«
»

Notatki pogodnego krytykanta

O MANUELI GRETKOWSKIEJ, JACKU ŁUKASIEWICZU, OLDZE TOKARCZUK, PETERZE HANDKE ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

07.25.21 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O MANUELI GRETKOWSKIEJ, JACKU ŁUKASIEWICZU, OLDZE TOKARCZUK, PETERZE HANDKE ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

O Manueli Gretkowskiej tak pisał filozof z Wrocławia Adam Chmielewski: „jedna z najbłyskotliwszych intelektualnie kobiet w Polsce, śmiała i kontrowersyjna pisarka, wykazała się niesłychaną odwagą, zakładając partię stawiającą sobie za cel upodmiotowienie polskich kobiet” (Chmielewski, Psychopatologia życia politycznego. Podręcznik ilustrowany, Wrocław 2009, str.63). Owa śmiała pisarka, wspominając w marcowym „Newsweeku” (2021 nr 11) czas sprzed roku, poinformowała czytelników, że „włoscy księża przykładali do trumny telefon, żeby rodzina była bliżej zmarłego”. Teraz jakiś Orange czy T-Mobile może się reklamować: „Dzięki naszej sieci porozmawiasz ze zmarłymi!” I dalej mężna założycielka Partii Kobiet snuje gawędę , jak to pewna kobieta złożyła własne życie w ofierze dla ratowania życia ukochanego mężczyzny: „Chora francuska pielęgniarka poderżnęła sobie gardło, nie chcąc zarazić męża”. Ładny mi tryumf „upodmiotowienia francuskich kobiet”! Przecież wystarczyło po prostu założyć trzy maski i trzymać pięciometrowy dystans a mąż byłby bezpieczny. Powtarzająca bezmyślnie, ale z całą powagą, jakiegoś szura z masowych mediów, ma być „jedną z najbłyskotliwszych intelektualnie kobiet w Polsce”?

Adam Chmielewski myli się także w innej kwestii. Pisze o polskiej prawicy, że wyznaje „specyficzny rodzaj polityki eksterminacyjnej, paradoksalnie inspirowanej filozofią polityczną niemieckiego prawnika Carla Schmitta, czynnie wspierającego reżim nazistowski” (Psychopatologia…, s.23). W innym miejscu mówi o „eksterminacyjnym rozumieniu walki politycznej” Schmitta (op.cit., s.52) Nieodmiennie smuci mnie, kiedy umysły subtelne jak filozofowie zniżają się do tak topornych opinii w celu dokopania polityczno-ideologicznemu wrogowi. Tego, co Chmielewski przypisuje Schmittowi, ten nigdy i nigdzie nie napisał, wręcz przeciwnie, jego myśl cały czas krążyła wokół tego, jak takiej polityce zapobiec lub przynajmniej ograniczyć jej zakres.

Adam Chmielewski jest bez wątpienia świetnym znawcą myśli Karla Poppera i Slavoja Żiżka, niestety, wygląda na to, że koncepcje Schmitta z dziedziny filozofii politycznej zna jedynie z trzeciej ręki, być może od jakiegoś marnego dziennikarzyny z bulwarówki reprezentującej tępy zoologiczny antyfaszyzm. Muszę jednak dodać, że zachowałem do niego starą sympatię, ponieważ to on w połowie lat osiemdziesiątych zeszłego wieku – spotkaliśmy się w hotelu asystenta przy ulicy Pasteura, gdzie wówczas mieszkał – pożyczył mi The Road to Serfdom Hayeka, książkę, która wpłynęła co nieco na mój intelektualny rozwój. Najbardziej aktualny wydaje mi się dziś tytuł rozdziału „Najgorsi na szczyt”, diagnoza i prognoza znajdujące swoje pełne potwierdzenie po 100 latach panowania masowej demokracji, kiedy „panowanie miernot” (Edgar Julius Jung) ujawnia się w całej jaskrawości.

Wspominałem z łezką w oku tamte dawne czasy wertując grubą, bogato ilustrowaną, z mnóstwem fotografii, książkę Anny Mituś i Piotra Stasiowskiego Agresywna niewinność. Historia grupy Luxus (BWA Wrocław, Wrocław 2014). Z głębi pamięci wydostały się na powierzchnię wrocławskie sytuacje, pejzaże, miejsca, obrazy, ludzie, nocna, odlotowa wędrówka po mieście z Krzychem B., w trakcie której trafiliśmy do mieszkania jednej z członkiń Luxusu Ewy Ciepielewskiej, która pokazywała nam swoje rysunki. Przed oczyma staje mi chuda sylwetka kręcącego się w tym środowisku Bogusia T., libacja w jego norze gdzieś na tyłach placu Grunwaldzkiego, stara kamienica pamiętająca początki II Rzeszy Niemieckiej, zaliszajona klatka schodowa z kiblem na korytarzu. Znałem też współpracującego z grupą, wówczas anarchosyndykalistę a potem burmistrza i biznesmena, Jacka D. Ale, rzecz jasna, najważniejszy był, należący do Luxusu, performer Jurek Kosałka; to on  robił oprawę graficzną dla naszego podziemnego pisemka „Koliber”, które po secesji z solidarnościowego mainstreamu jesienią 1984 roku wydawaliśmy z Krzychem B., Olkiem P. i Andrzejem M. Jurek zrobił layout, logo, rysunki do rubryk i tekstów, do trzech numerów, aż do wiosennego dnia 1985 roku, kiedy smutni panowie ze Służby Bezpieczeństwa dość niegrzecznie przerwali naszą niewinną antypaństwową działalność i umieścili w brudnych celach aresztu przy Podwalu – mnie na 48 godzin, Krzycha B. na znacznie dłużej.

Pamiętam, ciągnące się głęboko w noc, redakcyjne nasiadówki u Krzycha B. na Szczytnickiej (czasami wpadał Tomek W. , później w ruchu „Wolność i Pokój”) – przy winie, w kłębach zielonego dymu. Tak, tak, walczyło się z komuną. To była bardzo przyjemna walka.

* * * * *

Jarosław Kaczyński (poseł i wicepremier) 4 czerwca powiedział w rozmowie z Radiem Rzeszów) , że „idee antyszczepionkowe” zostały zainspirowane w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku przez KGB. W dzienniku „Sieci” (2021 nr 24), Jakub Augustyn Maciejewski, w artykule Prezes PiS, szczepienia i walka z dezinformacją wyraził przypuszczenie, że Kaczyński, wskazując na podobieństwo dzisiejszej „propagandy antyszczepionkowej” do dawnych operacji sowieckiego wywiadu – miał prawdopodobnie na myśli (odczytywanie myśli prezesa to niezwykle pożyteczna umiejętność), puszczoną w obieg przez sowieckie służby w połowie lat osiemdziesiątych opowieść o tym , że wirus HIV wymknął się z wojskowego laboratorium w USA (chodziło o Fort Detrick w stanie Maryland, gdzie w latach 1943–1969 mieściło się centrum programu broni biologicznej). W 2021 r. pojawiła się opowieść, że wirus SarsCov-2 uciekł z chińskiego laboratorium pracującego nad bronią biologiczną. Ciekawe, jakie służby tym razem puściły ją w obieg, bo chyba nie KGB.

Na marginesie zauważmy, że wersja o koronawirusie zbiegłym z laboratorium, choć sprzeczna z oficjalnie głoszoną opowieścią o targu w Wuhan i tamtejszych nietoperzach czy łuskowcach, de facto podtrzymuje odgórnie ustaloną opowieść o straszliwym wirusie-killerze zagrażającym całej ludzkości. Podobną propagandową funkcję pełniła opowieść o wirusie HIV, który uciekł z amerykańskiego laboratorium. Za Ernstem Jüngerem można powiedzieć, że nie stanowią one rzeczywistej alternatywy, ale należą do sposobu pracy systemu.

* * * * *

„Przewróciłem się, spadłem z roweru i złamałem palec” –o tym niezwykłym, bolesnym (u)(w)ypadku Janusz Korwin-Mikke (poseł) poinformował elektorat na swoim instagramowym koncie . Znany z krytycznego stosunku do demokracji prezes partii, której nazwy nie pamiętam, do sieci wrzucił zdjęcie swojego złamanego palca, zapewne w nadziei, że masy wzruszą się jego cierpieniem i w nagrodę zapewnią mu wygodne obijanie się w Sejmie przez następną kadencję. Poseł prowadził bezpośrednią relację z przebiegu wydarzeń z sobą w roli głównej („Właśnie patrzę na zdjęcie rentgenowskie. Jest złamanie z przemieszczeniem”). Oto demokrata pełną gębą, który jak każdy działający dziś w tzw. sferze publicznej stylizuje się na ofiarę, cierpi, ale jest dzielny, nie „pęka”, twardziel z niego. Masy współczują, podziwiają i czekają na kolejne dramatyczne wydarzenia z życia posła i prezesa: gołąb narobi mu na beret, poślizgnie się na skórce od banana albo zatka mu się zlew w kuchni.

 * * * * *

Wynotowane z listów Emila Ciorana:

Ponoszenie konsekwencji cudzej głupoty to najbardziej absurdalna tragedia, jaka może nas dotknąć.

Wszystko w życiu jest kwestią znajomości.

Miejsce jest już zbyt znane, wręcz oblegane przez turystów, tę zarazę współczesnego świata.

Poruszać się po nim [Paryżu] pieszo nie można nawet za dnia. Ja spaceruję tylko późnym wieczorem, często po północy. To lakierowane piekło.

Turystyka sprawiła, że świat stał się niezamieszkalny.

Co do kobiet współczesnych, to idą one do pracy, zwłaszcza w biurach, tych ogłupiających piekłach.

W gruncie rzeczy wszelkie poglądy są niedorzeczne i fałszywe, pozostają jedynie ludzie jako tacy, bez względu na pochodzenie czy wiarę.

Wszystko, co nie jest religią, jest tylko rzeżączką.

To prawie nie do wiary, że są jeszcze miejsca wolne od turystów.

Kiedy człowiek zaczyna pokazywać się publicznie, samodegraduje się.

Nawet rozmowa z dziwką jest lepsza od rozmowy z pisarzem.

Poza muzyką i poezją wszystko jest kłamstwem albo pospolitością […] Oprócz poezji, metafizyki i mistyki nic nie ma żadnej wartości.

(Emil Cioran, Listy do kraju, przeł. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2021)

* * * * *

W marcu tego roku zmarł Jacek Łukasiewicz; zajęcia z literatury współczesnej prowadzone przezeń na wrocławskiej polonistyce stale zachowuję we wdzięcznej pamięci. Miał dobrą rękę do tytułów: Szmaciarze i bohaterowie, Laur i ciało , Zagłoba w piekle, Oko poematu. Jego świetne szkice o Parnickim pomieszczone w Republice mieszańców pomogły mi nie pobłądzić w labiryntach powieściopisarstwa autora Tylko Beatrycze, którego wprawdzie posmakowałem nieco wcześniej, jednak bez przewodnika trudno jest przebić się przez Koniec Zgody Narodów czy Słowo i ciało.

Chcąc sprawdzić jakiś szczegół z biografii Łukasiewicza zajrzałem do wikipedii, gdzie w haśle mu poświęconym czytamy, że debiutował w prasie w 1952 roku i współpracował z wieloma pismami, m.in. z „Akcentem”, „Odrą”, „Tygodnikiem Powszechnym”, „Arkuszem”. Z niezrozumiałych względów pominięto ważne szczegóły z jego biografii. Debiutował bowiem jako poeta i krytyk literacki nie w jakiejś nieokreślonej prasie, ale na łamach „W młodych oczach” – dodatku do paxowskiego „Słowa Powszechnego”. Publikował także w paxowskim tygodniku „Dziś i Jutro” a w latach 1953-1956 był członkiem redakcji literackiej, wydawanego przez Stowarzyszenie Pax, „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego” (redaktor naczelny Tadeusz Mazowiecki – członek kierownictwa PAX-u, radny Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu). Zatem Łukasiewicz pierwsze szlify poety i krytyka literackiego zdobywał pod skrzydłami Bola Piaseckiego, któremu należy się za to wdzięczność, podobnie zresztą jak za uczynienie Instytutu Wydawniczego „Pax” oficyną, która opublikowała prawie wszystkie powieści Parnickiego.

Dodajmy, że w 1955 r. ośrodkiem rewolty przeciwko Piaseckiemu stali się redaktorzy i współpracownicy „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego”, wśród nich pracownicy redakcji literackiej i członkowie Koła Młodych Związku Literatów Polskich we Wrocławiu Stanisław Grochowiak, Jerzy Krzysztoń, Władysław Lech Terlecki i Jacek Łukasiewicz [zob. Tomasz Sikorski, Fronda. Rozłam w Stowarzyszeniu PAX w 1955 roku. (Geneza – przebieg – konsekwencje), „Dzieje Najnowsze”, 2018 nr 1;

http://rcin.org.pl/ihpan/Content/65803/WA303_84401_A507-DN-R-50-1_Sikorski.pdf)]

Zacytuję z tomiku Rytmy jesienne (Biuro Literackie, Wrocław 2014):

Gościu, zdejmij powieki,

które ciążą przecież.

Ciemny czas się przetacza

nad ognistym miastem.

Zamiast trunku w kieliszkach

widać suche dna.

* * * * *

Po ukazaniu się Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk dyrektor Instytutu Studiów Zaawansowanych w Warszawie Sławomir Sierakowski oznajmił, że powieść zamyka epokę Sienkiewicza w polskiej kulturze i otwiera nową. To, co sądzi dyrektor, nie jest ani słuszne, ani niesłuszne, a jedynie śmieszne. Jedna powieść i od razu nowa epoka! Chyba tylko warszawski intelektualista-aktywista może takie pompatyczne dyrdymały z pełną powagą wypowiadać.

Deklaracja samej autorki, że jej książka jest „przeciwko Sienkiewiczowi” jasno dowodzi, że Sienkiewicza nie da się zignorować, trzeba być albo za Sienkiewiczem, albo przeciwko Sienkiewiczowi. W sumie Tokarczuk wpisuje się w nurt literacki mitologizujący I RP, oczywiście mitologizuje ją na swój własny sposób, ale jej fascynacja I RP jest dokładnie taka sama jak części polskiej prawicy. Tokarczuk jako anty–Sienkiewicz, pozostaje Sienkiewiczem a rebours, Sienkiewiczem obozu demokratyczno-postępowego.

Z niejaką emfazą Tokarczuk oświadczyła , że jej powieść „wsadzi szpilę, przebije ten balon, jakim jest mit czy stereotyp naszej polskiej, katolickiej tożsamości”. Powieść przebije balon mitu? Toż to nie powieść zwykła jest, ale wypełnienie narodowej misji, to nie powieść, ale czyn, ba, Czyn! Czyżby Tokarczuk wchodziła w rolę narodowej Wieszczki? Ja uważam, że powieść nie ma żadnych epok ani zamykać, ani otwierać, ani niczego przebijać, wystarczy, że nas poruszy, zachwyci, zabawi, skieruje na nowy trop poznawczy, odsłoni fragment nieprzeczuwanej dotąd rzeczywistości, skłoni do zastanowienia np. nad naszą tożsamością. To w zupełności wystarczy.

W kontekście heroicznej walki Tokarczuk z Sienkiewiczem, w której pisarka do Sienkiewicza się upodabnia, do jego narodowej roli pretenduje, balony nowych mitów i stereotypów nadmuchuje , wspomnieć można zapomnianego dziś polityka, posła i prezesa partii Janusza Palikota, który w jednym z wywiadów oświadczył ni mniej nie więcej, że walczy z Mickiewiczem! No i się doigrał, doprowadził swoją partię do upadku i zniknął ze sceny, ponieważ z Mickiewiczem jeszcze nikt nie wygrał. Gdyby był pisarzem jak Olga Tokarczuk, to takie buńczuczne deklaracje miałyby jakąś rację bytu, ale był tylko politykiem biorącym udział w „debacie publicznej”, której wszyscy bez wyjątku uczestnicy muszą posługiwać się najprostszymi sloganami, frazesami zrozumiałymi dla masowych elektoratów, prymitywnymi strzępami myśli wypełniającymi króciutkie przydziały czasu w mediach. Większość z „debatujących” jest przynajmniej na tyle inteligentna i ostrożna, że nie podejmuje się tak herkulesowych prac jak beznadziejna „walka z Mickiewiczem”. Tymczasem poseł i prezes partii swojego imienia nieopatrznie rzucił wyzwanie Wieszczowi. Po prostu zwyczajny „oszołom”, nic zatem dziwnego, że los „oszołoma” go spotkał. Na szczęście znalazł sobie właściwe zajęcie i miejsce w życiu, a może nawet powołanie – pędzi bimber czy inne nalewki.

* * * * *

Swego czasu obejrzałem i wysłuchałem mów noblowskich obojga laureatów – Olgi Tokarczuk i Petera Handke. Pierwszą łatwo dostrzegalną różnicą była długość wystąpień, mowa Tokarczuk trwająca godzinę (nie wiem czy to czasami nie rekord) była dwa razy dłuższa niż mowa autora Leworęcznej kobiety. Moim zdaniem powinno się ograniczyć literackie mowy noblowskie do 15 minut – tyle trwała, rekordowo krótka, mowa Wisławy Szymborskiej – ponieważ zarysowuje się tendencja ich wydłużania. Przyczyna tkwi zapewne w tym, że kiedyś pisarze mówili do zgromadzonego na Sali, ograniczonego audytorium; mowa mogła być potem opublikowana w czasopismach i czytana , ale nadal funkcjonowała w dość wąskim obiegu, dostępna była jedynie w prasowych ewentualnie telewizyjnych czy radiowych archiwach. Obecnie taka mowa, choć nadal wygłaszana do wąskiego audytorium, w rzeczywistości adresowana jest do „milionów”, może być – umieszczona w internecie – reprodukowana setki tysięcy razy, na jedno kliknięcie dostępna przez wiele lat dla coraz to nowych czytelników (słuchaczy). Zmienił się obieg w jakim krąży i zmieniła się jej funkcja.

Tokarczuk znakomicie wykorzystała te nowe reguły gry medialnej i wygłosiła godzinny wykład i był to rzeczywiście wykład, wygłoszony a właściwie odczytany, dość wystudiowanym głosem; zarówno forma, jak i treść były skonstruowane „pod szeroką publiczność”. Kiedy go słuchałem, od razu przyszło mi na myśl, że będzie to dobry materiał na licealne wypracowania albo prace maturalne typu „Zinterpretuj następujący fragment mowy noblowskiej Olgi Tokarczuk”, nie byłem więc specjalnie zdziwiony, gdy przeczytałem w mediach i w Internecie głosy właśnie takie wykorzystanie mowy postulujące.

Niestety, zarówno długość mowy, jak i zaadresowanie jej do „maturzystów” nie wyszło jej na dobre. Godzinę trzeba wszak czymś wypełnić, nieuchronnie pojawia się więc wata słowna, mówczyni wpada w gazetowy (internetowy) banał i operuje wytartymi motywami łatwo przyswajalnymi przez „maturzystów”, internet, wikipedia, Krzysztof Kolumb, zalew informacji, rdzenni mieszkańcy , transformacja, struktura, Cambridge Analytica, ocieplenie, efekt motyla itd. itp. Mogłaby to być całkiem dobra mowa, gdyby Tokarczuk skróciła ją do pół godziny, skondensowała, skupiając się na wątku „czułego narratora”

Handke wybrał zupełnie inną drogę; też znał doskonale reguły gry medialnej, ale poniekąd je sabotował. Mówił nie tylko o połowę krócej, ale zupełnie inaczej skonstruował mowę. Tokarczuk mówiła (czytała) płynnie, w dość jednostajnej tonacji, z pewnym namaszczeniem, natomiast Handke przewracał kartki jakby czegoś szukał, chrząkał, zacinał się, czasami mówił niewyraźnie, mamrotał pod nosem, ponadto na początku wywołał „efekt obcości”, przemawiając w pierwszej osobie tak jakby chodziło o niego, potem okazało się, że cytował słowa, opowiadającej w pierwszej osobie, bohaterki jednego ze swoich utworów, w mowę włączył także litanię loretańską po słoweńsku – w języku swojej matki, niektóre inwokacje po niemiecku, a na koniec wyrecytował w łamanej szwedczyźnie wiersz Tomasa Tranströmera .

Austriacki pisarz skomponował swoją wypowiedź wyłącznie z osobistych przeżyć, anegdot, opowieści, cytatów i (auto)cytatów łącząc różne style retoryczne i rodzaje mowy, nie zajmował się żadnymi problemami współczesnego świata, nie umieścił w niej niczego, co mogłoby posłużyć jako temat pracy maturalnej, żadnego sformułowania poręcznego do cytowania w gazetach czy w telewizji. Na tle jego czysto subiektywnego, „artystowskiego” podejścia, skupiającego się na autonomicznym wymiarze literatury, Olga Tokarczuk, poświęcająca tyle miejsca i uwagi sprawom oraz problemem współczesnego świata, który wymaga „naprawy”, czy wręcz „ocalenia”, oraz roli literatury, wpisuje się idealnie w polską tradycję pisarza służącego „Sprawie”, stawiającego literaturze i swojej własnej osobie cele i zadania społeczne, mającego jakąś misję do spełnienia. Pisarka zaangażowana w walkę o umocnienie pozycji społecznej , politycznej i finansowej kobiet, zabiera głos w ważnych aktualnych sprawach politycznych, pragnie kształtować odpowiednią świadomość historycznej Polaków, walczy o realizację ideałów np. równości etc. Olga Tokarczuk – polska? Arcypolska?

* * * * *

Mateusz Mazzini w tekście Wariant delta się szerzy, Brytania ma plan, Europa patrzy : „W tej chwili trwają testy kliniczne, które mają wyjaśnić, jakie preparaty będą podawane w ramach trzeciej dawki. Niewykluczone bowiem, że w celu wzmocnienia układu odpornościowego na różne warianty wirusa, również te, które pojawią się w przyszłości, Wielka Brytania zdecyduje się na pilotażowy program mieszania szczepionek. Osobom, które zaszczepiły się np. dwiema dawkami Pfizera, może więc zostać podana AstraZeneca albo Moderna. (…) W tej chwili testowane są połączenia czterech preparatów: Pfizera, AstraZeneki, Moderny i Novavaxu. Bardzo możliwe, że brytyjski rząd zdecyduje się na więcej niż jedną kombinację” (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2123501,1,wariant-delta-sie-szerzy-brytania-ma-plan-europa-patrzy.read). Widać jasno, że za kulisami dokonał się deal pomiędzy „rodzinami mafijnymi” (Pfizer, Moderna, AstraZeneca itd.), regulujący – na pewien czas – podział „terytoriów” i łupów, który pozwoli uniknąć wyczerpującej wojny.

Trochę mi żal tych dziennikarzy i publicystów jak Mazzini żarliwie wierzących w „Naukę”, która – jako rzekł Max Strirner – zastąpiła wiarę religijną, podobnie jak Człowiek zastąpił Boga a Państwo – Kościół. Panajotis Kondylis podkreślał, że teoriami naukowymi kierują te same morfologiczne reguły dążenia do mocy, samozachowania i panowania obecne na innych obszarach życia społecznego . Dodatkowo niektóre gałęzie nauki jak obecnie biomedycyna, wakcynologia, wirusologia czy klimatologia podlegają potężnym pozanaukowym wpływom, stając się jedynie maską, za którą toczy się bezpardonowa walka o podział zasobów materialnych i środków finansowych. Oraz o kontrolę nad ludzkimi zbiorowościami.

* * * * *

Mnożą się apele o „położenie kresu nienawiści”; wszyscy wokoło zawzięli się strasznie, żeby zwalczyć nienawiść, wszyscy żarliwie, chóralnie, unisono i głośno, by nie powiedzieć hałaśliwie, potępiają nienawiść, która szerzy się jak pożar na stepie. Na umysły wszystkich znudzonych i znużonych tymi wymiętoszonymi do cna tyradami przeciwko nienawiści kojąco podziała artykuł Cnota nienawiści ( https://www.firstthings.com/article/2003/02/the-virtue-of-hate) autorstwa rabina Meira Y. Soloveichika przekonująco dowodzącego jak niezbędna i ważna jest w życiu społeczeństw nienawiść. HATE IS O-KAY!

* * * * *

W tygodniku „Polityka” Krystian Łukasik w artykule, Czy most może być rasistowski? Technologie, które dyskryminują (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/2121635,1) szkicuje sylwetkę Roberta Mosesa, który na stałe zapisał się w historii Nowego Jorku: „W pierwszej połowie XX w. piastował on jednocześnie 12 różnych wysokich stanowisk. Odpowiadał za budowę prawie każdej nowej infrastruktury w mieście. Autostrady, parki, wiadukty, ulice, wieżowce, stadiony – we wszystkim, co wtedy powstawało, maczał palce »Wielki Budowniczy«, jak Mosesa nazywała prasa”.

Jednym z negatywnych bohaterów książki Jane Jacobs Śmierć i życie wielkich miast Ameryki (przeł. Łukasz Mojsak, Centrum Architektury, Warszawa 2014) – od tej „radykalnej konserwatystki” o lewicowych przekonaniach spojrzenia na miasto uczyć się powinny zarówno lewicowe, jak prawicowe ruchy miejski – jest właśnie ów wszechwładny urzędnik miejski Nowego Jorku. 27 lat temu na łamach naszego „Stańczyka” (nr 20, 1994) krytycznie pisał o nim amerykański libertarianin Jacob Hornberger.

Łukasik wygłasza dość zaskakującą opinię: „Moses był także okrutnym rasistą”. Robert Caro, autor jego biografii The Power Broker: Robert Moses and the Fall of New York (1974), wprost nazwał go „największym rasistą, jakiego kiedykolwiek spotkał”. Podobno Moses bardziej niż czarnoskórych i Latynosów nienawidził tylko biednych (Hornberger podaje, że jego niszczycielska furia nie oszczędziła także zamożniejszych mieszkańców Nowego Jorku) . Dlatego było mu nie w smak, że ludzie z uboższych dzielnic – najczęściej kolorowi – odpoczywają na jego ulubionej plaży Jones Beach. Okrutny rasista? Największy rasista, jakiego Caro kiedykolwiek spotkał? Nienawidzący czarnoskórych i Latynosów? Syn żydowskich imigrantów Belli Silverman i Emanuela Mosesa! No, chyba się jednak Krystian Łukasik nieco zagalopował. A wraz z nim tygodnik „Polityka”.

* * * * *

Demokracje liberalne dogorywają, a to co pozostało to pomalowana na tęczowe kolory fasada, za którą rządzą ludzie nazywający siebie „liberalnymi demokratami”, zaś swoich przeciwników – „wrogami demokracji” lub „wrogami konstytucji”. Utrzymują oni, że chcą ratować „społeczeństwo” przed „rozbijaczami”, a bez żadnych osłonek zachowują się jak partia wojny domowej, dla której żadne metody nie są zbyt brudne. (Martin Lichtmesz)

Tomasz Gabiś

 

Lipiec 2021



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»