«
»

Zapiski manarchisty

O GENERALE PINOCHECIE JAKO WAMPIRZE, STOSUNKACH JORGE LOUISA BORGESA Z DYKTATORAMI, UZNANIU URSZULI KOZIOŁ DLA POETYCKIGO TALENTU EZRY POUNDA I GOTTFRIEDA BENNA, ROZRACHUNKU Z PRZESZŁOŚCIĄ W RFN ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

09.15.25 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

 

O GENERALE PINOCHECIE JAKO WAMPIRZE,  STOSUNKACH  JORGE LOUISA BORGESA Z DYKTATORAMI, UZNANIU URSZULI KOZIOŁ  DLA POETYCKIGO TALENTU EZRY POUNDA I GOTTFRIEDA BENNA, ROZRACHUNKU Z PRZESZŁOŚCIĄ W RFN ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

                                       Nasze jest tylko to, co utracone. (Jorge Louis Borges)

*  *  *

Weteran brytyjskich tajnych służb, wysokiej klasy specjalista od organizowania, tropienia i wykrywania spisków George Smiley, pisał w liście do żony:

 Szczerze się zastanawiam, bez chorobliwej autorefleksji, jak to się stało, że stoję przed takim dylematem. O ile dobrze pamiętam mą młodość, wybrałem drogę przez tajne służby, albowiem zdawała się najprostsza i najbliższa celowi, który przyświeca mojej ojczyźnie. W tamtych dniach wrogiem był ktoś, kogo mogliśmy wskazać i o kim mogliśmy przeczytać w gazetach. Dziś wiem jedynie tyle, że nauczyłem się interpretować cały świat w kategoriach spisku. Tym mieczem sam wojowałem i kiedy teraz spoglądam dokoła siebie, widzę, że od tego miecza zginę. Ludzie, których mam obok, przerażają mnie, ale przecież jestem jednym z nich. Jeśli zadadzą mi cios w plecy, to przynajmniej będzie to osąd równych mi rangą.

(John le Carré, Jego uczniowska mość, przeł. Roman Sudoł, Kraków 1996, s. 481)

*  *  *

Krąży po Sieci przypowieść o mrówkach: jeśli złapiemy 100 czerwonych i 100 czarnych mrówek i umieścimy je w słoju, z początku nic się nie stanie. Kiedy jednak mocno potrząśniemy słojem i odstawimy go z powrotem, mrówki zaczną ze sobą walczyć i zabijać się nawzajem. Czerwone mrówki sądzą, że wrogiem są czarne mrówki i vice versa, podczas gdy prawdziwym wrogiem jest ten, kto potrząsa słojem. To jest dokładnie to, co się dzisiaj dzieje: lewica kontra prawica, biali kontra czarni, mężczyźni kontra kobiety, miasto kontra prowincja, zaszczepieni kontra niezaszczepieni etc. Dlatego też zanim poweźmiemy zamiar włączenia się do walk ludzkich mrówek po którejś ze stron, powinniśmy w pierwszej kolejności zapytać, kto i dlaczego potrząsa słojem?

Ta internetowa przypowieść krąży anonimowo, a przecież jej pierwotna wersja znana jest od ponad 60 lat:

 Frank miał łyżkę i słoik. Nabierał na łyżkę różne owady, wrzucał je do słoika i zmuszał do walki. Było to tak ciekawe, że natychmiast przestałem płakać, zapominając o ojcu. Nie pamiętam, co tam walczyło tego dnia, ale pamiętam inne walki, jakie organizowaliśmy później: jelonek przeciwko setce czerwonych mrówek, stonoga przeciwko trzem pająkom, czerwone mrówki przeciwko czarnym. Nie chciały walczyć, dopóki nie potrząsnęło się słoikiem. I Frank potrząsał, potrząsał, potrząsał.

Po chwili przyszła po mnie Angela. Uniosła gałąź i powiedziała:

– Aha, tutaj jesteście!

Spytała Franka, co on tu właściwie robi, a on odpowiedział: »Eksperymentuję«.

(Kurt Vonnegut, Kocia kołyska, przeł. Lech Jęczmyk, Kraków b.d.w., s. 17)

Kto zatem potrząsa słojem? Jakiś „Duży Franek”, który lubi sobie poeksperymentować!

*  *  *

Motyw wampira stał się niezwykle popularny w popkulturze, zwłaszcza w kinie, powstały wampiryczne kryminały, wampiryczne komedie romantyczne, wampiryczne filmy psychologiczne, i w końcu parodiujący konwencje filmów wampirycznych Dracula – wampiry bez zębów. Ostatnio na ekrany trafiła kolejna wersja Nosferatu. Osobiście nigdy tego typu filmów nie oglądam, kiedy jednak jakiś czas temu natrafiłem na informację, że w 2023 r. Netflix wyprodukował polityczny dreszczowiec (ang. thriller) z wampirem w roli głównej, postanowiłem zrobić wyjątek. Przez znajomego załatwiłem sobie dostęp do Netflixa, i pewnego wieczora zasiadłem, aby obejrzeć Hrabiego (El Conde) – dzieło chilijskiego reżysera Pablo Larraína. I nie zawiodłem się. Głównym bohaterem filmu jest b. prezydent Chile generał Augusto Pinochet, który, już po utracie władzy, zamieszkuje ponure domostwo na odludziu – opustoszały, ponury, czarno-biały krajobraz, z porozrzucanymi tu i ówdzie grobami, od początku budzi grozę. Z offu słyszymy narratorkę, która, imitując niepodrabialny głos politycznej przyjaciółki generała Margaret Thatcher, opowiada widzowi historię życia i obyczajów generała zdradzając m.in, że najbardziej lubi on krew Anglików, natomiast krew południowoamerykańskich robotników smakuje mu jak cienkie, tanie wino.

W podziemnej zamrażarce pogromca Allende`go przechowuje stare serca, które jednak, „przeterminowane”, utraciły swoje smakowe właściwości, przeto wyrusza nocą na krwiożercze wyprawy, wyrywa ludziom serca, po czym miksuje je w blenderze, aby przygotować sobie pożywny napój i móc się nim delektować. Jego wiernym lokajem jest rosyjski, „białogwardyjski” emigrant Fiodor, który tysiącami zabijał bolszewików.

Rozgrywa się też dramat rodzinny – dzieci wampira przybywają do taty w poszukiwaniu jego pieniędzy, papierów wartościowych, czeków na okaziciela etc. Nie mogło zabraknąć akcentu antyklerykalnego – władze kościelne wysyłają na wyspę zakonnicę, łączącą umiejętności egzorcystki i księgowej, aby „wywęszyła”, jakie ukryte aktywa z majątku generała mógłby Kościół przejąć. Sytuacja się zapętla, kiedy generał zakochuje się w zakonnicy, uwodzi ją i zamienia w wampirkę. Aby uporządkować sytuację przybywa wampirka Margaret Thatcher, która 200 lat temu urodziła generała.

W ostatniej scenie filmu mama Żelazna Dama odprowadza do szkoły małego Augusta, który postanowił pozostać w Chile, ponieważ w tym kraju „lewacy są najgroźniejsi” – oboje odmłodzili się po spożyciu serc innych wampirów: byłej zakonnicy zgilotynowanej przez Fiodora, którego z kolei zabił generał. Najwyraźniej chilijski reżyser chciał przypomnieć „światowej opinii publicznej”, że „Pinochet jest wiecznie żywy” a pinochetyzm ciągle groźny. Niewykluczone, że widzowie, którzy zetknęli się tylko z czarną legendą generała, znający go wyłącznie jako demoniczną postać wykreowaną przez lewicową propagandę, wierzą, że był on wampirem, aczkolwiek chyba z trudem przyjdzie im uwierzyć, że w swojej galowej pelerynie naprawdę latał on ponad dachami niczym wielki „plugawy ptak nocy”.

W jednym z wywiadów Pablo Larraín rozwodził się na temat rosnącego poparcia dla prawicy w wielu krajach, ostrzegając niejako swoim filmem przed „prawicowymi wampirami”, do których z pewnością zaliczyłby Tomasza Wołka, Marka Jurka i Michała Kamińskiego (jako działacz Unii Europejskich Demokratów Kamiński to raczej „Dracula bez zębów”; nie to co wtedy, kiedy działał w NOP-ie czy choćby w ZCh-N). Jak wszyscy pamiętamy, w 1999 r. udali się oni do Londynu, gdzie przebywał wówczas, zatrzymany przez brytyjską policję i osadzony w areszcie domowym były przywódca Chile gen. Augusto Pinochet, aby w dowód wsparcia, uznania i solidarności wręczyć mu w imieniu polskiej prawicy ryngraf z Matką Boską. Na lotnisku Okęcie działacze PPS i Unii Pracy, chcąc przeszkodzić im w dotarciu do emerytowanego dyktatora, oblali cuchnącym płynem nowy płaszcz Kamińskiego. Ta brawurowa akcja zapisana jest czerwonymi zgłoskami w kronikach polskiej lewicy. W „Życiu” Wołka ukazał się potem historyczny „wywiad z wampirem”, na którym studenci na zajęciach z prasoznawstwa uczyć się będą wzorowego dziennikarstwa, czyli wysłuchującego także drugiej strony. To nie jedyna zasługa Wołka, pamiętać należy o jego kanonicznym tekście Jaka prawica jest Polsce potrzebna opublikowanym pod pseudonimem Józef Wierny w „Polityce Polskiej” z 1984 r. Czytało się to z wypiekami na twarzy; ten numer „PP” gdzieś się potem zapodział; chyba smutni panowie z tajnej policji politycznej mi skonfiskowali razem z całą biblioteczką niezależnego piśmiennictwa. Po latach Michał Kamiński się usprawiedliwiał: „Do Pinocheta podchodziłem na prostej zasadzie – jeśli komuniści go opluwają, jest dobry. Ale to tak nie jest. Żałuję tego”. Zamiast zrzucać winę na komunistyczną propagandę, mógłby Kamiński powołać się na fakt, że Jan Paweł II spotkał się z Pinochetem, i to jeszcze zanim ten przeszedł na emeryturę; wprawdzie delikatnie go skrytykował, ale dłonie sobie uścisnęli i wspólne zdjęcie zrobili. Albo stojący na czele chrześcijańsko-demokratycznej partii CSU Franz Josef Strauβ, który w 1977 roku odwiedził Chile, spotkał się z prezydentem Pinochetem a na konferencji prasowej w Santiago powiedział, że był pod wrażeniem „pokoju wewnętrznego i stabilności politycznej”, jakie zaobserwował w Chile. No i wreszcie ówczesna „przywódczyni wolnego świata” baronessa Thatcher, która odwiedziła aresztowanego generała w stanie spoczynku, nazwała go „jedynym więźniem politycznym w Wielkiej Brytanii”, potępiła lewicowy  rząd za pogwałcenie jego immunitetu dyplomatycznego i na znak przyjaźni posłała uwięzionemu butelkę najlepszej szkockiej whisky. Na konferencji Partii Konserwatywnej, przy aplauzie zebranych, oświadczyła: „Nie wiem, kiedy i jak ta tragedia się skończy, ale będziemy walczyć tak długo, jak będzie trzeba, aż do chwili, kiedy senator Pinochet wróci bezpiecznie do swojego kraju”.

Przypomnijmy, że pozytywnie oceniał Pinocheta śp. ks. Michał Poradowski, teolog, filozof, socjolog, z którym miałem zaszczyt kilkakrotnie rozmawiać po tym, jak w 1993 r. zamieszkał we Wrocławiu, dokąd przybył po ponad 40 latach emigracji w Chile (zob. portret ks. Poradowskiego autorstwa Jacka Bartyzela; http://www.legitymizm.org/ebp-x-michal-poradowski). W odpowiedzi na gratulacje ks. Poradowskiego z okazji udanego kontrrewolucyjnego przejęcia władzy przez wojsko, oficerowie pogratulowali jemu: „To my księdzu winszujemy, bo ten przewrót zrobiliśmy dzięki »Reviście«” – ks. Poradowski był wieloletnim redaktorem przeglądu kwartalnego (Revista Trimestriel) „Estudios sobre el Comunismo” (zob. Gratulował mi Pinochet. Rozmowa z ks. Michałem Poradowskim, „Fronda” 1994, nr 2/3). Więc nie Kissinger, nie CIA, ale nasz rodak był „ojcem duchowym” antymarksistowskiej akcji chilijskich oficerów. Polak potrafi!

*  *  *

W maju 1976 r. roku Jorge Louis Borges, prezes Argentyńskiego Stowarzyszenia Pisarzy Alberto Rattim i Ernesto Sábato (O bohaterach i grobach) złożyli wizytę gen. Jorge Rafaelowi Videli, który dwa miesiące wcześniej objął władzę po udanym przewrocie wojskowym. Zjedli wspólnie obiad i odbyli rozmowę „w serdecznej atmosferze”. Po, trwającym dwie godziny, spotkaniu w pałacu prezydenckim (Casa Rosada), Borges oświadczył: „Osobiście podziękowałem Videli za zamach stanu 24 marca, który uratował kraj od hańby”. Ernesto Sábato tak ocenił nowego dyktatora Argentyny: „Rozmawialiśmy z prezydentem ogólnie o kulturze; panowała atmosfera wzajemnego szacunku. Nie popadaliśmy w banały. Videla jest wspaniały, jest wykształconym, skromnym i inteligentnym człowiekiem. Byłem pod wrażeniem jego kultury”. Dwa lata później w rozmowie z niemieckim magazynem „Geo” Sábato stwierdził, że ogromna większość Argentyńczyków niemal błagała siły zbrojne o przejęcie władzy i że tylko wojsko było w stanie powstrzymać lewicowych terrorystów, którzy zagrażali stabilizacji kraju i bezpieczeństwu jego mieszkańców: „Wszyscy chcieliśmy, aby te haniebne mafijne rządy się skończyły”. Nie trzeba dodawać, że z czasem, jak to często z intelektualistami bywa, obaj rozczarowali się co do generała Videli.  W kilka miesięcy pod spotkaniu argentyńskich pisarzy z nowym przywódcą państwa najwyższe odznaczenie chilijskie, jakie może otrzymać cudzoziemiec, Borgesowi przyznał prezydent Pinochet. 22 września pisarz udał się do Santiago de Chile, aby odebrać doktorat honoris causa na Wydziale Filozofii i Literatury Uniwersytetu Chilijskiego. W mowie dziękczynnej pisarz podkreślił, że jego kraj podobnie jak Chile wydobył się z bagna. I zadeklarował, że przedkłada jasny miecz nad podstępny dynamit – trochę jakby parafrazował Juana Donoso Cortésa przedkładającego dyktaturę szabli nad dyktaturę sztyletu. Następnie autor Alefa spotkał się z prezydentem Pinochetem; obaj panowie ucięli sobie miłą pogawędkę, zdjęcia pokazują ich pogrążonych w ożywionej rozmowie. Po spotkaniu pisarz ocenił, że generał to „una excelente persona“, „człowiek pełen serdeczności i dobroci”: „Jestem bardzo zadowolony. Rozmawialiśmy o fakcie, że tutaj – dokładnie jak w mojej ojczyźnie i w Urugwaju – ratuje się wolność i ład, na kontynencie nawiedzanym przez anarchię, podkopywanym przez komunizm. Jako Argentyńczyk wyraziłem zadowolenie, że mamy tutaj kraj ładu i pokoju, który nie jest ani anarchiczny, ani komunistyczny”.

Do Borgesa dotarły sygnały, że podróż do Chile zamknie mu drogę do literackiej Nagrody Nobla, jednak pisarz nie ugiął się pod naciskiem lewicowych „działaczy kulturalnych”, zasilając w rezultacie szeregi nie-laureatów tej Nagrody. Natomiast żadne polityczne względy nie przeszkodziły, aby laureatami zostali, do końca życia sympatyzujący z dyktaturą Fidela Castro, Gabriel García Márquez, i Pablo Neruda, który tak żarliwie wspierał piórem światowy komunizm, że uhonorowany został Nagrodę im. Stalina.

*  *  *

 Oczywiście to zupełnie niemożliwe, by człowiek zdołał choćby częściowo utrwalić pełny czas swojego życia. Zdarza się, że całe dni, a nawet miesiące przepadają bez śladu i rozsypują się w proch niepamięci. To skutek naszego pękniętego bytu. Ale czasami udaje się coś zachować z każdego dnia, a nawet godziny. Przeżyć ją do końca. I tylko to pozostaje. Dlatego trwa poezja, muzyka i rzeźby, podczas gdy królowie, cesarzowie i kanclerze osuwają się w nicość.

(Béla Hamvas, przeł. Teresa Worowska)

*  *  *

W jednych z poprzednich Zapisków wspominałem o tym, jak czerwoniak György Lukács niszczył Bélę Hamvasa. Autor Godziny owoców nie był jedyną ofiarą komunistycznego zamordysty. W 1948 r. roku reprezentant antykultury zaatakował Sándora Máraia (zob. posłowie tłumaczki Ireny Makarewicz do Porwania Europy). Na werbalnych atakach się nie skończyło, zadbali o to kumple Lukácsa z bezpieki i partii – wydrukowane już książki Máraiego wysłano na przemiał a wraz z nacjonalizacją gazet i wydawnictw odcięto go od możliwości publikowania. Nie miał innego wyjścia, jak udać się na emigrację.  Odwrotnie postąpił Miguel Ángel Asturias, który w 1933 roku po dłuższym pobycie za granicą powrócił do ojczyzny, mimo iż w Gwatemali od dwóch lat rządził po dyktatorsku (do 1944 roku) prezydent generał Jorge Ubico. Asturias pracował jako dziennikarz radiowy, założył i wydawał czasopismo radiowe „El diario del air”. W warunkach dyktatury opublikował kilka tomów wierszy. W 1942 roku został nawet deputowanym do Kongresu Narodowego. Rok 1967 przyniósł mu Nagrodę Nobla. Rok wcześniej otrzymał Leninowską Nagrodę Pokoju, co, być może, przykryło jego oportunistyczne zachowanie w okresie dyktatury.

W tym roku ukazała się po raz pierwszy w polskim przekładzie powieść Asturiasa Prezydent (przeł. Kacper Szpyrka, PIW, Warszawa 2025, 1. oryg. wyd. 1947), należąca do grupy, znanych z literatury latynoamerykańskiej, powieści o dyktatorach, by wymienić najwybitniejsze Jesień patriarchy Marqueza, Szaleństwo i metoda Carpentiera, Ja, Najwyższy Augusto Roa Bastosa, Rozmowa w „Katedrze” Mario Vargasa Llosy. Ten ostatni podjął „temat dyktatora” raz jeszcze w powieści Święto Kozła (przeł. Danuta Rycerz, Poznań 2002), czyniąc jej głównym bohaterem Rafaela Leónidasa Trujillo, 31 lat rządzącego Dominikaną. Moim skromnym zdaniem nie dorównująca pod żadnym względem wyżej wymienionym. Ale kilka politycznych, w gruncie rzeczy ponadczasowych, co nie znaczy bardzo oryginalnych, spostrzeżeń, sobie wynotowałem. Zapytany przez wysokiego dygnitarza reżimu Augustína Cabrala, który popadł w niełaskę, czy ma przyjaciół, szef bezpieki Abbes Garciá wyjaśnia: „Ja nie mogę mieć przyjaciół. Przeszkadzałoby to w mojej pracy. Moi przyjaciele i wrogowie to przyjaciele i wrogowie reżimu”. Pytanie było nieco naiwne, wszak „trzydzieści lat pracy na szczytach władzy uczyniło z Augustína Cabrala człowieka doświadczonego, jeżeli chodzi i imponderabilia – pułapki, zasadzki, fortele i zdrady”. I jeszcze, bez wątpienia kontrowersyjna, refleksja dyktatora Trujillo: „W sekretariacie musi być zdrajca albo głupiec. Mam nadzieję, że zdrajca, bo głupcy są bardziej szkodliwi”.

Moją uwagę  zwrócił też fragment, który unaocznia – być może wbrew intencjom autora – różnice w postrzeganiu rzeczywistości społeczno-politycznej wynikające z odmiennego „położenia klasowego”. W wiele lat po śmierci prezydenta Rafaela Leónidasa Trujillo na Dominikanę przyjeżdża z USA dorosła już córka Augustína Cabrala Urania i odwiedza ojca przebywającego w domu opieki po wylewie, prawie bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Rozmawia krótko z pielęgniarką i pyta ją, co sądzi o czasach, kiedy rządził Trujillo. Pielęgniarka, zbyt młoda, aby je pamiętać, powtarza  opinie krążące w jej rodzinie: „To był dyktator i nie wiedzieć co tam jeszcze, ale podobno wtedy żyło się lepiej. Wszyscy mieli pracę i nie popełniano zbrodni”. Po jej wyjściu, Urania mówi sama siebie i do ojca, że wprawdzie „nie było tylu złodziei okradających domy, nie było tyle napadów na ulicach, wyrywania przechodniom torebek, zrywania zegarków, ale zabijano, bito, torturowano i ludzie ginęli. Nawet ci najbardziej powiązani z reżimem”. Urania patrzy z perspektywy elity – rzeczywiście ginęli uznani przez „Szefa” za politycznych wrogów, zdrajców, spiskowców, często właśnie ci wcześniej najbardziej powiązani z reżimem. Perspektywa pielęgniarki z „klasy ludowej” jest inna: dla niej ważne jest przede wszystkim to, żeby była praca, żeby nie popełniano zbrodni tzn. zwyczajnych morderstw, nie było tylu złodziei okradających domy, nie było tyle napadów na ulicach, wyrywania przechodniom torebek, zrywania zegarków – czyli nie było terroru kryminalistów, czyli tego, który najbardziej dotyka „szarego człowieka”.

*  *  *

W eseju opublikowanym w 1945 r.  Borges ostro skrytykował dubbing interpretując go jako stworzenie przez Holywood nowego „monstrum”, nowej „chimery”:

„Za sprawą perfidnej sztuczki zwanej dubbing proponuje się nam monstra o doskonałej twarzy Grety Garbo i głosie Aldonzy Lorenzo. I jak tu nie okazać naszego zaskoczenia wobec takiego pożałowania godnego cudu, wobec owych pomysłowych anomalii akustyczno-wizualnych? Ci, którzy bronią dubbingu, rozumują zapewne w ten sposób, że zarzuty, jakie się mu stawia, można wysunąć przeciwko każdemu rodzajowi przekładu. Argument ten nie bierze pod uwagę, lub celowo pomija, najważniejszą jego wadę: samowolne wprowadzenie innego głosu i innego języka. Glos Hepburn czy Garbo nie jest przypadkowy: dla świata jest ważnym atrybutem aktorek. Dodajmy, że angielska mimika twarzy odmienna jest od hiszpańskiej. Niejeden widz zapyta: Skoro istnieje przywłaszczanie głosów, dlaczego nie przywłaszczać wyglądu? Kiedy ten system będzie doskonały? Kiedy ujrzymy Juana Gonzalesa w roli Grety Garbo odtwarzającej postać królowej Krystyny Szwedzkiej?”

( J.F.Borges, O dubbingu w: Borges, Polemiki, przeł. Joanna Partyka, Warszawa 2008, s. 206)

Od oszustwa, za jakie Borges uznał dubbing, doszliśmy prostą drogą, no, może nieco krętą, do komputerowo wytwarzanych obrazów i awatarów, filmów wyprodukowanych przez maszynową inteligencję, w których można naprawdę ujrzeć „Juana Gonzalesa w roli Grety Garbo odtwarzającej postać królowej Krystyny Szwedzkiej”. Zaiste wielcy pisarze mają zdolności prorocze!

*  *  *

–Ambasador Trentino: „Zrobię wszystko, by zapobiec tej wojnie”.

–Prezydent Rufus T. Firefly: „Za późno. Już zapłaciłem miesięczny czynsz za dzierżawę pola bitwy”.

(dialog z filmu Kacza zupa, reż. Leo McCarey, w roli Rufusa T. Firefly Groucho Marx)

*  *  *

Pisarzem noszącym zaszczytny tytuł nie-laureata Nagrody Nobla jest Ezra Pound. Zaszkodziło mu wygłaszanie pogadanek radiowych, będących nie po myśli liberalnych demokratów i komunistów, którzy, nie namyślając się długo, zamknęli poetę w „psychuszce”. Zepchnąć w dziurę niepamięci na szczęście im się nie udało, o czym świadczy choćby fakt, że wielbicielką poezji Pounda jest, laureatka Literackiej Nagrody Nike 2024, Urszula Kozioł. Na łamach wrocławskiej „Odry” (1999 nr 1) w swojej stałej rubryce „Z poczekalni” autorka W rytmie słońca omawiała, opublikowane przez syna Ezry Pounda i Dorothy Shakespeare Omara Pounda, Listy z więzienia 1945–1946 wymieniane między uwięzionym poetą i jego żoną: „Te listy są prawdziwym skarbem dla badaczy życia i twórczości wielkiego poety, [ …] Pound należy do tych poetów, którzy nadal, w wiele lat po śmierci, nie przestają fascynować znawców i miłośników poezji, i w równym stopniu odnosi się to do jego twórczości, jak i wyrazistej osobowości, dzięki którym odcisnął niezatarte piętno na dziejach piśmiennictwa współczesnego. We Włoszech przypomina się dzisiaj krótki okres między sierpniem 1932 a lipcem 1933, kiedy w Rapallo (swoistej stolicy kulturalnej ówczesnej Europy, do której zjeżdżali intelektualiści z różnych krajów, m.in. Gerhart Hauptmann, W.B. Yeats i in.), poeta z niebywałą werwą redagował suplement literacki Morze”. „Swoistej stolicy kulturalnej ówczesnej Europy”? W faszystowskich Włoszech? Przyznać trzeba, śmiały pogląd.

Urszula Kozioł zgodziłaby się z Borgesem, że „osądzanie pisarza według jego poglądów politycznych jest nudne”, toteż bez  zastrzeżeń przyznaje się do fascynacji jeszcze jednym podejrzanym politycznie osobnikiem. W rozmowie z Anną Augustyniak opublikowaną 10 lat temu na łamach „Więzi” poetka mówi, że drugim poetą – oprócz Hölderlina, „który już na zawsze stał mi się niebywale bliski  przez głębię i wyrazistość obrazowania” –  ważnym w jej myśleniu o wierszu stał się – kolejny nie-laureat Nagrody Nobla – Gottfried Benn, zwłaszcza jego Wiersze statyczne. Kozioł ubolewa, że „kilku naszych luminarzy z nieopisaną zawziętością nie dopuszczało w naszym kraju do głosu tego poety – ani Ezry Pounda, choć cichcem, całymi garściami czerpali z ich przemyśleń i dokonań”. (lato 2015, https://wiez.pl/2015/06/20/urszula-koziol-jedna-rozmowa-jestesmy/). Nazwiska tych „luminarzy”! Nazwiska!

We wspomnianym wyżej felietonie Kozioł napisała: „Pound żywił głębokie przekonanie, że gdyby zdążył na czas przełożyć Konfucjusza, nie doszłoby w ogóle do tak straszliwych spustoszeń spowodowanych przez wojnę”. I powiązała to przekonanie z „umysłowym zachwianiem poety w tamtym okresie”. Dlaczego od razu mówić o „zachwianiu umysłowym”? Gdyby mu się udało, to kto wie, jak potoczyłaby się historia? Wszak w ostatecznej instancji potęga słowa większa jest niż potęga armat.

*  *  *

 Literacki analfabetyzm polityków jest charakterystyczną cechą naszego wieku. Jak to ujął G. M. Trevelyan: „W XVII wieku członkowie parlamentu cytowali Biblię, w XVIII i XIX wieku – klasyków, a w XX wieku nie cytują nikogo”. Zjawisku temu towarzyszy (polityczna) nieudolność pisarzy. (George Orwell)

*  *  *

Profesorka na uniwersytecie w Zurychu Christine Lötscher bije na alarm w obliczu polityczno-ideologicznego zagrożenia, jakie niesie ze sobą literatura fantasy, instrumentalizowana przez konserwatywną prawicę, co najlepiej widać na przykładzie Tolkiena, którego fanką jest m.in. Giorgia Meloni. Lötscher ze zgrozą stwierdziła, że Władca Pierścieni cieszy się wielką popularnością w środowiskach prawicowych m.in. ze względu na opiewane w trylogii cnoty heroiczne. Szczególne niebezpieczne jest – zdaniem Lötscher –odwoływanie się do europejskiej mitologii czy to germańskiej, czy nordyckiej. Ponadto u Tolkiena mamy do czynienia z walką Dobra ze Złem, a ponieważ prawicowcy utożsamiają się z Dobrem, więc na swoich przeciwników politycznych mogą projektować wszystko to, co złe. Tutaj argumentacja pani profesor spada do poziomu prymitywnej ideologicznej propagandy, ale podświadomie wyczuwa ona, że bohaterowie walczą i poświęcają się w imię jednoznacznie określonego dobra, reprezentują „mocne dobro” w przeciwieństwie do wiecznie „relatywizujących”, galaretowatych „dobroludzi”. Dodajmy to, co Lötscher pominęła, np. „toksyczną” męskość – toż przecież Drużyna Pierścienia to klasyczny Männerbund, instytucja, której zanik wielce się przyczynił do dekadencji naszej cywilizacji. Inne prawicowe składniki świata przedstawionego we Władcy Pierścieni: całkowity brak „diversity” czy to rasowej, czy seksualnej, tradycyjna monogamiczna, patrylinearna rodzina hobbicka, piękny wzór elfickiej pary małżeńskiej – Galadrieli i Celeborna. Ponadto mimo iż akcja rozgrywa się w świecie pogańskim, to  w głębszej warstwie powieść zakorzeniona jest w  chrześcijaństwie. Już wydana drukiem odniosła wielki sukces, gdyż poruszyła ukryte struny europejskiego ducha, ale momentem przełomu w skali masowej była oczywiście jej ekranizacja, którą w latach 2001-2003 obejrzały miliony europejskich i euroamerykańskich widzów. To w „faszystowskim” dziele Tolkiena, a dokładniej w jego kinowym oddziaływaniu, leży źródło sukcesów idei i wartości polityczno-kulturalnych reprezentowanych przez polityków w typie Giorgii Meloni. Jednak musimy być czujni! Wysłannicy Mordoru tacy jak Christine Lötscher są wśród nas i robią swoją krecią robotę! Kiedy zostaną ostatecznie pokonani przez Drużyny Pierścienia, Król powróci!

*  *  *

W opublikowanym w 1946 r. eseju Polityka i język pisał George Orwell: „Słowo »faszyzm« praktycznie straciło swoje znaczenie i obecnie odnosi się do najróżniejszych przejawów »czegoś niepożądanego«”. Minęło prawie 80 lat i nic się w tej ideologicznej semantyce nie zmieniło. No może tylko to, iż obecnie chodzi także o coś „nielubianego”, „niemiłego”, „nieprzyjaznego”, „nieodpowiedniego”, „nietaktownego”  etc. etc.

*  *  *

Popularny w RFN krytyk literacki Marceli Reich-Ranicki urodził się jako Marcel Reich w 1920 r. we Włocławku; po wojnie włączył się aktywnie w budowanie zrębów ustroju socjalistycznego pracując w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, w cenzurze wojskowej, w wydawnictwie Ministerstwa Obrony Narodowej, jako konsul w Londynie. (zob. Gerhard Gnauck, Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata, przeł. Dominika Cieśla-Szymańska, Warszawa 2009). W 1958 r. opuścił Polskę i osiadł w RFN i zaczął używać nazwiska Reich-Ranicki).  W Polsce ukazał się zbiór jego artykułów o naszej literaturze zatytułowany Najpierw żyć, potem igrać. Szkice o literaturze polskiej (przeł. Elżbieta Herden, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2005). W kilku miejscach Reich-Ranicki porusza kwestie jej odbioru w RFN. Książki autorów polskich są przez „zachodnioniemieckie gazety chwalone, niekiedy nadmiernie”, niemieccy krytycy literaccy „często piszą przyjaźnie i z wyrozumiałością”. Reich-Ranicki pisze o „mdło-litościwych krytykach” i „grzecznościowych recenzjach”. Skąd brały się takie reakcje niemieckich krytyków literackich? Reich-Ranicki tak to tłumaczy: „Z jednym z tych kolegów rozmawiałem przypadkowo minionej jesieni. Czy pochwalona przez niego powieść rzeczywiście się mu podobała? Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział mi bez żenady – ale podczas wojny wyrządziliśmy Polakom wystarczająco dużo krzywd”. Innymi słowy odbiorem literatury polskiej w RFN rządzi według Reicha-Ranickiego „kompleks winy” (s. 195n).

Omawiając jego książkę Dariusz Nowacki (Nowacki, Niemcy chwalą, bo wypada? „Gazeta Wyborcza” 24.05.2005) polemizował z taką interpretacją, przyznając, że być może tak było w przeszłości, jednak dzisiaj taki pogląd się zdezaktualizował. Mnie natomiast bardziej zainteresowała sama argumentacja Reicha-Ranickiego, który w lipcu 1958 r osiadł we Frankfurcie nad Menem a już od sierpnia tego samego roku emigrant z komunistycznej Polski,   aktywny w oficjalnym życiu kulturalnym  zaczął pracę jako krytyk literacki w dziale kulturalnym czołowego, wówczas konserwatywnego, dziennika  „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. W 1960 r. przeszedł do czołowego   tygodnika „Die Zeit”. W 1973 r. powrócił do „FAZ” na stanowisko szefa działu literackiego, którym pozostawał do 1988 r. W okresie 1988 – 2001 prowadził popularny program Kwartet Literacki (Das Literarische Quartett) w programie drugim telewizji publicznej (ZDF); w latach 1976- 2012 otrzymał 22 nagrody kulturalne i literackie, 9 doktoratów honorowych, wysokie odznaczenia państwowe – Wielki Krzyż Zasługi i Wielki Krzyż Zasługi z Gwiazdą. Doprawdy, niezwykła kariera, wielce przyjazne traktowanie, zewsząd pochwały i zaszczyty. Ale może taryfa była ulgowa, pochwały nadmierne, komplementy grzecznościowe?

Wyobraźmy sobie taką scenę, siedzą dwaj redaktorzy z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, popijają piwo w knajpie, rozmawiają o tym i owym:

–Ty, Achim, naprawdę podoba ci się to, co ten Reich pisze?

–No coś ty, średni jest, ale, wiesz, podczas wojny wyrządziliśmy Żydom wystarczająco dużo krzywdy. Zrobimy go w ramach moralnych reparacji szefem działu literackiego”.

Może więc Niemcy chwalili Reicha-Ranickiego i otworzyli mu błyskawiczną ścieżkę kariery, „bo wypadało”? Może w jego przypadku także zadziałał „kompleks winy”? Czy też – by użyć sformułowania Nowackiego – „logika zadośćuczynienia”? Ale być może wcale tak nie było, gdyż inteligencji, pewnego talentu pisarskiego i miłości do literatury odmówić mu nie można. Nauka z tego płynie taka, że warto zastanowić się nad stosowaną argumentacją, by ktoś czasami nie użył jej w stosunku do nas samych.

*  *  *

Od mniej więcej 20 lat trwa w Niemczech kolejna faza „rozrachunku z przeszłością” lub jak kto woli, kolejny etap „denazyfikacji”, polegającej na zmienianiu nazw ulic, placów, budynków i innych obiektów oraz instytucji, jeśli w życiorysach ich patronów – niezależnie od zasług na polu nauki, kultury, techniki czy gospodarki – znajdują się jakieś „brunatne plamki”, czyli udział w oficjalnym życiu politycznym, kulturalnym, naukowym, gospodarczym Rzeszy Niemieckiej lat 1933-1945, lub też podejrzani są o wyznawanie niezgodnych z panującą obecnie ideologią poglądów, które, nawet jeśli propagowane były przed rokiem 1933, ba, przed wiekami (!) , można uznać za pokrewne lub prekursorskie wobec narodowego socjalizmu – rasizm, antysemityzm, militaryzm, gloryfikacja I wojny światowej itd. itp. Władze samorządowe w różnych miastach powołują „komisje historyczne”, których zadaniem jest „lustracja” patronów ulic i innych miejsc publicznych. Utworzono je m.in. w Offenburgu, Hanowerze, Hamburgu, Wiesbaden, Bremerhaven, Moguncji, Münster, Oldenburgu, Uelzen, Stuttgarcie, Fryburgu Bryzgowijskim. Dokonują one przeglądu miejskiego nazewnictwa pod kątem zgodności poglądów i działań historycznych patronów z „wartościami liberalno-demokratycznymi”, po czym wydają lokalnym władzom odpowiednie rekomendacje.

W 2020 r. gmina Wiesbaden powołała komisję, która po odpowiedniej weryfikacji zaleciła zmianę nazw 18 placów, ulic, szkół i innych instytucji, ponieważ zachowanie ich patronów w okresie narodowego socjalizmu pozostawiało, wedle niej,  wiele do życzenia, co mogłoby zaszkodzić prestiżowi miasta. Z mapy miasta mają zniknąć kompozytorzy Hans Pfitzner i Richard Strauss, jeden z najwybitniejszych chirurgów XX wieku Ernst Ferdinand Sauerbruch, przemysłowiec Wilhelm von Opel, malarz i grafik Friedrich Theodor Overbeck, księżniczka Prus Wiktoria Luiza (córka cesarza Wilhelma II Hohenzollerna i jego żony cesarzowej Augusty Wiktorii), ostatni następca tronu Wilhelm Hohenzollern. Komisja uznała, że patronem jednej ze szkół nie powinien być wybitny dramatopisarz, laureat Nagrody Nobla Gerhart Hauptmann. Działająca w latach 2012-2022 roku we Fryburgu Bryzgowijskim komisja historyczna w ciągu dziesięciu lat przebadała wszystkie ulice i place prześwietlając biografie polityczne i ideologiczne ich patronów. Na podstawie jej rekomendacji swoje ulice lub place utraciło 12 osób związanych z Fryburgiem m.in. anatom i antropolog Johann Alexander Ecker (1816-1887), , którego „prace służyły uzasadnieniu rasistowskich ideologii XX wieku” oraz członek Rady Miasta Johann Jacob Renner, posiadający swoją ulicę od 1888 roku, który do NSDAP wstąpić nie zdążył, ponieważ żył na przełomie XVI i XVII wieku, jednak stracił patronat z powodu swojej gorliwości w „polowaniu na czarownice” i „wrogiego nastawienia do kobiet”. Od 1981 r. do 2020 r. istniała we Fryburgu Martin-Heidegger-Weg – biegnąca pod lasem ścieżka, ulubiona trasa spacerów filozofa i profesora fryburskiego uniwersytetu. Niestety, ze względu na „rolę jaką odegrał jako pierwszy narodowosocjalistyczny rektor uniwersytetu i przy jego nazyfikacji”, ścieżka, po której spacerował rozmyślając o Bycie i Byciu przestała nosić jego imię.

Ze spisu ulic w Darmstadt zniknął w 2023 r. zwycięzca wojsk rosyjskich w bitwie pod Tannenbergiem a razem z nim siedem innych osób – Hans von der Au (teolog i etnolog), Gustav Brandis (inżynier i menedżer), Peter Grund (architekt i wykładowca akademicki), Christian Heinrich Kleukens (drukarz, typograf, nauczyciel), Richard Kuhn (chemik), Alarich Weiss (fizykochemik, nauczyciel akademicki), Walter Georgii (meteorolog, pionier szybownictwa). W Hamburgu przedstawiciele „społeczeństwa obywatelskiego” skrupulatnie wyliczyli, że w mieście nadal jest 110 ulic noszących nazwiska osób (podróżników, naukowców, ludzi kultury) mających związek z życiem społeczno-polityczno-kulturalnym lat 1933-1945. W 2024 r. Zielona Młodzież z Frankfurtu nad Menem zażądała usunięcia patronów ulic: Richarda Wagnera, Marcina Lutra, Richarda Straussa i Theodora Fontane. W Monachium stworzono listę 200 nazwisk, które jako „problematyczne” nie zasługują, by nadal być patronami ulic czy innych miejskich obiektów.

Akademik dla studentów katolickich w Stuttgarcie nosił od 1966 roku nazwę Karl-Adam-Haus. W 2010 r. władze diecezji Rottenburg-Stuttgart uznały jednak, że wybitny teolog Karl Adam (1876-1966), odznaczony w 1951 r. przez prezydenta Wielkim Federalnym Krzyżem Zasługi nie zasługuje – ze względu na brunatne „plamki” na życiorysie – aby nadal być patronem akademika. W rok później miasto Tybinga odebrała mu ulicę (Karl-Adam-Strasse), która jego imię nosiła od 1966 r. W 2020 r. ulice w Düsseldorfie i w Bad Kreuznach stracił Ferdynand Porsche. W 2008 r. klub piłkarski 1. FC Nürnberg postanowił trybuny klubowego stadionu nazwać nazwiskami swoich zasłużonych graczy m.in. obrońcy Andreasa Munkerta (1908-1982). Ponieważ Munkert grał w drużynie, która zdobyła puchar Niemiec (1935) i mistrzostwo Niemiec (1936) a ponadto był też ośmiokrotnym reprezentantem kraju, w pełni zasługiwał na to wyróżnienie. Niestety, okazało się, że był nie tylko członkiem NSDAP, ale także zaciągnął się na ochotnika do Wafffen-SS, toteż w lipcu 2024 r. odpowiednia tablica na trybunie czwartej została zdemontowana. Inny przykład aktualnego „rozrachunku z przeszłością” to usunięcie w 2023 r. w jednym z teatrów w Akwizgranie popiersia słynnego dyrygenta i członka NSDAP Herberta von Karajana.

Kiedy w 2008 r., pięć lat po śmierci Horsta Tapperta grającego przez lata główną rolę w popularnym serialu kryminalnym publicznej telewizji ZDF Derrick, znana stała się jego przynależność do Waffen-SS, kierownictwo telewizji  podjęło w 2016 r. decyzję, aby nie emitować już powtórek serialu z b. esesmanem w roli głównej. W 2018 r. „wymazano” Ernsta Moritza Arndta (1769-1860) jako patrona uniwersytetu w Greiswaldzie, ponieważ pewne jego wypowiedzi uznano za „niepoprawne politycznie”. Pieśń Das Herz von St. Pauli od dwudziestu lat była klubowym hymnem FC S.Pauli (Hamburg), jednak w lutym bieżącego roku kierownictwo klubu zdecydowało, że hymnem być przestanie. Powód: autor tekstu Josef Ollig był nie tylko reporterem wojennym, lecz także pilotował myśliwce. Władze klubu już wcześniej przeprowadziły akcję „denazyfikacyjną” pozbawiając w 1998 r. (po 28 latach), klubowy stadion patronatu Wilhelma Kocha (1900 –1969), wybitnego działacza sportowego, wieloletniego prezesa klubu. Powód oczywisty: należał do NSDAP.

W grudniu 2021 r. pełnomocnik władz Berlina ds. zwalczania antysemityzmu Samuel Salzborn przedstawił opracowanie, w którym poddano analizie nazwy ulic i placów w stolicy Niemiec. Autor powstałego na zlecenie władz Berlina i liczącego 340 stron dossier, politolog, niejaki Felix Sassmannshausen z Lipska (piszę „niejaki”, ponieważ oprócz publikowania w jakichś lewicowych pisemkach, niczym szczególnym się nie wyróżnił) przedstawił listę 290 ulic i placów, których patroni mogli wyrażać opinie antysemickie, podzielać antyżydowskie stereotypy lub tylko ‒ jak Konrad Adenauer ‒ bagatelizować odradzanie się antysemityzmu w RFN lat pięćdziesiątych. Autor opracowania w 101 przypadkach zalecił zmianę nazwy ulic i placów natychmiast albo też po przeprowadzeniu badań uzupełniających. Na jego liście znaleźli się m.in. Marcin Luter, Richard Wagner, Cosima Wagner, Jan Hus, Jan Kalwin, Filip Melanchton, Ulrich Zwingli, Johann Wolfgang Goethe, Immanuel Kant, Johann Gottfried Herder, Johann Gottlieb Fichte, Georg W. F. Hegel, Otto von Bismarck, Arthur Schopenhauer, bracia Grimm, Carl von Goerdeler, Erazm z Rotterdamu, Wolter, lord Byron, Pius XII (Pacellistrasse), August Strindberg, Jules Verne, Alfred Nobel (niechętne Żydom uwagi  wytropiono w jego listach), Jan Sibelius, Pierre de Coubertin, o. Maksymilian Kolbe, Olof Palme ( za zbyt krytyczny stosunek do syjonizmu i polityki Izraela na Bliskim Wschodzie) (pełna lista zob. https://www.iz.poznan.pl/publikacje/serwis/apel-o-zmiane-niektorych-patronow-berlinskich-ulic-i-placow).

Na czarnej liście znalazł się także Tomasz Mann, pisarz, którego podziwiał i czcił Reich-Ranicki: „Tomasz Mann wywarł na mnie takie wrażenie i tak wpłynął na mnie, a może nawet mnie ukształtował jak żaden inny pisarz niemiecki naszego stulecia”. ( Reich-Ranicki, Moje życie, przeł. Jan Koprowski i Michał Misiorny, Warszawa 2000, s.318) Autor Czarodziejskiej góry podpadł tow. Sassmannshausenowi zapewne dlatego, że ulegał stereotypowi „żydokomuny” – w dzienniku (zapis z 2 maja 1919 roku) zanotował: „Rozmawialiśmy też o typie rosyjskiego Żyda, przywódcy światowego ruchu, tej wybuchowej mieszance intelektualnego żydowskiego radykalizmu i słowiańskiego Chrystusowego marzycielstwa. Świat, który posiada jeszcze instynkt samozachowawczy, musi wystąpić przeciwko temu gatunkowi ludzi z wszelką możliwą do zmobilizowania energią i krótką procedurą sądów doraźnych”. Ślady antyżydowskich stereotypów i opinii niechętnych wobec mniejszości żydowskiej wytropił w twórczości literackiej Manna, w esejach, dziennikach, listach i nieopublikowanej spuściźnie profesor uniwersytetu w Bazylei, literaturoznawca Yahya Elsaghe. Jego orzeczenie brzmiało: „Mann z pewnością nie był wściekłym (rabiat) antysemitą, ale mieścił się w przeciętnej”. (zob. Thomas Anz, „Judenbengel”, „Judenmädchen”, „Entjudung der Justiz”. Zu einem neuen Antisemitismus-Streit um Thomas Mann, „Literaturkritik”, 2002 nr 2; https://literaturkritik.de/id/4658) Podobny sąd wyraził w rozmowie z tygodnikiem „Jüdische Allgemeine” aktor i reżyser teatralny Michael Degen, który bez ogródek stwierdził, że Mann „był antysemitą, nie lubił Żydów” (maj 2011, https://www.juedische-allgemeine.de/kultur/thomas-mann-war-ein-antisemit/). Czyżby Marceli Reich-Ranicki tego nie zauważył?

*  *  *

Reich-Ranicki opublikował w 1955 r. (pod nazwiskiem Marceli Ranicki – Ranicka nazywała się jego koleżanka z resortu, pracująca jako cenzorka i tłumaczka w wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Warszawie) utrzymaną w obowiązującym wówczas żargonie ideologicznym książkę Z dziejów literatury niemieckiej 1871-1954, w której Ernsta Jüngera zaliczył do „czołowych pisarzy faszystowskich”, którzy „zatruwają dusze czytelników trucizną szowinizmu i nienawiści”. W późniejszym czasie ten surowy werdykt przejawił się w nieco innej formie: „Lecz pozwalam sobie z całą skromnością, chociaż nie bez cichej satysfakcji zwrócić uwagę, że nie poświęciłem ani jednego artykułu sławnemu, często podziwianemu i nagradzanemu prozaikowi. Mam na myśli Ernsta Jüngera. Jego dzieło jest mi obce. Czułem się powołany do tego, aby o nim milczeć.” (Reich-Ranicki, Moje życie, s. 278).

Zamiast obrzucania polityczno-ideologicznymi inwektywami zastosował Reich-Ranicki metodę przemilczenia. Na nic więcej „faszystowski” pisarz nie zasługiwał. Jednak niezależnie od motywowanego politycznie wyroku, jaki na Jüngera wydał – jak go nazywano, może z odrobiną ironii – „papież literatury” (Literaturpapst), nie jest bezzasadne pytanie o ciągłość myśli i duchowej postawy autora Gier afrykańskich, któremu po 1945 r. przyszło żyć w warunkach reżimu demokratyczno-liberalnego, w nowym układzie polityczno-ideologicznych współrzędnych. I tak niemiecki badacz Horst Seferens postawił tezę, iż w swoim powojennym dziele Jünger, będący zarówno „człowiekiem przedwczorajszym”, jak i „człowiekiem pojutrzejszym”, wypracował wyrafinowaną technikę literackiego kamuflażu, która pozwoliła mu polityczno-strategiczne dyskursy i programowe refleksje roztopić i ukryć w skomplikowanym języku metafor i obrazów. Seferens dowodził, że po 1945 roku Jünger kontynuował swój projekt „konserwatywnej rewolucji” sprzed 1933 roku, ale w taki sposób, żeby nie naruszać tabu kultury politycznej Niemieckiej Republiki Federalnej, uważanej przezeń za „społeczeństwo fellachów od czasu do czasu dręczone moralnie przez demagogów”, za wypełnioną zgiełkiem liberalistycznych swarów partii i grup interesów wielką rupieciarnię zużytych idei i historycznego gruzu. Nie musiał zajmować zdecydowanego politycznego stanowiska, ponieważ, jak zapisał w dzienniku, „już nie polityka, ale fizyka jest naszym losem”; fizyka oczywiście w szerokim znaczeniu gigantycznego instrumentarium technologiczno-naukowego.

W podobnej, a nawet gorszej, sytuacji niż Jünger znalazł się inny „konserwatywny” czy raczej „narodowy rewolucjonista” Emil Cioran, który porzucił nie tylko mistyczny nacjonalizm Żelaznej Gwardii, ale nawet język rumuński, i został paryżaninem. Jednakże pozostał wierny sobie w tym sensie, że odrzucił nie tylko swoją, lecz wszystkie bez wyjątku „doktryny zbawienia”, wszystkie ideologiczne zaangażowania. Objął nienawiścią wszystko to, co „kochał” za młodu,  zachowując zarazem „nienawiść” do wszystkiego, co za młodu „nienawidził”. Pogrzebał swój „faszyzm” bez konieczności nawracania się na żadną demokratyczno-liberalną, lewicową, postępową wiarę. Dzięki temu „strategicznemu posunięciu” mógł  uratować  wewnętrzną integralność. Wejście w zachodni establishment akademicko-kulturalny udało się także towarzyszowi Ciorana z ruchu legionowego Mircei Eliademu. Także w jego przypadku można mówić, że nigdy do końca nie zerwał z „błędami młodości”, lecz w nowych warunkach kontynuował tamtą „rewoltę przeciwko nowoczesnemu światu”, oczywiście na wyższym, czy raczej głębszym, poziomie, co oczywiście nie umknęło uwadze czujnych „antyfaszystów”. Ta ciągłość manifestuje się w całej koncepcji religii rozwijanej przez Eliadego, koncepcji czysto „fenomenologicznej”, antymaterialistycznej, antymarksistowskiej, zakładającej całkowitą nieredukowalność fenomenów religijnych takich jak poczucie sacrum do warunków społecznych, wykluczającej istnienie socjopolitycznych i historycznych źródeł religii. Także inne jej składniki zidentyfikowano jako odpowiadające mistyczno-duchowemu, quasi-religijnemu wymiarowi ruchu legionowego. Okazuje się więc, że Eliade to był w rzeczywistości kryptometafizykiem, który swoją reakcyjną i „faszystowską” metafizykę ubrał w dyskurs naukowy. Jak powiadali starzy komuniści: raz „faszysta”, zawsze „faszysta”.

*  *  *

Wiele się obecnie mówi o – świetnie nam znanych dzięki bolywoodzkim filmom – Indiach, o ambicjach i dążeniach ich elity politycznej. Tak się złożyło, że w wędrówkach po Szpargalii znalazłem wycinek z tygodnika „Forum”, który przedrukował (1985 nr 27) za „Paris Match” rozmowę z Alainem Daniélou (1907-1994), francuskim muzykologiem, indologiem, tłumaczem, autorem ponad 30 książek o indyjskiej muzyce, religii i kulturze. Daniélou (pseudonim Shiva Sharan) 40 lat poświęcił studiowaniu historii, filozofii, świętych tekstów i muzyki indyjskiej, 15 lat spędził w świętym mieście Benares, był uczniem najsławniejszych braminów, wtajemniczonym w tajemne praktyki hinduizmu (zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Alain Daniélou; https://www.alaindanielou.org/). Oto garść jego obserwacji, anegdot i opinii:

–Mahatma Ghandi wymyślił koncepcję niestosowania przemocy i ta jego koncepcja przyczyniła się w rezultacie do jednej z największych rzezi w dziejach. Ghandi w bardzo młodym wieku został wysłany na naukę do Anglii, ukończył tam prawo i został adwokatem w Londynie. Wychowany podobnie jak Nehru, na ideach angielskiego romantycznego socjalizmu, niewiele rozumiał ze zhierarchizowanego świata hinduskiego, którego nienawidził i który starał się zniszczyć. Wypracował pewną idealistyczną koncepcję, zdolną porwać tłumy, ale utożsamiał tę koncepcją z samym sobą i swą ukrytą żądzą władzy.

–Ghandi wzbudzał we mnie wręcz odrazę.

–Kiedy Ghandi stanął na czele Kongresu zaaprobował brytyjski plan podziału Indii, który doprowadził do straszliwych rzezi. Rezultatem były miliony zabitych oraz fala uciekinierów, z których wielu zmarło z głodu i epidemii. Tymczasem ponad połowa muzułmanów nadal mieszka w Indiach, co świadczy o tym, że podział kraju nie był konieczny. Mimo to Ghandi wciąż powtarzał swą śpiewkę o niestosowaniu przemocy.

–Podobno to przywódca muzułmański Ali Jinnah doradził mu życie w ubóstwie jako środek na zdobycie popularności wśród mas hinduskich. Ghandi podróżował trzecią klasą, ale w specjalnie dla niego wyposażonym wagonie, który kosztował majątek. Podobnie wszystkie wioski, w których mieszkał rzekomo wśród pariasów, były specjalnie dla niego budowane, bądź też były to prawdziwe wioski, skąd wypędzono autentycznych niedotykalnych zastępując ich zaufanymi ludźmi.

–Nowi przywódcy Indii żyli w wyimaginowanym świecie idei dziewiętnastowiecznego romantycznego socjalizmu, uważali hinduizm, za coś zacofanego i archaicznego. Dlatego właśnie ortodoksyjni Hindusi, wszyscy ci bramini i ludzie wykształceni, wśród których żyłem w Benares, byli znacznie bardziej wrogo nastawieni do Kongresu niż do Anglików. Nie mieli nic przeciwko temu, żeby królowa angielska była zarazem królową Indii, pod warunkiem, że nie będzie się zbytnio wtrącała do ich życia społecznego i religijnego. Przerażał ich natomiast socjalizm Nehru i idee Ghandiego. Oto dlaczego, kiedy zginął Ghandi, w Benares zapanowała powszechna radość.

–Nie było żadnych powodów, żeby pozbywać się radżów. Prowincje rządzone przez radżów były jedynymi regionami Indii, gdzie wszystko funkcjonowało, jak należy, gdzie wszystko było nowoczesne, a jednocześnie zachowywano tradycje. Radżowie cieszyli się taką popularnością, że trzeba było wydać specjalną ustawę zakazującą wyboru byłych radżów do parlamentu. Po czym przysyłano na ich miejsce członków Partii Kongresowej, których nikt nie znał i którzy sami nie mieli pojęcia o prowincji, jaką przyszło im rządzić.

– System kastowy opiera się na zasadzie równowagi – stanowej, rasowej, kulturowej, zasadzie niemieszania się ze sobą, tak aby każdy mógł zachować własną kulturę, język i religię oraz zasadzie „podziału pracy”, czyli podziału zawodów.

–Niedotykalni to czyściciele kloak, grabarze, ludzie zajmujący się wyprawianiem skór, rzeźnicy; ponieważ tyfus, ospa, cholera występują tam w stanie endemicznym, ludzie ci muszą mieszkać poza granicami skupisk ludzkich i należy unikać z nimi bezpośredniego kontaktu. Ale ten, kto opuści środowisko niedotykalnych i nie wykonuje zajęcia zaliczanego do tej kategorii, staje się znowu dotykalnym.

– Prezes koncernu Bata, zaopatrujący w buty 750 milionów Hindusów jest milionerem a jednocześnie formalnie należy do kasty niedotykalnych, ponieważ ma do czynienia z wyrobami ze skóry.

–Zajmujący się kremacją zwłok w Benares należą do jednej z najniższych warstw społecznych a zarazem zaliczają się do najbogatszych ludzi w mieście.

–Kiedy jeden z przyjaciół i uczniów Ghandiego chciał się ożenić z bardzo piękną sprzątaczką, sądząc, że w ten sposób dokona wielkodusznego czynu, matka wybranki dumna ze swojej kasty rzuciła się na niego z miotłą krzycząc: „Moja córka nie wyjdzie za żadnego z tych przeklętych braminów”.

–Przekleństwo przewoźników nad Gangesem: „Bodajbyś w następnym wcieleniu był braminem”.

Pierwodruk: „Arcana” nr 181-182 (1-2/2025)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«
»