«

Zapiski manarchisty

O AMERYKAŃSKICH „ŻYDOFASZYSTACH”, CEZARZE DONALDZIE TRUMPIE, ŻELAZNYM  PRAWIE BIUROKRACJI, UPRAWIANIU FILOZOFII W CZASACH DYKTATURY I WOJNY, LIDZE MOCARSTWOWEGO ROZWOJU POLSKI  ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

06.24.26 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O AMERYKAŃSKICH „ŻYDOFASZYSTACH”, CEZARZE DONALDZIE TRUMPIE, ŻELAZNYM  PRAWIE BIUROKRACJI, UPRAWIANIU FILOZOFII W CZASACH DYKTATURY I WOJNY, LIDZE MOCARSTWOWEGO ROZWOJU POLSKI  ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

Europa nie jest dziedzictwem, lecz przyszłą misją. (Giorgio Locchi)

Guido Ceronetti dziwił się, jak to jest, że ciężarna kobieta czyta codzienną gazetę i od razu nie roni. Ponieważ kobietą, a już na pewno ciężarną, nigdy nie byłem i zostać nie zamierzam, więc nie muszę się takich tragicznych skutków lektury dzienników obawiać, dlatego od czasu do czasu biorę do ręki tę czy inną gazetę codzienną i zdarza mi się niekiedy coś interesującego, niezwykłego, a niekiedy kuriozalnego, znaleźć. I tak na przykład w „Magazynie Wyborczej” (31.X­. – 2.XI. 2025) natknąłem się na felieton Michała Rusinka Wyrywanie chwastów i napalm o poranku, a w nim na passus:

Pod koniec XIX wieku romantyczny poeta Friedrich Martin von Bodenstedt napisał wiersz, w którym znajduje się dwuwers: „Z tej samej gleby rosną wraz/zarówno kwiaty, jak i chwast”. Jest to zdanie z pozoru niewinne, które mogłoby się znaleźć w rymowanym poradniku ogrodnika. Jeśli jednak potraktujemy je metaforycznie – traci na niewinności. Dwuwers ten cytuje Victor Klemperer w swojej fundamentalnej książce o języku Trzeciej Rzeszy i tak go komentuje: „Ciągle powracam do tego samego wersu i do tej samej formuły […]: niemieckie korzenie nazizmu zowią się romantyzm”. „Wyrywanie chwastów”, czyli ludzi mogących zaszkodzić jakiejś ideologii, to jedna z metafor charakterystycznych dla Linguae Tertii Imperii.

Zaliczenie przez Rusinka Friedricha Bodenstedta (1819-1892) do „poetów romantycznych”, to jakieś kompletne nieporozumienie, bo też zgodnie z konwencjonalnym podziałem literatury niemieckiej na epoki jego twórczość przypadła na okres tzw. Realizmu (1848-1890). Oprócz poezji, pisał dramaty, szkice podróżne, tłumaczył Puszkina, Lermontowa, Turgieniewa, przełożył osiem dramatów i sonety Szekspira, fragmenty dramatów innych poetów elżbietańskich, ludowe pieśni ukraińskie (Die poetische Ukraine : eine Sammlung kleinrussischer Volkslieder, 1845), napisał historię narodów Kaukazu i ich walki o wolność przeciwko Rosji (Die Völker des Kaukasus und ihre Freiheitskämpfe gegen die Russen, 1848). W latach 1843–1845 przebywał w Tbilisi (wówczas Tyflis), gdzie lekcji języka azerskiego i perskiego udzielał mu poeta Mirza Szafí Wazech (Mirzə Şəfi Vazeh). W 1851 r. ogłosił przekład zbioru jego wierszy Die Lieder des Mirza-Schaffy. Przekład wpisał się doskonale w orientomanię tamtych czasów, odniósł ogromny sukces zarówno w Niemczech, jak i w całej Europie – został z niemieckiego przełożony na wiele języków. I to z tego tomu pochodzi dwuwers cytowany przez Michała Rusinka, czyli nie z końca, ale z połowy XIX wieku. Rusinek pomylił się, bagatela, o pół wieku, a autorem nie jest Bodenstedt, lecz azerbejdżański poeta Mirza Szafí Wazeh.

Sprawa autorstwa wierszy nie jest jednak do końca wyjaśniona, mianowicie w 1874 r. Bodenstedt, oświadczył, że owszem, czerpał inspirację z poezji azerbejdżańskiego poety, ale tak naprawdę wiersze są jego, Bodenstedta, autorstwa. Kwestia jest trudna do rozstrzygnięcia, ponieważ za życia Mirzy Szafí Wazeha, jak i potem żadne jego utwory nie ukazały się drukiem. Intensywne poszukiwania rękopisów nie dały satysfakcjonujących rezultatów, dopiero w drugiej połowie XX wieku w Instytucie Rękopisów w Tbilisi odkryto niewielki zbiór jego poezji, w sumie 214 wersów – pięć dwuwersów, dwie gazele i jeden poemat, jednakże tekstów oryginalnych mających służyć za podstawę tłumaczeń Bodenstedta nie odnaleziono. Nie ma zatem jednoznacznej odpowiedzi, kto jest autorem „pieśni”, zdania wśród specjalistów są podzielone. Większość uważa, że niektóre z nich są tłumaczeniami, inne jedynie adaptacjami lub utworami naśladującymi azerbejdżańskiego poetę. Tak czy inaczej umieszczenie przez Rusinka wiersza Mirzy Szafí Wazeha/Bodenstedta w kontekście „nazistowskiego wyrywania chwastów” jest doprawdy niesmaczne – na koniec jego swobodne (bez rymów) tłumaczenie:

Tam, gdzie siła chce się objawić,

Tam napotyka opór,

To, co złe szuka zwady z tym, co dobre,

Jeśli jest mała, ulegnie,

Jeśli jest duża,

Zwycięży podłość, nienawiść i zawiść.

Na tej samej glebie,

Rośnie i kwiat, i chwast,

Chwast się pleni,

Jednak nie odbierze pięknemu kwiatowi niczego,

Z jego splendoru, zapachu i blasku.

                                                 *  *  *

Czego to człowiek się nie dowiaduje z demokratyczno-postępowych tygodników, a dokładniej od prof. Michała Bilewicza, psychologa społecznego, kierownika Centrum Badań nad Uprzedzeniami (CBU), który w rozmowie z Jakubem Majmurkiem („Newsweek Polska” 2025 nr 31) stawia tezę mogącą czytelnika wprawić w osłupienie połączone z głębokim dysonansem poznawczym: „Trump opiera się na zamożnych konserwatywnych żydowskich darczyńcach”. Co takiego? Żydzi wspierają faszystę Trumpa? O tym, że jest faszystą zaświadczają: Timothy Snyder („Trump and Vance are running a fascist campaign”, Snyder, Trump’s Hitlerian Month, 29 IX, 2024; https://snyder.substack.com/p/trumps-hitlerian-month), Anne Applebaum, która w styczniu 2026 r. w rozmowie z włoskim dziennikiem „La Repubblica” stwierdziła, że jej zdaniem pojęcie „faszyzmu” właściwie opisuje obecną sytuację polityczną w USA (https://dorzeczy.pl/opinie/838406/zona-sikorskiego-uderza-w-administracje-trumpa.html) oraz Robert Kagan – „w USA mamy do czynienia z faszyzmem”. (https://www.dw.com/pl/amerykanski-politolog-nato-juz-nie-istnieje/a-75855241)

Oskarżanie przez prof. Bilewicza Żydów o popieranie faszystowskiego lidera świadczy ewidentnie o jego antyżydowskich uprzedzeniach. Czy w związku z tym jest on jako kierownik CBU właściwym człowiekiem na właściwym miejscu? Być może jest, ale pod warunkiem, że badaniom poddaje własną osobowość, jak również osobowość koleżanek i kolegów z mediów demokratyczno-postępowych typu „Newsweek” i „Polityka” , wypisujących różne dziwne rzeczy na temat Stephena Millera: „cień Donalda Trumpa”, „osoba numer dwa w Białym Domu”, „jeden z najbardziej wpływowych doradców Trumpa za zamkniętymi drzwiami opracowujący najsurowsze rozwiązania administracji” „brutalny czyściciel”, „naczelny ideolog trumpizmu”, „najniebezpieczniejsze narzędzie prezydenta”, „architekt nacjonalistycznego programu prezydenta, może stać się najgroźniejszą postacią najbliższych lat”, „biały nacjonalista”, „biały suprematysta realizujący plan uczynienia z Ameryki kraju ludzi białych”.

I tym polityczno-ideologicznym złoczyńcą ma być– według demokratyczno-postępowych gazeciarzy – człowiek, którego żydowscy przodkowie pochodzili z Antopola (kiedyś województwo poleskie, powiat kobryński, obecnie Białoruś), który uczęszczał do żydowskiej Beth Shir Shalom Religious School w Santa Monica! Wypisz, wymaluj „żydofaszysta”!

Tomasz Zalewski (Zalewski, Stara melodia, „Polityka” 2026 nr 3) informuje, zapewne przecierających oczy ze zdumienia, czytelników, że Miller to „mózg Trumpa”, „człowiek sterujący jego intelektem”. Żyd „mózgiem prezydenta”? Żyd „steruje intelektem prezydenta”? Najgorsze antyżydowskie stereotypy powielane w demokratyczno-postępowym czasopiśmie, reprezentującym bądź co bądź dawny główny nurt! O tempora, o mores!

                                      *  *  *

W kontekście, przytoczonych wyżej , opinii na temat  Stephena Millera pozwolę sobie przypomnieć mój tekst opublikowany lata temu w Stańczyku” (nr 38/39, 2003), utrzymany w stylu political fiction a pomieszczony w rozszerzonej wersji w nowym wydaniu Gier imperialnych (Kraków 2025). Zawierał on „przepowiednię”, że nie kto inny jak grupa prawicowych amerykańskich Żydów przejmie władzę i w ostatniej chwili zatrzyma staczanie się Stanów Zjednoczonych w społeczny, gospodarczy i moralny chaos, w jaki pchali ją rządzący krajem imigracjoniści, wielokulturowcy, socliberałowie i inne tego rodzaju indywidua. W mojej wersji historii kontrrewolucyjna, czy raczej konserwatywno-rewolucyjna akcja żydowskiej prawicy kończy się pełnym sukcesem, udaje jej się odwrócić rozkładowe tendencje niszczące Amerykę i zainicjować jej moralno-kulturalne odrodzenie, natomiast nie ma pewności, czy powiedzie się ona Millerowi, „konserwatywnym żydowskim darczyńcom” i ich sojusznikom, czyli chrześcijańskim syjonistom, których można określić – używając terminu ukutego przez, cytowaną w poprzednich Zapiskach, znaną feministkę Judith Butler – mianem „honorowych Żydów”. Termin ten odnieść zresztą można także do faszysty Trumpa, manifestującego na każdym kroku przeogromną życzliwość wobec narodu żydowskiego, zwłaszcza wobec tej części diaspory żydowskiej, która zamieszkuje państwo Izrael. Ale zarazem Trump wie, że – użyjmy tu znanej terminologii Witolda Jedlickiego – po jego stronie stać muszą zarówno „Żydy”, jak i „Chamy” z ruchu MAGA. Nie należy zatem się dziwić, że bywa niekonsekwentny, że lawiruje i kluczy.

                                                        *  *  *

Wiele lat temu Amaury de Riencourt w książce The Coming Caesars (1957) dowodził, że USA idą drogę wiodącą od republiki przez system oligarchiczny do imperialnego cezaryzmu. Jego zdaniem Stany Zjednoczone jako imperium światowe nie mogą być rządzone przez republikańskie instytucje i w warunkach masowej demokracji muszą ewoluować w kierunku systemu autorytarnego. Kilkanaście lat później Arthur M. Schlesinger Jr. w The Imperial Presidency (1973) przedstawił proces przechwytywania przez prezydenta coraz większego zakresu władzy, gdy chodzi o fundamentalne kwestie wojny i pokoju. Prezydent Trump już jawnie, bez demokratyczno-liberalnej maski, uosabia tę ewolucję systemu ku cezaryzmowi. Wprawdzie wrogowie drwią zeń mówiąc o nim jako o cezarze w stylu hollywoodzkim czy też cezarze z „Reality TV”, ale z pewnością oniemieliby z wrażenia, gdyby – pachnącą nadmiernym „liberalnym” indywidualizmem (liczy się wyłącznie autonomiczne „ja”), pozbawioną nawet delikatnego pogłosu cezariańskiego pluralis maiestatis – deklarację złożoną w gazecie codziennej „New York Times”, że granice jego globalnych uprawnień, wyznaczają jedynie jego własna moralność i własny umysł, zrównoważył wrzucając na Truth Social iście cezariańsko–imperialny wpis w postaci, nieco skróconego i zmienionego pod względem gramatycznym (z trzeciej osoby na pierwszą) przez Stephena Millera, fragmentu książki Helmutha Plessnera Granice wspólnoty. Krytyka radykalizmu społecznego (przeł. Jarosław Merecki, Warszawa 2008, s.157, I. oryg. wydanie Bonn 1924):

Donald J. Trump

@realDonaldTrumpTRUTH.

W powiedzeniu, że jesteśmy odpowiedzialni przed Bogiem i historią, tkwi głęboka prawda. Nie tyle dlatego, że od mojej decyzji zależy powodzenie i nieszczęście niezliczonej liczby ludzi, lecz raczej dlatego, że nie ma nade mną żadnej instancji, do której mógłbym się zwrócić z pytaniem. Dlatego każdy krok oznacza dla nas ryzyko, próbę, wdanie się w przerażającą grę, w której żadna wieczność nie zwróci nam tego, co w tej chwili przesądziliśmy. Zobowiązany wobec kairos, właściwej chwili, w eksplozywnej mocy moich chwil pozostaję nieporównywalnie osamotniony, ograniczony we władzy co do skutków oddziaływania, ale nie co do możliwości jej użycia. Tylko ostateczny, dobrowolny akt związania się z Boską misją, odpowiedzialności przed Absolutem, z którym bezpośrednio graniczę, daje nam wewnętrzną pewność i dyscyplinę, gdy postulaty taktyki i strategii wymagają od nas rzeczy ostatecznej, zniszczenia wroga.

MAKE AMERICA GREAT AGAIN! President DONALD J. TRUMP

6.73k ReTruths

27.3k Likes

Feb 12, 2026, 4:58 PM

                                                         *  *  *

Prezydent Donald Trump oświadczył prosto z mostu : „Nie potrzebuję prawa międzynarodowego” (o wiele lepiej brzmiałoby to w wersji „My, prezydent Stanów Zjednoczonych, nie potrzebujemy prawa międzynarodowego”). Jak należy rozumieć te słowa? Tak oto, że na aktualnym etapie rozwoju amerykańskiego imperium światowego kierownictwo polityczne USA uznało, iż nie potrzebuje obowiązującego obecnie prawa międzynarodowego, które służyło do tej pory jego mocarstwowym interesom, czyli tego prawa międzynarodowego, jakie zapanowało po erozji w latach 1890-1918 klasycznego prawa międzynarodowego ius publicum Europaeum – proces ten zrekonstruował i przeanalizował w swoim fundamentalnym dziele Carl Schmitt (zob. Schmitt, Nomos ziemi w prawie międzynarodowym ius publicum Europaeum, przeł. Kinga Wudarska, Warszawa 2019).

Najważniejszymi składnikami tego klasycznego prawa międzynarodowego były m.in.: jasne rozróżnienie między wojną a pokojem, uznanie wojny za legalny i prawowity środek rozwiązywania konfliktów pomiędzy suwerennymi państwami (dlatego Ministerstwo Wojny było kiedyś powszechnie stosowaną nazwą), za obustronnie usprawiedliwiony i wynikający z suwerenności państwowej pojedynek stron równorzędnych pod względem moralnym, wobec którego inni mają prawo do neutralności.

Po II wojnie światowej ius publicum Europaeum uległo ostatecznemu rozpadowi i zostało zastąpione nowym prawem międzynarodowym definiowanym i interpretowanym przez amerykańskie mocarstwa światowe. Ponieważ kierownictwo polityczne Stanów Zjednoczonych zdaje sobie sprawę, że przestało ono służyć ich mocarstwowym interesom, a nawet może być wykorzystywane przeciwko nim, porzuca je, ale nie po to, by powrócić do dawnego prawa międzynarodowego, ale żeby suwerennie i elastycznie, zależnie od sytuacji (geo)politycznej wybierać sobie te składniki, które uzna za korzystne dla siebie – wybierać zarówno z tego, które obowiązywało do tej pory, jak i z klasycznego prawa międzynarodowego np. uznanie wojny za prawowity sposób realizacji celów suwerennego państwa czy też usankcjonowanie prawa podboju (right of conquest).

                                                                 *  *  *

Wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa w latach 2019–2024 Josep Borrell zdradził w mowie wygłoszonej na uniwersytecie w Oxfordzie arkana swojego rzemiosła, wyznając, że „dyplomacja jest sztuką zarządzania podwójnymi standardami”. Wspomniany wyżej Stephen Miller w żadne podwójne standardy się nie bawił, dyplomatyczną „zorganizowaną hipokryzję” kompletnie zlekceważył pozwalając sobie na pełną szczerość w rozmowie z Jake`m Tapperem w telewizji CNN: „Żyjemy w świecie, w realnym świecie, Jake, którym rządzi siła, którym rządzi potęga, którym rządzi władza. To są żelazne prawa świata od zarania dziejów”.

Miller wypowiedział oczywistą prawdę, jednakże taki rozbrajający cynizm polityczny prezentowany w telewizji przez człowieka ze szczytów władzy demokratycznego państwa, to z pewnością śmiały eksperyment psychologiczno-polityczny, którego dopiero konkretne wyniki pokażą, czy w warunkach nowoczesnej masowej demokracji, w której mocarstwowa polityka serwowana jest szerokim masom zawsze jako walka („naszego”) Dobra z („ich”) Złem, ponieważ tylko w takich kategoriach są one zdolne ją postrzegać, interpretować i akceptować, mocarstwo może obyć się bez moralistycznych frazesów legitymizujących jego politykę siły. Czy Ministerstwo Wojny będzie prowadzić zwyczajne wojny, czy jednak „wojny o pokój”? A może nawet wojnę o „wieczny pokój” – oby tylko nie była to perpetual war for perpetual peace (Charles Austin Beard).

                                                     *  *  *

Odnoszę nieodparte wrażenie, że cezar Trump ma niezłą uciechę obwołując się Prezydentem Pokoju, każąc przyznać sobie Pokojową Nagrodę Nobla, powołując do życia operetkowe instytucje typu Rada Pokoju, przemianowując Instytut Pokoju USA na Instytut Pokoju USA im. Donalda Trumpa. Nie zdziwiłbym się, gdyby Ministerstwo Wojny, którym zastąpił Ministerstwo Obrony, przechrzcił – ot tak, dla żartu – na Ministerstwo Pokoju.

                                                       *  *  *

Jak daleko sięgnę pamięcią w przeszłość Trzeciej RP, stale się dyskutowało o apolitycznej służbie cywilnej, o urzędnikach-państwowcach, o niezależnych bezpartyjnych fachowcach w administracji państwowej itd. itp. Osiągnięcie takiego urzędniczego ideału nie jest łatwe, ale od czego literatura, dostarczająca pewnych wskazówek w tym względzie:

Dodać muszę, że wiadomości ostatnich dni życia politycznego były – dla mnie — deprymujące, a całkiem ostatnie – katastrofalne.

Nie rozmawiałem o tem z nikim, ponieważ mój naczelny szef, pan dyrektor, względnie naczelnik poczty oświadczył nam, gdy się tylko te zamieszki rozpoczęły:

–panowie, cicho, sza, mordy na guzik, ani pary z ust, ani mru-mru – niech sobie tam na górze łby pourywają – my tu na dole musimy żyć – jaki będzie ukaz urzędowy, to my tak – urzędnikowi nie wolno mieć żadnych przekonań prócz wyłuszczonych w obwieszczeniach, to sobie zapamiętajcie, – ten kto nam płaci, ma prawo wymagać od nas, co sobie żywnie ubrda – tego by tylko brakowało, żebyśmy szerzyli zamęt, mało go to na najwyższych szczeblach – tak, panowie a teraz do okienek –

(Emil Zegadłowicz, Martwe morze. Pamiętnik Jana w Oleju Zydla, Warszawa 1939, s.87n)

                                                     *  *  *

W swoich wspomnieniach Teraźniejszy przeszły, przeszły teraźniejszy (przeł. Anastazja Dwulit, Warszawa 2028) Eugéne Ionesco wspomina swojego ojca Eugena N. Ionescu (1881-1948), który zaraz po studiach prawniczych rozpoczął karierę w administracji państwowej. W wieku 29 lat został sekretarzem prefektury policji w Slatinie, następnie w 1917 r. inspektorem w bukaresztańskiej policji. Kiedy w 1918 r. Rumunią zaczął rządzić generał Alexandru Averescu, został członkiem stronnictwa generała i jednym z jego wiernych zwolenników. Kiedy rządy objęła Partia Narodowo-Chłopska, porzucił generała i wstąpił w jej szeregi. Po przejęciu, na krótko, władzy przez Żelazną Gwardię, opowiedział się po jej stronie. Potem gwardzistów odpędził od władzy gen. Antonescu, i nasz prawnik natychmiast nabrał przekonania o słuszności jego poczynań, przeto potępił „zbrodniczych anarchistów z Żelaznej Gwardii” i dalej służył państwu, teraz u boku generała aż do chwili, kiedy Armia Czerwona zajęła Rumunię. Do władzy doszli komuniści i wyrzucili wszystkich z bukareszteńskiej palestry z wyjątkiem pięciu; wśród „oszczędzonych” znalazł się pan Ionescu który znowu spadł na cztery łapy, i przez dwa lata, do śmierci, zdążył jeszcze posłużyć nowej władzy.

Ionesco uważał, że ojciec nie był zwykłym oportunistą, po prostu zawsze wierzył aktualnie rządzącym, szanował każdą władzę, zawsze stał po stronie aktualnej państwowej ortodoksji. Dla niego „prawda mieściła się w Dzienniku Urzędowym”. Można powiedzieć, że najpełniej wyrażał platońską ideę „państwowca”.

                                                    *  *  *

Z pewnej promocji doktorskiej. […] „Kto jest doskonałym człowiekiem?” Urzędnik państwowy. — „Która filozofia podaje najwyższą formułę urzędnika państwowego?” — Filozofia Kanta: urzędnik państwowy jako rzecz w sobie, ustanowiona sędzią nad urzędnikiem państwowym jako zjawiskiem. (Fryderyk Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, czyli jak się filozofuje młotem, przeł. Grzegorz Sowinski)

                                                          *  *  *

Słynny niemiecki „rewolucjonista” Rudi Dutschke swoim zwolennikom zalecił, żeby zamiast rzucać kamieniami i budować barykady, zostali urzędnikami. Na nieszczęście dla Niemiec i całej Europy posłuchali go. Na nieszczęście, ponieważ nawet siedząc na urzędowych posadach pozostali wierni swoim „rewolucyjnym” ideałom.

                                                             *  *  *

Jako zapalony miłośnik historii alternatywnych (niezbędnych także przy pisaniu tzw. historii faktycznych) zastanawiałem się niedawno, jak potoczyłyby się losy naszego narodu, gdyby w 1995 r. wybory prezydenckie wygrał Kazimierz Piotrowicz, właściciel firmy produkującej lecznicze wkładki do butów według własnego projektu, będące stymulatorami energii znacząco poprawiającymi kondycję zdrowotną. Niestety, otrzymał tylko 12,5 tys. głosów (0,07%). Kolejna szansa na rzeczywiste, głębokie zmiany w naszym kraju pojawiła się ponownie w trakcie wyborów prezydenckich w 2005 r. Niestety, tym razem Kazimierz Piotrowicz nie zebrał wymaganej liczby podpisów, toteż przepadła możliwość zaopatrzenia każdego Polaka i każdej Polki w bioenergo-elektro-magneto-fotono-termodynamiczny materac. Ten wynalazek niedoszłego prezydenta mógłby stać się – jak mówi się we współczesnym języku anglopolskim – prawdziwym game changerem, ponieważ spanie na nim ułatwiało i przyspieszało przepływ informacji międzykomórkowej, także, jak wolno przypuszczać, między szarymi komórkami. Trudno nawet sobie wyobrazić rozkwit naszego kraju we wszystkich dziedzinach, gdybyśmy się wszyscy do woli wysypiali na materacu Piotrowicza.

                                                         *  *  *

Jakiś czas temu („Arcana” nr 185) przypomniałem Żelazne Prawo Oligarchii Roberta Michelsa, stanowiące zapewne inspirację dla Jerry E. Pournelle`a (1933-2017), który sformułował Żelazne Prawo Biurokracji; mówi ono, że w każdej biurokratycznej organizacji można znaleźć dwa rodzaje ludzi: tych, którzy pracują na rzecz faktycznych celów organizacji, oraz drugich, którzy zainteresowani są samą organizacją i jej „dobrem”. Ta druga grupa uzyskuje z czasem przewagę i przejmuje kontrolę nad organizacją – pisze reguły, regulaminy i statuty, zaczyna określać zasady jej działania, kontroluje przepływ pieniędzy, awanse wewnątrz organizacji itd. Pierwsza grupa stopniowo traci wpływ na organizację , a czasami zanika całkowicie.

Jednakże Żelazne Prawo Biurokracji Pournelle`a wymaga pewnego uzupełnienia, ponieważ odnosi się, jak sama nazwa wskazuje, do biurokracji właśnie , której istnienie i funkcjonowanie jest niezależne od tych, którymi zarządza, ponieważ ściąga od nich zasoby w postaci podatków, nie zważając na to, czy im się to podoba, czy nie. W takiej strukturze nietrudno jest zdobyć przewagę nad „idealistami” menedżerom, technikom władzy, manipulatorom, aparatczykom, pragmatykom, administratorom, funkcjonariuszom, organizatorom. Rzecz prosta, ten proces, jak to pokazał Michels, zachodzi także w związkach zawodowych, partiach, ugrupowaniach, ruchach politycznych czy stowarzyszeniach utrzymujących się z dobrowolnych składek czy datków. W nich również wytwarza się oligarchia, która dyscyplinuje, ujednolica, nadaje polityczno-organizacyjną formę niezorganizowanej zbiorowości. Jednakże, ponieważ nie ma do dyspozycji aparatu ściągającego siłą „haracz”, jej egzystencja zależna jest od charyzmatycznych, ideowych przywódców, od autentycznie oddanych „Sprawie”, poświęcających jej swój czas i pieniądze, działaczy i członków. Bez nich niczego nie osiągnie. Najpierw muszą pojawić się zapaleńcy, ludzie twórczy, zdolni do formułowania atrakcyjnych idei, dysponujący talentami retorycznymi, charyzmatyczni „kaznodzieje”, „guru”, „mistycy”, ludzie wywierający intelektualno-duchowy wpływ, potrafiący nie siłą, a perswazją nakłonić innych, aby dobrowolnie przekazali część swoich zasobów na cele, które oni wyznaczają i pragną realizować. Ktoś mógłby w tym miejscu słusznie zauważyć, że wśród nich są też ludzie posługujący się demagogią, psychologicznymi trikami i manipulacjami, składający fałszywe obietnice, wykorzystujący ludzką naiwność itd. Jednakże fakt ten nie zaprzecza podstawowej, odwiecznej prawdzie: siły duchowe pierwotne są wobec sił materialnych – tylko dzięki tym pierwszym mogą zaistnieć te drugie.

                                               *  *  *

Propaganda to sztuka sfotografowania diabła z dwiema zdrowymi stopami.

Puste umysły łakną hałasu.

Zasady można postawić jako drogowskazy. Albo jako szubienice.

Przemyślany plan ataku zawiera możliwość odwrotu.

Głośniki wzmacniają głos, ale nie argumenty.

Mówi się albo do ludu, albo do rzeczy.

Dyplomata skarżący się na intrygi, uskarża się na swoje rzemiosło.

Kiedy głodny mówi o wolności, ma na myśli chleb

Mądrość lisa często się przecenia, ponieważ jako zasługę poczytuje mu się także głupotę kur.

Ukradnij wielbłąda, to cię powieszą. Ukradnij stado, będą z tobą negocjować.

W szermierce każde trafienie spełnia dwa warunki: pchnięcie, które jeden wyprowadza, i obrona, którą ten drugi zaniedbał.

Klęską wielkich są ich potomkowie.

Wiecznie oryginalni są śmiertelnymi wrogami oryginalności.

Obnosić się ze szczerością oznacza nią frymarczyć.

(Hans Kasper, zm. 1990 – literacki pseudonim Dietricha Hubera, niemieckiego pisarza i autora słuchowisk, długoletniego współpracownika gazety codziennej „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, w której zamieszczał aforyzmy i drobne wiersze).

*  *  *

Jakiś czas temu media doniosły, że król Niderlandów Wilhelm-Aleksander powołał niezależną komisję do oceny udziału monarchii w procederze handlu niewolnikami. W czasie wizyty w Indonezji król przeprosił za brutalną politykę Holandii w latach 1945-1949, kiedy miejscowe elity postanowiły urzeczywistnić swoje niepodległościowe aspiracje. Inny król, Karol III wyraził żal za rolę brytyjskich władz kolonialnych na Jamajce i w Afryce. Cóż za tragedia narodów, gdy na tronie zasiadają, nie, nie błazny, ale trefnisie, z tych, co to fikają kozły dla uciechy publiczności. Dziadowie tych „postkolonialnych” klaunów wyświadczyliby swoim narodom ogromną przysługę, gdyby sto lat temu abdykowali przerywając raz na zawsze linię dynastii – pozostałaby przynajmniej legenda monarchii.

                                                           *  *  *

W opublikowanym kilkanaście lat temu artykule Antydemokratyczny program minimum (http://www.legitymizm.org/antydemokratyczny-program-minimum), Jacek Bartyzel przypomniał pomysł „zimnego i cynicznego realisty ze szkoły makiawelskiej” Scipione Di Castro (1521–1583), który swoje doświadczenia polityczne zawarł w Przestrogach (Avvertimenti) spisanych ok. 1577 r., lecz wydanych dopiero w roku 1601, jako druga część większego dzieła zatytułowanego Skarb polityczny (Tesoro politicó). Włoski reformator parlamentaryzmu radził m.in., by parlament zwoływać wyłącznie w zimie w miejscach dzikich i niedostępnych. Idąc za jego radą Bartyzel zaproponował, aby siedzibą Parlamentu Europejskiego był najbardziej wysunięty na północ kraniec Europy – cypel Knivskjellodden w Norwegii, a sesje winny odbywać się tam wyłącznie pomiędzy listopadem a majem, kiedy jest najzimniej i prawie cały czas ciemno.

Pomysł doprawdy znakomity, ale czy nadal aktualny dzisiaj, kiedy posłowie mogą po prostu „pójść na zdalniaka”, aby, siedząc sobie wygodnie w domach, z takim samym patosem co „na żywo” wygłaszać pozbawione treści przemówienia i przekrzykiwać się wzajemnie ? Być może jakimś sposobem na uratowanie europarlamentaryzmu byłaby realizacja postulatu japonisty Bruno Gollnischa, żeby obrady Parlamentu Europejskiego odbywały się po łacinie. W czerwcu 2015 r. złożył on nawet projekt odpowiedniej rezolucji w tej sprawie, niestety, szowinistyczni „antyłacinnicy” z unijnej Schwatzbude nie dopuścili do tej językowej reformy, której dobroczynne skutki wyborcy odczuliby bardzo szybko. Niestety, nieznającym łaciny z pomocą przyszłaby technologia: poseł gadałby do mikrofonu po swojemu a automatyczny, maszynowy translator tłumaczył jego mętne wywody na klarowny tekst po łacinie, który – dzięki tej samej technologii z użyciem SI – posłowie słyszeliby w słuchawkach w swoim ojczystym języku; oczywiście, teraz byłby tak samo mętny jak ten pierwotny. Zatem żeby reforma Gollnischa przyniosła rzeczywiście dobroczynne skutki musiałaby polegać na jednoczesnej latynizacji i „de(lu)cyf(e)ryzacji” Parlamentu Europejskiego.

                                                              *  *  *

Obywatele innego świata, nie czytajcie gazet,

nie tylko dlatego, że gazety kłamią tak,

że nie warto porównywać ich kłamstw.

Nie czytajcie gazet dla zabicia czasu,

bo to czas niespostrzeżenie was zabija,

skraca wasze życie dając w zamian ochłapy

urojonego życia innych ludzi.

(Ryszard Krynicki, Obywatele innego świata, z tomu Organizm zbiorowy, Kraków 1975)

                                                            *  *  *

Jako stypendysta Fundacji Humboldta Emil Cioran przybył pod koniec 1933 roku do Berlina, gdzie na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma słuchał m.in. wykładów Ludwiga Klagesa – właśnie ukazał się ostatni tom głównego dzieła tego filozofa Duch jako antagonista duszy ( Der Geist als Widersacher der Seele, 3 tomy, 1929-1933). Witalistyczne i biocentryczne koncepcje Klagesa wywarły głęboki wpływ na Ciorana i jego twórczość. W liście do Eliadego wysłanym z Berlina Cioran pisał, że poza Klagesem jednym filozofem , u którego mógłby pracować jest Nicolai Hartmann, „nadzwyczajny jako umysł analityczny, ale który wymaga znajomości greki” (nie mylić z filozofem Janem Hartmanem z UJ). Hartmann (1882–1950) profesor filozofii teoretycznej, przedstawiciel tzw. realizmu krytycznego wykładający od 1931 r. w Berlinie, wysoko ceniony przez Józefa Marię Bocheńskiego, był typem „oddalonego od życia” (tzn. skupiającego się na swoim życiowym powołaniu), akademickiego filozofa. Tak „oddalonego”, że – jak wspominali jego słuchacze – nawet po ciężkich bombardowaniach Berlina w nienagannym, ciemnym surducie zjawiał się w sali wykładowej, występował przed swoje audytorium, w przeważającej mierze kobiece, i zaczynał wykładać o metafizyce, etyce, filozofii natury, antropologii filozoficznej i o innych istotnych problemach.

W okresie rządów NSDAP, także w czasie wojny, na ćwiczeniach i seminariach Hartmanna, omawiano bardzo ważne kwestie teoretyczne: prawda i błąd, presokratycy (na podstawie greckich oryginałów), Platon, Parmenides i sofiści, interpretacja Państwa Platona (na podstawie greckiego oryginału), Krytyka władzy sądzenia Kanta oraz jego teoria poznania i transcedentalna dialektyka, Etyka nikomachejska i De anima Arystotelesa (oczywiście na podstawie greckich tekstów), istota przeżycia, filozofia historii, roszczenie literatury do prawdy, zmienność pojęć, wola.

Oprócz zajęć na uniwersytecie Hartmann prowadził w swoim domu co tydzień lub co dwa tygodnie, „kółko filozoficzne”, swego rodzaju nieformalne seminarium podyplomowe. Przez cały semestr dyskutowano na nim jakiś wybrany temat, np. w semestrze letnim 1939 roku debatowano o świadomości wartości w czynach ludzkich, w których wartość się objawia, natomiast w semestrze zimowym 1939/1940 zastanawiano się, czym są wartości estetyczne i jak należy rozumieć piękno jako najogólniejszą wartość estetyczną. Z protokołów ( sporządzano je z każdego spotkania) wynika, że bardzo aktywny udział w dyskusji brały damy: pani Homann, panna Pape, panna Bosse, pani Kogon i panna von Bredow. Na jednym z posiedzeń – dwa miesiące przed ofensywą zachodnią armii niemieckiej – rozgorzał spór pomiędzy panią Homann i panną Bosse, czy tragiczność jest czymś specyficznie estetycznym, czy też nie; pani Homann stała na stanowisku, że tak, natomiast panna Bosse, że nie. Latem 1942 roku, kiedy zaczynała się ofensywa w celu zdobycia Stalingradu, w hartmannowskim kręgu deliberowano o formach bycia ducha i duszy. Wszyscy uczestnicy obrad „kółka filozoficznego” wspominają, że dyskusje, albo lepiej – dialogi – miały zawsze rzeczowy charakter, cechowały je dystans, powściągliwość, a nie emfatyczne zaangażowanie. I to w czasach „totalnej mobilizacji”!

                                                 *  *  *

Fryderyk Nietzsche radził: „Odgródź się od dnia dzisiejszego skórą grubą przynajmniej na trzy stulecia! A krzyk dzisiejszy, zgiełk wojen i rewolucji niech do ciebie dociera pomrukiem”. (Radosna wiedza, przeł. M. Łukasiewicz). U Mieczysława Jastruna czytamy, że w 1869 r. Stefan Mallarmé rozpoczął pisać prozą baśń metafizyczną Igitur albo szaleństwo Elbehnona: „W swym wyobcowaniu, w odepchnięciu zaszedł najdalej. Za oknem jego alchemicznej pracowni rozgrywały się wypadki historyczne pełne grozy, krwi i nieszczęść. Ważyły się losy Francji deptanej przez Prusaków. On wiedział tylko to jedno, że treść zbyt wyrazista przekreśliłaby jego sztukę. Zdawałoby się, że z całego świata pozostało mu tylko słowo, to, które było na początku, to, które – ono tylko – ma moc stwórczą”. ( Jastrun, Walka o słowo, Warszawa 1973, s.166)

Miałbym taką skromną propozycję dla współczesnych intelektualistów, aby wzorem byli dla nich Mallarmé, Nietzsche, Hartmann. Apeluję: nie zdradzajcie swojego powołania klerków, zamknijcie się w wieżach z kości słoniowej, bądźcie pięknoduchami, zgłębiajcie, dociekajcie, drążcie, badajcie, poddawajcie refleksji problemy naprawdę istotne, dzielcie włos na czworo, twórzcie, okopcie się w swoich Kastaliach, nauczajcie choćby garstkę wybranych, skupiajcie wokół siebie nieliczne grono wtajemniczonych, grajcie z nimi w „grę szklanych paciorków”. Niechaj stamtąd, niejako z ukrycia, wasza myśl promieniuje na świat! Niechaj na zasadzie osmozy przenika do kulturalnej tkanki narodów! Oto wasze posłannictwo! Forma najwyższego zaangażowania politycznego! Dowód patriotyzmu najczystszej próby! Wyraz waszej obywatelskiej troski o rozwój kulturalny i duchowy narodów!

                                                           *  *  *

Rafałowi Ziemkiewiczowi zamarzyła się Polska jako „regionalne mocarstwo”:

„Ponadto Polska, jako naturalna brama dla rosnącego chińskiego eksportu do Europy, jest miejscem, w którym rosnące w siłę mocarstwo ma konkretne, wielkie interesy. Wyważenie tych interesów z amerykańskimi i niemieckimi może być podstawą przyszłej polskiej pozycji regionalnego mocarstwa”. (Ziemkiewicz, Polska między Waszyngtonem a Berlinem, „Do Rzeczy” 2026 nr 5).

Co oczywiste, marzenie Rafała Ziemkiewicza w pełni podzielamy, szukając jednocześnie w przeszłości wskazówek na temat zasadniczych warunków niezbędnych dla zaistnienia faktu mocarstwowości. Poszperawszy w prywatnym, piwnicznym antykwariacie znalazłem publikację: Mieczysław Skrzetuski Za twoim przewodem pójdzie naród polski, broszura Ligi Mocarstwowego Rozwoju Polski, nakładem Obywatelskiego Komitetu Wykonawczego obchodu imienin Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego, drukarnia Ministerstwa Spraw Wojskowych, Warszawa, marzec 1929 r. Jej autor (żył w latach 1887-1961) to legionista, współzałożyciel i sekretarz generalny Ligi Mocarstwowego Rozwoju Polski, sekretarz generalny Komitetu Obywatelskiego Obchodów 10-lecia Niepodległości w Warszawie, literat piszący pod pseudonim Jan Gordys.

Czytana po prawie stu latach broszura Skrzetuskiego nie straciła nic ze swojej aktualności, trafnie bowiem identyfikował on przeszkody stojące na drodze mocarstwowego rozwoju Polski: kłótnie i swary parlamentarne, karierowiczostwo i prywata, zniedołężnienie polityczne, utrata żywotności przez Sejm. Wprawdzie w maju 1926 r. nastąpiła wielka zmiana na korzyść, gdyż Piłsudski, „przekraczając most Poniatowskiego, otworzył wrota ciasnej komórki, w której Polska dusiła się, mrąc z braku świeżego powietrza”, jednakże zdobycze te są natury materialnej, i są wynikiem „mądrych rządów Marszałka Piłsudskiego, to co się zmienia leży głębiej, bo w duszy narodu: jest to obudzenie się z bezwładu, to – narodzenie się z jednej strony myśli państwowo-twórczej, z drugiej zaś – wiary w człowieka, wiary w czyn”.

Trudno się nie zgodzić ze Skrzetuskim, że nie ma sensu tworzenie nowych partii i rozdmuchiwanie popiołów dawno już zagasłych ognisk. Polska, ażeby mogła z wiarą kroczyć w przyszłość, musi być oparta na takim ustroju państwowym, który zapewni Jej mocarstwowy rozwój. Warunek to silna władza, skoncentrowana w osobie Prezydenta Rzeczypospolitej.

Do zadań Ligi Mocarstwowego Rozwoju Polski należy walka z jadem partyjnictwa i jego ujemnymi konsekwencjami w życiu państwa, zwalczanie jednostek oraz ugrupowań żerujących na żywotnych interesach państwa, tępienie sprzedajnych elementów. Działacze Ligi jednego są pewni: naród polski nie pójdzie za głosem sejmowych leaderów partyjnych, gdyż dobrze poznał ich „pracę lichą i marną”, godzącą zbyt wyraźnie w interesy Państwa. Naczelnym zadaniem Ligi jest dążenie do zdobycia dla polski mocarstwowego stanowiska poprzez „pracę nad rozbudzeniem uśpionych sił twórczych w narodzie i podniesieniem jego kultury zarówno duchowej jak i materialnej”. To zadanie, powtórzmy z naciskiem – „rozbudzenie sił twórczych w narodzie i podniesienie jego kultury zarówno duchowej, jak i materialnej” – jest absolutnie kluczowe i od jego realizacji należy rozpocząć dzieło budowy polskiej mocarstwowości. Niestety, Liga bliżej nie sprecyzowała, jak je urzeczywistnić. Cóż, broszurka liczy tylko 33 strony, toteż nic dziwnego, że zabrakło miejsca na bardziej szczegółowe postulaty i propozycje. W każdym bądź razie niełatwe zadanie, jakie postawiła sobie (i przed nami) Liga Mocarstwowego Rozwoju Polski, także dziś, po stu latach, domaga się od nas wykonania.

                                                    *  *  *

Polonista, emerytowany wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego dr Stanisław Kukurowski wydał interesującą a zarazem wielce pożyteczną pracę z dziedziny tematologii Od Niemca do szaleńca. Szkice tematologiczne (Wrocław 2025). Opisał i przeanalizował w niej postaci, motywy i wątki występujące w literaturze polskiej – Żydów, Niemców, Rosjan, emigracji i emigranta, dziecka i młodzieży, diabła i szaleńca, biesiady, wesela, tańca, balu i salonu. Polecam gorąco nie tylko literaturoznawcom.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 187-188 (1-2/2026)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«