«

Bez kategorii, Zapiski manarchisty

O TEORII HISTORII ALTERNATYWNEJ, OGONIE KTÓRY RZEKOMO MACHA PSEM, CONRADZIE W PRL-U ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

08.18.26 | brak komentarzy

TOMASZ GABIŚ

O TEORII HISTORII ALTERNATYWNEJ, OGONIE KTÓRY RZEKOMO MACHA PSEM, CONRADZIE W PRL-U ORAZ INNYCH SPRAWACH I OSOBACH

Jest rzeczą niesłuszną granie na skrzypcach, kiedy Rzym płonie, ale jest całkiem w porządku studiowanie mechaniki cieczy, kiedy płonie Rzym.

Hugo Ball

                                                  * * *

W maju tego roku upłynęło sto lat od udanego zamachu stanu przeprowadzonego przez Józefa Piłsudskiego i jego towarzyszy. Chyba już nie ma w Polsce prawdziwych piłsudczyków, bo gdyby byli, to zorganizowaliby piękne uroczyste obchody setnej rocznicy uratowania Polski przed „siłami rozkładu społecznego i politycznego”. W mediach toczyły się na ten temat polemiki o niezbyt wysokiej temperaturze emocjonalnej; jak to zwykle bywa przy takich okazjach ten i ów zastanawiał się, co było, gdyby do zamachu nie doszło albo gdyby się nie udał.

Zawodowi, akademiccy historycy w większości niechętnie podchodzą do  historii „alternatywnej”, „kontrfaktycznej”, „wirtualnej” , „niebyłej”, „gdybanej”, „przypuszczalnej”, „eksperymentalnej”, utrzymując, że nie ma z niej żadnego realnego pożytku. A jednak z jakichś powodów cieszy się ona, począwszy od lat 90. XX w. , coraz większą popularnością. Rośnie także naukowe piśmiennictwo na temat historii alternatywnych analizujące je od strony filozoficznej, teoriopoznawczej, narratologicznej, metodologicznej etc. Amerykański historyk Gavriel Rosenfeld wyodrębnił pięć kategorii historii alternatywnej a w każdej z nich wyróżnił ponadto 18 różnych typów. Rzecz jasna, wszystkie one reprezentują wyższy lub niższy poziom zależnie od intelektualnej dyscypliny autorów, przestrzegania określonych rygorów argumentacyjnych i reguł wnioskowania, zdolności do kontrolowania wyobraźni, umiejętności oceny prawdopodobieństwa, czy historia mogłaby potoczyć się inaczej niż się potoczyła.

Historykiem spełniającym te wymogi jest, znany także w Polsce, brytyjski (szkocki) historyk Niall Ferguson, który zredagował książkę zbiorową Virtual History: Alternatives and Counterfactuals (1997); zawiera ona  jego dwa eseje – obszerny wstęp wyjaśniający zasady pisania historii alternatywnej i pożytki z niej płynące oraz  esej The Kaiser’s European Union: What if Britain had „stood aside” in August 1914?” ( 1997), będący też konkluzją jego książki The Pity of War (1998) należącej bez wątpienia do najlepszych pozycji historii gdybanej. Ferguson wychodzi z założenia, że gdyby Wielka Brytania pozostała neutralna i nie przystąpiła do wojny po stronie Francji i Rosji, wygrałyby ją Niemcy i powstałby rodzaj Unii Europejskiej pod dobrotliwym panowaniem cesarza. Wówczas Rosji i narodom Europy Środkowo-Wschodniej oszczędzone byłyby „okropności bolszewizmu”, Adolf Hitler zakończyłby życie jako przeciętny malarz pocztówek lub skromny weteran wojenny gdzieś w Mitteleuropie a Wielka Brytania nie wyczerpałaby się finansowo przez długą wojnę i utrzymała kontrolę nad swoim imperium.

W porównaniu z Fergusonem o wiele gorzej wypada MacKinlay Kantor (1904-1977), autor książki If the South Had Won the Civil War (1961), w której „gdyba”, że po wygranej stanów południowych i uzyskaniu przez nie niepodległości, zamiast Stanów Zjednoczonych  powstałyby dwa odrębne państwa. W historii realnej Stany Zjednoczone stanęły po stronie Ententy i pomogły jej wygrać wojnę, podobnie postąpiły w II wojnie światowej. U Kantora, mimo iż nie było już „zjednoczonych” Stanów Zjednoczonych – skonsolidowanego, pod wieloma względami scentralizowanego, amerykańskiego państwa narodowego wchodzącego na przełomie wieków w fazę ekspansji poza zachodnią półkulę i dysponującego odpowiednimi instytucjami finansowymi i wojskowymi – historia alternatywna przebiega dokładnie tak samo jak historia realna: oba państwa Ameryki Północnej, które znajdują się wszak w odmiennym położeniu geopolitycznym i których stosunki z innymi państwami i mocarstwami nie są identyczne, nagle zgodnie stają po stronie Ententy przeciwko państwom centralnym; ten sam schemat powtarza się w przypadku II wojny światowej; ponownie oba państwa amerykańskie wchodzą do wojny po stronie Wielkiej Brytanii i Rosji Sowieckiej wspólnie osiągają rezultat identyczny z tym, jaki USA rzeczywiście osiągnęły w 1945 r.

Ferguson różni się od MacKinlay`a Kantora tym, że zachowanie przez Wielką Brytanię neutralności a w konsekwencji wygraną państw centralnych traktuje jako przestawienie „zwrotnicy dziejów” (termin użyty przez Andrzeja Chwalbę w tytule Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski, wraz z Wojciechem Harpulą, Kraków 2019), podczas gdy amerykański autor tak istotnego wydarzenia jak podział USA na dwa odrębne państwa, za przestawienie zwrotnicy dziejów nie uważa. Podobny błąd, znacznie obniżający wartość jego historycznego scenariusza, popełnia Piotr Zychowicz – w jego Pakcie Ribbentrop-Beck mimo, że dochodzi do porozumienia polsko-niemieckiego i nie wybucha wojna polsko-niemiecka, wszystko toczy się tak, jakby wybuchła. Zarówno u MacKinlay`a Kantora, jak i u Zychowicza pociąg historii jedzie dalej tym samym torem , wszystko przebiega jak w historii realnej, tak jakby zwrotnice dziejów nie zostały przestawione, z czego płynie logiczny wniosek, że wydarzeń, o których piszą (powstanie dwóch państwa amerykańskich, wybuch wojny polsko-niemieckiej) nie uznają za istotne. Najwidoczniej nie zapoznali się z koncepcją „obiektywnej możliwości” Maxa Webera, zwolennika przeprowadzania „kontrfaktycznych eksperymentów myślowych” niezbędnych dla przeniknięcia rzeczywistych związków przyczynowo-skutkowych oraz zidentyfikowania „relewantnych” faktów i czynników, czyli takich, które określiły działania i wydarzenia mające dalekosiężny wpływ na kształt okresu następującego po nich. Jeśli te czynniki nie wystąpią istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zmieni się bieg historii. Szczerze mówiąc, nie dziwi mnie, że się nie zapoznali – swego czasu podjąłem próbę przeczytania ze zrozumieniem rozprawy Webera na ten temat zatytułowanej Objektive Möglichkeit und adäquate Verursachung in der historischen Kausalbetrachtung. Próba zakończyła się umiarkowanym sukcesem.

                                                 * * *

   Historyk lub politolog powinien oczywiście bardzo ostrożnie stawiać pytanie „Co by było, gdyby?” Spoglądając jednak wstecz, widzimy, że – podobnie jak w rozgrywce szachowej – jedynym sposobem właściwej oceny po fakcie doraźnych celów i możliwych konsekwencji, plusów i minusów konkretnej decyzji jest rozważenie alternatywnych rozwiązań, dostępnych wówczas osobom podejmującym decyzję, w tym również tych, które zostały odrzucone lub zignorowane. Tak więc nie można uniknąć rozpatrywania historia eventualis. (Heinz Magenheimer, Hitler-strategia klęski 1940-1945, przeł. Sławomir Kędzierski, Warszawa 2000, str.13)

                                                   * * *

Do prekursorów badań nad historiami alternatywnymi zaliczyć można niemieckiego starożytnika i historyka kultury Alexandra Demandta autora książki Historia niebyła. Co by było, gdyby…?, (przeł. Maria Skalska, Warszawa 1999, I.wyd.niem. Göttingen 1984). Stworzył ona także alternatywną historię Niemiec: Mogłoby potoczyć się inaczej. Punkty zwrotne niemieckiej historii (Es hätte auch anders kommen können. Wendepunkte deutscher Geschichte, Berlin 2010). Wskazując na wiele pułapek i niebezpieczeństw, jakie czyhają na tworzących alternatywne scenariusze historyczne, choćby takie, że ich „prawdopodobieństwo spada wraz z oddaleniem się od chwili, w której opuściliśmy prawdziwą historię”, Demandt dowodził, że od takich – jawnie wyrażonych lub milcząco założonych – scenariuszy historii niebyłej żaden historyk nie jest w stanie uciec, że niemożliwe jest  napisanie bez nich historii realnej, że uprawiający historię cały czas odwołują się do nieurzeczywistnionych możliwości, nawet wówczas, gdy deklarują niechęć do historii niebyłej: „Bowiem odpowiedzi na pytanie »co by się stało, gdyby«…” potrzebujemy dla zrozumienia sytuacji wyboru, dla oceny wagi poszczególnych czynników przyczynowych, dla uzasadnienia sądów wartościujących, a także po to, by oszacować prawdopodobieństwo różnych zdarzeń. Fakt, że w literaturze historycznej nie zawsze wyraźnie ujawnia się zakładane alternatywne rozwiązania, należy do tych drobnych nieuczciwości, bez których także rzemiosła historyka praktycznie nie da się uprawiać z zyskiem”.

Ostateczny wniosek Demandta brzmi: bez odpowiedzi na pytanie „co by się stało, gdyby…” nie jesteśmy w stanie wydać sądów wartościujących, oszacować prawdopodobieństwa realizacji różnych możliwości, zrozumieć motywów decyzji i dokonywanych wyborów, przejrzeć powiązań i zależności, dotrzeć do rzeczywistych tj. istotnych zależności przyczynowo-skutkowych. Rozpatrywanie zdarzeń, do których w historii nie doszło, jest, mimo zrozumiałych wątpliwości i trudności, możliwe i pouczające ze względu na poznanie historii realnej; zajmowanie się historią niebyłą pozwala wejrzeć w historię rzeczywistą , historia alternatywna rzuca – ta światło na historię realną, daje szerszy wgląd w sprawy historii, pogłębia nasze zrozumienie przyszłości.

                                                       * * *

Potwierdzeniem tezy Demandta, że nie ma ucieczki od historii alternatywnej, są polemiki historyków np. z Niallem Fergusonem, którzy, żeby obalić jego scenariusz, kreślą własną, „gdybaną” wersję skutków realizacji jego scenariusza. W rzeczywistości mamy więc do czynienia ze sporem dwóch historii alternatywnych, różnica polega na tym, że u Fergusona scenariusz kończy się dobrze, u jego polemistów – źle.

                                                        * * *

   Pytanie, „co by się wydarzyło, gdyby to i to nie zaszło”, jest prawie jednogłośnie odrzucane, a przecież to jest właśnie pytanie kardynalne. (Fryderyk Nietzsche, Pisma pozostałe)

                                                    * * *

Historia niebyła ma zatem sens jako narzędzie poznawcze przydatne do badania i rozumienia historii realnej. Dzięki niej mogą na powierzchnię wyjść fakty znane wprawdzie, ale rzadko wspominane lub w ogóle przemilczane, gdyż nie pasują do politycznie motywowanych argumentacji, może ujawnić się to, co skryte pod powierzchnią historycznego dyskursu tworzonego na potrzeby legitymizacji państwowo-narodowej, to, co zasłonięte w całości lub częściowo przez historyczne konstrukty służące polityce Pamięci (polityce historycznej). Dzieje się tak, ponieważ twórca historii alternatywnej np. Niall Ferguson – nie tylko stara się odpowiedzieć na pytanie „co by było, gdyby”, ale, dążąc do tego, by odpowiedź była jak najbardziej prawdopodobna i po jego myśli, rewiduje przyjęte poglądy na politykę Wielkiej Brytanii, inaczej interpretuje wydarzenia i fakty z prehistorii wojny oraz stara się obalić tezy i argumenty służące obronie decyzji wejścia do wojny i mające ją post factum zracjonalizować, uzasadnić i usprawiedliwić, częstokroć za pomocą narracji o jej nieuchronności. Pełnią one wówczas funkcję obrony politycznego albo symboliczno-psychologicznego status quo, które wyłoniło się z przeszłości np. utrzymanie przekonania, że poniesione ogromne ofiary nie poszły na marne a poniesione zostały dla słusznej Sprawy (Khalil Gibran: „Kobieta zaprotestowała mówiąc: »Oczywiście, że była to słuszna wojna. Mój syn na niej poległ«”). Ich kwestionowanie jest w pewnym sensie zakwestionowaniem tego status quo. Dlatego też, mimo iż wydarzenia te i zjawiska dawno już przeminęły, ciągle stają się przedmiotem sporów o charakterze polityczno-ideologicznym, występujących w kostiumie sporów historycznych.

                                                        * * *

W Polsce ukazało się bodaj dziesięć najważniejszych prac Fergusona, powszechnie chwalonego, poważnego naukowca o imponującej karierze akademickiej (Harvard University, London School of Economics, New York University, New Jesus College, Oxford), uszlachconego w 2024 r. Jednakże opublikowane po raz pierwszy ponad 25 lat temu Pity of War oraz The Kaiser’s European Union nie zostały dotychczas wydane w Polsce. Dlaczego? Wyczuwalna jest tu pewna blokada psychopolityczna, której źródła dość łatwo zidentyfikować: w realnej historii powstała niepodległa, suwerenna Polska, w alternatywnej historii Fergusona – żylibyśmy pod dobrotliwą opieką europejskiego (niemieckiego) cesarza. Ponadto już sama rewizja prehistorii I wojny światowej przezeń dokonana jest trudna do zaakceptowania przez duże odłamy polskiej publiczności, być może dlatego, że jest zbyt życzliwa Niemcom. W tym kontekście warto wspomnieć, że Ferguson miał się zwierzyć historykowi i pisarzowi Maxowi Hastingsowi, że chciałby być A.J.P. Taylor`em naszych czasów. Tak jest, tym Taylorem, autorem „skandalizującej” książki The Origins of the Second World War (1961)! Z jakichś niewiadomych powodów nigdy nie ukazało się jej polskie wydanie, ale najprawdopodobniej uznano, że mogłaby stać się w naszym kraju intelektualnym zgorszeniem.

Nie narzekajmy jednak tyle, bo apele mają sens: już od lat, przy każdej nadarzającej się okazji zachwalam świetną pracę Rainera Zitelmanna Hitler–samoświadomość rewolucjonisty. No i wreszcie pojawiła się na półkach księgarskich pod tytułem – rozumiem, że nadanym ze względów marketingowych – Socjalizm w mundurze. Adolf Hitler i jego wizja narodowego socjalizmu (przeł. Maria Malinowska). Duże brawa dla wydawnictwa Freedom Publishing!

                                                          * * *

Z historii alternatywnej mógłby być jeszcze jeden, całkiem konkretny pożytek, gdyby, jak postulują niektórzy badacze, stała się pełnoprawną. integralną gałęzią historiografii. Wszak przed historykami, gdyby już całą historię przebadali do najdrobniejszego szczegółu, stanęłoby widmo utraty zajęcia, a tymczasem otworzyłby się przed nimi ogromny, właściwie nieskończony, obszar studiów nad dziejami, które się nie wydarzył. Powstałyby nowe placówki uniwersyteckie np. Zakład Alternatywnej Historii Polski w XIX wieku, Katedra Kontrfaktycznej Historii Niemiec 1914-1945, Instytut Niebyłej Historii Powszechnej, pisano by magisteria, doktoraty i habilitacje, organizowano konferencje i sympozja. Jeśli już nic innego, to interes własny cechu historyków powinien ich skłaniać do większej pobłażliwości względem historii alternatywnej.

                                                   * * *

Paulina Wilk (Himalaje buntu, „Polityka” 2025 nr 39) opisuje manifestacje zbuntowanej nepalskiej młodzieży, protesty uliczne, zamieszki i starcia z siłami bezpieczeństwa, zginęły 72 osoby, setki zostało rannych od kul i pożarów. Jak do tego doszło:

 Pierwsze godziny były pokojowe, upływały na śpiewach. W późniejszych relacjach protestujący opowiadali, że zaskoczyła ich gwałtowność zdarzeń. Ludzi zjawiało się coraz więcej i więcej, wśród nich zamaskowani mężczyźni na motorach, starsi od większości protestujących, rozdający butelki z benzyną. Gdy tłum ruszył w kierunku budynków parlamentu i biur rządowych, atmosfera stała się napięta.

   Ciekawe, kim byli owi tajemniczy „zamaskowani, starsi od większości protestujących, mężczyźni na motorach rozdający butelki z benzyną”? Miejmy nadzieję, że w kolejnym artykule na temat sytuacji politycznej w Nepalu Paulina Wilk tę zagadkę rozwiąże. Ostatecznie pismo nosi tytuł „Polityka””, trudno więc, żeby kluczowe wydarzenia polityczne w Nepalu pozostały niewyjaśnione.

Dodajmy, że protesty wyciszyła obietnica rządu utworzenia miejsc pracy w administracji dla młodych Nepalczyków. Znakomita idea do zastosowania w innych krajach.

                                           * * *

         Dla innych warto miłym być, gdy pniesz się w górę

        Gdy będziesz spadać, przecież spotkasz ich znów.

     (Bob Dylan, piosenka „Stopa pyszałka” z płyty Infidels, przeł. Filip Łobodziński)

                                                          * * *

Przytaczałem już w tym miejscu rozmowę Jędrzeja Bieleckiego z Toomasem Henrikiem Ilvesem, w trakcie której dziennikarz „Rzeczpospolitej zadał pytanie: „Jeśli Trump sprzeniewierzy się w takim stopniu racji stanu Ameryki, służby go nie powstrzymają, nie zabiją?” Ten sam dziennikarz w rozmowie z ówczesnym przywódcą opozycji węgierskiej Peterem Magyarem martwił się o jego życie: „W skrajnym przypadku reżim Orbana mógłby pana zabić?” Zakrawa to na jakąś obsesję na punkcie zabijania polityków. I to demonstrowaną otwarcie na łamach prasy dawnego głównego nurtu. Guy Debord twierdził, że w społeczeństwie spektaklu ludzie giną na styku wielu tajemnic, ale być może w społeczeństwie postspektakularnym o tym kto kogo może czy powinien zabić, dyskutować się będzie w talk-showach.

                                                       * * *

Czytam i słyszę zewsząd: Izrael wciągnął USA do wojny z Iranem, premier Netaniahu wywarł tak mocną presję na prezydenta Trumpa, że ten postanowił uderzyć na Islamską Republikę Iranu, obecny rząd w Waszyngtonie realizuje politykę „Israel First” etc. etc. Wszystko to już było. Pozwolę tu sobie przywołać fragment rozdziału „Żydowska wojna?” mojego Raportu o wojnie w Iraku („Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, 2003 nr 38/39; zob.https://www.tomaszgabis.pl/2008/10/17/raport-o-wojnie-w-iraku-„stanczykpismo-postkonserwatywne”-nr-3839-2003/):

 W krajach muzułmańskich, w środowiskach opozycyjnej prawicy w USA i w Europie jak również w niektórych kręgach lewicowo-liberalnych popularna stała się teza, że wojna z Irakiem to wojna w interesie Izraela. Próbowano nawet udowodniać, że to koła rządzące w Izraelu wojnę tę wykoncypowały i wywarły nacisk na prezydenta Busha, aby wysłał do Iraku wojsko, obalił rządy prezydenta Saddama Husajna i rozbroił Irak. […] Należy odrzucić tezę, że to interes Izraela był głównym czy bardzo istotnym motywem wojny. Teza ta wynika z całkowicie błędnej oceny stosunków amerykańsko-izraelskich przedstawianych obrazowo jako kierowanie przez ogon (Izrael) psem (Stany Zjednoczone). Jednak sytuacja, że ogon kieruje psem nie zdarza się w polityce. Na łamach „The American Conservative”, organu Starej Prawicy spod znaku Patryka Buchanana, jeden z autorów napisał, że wielkie państwa potrafią skłonić mniejsze państwa, aby walczyły w ich interesie, natomiast, jego zdaniem, jest to pierwszy przypadek w historii, żeby wielkie państwo (USA) prowadziło wojnę w interesie małego państwa (Izrael). Byłby to rzeczywiście pierwszy przypadek tego typu w historii, tyle tylko, że przypadek istniejący jedynie w wyobraźni owego autora. […] Traktowanie wojny w Iraku jako wojny zastępczej Izraela, w której Tel Awiw wysyła do boju amerykańskich marines via Pentagon wynika albo z całkowicie błędnego widzenia sytuacji, albo jest elementem antyizraelskiej propagandy i argumentem w wewnętrznej walce politycznej w USA.[…] Izrael może być potęgą regionalną, ale nie dlatego, że takie są ambicje premiera Szarona [dziś: Netaniahu], ale wyłącznie dlatego, że takie mogą być zamysły i kalkulacje władz imperium światowego. Większa lub mniejsza rola Izraela pochodzi wyłącznie z nadania imperium, to ono rozstrzyga o tym, jaką rolę ma pełnić Izrael w jego ramach […] to władze imperium światowego decydują o tym, kto i jak ma być bezpieczny, kto ma mieć supremację regionalną czy lokalną.

W czasie wojny przeciwko Irakowi przypominano często słowa jednego z ojców-założycieli powojennego amerykańskiego konserwatyzmu, Russella Kirka, który występując w 1988 r. w Heritage Foundation nieco złośliwie zauważył: „nierzadko wydaje się, iż niektórzy znani neokonserwatyści [pochodzenia żydowskiego -TG] błędnie uważają Tel Aviw za stolicę USA”. Kirk się mylił, neokonserwatyści bardzo dobrze wiedzieli, że wszystkie źródła władzy: politycznej, ekonomicznej, finansowej, wojskowej, medialnej itd. biją w Waszyngtonie, a nie w Tel Avivie. I tam zapadały decyzje w sprawie Iraku a obecnie Iranu, podejmowane na podstawie dalekosiężnych planów.

Nigdy jeszcze w historii politycznej świata nie został odwrócony stosunek pomiędzy „bezpieczeństwem” a „posłuszeństwem”, nikomu nie udało się i nigdy się nie uda złamać żelaznego prawa polityki, które mówi, że ten kto zapewnia protekcję, otrzymuje w zamian za to uległość (posłuszeństwo) protegowanego. A Izrael jest, leżącym na styku trzech kontynentów, protektoratem USA i rozwinięciem ich geopolitycznego wpływu w jednym z kluczowych ze względów strategicznych i gospodarczych regionów świata, państewkiem pod względem ekonomicznym, wojskowym, politycznym i dyplomatycznym zależnym od Stanów Zjednoczonych, jego los jest najściślej związany z losem protektora; gdyby jego poparcie, ochrona i pomoc zostały wycofane, Izrael utraciłby siłę gwarantującą mu „prawo do istnienia”. Oczywiście, jak często bywa państwo uzależnione od hegemonialnego mocarstwa stara się zyskać więcej samodzielności w różnych zakresach, zyskać więcej swobody manewru i realizować na mniejszą skalę własne cele, ale to nie zmienia jego statusu podwykonawcy planów wykuwanych w ośrodkach władzy położonych na wyższym poziomie geopolitycznym i geostrategicznym. Wszystkie – oprócz mniej znaczących i nie mających większego wpływu na sytuację geopolityczną – działania i posunięcia wojskowo-polityczne Izraela odbywają się za wiedzą i zgodą Waszyngtonu,

Izrael pełni określoną rolę w globalnej strategii politycznej USA, służył i nadal służy ważnym interesom geopolitycznym i ekonomicznym amerykańskiego imperium światowego, zwłaszcza po utracie przez USA Iranu w 1979 r. Ta rola może przybierać najróżniejsze formy w zależności od potrzeb i okoliczności. Zajrzyjmy do analizy wydanej w 2009 r. przez Brookings Institution, wpływową „kuźnię myśli” bliską amerykańskim kołom rządzacym: Kenneth M. Pollack, Daniel L. Byman, Martin Indyk, Suzanne Maloney, Michael E. O’Hanlon, Bruce Riedel Which Path to Persia? Options for a New American Strategy toward Iran (https://www.brookings.edu/wp-content/uploads/2016/06/06_iran_strategy.pdf).      Autorzy rozpatrują rozmaite scenariusze i warianty polityki wobec Iranu : naciski polityczne, sankcje gospodarcze, zmiana reżimu, „aksamitna rewolucja” – wspieranie rewolty społecznej, wspieranie irańskich mniejszości i grup opozycyjnych, poparcie dla wojskowego zamachu stanu, opcje militarne łącznie z inwazją. Rozpatrywany jest też „wariant Osiraku”, czyli naloty powietrzne na „obiekty nuklearne” wzorem ataku izraelskiego lotnictwa na iracki reaktor jądrowy w 1981 roku. W rozdz. 5 zatytułowanym „Leave it to Bibi: allowing or encouraging an Israeli military strikes” czytamy: „Dodatkowym elementem mogłoby być to, że Stany Zjednoczone zachęciłyby, a może nawet dopomogły Izraelowi w przeprowadzeniu samych ataków, oczekując, że zarówno międzynarodowa krytyka, jak i irańska reakcja odwetowa zostałyby odwrócona od Stanów Zjednoczonych i skierowana na Izrael. […] Największą przewagą tej opcji nad amerykańską kampanią lotniczą jest możliwość, że tylko Izrael zostanie obwiniony za atak”. Innymi słowy w określonych okolicznościach Izrael może się przydać mocarstwu światowemu jako „kozioł ofiarny”.

                                                  * * *

W przypadku Iraku decyzja o inwazji podyktowana była ważnymi z punktu widzenia racjami geostrategicznymi i geoekonomicznymi (odsyłam do Raportu o wojnie w Iraku). Dokładnie tak samo ma się rzecz w przypadku ataku na Iran, stanowiącego według niektórych analityków kontynuację „Wielkiej Strategii” osiągnięcia przez USA globalnej dominacji energetycznej, czyli zdobycie kontroli nad przepływami surowców energetycznych a tym samym kontroli nad energochłonnymi gałęziami światowego przemysłu oraz obrona hegemonii dolara poprzez ustanowienie „petro-gas-dolara”. Celem ataku było zapobieżenie budowie lub kontrola planowanych w regionie gazociągów, korytarzy handlowych, transportowych i energetycznych oraz szlaków kolejowych, zniszczenie irańskiego ogniwa w „Osi Zła” (Chiny, Rosja, Korea Płn., Iran). Co najzupełniej oczywiste, ostrze wszystkich tych zamierzeń jest pośrednio skierowane przeciwko głównemu rywalowi – Chinom.

To, że u podstaw decyzji o ataku na Iran leżały racjonalne przesłanki, bynajmniej nie oznacza, że założone cele zostaną zrealizowane; pojawia się bowiem kwestia, czy członkowie elity imperialnej, zarówno ci widoczni w świetle reflektorów, jak i ci bardziej ukryci w cieniu, przywiązani do, być może już nieaktualnej, „doktryny Wolfowitza”, właściwie ocenili możliwości przeciwnika, czy prawidłowo rozpoznali obecny realny układ sił na świecie, czy ich kalkulacje geopolityczne, wojskowe, ekonomiczne były prawidłowe, czy cele jakie sobie postawili, nie były zbyt ambitne, czy przewidzieli możliwe konsekwencje dla regionu i świata etc. etc.

Jeśli pomylili się w kalkulacjach, to pozostanie im walka o utrzymanie chwiejnego status quo, albo, jak wieszczą czarnowidze w rodzaju Roberta Kagana, przegrają wojnę i nie będą w stanie ani odwrócić, ani kontrolować negatywnych konsekwencji takiego rozwoju wydarzeń (zob. Kagan, Checkmate in Iran, https://www.theatlantic.com/international/2026/05/iran-war-trump-losing/687094/). Pozostanie im wówczas do dyspozycji ostateczne, ale racjonalne z punktu widzenia mocarstwowej polityki siły posunięcie – wycofanie się z Bliskiego Wschodu (Zachodniej Azji) na z góry upatrzone pozycje, ale z zastosowaniem swego rodzaju taktyki „spalonej ziemi”, czyli zaprowadzenie regionalnego nieładu, tak aby zapobiec przejęciu nad nim kontroli przez inne państwa, zgodnie z zasadą, jeśli my nie możemy kontrolować danego obszaru pod względem geostrategicznym i geoekonomicznym, to nie dopuścimy, aby ktoś inny mógł to robić. W każdym przypadku amerykański protektor nie będzie w stanie ochraniać protegowanego, i położenie Izraela stanie się nie do pozazdroszczenia, poziom jego bezpieczeństwa (pozycji w regionie) dramatycznie spadnie a marzenia o „Wielkim Izraelu” rozwieją się jak dym.

Dwadzieścia trzy lata temu kończyłem Raport o wojnie w Iraku sporządzając krótką listę cnót politycznych oraz intelektualnych, moralnych i charakterologicznych przymiotów, którymi powinna cechować się amerykańska elita władzy mająca ambicje utrzymania przez USA globalnego prymatu i statusu najwyższego rangą mocarstwa światowego. Oto one: samodyscyplina i rozwaga, trzeźwość umysłu i zdolność chłodnej kalkulacji, czujność i wytrwałość, umiejętność racjonalnej oceny zagrożeń i szans, poczucie odpowiedzialności, roztropność i wspaniałomyślność, cierpliwość i dalekowzroczność, nieuleganie ideologicznym iluzjom oraz religijnym, etnicznym i rasowym uprzedzeniom, wolność od nienawiści, mściwości, arogancji, prostactwa, pychy, zawiści i chciwości.

   Przyznaję, poprzeczkę zawiesiłem wysoko, kto wie, być może nawet zbyt wysoko.

                                                          * * *

Pisałem już w tym miejscu o chrześcijańskich syjonistach i ich teologii politycznej. Wielce oryginalnym przedstawicielem tego nurtu był pastor Kościoła Metodystycznego Samuel Davies Baldwin (1818–1866), który w 1854 roku opublikował dziełko Armageddon Or, The Overthrow of Romanism and Monarchy; the Existence of the United States Foretold in the Bible, Its Future Greatness; Invasion by Allied Europe; Annihilation of Monarchy; Expansion Into the Millennial Republic, and Its Dominion Over the Whole World.

Wielebny Baldwin z Biblią w ręku udowodnił , że proroctwa Izajasza, Ezechiela i Daniela, które, jak się zakłada, odnoszą się do odbudowania Izraela, w rzeczywistości odnoszą się do Stanów Zjednoczonych – proroctwo odbudowania Izraela zostało wypełnione z chwilą ich powstania; USA są „chrześcijańskim Izraelem”, posiadającym wszystkie cechy Izraela przepowiadanego w Biblii. Ponieważ Wielebny Baldwin był przekonany, że odbudowany Izrael jest tożsamy ze Stanami Zjednoczonymi, które pokonają europejską koalicję dowodzoną przez Rosję i będą sprawować zwierzchnictwo nad całym światem, odrzucał jako absurdalną, fanatyczną i niezgodną z Pismem ideę odbudowania Izraela w Palestynie. Czyli chrześcijański syjonista, ale nietypowy.

                                                             * * *

Jakiś czas temu prezydent Donald Trump wydał Pentagonowi polecenie odtajnienia dokumentów dotyczących UFO; mogą potwierdzić istnienie spisku wokół tego fenomenu, z tym tylko, że nie spisku władz, polegającego – zdaniem środowisk UFO-logicznych – na utajnianiu kontaktów i wiedzy o kosmitach oraz ukrywaniu statków kosmicznych należących do istot pozaziemskich, ale na tworzeniu i rozpowszechnianiu przez odpowiednie komórki Pentagonu i zaprzyjaźnione z nim media teorii spisku w celu ochrony tajemnic wojskowych. Innymi słowy UFO byłoby dezinformacją zastosowaną w okresie zimnej wojny przez władze, fabrykujące technologiczne dowody obecności Obcych dla zmylenia wrogów. Jakby mało było zamieszania, do dyskusji o UFO włączył się wiceprezydent USA J.D.Vance, który zidentyfikował je jako demony. Teoria nienowa, ale w ustach człowieka ze szczytów władzy mocarstwa światowego, ma, rzecz jasna, o wiele większy ciężar gatunkowego. Nie trzeba dodawać, że środowiska UFO-logiczne rewelacje publikowane na łamach mediów dawnego głównego nurtu np. „Wall Street Journal” oraz wypowiedzi Vance`a potraktowały jako kolejne dezinformacje i sposób na przykrycie prawdziwego spisku.

* * *

Sądzę, że spiskowcy stali się obecnie równie niekompetentni, co wszyscy pozostali.

(Donald Jeffries)

                                                            * * *

W artykule Marka Klecela, Czy Conrad jest antyrosyjski? („Arcana” 2025 nr 4) czytamy: „Conrad mógł mieć wpływ w kraju jeszcze przez kilka lat, zanim nie zapadła zupełnie żelazna kurtyna, a Dąbrowska i nikt inny nie mógł powiedzieć słowa w jego obronie. Został poniekąd uwolniony dopiero, gdy od lat 70. zaczęto wydawać jego dzieła pod redakcją Zdzisława Najdera. Ale i wtedy podlegał cenzurze”. Miałem wrażenie, jak bym już to gdzieś czytał, szperam w odpowiednim segregatorze ze starymi wycinkami i znajduję jeden sprzed 10 lat; tygodnik „wSieci” (2016 nr 52 –2017 nr 1) zamieścił rozmowę Piotra Zaremby z Mariuszem Cieślikiem z Instytutu Książki dotyczącą obchodów roku Josepha Conrada. Na pytanie, czy Conrad jest w Polsce popularny, Cieślik odpowiedział: „Umiarkowanie. Także dlatego, że po wojnie był zakazany. Zainteresowanie wróciło w latach 70”. Warto może nieco uściślić ten pogląd.

Prawdą jest oczywiście, że przed 1956 r., Conrad, podobnie jak i wielu innych autorów polskich i obcych, nie był wydawany, jednakże później, w epoce gomułkowskiej było już o wiele, wiele lepiej.Wymieńmy zatem (na podstawie katalogu Biblioteki Ossolineum) utwory opublikowane pod rządami Władysława Gomułki czy to w 22 tomach Z pism Conrada (1956 – 1969), czy w odrębnych edycjach: Los ( 1961,1969), Wykolejeniec (1956), Ocalenie (1957), Szaleństwo Allmayera (1956, 1958), Wybór nowel (1957), Młodość i inne opowiadania (1957), Tajfun i inne opowiadania ( 1957, 1966, 1968), Sześć opowieści (1958), Złota strzała (1958), Smuga cienia ( 1958), Nostromo (1959, 1961, 1970), Spadkobiercy (razem z Fordem Madoxem Fordem, 1959), Oczekiwanie (1960), Korsarz (1960, 1963, 1966, 1969), Przygoda (1960), Murzyn z załogi Narcyza (1961), Między morzem a lądem. Opowiadania (1962), Zwierciadło morza (1963, 1968), Siostry (1967), Zwycięstwo (1957), Opowieści niepokojące, opowieści zasłyszane (1964), Gospoda pod Dwiema Wiedźmami (1969), Listy, wybór i opracowanie Zdzisław Najder (1968), Lord Jim (1956, 1961, 1964, 1966, 1968), Wśród prądów (1965), Ze wspomnień (1965).Dopiero za rządów Edwarda Gierka mogły ukazać się Tajny agent i W oczach Zachodu ramach 27-tomowego wydania dzieł zbiorowych Conrada (1972-1974) pod redakcją Zdzisława Najdera. Konkludując, stwierdzić należy, że w latach 1956 – 1974 cała chyba stricte literacka twórczość Conrada stała się dostępna dla polskiego (krajowego) czytelnika.

Przypomnijmy jeszcze, że 19 września 1966 r. miała miejsce w Warszawie prapremiera dramatu muzycznego Jutro skomponowanego przez Tadeusza Bairda z librettem Jerzego S. Sity według noweli Jutro Conrada. Autor Smugi cienia trafił nawet do TVP. Ponadto, jak podają powszechnie dostępne źródła, w latach 1967-1968 Telewizja Polska przygotowała i wyemitowała cykl przedstawień Teatru TV Wieczory z Conradem zrealizowanych w Ośrodku Telewizyjnym w Szczecinie opartych na dziełach Conrada. Pokazane w tym cyklu dzieła pisarza to m.in. Korsarz, Falk, Murzyn z załogi „Narcyza”, Freja z Siedmiu Wysp, Tajny agent, Smuga cienia, Ukryty sojusznik. W 1968 r. Wieczory z Conradem otrzymały nagrodę Komitetu ds. PRiTV za oryginalną formę i twórcze opracowanie cyklu programów telewizyjnych, a w 1969 r. – Złoty Ekran ’68 za adaptację prozy Conrada.

                                                       * * *

     Era wojen tak wymownie potępianych przez dawnych republikanów jako krwawy rezultat ambicji dynastycznych nie jest bynajmniej skończona. Przebieg ich będzie inny, będą mniej częste, ale bardziej zażarte i dzikie w upartej walce na zęby i pazury o przetrwanie. Przyjdzie nam żałować czasów ambicji dynastycznych z ich ludzką absurdalnością, poskramianą przez rozwagę, a nawet wstyd, przez lęk osobistej odpowiedzialności i względy dla określonych form zwykłej przyzwoitości. […] Żaden przywódca demokracji, którego całe dziedzictwo stanowi nagły okrzyk tłumu, z samej natury swojej władzy pozbawiony nawet możliwości rozmyślań o bezpośrednim spadkobiercy – nie będzie skłonny nazwać bratem przywódcy jakiejś innej demokracji, wodza równie pozbawionego przodków i spadkobierców jak on sam. […] Wczoraj „szkodliwe i próżniacze” arystokracje, nie żywiąc do nikogo urazy, biły się dla jakiegoś zajęcia, o honor, dla samej przyjemności. Cnotliwe i pracowite państwa demokratyczne jutra mogą być zmuszone do bicia się o kawałek suchego chleba – z całą nienawiścią, dzikością i furią, które z zasady towarzyszą sprawom decydującej wagi.

(Joseph Conrad, Autokracja i wojna)

                                                      * * *

 Trzy prawa biurokracji Gary Northa

Prawo nr 1. Niektórzy biurokraci uparcie egzekwują stosowanie urzędowego przepisu aż do punktu, w którym dochodzi to do stadium idiotyzmu.

Prawo nr 2. Aby opanować chaos, wywołany przez prawo nr 1, biurokracja sporządza co najmniej dwa nowe przepisy.

Prawo nr 3. Do każdego z dwóch nowych przepisów odnosi się prawo nr 1.

                                                        * * *

Bardzo trafna ocena pisarza i tłumacza Adama Wiedemanna (rozmowa na portalu „Krytyki Politycznej”): „coraz to bardziej debilne postanowienia Rady Języka Polskiego”.

                                                      * * *

Zakres wolności myśli stoi zawsze w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do ucisku podatkowego. (Menno Aden)

                                                       * * *

W „Dużym Formacie” (22 grudnia 2025), czytam rozmowę z nieco już zapomnianym politykiem, Włodzimierzem Cimoszewiczem. Prawie 25 lat temu wydzierżawił on nieużytkowaną i zdewastowaną leśniczówkę Nieznany Bór w Puszczy Białowieskiej, łącznie z zabudowaniami gospodarczymi i posesją (około 0,25 ha). Były premier chwali sobie ten wybór: „To jest przyjazny azyl, który daje nadzieję na odrobinę prywatności”. A dalej wyznaje: „Rano budzę się o szóstej, ale do siódmej nie schodzę, tylko czytam informacje ze świata”.

O szóstej rano, ledwo wstanie z łóżka, były premier pędzi do „kompa” i chłonie „informacje ze świata”! I to ma być ten „przyjazny azyl” w środku puszczy? Azyl, gdzie „azylant” podłączony jest do globalnej sieci, by dobrowolnie, już wczesnym rankiem, móc wystawiać umysł na bombardowanie tzw. informacjami? Gdybyż jeszcze dotyczyły gminy Hajnówka albo powiatu hajnowskiego, ale nie, to wiadomości ze wszystkich kontynentów!

Hegel miał powiedzieć, że w mieszczańskim społeczeństwie poranną modlitwą jest codzienna lektura gazet; w naszych czasach, w społeczeństwie postmieszczańskim, poranną modlitwę zastępuje przeglądanie internetu, które – by przypomnieć przestrogę Nicolása Gómeza Dávili – „otula nas w śmiertelny całun tematów dnia”. Pan Cimoszewicz (i nie tylko on) powinien na komputerze nakleić inną myśl wielkiego Kolumbijczyka: „»Aktualność« jest określeniem tego, co najmniej istotne”.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 189 (3/2026)



Komentowanie tego artykułu jest wyłączone.


«