«
»

Zapiski manarchisty

O CIĄGLE AKTUALNYCH POGLĄDACH J.W.GOETHEGO NA TEMAT PAPIEROWEGO PIENIĄDZA, ZWIĄZKÓW MIĘDZY SZTUKĄ A POLITYKĄ I POEZJĄ A PATRIOTYZMEM ORAZ O INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

07.13.24 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O  CIĄGLE AKTUALNYCH POGLĄDACH  J.W.GOETHEGO NA TEMAT PAPIEROWEGO PIENIĄDZA, ZWIĄZKÓW MIĘDZY SZTUKĄ A POLITYKĄ I POEZJĄ A PATRIOTYZMEM ORAZ O INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

Za gorączkową krzątaniną  proroków upadku i bachantów chaosu, szowinistów i  kosmopolitów, czcicieli  aktualności i czcicieli pozoru, na głębokim  tle  ważkich rzeczy europejskich dostrzegam niewiele, rozproszonych pośród narodów,  liczących się jednostek, które jednoczą się wokół wielkiej idei: idei twórczej restauracji. (Hugo von Hofmannstahl)

 

Ostatnimi czasy  dziennikarze i politycy  przez wszystkie przypadki odmieniali słowo „inflacja“, błędnie definiując  to zjawisko jako „ogólny wzrost cen”, podczas gdy wzrost cen jest skutkiem inflacji. Inflacja, jak dowodzą autentyczni, czyli niezależni od polityczno-bankowego establishmentu, ekonomiści, jest  zjawiskiem czysto monetarnym – wzrostem w obiegu  środków płatniczych ewentualnie  kredytu lub też obu razem , co powoduje , że  tracą one siłę nabywczą a tym samym wyrażone w nich ceny towarów i usług automatycznie rosną. Przy czym zważać należy na fakt, że jedynym prawdziwym pieniądzem jest pieniądz kruszcowy (złoto i srebro), który, z wyjątkiem bardzo rzadkich przypadków,  nie podlega inflacji, gdyż nie można go „dodrukować”, natomiast może go psuć (fałszować) władza państwowa pod warunkiem, że ma utrzymywany przemocą monopol na bicie monety. To z czym mamy dziś do czynienia nie jest  pieniądzem,  lecz środkiem płatniczym wykreowanym „z powietrza” (fiat money) przez kartel bankowy (bank centralny plus banki komercyjne),  legitymizowanym  politycznie i ustawowo  przez  parlamenty i rządy. Toteż jego „nadprodukcja” jest czymś nieuchronnym. Prawdziwi ekonomiści dawno już udowodnili, że inflacja nie jest zjawiskiem incydentalnym, ale  czymś nieodłącznym od systemu państwowego pieniądza papierowego.

Przyczyny i skutki  produkcji papierowego pieniądza nie umknęły uwadze wybitnych pisarzy. W akcie I  drugiej części  Fausta  Johanna Wolfganga von Goethego  (tłum. Emil Zegadłowicz) czytamy na ten temat:

Skarbnik:

Przypomnieć sobie racz, cesarska mości,

że dzisiaj w nocy my z kanclerzem razem,

gdyś tonął jako Pan w szale radości –

rzekliśmy: „pociągnięcie pióra!! Panie – widzisz,

jednym podpisem lud swój uszczęśliwisz!”

I podpisałeś; – tejże samej nocy

przy sztukmistrzowskiej i sprytnej pomocy

podpis w tysiącach mnogich egzemplarzy

kazaliśmy odbijać; – niech się wszystkim darzy;

więc dziesiątki, dwudziestki, setki i tysiączki

pójdą od dziś aż miło, tak –: z rączki do rączki!

Kanclerz:

Wiadomym czyni się w imię cesarskiej mości,

że papier ten tysiąca złotych ma w sobie wartości;

pokrycie nań, niejako zastaw, to bogaty

skarb skryty w łonie ziemi; nikt nie dozna straty;

zanim go wydobędzie poczęta robota –

papier ten jest jak złoto i ma wartość złota.

Cesarz :

Poddani godzą się na te

papiery? biorą za złoto?

żołnierze przyjmują zapłatę?

Dziwią mnie taką ochotą!

Lecz jeśli tak – no to zgoda.

Poddani, którzy dostali mający  jedynie fikcyjne pokrycie  w złocie papier z podpisem cesarza , kupują, bawią się, stroją, jedzą i piją, płacą rachunki i weksle. Papierowy pieniądz ma ponadto w porównaniu z pieniądzem kruszcowym praktyczne zalety.

Mefistofeles:

Banknotem i ksiądz lubi brewiarzyk założyć,

aby wiedział nazajutrz, gdzie go ma otworzyć;

żołnierz w mustrze swobodny, obrotny jest w ruchu,

bo już nie musi trzosa przytraczać na brzuchu.[…]

Papier ten perły, złoto zastąpi, bo przecie

jest wygodniejszy; – wie się, ile jest w kalecie;

Ludność się do banknotów przyzwyczaja chętnie,

co więcej — przywiązuje mocno, bezpamiętnie.

Od dziś nie braknie w państwie twym wielkiego miru,

złota, srebra, klejnotów, a zwłaszcza – papieru!

W akcie  IV  Mefistofeles opisuje fatalne skutki polityki finansowej cesarza i jego wysokich urzędników:

 W mej co dopiero odbytej podróży

spostrzegłem, że nasz cesarz w trosce żyje dużej.

Znasz cesarza! Otóż to! Od onejże chwili,

gdyśmy go szychem bogactw ułudnych bawili,

zdało mu się, że ziemię z krasą i urodą

może kupić; […] Lecz w każdym razie cesarz używał! Jak jeszcze!

Tymczasem w kraju wzrosły zamieszki złowieszcze;

tak i siak, w lewo, w prawo, wszystko się kłębiło,

uciekało przed sobą, swarzyło się, biło;

zamek przeciw zamkowi, przeciw grodom grody,

cechy z szlachtą o lepsze szły z sobą zawody —

i biskup z kapitułą z gminą w walce srogiej;

jak kraj długi, szeroki, same tylko wrogi.

W kościołach krew się lała, a przed grodzkim murem,

jakie się mordy działy, nie opiszesz piórem.

Zdaniem szwajcarskiego ekonomisty Hansa Christopha Binswangera (1929-2018), autora książki  Geld und Magie. Deutung und Kritik der modernen Wirtschaft anhand von Goethes „Faust” (Pieniądz i magia. Interpretacja i krytyka nowoczensej gospodarki na podstawie „Fausta“ Goethego, I wyd. Stuttgart 1985) za wzór, opisanego w Fauście, monetarnego eksperymentu posłużyła Goethemu  działalność szkockiego  ekonomisty-hochsztaplera Johna Law, któremu w 1715 r.  regent książę Orleanu zezwolił na założenie banku emisyjnego. Wcześniej, władca cierpiący na chroniczny brak pieniędzy, zatrudnił ponoć alchemików, żeby znanymi sobie sposobami  zaradzili tej nieprzyjemnej sytuacji. Jednak odprawił ich,  kiedy – jak go określa Binswanger – magik i neoalchemik  Law przedstawił swój własny „alchemiczny” plan  „transmutacji” w złoto nie ołowiu, lecz papieru; plan realizowany dziś przez banki centralne i rządy  na całym świecie, których spowodowana przez szkockiego magika katastrofa niczego nie nauczyła.

*  *  *

Goethe był człowiekiem niezwykle produktywnym i aktywnym. Goetholodzy  obliczyli, że zapisał piórem i atramentem na papierze,  własnoręcznie  albo dyktując  ponad 50 milionów znaków. Przewędrował piechotą, powozem i konno czterdzieści tysięcy kilometrów, poznał więcej ludzi niż mieszkańców liczył  Weimar (ok. 6000), napisał prawie 17 000 listów do 1400 adresatów. Jako członek Tajnej Rady (Geheimes Consilium),  najwyższego organu polityczno-administracyjnego i sądowego  księstwa Sachsen-Weimar-Eisenach (ok.100 000 mieszkańców) , tajny radca Goethe w latach  1776 – 1785  wziął udział w  500  z 750  sesji tego gremium  – należy jednak brać pod uwagę, że w jego skład wchodziły trzy, najwyżej cztery osoby,  a przewodniczył Wielki Książę, toteż z pewnością posiedzenia nie były tak wyczerpujące psychicznie i fizycznie jak obrady i narady rozmaitych wielogłowych demokratycznych ciał i zgromadzeń. Minister Goethe zajmował się m.in. górnictwem, wojskowością, finansami, podatkami, geodezją i wodociągami. W czasie, kiedy stał na czele komisji budowy dróg,  zbudowano dwie ważne drogi o utwardzonej powierzchni:  z Weimaru do Erfurtu i z Weimaru do Jeny. Iluż pisarzy, iluż artystów może się pochwalić takim osiągnięciem w dziedzinie budownictwa drogowego !

Kiedy posiedzenie Tajnej Rady go w końcu znużyły,  udał się w długą podróż do Włoch; w 1788 r. krótko przed powrotem do kraju w liście do Wielkiego Księcia pisał: „Mogę chyba powiedzieć: w ciągu półtorarocznej samotności odnalazłem samego siebie jako artystę”.

*  *  *

Nienawidzę wszelkiej fuszerki jak grzechu, a zwłaszcza fuszerki w sprawach państwowych, z czego dla tysięcy, a nawet milionów może wyniknąć jedynie nieszczęście. (Johann Wolfgang von Goethe)

*  *  *

Wysokimi orderami dekorowali go władcy m.in. car Aleksander I,  cesarz Austrii Franciszek I,  król Bawarii Ludwik I, który  osobiście pofatygował się do Weimaru, aby wręczyć mu Wielki Order Zasługi Korony Bawarskiej.  Portreciście Moritzowi Danielowi Oppenheimerowi zwierzył się, że mają one zalety praktyczne: „W tłoku tytuł i order pozwalają uniknąć popychania”.

Najwięcej anegdot związanych jest oczywiście z francuską Legią Honorową, którą w 1808 roku osobiście wręczył mu w Weimarze Napoleon; wcześniej mieli dyskutować na temat Cierpień młodego Wertera – cesarz posiadał nawet egzemplarz powieści. Po latach Goethe wspominał: „Chętnie wyznam, że w moim życiu nie spotkało mnie nie nic wznioślejszego i radośniejszego  niż stanąć przed francuskim cesarzem”.  Ku irytacji swoich współczesnych,  także Wielkiego Księcia Karola Augusta,  nawet w okresie patriotycznego „wzmożenia” przeciwko Napoleonowi , nosił dumnie otrzymaną odeń  Legię Honorową.  Kiedy Wielki Książę Weimaru fetował zwycięstwo sprzymierzonych nad Napoleonem pod Lipskiem, na uroczystościach  pojawił się minister księcia, tajny radca von Goethe,  z jednym tylko orderem przypiętym do fraka, tym przyznanym mu przez….Napoleona. Kilka lat później  paradowałby zapewne i z  drugą Legią Honorową,  przyznaną mu  w 1818 r. przez króla Ludwika XVIII, monarchę, który swój tron zawdzięczał upadkowi Napoleona. To były czasy, to były obyczaje!

*  *  *

Ordery Goethego można podziwiać w weimarskim Muzeum Zamkowym i Muzeum Goethego,  w skład którego wchodzi jego dom, gdzie mieszkał  przez 50 lat.  Pozostawił po sobie 2100 własnoręcznie wykonanych rysunków oraz kolekcję złożoną z 26 000 rozmaitych artefaktów i 23 000 skamielin oraz innych naturaliów.

Muzeum Goethego wymaga pilnej renowacji, na szczęście w zeszłym roku kraj związkowy Turyngia wysupłał 34 miliony euro, resztę dołożyli prywatni ofiarodawcy i fundacje kulturalne. Prace renowacyjne mają zostać zakończone 22 marca 2032 r. w 200 rocznicę śmierci autora Nauki o barwach.

*  *  *

Mniej znany jest fakt, że był [Goethe] bezkompromisowym przedstawicielem klasycznego liberalizmu, przekonującym, iż wolny handel i wolna wymiana kulturalna są kluczem do prawdziwego narodowego dobrobytu i pokojowej integracji międzynarodowej. Walczył także przeciwko ekspansji, centralizacji i unifikacji władzy uważając, że tendencje te mogą wyłącznie zaszkodzić dobrobytowi i prawdziwemu rozwojowi kulturalnemu.

( Hans-Hermann Hoppe, Poglądy polityczne Johanna Wolfganga von Goethego; zob. https://mises.pl/artykul/hoppe-poglady-polityczne-johanna-wolfganga-von-goethego)

*  *  *

Johann Peter Eckermann zanotował wywody Goethego na temat związków między sztuką a polityką. Przestrzegał on poetów (artystów) przed nadmiernym zaangażowaniem politycznym: „Być członkiem obradujących stanów i spędzać życie na codziennych utarczkach i podnieceniu nie jest rzeczą odpowiednią dla subtelnej natury poety”.  W końcu „polityk pożre poetę”  i  „pieśń jego rychło zamilknie”:

Skoro poeta chce działać politycznie, musi podporządkować się jakiejś partii, a jak tylko to uczyni, to jako poeta przepadł, musi pożegnać się wtedy ze swoim wolnym umysłem i nieskrępowanym spojrzeniem na świat, wdziawszy na uszy kaptur głupoty i ślepej nienawiści.

Godne przemyślenia są uwagi na temat poezji i patriotyzmu:

  Poeta jako człowiek i obywatel powinien miłować swoją ojczyznę, ale ojczyzną jego twórczych sił i działania jest wszystko, co dobre, szlachetne i piękne, niezwiązane z żadną poszczególną prowincją ani z żadnym poszczególnym krajem, a powinien chwytać wszystko to i formować tam, gdzie napotka. […]  Bo i cóż właściwie znaczy: kochać swoją ojczyznę, i co znaczy: działać patriotycznie? Kiedy jakiś poeta usiłował przez całe życie zwalczać szkodliwe przesądy, usuwać ciasne przekonania i oświecać ducha narodu oraz wyrabiać jego smak i uszlachetniać poglądy i sposób myślenia, to cóż mógł zrobić lepszego? I w jaki sposób ma działać bardziej patriotycznie?

A co jest ojczyzną dowódcy pułku? Odpowiedź Goethego prosta i oczywista ( przy czym w miejsce wojska wstawić można inne dziedziny życia narodowego): „Ojczyzną dowódcy pułku jest jego pułk”. Okaże się on znakomitym patriotą, jeśli „wszystkie swoje wysiłki umysłowe i wszystkie myśli poświęci podwładnym mu batalionom, aby je tak dobrze wyćwiczyć i utrzymać w takiej dyscyplinie i karności, żeby jak jeden mąż stanęły dzielnie w obronie ojczyzny, gdy zajdzie tego potrzeba”.

(Johann Peter Eckermann, Rozmowy z Goethem, t.2, przeł. Krzysztof Radziwiłł i Janina Zeltzer, PIW, Warszawa 1960, ss. 349-351).

*  *  *

Rok temu przyjaciel, znający mój feblik do różnych literackich kuriozów i  zagadek  podesłał mi wpis prof. Zdzisława Krasnodębskiego na tłiterze z linkiem do polskiego przekładu kilkustronicowej rozprawki autorstwa  Goethego pt.  Propozycja wprowadzenia języka niemieckiego w Polsce (Vorschlag zur Einführung der deutschen Sprache in Polen; https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/10250/edition/9524/content).

Opiekunem przekładu i autorem wstępu jest prof. Robert Rduch – germanista i literaturoznawca z Uniwersytetu Śląskiego, który recepcję Propozycji… w Polsce i Niemczech omawia w artykule  Die Macht der Philologie oder: Wie man mit Goethes freundlicher Unterstützung Polen germanisieren wollte, („Jahrbuch für Internationale Germanistik“, 2019 z.2).

Prof. Rduch pisał: „Na ziemiach polskich nieznany tekst Goethego wywołał oburzenie. Weimarskiego klasyka okrzyknięto germanizatorem Polski. Jeszcze na początku lat trzydziestych XX wieku pewien górnośląski felietonista nazwał Goethego »pierwszym hakacistą«. Wiarygodność autorstwa Propozycji została wzmocniona przez włączenie jej do wielu wydań zbiorowych dzieł poety. Do dziś można natknąć się w Polsce na oburzonych czytelników potępiających Goethego za nacjonalizm”.

Rozprawkę, do druku podaną  po raz pierwszy przez  prof. Bernharda Suphana (zob. Suphan,  „Vorschlag zur Einführung der deutschen Sprache in Polen“. Ein unbekannter publicistischer Versuch Goethes,  „Goethe-Jahrbuch“, t. 13, 1892),  można zaliczyć do dziedziny glottodydaktyki,  traktowała ona bowiem o metodach, jakie – zdaniem  autora – należałoby zastosować w celu upowszechnienia  znajomości  języka niemieckiego,  w tych częściach Polski, które znalazły się w Prusach czy też w Austrii. Proponował stworzenie wędrownych grup teatralnych  odgrywających scenki w języku niemieckim. Władze powinny przekazać im zbiór  dialogów,  do grania których byłyby zobowiązane. Zbiór takich krótkich dramatów zostałby następnie wydrukowany w formie podręcznika szkolnego.

Bernhard Suphan nie miał żadnych wątpliwości, że autorem jest Goethe, jednak, jak przyznaje prof. Rduch,  takie wątpliwości niejednokrotnie wyrażano; do sceptyków należał m.in. wybitny znawca twórczości Goethego  prof. Erich Trunz (1905-2001).

Jako pilny uczestnik zajęć z edytorstwa prowadzonych przez prof. Władysława Floryana, poświęconych m.in.  atrybucji autorstwa zacząłem się zastanawiać, na czym właściwie polega problem. Chyba każdemu, kto czyta tekst bez uprzedzeń,  rzuca się w oczy absurdalność propozycji i jej praktyczna niewykonalność. Autor wygląda nie na wybitnego pisarza,  intelektualistę, dyplomatę, ministra, mającego doświadczenie w prowadzeniu praktycznej polityki, a raczej na jednego z tych domorosłych „reformatorów”, którzy rozsyłają  swoje projekty do ważnych osobistości, bo innych możliwości zapoznania z nimi świata, nie mają.  Zadaniem realizacji pomysłu od strony organizacyjnej i finansowej, autor obarcza władze. Ale które władze? Przecież nie władze księstwa Sachsen-Weimar-Eisenach,  wszak  tam ludności polskiej nie było, więc i nie było kogo nauczać języka niemieckiego jako języka obcego.

Powstanie Propozycji … datowane jest na lata 1793-1795;  w tym czasie Goethe, mianowany w 1791 r. przez Wielkiego  Księcia dyrektorem weimarskiego teatru, swoje wysiłki koncentrował na uczynienie go czołową sceną teatralną w Niemczech. I akurat wtedy miałby zaprzątać sobie głowę jakimiś kompletnie poronionymi pomysłami tworzenia w Prusach teatrzyków objazdowych odgrywających  na scenie rozmówki niemiecko-polskie. Jak ktokolwiek mógł uwierzyć w coś tak nieprawdopodobnego.  Autor rozprawki powołuje się na fakt,  że  kwestię, która go zajmuje, poruszano w gazetach.  Goethe reagujący na to, co pisano w gazetach!  Przecież to śmieszne.

Te oczywiste, nasuwające się każdemu uważnemu czytelnikowi, wątpliwości, skłoniły mnie  do zapoznania się z tym, co na temat Propozycji… napisał Erich Trunz. Powiem od razu, że jego analizę (zob. Trunz, An den Grenzen des Goetheschen Werkes. Zuschreibungen, Abschreibungen, Zweifelhaftes, unzureichend  Ediertes [w:] tenże, Weimarer Goethe-Studien,  Weimar 1980) uważam  za  modelowy przykład wzorowej filologicznej roboty. Pozwolę sobie streścić jego tezy, no, bo skoro na Propozycję… przypisaną  Goethemu zwrócił uwagę znawca spraw niemieckich prof. Krasnodębski, to warto rzecz raz na zawsze wyjaśnić.

Suphan oparł swoją decyzję publikacji rozprawki  na dwóch faktach: primo, znajdowała się w papierach pozostawionych przez Goethego, secundo, na rękopisie są poprawki poczynione jego ręką . Rękopis był anonimowy i nie nosił tytułu  – nadał go przyjaciel pisarza Johann Peter Eckermann, który wraz z grupą współpracowników  przygotował  do druku (1832-1833)  piętnastotomową pośmiertną edycję dzieł pisarza. Ostatecznie redaktorzy nie wysłali  go do wydawcy (Cotta Verlag),  mimo iż inne rękopisy  czy rękopisy-odpisy włączyli do wydania. Wniosek z tego taki, że Eckermann uznał go za nieautentyczny. Rozprawka nie figuruje  też w spisie rękopisów Goethego sporządzonego w 1822 r. przez Friedricha Theodora Davida Kräutera.

Fakt, że rękopis znajdował się w archiwum Goethego-Schillera o niczym jeszcze nie świadczy, Goethe otrzymywał najróżniejsze rękopisy od wielu ludzi; przekazywali mu osobiście lub przesyłali  manuskrypty najróżniejszego rodzaju, dramaty, wiersze, relacje z podróży, prace z dziedziny etnografii i innych dziedzin nauki; korygował je i  zachowywał. Gdyby zatem przyjąć założenie Suphana, to każdy taki rękopis, jeśli tylko  nie miał na karcie tytułowej nazwiska autora a ponadto  zawierał poprawki czy dopiski Goethego, można by przypisać pisarzowi.

Ponieważ tekst nie jest pisany ręką Goethego, mógł więc go jedynie podyktować,  albo też napisał go sam  i dał do przepisania „na czysto” komuś innemu, zaś oryginalny brudnopis zniszczył.  Jednakże goethologia zna charaktery pisma wszystkich „skrybów”, którym Goethe dyktował  coś w Weimarze, Jenie lub podczas podróży, znane są charaktery pisma wszystkich ludzi z jego kręgu. Nie ma wśród nich  charakteru pisma autora rozprawki. Ponadto  Goethe miał zwyczaj dyktować  na stronach formatu folio,  aby pozostało  więcej miejsca na  poprawki czy dopiski.  Format rozprawki, wąski, z załamanymi krawędziami u Goethego nie występuje.

Analiza  filologiczna,  języka,  stylu i  budowy zdań dowodzi, że rozprawka nie może być autorstwa Goethego. Wystarczy porównać ją z ostatnim dopisanym przezeń akapitem, żeby dostrzec ewidentną różnicę stylu.

Jak propozycja stworzenia wędrownych grup teatralnych  odgrywających dla „niewykształconego ludu” scenki w języku niemieckim, wygląda  na tle zainteresowań teatralnych Goethego?  Teatr i problematyka teatralna zajmuje wszak wiele miejsca w jego twórczości, rozważał zadania, cele i funkcje teatru, zajmowały go rozmaite formy teatru: teatr ludowy, kukiełkowy,  dworski.  Znał doskonale problemy językowe  z  Alzacji,  studiował w dwujęzycznym  Strasburgu. Nic z tej  problematyki nie  znajduje odzwierciedlenia w Propozycji

Przypisywany Goethemu tekst nie został nigdzie opublikowany, nie ma nawet najdrobniejszych świadectw jego  publicznej czy też prywatnej recepcji,  żadnych śladów, żeby ktokolwiek się doń ustosunkowywał czy to za życia Goethego,  czy też  po jego śmierci. Mimo że  „mistrz z Weimaru” miał zwyczaj wspominania czy nawiązywania do tego,  co wcześniej napisał, to  nigdzie ani słowem Propozycji…  nie wzmiankuje . Sto lat przeleżała w archiwum Goethego, zanim  ujrzała światło dzienne na  łamach  „Goethe-Jahrbuch“, gdzie umieścił ją – nie dbając o rzetelną atrybucję autorstwa – prof.  Suphan.  Wniosek może być tylko jeden: nie wiadomo, kto jest autorem Propozycji…, ale z pewnością nie jest nim Goethe. Ten chciał mu wyświadczyć uprzejmość , zrobił  trochę dopisków i poprawek; ich rodzaj i styl niewiele odbiegają od tych, które  czynił na tekstach innych obcych autorów. Jest też oczywiste, że nie przywiązywał do przesłanego rękopisu żadnej wagi. I my też nie przywiązujmy.

*  *  *

Choć przez całe życie trudziłem się w pocie czoła, cała moja działalność w oczach niektórych ludzi uważana jest za nic właśnie dlatego, że wzgardziłem mieszaniem się do politycznego partyjnictwa. Aby tym ludziom dogodzić, musiałbym zostać członkiem klubu jakobinów, głosić mord i przelew krwi. Ale ani słowa więcej na ten przykry temat, abym sam nie postradał rozsądku zwalczając brak rozsądku u innych. (Johann Wolfgang von Goethe)

*  *  *

W  lutym br.  szefowa Instytutu Goethego Carola Lentz  dość niespodziewanie  odeszła ze stanowiska, które objęła w 2020 r. Swoją rezygnację uzasadniła niezgodą na cięcia w budżecie instytutu, co wiąże się z zamknięciem kilku placówek m.in. we Włoszech.  Zaraz po objęciu  posady ogłosiła, że celem kierowanej przez nią instytucji jest większe „zinternacjonalizowanie” kształcenia  kulturalnego, co przyczyni się do rozwoju „otwartego społeczeństwa”. Nie obyło się bez orwellizmów: „wieloperspektywistyczny” =  „jednoperspektywistyczny”, „divers” (słowo nieznane w niemczyźnie Goethego) = ujednolicony.  Niemieckiej kulturze nie poświęcono większej uwagi, natomiast dużo było o  „globalnej obecności feminizmu” , o projektach „otwierających  przestrzeń rezonansową dla ruchów i koncepcji feministycznych”.  Biedny Goethe,  nie może się bronić przed nadużywaniem jego imienia dla propagowania tej wersji niemieckiej (jeszcze?) kultury.  Moja skromna rada: zmienić Instytut Goethego na Instytut Alice Schwarzer. Nie bądźmy jednak zbyt surowi w ocenach, wszak Instytut dofinansował – i chwała mu za to! –  przekład  jednego z największych dzieł Goethego Lata  nauki Wilhelma Meistra (przeł. Wojciech Kunicki i Ewa Szymani, Fundacja Augusta Hrabiego Cieszkowskiego, Warszawa 2020). Tak na marginesie, powracanie – przynajmniej od czasu do czasu –  do klasyki literatury i filozofii europejskiej jest dzisiaj  pożądane  bardziej niż  kiedykolwiek. Tam bowiem odnaleźć można ponadczasowe „miary i wagi”, których tak nam dzisiaj brakuje. Warto więc też sięgnąć do, opublikowanego właśnie ,  zbioru wierszy i sentencji Goethego  Dywan Zachodu i Wschodu (przeł. Wojciech Kunicki i Julianna Redlich, Fundacja Eviva L`arte, Warszawa 2023). Znajdziemy tam  zawsze aktualną przestrogę:  „Spierając się z głupcami,  z mądrego staniesz się cymbałem”.

*  *  *

Imperium nie jest centralistyczną, wielką machiną państwową, podobną do przegrzanego mechanizmu, który stale musi zwiększać pęd, aby nie wybuchnąć. Imperium jest silne i we wszystkich swych członach żywotne i czynne, ale jako całość – spokojne. Jego najszlachetniejsze zadanie polega na tym, aby strzec prawa i pokoju a ograniczać ekscesy władzy i pieniądza. (Ricarda Huch,  ur. 1864  zm. 1947 – niemiecka powieścio- i dramatopisarka, poetka, filozof  i historyk.

*  *  *

W Niemczech  10 maja każdego roku  przedstawiciele władz miejskich i ludzie kultury spotykają się w teatrach, bibliotekach, muzeach, aby  w ramach akcji „Słowa z popiołu” odczytywać  fragmenty  książek, które narodowosocjalistyczni aktywiści studenccy  palili publicznie w 1933 r.  Według pomysłodawców  czytanie ma owe książki  „symbolicznie wyciągać z ognia”. Nasuwa się jednak pewna wątpliwość. Jakiż sens  ma przypominanie, niegdyś zakazanych czy niszczonych książek,  które już dawno powróciły do normalnego obiegu czytelniczego a nawet trafiły na listy lektur szkolnych?  W minionej epoce publiczne czytanie ich na głos byłoby aktem odwagi i „znakiem sprzeciwu”  , ale dzisiaj?  To tylko  pusty, nieco śmieszny gest, któremu treść i powagę mogłoby nadać publiczne czytanie książek  „wymazywanych”,  cenzurowanych,  zakazanych w Europie i na świecie dzisiaj  a nie dziewięćdziesiąt lat temu.

Osobiście namawiałbym do publicznego zaprezentowania odpowiednich fragmentów z, poczciwych bo poczciwych, ale ciągle w wielu krajach zakazanych,  Szatańskich wersetów Salmana Rushdiego. Natomiast nie radziłbym odczytywać ani jednego zdania z  książki Eustace Mullinsa  Secrets of the Federal Reserve  – do jej napisania zainspirował go a nawet  wspomógł niewielką sumą pieniędzy,  Ezra Pound, więziony wówczas w szpitalu psychiatrycznym – której niemieckie wydanie w 1956 r.  nakazał skonfiskować minister spraw wewnętrznych RFN. Po pewnym czasie prawie cały nakład (9000 egzemplarzy) zniszczono. Publiczne jej odczytywanie dzisiaj zostałoby przykładnie ukarane przez postępowo-demokratyczne władze  policyjno-prokuratorsko-sądowe. Nota bene lista książek  objętych w RFN cenzurą represyjną  w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat byłaby całkiem długa.

*  *  *

Najwybitniejszy niemiecki twórca książek dla dzieci i młodzieży, przełożonych na wiele języków świata, w tym na język polski,  Otfried Preußler (1923-2013) jest  patronem gimnazjum w Pullach koło Monachium. Ale może przestać nim być,  ponieważ w lutym tego roku uczniowie,  nauczyciele, rodzice  w końcu radni gminni i burmistrzyni  z partii Zielonych uznali , że pisarz nie nadaje się na patrona. Powód:  należał do Hitlerjugend i  jako 17-latek napisał powiastkę o tym, jak to chłopcy z Deutsches Jungvolk przebywający na wakacyjnym obozie pomagają w żniwach.

Niechaj więc nikt nie mówi, że w Niemczech nie traktuje się poważnie postulatu „denazyfikacji”.

*  *  *

Jak doniosły media, organizacja Ludzie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt (People for the Ethical Treatment of Animals,  PETA) wystąpiła z postulatem, aby zaprzestać produkcji karuzelowych koników, ponieważ cwałujące na nich dzieci,  przyzwyczajają się do tego, że  zwierzęta służą  do zabawy czy rozrywki. Dla nikogo nie było niespodzianką, że za likwidacją koników bardzo zdecydowanie opowiedział się prezes niemieckiej PETA Peter Höffken. Jednak nie poprzestał na tym i skrytykował turystów bawiących na urlopie w Egipcie i Tajlandii,  którzy  robią sobie przejażdżki  na wielbłądach i na słoniach. Tylko czekać, aż zażąda zakazu uprawiania jeździectwa i organizowania wyścigów konnych.  Herr Peter „Dummkopf” Höffken  stanowi idealną egzemplifikację złośliwego powiedzenia, że Niemcy są we wszystkim prymusami,  także w największych idiotyzmach. Natomiast dobra wiadomość nadeszła z Meksyku, gdzie udało się obalić zakaz corridy, wprowadzony przez jakichś emocjonalnie i intelektualnie zwichrowanych przebudzeńców, zapewne dobrych koleżków Höffkena.

*  *  *

Niemiecki pisarz tureckiego pochodzenia  Akif  Pirinçci  dokonał w 1989 r. niebywałego wyczynu: jego powieść kryminalna Felidae, której głównym bohaterem jest koci komisarz Francis (Pirinçci stworzył nowy podgatunek literacki – kryminał zwierzęcy), sprzedała się w Niemczech w nakładzie 2 milionów egzemplarzy, przełożono ją na 17 języków, w tym na polski, a w 1993 r. na jej podstawie powstał film rysunkowy. Potem kontynuował cykl kocich kryminałów i  publikował kolejne powieści. Oprócz tego od dziesięciu lat para się publicystyką polityczną, w której z furią – stosując dosadny, niekiedy zbyt bardzo dosadny, język atakuje, wydrwiwa i ośmiesza czerwono-zielony establishment (próbkę jego stylu zob. https://www.tomaszgabis.pl/2019/05/23/akif-pirincci-o-partii-zielonych-imigrantach-i-poslach-do-parlamentu-europejskiego/)

Książka Pirinçciego Deutschland von Sinnen. Der irre Kult um Frauen, Homosexuelle und Zuwanderer (Niemcy oszalały. Obłąkańczy kult kobiet, homoseksualistów i imigrantów, Waltrop 2014) doczekała ze strony tegoż establishmentu bardzo stanowczej  reakcji. Tygodnik „Die Zeit“  porównał ją  do Mein Kampf, „Der Tagesspiegel”  zrównał  z manifestem Andreasa Breivika. Inni recenzenci ścigali się, kto lepszy w „mowie nienawiści”: „książka nienawiści”, „książka ucząca wściekłości i pogardy do człowieka”, „instrukcja użycia przemocy”, „nowa gwiazda prawicowych populistów i neonazistów”, „prorok nienawiści”, „podżegacz do nienawiści”, „homofob”, „ksenofob”. Od tamtego czasu niezawisłe sądy skazywały go kilkakrotnie na karę grzywny (5000-10000 euro) a także na  cztery miesiące w zawieszeniu za słowne przestępstwo. W lutym 2024 r. za przestępstwo słów zawisły od ducha czasu  sąd rejonowy w Bonn skazał go na dziewięć miesięcy więzienia bez zawieszenia.  Tak jest, proszę Państwa, dziewięć miesięcy więzienia za słowa! „Liberal democrazy in action”!

*  *  *

Jakiś czas temu przejrzałem Krytyczny słownik mitów i symboli nazizmu  Rosy Sali Rose (przeł. Zuzanna Jakubowska i Agnieszka Rurarz, Warszawa 2006) –  hiszpańska autorka  najwidoczniej nie wie, no bo i skąd ma wiedzieć,  że nigdy nie było  czegoś takiego jak „nazizm”, istniał wyłącznie „narodowy socjalizm”.  Nie bardzo też wiadomo, dlaczego swój słownik określiła jako „krytyczny”, gdyż raczej bezkrytycznie powtarza to, co od dawna znane i tysiąc razy powtórzone. Niemniej jednak w haśle „Megality” natknąłem się na taką oto ciekawą informację :

„Nazistowskie upodobanie do megalitów sprawiło, że dla współczesnej opinii publicznej przez długi czas stanowiły one coś w rodzaju tabu, a zainteresowanie nimi ograniczało się do specjalistycznych kręgów archeologicznych albo sekt. Z podobnych przyczyn niektóre naprawdę imponujące germańskie obiekty megalityczne nie figurują w przewodnikach turystycznych i obecnie bardzo trudno je znaleźć”. (s.147)

Wydaje mi się, że,  aby uchronić turystów  przed widokiem  „nazistowskich” megalitów i ich złowrogą „nazistowską” aurą,  nie wystarczy wymazać ich z przewodników –  proponuję w ramach „denazyfikacji” wysadzić je w powietrze.

*  *  *

Nie poświęcaj nigdy swojego sumienia dla mądrości. Ale bądź mądry. Tego, co czynisz, nie czyń nigdy w gorączce. Przemyśliwuj na zimno! I wykonuj żarliwie. (Fryderyk  Hölderlin w liście do brata  przyrodniego Karla Christopha Friedricha Goka , 1794)

*  *  *

Usłyszałem w mediach wypowiedź jednego  z działaczy niemieckiej organizacji Mehr Demokratie  (Więcej Demokracji), który opowiedział się za delegalizacją Alternatywy dla Niemiec. Innymi słowy, im mniej partii w parlamencie, tym – według Więcej Demokracji – więcej demokracji. Działaczka innej rządowej organizacji, zwanej dla niepoznaki „pozarządową”,  pochwaliła w rządowej  telewizji kolejne rządowe propozycje, zmierzające do  poszerzenia zakresu rządowego zamordyzmu w internecie. Zdaniem działaczki przyczynia się one do poszerzenia w internecie „przestrzeni demokracji”. Podręcznikowa definicja demokracji jako „władzy ludu” powinna zostać nieco zmodyfikowana – demokracja to „zamordystyczne rządy demokratów”.

Zamiar delegalizacji AfD przez partie burżuazyjne poparła również Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec, co może potwierdzać  stare podejrzenie, że marksizm-leninizm to tylko użyteczne narzędzie w rękach  największych bankierów i kapitalistów.

*  *  *

Ze stosu gazet i papierzysk przeznaczonych do kubła wyłowiłem  pisemko o tytule „UFO. Magazyn ufologiczny” (1997 nr 3) a w nim artykuł Ronalda Humble`a Tajna broń niemiecka a zjawisko UFO. Autor przytacza słowa niejakiego  Barney`a Hilla, który relacjonując w stanie hipnozy swoje „wzięcie”, tak opisał jedną z „małych humanoidalnych istot”: „Wygląda jak niemiecki nazista. To nazista”. Nie dość, że w naszych czasach – jak ostrzegają demokratyczno-postępowe media –  „naziści” czają się pod każdym łóżkiem, to jeszcze do tego atakują nas z kosmosu.

*  *  *

Jednego z czołowych aktywistów rewolty studenckiej  1968 roku, towarzysza pracy i walki Rudiego Dutschke, Bernda Rabehla zapytano, dlaczego związał się ze „skrajną prawicą”.  Dawny działacz Socjalistycznego Związku Studentów odpowiedział: „W ostatecznym rozrachunku pozostałem wierny mojemu dawnemu myśleniu, tyle tylko, że w międzyczasie nastąpiło przesunięcie   pozycji politycznych. To, co wczoraj uważano za »lewicowe«, uchodzi dziś za »prawicowe«.

*  *  *

 

Na łamach kwartalnika   „Die Sezession” nauczyciel Heino Bosselmann, który 30 lat  uczył w różnych rodzajach szkół, od dawna analizuje szczegółowo system edukacyjny w Niemczech. Konstatuje, że u niemieckich dzieci dramatycznie spada umiejętność czytania, błędne decyzje podejmowane w dziedzinie edukacji doprowadziły do tego, że szkoła w swoich najistotniejszych funkcjach stała się dysfunkcjonalna. W coraz mniejszym zakresie  udaje się jej przekazać kulturalne standardy, które przed dziesięcioleciami były czymś oczywistym. Władze szkolne wiele obiecywały sobie  po technicznych innowacjach, klasach z laptopami i tabletami, drogich „tablicach interaktywnych“. Fetyszyzowano je w ich funkcji narzędzi, tak jakby środek, medium, narzędzie mogło zrekompensować brak treści i umiejętności. Puste jądro obudowuje się technicznymi urządzeniami. Można zainwestować miliardy w cyfryzację czy digitalizację, ale to nie pomoże w alfabetyzacji i rozwijaniu umiejętności czytania , do tego potrzeba zmienionych celów i powrotu do spokojnego i rzetelnego przekazywania podstawowych umiejętności,  do korzystania z bogatego skarbca dziedzictwa literackiego.

W imię rzekomej sprawiedliwości wykształcenia i „inkluzji” od trzydziestu lat redukuje się i rozcieńcza treści, obniża wymagania i rozmywa system ocen. Lekcje stają się nie tylko mniej ambitne, lecz bardziej nudne i mdłe.  Biurokracja edukacyjna, często obsadzona przez ludzi nieczytających, umiejętność czytania pojmuje w pierwszej kolejności  jako  czynność techniczną i praktyczną  a szkołę jako  miejsce  działań socjalpedagogicznych, politycznych i „obywatelskich”.

W  wyższych klasach szkoły średniej redukuje się lekturę tekstów literackich do ich analizowania zamiast  interpretowania. Naśladując germanistyczne seminaria szuka się tekstowych figur i środków stylistycznych. Poddaje się utwory literackie  dyletanckiej wiwisekcji, blokując dostęp do ich rozumienia i przeżywania. Klasyczna rozprawka wychodziła od tematów i problemów, wymagała refleksji, zajęcia stanowiska i wydania osądu, dawała przestrzeń do subiektywnego odbioru,  czego nie zapewnia sterylna wiedza teoretyczna.

Jeśli nawet nauczycielom teksty zdają zbyt długie, jeśli dominuje zasada egzemplaryczności,  czyli czytania  tylko wyjątków z dzieł literackich, jeśli  abiturienci prawie nie są w stanie  zrozumieć artykułu o tematyce kulturalnej w dużym dzienniku, gdyż jest za długi, oznacza to, że mamy do czynienia ze stopniowym zanikaniem rodzimej kultury. Rozerwaniu ulega więź ze źródłami  europejskiej kultury,  znajomość chrześcijaństwa została już prawie całkowicie utracona, obecnie zagraża zerwanie kontaktu z wielkimi motywami literackimi.

Wszystkim, którzy martwią się stanem edukacji w Niemczech (i nie tylko w Niemczech), Bosselmann zaleca zapoznanie się z opublikowaną cztery lata temu książką  Michaela Winterhoffa Deutschland verdummt. Wie das Bildungssystem die Zukunft unserer Kinder verbaut (Niemcy głupieją. Jak system edukacyjny blokuje przyszłość naszych dzieci).

*  *  *

Wędrując – że pozwolę sobie zapożyczyć ten zwrot od Juliusza Wiktora Gomulickiego – po Szpargalii,  zajrzałem do obszernych uwag i komentarzy, którymi swój przekład Rozważań o Rewolucji francuskiej Edmunda Burke`a (Betrachtungen über die französische Revolution, Berlin 1793) opatrzył Friedrich von Gentz.  Zacytujmy dwie z jego obserwacji:

 Nie ma bardziej nieuleczalnie chorego niż ten, który w swoich bólach znajduje upodobanie. Ale to jest prawdziwy stan narodu francuskiego. Wszystkie cierpienia są mu słodkie, jeśli tylko pozostaje mu marzenie o tym, że sam sobą rządzi. Jego szczęście jest szczęściem wariata, który nie czuje razów więziennego nadzorcy, ponieważ ma się za króla królów. Kiedy gruntownie zbada się to polityczne urojenie, wówczas opada szata górnolotnych frazesów i to, co pozostaje to fanatyzm pustki.

130 lat minęło, a fanatyzm pustki ukryty pod szatą górnolotnych frazesów rozkwita w najlepsze.

 Wpływ, jaki wrażenia, odczucia i zewnętrzna sytuacja człowieka mają na jego poglądy i argumentację, nigdzie nie jest tak uderzający jak w przypadku sądów o stosunkach politycznych. Tutaj zasady są prawie całkowicie następstwem uczuć, gdyż tylko niewielu ludzi potrafi sprostać stałej refleksji na tymi sprawami, zatem prawie każdy człowiek za prawdziwe uważa to, co współbrzmi z jego życzeniami. Ci, którzy złorzeczą rewolucjom, są z reguły jej wrogami, ponieważ sądzą, że za ich sprawą osobiście poniosą szkody, zaś ci, którzy do rewolucji dążą, nienawidzą teraźniejszych stosunków w państwie tylko dlatego, że w ich zmianie upatrują nadzieję na polepszenie swojego osobistego położenia.

Ten pogląd Gentza wymaga uzupełnienia, albowiem wśród złorzeczących rewolucjom jest mniejszość, która byłaby wrogiem rewolucji nawet  wówczas gdyby przyniosła im osobistą korzyść, zaś  wśród zwolenników rewolucji jest mniejszość,  której  nie zależy na poprawie własnego położenia, ale na realizacji ideałów rewolucji.

*  *  *

Ze Szpargalii przenieśmy się do Fonolandii z połowy lat 60. ubiegłego wieku, żeby w tych odległych czasach wyszperać coś, co pomogłoby nam zrozumieć nasze czasy, kiedy tyle się rozprawia o tajnych służbach, agentach i szpiegach, o niejawnych informacjach i jawnych dezinformacjach, kontrolowanych i niekontrolowanych przeciekach, o prowokacjach i ich tuszowaniu. Wszystko to w dwóch wierszach utworu CIA Man! streścił Naftali „Tuli” Kupferberg (1923-2010),  wokalista i perkusista, założonej przezeń undergroundowej  grupy The Fugs:

 Kto może być tak jawnie tajny?

Czasami nawet tajnie jawny?

I takie jest właśnie  nasze obecne położenie: coś jest jawnie tajne a coś innego  tajnie jawne. Trzeba tylko umieć odróżnić jedno od drugiego.

Wszystkim, którzy chcieliby podjąć pracę w tajnych służbach, proponuję dokładne wsłuchanie się w piosenkę Secret Agent Man  (słowa i muzyka: Steve Barri i  P.E.Sloan) spopularyzowaną  przez Johnny Riversa.  Twoje życie tajnego agenta nie będzie łatwe, dadzą ci numer a zabiorą nazwisko, dla wszystkich, których spotkasz, pozostaniesz nieznajomym, każdy twój ruch będzie ryzykiem, dzisiaj imprezujesz na Riwierze, jutro leżysz  w jakimś  ciemnym zaułku w Bombaju, nigdy nie wiadomo, czy dożyjesz jutrzejszego ranka.

Dlatego kandydaci na tajnych agentów powinni się dwa razy zastanowić, zanim podejmą życiową decyzję o podjęciu agenturalnej roboty. Posłuchajcie najpierw Johnny Riversa!

 Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 175-176 (1-2/2024)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»