«
»

Zapiski manarchisty

O VIKTORZE KLEMPERERZE, BÉLI HAMVASIE, REAKTUALIZACJI TEORII ZAWIŚCI HELMUTA SCHOECKA, UNII EUROPEJSKIEJ WEDŁUG ALTERNATYWY DLA NIEMIEC, KWARTALNIKU „TUMULT” ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

11.26.23 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O VIKTORZE KLEMPERERZE, BÉLI HAMVASIE, REAKTUALIZACJI TEORII ZAWIŚCI HELMUTA SCHOECKA, UNII EUROPEJSKIEJ WEDŁUG ALTERNATYWY DLA NIEMIEC,  KWARTALNIKU „TUMULT” ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

 Gorycz losu każdej idei polega na tym, że traci królewskie kształty i potęgę, swoją „cnotę” z chwilą, kiedy zstępuje z wyżyn samotnego tronu, aby pracować wśród ludzi. Idee to monarcha, którego przeznaczeniem jest nie zaznać posłuszeństwa swoich poddanych, chyba że kosztem własnego zwyrodnienia.

 (Joseph Conrad)

Zawsze, kiedy na chodniku, który – jak sama nazwa wskazuje – służy do chodzenia a nie do jeżdżenia, wyskakuje mi nagle za pleców albo pędzi wprost na mnie cyklista, przypomina mi się znany dialog:

– Wszystkiemu winni są Żydzi, masoni i cykliści.

– Ale dlaczego Żydzi i masoni?

Zapewne byłoby pewną przesadą obwinianie cyklistów (i hulajnogistów) o całe zło tego świata, ale jednemu są winni bezdyskusyjnie: ich wtargnięcie na chodniki, deptaki, trasy spacerowe, bulwary, parkowe alejki spowodowało, że pieszemu coraz trudniej  być „flaneurem”, „niespiesznym przechodniem”, beztroskim spacerowiczem swobodnie poruszającym się po bezpiecznej przestrzeni oddzielonej od ruchu wszelkiego rodzaju wehikułów.

Proroczo pisano na łamach jednej z paryskich gazet w 1869 roku o welocypedach: „W rzeczy samej nie należy czynić sobie złudzeń co do prawdziwego znaczenia tego nowego, modnego wierzchowca, którego pewien poeta nazwał ostatnio rumakiem Apokalipsy” (cyt. za: Walter Benjamin, Pasaże, przeł. Ireneusz Kania, Kraków 2005, s.127).

*    *    *

W czasach nachalnej wszechobecności mediów, posługujących się obrazem, ale jednocześnie wypełnionych nieustannym „debatowaniem”, „informowaniem’, perswadowaniem, gadaniem i komentowaniem, tym pilniejsza staje się analiza języka propagandy i agitacji politycznej. Do dwudziestowiecznej klasyki w tej dziedzinie należy znana książka LTI Victora Klemperera ( LTI. Notatnik filologa, przeł. Juliusz Zychowicz, Kraków 1983). Mimo iż będąca przedmiotem zainteresowania Klemperera Lingua Tertii Imperii, odeszła w przeszłość w 1945 r., to jego praca z pewnością służyć może jako zachęta i wskazówka dla badania i opisu całkiem współczesnych „trendów” w „kształtowaniu” umysłów i emocji szerokich mas społecznych. Przypadek Klemperera – syna rabina, ale ochrzczonego w Kościele protestanckim – powinien być też  nas przestrogą,  ponieważ autor –  krytyk i analityk języka Trzeciej Rzeszy –  pozostał po wojnie  w sowieckiej strefie okupacyjnej i wstąpił do Komunistycznej Partii Niemiec, która weszła następnie w skład Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED). Kładł zręby nowego ustroju komunistycznego w Niemczech Wschodnich, pracował w aparacie naukowo-kulturalnym reżimu komunistycznego; był członkiem Prezydium Związku Kultury (Kulturbund), odpowiedzialnego z ramienia partii za współkształtowanie kultury socjalistycznej; w latach 1950 – 58 poseł do Izby Ludowej NRD, członek Akademii Nauk NRD, członek zarządu Towarzystwa Przyjaźni Niemiecko-Radzieckiej. Nie omijają go zaszczyty państwowe: w 1952 r. uhonorowano go Nagrodą Państwową NRD III klasy w dziedzinie sztuki i literatury, a w 1956 r. z rąk prezydenta Wilhelma Piecka odebrał Srebrny Order Zasługi dla Ojczyzny. Miał więc niejeden raz okazję słuchać totalitarnego języka partii komunistycznej czy ,szerzej, nowo-mowy aparatu państwowo-partyjnego NRD a nawet jej używać,  na przykład w 1951 roku w Izbie Ludowej, kiedy uzasadniał poparcie Związku Kultury dla tzw. ustawy o ochronie pokoju, wykazując pełne zrozumienie dla surowego potraktowania sabotażystów i agentów wroga klasowego. Tak to demaskator języka propagandy stał się aktywnym użytkownikiem tegoż. Nie bądźmy jednak nazbyt surowi dla niemieckiego filologa, wszak jego sytuacja życiowa pod rządami niemieckich komunistów była diametralnie odmienna od tej pod rządami narodowych socjalistów: w latach 50. wiódł stosunkowo wygodne życie profesora berlińskiego uniwersytetu, zatrudniony był na podstawie indywidualnej umowy, zgodnie z którą zarabiał 4000 marek, otrzymywał wysokie świadczenia emerytalne, podróżował do Rumunii, Francji i Włoch, spokojnie publikował prace naukowe. Trudno więc wymagać od niego, aby dystansował się od oficjalnego politycznego języka sowieckiego imperium (na temat życia i kariery Klemperera w NRD zob. Peter Jacobs „Ein bißchen unter Naturschutz”. Victor Klemperers Tagebücher aus der frühen DDR-Zeit erscheinen im Aufbau-Verlag, „UTOPIEkreativ. Diskussion sozialistischer Alternativen”, z. 85/86, listopad-grudzień 1997).

Aktywne uczestnictwo w polityce kulturalnej reżimu nie unieważnia  zasług Klemperera w staraniach o popularyzację języka francuskiego w NRD. Uznanie budzi także jego, motywowana patriotyzmem,  walka o czystość języka niemieckiego. Trzeba też powiedzieć, że nie był ani fanatycznym komunistą, ani nadgorliwym funkcjonariuszem reżimu a z jego prywatnych zapisków można wywnioskować, iż w niektórych kwestiach zachował wewnętrzny dystans wobec panującego systemu.  Z jego przypadku nauka płynie dla nas wszystkich taka oto, że prześwietlać, obserwować, opisywać, ba, demaskować propagandowy język dominującej w danym momencie formacji ideologiczno-polityczno-kulturalnej (partyjnej, państwowej, imperialnej itd.) rzecz to arcypożyteczna, jednak zważać trzeba, aby nie wpaść w pułapkę polegającą na tym, że samemu zaczyna się – nawet tego nie zauważając – używać podobnego, lub identycznego na płaszczyźnie strukturalnej, języka.

*    *    *

W tym samym czasie kiedy Klemperer budował zręby ustroju komunistycznego w byłej okupacyjnej strefie sowieckiej, inny zupełnie los przypadł w udziale węgierskiemu pisarzowi, eseiście i filozofowi Béli Hamvasowi (1897-1968) . W posłowiu do Księgi gaju laurowego Hamvasa ( Warszawa 2022), tłumaczka Teresa Worowska pisze o tużpowojennych losach pisarza: rozpoczął wydawanie zeszytów przedstawiających pisma współczesnych autorów europejskich (Heidegger, Heisenberg, Valery, Powys, Strachey), jednak po przejęciu władzy przez komunistów wydawanie zeszytów na polecenie Gyórgy Lukacsa wstrzymano, opublikowane egzemplarze wysłano na przemiał, a po nagonce w prasie Hamvasa wyrzucono z pracy i objęto nie tylko całkowitym zakazem publikacji, ale pozbawiono możliwości wykonywania jakiejkolwiek pracy umysłowej. Przez trzy lata utrzymywał się głównie ze sprzedawanych na miejscowym rynku jarzyn i owoców pochodzących z jego ogrodu; następnie pracował jako magazynier na „wielkich budowach socjalizmu”.  W tym czasie jego prześladowca Lukacs brylował w NRD, gdzie publikował liczne, słusznie zapomniane,  prace typu „postęp i reakcja w literaturze niemieckiej”.

Hamvas wykorzystywał każdą wolną chwilę, aby pracować intelektualnie, w szufladzie magazynierskiego biurka miał zawsze otwartą książkę i zeszyt, uczył się sanskrytu, potem hebrajskiego, przekładał z chińskiego. Wieczorami powstawały przekłady, powieści i eseje. Worowska pisze: „Trudno sobie dziś wyobrazić, jak człowiek zepchnięty na margines społeczny, bez żadnego odzewu czy nadziei na publikację, mógł przez całe dziesięciolecia pracować z takim spokojem i wytrwałością”.

Niesłychane to i tajemnicze zjawisko – tworzyć w takich warunkach, z zakazem publikacji, bez honorariów, bez nagród literackich, bez stypendiów, bez wywiadów, rankingów czytelniczych, wyrazów uznania a jedynie z nadzieją, że być może jego dzieło trafi w przyszłości do czytelników. I trafiło. Natomiast wątpliwe, czy ktokolwiek poza „wiecznie wczorajszymi” nostalgikami sięgnie dobrowolnie po marksistowskie gnioty Lukacsa, których ten napłodził co niemiara. Hamvasa jest za grobem zwycięstwo, wygrał z marksistowskim zamulaczem umysłów i komunistycznym zamordystą, który za to, co zrobił Hamvasowi powinien się w piekle smażyć. Istniało wszak ryzyko, że ten – zaszczuty, wyrzucony na społeczny margines – targnie się na swoje życie albo umrze ze zgryzoty. No i wreszcie kumple Lukácsa z węgierskiej bezpieki mogli skonfiskować jego rękopisy, oddać na makulaturę albo spalić . A wówczas nikt nie mógłby się cieszyć lekturą jego pięknych esejów.

*    *    *

W jednym ze swoich felietonów Stefan Kisielewski przytacza powiedzenie Karola Irzykowskiego: „Ja mu proponuję partię szachów, a on zgarnia figury i majchrem we mnie”.  (Stefan Kisielewski, 100 razy głową w ściany. Felietony z lat 1945-1971, Iskry, Warszawa 1996, s.404)

Wniosek z tego płynie taki: gdy się komuś – zwłaszcza w polityce – proponuje grę w szachy, lub gdy ktoś nam proponuje grę w szachy, to nie zawadzi mieć przy sobie majchra.

*    *    *

„Konsul na odprawach pouczał podwładnych, że plotki nie są dziełem przypadkowym jednostki – są celowo zorganizowaną produkcją powołanych do tego czynników. Za każdą plotką ktoś stał.[…] Przeciętny obywatel, powtarzając niewinną plotkę, nie podejrzewa, że tym samym bierze czynny udział w pewnej akcji politycznej – bo nawet najbardziej niewinna plotka ma swój polityczny cel”. (Michał Choromański, Prolegomena do wszelkich nauk hermetycznych, Warszawa 1958, s.70)

*    *    *

W zbiorze swoich esejów Tumult i widma Józef Czapski przytacza odpowiedź Paula Cezanne`a na pytanie, co robił w 1870 roku podczas wojny: „Malowałem pejzaże w Estaque”. Któż to wie, może te pejzaże więcej dobrego zrobiły dla narodu francuskiego niż polityka Napoleona III?

*    *    *

28 czerwca 1914 r. zamordowano arcyksięcia Franciszka, następcę tronu w królestwie, którego obywatelem był Franz Kafka , jednakże pisarz przeżywa wówczas, o wiele dlań ważniejszy, osobisty dramat – jego zaręczynom z Felicją Bauer grozi zerwanie. 12 lipca 1914 r., w berlińskim hotelu Askanischer Hof, trzy kobiety – Felicja, jej siostra Erna i ich przyjaciółka Greta Bloch – urządziły sąd nad Kafką, w rezultacie zaręczyny zostały zerwane (w dzienniku Kafka zapisał, że odbył się „trybunał sądowy w hotelu”). Być może ten „proces” przed trybunałem złożonym z trzech kobiet miał niebagatelne znaczenie dla literatury niemieckiej i światowej, gdyż, jak dowodzi Elias Canetti w eseju Drugi proces (Canetti , Sumienie słów, Kraków 1999), stanowił impuls do stworzenia Procesu .

W sierpniu 1914 r. ogłasza się powszechne mobilizacje, wypowiada wojny, polityczno-wojskowe aparaty mocarstw rzucają się sobie do gardeł, a tymczasem Kafka cały czas gorączkowo pracuje nad Procesem; liczył się dlań wyłącznie Józef K. i jego kłopoty z Prawem. Pod datą 2 sierpnia 1914 r. zanotował w dzienniku : „Niemcy wypowiedziały Rosji wojnę – po południu szkoła pływania”. (Kafka, Dzienniki 1910-1923, część druga, przeł. Jan Werter, Londyn 1993, s.80)

*    *    *

W Tumulcie i widmach Czapski wspomina pisarza Pierre`a Drieu La Rochelle, który, oprócz tego, że przez dwa lata żonaty był z Aleksandrą „Olesią” Sienkiewiczówną, „napisał piękny wstęp do książki mojej siostry o Mickiewiczu”, czyli książki Marii Czapskiej La vie de Mickiewicz (Paryż 1931). Nie natrafiłem dotychczas na polskie tłumaczenia tego „pięknego wstępu”, najwyższy więc czas, żeby po polsku (w razie potrzeby służę kserokopią lub skanem) ukazało się to świadectwo francusko-polskiej kooperacji literackiej . Warto tu nadmienić, że po ­rozstaniu z „faszystowskim dekadentem” (ewentualnie „faszystowskim dandysem”) Drieu „Olesia” Sienkiewiczówna była przez cztery lata związana uczuciowo z Jacques`em Lacanem. No i proszę, nasza (prawie) rodaczka – jej dziadek pochodził z Sieniawy – muzą dwóch znaczących postaci francuskiego życia kulturalnego! Warto eksponować takie przypadki w naszej polityce kulturalnej skierowanej do Francuzów.

*    *    *

Powieściopisarz a z poglądów politycznych nacjonalanarchista, Louis-Ferdinand Céline przechwalał się skromnym sukcesem swojego życia: udał mu się wyczyn polegający na wytworzeniu na chwilę zgodności wśród wszystkich – prawicy, lewicy, centrum, zakrystii, lóż i komitetów. Wszyscy mianowicie zgodnie uznali, że jest największym żyjącym nikczemnikiem. Podobnym wynikiem mógł się poszczycić Gottfried Benn: „publicznie nazywali mnie naziści świnią, komuniści głupkiem, demokraci duchowo sprostytuowanym, emigranci renegatem, pobożni patologicznym nihilistą“ (Benn, Berliner Brief, „Merkur“, nr 12, luty 1949). To są prawdziwi „pisarze wyklęci”!

*    *    *

Céline był rodzajem politycznego happenera, o czym świadczy epizod, o którym w swoich wspomnieniach opowiedział  Jacques Benoist-Méchin. W lutym 1944 roku on i jego przyjaciele – Céline, Pierre Drieu La Rochelle oraz znany malarz Gen Paul, zostali przez ambasadora Niemiec Otto Abetza zaproszeni na kolację. Podczas kolacji Céline z całą powagą przekonywał ambasadora, że Hitler nie żyje i został zastąpiony żydowskim sobowtórem. Wyobrażam sobie osłupiałą minę ambasadora, no i przerażenie, kiedy sobie wyobraził , kto naprawdę może być jego najwyższym szefem. Tuż po klęsce swojego państwa postanowił najwidoczniej dać odpór pogłoskom rozpuszczanym przez Céline`a, i w wywiadzie udzielonym dziennikowi „France- Soir”, wymyślił coś dokładnie odwrotnego: Hitler żyje i uciekł do Argentyny (zob. Paweł Łepkowski, Podstępny oszust, „Rzecz o Historii”, „Rzeczpospolita”, 7 lipca 2023).

*    *    *

Uciekł, czy nie uciekł, Hitler nielichy bałagan po sobie w Europie zostawił. Nie miałby ku temu sposobności, gdyby Niemcy zorganizowane były w system małych państw. Tak przynajmniej uważał Leopold Kohr, który w czwartej części („Tyrania w świecie małych państw”) swojej książki Breakdown of Nations (1957) kreśli alternatywną historię, w której Adolf Hitler przeprowadza – tak jak próbował to zrobić w 1923 r. – w niezależnej Bawarii udany pucz i obejmuje dyktatorską władzę. Być może spotkałby go los Kurta Eisnera, który chciał zbudować komunizm w Bawarii i szybko zginął z ręki zamachowca , albo mógłby przez jakiś czas porządzić sobie Bawarią. Fenomen Hitlera nigdy nie przyjąłby takich rozmiarów jakie przyjął, albowiem dyktator Bawarii nigdy nie zostałby dyktatorem Niemiec. Czujnie i podejrzliwie obserwowany byłby przez sąsiednie państwa – Badenię-Wirtembergię i Austrię, które nie pozwoliłyby na próby eksportu jego systemu na ich teren i poradziłyby sobie same z narodowosocjalistyczną Bawarią; niepotrzebne byłyby do tego zjednoczone siły Wielkiej Brytanii, USA i ZSRR.

Obecnie, kiedy np. w Unii Europejskiej w coraz szybszym  narasta szaleństwo centralizacji, jej krytyka sformułowana przez Leopolda Kohra nabiera palącej aktualności.

*    *    *

 To już wiadomo: społeczeństwo, władza, system, wszystko to kryje w sobie mroczność, labirynt, dwulicowość i zło. Ale te ciemności są także w nas. (Regis Debray)

*    *    *

Kto wie, czy jako władca Bawarii Adolf Hitler, nie mogąc realizować swoich ambitnych koncepcji w wielkiej scentralizowanej Rzeszy Niemieckiej, nie poszedłby ostatecznie inną drogą. Wszyscy wiemy, że jego ulubionym kompozytorem był Richard Wagner, zwolennik proudhonowskiego anarchosocjalizmu , aktywny uczestnik – razem z Bakuninem –  rewolucyjnych zadym ulicznych w Dreźnie w 1849 roku. Zgodnie z ideologiczną (alegoryczną) interpretacją Pierścienia Nibelunga pierścień jest symbolem kapitału, Alberyk to kapitalistyczny przedsiębiorca, Nibelungowie – proletariat przemysłowy, Zygfryd – rewolucjonista, który zabijając smoka rozwala stary ład społeczny (podobno kompozytor wzorował tę postać na Bakuninie). Jak twierdzą niektórzy badacze, Wagner na motywy z germańskich sag przełożył utopijne tęsknoty anarchosocjalizmu – likwidacja panowania, wolne samostanowienie jednostki, „świat bez władców”,  miłość jako podwalina organicznego społeczeństwa (zob. na ten temat Carol Vanderveer Hamilton, Wagner as Anarchist, Anarchists as Wagnerians, „Oxford German Studies” 1993 nr 1 oraz María Castro, Javier Sethness Castro „Dangerous Minds”: Wagner and Bakunin’s Social Imaginaries – Nationalist or Anarchist? , The Institute for Anarchist Studies, październik 2016, tutaj: „The Ring” as Anarchist Social Imaginary?).

Za pośrednictwem Wagnera Hitler – ponoć widział Pierścień  ponad sto razy – chcąc nie chcąc wchłonął anarchosocjalistyczne idee Proudhona i Bakunina. To ci dopiero byłaby (alternatywna) historia! Hitler jako narodowo-anarchistyczny władca Bawarii, który w pewnej chwili rozwiązuje aparat państwowy i ogłasza panowanie „uporządkowanej anarchii”! Ludność Badenii-Wirtembergii i Austrii zachwycona systemem bawarskim (lub brakiem systemu) wprowadza go u siebie, potem na zasadzie kostek domina czynią tak pozostałe kraje niemieckie, potem Francja, Polska i inne kraje Europy. Ostatecznie cała ludzkość czyni skok do  królestwa wolności. Można już ogłosić koniec historii.

*    *    *

Do tegorocznego Narodowego Czytania wybrano Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Wyznam szczerze, że taki wybór budzi moje wątpliwości. Sądziłem zawsze, że celem tej akcji jest zachęcenie Polaków do czytania literatury, a nie ponowne zapoznawanie ich z utworami należącymi w większości do kanonu lektur szkolnych. Czy nie byłoby sensowniejsze czytanie – by pozostać na geograficzno-politycznym obszarze Nad Niemnem – Józefa Mackiewicza, Floriana Czarnyszewicza , Sergiusza Piaseckiego, Włodzimierza Odojewskiego? Osobiście polecałbym powieść Wertepy Leopolda Buczkowskiego, której akcja toczy się na najdalszym Zasereciu. Można by zachęcać do jej wspólnego czytania reklamą: „Powieść skonfiskowana przez sanacyjną cenzurę za drastyczny i pesymistyczny obraz Kresów! Wydanie z 1947 roku okaleczone przez komunistyczną cenzurę! Czytajmy ją razem! ”.

*    *    *

W broszurze Bronisława Trentowskiego Przedburza polityczna, (Frejburg w Bryzgowii 1848, Trzcionkarnia Umiejętni u Adolfa Emmerlinga, s.14) natrafiłem na uderzająco trafną myśl, żarliwy apel o właściwe postępowanie w sferze politycznej, wpisujący się idealnie w rozmaite debaty m.in. te toczone w 80. rocznicę rzezi wołyńskiej: „Bądźmy przecież panami serca zbolałego!”

Wyżej niż „trzęśba”, która czasami słusznie nas „porywa”, ponad wszystkimi niechęciami, żalami, urazami, negatywnymi emocjami, pretensjami, rozgoryczeniami , nawet całkowicie uzasadnionymi, stoją fundamentalne interesy polityczne państwa i narodu, inaczej łatwo można dać się zapędzić w takie czy inne polityczne „matnie”.  „Bądźmy przecież panami serca zbolałego!”

*    *    *

Łatwiej zrozumiemy co się dzieje na świecie, kiedy mentalnie „wyciszymy” narracje, jakie opowiadają ludzie o tym, co dzieje się na świecie i po prostu przyjrzymy się: po pierwsze, dokąd idą pieniądze, po drugie, dokąd idą zasoby, po trzecie, dokąd idzie broń, po czwarte, dokąd idą ludzie. W ten sposób można oddzielić to, co realne od manipulacji i pustych narracji, mających na celu usprawiedliwienie, zniekształcenie lub odwrócenie uwagi od informacji o tych rzeczach.  (Caitlin Johnstone)

*    *    *

Jak się dowiaduję z niemieckich mediów, w Alternatywie dla Niemiec, którą pozostałe partie,  samookreślające się jako „demokratyczne”, od dawna otaczają „murem ogniochronnym” (Brandmauer),  trwa wewnętrzna dyskusja na temat kursu, jaki partia powinna przyjąć w polityce europejskiej. Od początku swojego powstania AfD występowała przeciwko członkostwu Niemiec w unii walutowej, ponieważ, jej zdaniem,  było ono i jest dla Niemiec nieopłacalne. W tej kwestii stanowisko partii pozostaje niezmienne. Według AfD wszystkie zasady i reguły, jakie miały być postawą funkcjonowania strefy euro zostały złamane a unia walutowa stała się unią transferów, toteż Niemcy powinny ją opuścić i powrócić do narodowej waluty. W stosunku do Unii Europejskiej, „nasza cierpliwość się wyczerpała”, UE stała się „niedemokratyczną konstrukcją, która zagarnia dla siebie coraz więcej władzy i rządzona jest przez nieprzejrzystą i przez nikogo niekontrolowaną biurokrację”. Zapowiedzi i projekty przewodniczącego Schulza o budowie „Stanów Zjednoczonych Europy” czy „federalizacji” (czyt. centralizacji) UE lansowanej przez premiera Niemiec Scholza uważane są w kręgach AfD za niebezpieczne idiotyzmy.

Jak to zwykle bywa w sytuacji, gdy w grę wchodzą istotne kwestie polityczne, w AfD ścierają się dwa nurty – „radykalny” i „umiarkowany”.  Ten drugi  chce znacznego odchudzenia unijnej biurokracji, redukcji unijnego budżetu, przeniesienia kompetencji przywłaszczonych sobie przez brukselskich centralistów z powrotem na płaszczyznę narodową; w UE wszystkie zasadnicze kwestie powinny być rozstrzygane w referendach na poziomie państw członkowskich. „Radykałowie” uważają natomiast, że Unia Europejska prowadząca Niemcy i wszystkie inne kraje europejskie ku upadkowi, jest niereformowalna, dlatego proponują w pierwszym etapie likwidację Parlamentu Europejskiego a w drugim uporządkowane rozwiązanie UE (propozycja podobna do tej, którą wysunąłem na łamach „Arcanów” nr 163-164, 2022) i powołanie w jej miejsce nowej europejskiej wspólnoty gospodarczej i wspólnoty interesów – Związku Narodów Europejskich.  Hasłem „radykałów” jest: „Ta Unia Europejska musi umrzeć, żeby prawdziwa Europa mogła żyć!”

Warty podkreślenia jest też fakt, że AfD bardzo stanowczo opowiada się za prawem obywateli do nieograniczonego korzystania z gotówki. Progotówkowcy wszystkich krajów łączcie się!

*    *    *

Poszukując idealnego typu jedności Europy możemy sięgnąć do koncepcji „rzeszy wszechsłowiańskiej” Bronisława Trentowskiego – wystarczy „wszechsłowiańską” zastąpić „wszecheuropejską”:

„Idea rzeszy [wszecheuropejskiej] , potężnej na zewnątrz, a swobodnej wewnątrz, przyrzekająca każdemu ludowi nietykalność sumienia i wszechnarodowości tudzież osobną, do miejsca i obyczaju zastosowaną konstytucję; wymagającą li spólnego, większością głosów obranego, a później dziedzicznego naczelnika, sprawującego wojsko i zagraniczne stosunki; stojąca na wysokości dzisiejszego czasu i ofiarująca nie tylko niepodległość, lecz zarazem wolność”. (Bronisław Trentowski, Chowanna, cyt. za: Bogdan Urbankowski, Źródła. Z dziejów myśli polskiej, t.II, s.429)

Wprawdzie  instytucja dziedzicznego naczelnika to śmiała idea, dla niektórych zapewne zbyt śmiała, ale przypomnijmy, że w latach 50. zeszłego wieku koncepcję zjednoczonej Europy jako Cesarstwa Europejskiego przedstawili: niemiecki duchowny katolicki, monarchista, specjalista w dziedzinie mistyki i mariologii Robert Ernst, oraz hiszpański myśliciel, karlista Francisco Elías de Tejada (zob. Jacek Bartyzel O nowe Święte Cesarstwo. Monarchia uniwersalna, federacyjna i misyjna w wizji F. Elíasa de Tejady [w:] Od Christianitas do Unii Europejskiej. Historia idei zjednoczenia Europy, redakcja naukowa Łukasz Święcicki, Adam Wielomski, Warszawa 2015).

Z pewnością przy obsadzaniu stanowiska naczelnika nie obyłoby się bez sporów, intryg i innych politycznych machinacji, ale na to nie ma rady. Gdybym miał kogoś zaproponować, to wskazałbym na osobę z Liechtensteinu albo z Estonii.

*    *    *

 

Wraz z postępami globalizacji, ksenofobia staje się jedyną strażniczką pluralizmu.

Wyeliminowano grzech, aby uwolnić eros od złośliwego wrzodu.  Dziś widzimy, że amputowano mu jeden z jego niezbędnych do życia organów.

„Patriarchat” to feministyczna nazwa kultury.

Nasze doświadczenia są maleńkimi ziarnkami piasku, które zatrzymują tryby abstrakcyjnych idei.

Prawicowca można znieść tylko wówczas, gdy jest wykształcony, lewicowca – gdy nie jest.

Zakładając nawet, że nihilizm miałby rację, to per definitionem nic by z tego nie wynikało.

Kto się powołuje na wolność przekonań, ten przyznaje, że jego sprawa sama w sobie nie ma rzeczywistej wartości.

Systematyk nie może ścierpieć , że istnieją wartości zachowujące ważność tylko na czystych szczytach, na krystalicznych morzach i w wieczornej zorzy.

Tak jak jednostka jest osobą bez właściwości, tak społeczeństwo jest narodem bez właściwości.

(Arne Kolb)

*    *    *

Swego czasu przedstawiłem w „Arcanach” (nr 115, 2014) osobę i twórczość Helmuta Schoecka, skupiając się na jego najważniejszym dziele Zawiść ( 1966). Dopiero ostatnio natknąłem się na recenzję Zawiści, i to całkiem pozytywną, jaką na łamach Etyki (1971, t.8) opublikowała prof. Ija Lazari-Pawłowska, która przywołała też w niej refleksje Władysława Witwickiego na temat zawiści znajdujące się w drugim tomie jego dzieła Psychologia. Dla użytku słuchaczów wyższych zakładów naukowych (I. wyd. Lwów 1925–1927).

Jako kontynuator i „reaktualizator” teorii Schoecka wystąpił ostatnio prof. Uniwersytetu Śląskiego,  filozof i literaturoznawca Karsten Dahlmanns publikując wyśmienitą pracę Vom besonderen Unglück tüchtigerer Minderheiten. Eine Reaktualisierung des Werks von Helmut Schoeck (Leipziger Universitätsverlag, Leipizg – Katowice 2023). Reaktualizacja podjęta przez Dahlmannsa polega na twórczym rozwinięciu najważniejszych tez i wątków obecnych w dziele Schoecka , ich uzupełnieniu i wzbogaceniu własnymi interpretacjami, pogłębieniu poprzez umieszczenie w nowych kontekstach socjopolitycznych, filozoficznych i kulturalnych oraz na uściśleniu pod względem metodologicznym i pojęciowym. Oczywiście uwzględnia też nowszą literaturę czy to na temat zawiści, czy też ogólnie prądów i tendencji egalitarystycznych we współczesnym życiu społecznym.

Zdecydowany sprzeciw autora, zakorzenionego w tradycji klasycznego liberalizmu – na stronicach książki co i rusz natrafimy na znajome nazwiska: Hayek, Röpke, Mises, Sowell, Baader ,Gilder i inne – budzi wymuszanie równości środkami polityczno-administracyjnymi, którego motorem napędowym zawsze i wszędzie jest zawiść. Tylko bowiem wolnościowy ustrój społeczno-gospodarczy ogranicza pole działania zawistnikom a rozszerza pole działania twórczym mniejszościom, z których „najmniejszą mniejszością jest jednostka” (Ayn Rand).

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że książka Dahlmannsa, z jednej strony stanowiąca znakomite pendant do dzieła Schoecka a z drugiej będąca pracą – naukową i eseistyczną zarazem – pod wieloma względami oryginalną, nie powinna zbyt długo czekać na polski przekład.

*   *   *

Na świecie – w Niemczech , Francji, Wielkiej Brytanii i USA –  przeprowadzono badania mające na celu empiryczne ustalenie poziomu zawiści w danym społeczeństwie wyrażającego się  stosunkiem  zawistników do nie-zawistników. Tego typu badania należałoby przeprowadzić w naszym kraju, aby zweryfikować surowy osąd, jaki o nas Polakach wydał Wacław Zbyszewski: „jesteśmy z natury zawistni i widok ludzi zamożniejszych od nas bardziej nas irytuje niż własne ubóstwo. Wyrównanie dochodów ujemnie wpływa na kapitalizację, ma też wysoce ujemny wpływ na rozwój kultury. Ale na to nie widzę rady, nie zniesiemy widoku milionerów”. (Zbyszewski, Zagubieni romantycy i inni, Paryż–Kraków 2015, s.21)

*    *    *

Ewidentnym przejawem zawiści jest  „(anty)kultura wymazywania”. Pierwszy przykład z brzegu –  kiedy autorka Harry`go Pottera J.H. Rowling wypowiedziała kilka prostych prawd, z pianą na ustach rzuciła się na nią wataha „wzbudzeńców”, w rzeczywistości zawistników, którzy nie są w stanie znieść czyjegoś talentu, osiągnięć, sławy, bogactwa itd. Atakowana przez zawistników Rowling należy do tej utalentowanej, twórczej, pracowitszej, inteligentniejszej, rzeczywiście „innowacyjnej”, mniejszości, której ogromną, pozytywną rolę dla życia społecznego, gospodarczego i kulturalnego pokazał Schoeck, a Dahlmanns ponownie udobitnił.

*    *    *

Mam takie podejrzenie, że Gyórgy Lukacs dlatego chciał zniszczyć Hamvasa, bo wyczuwał jego intelektualną wyższość. Nie byłoby w tym zresztą nic dziwnego, bo cała marksistowsko-komunistyczna teoria i praktyka społeczno-gospodarcza jest dziełem zawistników i mobilizacją zawiści. Nie wszyscy z taką interpretacją się zgadzają np. Hayek miał inny pogląd niż Schoeck (pisze o tym Dahlmanns). Autor Konstytucji wolności nie odmawiał socjalistom szlachetnych motywów, zarzucał im jedynie popełnianie intelektualnych błędów, natomiast Schoeck taki pobłażliwy dla socjalistów być nie zamierzał – jedyne rzeczywiste, choć ukryte źródła socjalizmu to zawiść i resentyment. No i błędy intelektualne na dokładkę.

*    *    *

Zwięzłą i trafiającą w sedno charakterystykę zawistnika znajdziemy u Ray`a Bradbury`ego – b. nauczyciel angielskiego prof. Faber w rozmowie ze „strażakiem” (orwellizm, gdyż chodzi o „podpalacza”) Guy Montagiem mówi: „Kto nie buduje, musi palić“. To jest precyzyjna definicja zawistnika: niezdolny do budowania i tworzenia, potrafi jedynie niszczyć to, co zbudowali i stworzyli inni. Z wyjaśnień, jakich Montagowi udziela kapitan „strażaków” nazwiskiem Beatty wynika jasno, jaki jest cel zrównania ludzi: „Ludzie nie rodzą się wolni i równi, jak głosi konstytucja, ale zostają zrównani. Każdy jest idealną kopią drugiego i wszyscy są zadowoleni, bo nie ma gór, przy których czuliby się mali. […] Strażacy w dawnym znaczeniu tego słowa stali się niepotrzebni, ale otrzymali nowe zadanie – zostali stróżami spokoju ducha, ucieleśnieniem naszego zrozumiałego i słusznego strachu przed poczuciem niższości”. (Bradbury, 451° Fahrenheita, przeł. Iwona Michałowska, Stawiguda 2008, s.78, 117, I wyd. oryg. 1951)

*     *    *

W 1961 r. Kurt Vonnegut opublikował opowiadanie Harrison Bergeron (1961), które weszło potem do tomu Witajcie w małpiarni (przeł. Jolanta Kozak, Poznań 2006): „Nastał rok 2081 i nareszcie wszyscy byli równi. Równi nie tylko przed Bogiem i prawem. Równi pod każdym względem. Nikt nie był już mądrzejszy od bliźniego swego. Nikt nie był przystojniejszy od bliźniego swego. Nikt nie był silniejszy ani szybszy od bliźniego swego. Powszechna równość zapanowała dzięki trzem poprawkom do konstytucji — dwieście jedenastej, dwieście dwunastej i dwieście trzynastej – oraz dzięki niezmordowanej czujności agentów Głównego Urzędu Równości Stanów Zjednoczonych”.

Ojciec tytułowego bohatera George Bergeron, którego „inteligencja znacznie przewyższała normę, nosił w uchu małe radyjko wyrównawcze. Prawo wymagało, aby nosił je stale. Radyjko nastrojone było na nadajnik rządowy. Mniej więcej co dwadzieścia sekund nadajnik ten emitował przeraźliwe odgłosy, aby powstrzymać osobników w rodzaju George’a przed wykorzystywaniem niesprawiedliwej przewagi umysłowej”. Oprócz „wyrównywacza intelektu” musiał on jako człowiek silny fizycznie nosić „worek wyrównawczy” w postaci czterdziestosiedmiofuntowego worka śrutu przywiązanego do szyi. W idealnym państwie przyszłości, w którym za sobą pozostawiono „wiek ciemnoty, kiedy ludzie rywalizowali ze sobą na lewo, na prawo i środkiem”, na spikerów telewizyjnych dobiera się osoby z poważną wadą wymowy a ludzi urodziwych  pobrzydza, np. przystojnemu synowi George`a Harrisonowi urzędnicy GUR-u nakazali chodzić stale z czerwoną gumową piłeczką na nosie, golić brwi i osłaniać równe białe zęby czarnymi nasadkami w nieregularnych odstępach. Harrison buntuje się przeciwko temu, ale Naczelna Wyrównywaczka Diana Moon Glampers likwiduje buntownika z dubeltówki kaliber dziesięć. Dubeltówka – ultima ratio wszelkiej maści wyrównywaczy.

*    *    *

Niemieckie czasopismo „Tumult. Vierteljahresschrift für Konsensstörung“, czyli „kwartalnik zakłócania konsensusu”, od dziesięciu lat skutecznie zakłóca panujący w Niemczech konsensus ideologiczno-polityczny. Jego wydawcą, redaktorem i spiritus movens jest medioznawca, kulturoznawca i filozof Frank Böckelmann (rocznik 1941). Doktoryzował się z tematu „egzystencjalna wolność u Karla Jaspersa”, analizował pojęcie wolności w filozofii współczesnej , zajmował się Marksem i Teodorem Adorno, koncepcją osobowości autorytarnej itp. W 1963 r. współtworzył razem Dieterem Kunzelmannem, Rudim Dutschke i Berndem Rabehlem luźno zorganizowaną grupę o nazwie Akcja Wywrotowa (Subversive Aktion), która wyrosła na podłożu Międzynarodówki Sytuacjonistycznej Guy Deborda. Był ważną postacią rewolty studenckiej 1968 roku. Należał do kierownictwa Socjalistycznego Niemieckiego Związku Studentów skupionego wokół Rudiego Dutschke. Skazany został na karę więzienia w zawieszeniu za naruszanie spokoju publicznego, udział w zamieszkach i uczestnictwo w akcji uwolnienia więźniów. Z czasem oddalił się od Nowej Lewicy, opublikował kilka książek na temat mediów i nowych form komunikacji społecznej. Świadectwem jego pożegnania z lewicą były książki: Emancypacja w pustkę (2000), Świat jako miejsce. Rekonesanse istnienia pozbawionego granic (2007), Żargon otwartości na świat, Co warte są nasze wartości? (2014).

Böckelmann należy do „renegatów 1968 roku”, czyli  tych  intelektualistów i aktywistów rewolty 68 roku, którzy porzucili obóz konformistycznej i intelektualnie (poza nielicznymi wyjątkami) martwej lewicy niemieckiej, która rozpłynęła się w establishmencie, i zasilili nurty polityczne sytuujące się poza głównym nurtem. Są wśród nich m.in. Bernd Rabehl (przyjaciel i towarzysz drogi Dutschkego, który przeszedł na pozycje narodowo-rewolucyjne), Günther Maschke ( czołowy niemiecki schmittolog, przez wiele lat redaktor „Etappe”) czy Reinhold Oberlercher, reprezentujący, zdaniem  politologów na usługach policji politycznej (Urząd Ochrony Konstytucji), „najbardziej radykalną formę niemieckiego rewolucyjnego nacjonalizmu”.  Specjalnym przypadkiem jest współzałożyciel RAF-u Horst Mahler , który zawędrował na narodowo-radykalną prawicę; za napad na bank odsiadywał wyrok więzienia w latach 1970-1980, ponownie przesiedział w więzieniu dziesięć lat  w okresie  2008-2020,  tym razem za „zbrodnię słów”.

A dokąd poszedł sam Böckelmann? W rozmowie z pismem „Krautzone” przeprowadzonej w październiku 2021 z okazji jego 80. urodzin powiedział : „Kiedy jestem dziś pytany, jak się samookreślam, odpowiadam, że jako »neoreakcyjny«. To określenie podkradłem Houellebecq`owi. Jestem »reakcjonistą« , ponieważ reaguję, a nie dlatego, że chciałbym odrestaurować dawny ład społeczny. Reaguję na sytuację światową, którą charakteryzują powszechne rozmywanie granic, telekomunikacja, transport międzynarodowy, rynki finansowe, globalna kultura popularna, internet. Człowiek ciśnięty w stan, w którym nie istnieją już żadne podpory, tęskni za ojczyzną. Ale sama tęsknota mu jej nie przywróci”.

Niewątpliwie jednak Böckelmann, oprócz tego, że jego poglądy podlegały naturalnej ewolucji w kierunku prawicy, czyli jak mawiał Erik von Kuehnelt-Leddihn w kierunku tego co praw-e i praw-dziwe (ostatecznie każdy inteligentny człowiek dojdzie do wniosku, że Right is right and Left is wrong), musiał iść na prawo, aby pozostać wierny swojej postawie, albowiem w sytuacji panowania lewicowego ducha czasu, tylko prawicowość może w Niemczech prowokować i być narzędziem łamania konsensusu; Böckelmann reprezentował zawsze nurt „antyautorytarny”, i nadal go reprezentuje, tyle tylko, że obecnie autorytaryzmu i autorytarnych osobowości szukać należy w innych niż pół wieku temu obszarach systemu polityczno-ideologiczno-kulturalnego.

„Tumult“ byłby więc w pewnym sensie kontynuacją „Akcji Wywrotowej“, ale teraz skierowanej przeciwko innym siłom ideologiczno-politycznym i stawiającej opór presji innego konsensusu niż tego sprzed lat. Nastąpiło odwrócenie o 180 stopni, co dobrze ilustruje  fakt, że w 2017 r. na Frankfurckich Targach Książki nieznani sprawcy splądrowali w nocy stoisko „Tumultu” kradnąc wszystkie książki i egzemplarze czasopisma, pozostawiając po sobie brudy i obsceniczne rysunki. Ci polityczni wandale zapewne przekonani o swojej „wywrotowości”, w rzeczywistości pełnili rolę bojówki na usługach dominującego „Konsensusu” atakując autentycznych „wywrotowców”. Jak to zawistnicy, ponieważ tworzyć nie potrafią, pozostaje im destrukcja.

Kwartalnik liczący ok. 110 stron jest niezwykle udany pod względem edytorskim; każdy numer zdobi kilkanaście reprodukcji obrazów jednego malarza. Publikowane w nim artykuły i eseje reprezentują bardzo wysoki poziomie intelektualny. Pojawiają się też na jego łamach opowiadania i wiersze. Ambicją pisma jest zdiagnozowanie, zrozumienie i opisanie świata, w którym wszelkiego rodzaju granice ulegają zatarciu lub celowo się je likwiduje , w którym rozpadają się instancje nadające niegdyś kierunek życiu – kościoły, państwo, rodzina, grupa zawodowa, prawo moralne, obyczaje; świata masowej imigracji, masowej komunikacji, rozpędzonej technologii, działalności kooperatywy koncernów farmaceutycznych, cyfrowych i finansowych, które ramię w ramię z rozbudowanym aparatem polityczno-administracyjnym ratują ludzkość przed pandemią i zmianą klimatu; mamiąc narody obietnicami „wolności“, „demokracji” i „postępu” programują Nowego Człowieka. Dlatego niezbędna jest krytyka współczesnego zglajchszaltowanego języka polityki i mass mediów, krytyka współczesnej dominującej ideologii. Redaktorzy i autorzy „Tumultu” nie przestrzegają żadnych współczesnych tabu politycznych i ideologicznych, żadnych, narzucanych odgórnie przez „policję dyskursu“, regulacji językowych – w 2019 r. Böckelmann należał do pierwszych sygnatariuszy apelu „Stop językowi dżenderowemu!”

Charakterystyczna dla pisma jest intelektualna otwartość polegająca na korzystaniu z dorobku autorów należących do różnych, niekiedy przeciwstawnych, nurtów oraz tradycji filozoficznych i ideowych, by wymienić takie postacie jak Klages, Benjamin, Schmitt, Heidegger, Baudrillard, Virilio, Panajotis Kondylis, Bataille, Nolte, E. Jünger, Marcuse. Na przestrzeni dziesięciu lat przez łamy pisma przewinęło się wielu niezależnych eseistów, pisarzy, filozofów, naukowców różnych dyscyplin, publicystów: Wolfgang Schivelbusch, Martin Mosebach, Jörg Bernig ( tom jego wierszy ukazał się w wydawnictwie „Arcana”), filozof z Austrii Rudolf Burger, enerdowscy dysydenci Ulrich Schacht i Vera Lengsfeld, tłumacz Michela Foucault Walter Seitter, pisarz i eseista Matthias Matussek, „oświecony konserwatysta” prof. Egon Flaig, medioznawca prof. Norbert Bolz, Günter Maschke i inni. Na łamy „Tumultu” (zima 2017/18) trafił też znany esej Antoniego Libery Kim jest artysta w dzisiejszym świecie?

Na szczególną uwagę zasługuje – poniekąd patronujący pismu – historyk Rolf Peter Sieferle (zmarły w 2016 r. ) także wywodzący się z ruchu 68 i Nowej Lewicy, wielce oryginalny autor, który swoje prace poświęcił historii środowiska naturalnego widzianej przez pryzmat zasobów energii, historii transportu i systemów energetycznych, industrializacji, zależnościom cywilizacji i wojny. W ostatnich latach zabierał też głos na temat teraźniejszej kondycji społeczno-politycznej Niemiec, które, jego zdaniem, znajdują się na drodze ku społeczeństwu wieloplemiennemu. W 2017 r. ukazała się  jego praca, w której udowodnił niezbicie, że masowa imigracja jest absolutnie nie do pogodzenia z państwem socjalnym.  Niewielka, wydana pośmiertnie przez prawicowe wydawnictwo Antaios, książka Sieferlego Finis Germania, wywołała prawdziwą furię niemieckich „strażników dyskursu”.

„Tumult” stał się punktem zbornym dla autorów wywodzących się nie tylko z konserwatywnych (prawicowych) środowisk i czasopism („Blaue Narzisse”, „Sezession”, „Etappe”, „Junge Freiheit“ ), ale dla wszystkich „wolnych duchów” z rozmaitych „parafii” ideowych i intelektualnych. Są oni autentycznymi indywidualistami, w czasach, kiedy oficjalnie głoszony indywidualizm nigdy nie był bardziej kolektywistyczny. Wszystkich łączy jedno: odrzucenie panującego konsensusu politycznego i intelektualno-kulturalnego, sprzeciw wobec jakobinizmu politycznej poprawności, traktowanie odklepywanych codziennie przez polityków i media „podstawowych wartości” (tolerancja, pluralizm, niedyskryminacja, równouprawnienie, różnorodność, otwartość na świat) jako wyprutych z treści frazesów i narzędzi władzy. Nic dziwi więc, że w demokratyczno-postępowym tygodniku „Die Zeit“ nazwano „Tumult“ „intelektualnym Freikorpsem“. Trudno o lepszą reklamę.

Ponieważ dzięki uprzejmości redakcji „Tumultu” wszedłem w posiadanie kilku numerów pisma, w kolejnych Zapiskach postaram się je dokładniej omówić.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 172 (4/2023)

 



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»