«
»

Zapiski manarchisty

O AKTUALNOŚCI JOHNA STUARTA MILLA, GENEZIE MASONERII, TEORIACH SPISKOWYCH, LOSACH WŁOSKICH PISARZY POD RZĄDAMI PARTII FASZYSTOWSKIEJ ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

04.01.24 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O AKTUALNOŚCI JOHNA STUARTA MILLA, GENEZIE MASONERII, TEORIACH SPISKOWYCH, LOSACH WŁOSKICH PISARZY POD RZĄDAMI PARTII FASZYSTOWSKIEJ ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

Drogi, które  prowadzą donikąd, są najbezpieczniejsze. (Gabriel Laub)

Złowione w Sieci:

Wiedeń 1683: fundamentalistyczni chrześcijańscy, skrajnie prawicowi populiści z wybitnym polskim skrajnie prawicowym populistą Janem Sobieskim na czele, napadli na obóz muzułmańskich imigrantów zmierzających do Wiednia po to, by zlikwidować lukę demograficzną w Europie, pracować na emerytury Europejczyków, uzupełnić braki fachowej siły roboczej na europejskim rynku pracy. Niestety, w wyniku brutalnej przemocy zastosowanej pod Wiedniem przez skrajnie prawicowych populistów wobec pokojowo nastawionych muzułmańskich imigrantów, wszystko to zostało zaprzepaszczone. Gdyby nie ksenofobia, religijny fundamentalizm, wrogość wobec Obcych i nienawiść do Innych, Europa byłaby dziś kontynentem ludnym i kwitnącym pod względem kulturalnym i gospodarczym.

*   *   *

W tygodniku „Polityka” (2023 nr 36) Jacek Żakowski rozmawia z Agnieszką Holland na temat jej filmu Zielona granica. Reżyserka wyznaje, że ten film to „jej krzyk”. Taka deklaracja z góry każe nam wątpić w jego artystyczną wartość , bo pokrzyczeć to sobie można na stadionie albo na demonstracji – wartościowe dzieło sztuki, filmowe czy literackie, jest jak najdalsze od „krzyku”. Od krzyku można jedynie ogłuchnąć, nic więcej. Z twórczości Agnieszki Holland zapamiętałem tylko jej pierwsze filmy Aktorzy prowincjonalni, Kobieta samotna i Gorączka, filmy moim zdaniem, całkiem dobre m.in. właśnie dlatego, że nie były „krzykiem”, wręcz przeciwnie, ich walorem był przyciszony, wewnętrzny dramatyzm.

W rozmowie Jacek Żakowski pyta: „Przyjmiemy te kilkaset milionów migrantów z Afryki?” Holland odpowiada: „Jakie mamy wyjście? Zastąpią nas, jak barbarzyńcy zastąpili Rzymian”. I dalej: „Nie boję się, że przestaniemy istnieć jako biała rasa. Sami ku temu zmierzamy. Już się nie reprodukujemy. Robimy miejsce dla innych. Może coś lepszego się z tego narodzi”. Toż to nic innego jak „skrajnie prawicowa”, sformułowana m.in. przez francuskiego pisarza Raynauda Camusa, teoria o „Wielkiej Wymianie” polegającej na zastąpieniu (Grand Remplacement) tubylczych narodów europejskich przez ludy z innych kontynentów. Niezależnie od tego, czy ktoś uważa, że jest to proces będący realizacją pewnego projektu ideologiczno-politycznego, czy po prostu diagnozuje, że zachodzi on spontanicznie, to w oczach kolegów i koleżanek Agnieszki Holland z demokratyczno-postępowej subkultury zasługuje na miano „prawicowego ekstremisty” i zwolennika „teorii spiskowych”. Pani Agnieszko, witamy w klubie!

*   *   *

W „Rzeczpospolitej Plus Minus” (9-10 września 2023) ukazał się artykuł doktoranta na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego Michała Rzeczyckiego (ur.1989) zatytułowany Koniec wolności słowa? Autor omawia najnowsze inicjatywy komisarzy i komisarek z Brukseli zmierzające do „uregulowania” wolności słowa w Internecie. W swojej „diabelskiej kuchni” pichcą oni European Media Freedom Act (Orwell pozdrawia! ), Digital Services Act i Digital Markets Act. Rzeczycki nieco się troska o „wolność słowa”, ale zapewnia, że na pewno daleko nam do cenzury zupełnej”. Ależ oczywiście, „zupełnej cenzury ” na pewno nie będzie, choćby z tego względu, że wolność słowa komisarzy i komisarek z Brukseli oraz ich polityczno-ideologicznych przyjaciół, na pewno nie zostanie ograniczona.

Dalej Rzeczycki teoretycznie dowodzi, dlaczego „niezupełna cenzura” jest niezbędna:

 „Wyrażane publicznie opinie nie zyskają na powrót szemranego statusu, jaki przyznawał im Hobbes. Bez wątpienia jednak powoli zostawiamy za sobą czasy nieskrępowanego korzystania z wolności słowa. […] Wolność słowa jest bowiem kategorią polityczną, a dobro wspólne wyznacza jej granice. Są one coraz bardziej potrzebne, ponieważ internet dowiódł, że rozum jednostki zbyt często przegrywa z własną psychologią i ogromem możliwości, jakie niesie ze sobą świat wirtualny”.

Wyborne: „rozum jednostki zbyt często przegrywa z własną psychologią i ogromem możliwości, jakie niesie ze sobą świat wirtualny”! Skąd jednak Rzeczycki czerpie niezachwianą pewność, że rozum panów i pań z Komisji Europejskiej oraz ich polityczno-ideologicznych sojuszników „wygrywa z własną psychologią i ogromem możliwości, jakie niesie ze sobą świat wirtualny”? Skąd wiadomo, że współpracujące z komisarzami i komisarkami – jak je określa Rzeczycki – „podmioty weryfikujące fakty” posiadają jakieś wyjątkowe rozumy pozwalające im – w przeciwieństwie do nas – odróżnić, co jest faktem, a co nie jest?

Zdaniem Rzeczyckiego „przy całym natężeniu dezinformacji w internecie trudno utrzymać liberalną wiarę Johna Stuarta Milla w to, że nawet fałszywe opinie na swój sposób stanowią cenny wkład w rozwój ludzkości”– Mill uważał, że błędy „dają jaśniejsze zrozumienie i żywszą świadomość prawdy wywołane przez jej kolizję z błędem”. Jednakże w całym eseju Milla O wolności jest to argument drugorzędny i spokojnie można go pominąć. Jego zasadniczy argument brzmi: „Opinia, którą próbujemy zagłuszyć za pomocą autorytetu, może być prawdziwa. Ci, którzy pragną ją zagłuszyć, przeczą, rzecz jasna, jej prawdziwości, ale nie są nieomylni. Nie mają prawa rozstrzygać tej kwestii dla całej ludzkości i nie pozwalać żadnej innej osobie na wyrobienie sobie o niej sądu. Ludzie, którzy odmawiają wysłuchania opinii, ponieważ są pewni jej fałszywości, zakładają, że ich pewność równa się pewności absolutnej. Wszelkie przecinanie dyskusji jest zakładaniem nieomylności”. […] Gdyby cała ludzkość z wyjątkiem jednego człowieka sądziła tak samo i tylko ten jeden człowiek był odmiennego zdania, ludzkość byłaby równie mało uprawniona do nakazania mu milczenia, co on, gdyby miał po temu władzę, do zamknięcia ust ludzkości”. […] Nie możemy nigdy być pewni, że opinia, którą usiłujemy zakneblować, jest fałszywa, a gdybyśmy byli tego pewni, zakneblowanie jej byłoby nadal złem”. (John Stuart Mill, O wolności, przeł. Amelia Kurlandzka, Warszawa 2002)

Zatem z punktu widzenia Milla panie i panowie z Komisji Europejskiej a także, wymienione przez Rzeczyckiego, tajemnicze „podmioty weryfikujące fakty”, czyli „organizacje badawcze i organizacje społeczeństwa obywatelskiego”, zakładają swoją nieomylność a swoją pewność fałszywości cudzych opinii podnoszą do rangi pewności absolutnej. Na jakiej podstawie moralnej, politycznej czy intelektualnej tak czynią? Skąd czerpią swoje uprawnienie do nakazywania innym milczenia? Jak nazywa się prawo do zamykania innym ust, które sobie samozwańczo przyznali (wzięli z własnego nadania)? Otóż jest to, stare dobre „prawo silniejszego”, które młodzi filozofowie w rodzaju Rzeczyckiego maskują rozmaitymi pięknie brzmiącymi frazesami. Najwidoczniej Rzeczycki nie zdążył jeszcze przeczytać Nietzschego, bo gdyby przeczytał, to by wiedział, że nie o prawdę im chodzi, ale o spotęgowanie własnej mocy.

I nie kto inny jak właśnie Hobbes patronuje współczesnym przeciwnikom „nieskrępowanego korzystania z wolności słowa”, deklarującym, jak Rzeczycki, , że „wolność słowa jest kategorią polityczną”, zaś „dobro wspólne wyznacza jej granice”. Nie chodzi bowiem o jakieś abstrakcyjne „kategorie polityczne”, ale o ich (komisarzy i komisarek) kategorie polityczne. To nie abstrakcyjne „dobro wspólne” wyznacza granice wolności słowa, ale ich definicja „dobra wspólnego” i ich decyzja, jak i gdzie przebiegają te granice.

Pisał Hobbes: „Do upoważnień więc tego, kto ma moc suwerenną, należy być sędzią lub ustanawiać wszystkich sędziów, którzy będą rozstrzygali o poglądach i doktrynach”. Ktoś chciałby występować przed licznie zgromadzoną publicznością np. internetową i do niej przemawiać , ale to suweren rozstrzyga, „w jakich sytuacjach, jak dalece i co do czego należy ludziom pozwalać, by przemawiali do dużych gromad ludu” (Lewiatan, rozdz. XVIII, przeł. Czesław Znamierowski, Warszawa 1954). Kiedy swobodna dyskusja wszystkich ze wszystkimi o wszystkim przecięta zostaje mieczem suwerennej władzy nagle, na krótko, w chwili podejmowania decyzji o tym, co jest prawdą a co fałszem, co jest „informacją” a co „dezinformacją”, co jest faktem, a co faktem nie jest, „demokratyczno-postępowy” suweren (komisarze, komisarki i ich odpowiednicy na innych kontynentach) odsłania swoje srogie oblicze. Hobbes redivivus!

Apeluję w tym miejscu do Rzeczyckiego, aby nie służył myślą i piórem współczesnemu wcieleniu Lewiatana, legitymizującemu swoje władcze roszczenia wzniosłymi frazesami o „ochronie wolności słowa, pluralizmu i niezależności mediów”. Przeciwko niemu właśnie zasadnicze argumenty Milla – niezależnie od wszelkich zastrzeżeń, jakie wolno mieć do jego progresywizmu, który ostatecznie wykoleił jego wolnościowy liberalizm i spowodował, że wysiadł na przystanku «demokratyczny socjalizm»” – są dziś poręczną i pożyteczną bronią przeciwko coraz zuchwalej sobie poczynającym zamordystkom i zamordystom wszelkich odcieni.

*   *   *

 Nasi współcześni hobbesiści z Komisji Europejskiej i innych ośrodków władzy szczególną niechęcią darzą teorie na temat tego „how the world really works”, odbiegające od wyznawanych przez nich , a nawet z nimi sprzeczne. Aby te błędne teorie odróżnić od swoich własnych, słusznych teorii, nazywają je „teoriami spiskowymi”. My jednak opiniami posiadaczy „obiektywnej prawdy” z Brukseli przejmować się nie mamy zamiaru i czerpać będziemy pełnymi garściami (no, bez przesady, zwykłymi garściami) z piśmiennictwa spiskologów, ponieważ znaleźć tam można wiele ciekawych informacji, obserwacji i interpretacji. Na przykład Dieter Rüggenberger w książce Geheimpolitik. Der Fahrplan zur Weltherrschaft (Wuppertal 1993) dał swoją, wysoce subiektywną, interpretację II wojny światowej:

„II wojna światowa to wielkie zmaganie pomiędzy azjatyckimi okultystami spod znaku swastyki przeciwko zachodnim okultystom spod znaku pentagramu” (s.63). Jego zdaniem w XX wieku mieliśmy do czynienia z trzema zwalczającymi się kolektywistyczno-centralistycznymi systemami: rosyjskim komunistycznym socjalizmem, niemieckim narodowym socjalizmem i anglosaskim fabiańskim socjalizmem (s.42).  Pogląd, że istnieją spiski trwające nieprzerwanie od wieków, jest według Rüggenbergera oczywistym absurdem, chyba że przyjmie się koncepcję reinkarnacji (s.33). Przytacza – przyznajmy, niekonwencjonalny – pogląd czesko-niemieckiego hermetysty i okultysty Franza Bardona, że hitlerowskie pozdrowienie w połączeniu z podniesieniem ramienia stanowiło magiczny rytuał, którego używano do wytwarzania magicznych „woltów”. (s.63) Absolutnie nie zgodziłby się z wyjaśnieniem Bardona szwajcarski pisarz, krytyk teatralny Philipp Wolff-Windegg, redaktor odpowiedzialny legendarnego czasopisma „Antaios” (1959-1971), które swoimi nazwiskami firmowali Mircea Eliade i Ernst Jünger (tytuł wymyślił Friedrich Georg Jünger) a na którego łamach pisali m.in. Henri Michaux, Julius Evola, Jorge Luis Borges, Roger Caillois, Cioran, Marcel Jouhandeau. Według Wolffa-Windegga chodzi o jeden z przejawów bluźnierczego parodiowania symboli monarchii: ingens manus – słoneczna ręka króla będąca źródłem siły, zdrowia i pomyślności staje się gestem strawestowanym w pozdrowienie używane przez motłoch; zrewoltowany demos przywłaszcza sobie starodawny gest, ale wyciągnięta ręka usycha ( Wolff-Windegg, Die Gekrönten – Sinn und Sinnbilder des Königtums, Stuttgart 1958, s.216).

*   *   *

W kanonicznym tekście Ontologiczny status teorii spiskowych, Hakim Bey (właśc. Peter Lamborn Wilson 1945-2022) radził: „Możliwe, że spiski nie działają. Ale musimy zachowywać się tak, jakby rzeczywiście działały”. To dobra rada.

*   *   *

 Paranoja nie jest najgorszą rzeczą wówczas, kiedy na pierwszy rzut oka nie można odróżnić przyjaciela od wroga . (Christoph Spehr)

*   *   *

Historyk sztuki, profesor w instytucie badawczym Academy of Creative and Performing Arts uniwersytetu w Lejdzie Sven Lütticken ukuł termin „spiski strukturalne”, będące pseudo-spiskami, niby-spiskami, „spiskami jak gdyby”. Te strukturalne konspiracje, które nie muszą być intencjonalnym rezultatem mrocznego spisku, „egzystują symbiotycznie wewnątrz danego porządku społecznego i układu władzy, z którego czerpią korzyści”. Lütticken pisze: „spiski strukturalne do pewnego stopnia funkcjonują tak, jakby były intencjonalnymi, rzeczywistymi spiskami, mogą także w różnych momentach włączać realne spiski, ale te nie determinują nadrzędnej struktury”. Odnosząc się do zamachów z 11 września 2001 r. Lütticken stawia tezę, że przebiegały one tak, jak gdyby rzeczywiście były skutkiem spisku zaplanowanego przez ośrodki władzy ulokowane w kompleksie przemysłowo-wojskowym, ponieważ dały im bezprecedensową władzę. I dalej stwierdza: „strukturalny spisek ma niejasny status ontologiczny, który nie zakłada wielu ludzi aktywnie i świadomie spiskujących, jednak wywołuje ten sam efekt, co spisek realny ”. (Lütticken The Conspiracy of Publicness [w:] tenże, Secret Publicity. Essays of Contemporary Art, Rotterdam 2006).

*   *   *

Niemiecki spiskolog Juan Maler (właśc. Reinhard Kopps) 40 lat poświęcił na rozgryzanie tajemnic masonerii – napisał na jej temat kilkanaście książek; i jedną z tajemnic udało mu się rozgryźć, w czym, być może, pomogły mu doświadczenia z okresu, kiedy był agentem niemieckiego wywiadu wojskowego (zob. https://de.wikipedia.org/wiki/Reinhard_Kopps oraz https://de.metapedia.org/wiki/Kopps,_Reinhard). W obszernej (570 stron zwartego i dość drobnego druku) pracy Malera poświęconej działalności światowej masonerii pt. Gegen Gott und die Natur. Beiträge zu einer Analyse unserer historisch-politischen Situation (Buenos Aires 1971), przez którą przebrnąłem zresztą z najwyższym trudem przytłoczony masą, w większości nieistotnych, szczegółów, odnalazłem interesującą hipotezę na temat genezy hasła „Wolność, Równość, Braterstwo”. Według Malera ma ono rodowód piracki (s.421). „Braterstwo” spajało pirackie bractwa takie jak Bracia Witalijscy (Vitalienbrüder, Likedeelers, vitaliebröder, Vitalien Brothers), Brethren of the Coast, Frères de Île de la Tortue i inne. „Wolność” oznaczała niezależność od władzy królewskiej i państwowej suwerenności, czyli swobodę uprawiania pirackiego rzemiosła, „Równość” zaś była podstawą dzielenia łupów, w których jedynie kapitan miał podwójny udział. Ponieważ, uważa Maler, pierwsze grupy wolnomularzy nie spotykały się w „świątyniach”, ale w tawernach, gdzie także zbierali się osobnicy z pirackich bractw, nic więc dziwnego, że masoni od nich zaczerpnęli swoje główne zasady ideowo-polityczne.

U Malera wyłowiłem bardzo trafną obserwację poczynioną przezeń już ponad pół wieku temu: „koncentracja władzy przebiega paralelnie do koncentracji kapitału – przy takiej koncentracji władzy wszystkie ideologie wydają się śmieszne”. Obecnie ta koncentracja jest jeszcze większa, a realistycznej recepty na dekoncentrację władzy i kapitału, niestety, nie widać na horyzoncie . Najprawdopodobniej więc proces koncentracji będzie postępował nadal aż do punktu, w którym złożoność systemu ulegnie radykalnemu „uproszczeniu”.

*   *   *

W Metastazach rozkoszy Slavoja Žižka znajduje się następujący passus:

„Jedną z mitycznych postaci starego amerykańskiego Południa jest pirat Jean Lafitte: jego nazwisko jest związane z Nowym Orleanem, którego bronił u boku generała Andrew Jacksona. Lafitte był romantycznym poszukiwaczem przygód itd., niewiele osób jednak wie, że w swoich ostatnich latach, gdy w stanie spoczynku udał się do Anglii, zaprzyjaźnił się z Marksem i Engelsem, a nawet sfinansował pierwszy angielski przekład Manifestu komunistycznego. ( Žižek, Metastazy rozkoszy. Sześć esejów o kobietach i przyczynowości, przeł. Marek J. Mossakowski, aneks przełożyli Maciej Kropiwnicki i Kuba Mikurda, Warszawa 2013, s.284) Część badaczy podchodzi do tego sceptycznie, ponieważ (według urzędowych danych) Lafitte zmarł w roku 1823, aczkolwiek według innych upozorował on swoją śmierć i żył pod zmienionym nazwiskiem w USA w miejscowości Lincolnton (NC), gdzie zmarł w 1875 r. Zatem spotkanie z Marksem było możliwe.

I dalej Žižek: „Ten obraz Lafitte`a i Marksa przechadzających się razem w Soho, nonsensowne krótkie spięcie między dwoma zupełnie odmiennymi światami, jest wybitnie ponowoczesny”. Dlaczego nonsensowne? Dlaczego miałyby to być „dwa zupełnie odmienne światy”? Wręcz przeciwnie, spotkały się całkiem „podobne światy”. W końcu marksizm ma wiele wspólnego z piractwem a Marksa i jego następców można by uznać za – by posłużyć się terminem Buckminstera Fullera – „Wielkich Piratów”.

Niektórzy badacze podają, że pirat Lafitte należał do założycieli loży masońskiej (!) w Lincolnton. I tak koło się zamyka.

*   *   *

Pozostawiając na boku konwentykle wolnomularzy w pirackich tawernach, wskażmy na niezwykle interesującą i wnikliwą analizę politycznej roli masonerii przeprowadzoną przez Reinharta Kosellecka (Koselleck, Krytyka i kryzys. Studium patogenezy świata mieszczańskiego, przeł. Jakub Duraj, Marcin Moskalewicz, Warszawa 2015, zob. zwłaszcza rozdziały „Rozwój władzy pośredniej” i „Ukryta wolta przeciw państwu”). Masoneria odegrała ważną rolę w kontekście monarchii absolutnej i państwa stanowego, a jej idee polityczne, ubrane w kategorie moralne, odniosły ostatecznie zwycięstwo, w związku z czym można powiedzieć, że masoneria swoją historyczną rolę wypełniła, stając się, jak to określił Lorenz Jäger, autor książki Hinter dem Großen Orient. Freimaurerei und Revolutionsbewegungen (Wien 2009), „kadrową organizacją państwa mieszczańskiego”. Z kolei Johannes Rogalla von Bieberstein (Rogalla, Der Mythos von der Verschwörung. Philosophen, Freimaurer, Juden, Liberale und Sozialisten als Verschwörer gegen die Sozialordnung, Wiesbaden 2008) dowodzi, że tajne stowarzyszenia masońskie to „grupy polityczne, które należy rozpatrywać jako embrionalne formy (Vorformen) nowoczesnych partii politycznych” (s.153). Loże masońskie są tedy protopartiami, masoneria to prekursorka demokratycznych partii politycznych, całkowicie otwarcie głoszących idee, które dawniej krzewiły „tajne” loże masońskie (ciekawe, że Oswald Spengler pisał o partiach jako „piratach parlamentaryzmu”). Toteż dzisiaj żadne wielkie tajne spiski nie są już potrzebne, wszak „spiskowcy” zasiadają w parlamentach, tworzą rządy, kierują mediami i tajnymi służbami, stoją na czele wielkich korporacji i banków; wszystko jest jawne, każdy telewizyjny talk-show, każde posiedzenie parlamentu, każdy zjazd partii to obrady i narady „spiskowców”, ujawniających całemu światu swoje plany, zamierzenia, koncepcje i cele. Oczywiście, trzeba tu zrobić drobne zastrzeżenie – wszystkich swoich celów, którymi są jak zawsze, władza, panowanie, wpływy, pieniądze, prestiż, raczej nie ujawniają.

*   *   *

 Spiski powstają i upadają, rosną i więdną, migrują z jednej grupy do drugiej, konkurują i współpracują ze sobą, wchodzą w kolizje, implodują, eksplodują, ponoszą fiasko, odnoszą sukcesy, zacierają się, są fałszowane i zapominane, znikają. (Hakim Bey)

*   *   *

Włoski pisarz polityczny Franco „Bifo” Berrardi  należący do wymierającego już gatunku niezależnej myślowo radykalnej lewicy, uważa, że walka polityczna jest dzisiaj pozorna. Następują co prawda wymiany politycznych przedstawicielstw, ale polityczni reprezentanci, niezależnie od ich histerycznej radości z podejmowania decyzji, już w ogóle nie rządzą, polityczna reprezentacja została zastąpiona przez technosocjalne i technolingwistyczne mechanizmy i automatyzmy , które są w stanie skutecznie kształtować stosunki społeczne w ich materialnym wymiarze; w tym sensie klasa polityczna nie decyduje o tym, w jakim kierunku idzie społeczeństwo, lecz jedynie ogranicza się do ratyfikowania instrukcji i nakazów, nałożonych na nie przez owe mechanizmy i automatyzmy.

Z tego punktu widzenia nie tylko jawni polityczni reprezentanci, lecz także „tajne rządy”, ukryci za kulisami „spiskowcy” nie mają już nic do powiedzenia.

W podobnym duchu, acz nieco bardziej konkretnie, wyraził się Jean Baudrillard: „nawet ci, którzy wydają się o niej [globalnej polityce] decydować (na przykład Biały Dom) są jedynie operatorami czy klonami wielonarodowej maszynerii kontrolowanej przez Billa Gatesa, banki [czyt. bankierów–TG] i międzynarodową spekulację [czyt. międzynarodowych spekulantów–TG] – funkcjonujących w warunkach prawie całkowitej autonomii, w oparciu o niemal automatyczne strategie”. (Baudrillard, Przed końcem. Rozmawia Philippe Petit , przeł. Renata Lis, Warszawa 2001, s.74)

Dodajmy, że według Baudrillarda spiski niczemu nie służą, skuteczność tajnych służb jest żadna, natomiast ich mitologia ma się świetnie. (tamże, s.136)

*   *   *

 Nie należy używać przemocy , jeżeli nie jest się silniejszym. (Gabriel Laub)

*   *   *

Do oryginalnych przedstawicieli niemieckiej lewicy, sytuujących się poza jej głównym nurtem (to tautologia: oryginalny = spoza głównego nurtu) należy Mathias Bröckers. Pod koniec lat 70. XX w. znajdował się w gronie założycieli „die tageszeitung” – dziennika zachodnioniemieckiej „alternatywnej lewicy”; pełnił tam funkcję redaktora działu kulturalnego i naukowego a w latach 1986 – 1997 miał w „taz” cotygodniowy felieton. Jest autorem kilkunastu książek popularnonaukowych i politycznych m.in. JFK – Staatsstreich in Amerika (2013) , König Donald, die unsichtbaren Meister und der Kampf um den Thron. Aus den Chroniken eines Real Game of Thrones (2017). Razem z wynalazcą LSD Albertem Hofmannem opublikował Trans Psychedelischer Express, Eleusis – Basel – Babylon – und weiter (2002). Przełożył, opracował i wydał biblię wszystkich „trawiarzy” autorstwa Jacka Herera – The Emperor wears no clothes. Hemp and Marihuana Conspiracy. The Authoritative Historical Record of the Cannabis Plant, Marijuana Prohibition & How Hemp Can Still Save the World (1985). Przełożył także na niemiecki świetny i zabawny The Lexicon of Conspiracy Theories. Conspiracies, Intrigues, Secret Societies Roberta Antona Wilsona.

W swojej książce  Verschwörungen, Verschwörugstheorien und die Geheimnisse des 11.9 (Frankfurt a.M. 2002)   Bröckers dowodzi, że bez rozsądnych teorii spiskowych nie da się zrozumieć naszego wysoce skomplikowanego i konspiracyjnie funkcjonującego świata. O ile niegdyś za naiwny zabobon mogło uchodzić podejrzenie, że za widzialnymi wydarzeniami kryją się potężni ludzie pociągający za sznurki i realizujący swoje interesy , o tyle w XXI wieku naiwnemu zabobonowi ulega ten, kto tego nie podejrzewa. Podejrzenie, że za medialną symulacją skrywa się inna rzeczywistość, jest, zdaniem Bröckersa, całkowicie naturalne w warunkach istnienia „transnarodowej elity władzy, która w stosunku do ludności świata jest mniejsza a w porównaniu z wcześniejszymi stosunkami władzy potężniejsza niż jakakolwiek klasa panująca w przeszłości” ( s.12).

Agenta Foxa Muldera z Archiwum X interpretuje Bröckers jako „postmodernistycznego Don Kiszota”, prowadzącego beznadziejną walkę z wiatrakami – w tym wypadku wiatraki to rozmaite przestępstwa, tajemnicze wydarzenia, spiski i ich tuszowanie – uwikłanego w nigdy niekończącą się grę iluzji i zwierciadlanych odbić, w nierozstrzygalną walkę pomiędzy prawdą i kłamstwem, manipulacją i realnością, rzeczywistymi wydarzeniami i jej cover-upami. Dotarcie przez Muldera do „obiektywnej” prawdy jest niemożliwe także dlatego, że prowadzi swoje śledztwa z ramienia agencji, będącej częścią problemu, który ma rozwiązać – na jej zlecenie poszukuje prawdy, która przez nią samą jest tuszowana; agencja powołana do wykrywania i wyjaśniania spisków, sama jest częścią spisku. Mulder skazany jest na poruszanie się w błędnym kole, z którego nie ma wyjścia; niczym obserwator w fizyce kwantowej tropi ślady cząsteczek, sam będąc częścią eksperymentu; dąży uparcie do wykrycia prawdy a jednocześnie, chcąc nie chcąc, bierze udział w jej tuszowaniu.

Jest to ostrzeżenie dla wszystkich spiskologów,  aby ostrożnie podchodzili do swoich własnych teorii, w przeciwnym razie mogą się znaleźć w położeniu agenta Muldera.

*   *   *

 

Gary North (1942 – 2022) stanowił ciekawe połączenia w jednej osobie dwóch skrajnych światopoglądów: był teologiem reprezentującym dominionizm, teonomizm i rekonstrukcjonizm, czyli najbardziej skrajny tradycjonalistyczny odłam amerykańskiego kalwinizmu a jednocześnie  niezłomnym zwolennikiem Austriackiej Szkoły Ekonomii – swoje radykalnie wolnorynkowe przekonania wywodził wprost z Biblii. Pisał też książki historyczne i politologiczne, wśród nich Conspiracy: A Biblical View (1996), zawierającą życzliwą, acz krytyczną analizę historiografii „spiskowej”. Do najbardziej „odjazdowych” pozycji w tej dziedzinie zaliczył  książeczkę niejakiego Jamesa Wooda Monka Karl and Taffy (1958). Autor ten stawia śmiałą i unikalną tezę, że światem rządzą Walijczycy. Ich marsz o panowanie nad światem rozpoczął się w 1485 r., kiedy Ryszarda III pokonał Walijczyk Henryk Tudor. Najpierw Walijczycy zdobyli władzę nad wyspą a następnie nad imperium, po czym sprzymierzyli się z probrytyjskimi i proizraelskim siłami w USA, aby ostatecznie w zmowie z marksistowskimi rewolucjonistami zagarnąć władzę nad światem.

I jeszcze ciekawostka historyczna znaleziona u Northa: w 1860 r. walkę o stanowisko prezydenta USA stoczyli Abraham Lincoln, prawnik pracujący dla Illinois Central Railroad, i Stephen A. Douglas, prawnik pracujący dla Illinois Central Railroad, natomiast w 1864 r. o prezydenturę rywalizowali były prawnik Illinois Central Railroad Abraham Lincoln i wicedyrektor Illinois Central Railroad George McClellan. Niezależnie od tego, kto wygrywał wybory, zawsze wygrywała Illinois Central Railroad. Nic, tylko spisek kolejarzy.

*   *   *

W jednym ze swoich artykułów Gary North rekonstruuje, prawdziwe, jego zdaniem, kulisy obalenia prezydenta Nixona po „aferze Watergate”. Prezydent pozwolił, aby grupa byłych funkcjonariuszy tajnych służb ( „Hydraulicy”) poszła do więzienia w związku z włamaniem mającym związek z jego reelekcją. Mógł ich ułaskawić, ale tego nie uczynił. Wówczas zadziałało, zdaniem Northa, swoiste „braterstwo” ludzi tajnych służb: kiedy zobaczyli, że członkowie ich „bractwa” idą do więzienia z winy polityków, postanowili się zemścić. Byli funkcjonariusze i agenci tajnych służb tworzący grupę „Hydraulików”, działający nieformalnie ich koledzy z CIA oraz „kret” z Secret Service powiązany z „Hydraulikami”, kontrolujący nagrywanie rozmów w Białym Domu i ich przechowywanie – to ten układ zadziałał, aby obalić Nixona. (więcej na temat: https://www.tomaszgabis.pl/2008/07/11/zagadka-watergate-prawie-rozwiazana-surfujac-pod-prad-nowe-panstwo-2007-nr-1/)

*   *   *

Jeszcze bardziej „odjazdową” od teorii „światowego spisku Walijczyków” Jamesa Monka jest literacka wizja „światowego spisku Świętej Sekty Ślepców” przedstawiona w powieści Ernesto Sábato, O bohaterach i grobach ” (przeł. Helena Czajka, Warszawa 1966) – rozdział „Raport o ślepcach”. Nad Świętą Sektą Ślepców sprawują rządy nieznani hierarchowie, którymi w ostatecznej instancji rządzi Książę Ciemności. Jak taką absolutną hegemonię osiąga się i zachowuje? Oczywiście , niezbędna jest czarna magia, ale Sekta używa wielu innych środków: anonimów, intryg, epidemii, rewolucji, tortur, mistyfikacji, oszustw, fałszywej litości, kontroli snów i koszmarów, somnambulizmu, rozpowszechniania narkotyków, wyzyskiwanie cudzego sentymentalizmu. Sekta ma na swoje usługi czarownice, znachorów, kabalarki, spirytystów, nauczycielki i inkwizytorów. Czarownice i kabalarki, to rozumiem, ale nauczycielki? To się wydaje mało prawdopodobne.

*   *   *

Prezesowi Światowego Forum Ekonomicznego Klausowi Schwabowi błędnie przypisuje się opinię, że na świecie jest zbyt wiele „bezużytecznych gąb do wykarmienia”. Bystrzy obserwatorzy zwrócili natomiast uwagę, że to właśnie na konferencji ŚFE zbiera się tłum „bezużytecznych gąb do wykarmienia”, bez których ludzkość mogłaby się spokojnie obejść.

*   *   *

Hakim Bey pisał: „Wierzyć w teorie spiskowe to znaczy wierzyć, że elity mogą wpływać na bieg historii. Anarchizm zakłada, że elity są po prostu niesione przez nurt historii a ich wiara we własną potęgę i skuteczność jest czystą iluzją”.

Oczywiście, naiwna wiara Klausa Schwaba – zaiste podobny on jest z fizjonomii do filmowego Golluma i tak samo jak on pożąda pierścienia władzy – we własną potęgę i skuteczność jest czystą iluzją, jednakże, jeśli nawróci się na nią dostatecznie wielu ludzi, może ona stać się materialną siłą i wyrządzić wiele niepowetowanych szkód. Wprawdzie na bieg historii Schwab nie wpływa, jednak pomysły jego i jego kolegów wpłynąć mogą na życie niewinnych ludzi. Jak zawsze w przypadku takich „spiskowców” – wyłącznie destruktywnie.

Do Schwaba – wypisz, wymaluj reptilianin – odnieść można obserwację Christopha Spehra  działającego w niemieckiej Partii Lewicy (reprezentuje w niej nurt Lewicy Emancypatorskiej):  „Doświadczenie mówi, że osoby na pierwszy rzut oka wyglądające jak normalni ludzie, jak ty i ja, realizują obcy program, program wrogi, który pozwala zidentyfikować ich jako członków obcego gatunku; oni nie solidaryzują się z tobą, lecz z obcym zleceniem. Tylko wyglądają jak ludzie. W rzeczywistości są to aliens”. (Christoph Spehr, Die Aliens sind unter uns! Herrschaft und Befreiung im demokratischen Zeitalter, München 1999, s.11)

*   *   *

Jednym z twardych faktów życia społecznego jest wieczny i nierozerwalny związek między posłuszeństwem a opieką, ochroną, zapewnieniem bezpieczeństwa (zob. Hobbes, Carl Schmitt). Każdy w miarę trwały i stabilny układ stosunków politycznych i społecznych na owym związku się zasadza – rządzący i rządzony, lennik i wasal, przywódca i jego świta, patron i klient, pan i sługa, wojownik i rolnik, przełożony i podwładny, rodzice i dzieci.

Jedna zasada to protego, ergo obligo – chronię, więc zobowiązuję chronionego do posłuszeństwa, drugą można sformułować w następujący sposób: jestem posłuszny, dlatego żądam opieki (ochron, bezpieczeństwa). Wypowiedzenie zobowiązania pozbawia jedną stronę prawa do wysuwania roszczeń wobec drugiej: kto nie chce lub nie potrafi zapewnić drugiemu bezpieczeństwa,  nie może wymagać od niego posłuszeństwa, zaś ten, kto nie chce być posłuszny, nie może równocześnie domagać się opieki.

Kiedy kobiety przestały potrzebować opieki (ochrony) ze strony mężczyzn, zaś mężczyźni uznali, że nie chce im się lub nie potrafią zapewnić kobietom opieki (ochrony), patriarchat opierający się na zasadzie „posłuszeństwo w zamian za opiekę, opieka w zamian za posłuszeństwo”, upadł a wraz z jego upadkiem, dodajmy, upadły małżeństwo i rodzina jako instytucje społeczna, a wraz z ich upadkiem nastąpił upadek demograficzny narodów.

Zasada „posłuszeństwo w zamian za opiekę, opieka w zamian za posłuszeństwo” obowiązuje, rzecz prosta, także w polityce międzypaństwowej – kiedy jakieś mocarstwo gwarantuje bezpieczeństwo innemu państwu, rozciąga nad nim „parasol atomowy”, udziela protekcji, zobowiązuje się do jego obrony w razie zagrożenia, to wymaga od niego posłuszeństwa w istotnych dla siebie kwestiach politycznych, wojskowych itd. Protegowany może wypowiedzieć posłuszeństwo protektorowi tylko pod warunkiem, że nie będzie się od niego domagał opieki.

*   *   *

„Krępuje nas wieloma pętami, lecz uwalnia nas od wielu kłopotów” (Hipolit Taine o rządzie francuskim).

*   *   *

Korespondent tygodnika „Do Rzeczy” we Włoszech Piotr Kowalczuk donosi (2023 nr 27) o awanturze wywołanej przez lewicową kołtunerię w związku tematami tegorocznych matur pisemnych z języka włoskiego. Wśród siedmiu tematów jeden dotyczył Alberto Moravii, drugi Salvatore Quasimodo a trzeci Oriany Fallaci. Kowalczuk nie pisze, czy akurat te trzy tematy wzburzyły lewicowych obskurantów. Z Fallaci to sprawa oczywista, zważywszy jej późną twórczość, ale dwaj pozostali – Moravia i Quasimodo? Do nich lewicowcy raczej nie mogli się przyczepić. Wszak Moravia został, jako kandydat „niezależny”  (z listy Włoskiej Partii Komunistycznej)  posłem do Parlamentu Europejskiego, w którego ławach zasiadał w latach 1984-89.

Quasimodo był nawet lepszy, do partii komunistycznej wstąpił w 1945 r. i pozostawał w jej szeregach do 1957 r., najwidoczniej przejrzał na oczy dopiero po referacie Chruszczowa. W Zwycięstwie prowokacji przywołuje Mackiewicz najbardziej znane epizody z okresu, kiedy Quasimodo walczył o zwycięstwo międzynarodowego proletariatu: zamieszczenie w organie Włoskiej Partii Komunistycznej „L’Unita” wiersza na cześć rewolucji październikowej, udział w 1950 r. w II Światowym Kongresie Obrońców Pokoju zorganizowanym w Warszawie pod auspicjami moskiewskiej centrali (został nawet członkiem sterowanej przez Moskwę Światowej Rady Pokoju), poemat o radzieckim Sputniku, odmowa podpisu pod protestem przeciwko uwięzieniu pisarzy węgierskich, opinia na temat życia literackiego w Związku Sowieckim „Życie literackie w Moskwie rozwija się normalnie, bez żadnego nacisku z zewnątrz. […] Naturalnie są pewne granice, związane w sposób naturalny z każdym społeczeństwem politycznym. Inaczej nie bywało nawet w Grecji za czasów Peryklesa”. (Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji, Londyn 1997, s.15n)

Mimo wielu zasług dla Obozu Postępu życiorysy obu pisarzy pozostawiają jednak sporo do życzenia, przynajmniej z punku widzenia tępego zoologicznego antyfaszyzmu. Moravia (pseudonim Alberto Pincherlego) pod faszystowską cenzurą opublikował kilka powieści i zbiorów opowiadań, pisywał do faszystowskich czasopism jak „Il Tevere”, „La Stampa”, „Oggi”, „Gazzetta del Popolo”. Jego powieść Obojętni ukazała się w wydawnictwie Alpes, którego właścicielem był brat Mussoliniego Arnaldo – powieść napisana w duchu „antymieszczańskim” mieściła się częściowo w ramach ideologii faszystowskiej. W 1935 r. pojechał do USA, gdzie na Columbia University w Nowym Jorku miał wykłady o włoskiej powieści , jednakże nie „wybrał wolności”, lecz powrócił pod władzę faszystów. W 1937 r. odbył sfinansowaną przez faszystowskie Ministerstwo Propagandy podróż do Chin, ale i tym razem nie skorzystał, by wydostać się spod faszystowskiej dyktatury, tylko powrócił do ojczyzny. Dziennikarskie podróże odbył też do Polski i Meksyku.

W latach 1935 – 1941 Moravia zwracał się listownie do Benito Mussoliniego i ministra prasy i propagandy Galeazzo Ciano. Tego drugiego prosił o pomoc finansową na pokrycie kosztów podróży do wschodniej Afryki, komplementował ministra, stawiał młodzieży włoskiej za wzór, informował , że pragnął napisać książkę o inwazji Włoch na Etiopię, ubolewał, że jego zamiar wstąpienia na ochotnika do armii włoskiej nie mógł się zrealizować. Niestety, ministra te argumenty nie przekonały i grantu Moravii nie przyznał. W 1938 r. w osobistym liście do Mussoliniego prosił go o wyjęcie spod antyżydowskiego ustawodawstwa, aby mógł dalej pracować jako dziennikarz, gdyż redaktor naczelny „Gazetta di Popplo” zakończył z nim współpracę. W liście Moravia złożył hołd osiągnięciom reżimu faszystowskiego i jego nadzwyczajnego lidera. Autor Konformisty wyjaśniał liderowi : „Z religijnego punktu widzenia nie jestem Żydem. Wprawdzie mój ojciec jest Izraelitą, ale moja matka jest czystej krwi i przynależy do religii katolickiej”. Mussolini przychylił się do prośby pisarza i zakaz cofnięto.

Istnieją pewne poszlaki, że pisarz, który miewał kłopoty z cenzurą i ogólnie jego stosunki z reżimem nie należały do łatwych, korzystał z dyskretnej protekcji swojego wuja Augusto De Marsanicha, działacza partii faszystowskiej, podsekretarza stanu w Ministerstwie Komunikacji w latach 1935-1943; wuj reprezentował też rząd włoski w Lidze Narodów w czasie kryzysu wokół Etiopii. Po 1945 roku, wierny swoim przekonaniom, stanął na czele postfaszystowskiego Movimento Sociale Italiano; zasiadał w parlamencie najpierw w latach 1929-1943, a następnie w latach 1953-1972. W sumie 33 lata harówki na niwie parlamentarnej! Rispetto! Był też inicjatorem powstania w 1951 r. Europejskiego Ruchu Społecznego, który dążył do stworzenia antykomunistycznego i korporacyjnego Imperium Europejskiego opartego na wspólnych zasadach wojskowych i gospodarczych; kierownictwo Imperium miało być wybierane w plebiscycie. Siostrzeniec także, jak wspomnieliśmy, udzielał się na arenie europejskiej jako poseł do Parlamentu Europejskiego. Czyżby to wuj zaraził go ideą zjednoczenia Europy?

Drugi z tematów maturalnych – Salvatore Quasimodo debiutował tomem Woda i ziemia w 1930 r.; w czasach, kiedy „czarna noc faszystowskiej dyktatury” okrywała Włochy, opublikował 7 tomów wierszy, wszystkie należące do tzw. poezji hermetycznej. Był poetą politycznie niezaangażowanym, tylko raz zwrócił się do Mussoliniego z osobistą prośbą o jakieś stypendium twórcze czy coś w tym rodzaju, ale go nie dostał. Natomiast w 1940 roku faszystowski minister edukacji narodowej Giuseppe Bottai namówił go do współpracy z kierowanym przez siebie czasopismem „Primato. Lettere e arti d’Italia”. Ponadto Quasimodo współpracował z dwoma innymi czasopismami faszystowskimi „Merdiano di Roma” i „Occidente”.

Swoją drogą, włoscy hermetyści potrafili się nieźle ustawić w strukturach reżimu faszystowskiego. Inny przedstawiciel tego nurtu Giuseppe Ungaretti opublikował w 1923 r. drugie wydanie zbioru wierszy Il Porto sepolto (1923), opatrzone przedmową samego Duce! W 1925 roku Ungaretii podpisał profaszystowski manifest pisarzy włoskich. W latach trzydziestych dostał synekurę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w 1937 r. został profesorem literatury włoskiej na uniwersytecie São Paulo. W 1942 r. zamiast „wybrać wolność”, powrócił do ojczyzny, gdzie władze faszystowskie mianowały go profesorem literatury współczesnej na uniwersytecie w Rzymie; wykładał tam do 1959 r. Wydawałoby się przy tym, że włoscy poeci powinni tworzyć raczej w duchu i estetyce jakiegoś faszrealizmu , a tymczasem uprawiali „ciemny” hermetyzm. Doprawdy trudno się niekiedy połapać w meandrach faszystowskiej polityki kulturalnej.

Powróćmy do Quasimodo. W 1941 r. faszystowski reżim mianował go profesorem literatury włoskiej w Konserwatorium Muzycznym im. Giuseppe Verdiego w Mediolanie, trwał na tym stanowisku do końca 1968 roku – wojna światowa się toczyła, Mussolini rządził i upadł, król panował i upadł , nowa demokratyczna władza nastała a Quasimodo jak nauczał w mediolańskim konserwatorium, tak nauczał, po czym udał się na zasłużoną emeryturę. Faszystowska dyktatura gnębi naród, burze dziejowe się przez Europę i świat przetaczają, ale Quasimodo się tym nie przejmował , tłumaczył Ewangelię św. Jana, poezję Greków, pieśni Katullusa, fragmenty Odysei. W 1945 r. porzucił niezaangażowaną postawę i opowiedział się przeciwko przegranemu faszyzmowi a za zwycięskim komunizmem, wstępując do Włoskiej Partii Komunistycznej. Kto wie, czy gdyby nie to posunięcie, Nagroda Nobla (1959) nie przeszłaby mu koło nosa, chociaż może i nie, bo do swoich wybitnych członków zaliczyła go włoska Loża Wschodu – inicjowany był w 1922 roku (loża „Arnaldo de Brescia” w sycylijskiej miejscowości Licata).

 Intuicja podpowiada mi, że poezja Quasimodo z jego okresu komunistycznego nie dorównuje tej z okresu faszystowskiego. Wyjaśnienia tego stanu rzeczy dostarcza Jerzy Stempowski, a raczej jego włoscy rozmówcy, młodzi włoscy literaci, z którymi spotykał się w grudniu 1947 r.: „Mówią np., że ich zdaniem faszyzm był okresem najbardziej sprzyjającym literaturze. Wielu uciekało wówczas od rzeczywistości w świat fikcji. Zarówno pisanie, jak i czytanie było sprawą serio. Cenzura zmuszała do wyszukanej stylizacji i stwarzała wiarę w tajemniczą i groźną – nawet dla armii i floty – potęgę słowa. W tej atmosferze powstawały takie arcydzieła jak Sorelle Materassi. Dziś –powiadają – swobodne pisanie z dnia na dzień na tematy aktualne posiada tak wielki urok nowości, że niewielu tylko potrafi mu się oprzeć” (Stempowski, Corona turrita (z dziennika podróży do Włoch) [w:] tenże, Po powodzi. Eseje i dzienniki podróży, wybór, opracowanie i wstęp Magdalena Chabiera, Paryż-Kraków 2015, s.123) .

Autorem „arcydzieła” Siostry Materassi był Aldo Palazzeschi, który się specjalnie w oficjalną kulturę faszystowską nie angażował, ale współpracował z dziennikiem „Corriere della Sera” i innymi czasopismami, w których publikował eseje i opowiadania. Kilkakrotnie podróżował do Paryża, ale zamiast „wybrać wolność”, zawsze powracał do faszystowskiej ojczyzny. W 1934 r. był członkiem jury nagrody poetyckiej na Międzynarodowym Biennale Sztuki w Wenecji, a wraz z Ungarettim zasiadał w jury konkursu Littoriali della Cultura e dell’Arte. Najważniejsze jest jednak to, że pod rządami faszystów opublikował trzy tomy poezji, dwa zbiory opowiadań, trzy powieści, wśród nich „arcydzielne” Siostry Materassi, które bez wątpienia wzbogaciły włoską literaturę.

*   *   *

 Pojedynek wysubtelnia obyczaje, podobnie jak cenzura styl. (Ernst Jünger)

*   *   *

Wspomniany wyżej Franco „Bifo” Berrardi identyfikuje współczesny system polityczno-gospodarczy jako „finansową dyktaturę” a jako narzędzie przydatne do wyzwolenia się z jej ideologicznego gorsetu zaleca czytanie poezji. Bravo! Compagno Berrardi! Ungaretti, (wczesny) Quasimodo, Palazzeschi i inni czekają niecierpliwie, by się nareszcie do czegoś przydać.

*   *   *

Twórca zasady swojego imienia dr Laurence J.Peter wspomina:

Podczas jednego z moich wykładów pewien student z Ameryki Łacińskiej, Caesare Innocente, powiedział:

— Profesorze Peter, obawiam się, że w ciągu całych moich studiów nie znalazłem odpowiedzi na dręczące mnie pytanie. Nie wiem, czy światem rządzą spryciarze, którzy nas — jak mówicie wy, Amerykanie — biorą na kawał, czy też idioci, którzy naprawdę w to wierzą.

Pytanie Innocente’a odzwierciedla myśli i uczucia, wyrażane przez wielu. Naukom społecznym nie udało się udzielić na nie logicznej odpowiedzi.

(Dr Laurence J. Peter, Raymond Hull, Zasada Petera. Dlaczego wszystko idzie na opak, przeł. Juliusz Kydryński, Warszawa 1975 , s.59)

Zasada Petera ukazała się po raz pierwszy w 1969 roku, i do dziś, mimo trwających ponad pół wieku wysiłków, naukom społecznym ciągle nie udało się udzielić odpowiedzi na pytanie Innocente`go.

W obliczu gwałtownego rozwoju komputeryzacji warto pamiętać o kilku innych ważnych ustaleniach dra Petera na temat „skomputeryzowanej niekompetencji”:

„Prasa, radio i telewizja kolejno poszerzyły możliwości człowieka dla propagowania i podtrzymywania swojej niekompetencji. Teraz przybył jeszcze komputer”;

„Nawet jeśli komputer jako taki jest kompetentny, wyolbrzymia on potężnie rezultaty niekompetencji jego właścicieli i tych, którzy go obsługują”;

„Komputer, tak samo jak człowiek, podlega działaniu Zasady Petera. Jeśli z początku pracuje dobrze, powstaje silna tendencja, żeby go awansować — powierzając mu coraz to bardziej odpowiedzialne zadania, dopóki nie osiągnie swego szczebla niekompetencji”.

Wydaje się, że wraz z „maszynową inteligencją” komputer osiągnął swój szczebel niekompetencji.

*   *   *

 Komputer nie jest żadnym cudem. Pracuje tak szybko tylko dlatego, że nie myśli. (Gabriel Laub)

*   *   *

Wędrując – że pozwolę sobie zapożyczyć ten zwrot od Juliusza Wiktora Gomulickiego – po mojej Szpargalii natrafiłem na niedużą książkę radcy sądu apelacyjnego w Aix Ludwika Proala Zbrodnie polityczne (przekład z francuskiego Maryi Wentzlowej, Warszawa 1906, Biblioteka Dzieł Wyborowych, oryg. wyd.1895) – w tamtych czasach stosowano odpowiedniki polskie obcych imion ,  stąd Ludwik, a nie Louis.

Przytoczmy kilka anegdot i myśli z książeczki Proala.

„Młodzież sądzi, że kocha wolność, bo lubi wrzawę, zmianę i zaburzenia”.

„Prześladowanie prawne jest bardziej oburzające niż gwałt brutalny, gdyż do podłości dodaje fałsz”.

Pewien minister, który się dowiedział, że mu odebrano zarząd skarbu, stwierdził: „nie mają racji, bo właśnie skończyłem moje interesy i miałem się zająć państwowymi”.

Kiedy Mazarin chciał użyć Marszałka Faberta do pewnej niezbyt uczciwej negocjacji, ten prosił go, aby mógł się od niej uwolnić w słowach: „Pozwól Ekscelencjo, że odmówię oszukiwania księcia Sabaudyi, tembardziej, że chodzi o bagatelę. W świecie znają mnie jako człowieka prawego; racz więc zachować uczciwość moją na chwilę, kiedy będzie chodziło o losy Francji”.

„Najdziksi członkowie Konwentu, którzy znieśli tytuły szlacheckie, stali się baronami i hrabiami za pierwszego Cesarstwa; gorliwi obrońcy wolności głosowali za cesarstwem, królobójcy wołali w 1815 – »niech żyje król«. Nieubłagani wrogowie Ludwika Filipa skarżący się, że pod jego rządami nie mieli wolności, za Napoleona III przyjęli wysokie urzędy. I podobnie jak królobójcy z 1793 zostali prefektami i radcami stanu za pierwszego Cesarstwa, tak socjaliści z 1848 r. mianowani zostali prefektami i senatorami za drugiego Cesarstwa”.

Oryginalny argument wysuwa Proal za wyższością monarchii nad demokracją: „Monarchowie doznają czasem obrzydzenia do pochlebstw, którymi ich karmią dworacy. Lud, niestety, rzadko doświadcza tego niesmaku a zawsze prawie daje się uwieść pochlebstwom”.

O realnych skutkach upowszechnienia się w narodzie hasła „własność to kradzież”, przekonał się osobiście: „Miałem kiedyś sprawę zawodowego złodzieja, który twierdził, że złodziejem bynajmniej nie jest i zwał się restytucjonistą”.

Okazuje się, że znane w naszym kraju powiedzenie „nie chcem, ale muszem”, ma długą i szacowną tradycję: „Cromwell napełniał przemówienia cytatami z Pisma Świętego i mistycznymi uniesieniami, często jeszcze popartymi łzą, mówiąc, że wolałby żyć skromnie na wsi i paść swoje trzody niż dźwigać ciężar rządu; zaraz dodawał jednak, że musi przyjąć ten ciężar, aby ocalić naród i stać się posłusznym woli Boga”.

Omawiając Zbrodnie polityczne na łamach „Kuriera Warszawskiego” (1906 nr 160) Teodor Jeske-Choiński bardzo surowo ocenił życie polityczne we Włoszech i Francji:

„Polityka daje człowiekowi wszystko, co ludzie nazywają na tej ziemi szczęściem: znaczenie, urzędy, ordery, tytuły, wysokie pensje, władzę, a daje mu to wszystko bez wielkiego wysiłku, bez pracy, bez długoletniej zasługi. Pierwszy lepszy zręczny szczekacz parlamentarny, lichy dziennikarz, makler giełdowy, wygadany adwokat, może sobie zdobyć kilku jaskrawemi mowami portfel ministerialny a w najgorszym razie wysoki urząd – rozkazuje, rządzi, używa życia”.

W starym segregatorze znalazłem pożółkły wycinek z tygodnika „Der Spiegel” (1974 nr 51), owego, jak go drwiąco określali niemieccy konserwatyści, organu niemieckiej pół-inteligencji. Roman Polański, świeżo po sukcesie Chinatown, opowiadał o początkach swojej fascynacji kinem:

„Podczas okupacji szły w Krakowie amerykańskie filmy, nie miałem dość ich oglądania. Mały chłopiec, jakim wtedy byłem, miałem totalnie bzika na punkcie tych filmów, kiedy potem zaryglowali getto, nie mogliśmy wychodzić do kina. Ale naziści pokazywali zaraz za murem na placu targowym propagandowe kroniki. Znalazłem miejsce, z którego, przez drut kolczasty, mogłem oglądać te filmy. Kiedy tylko udawało mi się wydostać z getta, sprzedawałem gazety, żeby zarobić pieniądze na kino. W kinach szły filmy wyprodukowane przez UFA, i naziści chcieli, żeby Polacy je oglądali, ale Polacy uważali, że to chodzenie do kina jest niepatriotyczne. Na murach kin malowali napisy »Tylko świnie siedzą w kinie«, ale mnie było to obojętne, miałem to w d…e [scheiβ drauf], chciałem oglądać filmy, byłem po prostu opętany”.

No i proszę, gdyby mały Romek nie miał w d…e patriotycznych zakazów, to by pewnie nie został reżyserem i nie powstałyby tak wybitne filmy jak Dwaj ludzie z szafą, Nóż w wodzie i , oczywiście, Chinatown.

*   *   *

Do coraz dłuższej listy praw człowieka i obywatela dopiszmy jeszcze jedno bardzo ważne prawo – prawo do dobrej zabawy, bo jak nawoływali Beastie Boys:  You Gotta Fight for Your Right To Party! I o to prawo naprawdę warto się bić.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 174 (6/2023)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»