzą z producentami w porozumienia w zakresie patentów i praw autorskich, firmują swoimi nazwiskami artykuły napisane przez ghostwriterów opłacanych przez zainteresowane firmy, podczas sponsorowanych przez biznes konferencji promują leki i sprzęt medyczny, chętnie przyjmują kosztowne prezenty i korzystają z zaproszeń na luksusowe wycieczki w egzotyczne rejony świata”. I nie chodzi tu wyłącznie o niewielką grupę psychiatrów akademickich. Producenci szybko zrozumieli, że takie działania zapewniają skuteczny marketing produktów i dlatego branża zaczęła finansować niemal każde bardziej znane nazwisko wśród psychiatrów. Kiedy w 2000 roku redakcja „The New England Journal of Medicine” poszukiwała autora, który napisałby artykuł wstępny na temat depresji, „udało jej się odnaleźć zaledwie kilku psychiatrów nie posiadających związków finansowych z producentami antydepresantów”.
Do tej koalicji dołączył wkrótce Krajowy Instytut ds. Zdrowia Psychicznego (NIMH). Od momentu, kiedy jego władze zamknęły Projekt Soteria i pozbyły się Lorena Moshera, psychiatrzy będący zwolennikami biologicznego modelu psychiatrii wiedzieli, że mają w NIMH sojusznika. Przez całe lata osiemdziesiąte instytut aktywnie propagował w społeczeństwie biologiczny paradygmat psychiatrii, a działania te nabrały szczególnego rozmachu pod kierownictwem Sherverta Fraziera. Przed wyborem na stanowisko szefa Instytutu, co miało miejsce w 1984 roku, Frazier kierował pracami Komisji do Spraw Publicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, przeprowadzającej m.in. finansowane przez branżę farmaceutyczną warsztaty w zakresie współpracy z mediami. Nowy dyrektor natychmiast ogłosił, że po raz pierwszy w swojej czterdziestoletniej historii NIMH zorganizuje szeroko zakrojoną kampanię społeczną na rzecz podnoszenia świadomości, rozpoznawania i leczenia depresji pod nazwą Depression Awareness, Recognition and Treatment (DART). Zasadniczym celem tych działań było, według deklaracji kierownictwa instytutu, przekonanie opinii publicznej, że zaburzenia depresyjne są „powszechne, poważne i wyleczalne”. Projekt wsparły firmy farmaceutyczne „zapewniając na jego potrzeby zasoby, wiedzę i inne formy pomocy”, które – zgodnie z deklaracją NIMH – miały wystarczyć przynajmniej na dekadę działań. Aby poszerzyć rynek na leki psychiatryczne, NIMH zaczęło nawet przekonywać opinię publiczną, że hipoteza uszkodzonego mózgu jest w pełni udowodniona. „Dwie dekady badań naukowych wykazało, że [zaburzenia psychiczne] to takie same choroby jak wszystkie inne”, ogłosił 1990 roku dyrektor Instytutu Lewis Judd pomijając przy tym fakt, że nikt nie potrafił wyjaśnić ich patologii.
Ostatnią grupą, jaka przyłączyła się do chóru popularyzującego nowe oblicze psychiatrii, była organizacja o nazwie Krajowa Koalicja na rzecz Chorych Psychicznie ( National Alliance for the Mentally Ill, NAMI). Jak napisał jeden z historyków, powołały ją w 1979 roku dwie kobiet z Wisconsin, Beverly Young i Harriet Shelter, w proteście przeciw freudowskim teoriom obwiniającym za występowanie schizofrenii „wyniosłe i niedbające matki, zajęte samymi sobą i niezdolne zbudować więzi ze swoimi nowo narodzonymi dziećmi”. NAMI potrzebowała innego wyjaśnienia i – jak w 1991 roku stwierdziła była prezeska tej organizacji, Agnes Hatfield – propagowała teorię, według której „ tzw. choroba psychiczna nie jest dolegliwością związaną z psychiką; jest schorzeniem biologicznym. Rodziny dotknięte tym problemem wiedzą, że zmagają się z chorobą fizjologiczną”. Dla Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz branży farmaceutycznej powstanie NAMI nie mogło nastąpić w dogodniejszym momencie – oto na scenie pojawiało się środowisko rodziców, którzy byli gotowi z własnej woli wesprzeć biologiczny model psychiatrii. Zarówno APA, jak i producenci leków szybko postanowili z tej szansy skorzystać. W 1983 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne i NAMI uzgodniły, że wspólnie opracują i opublikują broszurę poświęconą neuroleptykom. Niedługo potem Towarzystwo zachęcało już swoje regionalne przedstawicielstwa „do nawiązywania współpracy z lokalnymi oddziałami NAMI.” APA i NAMI połączyły siły lobbując w Kongresie na rzecz zwiększania finansowania badań biomedycznych. Beneficjentem tych działań był Krajowy Instytut ds. Zdrowia Psychicznego (NIMH), którego wdzięczność wobec środowiska rodziców była tym większa, że dzięki ich zaangażowaniu budżet tej instytucji urósł w latach osiemdziesiątych o 84 %. Do tego czasu NAMI zrzeszało już 125 tys. członków, reprezentujących głównie amerykańską klasę średnią, i za swój cel – jak wyznał jeden z liderów tej organizacji – postawiło sobie „edukowanie mediów, osoby pełniące funkcje publiczne, pracowników służby zdrowia, środowiska biznesowe oraz opinię publiczną w zakresie prawdziwej natury zaburzeń pracy mózgu”. Należy podkreślić, że NAMI wniosła do koalicji propagującej narrację o „uszkodzonym mózgu” potężny czynnik moralny i branża farmaceutyczna, co oczywiste, chętnie finansowała programy edukacyjne tej organizacji. Dość wspomnieć, że w latach 1996 – 1999 osiemnaście firm zasiliło konto NAMI kwotą 11,72 miliona dolarów.
Mówiąc w skrócie, w latach osiemdziesiątych XX wieku ukształtował się potężny czterogłosowy chór, którego misją było przekonanie opinii publicznej, że zaburzenia psychiczne to choroby mózgu. Aby osiągnąć ten cel, branża farmaceutyczna wyłożyła środki finansowe, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne oraz psychiatrzy z czołowych amerykańskich uniwersytetów nadali całemu przedsięwzięciu naukową legitymizację, Krajowy Instytut ds. Zdrowia Psychicznego uwiarygodnił całą operację przyznając jej rządową aprobatę, natomiast Krajowa Koalicja na rzecz Chorych Psychicznie wniosła do niej autorytet moralny. Powstała w ten sposób koalicja była na tyle silna, że mogła wmówić Amerykanom niemal wszystko. A jakby tego było mało, na scenie pojawił się jeszcze jeden głos, dzięki któremu biopsychiatryczna narracja stała się w oczach opinii publicznej niemal nie do podważenia.
Krytycy wierzą w Obcych?
Opowieść o „psychofarmakologicznej rewolucji” po raz pierwszy popularyzowano w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w. Następnie, jak widzieliśmy wyżej, wskrzeszono ją ponownie w latach osiemdziesiątych, jednak wówczas jej zwolennicy byli już bardziej narażeni na krytykę aniżeli ich poprzednicy, a powód tego był prosty – ich narrację kwestionował dwudziestoletni dorobek badań naukowych. Okazało się, że ludziom z zaburzeniami żaden lek tak naprawdę nie pomaga dobrze funkcjonować w długiej perspektywie czasowej, a teoria o nierównowadze chemicznej w mózgu, mającej być rzekomym źródłem zaburzeń psychicznych, traciła swoją popularność. W 1984 roku badacze z NIMH pisali, że „wzrost lub spadek aktywności w układzie serotoninergicznym sam w sobie raczej nie ma związku z depresją”. Uważni czytelnicy książki Uszkodzony mózg dowiadywali się, że żadnych przełomowych odkryć naukowych w tym zakresie tak naprawdę nie było. Innymi słowy, istniała przepaść między tym, co orędownicy narracji o „uszkodzonym mózgu” głosili jako fakty, a tym, co tak naprawdę było na ten temat wiadomo. Ta sama przepaść między stanem faktycznym a deklaracjami ujawniła się później, kiedy na rynek wszedł prozac i inne leki drugiej generacji. Jednak, na szczęście dla zwolenników psychiatrii biologicznej, wszelką jej krytykę, podobnie jak krytykę leków psychiatrycznych, udało się w oczach opinii publicznej skojarzyć z Kościołem Scjentologicznym założonym w 1952 roku przez pisarza literatury fantastycznonaukowej, L. Rona Hubbarda. Jednym z dogmatów tej organizacji jest założenie, że ziemię zamieszkują dusze, które uprzednio mieszkały na innych planetach. Koncepcja ta nawiązuje do „pozaziemskiego” mitu stworzenia i prawdopodobnie została zaczerpnięta z jednej z wielu powieści science-fiction. Jednak oprócz poglądów na ten temat Hubbard miał własne pomysły dotyczące tego, jak uzdrawiać ludzkie umysły. Jeszcze przed założeniem Kościoła Scjentologicznego wydał książkę pt. Dianetyka. Współczesna nauka o zdrowiu umysłowym ( Dianetics: The Modern Science of Mental Health), w której zaproponował wykorzystanie procesu „audytowania” jako metody na oczyszczenie umysłu z bolesnych doświadczeń z przeszłości. Środowiska naukowe i medyczne wykpiły dianetykę jako szarlatanerię, zaś samego Hubbarda zdyskredytowano przedstawiając go jako naciągacza, co wywołało u niego głęboką nienawiść do psychiatrii. W 1969 roku, Scjentolodzy, wspólnie z Tomaszem Szaszem, powołali do życia Obywatelski Komitet ds. Praw Człowieka (ang. Citizens Commission on Human Rights). Organizacja ta rozpoczęła kampanię społeczną przeciwko stosowaniu w psychiatrii lobotomii, elektrowstrząsów i leków psychiatrycznych.
Inicjatywa ta okazała się bardzo fortunna dla Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i jego sojuszników w utrwalaniu narracji biopsychiatrycznej. Można sobie nawet wyobrazić, że to właśnie branża farmaceutyczna – sponsorująca wszystkie organizacje, które świadomie lub nieświadomie pomagają jej osiągać swoje celów – sekretnie finansowała działania Scjentologów, a tych dyskredytowała w szerokich kręgach opinii publicznej nie tylko wiara w istoty pozaziemskie, ale również szybko zdobyta reputacja tajemniczej, pieniackiej, a nawet groźnej sekty. W 1991 roku magazyn „Time” scharakteryzował Scjentologów jako „globalną i wysokodochodową grupę przestępczą, która działa zastraszając swoich członków niczym mafia.” Dzięki pojawieniu się Scjentologii elita psychiatryczna zyskała dodatkową tarczę dla swojej narracji – teraz każdy głos krytyki pod adresem medycznego modelu psychiatrii można było łatwo zdyskredytować jako banialuki wymyślone przez członków znienawidzonej sekty, nawet jeśli krytyka ta opierała się w rzeczywistości na rzetelnych badaniach psychiatrycznych. Pojawienie się Scjentologów dało powstałemu chórowi głosów wspierających biopsychiatrię możliwość łatwego oczerniania krytyków modelu medycznego bez względu na źródła i podstawy tej krytyki. I takie właśnie siły uformowały się w latach osiemdziesiątych na rzecz promocji nowego oblicza psychiatrii. A kiedy na rynku pojawił się prozac, wszystko było gotowe do stworzenia opowieści o kolejnym, wielkim skoku dla psychiatrii.
Psychiatrzy uniwersyteccy zaczęli również regularnie wygłaszać sponsorowane prelekcje dla lokalnych środowisk psychiatrycznych. W 2000 roku psychiatra z University of Mississippi John Norton w liście napisanym do „The New England Journal of Medicine” ujawnił, iż po napisaniu artykułu na temat ubocznych skutków leku, którego producentem był sponsor jego wystąpienia, „liczba zaproszeń, jakie zwykle otrzymywał od sponsorów, spadła nagle z 4-6 miesięcznie niemal do zera”. Przed tym zdarzeniem – pisał psychiatra – „łudziłem się, że edukuję lekarzy nie będąc przy tym narzędziem w rękach sponsorów”.
Robert Whitaker
Powyższy tekst został pierwotnie opublikowany na portalu Nowa Debata w sierpniu 2012 roku. Przekład Mateusz Rolik, współpraca Dominik Rozwadowski. Wersja nieco poprawiona i ze zmienionym tytułem.
