TOMASZ GABIŚ
O ASTROLOGII W INTERPRETACJI ELIADEGO I JÜNGERA, HITLERZE–„DYWANOŻERCY”, „NAZIOLACH” U HUNTERA S. THOMPSONA ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH
Spojrzenie na rozgwieżdżone niebo objawia człowiekowi granice jego wiedzy i władzy. (Ernst Jünger)
* * *
Od czasu do czasu dostaję elektroniczną pocztą powiadomienia od kierowanej przez Wojciecha Jóźwiaka AstroAkademii (zob.taraka.pl) zapraszające mnie do wzięcia udziału w kursie astrologii dla początkujących, na których poznam znaczenie takich pojęć jak: osie horoskopu, czyli ascendent i descendent, Medium Coeli i Imum Coeli, punkty kardynalne ekliptyki, synastrie i punkty harmoniczne pięciokrotne i siedmiokrotne. Poznam też cykle planet i ich zastosowanie w astro-prognozach. Nauczę się badać własne urodzeniowe kosmogramy, określać swój typ planetarny, zodiakalny, osiowy, poznam własne życie nawleczone na cykle Saturna, Jowisza, Urana. Taka auto-astrobiografia, gdy się ją pamięta, staje się podręczną, noszoną w głowie „Wielką Księgą Cykli i Tranzytów”,
Mimo iż opłata za kurs nie jest zbyt wygórowana, raczej się nie zapiszę, „Wielkiej Księgi” w głowie dźwigał nie będę, uważam bowiem, że astrologia wyrażająca odczucie kosmiczno-metafizycznego determinizmu ma sens tylko wówczas , jeśli rozpatrywać ją w kontekście dawnych systemów metafizyczno-kosomologicznych, zakładających „boską naturę ciał niebieskich”. Gwiazdy i planety są siedzibami boskich istot wpływających na los człowieka – tak należy rozumieć zdanie – „ los człowieka jest zapisany w gwiazdach”. Chyba żadnemu astrologowi dawnych epok nie powstała w głowie myśl, że materialne ciała niebieskie poruszające się w odległych częściach uniwersum w jakikolwiek sposób wpływają na świadomość i los człowieka.
* * *
Analizując symbolikę gwiazdy u Nietzschego niemiecki autor Joachim Köhler przypomina:
„Swych uczniów Pitagoras nauczał o »nieśmiertelności duszy«, z którą wiązała się »boska natura ciał niebieskich«. Także jego uczeń Alkmajon »uznaje gwiazdy za bóstwa, gdyż mają dusze«. Owe »boskie« istoty, twierdzi Arystoteles, charakteryzując wiarę pitagorejską, »znajdują się w ciągłym ruchu: Księżyc, Słońce, gwiazdy i całe niebo«. A nad wszystkim, co ziemskie i niebiańskie tronuje harmonia, piękno, dające się wyrazić liczbami”. (Köhler, Tajemnica Zaratustry. Fryderyk Nietzsche i jego zaszyfrowane przesłanie. Biografia , przeł. Wojciech Kunicki, Wrocław 1996, s.349)
Można powiedzieć, że współczesna materialistyczna astrologia jest zeświecczoną wersją astrologii metafizyczno-duchowej: po opuszczeniu gwiazd przez bogów, taktuje ona je tak, jakby nadal tam byli.
* * *
Na parareligijną funkcję astrologii zwracał uwagę Mircea Eliade, który pisał, że gdy człowiek odkrywa, iż jego życie jest związane ze zjawiskami na niebie, jego egzystencja nabiera nowego znaczenia. Nie jest on już po prostu zwykłą, bezimienną jednostką, wrzuconą w absurdalny i pozbawiony sensu świat:
Horoskop przydaje mu nowej godności, pokazuje, jak mocno i głęboko związany jest on z całym Wszechświatem. To prawda, że jego życie jest zdeterminowane przez ruchy gwiazd, jest to wszakże rodzaj determinacji niezrównanie wielkiej i wzniosłej. Jakkolwiek w ostatecznym rachunku jesteśmy marionetkami pociąganymi za niewidzialne sznurki i sznureczki, to przecież stanowimy część gwiezdnego świata. Ponadto kosmiczna predeterminacja naszego istnienia jest tajemnicą; oznacza to, że Wszechświat kręci się według ustalonego z góry planu, że ludzki żywot i sama historia dzieją się wedle jakiegoś schematu i stopniowo zdążają do jakiegoś celu. Jego sens pozostaje ukryty bądź też przekracza zdolność ludzkiego rozumienia, ale przynajmniej nadaje on jakieś znaczenie Kosmosowi, uznawanemu przez większość uczonych za wynik ślepego trafu, człowiecza zaś egzystencja […] uzyskuje jakiś sens. […] Stosując się do wskazówek swojego horoskopu człowiek czuje się w harmonii z Wszechświatem. […] Jednocześnie – świadomie bądź nie – przyjmuje za oczywiste, że, jakkolwiek całkowicie niezrozumiały, w każdej chwili rozgrywa się wielki kosmiczny dramat, w którym on, człowiek, ma jednak jakiś swój udział. A więc — nie jest czymś niepotrzebnym.
(Eliade, Okultyzm, czary i mody kulturalne przeł. Ireneusz Kania, Kraków 1992, s.71 )
* * *
W 1959 roku Ernst Jünger opublikował zbiór esejów An der Zeitmauer (Przy murze czasu), w którym – zwłaszcza w części Czas mierzalny i czas losu. Myśli nie-astrologa o astrologii – poświęcił uwagę astrologii, wzrostowi jej popularności, interpretowanemu przezeń jako oznaka budzenia się nowych sił duchowych w epoce Robotnika, epoce postliberalnej, postmieszczańskiej, ba, posthistorycznej, kiedy człowiek historyczny nie jest już miarą wszechrzeczy, ponieważ rozwój i osiągnięcia techniki przezwyciężyły go. Jak pisał Jünger:
„Jeśli teraz w obliczu prób włączenia nowych, kosmicznych elementów do historii ludzkości, wyraża się opinię, że w ten sposób historia jako przedmiot nauki zostaje zniszczona, to jest to słuszne – należałoby jednak rozważyć, czy potrzeba takiego włączenia nie koresponduje z już zaistniałym zniszczeniem, mianowicie zniszczeniem historycznego, w tradycyjnym sensie, świata”.
Jünger przeciwstawia czas mierzalny, którym operują nauki przyrodnicze, astrologicznemu czasowi losu, przeciwko któremu od dawien dawna protestowali teologowie, filozofowie a w końcu naukowcy-przyrodoznawcy. Oczywiście, astrologia nie jest nauką, jej siła polega nie na tym, że ucieleśnia zasady współczesności, ale że im zaprzecza, dlatego astrolog broniący swojej sztuki jako nauki , argumentuje nie na tym polu , gdzie jest najsilniejszy. Jünger podkreśla, że nie ma potrzeby uznawania tego w astrologii, dzięki czemu przyciąga ona tak wielu ludzi, czyli jej twierdzeń i przepowiedni, aby dostrzec głębsze znaczenie faktu, że w XX wieku astrologia wdziera się w życie codzienne.
Astrologia dysponuje kosmicznym cyferblatem podzielonym jakościowo, nie kawałkującym abstrakcyjnego czasu równomiernie i monotonnie, ale na którym godziny następują po sobie, jednak nie są identyczne – i na którym kolejno pojawiają się potężne, ufundowane głębiej, obrazy. W astrologii ludzie i ludzkość pozostają w kosmicznych zależnościach. Ludzka egzystencja odniesiona zostaje do ruchu, który jest niezależny od woli i od innych wielkości typu rasa czy to, co dziedziczne; z ruchem tym łączy się ona wyłącznie poprzez miejsce i godzinę wstąpienia człowieka w świat.
Właśnie to powiązanie ulotnej daty losu z niewzruszalnym chodem zegara kosmicznego, którego odbiciem jest horoskop, nadaje astrologii, zdaniem Jüngera, specyficzny powab. Nie ten świat i jego dobra, ale gwiazdy określają właściwe domostwo człowieka. Ma on jeszcze sklepienie ponad sobą, tam powracają stałe i ruchome, matematycznie obliczalne znaki. Już w samym przypuszczeniu, że los istnieje, leży – niezależnie od szczęścia i nieszczęścia, jakie może przynieść – wielka pociecha.
* * *
Nie dającą się wyrugować i chętnie akceptowaną potrzebą człowieka jest najwyraźniej poczucie, że jego czyny, dzieła i spotkania znaczą coś jeszcze innego, niż się to powszechnie sądzi, że odzwierciedlają się w nich wielkie moce dając im w lenno sens. Im większy obrót, im bardziej gorączkowa dynamika, im bardziej życie staje się wielkomiejskie, techniczno-abstrakcyjne, tym dobitniej uwidoczniać się musi ta potrzeba. Uwidocznia się to zwłaszcza wówczas, gdy dochodzi do kryzysów lub nawet do katastrof, zagrażających technicznemu optymizmowi lub wręcz go niwelujących. (Ernst Jünger, An der Zeitmauer, przeł. Wojciech Kunicki)
* * *
W książce Zwischen Biomacht und Lebensmacht. Biopolitisches Denken bei Michael Foucault und Ernst Jünger (Bielefeld 2021) jej autor Nasser Ahmed zgadza się z Jüngerem, że liberalne abstrakcje typu wolność czy równość nie były niczym innym jak retoryką władzy i stanowiły preludium do niwelacji, które to dopiero umożliwiły powstanie katowni XX wieku. Mieszczańska obietnica postępu poprzez mobilizację w organizmach narodowo-państwowych z materialistyczną dialektyką w tle zwiodły ludzkość na manowce i doprowadziły do wielkich katastrof. Pojawia się jednak pytanie, czy organiczno-konstruktywny postęp sił prometejskich, który w coraz większym stopniu doznaje niepowodzeń, zakończy tylko obecną wysoką kulturę, czy też zagraża gatunkowi ludzkiemu jako całości?
Co nas czeka za „murem czasu”? Pożyjemy, zobaczymy. Dzisiaj widać wyraźnie, że prognoza Jüngera się sprawdza: dojście do „muru czasu” oznacza ostateczne domknięcie cyklu „demokratyczno-liberalnych” iluzji; poza murem czeka „inny czas”, „inna epoka”, „inny człowiek”. Na tym zasadza się apokaliptyczny, heroiczny optymizm Jüngera. Niechaj udzieli się i nam.
* * *
„Nie ma potrzeby przypominać zainteresowania Hitlera astrologią. W The Last Days of Hitler H.R. Trevor-Roper opowiada, jak Hitler i Goebbels, badając powtórnie swoje horoskopy, w połowie kwietnia 1945 wyczytali z nich zapowiedź wielkiego zwycięstwa na koniec miesiąca; później, w sierpniu, miało nastąpić podpisanie traktatu pokojowego. Jak wiemy, Hitler popełnił samobójstwo 30 kwietnia, armia niemiecka zaś złożyła broń 7 maja”. (Eliade, Okultyzm…, str.70)
Nie wydaje mi się, żeby Hitler był specjalnie zainteresowany astrologią, ponieważ obce mu były wszelkiego rodzaju „irracjonalizmy”, „mistycyzmy” czy pragermańskie fascynacje niektórych towarzyszy partyjnych, które tolerował jako ich „prywatne bziki”. Interesowała go nie astrologia, ale połączenie dwóch wielkich prądów ideowo-politycznych nowoczesności – socjalizmu i nacjonalizmu.
W książce Hitler. Selbstverständnis eines Revolutionärs (I.wyd. Hamburg 1987, 5. rozszerzone wydanie, Reinbek 2017) Rainer Zitelmann obala obraz Hitlera jako „reakcjonisty“ niechętnie akceptującego modernizację, czy wręcz – trudno o bardziej mylną opinię – pragnącego realizować utopię „reagraryzacji“, bo i takie absurdalne koncepcje mu przypisywano. Hitler „miał hopla” na punkcie techniki, był gorącym zwolennikiem nowoczesnego społeczeństwa przemysłowego, jeśli się czymś fascynował, to nauką i motoryzacją, wzorem do naśladowania była dlań wysoko zindustrializowana gospodarka USA: „pojmował siebie jako świadomego wykonawcę procesu modernizacji, którego cechami wyróżniającymi są uprzemysłowienie, technicyzacja i racjonalizacja”. (Zitelmann, s.378; zob. też Zitelmann, Narodowy socjalizm i moderna. Bilans tymczasowy [w:] Nazizm, Trzecia Rzesza a procesy modernizacji, wybór i opracowanie Hubert Orłowski, przeł. Maria Tomczak, Poznań 2000)
Warto na marginesie nadmienić, że w swoich pismach Hitler nie używał pojęcia „Trzecia Rzesza”; nie występuje też ono w Mein Kampf . Użył go tylko dwukrotnie w przemówieniach wygłoszonych na zjazdach partyjnych. Ponadto w okólniku datowanym na 13.06.1939 r. i podpisanym przez Bormanna kanclerz Hitler zakazał używania określenia „Trzecia Rzesza” (zob. Hans Maier, Hitler und das Reich, „Vierteljahrshefte fur Zeitgeschichte”, 2019 nr 4). Ponieważ zakaz już nie obowiązuje, każdemu wolno się „Trzecią Rzeszą” swobodnie posługiwać.
* * *
Łączenie Hitlera z astrologią wpisuje się w okultystyczno-ezoteryczne interpretacje narodowego socjalizmu, które od czasu ukazania się Świtu magów Pauwelsa i Bergiera w 1960 roku, pokutują w pophistoriografii, oferowanej w dworcowych kioskach czy w supermarketach. Przypominam tu sobie Ezoteryczne korzenie nazizmu Marka Tabora, czyli Cezarego Michalskiego, z którym przed laty toczyłem spór na ten temat (zob. Nazizm, czyli germański New Age u władzy. Ezoteryczna wersja historii według Cezarego Michalskiego, „Nowe Państwo” 1998 nr 7 ).
* * *
Oczywiście nie jest wykluczone, że znalazłszy się w połowie kwietnia 1945 r., w doprawdy trudnej sytuacji politycznej, Hitler zapragnął zajrzeć w swoją przyszłość, a ponieważ jego eksperci, analitycy i progności zawiedli, sięgnął po sprawdzone metody astrologiczne. . Jednakże o wiele ciekawsze jest to, co – według obliczeń Wojciecha Jóźwiaka – mówi nam urodzeniowy kosmogram Hitlera i jego horoskop (zob. https://www.taraka.pl/adolf_hitler oraz https://www.astroakademia.pl/n20/chart_show.php?chart=137).
Okazuje się, że Hitler był uranikiem: urodził się z Uranem na ascendencie, w jego urodzeniowym kosmogramie widoczna jest potężna struktura pięciokrotna, pierścień kwintyli do którego należało aż pięć planet: Pluton, Neptun, Saturn, Jowisz i Księżyc. Kwintyle i ich pierścienie „grają jak trąbka” – są źródłem napędu i entuzjazmu. Życiorys wodza Rzeszy Niemieckiej idealnie wpisuje się w cykl Saturna. Wkrótce po przejściu Saturna przez następną oś urodzeniową, a dokładnie podczas przejścia przez urodzeniowe Słońce, Hitler dokonał najazdu na Polskę. Decyzja ta była zgodna z ogólnym schematem cyklu Saturna jako „wyruszenie w nieznane na niebezpieczne przygody”. Miał wtedy wsparcie od cyklu Saturn – Pluton, ponieważ planety te były w kwadraturze z idealną ścisłością -1°15′ i obie wpisane w urodzeniowy kosmogram Hitlera: Saturn na Słońcu i descendencie, a Pluton w Medium Coeli. Pluton chodził po urodzeniowym Medium Coeli Hitlera przez cały okres II wojny światowej.
Zatem wkrótce po przejściu Saturna przez następną oś urodzeniową, a dokładnie podczas przejścia przez urodzeniowe Słońce, Hitler dokonał najazdu na Polskę. O tym, co działo się tuż przed najazdem dowiemy się z tekstu Pawła Łepkowskiego „Demon, a nie ludzka istota” ( „Rzecz o Historii”, „Rzeczpospolita” 30 sierpnia 2024):
„Zachowało się kilka interesujących relacji z tamtych dni. Szczególnie ciekawe wydają się wspomnienia szwedzkiego dyplomaty Johana Birgera Dahlerusa. […] Dahlerus pozostał świadkiem negocjacji prowadzonych w kolejnych tygodniach w Kancelarii Rzeszy. Dzięki jego wspomnieniom wiemy, że od 26 sierpnia Hitler zachowywał się, jakby dostał amoku. Nieustannie zmieniał zdanie, mieszając ponure groźby z płaczliwym lamentem o pokój.[…] Jego monologi wykrzykiwane prawie zdartym głosem stawały się już tak bełkotliwe, że Szwed, choć doskonale znał niemiecki, nie był w stanie ich zrozumieć. […] Szwed podkreślał przy tym, że dyktator przeklinał wrogów i wieszczył ich unicestwienie, oczy wychodziły mu z orbit, a żyły nabrzmiewały na szyi. Hitler wpadł w szał. Krzyczał schrypniętym głosem, że wytępi do cna cały ten przeklęty naród polski. […] Szwed wspominał, że miał wrażenie, że stoi przed demonem, a nie ludzką istotą”.
Źródłową wartość relacji Dahlerusa, którego Łepkowski nieco na wyrost nazywa „szwedzkim dyplomatą” – był inżynierem i przemysłowcem – osłabia to, że opublikował ją po wojnie, kiedy Hitler już nie żył, jego polityczno-państwowy projekt legł w gruzach a zwycięska antyhitlerowska koalicja planowała nowy porządek światowy, do którego każdy musiał się jakoś dopasować.
Dahlerus widział w Hitlerze „demona”, Łepkowski do tej oceny się przyłącza, a nawet ją rozszerza interpretując go jako „obłąkanego demona” – tak można wnosić na podstawie redagowanego przezeń kwartalnika „Uważam Rze Historia”, którego tegoroczny czwarty numer ma temat przewodni „Hitler. Studium obłędu”. Należy jednak uwzględniać fakt, że nie wszyscy podzielają pogląd o „irracjonalizmie”, „demonizmie” i „obłędzie ” prezesa NSDAP. Na przykład Stefan Kisielewski w artykule z marca 1938 roku napisał: „Kult realizmu cechuje również w gruncie rzeczy i wodzów ideowych nacjonalizmu. Hitler i Mussolini – to w istocie potentaci trzeźwego rozumu politycznego”. (Kisielewski, Publicystyka przedwojenna, Warszawa 2001, s.126)
Kisielewski swoją ocenę sformułował jeszcze przed klęską Rzeszy Niemieckiej, natomiast brytyjski historyk Alan Bullock w opublikowanej w 1952 r. klasycznej pracy na temat kanclerza Niemiec Hitler. Studium tyranii widzi w nim z jednej strony fanatyka, ale z drugiej polityka „cynicznego i wnikliwego”. Zdaniem Bullocka „jego poglądy w każdej dziedzinie, prócz polityki, były dogmatyczne i nietolerancyjne”, czyli w – interesującej nas tu – dziedzinie polityki miał akurat poglądy niedogmatyczne i „tolerancyjne” – „tolerancyjne” rozumieć należy w tym kontekście jako „elastyczne” . Świadectwem jest np. to, że „dopóki jego polityka wymagała utrzymywania dobrych stosunków z Polską, nie interesował się prawie wcale sytuacją mniejszości niemieckiej w tym kraju”. Bullock cytuje też opinię Hjalmara Schachta o Hitlerze: „wszystko w nim było czynnikiem zimnej kalkulacji”. Podaje też, że „obaj Strasserowie nie podzielali cynicznego lekceważenia, jakie Hitler przejawiał dla każdego programu, jeżeli nie był środkiem do zdobycia władzy”.
Rodak Bullocka Alan John Percivale Taylor starał się dowieść, że Adolf Hitler był całkowicie normalnym, racjonalnie działającym mężem stanu, którego celem było zapewnienie Rzeszy Niemieckiej mocarstwowej pozycji w Europie , która – jego zdaniem – jej się naturalnie należy ze względu na wielkość. Według Taylora Hitler realizował, tradycyjną postwersalską politykę Rzeszy Niemieckiej, a jego działaniom na płaszczyźnie polityki zagranicznej nie można odmówić logiki i zdrowego rozsądku. Taylor uważał, że „Hitler był racjonalnym, choć bez wątpienia, niegodziwym (wicked) mężem stanu” (zob. Taylor, The Origins of the Second World War London 1961 – New York 1962, s.198).
Niemiecki historyk Erwin Faul sportretował Hitlera jako „nad-makiawelistę”, chłodnego manipulatora, który z jednej strony daje się nieść impulsom mas, ich entuzjazmowi, ale jednocześnie te impulsy i entuzjazm inscenizuje, robiąc to z techniczną roztropnością i zimnym, makiawelistycznym wyrachowaniem. O Mein Kampf pisze Faul, że jest to „jedna z najbardziej cynicznych książek, jakie kiedykolwiek napisano”: „Nigdy nie są tam wyróżniane idee i cele jako takie, zawsze rozpatrywane są pod kątem ich propagandowej użyteczności”. Hitler bada, jaka jest ich sugestywna siła oddziaływania na ludzi, czy wywołają namiętności mas, czy też nie. Nawet najlepsza idea nie jest dlań celem sama w sobie, ale tylko „środkiem” i „instrumentem walki”; wszystko, także wybór grup elektoratu następuje pod kątem wzmocnienie siły ruchu i użyteczności w walce politycznej (zob. Faul, Hitlers Über-Machiavellismus, „Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte“ 1954, z.4; artykuł przedrukowany następnie w książce Der moderne Machiavellismus, Köln 1961). Brytyjski historyk John Keegan stwierdził, że „prawie we wszystkim, wyjąwszy antysemityzm, Hitler był stuprocentowym pragmatykiem”. ( Keegan, Barbarossa: Invasion of Russia 1941, London 1971, str. 29)
W opinii niemieckiego historyka Rainera Zitelmanna: „Hitler jawi się nam jako polityk, którego myślenie i działanie jest o wiele bardziej racjonalne, niż przyjmowano do tej pory” (Zitelmann, Adolf Hitler. Eine politische Biographie, Göttingen 1989, s.9). Podobną opinię wyraził amerykański historyk David Hoggan: „Hitler był zawsze zręcznym Realpolitiker, który swoją politykę zagraniczną dostosowywał do zmieniających się okoliczności, zamiast dogmatycznie trzymać się kilku nieaktualnych idei z wczesnej fazy swojej kariery politycznej” ( Hoggan, Der unnötige Krieg 1939-1945. „Germany must perish”, Tübingen 1974, str. 439).
Wybitny amerykański historyk John Lukacs określił Hitlera jako formidable statesman, posiadającego „wielki profesjonalny talent dający się zastosować do wszystkich ludzkich spraw: zrozumienie natury ludzkiej i zrozumienie słabości swoich przeciwników”. Według Lukacsa „było coś nieludzkiego w jego chłodzie”. Hitler nie był szaleńcem, „wszystkie opowieści o dyktatorze toczącym pianę z ust, rzucającym się na dywan i gryzącym go w szalonej furii, są nieprawdziwe. Przeciwnie, tym co w jego charakterze budzi przerażenie, to zimny i prawie nieludzki obiektywizm” (zob. Lukacs, The Duel: The Eighty-Day Struggle Between Churchill and Hitler, New Haven-London 2001, ss. 3, 14, 212, 224). Według Patricka Buchanana Hitler, podobnie jak Lenin i Stalin, podporządkowywał ideologię racji stanu. (Buchanan, Churchill, Hitler i niepotrzebna wojna, Warszawa 2013, str.338)
Znany historyk niemiecki Hans Buchheim, autor takich klasycznych pozycji jak Totalitäre Herrschaft. Wesen und Merkmale oraz Anatomie des SS-Staates przeciwstawiał Hitlera generałowi Ludendorffowi, którego oceniał jako „antykościelnego dogmatyka” obsesyjnie dążącego do realizacji pewnych celów ideologicznych. O przewodniczącym partii narodowosocjalistycznej pisał Buchheim: „Dla Hitlera zasadniczym motywem wszelkiej polityki było dążenie do władzy, któremu wszystko inne miało się podporządkować jako służebne albo musiało ustąpić w chwili, kiedy zamiast pożytku przynosiło szkodę. Hitler, żadnej ideologii, nawet volkistowskiej, nie brał poważnie, lecz ją instrumentalizował i używał wyłącznie taktycznie” (cyt.za: Claus Wolfschlag, Hitlers rechte Gegner. Gedanken zum nationalistischen Widerstand, Engerda 1995, str.161).
Źródłem obrazu Hitlera jako szaleńca „gryzącego dywany” była najprawdopodobniej jakaś urban legend. Victor Klemperer wspomina: „opowiadano wiele o napadach wściekłości u Hitlera. Najpierw były to ataki pasji, wnet potem ataki szału: Führer gryzł podobno chustkę do nosa, poduszkę, potem rzucał się na ziemię i wbijał zęby w dywan. A później – opowieści pochodziły zawsze od ludzi prostych, od robotników, domokrążców, od nieostrożnie ufnych listonoszy – później »żarł frędzle dywanu«, a że robił to coraz częściej, otrzymał przydomek »dywanożererca«. Czy potrzeba tu sięgać do źródeł biblijnych, do gryzącego trawę Nabuchodonozora?”. (Victor Klemperer, LTI. Notatnik filologa, przeł. Juliusz Zychowicz, Warszawa 1989, s.73) W Księdze Daniela (4:30) mowa jest o Nabuchodonozorze, który „żywił się trawą jak woły”.
Na grunt amerykański legendę przeflancował prawdopodobnie William L. Shirer, który zasłyszał ją nie od listonoszy, ale od działaczy partyjnych: I think the man is on the edge of a nervous breakdown. And now I understand the meaning of an expression the party hacks were using when we sat around drinking in the Dresden last night. They kept talking about the „Teppichfresser”, the „carpet-eater”. At first I didn’t get it, and then someone explained it in a whisper. They said Hitler has been having some of his nervous crises lately and that in recent days they’ve taken a strange form. Whenever he goes on a rampage about Benes or the Czechs he flings himself to the floor and chews the edges of the carpet, hence the „Teppichfresser”. (William L. Shirer, Berlin Diary, New York 1942, str.137; zapis z 22 września 1938 r.)
Zdaniem insidera, filozofa Alfreda Baeumlera (1887 – 1968) Hitler odgrywał ataki wściekłości, stosując to jako środek panowania nad otoczeniem (zob. Baeumler, Hitler und der Nationalsozialismus. Aufzeichnungen von 1945-1947, „Der Pfahl. Jahrbuch aus dem Niemandsland zwischen Kunst und Wissenschaft“, V, München 1992, s.163). Związany z lewicą konstytucjonalista i specjalista od prawa publicznego Helmut Ridder ocenił, że Hitler nie był „gryzącym dywany monomaniakiem, lecz zimnym cynikiem, który miał wytrenowane swoje publiczne wybuchy złości”. (Ridder, Zur Vefassungsdoktrin des NS-Staates, „Kritische Justiz”, 1969 nr 3) Odnosząc się do wizerunku Hitlera z filmu Upadek historyk i biograf wodza Trzeciej Rzeszy Hans Ulrich Thamer w rozmowie z „Rheinische Post” podkreślił, że nawet w ostatnich dniach życia nie był on „wściekłym dywanożercą”, lecz „bardzo zręcznym, na chłodno kalkulującym politykiem” (zob. „Der Untergang” vor Kinostart in der Kritik; https://rp-online.de/kultur/film/der-untergang-vor-kinostart-in-der-kritik_aid-16829303).
* * *
W horoskopie Hitlera autorstwa Wojciecha Jóźwiaka silne były też Merkury i Słońce, jako leżące na descendencie, czyli w horoskopowym polu kontaktów z ludźmi, co wyjaśnia zdolności przywódcze i „społecznie uwodzicielskie”. „Społecznie uwodzicielskie” – zapewne tak, ale czy „prywatnie uwodzicielskie”? Z tym mógłby być pewien kłopot, jeśli wierzyć Dahlerusowi i Łepkowskiemu:
„Dahlerus zapamiętał, że Hitler miał tak cuchnący oddech, że w każdym zakątku jego gabinetu, choć był wielkości sali gimnastycznej, czuć było ten straszny odór. Zresztą wielu rozmówców Hitlera wspominało, że przez ten fetor rozmowa z nim była prawdziwym wyzwaniem. Z powodu chorobliwego obżarstwa ciastami i słodyczami jego zęby były wyniszczone próchnicą. W dodatku Hitler cierpiał na dysbakteriozę jelit oraz nieustanne wzdęcia, które pogarszała jego bezmięsna dieta. Nie umiał się powstrzymać od nagłego oddawania gazów, co stawiało rozmówców w niezręcznej sytuacji”.
W tym samym numerze „Rzeczy o Historii” zamieszczono zdjęcia pań: Winfried Wagner, Wallis Simpson i Unity Mitford pokazujące je w bezpośredniej bliskości Adolfa Hitlera. Jakież udręki musiały te biedne kobiety przeżywać! Jak ogromne musiało to być poświęcenie z ich strony! Aby znaleźć się blisko swojego idola, gotowe były znosić „straszny odór”, jaki zionął z jego otworu gębowego, nie mówiąc o zasmradzających powietrze bąkach puszczanych przez Führera.
* * *
Na pewno do stworzenia dokładniejszego obrazu wodza Rzeszy Niemieckiej przyczyni się, choć problemu „puszczania bąków” i oddechu cuchnącego na wiele metrów zapewne nie rozstrzygnie, inicjatywa wydawnicza, którą na początku tego roku ze słusznym uznaniem powitał, kierujący działem historycznym w dzienniku „Die Welt“, Sven Felix Kellerhoff w artykule Jak Hitler naprawdę mówił i co dokładnie ( https://www.welt.de/geschichte/article249931292/Edition-gestartet-Wie-Hitler-wirklich-redete-und-was-genau.html).
Zdaniem Kellerhoffa jednym z niewielu talentów Hitlera był talent retoryczny. Retoryka stanowiła u niego narzędzie władzy. Począwszy od Konrada Heidena w 1936 roku, a skończywszy na Wolfgangu Schiederze w 2023 roku, ponad stu publicystów i historyków próbowało w swoich poważnych biografiach rozwikłać zagadkę wpływu Hitlera na ludzi w niewielkim kręgu, ale bez przekonującego sukcesu. Wynika to, zdaniem Kellerhoffa, zasadniczo z dwóch powodów. Po pierwsze, z powtarzania w dokumentalnych programach telewizyjnych stale tych samych fragmentów przemówień „wodza”, pokazujących najczęściej krzyczącego, podskakującego niczym pajac przed mikrofonami, mówcę, który dla dzisiejszych widzów wydaje się po prostu kuriozalny. Te zdjęcia, pochodzące w większości z oficjalnych nagrań do kroniki filmowej, są bez wątpienia autentyczne, jednakże zniekształcają rzeczywistość. Większość przemówień Hitler wygłaszał raczej cicho i umiarkowanym tonem; pokrzykiwania, które zdarzały się często, ale nie w każdym wystąpieniu, akurat nie były dla niego typowe.
Drugi powód jest bardziej zaskakujący: do dziś nie ma poważnego naukowego wydania przemówień Hitlera od 30 stycznia 1933 roku do samobójczej śmierci w berlińskim bunkrze 30 kwietnia 1945 roku. Pomimo ogromnej ilości publikacji źródłowych, a przede wszystkim literatury dotyczącej niemal wszystkich aspektów III Rzeszy, jej pre- i po-historii, naukowcy wciąż muszą sięgać po przedruki tych przemówień w ówczesnych gazetach, a także (i przede wszystkim) do opublikowanej po raz pierwszy na początku lat sześćdziesiątych kroniki Hitler. Przemówienia i proklamacje 1932–1945 jednoosobowego autorstwa würzburskiego archiwisty Maxa Domarusa (1911–1992). Od dawna jednak wiadomo, że nie można na niej polegać ze względu na arbitralne skróty – Domarus pomijał znaczne części przemówień, kiedy wydawały mu się zbędne a także wstawiał teksty łączące poszczególne wystąpienia , co zamieniło jego książkę w swego rodzaju kronikę, znacznie osłabiając jej wiarygodność. Ponadto Domarus popełnił wiele błędów i, bez prowadzenia badań archiwalnych, przejął interpretacje rozpowszechniane w III Rzeszy.
Obecnie Instytut Historii Najnowszej i Fundacja Niemieckie Archiwum Radiowe razem z kilkoma innymi placówkami badawczymi przystąpiły do realizacji dużego, wspólnego projektu „Hitler-Reden 1933-1945”, który ma zastąpić kronikę Domarusa. Po raz pierwszy badacze zamierzają zidentyfikować, przeanalizować i opublikować krytyczną edycję wszystkich przemówień Hitlera z lat 1933-1945. Planowane jest udostępnienie wersji drukowanej, przede wszystkim dla bibliotek, a także wersji online. Do wersji online mają zostać włączone wszystkie dostępne nagrania dźwiękowe, co stanowi znaczny postęp w stosunku do wersji czysto tekstowej. W ten sposób stanie się w końcu jasne, jak i co Hitler rzeczywiście mówił. Do około 2027 roku kolekcja ma być kompletna. Przez kolejne cztery lata publikowana będzie wersja tekstowa przemówień, uzupełniona o komentarze dotyczące stanu wiedzy i kontekstu historycznego. Projekt wypełni dotkliwą lukę źródłową i zapewni solidną podstawę do dalszych badań. Najpóźniej w 2033 r. , w setną rocznicę przejęcia władzy przez „nazistów” projekt ma być gotowy w całości.
* * *
Jak już jesteśmy przy „nazistach”, czyli narodowych socjalistach (pozwolę tu sobie odesłać do moich zapisków ze 117 numeru „Arcanów”, poświęconych problemowi „skąd się wzięli naziści”), to natkniemy się na nich w, wydanym w 1971 r. wielce zabawnym powieściowym reportażu (tzw. styl gonzo) Huntera S. Thompsona Lęk i odraza w Las Vegas. Szaleńcza wyprawa do serca „amerykańskiego snu” (przeł. Marcin Wróbel i Maciej Potulny, Warszawa 2008):
„Naziole z sił porządkowych”; „aż tu nagle ni stąd, ni zowąd na nocnym niebie pojawia się wielki na dwieście stóp uchlany naziol i wywrzaskuje całemu światu: – Woodstock über alles!”; „czułem się jak najgorszy naziol, ale nie miałem innego wyjścia”.
Albo taki dialog:
– Sądzę, że odpowiednim samochodem dla pana będzie jeden z naszych klimatyzowanych mercedesów 600 town-cruiser special.
– Czy ja wyglądam na cholernego nazistę? –zapytałem. – Dajcie mi normalny, amerykański samochód albo nic z tego” (s.133)
Tocząc debaty o „praworządności”, „rządach prawa”, „reformach wymiaru sprawiedliwości” powinniśmy mieć zawsze w pamięci słowa jednego z bohaterów powieści adwokata doktora Gonzo, który w lapidarnej formule zawarł istotę „prawa i sprawiedliwości”: „Nawet pieprzony wilkołak ma prawo do uczciwego procesu”.
Warto wspomnieć, że w 1970 r. Hunter S. Thompson startował z platformy wyborczej Freak Power w wyborach na stanowisko szeryfa w hrabstwie Pitkin (Kolorado). W trakcie kampanii wyborczej jego republikański , krótko obcięty, konkurent nazywał go pogardliwie „hippisem”. Thompson odpowiedział na te zaczepki w ten sposób, że ogolił głowę na zero i zaczął się odnosić do niego per „mój długowłosy oponent”. Takiej pomysłowości brakuje naszym specom od propagandy wyborczej.
* * *
Sensacyjna wiadomość z kosmosu: jak na łamach fachowego czasopisma „Geochemical Perspectives Letters“ tryumfalnie ogłosił zespół kierowany przez prof. Philippa Hecka z Uniwersytetu Chicagowskiego, Księżyc jest co najmniej o czterdzieści milionów lat starszy niż dotychczas sądzono. Co za historia ! Czterdzieści milionów lat! Świeć nam pięknie staruszku przez następne lat miliony!
Zainteresowanych kursami z astrologii pragnę poinformować, że według astroakademików „oprócz zwykłego zodiaku jest jeszcze zodiak księżycowy. Nie jest to coś odmiennego, lecz raczej księżycowa interpretacja znaków. Zodiak księżycowy, są to te jakości, które wyświetlają się w osobowości ludzi urodzonych podczas pobytu Księżyca w poszczególnych znakach”. Życzmy przeto o czterdzieści milionów lat starszemu Księżycowi udanego pobytu w znakach.
* * *
Zapamiętane, grubo podkreślone ołówkiem, zanotowane w brulionie wersy, zdania, obrazy, metafory:
z wiersza Ernesta Brylla * * * Czasem przychodzi jak pod ciosem (Fraszka na dzień dobry , Warszawa 1969):
Teraz, gdy lawina
spod stóp nam wystrzeliła – nikogo nie zbawi
ni maska błazna, ni kapłańska mina…
z wierszy Jerzego Ficowskiego Nie dziw się i Pejzaż Ani ( Śmierć jednorożca, Warszawa 1981):
Ikar spadający
nawet ważki się chwyta.
—–
Tam na dnie spoczywają
wraki naszych starych okrętów z papieru.
* * *
Gdzie nie spojrzeć, w kraju i na świecie, na wszystkich kontynentach, w mieście i na wsi, w górach i dolinach, na stepach i pustyniach trwa zaciekła walka o władzę. „Ci z dołu chcą do góry, a ci z góry nie chcą na dół” (Gottfried Benn); „Kiedy władca jest już u szczytu, następca wchodzi na te same schody” (Jan Kott); „Z luster teraźniejszych panów uśmiechają się już do nich panowie przyszłości” (Raoul Vaneigem). A gdzieś z oddali dobiega pieśń funeralna z Kurpiów Niech monarchowie… zapisana w Kancyjonale pieśni nabożnych. Według obrzędów Kościoła Świętego Katolickiego (Kraków 1721) śpiewana przez Vito Bambino z towarzyszeniem zespołu Polskie Znaki ( słuchaj i oglądaj official live video; https://www.youtube.com/watch?v=SeJUKwvpTFg).
Niech monarchowie miasta swe budują
Niech je murami zewsząd ocyrklują
Za nic u śmierci mury i parkany
I mocne ściany
Niechaj postawią zamki niezdobyte
Niechaj fortece stawią znamienite
Śmierć z błotem miesza marmurowe gmachy
I złote dachy
Śmierć drzwi żelazne w bramach wyłamuje
do potentatów śmiele przystępuje
śmierć się nie lęka książęcia i pana
ani hetmana
Śmierć króla z tronu w ciemną trumnę wsadzi
i z majestatem w ziemię zaprowadzi
z ręki cesarskiej berło wytrącywa
piaskiem przykrywa
* * *
W ostatnich scenach filmu Big Bang w reżyserii Andrzeja Kondratiuka Stasiek Skrzypek (Franciszek Pieczka) zaklina się, że był świadkiem, jak odlatujący do ojczyzny kosmici zabrali na pokład swojego pojazdu pastucha pana Kazimierza (Roman Kłosowski), który stojąc jeszcze w otwartych drzwiczkach zawołał do niego : „Przekaż istotom ludzkim posłanie od kosmitów: Ludzie, opamiętajta się!” I to wezwanie weźmy sobie wszyscy do serca.
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana” nr 179 (5/2024)
