«
»

Imperium Europejskie, Varia

KOMICZNA APOKALIPSA WEDŁUG JEANA RASPAILA

05.15.22 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

KOMICZNA APOKALIPSA WEDŁUG JEANA RASPAILA

Pierwodruk:  „Nowe Państwo”, 1998 nr 6.

Powieść Jeana Raspaila Obóz świętych ukazała się 25 lat temu w paryskim wydawnictwie Roberta Laffonta. Następne lata, oprócz kilku kolejnych wydań francuskich, przyniosły przekłady książki na angielski, hiszpański, portugalski i niemiecki. Po jej opublikowaniu znany historyk Jacąues Benoist-Mechin stwierdził: „Niewiele jest książek, które w ostatnich latach zrobiłyby na mnie większe wrażenie. Im dokładniej obserwuję bieg wydarzeń na świecie, tym bardziej boję się, że Obóz świętych ma profetyczną wartość”. Z kolei pisarz i publicysta Thierry Maulnier, członek Akademii Francuskiej, napisał: Obóz świętych, to wielka książka, jest mniej rozrywką a bardziej przestrogą: potężna fala, która grozi Zachodowi zalaniem, już się zbliża. Stare zegary słoneczne mówią: »Jest później niż myślisz« ”. Według innego pisarza i publicysty Louisa Pauwelsa, Raspail opisuje upadek Zachodu z takim samym uśmiechem i gniewem, jak uczyniłby to inteligentny, wykształcony Rzymianin opisujący upadek Rzymu, czyli upadek pierwszego Zachodu.

Mimo tych pochwał, mimo iż opisywane przez autora zjawiska raczej się nasiliły, Obóz świętych z wolna zapadał się w czarną dziurę niepamięci, przemilczany przez dziennikarzy i publicystów, nie reklamowany przez prasę i telewizję. Powieść nie została sfilmowana. Do dzisiaj też nie została przełożona na język polski, mimo że od dziesięciu prawie lat nie istnieje w naszym kraju cenzura polityczna. Wszystko to nie jest dziwne, zważywszy na fakt, że diagnoza zawarta w książce jest dziś bardziej aktualna niż ćwierć wieku temu, co bez wątpienia nie podoba się znacznej części elit polityczno-moralno-massmedialnych dominujących na Zachodzie. Obóz świętych jest bowiem przede wszystkim szyderstwem z tych elit, z ich przekonań, postaw i działań. Przychodzi na nie godzina prawdy: z Indii wyrusza do Francji flotylla wioząca milion Hindusów, którzy chcą osiedlić się w kraju jawiącym się jako raj. Za nimi wyruszają następne miliony ludzi z Azji i Afryki. Wszyscy podążają w kierunku Europy. Pokojowa inwazja Trzeciego Świata na Europę kończy się sukcesem.

Bezgłośnie umiera europejska cywilizacja, historia Europy dobiega końca. Taka jest futurologiczna wizja francuskiego pisarza, który proces trwający dziesiątki lat kondensuje w kilku tygodniach, aby tym wyraziściej zarysować go przed oczami czytelnika. Dokonuje się ostateczny upadek  Zachodu, i to nie w wyniku najazdu uzbrojonych „hord mongolsko-bolszewickich” czy zwycięskiego dżihadu muzułmańskich wojowników, ale poprzez pokojową inwazję ludzi bezbronnych, słabych, biednych i głodnych, którzy słusznie liczą na współczucie, litość i „miłość bliźniego”.  Ich jedyną siłą jest to, że stanowią milionową masę, która po prostu prze naprzód jak wielka rzeka, zagarniając ze sobą wszystko, co napotka.

Skutki, jakie wywołuje ta pokojowa inwazja, są takie same, jak w wypadku obcego najazdu, a jednak Zachód nie potrafi się przed nią obronić. Nie potrafi, ponieważ, brutalnie rzecz ujmując, nie jest zdolny do zastosowania siły wobec słabych i bezbronnych, nawet wtedy, gdy dzięki swojej masie stają się groźną potęgą. Dlaczego tego nie potrafi? Ponieważ, jak pisał Raspail w przedmowie do trzeciego francuskiego wydania swojej książki, jest pusty, nie ma duszy, a w walce narodów, kultur i ras to dusza rozstrzyga o zwycięstwie.

Zarówno elity, jak i lud dzisiejszego Zachodu to żyjący z tygodnia na tydzień, ślepi i głusi drobnomieszczanie, którzy zapomnieli o dawnej chwale i potędze Europy. A była ona możliwa, ponieważ dawni Europejczycy „nie bredzili, tak jak współcześni, o braterstwie, równości i »antyrasizmie«”, wiedząc, że w trwającej od tysiącleci grze sił poruszających historię przetrwają tylko ci, którzy nie wyzbędą się „zdrowego egoizmu”, że miłość bliźniego jest dobra we właściwym sobie obszarze, przeniesiona zaś poza sferę, w której obowiązuje, staje się synonimem kapitulacji i samobójstwa.

W powieści Raspaila w swoistym danse macabre przewijają się reprezentatywne dla współczesnych elit Zachodu postacie: funkcjonariusze ONZ, FAO, UNICEF, WHO, „doświadczone lisy” znające swoją profesję, a przede wszystkim triki zapewniające im wygodną egzystencję, politycy i dziennikarze znający jedynie „humanitarystyczne bredzenie” o „prawach człowieka”, intelektualiści-masochiści, duchowni różnych wyznań i ze wszystkich szczebli hierarchii kościelnej nawołujący do przyjęcia milionowych mas w imię „miłości bliźniego”, gotowi oddać im klucze do bram Europy. Jest pisarz Clement Dio walczący o zniesienie kary śmierci, radykalną humanizację więzień, wstawiający się za „prześladowanym” pornografem, pobitym włamywaczem, oklaskujący biskupa piszącego marksistowskie listy pasterskie itd., itp. Inny bohater to laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, minister informacji  Jean Orelle, który, gdy nadejdzie katastrofa, wyciągnie z biurka stary rewolwer – model sowiecki 1937 – i strzeli sobie w głowę, wspominając przed śmiercią wszystkie wielkie chwile swojego życia: obronę Madrytu przed faszystami Franco, oswobodzenie Paryża, udział w chińskiej rewolucji, atak na Salisbury (Rodezja), udział w murzyńskiej rewolcie w Atlancie. U Raspaila występują też bohaterowie mass mediów wzywający, by w imię braterstwa ludów przyjąć miliony z Trzeciego Świata. Poznamy katolickiego pisarza, który na osobiste zaproszenie papieża, jako świecki, brał odział w obradach Soboru Watykańskiego II, gdzie należał do najgorętszych zwolenników reform, potem wyjechał do Indii i przeszedł na buddyzm. W trakcie podróży do Francji, wraz z milionem Hindusów, został uduszony i wyrzucony ze statku. I wielu, wielu innych, których stan ducha najlepiej wyraża refren piosenki ułożonej przez pewnego fryzjera z Saint Tropez – zwycięzcy  telewizyjnego konkursu: „Nie ma już Hindusów, nie ma już Francuzów, są tylko ludzie, i tylko to jest ważne”.

Radio i telewizja nadają „antyrasistowskie” piosenki, dzieci w szkołach piszą „antyrasistowskie” wypracowania, papież Benedykt XVI wydaje oświadczenie, w którym wzywa, aby w imię miłości bliźniego otworzyć serca dla przybywających braci i każe sprzedać wszystkie wartościowe przedmioty z Pałacu Watykańskiego i muzeów, a uzyskane środki przeznaczyć dla imigrantów znad Gangesu. Ci przybywają i bez jednego strzału biorą Europę w posiadanie; nikt nie ośmiela się użyć siły wobec milionowej masy stosującej non violence. Ale nie całkiem nikt. Jest 12 benedyktynów, starców dożywających swych dni w klasztorze, którzy wyruszają na wybrzeże, bo, jak mówi opat, „dzisiaj jest chwila, kiedy chrześcijański Zachód stoi w obliczu największego niebezpieczeństwa. (…) Nadszedł czas Magoga, moi bracia. Liczne jak piasek w morzu ludy napadły miasto. Sprawiedliwi wyruszą w drogę i poniosą Ciało Chrystusa aż do zniszczonego bastionu (…) My jesteśmy Kościołem dni ostatnich i nie jesteśmy liczniejsi niż na początku”.  12 benedyktynów wyrusza w drogę, niosąc monstrancję, aby powstrzymać inwazję. Zostaną stratowani przez tłum, który nawet ich nie zauważy. Monstrancja upadnie na ziemię pod nogi tłumu „jak piłka pośród przepychanki w czasie meczu rugby”. Oprócz benedyktynów znajdzie się jeszcze 20 ostatnich obrońców europejskiej cywilizacji, którzy, ot tak, bez  wielkich gestów, a dla własnej przyjemności postanawiają, że nie skapitulują i będą walczyć do końca. To Jean Perret, sekretarz stanu, który staje na czele ostatniego rządu nieistniejącego państwa (mówi o sobie „Jestem katolikiem, a nie chrześcijaninem. Upieram się przy tym subtelnym rozróżnieniu”), pułkownik Konstantin Dragases, mianowany przez Perreta wodzem naczelnym, dowodzący jednym podoficerem i żołnierzami z pułku huzarów (kapitan i pięciu ludzi), kapitan Luc Notaras mianowany ministrem marynarki (bez floty, ale z pięcioma marynarzami), Jules Machefer, redaktor paryskiej „Myśli Narodowej”, mianowany ministrem informacji, Hamadura – francuski Hindus lub hinduski Francuz (minister terytoriów zamorskich), który oświadcza: „Być Białym to nie jest kwestia koloru skóry, lecz ducha. (…) Jeśli dzisiaj Biali stali się Czarni, to dlaczego jakiś Czarny nie mógłby stać się Białym?”, Sollacaro, żarliwy katolik z Korsyki, właściciel najbardziej eleganckiego burdelu w Nicei (jego dziewczęta dostają się w ręce Arabów, zbiegłych więźniów, co jest dla niego atakiem barbarzyństwa na kulturę Zachodu), stary książę de Uras, rycerz Zakonu Maltańskiego, jego szofer i jego kamerdyner, wreszcie emerytowany profesor literatury francuskiej Calgues mianowany ministrem oświaty. To w jego pięknym domu na wsi zbierają się ci ostatni obrońcy Europy. Ucztują, piją wino i stary koniak, palą dobre cygara, a od czasu do czasu z tej „strategicznej bazy” robią wypady w promieniu dziesięciu kilometrów, strzelając zarówno do uczestników inwazji, jak i „zasymilowanych” Francuzów. Rząd tymczasowy wysyła przeciw nim bombowce, aby zgnieść to gniazdo „rasistowskiego oporu”. Giną z uśmiechem, bo to wszystko komedia. W tym ostatnim dniu na tablicy dziennego odstrzału widniał zapis: Hindusi – 312, zasymilowani – 66. Bombowce zrównują z ziemią trzystuletni dom profesora Calguesa w chwili, gdy były właściciel burdelu i kapelan Sollacaro ma zaczynać modlitwę. Tak wygląda upadek Zachodu. Oswald Spengler przewraca się w grobie ze śmiechu.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk:  „Nowe Państwo”, 1998 nr 6.



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»