«
»

Zapiski manarchisty

O WSTYDZIE ZA BYCIE POTOMKIEM KARBOWEGO, ZAMACHU NA KENNEDY`EGO (STONE, DYLAN, DOWNWARD), BARANINIE W USTACH JOLANTY BRACH-CZAINY ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

04.19.22 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O WSTYDZIE ZA BYCIE  POTOMKIEM KARBOWEGO, ZAMACHU NA KENNEDY`EGO (STONE, DYLAN, DOWNWARD), BARANINIE W USTACH JOLANTY BRACH-CZAINY ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

 Rewolucyjne klechy, czy też bakałarze, służąc idei Człowieka, ludziom podcinali gardła. (Max Stirner)

Scena z Kartoteki rozrzuconej Różewicza, którego Rok właśnie się kończy:

Dziennikarz telefonuje wczesnym rankiem do jednego z bohaterów z pytaniem  „Jakie są pana poglądy polityczne?”

Bohater: „Kto ma o piątej rano poglądy polityczne? […] Oszalał! Chce, żebym miał o świcie poglądy. Trzeba się załatwić, umyć, ubrać, wyczyścić zęby, zmienić koszulę, założyć krawat, wciągnąć spodnie i dopiero poglądy”.

Moim zdaniem, poglądy polityczne można mieć dopiero po śniadaniu, a najlepiej po dobrym obiedzie i podwieczorku, czyli od późnego popołudnia do wieczora, ale nie za długo, co najmniej na dwie godziny przed pójściem do łóżka należy pożegnać się z poglądami politycznymi,  aby móc spokojnie zasnąć i spać snem sprawiedliwego.

*  *  *

Rozmawiałem raz ze znajomym,  zeszło na 1968 rok,  wiadomo u nas Marzec, a gdzie indziej Maj.  Co tam Marzec, co tam Maj, Listopad, stary, Listopad 68!  A co niby takiego się wtedy wydarzyło ? Jak to co?  Pożegnalny koncert Cream-u w Royal Albert Hall!

*  *  *

W „Tygodniku Powszechnym” (2021 nr 42) Michał Okoński rozmawia z antropologiem  Kacprem  Pobłockim, autorem książki Chamstwo, poświęconej zagadnieniu pańszczyzny.

Okoński:  Nieunikniona reakcja czytelnicza jest i taka: po której stronie byli moi przodkowie?

Pobłocki:  Wiele osób zna odpowiedź na to pytanie. Ale niektórzy konfrontują się z niewiedzą. A może pracowali na dworze? Byli karbowymi? Uczestniczyli w systemie przemocy? Nie jest łatwo skonfrontować się z tym pytaniem – i ja tą trudnością tłumaczę część reakcji na „Chamstwo”.

Już, już  myślałeś, że jako potomek chłopów,  komfortowo się  umościsz   w  miękkim fotelu bycia ofiarą,  ale nie tak szybko, nie do potomków ofiar, ale do potomków sprawców zostaniesz zaliczony, bo twoi przodkowie byli karbowymi i uczestniczyli w systemie przemocy.  Zatem koszulę pokutną włóż, włosy posyp popiołem, przeproś za winy przodków! Koniecznie grupę rekonstrukcyjną pańszczyzny utwórz, abyś  mógł się wcielić w karbowego, który batem zagania chłopów do pracy!

Podstawowy problem z całym tym nurtem rozliczeniowym, czy to dotyczącym II wojny światowej (Gross, Grabowski, Leder i inni),  czy to pańszczyzny, polega na jego całkowitej  intelektualnej jałowości. Wynika to stąd, że wszystko obraca się tu wokół kwestii moralnych – autorzy prawią kazania współczesnym Polakom, napominają ich, budzą sumienia, każą konfrontować się ze złem, które czynili ich antenaci; są świeckimi kaznodziejami  i  misjonarzami pragnącymi kształtować właściwe postawy moralne.  Żaden ruch myśli z tego powstać nie może, nie ma tam nic, co mogłoby wzbudzić poznawczą ciekawość, nic co by od nas wymagało umysłowego wysiłku.

U Pobłockiego, podobnie  jak u innych autorów zręcznie udających, że się przejmują losem chłopów pańszczyźnianych, pojawia się,  do cna już wytarty,  topos folwarku i  jego,  trwającego podobno po dziś dzień,  negatywnego wpływu na nasze myślenie i działanie.  Jeśli ten wpływ jest rzeczywiście tak silny, to może oni sami nie są wolni od folwarcznej mentalności? Odnosi się bowiem nieodparte  wrażenie, że swoich współrodaków traktują niczym karbowi chłopów pańszczyźnianych –  stoją nad nimi z moralnym batem  i zaganiają do roboty nad rozpamiętywaniem win i grzechów ich przodków.

*  *  *

Kto się naprawdę, autentycznie, głęboko i szczerze,  czuje odpowiedzialny za  zbrodnie swojego prapradziadka karbowego,  niech idzie i się powiesi.

Czytelniku książek Pobłockiego i jego kolegów! Jeśli nie zakatowałeś własnoręcznie na śmierć sześciu chłopów pańszczyźnianych, nie musisz się niczego wstydzić.

*  *  *

W powieści Adolfa Muschga Motyw Albissera (przeł. Sławomir Błaut, Warszawa 1979) bohater nazwiskiem Zerutt, rzekomo dawny właściciel ziemski na Wołoszczyźnie,  opowiada pewnej  szwajcarskiej lekarce: „Gdyby pani wiedziała, jak ta służba, ci pańszczyźniani chłopi potrafili człowiekowi dopiec”. ( s.305)

*  *  *

Od historyka Bohdana Baranowskiego dowiedziałem się o naszym wybitnym rodaku Michale Walickim –  „wielki szuler a drobny szlachetka, który za pośrednictwem Sołtyka trafił na dwór Ludwika XVI i zaczął ogrywać nawet francuskich arystokratów, a od Anglika lorda Stanley`a wygrał niewiarygodną jak na owe czasy sumę trzystu tysięcy franków”. Oczywiście, oczywiście,  Kopernik, Curie-Skłodowska,  Jan Paweł II,  ale nie zapominajmy o  Walickim. Polski szuler klasy europejskiej, mamy się kim pochwalić także w tej dziedzinie.

*  *  *

 Naród traci godność nie z powodu przegranych wojen, lecz z powodu upadku języka; prawdziwym zdrajcą narodu jest dewastator  języka.  (Josef Weinheber)

Proces tworzenia legend przeszedł z ust ludu w oficjalne ręce. (Stanisław Jerzy Lec)

Im bliżej nam do śmierci, tym bardziej nieomylne powinny być nasze sądy. (Gunnar Heinsohn)

*  *  *

Bohater powieści Ernesto Sábato O bohaterach i grobach ( przeł. Helena Czajka, Warszawa 1996) tłumaczy swojej przyjaciółce, że nie ma racji, sądząc, iż  przyczyną wojen i nienawiści pomiędzy ludźmi jest wzajemne niezrozumienie oraz ogólna ignorancja:  „jedynym sposobem utrzymania pokoju wśród ludzi jest właśnie wzajemna nieznajomość i niewiedza – tylko w tych warunkach stworzenia te są  względnie łagodne i sprawiedliwe w stosunku do rzeczy, które nas nie obchodzą”  (s.255). Bardzo trafne, realistyczne spojrzenie na stosunki międzyludzkie, zwłaszcza między większymi grupami ludzi. Nie od rzeczy byłoby z tej perspektywy spojrzeć na nasze trudne relacje z paroma narodami,  co i rusz  ożywiane  erupcjami emocjonalnej lawy   oraz  kaskadami przygan i wytyków.

Przydatne tu  mogą  być refleksje Petera Sloterdijka na temat  stosunków niemiecko-francuskich po II wojnie światowej.  Zdaniem niemieckiego filozofa, aby stosunki te w wymiarze psychopolitycznym znormalizować  należy dążyć do ich banalizacji i samoschłodzenia. Dla obu stron najlepiej byłoby, gdyby zapanował między nimi stan  (życzliwej) obojętności i  (przyjaznego)  braku zainteresowania. Sadzę, że w  tym  kierunku iść  powinny także i  nasze wysiłki.

*  *  *

Z podręcznika dla studentów nauk politycznych:

Dla klasy panującej  „prawda” jest zawsze strategicznym posunięciem.

*  *  *

Po zatrzymaniu i wydaleniu z Wielkiej Brytanii Rafała Ziemkiewicza podniosły się głosy, że  przecież nic takiego wielkiego się nie stało, w końcu dane państwo  ma prawo nie wpuścić na swoje terytorium osoby, którą z takich czy innych przyczyn uzna za persona non grata. Zapewne tak, ale  najistotniejsze są kryteria,  na podstawie których  uznano Ziemkiewicz za osobę niepożądaną. Były to oczywiście kryteria ideologiczno-światopoglądowe, co potwierdza coraz silniej obecną we współczesnych masowych demokracjach liberalnych tendencję do  zrzucania przez aparat polityczno-medialny różnych listków figowych i jawne już przejście do ustroju państwa ideologicznego.  Niezależni,  krytyczni publicyści na Wyspach zauważali to już w latach 90. zeszłego wieku, dlatego też skrót BBC rozszyfrowywali jako Bolshevik Broadcasting Corporation ewentualnie  Brainwashing Broadcasting Corporation.

*  *  *

Erik von Kuehnelt-Leddihn przewidywał, że po upadku bloku sowieckiego,  kiedy przestanie istnieć ustrój, wobec którego,  ze względu na geopolityczno-militarną wrogość obu bloków,  trzeba się było określać  negatywnie,  państwa bloku zachodniego,  będą  mogły – bez obawy, że ktoś im wytknie podobieństwo do  brzydkich kuzynów zza Łaby – pod wieloma względami do tych kuzynów się upodabniać. I tak się dzieje.

Obecnie ustrojowym przeciwieństwem  dla Zachodu mogłyby być  Chiny, ale pod warunkiem,  że nie wyciągnie się z ideologicznego lamusa  antykomunizmu  albo krytyki  braku  demokracji i nieprzestrzegania praw człowieka , bo to byłoby odgrzewanie starych ideologicznych kotletów.  Atakować należałoby powszechną  kontrolę technologiczną,  cyfrową dyktaturę , zniesienie gotówki etc.  Jednak  tego rodzaju krytyki ze świecą szukać , co nie dziwi, ponieważ  klasy panujące  w krajach nazywanych zbiorczo Zachodem,  raczej Chiny naśladują  i  przejmują  ich model społeczny.  Krytykować Chiny znaczyłoby więc krytykować samego siebie,  a tego wolimy wszak unikać.

*  *  *

W „Zeszytach Literackich” (nr 60, jesień 1997) podczytuję  blok poświęcony Wenecji. Iluż to  pisarzy podróżowało  do tego miasta, by  je potem z zachwytem opisywać; obecnie, w czasach masowej turystyki odwiedzający Wenecję opowiadają, że stała się symulacją samej siebie, parkiem tematycznym, właściwie bez stałych mieszkańców, którzy przybywają skądinąd, aby ich odgrywać.  Na takie miasta wymyślono trafne określenie  –  selfie-towns.

*  *  *

Miklós Bánnffy w Trylogii  siedmiogrodzkiej (przeł. Irena Makarewicz, „Zeszyty Literackie” nr 133, 2016 nr 1)  – niestety, ta wybitna powieść nie ukazała się po polsku w całości – daje opis dawnego węgierskiego parlamentaryzmu:

„W sferach arystokratycznych Budapesztu polityka zajmowała tak naprawdę tylko nielicznych. Są od tego ważniejsze sprawy, a przynajmniej równie ważne. I tak, wiosną odbywają się wyścigi konne, podobnie ciekawe i ekscytujące jak jesienne polowania. Jeśli więc trzeba było zwołać posiedzenie Izby Wyższej parlamentu, zebranie partyjne czy też prezydium Kasyna, to latem należało brać pod uwagę sezon polowań na ptactwo, we wrześniu – czas rykowiska, wczesną zimą – okres polowań na bażanta, i podobnie też –wiosną trzeba było dobrze znać daty wyścigów konnych i właśnie między te dni wcisnąć planowane zgromadzenie. Z tego samego powodu, kiedy po wyścigach w Budapeszcie rozpoczynają się derby w Wiedniu, dokąd bezwarunkowo udaje się liczne towarzystwo, okres ten pozostaje martwy z punktu widzenia większych inicjatyw”.

Taki parlamentaryzm, ten sprzed epoki  masowej demokracji liberalnej, może się nawet podobać. Kontrolująca go arystokracja była najmniej opresyjną klasą rządzącą, ponieważ zajmowała  ważnymi sprawami (polowania, wyścigi konne, bale, długie narady o kwestiach matrymonialnych i majątkowych  itd.), co sprawiało, że mniej zajmowała się ludem,  w przeciwieństwie do reprezentantów masowej demokracji liberalnej, którzy z braku poważniejszych zajęć  lud wychowują, kontrolują, zalewają produkowanymi maszynowo ustawami i  zarządzeniami.  No i  bezustannie podejmują  „wielkie inicjatywy”,  zawsze kończące się fiaskiem i jedynie przydające ludowi cierpień.

*  *  *

Na tegorocznym Przeglądzie Filmów Amerykańskich we Wrocławiu pokazano najnowszy  film dokumentalny Olivera Stone `a JFK Revisited: Through the Looking Glass (2021) Niestety, z powodów, powiedzmy, logistycznych, nie mogłem udać się do kina, czego żałuję, gdyż film  Stone`a JFK  (1991) uważam za  bardzo dobry , niezależnie od pewnych mankamentów w rekonstrukcji kulisów wydarzeń w Dallas w 1963 r. W JFK Revisited  reżyser nie zostawia suchej nitki na raporcie komisji Warrena.

Sprawa zamachu powróciła  w zeszłym roku w melorecytowanym długim utworze Boba Dylana Murder Most Foul.  Tytuł pochodzi z Hamleta ( akt I, scena piąta) –  duch ojca Hamleta mówi doń:

Wszelki mord ohydny (Murder most foul),

Lecz ten był nadzwyczajny, niesłychany. 

I wyjaśnia, że nie zmarł śmiercią naturalną,  lecz został  zamordowany:

Słuchaj więc, słuchaj, Hamlecie. Puszczono

Rozgłos, że podczas mego snu w ogrodzie

Wąż mnie ukąsił; takim to skłamanym

Powodem śmierci mej zwiedziono Danię;

Dowiedz się bowiem szlachetny młodzieńcze,

Że ów wąż, który zabił twojego ojca,

Nosi dziś jego koronę (przeł. J.Paszkowski)

Intencje Dylana są aż nazbyt oczywiste, a ponadto tytuł nawiązuje  do klasycznej prekursorskiej  pozycji „spiskowej”  Stanley`a  J. Marksa  na temat zamachu, zatytułowanej właśnie  Murder Most Foul! wydanej w 1967 r.

Pośród masy późniejszej literatury wybija się kapitalny esej  Jamesa Shelby Downarda King Kill/ 33° . Masonic Symbolism in the Assassination of John F. Kennedy zamieszczony w Apocalypse Culture (red. Adam Parfrey,  New York 1987). Autor wykrywa schematy symboliczne, mistyczne toponimy i  fascynujące koincydencje,  interpretując zabójstwo Kennedy`ego jako psychpolityczny dramat i alchemiczny rytuał, w którym prezydent to zabijany „boski król”  opisany przez Jamesa George`a Frazera w  Złotej Gałęzi. Nazwisko „Kennedy” ma odniesienie  do ceannaideach, co po galeicku  znaczyć może „zraniona głowa”.  Wszystko dzieje się na scenie, którą tworzy siatka nazw, by wymienić niektóre : opustoszałe miasteczko  Ruby, Johnson Mountain, Trinity River, Dealay Plaza czyli  dea (bogini) + ley (hiszp. prawo).  Jacob Rubinstein zmienił w 1947 r. nazwisko na Jack L. Ruby czyli „rubin”;  na fałszywy rubin właściciele lombardów mówili jack ruby . W rubinowych pantoflach (Ruby Slippers) występowała Judy Garland grająca Dorotkę w muzycznym filmie Czarnoksiężnik z Oz (1939).  Oswald to „Oz-wald”, którego zabija Ruby (według Stone`a  informator FBI). Na jego torsie pozostała po sekcji zwłok litera Y, czyli „litera Pitagorasa” (Downard opisuje rozmaite przejawy nekrolatrii związane ze śmiercią Kennedy`ego). Ramę interpretacyjną tworzy dla królobójstwa  w Dallas także Makbet – odpowiednikiem trzech wiedźm są trzej mężczyźni  aresztowani tuż po zamachu i natychmiast zwolnieni, a których  tożsamości nigdy nie ujawniono. W Szkocji nazwisko  „MacBeth” występuje w  różnych wariantach,  jeden z nich to  „MacBaine” albo „Baines”.  Następcą Kennedy`ego był Lyndon….. Baines Johnson. Prawda, że ciekawe?

Oryginalnej odpowiedzi na pytanie, kto naprawdę zastrzelił Johna F. Kennedy`ego udzielili  Robert Anton Wilson i Robert Shea w Lewiatanie  (przeł. Teresa Tyszowiecka-Tarkowska, Poznań 1995).  Otóż był nim podobno niejaki Harold Canvera:  „Canvera wyłożył sporo forsy na Bluesky Inc., firmę produkującą sprzęt do lądowań na planetach o słabej grawitacji. Rzecz miała miejsce na początku lat pięćdziesiątych. Jednak niechęć Eisenhowera do programu kosmicznego spowodowała gwałtowny spadek akcji Bluesky i Canvera musiał wyprzedać się, ponosząc wielkie straty. Wtedy do akcji wkroczył Kennedy i oznajmił, że Stany Zjednoczone poślą człowieka na Księżyc. Dawne akcje Canvery z dnia na dzień zyskały milionową wartość. Canverze walnęły bezpieczniki w mózgu i tyle”. (s.40).

Rzeczywiście musiały mu „walnąć bezpieczniki”,  przecież to Eisenhower, a nie Kennedy go zrujnował!

*  *  *

 Młodzi oddają się fantazjom, dojrzali działaniom, starzy wspomnieniom. (Györge Konrad)

*  *  *

W artykule Sprawa młodzieży („Pion”, 13 marca 1938) Stefan Kisielewski pisze,  że atmosfera młodości „nie jest atmosferą twórczej, owocnej pracy” (Publicystyka przedwojenna, Warszawa 2001, s.117). A tymczasem w różnych krajach europejskich pojawiają się propozycje obniżenia wieku wyborczego, zatem zwiększenia wpływu na sprawy państwa i narodu ludzi, którzy jeszcze twórczo i owocnie pracować nie potrafią. Chociaż z drugiej strony  nie jest to może aż  tak istotne, skoro już dzisiaj w wielu parlamentach świata zasiadają posłowie, którzy  myślą, mówią i zachowują się jak  dzieci.

*  *  *

Piotr Zychowicz i Jacek Bartosiak ogłosili, że oto „nadchodzi trzecia wojna światowa”.  Kiedyś się mówiło: „Do licha! Ta cholerna wojna atomowa popsuje nam sobotnią imprezę!”

*  *  *

Buffalo Springfield, w słynnej pieśni protestu  For what it is worth z 1966 r. śpiewają: There is something happening here, what it is ain`t exactly clear.

I to jest uniwersalna prawda, zawsze i wszędzie, tak w 1966,  jak i w 2021 –  coś się tutaj dzieje, ale co dokładnie  się dzieje,  nie jest całkiem jasne.

*  *  *

Naród miałby prawo zachować swoją tożsamość i swoistość, ściśle i kategorycznie odrzucić masową imigrację, nawet gdyby wszyscy imigranci mieli wyższy iloraz inteligencji niż ludzie w kraju, do którego chcą imigrować. (Jared Taylor)

*  *  *

Kiedy tak człowiek przysłuchuje się gorącym dyskusjom o działalności wielkich prywatnych koncernów typu Google, Facebook czy też wielkich korporacji farmaceutyczno-medycznych, przychodzi mu na myśl to, co   Edmund Burke napisał   o  East India Company:  „prywatne przedsiębiorstwo, które stało się agendą rządową w kupieckim przebraniu”.  Może też się zdarzyć, że prywatne przedsiębiorstwo występuje w rządowym przebraniu.

*  *  *

To, co wspomina się w teraźniejszości, pozostaje zawsze z nią w związku ,  można by powiedzieć: zawsze jest instrumentalizowane.  […] . Wspominanie nie  jest  samo w sobie ani niczym dobrym,  ani niczym złym. Jest rzeczą ambiwalentną. Pamiętanie ma swój udział,  gdy chodzi o  wdzięczność i odpowiedzialność, ale trzeba dobrze coś zapamiętać także po to, aby  karmić resentyment i myśl o zemście . […] Wspominana przeszłość zawsze służy  do tego, aby legitymizować lub też delegitymizować teraźniejszość.  (Jan Assmann)

*  *  *

Niekiedy dzieli się ludzi na „dobrych, ale głupich” oraz na „złych, ale inteligentnych”. W naszych czasach zaczyna się wykształcać nowa kategoria: „złupi ludzie”

*  *  *

Jakiś dowcipny europejski tubylec puścił w obieg ostrzeżenie:  Indianie nie powstrzymali masowej imigracji, dlatego dzisiaj  żyją w rezerwatach.

  *  *  *

 W czasach coraz silniejszej carofobii  przytoczyć warto słowa polskiej filozofki:

„Baranina najlepsza jest na jesieni. Mięso zwierzęcia, które lato spędziło na łąkach ziołowych i mocno nasłonecznionych, jest smaczne i zdrowe. A wiedzieć warto, że im piękniejsza była pogoda, im bardziej soczyste trawy, tym lepsza pieczeń. Do uboju wybieramy sztuki młode. Mięso starych baranów ma siny, ciemny kolor. Jest twarde, łykowate, pokryte obficie żółtym tłuszczem. Najgorsze mięso pochodzi z tryków. Ma ostry, nieprzyjemny, smrodliwy zapach. Uprzedzenia żywione przez niektóre osoby do baraniny mają źródło w kiepskiej jakości mięsa sztuk starych i bezpodstawnie przenoszone są na mięso jagnięce, które – szczególnie gdy umiejętnie przygotowane ­– jest nieocenionym produktem do najwytworniejszych potraw. Mięso jagnięce ma jasno- czerwony kolor, tłuszcz biały i delikatny, nerwy cienkie. Jest miękkie i przyjemnie pachnie”.

Tak pisała  Jolanta Brach-Czaina w wydanych po raz pierwszy w 1992 r. Szczelinach istnienia.  To były piękne czasy,  kiedy  dawny ustrój upadł, a nowy się jeszcze nie skonsolidował i umocnił;  coś w rodzaju intelektualnego  interregnum, kiedy nie wiadomo było jeszcze,  co należy myśleć.

*  *  *

Amerykański polityk  Barack Obama „napisał” kolejną książkę  Ziemia obiecana. Książek „napisanych” przez demokratycznych polityków – obojętnie Obamę czy Trumpa –  z zasady nie biorę do ręki,  więc tylko z recenzji dowiedziałem się, że były prezydent USA zastanawia się,  czy poszedł do polityki z chęci pomagania, czy z próżności. Nad czym tu się zastanawiać, oczywiście,  że z chęci pomagania – pomagania samemu sobie, swojej rodzinie, przyjaciołom, kolegom i koleżankom.

*  *  *

W Republice Południowej Afryki  rywalem Kongresu Narodowego jest partia żądająca konfiskaty (bez odszkodowania) ziemi posiadanej przez białych farmerów, nacjonalizacji sektora bankowego i wydobywczego, podwojenia zasiłków socjalnych. Nazwa partii jest adekwatna do programu:  The Economic Freedom Fighters.

*  *  *

Po niezbyt chyba przemyślanej wypowiedzi medialnej Olgi Tokarczuk, jacyś zapaleńcy wezwali do odsyłania pisarce jej książek, podobnie jak norwescy zapaleńcy  innemu nobliście Knutowi Hamsunowi  75 lat temu odsyłali albo rzucali do ogrodu  jego książki.   Akcja równie nieprzemyślana jak wypowiedź autorki Ksiąg Jakubowych.  Jeśli  się komuś poglądy pisarza nie podobają, to niech go nie czyta a jak ma czas i ochotę , to niech innych namawia, żeby też  nie czytali. Aczkolwiek, powtarzam za Michaelem Klonovsky`m, intelektualna dojrzałość polega na umiejętności przeżywania estetycznej rozkoszy z lektury literackiego dzieła napisanego przez kogoś,  kogo polityczne czy ideologiczne poglądy są nam wstrętne, głupie, szkodliwe.

*  *  *

Demokracja dąży do stanu, w którym każdy  każdemu będzie mógł  zadać pytanie . (Ernst Jünger)

Wszyscy powinni wiedzieć wszystko. (hasło widniejące na gmachu paryskiego Odeonu w maju 1968 r.)

*  *  *

W „Do Rzeczy” (2021 nr n 32)  przeczytałem przestrogę Wiesława Chełminiaka:  „Zbliża się moment, gdy umrą ostatni świadkowie i o Powstaniu Warszawskim będzie już można pleść wszystko, co ślina na język przyniesie”. Dziwne, bardzo dziwne. Od kiedy to  świadkowie historii, bezpośredni uczestnicy wydarzeń są gwarantami prawdziwości ich przebiegu, ich prawidłowej rekonstrukcji i właściwej interpretacji?  W ostatnich dziesięcioleciach nastąpiła tak daleko posunięta „demokratyzacja” i „egalitaryzacja” tworzenia narracji historycznych, że według niektórych teoretyków pamięci świadkowie historii stali się wręcz „wrogami historyków”, a „Pamięć zwyciężyła historię”. Niektórzy nawet uważają,  że dopiero kiedy odchodzi pokolenie bezpośrednich uczestników wydarzeń, historiografia zyskuje większą możliwość obiektywizacji i „historyzacji” historii.

O tym, jak perspektywa zaangażowanego świadka może rzutować na ocenę wydarzeń z przeszłości, pokazuje w aforystycznym skrócie  Khalil Gibran:  „Kobieta zaprotestowała mówiąc: »Oczywiście, że była to słuszna wojna.  Mój syn na niej poległ«”. ( Piasek i piana. Ogród proroka, przeł. Barbara Sitarz-Howard, Wrocław, 1996,  s.64).

*  *  *

Szukając odpowiedzi na pytanie, czy w naszej ponowoczesnej i postępowej epoce możliwe jest życie według nieco bardziej tradycyjnych zasad, obejrzałem film o  menonitach z Pensylwanii. To, że nie używają samochodów, telewizorów i komputerów, nie było niczym nadzwyczajnym, ale to, że z dziećmi do piątego roku życia rozmawia się wyłącznie w dialekcie  z końca XVII wieku, którym mówiono gdzieś w Palatynacie, to naprawdę imponuje. Wierność tradycji godna najwyższego podziwu.

*  *  *

W jednym z polskich miast odbyła się demonstracja, która trwała bardzo krótko, ponieważ została rozwiązana przez obserwującego ją przedstawiciela Urzędu Miasta.  Wypatrzył on bowiem transparent z hasłem, które – jego zdaniem – „nawoływało do nienawiści”. Dostrzegam w tym dużą niesprawiedliwość, wszak organizatorzy demonstracji poświęcili swój czas i pieniądze, choćby na kupno materiałów na transparenty, a tymczasem ich legalna demonstracja  de facto nie mogła się odbyć.

Proponuję, żeby organizatorzy takiej czy innej demonstracji zwracali się do Urzędu Miasta z prośbą o listę słów, znaków i  haseł,  które według urzędników   spowodują  jej rozwiązanie,   ewentualnie przekazywali urzędowi listę słów, znaków i haseł, które będą pokazywane, skandowane, wykrzykiwane  na demonstracji,  aby właściwy urzędnik wskazał te z nich, które, jego zdaniem, spowodowują  jej rozwiązanie.

*  *  *

Wspomina Irena Jurgielewiczowa: „Nie należało do powszechnych wówczas obyczajów, by dzieci mieszały się do wymiany zdań między dorosłymi, można było natomiast jej słuchać” (Byłam, byliśmy. Wspomnienia, Warszawa 1998, s.112). Na pożytki płynące ze słuchania przez dzieci rozmów dorosłych przy stole  wskazywał też N.C. Parkinson: podnosiło to  poziom umysłowy dzieci starających się zrozumieć, o czym się rozmawia.

*  *  *

Współczesne myślistwo w coraz większym stopniu podlega komercjalizacji i technicyzacji. W „Dzikim Życiu”  przeczytałem o stosowaniu zaawansowanej technologii – snajperska broń myśliwska , optyczne celowniki, nowoczesna amunicja, elektroniczne gadżety do wabienia zwierząt, podsłuchy zakładane w lesie. Coraz większą popularność zdobywają nakładki noktowizyjne oraz celowniki noktowizyjne, które ułatwiają identyfikację.

Nic dziwnego,  że podnosi się coraz więcej głosów przeciwko współczesnemu myślistwu,  które  nie ma nic wspólnego z tradycyjnym polowaniem.  Wydaje się, że sposobem na wyjście z tej sytuacji byłoby dopuszczenie tylko myślistwa bez broni palnej, w ogóle bez jakichkolwiek urządzeń technicznych, bez nęcisk i tzw. ambon.  Chcesz polować? Bądź mężczyzną, weź łuk czy oszczep,  idź do lasu, bądź łowcą, naraź się na niebezpieczeństwo i  ból  ,  spoć się,  zmarznij,  zmęcz tropieniem,  poczuj, co znaczy po wielu godzinach wysiłku wracać z polowania do domu z pustymi rękoma. Jak polowanie to polowanie! Bo  strzelanie z bezpiecznej wysokości i z bezpiecznej odległości polowaniem nie jest.

*  *  *

Ze trzy lata temu wyraziłem (w innym miejscu) krytyczne zdanie na temat przenoszenia do kraju szczątków wybitnych Polaków.  Odnosząc się do sprowadzenia szczątków płk. Ignacego Matuszewskiego i mjr. Henryka Rajchmana pisałem wówczas m.in.:  „Przecież te groby powinny być elementem polskiej polityki pamięci skierowanej do obywateli tamtych państw, do naszych rodaków na obczyźnie. W kraju mamy na cmentarzach wystarczająco wielu zasłużonych Polaków”.

Jakże się  ucieszyłem, kiedy,  przeglądając  stare numery „Pulsu”,  znalazłem uwagi Włodzimierza Boleckiego  na ten temat ( „Puls” nr 61, marzec-kwiecień 1993) poczynione  w kontekście sprowadzenia do Polski szczątków Witkacego:

„Nigdy nie rozumiałem namiętności sprowadzania do Polski zwłok Polaków pochowanych przed laty poza granicami kraju. Oczywiście, pominąwszy przypadki, gdy taka była wola zmarłych bądź ich rodzin, którą należy uszanować. Miejsca wiecznego spoczynku są przecież miejscami symbolicznymi. Blisko czy daleko od granic kraju, znaczą ślad wędrówek Polaków przez historię. I czy to były przypadkowe wyjazdy, emigracje, miejsca przymusowego pobytu czy ucieczki – jak w przypadku Witkacego – wszędzie są znakami losów i wędrówek obywateli polskich. […] W pomyśle przenoszenia tych pamiątek do obecnej Polski jest jakiś obłędny pomysł  poprawiania historii, redukowania ludzkich losów i losów kultury do administracyjnych wymiarów polityki. […]  Być może nie mam racji, ale wydaje mi się, że te groby nie są własnością państwa polskiego, i nie powinny służyć do nasycania Polski pamiątkami po jej wielkich zmarłych. Te groby są własnością i pamiątkami ziemi, w której się znajdują. Mają przypominać i nam, i wszystkim następnym pokoleniom, że historia ludzi nie zamyka się w administracyjnych granicach państw. Groby, cmentarze, domy, kościoły, pamiątki kultury to nie zabawki, które dorosłe dzieci mogą zabierać ze sobą na kolejne place zabaw”.

Pisał proroczo Bolecki: „Ktoś, kto dziś zechce sprowadzić do Polski prochy Witkacego, jutro – będzie się starał sprowadzić prochy Aleksandra Fredry ze Lwowa, Witolda Gombrowicza z Vence,  Maurycego Mochnackiego z Auxerre” (sic! – TG).

Jeśli chodzi o Fredrę, to przypomnę, że pewien profesor z wrocławskiej polonistyki (jego wykłady jakoś nie zapisały się w mojej pamięci) wykradł  palec autora Zemsty i do Wrocławia przywiózł. Świetny to materiał na komedię.

*  *  *

W innym numerze „Pulsu” (nr 50, maj-czerwiec 1991) natrafiłem na „angielską i amerykańską poezję niepoważną” w tłumaczeniu Barańczaka. Najbardziej przypadł mi do gustu fragment wiersza  W.H.Audena:

Święty Tomasz z Akwinu

Zawdzięczał wytrawnemu winu,

Regularnie i często pitemu,

Klarowność tomistycznego systemu.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 162 ( 2021 nr 6)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»